[Harry Potter] Dies Irae

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Daphne
amator
Posty: 15
Rejestracja: 03 lip 2010, 23:42
Lokalizacja: Katowice

[Harry Potter] Dies Irae

Postautor: Daphne » 11 sie 2010, 21:07

Pomysł na „Dies Irae”, krążył mi po głowie od bardzo, bardzo dawna, ale zawsze się wycofywałam, bo marysuizm jest traktowany jako pierwszy objaw złego fanfika. W końcu jednak zaczęłam się zastanawiać, czy powielając najbardziej ograne motywy z drugoligowych, często nigdy nie kończonych i pisanych bez szerszej koncepcji opowiadań, będę w stanie wybronić klasyczną Mary Sue mając do dyspozycji tylko styl wypowiedzi i Snape’a, jako męską postać pierwszoplanową (bo jakby inaczej ;P). Poczułam się w obowiązku ostrzec potencjalnego czytelnika przed odrealnioną, główną bohaterką i mam nadzieję, że nikt mi po takim wstępie nie zarzuci, że moja Freya jest zbyt przesadzona i idealna, począwszy od udziwnionego imienia, przez kolor oczu, mroczną tajemnicę, na romansie z moim ulubionym nauczycielem (i tym trzecim, zawsze jest ten trzeci) kończąc. Bo o to chodziło. Co oznacza, że jestem otwarta na krytykę wszystkiego, ale od mojej fiołkowookiej pannicy wara :P
Akcja osadzona jest po IV tomie. Wszelkie aluzje są zamierzone. Kocham komentki.

Fik jest opublikowany w jeszcze jednym miejscu w Sieci, mówię na wszelki wypadek, jakby ktoś coś skojarzył i wyskoczył z oskarżeniem o plagiat.
Znajomość fandomu wskazana.


Rozdział pierwszy

To nie był najlepszy początek pięknej, głębokiej przyjaźni. Severus wchodził właśnie po schodach prowadzących do jego ulubionej apteki na ulicy Pokątnej, kiedy coś przykuło jego wzrok. Zatrzymał się w pół kroku i przechylił przez poręcz, gdy z nieba spadł meteoryt. A przynajmniej taka była pierwsza myśl Mistrza Eliksirów, kiedy coś równie ciężkiego, co twardego ugodziło go w pierś z monstrualną siłą, a potem pchnęło w tył.
Nawet, gdyby spróbował, Snape nie zdążyłby chwycić równowagi w czasie, w jakim niezidentyfikowany obiekt wymierzył mu zapierający dech w piersiach cios i stratował, co przy uwzględnieniu dziesięciu kamiennych stopni za plecami, oznaczało kilka siniaków więcej.
Jeszcze w locie, Severusowi przeszły przez głowę dwie myśli. Pierwsza, absurdalnie oderwana od kontekstu sytuacyjnego, dotyczyła pogody. Druga obracała się wokół prawdopodobieństwa ataku. Ostatecznie nie wszyscy Śmierciożercy mu ufali, a już na pewno nie ufał mu w stu procentach sam Czarny Lord, aczkolwiek w najśmielszych snach nie założył, że może zostać napadnięty w biały dzień na najruchliwszej ulicy czarodziejów w tej części kraju.
Dwie sekundy później, kość ogonowa Mistrza Eliksirów zderzyła się z wybrukowaną uliczką, jedna łydka rąbnęła z impetem o krawędź najniższego stopnia, a drugą przyłożył w żelazną poręcz. Z ust Snape’a posypał się taki potok przekleństw, o jaki nie podejrzewałby go żaden kolega pedagog. Meteoryt z kolei, który miał nieco miększe lądowanie i spadł na swoją ofiarę wbijając jej przy tym łokieć prosto w wątrobę, pisnął tylko cieniutkie „oj”, zagłuszone przez harmider wydany przez całą powódź pudełek i papierowych toreb, które rozsypały się dookoła. Ostatni z bagaży, najcięższy pakunek o kształcie solidnego prostopadłościanu, odbił się od jednego ze schodów, po czym uderzył Mistrza Eliksirów prosto w skroń. Snape’owi wyczerpał się zasób przekleństw.
- O przenajsłodszy Jezu – usłyszał nad sobą spanikowany, dziewczęcy głos, przynoszący skojarzenia z chórami anielskimi, i pomyślał, że schody lokalnej apteki załatwiły go szybciej i skuteczniej, niż całe lata bycia podwójnym agentem. – Nic się panu nie stało?
Kamienny bruk Pokątnej w niczym nie przypominał obiecywanych przez kaznodziei zielonych pastwisk, ale ponieważ nie wyczuwał też w powietrzu zapachu siarki, Severus uznał, że gdziekolwiek się znajdował, nie trafił po śmierci najgorzej.
- Proszę pana? Halo!
Ciężar, jaki wcześniej go przygniatał, nagle się ulotnił i Snape zaczął powoli nabierać niejasnych przeczuć, że jednak lata znoszenia fochów Dumbledore’a, złych humorów swojego drugiego szefa i kolejnych roczników coraz głupszych uczniów (Mistrz Eliksirów wyznawał pogląd, według którego dzieci urodzone po upadku Voldemorta miały wyraźną skazę intelektualną), uczyniły go wystarczająco twardym, by przeżyć większość niespodzianek, jakie mogło mu zaserwować życie codzienne.
Powoli, nadal czując nieprzyjemne pulsowanie pod czaszką, w nogach i kości ogonowej, podniósł powieki i podjął wysiłek wyostrzenia obrazu na tyle, żeby zorientować się, która z trzech pochylających się nad nim kobiet była prawdziwa. Pomału zaczęło stawać się jasne, że nie uderzył w niego meteoryt, ale został stratowany przez wychodzącą z budynku klientkę apteki. Gdyby był mniej ogłuszony, prawdopodobnie wpadłby w szał.
Wypuścił z sykiem powietrze przez zaciśnięte zęby, jednocześnie upewniając się, że przynajmniej te ma w komplecie i żadnego nie wybił w chwili rąbnięcia o kamienie. Przez chwilę błądził wzrokiem po idealnie niebieskim, sierpniowym niebie, a potem skrzywił się, zamrugał parę razy, na próbę poruszył głową i wtedy właśnie napotkał na oczy w najbardziej nietypowym kolorze, jaki spotkał w całym swoim życiu.
Godzinę później nie potrafił sobie przypomnieć, jak dokładnie wyglądała młoda dziewczyna, która go przewróciła, ale nie mógł też wymazać z pamięci pierwszej pary idealnie fiołkowych tęczówek, jaką zobaczył kiedykolwiek. Jak na osobę, która spadła ze schodów, co równie dobrze mogło się skończyć lekkim wstrząśnięciem mózgu, jak i roztrzaskaniem sobie czaszki i zgonem na miejscu, bardzo szybko przeanalizował, jakie są szanse, że jednak majaczy. Chociaż nie sprawiał takiego wrażenia, Snape całkiem nieźle radził sobie z odróżnianiem odcieni poszczególnych kolorów i wiedział też, że TAK wrzosowe oczy nie występowały w naturze. Fiołkowe, paradoksalnie były niebieskie, a domieszka czerwieni jakiej potrzebowały, żeby stać się rzeczywiście fioletowe, występowała tylko u albinosów. A jednak kilkanaście centymetrów od jego własnych, znajdowała się para oczu przypominająca ciągnące się po horyzont wrzosowisko.
Przez chwilę gapił się w nie jak zahipnotyzowany, a potem uzmysłowił sobie, że nawet, jeżeli tylko we własnych myślach, to jednak bredził.
Stęknął z wysiłkiem i przyłożył rękę do głowy, upewniając się, że jednak nie wybił sobie krwawiącej dziury w czaszce. Posiadaczka fiołkowych oczu, klęcząc tuż obok, wpatrywała się w niego z niekłamanym przerażeniem, zasłaniając dłońmi usta i mrugając intensywnie, jakby w każdej chwili miała się rozpłakać.
- Tak strasznie mi przykro – wybełkotała w końcu, drżącym głosem. – Te wszystkie pakunki ograniczyły mi pole widzenia, źle oszacowałam, gdzie znajduje się następny stopień, potknęłam się i wpadłam prosto na pana.
Severus, oszacowawszy, że z jego głową wszystko w porządku, usiadł i zaczął mechanicznie otrzepywać czarne rękawy swojej szaty z ulicznego kurzu. Dziewczyna oderwała dłonie od własnych ust i zaczęła niezdarnie strzepywać ślady upadku z jego pleców, a potem zauważyła awanturnicze rozcięcie tuż pod lewym okiem i wydając cichy pisk przerażenia, dotknęła zaczynającego sinieć miejsca.
Mistrza Eliksirów, który prawie wcale nie słuchał jej wcześniejszego rozpaczliwego tłumaczenia, nagle uderzył piorun. W tym samym momencie, w którym właścicielka fiołkowych oczu dotknęła jego twarzy, poczuł uderzenie gorąca, które eksplodowało w miejscu, gdzie dłoń dziewczyny dotknęła jego skóry, a potem spadło ciężko do żołądka, gdzie rozprysnęło się na odłamki. Zaskoczony i przerażony tą chemią praktycznie odskoczył, chociaż tylko na kilka centymetrów i choć natychmiast poczuł ból, poderwał się na równe nogi.
Górując nad swoją napastniczką z przypadku, szybko ocenił, że stratowała go szczupła, najwyżej dwudziestolatka, sięgająca mu wzrostem może do ramienia. Dziewczyna szybko podniosła się z kolan, otrzepała swoją szatę i mamrocząc przeprosiny, zaczęła zbierać swoje zakupy. Część pudełek pootwierała się, z papierowych toreb powypadały mniejsze paczuszki i Snape był pod ogromnym wrażeniem, jak taka drobinka dała radę podnieść to wszystko na jeden raz.
Ból głowy zaczął powoli ustępować i stateczny Mistrz Eliksirów, zdeklarowany stary kawaler, uświadomił sobie, że w nauczycielskim odruchu ocenia warunki naturalne nowopoznanej dziewczyny, która odwrócona do niego plecami, zbierała pospiesznie jakieś drobiazgi. Zanim zdążył się zganić w myślach za kosmate myśli, udało mu się wystawić jej mocne „Powyżej Oczekiwań” za tyłek. Mimowolnie poczuł, że oblewa się kompromitującym rumieńcem. Chwilę potem dotarło do niego, że nie był w pracy, żeby móc wyładować swoją złość na dziewczynie, nawet, jeżeli to ona go stratowała, a on był zaledwie poszkodowanym, i powinien pomóc jej zbierać zakupy.
W tej samej chwili jednak, właścicielka pięknych, fiołkowych oczu i zachęcających do zgłębienia znajomości pośladków, przypomniała sobie o nim i zostawiając stosik bagaży w spokoju, zaczęła trajkotać przeprosiny, od których Severusowi znowu zaczęło świergotać w głowie.
Jednocześnie dopiero teraz przypomniał sobie, że kobiety nie kończą się na oczach i tyłku.
Dziewczyna miała długie włosy tak samo czarne, jak jego własne. Kiedy praktycznie zginała się w pół przepraszając za kolizję, ześlizgiwały się z ramion i zwisały wzdłuż jej twarzy we wdzięcznych falach, które, jak samokrytycznie zauważył Snape, stanowiły zdrową równowagę między szopą Granger, a jego własnymi, wiecznie przetłuszczonymi od ciągłego pochylania się nad kociołkami kłakami.
- Już dobrze, w porządku – przerwał jej litanię błagań o przebaczenie i pochylił się, by podnieść jakieś niewielkie pudełko leżące obok jego nogi.
Coś w jego kręgosłupie nieprzyjaźnie chrupnęło i brunetka znowu spojrzała na niego wystraszonymi, załzawionymi oczyma dręczonego spaniela, przez co poczuł się jak zdziadziała łamaga.
Zanim przyszło mu do głowy, żeby wyciągnąć różdżkę i jednym zaklęciem uporać się z tym całym bałaganem, trzpiotka miała już wszystko pozbierane i powoli zaczynała kombinować, jakby to teraz z powrotem umieścić sobie na rękach.
Severus uwielbiał swoje towarzystwo i nie miał nic przeciwko, a właściwie gustował w samotnych zakupach, samotnych spacerach, samotnej, hm, egzystencji, aczkolwiek wbrew obiegowej opinii interesował się kobietami. Nie tak intensywnie i obsesyjnie jak dwadzieścia lat wcześniej, wciąż, nie był ślepy.
Gdyby jakaś uczennica stratowała go na schodach zamkowych, prawdopodobnie doprowadziłby ją do załamania nerwowego, ale skoro czekało go wolne, letnie popołudnie, przeszło mu przez myśl, żeby zaprosić brunetkę na kawę, a potem przekonać się, czy współczesne czarownice są równie rozwiązłe, jak informowały plotki. Ostatecznie w Hogwarcie kobiety dzieliły się na dwie kategorie, z których żadnej nie uważał w gruncie rzeczy za kobiecą i wartą zainteresowania. Wszystkie konserwatywne, stateczne profesorki sprawiały wrażenie, jakby jedyną czynnością fizjologiczną jakiej się dopuszczały było przyjmowanie pokarmu i pomimo najszczerszych chęci nie potrafił sobie wyobrazić żadnej z nich uprawiającej seks. Nie, żeby był zainteresowany.
Uczennice natomiast, były uczennicami. Jak trzecia płeć. Co prawda w swojej karierze trafił na kilka zdeterminowanych podbić serce zgorzkniałego profesora, ale jedną z nich udało mu się skutecznie zrazić do swojej osoby odczytaniem na głos w klasie liściku miłosnego, który załączyła do eseju, drugiej, gdy tylko zdał sobie sprawę co się święci, wlepił szlaban zakładający czyszczenie nocników w skrzydle szpitalnym, co rozwiązało problem.
Brunetka natomiast, chociaż jej siła rażenia przypominała mu niemiecki bezodrzutowy granatnik przeciwpancerny jednorazowego użytku (albo Tonks), była naprawdę bardzo ładna. Chociaż Mistrz Eliksirów gustował w blondynkach, informacją to którą nigdy się z nikim nie podzielił, musiałby być ślepy, żeby nie docenić tego, co miał przed oczyma.
- Jeszcze raz przepraszam – wybełkotała zakłopotana brunetka szarpiąc się z torbami, a potem uśmiechnęła się przepraszająco do Mistrza Eliksirów. – Nie miałby pan ochoty na jakąś kawę w ramach przeprosin za atak? – zapytała tak bezpośrednio, że Snape w pierwszym odruchu chciał odmówić i zostawić ją samą z tym bajzlem na środku chodnika.
A potem jego wzrok padł na jedną z papierowych toreb, która przewróciła się na ziemię, a z której wnętrza wysunęło się kilka książek. Prawdopodobnie dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu mężczyzn uznałoby taki argument za absurdalny, ale w momencie w którym bystre spojrzenie Severusa zarejestrowało okładkę najnowszego wydania swojego ulubionego słownika składników do eliksirów, Snape uznał, że jednak wypije tę kawę. Dziewczyna była młoda, ładna, najwyraźniej zainteresowana i, sądząc po wyborze literatury, wcale niegłupia. Los na loterii.
- Mam tylko nadzieję – dodała szybko – że będzie pan mógł polecić mi jakiś lokal, bo przyjechałam do Anglii dopiero dwa dni temu i jeszcze się nie odnajduję, a mój opiekun zostawił mi tylko adresy sklepów ze słodyczami. – Przewróciła oczyma rumieniąc się lekko, ale Severus nagle poczuł ukłucie niepokoju, kiedy padło słowo „opiekun”.
Na nieszczęście dla wszystkich mężczyzn, którzy nie chcieli zostać oskarżeni o pedofilię, dziewczęta zaczynały wyglądać na nieco starsze niż były w rzeczywistości, co okazjonalnie było naprawdę mylące. Jego własne siódmoklasistki, chociaż regulamin szkoły zabraniał noszenia makijażu, były w stanie przemycić na rzęsach śladowe ilości tuszu, a jedyną nauczycielką która miała tupet by z podziwu godną konsekwencją odsyłać takie indywidualistki do łazienki, była profesor McGonagall.
Wyglądała na dwadzieścia. Była umalowana i dobrze ubrana. Naprawdę dobrze, szata układała się na niej we wdzięczne fałdy i na pewno była szyta na zamówienie. Studentka? To tłumaczyło by kupno tak dobrego słownika. Oznaczałoby również, że studiowała warzycielstwo.
- Więc jak? – Uśmiechnęła się zachęcająco, odsłaniając równe, białe zęby.
Co prawda Severus potrzebował trochę więcej niż tylko ładną buzię, żeby zainteresować się kobietą, ale rola ponurego, zdystansowanego profesora nie przekładała się w stu procentach na życie prywatne, więc ostatecznie nie było nic złego w...
Brunetka podniosła z ziemi ostatnią z toreb, po czym wyjęła z niej czarną, długą szatę i strzepała z niej nieco ulicznego kurzu. Snape momentalnie rozpoznał charakterystyczny, szkolny mundurek, który oglądał niemal codziennie przez dziesięć miesięcy w roku od lat i zanim dotarła do niego cała prawda o przedziale wiekowym, w jakim mieściła się ta dziewczyna, pomyślał naiwnie coś w stylu „Musi mieć młodszą siostrę”. Sekundę później zrozumiał swój błąd.
Jak przez mgłę przypomniał sobie, że McGonagall wspominała coś o nowej uczennicy, która miała przyjechać do Hogwartu z Norwegii. Snape niewiele pamiętał z tej konferencji, pogrążony w myślach o wieczornym spotkaniu Śmierciożerców, ale był prawie pewien, że dziewczyna miała mieć piętnaście lat. Jego mózg szybko przetrawił komunikat. Stratowała go piętnastoletnia uczennica z którą prawie byłby się był spoufalił.
- Nie! – warknął na brunetkę, która prawie podskoczyła.
A potem po prostu odwrócił się i praktycznie rzecz ujmując uciekł, zostawiając zaskoczoną dziewczynę na środku ulicy z szeroko otwartymi oczyma.

***

Kiedy założyła klasyczną, workowatą szkolną szatę, Freya zaczynała wyglądać na piętnaście lat. Przejrzała się w lustrze, stwierdzając krytycznie, że jej bardzo ciemne włosy w połączeniu z czarną szatą, tworzą niezwykle ponurą kombinację. Nie ważne, czy rozpuściła, spięła czy związała swoje pukle w warkocz, skutek był ten sam. Jedynym kolorem, który przełamywał tę depresyjną tendencję, był charakterystyczny fiolet jej tęczówek. Przyzwyczaiła się do tego, że ludzie gapili się na jej oczy z wyraźnymi zainteresowaniem, ale nie sądziła, żeby kiedykolwiek była w stanie polubić tę poświęcaną jej uwagę.
Przygryzła mocno wargi i podszczypała policzki, żeby dodać swojej twarzy nieco więcej koloru, wciąż, dopiero zawieszenie na szyi ciężkiego wisiora dało zadowalający efekt.
- Nie przyjęto, żeby uczennice tej szkoły nosiły tak narzucającą się biżuterię – skomentował wygląd swojej protegowanej Dumbledore, uśmiechając się z lekką ironią.
Freya spojrzała na niego chłodno, ale posłusznie wrzuciła akwamaryn wielkości swojej dłoni za kołnierz.
- Lepiej? – zapytała z udaną usłużnością, dygając teatralnie przed dyrektorem.
- Nie musisz być tak otwarcie wroga – odpowiedział uśmiechem na jej wyraźny brak szacunku starszy mężczyzna, głaszcząc przy tym swoją imponującą brodę. – Wyglądasz pięknie niezależnie od ilości drogich kamieni, jakie na sobie zawiesisz. Aczkolwiek biżuteria nie jest mile widziana przez niektóre... cóż, bardziej konserwatywne profesorki. I uśmiechaj się więcej. Potrafisz być naprawdę czarująca, jeżeli chcesz.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, jakby chciała dać do zrozumienia, że to nie jej wina, że w naturalnym środowisku miała dosyć odpychający, niesympatyczny charakter, a nie zawsze chciało się jej odgrywać towarzyskość i przyjacielskość.
– Ustalmy fakty, Dumbledore. – Brunetka usiadła na fotelu naprzeciwko swojego rozmówcy i założyła nogę na nogę, co niespodziewanie nadało jej wyraz dużo dojrzalszy, niż reprezentowała przed chwilą obracając się przed dużym lustrem. – Ściągnąłeś mnie tutaj... ponieważ? Masz swój Zakon Feniksa, grupę ludzi całkowicie pozbawionych instynktu samozachowawczego, gotowych skoczyć za tobą w ogień i, prawdę mówiąc, kompletnie nie rozumiem, do czego jestem ci potrzebna.
- Jesteś jedyną wystarczająco wykwalifikowaną młodą czarownicą, którą mogę trzymać na terenie szkoły. Mam na miejscu tylko kadrę, która musi realizować oficjalny program nauczania i czy podoba mi się to, czy nie, całkowicie niezależnie od osobistych priorytetów, nie mogę skupić ich uwagi na zapewnianiu ochrony Harry’emu Potterowi.
- Zdajesz sobie sprawę, że robię to tylko dlatego, ponieważ mam wobec ciebie dług wdzięczności, prawda? – Uniosła lekko brwi i posłała mu pytające spojrzenie.
- Byłem pewien, że twoja zgoda miała też drugie dno. – Dyrektor uśmiechnął się lekko i dziewczyna zmarszczyła czoło ze złością. – Dlatego to ciebie poprosiłem o pomoc, nie twojego brata.
- Mój brat nie ma cienia interesu w zadawaniu się z ludźmi twojego pokroju, Albus – powiedziała chłodno. – Ja nie mam takiego komfortu. W przeciwnym razie na pewno by mnie tu nie było. Będę tarczą dla twojego drogocennego pupilka, jeżeli taka jest umowa, ale palcem nie ruszę, jeżeli ktokolwiek inny będzie w potrzebie.
- Nie oczekuję tego po tobie, Freya. Znam cię nie od dzisiaj i wiem – dobrotliwy uśmiech spełzł mu z twarzy – że niezależnie jak dobre pierwsze wrażenie robisz na ludziach, w środku gnijesz i masz najbardziej okaleczoną duszę, jaką kiedykolwiek widziałem.
- I dajesz mi pod opiekę swojego ulubionego ucznia? Stawiając mnie w tej samej lidze, co Riddle’a?
Dumbledore spojrzał głęboko w te niesamowite, fioletowe oczy. Bardzo długo się wahał, zanim ze wszystkich starych znajomych do których mógł się zwrócić, poprosił o wsparcie Freyę i nawet teraz miał wątpliwości, czy nie popełnił tym samym strasznego błędu. Doprawdy, brakowało mu tupetu, żeby postawić ją w tej samej lidze, co Voldemorta. Freya była dużo bardziej niebezpieczna i dalece bardziej wyzuta z sumienia, żeby wierzyć w jej dobre serce i ufać jej osądowi. Gdyby Tom zaproponował jej lepszą cenę, Dumbledore prawdopodobnie zdecydowałby się rozwiązać Zakon, żeby niepotrzebnie nie narażać swoich ludzi. Chociaż z drugiej strony, czasami nachodziły go myśli, żeby skonfrontować swoje umiejętności z możliwościami Freyi.
- Nie jesteś zła – powiedział w końcu i z zadowoleniem zarejestrował, jak jego rozmówczyni gwałtownie wypada z roli i wpatrując się w niego z zaskoczeniem, rozchyla lekko wargi. – Po prostu przeszłaś o wiele zbyt wiele, niż ktokolwiek jest w stanie wytrzymać zachowując równowagę. Jesteś najbardziej zniszczoną piątoklasistką, jaką widziały mury tej szkoły, Freya. To nie twoja wina.
Brunetka poczuła, że zaczyna się rumienić i szybko uciekła wzrokiem w bok. Nie przyjechała na Wyspy bo chciała tu być. Głównym motorem jej działań nie była tym bardziej prośba Dumbledore’a, ale prywatny interes i nie ukrywała przed sobą, że życie małoletniego Pottera niewiele ją obchodziło.
- Gdzie mam się rozpakować? – zapytała w końcu, pozostawiając ostatnią kwestię dyrektora bez odpowiedzi.
- Dostawiliśmy łóżko do sypialni piątoklasistek z Gryffindoru. Musisz pójść do końca...
- Wiem, jak dojść do Wieży, Albus. Z moją pamięcią wszystko w porządku – przerwała mu w pół słowa, lekceważąco machając ręką. – Domyślam się, że moje bagaże już zostały wniesione na górę.
- Oczywiście.
- Doskonale, wobec tego na dzisiaj się pożegnam. – Uprzejmie skinęła głową, zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia i gdy już prawie objęła dłonią klamkę, drzwi otwarły się do środka trafiając ją prosto w nos.
Freya cierpiała od lat na lekką anemię, która nie pozostawała bez wpływu na szybkość jej reakcji. W Norwegii osoby z jej najbliższego otoczenia przywykły, że w przypadku wystąpienia na jej drodze schodów, prawdopodobieństwo potknięcia się zwiększało się parokrotnie, a nawet na prostej drodze zdarzało się jej uderzyć biodrem o doskonale widoczny kosz na śmieci, albo poślizgnąć na jedynej zamarzniętej kałuży w promieniu kilometra.
Nikt nie pukał do drzwi wewnętrznych gabinetu dyrektora, ponieważ Dumbledore wiedział o gościu od chwili, gdy podawał on hasło i zostawał wpuszczony na schody. Freya została tej wiedzy pozbawiona i kiedy kawał lakierowanego i bogatego zdobionego drewna uderzył ją w twarz, momentalnie poszła jej krew z nosa, nie wspominając o tym, że nie tyle siła uderzenia, co samo zaskoczenie przewróciło ją na plecy.
Jeszcze nieświadoma krwotoku, zarejestrowała obrzydliwie kiczowaty fresk który Dumbledore zafundował sobie pod sufitem absurdalnie przełamując średniowieczną koncepcję dekorowania pomieszczeń, po czym poczuła w ustach smak krwi i plamiąc szkolną szatę jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem roku, zaczęła rękawem zasłaniać nos, jednocześnie próbując się podnieść przynajmniej do pozycji siedzącej.
Snape zatrzymał się w pół kroku na progu i na bardzo krótką chwilę przestał oddychać. Udało mu się w życiu doprowadzić kilka kobiet do płaczu, ale nigdy żadna nie zaczęła bryzgać na jego widok krwią. Dopiero kiedy dziewczyna zadarła głowę do góry trzymając palcami nos i wciągając spazmatycznie powietrze ustami, rozpoznał uczennicę którą spotkał wcześniej na Pokątnej.
Dumbledore, z sobie właściwym wdziękiem, poderwał się z krzesła i jednym zaklęciem pozbył się krwi w równej mierze z twarzy, co z ubrań swojego gościa. Freya jęknęła z niesmakiem, kiedy zaklęcie pozostawiło specyficzne uczucie w nosie i potrząsnęła głową, próbując się go pozbyć.
- Tak, Severusie?
Na dźwięk głosu swojego szefa, Snape wyrwał się z zaskoczenia. Nie miał nawet odruchu, żeby przeprosić, albo pomóc wstać totalnie ogłuszonej młodej kobiecie, raczej pomyślał coś równie ironicznego, co bliżej niesprecyzowanego.
Już otwierał usta, żeby zacząć wyjaśniać powody swojej wizyty, kiedy brunetka podniosła na niego wzrok i na jej twarzy powoli zaczął pojawiać się wyraz całkowitego zaskoczenia.
- O-och – jęknęła kompletnie bez sensu i Dumbledore prawie pokręcił głową z niedowierzaniem, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem w ciągu zaledwie kilku sekund opryskliwa, chłodna nastolatka weszła w rolę niewiasty w potrzebie.
W świecie w którym znajdował się Severus zaczęły ćwierkać ptaki, a w zasięgu wzroku pojawiło się parę kolorowych motyli, kiedy nieistniejący wiatr rozwiał długie, ciemne włosy Freyi odsłaniając jej śliczną, regularną twarz i lśniące, fioletowe oczy.
Potem Mistrz Eliksirów zamrugał parę razy i złudzenie zniknęło. W tym samym momencie dziewczyna dopasowała twarz do okoliczności i oskarżycielsko wskazała na niego palcem.
- Ty! – krzyknęła, wprawiając Dumbledore’a w konsternację.
Snape zatrząsł się z oburzenia. Urojone motyle martwe spadły na ziemie, kiedy oczy brunetki zapłonęły gniewem nadając jej twarzy nieco odpychający i dużo mniej przyjemny wyraz.
Dumbledore oczyma wyobraźni zobaczył, jak Freya rzuca na jego najlepszego szpiega jakieś paskudztwo, którego nie wiedziałby jak zdjąć i z typowym dla siebie dystansem do wszystkiego wyobraził sobie cały Zakon Feniksa dywagujący nad przywróceniem Mistrzowi Eliksirów jego pierwotnej formy.
- Profesorze Snape! – powiedział szybko, kiedy Severus już otwierał usta, żeby tylko swoją odpowiedzią na tak jawną prowokację pogorszyć sytuację. – Zechce pan poznać naszą nową uczennicę. Freyo, bądź tak uprzejma... – złapał ją za łokieć i jednym ruchem postawił ją do pionu ze sprawnością, jakiej mógł mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. – To nasz tutejszy nauczyciel eliksirów, profesor Severus Snape. Profesorze, panna Freya Solheim. Piąty rok, Gryffindor.
Freya pierwsza odzyskała przytomność umysłu. Dumbledore nie miał pojęcia, jak mało brakowało, żeby rzeczywiście zamieniła Mistrza Eliksirów w zwierzę dużo lepiej odpowiadające jego charakterowi. Dwoma nerwowymi ruchami wygładziła szatę i posłała Snape’owi opanowane spojrzenie, w którym jednak nie było nawet cienia należnego profesorowi szacunku.
- Bardzo mi miło. – Dygnęła wdzięcznie, nie dając po sobie dłużej poznać, że pamiętała Mistrza Eliksirów z pamiętnego wypadku na Pokątnej.
Severus prawie niezauważalnie skinął jej głową, po czym skupił swój wzrok na Dumbledorze, całkowicie ignorując śliczną Norweżkę. Swoją drogą zawsze wydawało mu się, że mieszkanki Norwegii powinny być strzelistymi blondynkami, a nie filigranowymi brunetkami, ale nie miał powodu, żeby powiedzieć to głośno.
- Freyo, możesz już iść do siebie. Jeżeli będziesz miała jakiś problem z odnalezieniem się w zamku, zawsze możesz zapytać którąś z postaci na portretach – powiedział Dumbledore, subtelnie przypominając dziewczynie, że miała już sobie iść.
- Oczywiście. Dziękuję, dyrektorze. – Skłoniła się lekko i dyrektor po raz kolejny był pod wrażeniem, jak dobrze wchodziła rolę dobrze ułożonej imigrantki.
Freya jeszcze raz dygnęła przed profesorem Snapem, po czym opuściła gabinet, zostawiając mężczyzn samych.
- Urocza dziewczyna, prawda Severusie?
- Nie patrzę w ten sposób na uczennice – odparł ze stoickim spokojem Snape i Dumbledore naprawdę miał ochotę przewrócić oczyma. Czasami sądził, że jego pracownik był całkowicie pozbawiony poczucia humoru i dystansu do samego siebie. – Co ona już robi w zamku?
- Nie chciałem jej zostawiać samej w Londynie, czy nawet w Hogsmeade. Jej angielski jest co prawda bezbłędny, ale nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz odwiedziła Wyspy.
- Znał ją pan wcześniej? – Snape zmrużył oczy.
- Ależ oczywiście, Severusie. Freya jest... wnuczką mojej bardzo dobrej przyjaciółki i znam ją od dziecka.
Przez ułamek sekundy Snape pomyślał, że Stary łże. Bycie szpiegiem zobowiązywało, ale niemal natychmiast upomniał się w duchu i oskarżył o paranoję. Jaki interes miałby dyrektor w okłamywaniu kogokolwiek w temacie swoich powiązań z jakąś tam piętnastolatką.
Freya w tym czasie zeszła ze schodów i bez wahania ruszyła drogą do Wieży Gryffindoru, z łatwością odtwarzając z pamięci trasę. Słyszała zaintrygowane szepty postaci na portretach, ale nie zwracała na nie uwagi. Była niezmiernie ciekawa, jako kogo zamierza ją przedstawić Dumbledore, skoro najwyraźniej nie zamierzał doprowadzić do bliskich kontaktów pomiędzy nią, a kimkolwiek z Zakonu. Solheim, doprawdy, nie popisał się wymyślając jej alias.
Ona i Albus byli dobrymi przyjaciółmi i równorzędnymi partnerami w wielu kwestiach. Nieważne, jak niezadowolona była obrotem sprawy wymagającej od niej przyjazdu na deszczowe, całkowite obce Wyspy, doskonale zdawała sobie sprawę, że nie odmówiłaby mu pomocy. Zastrzegła sobie prawo do kwestionowania jego decyzji i narzekania na narzucone zobowiązania, aczkolwiek była mu winna ogromną przysługę, a pilnowanie jednego szczyla z całą pewnością nie przerastało jej możliwości. Poza tym lubiła Albusa. Nie miała dla niego cienia szacunku, ale gdyby pewnego dnia Dumbledore zginął, zrobiłoby się jej troszkę przykro. Freya była niemal całkowicie pewna, że nigdy nie byłaby w stanie polubić kogoś równie mocno, jak starego dyrektora Hogwartu.
Snape od samego początku wietrzył coś dziwnego pomiędzy tą dwójką. Im więcej nad tym myślał, tym częściej zdawał sobie sprawę, że w sposobie, w jakim dyrektor pomógł jej wstać z podłogi było coś zbyt poufałego, jak na relację pomiędzy przyjacielem babci i jej wnuczką. Wszystkie jednak koncepcje, które dopuszczał do świadomości, wydawały mu się absurdalne.
Ostatecznie, prawdopodobnie Freya Solheim była zwyczajną, przeciętną uczennicą. Jedną z tych, które łatwo można sprowadzić do parteru na pierwszych zajęciach.

Awatar użytkownika
Komimasa
debiutant
Posty: 57
Rejestracja: 02 sty 2010, 22:54
Lokalizacja: Poznań
Kontaktowanie:

Postautor: Komimasa » 18 sie 2010, 14:52

Zanim zacznę czytać, a zacznę to chciałbym wiedzieć, czy nie wykracza założenie opowiadania tudzież ta część poza to, co było pokazane w ostatnim filmie, bo ja nie czytam...:D
Piszę dla siebie, ale co szkodzi się tym podzielić.

Awatar użytkownika
Daphne
amator
Posty: 15
Rejestracja: 03 lip 2010, 23:42
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Daphne » 20 sie 2010, 01:50

Komimasa pisze:Zanim zacznę czytać, a zacznę to chciałbym wiedzieć, czy nie wykracza założenie opowiadania tudzież ta część poza to, co było pokazane w ostatnim filmie, bo ja nie czytam...:D


Nope, bez obaw. Akcja osadzona po czwartej części, bo wszystkie kolejne już mi się nie podobały :3

Awatar użytkownika
Komimasa
debiutant
Posty: 57
Rejestracja: 02 sty 2010, 22:54
Lokalizacja: Poznań
Kontaktowanie:

Postautor: Komimasa » 22 sie 2010, 16:08

Przepraszam ale nie daję rady tego czyta. Skończyłem na pierwszym akapicie ****.

Nie znam dobrze samej osoby Snape'a, ale on mi tu do takiej roli nie pasuje. Jeśli miałby się zakochać to nie w tak tandetny sposób a o wiele bardziej wyszukany w jakieś 6 części chociaż... No i sam sposób opisu. Właściwie ponad 20 linijek to pis jego upadku ze schodów. Użycie kości ogonowej zamiast dupy jest dla mnie błędem. Porównanie meteorytu do popchnięcia nie trafne. Sama tematyka też mi bardzo nie leży, no nic się nie dzieje a tandetą bije na kilometr. Styl masz na pewno nieprzeciętny, bynajmniej dla mnie. Długie bardzo dokładne opisy, bogaty zasób słownictwa, ale myślę, że jest tu przerost formy nad treścią. No nie przebiję się...
Piszę dla siebie, ale co szkodzi się tym podzielić.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1211
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 22 sie 2010, 23:49

Łech, nie lubię objeżdżać tekstów moich znajomych, ale skoro przeczytałam, to skomentuję, a nie będę pisać Ci nieprawdy. Spróbuję się więc wysilić na szczegółowy, wyczerpujący komentarz. W końcu kiedyś strasznie uszczęśliwiałaś mnie, komentując moje fiki :)

Ogólnie rzecz biorąc, nie podobało mi się. Po części dlatego, że fanfik nie jest w moim guście. Nigdy nie lubiłam romansideł. Główna bohaterka odrzuciła mnie już na samym początku, a pod koniec czułam już do niej wyraźną niechęć. Jeśli chodzi o Severusa oraz Dumbledore'a, to uważam, że postaci są OOC, zwłaszcza Snape. Mroczny, powściągliwy Mistrz Eliksirów zachowujący się jak zauroczona nastolatka? Stanowcze nie. O fabule trudno cokolwiek powiedzieć, bo na razie akcja się jeszcze nie rozwinęła.

Masz ładny styl i bardzo bogate słownictwo, ale... przesadzasz. Przede wszystkim piszesz niesamowicie długaśne zdania. Pierwsze fragmenty są niemal całkowicie wypełnione zdaniami wielokrotnie złożonymi. I nie byłoby w tym nic złego, gdybyś mieszała je ze zdaniami krótszymi. Nie wiem, jaki chciałaś wywrzeć efekt, ale jak na razie jest chaos, a czytanie tego po prostu męczy. Tekst powinno czytać się szybko i przyjemnie. A tu przy każdym zdaniu trzeba się zatrzymywać, żeby ogarnąć te wszystkie wtrącenia, które momentami zaczynają irytować. Dopiero mniej więcej w połowie tekstu zaczęłaś wprowadzać zdania pojedyncze i przeplatałaś je tylko dłuższymi. Można było odetchnąć.

Druga sprawa, jeśli chodzi o stylistykę, to sam dobór słów. Dobrze, że używasz wielu synonimów, masz za to u mnie ogromny plus. Nie spodobało mi się zbyt częste używanie popularnego słowa "aczkolwiek", które ludzie stosują, bo wydaje im się, że są przez to inteligentni i wykształceni. Błąd. Można napisać 10 razy "ale", "jednak" albo "lecz", a za jedenastym napisać "aczkolwiek". Wtedy to nie razi tak jak stosowanie tego wyrazu cały czas.

Kilka innych wpadek, które wyjątkowo mi się nie spodobały:
Daphne pisze:uświadomił sobie, że w nauczycielskim odruchu ocenia warunki naturalne nowopoznanej dziewczyny

Warunki naturalne? To się kojarzy raczej z geografią, a nie z anatomią. Nie wystarczyło napisać po ludzku, że ocenia "wdzięki" bądź "walory"?

Daphne pisze:
Daphne pisze:Nie tak intensywnie i obsesyjnie jak dwadzieścia lat wcześniej, wciąż, nie był ślepy.
wciąż, dopiero zawieszenie na szyi ciężkiego wisiora dało zadowalający efekt.
Za to mam ochotę ludzi rozszarpywać. To zupełnie idiotyczna kalka językowa. Angielskie "still" w tym kontekście absolutnie nie oznacza "wciąż". I nie rozumiem, po co udziwniać tekst takimi wyrażeniami, skoro można napisać "mimo to" albo "i tak".

Jeszcze słówko o interpunkcji. Może i nie było tak źle, ale sporo błędów się znalazło. Postawiłaś za dużo niepotrzebnych przecinków. Nie przeszkadzają jednak w odbiorze tekstu.

Pozwolę sobie jeszcze ustosunkować się do komentarza Komimasy:
O niepasującym charakterze Snape'a już pisałam. Sam opis upadku ze schodów uważam za niezły zabieg. To takie lekkie rozdrażnienie czytelnika, w celu pobudzenia jego ciekawości: czytelnik chce się dowiedzieć, co spadło na Severusa, ale musi sobie troszkę poczekać. Mam tylko taką uwagę:
Daphne pisze:Pierwsza, absurdalnie oderwana od kontekstu sytuacyjnego, dotyczyła pogody.
Tu by mi się przydało jakieś krótkie stwierdzenie, że świeci słońce albo że pada deszcz. Ale brakuje mi skonkretyzowania, jaka ta myśl dokładnie była.

Komimasa pisze:Użycie kości ogonowej zamiast dupy jest dla mnie błędem. Porównanie meteorytu do popchnięcia nie trafne.
Kość ogonowa a dupa to dwie różne rzeczy. Więc nie rozumiem, po co się czepiać. Akurat tu do decyzji autorki nie mam zastrzeżeń. Jakby Severus upadł na pośladki, to może trochę by go bolały, za to uderzenie w kość ogonową potrafi nieźle napier... dokuczać :) Porównanie z meteorytem również przypadło mi do gustu.

Komimasa pisze:Styl masz na pewno nieprzeciętny, bynajmniej dla mnie.

Boże, widzisz i nie grzmisz! Komimasa, jeśli chcesz używać słów takich jak "bynajmniej", to, proszę, sprawdź najpierw w słowniku, co one znaczą. Bo niepotrzebnie się ośmieszasz.

Komimasa pisze:Długie bardzo dokładne opisy, bogaty zasób słownictwa, ale myślę, że jest tu przerost formy nad treścią.
Tu się niestety muszę zgodzić z kolegą.

Dobra, rozpisałam się trochę, więc może już lepiej kończyć ten komentarz. Jeśli z czymś się nie zgadzasz, Daphne, to oczywiście możemy to przedyskutować :) Napisałam Ci szczerze, co o tym wszystkim sądzę, nie ze złośliwości, po prostu uważam, że należy Ci się szczera opinia. Wrzuć kolejne rozdziały, zobaczymy, może spodobają mi się bardziej. W każdym razie uważam, że jeśli pisałabyś nieco swobodniej, zwięźlej i bez nienaturalnie wyszukanych form, to mogłoby być naprawdę dobrze :)
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Daphne
amator
Posty: 15
Rejestracja: 03 lip 2010, 23:42
Lokalizacja: Katowice

Postautor: Daphne » 04 wrz 2010, 16:40

No nie, nie zgadzać się z opinią odbiorcy to się nie da :3 Jeżeli tekst się sam nie broni, to można tylko się stosować do sugestii i poprawiać.
Generalnie całość miała być przegięta takoż fabularnie jak i stylistycznie i "Dies Irae" traktowałam jako taki właśnie funowy przerywnik między pisaniem bardziej na serio. Będziemy naprostowywać, bo opinie na innych forach gdzie tekstu jest trochę więcej dzielą się pomiędzy "oho, śmiechowa Mary Sue", a "strzela sobie waćpanna w stopę" :3
Buzi i dzięki za komentki ^^


Wróć do „Harry Potter”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość