Strona 1 z 1

48 zasad władzy [Harry Potter]

: 27 lis 2014, 19:08
autor: Hermi
Tytuł: 48 zasad władzy
Fandom: Harry Potter
Opis: Harry James Potter nie jest normalny. Nie może nawet normalnie umrzeć. Ponowne narodziny jako Tom Marvolo Riddle nie powinny więc go zdziwić. Time Travel, Dark Lord Harry
Kategoria: 13+
Znajomość fandomu: konieczna, aczkolwiek wystarczą chyba podstawy.
Status: nieskończony, planowane 48 rozdziałów


Rozdział 1
Prawo władzy: Zaplanuj wszystko aż do końca

Śmierć, narodziny, życie, śmierć, narodziny... I tak w kółko. Nie mógł się uwolnić od cyklu, który w myślach ochrzcił „efektem feniksa”. Umierał w różnych okolicznościach, a potem budził się w ciele niemowlęcia. Nie był pewien, czy wszystkie dusze przechodzą przez reinkarnacje, ale z pewnością niewiele było takich jak on: zachowywał pamięć swoich poprzednich żywotów. Przestał już liczyć, ile razy rodził się i umierał, zmieniał się coraz bardziej i niewiele zostało w nim z tego, kim był pierwotnie. Po raz pierwszy urodził się jako Harry James Potter, Chłopiec Który Przeżył, Wybraniec, Pan Śmierci... nie miał pewności, czy zdobycie tego tytułu wraz z Insygniami Śmierci było powodem jego ciągłych powrotów, ale musiała być jakaś przyczyna. Zawsze chciał normalnego życia, ale jak mógł je mieć, skoro sam nie był normalny?

*~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~*

– Tom...
Urodził się po raz kolejny. Ciekawe, kim był tym razem. Pierwsza chwila po narodzinach nadal ekscytowała go do pewnego stopnia, nawet jeśli reszta życia miała być przeraźliwie nudna - niewiele było rzeczy, których jeszcze nie umiał i niewielu ludzi potrafiło wzbudzić w nim silne emocje.
– Tom Marvolo Riddle.
Co? Musiał źle usłyszeć... Znał to nazwisko.
– Tom po ojcu...
Los nie mógł mu tego zrobić!
– ...i Marvolo po dziadku. Tom Marvolo Riddle... Proszę, dbaj o niego.
A jednak. Był Tomem Marvolo Ridllem. Urodził się w ciele swojego dawnego wroga. Nieśmiertelny miał zająć miejsce kogoś, kto bał się śmierci i przed nią uciekał.
Los miał dziwne poczucie humoru.

*~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~*

Nie obawiał się paradoksu. Jeśli los chciałby żeby podążał ścieżką Riddla, powinien w tej pozycji postawić kogoś innego. Miał inne poglądy niż Voldemort, a jego poprzednie życia tylko je potwierdziły. Czy mógł zabić? Tak, w pewnych okolicznościach. Czy mógł torturować? Odpowiedź ponownie brzmiała „tak, w pewnych okolicznościach”. Czy mógłby zabić lub torturować dzieci? Nie, nigdy. Czy zniszczyłby swoją duszę? Nie, nawet teraz zmęczony efektem feniksa nie zrobiłby tego. Zło miało granicę, a on nie zamierzał jej przekraczać. Czy mógłby przyjąć imię Lord Voldemort? Nie, brzmiało głupio. Chociaż nie miał pewności czy nie wymyśli czegoś równie absurdalnego, w końcu Lord Tom też nie brzmiało dobrze, więc będzie musiał zastanowić się nad zmianą. Czy mógł zostać Czarnym Panem? Mógł, jeśli ministerstwo i społeczeństwo czarodziejów przypominało to za czasów jego pierwszego życia, to potrzebowało zmian. Czarodzieje mieli skłonność do podążania i ulegania mocy, a jemu jej nie brakowało i każda inna ścieżka byłaby jej marnotrawstwem. Lepiej, żeby on sięgnął po przywództwo niż zrobił to ktoś inny. Dumbedore nie zamierzał wprowadzać zmian, za bardzo się bał własnego, już wygasłego pragnienia władzy, a niektórzy potrzebowali bodźca silniejszego niż spojrzenie niebieskich oczu staruszka.

*~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~*

Sierociniec Wool's był ciemny i obskurny. Przez większość pierwszych sześciu miesięcy Harry nie miał nic innego do roboty niż spać, jeść, patrzeć na szare ściany i myśleć. Pogodził się z faktem, że jego mózg był ograniczony przez ciało, które rozwijało się powoli, ale co zamierzał zrobić, gdy będzie mógł się samodzielnie poruszać i mówić? Mugole instynktownie wyczuwali, że było w nim coś dziwnego. Nie było szansy, że ktoś go adoptuje, chyba że Harry zaszczepi sugestię w ich mózgach, czego robić nie chciał. Żadna bezdzietna para poszukująca szczęścia rodzinnego nie zasługiwała na zmuszenie do opiekowania się przyszłym Czarnym Panem. Co powinien zrobić? Miał pójść do Hogwartu jako dziecko pochodzenia mugolskiego? Udawanie nieznajomości czarodziejskiego świata będzie pochłaniać zbyt dużo energii, którą mógłby spożytkować w inny sposób. Brak pieniędzy zniechęci do niego dzieci czystej krwi w Slytherinie, a w połączeniu z jego nazwiskiem prawdopodobnie sprawi, że będzie musiał spędzić dużo czasu na nauczeniu ich szacunku. Na szczęście Harry mógł kontrolować dziwne rzeczy, które zwykle dzieją się wokół dziecka – czarodzieja. Nie był nieświadomym niemowlęciem. Ziewnął, gdy ciało znów go pokonało, przypominając, że na plany dominacji nad światem będzie miał jeszcze dużo czasu.

*~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~*

Harry miał jedenaście lat. Przez lata używał magii, żeby powoli zmienić Sierociniec Wool's. Gdy się urodził, to miejsce nie nadawało się do wychowywania dzieci. On sam go nie potrzebował, ale przecież otaczały go istoty dużo słabsze od niego, które dopiero się rozwijały. Kilka lat zajęło Harry'emu odbudowanie tarcz oklumencji i przyzwyczajenie ciała do magii. Gdy usunął alkoholowy nałóg pani Cole i zaszczepił jej łagodną sugestię dbania o sierociniec i dzieci, okazało się, że pieniędzy starczy na farbę – budynek pomalowały starsze dzieci, więc nie trzeba było płacić za wykonanie – i odrobinę więcej jedzenia dla sierot. Następnymi „ofiarami” Harry'ego stali się bogaci darczyńcy. Ci, którzy naprawdę chcieli pomagać, uszli cało bez żadnych zmian, ale kobiety i mężczyźni, którzy zjawili się w sierocińcu po to, żeby po udzieleniu jednorazowej pomocy udawać świętych przed otoczeniem, zaczęli płacić niewielkie kwoty regularnie. Harry zadbał o to, żeby nie zabić kur znoszących złote jajka, mógł ich zmusić do oddania wszystkiego, ale to zrobiłoby z nich biedaków, a jednorazowa wpłata szybko rozpłynęłaby się w potrzebach sierocińca.
Tylko raz użył swojej mocy w sposób, który mógłby zostać uznany nie za moralnie wątpliwy, ale bezsprzecznie zły, ale nawet dla okrutnego zabójstwa miał usprawiedliwienie. To, co znalazł w umyśle człowieka obserwującego dzieci w sierocińcu, pozbawiło go spokojnego snu na długo. Harry nie mógł się też pozbyć myśli o tym, czy ten mężczyzna był w pobliżu prawdziwego Toma Riddle'a. To uczyniło go chorym przez kilka dni. Pani Cole nie wiedziała, co mu jest, i sądziła, że to zatrucie pokarmowe.
Amy Benson, Dennis Bishop i Billy Stubbs byli irytujący. Teraz Harry rozumiał chęć Toma, by ich skrzywdzić. Ta trójka instynktownie wyczuwała w nim coś dziwnego, pomimo faktu, że nic niezwykłego, przynajmniej według ich wiedzy, nie robił. Próbowali go dręczyć i zniechęcać inne dzieci do przyjaźni z nim. Był samotnikiem z wyboru, nie miał nic wspólnego z rówieśnikami, okazywał jednak pewną czułość maluchom. Niektóre dzieci były zazdrosne o najmłodsze, bo te uzyskiwały najwięcej uwagi opiekunek i miały największe szanse na przyjęcie przez którąś z rzadkich par odwiedzających sierociniec w sprawie adopcji. Harry'ego takie uczucia nie dotyczyły. Mógł opuścić sierociniec, jeśli chciał, pozostanie było jego wyborem.

*~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~* *~*~*~*~*~*~*

Pani Cole poinformowała Harry'ego, że dostała list od Albusa Dumbledore'a, który chciał się umówić na spotkanie, żeby porozmawiać o jego przyszłości. Kiedy więc młodszy od tego, którego znał Harry, Albus Dumbledore o kasztanowych włosach został wprowadzony do gabinetu pani Cole, chłopiec czekał już tam na niego wraz z przełożoną. Pani Cole wyglądała tak, jakby zobaczyła, że właśnie próg przekroczyła żyrafa. Harry nie dziwił się jej, Dumbledore w śliwkowofioletowym garniturze robił wrażenie.
– Dzień dobry – powiedział Dumbledore, wyciągając rękę. Pani Cole po prostu po prostu zatkało, ale odwzajemniła gest.– Nazywam się Albus Dumbledore. Wysłałem do pani list, prosząc o spotkanie, i wspaniałomyślnie zaprosiła mnie pani dzisiaj.
– Ach, tak. Oczywiście. Czekaliśmy na pana. – Pani Cole otrząsnęła się z pierwszego wrażenia i wskazała na dziecko siedzące w jednym z foteli przy biurku. – To jest Tom Riddle.
– Dzień dobry, panie Dumbledore.
– Jestem tutaj, jak wspomniałem w liście, by omówić sprawę twojej przyszłości – powiedział Albus Dumbledore. – Jestem nauczycielem. Przyszedłem, żeby zaoferować Tomowi miejsce w mojej szkole – wyjaśnił na użytek pani Cole.
– Co to za szkoła?
– Nazywa się Hogwart – odpowiedział Dumbledore
– A dlaczego jest pan zainteresowany Tomem?
– Wierzę, że posiada cechy, których szukamy – odpowiedział Dumbedore, przyglądając się z zainteresowaniem Harry'emu. Z pewnością nie spodziewał się jego obecności w trakcie spotkania.
– Chce pan powiedzieć, że wygrał stypendium? Jak to możliwe? Nigdy nie został zapisany do żadnego programu związanego z pana szkołą. Jestem pewna, Tom otrzymuje już stypendium na naukę.
– Jego imię widnieje w naszych papierach od samego urodzenia
– Kto go zarejestrował? Jego rodzice? – zapytała pani Cole podejrzliwie. Odkąd Harry wpłynął na jej umysł, matrona troszczyła się o dzieci i z pewnością nie zamierzała oddać któregoś ze „swoich” dzieci do szkoły, w której uczył taki ekscentryk jak Dumbledore. Pomimo faktu, że sytuacja była zabawna i mogła się rozwinąć w jeszcze bardziej komiczną – Dumbledorowi nie wypadało używać magii na mugolu w obecności swojego niedoszłego ucznia, więc musiałby znaleźć inny sposób na wybrnięcie z sytuacji – Harry postanowił interweniować. Przecież chciał iść do Hogwartu!
– Pani Cole, mogę sam porozmawiać z profesorem Dumbledorem? Być może Hogwart naprawdę jest dla mnie odpowiednią szkołą?
Matrona natychmiast złagodniała.
– Czy możesz zabrać pana Dumbledore'a do swojego pokoju? Gabinet niestety będzie mi potrzebny. Za pół godziny mam umówione spotkanie z jednym z darczyńców. Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza, panie Dumbledore? – zwróciła się do profesora.
– Ależ skąd. W końcu to Tom ma być moim uczniem, powinniśmy się lepiej poznać, zanim chłopiec zdecyduje, czy przyjmie zaproszenie do szkoły.
Harry i Dumbledore wyszli z biura. Harry zaprowadził profesora do swojego pokoju. Było to małe pomieszczenie o zielonych ścianach, z jednym obrazem przedstawiającym parę jeleni w lesie. Umeblowanie stanowiły szafa, łóżko i niewielki regał pełen książek. Wszystko było używane, ale w dobrym stanie.
– Przepraszam za zachowanie pani Cole. Bardzo się o nas troszczy. Nie chcę być nieuprzejmy, ale powinien pan założyć garnitur w bardziej stonowanym kolorze, nie zrobił pan na niej dobrego pierwszego wrażenia. – Harry nie mógł sobie odmówić małego prztyczka w stronę swojego byłego mentora. Jego dziwactwa mogły kiedyś przynieść prawdziwą szkodę.
– Obawiam się, że masz rację, Tom.
– Proszę mi opowiedzieć o szkole.
– Hogwart... to szkoła magii. Nie wydajesz się zaskoczony...?
– To wyjaśnia dziwne rzeczy, jakie mi się czasami zdarzały. Raz nie mogłem znaleźć w bibliotece książki i przyleciała mi do ręki. Innym razem włosy Amy Benson stały się różowe, gdy wyśmiewała się ze mnie. Ale ja nie chciałem zrobić jej krzywdy! To trwało tylko godzinę! – Harry udał, że jest głęboko zawstydzony.
– Jesteś czarodziejem i dzieckiem. Nie ma nic złego w przypadkowej magii. Gdy zaczniesz się uczyć będzie się od ciebie oczekiwać, żebyś panował nad swoją mocą – uspokoił go Dumbledore.
– Czy pan też jest czarodziejem?
– Tak, jestem.
– Czy może pan to udowodnić?
Dumbledore wyciągnął różdżkę i chwilę później książki lewitowały po całym pokoju. Po kolejnym machnięciu różdżką ustawiły się w równym rzędzie na regale, jakby nic się nie stało.
– Gdzie mogę kupić szkolne przybory?
– Na ulicy Pokątnej. Mam przy sobie zaproszenie do szkoły i listę przyborów i książek. Zakładam, że zgadzasz się uczyć w Hogwarcie?
– Tak, ale nie jestem pewny czy moje stypendium obejmie naukę w szkole magii.
– Mamy własny fundusz dla sierot. – Dumbledore wyciągnął z kieszeni list i sakiewkę z pieniędzmi i podał ją Harry'emu. – Być może niektóre rzeczy będziesz musiał kupić używane, ale powinno wystarczyć na wydatki. Czy chcesz, żebym ci towarzyszył w trakcie zakupów?
– Nie, poradzę sobie sam. Proszę mi tylko wyjaśnić, jak dostać się na Pokątną.
Dumbledore opisał mu, jak znaleźć pub i ulicę czarodziejów.
– Muszę już iść. Do widzenia, Tom. Zobaczymy się w Hogwarcie.
– Do widzenia, profesorze.