Słowiańska bajka

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 574
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Słowiańska bajka

Postautor: Skorpion » 29 gru 2019, 22:56

Tytuł: Słowiańska bajka
Gatunek: fantastyka, horror
Opis: Jurij Hornalik ma zawód nietypowy. Jest egzorcystą, ale nie wierzy w zjawiska paranormalne. Wszystko zmienia się, kiedy poznaje ród pradawnych, słowiańskich bóstw.
Status: w trakcie
Od autora: Jak wiecie, zacząłem pisać Słowiańską bajkę kilka lat temu, ale nigdy jej nie dokończyłem i źle się z tym czuję. To jedyna historia, która nie doczekała się finału. Także postanowiłem nieco odświeżyć opowiadanie, może poprowadzić niektóre wątki inaczej i dopisać zakończenie.

Rozdział 1
Pogromcy duchów


841 r. n.e.

Dom waćpana na Białej Rusi był ukryty gdzieś w lesie za Dnieprem. W jego progi prowadziła tylko jedna, niepozorna ścieżka zarośnięta przez wysokie chaszcze. Samą dróżkę nie było trudno odnaleźć, o wiele ciężej było się po niej poruszać, bo gdy człowiek szedł na północ wychodził z lasu od wschodniej strony, zaś jeśli kierował się na południe trafiał nad rzekę. Drogę chroniło zaklęcie, które na prośbę właściciela domostwa stworzył leśny demon, Boruta. Jednak, gdy komuś udało się pokonać zagmatwany szlak, znikąd wyrastała chałupa waćpana.
Na pierwszy rzut oka wydawała się skromna. Dach przykrywała szarawa strzecha, ale każdego poranka pierwsze promienie słońca odbijające się od niej zmieniały strzechę w złoto. Za sprawą tych samych promieni drewniane ściany zaczynały mienić się hebanową czernią, a drzwi błyszczały kamieniami szlachetnymi.
Widząc cel swojej podróży zrobiło mu się niedobrze. W żadnym wypadku nie zamierzał tchórzyć. Należało załatwić ostatnią sprawę z bratem, a potem niech wszyscy idą do diabła, gdzie ich miejsce. To dziwne, ale początkowe zdenerwowanie zaczęło przeistaczać się w rodzaj podniecenia.
Z bratem nie widział się około czterdziestu lat. Dla boskich istot, o ile same na to sobie nie pozwalają, czas nie miał tak ogromnego znaczenia jak dla ludzi. Z pewnością więc nie chodziło o radość spowodowaną spotkaniem krewniaka. Czterdzieści lat, na które odciął się od Gromady nie były straconym czasem. Cztery dziesięciolecia pozwoliły mu dostrzec kiełkujące od wieków pragnienie zmian, ale chcąc ich dokonać musiał powrócić. Tak, teraz rozumiał swoją ekscytację.
Z domu wyłonił się gospodarz. Już od kilku dni wyczuwał, że ścieżka prowadzi w jego progi jakiegoś wędrowca, ale nie od razu rozpoznał w nim brata.
Byli do siebie bardzo podobni fizycznie. Te same oczy, usta, kości policzkowe. Odróżniali się wyłącznie posturą; on był barczysty i silny dzięki pracy w gospodarstwie, zaś wędrowiec drobny i wychudzony po trudach długiej tułaczki.
- Witaj, bracie, w moich skromnych progach.
- Białobóg! - zawołał, pozdrawiając go z daleka.
- Prędzej spodziewałbym się tutaj człowieka niż ciebie – pozwolił sobie na kąśliwą uwagę wychodząc mu na przywitanie.
- Widać nie jestem gościem, którego chciałbyś otrzymać - skwitował.
- Bzdura! Żaden wędrowiec nie sprawiłby mi większej radości niż ty - powiedział, całując i ściskając go.
Czarnobóg nie wyczuwał szczerości w tych słowach. W milczeniu odwzajemnił uścisk i wszedł za Białobogiem do chaty. Gospodarz szybko sprzątnął ze stołu narzędzia, usadowił gościa na miejscu przy piecu, nalał sobie i jemu najlepszego trunku i sam zajął miejsce przy stole. Było tak wiele rzeczy, o które chciał zapytać. Ważne i mniej ważne pytania kłębiły się w jego głowie. Czterdzieści lat upłynęło mu inaczej niż bratu, bo nie zawsze chciał i kontrolował własny wiek, a więc liczył każdy dzień.
- Gdzie podziewałeś się przez tyle lat?
- Podróżowałem. Nie ma o czym mówić - uciął temat.
Wypił alkohol głośno uderzając kuflem o stół. Białobóg dolał mu trunku.
- Przepadłeś bez wieści - postanowił nieustępować. - Nie wyczuwałem twojej siły życiowej.
- Nie jęcz - odmruknął w dość nieprzyjemny sposób. - Nikt nawet nie zauważył mojego zniknięcia.
- Czy ja jestem nikim?
Czarnobóg zagryzł wargę. Nie chciał rozpoczynać spotkania od kłótni, ale czuł, że Białobóg właśnie do niej dąży. Bezcelowo złapał go za słowo, które nie miało większego znaczenia. Ich rozmowa nie miała większego zaczenia, tak samo jak przeklęta Gromada.
- Wiesz dobrze, że nie chodziło mi o ciebie, a o Gromadę - spróbował uspokoić brata.
- Inni bogowie również niepokoili się twoim nagłym zniknięciem.
Czarnobóg uśmiechnął się lekceważąco.
Naiwność starszego brata była tak wielka jak jego nieufność. Nawet w panteonie słowiańskich bożków najwyższą rolę odgrywały więzy krwi, a bracia nie mieli już nikogo poza sobą. Po śmierci ojca, ich dotychczas wysoka, pozycja w Gromadzie spadła. Nie potrafił tego zaakceptować, nie godził się na świat, w którym hierarchię wartości obrazuje siła. Dziwił się tylko Białobogowi, że z takim spokojem akceptuje upadek ich dziedzictwa.
- Nie traktują nas jak równych sobie - Czarnobóg postanowił pociągnąć temat. - W ich oczach jesteśmy bogami gorszego siewu.
- To, że nie mamy tak wielkiej mocy jak Świętowit i Perun nie znaczy, że jesteśmy od nich gorsi.
- Ty po prostu nie chcesz tego dostrzec.
- A może to ty czegoś nie zauważasz? - odwrócił pytanie. - Jesteśmy bogami dobra i zła. Do do ciebie i mnie śmiertelni modlą się, gdy pragną cudu albo przeklinają swój los.
- To dlaczego składają nam ofiary z resztek i kości?
- Chodzi ci o skromność ofiar? - próbował rozszyfrować brata. - Liczy się intencja, a nie ich obfitość.
- Mniejsza o dary - westchnął. - Gdyby ojciec nie podzielił swojej mocy pomiędzy nas dwóch nadal należelibyśmy do elity Gromady.
- Ojciec konał! - odparł Białobóg z wyczuwalną w głosie złością. - Chciał być uczciwy wobec swoich synów. Mi oddał władzę nad dobrem, a tobie nad złem. Jeśli jeszcze raz zakwestionujesz jego decyzję to zapomnę, że jesteś moim gościem i wyrzucę cię za próg.
Zapadła cisza.
- Masz rację - przyznał po namyśle Czarnobóg. - Ty dostałeś moc czynienia dobra, a ja... Ja posiadłem moc czynienia zła.
- W rzeczy samej, bracie - przyznał, dolewając trunku sobie i jemu. - W rzeczy samej.
- Czy nie byłoby wspaniale, gdyby nasze siły na powrót zjednoczyły się w jednego Czarnoboga? - spytał niewinnie sięgając za pazuchę.
- O czym ty mówisz?
- Bracie, wróciłem, aby połączyć z tobą siły i ustalić nowy porządek rzeczy na słowiańskiej ziemi! Czarownica przepowiedziała nam, że do dnia ostatniej bitwy ostanie dziewięciu z nas i dziewięć królestw, a wszystkie przeznaczone są nam!
- Bluźnisz! - wrzasnął, podnosząc się z miejsca.
W tym samym momencie Czarnobóg wyjął nóż zza pazuchy. Jego rdzawo-srebrne ostrze mignęło przed oczyma zaskoczonego Białoboga. Cios zadany bez uprzedzenia bolał bardzo, ale jeszcze bardziej bolała świadomość, że zadał go brat. To nie była zwykła broń. Ostrze bez problemu przeszło przez dłoń i twardy stół. Mężczyzna zawył z bólu, zardzewniały metal palił, zaś krew z rany wolno spływała po ręce i spokojnie wsiąkała w drewniany blat. Białobóg czuł się dziwnie. Obraz przed jego oczyma zniekształcał się, dobiegający go głos brata zmienił się w rytmiczne dudnienie niczym uderzenia serca. Miał wrażenie, że poza Czarnobogiem i nim w domu jest jeszcze jedna osoba, ale nie potrafił jej rozpoznać. Stracił przytomność.

***


Jeszcze osłabiony otworzył oczy. Leżał na podłodze, zaś jego prawa ręka nadal znajdowała się przybita nożem do stołu, z którego powoli ściekała krew. Mimo to nie czuł bólu. Nie czuł niczego. Nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Kątem oka zauważył postać poruszającą się po izbie.
- Cza... Czarn... obóg, czy... to... ty? - wymamrotał z wielkim trudem.
- Obudził się - zasygnalizował nieznajomy głos.
Czarnobóg uklęknął obok nogi od stołu i uśmiechnął się życzliwie.
- Dla... czeg... o... mi to... rob... isz?
- Oszczędzaj język - odparł troskliwie.
- Co... mi się... Co... ze mną... się... dzie... dzie... je?
- Jesteś pod działaniem silnego zaklęcia - wyjaśnił. - Nie martw się. Nie chcę cię zabić. Chcę jedynie połączyć siły, które ojciec przed laty rozdzielił między nas dwóch.
- Gro... mada... nie... prze...ba... czy... ci...
- Jakoś to zniosę - stwierdził z uśmiechem.
- Do...bij... mnie...
- Nie mogę - przyznał, sięgając mały nożyk do rzeźbienia w drewnie. - Wierz mi, bracie, chciałbym ulżyć ci w cierpieniu. Niestety obrządek zjednoczenia naszych sił jest bardzo długi i... bolesny. W każdą księżycową noc muszę posilić się funtem twojego ciała.
Powiedziawszy to wbił mu nożyk w udo. Białobóg wrzasnął. Chociaż zaklęcie paraliżowało jego ciało to nadal odczuwał zadawany ból.
Ludzie zamieszkujący wioskę nad Dnieprem jeszcze długo nasłuchiwali jęków dochodzących z lasu. Opowiadali o strzygach i złych duchach, które nawiedzały to miejsce. I z wielką pokorą składali syte ofiary przed ołtarzykami Białoboga w nadziei, że ten będzie chronił ich przed złem.

***


wrzesień, 2019 r.

Mijała druga godzina od nierozpoczęcia egzorcyzmu. Chodził od pomieszczenia do pomieszczenia, szepcząc modlitwę i rozlewając naokoło wodę święconą. Dom pogrążony w ciemnościach zdawał się mieć jego wysiłki gdzieś. Nic nie skrzypiało ani nie jęczało, a żadna nadprzyrodzona materia nie przesuwała przedmiotów. Najmniejszego sygnału obecności niechcianej istoty. Zupełnie, jakby budynek nie był nawiedzony.
O ile dla jego właścicieli była to dobra wiadomość, tak dla Jurjia, który trudnił się wypędzaniem duchów, niekoniecznie. Trzaskające okna, niedomykające się drzwi i szmery na strychu można było łatwo wyjaśnić. Jednak ludzie wzywający łowcę duchów, tak Jurij określił siebie w ulotce, nie chcieli słuchać przyziemnych wyjaśnień. Chcieli skutecznego egzorcyzmu, który oduczy straszenia ich wyimaginowane poltergeisty. Dlatego też brał pismo święte, butelkę kranówy i ruszał na obchód domu. Oczywiście, nie był, aż tak wielkim ignorantem. Do momentu, w którym upewniał się, że ducha nie ma (czyli zawsze), zachowywał pełen profesjonalizm. Dopiero potem zabierał się za "wypędzanie".
- Długo jeszcze? - zapytała asystentka Jurija.
- Skończone.
- Na pewno?
- Tak, na pewno - odparł nieco rozdrażniony ponownym pytaniem.
- Wybacz, wolę upewnić się, żeby nie było jak ostatnio.
Jurij nic nie odpowiedział.
Błędy podczas egzorcyzmów były co najmniej nie na miejscu, ale Wiki zdawała się nie pojmować powagi takich sytuacji. Asystentka przywodziła mu na myśl postać wyciągniętą z okładki płyty post-punkowego zespołu; niechlujnie ubrana, w babcinych okularach i długich, jasnych dredach, które spadały na plecy. Przy niej Jurij wyglądał na nader zadbanego krawaciarza z idealnie przystrzyżonymi baczkami. Mimo to nie wyobrażał sobie innej, ładniejszej, pomocnicy. Wiki, czy jak kto wolał, Wiktoria była częścią jego pracy, udziwnieniem i tak niezwyklej działalności jaką prowadził już trzeci rok.
Wyszli przed dom, gdzie czekał na nich zleceniodawca. Z wyrazem twarzy przerażonego dziecka, spoglądał na egzorcystę i w napięciu oczekiwał na werdykt.
- W porządku - powiedział Jurij. - Nic więcej nie powinno pana nie niepokoić. Gdyby jednak... - zrobił krótką pauzę - zostawiłem wizytówkę w kuchni.

***


Mały Volkswagen mknął niepostrzeżenie bocznymi uliczkami Brańskiej. Prowadziła Wiki, Jurij nie miał prawa jazdy. Pytany, dlaczego nie posiada tak przydatnego dokumentu odpowiadał:
- Jestem za nerwowy na kierowcę.
Dziwnie było słyszeć takie słowa z ust osoby zajmującej się przepędzaniem duchów, która wydawało się, musi posiadać stalowe nerwy. Prawo jazdy stanowiło jeszcze jeden plus posiadania asystentki, nawet tak roztrzepanej jak Wiki.
- Nie masz czasem wyrzutów sumienia? - spytała, nie odrywając wzroku od szosy.
- Dlaczego mam je mieć?
Miał świadomość, że odpowiedział w dość idiotyczny sposób, ale nie widział większego sensu rozmowy na ten temat. Tak samo bezcelowe jest pytanie rzeźnika, czy przed rozpoczęciem pracy modli się o przebaczenie. Z ta różnicą, że praca Jurija była bardziej finezyjna i mniej potrzebna.
- Bo... Oszukujemy ludzi - kontynuowała.
- Nikogo nie oszukujemy. Pomagamy im - wyprowadził ją z błędu.
- Przecież w tym domu nie było żadnego ducha. Zresztą w ostatnim też nie. W żadnym od kiedy dla ciebie pracuję - dopowiedziała bez wahania.
- I przez ciebie i twoje głupie gadanie prawie ostatnio wpadliśmy - zdenerwował się na wspomnienie asystentki uspokajającej poprzedniego klienta:
- W niektórych domach straszą jedynie urojenia.
Dziewczyna westchnęła lekceważąco.
- Możesz im powiedzieć, że nie ma żadnego ducha. I tak muszą zapłacić.
- To nie takie proste. Każdy mówi tym ludziom, że duchów nie ma. Jeśli przychodzą do mnie to oczekują innej odpowiedzi. Psychiatra, czy tam psycholog - na szybko rzucił przykładem. - Też nie mówi pacjentowi, że wygaduje głupoty.
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Mój psychoterapeuta ostatnio stwierdził, że jestem nieuleczalnie szajbnięta.
- Chwila - zdziwił się żywo. - Stać cię na psychoterapeutę? Ostatnio mówiłaś, że całą kasę wywalasz na zespół swojego faceta.
- Nie rozpraszaj mnie jak prowadzę - mruknęła pośpiesznie.
- Zawsze możesz zrezygnować z pracy u mnie.
- Ta świetne mam perspektywy - mruknęła. - To albo praca w Tesco. Z dwojga złego wolę nabijać ludzi w butelkę.
- Też nie wyobrażam sobie pracy bez ciebie – przyznał i oboje się zaśmiali.

***


Do biura dotarli tuż po szesnastej. W poczekalni przed gabinetem Jurjiego siedzieli dwaj mężczyźni.
Starszy mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Wyglądał schludnie i elegancko. Ciemna marynarka, spodnie na kant, lakierki oraz biała koszula z krawatem dodawały mu powagi i grozy. Właśnie słowo "groza" przyszło na myśl Jurijemu na jego widok. Mężczyzna wydawał się oschły i nieprzystępny, ale egzorcysta nie miał mu tego za złe. Każdy, kto przychodził do niego po pomoc starał się ukrywać swój strach pod maską chłodu.
Jego towarzysz od razu zainteresował Wiki. Nieco młodszy, ale równie elegancki. Miał jasne włosy, zarost w tym samym kolorze i ciemne okulary, za którymi ukrywał oczy. Dopiero po chwili kobieta zwróciła uwagę na ściskaną przez niego białą laskę przeznaczoną dla osób niewidomych.
Starszy z mężczyzn wstał z miejsca i spytał:
- Pan Hornalik?
Jurij przytaknął.
- Tak, ale chyba nie byliśmy umówieni na dzisiaj?
- Nie, ale przychodzę w pilnej sprawie - oznajmił, dodając po chwili: - Nazywam się Alan Petrowicz i chciałbym pana zatrudnić.
Jurij otworzył drzwi do gabinetu i przepuścił klienta przodem. Jego biuro było nieco większe od szkolnego kantorka.W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Nie był intensywny, ale wyczuwalny. Na niewielkim, odrapanym z lakieru, stoliku mieścił się telefon stacjonarny oraz stary komputer, zaś przy oknie znajdował się niewielki regał, na którym leżały niechlujnie porozkładane teczki na dokumenty. Petrowicz spoglądał na pomieszczenie z dużym niepokojem. Rzadko bywał w tak odpychających miejscach.
- Przepraszam za bałagan - mruknął Jurij, który najwyraźniej zorientował się, że jego biuro nie robi dobrego wrażenia na gościu. - Szykujemy się do remontu i musiałem przenieść mój gabinet tutaj - skłamał intuicyjnie.
- W porządku.
Brzydota pomieszczenia tylko upewniała go, że rozmawia z amatorem, który z ledwością wiąże koniec z końcem.Wierzył, że jest dla Jurija wybawieniem i nie odmówi mu. W końcu spoczął na niewygodnym krześle naprzeciwko Hornalika.
- W tej trywialnej ulotce przeczytałem, że zajmuje się pan kontaktem - powiedział, wyciągając z kieszeni marynarki pomiętą kartkę.
- Trywialnej?
- Tak - odparł bez najmniejszego skrępowania. - Powiedziałbym obskurnej jak ten gabinet, ale to mogłoby pana urazić, a więc powiem trywialnej, bo jak można inaczej nazwać – zrobił pauzę, aby odczytać zinformacje z ulotki: - "Ezorcyzm, doradztwo duchowe, spirytualizm" i wszystko ładnie okraszone kolorowym wzrokiem z celtyckich run.
- Przepraszam, ale... - starał się zachować cierpliwość: - Czy pan przyszedł w konkretnej sprawie, czy marnować mój czas?
- Po prostu jestem sceptycznie nastawiony do takich działań.
- To normalne. Ludzie, nawet kiedy przychodzą tutaj są sceptycznie nastawieni do naszych działań. Wielu z nich nie wierzy w życie pozagrobowe.
- Nie, nie... - pokręcił głową. - Nie zrozumieliśmy się. Wierzę w duchy, szanuję je jako część naszego dziedzictwa. Po prostu nie wierzę w pana umiejętność porozumiewania się z nimi, ale to chyba nie ma większego znaczenia - uciął temat i nim Jurij zdążył cokolwiek odpowiedzieć, przeszedł do rzeczy: - Chodzi o mojego bratanka. Od pewnego czasu przejawia dziwne zachowania.
- Jakie zachowania?
- Majaczy, wymiotuje, przyzywa demony...
- Był pan u lekarza?
- Wiem do czego dąży ta rozmowa. Odpowiem, tak i uprzedzając kolejne pytanie: nie, niczego nie stwierdził.
- Ile ma lat pański bratanek?
Petrowicz westchnął ciężko:
- Około dziewięciu.
Hornalik zignorował dziwny przyimek około i odpowiedział:
- Niestety nie mogę się podjąć tego zlecenia. Nie mógłbym przeprowadzić egzorcyzmu na dziecku. Radzę zasięgnąć opinii innych lekarzy, a potem, jeśli zajdzie taka konieczność, kościelnego egzorcysty.
- Nie mieszajmy do tego Kościoła – przerwał mu. - Nie oczekuję od pana żadnych konkretnych działań. Wystarczy, że przyjedzie pan jutro do mojego domu i... Nie wiem... Popryska tu i ówdzie święconą wodą, czy wyrecytuje jakąś formułkę - mówił, a z każdą chwilą jego głos stawał się bardziej lekceważący w stosunku do Jurija. - To pańskie honorarium - zakończył swój wywód, kładąc na stole wypisany czek.
Egzorcysta miał zamiar wyprosić pana Petrowicza, ale mimowolnie zawiesił oko na czeku na trzydzieści tysięcy rubli.
- To zdecydowanie za dużo za jedną wizytę - rzucił. - Gdzie jest haczyk? Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? Za taką sumę z pewnością mógłby pan wynająć kogoś bardziej prestiżowego.
- Możliwe, ale mi i mojej rodzinie zależy na anonimowości. Znany egzorcysta jak ten facet z telewizji... - szukał nazwiska w pamięci. - Jak mu tam?
- Sardarow?
- O, właśnie, Sardarow! Ktoś taki odpada. Chcę to załatwić bez zbędnego szumu - powiedział, wstając z miejsca. - Mój asystent zostawi pańskiej sekretarce adres. Spodziewam się pana w sobotę między szóstą, a ósmą wieczorem.
Nie miał zamiaru negocjować z łowcą duchów. Nie podpisali nawet umowy. Powiedział, czego chce i po prostu wyszedł.

***


O świcie strażacy zdołali ugasić pożar kościoła pod wezwaniem Jana Chrzciciela. Jest to trzeci taki wypadek w tym roku. W marcu spłonęła cerkiew prawosławna, a jeszcze wcześniej kościół prowadzony przez dominikanów. Władze kościelne mówią wprost:
- Jest to celowe działanie antykościelnych organizacji.
Po tym komunikacie Jurij wyłączył telewizor. Nie lubił słuchać wiadomości, które na przemian mówiły o katastrofach i politycznych walkach.
- Odbierzesz nas jutro od mamy? - spytała dla pewności żona Jurija.
- Chyba nie dam rady - odparł.- Dzisiaj do biura przyszedł pewien facet i umówił się ze mną na spotkanie jutro.
- Myślałam, że nie pracujesz w soboty - zdziwiła się.
Od kiedy otworzył swoją nietypową działalność zarzekł się, że nigdy nie będzie pracował w sobotę. Nie chciał jednak wdawać się w szczegóły swojej dziwacznej rozmowy z panem Petrowiczem. Wyjaśnił, tylko że jest to wyjątkowa sprawa i dotyczy dziecka.
Maja nie przejęła się tym specjalnie. Opętania, egzorcyzmy, nawiedzone miejsca. Z początku wszystko wydawało jej się niebezpieczne i złe. Z czasem praca męża przestała robić na niej jakiekolwiek wrażenie I spowszedniała jak poranna kawa albo zakupy w spożywczym. Chyba nawet wcześniej niż Jurij, przeszła, z tym do porządku dziennego. Nie była osobą wierzącą, a pytania o wiarę powtarzała, mam otwarty umysł, i chyba tylko z powodu tej otwartości zachowała spokój, gdy po ukończeniu teologii Jurij ogłosił, że zostanie pogromcą duchów. A zresztą, skoro on mógł ganiać za siłami nadprzyrodzonymi to ona mogła być jak Sigourney Weaver.
Do pokoju wszedł ich syn. Osowiały, wyrwany ze snu, przeszedł kilka kroków i usiadł na brzegu kanapy.
- Obudziłeś się? - zapytała Maja, odruchowo głaszcząc chłopca po głowie.
Przytaknął.
- Zły sen? - wtrącił się Jurij.
- Ehe... A tata boi się duchów? - spytał przez matkę.
Matka wzruszyła ramionami:
- Nie wiem... Zapytaj go.
- Duchy nie istnieją - odparł na uspokojenie.
- Ale... - czterolatek zrobił pauzę, jakby analizując informacje. - Przecież ty walczysz z duchami, prawda?
- To nie są prawdziwe duchy.
- Czemu?
- Do biura taty bardzo często przychodzą ludzie, którzy boją się duchów, tak jak ty. Wtedy ja im mówię, że nie ma czego się bać.
- Czy to znaczy, że będę musiał ci zapłacić, jeśli znowu się przestraszę? - spytał Piotruś.
- Nie - zaśmiał się, wziął syna na plecy i zaniósł do sypialni.
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 574
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Rozdział 2

Postautor: Skorpion » 13 sty 2020, 00:47

Rodział 2
Goście


Był taki obraz, którego nazwiska autora nie potrafiła przywołać w pamięci. Widziała go na wernizażu we Francji, a potem raz jeszcze. Impresjonistyczne dzieło przedstawiało kobietę spoglądającą w niewiadomym kierunku. Ilekroć próbowała ukończyć portret matki przed oczyma ukazywał się znajomy obraz. Jednak z każdym kolejnym razem coraz bardziej zniekształcał się i brzydł. Stawał się odległy jak wspomnienie o matce.
Czy to możliwe, że tamten artysta malował mamę? - pytała samą siebie, ale nigdy nie miała w sobie wystarczająco dużo pewności, aby odpowiedzieć.
Z kolejnym, niepewnym pociągnięciem pędzla portret matki przestawał być portretem matki, a w myślach pojawiał się coraz ohydniejszy obraz widziany niegdyś na wernisażu.
Prędko usunęła farbę z płótna za pomocą magii.
Od śmierci kochanej mamy minęło dopiero kilkadziesiąt lat, a ona zatrzymała w pamięci jedynie ciemne brwi. Reszta pozostawała w zapomnieniu.
Postanowiła spróbować raz jeszcze.
- Jaką miała twarz? Kości policzkowe... - zastanawiała się. - Szczupłą i... – powtarzała sobie w duchu tworząc kolejny portret.
- To do szkoły?
W progu stał ojciec.
- Tak. Na zaliczenie z malarstwa mamy przygotować portret rodzica. Podobna do matki? - spytała Ida.
Alan zmarszczył brwi. Postać z obrazu nie przypominała jego żony w najmniejszym stopniu. Była to po prostu jakaś kobieta.
- Nie - odparł z rozbrajającą szczerością. - Ale to chyba żaden problem. Powinnaś dostać za niego piątkę.
Ida głośno westchnęła. Była już zmęczona. Nie wiedziała tylko, czy bardziej męczyło ją usuwanie farby, czy ciągłe próby malowania obrazu od zera.
- Ocena nie ma znaczenia - odparła, a po chwili dodała z pełną surowością: - jeśli jej nie przypomina.
Była boginią sztuki, a przynajmniej tak dzisiaj postrzegała swoją rolę w zdziesiątkowanym panteonie słowiańskim.
Wiele wieków wcześniej, jako Mokosz, patronowała tkactwu i szyciu, które prędzej niż za formę twórczości uznawane były za kobiecy obowiązek, daleki od poczucia wyniosłego, artystycznego piękna.
Wszystko zmienił okres renesansu. Mokosz, wtedy już przybierając imię Ida, zaczęła podróżować po Europie. Wyprawa oddaliła ją od Gromady, słowiańskich zwyczajów, tego poczucia musu i tworzenia dla potrzeby, a nie przyjemności. Wtedy odnalazła swoją największą miłość, sztukę. Najpierw zakochała się w rzeźbie, a zaś malarstwie. Chawtowane serwetki, kolorowe koraliki i ozdobne wycinanki z papieru wydały jej się pospoilte, a wręcz prześmiewcze w opozycji do prawdziwego piękna. Sztuka zmieniała się, nie pozwalała na nudę i nawet w nieśmiertelnej budziła lęk, że nie zdąży poznać wszystkiego przed końcem świata.
Raz na kilkanaście lat wybierała się na studia plastyczne w jakiejś placówce, gdzie miała szansę na nowo przyjrzeć się sztuce. Aktualnie studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi jako Ida Petrowicz.
- Dzisiaj odwiedzą nas goście.
- Dawno żadnych nie przyjmowaliśmy... - odparła niby od niechcenia. - Przychodzą z powodu Mikołaja?
- Nie wychodź nigdzie - dodał oschle wychodząc.
Cały ojciec - chciała powiedzieć. - Zawsze wydawał surowe polecenia. Ile to już lat minęło? Każde z nas zmieniło się odrobinę, ale nie on. Dalej królował nad martwą Gromadą, bogami, którzy przestali mieć znaczenie i teraz wyłącznie egzystują w zupełnie obcym dla siebie świecie.
Odłożyła pędzel i farby.
- Ciekawe, co się kroi?

***


Taksówka zaparkowała pod domem na ulicy Praskiej kilka minut po piątej. Pasażer zapłacił za kurs i wolnym krokiem ruszył w stronę domu. Odczuwał zdenerwowanie, ale nie bezpośrednio związane z samą wizytą u Petrowiczów, ale jej celem.
Nie przypominał sobie sytuacji, w której Perun prosił kogokolwiek z Gromady o pomoc. I wiedział, że taki czas nie nastanie nigdy. Dlatego też nie spodziewał się żadnego dramatyzmu. Wiadomość od Peruna wyłącznie napominała o stanie zdrowia Mikołaja, a ważniejsze w niej wydawało się pierwsze od wieków spotkanie rodziny.
- Możesz przyjechać, zobaczyć się z rodziną - mówił Ojciec. - Przy okazji zerkniesz na chłopca.
Mógł mu odpowiedzieć równie obojętnie, ale nie chciał bawić się w ceregiele. Szybko potwierdził obecność na spotkaniu Gromady. Odwoławszy wszystkie spotkania, zarezerwował pierwszy lot do Brańska.
Przez wieki panteon zmniejszał się. Bogowie umierali lub odchodzili w zapomnienie, ale Sergiejowi nigdy nie przeszkadzał taki stan rzeczy, bo wierzył, że wszystko musi mieć swój kres, nawet nieśmiertelność. Przez ostatnie stulecia starał się ograniczyć swój kontakt z Gromadą do minimum. Nie nosił już imienia Jaryło, czasem zapominał o własnej sile i jakichkolwiek powiązaniach ze słowiańskim panteonem. O wiele łatwiej odnajdował się wśród ludzi. Miał wielu przyjaciół, dla których nazywał się Sergiej Korolew.
Nim pokonał dystans od bramy do drzwi przed dom wyszła Ida Petrowicz.
Ostatni raz widział ją jakieś dwieście lat temu, ale nie pamiętał, prawdopodobnie jak i ona, dokładniejszej daty i okoliczności. Na pierwszy rzut oka nie zmieniła się wcale i w dalszym ciągu zachowywała wiek dwudziestu lat.
On nie był już taki sam. Fizycznie przestał być rówieśnikiem Idy kilka stuleci temu. Jeśli dobrze liczył, zatrzymał własny proces starzenia na trzydziestu pięciu latach. Na twarzy pojawiły się pierwsze zmarszczki. Z drobnego chłopca przemienił się w postawnego mężczyznę.
Dziewczyna przyjrzała mu się badawczo szybko odnajdując jego piękne, błękitne oczy; pochmurne i spokojne jak niegdyś jego usposobienie.
- Tata zdradził mi, że dzisiaj nas odwiedzisz - powiedziała, ściskając go mocno.
- Zdradził? - zdziwił się. - To był jakiś sekret?
- Och, znasz go - urwała szybko temat. - Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cieszy mnie twoje przybycie - jej twarz promieniała radością.
Świat się zmieniał, czas parł do przodu, ale ona pozostawała sobą, córką Peruna, boginką o nieskazitelnej urodzie.
- Będziesz na tym zebraniu jedyną osobą, z którą będę mogła normalnie porozmawiać.
Sergiej uśmiechnął się i podążył za dziewczyną do domu.
- Przede wszystkim, jak czuje się Mikołaj? - spytał, ustawiając bagaże w korytarzu.
- Trudno powiedzieć - przyznała z niepokojem. - Tata uważa, że coś go opętało, ale nie pozwolił nam interweniować.
- Ktoś już pojawił się poza mną?
- Jest Radogost, ale on pracuje jako asystent ojca i praktycznie mieszka tutaj.
Wtedy ubiegło ich wołanie:
- Nie zapominaj o mnie!
W ciemnego korytarza wyłoniła się elegancka kobieta.
- Nie słyszałam, żebyś pukała do drzwi - zagadnęła Ida.
Ta w odpowiedzi nieco teatralnie odgarnęła ciemne włosy z ramion.
Siwa nie wierzyła w sztuczną kurtuazję wśród bogów. Uważała, że po to ma moc, aby korzystać z niej w pełni. Nie potrzebne jej były samochody i samoloty. Jeśli chciała się przemieszczać używała teleportacji. Drzwi? Na litość boską, nie stanowią żadnej przeszkody.
Nie chcąc tracić czasu na dyskusję z Mokosz, której nie uważała za interesującą kosobę od razu zwróciła się do mężczyzny:
- Jaryło, a może Sergiej? Muszę przyznać, że zmężniałeś i wyprzystojniałeś. Spotkasz się z jakaś kobietą?
Pokręcił głową zaprzeczająco.
- A ja w sekrecie wyznam ci, że mam kogoś. Śmiertelnik, ale nikt nie jest idealny, prawda?
- Wspaniale móc cię znów zobaczyć - przyznał z uśmiechem.
Z całej Gromady to właśnie Siwę cenił najbardziej. Za fasadą chłodnej bogini kryła się pełna zrozumienia i życzliwości kobieta. Oboje wyznawali podobne zasady względem świata; nie odgradzali się od śmiertelników w pełni asymilując się z ich zwyczajami i sposobem bycia, chociaż na dwa odmienne sposoby. Nie mógł doczekać się, aż będą mogli dłużej porozmawiać.
Ida poprowadziła gości do salonu, gdzie czekał już Radogost.
Mężczyzna siedział w głębokim fotelu i rytmicznie uderzał laską w podłogę. Usłyszawszy kroki wstał.
Pierwszy podszedł do niego Sergiej, uściskał go i zapytał:
- Jak ci się wiedzie, przyjacielu?
- Pogodziłem się z życiem w mroku.
- Żałuję, że nie potrafię ci pomóc - dodał półszeptem raz jeszcze ściskając przyjaciela.
- A w czym miałbyś mi pomóc?
Nie zdążył odpowiedzieć. Do salonu wszedł Alan. Pewnym krokiem minął gości i usiadł przy stole. Pozostali nie czekając na zaproszenie szybko pozajmowali miejsca wokół niego. Jedynie niewidomy Radogost pozostał w swoim fotelu.
- Ile to lat się nie widzieliśmy, Alanie? - zaczęła przyjacielsko Siwa. - Sto? Dwieście?
- Trzydzieści - odparł krótko. - Jesteśmy w swoim gronie, a więc zwracaj się do mnie Perun.
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Niesamowite. Wszyscy znowu jesteśmy razem - westchnęła melancholijnie Ida.
- Nie wszyscy - zaznaczył Radogost.
- Wezwałem was z powodu Swarożyca. Jest pod wpływem jakiejś złej istoty.
- Jak do tego doszło? - zagadnął Sergiej.
- Nie mamy pojęcia.
- Mogę go zbadać - zaoferował.
- To nie jest człowiek, żeby go badać - mruknął Perun. - Ale twój fach lekarski może nam się dzisiaj przydać. Powiesz egzorcyście, że nie znasz przyczyny jego choroby.
- Egzorcyście? - powtórzyła z niedowierzaniem Siwa. - Chcesz powiedzieć, że wezwałeś człowieka?
- Czy to nie jest zbyt niebezpieczne dla ludzi? - zawtórowała jej córka Peruna.
- Nie dbam o to.
- Ja też nie... – zapewniła Siwa.
- W takim razie nie widzę problemu.
- Na litość boską! - uniosła się. - Nie powinniśmy otwierać przed ludźmi drzwi do naszego świata.
- Nie chodzi o bezpieczeństwo ludzi, ale o utrzymanie naszego istnienia w sekrecie - Ida niespodziewanie stanęła po stronie przedmówczyni. - Pomyśl sam, tato, jeśli Swarożyc skrzywdzi tego egzorcystę to przyjdą następni ludzie. Będą zadawać pytania.
- Zamknijcie się! - wrzasnął. - Nie chcę stracić więcej ani jednego boga z panteonu! Przez wieki nasi bracia i siostry umierali, ale na tym koniec - w jego głosie dało się słyszeć żal i złość, uczucia, które towarzyszyły mu od dnia, w którym zginął pierwszy z ich panteonu.
Może jednak zmienił się? - pomyślała Ida.
- Swarożyc to potomek jednego z Ojców - mówił dalej: - wierzę, że kiedyś wyprowadzi Gromadę z tych mrocznych czasów.
- Jeśli kiedykolwiek dorośnie - skwitował Radogost.
- Nie dorósł? - zaciekawił się Sergiej.
- Nie. Nadal żyje w ciele dziecka, ale to nie jest istotne w tej chwili - odparł Perun.
Bogowie słowiańscy mogli dowolnie postarzać swoje ciała. Większość z nich rodziła się jako dorośli ludzie, rzadziej jako dzieci. Każdy z nich miał możliwość posunięcia swojego wieku do przodu. Często, bóstewka w ciałach dzieci ponaglały czas, aby dorosnąć i tym samym pozyskać większą moc. Jaryło postarzył się o kilkanaście lat, podobnie Siwa, zaś Swarożyc ani o dzień. Przez wieki pozostawał w ciele dziecka i nic nie wskazywało na jakąkolwiek zmianę tego stanu.

***


Jurij i Wiki dotarli pod wskazany adres około siódmej. Posesja Alana Petrovicza sprawiała wrażenie zadbanej i spokojnej, a z pewnością nie takiej, na której występują zjawiska paranormalne. Sam dom miał spadzisty dach i ciemne ściany. Do wejścia prowadziły niewysokie schody. Okna od frontu były szerokie, zaś na tyłach domu wąskie. Drzwi otworzył im niewidomy asystent Alana.
- Dobry wieczór - zaczął Jurij. - Byliśmy umówieni z panem Petrowiczem.
Asystent niespecjalnie zainteresowany długimi wyjaśnieniami egzorcysty, po prostu wpuścił parę do środka. Długi korytarz prowadził prosto do salonu, gdzie znajdował się pan domu i jego goście. Ich obecność trochę zaskoczyła pana Hornalika. Zwykle, gdy odwiedzał klientów miał do czynienia wyłącznie ze zleceniodawcą i jego najbliższymi.
To jego rodzina - szybko przyszło mu na myśl, chociaż wcześniej uważał, że Alan jest raczej ekscentrycznym dziwakiem, który nie ma żadnych bliskich poza wspomnianym bratankiem.
- Cieszę się, że wreszcie przybył pan - zaczął Alan, ściskając rękę Juriego, ignorując przy tym Wiki. Wydawał się być znacznie milszy, niż podczas wizyty w biurze.
- Mojego asystenta Radmira już poznałeś, a to moja córka Ida - wskazał na drobną blondynkę, siedzącą przy stole. - Moi dobrzy przyjaciele Bogna i Sergiej... - dodał, spoglądając na nich. - Na górze jest pokój chłopca. Zaprowadzę was.
- Chwileczkę - przerwał mu. - Najpierw chciałbym rozejrzeć się po domu i porozmawiać z państwem.
- Czy to konieczne?
- Pan na pewno wie, co jest konieczne - Bogna stanęła po stronie egzorcysty: - Nie bądź nieprzyjemny i oprowadź państwo - powiedziała to w taki sposób, jakby kpiąc ze zgryźliwego charakteru Alana.
- To nie będzie konieczne - stwierdził Jurij. - Moja asystentka zajmie się pomiarami, a ja rozmową z wami.
- Się robi, boss – zasalutowała Wiki.
Petrowicz nic nie odpowiedział. Czuł, że obecność egzorcysty zaczyna stawać mu ością w gardle. Rozmowa? Silenie się na uprzejmość? Wszystko po to, aby łaskawie zajrzał na pięć minut do pokoju Swarożyca. Nie było już odwrotu. Musiał przełknąć wścibstwo śmiertelnika, aby doprowadzić swój plan do skutku.

***


Jurij otworzył swój notatnik, włączył dyktafon i zaprosił do siebie pierwszą osobę, Alana Petrowicza.
- Czym pan się zajmuje?
- Prowadzę firmę produkującą plastikowe części do odkurzaczy - wyrecytował mechanicznie.
Jurij podniósł wzrok znad notatnika. Twarz jego zleceniodawcy nadal nie wyrażała żadnych emocji. Zaczął odnosić wrażenie, że w ten sposób śmieje się z niego. Rozmowy z pozostałymi były równie dziwne.
- Kim jesteś z zawodu? - przeszedł na ty z Sergiejem, który mógł być mniej więcej w jego wieku.
- Lekarzem.
- Jak opiszesz stan chłopca?
- Potrzebuje twojej pomocy.
- Może pan zdjąć okulary - rozmowę z Radmirem rozpoczął od prośby.
Odmówił. I tak przebiegała cała dyskusja z asystentem Petrowicza.
- Długo zna pani Alana?
- Tak... Byliśmy przyjaciółmi, kochankami... - Bogna mówiła bez najmniejszych oporów. - Opowiedzieć ze szczegółami?
Hornalik zamilkł.
- Kto mieszka w tym domu?
- Ja, tata i kuzyn - odparła Ida.
- A twoja mama?
- Nie żyje.
- Co z rodzicami tego chłopca?
- Mikołaj jest sierotą. Ja sprawuję nad nim opiekę - zakończył dyskusję Alan.
Na zakończenie rozmowy z panem Petrowiczem weszła Wiki. Bez słowa położyła na stole termometr i kartkę, na której zapisywała wyniki.
- Skończyłaś?
- Te temperatury są bezsensu - skomentowała.
- W kuchni jest piętnaście stopni Celsjusza, a w pokoju obok dwadzieścia pięć, zaś w salonie mamy minus, ale najzabawniejsze jest to, że będąc w tych pomieszczeniach nie czułam żadnej różnicy.
- Czyli termometr jest zepsuty - wyjaśnił bez większego zainteresowania. - W samochodzie powinien być zapasowy. Powtórz pomiar.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Drugi termometr mierzył podobnie. Podchodziła do tego na tyle lekceważąco, aby nie informować o tym fenomenie szefa. Wpisała temperaturę "na oko" i zaniosła szefowi. Jurij płacił jej grosze za pracę, która wydawała się być niespecjalnie ważna. Nigdy nie napotkali prawdziwych zjawisk paranormalnych i dlatego też traktowała swoje obowiązki z dużym dystansem.
Gdy szef w towarzystwie Alana i jego świty udał się na piętro, ona została w kuchni z niewidomym Radmirem. Mężczyzna siedział w milczeniu i na każde jej pytanie odpowiadał krótkim tak lub nie. Kobieta jednak nie zrażała się kontynuowała rozmowę z nim mimo wszystko.
- Nie widzisz od urodzenia, czy miałeś jakiś wypadek?
- Wypadek.
- Pewnie boli... Jestem ciekawa, jak wyglądasz bez okularów - ciągnęła, nie widząc w swojej ciekawości niczego niegrzecznego. - Możesz zdjąć?
Radmir uśmiechnął się i ze spokojem ściągnął okulary. W jednej chwili Wiki zaczęła żałować swojej prośby. Mężczyzna nie miał oczu, a jedynie lśniące dziury. Wokoło nich rozchodziły się świeże blizny, z których wypływała ropa. Dziewczyna spoglądała na twarz z przerażeniem. Wrzasnęła.

***


Pokój chłopca wydawał się, aż nazbyt dziecinny. Półki uginały się od zabawek, a ściany niemal w całości były oklejone plakatami z bajek. I wcale nie były to najnowsze bajki, a właściwie cała historia kina animowanego, co raczej było niespotkanym dla dziecka w tym wieku. Obok "Shreka" i "Krainy lodu" znajdowały się obrazki z kreskówek "Wilk i zając" oraz "Królewny Śnieżki". Pod oknem stało łóżko; ładne, dębowe z rzeźbionymi wzorami u głowy. Mikołaj był lichym i drobnym dzieckiem. Jego twarz okrywał cień, dlatego Jurij nie mógł przyjrzeć mu się dokładniej.
- I? - zaczął Alan.
- Możliwe, że ma pan rację - przyznał ostrożnie podchodząc do dziecka.
- Proszę powiedzieć formułkę.
- Formułkę? - zaśmiał się z pewną nerwowością Hornalik. - To nie są żarty!
- Zgadzam się. To jedyny sposób, aby pan się przekonał.
Powoli zaczynał mieć dość apodyktycznego zleceniodawcy. Dla świętego spokoju przeżegnał się.
Mikołaj podniósł się do pozycji siedzącej. Drżał z zimna, zaczął kaszleć, wypluwając coś na podłogę. Z jego twarzy niczym maska osunął się cień. Teraz wydawał się większy i bardziej realny. Uwagę egzorcysty rozproszył wrzask Wiki. W tym samym momencie cień rzucił się na niego. Poczuł silne uderzenie w klatkę piersiową. Zrobił krok do tyłu zahaczając o dywan potknął się i upadł na podłogę.

***


841 r. n.e.

Niegdyś zamek należał do bardzo bogatej rodziny. Co wieczór w jego murach wydawano przyjęcia. Zapraszano gości, ucztowano i bawiono się przy wspaniałej muzyce, aż do świtu. Trudno było powiedzieć, kiedy dokładnie jego życie zaczęło szarzeć. Podobnie jak usychający ze starości kwiat i zamek zaczął tracić blask. Problemy jego właścicieli były także jego zmartwieniami. Tyle że ludzie mogli odejść, a wraz z nimi muzyka, uczty i bale. Osamotniony zamek przestał przyciągać wspaniałością, a zaczął emanować brzydotą. Zaniedbany i porzucony istniał po środku lasu, nieopodal małej litewskiej wioski leżącej na północ od Niemna. I mógł tak gnić w osamotnieniu, gdyby nie pomoc bogini Siwy, która na jedną noc w roku budziła go do życia. Od zawsze wydawał się jej doskonałym miejscem do urządzania wystawnych przyjęć. Dlatego też po odejściu właścicieli przekonała Gromadę, aby tam spotykali się w noc poprzedzającą dożynki. Podejrzliwi mogli posądzić ją o wypędzenie właścicieli, a także rzucenie zaklęcia zapomnienia na mieszkańców wioski, bo zamczysko stało, a nikt o nim nie pamiętał.
Gdy we wsi rozpoczynały się dożynki, bogowie ziem słowiańskich rozpoczynali własne święto. Wtedy drzewa dookoła zamku rozstępowały się, a w ich miejscu pojawiała się złota droga, którą przyjeżdżały białe i błękitne bryczki. Zamkowe wnętrza zaczęły mienić się kolorowymi lampionami i obrazami. Z sufitów schodziły kryształowe żyrandole, śnieżnobiałe obrusy przykrywały drewniane stoły, a niewidzialni muzycy grali na niewidzialnych instrumentach. W rolę służby wcielały się duchy zaklęte przez Siwę i Dolę. Każdy z nich miał na sobie czerwoną kamizelkę ze złotymi guzikami. Barwni goście przybywający do zamku ubierali się w drogie szaty z dalekich stron. Na przyjęciu pojawiło się wielu bogów, a następni wciąż przybywali.
Gromadzie, bo tak nazywał się ich panteon, przewodziło czterech Ojców. Byli to Weles władający krainą zmarłych, Perun rozkazujący błyskawicom, Świętowit widzący wszystkie strony świata i Swaróg roztaczający opiekę nad promieniami słońca.
Bogowie reprezentowali otaczający ludzi świat. Nikt z nich, poza Ojcami Gromady, nie pamiętał początku istnienia świata, ale zgodnie z tradycją świętowali historię ziemi słowiańskiej.
Wysoki młodzieniec, Jaryło, stał pod ścianą i nieśmiało próbował nawiązać rozmowę z kilkoma rusałkami. Dzieci Chorsa bawiły się w kącie sali z synem Swaroga, Swarożycem. Kaszlący złotymi monetami Dażbóg i jego żona Podaga usiedli z boku sali komentując zabawę mniejszych bóstewek, jak określali patronujące błahostkom dobre duszki. Jednak największe ploty wzbudzali Trojan i Siwa, który przybyli na bal trzymając się za ręce.
- Jak to?! Są małżeństwem? - burzył się Dażbóg.
- I nie zaprosili nas na ślub?! Ja im z pewnością pomyślności finansowej życzyć nie będę - prychnęła Podaga, a następnie odwróciła się w stronę przechodzącej obok Doli:
- A gdzie wasza córka? Jeszcze dzisiaj jej nie widziałam.
- Niedługo się zjawi - odpowiedziała pośpiesznie. - Przepraszam, muszę porozmawiać z Perunem - dodała, nie chcąc zagłębiać się w dyskusję z plotkarą.
Perun skończył wesołą rozmowę z Welesem, po czym już z pełną powagą szepnął żonie na ucho:
- Wróciła już?
- Jeszcze nie - odparła Dola. - Zaczynaj. Wszyscy już czekają.
- Tak ważna noc, a ona znika bez śladu.
Dzisiaj chcieli ogłosić zaręczyny Mokosz z Świętowitem, ale przyszła panna młoda zdecydowała się nie dotrzeć na spotkanie Gromady. Perun mógł być tylko pewnym, że jej nieobecność w żaden sposób nie jest związana ze strachem przed zaślubinami, gdyż nikt poza jej rodzicami i Świętowitem o zaręczynach nie wiedział.
- Moi przyjaciele! - zawołał, powstając do toastu. - Spotykamy się tutaj raz do roku, aby oddać hołd ziemi, która nas zrodziła...
Wygłaszając mowę nie znał przyszłości. Nie wiedział, że przeobrażający się świat wymusi na nim zmianę imienia na Alan Petrowicza. To był odległy czas, od którego dzieliło go ponad tysiąc lat.
Na zamkową salę wszedł Białobóg, przerywając tym samym wznoszony toast. Pośpiesznym krokiem minął służących, ukłonił się nisko przed Ojcami i zajął miejsce przy stole biesiadnym. Niczym nieskrępowany zaczął napychać się jedzeniem.
- Życzę wam i sobie, moi bracia, pomyślnego roku - dokończył Perun.
Po oficjalnym toaście zabawa mogła trwać dalej.
- Białobogu, myślałem, że już nie dotrzesz - zaczął Swaróg.
- Miałbym zrezygnować z tego zacnego towarzystwa? - spytał, ale szybko ugryzł się w język. Nie chciał, aby jego cel został zdemaskowany na wstępie.
- A co słychać u szanownego braciszka? - zakpił Weles. - Wydawało mi się, że jakiś czas temu widziałem go na Białej Rusi.
- A co tam robiłeś? Odwiedzałeś swoje cudzołożnice?
Weles wydawał się nie wzruszony przytykiem.
- Jak widzisz mam sporo obowiązków w obu światach - odparł rozbawiony.
- Czarnobóg postanowił zerwać związki z Gromadą.
- Wypiera się naszej tradycji?! - równocześnie rozbrzmiały cztery głosy z czterech twarzy Świętowita.
- Nie wypiera się tradycji, a ignorancji - bronił go brat.
- Mów dalej - poprosił Perun, który od dłuższej chwili przysłuchiwał się wymianie zdań.
- Świętujemy tradycję, a nie widzimy jak ludzie wznoszą pomniki na część nowych bogów.
- I bardzo dobrze! - krzyknął Trojan. - Przy naszym stole miejsca dla nowych nie zabraknie!
Ktoś się zaśmiał.
- Nie o to chodzi, głupcze! - odpowiedział Białobóg. - Nowa wiara odciąga ludzi od nas.
- Potrzebni ci ludzie do czegoś? - Trojan nie odpuszczał.
- Miło, gdy nas czczą - zwrócił uwagę Swaróg.
- A jeszcze milej, gdy nie muszę wysłuchiwać ich próśb - dopowiedział Weles.
- Kiedyś wspomnicie moje słowa - mruknął Białobóg czerwieniejąc się przy tym ze złości.
Mały Swarożyc, siedzący obok ojca z niepokojem spoglądał na Białoboga i przesuwające się po jego twarzy żyły. Wyglądały jak fale na wzburzonym morzu.
- Czego od nas chcesz? - spytał Perun.
- Chcę, aby ludzie przestali istnieć.
- Wielkie marzenie - zaśmiał się pogardliwie Weles.
- Dosyć tego! - wrzasnął. - Nawet nie chcecie rozmawiać ze mną jak równy z równym! Cała ta wasza Gromada, przeklęte psy! - pod wpływem gniewu skóra na jego twarzy zaczęła pękać niczym wysuszona ziemia.
- To nie jest Białobóg... - wyszeptał Swarożyc.
Płaty suchej skóry odpadły. Wszyscy bogowie zgromadzeni na zamku poznali jego prawdziwą tożsamość. Przez komnatę przeszły szepty: Czarnobóg? Jak on to zrobił?
Po zjedzeniu brata, Czarnobóg zyskał nowe siły, a w tym możliwość zmiany wyglądu, mimo to nie do końca potrafił panować nad nowym sobą. Nie chciał ujawniać się tak szybko. Teraz nie miał wyboru, gdyż jego gniew wobec Ojców był ogromny. Nie mógł jednak pozwolić sobie na pojedynek z całą Gromadą. Musiał się jakoś wycofać. Intuicyjnie złapał za swój nóż i wymierzył cios na oślep. Jego rdzawe ostrze przejechało po szyi Świętowita. Z czterech twarzy wydobył się przeraźliwy krzyk, po którym ranione bóstwo upadło na ziemię. Wybuchła panika. Nikt nie myślał o zamachowcu, a o ofierze duszącej się własną krwią. Czarnobóg postanowi wykorzystać okazję i uciec. W przejściu minął spóźnioną Mokosz.

***


Jurij otworzył oczy. Nad nim stali córka Petrowicza i Sergiej.
- Jak? Co... - próbował złożyć sensowne pytanie.
Z jakiegoś powodu cały drżał. Coś, co znajdowało się w chłopcu uderzyło go z ogromną siłą. Sam cios nie był bardziej bolesny od zderzenia z podłogą, ale pozostawił po sobie nieprzyjemne uczucie. Dopiero po chwili zauważył, że w pomieszczeniu poza nim są jeszcze Bogna, Radmir i sam Petrowicz. Na łóżku siedział Mikołaj. Chłopiec wyglądał znacznie lepiej.
- Gdzie jest Wiki? - zapytał wreszcie.
- Na dole - odpowiedział Radmir.
- Co jej zrobiliście?!
- Nic jej nie będzie. Po prostu zemdlała - uspokoił go.
- Teraz musimy ją znaleźć i zabić - wyjaśnił Alan.
- Że Wiki? - wymamrotał skołowany Jurij.
- Mogę na nią zapolować z wami? - spytał podekscytowany Mikołaj.
- Ale... Co to było? - zapytał.
- Zapomnij! - mruknął Petrowicz zupełnie ignorując przy tym pytanie Hornalika. - Jeśli cię opęta ponownie będziemy musieli bawić się w szopkę z egzorcystą.
Jurij wstał z podłogi i nieco chwiejnym krokiem podszedł do zleceniodawcy.
- Pytałem! - krzyknął na tyle, na ile pozwalał mu ogólny stan. - Co to było?!
- Milcz! - usłyszał w odpowiedzi. - Nie mówisz do równego sobie!
- Żądam odpowiedzi!
Petrowicz miał dość. Korzystając z mocy psychokinezy rzucił egzorcystą o ścianę. Zaskoczony i obolały mężczyzna nawet nie próbował wstać. Nie wiedział, co się dzieje. Z przerażeniem spoglądał na Alana i jego towarzyszy. Chciał uciec, ale czuł, że miękkie ze strachu nogi nie pozwolą mu nawet wstać. Mógł jeszcze krzyczeć, ale wydawało się, że tym co najwyżej ich rozzłości.
- Nie masz prawa żądać! - ryknął. - Możesz co najwyżej błagać mnie, abym darował ci to aroganckie zachowanie!
- To niemożliwe - jęczał. - To... nie... niemożliwe.
- Wystarczy, Perunie - odezwał się Sergiej.
- Jeszcze słowo, a podzielisz los tego śmiertelnika - ostrzegł.
Ten posłusznie wycofał się, zaś wściekły Perun złapał Hornalika za nogę i przyciągnął do siebie niczym szmacianą lalkę.
- Nikt nie będzie lekceważył mnie w moim własnym domu!
Petrowicz nie przestawał się burzyć.Uścisk stawał się coraz mocniejszy i boleśniejszy. Przed oczyma egzorcysty przetoczyły się setki obrazów. Zaczął obawiać się, że to już koniec.
- Pro... Proszę - wyskomlał.
- Za późno na błaganie! - zaśmiał się Alan.
- Zostawcie mnie, czymkolwiek jesteście!
- Jesteśmy słowiańskimi bogami! Ostatnimi przedstawicielami pradawnego rodu, którego wielbili twoi przodkowie - mówił z dumą, która mieszała się z wściekłością. - Jestem Perun! Jeden z czterech Ojców Gromady!
Jurij nic nie odpowiedział. Miał mętlik w głowie. Z jednej strony w Petrowiczu było coś, co kazało mu wierzyć w jego słowa, z drugiej jednak cała sytuacja zakrawała o niedorzeczność i groteskę. Bogowie słowiańscy nie obchodzili go w tym momencie. O wiele bardziej przeżywał zetknięcie z czymś co opętało wcześniej Mikołaja.
- A... To coś... - próbował nazwać tajemniczą istotę. - Co to było?
- Strzyga - usłyszał w odpowiedzi. - To coś w rodzaju pasożyta, który żywi się duszami śmiertelników. W ciele boga nie mogła długo przetrwać.
- A więc powinniśmy ci podziękować, bo jeszcze trochę i strzyga zdechłaby, zabijając tym samym ciało Swarożyca - przyznała Bogna.
- Ale co ja takiego zrobiłem?
Perun miał dość. Puścił człowieka i bez słowa wyszedł z pokoju. W ślad za nim ruszyli Radmir, Ida i Sergiej. Ośmielony Hornalik wstał z podłogi i podszedł do Bogny i Mikołaja siedzących na łóżku. Chciał posłuchać i zrozumieć.
- Nie mogliśmy usunąć strzygi za pomocą siły. Sytuacja przypominała trochę mysz niechcącą opuścić nory w obawie przed kotem - zaśmiała się. - Potrzebowaliśmy przynęty.
- Ale dlaczego ja?
- Jesteś człowiekiem - odparł Mikołaj. - Upiory to wyczuwają.
- Nie mówiąc już o tym, że sprowokowałeś ją swoim działaniem - dodała kobieta, sięgając do torebki po papierosa. - Ale nie martw się. Już jest po wszystkim.
Do pomieszczenia weszła Wiki. Wyglądała, jakby otrzymała porządne uderzenie obuchem w głowę. Nic nie mówiła, tylko spoglądała na swojego szefa.
- Możemy już jechać? - spytała cicho.
Jurij nie wiedział, jakie pojęcie o całym zdarzeniu ma Wiki i co jej się przytrafiło podczas jego spotkania z upiorem. Chciał zapytać, ale dom Petrowiczów nie był najlepszym miejscem na takie rozmowy.
- Zaczekaj! - rozległo się wołanie.
Wiki zdążyła wyjść przed dom. Jurij zamarł. Głos Alana, Peruna, czy kimkolwiek był zmroził go.
- Chcę was wynająć.
- Do czego? - zapytał ostrożnie. - Wypędziliście tego ducha.
- Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy - przyznał.
- Skąd wiesz, że się zgodzę?
Alan spoglądał na niego z grobowym wyrazem twarzy.
- Dzisiaj byłem łagodny. Nie chciej zobaczyć, co dzieje się, gdy wpadam w prawdziwą furię - po czym dodał: - Czekam na was jutro.
Jurij wyszedł przed dom i od razu pokierował się w stronę samochodu, gdzie czekała asystentka. Oboje usiedli na masce samochodu i przez chwilę milczeli.
- Dziwny dzień - zaczęła
- Racja, ale dobrze zapłacili. Chyba los się do nas uśmiechnął – wysilił się na optymizm.

***


W międzyczasie, gdy bogowie świętowali wypędzenie zjawy ze Swarożyca, Perun siedział w swoim gabinecie. W wirze wydarzeń pozostali zdawali się zapomnieć o najważniejszym, przyczynie opętania. Nie wierzył, że jakiś przypadkowy demon mógłby po prostu zaatakować kogoś z Gromady. Opętanie musiało być celowym działaniem. Jedynym jego tropem wydawał się być przedmiot, który podczas próby egzorcyzmu wypluł Swarożyc.
- Skóra - mruknął do siebie, oglądając ze wszystkich stron skrawek.
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość