2024

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

2024

Postautor: Zwierz Hienisty » 17 sie 2013, 21:22

Tytuł: 2024
Fandom: HP
Gatunek: politykal, trochę kryminał z nutą komedii
Opis: Harmonie Schrödinger-Katze jest dziennikarką śledczą, która właśnie wkopała się w dużą - sądząc po nagonce - aferę związaną z doprowadzoną do absurdu poprawnościa polityczną i dyskryminacją czarodziejów czystej krwi w post-voldemortowskim świecie. Pomoc oferują jej wypchnięci poza margines życia publicznego Malfoyowie - niezbyt zadowoleni z konieczności współpracy ze szlamą... o, przepraszam, osobą pochodzenia mugolskiego. Wspólne śledztwo nabiera tempa i pojawiają się nowe pytania: co z dyskryminacją ma wspólnego zniknięcie poprzedniego Ministra Magii? Jakie powiązania z nowym mają sami Malfoyowie i skąd w tym wszystkim wzięła się złamana kariera wyścigowego miotlarza i mugolska dziennikarka sportowa?
Ostrzeżenia: sceny babskich zakupów, duże stężenie cętek hienich plus rok 2024 i akcenty sportowe. Możliwe nawiązania do Wenus w futrze Sacher-Masocha. Bardzo nie w klimacie oryginalnej serii o HP.
Znajomość fandomu: konieczna, jako że nie ma wprowadzenia w świat. Aczkolwiek wystarczą chyba podstawy.
Status: nieskończony


~*~


    Znana dziennikarka i publicystka, Harmonie Schrödinger-Katze, zdobywczyni wielu prestiżowych nagród dziennikarskich, złożyła do Wizengamotu donos o prawdopodobnie świadomym działaniu Ministra Magii oraz wielu ministerialnych urzędników na szkodę społeczeństwa czarodziejskiego – zarzuty, według słów dziennikarki, są poważne, jednak Wizengamot utajnił dochodzenie.
    Harmonie Schrödinger-Katze jest jednak przekonana, że wkrótce sprawa wyjdzie na światło dzienne.
    – Moją rację potwierdzają nieprzyjemności, jakich doświadczyłam. Zostałam zwolniona z pracy w "Proroku Codziennym", mój dom nachodzą regularnie aurorzy, rzekomo zaalarmowani przez sąsiadów, mimo iż na mojej ulicy nie ma ani jednego czarodzieja. Ministerstwo nawet nie stara się, by te tłumaczenia brzmiały wiarygodnie.
    Dowody zgromadzone przez dziennikarkę przeglądał także Harry Potter, najpotężniejszy czarodziej świata od czasów Albusa Dumbledore'a i były najwyższy auror.
    – Sprawa wygląda podejrzanie. Ministerstwo wyraźnie działa obecnie w imię prywatnych interesów Ministra Baddocka – twierdzi. – Zarzuty są poważne i jeśli pani Schrödinger uda się przekonać Wizengamot, pan Baddock powinien zostać zdjęty ze stanowiska i ukarany.
    Ministerstwo nie odpowiada na pytania, nasi dziennikarze nie doczekali się też żadnego komentarza.
    Przegląd Magiczny, 12 stycznia 2024


Złożyłam gazetę – chyba jedyną jeszcze nie zniszczoną rzecz w pokoju – i opadłam ciężko na fotel. Kara usiadła na nędznych szczątkach strzaskanej statuetki Złotego Pergaminu, której podobno nie dało się zniszczyć mechanicznie i oparła swój ciężki łeb na moich kolanach i z tej perspektywy przyglądała mi się z uwagą. Płowe, cętkowane futro rozpaczliwie domagało się czesania i miałam nadzieję, że gdy znajdziemy gdzieś nocleg, będę mogła wreszcie ją porządnie wyszczotkować. Niestety nie mogłyśmy zostać w domu. Wszystko w drzazgach, pół pokoju pokryte wpadającym przez powybijane szyby śniegiem.
Kara trąciła nosem moją dłoń, domagając się czegoś. Sama już nie wiem, czy obiadu – którego dotąd nie dostała – czy zdjęcia niewygodnej obroży, czy może dopieszczenia. Wiadomo, zwierzak jest niespokojny. Nie spodziewam się, by rozumiała powody nagłego pakowania i dlaczego dom jest w ruinie.
Odrzuciwszy przedwczorajszy „Przegląd Magiczny” na stos śmiecia – czyli tam, gdzie miejsce tego najbardziej szmatławego z brukowców – wstałam i śledzona niespokojnym spojrzeniem hieny, udałam się do łazienki po szczotkę do zębów. Zwierzak powlókł się za mną.
Może powinnam okazać nieco więcej wdzięczności „Przeglądowi Magicznemu” – to chyba jedyna gazeta, która pamięta o moim istnieniu. Nie żeby zaraz drukowali moje teksty, bo do takiego samobójstwa zdolni byliby tylko Luna i Rolf Skamandrowie, ale donoszą przynajmniej, co słychać w moim małym śledztwie. Pewnie dlatego, że zwietrzyli sensację.
Do łazienki aurorzy chyba nie wchodzili, bo wszystko stało na swoim miejscu, a lustro nie miało nawet jednej rysy. Zgarnęłam do kieszeni szczotkę i pastę do zębów, najpotrzebniejsze kosmetyki i wyszłam, starając się nie patrzeć na odbicie – wysoką, jasnowłosą i jasnooką kobietę o germańskiej twarzy, która teraz wyglądała jak ostatnia żebraczka. Szczegółów naprawdę nie miałam ochoty znać.
Bo oczywiście awarie instalacji, problemy w elektrowni i wodociągach wystąpiły właśnie teraz zupełnym przypadkiem i zupełnie przypadkiem jednocześnie.
– Wychodzimy – rzuciłam do Kary, okręcając smycz dookoła nadgarstka i podnosząc ciężką torbę podróżną. Wymacałam jeszcze różdżkę w kieszeni bojówek, sprawdziłam, czy się nie zaklinowała – byłoby naprawdę źle, gdybym nie mogła jej dobyć, gdy natknę się na jakiegoś aurora albo urzędnika na służbie – i ruszyłyśmy z hieną do wyjścia.
Zastanawiałam się, gdzie powinnyśmy się udać. Wątpliwe, by jakikolwiek hotel mugolski przyjął babę z hieną. Nawet jeśli gdzieś w pobliżu był hotel przyjazny zwierzętom, nie miałam przy sobie dość pieniędzy. Czy tego chciałam czy nie, wizyty w Londynie nie dało się przeskoczyć. Przy okazji można sprawdzić, może w jakimś czarodziejskim przybytku właściciele nie czytają gazet i wynajmą mi pokój. Cóż, jeśli czytają, może być ciężko – to skutek uboczny tego całego chaosu – gdyby nie „Przegląd Magiczny” pewnie nikt by nie wiedział, że jestem persona non grata. A przynajmniej nie od razu.
Zaprowadziłam Karę do otoczonej wysokim żywopłotem altanki w ogrodzie. Łyse gałęzie pokrywał lepki, wilgotny śnieg, tworząc zasłonę nie gorszą niż liście.
– Teleportujemy się – uprzedziłam hienę. Pewnie niepotrzebnie, Kara nie jest głupia, a altanki nikt nigdy nie używał w innym celu jak ukrycie się przed wzrokiem mugolskich sąsiadów.
Wszedłszy za żywopłot, chwyciłam Karę mocno za skórę na karku.

Gruba warstwa mokrego śniegu pokrywała także Londyn. Trudno nazwać to dobrymi warunkami na chwilową bezdomność, zwłaszcza że przed Dziurawym Kotłem wpadłyśmy prosto pod wiatr – i wyglądało na to, że w całym mieście wicher postanowił wspomóc śnieg w dręczeniu ludzi.
Na Pokątnej wszystko schowało się pod zaspami i chociaż samą ulicę ktoś już próbował oczyścić, szybko zasypało ją znowu – ale przynajmniej nie do kolan, jak pod ścianami i wystawami sklepów. Do samych witryn nikt z nielicznych, skulonych z zimna przechodniów nie podchodził, pewnie nie chcąc dostać fragmentem śniegowych czap – groźnie zwisających z szyldów, daszków i markiz.
Wszyscy chcieli swoje sprawy załatwić jak najszybciej i wrócić do ciepłych, suchych domów. W sumie ja też. Poszłyśmy więc z Karą prosto do Gringotta, podjąć i wymienić trochę pieniędzy. Mając fundusze, gotowa byłam wszelkie przeciwności usunąć z drogi z wdziękiem trolla. Bogatsza o pokaźną sumę zarówno funtów, jak i galeonów, mogłam przypuścić pierwszy atak. I to metodą blitzkriegu, bo w ten styczniowy ziąb nawet mi zesztywniały ręce. Kara też nie wydawała się zachwycona przedłużającym się pobytem wśród śniegów, tym bardziej, że musiała poczekać przed bankiem. Tylne łapy jej drżały, a ogon przycisnęła do brzucha, jakby w nadziei, że w ten sposób zatrzyma chociaż trochę ciepła. Jej sierść – podobnie jak mój ciepły, obszyty futrem płaszcz – była oblepiona topniejącym śniegiem i coraz bardziej przemoknięta.
Trzeba było znaleźć jakiś nocleg, wizyty w sklepach mogłam odłożyć na bliżej nieokreślone później. Mrużąc oczy z powodu zacinającego śniegu, poczłapałyśmy do Dziurawego Kotła.
Weszłyśmy z Karą do pubu okrągłe i białe jak dwa bałwany. Barmanka z długim, jasnym warkoczem, znana nam zresztą całkiem nieźle, chciała chyba coś powiedzieć w kwestii wprowadzania zwierząt, bo na nasz widok zrobiła surową minę i otworzyła usta. Zaraz jednak na jej różową i zwykle miłą twarz wypłynęło zakłopotanie – jak tylko strzepnęłyśmy z siebie grubą warstwę śniegu. Nigdy nie potrafiła kłamać i jej twarz zwykle zdradzała ją od razu. Z tym że zwykle na widok lubianych klientów się rozpromieniała. Ale trudno byłoby się spodziewać, by żadne wieści do niej nie dotarły.
– Cześć, Hannah – przywitałam ją, udając, że nie zauważyłam jej zmieszania. – Masz coś na rozgrzanie? Herbatę z rumem na przykład? – dodałam, ściągając mokry płaszcz i strzepując topniejący śnieg z futrzanych obszyć.
Z niechęcią wyciągnęłam różdżkę i osuszyłam ubranie, bo chociaż zwykle wolę naturalne metody suszenia, to raczej marne były szanse, żeby niemal doszczętnie przemoczona odzież wyschła w tym czasie, kiedy ja będę przesiadywać w barze. Bo na nocleg chyba nie bardzo jest co liczyć – o ile okazjonalnie bywający w barze pan Longbottom nie dawał sobie w kaszę dmuchać, o tyle jego żona, zawiadująca całym kramem, wolała unikać kłopotów. Nie było to regułą, bo pamiętam jakieś przypadki, gdy wyraźnie postawiła się ministerstwu, ale teraz chyba nie miałam na co liczyć.
Teraz kobieta patrzyła z potępieniem na kałużę rosnącą wokół obciekającej na czystą podłogę Kary, ale stosowanie jakichkolwiek zaklęć bezpośrednio na tę hienę nigdy nie było rozsądne, chyba że chciało się wywołać u niej napad paniki. Nie znosiła czarów, zresztą trudno się dziwić. Raczej nie przypominało jej to niczego przyjemnego.
Rzuciłam suchy już płaszcz na krzesło przy jedynym chyba wolnym stoliku i podeszłam do lady. Kara poczłapała za mną, ciągnięta na krótkiej smyczy, wyraźnie woląc po prostu położyć się i odpocząć.
– Herbata z rumem. – Spoglądając gdzieś obok mnie, Hannah postawiła na blacie tradycyjnie już wielki kubek wzmacnianej herbaty, jaką zawsze zamawiałam u niej w zimie.
– Dziękuję. A, i jeszcze jedno… – zabrałam kubek, kątem oka zauważając, że barmanka nagle zesztywniała, jakby ją spetryfikowano. Przez chwilę nic nie mówiłam, chyba tylko z czystej złośliwości upijając ostrożnie łyk gorącej herbaty. – Mogłabyś dać mi jakąś szmatę do wytarcia Kary? Byłabym wdzięczna. – Uśmiechnęłam się do niej.
Rozluźniła się trochę, nawet odwzajemniła uśmiech blado, ale nadal nie chciała mi spojrzeć w twarz. Westchnęłam pod nosem i wróciłam do stolika. Kara położyła się przy moich butach, podejrzliwie rozglądając się po Dziurawym Kotle, jakby udzieliła jej się moja wcześniejsza nerwowość.
Pół kubka herbaty później Hannah przyniosła kilka dużych, burych ręczników, które pomogła mi rozłożyć na podłodze dla hieny. Kara ułożyła się na nich natychmiast, a mi pozostało ścieranie kałuży pozostałymi i próba wytarcia jej sierści – dość karkołomna, biorąc pod uwagę, że w europejskim klimacie normalnie raczej rzadka hienia sierść zgęstniała co najmniej kilkakrotnie.
Dopiwszy wzmacnianą herbatę, zwróciłam mokre już szmaty i podziękowałam barmance. Przy okazji spytałam o wolne pokoje, jednak bez większych nadziei. Tak jak się spodziewałam, Hannah zaczęła coś plątać o braku miejsc, śnieżycy i zakłóceniach działania sieci Fiuu. Nie męczyłam jej już, pewnie sytuacja i dla niej – jako mojej znajomej – była nieprzyjemna, a mi jakoś przeszła ochota na drażnienie się z bogu ducha winną barmanką. Zamówiłam drugi raz to samo i wróciłam do stolika.
Przesiedziałyśmy w Dziurawym Kotle ostatecznie cztery herbaty, aż zaczęło zmierzchać. Skoro tutaj nie miałyśmy co liczyć na pokój, pozostawał nam obecnie już tylko Nokturn i szukanie poukrywanych w zaułkach hostelików, gdzie niektórzy bogatsi czarodzieje potajemnie spotykali panie z mugolskimi rekwizytami łóżkowymi.
Na dobrą sprawę i tak miałam odwiedzić Śmiertelny Nokturn – nawet jeśli niezbyt się do tego przykładano, byłam ścigana, a Borgin i Burkes zawsze mieli sporo akcesoriów i amuletów odpowiednich dla osób uciekających i ukrywających się. Ogólnie w sklepie znajdowało się niemało ciekawych rzeczy, ale trzeba było je wyłuskać spomiędzy tych wszystkich czarnomagicznych przeklętych błyskotek i dewocjonaliów, których w sklepie było zawsze mnóstwo.
Czasami zastanawiałam się, czy nie powinnam prześledzić, jaką drogą trafiają tam te wszystkie rzeczy, bo choćby nie wiem ile razy je u kogoś konfiskowano, prędzej czy później wracały do sklepu. Jak to jednak dobrze, że nigdy się za relacje między Borginem i Burkesem a Urzędem Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli nie wzięłam. Miałabym teraz przechlapane na Nokturnie i nawet kilkakrotna obrona tamtejszych przedsiębiorców i drobiazgu z szarej strefy wiele by mi nie pomogła, gdybym doprowadziła do upadku sklepu, który decyduje o tym, że Nokturn jakoś jeszcze prosperuje.
Chociaż zwykle chętnie badałam takie sprawy i nazywano mnie czasami – i chyba uważano to za komplement – za Ritę Skeeter dziennikarstwa śledczego. Fakt, zawodowa intuicja prawie zawsze pozwalała mi kopać we właściwym miejscu i ujawniać przekręty w sposób należycie widowiskowy. Ale hieną dziennikarską nie obwołano mnie nigdy – chyba tylko dlatego, że przezornie mam hienę zawsze ze sobą i powodowałoby to nieścisłości. Taka mała złośliwość z mojej strony.
Rzeczona złośliwość poderwała się na wszystkie cztery łapy, gdy tylko wstałam. Zebrałam służące za posłanie szmaty, pusty od dłuższego czasu kubek i udałyśmy się do szynkwasu, zza którego Hannah przyglądała nam się z niezdecydowaniem.
Gdy odliczałam pieniądze za napitek, przechyliła się przez ladę.
– Wiesz, Harmonie… – zaczęła cicho i zacięła się na chwilę, by zaraz podjąć niepewnie – szef Gniazdka mówił mi, że w taką pogodę zawsze mają pełno wolnych pokoi.
Cóż, żadna to nowa informacja – raczej dość logiczne, że główne miejsce schadzek w czarodziejskim Londynie nie cieszyło się popularnością w pogodę wyjątkowo schadzkom niesprzyjającą. Podziękowałam jednak za pomoc i zapłaciwszy, ruszyłam z Karą na Pokątną.
Jak i poprzednio przywitała nas zawierucha, nawet zimniejsza i jeszcze bardziej nieprzyjemna pod wieczór. Bruk znów zasypało, chociaż właściciele sklepów chyba próbowali go regularnie odśnieżać przynajmniej w okolicy własnego lokalu, ale nie pomagało to na długo. W każdym razie widziałam, że młoda panna Malkin – z dość wyraźną rezygnacją na śniadej twarzy – oczyściła teren przed sklepem tuż przed nami.
Skinęłam jej głową uprzejmie, chociaż była ode mnie młodsza – ale z brylującą w tabloidach dziedziczką słynnej Madame Malkin warto być w dobrej komitywie – i przeszłam obok niej. Kara niechętnie człapała za mną, zwracając uwagę młodej projektantki.
Hiena ciągnęła się za mną coraz wolniej, musiałam ciągnąć smycz, ale zapierała się z coraz większym uporem, wyczuwając zapewne, że zbliżamy się do znienawidzonego przez nią Nokturnu.
– Chodźże no, ciepło będzie w hotelu i dostaniesz jeść – próbowałam ją przekonać. Bezskutecznie. Zaparła się, rozstawiając łapy i pochylając łeb, a na jej pysku pojawiła się dobrze znana mi mieszanina uporu i nieszczęścia.
Nie mając za bardzo innego wyboru, uwiesiłam się na smyczy całym ciężarem. Sznurek zatrzeszczał, ale Kara tylko bardziej się rozkraczyła. Kaszlnęła kilka razy, przyduszona obrożą, ale nie ruszyła się ani o cal.
Może da się ją przepchnąć, pomyślałam i spróbowałam zajść hienę od tyłu, by jednym celnym kopniakiem wrzucić ją w alejkę, ale gdy tylko Kara wyczuła, że poluzowałam smycz, rzuciła się z powrotem w Pokątną. A za nią pofrunęłam i ja.
– Dam ci coś dobrego. Nagroda! Dostaniesz nagrodę. I wyśpisz się na łóżku.
Niestety nawet perspektywa takich luksusów nie zmiękczyła zwierzaka. Spróbowałam raz jeszcze ją pociągnąć. Z tym samym skutkiem, jak można się łatwo domyślić. Szarpiąc się z tą komediantką, nie zauważyłam w pierwszej chwili, że ktoś wyszedł z Nokturnu.
– Czyżby potrzebna była pomoc? – nagle usłyszałam nieco pretensjonalny głos tuż za mną.
Zaskoczona i spięta, przeklinając się w myślach za nieuwagę, spojrzałam za siebie, na wysoką, zakapturzoną postać. Pospiesznie wciśniętą do kieszeni dłonią wymacałam różdżkę i zacisnęłam na niej palce, na wypadek, gdyby obcy osobnik zamierzał atakować.
Kara błyskawicznie znalazła się między mną a obcym, powarkując groźnie, a ten cofnął się o parę kroków pospiesznie i zaplątawszy się w swoją długą, czarną pelerynę, zachwiał się i rozpaczliwie przytrzymał zwiewany wiatrem kaptur na twarzy.
Nie zamierzał atakować, a nawet jeśli – to jego problem, stwierdziłam, taksując go szybko wzrokiem i kwalifikując jako względnie niegroźnego. Wyglądał jak ktoś, kto chciał uchodzić za bardzo podejrzaną i tajemniczą personę, ale nie miał w tym najmniejszej wprawy. Wrażenie mocno cierpiało na wszechobecnym mokrym śniegu, oblepiającym i ów czarny płaszcz, i na wietrze, przez który obcy musiał przytrzymywać kaptur na twarzy i który co i rusz wywiewał z ukrycia kosmyki długich, jasnych włosów.
Dodajmy do tego paniczne wycofanie się poza zasięg hienich zębów, a dostaniemy osobę absolutnie nieprzerażającą. Kara zaś węszyła podejrzliwie, tak jak ja przyglądając się obcemu zmrużonymi oczyma.
– Pani Schrödinger-Katze, mam rację? – Obcy pozbierał się jakoś po tym cokolwiek nieefektownym wejściu i odsłonił nieco twarz – szczupłą, lekko szczurowatą i ewidentnie naburmuszoną. Mógł mieć może ze dwadzieścia lat i wydał mi się znajomy, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. – Słyszeliśmy, że aurorzy pozbawili panią domu. Przykro mi bardzo, że przyszło pani płacić taką cenę za wzięcie strony czarodziei czystej krwi. – Recytował, jakby mówił z pamięci, gdy w końcu wyłuskałam z pamięci jego nazwisko. – Znalazła pani już jakiś pokój? – spytał z chłodną, sztuczną troską. Spokojnie mogłam mieć wątpliwości, czy faktycznie chce się tego dowiedzieć, czy naigrywa się z mojej sytuacji. Niewdzięcznik.
– Nie, jeszcze nie – przyznałam się ostrożnie.
– O? I w tym celu szła pani na Nokturn? Nie sądzi pani, że to nieco nierozsądne, błąkać się po Nokturnie w takich czasach? – Uniósł brwi drwiąco.
– Nie.
Moja odpowiedź chyba nieco zbiła go z tropu, bo na chwilę się zamknął.
– Do widzenia, panie Malfoy – warknęłam i ruszyłam w stronę niesławnej ulicy…
…tylko po to, by zostać zatrzymana przez zapartą na rozstawionych łapach hienę. Pociągnęłam raz i drugi. Ani drgnęła.
– Proszę poczekać. Chcielibyśmy zaproponować pani gościnę.
Na to zgłupiałam już kompletnie, wpatrując się w młodego Malfoya jak spetryfikowana owca. Przez głowę przelatywały różne apokaliptyczne myśli, bo jeśli Malfoy oferuje pomoc mugolakowi, to niewątpliwie oznacza koniec świata. Albo koniec mugolaka. Albo jedno i drugie.
Kara tymczasem dalej węszyła, niespeszona i już nie tak spięta jak na początku, jakby uznała obcego za niegroźne indywiduum. Jakby z czystej ciekawości obwąchiwała połę mokrego, czarnego płaszcza, zrelaksowana na miarę obecnych warunków.
W sumie pozytywna reakcja hieny dobrze wróżyła – zwierzęta mają instynkt i wiedzą swoje. Zresztą moja intuicja również nie protestowała… tym bardziej, że nie bardzo miałam alternatywę, skoro nie udało mi się nawet wejść na Nokturn, a co dopiero mówić o szukaniu hosteli i hotelików.
– Oczywiście ugościmy także pani… zwierzątko – uzupełnił, najwyraźniej błędnie interpretując moje nagłe zgłupienie. Zdołałam tylko kiwnąć głową, nie całkiem doprowadziwszy proces decyzyjny do końca. – Proszę w takim razie ze mną, zostało mało czasu, a w okolicy kręcą się aurorzy. Mam nadzieję, że teleportowała się pani kiedyś?
Z tego wszystkiego zapomniałam się obruszyć na to pytanie i wydukałam tylko:
– Aha.
– Przypuszczam, że nie zna pani adresu, proszę się więc mnie złapać i trzymać swoje urocze zwierzątko mocno.

CDN! x3

____________________________________________
Mały (ahaha) słowniczek dla słabo znających fandom:
Auror - czarodziej zajmujący się łapaniem czarnoksiężników. Rodzaj czarodziejskiej policji kryminalnej/antyterrorystów.
Luna Skamander (z domu Lovegood) - przyjaciółka Harry'ego Pottera i spółki w późniejszych tomach, córka wydawcy "Żonglera", uznana za oderwaną od rzeczywistości, ale dzięki temu łatwo dostrzegająca możliwości, o których inni zapomnieli/nie wiedzieli.
Malfoyowie - warto wspomnieć, że w czasie reżimu Voldemorta byli aktywnymi Śmierciożercami. Popadli jednak w niełaskę z powodu paru porażek i Voldemort ukarał ich zwerbowaniem Dracona i wyznaczeniem mu samobójczego zadania. W ostatniej bitwie przeciw Voldemortowi zdradzili go i przeszli na stronę walczącego z nim Zakonu Feniksa i uniknęli konsekwencji związanych z przynależnością do Śmierciożerców. Zaś Potter uratował Draconowi życie w owej ostatniej bitwie i od tej pory Draco darzy go chłodnym, ale jednak szacunkiem. Ostatecznie Draco ożenił się z Astorią Greengrass i doczekał syna imieniem Scorpius.
Ministerstwo Magii - zbiór sporej ilości urzędów zarządzających czarodziejskim światem. Bajzel i syf.
Prorok Codzienny - gazeta zwykle podążająca za oficjalną linią Ministerstwa Magii.
Teleportacja - główny sposób przemieszczania się dorosłych czarodziejów. Zwykle używa się "deportować się" - dla zniknięcia i "aportować się" dla pojawienia.
Wizengamot - sąd decydujący o losach czarodziejów, którzy złamali prawo. Składa się zwykle z potężnych czarodziejów i posiada dość sporą niezależność od Ministerstwa Magii.
Żongler - czasopismo o kiepskiej reputacji związanej z dawaniem wiary we wszelkie absurdy i aktywnym poszukiwaniem nieistniejących stworzeń. Miało swoje zasługi w ostatecznej walce z Voldemortem jako ostatnie, które się ugięło pod jego reżimem. Prowadził je ojciec Luny Lovegood.
Ostatnio zmieniony 18 sty 2016, 14:51 przez Zwierz Hienisty, łącznie zmieniany 5 razy.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1211
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 17 sie 2013, 22:33

Na wstępie powiem, że bardzo się cieszę, że namówiłam Cię na wrzucenie tego fika. Obyśmy nie musieli czekać długo na dalszy ciąg.

Na początku zraziła mnie trochę pierwsza osoba, ale ja zawsze się najeżam, jak ją widzę, i szybko mi ten typ narracji przestał przeszkadzać. Twój styl bardzo mi odpowiada i nie odnoszę tego sposobu pisania za lanie wody, lubię szczegółowość, jeśli jest ciekawie. Język bogaty, miło się czyta. Dialogi brzmią bardzo naturalnie (wypowiedzi Malfoya oczywiście były trochę sztywne, ale zakładam, że to celowe). Podoba mi się to, że tekst jest bardzo dopracowany.

Główna bohaterka wydaje się ciekawa, uwielbiam buntowników. No i tą hiena jako zwierzątko + tekst o hienie dziennikarskiej... Genialne. Choć jestem trochę zawiedziona, że nie jest to hiena polarna. Podobają mi się drobiazgi, jakie opisujesz, jak choćby to, że Kara ma awersję do magii i można przypuszczać, że ktoś się znęcał nad nią za pomocą czarów. Widzę też, że bardzo dbasz o zgodność z kanonem (Hannah jako właścicielka "Dziurawego Kotła" i żona Neville'a), co zawsze cenię. Zarysowane wątki również mi się podobają, no i sam pomysł pokazania czarodziejów czystej krwi jako tych dyskryminowanych i uciśnionych wydaje mi się oryginalny. Cieszę się, że na scenie pojawili się Malfoyowie. Czy ten, co tak bardzo chciał być tajemniczy, ale nie bardzo mu wyszło, to syn Dracona?

Znalazłam w tekście jeden błąd, jakaś literówka, ale teraz mi uciekło i nie mogę jej znaleźć. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to jakoś niezbyt przypadł mi do gustu opis bohaterki, bo jakoś nie wydaje mi się, żeby ktoś spojrzał w lustro i pomyślał, że ma germańską twarz (cokolwiek to znaczy) i zwraca uwagę na to, jaki ma kolor oczu.

Przepraszam za lekką chaotyczność.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 04 wrz 2013, 20:49

Gdy czytałam to po raz pierwszy miałam wrażenie, że idzie w stronę jakiegoś dziwnego AU. Harmonie mi się kojarzyła z Hermioną. Dzięki Hermesowi *używa zamiennika* tak się nie stało i to tylko mi przeszkadzało podobieństwo imion.

Komentowania nie ułatwia mi fakt, że znam dalszy ciąg. Kocham hienę. ;-)
Ten tekst trafia na listę moich ulubionych cytatów:
Zwierz Hienisty pisze:jeśli Malfoy oferuje pomoc mugolakowi, to niewątpliwie oznacza koniec świata. Albo koniec mugolaka. Albo jedno i drugie
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 08 wrz 2013, 15:58

Politykal w świecie HP to zdecydowanie nie jest hasło, po którym oczekiwałabym wesołego stylu, nieporadnej bohaterki i malowniczych opisów śniegu. Spodziewałam się raczej powagi, trudnej terminologii i przekombinowanej intrygi, więc zajrzałam raczej z ciekawości co do rozwiązania tej kwestii niż w ramach zabawy, a tymczasem...

Bardzo mi się podobało, Hienu! Obrazek Przede wszystkim wymienione wyżej drobiazgi jak poczucie humoru i Harmonie (Schrödinger-Katze :3), która mimo dziennikarskiego geniuszu wpada w, będące konsekwencją tego pierwszego, nadzwyczaj prozaiczne kłopoty, a która swoim podejściem do siebie i świata szybko zdobyła moją sympatię.

Zgarnęłam do kieszeni szczotkę i pastę do zębów, najpotrzebniejsze kosmetyki i wyszłam, starając się nie patrzeć na odbicie – wysoką, jasnowłosą i jasnooką kobietę o germańskiej twarzy, która teraz wyglądała jak ostatnia żebraczka

A mnie się ten opis uważam i ma sens. Po poście Miryoku oczekiwałam tu jakiejś wtopy w stylu wpatrywałam się w swoje drobne usta i szmaragdowe oczy, starannie czesząc blond włosy, tymczasem tutaj bohaterka okazuje swój sarkazm i załamanie sytuacją, stąd też złośliwe przerysowania z germańską twarzą.

Że nie wspomnę o innych postaciach począwszy od hieny (hiena :3), a na Malfoyach skończywszy. I śnieg! Ja nigdy nie umiałam zachować konsekwencji w wybranej przez siebie porze roku, w braniu pod uwagę jej skutków, wpływu na zachowanie bohaterów, i tracę przez to wiarygodność. A u ciebie to jest super zarysowane, dopracowałaś nawet takie szczegóły jak gęstość hieniego futra :-D

I jeszcze ci się podliżę cytując ulubione, czy raczej: zdanie, z ulubioną końcówką:
Jakby z czystej ciekawości obwąchiwała połę mokrego, czarnego płaszcza, zrelaksowana na miarę obecnych warunków.


Niesamowicie miło się czytało. No i jeszcze cliffhanger w takim miejscu! Chociaż... w takim opowiadaniu każde miejsce byłoby złe na cliffhanger :mrgreen: No to teraz czekamy na ciąg dalszy.
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.

[center]^^^[/center]
Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 08 wrz 2013, 17:31

Gyafun. Przeglądaliśmy to >.< a tyle chochlików się ostało. Dzięki wielkie, Astroni. Poprawimy, jak będziem wrzucać nową część. A co do futra, to po opisaniu tego okazało się, że mieliśmy nieuświadomioną wcześniej potrzebę zawarcia w jakimś tekście uwagi o zimowych futrach xD bo w sumie zwykle się to pomija, a każdy posiadacz zwierzuff wie, jak podstawowa to informacja *nadal po kątach siedzą kłaki po psach i wspomina, jaka puszysta zrobiła się psica po paru miesiącach zimy w nieogrzewanym domu.*

Mir, wiemy, że owo spoglądanie w lustro nie jest jakieś niemożliwie oryginalne i zręczne, ale nie ogarnęliśmy ni w ząb innego sposobu opisania bohaterki w pierwszoosobówce :/ w sumie jej wygląd jest jednak dość ważny, nawet abstrahując od późniejszych wyglądowych kwestyj, czytelnik winien wiedzieć jak wyglądają postacie. Hm, a co do germańskiej twarzy, my byśmy tak rzekli, ale to my - zwłaszcza w tonie ironicznym, hm. Nam często ludzie mówią, że wypowiadamy się jakoś nie tak, i w ogóle co to za nagromadzenie "iżów", "azaliżów", "tudzieżów" i różnych innych dziwnych rzeczy.

Hermiś, dzięki za wytknięcie nam dobrego tekstu, myśleliśmy, że on tylko udaje zabawnego xD
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 21 wrz 2014, 11:48

Okej, ponieważ zapomnieliśmy już, jakie sobie samym postawiliśmy warunki publikacji następnej części, postanowiliśmy je zignorować. Przypuszczalnie tekst najeżon głupimi błędami i litrówkami, ale, hm, poprawimy je... jak tylko je wytropimy.


___________

Wylądowaliśmy na wiejskiej drodze, przed ogromną żelazną bramą. Puściłam nadgarstek młodego Malfoya i skórę na karku Kary. Hiena – jak zwykle trochę skołowana po teleportacji – otrzepała się gniewnie i przycisnęła do mojej nogi, trzęsąc się z zimna albo strachu. Cóż, większość czarodziejskich domów jest tak omotana wszelkimi możliwymi czarami, że trudno tego nie wyczuć, zwłaszcza niemagicznemu zwierzęciu, nienawykłemu do tak silnej magicznej aury.
Do tego dochodziła teleportacja. Owszem, to szybki i praktyczny środek transportu, ale obie go nie lubiłyśmy – zresztą to chyba wspólny mianownik dla wszystkich czarodziei pochodzenia mugolskiego. Tak czy inaczej byliśmy na miejscu i perspektywa choćby niewielkiej przerwy w tułaczce mnie nawet trochę cieszyła. Kara chyba też musiała mieć już serdecznie dość teleportacji, śniegów i tych skandalicznych warunków. Przy odrobinie szczęścia może nawet dostaniemy lepsze… chociaż nie chciało mi się wierzyć, by jedyny chyba ród czystej krwi tak po prostu sprowadzał sobie mugolaki do domu. A z pewnością nie w celu wypicia herbatki w doborowym towarzystwie szlam.
Malfoy strzepnął śnieg z mokrej peleryny i podszedł dumnie do żelaznych wrót, które natychmiast zaczęły się zmieniać. Zginając, łącząc i przemieszczając pręty, utworzyła się wątpliwej urody twarz.
– Witaj w domu, paniczu – przemówiła dość głośno metalicznym głosem, ale nie otworzyła się, najwyraźniej wyczuwając obcego.
– Wprowadzam gościa i zwierzę.
Dopiero po tych słowach skrzydła bramy uchyliły się, z trudem przesuwając zbite zaspy ciężkiego śniegu, wystarczająco jednak, byśmy spokojnie mogli wejść. Malfoy odwrócił się do mnie i z wyższością oznajmił:
– Witamy w naszych skromnych progach. – Zaakcentował mocno słowo „skromny”, jakby chciał powiedzieć coś zupełnie odwrotnego. Odsunął się nieco od wrót, by mnie przepuścić i już miałam coś odburknąć, ale Kara napuszyła się i wyraźnie przekonana, że to dla niej, przedefiladowała przed nim z dumnie podniesioną głową. Cały czas jednak trzymała się blisko mnie i nie ciągnęła smyczy jak zwykle, gdy eksplorowała nieznane sobie tereny. Zaraz zresztą zeszło z niej powietrze i znów dreptała tuż przy moich nogach, gdy tylko gospodarz znów nas wyprzedził o pół kroku.
Dwór znajdował się kawałek od bramy i prowadziła doń długa, żwirowana aleja. Otaczające ją żywopłoty w każdej innej porze roku pewnie doskonale chroniły resztę ogrodu przez spojrzeniami zdążających do drzwi gości, ale zimą łyse gałęzie nie stanowiły wystarczającej zasłony. Z drugiej strony nie bardzo było co podglądać – śniegowa pustynia z okazjonalnie wystającymi z zasp przystrzyżonymi krzewami. Wypatrzyłam nawet jedną, obecnie nieczynną fontannę.
Moje ciekawskie rozglądanie się na boki nie uszło uwagi młodego Malfoya. Który zaraz uśmiechnął się obłudnie i spytał:
– Nigdy nie widziała pani normalnego domu czarodziejskiego?
Po raz kolejny musiałam gryźć się w język, by przypadkiem nie pogrzebać sobie ostatnich szans. Lepiej nie pokazywać pazurów, przecież Malfoyowie nie mogli tak strzelić sobie w stopę, by porywać ze złymi zamiarami mugolaka. A przynajmniej miałam taką nadzieję, ale strach pozostał, w końcu jak przegnę, to może ich urażona duma przeważy nad rozsądkiem. Inaczej znana dziennikarka nie trzymałaby języka za zębami, gdy ją poniżają. Z drugiej strony to Malfoyowie. Może jak na nich i tak są uprzejmi?
Dobrze. Wdech i wydech, kobieto. Nerwy na wodzy.

Żyłam. I to się liczyło. W dworze Malfoyów nic mnie nie zaatakowało, nie dostałam Avadą, a jedynie ręcznikiem i grzebieniem. Te dwa ostatnie przyjęłam z radością – dawno nie miałam okazji porządnie się wykąpać, a zamiast włosów na głowie miałam tłuste ptasie gniazdo. Ubrane w jakieś nędzne łachmany skrzaty zaprowadziły mnie do łazienki, której nie powstydziłby się pięciogwiazdkowy mugolski hotel – te czarodziejskie miały skłonność raczej do minimalizmu niż epatowania luksusami. Wszystko zaś w chłodnych odcieniach bieli, srebra i zieleni i wszystko pokaźnych rozmiarów – począwszy od kafelków, a skończywszy na wannie. W wannie można było zresztą prawie pływać, aczkolwiek nieco psuła tę sielankę jakość szamponu, wciśniętego mi w ręce przez jakąś wiekową skrzatkę. Przypuszczalnie nawet skrzaty tutaj uwzięły się na mugolaki, chociaż takie drobne afronty to w sumie nie było najgorsze, co mogło mnie spotkać.
W gorącej wodzie uparcie towarzyszący mi podskórnie strach gdzieś uleciał i wydał się absurdalny i głupi. Lekko trąc mokrymi palcami o leżącą na brzegu wanny różdżkę, dziwiłam się, jak mogłam przestraszyć się dmuchanego potwora, w którym jedynym ziarnem prawdy była zapewne niepoprawność polityczna Dracona Malfoya. Nie powinnam tak łatwo dawać się plotkom, zwłaszcza po współpracy z „Żonglerem”, gdzie pieśń zwycięstwa nadal śpiewał chrapak krętorogi, bezczelnie wyśmiewając się z nauki.
Cóż, posłuchamy, czego ode mnie chcą – czegokolwiek by nie chcieli, to raczej nic gorszego niż obecne wyczyny ministerstwa. Może nawet uda mi się ich zmobilizować do drobnej pomocy, bo zaiste zaskoczył mnie rozmiar burzy wywołanej wokół ministra – a owa burza powinna im akurat być na rękę. Chyba trafiłam na coś grubszego niż początkowo mi się wydawało, tak przynajmniej uważała moja intuicja – a jej lepiej było wierzyć. Jak już się odzywała, to dobitnie i głośno.
Tak głośno i dobitnie, że głowa mogła od tego rozboleć. Stanowczo wolałabym się w takie bagno nie władować. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Wyszłam z wody, nasłuchując odgłosów z korytarza, gdzie zostawiłam hienę skrzatom, ale najwyraźniej jakoś sobie już poradziły ze zestresowaną Karą – początkowo nie chciały jej nawet dotknąć, póki młody Malfoy nie rozkazał im zająć się także zwierzakiem. Ciekawe, jak udało im się ją obłaskawić, poza tym oczywiście, że to urodzona przylepa – może trochę szorstka, ale przylepa. Z drugiej strony, jeśli widzi, że ktoś jej wcale nie lubi, nie da się przekonać nawet smakołykami.
Owinęłam się ręcznikiem i chwyciłam różdżkę. Mruknęłam zaklęcie i strumieniem letniego powietrza zaczęłam suszyć włosy, próbując okiełznać krótkie kosmyki grzebieniem i podeszłam do lustra.
Spojrzała na mnie zupełnie inna osoba niż zaledwie parę godzin temu. Wrażenie powalające, nie ma co, jak z reklam upiększających eliksirów w „Czarownicy”. Przed i po. No, może nie do końca, nadal daleko mi było do urody jak z obrazka, ale jak nie było źle. Jasnopłowe, tłuste gniazdo na głowie znów zaczęło przypominać dawną fryzurę, może nieco zwichrzoną intensywnym suszeniem, zaś równie tłusta skóra na twarzy – po germańsku pociągłej, z długim nosem i wyraźnymi kośćmi policzkowymi – przestała błyszczeć.
Idealną germańskość rysów psuły tylko oczy po babce, szarawe, z rozczapierzonymi rzęsami i łukowate brwi, nadające mi wiecznie zdziwiony wygląd. Szkoda tylko, że nie odziedziczyłam więcej po rosyjskich przodkach, ale to wieczne zdziwienie i tak pomagało w pracy – przynajmniej początkowo, póki nie nauczono się, że to tylko wrażenie jest niepozorne.
Sięgnęłam po przytarganą nawet do łazienki torbę, z której wywlekłam zmięte w kłąb zapasowe ubrania. Lekkie mugolskie spodnie i koszulka poszły pod najzwyklejszą czarną szatę kroju hogwarckiego. Tym razem jej przeciętność zakrawała na niemałą zaletę – jakiekolwiek bardziej wymyślne projekty, zwłaszcza te od mademoiselle Cécile Malkin, wyglądałyby okropnie tak pomięte. W końcu upychałam ubrania do torby, nie patrząc, czy się mieszczą.
Raz jeszcze przygładziłam włosy, by nie wyglądać jak ostatnie czupiradło, rzuciłam z przyzwyczajenia zaklęcie czyszczące na wannę i wyszłam z łazienki, gotowa do rozmowy z Malfoyami.
Stanęłam na środku korytarza, zastanawiając się, dlaczego jest tak irytująco pusty. Nie chodziło o brak mebli czy ozdób – tu i ówdzie stały jakieś etażerki i wisiały dyskretnie poruszające się obrazy, zaś gruby, puszysty dywan osłaniał parkietową podłogę. Ale skrzatów, które miały na mnie czekać, nigdzie nie było. Kary także. Ani w korytarzu, ani na spiralnych schodach, które wychodziły zaraz przy łazience.
Może je zjadła. Albo one ją. Albo i jedno, i drugie. Nie powinnam jej spuszczać z oczu, w końcu Malfoyowie mają sprawę do mnie, nie do hieny i jeśli faktycznie poszkodowała skrzaty, zapewne chętnie ją ukarzą.
Ruszyłam korytarzem, próbując jakoś wydedukować, gdzie mam iść, poza tym, ze skrzaty wcześniej nie poprowadziły Kary do schodów. Niestety niewiele udało mi się wymyślić, pamiętając tylko ogólny wygląd dworu z zewnątrz, więc pójść z sukurs zwierzakowi nie bardzo miałam jak. Portrety w ciężkich, drewnianych ramach zaś łypały na mnie podejrzliwie, ilekroć próbowałam otworzyć jakiekolwiek – niezmiennie zresztą zamknięte – drzwi, jednak ilekroć spojrzałam na postacie, odwracały wzrok, udając bardzo zajęte.
Doszłam w końcu do końca korytarza i kolejnych spiralnych schodów.
– Przepraszam. – Spróbowałam zagadnąć znajdującą się na najbliższym obrazie jasnowłosą kobietę o przestraszonej, nieco mysiej twarzy, siedzącą samotnie na wyraźnie dwuosobowym obrazie, podpisanym jako Abraxas i Christiana Malfoyowie. Przestraszyła się jeszcze bardziej i wstała, wyraźnie chcąc uciec z obrazu.
– Lady Christiano!
Zatrzymała się, nie odwracając jednak twarzy.
– Mogłaby pani przysłać mi tu jakiegoś skrzata? Miał na mnie któryś poczekać.
Skinęła głową i znikła z obrazu. Zdążyłam zrobić ledwie parę kroków z powrotem w stronę łazienki, gdy przede mną pojawiła się ta sama sędziwa skrzatka, która dała mi tani szampon.
– Słucham? – spytała i spojrzała na mnie z góry, chociaż sięgała mi może do kolana, zgarbiona zapewne od ciężkiej pracy. Odsunęła się nieco, marszcząc swój długi nos.
– O, jesteś. – Udałam, że nie zauważyłam ani jej tonu, ani spojrzenia. – Miał mnie ktoś odebrać po kąpieli, a nikogo nie było.
– Najmocniej przepraszam. – Wcale nie była skruszona.
– Mogłam wszak coś zniszczyć, gdy się plątałam sama po korytarzu, czyż nie? – Nie mogłam się powstrzymać od podrażnienia się z wiekową służką, w której oczach pojawiło się zaraz przerażenie. – Jakie to szczęście, że niczego nie dotykałam…
– Tak, tak, szczęście. – Potarła ręce nerwowo. – Zaprowadzę panią…
– Chwilę. Chciałabym dostać moją hienę z powrotem.
Skrzatka znów potarła ręce.
– Na razie to niemożliwe, pani. Zwierzę kąpie się, pani – wypluwała tę „panią”, jakby to było wyzwisko.
– Doskonale, pomogę w suszeniu. Gdzie ona jest?
– Nie może pani! To zadanie dla skrzata!
– No nie wiem… a jak się przestraszy i rozniesie wodę po tych parkietowych podłogach?
Skrzatka spojrzała na mnie gniewnie, zapewne widząc już, że się z nią drażnię, ale skinęła głową. Zaprowadziła mnie z powrotem pod portret Christiany Malfoy i znajdujących się obok drzwi. Pod dłonią skrzatki klamka ustąpiła bez najmniejszych problemów.
– A ja nie mogłam ich otworzyć… – mruknęłam pod nosem, skrzatka jednak to usłyszała.
– Reagują tylko na znane osoby – krótko mnie poinformowała.
– Czyli nie mogę sama otworzyć żadnych drzwi? – jęknęłam, ale zaraz o tym zapomniałam, bo weszłyśmy do kolejnej łazienki, prawie takiej samej jak ta, w której się kąpałam.
W wannie, wokół której stłoczyły się chyba wszystkie tutejsze skrzaty – razem chyba z tuzin, przyglądając się widowisku, siedziała Kara, dając się szorować i namydlać jakiemuś młodemu skrzatowi, przymykając oczy z ukontentowaniem, gdy drapał ją za uszami i pod włos. Widok cokolwiek niespotykany, bo nawet mi rzadko udawało się namówić tę krnąbrną hienę do kąpieli. Tym bardziej, że zamiast radośnie wyskoczyć z wody i mnie przywitać, hiena tylko mocniej podstawiła łeb pod rękę skrzata, kierując do mnie tylko prowokacyjne spojrzenie.
Chyba powinnam – według niej – być zazdrosna.
– Nieźle sobie z nią radzi – podsumowałam. – Mało kto daje radę ją obłaskawić.
– Mój wnuk. – Wiekowa skrzatka urosła z dumy, jakby zapominając na moment, że rozmawia ze szlamą. Zaraz jednak duma minęła i skrzatka znów spojrzała z ukosa. – Jak więc pani widzi, nie można teraz zabrać zwierzęcia.
Skinęłam jej głową, ale podeszłam do wanny i wcisnęłam się między stłoczone skrzaty, patrzące na scenkę jak cielę w malowane wrota. Poklepałam Karę po głowie.
– Hej, młody – zwróciłam się do skrzata.
– Tak, pani? – odpowiedział przejęty chyba tak samo łagodnością hieny, jak i tym, że się do niego odezwałam. Z bliska wyglądał jeszcze młodziej i faktycznie można było się dopatrzyć pewnego podobieństwa do starej skrzatki, czekającej przy drzwiach.
– Zostawiam Karę w twoich rękach – zaczęłam uroczyście, a skrzat wstrzymał oddech. – Przyprowadź ją do mnie, gdy skończysz ją myć i suszyć, dobrze? – Na to energicznie pokiwał głową, aż załopotały skrzacie duże uszy. – Tylko pamiętaj, że boi się czarów, wiec trzeba się z nią obchodzić bez nich.
– Tak jest! – zawołał skrzat, salutując i chlapiąc wszędzie pianą.
Kara zaś, zapewne niezadowolona z przerwania pieszczot – trąciła go w łokieć nosem i musiał wrócić do czochrania hieniego namydlonego futra.
Zostawiłam tę uroczą scenkę i całkiem już spokojna ruszyłam do drzwi.
– Dobrze, prowadź.

[okej, to jest bardzo przerwane w połowie, ale potem jest długaśny fragment i nie było mniej smutnego miejsca do przerywania :/ ]

Mały słowniczek:
Avada (Kedavra) - zaklęcie uśmiercające. Zakazane w świecie czarodziejskim, jedno z Zaklęć Niewybaczalnych
Czarownica - babskie czasopismo świata czarodziejskiego
madame Malkin - w świecie HP jedyna znana krawcowa szat czarodziejskich, m.in. tych wymaganych do Hogwartu. Jej sklep był raczej mały, w powieściach nie ma nic o jej rodzinie.
skrzat - małe ludziopodobne stworki służące u starych, bogatszych rodzin czarodziejskich. Traktowane jak niewolnicy, zwykle uważające własną niewolę za honor i końcem świata dla nich jest odprawienie z domu. Odprawia się je przez danie im ubrania - przez co zwykle służące skrzaty są ubrane w ostatnie łachmany. W HP nie sprecyzowano, czy plany emancypacyjne wobec skrzatów, jakie miała Hermiona, ani istnienie Zgredka jako skrzata wyemancypowanego i bohatera wojny z Voldemortem coś zmieniło w sytuacji skrzatów, ale ja zakładam, że tak, wiele skrzatów przyjęło przynajmniej część tych idei i ich sytuacja się poprawiła. Harmonie jest przykładem osoby traktującej skrzaty na równi z ludźmi, co nie jest częste.
Ostatnio zmieniony 18 sty 2016, 15:03 przez Zwierz Hienisty, łącznie zmieniany 1 raz.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 11 paź 2014, 20:22

Fajnie wreszcie poznać dalszy ciąg losów Harmonie Schrödinger-Katze :) Co prawda niewiele tego doszło, bo tylko koło trzech stron, które prawie nie posunęły akcji do przodu, ale i tak się miło czytało. Lubisz pisać o szczegółach, zawierając w nich emocje i wrażenia postaci, przez co nawet kiedy niby nie dzieje się nic ważnego, można sporo się dowiedzieć.
Zastanawia mnie jedynie to, jakim sposobem tak łatwo i bezboleśnie udało się odciągnąć Karę od jej właścicielki do mycia.

Z literówek i błędów logicznych znalazłam tylko drobiazgi:
nadal daleko mi było do urody jak z obrazka, ale jak nie było źle
wieczne zdziwienie i tak pomagało w pracy – przynajmniej początkowo, póki nie nauczono się, że to tylko wrażenie jest niepozorne.
poza tym, ze skrzaty wcześniej nie poprowadziły Kary do schodów

pójść z sukurs zwierzakowi nie bardzo miałam jak

W sukurs, nie z sukurs.

I powtórzenie:
Doszłam w końcu do końca korytarza


Częściej jednak miałam ochotę wstawić dodatkowo kropkę, żeby temat i/lub zdanie bohaterki nie zmieniały się w nich tak wiele razy:
Lepiej nie pokazywać pazurów| przecież Malfoyowie nie mogli tak strzelić sobie w stopę, by porywać ze złymi zamiarami mugolaka. A przynajmniej miałam taką nadzieję, ale strach pozostał| w końcu jak przegnę, to może ich urażona duma przeważy nad rozsądkiem.
W wannie można było zresztą prawie pływać| aczkolwiek nieco psuła tę sielankę jakość szamponu, wciśniętego mi w ręce przez jakąś wiekową skrzatkę.
Ciekawe, jak udało im się ją obłaskawić| poza tym oczywiście, że to urodzona przylepa – może trochę szorstka, ale przylepa.
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).


Wróć do „Harry Potter”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość