Harry Potter i Bezimienna

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

wariatka
amator
Posty: 2
Rejestracja: 12 maja 2012, 13:11
Lokalizacja: Kodeń
Kontaktowanie:

Harry Potter i Bezimienna

Postautor: wariatka » 12 maja 2012, 16:18

Opowiadanie jest także na blogu www.hpib.blog.onet.pl
Mam nadzieję że się podoba, nie krzyczcie za styl, to mój debiut. :-)

Tytuł: Bezimienna i Harry Potter
Fandom: Harry Potter
Kategorie: Angst; Death; WIP; 13+
Znajomość fandomu: wskazana.
Status: nieskończony
Opis: Głównie akcja opowiadania dzieje się na szóstym roku w Hogwardzie.
Wydarzenia na łące zmienia życie dziewczyny w piekło. Gdy już powoli wszystko powracało do normy, dowiaduje się, że przez całe życie była okłamywana. Na dodatek zostaje porwana przez jej wroga nr 2. Wszystko byłoby w miarę dobrze, gdyby nie musiała szpiegować Harry'ego Pottera.

[center]Prolog[/center]

Jedni mówią, że świat zniszczy ogień.
Inni, że lód.
Iż poznałem pożądania srogie,
Jestem z tymi, którzy mówią: ogień.
Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł,
Myślę, że wiem o nienawiści
Dość, by rzec: równie dobry lód
Jest, by niszczyć,
Jest go w bród.

Robert Frost
„Ogień i lód”

Wiedziałam, że to już koniec. Koniec mego rozdziału, rozdziału życia. Następny może będzie wkrótce, dużo gorszy, dużo podlejszy, może na odwrót. Tamta decyzja była zła, ale dzięki niej wiem kim jestem. Wiem, że istnieje prawdziwa miłość. Wiem, że stać mnie na wszystko, nawet na śmierć poprzez ratowanie kogoś. Gdyby wtedy, tam, na polanie, poddała się, tej walki by nie było. A może nie tak wcześniej. Nie byłoby ofiar, które lada moment nadejdą z nieznaną liczebnością. Ale też nie było tej prawdy.
Mówią, że lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. Tak, w tym przypadku ten gość, który to wymyślił miał rację. Nigdy nie pomyślałabym, że taki dobry człowiek może być gorszy niż ten, dla którego niestety pracowałam i się kłóciłam z wielką ilością przekleństw, dlatego nazywają mnie Szewc... Mówią, że gdzie najwięcej kłótni, tam najwięcej miłości, teraz już to rozumiem.
W tamtej chwili każdy się bał. Aktualnie moje serce natarczywie chciało się wydostać z klatki piersiowej. Biło jak oszalałe, w końcu trzydzieści uderzeń serca na minutę to za dużo jak na mnie. Słońce – jakby się czegoś przeraźliwie bało – schowało się za wręcz granatowymi kłębiastymi chmurami. Chłodny wiatr, który chłostał nasze blade twarze koloru kości słoniowej, swym przeraźliwym chłodem chłostał nasze twarze niczym bicz. Ptaki, które godzinę wcześniej śpiewały w świetle słońca umilkły, aby przypatrywać się tej rzezi, która lada moment nadejdzie.
Spojrzałam na ducha, który nieoczekiwanie przybył. Nie chciałam, żeby tu był, tęskniłam za nim cholernie. On szelmowsko się uśmiechał, idiota kochany. Nie bał się, a niby czego? Śmierci? On nie mógł umrzeć dwa razy, w końcu jest duchem. W tamtej chwili wręcz marzyłam aby być na jego miejscu. Nie obawiać się tego, co nieuniknione.
I teraz wiedziałam. Wszystko, co dostaliśmy od Stwórcy było wręcz cudem, nawet ten popaprany komar... STOP!!! Sorki, komarzyca. Cisza przenikała pośród nas i różnych stworzeń, można było ją przecinać nożem albo najlepiej piłą motorową z najostrzejszym łańcuchem.
Nagle te zimne oczy pełne nienawiści spojrzały w moje. Tylko ten facet mógłby wpatrywać się w nie przez więcej niż pięć sekund. Teraz miałam wybrać. To nie był teleturniej w telewizji. Albo wygrywasz i z szerokim uśmiechem idziesz do domu z wygraną, albo przegrywasz, lecz nie wracasz do domu, idziesz na spotkanie ze śmiercią.
Wybieraj, Bezimienna. Masz parę kategorii: śmierć, życie, wolność lub więzienie.
Ostatnio zmieniony 13 maja 2012, 10:23 przez wariatka, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 12 maja 2012, 19:36

Nie sądzę, żeby ktoś tu krzyczał, przygotuj się jednak na odrobinę krytyki i odrobinę pochwał. Właśnie w takiej kolejności. Najpierw błędy:

wariatka pisze:Wiem, że istnieje prawdziwa miłość. Wiem, że stać mnie na wszystko, nawet na śmierć poprzez ratowanie kogoś. Gdyby wtedy, tam, na polanie, poddała się, tej walki by nie było. A może nie tak wcześniej. Nie byłoby ofiar, które lada moment nadejdą z nieznaną liczebnością. Ale też nie było tej prawdy.


Narracja była prowadzona w pierwszej osobie i nagle natrafiłam na to zdanie. Jeśli dotyczy innej osoby niż narrator jest w porządku, jeśli dotyczy narratora powinnaś zmienić na zdanie w pierwszej osobie. W każdym z tych wypadków zmieniłabym to zdanie w taki sposób, żeby nie budziło w czytelniku wątpliwości.

To prolog, więc może być krótki, ale jeśli będziesz pisać rozdziały tej długości będzie to niewybaczalne.

Zajrzyj na zasady wstawiania tekstów, są chyba w regulaminie, na tym forum przed tekstem wstawia się kilka informacji np. fandom, ostrzeżenia itp. Ja chciałabym wiedzieć w jakim stopniu trzymasz się oryginału (które tomy brać pod uwagę w ocenie tego opowiadania).

Niewiele da się powiedzieć o fabule, na razie jest tajemniczo. (Zajrzałam na bloga, ale nie czytałam dalej, poczekam aż zamieścisz na forum.) Ta tajemniczość mi się podoba.

Druga rzecz, która mi się spodobała: cytat przed prologiem. Sama ostatnio je umieszczam, więc od razu zyskałaś u mnie plusa. Co więcej cytat był opisany, a bywa, że zapomina się o podpisywaniu tego, co nie swoje.

Na razie jest zbyt mało, żeby można powiedzieć coś więcej. Z chęcią przeczytam kontynuację.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2074
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 12 maja 2012, 19:38

Na wstępie - zamieść opis (tytuł, rating, ostrzeżenia, krótkie wspomnienie o czym jest historia, aby zachęcić czytelników), zanim Pani Admin się zorientuje.

Jako wstęp, wygląda to wszystko bardzo zgrabnie, chociaż niektórzy mogliby się wykłócać o długość. Widać, że masz już jakieś doświadczenie i potrafisz zaciekawić czytelnika. Chcemy się dowiedzieć, co właściwie zaszło i kim jest mężczyzna, o którym mówi dziewczyna. Aczkolwiek jakoś nie potrafiłam wczuć się w nastrój. Może to dlatego, że nie przeczytałam ostatnich dwóch tomów, a może dlatego, że za szybko przechodzić z opisu sytuacji do wewnętrznych przeżyć bohaterki.

W każdym razie jest nieźle. Zobaczymy co będzie potem.

wariatka
amator
Posty: 2
Rejestracja: 12 maja 2012, 13:11
Lokalizacja: Kodeń
Kontaktowanie:

Postautor: wariatka » 13 maja 2012, 08:40

Rozdział 1.
Rodzinka z klasą


Cierpienie wymaga większej odwagi niż śmierć.
Napoleon Bonaparte

Nigdy nie byłam dobra z początków, ale teraz będę się starać, aby mi jakoś te opowiadanie wyszło po ludzku. Są różne historie, jedne piękne, drugie tragiczne, romantyczne, kryminalne, ale... Czy ja zawsze muszę być dzieckiem bez mózgu? Teraz nie będę owijać w bawełnę. Chcę opowiedzieć moją historie, która wydarzyła się na serio. Jeżeli uwierzycie, to uwierzycie, jeżeli nie, to nie, trudno.
To ja opowiem trochę o sobie. Kiedy zaczęła się moja historia, wtedy, kiedy poznałam prawdę, miałam dziesięć lat. Urodziłam się 31 sierpnia 1990 roku w Londynie, ale moi kochani rodzice przenieśli się kiedy miałam miesiąc do Deppeville - małym miasteczku położonym nad morzem na północ we Francji. Mój tata Enzo był prezesem wielkiego banku, mieliśmy kasę, więc mama Aneisse nie pracowała, zajmowała się nami, domem i swoim ukochanym ogródkiem. Przychodzą do mnie takie chwile, aby wziąć łopatę i porozpierdalać te kwiatki, mama czasami kochała je bardziej niż swoje dzieci. A propos dzieci. Tak, niestety mam rodzeństwo i na dodatek tylko chłopy. Loic - ma sześć lat, czarne pokręcone włosy i ciągle kłóci się z Robertem, dziewięcioletnim ufoludem, który mnie cholernie wnerwia. A Claude? Ma dwanaście lat i nawet Rob mu do pięt nie dorasta. Myślę, że przez niego kopnę w kalendarz poprzez nerwicę. Z takimi braćmi można wylądować w domu bez klamek od środka.
Jak wyglądam? Mam czarne, lśniące, długie loki, zaokrągloną twarz, bladą cerę i czarne oczy. W ogóle uwielbiałam ten kolor, zawsze nosiłam tylko i wyłącznie czarne ubrania.
Dobra, no to zaczynam gadać. Wszystko zaczęło się 2 maja 2001 roku...
...Zagadka dnia. Buda, nie mylić ze zwierzętami, kilka pięter, tablica... Co to jest? Tak, zgadliście, to jest szkoła. Uważa się, że wielu uczniów marzyłoby, aby wszystkie szkoły spaliłby się w całym kraju. Inni uczniowie marzą, aby szkoła runęła w gruzach, a jeszcze inni, aby ci ludziska wyżej, ci z ministerstwa uznali, że szkoła jest tylko i wyłącznie dla chętnych. A reszta? Albo chodzą do niej z przyzwyczajenia i nudy, albo po prostu ją lubią. Ja się zaliczam doostatniej grupy. Sorki, stop, myślałam tak do dzisiaj.
Kiedy facet od biologii powiedział mi, że dostałam kolejną piątą jedynkę, myślałam, że mnie jakiś szlag jasny trafi! Jak to polubić przedmiot, jeżeli facet z szerokim szyderczym uśmiechem wpisuje ci pałę do dziennika?! Gówno mnie obchodziła biola, a niby po co mi ona? Nie będę brała udziału w jakimś durnym teleturnieju w telewizji, ani nie będę żadnym ekologiem, jeszcze czego. Martwiłam się tylko z jednego powodu – rodzice. Wielu z nas, uczniów, przejmuje się jedynkami tylko z jednego powodu. Boimy się, że albo nawrzeszczą na nas, albo dadzą szlaban, albo Bóg wie co. Rodzice są wszechwiedzący. I jak tu polubić szkołę? Nie ma szans...
Obecnie jestem w tym przeklętym budynku, mam teraz sprawdzian z francuskiego, ojczystego języka. Może i urodziłam się we Francji, ale czułam się w stu procentach z Anglii. W końcu mieszkałam tam miesiąc, co nie? Napisałam już wszystko na teście i się nudziłam.
Popatrzyłam na okno, padało jak z cebra. Zwróciłam wzrok w stronę klasy. Z ostatniej ławki od strony okna można było zobaczyć wszystko. Caroline, ruda dziewczyna z idiotycznymi dwoma kucykami, całą piegowatą gębą i z okrągłymi, czarnymi, dużymi okularami ściągała od Petera. Pani Jambon znowu piła rozpuszczalną kawę w swoim nudnym czerwonym kubku, a jej zapach rozprowadzał się po całej klasie. Może i lubiłam zapach kawy, no ale bez przesady! Ta klasa była wprost przesiąknięta tym aromatem. Zawsze po przyjściu ze szkoły musiałam prać mundurek i resztę ciuchów. I na domiar złego znowu wyciągnęła woreczek z cukierkami i cmoktała je, naprawdę wkurzający dźwięk. Przypomina mi mojego starszego o rok brata, który przy każdej okazji mógłby mi zrobić jakiś idiotyczny kawał albo doprowadzać mnie do nerwicy. I pomyśleć, że uczniowie nie mogą jeść na lekcji, a ona może...
Spojrzałam na zegarek wiszący nad tablicą, tylko dwadzieścia minut dzieliło mnie do dzwonka. No cóż, może pani ma dobry dzień. Spróbować można zawsze... Wstałam, wzięłam kartkę i ruszyłam w stronę biurka. Odchrząknęłam, żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Yyy... prze pani... – wiecie, muszę się trochę podlizać. Ta przeniosła wzrok z Caroliny na mnie. Jednak nie była taką idiotką na jaką wyglądała, w końcu czerwone malowane włosy jej nie pasują. – Już napisałam – podałam jej sprawdzian.
- Gdyby tak wszyscy pisali – bardzo cicho mruknęła, że tylko ja to usłyszałam. Przejechała wzrokiem po kartce, cmoknęła i powiedziała już normalnym tonem. – Dobrze, panno Rose. Idź do swojej ławki i zaczekaj na dzwonek.
Że co?! Wredny babsztyl. Nie poddam się tak łatwo, jędzo!
- Pani profesor... No bo ja chciałabym wypożyczyć parę książek z biblioteki i trochę poczytać – zrobiłam minę kota ze Shreka i czekałam. Baba westchnęła.
- No dobrze, tylko cicho – jej uśmiech przypominał mi zgniłą pomarańczę, aż się wzdrygnęłam. Dobrze że wyjeżdżamy do Anglii...
Ruszyłam w stronę ławki, schowałam długopis do torby i przerzuciłam ją przez ramię. Idąc za biurkiem gdzie siedziała nauczycielka, pokazałam na migi Thomasowi, aby później poszedł ze mną. On ze swoim szelmowskim uśmiechem lekko skinął głową .
- Do widzenia – stara krowo, oczywiście to ostatnie dodałam tylko w myślach i zniknęłam z klasy.
Pani Jambon była jędzą. Wszyscy jej nie lubili, zwłaszcza Thomas, mój najlepszy przyjaciel. To od niego przejęłam zwrot: "O rzesz ty" i przez niego klnę jak szewc. Nie zważałam na jego urodę i płeć, po prostu z nim zawsze można się było dogadać. Nasza para przypominała mi Bellę i Jacoba ze „Zmierzchu”. Niby przyjaciele, ale coś łączy ich więcej, ale nie żeby byli razem.
Ruszyłam w stronę wyjścia. O nie, nie, nie... Myśleliście że pójdę do biblioteki? Czytałam tylko lektury i te książki, które były zekranizowane i mi się podobały (no wiecie, wampiry, wilkołaki i wiedźmy i romansidła).
Dziękowałam Bogu, że ten przedmiot był ostatni. Ruszyłam w stronę łąki, która była oddalona o kilometr od szkoły. Nie czekałam na Thomasa (nie lubił zdrobnienia Tom), bo jakiś nauczyciel mógłby mnie zobaczyć. Mimo ciepłego majowego deszczu cały dystans przebiegłam, chociaż tego nie lubiłam, no ale wiecie, sport to zdrowie.
Jednak coś mnie niepokoiło. Cały czas miałam na sobie czyjeś spojrzenie i od samego ranka czuję, że coś się stanie złego. Zdarzyło mi się to wiele razy, ale za każdym razem mam palpitacje serca. Wcześnie nic się złego nie zdarzyło, to i teraz nic się nie zdarzy.
Deszcz przestał padać, a słońce zaświeciło pełnym blaskiem. Zamknęłam oczy i wystawiłam twarz naprzeciwko wielkiej jasnej gwiazdy, aby się trochę wysuszyć. Ptaki przecudnie śpiewały, a ciepły majowy wietrzyk wprowadzały moje czarne loki w koszmarny nieład, ale nie przeszkadzało mi to.
Nagle usłyszałam dziwny cichy trzask, a wszystkie zwierzęta ucichły, wiatr przestał biec. Otworzyłam natychmiastowo oczy, słońce skryło się za grubą chmurą, jakby się czegoś bało.
Uświadomiłam sobie, że czuję ciepły oddech z tyłu na szyi.
- Witaj, Bezimienna
Głos należał do mężczyzny. Chciałam się odwrócić i zwiać gdzie pieprz rośnie, lecz facet złapał mnie z tyłu za ręce, jego twarzy nie widziałam.
Dobra, Julie, uspokój się, nic się nie stanie. Jedenastoletnia dziewczyna przeciwko dorosłemu facetowi? No jasne, wygram, bardzo śmieszne.
- "Masz dziwne poczucie humoru, panno Rose" - powiedział do mnie głosik w mojej główce.
- "Głosiku, może gdyby był staruchem, to był jakoś mu zwiała, ale po głosie
wiem, że jest w średnim wieku" - odpowiedziałam mu w myślach.
- "Masz zachować zimną krew" - nakazał mi głosik.
- "Pewnie to tylko sen" - pomyślałam. - "Musiałam zasnąć na łące, ale żeby to
zrobić to przecież musiałam to pamiętać".
- "Oj, panno Rose. Jesteś idiotka..."
- "Głosiku, nie przeginaj pały. Przecież jeżeli jesteś w mojej łepetynie, to jesteś
częścią mnie. Prawda?"
- "Nie gadam z tobą. Obrażam się. Teraz sama sobie myśl, jak się z tego
wykaraskać".
- "Zdrajca" - odpowiedziałam. Teraz wróciłam do świata rzeczywistego.
- O co... – chciałam coś powiedzieć, lecz facet nadal stojąc za mną zatknął mi
usta.
- Ciii... Nic nie mów, Bezimienna. Jak nie będziesz próbowała uciec, to włos z
głowy ci nie spadnie, jak to mówią mugole...
Kiedy mówił mi te słowa do ucha, wzdrygnęłam się. Nie wiedziałam co mi ten
facet zrobi. Przed oczyma pojawiały mi się obrazy z wiadomości nadawane w telewizji.
Morderstwa... gwałty, pobicia... I zaraz, zaraz... Co to jest mugol?
Nagle poczułam na moim gardle coś zimnego i ostrego. O rzesz ty... to był chyba
nóż czy coś podobnego. Thomas! Ma tutaj zaraz przyjść! Jasna cholera! Nie mogłam na
tym sprawdzianie poczekać?!
- Słyszę, że nasza kochana dziewczynka mówi brzydkie słowa... – o co mu
chodzi? Przecież ja nic nie mówiłam... Facet zaśmiał się szyderczo i znowu wyszeptał mi
do ucha.
- Ja wszystko słyszę. Każde bicie serca w okolicy, każdy twój szybki oddech, każde twoje wzdrygnięcie... Nawet twoje myśli... Kto to jest Thomas? Znajomy? Kolega czy przyjaciel? A może coś więcej, co?
Dobra, Julie, myśl o czymś innym. Trawa, jest zielona, porusza się przez wiatr. Łażą po niej różne owady... na przykład biedronka... Kur zapiał, moja przyjacióła ma takie pseudo... Niech go szlag! Wymyśl jakiś wierszyk... O, moja babcia mnie nauczyła. Czarna krowa w kropki bordo... Gryzie trawę, rusza mor...
- Słoneczko, denerwujesz mnie trochę – zaśmiał się i nożem przejechał mi po twarzy. Musiałam zamknąć lewe oko, aby nie wleciała mi do niego ciepła, czerwona ciecz. Kurde, to bolało! Będę miała ślad, a... przepraszam, po co o tym myślę jak za chwilę kopnę w kalendarz z pomocą tego faceta? A niby za co?
- Za nic złotko ty moje... A teraz ani mru mru, skarbie – i popchnął mnie mocno na ziemię.
Kiedy obróciłam się na trawie właśnie wtedy go zobaczyłam. Miał na sobie ciemną szatę jak Mistrz Jedi, tyle że zamiast miecza świetlnego miał drewniany patyk. Kaptur zasłaniał całą twarz, lecz jakby w próżni widziałam parę szarych jak stal oczy, które błyskały nienawiścią.
- Quietneus* - wypowiedział dziwne słowo, równocześnie kierując w moją stronę patyk. Co to może być? Sadysta zaśmiał się, moje przeklęte myśli...
- Kim jesteś? – zapytałam. Zaraz, zaraz... dlaczego ja nic nie usłyszałam? Czy ogłuchłam?
- Nie ogłuchłaś, kochanie – kiedy ciągle tak do mnie mówił, moje zdanie o tym facecie było takie: sadysta ma masochistyczne poglądy. – To takie zaklęcie. Mówisz, ale nikt cię nie usłyszy. Fajne, nie? Nikt nie będzie słyszeć twoich słodkich krzyków... – zaklęcie? Mama miała rację. Zawsze mówiła, żeby nie czytać tych książek o wiedźmach i wampirach, szczególnie w nocy.
- Twoja mama nie miała racji – odczytał znowu moje myśli. – Istnieją czarodzieje, wampiry, wilkołaki i różne inne stworzenia... Twój ojciec jest półwampirem i czarodziejem, ja też nim jestem, twoja mama półelfem i wiedźmą... Dlatego tu przyszedłem, a resztę dowiesz się od swojej mamusi na drugim świecie...
Nic z tego nie rozumiałam. Mama nie żyje? Czarodzieje... wampiry... To tylko moja przeklęta wyobraźnia, do cholery!
- "Boje się" - powiedziałam głosikowi.
- "Nie Julie, nie okazuj strachu..." - odpowiedział mi głosik.
- "A kto powiedział że okazuje?".
- "Ja się domyślam. W końcu jestem częścią twojego mózgu w której dominuje inteligencja" - oświadczył.
- "A kto się tutaj obraził?"
- "A kto powiedział: Przecież jeżeli jesteś w mojej łepetynie, to jesteś
częścią mnie? I tu cię mam. He he he..."
- "Możesz się choć raz zamknąć?!" - naprawdę mnie wkurzył. Znowu powróciłam na łąkę.
- Nic nie zrobię twojej nieprawdziwej rodzince. Uwiniemy się szybko, może nawet Thomasowi nic się nie stanie.
Kolejny raz spojrzał w moje czarne oczy przepełnione strachem. W jego panował sadystyczny wariujący błysk. Skierował drewniany patyk w moją stronę.
- Crucio!
Krzyczałam ile wlezie, lecz nikt tego nie słyszał. Te crucio... Bolało nie do opisania, ale wolałam ten ból, niż ten w prawej nodze. Wtedy mówił jakieś dziwne słowa, wydawało mi się wtedy, że jakby noga była łamana i reperowana, i tak w kółko. Nie wiem ile to trwało, ból przyćmił mi poczucie czasu.
Lepiej być nienawidzonym niż ignorowanym.
Cały czas skupiałam myśli na Thomasie. Miałam cichą nadzieję, że facetka od francuskiego zatrzyma go po lekcji. Inaczej ten psychopata go zabije.
Po czterech cruciatusach... O rzesz ty...
Błagam, pomóżcie mi! Niech ktoś tu przyjdzie, ktokolwiek! Oddam wszystko, co mam oprócz życia! Nawet pianino, stosy książek i laptopa! Nich ktoś tu przyjdzie i zatłucze tego dziada!
Po siedmiu cruciatusach i innych zaklęciach... O rzesz ty...!
Chcę umrzeć... Wszystko mnie boli, najgorzej oczy i noga. Cała się trzęsłam, pewnie tutaj kopnę w kalendarz z odrobiną pomocy tego psychopaty. A propos, nasz „ukochany Torturownik” – że tak go nazwę – siedział metr ode mnie i patrzył we mnie. Miał minę, jakby czymś się zmartwił albo obawiał. Po zastanowieniu spojrzałam mu w stalowe oczy. Wtedy to się stało...
Dlaczego ja jej nie słyszę? Co się stało? Dobra, muszę to zakończyć. Jedenaście lat wykonywać tą cholerną misję... Pan wróci i będzie zadowolony...
O rzesz ty...!
Usłyszałam jego głos, lecz facet nie poruszył ustami. Dlaczego przy tym oczy mnie lekko szczypały? No cóż, muszę przyzwyczaić się do magii, w końcu jestem torturowana przez nią, co nie? I jeszcze te słowa... Twój ojciec jest pół... NIE!!! Nie myśl o tym! Julie, to nie może być dziedziczne! Tak, to nie jest dziedziczne... Wdech i wydech, wdech i wydech, uspokój się, nie masz o czym innym myśleć? Na przykład o tym, że za parę dni będziesz w trumnie... Będziesz wąchała kwiatki, tylko że od spodu... NIE!!! Przeżyjesz!
- "Wiesz co, Julie... Martwię się, dlaczego wierzysz że przeżyjesz?" - szepnął mi głosik.
- "Odpieprz się, głosik, ja przeżyję! Muszę, ze względu na Thomasa, rodziców i rodzeństwa. Życie jest zbyt krótkie żeby umierać...". - głosik w końcu się zamknął.
Nagle uświadomiłam sobie jak zniszczyłam swoje życie... W końcu miałam prawie jedenaście lat, a przez ten czas mogłam zrobić tyle dobrego... Bóg po to nas stworzył, aby przez – dajmy na to – osiemdziesiąt lat harować na wieczne życie w niebie... Inaczej jaki byłby sens istnienia? Tak, wierzyłam w niebo i życie po życiu. Inaczej po jakiego licha byśmy żyli? A może jednak zrobiłam coś dobrego? Mam taką nadzieję. Nie będę o tym myślała, teraz trzeba włączyć nasze szanowne szare komórki mózgowe i obmyślać plan ucieczki... Życie jest ważne...
Tak więc, myślę, że ten drewniany patyk to różdżka i przez nią ten... (czuję się idiotycznie) czarodziej czaruje, bez niej nie może mówić tych zaklęć...
O rzesz ty... Na samą myśl wzdrygnęłam się. Nagle poczułam wielką niepohamowaną nienawiść do tyrana. Chciałam, aby poczuł taki sam ból jaki mi zadał. Nie miałam zielonego pojęcia co mu zrobiłam.
Jeszcze raz spojrzałam w jego szare oczy i ni stąd ni zowąd zaczął krzyczeć i wić się po ziemi, tak jak ja pod działaniem tego criacio czy crucio... Jednak ja chciałam aby cierpiał, choć nie miałam racji, zemsta nic nie pomaga. Psychopata nadal krzyczał.
W tamtym momencie mogłabym uciec, lecz połamana w kilku miejscach noga nie pozwoliła mi. O rzesz ty! W tamtej chwili chciałam kląć... Hmm... Od kiedy poszłam do szkoły robię to jak szewc... O czym ja do cholery myślę?!
- Julie?! – zawołał czyjś głos przekrzykując krzyk psychopaty. O rzesz ty... Thomas?! – Julie! – pobiegł do mnie i przyklęknął koło mnie patrząc w moje oczy. Jego zielone wyrażały panikę i bezradność.
Boże, co się stało? Jest cała we krwi... Noga wykrzywiona pod dziwnym kątem... Wygląda jak jakaś torturowana, jak w filmie... A niby kim jest ten facet i dlaczego tak wrzeszczy?!
O rzesz ty... (zauważyłaś Julie, że ten zwrot podchwytujesz od Thomasa? - szepnął mi głosik, ale zignorowałam go) Jeżeli chłopak nie mówił, a usłyszałam wtedy jego głos w mojej głowie, kiedy patrzyłam komuś w oczy... Słyszę jego myśli! Mam takie coś od tego psychopaty!
Drżącą całą we krwi ręką szarpnęłam jego ramię, aby spojrzał w me oczy, musiało to się udać...
Uciekaj stąd i sprowadź policję, kogokolwiek... Szybko! – „przekazałam” mu w myślach, choć nie wiedziałam czy się uda. Thomas nagle odsunął się ode mnie jakby coś go poparzyło. Więc się udało, to jest dziedziczne...
- Co to było?! – zawołał.
W tym momencie nasz „ukochany” psychopata przestał krzyczeć ale nadal miał drgawki. Ciągle nie widziałam jego twarzy, przeklęty kaptur!
Thomas! Spierdalaj do cholery i spieprzaj po pomoc!
Wymieniony przeze mnie chłopak wstał, pocałował mnie w czoło, szepnął „kocham cię” i pobiegł w stronę miasteczka. Dziwiły mnie kilka rzeczy... Dlaczego nikt nie usłyszał krzyku i dlaczego on mnie pocałował i wyznał miłość? Nie Julie, tylko przyjacielską... Ale dał mi pierścionek, oczywiście nie zaręczynowy. Spojrzałam na niego... Był zwykłą taniówą, ale dla mnie rzeczą bezcenną. Jasno zielone kamyki jak jego oczy...
Z zamyśleń wyrwał mnie dźwięk psychopaty, który chwiejnym krokiem wstał i z całej siły kopnął mnie w bok... O Jezu... Boli... Straciłam oddech... choroba jasna... A potem usłyszałam tylko:
- Avada Kedavra! – kątem oka dostrzegłam zielone światło. Na początku myślałam, że to zaklęcie powędruje do mnie, ale mimo bólu dostrzegłam, że zielony promień wędruje do mego przyjaciela... Ten padł jak nieżywy na trawę...
A potem czas szybko biegł...
Psychopata wyjął ten sam nóż i wiedziałam co dalej będzie... Mimo koszmarnego bólu próbowałam przesunąć się jak najdalej od tego sadysty...
- Po co sprawiasz sobie ból, kochanie? – spytał facet z szyderczym uśmiechem.
A potem poczułam ogromny ból w klatce piersiowej i usłyszałam trzask taki sam, kiedy tajemniczy menel pojawił się.
- Zostaw ją! Expelliarmus! Drętwota! – usłyszałam jakby przez wodę głos, jakbym go gdzieś usłyszałam. Wzrok mi się rozmazywał, więc go nie zobaczyłam... – Julie! Błagam cię, nie możesz teraz spać! – wybawca lekko klepał mnie po policzku.
- Kim jesteś? – zapytałam, lecz nic nie usłyszał.
- Już, już... Quietneuns!
- Tak mi się chcę spać... – wyszeptałam, kiedy wziął mnie na ręce. Otworzyłam ciężki powieki.
- Zobaczysz... przeżyjesz, kochanie – spojrzałam na niego niewyraźnie. – Nigdy ci tego nie mówiłem... zobaczymy się jeszcze...
Zobaczyłam tylko czarne oczy. Moje oczy...

***
Pik, pik, pik, pik... Tylko to słyszałam
Widziałam jakby we śnie, że nawiedzały mnie różne obrazy... myśli... wspomnienia... (od autorki: Jeżeli ktoś oglądał ostatnią część filmu o HP, to będzie podobnie wyglądać jak Harry oglądał myśli Snape’a w myślodsiewni)

***

- Tak mi się chce spać...
- Zobaczysz... przeżyjesz, kochanie. Nigdy ci tego nie mówiłem..., zobaczymy się jeszcze...
Zobaczyłam tylko czarne oczy. Moje oczy... I ból..

Obraz się zmienił, znowu...

- Julie, kocham cię. Musisz się obudzić. Potrzebujemy cię. Oni cię potrzebują... – usłyszałam głos mamy jakbym była pod wodą. Chciałam jej odpowiedzieć, ale miałam coś plastikowego w ustach. Znowu pochłonęła mnie ciemność, a bólu nie czułam. Czy ja nie żyje?

Obraz znowu się zmienił...

- Istnieją czarodzieje, wampiry, wilkołaki i inne różne stworzenia... Twój ojciec jest półwampirem i czarodziejem, ja też nim jestem, twoja mama półelfem i wiedźmą... Dlatego tu przyszedłem, a resztę dowiesz się od swojej mamusi na drugim świecie...
Przecież moja mama żyje... Chyba...

Kolejna myśl...

- Mamo – zawołałam kobietę kiedy miałam sześć lat. – Dlaczego mam czarne oczy a ty i tata piwne i niebieskie?
Mama zrobiła niepewną minę.
- Skarbie, mój tata miał czarne oczy – wytłumaczyła czerwieniąc się. Wiedziałam że kłamie, nigdy nie widziałam dziadka bo nie żyje, a na zdjęciach jego oczy były czerwone, jak to na fotografiach. – A poza tym to od organizmu zależy jaki się ma kolor... Julie, masz ochotę na lody czekoladowe z bitą śmietaną? – zapytała z udawanym entuzjazmem.

Czyżby to była prawda? Czy moi rodzice nie są moimi rodzicami? Nie myśl tak! Nie, to są moi prawdziwi biologiczni rodzice...
- "Okłamujesz samą siebie, Julie" – usłyszałam głosika w mojej zakichanej główce, ale nie wierzyłam. Niestety po chwili musiałam mu przyznać rację...

Wiem, że rozdział jest inny niż prolog i ma nieco dziwny styl. Błagam, nie krzyczcie na mnie
Miłość jest ślepa. Im bardziej się kogoś kocha, tym bardziej irracjonalnie się postępuje - S. Meyer "Księżyc w nowiu"

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 13 maja 2012, 21:12

Uwagi od autora najlepiej wstawiać na początku tekstu, przed słowem „rozdział”, broń Boże w miejscu, w którym nie wyróżnia się od zamieszczonego tekstu, można też zrobić przypisy.

 
wariatka pisze:Błagam, nie krzyczcie na mnie.


Niektórym tutaj nóż się w kieszeni otwiera na takie uwagi. Jeszcze na nich nie trafiłaś. :->
Najlepiej poczekać na komentarze, a w wypadku samych uwag krytycznych dopiero się bronić. To forum jest dość liberalne, tekst nie musi się bronić sam, może go bronić autor, jeśli uważa, że część komentarza jest krzywdząca/nieprawdziwa/wynikła z niezrozumienia tekstu przez czytelnika a nie błędu autora itp. Najlepiej zapytać o tą zasadę starszych stażem użytkowników, ja jestem tu od niedawna :mrgreen: .


Trafiło się kilka zdań, które mi zgrzytały:

wariatka pisze:Nigdy nie byłam dobra z początków, ale teraz będę się starać, aby mi jakoś te opowiadanie wyszło po ludzku



Może raczej: „Nigdy nie byłam dobra w opisywaniu początków...”?

wariatka pisze:Przychodzą do mnie takie chwile, aby wziąć łopatę i porozpierdalać te kwiatki, mama czasami kochała je bardziej niż swoje dzieci.



Przychodzą do mnie takie chwile, kiedy chciałabym wziąć łopatę i porozpierdalać te kwiatki, bo mama kochała je bardziej niż swoje dzieci.


wariatka pisze:Uważa się, że wielu uczniów marzyłoby, aby wszystkie szkoły spaliłby się w całym kraju.



Uważa się, że wielu uczniów marzy, aby wszystkie szkoły spaliły się w całym kraju.


 
wariatka pisze:Ja się zaliczam doostatniej grupy.



 Ja się zaliczam do ostatniej grupy.



wariatka pisze:Kiedy facet od biologii powiedział mi, że dostałam kolejną piątą jedynkę, myślałam, że mnie jakiś szlag jasny trafi!



Kiedy facet od biologii powiedział mi, że dostałam kolejną, piątą już jedynkę, myślałam, że mnie szlag jasny trafi!

wariatka pisze:Nie zważałam na jego urodę i płeć, po prostu z nim zawsze można się było dogadać.


Zamiast „urodę”, może użyć słowa „wygląd” ? Uroda to się jednak z kobietami kojarzy.


wariatka pisze:Otworzyłam natychmiastowo oczy, słońce skryło się za grubą chmurą, jakby się czegoś bało. 


Natychmiast.

Zdarzyło Ci się też kilka literówek. Czasami jest „e” zamiast „ę”

Jeśli chodzi o użycie czasu to narracja jest dziwna. Z jednej strony mam wrażenie, że opisuje to narratorka z prologu, a wydarzenia z rozdziałów mają być wspomnieniami, a z drugiej używasz zwrotów takich jak „dziś”. Mieszasz czasy, zdecyduj się na któryś. Teraźniejszy albo przeszły, chyba najlepiej brzmiałby przeszły, ale to Twój wybór.

wariatka pisze:Twój ojciec jest półwampirem i czarodziejem, ja też nim jestem, twoja mama półelfem i wiedźmą... 


To brzmi trochę wydumanie. Ale jeśli jakoś wiarygodnie wyjaśnisz te korelacje rodzinne, może być ciekawie. W HP nie było nawet wzmianek o elfach. Przynajmniej żadnych nie pamiętam, na pewno nie było ich pomnika przy fontannie w piątym tomie.

Żeby całkiem nie dołować: głosik mi się podoba. Przemądrzały i irytujący.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr

Nie będę także jak ocean bez fal

Nie będę się bała upadać by wstać

Być światłem wschodzącego dnia

Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)


Wróć do „Harry Potter”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość