[DBZ / Star Trek] Nowe i stare Tipringi

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

[DBZ / Star Trek] Nowe i stare Tipringi

Postautor: Vampircia » 26 sie 2013, 13:35

Jak już wspomniałam, ostatnio odkopałam swoje pierwsze fanfiki pisane na komputerze. Większość z nich to straszne shity, ale znalazłam jeden, który miał być z założenia zabawny i chyba nawet mu się udało. W każdym razie nie jest aż tak straszny, jak pozostałe i pomyślałam, że z sentymentu go tu wrzucę.

tytuł: Ze wspomnień Ti Pring – Ti Pring w Ginuy Force
autor: Vampircia
fandom: Dragon Ball Z
kategoria: 13+
ostrzeżenia: MS, golizna, lekka wulgarność i niewybredny humor
znajomość fandomu: chyba nie jest niezbędna
opis: Bohaterka moich dawnych marysuistycznych wynurzeń zostaje przydzielona do elitarnego oddziału, po to, żeby... zatańczyć na paradzie.
status: skończony

Proszę, przeczytajcie wstęp, jeśli jesteście zainteresowani lekturą fika


Wstęp


W czasach, kiedy byłam jeszcze młoda i głupia oraz pisałam fiki bez ogłady, stworzyłam serię o pewnej dzielnej Mary Sue w uniwersum Dragonbolowo-startrekowo-gwiezdnowojnowo-różnym. I jak już wspominałam w swojej analizie dzieła zakazanego w czasach neandertalskich wszystkie fanki DBZ piszące fanfiki marysuizowały się z sajańskim księciem, a moja MS na dodatek była człowieczo-vulcańską księżniczką, koksem i się poświęcała dla dobra swego rodu, przez co wstąpiła do armii Frezera. Jak to jednak w moim przypadku, jeden fanfik mi nie wystarczył, więc stworzyłam sequele, side stories i właśnie takie "Wspomnienia Ti Pring". I z tych wszystkich tekstów, ten chyba jako jedyny nadaje się na forum, choć i tak należy go czytać z przymrużeniem oka. Poprawiłam tylko literówki i interpunkcję. Styl pozwoliłam sobie zachować, bo bez niego, to już byłoby nie to samo. Zapraszam do lektury.


Ze wspomnień Ti Pring – Ti Pring w Ginuy Force


Frezer siedział w swoim biurze, jeśli można nazwać biurem przestronne pomieszczenie z wszelkimi wygodami i masą nowoczesnego sprzętu. Był zadowolony. Jego ostatnie podboje przyniosły mu wielką chwałę (przynajmniej wśród jego zwolenników) i niebawem miała się odbyć wspaniała parada z tej okazji, prezentacja sił militarnych i innego tego typu bajery. Frezer delektował się tą myślą, gdy nagle z zadumy wyrwał go głos Ginuy w skauterze.
- Przepraszam, czy mógłbym na słówko?
- Oczywiście, jestem u siebie.
Wkrótce do biura wszedł kapitan Ginuy i wyglądał na dość zatroskanego.
- Jakiś problem? – spytał Frezer prosto z mostu.
Ginuy zawahał się chwilę, po czym zrobił kilka kroków do przodu, wlepiając wzrok w podłogę.
- Chodzi o tę paradę. – zaczął niepewnie – Otóż Gerudo zachorował i nie będzie mógł wziąć udziału w pokazie.
- Chcesz powiedzieć, że Ginuy Force nie będzie w pełnym składzie? – przejął się Frezer.
- No właśnie, a mamy już opracowaną choreografię. Jesteśmy w kropce.
- Na pewno przesadzasz. Przejdzie mu do tego czasu.
- Oficer medyczny powiedział, że to poważne i że przez najbliższy miesiąc nie będzie zdolny do służby.
- I co ja mam teraz zrobić?! – zdenerwował się Frezer już nie na żarty – To miał być gwóźdź programu!
- Można by znaleźć zastępstwo, ale kto się nauczy choreografii w tak krótkim czasie?
- Nie wiem, później nad tym pomyślę, zdenerwowałeś mnie, teraz muszę odreagować, spływaj! – krzyknął Frezer, a Ginuy natychmiast wykonał rozkaz.
Frezer zestresowany usiadł na fotelu zawołał Zarbona żeby mu zaparzył ziółka, Dodorii natomiast kazał sporządzić listę oficerów, którzy ewentualnie nadawaliby się do Ginuy Force.
Jednak sprawy zamiast iść lepiej, szły coraz gorzej. Kilka godzin po wypiciu ziółek dostał komunikat od oficera łączności, że ja kiś ważniak chce z nim rozmawiać. Kazał więc przełączyć do swojej kwatery. Na ekranie pojawił się jakiś mężczyzna z niezbyt zadowoloną miną.
- Dzień dobry, my się znamy – oznajmił osobnik z ekranu. – Ja w sprawie tej planety, którą ostatnio od pana kupiliśmy.
- Coś z nią nie tak? – spytał Frezer.
- Już wyjaśniam. Pańscy ludzie chyba czegoś nie dopatrzyli, bo kolonizatorzy natknęli się na grupkę partyzantów ocalałych z czystki.
- Zaraz sprawdzę kto dowodził grupą uderzeniową. – To powiedziawszy skinął na Dodorię.
- Porucznik Ti Pring. – ten oznajmił wkrótce, sprawdziwszy to w komputerze.
- Dziękuję, że pan o tym powiedział. Do widzenia – pożegnał się Frezer, a rozmówca się wyłączył.
- Rany, co ja takiego zrobiłem, że mam tak nieudany dzień? – pomyślał Frezer.
Zaczął wywoływać Ti Pring, ale jej skauter nie odpowiadał co go jeszcze bardziej zdenerwowało.
- Ale się jej dostanie – powiedział.
- Zdaje się, że po ostatniej ważnej misji udostępnił jej pan na jakiś czas apartament dla uprzywilejowanych. – wtrącił się Zarbon – Moglibyśmy po nią pójść.
- Tak, przyprowadźcie mi tu panią Ti Pring i to bezzwłocznie! – oznajmił władczo.
- Tak jest! – Z tymi słowy Zarbon i Dodoria wyszli.


W tym samym czasie Ti Pring zażywała właśnie kąpieli w apartamencie dla uprzywilejowanych. Rozłożyła się w wannie i pomyślała jak to teraz jej jest przyjemnie. Dawno nie czuła się tak zrelaksowana.
Wtem drzwi do łazienki otworzyły się gwałtownie i weszli przez nie Zarbon wraz z Dodorią.
- Jasne, po co pukać? – zadrwiła oburzona Ti Pring.
- Pan Frezer chce się z tobą widzieć, natychmiast. – oznajmił oschle Zarbon, zmierzając razem z towarzyszem w jej kierunku.
- To może chociaż poczekacie aż się... hej! Co robicie, zbole?! – wydarła się kiedy chwycili ją pod pachy i wyciągnęli z wanny. Nie postawili jej tylko zaczęli wynosić ją z apartamentu – Puśćcie mnie!
- Pan Frezer nie będzie czekać w nieskończoność aż raczysz ruszyć swój leniwy tyłek. – Zarbon wyraźnie nie darzył jej sympatią po tym jak dała mu kosza.
- Ale... – Ti Pring zamilkła zaczynając sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji.


Pachołkowie tyrana zanieśli szarpiącą się dziewczynę na miejsce i postawili na podłodze. Frezer odwrócił się w jej kierunku i nie spodziewając się widoku jaki zastanie lekko się zszokował. To znaczy wybałuszył oczy, a na jego twarzy pojawiły się kropelki potu.
- Zarbon, daj że jej jakieś okrycie, nie zapominaj, że jestem mężczyzną. – to powiedziawszy Frezer stanął za biurkiem żeby nie było widać jak mały mu sterczy.
Zarbon odpiął swój płaszcz i podał go Ti Pring. Szybko się nim owinęła, nie kryjąc zażenowania.
- A teraz zostawcie nas samych. – rozkazał podwładnym.
Zarbon i Doduś natychmiast zabrali się do opuszczenia pokoju.
- Masz przejebane – szepnął jeszcze Zarbon Ti Pring na odchodnym.
Ti Pring nie miała pojęcia co jest grane, ale zaczynała odczuwać coraz większy niepokój. Widok mierzącego jej poważnym spojrzeniem Frezera przyprawiał ją o zawroty głowy.
- No, pani porucznik, szkoda, że będę musiał wyznaczyć pani karę chłosty, bo ma pani... hmmm... ładne ciało, ale takie są zasady. Ma pani coś na swoją obronę?
- Ale... ale ja nie wiem o co chodzi – wyjęczała Ti Pring.
- Chodzi o pani misję na planecie Diarrhoea. Jakby użyć kolokwializmu: spieprzyła ją pani. – Na te słowa Ti Pring zrobiła zbolałą minę. – Ponadto nie odpowiedziała pani na wezwanie, co w sumie daje... – Wtem zadzwonił telefon. – Przepraszam na chwilę. – Frezer odebrał. – Halo? A, to ty. – Niespodziewanie ściszył głos. – To nie najlepszy moment. Co? Mały Tibi pobił dziecko sąsiadów? Chcą wiedzieć kto jest jego ojcem? – nagle zauważył, że Ti Pring się na niego patrzy. – To... moja kuzynka – skłamał i odszedł trochę dalej z telefonem.
Ti Pring poczuła, że robi się jej zimno. Była mokra, a peleryna Zarbona nie dawała zbyt wielkiego ciepła. Zaczęła więc podrygiwać żeby się ogrzać. Taniec zawsze jej dobrze robił.
Frezer w końcu odłożył słuchawkę i spojrzał na Ti Pring. Wtedy go olśniło. Przypomniała mu się rozmowa z Ginuy i kiedy tak patrzył na jej „balecik” wszystkie wątpliwości znikały. Cała jego złość minęła, a na jej miejsce weszło zadowolenie.
- Wiesz co, moja droga? Chyba byłem zbyt surowy – powiedział niespodziewanie. – Każdy oficer może popełnić jakiś błąd. – Ti Pring aż zdębiała na te słowa, a Frezer ciągnął dalej. – Dam ci szansę. Zastąpisz Gerudo na najbliższym pokazie.
- Ja?!
- Tak, ty. Jak się dobrze wywiążesz to puszczę ci płazem tamte przewinienia. Mniemam, że zgadzasz się wejść na ten czas do Ginuy Force?
- Tak jest! – Ti Pring zasalutowała.
Wtedy okrywając ją płachta zsunęła się na podłogę, a Ti Pring spiekła największego buraka w swoim życiu.


- Od tej pory tu pani mieszka. – Frezer pokazał Ti Pring kwaterę Ginuy Force. – Kapitan oddziału wyjaśni pani resztę.
- Zaraz, mam mieszkać w jednym pokoju z czterema chłopa?! – zbulwersowała się Ti Pring.
- Więc rezygnuje pani?
- Nie, nie, nie! Skąd! – szybko sprostowała.
- Zatem kontynuujcie, kapitanie.
Frezer przekazał pałeczkę Ginuy, a on wprowadził Ti Pring do kwatery.
- Cześć, witam, jak leci? – dały się słyszeć pomruki pozostałych członków Ginuy Force, którzy byli właśnie zajęci grą w karty.
Ti Pring spojrzała na nich. Wcale nie wykazywali jakiegoś szczególnego zainteresowania jej osobą.
- I tak się przygotowujecie do parady? Grając a karty? – rzekła Ti Pring.
- Mamy przerwę – odparł Recoon.
- No to może przyłączę się do was? – zakrzyknęła ochoczo Ti Pring i siadła obok reszty towarzystwa.
Pechowo, właśnie wtedy Ginuy zagwizdał.
- Dobra, koniec przerwy. Marsz na trening! – na te słowa wszyscy niechętnie udali się do sali ćwiczeń.


Ti Pring robiła pompki na dwóch palcach, tak jak reszta grupy i wyraźnie miała już dosyć.
- Co się tak ociągasz Ti Pring? Z życiem! – ponaglił ją Ginuy.
Dziewczyna zrobiła niepocieszoną minę i zebrała się w sobie by móc z siebie wykrzesać jeszcze choć trochę energii.
- Odpuść jej trochę, jest nie przyzwyczajona. – wtrącił Jisu.
- W oddziale specjalnym nie ma forów. Każdy musi sprostać wymogom. – rzekła dowódca.
Po zakończeniu pierwszej części gimnastyki, Ti Pring legła wyczerpana na podłogę.
- A teraz sobie pobiegamy. – oznajmił Ginuy.
- Przecież mieliśmy ćwiczyć kroki baletowe – zauważyła wreszcie Ti Pring.
- No proszę, tak ci spieszno? Myślisz, że możesz ćwiczyć kroki bez odpowiedniego przygotowania? Nie ma sprawy, zrób jaskółkę.
Ti Pring rozłożyła ręce na boki, prawą nogę dała w tył i uniosła. Zaraz potem zachwiała się i wyrżnęła dokładnie przed same stopy Ginuy.
- Dlatego odpowiednia sprawność fizyczna jest warunkiem koniecznym do ćwiczenia kroków baletowych. – podsumował. – Koniec obijania się, biegamy!
Po biegu nareszcie rozpoczęły się ćwiczenia związane z tańcem. Ku swemu rozczarowaniu Ti Pring stwierdziła, że wcale nie jest to takie proste. Co chwilę jej coś nie wychodziło i miała spore problemy z opanowaniem pewnych kroków. Ginuy wszystko musiał tłumaczyć jej dwa razy. Z tego wszystkiego trening się przedłużył. Dlatego tym bardziej wszyscy byli szczęśliwi kiedy wreszcie dobiegł końca.


Na kolację była fasolka. Możecie sobie wyobrazić przerażenie Ti Pring kiedy się okazało, że będzie spać pod Recoonem. To znaczy chodzi o pryczę, rzecz jasna. Ginuy miał uprzywilejowane miejsce, a reszta miała prycze. Ti Pring miała spać na dole, a Recoon na górze. Recoon i jego wielki zad.
- Panie Ginuy, może dałoby się zamienić łóżka, bo ja nie mam zamiaru spać pod tym klocem – rzekła zdesperowana dziewczyna.
- A co, boisz się, że się na ciebie zawali? – zaśmiał się Ginuy.
- Raczej boje się jego wiatrów po tej fasolce.
- Hej, Recoon! – krzyknął dowódca – Masz spać zadem do góry!
Recoon popatrzył się niego i podrapał się po głowie nie rozumiejąc o co chodzi. Ti Pring również się zmieszała.
- Jakby były jeszcze jakieś problemy to proszę to zgłosić – rzekł Ginuy i powrócił do własnych zajęć.
- Wielkie dzięki. – pomyślała z ironią Ti Pring.


To była CIĘŻKA noc. Nie ze względu na pierdy Recoona, ale na wszechobecne chrapanie. Poziom decybeli w pomieszczeniu znacznie przekraczał dawkę zdatną do spokojnego snu. Ti Pring okładała po kolei wszystkich poduszkami, a kiedy i to nie pomogło, poszła do łazienki i tam spędziła noc.
Kolejne były już bardziej do wytrzymania, bo opracowała dobry patent. Podwędzała ser ze stołówki i zatykała sobie nim uszy. Jeśli chodzi zaś o trening to wciąż miała problemy z niektórymi krokami, zwłaszcza z jaskółką, a do parady było coraz mniej czasu.
W końcu pewnej nocy nastąpił przełom. Była to noc przed dniem, w którym miała się odbyć parada. Jisu wstał i poszedł się wysikać. Kiedy wszedł do łazienki okazało się, że Ti Pring tam urzęduje. Nie załatwiała jednak potrzeb naturalnych.
- Ti Pring, co tu robisz o tej porze? – zdumiał się.
- Prawdę powiedziawszy to trenuję – powiedziała speszona (można się zastanawiać jak da się trenować w łazience, ale załóżmy, że była obszerna, w końcu to oddział specjalny). – Jutro parada, a ja jestem totalnie nieprzygotowana. Jak spieprzę, to Frezer nie odpuści mi kary.
- Na pewno nie jest tak źle – pocieszył ją, ale ona zrobiła tylko smutną minę. – Posłuchaj – rzekł po chwili, widząc jej zatroskanie. – Mamy jeszcze trochę czasu, jak chcesz to mogę ci pomóc. – Ti Pring uśmiechnęła się. – Ale najpierw muszę się wysikać.
Po wysikaniu się Jisu zabrał się do roboty i zaczął tłumaczyć Ti Pring wszystkie kroki. Wykonywała wszystko pod jego nadzorem i szło jej coraz lepiej. Prawie pół nocy spędzili na treningu. Wreszcie Ti Pring była już gotowa.
- Doskonale, spróbuj na koniec zrobić jaskółkę – powiedział Jisu.
Ti Pring zebrała się w sobie i poczęła wykonywać tę trudną figurę. Na początku lekko się zachwiała, ale szybko złapała równowagę i udało jej się zrobić jaskółkę tak, jak należy.
- Udało mi się, udało! – zaczęła wykrzykiwać skacząc z radości.
- No widzisz – ucieszył się Jisu.
Ti Pring z euforii rzuciła mu się na szyję. Jisu objął ją w pasie i zakręcił dookoła śmiejąc się radośnie i patrząc jej prosto w oczy. Nic dziwnego, że wkrótce oboje upadli na podłogę. Ti Pring wylądowała na nim, a ich spojrzenia się spotkały. Wtedy pomyślała sobie jak to już dawno nie znajdowała się w podobnej sytuacji. Vegeta właśnie zajmował się podbijaniem Ziemi, a ich pożegnanie nie było zbyt gorące.
- Przez ostatni rok byłam bardzo samotna – wypaliła niespodziewanie.
- Naprawdę? – szepnął obejmując ją.


Ginuy ziewnął i przeciągnął się. Po chwili obudzili się także Recoon i Baata. Był już ranek.
- Zaraz, a gdzie Jisu i Ti Pring? – zdziwił się Baata.
- Musiałeś spać jak zabity skoro nic nie słyszałeś – zauważył Ginuy.
Podszedł do drzwi łazienki i zapukał.
- Hej, Jisu, Ti Pring, wyłazić stamtąd! Już ranek!
- Co, gdzie, kiedy? – obudziła się Ti Pring.
- A było tak fajnie – ziewnął Jisu, zaczynając powoli ubierać bieliznę.
- I następnym razem bzykajcie się gdzie indziej! – dodał Ginuy. – Ściany są cienkie!


To był wspaniały widok. Wiwatujące tłumy, orkiestra i zbrojny pochód z Ginuy Force na czele. Frezer siedział na uprzywilejowanym miejscu i napawał się scenerią, a towarzyszyła mu jego obstawa czyli Zarbuś i Doduś (po co Frezerowi obstawa?). No i rzecz jasna nie zabrakło także King Colda i Coolera.
Ti Pring miała podkrążone oczy z niewyspania, ale z dużej odległości nie było tego widać.
- To był dobry pomysł z tym zastępstwem, synu. – rzekł King Cold – Muszę przyznać, że ta mała wygląda zdecydowanie estetycznej niż Gerudo.
- Ale lepiej wyglądałaby nago, w mojej sypialni. – stwierdził lubieżnik Cooler.
- Zamknij się, zboczeńcu! Tylko ci dupy w głowi! – wkurzył się Frezer. – Jak mi tkniesz jakąś podwładną to cię skopię po jajkach!
- Od kiedy to robisz za opokę moralności? – zakpił Cooler.
- Dobra, teraz przegiąłeś! – Frezer zamalował bratu w twarz, na co ten mu oddał.
- Uspokójcie się, synkowie! – Cold ich rozdzielił. – Podziwiajcie paradę. – Posłuchali go.
Właśnie zbliżał się punkt kulminacyjny, czyli elitarna jednostka w akcji.
- Jesteśmy oddziałem specjalnym! Jest nas pięciu, tak jak ilość palców w dłoni! – Dało się słyszeć głupkowaty wierszyk.
Ginuy Force zaczęło odstawiać balecik, którego opis zostanie tu pominięty, gdyż żadne słowa nie są w stanie oddać tego wyczynu.
Na koniec Ti Pring miała zrobić jaskółkę. Ustawiła się więc w odpowiedniej pozycji i już miała nadzieję, że jej wyjdzie, kiedy ze zmęczenia straciła równowagę i upadła. Frezer widząc to złapał się z zażenowaniem za głowę.
- Nie było tak źle – rzekł Jisu, pomagając Ti Pring wstać.
- Już po mnie – jęknęła dziewczyna.
Nagle dał się słyszeć krzyk jakiejś kobiety:
- Ratunku, oni mają taktyczny pocisk nuklearny! – Wskazała na grupkę humanoidów, czających się za jednym z budynków.
- Tak, jesteśmy Antyfrezerjańskim Frontem Ludowym i nie zawahamy się go użyć, jeśli nie spełnicie naszych żądań – powiedział ich przywódca (tak, wiem, musieli być bardzo głupi skoro porywali się na coś takiego). Parę osób zemdlało.
- Nie pozwolimy wam! – oznajmił władczym głosem Ginuy. – Eskadra, za mną!
Wszyscy, łącznie z Ti Pring, rzucili się na AFL. Rozgromili ich w kilka sekund i stanęli na środku pobojowiska w efektownych pozach. Tłum wiwatował, a saperzy zajęli się pociskiem.
Frezer z dumą przyjmował gratulacje za tak zaradnych żołnierzy.


Imperator był pod takim wrażeniem akcji rozgromienia AFL, że odpuścił Ti Pring przewinienia, mimo tej nieudanej jaskółki. Gerudo wrócił z chorobowego i Ti Pring już nie musiała go zastępować. Za to spotykała się jeszcze z Jisu. Ale tylko przez kilka tygodni, bo na jednej z misji złapał jakąś chorobę weneryczną i w ten sposób skończył się ich związek (chlip:(). Vegeta wracał z Ziemi, a Ti Pring od tej pory chodziła ze skauterem do łazienki.

Koniec

Jeśli ktoś jest ciekaw jak naprawdę wyglądało Ginyu Force w akcji, to proszę: https://www.youtube.com/watch?v=3v30HToswDs (warto)
Ostatnio zmieniony 13 paź 2013, 18:20 przez Vampircia, łącznie zmieniany 4 razy.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 26 sie 2013, 16:12

Wreszcze fandom, który znam. Teraz jeszcze ktoś trzaśnie Sailor Moon i git majonez. Podobało mi się mimo tej naiwności akcji. Nawet trochę skojarzyło mi się z dragon ball abridged (polecam jak ktoś nie widział). Sam pamiętam swoje stare opowiadanie o DBZ, w którym kontrolę nad bohaterami brały postaci wymyślone przeze mnie. I chyba to najbardziej lubię w pisaniu ff. Autor może narzucać swoją wizję i bezkarnie kontrolować wymyślone przez kogoś innego postaci. Bardzo mi się podobało. Więcej nie powiem.
ziółek dostał komunikat od oficera łączności, że ja kiś ważniak
Ogólnie to jest powtórka - "jakiś" pojawia się zdanie później.
- Naprawdę? – szepnął obejmując ją.
przecinek? :-/
- Tak, jesteśmy Antyfrezerjańskim Frontem Ludowym i nie zawahamy się go użyć,
To mnie rozbawiło. Niby takie nic, a jednak :mrgreen:

10/10
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 26 sie 2013, 18:11

Dzięki. A tak w ogóle polecam te fanfiki jak już jesteśmy w klimacie http://outside.xt.pl/
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 23 wrz 2013, 18:10

Zmieniłam nazwę tematu, bo pomyślałam, że zamiast zakładać nowe, mogłabym jeszcze tutaj coś nowego dorzucić. Tak, tym razem nowego, nie napisanego 10 lat temu, ale z tego samego universum. Trochę z przymrużeniem oka.

tytuł: Instynkt
kategoria: 13+
ostrzeżenia: wulgarny język
znajomość fandomu: trudno powiedzieć
opis: Z babą jest źle, ale bez baby jeszcze gorzej.


Instynkt


Vegeta siedział przy ognisku i obgryzał kość jakiegoś zwierza, którego nazwy nawet nie pamiętam. Było ciemno i zimno, jak w dupie changellinga. Dzień minął paskudnie, a noc zapowiadała się jeszcze gorsza. Dziwne, bo z reguły po zniszczeniu kilku wiosek miał dość dobry humor. Ale niestety został zepsuty przez rozpaczliwe stękanie i sapanie, które nie dawało mu spokoju. Ta rana musiała być chyba poważniejsza, niż myślał. Ti Pring leżała już tak od godziny i najwyraźniej miała wielkie problemy ze złapaniem oddechu. A on zaczynał mieć dosyć tego wszystkiego. Co niby miał zrobić? Zatkać sobie uszy? Normalnie w takich sytuacjach brało go na humanitaryzm i dobijał delikwenta, ale tutaj napotkał pewien problem. Była jedyną samicą, która jako tako próbowała stać się namiastką Saiyanki. Wychodziło jej to średnio, ale biorąc pod uwagę niedobór samic, na widok których nie chciało się rzygać, nie mógł być zbyt wybredny. Z Nappą i Raditzem pewnie nie miałby problemu, trzeba by dobić, to by dobił. Ale z Nappy i Raditza nie było też zbyt wielkiego pożytku. Głupie to i niezbyt silne. A jeśli chodziło o Ti Pring, cóż... Też niezbyt to silne, ale przynajmniej miękkie. Kurde, mógł tego nie sprawdzać, to by teraz dylematu nie miał. Ale skąd miał wiedzieć, że się przyzwyczai? Przez pierwsze dziewiętnaście lat życia jakoś samic nie potrzebował, zabijanie samo w sobie dawało wystarczająco radości. Aż tu nagle rzuciła się na niego. Tak, rzuciła się, inaczej tego nazwać nie mógł. Chyba trochę z desperacji, bo najwyraźniej gwałt przez dziesięciu chłopa nie był pierwszym razem, który sobie wymarzyła. A instynkt to instynkt, nie wygrasz z nim. Zwłaszcza Saiyański instynkt. I powinności samca alfa. Żaden saiyański samiec alfa nie pozwoli sobie, żeby mu samicę podbierali. Cwana suka, musiała wiedzieć.
- Dupa... - zaklął i wyrzucił kość.
Dobić, czy nie dobić, oto jest pytanie. Trochę tak głupio. To tak jak wyrzucić swoją ulubioną parę butów. Zaraz... Nie miał swojej ulubionej pary butów. Ale pewnie gdyby miał, to nie chciałby się z nią rozstawać. Głupia Ti Pring. Głupia, słaba Ti Pring. A mówił przecież, że nie chce z nią lecieć.
Ona chyba naprawdę mogła zaraz wyzionąć ducha. To charczenie podobało mu się coraz mniej, prawie jak ostatnie, przedśmiertne podrygi. Widział już kiedyś coś podobnego, tylko wtedy miał to gdzieś. Może powinien chociaż obejrzeć tę ranę? Stanął nad kobietą i zobaczył, jak się męczy. Chyba chciała coś powiedzieć. Tak to przynajmniej wyglądało, ale nie za bardzo była w stanie cokolwiek z siebie wykrztusić. Co za zdesperowany wzrok. Chyba była świadoma nadchodzącej śmierci.
W pancerzu miała obklejoną krwią dziurę. Zdjął go, żeby lepiej przyjrzeć się ranie. Przebita klatka piersiowa. Cudnie. No naprawdę, nic tylko dobić. Mógł jeszcze ewentualnie wsadzić ją do kapsuły, wysłać do bazy, a tutaj dokończyć sam. Tylko że jeśli zostanie to odebrane, jako złamanie rozkazu, mogą mieć przechlapane. Westchnął i włączył skauter.
- Ambulatorium, co trzeba zrobić w przypadku przebitego płuca?
- A co się stało?
- Odpowiadaj!
- Rana otwarta, czy zamknięta?
- Otwarta jak cholera.
- To trzeba czymś zamknąć. Może być gaza, folia, rękawiczka... Cokolwiek.
- A potem?
- A potem trzeba położyć delikwenta w takiej pozycji, żeby był oparty pod kątem trzydziestu stopni.
- I co dalej?
- I tyle. Więcej zrobić nie możesz. Chyba, że jesteś jebanym cudotwórcą i umiesz przeprowadzić operację zębami.
Vegeta rozłączył się. To na nic. Ale podobno tubylcy byli dobrzy w medycynie. Jakby znalazł jakąś wioskę, do której jeszcze wieści o nim nie dotarły, to może nawet pomogliby mu z własnej woli.
Wziął Ti Pring pod pachę i poleciał na poszukiwania.


Poszło łatwiej, niż myślał. Chyba rzeczywiście wieści o nim jeszcze tu nie dotarły. Siedział sobie na obrzeżu wioski, bo nie miał ochoty spoufalać z kosmitami, których i tak miał później wyeliminować. Zwłaszcza z paskudnymi, karłowatymi kosmitami z dwoma parami rąk. Ohyda. Ale przynajmniej znali się na medycynie.
Skończył obgryzać kość innego zwierza, którego nazwy nie pamiętał i wrócił do wioski. Dobra, musiał przyznać, zaimponowali mu. Nie sądził, że Ti Pring tak szybko wstanie na nogi. Szkoda że tylko jakoś nie dostrzegał wdzięczności w jej oczach. Pewnie była w szoku.
- Dobrze, że w porę przybyliście. Jeszcze kilka minut i mogło być za późno – powiedział kosmita.
- Wyjdź!
Vegeta nie zwrócił się do niego, tylko do Ti Pring, która popatrzyła nań pytająco.
- Tylko mi zawadzasz. Mam robotę do wykonania – wycedził.
No proszę, jak ładnie się rozumieli. Nawet nie zadawała zbędnych pytań. Baba, ale chyba do niej dotarło. Jak miło było dla odmiany podziałać samemu.
- Czy mogę w czymś jeszcze służyć? - spytał zmieszany kosmita.
- Nie, to wszystko – odparł spokojnie Vegeta i zamienił go w kupkę pyłu.



Vegeta siedział przy ognisku i obgryzał kość jakiegoś zwierza, którego nazwę sobie przypomniał, ale była tak długa i skomplikowana, że właściwie i tak jej nie używał. W przeciwieństwie do niego Ti Pring najwyraźniej nie miała apetytu. Humoru też nie. Co gorsza, on przez to również nie miał humoru, a przecież tak ładnie mu się wszystko zaczęło układać. Ze wściekłości rzucił kością.
- No co?! Siedzisz tak z tą miną i mnie wkurzasz! Co ci znowu nie pasuje?! Uratowałem ci życie!
- Nie spieszyło ci się, kurwa!
Jej nagła riposta trochę zbiła go z tropu. Aż zamilkł.
- Myślisz, że miło jest leżeć przez godzinę z rozerwanym płucem?! - warknęła Ti Pring. - Robiłeś rachunek sumienia, czy się opłaca, czy nie opłaca? A nie, przepraszam, ty nie masz sumienia.
- Następnym razem radź se sama!
- Z chęcią!
Gdyby ich wściekłość mogła się zmaterializować, planeta pewnie już przestałaby istnieć. Jednak dumny książę Saiyan był zbyt dumny, by zdzielić babę w twarz, więc siedział w miejscu i zgrzytał zębami. A Ti Pring dłubała nerwowo kijem w ziemi i chyba udawała, że go tu nie ma. Księcia Saiyan, nie kija.
- Wciąż boli – mruknęła i potarła swój nadwyrężony bok. - Zrób coś.
- Zrób coś, zawsze zrób coś. Przeciwnik za silny: zrób coś. Chłopy się narzucają: zrób coś. Ginyu zmusza do picia wódki marki Coldy: zrób coś. Trzeba odkręcić słoik: zrób coś. Jak leżałaś i się dusiłaś, to pewnie też chciałaś powiedzieć: zrób coś!
- Nie, wtedy chciałam powiedzieć coś innego.
Zmarszczył brwi i spojrzał na nią z mieszanką podejrzliwości i zaskoczenia. Czemu nagle zrobiła się taka poważna? I tajemnicza. Nie podobało mu się to. Baby były nieprzewidywalne. Jak miały taką minę, to znaczyło, że coś knuły. Tak, Ti Pring na pewno coś knuła. Wstała i usiadła przy nim, z tym swoim zagadkowym spojrzeniem.
- Co chciałaś wtedy powiedzieć? - wycedził. Nie lubił jak się go trzymało w niepewności.
Przysunęła twarz bliżej. Czemu się tak słodko uśmiechała? Co, nagle na amory ją wzięło?
- Chciałam wtedy powiedzieć... - szepnęła. - Że jesteś chuj.
Dumni Saiyanie nie bili słabych bab, bo byli na to za dumni. I dlatego się opanował.
- Ale już przywykłam. Zrób coś – dodała, tym razem bardziej stanowczo, zawzięcie i tak przerażająco wymownie, że aż oczy rozszerzył.
Instynkt. Nie dało się z nim wygrać.
Ostatnio zmieniony 05 lut 2014, 22:42 przez Vampircia, łącznie zmieniany 1 raz.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 25 wrz 2013, 14:42

Werdykt: podobało mi się. Błędów nie szukałem, bo... bo nie. Podobnie jak poprzednia historyjka było humorystycznie, skromnie i bez niepotrzebnego spinania dupy. I to mi wystarczy. Z pewnością będę czekał na kolejne przygody Ti Pring.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 25 wrz 2013, 15:57

Dobra, mam zagwostkę, wrzucać rimejk czy nie. On już zdecydowanie bardziej na poważnie jest. I ma ponad 30 stron. I do wrzucenia tego czegoś z samymi OC też się jakoś przemóc nie mogę:/ Co jest? Kiedyś z lubością uprawiałam fanfikowy ekshibicjonizm, a teraz... jakbym się bała.

A na marginesie, widziałeś bloopersy do DBZA? Kurde, jeszcze lepsze niż sam Abridged.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 25 wrz 2013, 17:07

Dobra, mam zagwostkę, wrzucać rimejk czy nie. On już zdecydowanie bardziej na poważnie jest. I ma ponad 30 stron.
Zawsze można podzielić na mniejsze party tak po 5, 6 stron i pewnie zawsze trafi się jakiś niewinny cliffhangerek. 30 stron to faktycznie dużo, tym bardziej jeśli mówimy o internetowej twórczości. Moje zawsze mieszczą się w 6-7 stronach, rekordzista miał 10.
I do wrzucenia tego czegoś z samymi OC też się jakoś przemóc nie mogę:/ Co jest? Kiedyś z lubością uprawiałam fanfikowy ekshibicjonizm, a teraz... jakbym się bała.
Phi... Ja bym nie miał żadnych skrupułów. Z resztą wystarczy spojrzeć na ff, które wrzuciłem tu na forum.
A na marginesie, widziałeś bloopersy do DBZA? Kurde, jeszcze lepsze niż sam Abridged.
Być może. Swego czasu obejrzałem wiele bloopersów i możliwe, że do DBZ też, ale że lepsze od Abridged to nie uwierzę.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 13 paź 2013, 18:19

Właściwie powinna to była wrzucić w pierwszej kolejności, ale dopiero teraz się przełamałam. Oto odświeżona wersja dawnego pomysłu.

tytuł: Desperacja (czyli Historia Ti Pring - remake 2013)
autor: Vampircia
kategoria: 16+
opis: Nie wie kim jest, nie wie gdzie jest, nie wie po co tu jest i nie jest pewna, czy powinna poznać odpowiedź. OC.
ostrzeżenia: przemoc, wulgarny język, próby gwałtu


All the lying and cheating will surely bite you
Dishonesty tears you apart and will eat you
All the anger and pain and the suffering and the shame
And the voices in your brain will surely haunt you

Korn - „Let The Guilt Go”


Desperacja



Rozdział I

Nicość. Jak wyglądała nicość? Jak czarna otchłań bez dna, bez czasu, grawitacji i światła? Czy nicość w ogóle mogła wyglądać? Czy dało się ją opisać, wyobrazić, zobaczyć? Miało to jakiekolwiek znaczenie? Nicość po prostu nadeszła. Nie wiadomo skąd i czemu, a gdy zaczęła ustępować, pojawiły się uczucia, obrazy, zapach. Pojawiały się zmysły, jeden po drugim. Najpierw oślepiające światło, potem niebywale silnie, wzbierające nudności, a jeszcze później torsje. Sekundę później wyklarowały się kształty. Dłoń podpierająca trzęsące się ciało, kałuża wymiocin, a tuż obok pusta strzykawka. Kolejna, gwałtowna fala nudność nadeszła równie niespodziewanie, przez co kałuża się powiększyła. Przeszywające ciało skurcze przeplatające się z uczuciem odrętwienia nie poprawiały sytuacji.
Po kilku minutach zdołała usiąść i wziąć głęboki oddech. Dolegliwości ustępowały, a chłodny wiatr przyjemnie koił rozgrzane od wysiłku ciało. Otworzyła oczy i rozejrzała się, musiała jednak je szybko przymrużyć. Dwa słońca dawały dużo światła, nawet trochę za dużo. Gdy jej wzrok trochę się przyzwyczaił do tutejszych warunków, zdołała zauważyć, że znajduje się na jakiejś równinie. Krajobraz nie prezentował sobą niczego szczególnie ciekawego. Skały, trochę pożółkłych, wysuszonych krzaków i goła ziemia. Jednak to, gdzie teraz przebywała nie stanowiło jej głównego obiektu zainteresowania. Bardziej zaintrygowały ją napisy, który pokrywały jej przedramiona. Dopiero teraz je zauważyła.
Nie zostaw po sobie żadnych śladów. Staraj się nie zwracać na siebie uwagi. Nikomu nie ufaj. Udaj się na Omis i tam już zostań. I nigdy nie próbuj sobie przypomnieć – przeczytała.
Czy ona to napisała? Czy wstrzyknęła sobie coś powodującego amnezję? Po co? I skąd się tu wzięła? Co to w ogóle było za miejsce? - Przez jej umysł przewijały się setki pytań. Była wystraszona i zagubiona. Początkowo zastanawiała się nawet, czy nie ma omamów, czy to nie jest sen. Najbardziej przerażał ją fakt, że niczego nie pamięta, nawet własnego imienia. Pamiętała tylko torsje i widok strzykawki, ale wszystko, co miało miejsce wcześniej, było jak czarna dziura, jak nicość, jak próżnia. Jedyny punkt zaczepienia – wskazówki wypisane na ręce, nie mówiły jej praktycznie nic. Nie odpowiadały na żadne pytania, nie tłumaczyły, czemu się tu znalazła, kim jest, czy jaki ma cel. Sugerowały tylko, że może grozić jej jakieś niebezpieczeństwo, skoro ma nie zwracać na siebie uwagi i nie ufać nikomu. Nie zwracać na siebie uwagi, kiedy nic nie pamięta. Wspaniale.
W końcu wzięła się w garść. Siedzenie bezczynnie na pustkowiu i zachodzenie w głowę, co się stało bez wątpienia w żaden sposób nie poprawiłoby jej sytuacji. Chwyciła za plecak, który przy sobie znalazła i wysypała z niego całą zawartość. Nie było w nim zbyt wiele. Kurtka, okulary przeciwsłoneczne, butelka wody, pieniądze i paszport. Zainteresował ją najbardziej ze wszystkiego. Była to przezroczysta płytka z danymi osobowymi i zdjęciem. Nie pamiętała własnej twarzy, ale od razu domyśliła się, że przedstawia właśnie ją, głównie przez włosy. Były brązowe, równo przycięte na długości karku, z grzywką. Czyli właśnie takie jak jej zgodnie z oględzinami, których dokonała.
Adlin Nollan – przeczytała. Czyżby tak właśnie się nazywała? Nie miała żadnej gwarancji, że to jej prawdziwe imię. - Oczy niebieskie, wzrost średni, znaków szczególnych brak, narodowość kalsedońska. - Niewiele jej to mówiło, ale zawsze coś.
W plecaku znalazła coś jeszcze. Bilet w jedną stronę na Omis. Właśnie tam miała się udać, choć czemu akurat tam, tego widzieć nie mogła. Na bilecie figurowała data i godzina, ale to także nic jej nie mówiło. Mogło to być dzisiaj, jutro, a równie dobrze za miesiąc.
Musiała wreszcie się stąd ruszyć. Spakowała więc rzeczy i ubrała kurtkę, a strzykawkę i fiolki zakopała. Napiła się łyka wody, by wreszcie pozbyć się posmaku wymiocin, po czym zdała sobie sprawę, że nawet nie wie, w którą stronę iść. Westchnęła więc, założyła okulary i poszła przed siebie. Okazało się, że dobrze zrobiła, bo gdy uszła parę kroków, dotarła na krawędź wysokiego urwiska, a gdy spojrzała w dół, zdała sobie sprawę, że znajduje się tam miasto.


Teraz była Adlin. Powtarzała sobie to imię w głowie wiele razy, by się do niego przyzwyczaić. Było jej ciężko, bo tak naprawdę przyzwyczajać musiała się do wszystkiego. Miała nadzieję, że gdy już dotrze na miejsce, znajdzie odpowiedzi. A póki co musiała przetrwać. Przetrwać bez tożsamości w mieście, którego nie zna, tak naprawdę też bez celu, bo co na dobrą sprawę nim było? Czy cel w ogóle istniał? Cały czas o tym myślała. Snuła teorie i układała w głowie wszystkie możliwe scenariusze. Mogła być tajnym agentem, który się ukrywał, uciekinierem, albo zwykłą osobą, która widziała za dużo. Brała nawet pod uwagę możliwość, że jest częścią jakiegoś eksperymentu. Jednak jej domniemania w żaden sposób nie poprawiały sytuacji, a tylko powodowały niepotrzebny zamęt. Starała się choć na chwilę przestać o tym myśleć.
Miasto wyglądało na zadbane. Ulice były tu szerokie, za to budynki wysokie i wąskie. Na swojej drodze minęła wielu przechodniów, większość z nich przypominała zwykłych ludzi, ale zdarzali się też przedstawiciele innych ras. Jakiś chłopak wręczył jej ulotkę. Zerknęła na nią. Terapia gniewu – tak, bez wątpienia właśnie tego teraz potrzebowała. Przydałoby się raczej coś w rodzaju: „odpowiadamy na wszystkie pytania – czynne całą dobę”. W pobliżu nie było kosza na śmieci, więc schowała ulotkę do kieszeni i spojrzała na chłopaka.
- Gdzie tu można kupić plan miasta? - spytała.
- Za rogiem jest kiosk. - Wskazał.
Podziękowała i poszła zaopatrzyć się w plan oraz gazetę. Miała nadzieję, że może chociaż dowie się z niej jaka jest data. Usiadła więc na ławce i przejrzała zakupione artykuły. Wszystko wskazywało na to, że lot ma jutro, a to znaczyło, że do tego czasu musiała znaleźć sobie jakiś nocleg. Z gazety wynikało, że miasto nazywa się Redrein, ale to akurat wiele jej nie mówiło. Dokładniejszą lekturę wolała sobie zostawić na później. W pierwszej kolejności należało zająć się sprawami najważniejszymi.
Na razie nie musiała martwić się o pieniądze. Bez problemu załatwiła sobie pokój w hotelu, kupiła trochę zapasowych ubrań. Naprawdę potrzebowała odpoczynku. Była zmęczona fizycznie i psychicznie, i choć z tym pierwszym mogła się uporać, w obecnej chwili pozostawało jej jedynie cierpieć w samotności, ewentualnie próbować czymś się zająć. Prysznic trochę pomógł. Wytarła włosy ręcznikiem, spojrzała w lustro i dopiero teraz mogła w pełni się sobie przyjrzeć. Rzeczywiście, przypominała kobietę ze zdjęcia w paszporcie. Jej niebieskie oczy zdawały się puste, jakby kompletnie się wypaliła. Miała spiczaste uszy, co ją zaintrygowała. Mogło to oznaczać vulcańskie lub romulańskie geny, ale w jej żyłach bez wątpienia płynęła czerwona krew, biorąc pod uwagę odcień jej skóry. Wolała nie spinać włosów i ukryć ten szczegół. Takich krzyżówek za pewne wiele w kosmosie nie było i mogło to zwrócić niepotrzebną uwagę, której miała unikać.
Ubrała szlafrok i usiadła na kanapie. Westchnęła głęboko, bolejąc nad swym fatalnym położeniem. Gdyby tak po prostu mogła się obudzić i odkryć, że wszystko było tylko złym snem – jakże cudownie by się czuła. Zamknęła na chwilę oczy i miała nadzieję, ze jak je otworzy, to wszystko wróci do normalności, ale niestety nic się nie zmieniło. Za to zauważyła wbudowany w ścianę ekran. Przynajmniej miała teraz telewizjo-komputer, więc mogła chociaż się czegoś dowiedzieć. Raczej nie o sobie, ale przynajmniej o otoczeniu.
- Komputer – powiedziała, uruchamiając komendą urządzenie. - Podaj obecną lokalizację.
Na ekranie pojawiła się mapa gwiazdozbiorów, ale Adlin tylko na nią zerknęła, po czym się położyła. Wolała słuchać.
- Konstelacja 41b, system gwiezdny Cayen, planeta Kalsedonia, miasto Redrein, hotel Podniebny, dziewiętnaste piętro.
Zaczynało jej coś świtać, ale wolała się upewnić, czy dobrze kojarzy fakty.
- Podstawowe informacje o systemie Cayen – wydała komendę.
- System Cayen składa się z dwóch gwiazd, siedmiu planet i dwustu trzydziestu jeden naturalnych satelitów. Dwie planety są zamieszkałe: Kalsedonia i Metamorfis. Kalsedonia - druga od słońc, rasa dominująca: człowiekoidy. Metamorfis: trzecia od słoń, rasa dominująca: changellingi. Jest to rasa uchodząca za najsilniejszą w galaktyce, jednak z bardzo niewielką populacją. Kalsedonia i Metamorfis trwają w sojuszu od...
- Wystarczy. Podaj odległość z Kalsedoni do Omis – poleciła Adlin.
- Odległość między Kalsedonią a Omis wynosi 1112 lat świetlnych.
To bardzo daleko. Taka podróż musi trwać przynajmniej rok. Bez wątpienia pokonuje się drogę w stanie hibernacji – pomyślała.
- Komputer, jaką planetą jest Omis?
- Niegdyś planeta typu oceanicznego. Obecnie znajduje się na niej jedna wyspa o powierzchni 100233 kilometrów kwadratowych zamieszkana przez społeczeństwo rolnicze. Ze względu na odpowiedni klimat i bogatą glebę, uprawia się tam...
Adlin słuchała z zamkniętymi oczami, jednocześnie zastanawiając się, po co miałaby lecieć w tak odległe miejsce. Czemu akurat ta planeta? Co było w niej takiego szczególnego? Wszystko wskazywało na to, że to zapadła prowincja, którą rzadko kiedy ktoś odwiedza. Rzadko kiedy... Czyżby idealne miejsce na kryjówkę?
- Komputer, włącz telewizję.
- Proszę podać kanał.
- Pierwszy z brzegu.
Tak naprawdę nie miała ochoty na żadne programy. Nie miała na nic ochoty. Ale cisza ją przerażała, chciała żeby coś ją wypełniało, żeby działo się coś, co choć na chwilę pomoże jej uwolnić się od tych uporczywych myśli. Marzyła o poczuciu normalności i bezpieczeństwa.
- Panie profesorze, skąd pomysł na taką książkę? Był pan świadom kontrowersji, jakie może wzbudzić? - padło pytanie z ust telewizyjnej prezenterki.
Jakiś wywiad z podstarzałym pisarzem, czy naukowcem. Sama nie wiedziała, nie obchodziło jej to. Ale ważne, że coś mówiło, że nie było ciszy. Dziwne, ale to naprawdę trochę pomagało.
- Wiem, że wiele osób myśli podobnie, co ja, ale boi się o tym mówić. Badałem życie Saiyan przez ponad dwadzieścia lat i zapewniam, że gdyby nie ta katastrofa, to mogliby być dla nas nie lada zagrożeniem.
Adlin otworzyła lodówkę i przejrzała zawartość. Dobrze, że w tym hotelu dbali o to, by klientowi niczego nie brakowało. Na razie jednak nie miała apetytu i nic dziwnego. Wyjęła tylko butelkę wody i napiła się. Miała delikatnie słonawy posmak, ale w gruncie rzeczy smakowała dobrze.
- Ale nazywanie tej tragedii wybawieniem, to chyba lekka przesada, nie uważa pan?
Przez chwilę Adlin patrzyła w ekran, ale niewiele do niej docierało. Wciąż przeżywała psychiczne katusze i nic nie pomagało. Może powinna była napić się czegoś mocniejszego? Jeszcze raz otworzyła lodówkę i znalazła w środku butelkę piwa romulańskiego. Napiła się łyka i po jej ciele od razu rozlało się przyjemne ciepło.
- Odnoszą wrażenie, pani redaktor, że niezbyt uważnie czytała pani moją książkę. Wyraźnie tam opisałem, jaką rasą byli Saiyanie. I nie są to informacje wyssane z palca, ale poparte moimi wnikliwymi obserwacjami i doświadczeniami. Żyłem wśród tych istot, widziałem ich zwyczaje i podkreślam raz jeszcze: to zwierzęta. Walki plemion były tam na porządku dziennym. Mordowali się jak dzikusy, a potem zwycięskie plemię świętowało przy wielkim ognisku i działo się dosłownie wszystko. Parzyli się gdzie popadnie, a że nie było zbyt wielu kobiet i do tego najsilniejszy samiec nie dopuszczał nikogo do swoich partnerek, to akty sodomii były czymś całkowicie normalnym. Widziałem też przypadki kanibalizmu. To wszystko było odrażające i potworne. Najstraszniejsze jest to, że poprzez kontakt z innymi rasami Saiyanie uzyskali dostęp do technologii, a to bez wątpienia skończyłoby się bardzo nieprzyjemnie, gdyby nie ta katastrofa kosmiczna. Tak więc myślę, że mieliśmy sporo szczęścia.
Łyk piwa romulańskiego wystarczył, by Adlin nieco się rozluźniła. Otworzyła gazetę, bo właściwie sama nie wiedziała, czy lepiej słuchać, czy lepiej czytać. Wciąż było jej się ciężko skupić na czymkolwiek. Jedynie przeglądała strony i artykuły. Czasami tylko rzucała spojrzeniem na nagłówki, ale w zasadzie nie znalazła niczego, co mogłoby jej jakoś pomóc, albo ją zainteresować. Poza jedną, małą informacją: „Nowe miejsca pracy na Omis”. Przypadek?


Na ogromnym lotnisku panował gwar. Adlin podążała przed siebie wśród mieszanki języków i narodowości. Większość osób zdawała się być w pośpiechu, ale nie ona. Ona szła powoli, wpatrzona w podłogę. Jakby wciąż nie była przekonana, czy postępuje właściwie. Co miało ją czekać u kresu podróży? Czy było warto? Przez myśl jej nawet przeszło, czy nie zwrócić się do jakiegoś specjalisty, który pomógłby jej odzyskać pamięć. Ale nie zrobiła tego, bo się bała. Bała się prawdy, a jednocześnie jej pragnęła. Zastanawiała się też, czy nie wkracza w jakąś pułapkę. Może to nie ona wywołała u siebie amnezję, może ktoś kazał jej to zrobić. Kazał wypisać instrukcje na ręce. Ale po co? Po co zadawałby sobie tyle trudu? Nie, musiała zaufać instynktowi i zdrowemu rozsądkowi. Musiał istnieć powód, dla którego zrobiła to wszystko. Jeśli sama sobie dała wskazówki, to należało się ich trzymać. Inaczej nie miałyby żadnego sensu.
Dam radę – pomyślała i przyspieszyła kroku. Jeszcze trochę i będzie dobrze, czuła to. Do odlotu zostały aż dwie godziny, ale kolejka do odprawy była długa. Adlin pozostawało tylko stanąć, czekać i nie myśleć. Nie zadawać pytań, nie kwestionować, po prostu działać. Zamknęła więc oczy, wzięła głęboki wdech i wyobraziła sobie, jak cudownie będzie się stąd uwolnić. Może właśnie o to chodziło? O to, żeby się uwolnić. Spalić wszystkie mosty, zacząć od początku, nowe życie, nowa tożsamość. To miało sens, to naprawdę miało sens. Wciąż nie wiedziała przed czym tak naprawdę uciekała. Czy uciekała. Ale teraz to nie miało już znaczenia. Skoro chciała zapomnieć, może nie należało już do tego wracać.
- Uwaga, podróżni, informujemy, że wszystkie loty zostają wstrzymane do odwołania. Nie ma powodów do paniki. Za utrudnienia przepraszamy. Powtarzam, wszystkie loty zostają wstrzymane do odwołania.
Adlin nagle otworzyła oczy. Niosący się z głośników głos brutalnie przywrócił ją do rzeczywistości. Jak to odwołane? Tak po prostu? Co się dzieje?
Zaczęła czuć rosnący niepokój. Prawdopodobnie był to tylko przypadek, ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wstrzymanie lotów ma z nią jakiś związek. Rozejrzała się dookoła i zauważyła, że nerwowa sytuacja udzieliła się wszystkim. Niektórzy stali z niedowierzaniem, inni przeklinali, jeszcze inni zasypywali personel pytaniami i dawali upust swoim frustracjom. Zdarzali się też tacy, którym panika zaczynała się udzielać. Potęgowało to tylko chaos. Zwiększyła się też ilość mundurowych patrolujących lotnisko. Adlin czuła, jak przechodzą ją dreszcze. Na razie nikt się nią nie interesował, nikt na nią zwracał uwagi, ale ona dalej nie mogła oprzeć się wrażeniu, że cała sytuacja ma z nią jakiś związek. Przełknęła ślinę, zacisnęła dłonie na uchwytach plecaka i oddaliła się. Teraz chciała stać się niewidzialna i po prostu stąd wyjść, ale ciekawość była na tyle silna, że podeszła jeszcze do grupki osób nerwowo wymieniających się uwagami. Może oni coś wiedzieli.
- Przepraszam... - wydusiła z siebie, ledwo słyszalnie. - Co się stało?
- Podobno kogoś szukają. Kogoś z Antyfriezeriańskiego Frontu Ludowego, zdaje się... Nie wiem dokładnie... Że jakiś spiskowiec, czy coś... Chcą go dorwać zanim zwieje z planety. Podobno nie ma zagrożenia terrorystycznego, ale wiadomo to?
Informacje, nawet takie z mało wiarygodnego źródła, przestraszyły Adlin jeszcze bardziej. To o nią chodziło? Jej szukali? Jeśli była spiskowcem, który próbował uciec, po co wymazywała sobie pamięć? Przecież to tylko utrudniłoby sprawę, chyba że... wiedziała o czymś, co nie mogło...
Nie, nie, nie... - myślała. To wszystko była bzdura. Jedna wielka bzdura. Chyba... Ale czemu akurat teraz...
Musiała stąd wyjść. Szła przed siebie, powoli, nie mogła inaczej. Gdyby zaczęła biec, od razu zwróciłaby na siebie uwagę. Ale było dobrze. Dookoła panoszyło się mnóstwo ludzi, w tym chaosie na pewno ciężko było ją zauważyć. Jeszcze tylko trochę. Już blisko. Zostało jej tylko kilka kroków.
Wejście było wręcz obstawione policją i ochroną. Sprawdzano każdego, kto próbował wyjść, ale nie miała wyjścia. Musiała to zrobić. Z duszą na ramieniu ruszyła przed siebie i poczuła się, jakby czas spowolnił. Każda sekunda trwała niewyobrażalnie długo. Do tego Adlin nie słyszała już wszechobecnego gwaru, a jedynie bicie swojego serca. Łup, łup, łup – jak oszalałe. Próbowała za wszelką cenę się uspokoić. Nie mogli wyczuć jej strachu, nawet jeśli wcale jej nie szukali. Tylko sprowadziłaby na siebie kłopoty.
Byli uzbrojeni, mieli detektory i wszyscy lustrowali ją wzrokiem. Zaś ona dalej szła, mając wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Uśmiechnęła się lekko, licząc na to, że zatuszuje w ten sposób swój strach. Nie była pewna, czy się udało.
- Mogę zobaczyć jakiś dowód tożsamości? - spytał funkcjonariusz.
Podała mu paszport, z trudem powstrzymując drżenie dłoni. Obejrzał go, przeskanowało i choć wszystko trwało zaledwie minutę, dla niej minęła godzina.
- Dziękuję.
Oddał jej dokument i puścił. Tak po prostu. Adlin odeszła parę kroków i nie wiedziała, czy się śmiać, czy zemdleć.


Wciąż nie mogła się otrząsnąć po dzisiejszym. Zameldowała się w innym hotelu, usiadła na kanapie z podkurczonymi nogami i tkwiła w tej pozycji bardzo długo. Tym razem nie zdołała powstrzymać łez. Była wściekła i wystraszona. Nic nie wiedzieć, nic nie pamiętać i na dodatek nie móc się stąd wydostać. Co jeszcze miało ją spotkać? Czuła się osaczona, jakby wszystko nagle zaczęło obracać się przeciwko niej. Nic dziwnego, że nerwy jej puściły.
- Komputer... - wydukała, pociągając nosem. - Pokaż mi listy gończe poszukiwanych członków AFL.
Na ekranie zaczęły wyświetlać się zdjęcia, a Adlin oglądała je, czując, jak serce podchodzi jej do gardła. Czekała na moment, kiedy ujrzy swoją twarz, czekała w napięciu, ale ten moment nigdy nie nastał. Obejrzała wszystko po kilka razy i nie znalazła swojej podobizny. To jednak w niczym nie pomogło. Dalej czuła ból, rozgoryczenie i niepewność. Mogła przecież zmienić twarz. A nawet, nawet jeśli obrała zły trop, nie mogła żyć złudzeniami. Żaden człowiek nie porwałby się na tak desperacki krok bez wyraźnego powodu. Musiało wydarzyć się coś dużego, coś przed czym chciała za wszelką cenę uciec. Tylko co? Czy aby na pewno chciała wiedzieć?
Każda chwila normalności była na wagę złota. Pewnie dlatego Adlin postanowiła na jeden moment zapomnieć o wszystkim i najzwyczajniej w świecie się upić. Usiadła w barze, który wizualnie nie pasował do reszty miasta. Przypominał raczej skansen. Wszystko w drewnie, mnóstwo rupieci dookoła, ale to właśnie dodawało uroku temu miejscu. Było inne, pomagało się odprężyć, pomagało zapomnieć o bożym świecie, a piwo romulańskie to potęgowało. Sączyła je w samotności, nie dbając już o nic. Po prostu chciała nie myśleć. Przy stoliku obok trójka Klingonów grała w karty i zachowywała się dość głośno. Miała to jednak gdzieś, nawet, kiedy śpiewali rubaszne piosenki.

Siekiera, motyka, baba goła.
Frieza to jest pierdoła.
Siekiera, motyka bum cyk cyk.
Frieza to stary pryyyyyk.
Siekiera, motyka, smętna bajka.
U Friezy miękka fajka.
Siekiera, motyka, małpi bój.
Frieza to jest zbój!!!

- Chuj – mruknęła.
Nie sądziła nawet, że ją usłyszą. Właściwie sama nie wiedziała, czemu to powiedziała. Niby odruch, ale jednak nie do końca.
- Co? - spytał jeden z Klingonów.
- Chuj. W piosence było „chuj”, nie „zbój”.
Zdziwili się. Ona nie mniej. Znała tę piosenkę, choć chyba lepiej było się do tego nie przyznawać. Nie miała zielonego pojęcia, gdzie ją słyszała, ale na pewno ją znała.
- Rzeczywiście, chyba było „chuj” - zauważył inny Klingon. - A w ogóle co tak sama siedzisz? Chodź do nas, czwarta osoba do kart się przyda.
Co jej zależało? I tak nie miała nic lepszego do roboty, niż użalanie się nad sobą. Dosiadła się, choć czuła się w tym towarzystwie trochę nieswojo. Nie widziała, czy zawsze tak było, ale dla niej wszyscy Klingoni wyglądali tak samo. Ci nie stanowili wyjątku. Poza tym, że jeden z nich miał brodę. Dwaj pozostali byli niemalże identyczni.
- Jestem SenoJ – rzekł brodaty. - A to jest T'raH i T'maH, bliźniacy.
Przynajmniej jedno się wyjaśniło.
- Adlin – przedstawiła się.
- Umiesz grać w sap-kap?
Czy umiała? Nie wiedziała. Tak samo jak nie wiedziała o tym, że zna antyimperialistyczną pijacką przyśpiewkę. Za pewne czekało ją jeszcze wiele zaskoczeń. Kto wie, może potrafiła nawet pilotować statki kosmiczne, albo wyplatać wiklinowe kosze. To było w tym wszystkim najdziwniejsze. Prawdopodobnie pamiętała różne rzeczy, ale nie zdawała sobie z tego sprawy, póki nie naprowadził jej na to, jakiś odruch.
- Spróbujmy – rzekła.
To było naprawdę niesamowite uczucie odkryć nagle umiejętność, o której się nie wiedziało. Zupełnie, jakby różne wspomnienia tkwiły tam gdzieś poszatkowane i wymieszane. Niektóre głębiej, niektóre płycej. I do jakiegoś stopnia musiały być osiągalne. Choć zapewne znalazłyby się też takie, które powinny pozostać w ukryciu.
- Ma ktoś kartkę do zapisania wyników? - spytał T'raH.
- Zaraz... - Adlin uświadomiła sobie, że przez cały ten czas chodziła z ulotką w kieszeni. - Może być? - Podała ją mężczyźnie.
- Terapia gniewu? - Klingon zaczął się śmiać, po czym niespodziewanie ściszył głos. - Słyszałem plotkę, że to przykrywka AFL.
- Spiłeś się – warknął na niego brat.
Adlin uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Grali dalej, jak gdyby nigdy nic. Naprawdę przez chwilę poczuła się normalnie. Nie wiedziała, czy właśnie w taki sposób zwykła spędzać wolny czas, ale czuła, że znalazła się we właściwym miejscu. Klingoni znowu zaczęli śpiewać pijackie piosenki, a ona odruchowo przyłączyła się i znowu przyłapała się na tym, że jakimś cudem zna tekst. Biorąc pod uwagę fakt, jak ambitne były słowa, nie koniecznie uważała to za powód do radości. Skąd znała takie rzeczy? Nie wyglądała na amatorkę alkoholu i klozetowego humoru.

Leży kupa, leży duża - smród z niej się wynurza.
Od tej pory już śmierdziało,
Wszystkim kupę się zachciało.
Teraz na wsi wszyscy srają, liśćmi dupę podcierają.

Klingoni wybuchnęli śmiechem, po czym dało się słyszeć dźwięk stukających o siebie szklanek.
- Zdrowie! - krzyknął SenoJ.
- Zdrowie! - zawtórowali mu bracia.
- Haaraam! - przyłączyła się Adlin po raz pierwszy od „wypadku” czując namiastkę beztroski.
Popatrzyli na nią zmieszani.
- Po jakiemu to? - spytał T'maH.
Tym razem to kobieta wyglądała na zbitą z tropu. Otworzyła usta, jakby śpiesząc z wyjaśnieniami, ale zająknęła się, gdy zdała sobie sprawę, że nie potrafi udzielić rzetelnej odpowiedzi.
- Nie wiem... - wydukała.
Poczuła się idiotycznie. Miała nadzieję, że nie wzbudzi żadnych podejrzeń, ale chyba się przeliczyła. Samo jej się powiedziało. Nie wiedziała czemu. Po prostu. Ale oni nie mieli o niczym pojęcia, nie mogli mieć. Powiedzieć im prawdę? Pewnie by nawet nie uwierzyli. A kto wie, może ona wpakowałaby się w kłopoty? I tak już mogła je mieć. Zafrasowała się i zabrała ulotkę.
- Przepraszam... - mruknęła, odwróciła wzrok i wyszła.
Przychodzenie tu od samego początku było złym pomysłem.

--

Zmodyfikowane teksty piosenek pochodzą z tej strony http://www.gigante.pl/
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 24 paź 2013, 15:01

Ok, to jedziemy z tym koksem. Cały komentarz mógłbym podzielić na fragmenty, bo w zasadzie każdy akapit rozdziału budził trochę inne przemyślenia. Zacznę od początku. Sam początek niespecjalnie mi się spodobał, ale potem zaczęło się rozkręcać i tak zdecydowanie akcja na lotnisku okazała się najlepszą sceną; nerwówka, poczucie niebezpieczeństwa, niewiedza. Ogólnie na miejscu bohaterki chyba bym usiał i nie wiedział co mam ze sobą zrobić.
- Podobno kogoś szukają. Kogoś z Antyfriezeriańskiego Frontu Ludowego, zdaje się...
Fuck.
I dość humorystyczna końcówka.

Zamknęła na chwilę oczy i miała nadzieję, ze jak je otworzy, to wszystko wróci do normalności,
ż
Kalsedonia - druga od słońc, rasa dominująca: człowiekoidy. Metamorfis: trzecia od słoń, rasa dominująca: changellingi.
słońca?
Adlin otworzyła lodówkę i przejrzała zawartość. Dobrze, że w tym hotelu dbali o to, by klientowi niczego nie brakowało.
W odniesieniu do hotelu wolałbym użyć określenia gość niż klient
Wciąż nie mogła się otrząsnąć po dzisiejszym.
Niby nic, ale dodałbym "po dzisiejszym wydarzeniu"
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 26 paź 2013, 11:46

To "od słońc" było dobrze, bo wcześniej wspomniałam, że tam były dwa słońca.


Rozdział II

Adlin leżała na łóżku i przyglądała się wymiętej ulotce. Nie bardzo wierzyła w plotkę o przykrywce AFL, ale w głębi duszy chciała, aby była to prawda. Jeśli rzeczywiście miała jakieś powiązania z tym ruchem, może mogli jej pomóc? Chociaż podpowiedzieć, co powinna zrobić. Pragnęła tylko wskazówek, jakichś informacji o jej prawdziwym celu. Bo czym było życie bez celu? Nie miało sensu. Gdyby umieli naprowadzić ją na właściwy tor, to by jej wystarczyło. Nie musiałaby sobie przypominać. Nie wszystko.
Z ciekawości poszukała informacji o terapii gniewu w lokalnej sieci. Oczywiście, nawet jeśli powiązania z AFL istniały, nikt by tu o tym wprost nie napisał. Ale chciała chociaż zabić czas, albo po prostu zaspokoić swoją ciekawość. „Aloizo Mrek – zajrzy do twojego umysłu i pomoże odnaleźć ci wewnętrzny spokój” - przeczytała. Brzmiało to na tyle zabawnie, co ironicznie. Wewnętrzny spokój – niczego innego nie pragnęła tak bardzo, ale jej problemem nie był gniew tylko strach i zagubienie.
Nie sądziła, że naprawdę się na to zdecyduje, ale z samego rana tam poszła. Tonący brzytwy się chwyta, a ona była już gotowa przyjąć każdą pomoc. Nie wiedziała nawet czego się spodziewać, poszła tam z braku alternatywy. Miała nikomu nie ufać, ale żeby przetrwać, potrzebowała wsparcia. Być może podejmowała ryzyko, ale teraz już jej to nie obchodziło. Chciała wreszcie poczuć ulgę.
Miejsce wyglądało przytulnie, jak starodawny salonik. Podłogę pokrywał wzorzysty dywan, a drewniane półki zapełnione były książkami. Przedpotopowe biurko i krzesła tylko dodawały uroku całości. Na stoliku stała nawet lampa naftowa.
- W czym mogę pomóc?
Mężczyzna, który ją powitał miał długie białe włosy, cienkie i jedwabiste. Oczy przenikliwie niebieskie i bardzo bladą cerę. Trudno było ocenić jego wiek, choć na twarzy nie znać było zmarszczek. Sęk w tym, że jego spojrzenie przywodziło na myśl kogoś, kto swoje już przeżył. Trudno to było określić. Po prostu takie Adlin miała odczucia względem niego.
- Pan Mrek? - spytała niepewnie.
- Tak, to ja. Przyszła pani na terapię gniewu?
Uśmiechał się szeroko i sprawiał wrażenie miłego do przesady.
- Nie zupełnie... To... może zabrzmieć dziwnie – podjęła z wahaniem. - Ale... mój problem... - przełknęła ślinę. Czego właściwie się bała? - Nie pamiętam wielu rzeczy... Jak się nazywam, kim jestem...
- Moje zdolności telepatyczne są mocno ograniczone. Obawiam się, że nie mogę pomóc w czymś takim – odparł z troską Aloizo.
- Nie muszę pamiętać wszystkiego, po prostu... Może jest w tym jakiś sens? Chcę wiedzieć...
Mężczyzna westchnął ze współczuciem i wskazała krzesło.
- Usiądź, zobaczymy, co da się zrobić.
Nie wiedziała, czego się spodziewać, więc wciąż czuła niepokój. Zadrżała, kiedy Aloizo stanął za nią i objął dłońmi jej głowę, choć zrobił to bardzo delikatnie. Nic jednak się nie stało, nic nie poczuła, żadnej zmiany. Po prostu siedziała nieruchomo i czekała na jakieś rezultaty. Jakiekolwiek. Możliwe, że tak to właśnie działało. Nigdzie nie było powiedziane, że efekty są widoczne od razu.
- Dziwne – powiedział mężczyzna, gdy zdjął dłonie z jej głowy. - Masz skomplikowany umysł, ale coś musiało poczynić w nim spore spustoszenia. Być może jakiś środek chemiczny. Jest tam tyle blokad... Nie sądzę bym zdołał z ciebie cokolwiek wydobyć. Ale przeszukam kontakty. Może znajdę kogoś, kto dał by radę ci pomóc.
Mężczyzna przeprosił i na chwilę zostawił Adlin samą. Poczuła się trochę lepiej. Wciąż istniała szansa, że uda jej się znaleźć utracony cel. Nie widziała powodu, by nie ufać temu osobnikowi. Wszystko wskazywało na to, że jest bardzo uczynny wobec innych ludzi, że chce im pomagać. Właśnie kogoś takiego potrzebowała. Na jej twarz powrócił uśmiech. Z poczuciem ulgi zaczęła się przechadzać po pokoju i oglądać książki. Większość z nich była stara i zniszczona, choć znalazłyby się też nowe pozycje. Z zadowoleniem zauważyła, że kojarzy niektóre tytuły.
„Zagłada Saiyan – tragedia czy wybawienie” – mówił tytuł książki, którą wyciągnęła. Widziała już kiedyś tę okładkę. Trzymała w rękach tę książkę. Czytała ją. Była tego pewna. Nie umiała sobie w pełni przypomnieć treści, ale nie miała wątpliwości, że ją zna. Tak jak w przypadku gry w karty, czy piosenek, po prostu przypomniało jej się nagle. I tak, jak wcześniej, ucieszyła się, bo to pomagało jej pozbierać zgubione części siebie, niczym układankę. Przekartkowała książkę i zatrzymała się na żółtych stronach, okraszonych nagłówkiem „teksty źródłowe”. Zaczęła ją czytać. Szło jej to z zadziwiającą łatwością.
- Me teehro asaam, me k'aaho keenam – wypowiedziała. - Budząc strach, otrzymasz szacunek...
Popadła w tak głęboką zadumę, że nawet nie zauważyła, że Aloizo zdążył wrócić i praktycznie zaglądał jej przez ramię.
- Skąd znasz saiyańki? - spytał podejrzliwie.
Adlin podskoczyła. Nie sądziła, że ją słyszał. Spojrzała na niego zbita z tropu i zauważyła, że ten przygląda się jej tajemniczo.
- Nie wiem... Nie pamiętam... - wybełkotała.
Mężczyzna wciąż spoglądał na nią w ten sam niepokojący sposób, jakby próbował przejrzeć ją na wylot. Zniknął jego serdeczny wyraz twarzy. Adlin przestraszyła się i prawie przysunęła do ściany, odruchowo starając się zwiększyć odległość między nimi. On jednak zbliżył się do niej i powoli wyjął jej książkę z ręki, po czy, z tym samym spokojem odłożył ją na półkę. Kobieta wlepiła wzrok w jego jaskrawe oczy i nagle poczuła mocne uderzenie w głowę.


Co się stało? Czyżby... Uderzył ją czymś. Jakimś twardym narzędziem. Pamiętała. I wciąż czuła się tak, jakby miało jej rozsadzić czaszkę. Jęknęła. Dalej była otumaniona i z trudem poruszała kończynami, ale zmysły powoli powracały. Leżała na czymś. Było dość miękkie. I głosy. Wyraźnie słyszała głosy.
- To było zbyt pochopne. Znajomość saiyańskiego to jeszcze żaden dowód.
- Lepiej być ostrożnym. Poza tym te blokady w jej umyśle... Podejrzana sprawa. To może być wtyczka.
Ten drugi głos bez wątpienia należał do Aloizo. Co kombinował? Kim on był? Kim ona była? W tej chwili chciała tylko się podnieść. Ból nie ustępował, ale ciało zaczynało jej się słuchać. Podparła się łokciami i otworzyła oczy. Znajdowała się wciąż w tym samym salonie, tyle że na kanapie.
- I jak wyniki?
- Nie ma w sobie genów saiyańskich.
Spojrzała na mężczyzn. Aloizo rozmawiał z postawnym rudym młodzieńcem. Razem gapili się w jakieś urządzenie. Za żadne skarby nie wiedziała kim jest ten drugi osobnik, a już tym bardziej nie rozumiała, o co im chodzi. Dlaczego została tak potraktowana?
- Wszystko wskazuje na to, że jest w połowie Vulcanką, w połowie człowiekoidem... chociaż, co do tego ostatniego... Jest odchylenie od normy. To może być jakaś rasa jeszcze przez nas nie sklasyfikowana – rzekł Aloizo.
- Pół Vulcanką? Żartujesz... - Rudy wyglądał na mocno wstrząśniętego. - Muszę coś sprawdzić. Mogę się mylić, ale jeśli nie, to... Kurwa...
Akurat kiedy Adlin zdołała się podnieść, mężczyźni chwycili ją pod ramiona i wywlekli z pokoju.
- Co z nią na razie zrobimy? - spytał Aloizo.
- Na razie do skrytki.
- Myślisz, że to wystarczy?
- Powinno, póki nic nie pamięta.
Próbowała się wyszarpać, ale wciąż była oszołomiona po ostatnim ciosie w głowę. Nie miała pojęcia co się dzieje i dokąd ją ciągnął. Strach zaczynał robić swoje. Zawlekli ją do niewielkiej sypialni i początkowo myślała, że po prostu chcą ją w niej zamknąć. Ale horror dopiero się zaczynał. Aloizo odsunął dywan i podniósł klapę w podłodze, prowadzącą do czegoś w rodzaju schowka. Nie wiedziała czemu, ale na ten widok wpadła w istną panikę.
- Nie... Nie zamknięcie mnie tam! - wrzasnęła i bez wątpienia wyszarpałaby się rudemu, gdyby jego kompan nie pomógł mu ją przytrzymać.
Zaczęli ją ciągnąć w kierunku skrytki, co wcale nie okazało się proste, bo w przypływie paniki kobieta odnalazła w sobie spore pokłady energii. Ogarnęła ją wręcz histeria. Szarpała się, wierzgała i wrzeszczała na całe gardło.
- Nie to, nie to... Nie, nie... błagam... tylko nie tam!!!
Na nic się zdały jej protesty. W końcu wrzucili ją do środka, jak worek kartofli i zamknęli wieko. W środku było tak ciasno, że z trudem dało się tam usiąść, a przez szczeliny dochodziło niewiele światła. Przez chwilę Adlin leżała nieruchomo, jakby kompletnie sparaliżowana strachem. Jej serce waliło jak oszalałe, a ciało drżało w konwulsjach. Atak histerii powrócił.
- Wypuśćcie mnie!!! Wypuśćcie mnie!!! - zaczęła krzyczeć i tłuc z całych sił w wieko.
Wrzeszczała i uderzała tak długo, aż zabrakło jej tchu. Ponownie legła na plecy i załkała. Dalej nie mogła opanować drżenia, była tak roztrzęsiona, tak przerażona i rozhisteryzowana, jakby nagle znalazła się krok od śmierci. Oddychała płytko i nierówno, a jej tętno nabrało zawrotnego tempa. To był najbardziej skrajny atak paniki, jaki mogła sobie wyobrazić. I nie chodziło o klaustrofobię. Nie, to było coś znacznie większego. Coś niczym pierwotny, nieopisany, niewyobrażalny strach, który tak głęboko wbił się w jej jestestwo, że przebijał się przez wszystkie możliwe blokady.
Spokojnie... oddychaj... spokojnie... to nic... przecież to nic... opanuj się... spokojnie... - powtarzała w głowie, jak mantrę, by wziąć się w garść, ale strach okazał się zbyt silny.
- Otwórzcie!!!
Zaczęła znowu wrzeszczeć i walić z całych sił w klapę, tym razem stopami. Nie przestawała. Uderzała i uderzała, bez ustanku, raz po raz, aż wpadła w istny szał. Klapa wgięła się, a zawiasy zaczęły puszczać. Adlin kopała dalej, będąc w istnym amoku. Nie mogła ustąpić, nie mogła. I nie sądziła, że się uda, ale w końcu się uwolniła.
Wygramoliła się na zewnątrz, czując, że dalej nie przestaje się trząść. Wzięła głęboki wdech, jeden, drugi, trzeci. Starała się opanować rozdarte na strzępy nerwy, oddychać powoli, uspokoić się. Drżenie rąk zaczynało ustępować, amok powoli mijał.
Do sypialni wpadł Aloizo, najwyraźniej zaniepokojony hałasem. Spojrzał na Adlin z zaskoczeniem i niepokojem, następnie zmarszczył brwi. Jego pięści zacisnęły się i zaczął iść w jej kierunku. Kobieta ze strachem przycisnęła się do ściany.
- Wiesz coś... o mnie? - wydukała drżącym głosem.
- Tak – szepnął mężczyzna tonem, który przyprawiał o dreszcze.
- Proszę... powiedz... - Czy aby na pewno? Czy na pewno tego chciała? Teraz już chyba nie było odwrotu. - Kim jestem?
- Potworem.
Zamachnął się na nią, ale tym razem, jakimś cudem udało jej się zrobić unik. Nie chciała się bić, nawet nie wiedziała, czy potrafi, więc po prostu uchylała się za każdym razem, gdy Aloizo próbował ją uderzyć. Nie miała czasu zastanawiać się, czemu idzie jej tak sprawnie, teraz zawładnął nią instynkt samozachowawczy. Kiedy do tej pierwotnej części jej jestestwa dotarło, że sama ucieczka na nic się nie zda, po kolejnym uniku sama zaatakowała i wymierzyła napastnikowi prawy sierpowy. Zachwiał się, ale tylko na sekundę. Próbował powalić ją kopniakiem, ale ona chwyciła go za nogę i podcięła drugą. Aloizo tylko poszedł jej śladem i znajdując się w parterze, również próbował uderzyć ją w łydki. Podskoczyła, odbiła się dłońmi od podłogi i zrobiła salto do tyłu, lądując w bezpiecznej odległości. Przy łóżku stało pudło pełne rupieci. Aloizo pochwycił wystający z niego łańcuch i jednym zamachem obwinął go wokół jej łydki. Pociągnął. Kobieta upadła. Przysunął ją bliżej i uniósł pięść. Adlin przeturlała się. Zamiast ją uderzyć, zrobił dziurę w podłodze. Kopnęła go tak mocno, że wbił się w półki, zrzucając z nich przy okazji wszystko. Kobieta zdjęła łańcuch, ale on zdążył go pochwycić. Wstała. Chciała uciec. Naprawdę nie miała ochoty na walkę, ale on zaczął ją obchodzić ją dookoła, nie dając jej możliwości na wycofanie się. Kopnął srebrny świecznik, który przed chwilą wylądował na podłodze z całą resztą. Przedmiot ze świstem poleciał w jej stronę, ale go odbiła. I o to chodziło. To był wybieg, by zyskać na czasie. Aloizo znalazł się za nią i zacisnął łańcuch wokół jej szyi. Odruchowo próbowała zerwać go ze swojego gardła, ale nie była w stanie. Czuła, jak miażdży jej krtań i zatrzymuje dopływ powietrza. Szamotała się. Zmobilizowała resztki sił i z całym impetem przycisnęła napastnika do ściany. Nagłymi zrywami ciała uderzał nim tak kilka razy. Nie puszczał. W końcu przełamała instynkt i zaczęła myśleć. Przestała ciągnąć za łańcuch, tylko z całej siły wbiła łokieć w brzuch oponenta. Nie spodziewała się aż takich efektów. Puścił ją, upadł i zwinął się z bólu. Z przerażeniem obserwowała, jak Aloizo z trudem podpiera się dłonią i próbuje wstać, obficie plując krwią. Przez chwilę nie wiedziała, co robić. Stała i gapiła się na niego. Ostatnim desperackim zrywem chwycił leżące na podłodze spore nożyce i rzucił w jej kierunku. Złapała je między dwa palce i równie szybko cisnęła je w niego. Z taką siłą, że wbiły mu się przez oko w mózg, na tyle głęboko by zabić. Ciąłem targnęło kilka ostatnich drgawek, po czym zastygło martwe na podłodze. Adlin zrobiło się niedobrze. Wcale nie chciała go zabijać, to był odruch. Nie mogła uwierzyć, że to zrobiła, ale wszystko na to wskazywało. Stała tu żywa, a on leżał martwy. Powoli obeszła ciało dookoła, jakby mając nadzieję, że to jednak nie jest prawda, że ma zwidy. Ale nie, to rzeczywiście się stało. Zamordowała go. Gołymi rękami. Sama. Wszystko działo się tak szybko. Nie była do końca pewna, jakim cudem jej się udało.
Drzwi otworzyły się w z trzaskiem. Stał w nich rudy młodzieniec. Najpierw spojrzał na ciało, potem na Adlin. Ich spojrzenia spotkały się. Kobieta nawet się nie zastanawiała. Wyskoczyła przez okno bez uprzedniego otwierania go. Po prostu rzuciła się na szybę, nie przejmując się potłuczonym szkłem. Zaczęła biec. Chciała tylko znaleźć się jak najdalej stąd. Gonił ją, więc przyspieszyła. Na szczęście znajdowali się na uboczu i ulice były puste. Przed sobą miała mur. Odbiła się od ściany budynku i wylądowała na nim zwinnie. Gnała wzdłuż, aż dotarła do kolejnej kamienicy. Wskoczyła przez otwarte okno do środka, przebiegła przez czyjeś mieszkanie i wypadła na zewnątrz, po drugiej stronie. Chwyciła się barierki i zeskoczyła z wyższej części schodów na niższą, a potem na ziemię. Biegła dalej. Po raz kolejny odbiła się od ściany, przeskoczyła przez ogrodzenie i znalazła jakąś opuszczoną ruderę. Miała nadzieję, że go zgubiła.


W środku panowała nieprzyjazna pustka. Nikt tu od dawna nie mieszkał. Przez powybijane okna wpadał zimny wiatr, unosząc z betonowej podłogi kłęby kurzu. Gdzie nie gdzie leżały fragmenty odkruszonego tynku i połamane deski. Przypominało to trochę miejsce niedokończonej budowy, przez które przeszła nawałnica. Adlin jednak nie dbała teraz o brak walorów estetycznych. Chciała przede wszystkim się ukryć. Przycisnęła się do ściany, tuż przy drzwiach, i nasłuchiwała. Napastnik mógł widzieć, gdzie się schowała, bo przez większą część pościgu miała go na ogonie. Tkwiła w pełnym skupieniu i mobilizacji za pewne dość krótko, ale jej się wydawało, że minęły godziny, nim usłyszała kroki. Przełknęła ślinę i zacisnęła pięści. Schyliła się szybko i sięgnęła po kawałek deski. Uniosła go do góry. Stała tak, dalej przyciśnięta do ściany, gotowa wymierzyć cios swą prowizoryczną bronią. Stała i drżała. Serce jej waliło. Czuła się, jak wtedy, jak na lotnisku. Drzwi zaskrzypiały. Zamachnęła się. Otworzyły się na oścież. Rzuciła się na napastnika. Nie sądziła, że tak wiele może wydarzyć się w ułamku sekundy. Jedną ręką chwycił ją za nadgarstek, drugą za szyję i przycisnął do ściany. I wtedy zdała sobie sprawę, że nie jest to ten sam człowiek, który ją gonił. To jednak bynajmniej nie przyniosło jej ulgi. Wpatrywała się w nią para czarnych oczu, z których jedno przysłaniał detektor. Mężczyzna był od niej nieco niższy, ale i tak wzbudzał w niej jeszcze większy strach, niż wszystko to, co wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny. Sama nie wiedziała dlaczego. Nawet go nie znała. Tak przynajmniej sądziła.
- Mogę wiedzieć, co tu się wyprawia? - warknął.
Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Wypuściła deskę z dłoni i na moment wstrzymała oddech. Chciała coś powiedzieć, naprawdę chciała, ale za każdym razem, gdy próbowała, z jej gardła nie wychodziło ani piśnięcie. Zrobiła parę gwałtownych wdechów, ponownie otworzyła usta i po sekundzie zdołała wykrzesać z siebie jakieś dźwięki.
- Ktoś ty? - wydukała urywanym głosem.
Nie sądziła, że wyraz jego twarzy aż tak się zmieni, ale wszystko wskazywało na to, że kompletnie zbiła go z tropu. Rozszerzył oczy i otworzył usta, jakby zgłupiał do reszty. Wydawało się wręcz, że teraz to on nie jest w stanie nic powiedzieć. Przez chwilę gapił się na nią w osłupieniu i najwyraźniej zachodził w głowę, co się dzieje równie mocno, co ona. Jednak coś przerwało im ten wspólny trans.
- Wyłaź, suko! Wiem, że tam jesteś! Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, a czego nie! Mamy rachunki do wyrównania!
Bez wątpienia był to głos rudego. Adlin zamarła, choć nie sądziła, że jeszcze cokolwiek może ją zaskoczyć. Przełknęła ślinę i ponownie usłyszała kroki, tym razem szybsze. Niedomknięte wcześniej drzwi teraz praktycznie wyleciały z zawiasów. Kobieta spojrzała z trwogą na napastnika, ale widziała go tylko przez ułamek sekundy. Drugi mężczyzna puścił ją na moment i wystrzelił z dłoni potężny strumień energii, pozostawiając po rudym tylko zgliszcza. Adlin otworzyła usta, ale wydobyło się z nich jedynie ciche jęknięcie. Słowa znowu uwięzły jej w gardle. Osunęłaby się na podłogę, gdyby nie to, że mężczyzna wciąż ją przytrzymywał.
- Spytam jeszcze raz... Mogę wiedzieć, co tu się, kurwa, wyprawia? - Tym razem wyraźnie wyartykułował każde słowo, jakby upewniając się, czy aby na pewno zostaną zrozumiane.
Po wielkich trudach Adlin odzyskała zdolność mowy.
- Nie wiem... Nic nie wiem... Nic nie pamiętam... Przysięgam – wydyszała.
Puścił ją i rzeczywiście osunęła się na podłogę. Dopiero teraz zaczęła zwracać uwagę na szczegóły. Wiele nie pamiętała, ale jako takie pojęcie o wszechświecie pozostało. Sporo rzeczy coś jej mówiło, coś przypominało. Zauważyła, że osobnik nosi mundur armii lorda Friezy, tyle zdołała skojarzyć. I czy to przypadkiem nie był ogon obwinięty wokół jego pasa? Nie ważne. Teraz to naprawdę się nie liczyło. Miała dużo większe zmartwienia. Po co tu przybył? Po nią? Żeby ją zabić? Aresztować? Czyżby... Z przerażeniem rozszerzyła oczy, gdy zdała sobie sprawę, że to rzeczywiście ona mogła być tą poszukiwaną.
- Powiedz, co pamiętasz – rzekł mężczyzna. Tym razem spokojniej, ale oschle.
Coś podpowiadało jej, że lepiej nie kłamać.
- Urwisko... Ocknęłam się na urwisku nad miastem. Znaczy się... nie do końca ocknęłam. Miałam strzykawkę, dwie fiolki... Tak jakbym sobie coś... I nic nie pamiętałam. Nawet imienia. I miałam coś napisane na ręce. Że mam lecieć do Omis, nikomu nie ufać – powiedziała wszystko jednym tchem. - A... Miałam przy sobie to.
Drżącą ręką wyjęła paszport z wewnętrznej części kurtki. Nie sądziła, by wylegitymowanie się miało w czymkolwiek pomóc. Właściwie mógł to być gwóźdź do trumny, ale i tak czuła, że jest już martwa. To koniec. Definitywny koniec. I może lepiej? Miała już dość. Pogodziła się z myślą o śmierci. A póki co chciała się przynajmniej czegoś o sobie dowiedzieć.
Mężczyzna spojrzał na paszport zmieszanym wzrokiem. Wpatrywał się weń przez chwilę, jakby próbując pozbierać fakty i poukładać je w logiczną całość. W końcu prychnął z politowaniem.
- Adlin Nollan, co? - Pogardliwie rzucił dokumentem w jej stronę. - Próbowałaś zdezerterować?
Przez chwilę kobieta nie miała zielonego pojęcia, o czym on w ogóle mówi. Gapiła się na niego zmieszana.
- Nie rozumiem... Ja już naprawdę nie...
- Nie masz na imię Adlin, tylko Ti Pring – mruknął. - Pracujesz dla Friezy, tak jak ja. Mogę zrozumieć dezercję, ale kasacja pamięci? Poważnie?
Wciąż nie docierało do niej, co mówi. Jak to dla Friezy? Jak to dezercja? Dlaczego wcześniej chcieli ją zabić? O co w tym wszystkim chodziło?
- Ale przecież... W jaki sposób... - mamrotała, nie wiedząc nawet do końca, co chce powiedzieć.
- Parę dni temu otrzymaliśmy wiadomość, że twoja kapsuła spaliła się w atmosferze Kalsedoni. Frieza to olał. Wybierał się na jakieś ważne spotkanie i miał to w dupie, przynajmniej tymczasowo. Niby wypadek, ale gdyby kapsuła była uszkodzona, to chyba wysłałabyś jakiś sygnał. Nie mówiąc o ewakuacji. Chciałem to sprawdzić, więc użyłem detektora, żeby cię odszukać. Dziwne, dopiero teraz twój poziom energii zaczął wracać do normy i to powoli. To pewnie przez te chemikalia, co wypłukały ci mózg.
Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że teraz jego słowa zaczynały nabierać sensu. Ale wciąż nie chciała w to wszystko wierzyć. Nie chciała wierzyć, bo jeśli mówił prawdę... Na wszystkie skarby tego wszechświata, mówił prawdę. Bo po co miałby kłamać?
- Zostanę stracona? - wybełkotała, wciąż nie potrafiąc pogodzić się z tym, co przed chwilą usłyszała.
- Niekoniecznie. Jeśli powiesz, że walnęłaś się w łeb przy ewakuacji i straciłaś pamięć, to może ci uwierzą. Tylko musisz jakoś doprowadzić włosy do poprzedniego stanu, bo inaczej wyczują, że coś jest nie tak. No i lepiej się spieszyć, bo jak się połapią i kogoś tu wyślą, to razem będziemy w dupie. - Nacisnął coś na detektorze i odwrócił się do niej plecami. - Potrzebne mi informacje, gdzie w Redrein na Kalsedoni można znaleźć kogoś, kto przywraca wspomnienia. Tak, w tej chwili. I nie zadawaj pytań.
Adlin nawet go nie słuchała. Popadła w zadumę. Próbowała wszystko sobie poukładać i im więcej o tym myślała, tym większy ciężar ją przytłaczał. Rozumiała już, czemu tak bardzo chciała się uwolnić. Chyba. Nic nie pamiętała, a jednak dalej pragnęła uciec. I wciąż miała tyle pytań, tak wiele niewiadomych, tak wiele nie rozumiała.
- Jesteśmy przyjaciółmi, czy coś? - wydukała niepewnie.
Nie wiedziała, czy aby na pewno chciała usłyszeć odpowiedź. Zresztą i tak jej nie otrzymała. Mężczyzna chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę drzwi.
- Dokąd idziemy? - spytała z przestrachem.
- Przywrócić ci pamięć.
Zaparła się nogami ze wszystkich sił.
- Ale ja nie chcę.
Zatrzymał się i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Słucham?
Sam dźwięk jego głosu przyprawił ją o ciarki, nie mówiąc już o spojrzeniu. Jednak postanowiła powiedzieć prawdę.
- Chyba wiem, czemu wtedy wymazałam sobie pamięć... - wydusiła z siebie. - Ja... Jeśli to wszystko prawda... Tamten człowiek nazwał mnie potworem. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale... Chyba... Chyba już wiem. - Głos jej się załamał, a usta drżały. - Tamta osoba... Nie chcę nią być... Nie chciałam nią być... Tak mi się wydaje.
Mężczyzna zmarszczył brwi i popatrzył na nią groźnie.
- Posłuchaj... - wysyczał. - Nadstawiam za ciebie karku, więc lepiej nic już nie mów.
Ponownie ją chwycił i dalej ciągnął za sobą.
- Dlaczego po prostu nie pozwolisz mi odejść? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi – zaprotestowała Adlin.
- Nigdy nie powiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi.
- To czemu po mnie przyleciałeś?
Znowu się zatrzymał, spojrzał na nią wilkiem i uniósł zaciśniętą pięść. Wyglądał na wściekłego.
- Bo nie lubię, jak robi się mnie w chuja. Możesz się wypinać na Friezę ile wlezie, ale na mnie się nie wypniesz. Mieliśmy umowę.
- Jaką umowę?
Nie miała po co pytać, ani po co protestować. Nic, co by powiedziała, czy co by zrobiła, nie mogło już zmienić jej położenia. Przegrała.


Czuła się tak, jakby nieustannie wpadała z deszczu pod rynnę. Strach stał się niemalże jej stałym towarzyszem. Ogarnął ją, kiedy znalazła się na urwisku z wymazaną pamięcią. Ogarnął ją na lotnisku. Ogarnął ją, gdy zamknięto ją w schowku. Ogarnął ją, gdy próbowali ją zabić. Ogarnął ją, gdy poznała prawdę. A teraz ogarniał ją na widok napełnianej strzykawki przez starca w pobrudzonym kitlu. Nie sądziła, by to, co właśnie miał jej uczynić, było legalne. Ale teraz jej głos się nie liczył. Przestała protestować, bo mijało się to z celem. Liczyła tylko na to, że jakoś przeżyje.
- Doświadczysz zaraz czegoś, co w języku naukowym nazywamy tripem – oznajmił starzec. - Może być to trochę nieprzyjemne. Natłok wspomnień będzie ogromny. Mówi się, że w obliczu śmierci całe życie staje przed oczami. To będzie coś w tym stylu. Możesz nawet przypomnieć sobie rzeczy, które kiedyś były zbyt odległe i zamazane, by je pamiętać. Nie wszystkie wspomnienia powrócą od razu. Mogą być poszatkowane i pourywane, ale z czasem twój umysł powinien się unormować.
Czy cokolwiek jeszcze mogło się unormować? Na samą myśl miała ochotę gorzko się zaśmiać. Poczuła ukłucie. A potem wszystko się zamazało i poczerniało.


Kap, kap, kap. Kapała woda. Kap, kap, kap. Co za miłe uczucie. Kap, kap, kap. Prosto na jej czoło. Przyjemna, zimna woda.
- Ti Pring! Chodź tu, kochanie!
Wołała ją mama. Miała takie śliczne włosy. Długie, jasne i jedwabiste. Ale Ti Pring nie chciała iść. Jeszcze nie. Woda była taka mokra i cudowna. Dookoła pustynia, a tutaj kap, kap, kap. Ti Pring była za mała, by wiedzieć, że stoi tam, gdzie kiedyś płynęła rzeka. A spadające na nią krople, to pozostałość niegdysiejszego wodospadu. Ale nie musiała wiedzieć. Było przyjemnie. Kap, kap, kap.

Dzieciństwo – co za wspaniały okres.

- Wyglądasz jak mały aniołek.
Nie znała tej kobiety, ale jej twarz wyglądała tak przyjaźnie. Zaś jej czarne oczy lśniły jak onyksy. Ti Pring wpatrywała się w nie przez chwilę, po czym kobieta podała jej owoc. Był okrągły, ciemnofioletowy i bardzo gładki.
- Spróbuj, to smaczne – rzekła kobieta z uśmiechem.
Spróbowała i rzeczywiście było smaczne. Słodkie. Niebywale słodkie.
- Powiedz „dziękuję”, Ti Pring. - Matka położyła jej dłoń na ramieniu.
- Dziękuję.
- Nie rozumiem. Co to znaczy? – zmieszała się kobieta.

Słodkie dzieciństwo.

Lubiła bawić się pod biurkiem. To była tak cudowna kryjówka. A do tego farbki, mnóstwo farbek, mnóstwo kolorów. Maczała w nich dłonie i odciskała na czym popadnie. Zostawały ładne kształty, takie fajne, kolorowe kształty, jak jej mała rączka. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć – liczyła. Raz, dwa trzy, cztery, pięć – pięć palców. O tak, lubiła kolorować i lubiła się chować. Nikt nie wiedział, że tu jest. Rodzice rozmawiali, a ona się bawiła. I nic nie wiedzieli. Nic, a nic. Umiała ładnie mówić, była mądrą dziewczynką. Ale oni wypowiadali trudne słowa, nie zawsze wiedziała o co chodzi, jednak ich słyszała. Słyszała głośno i wyraźnie, choć nie miała pojęcia, o czym rozmawiają. Czy to w ogóle było ważne?
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś, Sybok. To odrażające. Nie sądziłam, że jesteś do tego zdolny.
- Przecież to normalne?
- Normalne? Sprzedajesz naszą córkę barbarzyńcom i mówisz, że to normalne?
- Nie sprzedaję, tylko wydaję za mąż. I to dopiero za piętnaście lat. Oswoi się z tym.
- Prędzej sobie głowę dam uciąć, niż na to pozwolę.
- Czy ty nie rozumiesz, jakie to ważne? Wszystko odzyskamy. Pomogą nam w tym.
- Są inne drogi...
- Nie wierzę już w dyplomację.
- To trzeba było się ze mną nie żenić, skoro władza jest dla ciebie taka ważna. Dalej byłbyś królem.
- Przestań... Zobaczysz, że ten sojusz się opłaci.
- Nie będę bratać się z barbarzyńcami, którzy nawet nie mają słowa „dziękuję”.
- To się nazywa polityka. Nie rozumiesz?
- Nie rozumiem... Nic już nie rozumiem... Kiedyś cieszyłam się, że nie obrałeś drogi logiki, jak reszta. Ale teraz mam wrażenie, że nie różnisz się niczym od Romulan.
Ti Pring nie chcący rozlała farbę, odruchowo podskoczyła i uderzyła się w głowę. Tyle by było z chowania się. Rodzice będą wściekli. Byli wściekli.
- Coś ty narobiła?!

Dzieciństwo nie zawsze jest cudowne.

Farby czy kredki... Nie ważne, byle było kolorowo. Teraz woleli dawać jej kredki, bo nie robiła z nimi takiego bałaganu. Rodzice dziwnie się ostatnio zachowywali, ale ona i tak rysowała dalej.
- Nie mogę w to uwierzyć. Było tak blisko.
- Widocznie los tak chciał, Sybok. Opatrzność nad nami czuwa.
- Przez tą twoją opatrzność straciliśmy jedynych sojuszników.
- Żal mi tych wszystkich istnień, ale... może tak jest lepiej. Może wreszcie zaczniesz doceniać to, co masz.
Rysowała i rysowała, ale tata zabrał jej kredki.
- Ti Pring, kochanie... Nikt ci już w życiu nie pomoże. Musisz zacząć uczyć się radzić sobie sama.
- Sybok, ona ma dopiero trzy lata. Nie mów tak do niej.

Dzieciństwo jest za krótkie

- Tato, musimy tyle trenować?
- Nie jęcz, Ti Pring, masz już osiem lat.
- Ale czemu to robimy?
- Bo jeśli mam odzyskać władzę, będzie mi potrzebna każda pomoc.
- To takie ważne?
- Tak. Kiedyś zrozumiesz.

Kiedy minęły te wszystkie lata?

Już rozumiała. Tak sądziła, że rozumiała. Inaczej, by jej tu nie było. Nie zastanawiałaby się, czy podpisać ten papier. Zadała sobie wiele trudu, by tu dotrzeć, a teraz się wahała. Jakby wciąż nie była do końca przekonana, czy warto. Co to znaczyło „na czas nieokreślony”. Chyba nie dożywotnio?
- Co to znaczy „na czas nieokreślony”? - spytała.
- To znaczy na czas nieokreślony.
Nie sądziła, że lord Frieza będzie miał taki delikatny głos. Taki spokojny i grzeczny. Kiedy go słyszała, niemalże znikały jej wątpliwości.
- I jeśli to podpiszę...
- Zostanie królem.
Podpisała.

Szczenięca głupota.

Dlaczego się bała? Przecież sama tego chciała. Chciała i zrobiła. A teraz znowu wątpliwości. Bez sensu. Musiało być dobrze, przecież stała się taka silna, przecież ze wszystkim sobie radziła, zawsze. Ale coś przerażało ją w tym miejscu. Dopiero pierwszy dzień, jeszcze nawet nie dostała munduru, a już zaczynała żałować swojej decyzji, jakby przeczuwała nadchodzące kłopoty. Miała wrażenie, że coś się szykuje. Stało ich tam chyba z dziesięciu i wpatrywali się w nią w taki sposób, jakby mieli ją pożreć. Jakiś paskudny, fioletowy obcy chwycił ją za ramiona i szybko zdała sobie sprawę, że jest od niej silniejszy. Szarpała się i wierzgała, co tylko wzbudziło śmiech u pozostałych.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - krzyknęła.
- Otrzęsiny! Otrzęsiny! - Wszyscy zaczęli skandować, jak jeden mąż.
Ti Pring pobladła ze strachu i obrzydzenia, gdy poczuła na sobie ich wielkie, brudne łapska. Nigdy nikt nie dotykał jej w taki sposób, a teraz rzucili się na nią wszyscy. Podawali ją sobie, jak szmacianą lalkę, obmacując i nie szczędząc przykrych komentarzy. Śmiali się i wygadywali plugastwa pod jej adresem. Ktoś klepnął ją w tyłek tak mocno, że aż łzy stanęły jej w oczach. Ktoś inny wsunął jej rękę w spodnie. Wiła się i krzyczała, ale pomoc nie nadchodziła. To nie działo się naprawdę. To był koszmar. Tak nie mogło się stać. Nie mogło.
- Chodź tu, rybko, chodź, kochanie, bo inaczej będzie lanie – zaśpiewał beztrosko jakiś różowowłosy osiłek i chwycił za jej spodnie, bez wątpienia chcąc je z niej zedrzeć.
Przerwał mu donośny, damski głos.
- Wystarczy, Bunać!
Ti Pring spojrzała na swoją wybawicielkę. Była nią wysoka kobieta o niebieskiej skórze, starsza od niej. Nie wyglądała groźnie, ale, o dziwo, osiłek jej posłuchał i puścił ubranie dziewczyny.
- Wy to samo. Koniec otrzęsin – oznajmiła nieznajoma.
- Bo co? - warknął żołnierz, który od samego początku przytrzymywał Ti Pring.
- Bo może się okazać, że zamiast leków na ból głowy, dostaniesz proszki na sranie.
Podziałało. Padło parę przekleństw i pomruków, ale w końcu zostawili ją w spokoju.
- Chodź, pokażę ci kwaterę. Będziemy mieszkać razem.
Ti Pring wciąż była w takim szoku, że dalej siedziałaby na podłodze i trzęsła się, jak osika, gdyby kobieta nie chwyciła ją za rękę i nie pociągnęła za sobą. Przez chwilę wszystko zdawało się snem, koszmarem, czymś nierzeczywistym. Ale gdy znalazły się na miejscu, a Ti Pring usiadła na pryczy, wszystko to, co wydarzyło się przed chwilą, zwaliło się na nią niczym sterta kamieni. Żaden sen, żaden koszmar, żadna nierzeczywistość. Naprawdę tu siedziała, naprawdę tego doświadczała i wciąż czuła się obolała. Tak właśnie ją powitano, nic się jej nie ubzdurało.
Myślała, że jest twarda, ale nie wytrzymała i pociągnęła nosem. Łzy poleciały same, nie umiała ich powstrzymać. Dobrze, że chociaż trafiła na jedną życzliwą osobę.
Trzas! Kobieta wymierzyła jej policzek. Ti Pring spojrzała na nią w szoku i z niedowierzaniem.
- Jeśli będziesz się zachowywać, jak mała, strachliwa pinda, to tylko pogorszysz sprawę – oznajmiła oschle kobieta.
To jak niby miała się zachowywać? Była przerażona i najwyraźniej to, co czuła, nikogo tu nie obchodziło. Została sama, tak straszliwie sama.
- Przepraszam. - Kobieta zreflektowała się i westchnęła. Jej twarz złagodniała. - Czasami zapominam, jak to jest na początku. Anola. Jestem tu medykiem – przedstawiła się.
- Ti Pring... - wydusiła z siebie dziewczyna.
- Ile masz lat?
- Siedemnaście.
Anola chwyciła butelkę wody, podała swej nowej koleżance i usiadła przy niej. Ti Pring napiła się.
- Młodziutka buzia, włosy jak złoto, jędrne ciało... To tak jak wejść w stado wilków w owczej skórze – skomentowała Anola.
- Jest aż tak źle? - wydukała dziewczyna, ocierając oczy.
- A czego się spodziewałaś? Są tu prawie sami mężczyźni i raczej żaden z nich nie jest dżentelmenem. Od nadmiaru testosteronu prawie im bańki uszami wychodzą. Zaspokoić kutasa, zaspokoić żołądek i ewentualnie obić komuś mordę – to takie tutejsze, niepisane motto.
- Ale... ciebie posłuchali... Jak ci się udało... No wiesz...
- Kojarzysz profesora Nitrama?
- Tego od książki o Saiyanach?
- Zgadza się. To przyjaciel lorda Friezy. Jesteśmy... cóż... w zażyłości, można powiedzieć.
- Przecież to paskudny staruch.
- Ale wpływowy. Boją się ruszyć to, co jego. Doszłam do wniosku, że lepszy jeden śmierdzący kutas, niż dwadzieścia śmierdzących kutasów.
To jednak zdawało się snem. Przez całe swoje życie Ti Pring była niczym grzeczna, no, względnie grzeczna, ułożona dziewczynka. Miała skrzywione, fałszywe, wyidealizowane wyobrażenie wszechświata. Nie było w nim miejsca na tę całą wulgarność, zepsucie, zgniliznę, które zaczynała poznawać. Ale czas niewinności dobiegł końca. Nie istnieli już ludzie prawi, nie istniały zasady. Pozostało tylko prawo dżungli.
- Co mam zrobić, żeby tego nie robili. Błagam... co mam zrobić? - spytała z desperacją i zwątpieniem.
- Być silna. Brzmi jak pusty frazes, ale niestety tu nie ma łatwych rozwiązań. Albo zaskarbisz sobie szacunek, albo będą wycierać tobą podłogi. Niestety nie jestem w stanie cię non stop chronić, więc musisz nauczyć się radzić sobie sama. Witaj na pokładzie.
I to była jedyna rada, jaką otrzymała.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 03 gru 2013, 16:36

Po nieobecności zabieram się za następny part. Bardzo podobała mi się dynamika - ten fragment po wizycie Aloizo - dobrze rozpisana sytuacja, szczegółowo, ale szybko. Też chciałbym potrafić opisywać dynamiczne sytuacje w taki sposób. Jestem ciekaw jak dalej rozwinie się cała historia - wspomnienia niby coś tam zdradzają, ale nadal pozostaje jakaś pustka.

Kod: Zaznacz cały

Mężczyzna westchnął ze współczuciem i wskazała krzesło.
wskazał
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 03 gru 2013, 18:31

Dzięki. Dobrze jest mieć choć jednego wiernego czytelnika, który ma coś konstruktywnego do powiedzenia :-D A widziałeś mojego fanarta Ti Pring, którego nie dawno wrzuciłam na forum?
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 532
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 03 gru 2013, 18:57

<Idzie zobaczyć> Zobaczył.
Całkiem fajnie wyszła. Akurat dzisiaj wyobrażałem sobie, jakby wyglądała okładka do "Tipringów" i nawet pokrywa się z moimi wyobrażeniami, co mimo wszystko zdarza się bardzo rzadko.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 03 gru 2013, 19:12

Kminiłam kiedyś, jak by do tego mogła okładka wyglądać, ale chyba trochę za trudne przedsięwzięcie dla mnie. Ale jeśli ktoś się pokusi, to proszę bardzo, można spróbować.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2525
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 04 gru 2013, 19:16

No to dalej. Wierzę jednak, że ktoś poza Skorpionem to czyta. Tym razem pojawiają się jakieś elementy humorystyczne.


Rozdział III

Samotność jest straszna.

Podążała wąskim korytarzem za oficerem Zarbonem. Kazał jej wziąć środki czyszczące i wiadro. Nie wyjaśnił po co, ale zrozumiała już, że jako najniższa w hierarchii zacznie od najgorszych robót. To było poniżające, ale musiała jakoś przetrzymać. Jeszcze im pokaże. Jeszcze pokaże, na co ją stać. Musiała być dzielna, zacisnąć zęby i jakoś przez to przebrnąć.
Zarbon sprawiał miłe wrażenie, ale różnych rzeczy się o nim nasłuchała. Nie dała się zwieść jego zniewalającej urodzie i wolała uważać na każdym kroku. Przekonała się już, że tutaj nikt z nikim się nie patyczkował. Mogło wydarzyć się dosłownie wszystko, a za najmniejsze przewinienia słono się płaciło.
- Zawsze każemy nowym kadetom sprzątać izolatkę. To powinno oduczyć ich głupich pomysłów – oznajmił Zarbon, gdy doszli do końca korytarza.
Otworzył okrągłe drzwi, grube niczym właz do bunkra. Pierwsze, co uderzyło Ti Pring to smród fekaliów. Zdziwiła się jednak, bo pomieszczenie zdawało się czyste i całkowicie puste, nie licząc kranu i odpływu. Skąd wydobywał się ten potworny zapach?
- Nie cierpię, kiedy mnie przydziela do tej roboty – mruknął oficer i zasłonił twarz peleryną.
- To jest ta izolatka? - spytała zdziwiona Ti Pring. Jak ma miejsce kary była dość przestronna.
- Nie, to jest izolatka.
Zarbon wskazał na podłogę i wtedy dziewczyna zauważyła coś, na co wcześniej w ogóle nie zwróciła uwagi. Tam również znajdował się właz. Widziała uchwyt i długie szczeliny. Czyżby stąd wydobywał się ten smród? Jak duże było to pomieszczenie? Czy ktoś się tam teraz znajdował? Wreszcie do niej dotarło. Zarbon miał rację. Wizyta w takim miejscu naprawdę mogła wybić z głowy głupie pomysły, a przecież Ti Pring stała tu dopiero minutę. Odruchowo zacisnęła dłonie na uchwycie wiadra. Nie wiedziała do końca dlaczego, ale czuła wzrastający niepokój.
- Łap.
Oficer rzucił jej sporych rozmiarów klucz. Upuściła wiadro i go złapała, po czym spojrzała na przełożonego pytającym wzrokiem. Ten po raz kolejny wskazał właz w podłodze i jasnym się stało, czego od niej chce. Zawahała się. Popatrzyła na klucz i zaczęła bawić się nim w dłoniach, jakby próbując zebrać się w sobie. Zarbon spoglądał na nią zniecierpliwiony, a że nie chciała narobić sobie problemów, w końcu się przemogła. Wzięła głęboki wdech i powoli zbliżyła się do włazu. Gdy przykucnęła, poczuła, że smród zrobił się jeszcze większy, co bez wątpienia oznaczało, że wydobywał się z dołu. Zacisnęła powieki i złapała się za usta.
- Tylko nie rzygaj – powiedział oschle Zarbon.
Z trudem powstrzymała wzbierające nudności i wsunęła klucz do zamka. Przekręciła go raz, drugi, coś zaskoczyło. Niepewnie chwyciła za uchwyt i jeszcze bardziej niepewnie pociągnęła do siebie. Właz się otworzył, a kiedy to nastąpiło, uderzyła ją tak potworna fala odoru moczu, odchodów i Bóg wie, czego jeszcze, że momentalnie się odsunęła i ukryła twarz w dłoniach.
- Rany, czy ja wszystko muszę robić sam? - warknął oficer i kopnął wiadro w jej stronę. - Nalej wody.
Uczyniła to bezzwłocznie i w miarę możliwości starała się nie oddychać przez nos. Naprawdę miała tu posprzątać? Bała się tam nawet zajrzeć. Taka czynność sama w sobie powinna być stosowana jako kara. W tej chwili Ti Pring dałaby wszystko, żeby znaleźć się gdzie indziej. Nawet na najstraszniejszym treningu.
- No i jak tam, książę? Miło po tygodniowym urlopie? - spytał Zarbon z przekąsem, zaglądając do dziury.
Tydzień? Ktoś tkwił tam przez tydzień? Nie wytrzymałaby nawet godziny. Nie mogła w to uwierzyć. To było niemożliwe. Co trzeba uczynić, by zasłużyć sobie na taką torturę? Nie chciała tu dłużej być, to miejsce ją przerażało. Teraz nie miała już wątpliwości, że od izolatki wolałaby wszystko. Może nawet otrzęsiny.
Po chwili Zarbon wywlókł za włosy sponiewierane nagie ciało. Widok był odrzucający i ktoś bez wątpienia pokiereszował tego nieszczęśnika, nim wylądował w izolatce. Gdy Ti Pring przyjrzała mu się dokładniej, zdała sobie sprawę, że musi być w podobnym wieku, co ona, może odrobinę starszy. Postury był niewielkiej, ale sądząc po jego atletycznej sylwetce, siły mu nie brakowało. Nie licząc chwili obecnej. Teraz nie był nawet w stanie się podnieść.
- Cuchniesz jak wychodek – skomentował Zarbon, chwycił wiadro i wylał zawartość na leżącego.
Młodzieniec zakaszlał i z trudem oparł się na przedramionach. Jego ogon uniósł się i owinął wokół pasa, jakby w odruchu. Ogon? Ti Pring nie sądziła, że żyją jeszcze jacyś Saiyanie. Przez chwilę obserwowała młodzieńca z zaintrygowaniem, póki na nią nie spojrzał. Natychmiast odwróciła wzrok i zrobiło jej się wstyd, że ogląda kogoś w takim stanie, niczym ciekawostkę zoologiczną. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co on musiał czuć.
- Możesz chodzić? Nie bardzo? A taki z ciebie chojrak, Vegeta – zadrwił oficer.
Chwycił młodzieńca za włosy i wywlókł go na korytarz, jak zdechłe zwierzę. Ti Pring odebrało mowę.

Cierpienie nie uszlachetnia.

Była tu tak krótko, a czuła się, jakby minęła wieczność. Wszystko to, co kiedyś zdawało się niegodne, teraz stało się jej codziennością. Słyszała to, czego nie powinna, mówiła to, czego nie powinna, robiła to, czego nie powinna. I jakimś cudem udało jej się zachować resztki godności i swoją prawie królewską, do niczego nie potrzebną cnotę. Nie zmieniało to jednak faktu, że z eleganckiej panny stała się praktycznie nikim i to na własne życzenie. I wciąż łudziła się, że to poświęcenie było cokolwiek warte.
Dojrzała go, gdy sprzątała szatnię. Albo jej nie zauważył, albo naprawdę miał ją gdzieś... a może po prostu czuł wstyd i zażenowanie? Mało prawdopodobne. Przebierał się bez skrępowania. Teraz ona udawała, że nic nie widzi. Na krótko, bo w pewnym momencie oparła brodę o czubek kija od miotły i pokiwała się parę razy, próbując zadać pytanie, które chodziło jej po głowie od samego początku.
- Za co wsadzili cię do izolatki? - spytała.
Ten wzrok mógł zabijać. Od razu pożałowała, że odezwała się słowem. Ubrał zbroję, zrobił kilka kroków w jej stronę, a wyraz jego twarzy wskazywał, że trafiła w wyjątkowo czuły punkt.
- Powiedziałem: „Lordzie Frieza, jest pan odrażającym jaszczurem, a pana matka to dziwka” - odezwał się, ze spokojem, którego się nie spodziewała.
Wyartykułował to w taki sposób, jakby wciąż delektował się każdym słowem. Nawet uśmiechnął się bezczelnie. Nie wierzyła, że naprawdę mógł coś takiego powiedzieć i przeżyć.
- Mój ojciec znał twojego ojca – wypaliła nagle.
Zdawała sobie sprawę, jak dziwnie to musiało zabrzmieć w tej sytuacji. Zastanawiała się, czy w ogóle poruszać ten temat, ale obecnie bardzo jej zależało, by wejść w czyjeś łaski. Nie sądziła, by osamotniona mogła tu długo przetrwać. Nie z wszystkimi dookoła próbującymi ją zgwałcić albo poniżyć.
- Kim był? - spytał Saiyanin, choć jego zainteresowanie tematem wydawało się średnie.
- Mój tata? Był kiedyś królem Vulcana, ale ożenił się z Ziemianką i... to się nie spodobało... Długa historia. Zaciągnęłam się, bo dzięki temu lord Frieza sprawi, że tata odzyska władzę – wytłumaczyła z nadzieją, że to cokolwiek da.
- To jesteś równie głupia, co on – usłyszała tylko w odpowiedzi.
Vegeta zamknął swoją szafkę i zaczął zmierzać do wyjścia, ale Ti Pring nie zamierzała tak łatwo się poddać.
- Słuchaj... - krzyknęła. - Dano mi to do zrozumienia dość wyraźnie. Kapuję, jak to działa. Nie chcesz, żeby zamiatali tobą podłogi, to albo bądź silny, albo znajdź sobie silnych kumpli. A ja nie zamierzam być niczyim popychadłem.
Przystanął i spojrzał na nią z rozbawieniem.
- I co, oczekujesz, że ktoś cię zapisze do „paczki”? Nie ma żadnej paczki, nie ma zapisów, nie ma taryfy ulgowej dla bab. Wbij sobie to do tępego łba.
- Jestem dość silna – odgryzła się, licząc na to, że chociaż to będzie dobrym argumentem.
- To nie potrzebujesz kumpli.
I tak koło się zamknęło, a Ti Pring poczuła, że właśnie zrobiła z siebie idiotkę.

To żałosne.

Kiedyś myślała, że treningi z ojcem były ciężkie, ale teraz zmieniło się jej postrzeganie wszystkiego. Gdy trener jednym ruchem złamał jej rękę w kilku miejscach, nie wierzyła, że taki ból może istnieć. Z dnia nadzień przekraczała kolejne granice. Wytrzymałości, wstydu, cierpienia. Czy ten proces miał się kiedykolwiek zakończyć? Właśnie po to musiała stać się silniejsza, by go zatrzymać.

Ból nie jest najgorszy.

- Ti Pring, co się tak zawieszasz?
Anola wyrwała ją z letargu podczas obiadu w kantynie. Dziewczyna powróciła do rzeczywistości i zauważyła wpatrującą się w nią z troską twarz koleżanki. Dla Ti Pring takie momenty w obłokach były jedyną formą ucieczki. Spojrzała na swe ledwo tknięte jedzenie. Chyba jako jedyna osoba tutaj pamiętała jeszcze o manierach przy stole. Inni po prostu się napychali. Nawet Anola, osoba światła, oblizywała palce z lubością. Najgorsi byli Saiyanie. Ich żołądki zdawały się nie mieć dna. Przez chwilę Ti Pring obserwowała ich z niesmakiem.
- Nasz mały rezerwat z ginącym gatunkiem – skomentowała Anola. - Kurduplowaty to saiyański książę, samiec alfa. Straszny z niego chuj, ale jak mu dasz, to reszta zostawi cię w spokoju – powiedziała to tak lekko, jakby rozmawiała o pieczeniu ciastek.
Ti Pring nie wierzyła własnym uszom. To była armia czy zoo?
- Nikomu nic nie dam – warknęła z oburzeniem.
- Nie bój, prędzej czy później ktoś sam sobie weźmie.
Dlaczego Anola musiała być taka okrutna? Ti Pring zdążyła ją na tyle poznać, by wiedzieć, że w gruncie rzeczy była inteligentną i opiekuńczą osobą. Ale czasami mówiła rzeczy, które po prostu bolały i zdawała się to wręcz robić bezwiednie, jakby to było coś naturalnego.
- Jesteś na mnie wściekła? - spytała ze spokojem medyczka i wypiła duszkiem szklankę kompotu. - Ja cię tylko próbuję oswoić z nową rzeczywistością. Pora dorosnąć. Nie będę pierniczyć bzdur „będzie wszystko dobrze”, bo mogłabyś się potem bardzo rozczarować.
A Ti Pring myślała, że już dorosła.

Sama da sobie radę.

- Chodź tu, rybko, chodź, kochanie...
- Zostaw!
Kopnęła go raz, drugi, ale Bunać nie odpuszczał. Czasami zastanawiała się, jak zdesperowani musieli być ci mężczyźni, którzy nie potrafili myśleć o niczym innym. Chyba tylko szczęście i niesamowita wola przetrwania pomagały się jej od nich opędzić. Ale nie było to łatwe, oj, nie było. Ugryzła go w rękę, którą próbował przytrzymać ją w jednym miejscu. Próbowała uciec, ale złapał ją za włosy.
- Wystarczy tej zabawy, koniec przerwy! - wrzasnął trener.
Ten jeden jedyny raz Ti Pring miała ochotę go uściskać.

A może nie da sobie rady?

Siedziała na zewnątrz. Było tu tak pusto, ciemno i zimno. Przenikliwie zimno, ale i tak tkwiła tu bez ruchu i wpatrywała się w dal, mimo że widziała tam tylko czerń.
- Ale się ciebie naszukałam. Właź do środka, bo zamarzniesz – usłyszała głos Anoli.
Ti Pring nawet nie drgnęła. Dalej siedziała, jak zahipnotyzowana. W końcu medyczka kucnęła przed nią, chwyciła ją za ręce i spojrzała jej prosto w oczy.
- Co jest grane? - spytała.
- Wysyłają mnie na pierwszą misję. Będę w grupie uderzeniowej... - wydukała dziewczyna.
- No i?
- Nie wiem, czy będę w stanie... - Słowa uwięzły Ti Pring w gardle.
- Powiedz mi, gdy podpisywałaś papier, czego się spodziewałaś? Że będziesz podawać lordowi herbatkę?
- Nie... Po prostu... Nie sądziłam... Nie wzięłam pod uwagę, że...
- Mam cię zdzielić w twarz?
Jak zwykle Anola miała brutalne lecz skuteczne metody przywracania jej do porządku. Ti Pring chciała zapłakać, ale przypomniało jej się, że miała nie okazywać słabość. Nie sądziła tylko, że to będzie tak trudne. Nie została stworzona do takiego życia, choć kiedyś myślała, że może wszystko.
- Powiedz mi, jesteś istotą rozumną, czy zwierzęciem? - spytała medyczka.
- Tym pierwszym.
- Nie. Jesteś jednym i drugim, tak jak my wszyscy. Sęk w tym, że większość z nas woli o sobie myśleć, jak o tym pierwszym, więc robimy wszystko, by to drugie zepchnąć, zamknąć i wykorzenić. Ale tak się nie da. To drugie zawsze tam jest i czeka sobie w ukryciu. A ty właśnie teraz potrzebujesz tego drugiego. Musisz wypuścić je z ukrycia i pozwolić, żeby przejęło kontrolę. Wtedy ze wszystkim sobie poradzisz. Dlatego rób swoje i nie myśl o tym, co dobre, a co złe, co właściwe, a co niewłaściwe. Jak masz rozkaz zabić wszystkich na swojej drodze, to zabijasz wszystkich na swojej drodze i nie myślisz o tym. Bo jak będziesz za dużo myśleć, to zwariujesz.
Ti Pring za żadne skarby nie chciała zwariować.

To drugie.

Nie wiedziała, z czego miejscowi pędzili ten trunek i czego do niego dodawali. Posmak miał ziołowy, wchodził jak złoto i uderzał niczym meteoryt. Wypiła już ponad pół butelki i czuła się tak cudownie. To wszystko, co się dziś wydarzyło... nie ważne. Wydarzyło się i tyle. Było dobrze, nie przejmowała się już niczym. Jej mózg automatycznie przełączył się na inny tryb i już nie myślała tyle. Piła dalej i słuchała głupich przyśpiewek dzikiej hordy.

Płonie kościółek w lesie
Wiatr krzyk palonych niesie

Rzeczywiście, paliło się. To wszystko rzucone na środek tak wspaniale podsycało płomienie, takie piękne, ogromne płomienie, które zdawały się sięgać po sam nieboskłon. Czuła to przyjemne ciepło bijące od ognia. Mogła siedzieć przed nim w samej bieliźnie i nie zmarznąć mimo zimnego powiewu od jeziora. Kolejny łyk i ta błogość. Brak wstydu i lęku, i oporów, i poczucia winy... Może to ten trunek. Jeszcze jeden łyk.
Gdzieś tam za drzewami majaczyły zgliszcza, ale przy ogniu czuła się przyjemnie. Było w tym coś pierwotnego, jak odwieczny zew. „To drugie”.
- Od teraz będziesz mnie chronić? - spytała.
- A będziesz mi lojalna?
- Mogę się nawet nauczyć saiyańskiego, jeśli cię to uszczęśliwi, książę.
Kolejny łyk i świat zawirował.

Dorosła. Naprawdę.

Znowu trzymała miotłę. Ti Pring miała nadzieję, że już do tego nie wróci, ale okazało się, że przed nią znacznie dłuższa droga, niż sądziła. Gdyby tylko była silniejsza... Starała się tak bardzo, a poprzeczka zdawała się ciągle podnosić.
Bunać przeszedł obok niej i zlustrował ją od stóp do głów. Miała tego dosyć. Odwróciła się, ale on tam stał i się gapił.
- Co? - mruknęła w końcu z irytacją.
Nie podobało jej się jego spojrzenie.
- Jesteś zakłamaną, małą kurwą – powiedział.
Chciała mu przywalić, ale wolała nie robić sobie problemów. Opanowała emocje i nie dała się sprowokować. Liczyła na to, że wojak odpuści, ale on podszedł jeszcze bliżej.
- A zgrywałaś taką cnotkę... Prawie dałem się nabrać – wycedził. - Powiedz mi... Jakie to uczucie nadstawiać kuper małpie, kiedy wszyscy patrzą?
Niewiele brakowało i by wygrał, ale nie. Nie dała mu tej satysfakcji. Pod żadnym pozorem nie mogła pokazać zażenowania, bo właśnie o to mu chodziło. Zwróciła się do niego twarzą, oblizała wargi i uśmiechnęła się bezczelnie.
- Cudowne. Powinieneś spróbować. Nappa twierdzi, że jesteś w jego typie.
Odwróciła się i sprzątała dalej, wyobrażając sobie, jaka wściekłość musi właśnie wzbierać w Bunaciu.
- Dziwka.
Złamała miotłę i wbiła mu kij w udo. Trysnęła krew.

Łatwo wpakować się w kłopoty.

Próbowała się wyszarpać, ale nie było odwrotu. Wrzucili ją do izolatki i zamknęli właz.
- Miłego tygodnia – usłyszała.
Tak ciemno, tak ciasno, tak potwornie. Została sam na sam z własną paniką.

Czas zwalnia i przyspiesza

Lord Frieza wyglądał niepozornie i majestatycznie zarazem. Jego rogi lśniły w blasku żarzących się lamp. Stał zwrócony przodem do wielkiego okna, które zajmowało całą ścianę jego prywatnego biura i wpatrywał się w posępne oblicze Metamorfis. Ti Pring rzadko miała okazję rozmawiać z nim osobiście i zastanawiała się, czy tę wizytę zawdzięcza jakiemuś wyjątkowemu wydarzeniu.
- Jak długo już tu pani służy? - spytał ze spokojem.
- Trzy lata, sir.
- No właśnie, trzy lata. Równe trzy lata.
W końcu zwrócił się twarzą do niej. Rozbudził w niej trochę nadziei. Może chciał ją wreszcie zwolnić ze służby?
- Jest pani zadowolona z pracy dla mnie?
Co niby miała mu odpowiedzieć? Przecież nie mogła sprawić mu zawodu. Wiedziała, kim był.
- Tak, sir – odparła bez zastanowienia, wciąż stojąc na baczność.
- To dobrze, bo liczę na długą i owocną współpracę.
Nie dała po sobie poznać, co czuła. Przynajmniej dotrzymał swojej części umowy. Tylko co ona z tego miała?
- Spocznij. Winka?
Nie śmiałaby mu odmówić w czymkolwiek. Widziała, co się działo z tymi, którzy próbowali. Ale nie sądziła, by mogła w jego obecności cokolwiek przełknąć. Trzymała więc tylko kieliszek. Lord Frieza był dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze, ale to nie znaczy, że stał się mniej przerażający.
- Nie ukrywam, że dostrzegam w pani potencjał, ale na nieco innej płaszczyźnie, niż u pozostałych. Nie wykazuje się pani nadzwyczajną siłą, ale posiada pani imponującą wolę przetrwania. Do tego posiada pani coś, czego brakuje większości moich żołnierzy: błyskotliwy umysł. Zdecydowałem, że wyślę panią z grupą uderzeniową na planetę Rudawka. Mam na nią kupca od lat, ale trzebienie miejscowej ludności idzie wyjątkowo opornie. Myślę jednak, że pani intelekt i wola przetrwania mogą znacznie zwiększyć szanse oddziału. Jeśli pani dobrze się spisze, jestem gotów panią awansować. I, nie ukrywam, wiązałoby się to z nieco ambitniejszymi zleceniami, niż tylko czystki etniczne. Pani umiejętności mogłyby się okazać cenne dla naszego wywiadu.
- A jak się nie uda?
- Jeśli rzeczywiście ma pani tak silną wolę przetrwania, to musi się udać.
Nie była pewna, czy powinna uznać to za pocieszenie.

Tyle się dzieje.

Lord Frieza chyba miał rację z tą wolą przetrwania. Ti Pring nie była najsilniejsza, a jednak tylko jej udało się przeżyć. Mieszkańcy Rudawki okazali się wyjątkowo twardzi i cudem eksterminacja zakończyła się sukcesem, nie licząc garstki, której udało się uciec z planety. Niestety Ti Pring została sama na placu boju i to w tak opłakanym stanie, że zaczynała wątpić, czy jeszcze uda jej się wrócić. Ale póki miała siłę się poruszać, nie poddawała się. Jej uszkodzony detektor wskazywał drogę do kapsuły, ale pokonanie jej, to już była inna kwestia. Gdyby jeszcze miała pilota... Rany, głód, pragnienie i wycieńczenie wyssały z niej prawie całą energię. O wzbiciu się w powietrze nie mogła nawet marzyć, ledwo jej starczało sił, żeby iść. Przystawała co kilka minut i za każdym razem, gdy myślała, że to już koniec, jakimś desperackim zrywem udawało jej się zmusić swe ciało do kontynuowania marszu. Złamana ręka w prowizorycznym temblaku bolała okrutnie, ale to akurat był dobry znak. Znaczyło, że jeszcze nie zgniła, ani się nie rozpadła, choć Ti Pring wolała jej nie oglądać.
Otaczało ją szare pustkowie ze wszystkich stron. Ani wody, ani roślin, ani zwierząt, niczego. Ti Pring zaczynała coraz bardziej wątpić, czy da radę. Zastanawiała się nawet, czy śmierć nie byłaby wybawieniem, zakończeniem męki. Ale nie, nie mogła umrzeć, szła dalej. Znalazła jakąś niewielką kałużę i wypiła całą jej zawartość, nie dbając o czystość wody. To dało jej odrobinę siły, by przyspieszyć. Nie było już daleko, ale płaski teren zamienił się w postrzępiony i skalisty, utrudniając wędrówkę. Ti Pring przysiadła w jakieś szczelinie, kiedy nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
Usłyszała jakiś szelest, spojrzała w prawo i zobaczyła pełznącą w jej kierunku istotę. Przypominała niewielkiego węża, ale z mnóstwem maleńkich, patyczkowatych odnóży. Rzuciła się na nią, a Ti Pring ostatkiem sił pochwyciła ją zdrową ręką i zmiażdżyła w dłoni. Bez zastanowienia wbiła zęby w wijący się jeszcze korpus i posiliła się surowym mięsem i krwią. Potrzebowała energii. Teraz mogła iść dalej.

Smak zwycięstwa.

Właśnie kończyła pierwsze piwo. Nie romulańskie, tylko kalsedońskie, więc nie było tak mocne, ale to dobrze. Zamierzała ich dziś wypić jeszcze dużo. W końcu rzadko miała okazję coś świętować. A ten jeden jedyny raz, to właśnie ona była na ustach wszystkich. Bohater, jedyna ocalała, nic dziwnego, że to na nią spłynęły wszystkie zasługi i zaszczyty. Choć na razie jeszcze nie każdy okazywał jej należyty szacunek.
- Obciągnęłaś jaszczurowi, że dał ci awans?
Bez mrugnięcia okiem rozbiła butelkę na głowie bezczelnego żołnierza. Nie wdawała się już w bezproduktywne wymiany zdań. Trzy lata w „stadzie” wystarczyły, by wyzbyć się zbędnych skrupułów. Szkoda tylko, że nie udało jej się wyzbyć też sumienia. Potrafiła spychać je daleko na bok, ale zawsze gdzieś tam się czaiło i raz na jakiś czas dawało o sobie znać. A wtedy cierpiała bardziej, niż przez tydzień w izolatce.
Potrzebowała piwa. Wzięła więc kolejną butelkę i podeszła do swych saiyańskich towarzyszy, grających w rzutki z kości polarnej żyrafy.
- Haaraam! - wzniosła toast
Nie owijała w bawełnę.
- Chcę to usłyszeć – zwróciła się bezpośrednio do księcia.
- Hmm?
- „Gratuluję”.
- Nie usłyszysz tego nawet za milion lat. Pewnie ma ból dupy, że baba jest z nim teraz równa rangą – wtrącił się gadzi, fioletowy kosmita o imieniu Kivi.
- W niczym nie jesteśmy równi – warknął Vegeta.
- Masz rację, jesteś niższy.
Ostra jak brzytwa kość polarnej żyrafy poleciała w kierunku fioletowego, który miał na szczęście wystarczają refleksu, by zrobić unik, przez co zniszczeniu uległo tylko kilka butelek. Ti Pring zareagowała, nim doszło do poważniejszej bójki.
- Dość! Jak rozwalicie lokal, to gdzie będziemy pić piwo?
Niekiedy łapała się na tym, że w jej głosie było coś takiego, co pozwalało spacyfikować najoporniejszych. Tylko czasami. Ale zawsze coś. Na szczęście teraz jej się udało. Do tego pod przewodnictwem Bunacia żołnierze zaczęli śpiewać antyimperialistyczną piosenkę, co pomogło rozładować atmosferę. Zabawne że większość własnych ludzi darzyła Friezę głęboką nienawiścią. Sęk w tym, że nikt nie śmiał przeciwstawić się istocie, która potrafiła zabić jednym ruchem palca. Ale tutaj mogli na chwilę poczuć się wolni.

Siekiera, motyka, baba goła.
Frieza to jest pierdoła.
Siekiera, motyka bum cyk cyk.
Frieza to stary pryyyyyk.
Siekiera, motyka, smętna bajka.
U Friezy miękka fajka.
Siekiera, motyka, małpi bój.
Frieza to jest chuj!!!

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i wszyscy zamarli. Do środka weszło pięciu wojowników. I to nie pierwszych lepszych. Ti Pring w swoim życiu widziała ich jak na razie tylko raz i obecnie ledwo wierzyła własnym oczom. To był oddział specjalny Ginyu w pełnym składzie. Żołnierze tego kalibru rzadko zadawali się z plebsem, więc nie spodziewała się, że ich tu zobaczy. Mrugnęła dwa razy, ale dalej ich tam widziała. To naprawdę byli oni.
- Kto tu śpiewa „Frieza to chuj”? - warknął kapitan Ginyu.
Kilka palców wskazało na Bunacia. W ułamku sekundy kula energii trafiła zaskoczonego wojaka, po którym został jedynie pył. Ti Pring prawie upuściła butelkę.
- Można bawić się dalej, tylko bez antyimperialistycznych haseł – oznajmił przywódca elitarnej grupy. - Co dziś oblewamy?
- A... awans... - ktoś jęknął i wskazał na Ti Pring.
- Świetnie. Wypijemy zdrowie dzielnej dziewoi. Barman, skocz po butelkę wódki marki Coldy i to migiem.
- T... tak jest.
Członkowie Ginyu Force zaczęli się rozsiadać przy największym stole, przegoniwszy siedzących tam ludzi samym spojrzeniem. Tylko Recoome stał dalej i najwyraźniej nie spodobał mu się fakt, że wzrok Raditz skupił się na jego wielkim pryszczu, który wyrósł mu na nosie.
- Szukasz wpierdolu, małpko?
Podszedł do długowłosego Saiyanina, który najwyraźniej się zreflektował, bo próbował coś powiedzieć. Nie zdążył jednak tego uczynić, bo Recoome rozkwasił mu nos i przy okazji wbił Raditza w ścianę siłą swego uderzenia.
- Nie rób wiochy i siadaj na dupsku! - Ginyu spacyfikował niesfornego podwładnego.
Wyjął karty i zaczął je tasować zaś Ti Pring porwała serwetkę z baru i doskoczyła do rannego Raditza. Próbowała zatamować krew cieknącą mu z nosa, ale on wyraźnie protestował.
- Nie dotykaj tego słabeusza – usłyszała rozkazujący głos saiyańskiego księcia.
Zignorowała go i kontynuowała niesienie pierwszej pomocy. Jednak Raditz chwycił ją za nadgarstek, powstrzymując ją przed dalszymi działaniami. Popatrzył na nią wymownie, jakby chciał dać do zrozumienia, że tak będzie lepiej dla nich wszystkich. Westchnęła. Trzy lata, a ona dalej ich nie rozumiała.
- Dobra, kto polewa? - rozległ się donośny głos Ginyu.
- Ja mogę, ale dzisiaj nie piję, bo mam jutro randkę i nie chcę, żeby waliło ode mnie na kilometr – wyjaśnił Jeice.
- Ja też nie mogę. Koliduje z lekarstwem na pryszcze – dodał Recoome.
- A ja, to sami wiecie. Brak tolerancji na alkohol – rzucił Guldo.
- No to co, będę sam z Burterem pił? - zaprotestował Ginyu. - Tak nie może być. Zaraz tu kogoś znajdziemy. Ty! Twoja impreza, to chodź. - Wskazał palcem na Ti Pring.
Dziewczyna pobladła.
- Ja? To nie do końca moja...
Burter podszedł do niej, chwycił ją za fraki, jakby była szmacianą lalką i podniósł ją bez trudu. Następnie posadził skostniałą ze strachu dziewczynę na wolnym miejscu obok Recoome'a.
- Tego też. - Ginyu wskazał na Kiviego, którego wkrótce spotkał podobny los, co Ti Pring. - I tego. - Tym razem padło na Vegetę, a że za pewne nie chciał być noszony przez wielkiego gada, sam grzecznie, choć z naburmuszoną miną, usiadł obok Ti Pring. - Ten też się nada. - Ostatnią ofiarą okazał się Nappa. - No, to teraz możemy pić. Jeice, polewaj.
Wszyscy przymusowi ochotnicy siedzieli jak na szpilkach, nikt nawet nie śmiał drgnąć. To działo się zdecydowanie za szybko. Każdy dostał po kielichu, po czym Ginyu jako pierwszy uniósł swój.
- No to do dna, fajfusy.
Kapitanowi się nie odmawia. Musieli wypić. Ti Pring stwierdziła, że im szybciej to zrobi, tym lepiej, więc wychyliła zawartość kieliszka za jednym razem. Nigdy nie próbowała paliwa rakietowego, ale przypuszczała, że musiało smakować podobnie. Czuła się tak, jakby jej wypaliło dziurę w żołądku. Zakaszlała, a w oczach stanęły jej łzy. Ta reakcja nie była odosobnionym przypadkiem. Nawet wielki Nappa skrzywił się i zacharczał.
- No to na drugą nóżkę.
Ginyu narzucił bezlitosne tempo. Po tym jak Jeice nalał następną kolejkę, wielu miało wątpliwości, czy dalej spełniać zachcianki kapitana, ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy i wszyscy wypili. Ti Pring czuła, że jak zaraz nie przestanie, to odpłynie. Podczas gdy członkowie elitarnej jednostki beztrosko grali w karty, ona próbowała ze wszelką cenę złapać oddech i nie zwymiotować. Spojrzała na pozostałych. Kivi wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Nappa, pokasłując, próbował rozmasować obolałe gardło. Vegeta starał się trzymać fason, ale jemu również łzy stanęły w oczach.
- Zrób coś – jęknęła cicho dziewczyna.
- A co niby mam zrobić? To oddział Ginyu – szepnął książę ze zdenerwowaniem.
Tym razem kapitan odczekał nieco dłużej, ale większość osób i tak nie była gotowa na następną rundę. Ti Pring była tak zdesperowana, że pomimo ryzyka, jakie niosła za sobą odmowa, pokiwała nerwowo głową, gdy postawiono przed nią pełny kieliszek.
- A zresztą... Nie będę upijał kobiety – stwierdził kapitan i jej odpuścił.
Dla Ti Pring była to wielka ulga, ale inni nie mieli już tego szczęścia.

--

Zmodyfikowane teksty piosenek pochodzą z tej strony http://www.gigante.pl/
Shoot first. Think never.


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości