[HP] Chłopiec, ojciec i mężczyzna

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
SerielDrake
amator
Posty: 21
Rejestracja: 17 maja 2014, 08:31
Lokalizacja: Warszawa

[HP] Chłopiec, ojciec i mężczyzna

Postautor: SerielDrake » 24 cze 2014, 09:30

tytuł: Chłopiec, ojciec i mężczyzna
fandom: Harry Potter
kategoria: oneshot 16+
opis: Rozmyślania Lucjusza Malfoya o relacji z ojcem. Akcja toczy się podczas pierwszej wojny z Lordem V, zanim sam Lucjusz doczekał się syna.
ostrzeżenia: ciężka tematyka

Hogsmeade, mówiono, że zostało założone, jako schronienie przed prześladowaniami ze strony mugoli. Jego ziemia skąpana potem przerażonych czarodziejów i czarownic uciekających przed mugolskimi pochodniami i widłami. Powietrze brzmiało wtedy przenikliwym płaczem przerażonych niemowląt zbyt małych, aby rozumiały potrzebę ciszy. Kostka brukowa, która pokrywała wysłużone, kręte uliczki została stworzona z ziemi przez zdesperowane, twarde i zakrwawione ręce, a bardziej mroczne, prawdziwsze legendy uznawały, że w każdej krytej strzechą chacie, ściany z surowego kamienia były zmazane w krwi dobrowolnych ofiar. Śmierć w celu zapewnienia życia.
Tu, w tej sennej wiosce, leżącej w potężnym cieniu Hogwartu, mieszkańcy Hogsmeade stworzyli dla siebie miejsce do życia, wyrwali je siłą woli z opornej gleby, z jezior i bagien. Uprawiali, przędli i polowali. Karmili swe dzieci dzięki trudowi własnych rąk, a dlatego iż wielu z nich nadal nosiło horror minionego życia na swych plecach lub w oczach, nie mówili o tym, czego doświadczyli. Lepiej, żeby ich synowie i córki nigdy nie dowiedzieli się jak ciemna może stać się noc.
Jeśli ciekawskie dziecko odważyło się zapytać o osłony wokół wsi lub pomarszczone, białe linie na ciele swojego ojca, które tańczyły w świetle świec, mówiono im, że poza ochroną magicznej bariery czają się potwory z koszmarów. Jeśli dziecko trwało w swej ciekawości dostawało klapsa i szło spać bez kolacji. Większość nauczyła się nie pytać, a po jakimś czasie, przestało ich to kłopotać.
I tak wiedza i pamięć przepadły, zastąpione samozadowoleniem tych, którzy nie mieli do niego prawa. Ostrzeżenia starych pozostał bez odzewu, a młodzi zapuszczali się poza bezpieczeństwo bariery, aby mieszać się z mugolami, zaprzyjaźniali się z tymi, którzy polowali na ich przodków z widłami, pochodnią i włócznią. Śmiertelne potwory zostały wyparte przez sympatyczną twarz kupca tekstylnego lub zmysłowe wdzięki panienek ze wsi. Wróg stał się towarzyszem, choć nigdy czarodzieje nie byli tak nierozważni, by ujawnić swoje tajemnice. Mugolskie uprzedzenia trudno obumierają i nawet najmilszy lub najgłupszy czarodziej wciąż mógł zobaczyć złe spojrzenie lub oskarżający gest, gdy wiedział, gdzie patrzeć.
Bariera pozostała na miejscu, jednak mieszkańcy wsi mówili, że była to kwestia wygody, a nie konieczności. W końcu, znacznie łatwiej było ukryć się przed wzrokiem ciekawskich za zasłoną. Nie trzeba było obawiać się przejęzyczenia lub nieroztropnego malucha. Magiczny mur stał się ich dumą, ukoronowaniem wszelkich osiągnięć, a wieś nim otoczona nie była już enklawą czarodziei kryjących się przed krwiożerczym spojrzeniem mugolskich sąsiadów, ale utopią dusz o podobnych poglądach, które po prostu chcą żyć bez przeszkód stawianych przez świat zewnętrzny.
Czymkolwiek jest, czy kiedyś było Lucjusz Malfoy gardził tym. Ściągnął poły swego płaszcza podróżnego z norek między palcami tak, aby nie skalał go kurz diabelnych alei. Te wszystkie jaskrawe sklepy i ich kolorowe złudne wystawy były przekleństwem wszystkiego, w co wierzył. Tu na tych brudnych, brukowanych uliczkach, czarodzieje hańbili się w imię wszechpotężnego galeona. Chciwość sklepikarzy nie rozróżniała mugolaków od czysto krwistych, przyjmując ich monety z równą pożądliwością, nie ważne, że pieniądze tych pierwszych miały na sobie znamiona słabości i choroby. Nie mógł sobie wyobrazić jak jakikolwiek szanujący się czarodziej mógł znieść dotyk szlamy.
„O to właśnie chodzi”, w jego głowie rozległ się szyderczo zimny, wytworny głos jego ojca. Głos, który często mieszał się nieodwracalnie z lodowatym sykiem Czarnego Pana. „Oni się nie szanują. Puszą się i rządzą, noszą swe różdżki, jak gdyby mieli do tego odwieczne prawo jak ty, lub ja. Ale pod zwałami jedwabiu i koronki oraz warstwami pudru o słodkawym, mdlącym zapachu, są oni tak samo niegodni jak mugole, których uwielbiają i żałują na przemian. Nie mają skrupułów, ani honoru. Niektórzy, niegodni nawet oddychać tym samym powietrzem, co czysto krwiści, zmieszali się z nimi. Ale zapłacą za to, prawda? Zawsze jednak na końcu zapłacą, nawet ci, którzy uważają, że sprawiedliwość ich ominęła. Ona jednak nie zapomniała. Została jedynie opóźniona, szczerze mówiąc, z upływem czasu jej nadejście będzie jeszcze słodsze, nieprawdaż ... chłopcze?”
Wzdrygnął się i zacisnął zęby. Chłopcze. Nienawidził tego epitetu, prawie tak jak nienawidził szlam i mugoli, którzy znieważali mu podobnych samą swą egzystencją. Słowo, nieszkodliwe samo w sobie, pozbawione złośliwości i błogosławieństwa, ale w ustach jego ojca, każda jedna jego sylaba stawała się zdemoralizowana do nieprzyzwoitości, piekąca, biczująca do nieprzytomności, którą pozbawił go tak cenionej godności i zredukował do płaczącego dziecka, które nie może spojrzeć w nieczuły, szary wzrok swego ojca. Chłopcze. Ostre i bezlitosne jak uderzenie, ociekające kpiną i lekceważeniem.
Ile razy siedział przy rodzinnym stole w posiadłości Malfoyów i słuchał jak jego ojciec klnie na porządek świata pomiędzy porcjami kawioru i absurdalnie drogim pasztetem? Sto? Tysiąc? W wieku pięciu lat przestał liczyć, i był pewien, że tyrady te było słychać na długo zanim został spłodzony z nasienia ojca w łonie matki. Słyszał te wdzięczne homilie od prawie dwudziestu lat i nawet, kiedy był sam i nadziewał kąski na widelec, w powietrzu słyszał uderzenie jego arystokratycznej pięści o stół, kiedy to nad przyzwoitością panowała wściekłość.

- Zrujnują nas wszystkich, słyszysz mnie, chłopcze? – trzask. Wino z przewróconej czary zabarwiło białe płótno lśniącą purpurą.
Głowa w dół, oczy skupione na nietkniętej baraninie spoczywającej na talerzu. Nie patrzeć w oczy, tylko nie patrzeć mu w oczy. Pozbawiony apetytu przez jadowitą nienawiść unoszącą się w powietrzu. Głos trzeszczący pod ciężarem młodzieńczych hormonów.
-Tak, ojcze.
- Słaby... jesteś słaby. To skaza z krwi twojej matki. Czasami zastanawiam się czy jesteś w ogóle mój. Być może zostałeś podmieniony, zesłany przez podstępnych wrogów rodziny, aby zniszczyć ród Malfoyów - badawcze, spekulacyjne spojrzenie. - A może twoja matka jest po prostu suką niebędącą w stanie utrzymać swych kolan razem. Merlin jeden wie, że rozłożyła je dla mnie wystarczająco szybko.

Pulsujący ból w trzęsącym się nadgarstku wyrwał go z wspomnień. Spojrzał w dół, aby zobaczyć jak jego palce zaciskają się wokół wypolerowanej różdżki. Sztywny wiąz trzeszczał w jego drżącej dłoni grożąc rozpadem, zmusił się więc do spokoju. Stary tyran kroczył pewnie teraz po korytarzach w Wiltshire. Młody mężczyzna powtarzał sobie, że będzie skończony, jeśli pozwoli, aby same wspomnienia, niezależnie jaki by nie były, doprowadzały go do takiego stanu.
Zaklął pod nosem, wściekły na siebie, że pozwolił swemu umysłowi wędrować wzdłuż tych pokrętnych ścieżek, kiedy nagliło go dużo ważniejszych spraw. Nigdy jego mentalne bariery nie załamały się tak i to, że stało się to akurat teraz, niewyobrażalnie go irytowało.
Przyśpieszył kroku. Jego buty stukały na popękanej kostce brukowej, a wyniosła niecierpliwość i aura wściekłości buchała z niego jak para.
To miejsce było zrobione wyłącznie z piernika i lukru. Zawsze go nienawidził. Nawet, kiedy był zaledwie małym smarkiem, nie mógł go znieść. Podczas gdy wszyscy jego niby znajomi i koledzy roili się potulnie przy dymiących kominach i witrynach sklepowych, a w głowach mieli jedynie słodycze, które sprawiłyby, że zawartość jego żołądka wylądowałaby na śniegu, on pozostawał z dala od tej wszechobecnej zgnilizny w kamiennym zamku, który Salazar Slytherin pomógł zbudować. Widział Hogsmeade, jakim było, czuł gangrenę tłoczącą się pod pocztówkową panoramą osobliwych domków i uśmiechniętych sklepikarzy. Ojciec zrobił dla niego przynajmniej tyle.
Tyran, narcyz, mizoginista i nieubłagany nadzorca. Jego ojciec był tym wszystkim i tysiącem innych rzeczy, których jego wyrafinowana etykieta odmówiła nazwać, pomimo dwudziestu lat poniżania, ale musiał mu przyznać, że był również osobliwym mentorem. Dzięki jego pieniądzom, wypełnił rozległą bibliotekę Malfoyów woluminami, którymi nawet Hogwart nie mógł się poszczycić. I tam wśród ciężkich, mahoniowych półek, pod nieuniknionymi spojrzeniami jego przodków oraz z subtelnym zapachem nafty i polerowanego drewna wdzierającym się w nozdrza, poznał tajemnice historii świata, w którym się urodził, sekt i organizacji, których ministerstwo nie odważyłoby się nawet wpisać do publicznych rejestrów w imię zachowania pokoju i status quo. Lojalny Zakon Mitry, Pożeracze ciał i Wypędzeni. Ci, którzy wyrzekli się słońca na rzecz, przelewania krwi, jako najświętszego z sakramentów. Kult Kybele, asceci, którzy unikali przyjemności ciała, wykastrowani, jako wyraz oddania. Córki Dionizosa, wcielenia cielesnych rozkoszy, które nie zamknęłyby swego łoża przed żadnym człowiekiem, dzieckiem, czy bestią.
Nazwy te tańczyły na pergaminach i papirusach w krętym, uwodzicielskim rytmie, aż wszystkie je widział przed oczyma nawet pod zamkniętymi powiekami. Kołyszące się na falach snów, szeptane przez jego ojca. Każda z nich nosiła w sobie tajemnicę słyszalną jedynie w ciemnościach nocy, gdy Przeznaczenie spało, a upadłe anioły wiły się pomiędzy nogami człowieczych cór. Niekończąca się litania, strona po stronie. Czytał aż oczy go paliły, a czubki palców były zdrętwiałe od rozsypującego się pergaminu. Setki. Tysiące. Dziesiątki tysięcy. Tak niezliczone jak ziarnka piasku, a on chłonął je wszystkie.
Spośród wszystkich zakonów, stowarzyszeń, wspólnot i bractw, które wpadły w jego ręce, jeden zapamiętał lepiej niż wszystkie inne, palił się w jego pamięci na długo po tym jak książki zostały zamknięte, a audiencje z ojcem skończone. Teraz, w wieku dwudziestu lat, starszy, mądrzejszy i utemperowany rygorami świata poza stronicami, patrzył wstecz na swe młodzieńcze fantazje z nutą rozgoryczenia, ale dla dziesięcioletniego chłopca, kryjącego się pod grubym wełnianym kocem, fantazje te były ziszczeniem legend i epickich poematów.
On, Lucjusz Malfoy, był rycerzem, lecz niezakutym w białą, lśniącą zbroję, a w żywą ciemność Rycerzy Walpurgii. Rozkazywał armii cienia ukrytej w baldachimie łóżka swą nieugiętą różdżką, odpierał hordy robactwa, które zagrażały jego należnemu prawu. Prawu, które należało do każdego Malfoya, od kiedy postawili swe stopy w Saksonii dwa tysiące lat temu. Robił to, by jego ojciec był z niego dumny, tak dumny, by nigdy więcej nie nazwał go chłopcem.
Krocząc w dół ulicy z wysoko podniesioną głową, przypomniał sobie, że myślał o Rycerzach Walpurgii w dniu, gdy jego ojciec zabrał go do herbacianego ogrodu, by zakończył swoją domową edukację, dzień przed wyjazdem do Hogwartu. Miał jedenaście lat, rosa błyszczała na dzikich różach, starających wyrwać się z duszącego uścisku bluszczu. Był zaskoczony nagłym zainteresowaniem. Oprócz bezlitosnych kar i pijanych przemów przy rodzinnym stole, ojciec rzadko przejmował się jego jedynym synem, ale w tym dniu wiele lat temu, jego ojciec był prawie sympatyczny.

- Chodź - powiedział łagodnie jak na niego, nie mniej jednak było to polecenie. Długa, smukła ręka wyciągnięta w jednoznacznym zaproszeniu. Słońce odbijało się od nieskazitelnie wypolerowanej, srebrnej głowy węża na jego lasce, trzymanej luźno w dłoni.
- Tak, ojcze.
Chłopiec, którym był wiedział, że lepiej nie ignorować wezwania. Nieposłuszeństwo miało bolesne konsekwencje, wśród których najłagodniejszą były ślady pomiędzy łopatkami pozostawione po lasce. Zamknął książkę i wstał, żeby dołączyć do ojca. Jego krok był długi i lekki, zmierzający wprost do celu bez zbytniego pośpiechu. Dokładnie tak, jak nauczył go ojciec.
Przeszli przez francuskie drzwi na ścieżkę w ogrodzie. Ani jeden opadły liść nie leżał na niej. Ojciec już dawno nauczył skrzaty, jaka była cena za zaniedbanie obowiązków, i więcej niż jedno z tych stworzeń utraciło swoje mizerne życie za pojedyncze źdźbło trawy. Wiewiórka przebiegła im drogę, a jego ojciec powolnie podniósł różdżkę.
-Crucio! - wycedził, a mała bestia upadła w niewyobrażalnej agonii.
Oczy wyszły jej z orbit, a małe przednie łapki drgały w niekontrolowanych spazmach, jakby tańczyły w groteskowej arytmii. Pod jej ogonem pojawiły się stróżki kału i moczu. Sparaliżowanemu chłopcu nogi ugięły się, gdyż wydawało mu się, że zwierze patrzy się wprost na niego.
- Avada Kedavra! - wypowiedziane z taką samą precyzyjną lakonicznością jak poprzednie zaklęcie.
Wiewiórka uspokoiła się. Jej ostatni jęk nie dobiegł do uszu dziecka. Nie był za cichy, po prostu go nie było. Jego ojciec ponownie wsunął różdżkę w rękaw swej szaty.
- Czy wiesz, dlaczego to zrobiłem, Lucjuszu? - zapytał.
Lucjusz nie odpowiedział. Wpatrywał się w nieruchome ciało wiewiórki. Nie był zbulwersowany, raczej szokująco pusty pod wpływem takiej siły. Oczywiście słyszał o Zabójczej Klątwie. Wśród jego warstwy społecznej, nie było młodego człowieka, który by o niej nie słyszał. Tylko nieliczni chwalili się, że ją widzieli na własne oczy, żadnemu jednak nie udało się jej rzucić. Ale teraz widział ją, w swej pełnej strasznej krasie i czuł zimny supeł zaciskający się w podbrzuszu. Przełknął ślinę przez zaschłe gardło.
- Lucjuszu! Zadałem ci pytanie, chłopcze.
Lekka bryza z zapachem wiciokrzewu połaskotała mu nozdrza. Jeśli zerknąłby teraz w stronę mężczyzny spotykałby beznamiętne, spojrzenie zwężonych oczu. Jego pierwszym odruchem było oczywiście kłamstwo, powiedzenie, że rozumie. Był w końcu synem swojego ojca i przede wszystkim Malfoyem. Ale tu nie było miejsca na kłamstwa i na ukrycie ich przed bystrym szarym wzrokiem. I tak ze skulonymi ramionami, połknął swą dumę i powiedział.
- Nie, ojcze - ambrozja zaprawiona goryczą wypełniła wnętrze jego ust, wstyd niewiedzy przytłoczyło wspomnienie zielonego światła.
Ojciec parsknął.
- Tak podejrzewałem. Wszystko przez krew twej matki - odwrócił się i wrócił do spacerowania z rękoma splecionymi za plecami. Wiosenne słońce mrugało na ustach wężowej laski.
Drań, pomyślał złośliwie i drwiąco, ale jego bardziej ostrożne usta powiedziały jedynie.
- Przykro mi, ojcze - nie wiedział nawet, za co przeprasza.
Niewyraźne prychnięcie. Następnie, po nieprzyjemnej ciszy rozległo się proste.
- Bo mogłem.
Lucjusz zamrugał niepewnie.
- Ojcze?
Mężczyzna zbliżył się ostrożnie do martwego zwierzęcia. Blada, patrycjuszowska twarz wciągnęła się w akcie obrzydzenia. Grube, żarłoczne robactwo już zaczęło dobierać się do ciała.
- Zabiłem tą wiewiórkę, ponieważ mogłem. To było moje prawo - powiedział, jakby tłumaczył dla chorego umysłowo dziecka, że niebo jest błękitne. - Człowiek stoi ponad zwierzęciem i dla tego ma obowiązek przypominać mu gdzie jest jego miejsce. Nawet mugole to wiedzą. Tak jest napisane w ich tekstach religijnych.
- Czytałeś teksty religijne mugoli?
To, że jego czystej krwi ojciec zbezcześcił swój umysł i skalał ręce propagandowymi wierzeniami mugoli odrażało go. Z pewnością ojciec, który tak gorliwie walczył w obronie magicznego świata rozumiał, jaka trucizna sączy się z piór mugoli? Z pewnością znał niebezpieczeństwo słuchania ich oszukańczych bredni i narażania oczu na ich wariackie bazgroły? Zacisnął palce na ustach, aby stłumić niestosowną czkawkę. Skrzywił się z kwaśnym posmakiem.
Abraxas posłał mu cierpki, cyniczny uśmiechem.
- Poznaj wroga. Pierwsze prawidło walki, a przynajmniej pierwsza zasada każdego, kto naprawdę chce wygrać - mężczyzna studiował przez chwilę nieskazitelne równe paznokcie. - Tak, są nieprzyjemne i całkowicie irracjonalne, tak jak ci, którzy je napisali. Ich logika jest naprawdę zdumiewająca.
Lucjusz zacisnął wargi, zafascynowany wbrew sobie.
- Jak to, ojcze?
Starszy Malfoy odchrząknął i zwolnił już ospałe tempo swego głosu jeszcze bardziej.
- „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, bo jam jest Bogiem zazdrosnym i łatwo wpadam w gniewem” - znów szyderczo się uśmiechnął, a następnie kontynuował.
- „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że dał wam syna swego Jednorodzonego, aby ci, którzy w Niego wierzą, nie zginęli, ale mieli życie wieczne". Nieco absurdalne, nie uważasz? Jak jestestwo tak przeżarte zazdrością może mieć w sobie tyle miłości, by złożyć w ofierze swe dziecko dla dobra nieumytego, zawszonego motłochu, tak zaślepionego, że przeczy jego istnieniu? Dość dziwne. Wydawałoby się niemal, że te niedorzeczne bzdury zostały napisane przez więcej niż jedną osobę - zaśmiał się z własnego dowcipu.

Ty tak sądzisz ojcze, chciał wtedy powiedzieć, po tylu latach myśląc dokładnie to samo. Byłeś i jesteś żywą dychotomią, pożeraną przez boski ogień swoich przekonań, a jednocześnie zimną niczym zemsta. Paradowałeś ze mną i matką w ciągu dnia, afiszując moje istnienie, jako dowód swojej męskości i szczycąc się urodą matki, jako oznaką twego powodzenia, ale kiedy dzień dobiegał do nieuchronnego końca, kłaniając się, a skrzat domowy zamykał za nami drzwi posiadłości i odcinał świat. Kiedy kurtyna opadała, cała ułuda znikała, a tam gdzie niegdyś stał wykształcony, inteligentny, łaskawy władca, stał zgorzkniały tyran nie posiadający ani siły ani litości.
Te same ręce, które tak czule pieściły matkę po policzku na promenadzie, później sięgały po puchar lub kielich, starając się przywrócić sens szalonemu światu. Złocony język, który tak wspaniałomyślnie chwalił mnie, kiedy siedzieliśmy w eleganckiej salonie Ministra Magii, jako kolejnego wielkiego potomka Malfoyów, który ma przynieść zaszczyt naszej szlachetnej linii, stawał się ciętą kosą wymierzoną z ogromną precyzją w me najczulsze punkty. Puszka Pandory otwierała się. Wszystkie brudne tajemnice były ujawniane i nawet wetknięcie palców w uszy nie mogło uniemożliwić mi ich wysłuchania.
Demon brandy robił to, co nic innego nie potrafiło. Miłość, pieniądze, honor, nawet spryt ślizgona. Sprawiał, że mówiłeś prawdę. Zgodnie z jej zdradzieckim szeptem wszystkie myśli, które tłumiłeś w imię poprawności politycznej wypychałeś na wierzch. Ja, duma twych świętych lędźwi stawałem się rozczarowaniem, któremu pozwalałeś żyć tylko dlatego, bo nie byłeś pewny, że możesz zapewnić sobie jeszcze jednego, lepszego syna. Lepiej było mieć męską pomyłkę niż bezużyteczną córkę. Moja matka, w miejscach publicznych, wzór cnót i Wenus, do której wszystkie inne kobiety mają być porównywane, stawała się bezwartościową, nędzną krową, która nie dała ci nic prócz nieślubnego syna i jej zbyt krótkiej młodości. Siedzisz, jak zawsze siedziałeś na tronie u szczytu stołu i opluwasz nas swym jadem, podczas gdy świat wokół wiruje i chwieje się w pijackim zamgleniu.
Zatem tak, tak myślę, że miłość i nienawiść mogą istnieć na równi w sercu człowieka i Boga. Wiem, bo żyją w moim. Kocham cię, bo jesteś moim ojcem, ale także cię za to nienawidzę. Nawet do dziś w nocy, leżąc w łóżku marzę o dniu, w który Charon zabierze cię na swój przeklęty prom i uwolni mnie od twojej pogardy. Ale pamiętam ulotne chwile, gdy byłeś ojcem, jakim powinieneś był być. Sposób, w który ująłeś moją rękę, kiedy byłem małym chłopcem i poprowadziłeś mnie przez labirynt alei śmiertelnego nokturnu, ponieważ jego ciemne zaułki mnie przestraszyły. Noc, gdy siedziałeś obok mego łóżka, czuwając aż do świtu, ponieważ cały drżałem ogarnięty gorączką i walczyłem o swoje życia na twych oczach. Zaciskałeś palce na swej ukochanej lasce tak mocno, że aż całe zbielały. Wstydzę się. Jesteś moim ojcem. Moje niezachwiane uwielbienie jest twoim prawem, nabytym przez krew i obietnicę przyszłości. Moja nienawiść, w przeciwieństwie do mojej krwi, nie może być czysta.

- Malfoy, przestań myśleć o Merlin jeden wie, czym i pośpiesz się. Nie mam zamiaru czekać na ciebie cały dzień! – zawołał Rabastan, czekający już na niego w wejściu do Świńskiego Łba.
Lucjusz potrząsnął głową. To nie był czas na rozpamiętywanie przeszłości. Teraźniejszość była dużo bardziej istotna.

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 29 cze 2014, 11:07

Początkowo dziwiłam się, że nikt nie komentuje, ale fakt - to dość ciężki kawałek literatury do komentowania. Nie że zły, ale ciężki. Z jednej strony przemyślenia oparte na bogatym malowniczym słownictwie, z drugiej - naprawdę niełatwy temat. Dla mnie doszła jeszcze konieczność przestudiowania Pottero Wikipedii pod względem tego, kto jest kto i jak zawarte tu rewelacje mają się do kanonu.
Wychodzi na to, że wcale się nie mają - może to i dobrze? Jeśli chodzi wreszcie o opinię, to jak dla mnie jest dość paskudna i zbyt dosadna, ale jednak prawdopodobna i przekonująca. Okrucieństwo bierze się z okrucieństwa i nawet jeśli młody Lucjusz (a potem Draco) buntował się przeciwko tyraniom ojca, to z czasem raczej musiałby przejąć tę rolę jako jedyny bliski sobie styl życia, zwłaszcza że do tego szanowany styl życia, bo jednak kojarzył mu się z siłą i dominacją... Co prawda po Draco nie widać tego ciężaru rodzinnego (przynajmniej w filmie), taka beztroska wydawałas się nim kierować - ale kto go tam wie?
Pointa też sprytna - ktoś tak wielki jak Bóg oraz jak ojciec jest przez nas kochany, choćby i był nienawidzony.


Literówki były dwie na krzyż, a pomyłek z przecinkami trochę więcej.
Tam gdzie kreska, przecinek powinien być, a tam gdzie nawiasy kwadratowe, tam nie powinno.
Hogsmeade, mówiono, że zostało założone[,] jako schronienie przed prześladowaniami ze strony mugoli.
Ci, którzy wyrzekli się słońca na rzecz[,] przelewania krwi[,] jako najświętszego z sakramentów
Chłopiec, którym był| wiedział, że lepiej nie ignorować wezwania.
Wśród jego warstwy społecznej[,] nie było młodego człowieka
To, że jego czystej krwi ojciec zbezcześcił swój umysł i skalał ręce propagandowymi wierzeniami mugoli| odrażało go.


Z literówek - zjedzona literka:
pozwoli, aby same wspomnienia, niezależnie jaki by nie były, doprowadzały go do takiego stanu.

oraz zjedzony enter (po kontynuował):
- „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, bo jam jest Bogiem zazdrosnym i łatwo wpadam w gniewem” - znów szyderczo się uśmiechnął, a następnie kontynuował.
- „Albowiem tak Bóg umiłował świat (...)


A tutaj mam wrażenie, że coś miało być przed kropką
ale kiedy dzień dobiegał do nieuchronnego końca, kłaniając się, a skrzat domowy zamykał za nami drzwi posiadłości i odcinał świat.
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.

[center]^^^[/center]
Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).


Wróć do „Harry Potter”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość