ISET

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

ISET

Postautor: Vampircia » 11 gru 2011, 19:10

Mam mieszane odczucia odnośnie tego pomysłu. Czasem mam wrażenie, że jest świetny, czasem że idiotyczny. Potraktujmy to jako rodzaj eksperymentu.

tytuł: "ISET"
autor: Vampircia
gatunek: s-f
ostrzeżenia: przemoc i przekleństwa w późniejszych rozdziałach
opis: Joanna jest niespełnionym geniuszem, który w końcu dostaje swoją szansę wzięcia udziału w najważniejszym projekcie ludzkości.
status: zakończone


Rozdział I - „Wchodzę w to”

Po arktycznym pustkowiu przechadzało się dwoje ludzi, młodych, jeszcze przed trzydziestką. Nie przypominali rdzennej ludności Grenlandii, raczej europejskich podróżników. Nieśli ze sobą plecaki i strzelby, bez których samotne wyruszanie w te rejony objęto wręcz zakazem. Szli wybrzeżem, które o tej porze roku było pozbawione śniegu, jednak na morzu dryfowały pojedyncze fragmenty góry lodowej. Choć miejsce zdawało się surowe i niegościnne, urzekało wielu swym nietypowym pięknem.
- Nie natrafiliśmy jeszcze na żadnego misia polarnego – rzekła kobieta zawiedzionym głosem.
- Misie to są w bajkach. Tu są niedźwiedzie. I cieszę się, że na żadnego nie natrafiliśmy – odparł mężczyzna, który najwyraźniej nie podzielał entuzjazmu koleżanki odnośnie spotkania z tutejszą fauną.
- Gdzie się podziała twoja wola przygody?
- Przemarzła na kość i ma ochotę wrócić do domu. Następnym razem udajmy się w jakieś cieplejsze miejsce.
- Zimno ci straszne? Co z ciebie za góral?
- Ciepłolubny. Serio, Aśka, nie muszę ci udowadniać swojej męskości w starciu z misiem. Zrobiłem to ostatnio w naszych kochanych Tatrach, kiedy cię niosłem na plecach przez pięć kilometrów, bo skręciłaś kostkę.
- Chyba ci się to podobało.
- Nie pochlebiaj sobie.
Rozmowa szybko zaczęła bawić przyjaciół. Znali się od dziecka i nie szczędzili sobie pikantnych docinków. Co ciekawe różnili się prawie pod każdym względem, a jednak doskonale dogadywali. Nawet jeśli chodziło o wygląd, stanowili dwa przeciwne bieguny. Sławek wyróżniał się z tłumu. Nosił dredy oraz brodę i miał kilka sporych tatuaży, które obecnie zasłaniało ciepłe ubranie. Za to Joanna była bardzo przeciętna, bez specyficznego stylu czy typu urody. Nawet kolor swoich włosów uważała za nijaki, ni to brązowy, ni to ciemny blond. Zresztą nie przywiązywała do nich szczególnej wagi, związywała je w krótki kucyk, byle tylko było jej wygodnie. Średni wzrost, normalna waga, twarz ani piękna, ani szpetna – stanowiła obraz zwykłej młodej kobiety. Jednak pod względem intelektualnym nie można było mówić w jej przypadku o jakiejkolwiek przeciętności. W wieku dwudziestu pięciu lat została doktorem fizyki, a majsterkowaniem zajmowała się od dziecka. Niestety stanowiła stereotyp niespełnionego geniusza. Jej projekty i prace naukowe jedynie zbierały kurz, nawet jeśli udawało się im choć na chwilę zaistnieć na jakimś sympozjum. Czasami zazdrościła Sławkowi, który był jedynie zwykłym hydraulikiem, a jednak robił coś dużo pożyteczniejszego od niej.
- Pieprzę, następnym razem na pewno pojedziemy gdzieś, gdzie jest ciepło – powiedział po chwili milczenia mężczyzna.
- Masz coś konkretnego na myśli?
- Hmmm... Góry Sierra Nevada.
Wtedy Joanna przypomniała sobie o jednej, bardzo istotnej rzeczy. Rzeczy, o której chciała zapomnieć dzięki wyprawie przez grenlandzkie odludzie.
- Muszę zacisnąć pasa. Rzucam robotę – wyznała, zatrzymując się na chwilę.
- Wiem, że nigdy nie lubiłaś pracy teoretyka, ale... czemu, jeśli można widzieć? - zainteresował się Sławek.
- Cóż... pokłóciłam się z profesorem.
- O co tym razem?
Odpowiedź koleżanki wcale nie zaskoczyła mężczyzny. Doskonale znał jej charakter i wiedział, że ciężko jej unikać konfliktów. Potrafiła być bardzo uparta.
- Pamiętasz tę moją ostatnią pracę? Tę, którą pisałam kilka lat?
- „W miesiąc na Marsa” czy jakoś tak?
Joanna się skrzywiła.
- W twoich ustach zabrzmiało to jak fantastyka naukowa – mruknęła.
- A nią nie jest?
Tym razem kobieta wyglądała na jeszcze bardziej zdenerwowaną, ale się opanowała.
- No dobra, ty się możesz nie znać. Ale on jest niby taki mądry, a nie jest w stanie pojąć prostej koncepcji napędu jonowego. Jak ja mam się rozwijać, skoro otaczają mnie idioci? Nawet wysłałam to cholerstwo do zagranicznych instytucji. Żadnego odzewu.
- Jesteś zbyt ambitna. Zajmij się bardziej przyziemnymi projektami. Może jakimś alternatywnym źródłem energii dla samochodów? To byłoby super.
- Takimi rzeczami to się zajmowałam w liceum. Zresztą to by nie przeszło, za duża korupcja jest.
- No to wróć do Zakopanego i zacznij sprzedawać oscypki – skwitował Sławek.
Przeszli jeszcze kilka kilometrów, po czym zaczęli wracać. Po pierwsze droga stała się bardzo monotonna, po drugie mężczyzna coraz bardziej narzekał na ziąb. Póki co Grenlandia okazała się rozczarowaniem. Jednak tego dnia na Joannę czekała jeszcze jednak niespodzianka. Gdy zbliżali się do obozu, zadzwonił jej telefon. Zdziwiła się, że w ogóle miała zasięg, ale to pewnie dlatego, że stolica znajdowała się stosunkowo niedaleko. Kobieta odebrała i nim zdążyła powiedzieć cokolwiek oprócz „słucham”, rozszerzyła oczy ze zdumienia.


Sądziła, że po powrocie na Uniwersytet Jagielloński powita ją twarz obrażonego profesora, a nie obcy służbowy samochód zaparkowany tuż przed instytutem. Od czasu otrzymania telefonu nie mogła uwierzyć, że to wszystko, co się dzieje, jest prawdą, ale w końcu musiała, bo oto miała przed sobą niezbity dowód. Z samochodu wysiadł mężczyzna w popielatym płaszczu. Cywil, ale miała wrażenie, że reprezentuje jakąś ważną organizację, może nawet wojskową.
- Pani Joanna Dunajewska? - spytał po angielsku.
Kobieta przytaknęła. Swego czasu intensywnie uczyła się obcego języka tylko na potrzeby publikowania prac naukowych. Teraz czuła, że przyda jej się do czegoś więcej.
- Ile potrzebuje pani czasu na spakowanie się? - spytał mężczyzna, zaskakując ją jeszcze bardziej.
- Yyy... O co chodzi?
- Szef pewnej międzynarodowej organizacji jest fanem pani prac i chciałby z panią porozmawiać. Wchodzi tu w grę bardzo lukratywna posada. Samolot już czeka. Zabierze panią prosto na stację badawczą na Antarktydzie.
- Gdzie?!
Joanna była w szoku. Ale gdy ten minął, nie zastanawiała się zbyt długo. Należała do osób, które szybko podejmowały decyzję. Poza tym od dawna marzyła o dniu takim, jak ten, gdy otworzyłaby się przed nią szansa całkowitej odmiany życia. Do tego nie miała partnera, dzieci i zobowiązań. Potrafiła rzucić wszystko i wyjść naprzeciw wyzwaniu.
- Dajcie mi godzinę – powiedziała pewna siebie.


Joanna była tak podekscytowana, że przez całą podróż myślała tylko o tym, co czeka ją na miejscu. Zastanawiała się czy to możliwe, że miała wziąć udział w programie marsjańskim. Intrygowało ją położenie celu jej wyprawy. Antarktyda? Dlaczego akurat tam miałyby być czynione przygotowania do wyprawy na czerwoną planetę? Może przeprowadzano tam jakieś testy? A może chodziło o coś bardziej trywialnego? Może miała być jedynie konsultantem przy jakichś odwiertach czy innych badaniach przeprowadzanych na biegunie? Tak czy siak, cieszyła ją perspektywa diametralnej zmiany w życiu.
Większość osób nie ucieszyłoby się na widok stacji badawczej na lodowym pustkowiu, ale Joannę widok wielkich hangarów przysypanych śniegiem ucieszył równie bardzo, co wakacje na Hawajach przeciętnego zjadacza chleba. Nie przeszkadzało jej zimno, słaba widoczność oraz prószący śnieg. Z radością pobiegła w kierunku wejścia. W środku nie było zbyt wiele do podziwiania, przynajmniej nie w korytarzu, którym ją prowadzono. Ale ona podziwiała z zapartym tchem każdy szary ascetyczny skrawek podłogi czy sufitu. Pokój, do którego trafiła, wyglądał równie skromnie. Znajdowało się w nim niewiele mebli, większość miejsca zajmował długi stół, przy którym zmieściłoby się okołu dziesięciu osób. Jednak siedziała przy nim tylko jedna: siwiejący mężczyzna o długich włosach sięgających ramion i bardzo długo nie golonym zaroście. Joanna domyślił się, że musi to być ktoś ważny, ale spodziewała się raczej kogoś ubranego w czarny garnitur, a nie wełniany sweter i kraciaste spodnie.
- Witam, profesor Peter Price. - Mężczyzna wstał, podał gościowi rękę i uśmiechnął się serdecznie. - Pani Joanna Dunajewska, jak mniemam? - przemówił z wyraźnym teksańskim akcentem.
Kobieta przytaknęła i zauważyła, że została z ekscentrycznym jegomościem sam na sam.
- Proszę usiąść – mężczyzna wskazał krzesło obok swojego, a z jego twarzy nie znikał uśmiech. Sięgnął po plik papierów, leżący na szczycie dość pokaźnego stosu. - Upewnijmy się czy wszystko się zgadza. Joanna Dunajewska, urodzona w Zakopanem, wiek dwadzieścia osiem lat, doktorat z fizyki, fakultet z astronomii, hobby: survival... Pominąłem coś?
- Survival to chyba za mocno powiedziane. Nie bawię się w Beara Gryllsa, po prostu lubię podróżować – sprostowała kobieta.
- Od dłuższego czasu śledziłem pani publikacje i muszę przyznać, że pani pomysły są bardzo odważne, ale też dobrze poparte naukowymi faktami. Uważam, że będzie pani idealna do funkcji, którą chcę pani powierzyć.
Najwyraźniej profesor Price był mistrzem tworzenia napięcia, bo skutecznie odwlekał wyjaśnienie całej sytuacji i sprawiał, że Joanna coraz bardziej się niecierpliwiła.
- Czy chodzi o program marsjański? - spytała w końcu, mając dosyć czekania.
- Nie, o coś znacznie lepszego – profesor uśmiechnął się tajemniczo. - Jednak mogę kontynuować, tylko jeśli pani to podpisze – wręczył kobiecie formularz.
- Co to takiego?
- Klauzula tajności. Wszystko, co pani tu usłyszy, nie może wydostać się poza obręb bazy
Sprawy robiły się coraz bardziej interesujące. Chyba naprawdę musiało chodzić o coś więcej niż program marsjański. Przez chwilę Joanna wpatrywała się w białą kartkę papieru, nie zwracając za bardzo uwagi, co było na niej napisane. W oczy rzuciło jej się tylko logo w kształcie spirali z napisem ISET, które zauważyła już wcześniej wewnątrz bazy. Nie wiedziała, co ów skrót oznacza, ale podpisała bez dłuższego zastanawiania. Nie po to przebyła tyle tysięcy kilometrów, by teraz wrócić do domu, nie dowiedziawszy się nawet, w jakim przedsięwzięciu mogła wziąć udział. Wtedy profesor przeszedł do rzeczy.
- Postaram się opowiedzieć wszystko w skrócie, gdyż inaczej do jutra byśmy stąd nie wyszli. Szczegóły już będzie musiała pani sama doczytać do poduszki – z tymi słowy podał Joannie całkiem pokaźny raport. - W latach siedemdziesiątych na Antarktydzie został odkryty niecodzienny obiekt: statek kosmiczny.
Nawet osoba o tak otwartym umyśle jak Joanna otworzyła ze zdumienia oczy na dźwięk słów profesora. Na razie jednak nic nie powiedziała i słuchała dalej.
- Technologia, którą tam znaleźliśmy, jest nam całkowicie obca, ale przez lata badań udało nam się wreszcie rozgryźć podstawowe mechanizmy działania pojazdu i go uruchomić. Dlatego też powołana została organizacja nazwana International Space Exploration Team, w skrócie ISET, której celem jest badanie kosmosu przy pomocy narzędzia, które obecnie mamy do dyspozycji.
- Zaraz... A co z ciałami? W statku musiały być jakieś ciała obcych – powiedziała Joanna, która próbowała ogarnąć umysłem to wszystko, co przed chwilą usłyszała.
- Nie znaleźliśmy żadnych śladów bytności istot żywych.
- No ale to bez sensu. Po co mieliby na Ziemi zostawiać pusty statek?
- Cóż... mam nadzieję, że pomoże nam pani odpowiedzieć na niektóre pytania. Bez wątpienia statek skrywa wiele tajemnic, ale na razie zaledwie liznęliśmy czubek góry lodowej.
- Lataliście już tym czymś?
- O tak. Odwiedziliśmy już jakieś kilkadziesiąt układów.
Tym razem Joanna rozdziawiła usta i zamilkła na chwilę, ponieważ fakt, że ludzie odwiedzają obce planety zszokował ją bardziej niż dowód na istnienie kosmitów, w których obecność zawsze wierzyła.
- Zaraz! Bez jaj! Chce pan powiedzieć, że mamy dostęp do innych planet i wszystko jest trzymane w tajemnicy?!
- Może na razie skupmy się na faktach. Tu ma pani opis wszystkich światów, które udało nam się poznać. - Profesor położył przed kobietą kolejny stos raportów.
- Jak ten statek w ogóle działa? Przekracza prędkość światła? Zagina czasoprzestrzeń?
- Tutaj znajdują się wszystkie dane techniczne.
Na stosie wylądował kolejny raport.
- Myślę, że najlepiej będzie jeśli pani zobaczy pojazd na własne oczy.
Profesor zaprosił Joannę na mały spacer, podczas którego kontynuowali rozmowę.
- Okryliście jakieś życie pozaziemskie? - spytała podekscytowana kobieta.
- Póki co głównie proste organizmy. Nie natknęliśmy się jeszcze na żadne inteligentne formy.
Gdy znaleźli się w hangarze oznaczonym jako numer 1, Joanna oniemiała z zachwytu. Nie zwracała uwagi na profesora, który właśnie wzywał kogoś przez krótkofalówkę, ani na żadnych innych ludzi. Cała jej uwaga skupiła się na maszynie, którą właśnie miała przed sobą. Była zdecydowanie mniejsza od przeciętnego samolotu pasażerskiego, ale i tak robiła ogromne wrażenie. Nie przypominała niczego stworzonego przez człowieka. Ze swą białą opływową powłoką statek wyglądał niczym wielkie spłaszczone jajo. Joanna dostawała gęsiej skórki na samą myśl co może znaleźć w środku. Z transu wyrwało ją dopiero pojawienie się kolejnej osoby.
- To jest major Gareth Carpenter – przedstawił jegomościa profesor. - Pilotuje ten nasz skarb.
- Witam – przywitał się mężczyzna.
Był niewiele starszy od Joanny i sprawiał sympatyczne wrażenie. Zdawał się wręcz miłym rudowłosym misiem. Nosił granatowy kombinezon z logiem ISETu na piersi, jak zresztą większość tutejszych pracowników na służbie. Profesor zdawał się wyjątkiem, najwyraźniej jego pozycja pozwalała mu na totalną dowolność ubioru. Jego przykład pokazywał, że nie wzrost świadczył o człowieku, bo był znacznie niższy od majora, który też do wielkoludów nie należał.
- No to co? Mała przejażdżka? - Pilot zatarł z zadowoleniem dłonie.
W odpowiedzi profesor jedynie skinął dłonią, jakby pokazując Joannie, że zaprasza ją na pokład. Sam nie opuścił lądu, dał Garethowi wolną rękę, co pokazywało, że musiał bardzo mu ufać. Kobieta nawet nie zauważyła, kiedy drzwi do pojazdu otworzyły się. Wcześniej nawet ich nie zauważyła. Bo nawet nie było czego zauważać. Pojawiły się nagle, jakby oddzieliły się od ściany i uniosły. Joanna nie mogła się powstrzymać i po wejściu na pokład zaklęła w ojczystym języku. Oczywiście z zachwytu. Miała przed sobą podświetlany kokpit, który nawet nie wyglądał tak obco, nie licząc zupełnie nieznanych jej symboli. Fotele też zdawały się zadziwiająco ziemskie, choć nieco za duże na przeciętnego człowieka.
- Jakakolwiek rasa to stworzyła, musiała być humanoidalna – wymamrotała zdziwiona.
- Zaskakujące, co? - zauważył major.
- Jakby głębiej się nad tym zastanowić, to nie do końca. Większość naukowców twierdzi, że jeśli istnieje gdzieś poza ziemią inteligentne życie, to nie powinno nas przypominać, ale większość naukowców to idioci. Steven Hawking uważa, że wszechświat jest tak rozległy, że praktycznie każda możliwość powinna w nim zaistnieć, więc kto wie, może istnieją gdzieś Volcanie i Klingoni? Istnieje nawet teoria, która mówi, że w obrębie naszego wszechświata mogą gdzieś istnieć kopie Ziemi... - kobieta urwała, gdy zdała sobie sprawę, że nie jest na wykładzie. - Przepraszam, czasem mnie ponosi.
- Będziemy mieć jeszcze wiele czasu na rozważania. Myślę, że w pierwszej kolejności chciałabyś się przelecieć – z tymi słowy Gareth zajął miejsce u sterów, jeśli tak można było to nazwać.
Gładki metaliczny fotel nie sprawiał wrażenia wygodnego, ale gdy Joanna w nim usiadła, zauważyła, że jest miękki i przyjemnie dopasowuje się do kształtu ciała. Pilot jednym muśnięciem konsoli podniósł przesłonę i wtedy przez przednią szybę kobieta mogła zobaczyć wnętrze hangaru oraz rozsuwającą się kopułę. A przynajmniej to, co przed sobą miała, uznała za przednią szybę, bo wątpiła, by wykonano ją z klasycznego szkła.
- Gdzie są pasy? - spytała.
Odpowiedzi prawdopodobnie nigdy by nie usłyszała. Gareth po prostu wystartował, a kobieta nawet nie poczuła wciśnięcia w fotel. A musieli poruszać się z naprawdę ogromną prędkością, bo kilka sekund później widziała już gwiazdy i krawędź Ziemi widoczną z orbity. Obraz ten oglądała wiele razy w telewizji i nawet raz w IMAXie, ale dopiero teraz zrobiło to na niej tak silne wrażenie, że zaniemówiła. Nawet nie zachodziła w głowę, jakim cudem wciąż czuje ziemskie ciążenie. Wszystkie techniczne pytania, choć było ich sporo, odsunęła na bok. W obecnej chwili chciała się tylko napawać niebywałym spektaklem, który się właśnie rozgrywał na jej oczach.
- No to może udamy się trochę dalej? Proponuję od razu z grubej rury. Nie chciałabyś zwiedzić pierwszego obcego układu odkrytego przez twojego rodaka?
- Chciałabym... - wymamrotała Joanna niczym w transie, jednak po chwili się zreflektowała. - Zaraz, czekaj... - krzyknęła z trwogą, ale było już za późno.
Pilot wybrał punkt na holograficznej mapie, która przed chwilą wyświetliła się tuż przed nimi, a kobieta odruchowo zasłoniła się przedramionami. Był to akt pozbawiony wszelkiej logiki, ale Joanna wciąż była tak oszołomiona całą sytuacją, że nie potrafiła myśleć racjonalnie. Dopiero po dłuższej chwili spojrzała przed siebie i jej oczom ukazało się błyskające oblicze gwiazdy neutronowej. Jakimś cudem wciąż żyli, choć według wszelkiej wiedzy dostępnej człowiekowi nie powinni.
- Chyba nie myślisz, że zabrałbym cię tu, gdybym wiedział, że coś nam grozi. Ten statek wytwarza pole ochronne – wytłumaczył pilot. - Promieniowanie nic nam nie zrobi. Właściwie to podlecę na jedną z tych planet i udamy się na mały spacerek.
Joanna popatrzyła się na mężczyznę jak na idiotę, bo nie mogła uwierzyć, że mówi poważnie. Pole ochronne wokół statku to jedno, ale czy naprawdę istniał skafander, który mógł uchronić człowieka przed zabójczym promieniowaniem pulsara? Logicznie rzecz biorąc, jeśli istniało jedno, to czemu nie drugie, ale zwykłe ludzkie lęki i instynkty nieco przyćmiły otwarty umysł kobiety.
- No chodź – ponaglił ją Gareth i pociągnął za rękę.
Wkrótce znaleźli się na dolnym pokładzie, w którym było dość ciemno, ale Joanna zauważyła kilka podświetlanych kapsuł, które skojarzyły jej się z komorami hibernacyjnymi. Domyśliła się jednak, że ich przeznaczenie było zgoła inne. Zaufała Garethowi i weszła do jednej z nich. Wstrzymała oddech, gdy poczuła, że jej ciało oplata tysiące cienkich kabli. Utworzyły wokół niej coś w rodzaju dokładnie dopasowanego pancerza, choć wcale nie odczuwała jego ciężaru i odnosiła wręcz wrażenie, że wcale nie jest szczelny. Zresztą jej głowa nie została dokładnie osłonięta. Jej oczu nie zakrywała żadna szyba czy inna bariera. Wyglądało to raczej jak otwarty kask kierowcy rajdowego.
- Jak to niby ma nas ochronić? - spytała pilota z wyrzutem.
Ten w odpowiedzi podszedł do niej i nacisnął coś na panelu, który znajdował się na wysokości jej klatki piersiowej. Joanna nawet go wcześniej nie zauważyła. Po poczynaniach Garetha również nie poczuła żadnej różnicy. Popatrzyła więc nań pytająco, a on, by udowodnić jej, że wszystko jest w porządku gwałtownie skierował dwa wyciągnięte palce w stronę jej oczu, jakby chciał je wydłubać. Kobieta je odruchowo zacisnęła, a kiedy je otworzyła, zauważyła, że palce majora zatrzymały się na niewidzialnym polu siłowym.
- Widzisz? Wszystko gra. Nie martw się, naukowcy to testowali przez prawie czterdzieści lat.
W końcu Joanna się przemogła i podążając za mężczyzną, opuściła statek. Niepewnie, bo niepewnie, ale za to ze wzrastającym podekscytowaniem. Gdy znaleźli się na zewnątrz, zostali powitani agresywnym, pulsującym światłem. Kobiecie przypomniało się, kiedy raz, będąc na studiach wybrała się na technoparty. Oszołomiło ją wtedy światło stroboskopów i w tej chwili obserwowała coś podobnego, tyle że znacznie silniejszego. Planeta była martwa, bo nic nie mogło przetrwać w takich warunkach. Przypominała trochę Księżyc, ale niezwykłe widowisko zgotowane przez macierzystą gwiazdę, czyniło ją miejscem ze snu. Joanna nie tylko znalazła się setki lat świetlnych od domu, ale na dodatek w środowisku, które zdawało się niedostępne jakiejkolwiek żywej istocie. A jednak stała tu, żyła i doświadczała czegoś, co wyglądała na zbyt niebywałe nawet dla fantastyki naukowej.
- To jest piękne... - wydukała w zachwycie.


Kopuła otworzyła się i statek bezpiecznie wylądował w hangarze. Po chwili pokład opuściło dwoje ludzi. Mężczyzna wyglądał na zadowolonego, ale widać było, że podobnych lotów wykonał już mnóstwo, bo podróż nie zrobiła na nim jakiegoś szczególnego wrażenia. Natomiast kobieta była tak oniemiała, jakby przed chwilą złożyła wizytę samemu Bogu. Profesor powitał ją uśmiechem, jakby wiedząc już, jakich słów się po niej spodziewać.
- I jak wrażenia? - spytał.
- Wchodzę w to – odparła Joanna bez zastanowienia.
Ostatnio zmieniony 25 paź 2012, 22:36 przez Vampircia, łącznie zmieniany 3 razy.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Re: ISET

Postautor: Astroni » 25 gru 2011, 02:56

Przeczytałam :) I mam nadzieję, że i ty chętnie przeczytasz, bo mi się rozeeeeeeszło...

Generalnie miłe takie. Zdecydowanie pomysł nie jest idiotyczny (no bez jaj, dlaczego? XD), ale świetny też nie musi być, przynajmniej okiem, bo nie ma tam żadnego "uderzenia", które sprawiłoby, że i czytelnik by na chwilę zgłupiał - zwróć uwagę, że wszystko dzieje się dokładnie według konwencji. Ale to początek dopiero, więc pewnie oceniam na wyrost, tj. jeszcze może być świetnie.

Dialogi uważam za całkiem niezłe. Po paru innych twoich opowiadaniach (Magiel ostatnio czytałam) obawiałam się, że te tutaj też będą skromne i poganiane, ale uważam, że jest fajnie. Co prawda rozmowa na Grenlandii była jedynie tylko opisana, a nie "przeprowadzona", a dyskusje z tamtymi z organizacji nie mogły być zbyt złożone, ale nie miałam wrażenia typu:
- Odkryliśmy statek kosmiczny.
- Aha.

Było trochę wzburzenia, podniecenia; rozmowa na Grenlandii przebiegła jak powinna i trochę wyjaśniła, a tamta w bazie była krótka informacyjna, ale na szczęście tylko u jednej ze stron. Obie były naturalnie "rozmemłane" z pytaniami wtrącanymi bez jakiejś sztucznej kolejności, która się niektórym zdarza. Co do opisów uważam, że już sobie z nimi całkiem nieźle radzisz, niektóre epitety nawet bardzo mi się podobały (rudowłosy miś, błyskające oblicze gwiazdy neutronowej), choć nadal coś jest zbyt ogólnego w opisie odczuć. Może... coś niekiedy oprócz ekscytacji? Zaufanie? Wątpliwości (co do swojej przyszłości, co do faktu trzymania tego w tajemnicy)? Podziw?

A teraz bezpośrednio po tekście:

Vampircia pisze:ale podpisała bez w dłuższego zastanawiania

Babolek literowy, ale, jeśli mnie wzrok nie myli, tylko jeden.

Gorzej z przecinkami. Np. tu nie powinno go być:
Vampircia pisze:ale niezwykłe widowisko zgotowane przez macierzystą gwiazdę, czyniło ją miejscem ze snu


A tutaj powinny:
Vampircia pisze:Joanna dostawała gęsiej skórki na samą myśl, co może znaleźć w środku.
Jednak mogę kontynuować tylko, jeśli pani to podpisze
Nawet, jeśli chodziło o wygląd, stanowili dwa przeciwne bieguny

W tym drugim to komuś już tłumaczyłam - musi być jeden czasownik w zdaniu składowym. A że za nawet też jest, to chodzi o to, że w rzeczywistości mamy jedno zdanie wciśnięte w drugie i przecinki to oznaczają (Nawet stanowili dwa przeciwne bieguny).

Vampircia pisze:Zdawał się wręcz miłym rudowłosym misiem

Zdaje mi się, że w parze z zdawał się potrzebny jest czasownik (zdawał się zanikać, zdawał się płynąć), więc tam będzie być. Ale może niekoniecznie.

Vampircia pisze:- Zaraz... A co z ciałami? W statku musiały być jakieś ciała obcych (...)
- No ale to bez sensu. Po co mieliby na Ziemi zostawiać pusty statek?

Hmm, sonda bezzałogowa? :mrgreen:

Vampircia pisze:- Jak ten statek w ogóle działa? Przekracza prędkość światła? Zagina czasoprzestrzeń?
- Tutaj znajdują się wszystkie dane techniczne.

Jak to: opuściłaś najciekawsze? :<

Vampircia pisze:Pilot jednym muśnięciem konsoli podniósł przesłonę i wtedy przez przednią szybę kobieta mogła zobaczyć wnętrze hangaru oraz rozsuwającą się kopułę.

Znaczy wcześniej w środku było ciemno? Czy jakieś oświetlenie? Raczej nie stworzone przez poprzednich właścicieli statku, więc może coś podczepiane, trochę jak w kopalni? Jakieś obserwacje co do wzroku tych Obcych? A może ze dwa słowa, czy wnętrze było/wydawało się być duże czy nie.
Napisz, proszę :D Podobnie wcześniej przy tym spacerze po Grenlandii brakowało mi czegoś o chmurach, o porze dnia (jeśli to blisko bieguna, to tym bardziej powiedzieć o tym, jak to wyglądało)...

Vampircia pisze:A przynajmniej to, co przed sobą miała, uznała za przednią szybę (...).

Lepiej by to brzmiało: Zakładając że to, co przed sobą miała, można było uznać za przednią szybę

Vampircia pisze:Pilot wybrał punkt na holograficznej mapie, która przed chwilą wyświetliła się tuż przed nimi, a kobieta odruchowo zasłoniła się przedramionami. Był to akt pozbawiony wszelkiej logiki, ale Joanna wciąż była tak oszołomiona całą sytuacją, że nie potrafiła myśleć racjonalnie. Dopiero po dłuższej chwili spojrzała przed siebie i jej oczom ukazało się błyskające oblicze gwiazdy neutronowej.

Musiałam przeczytać trzy razy, bo to wyglądało, jakby zasłaniała się przed tą mapą :D

Vampircia pisze:- Widzisz? Wszystko gra. Nie martw się, naukowcy to testowali przez prawie czterdzieści lat.

Jego to chyba bawi, więc to też bym opisała. Pewnie nie był przy najcięższżym naukowym myśleniu, a jedynie nauczył się obsługi z naukowych tutoriali, może nawet lekceważy naszą panią doktor za to, że jest taka zdziwiona tym, co on już uważa za swoją codzienną pracę?

I coś jeszcze jest, co bym napisała inaczej - najpierw mamy samą rozmowę w samym pokoju, potem ten pokaz. A wyobraź sobie, jak by to było, gdyby facet zaczął od Myślę, że najlepiej będzie jeśli pani zobaczy to na własne oczy i od razu zabrał ją do tamtego hangaru? Można powiedzieć, że nie taki widok może utrudniać myślenie, ale w praktyce profesor nie powiedział jej wiele więcej niż Weźmie sobie pani przeczyta. I to by była piękna okazja dla ciebie do pobawienia się z opisem mieszanym z dialogami (akurat dialog takiego rozmiaru wymuszałby chyba nieco więcej opisu wyglądu tego statku i wrażeń, które wywoływał, co by było dobre).
Poza tym ja nie lubię pisać o takich rzeczach jak tajne organizacje, gabinety prezydenckie i takie tam, bo one mają swoje określone procedury zabezpieczeniowe, specyficzne zwyczaje i liczbę personelu... O tym trzeba pisać, tak nie wiemy nawet kto ją konkretnie prowadził do profesora, kiedy wysiadła... no właśnie, z czego?
Jest nawet zdanie Z radością pobiegła w kierunku wejścia sugerujące, że poszła tam bez żadnej obstawy O.o

A to mi się podobało ;)
Vampircia pisze:- To jest piękne... - wydukała w zachwycie.


Ale jest potencjał i wiara w wykorzystanie możliwości :) Musisz przede wszystkim spróbować zaskoczyć sama siebie - kiedy coś piszesz, to zdarza się, że jesteś niekiedy zszokowana pomysłem, na który sama wpadłaś?
Nie powiem, że nie mogę doczekać się ciągu dalszego, bo jakoś nigdy tak nie mam (ja ciągle nie doczytałam tej dukajowej Perfekcyjnej Niedoskonałości!), ale będę obserwować Obrazek
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.

[center]^^^[/center]
Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1276
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 25 gru 2011, 10:57

Astroni, jako skromna i nie zawsze z siebie zadowolona, ale walcząca, gdy ma pewność,że się nie myli, Beta Vampirci muszę się z Tobą w kilku kwestiach dotyczących interpunkcji itp. nie zgodzić. Co prawda korektę tego rozdziału robiłam na konwencie, gdzie byłam nieco rozmemłana (może też nie wszystko Vampircia zapomniała zawrzeć, przepisując tekst na kompa, zdarza się), więc mogłam popełnić kilka błędów i dobrze, że zwróciłaś na nie uwagę, są rzeczy, co do których jestem pewna, że nie masz racji:


Astroni pisze:Jednak mogę kontynuować tylko, jeśli pani to podpisze
Tutaj masz rację z przecinkiem, natomiast wg mnie lepiej by mu było przed "tylko", dwa spójniki koło siebie rzadko się rozdziela przecinkiem.

Astroni pisze:Nawet, jeśli chodziło o wygląd, stanowili dwa przeciwne bieguny
Tu też masz rację, że przecinek powinien być, ale tylko jeden, bo "nawet jeśli" nie rozdziela się przecinkiem. Jest to tzw. cofający się przecinek.

Astroni pisze:Zdaje mi się, że w parze z zdawał się potrzebny jest czasownik (zdawał się zanikać, zdawał się płynąć), więc tam będzie być. Ale może niekoniecznie.
Nie dziwię się, że zwróciłaś na to uwagę, bo obecnie wiele osób wciska to "być", tylko że jest to zupełnie niepoprawna kalka z języka angielskiego. W języku polskim "wydawał się" czy tam "zdawał się" całkowicie wystarczy :)

Już się pokłóciłam, to wypadałoby napisać jakiś komentarz. Hmm... W sumie ogólnie moje wrażenie jest podobne do opinii Astroni. Do Twojego lakonicznego sposobu pisania już się przyzwyczaiłam :P Na razie nie dzieje się nic specjalnie ciekawego, więc czekam, aż akcja się rozwinie. Liczę na jakichś fajnych bohaterów, i zapewne ich dostanę :) To opowiadanie czyta mi się też dziwnie z tej przyczyny, że jak wiesz, za takim czystym s-f nie przepadam. Bywa, że jakiś tekst mi się baaaardzo spodoba, ale to jak na razie wyjątki. Po prostu bardzo krytyczna w stosunku do tego jestem. Lubię mieć wszystko naukowo wyjaśnione, a jak tego nie ma, to mam wrażenie, że autor sobie olał, bo stwierdził, że w s-f wszystko może się dziać. Ale myślę, że to opowiadanie mnie zainteresuje, bo wiem, że zazwyczaj masz genialne pomysły.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 25 gru 2011, 15:42

Wydaje mi się, Astroni, że chciałabyś zbyt wiele już w pierwszym rozdziale. Spokojnie, mam to opowiadanie dość dobrze obmyślone i wiele się jeszcze wyjaśni, ale na pewno nie wszystko od razu ;-) Za wytknięcie błędów dziękuję, poprawię je. Myślę, że skoro lubisz Dukaja, to mój styl ci do gustu nie przypadnie. Ja np. Dukaja bym kijem przez szmatę nie tknęła, bo takiego stylu po prostu nie trawię :-P Kiedyś próbowałam tworzyć rozbudowane opisy i efekt był jeszcze gorszy, bo zdawały się sztuczne. No po prostu tak nie potrafię :-( Ale może trochę uda je się doszlifować. Będę próbować.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 25 gru 2011, 17:04

Miryoku pisze:
Astroni pisze:Jednak mogę kontynuować tylko, jeśli pani to podpisze
Tutaj masz rację z przecinkiem, natomiast wg mnie lepiej by mu było przed "tylko", dwa spójniki koło siebie rzadko się rozdziela przecinkiem.

A tu bym jednak się upierała (najwyżej bezprawnie), bo zamieniam sobie takie zdanie na Jednak mogę kontynuować tylko w takim przypadku, w którym pani to podpisze. Proszę się nie krzywić, czasami tak robię, żeby zrozumieć znaczenie przecinków. Ale może się okazać, że to bez sensu, więc jestem gotowa na ochrzan :mrgreen:

Co do reszty - dziękuję za doinformowanie, zawsze się przyda. Nie ma co, przecinki to jest magia.

Astroni pisze:To opowiadanie czyta mi się też dziwnie z tej przyczyny, że jak wiesz, za takim czystym s-f nie przepadam. Bywa, że jakiś tekst mi się baaaardzo spodoba, ale to jak na razie wyjątki. Po prostu bardzo krytyczna w stosunku do tego jestem. Lubię mieć wszystko naukowo wyjaśnione, a jak tego nie ma, to mam wrażenie, że autor sobie olał, bo stwierdził, że w s-f wszystko może się dziać.

No jak bym sama to napisała! Z wyjątkiem tego ostatniego o olewaniu - uważam, że ludzie tego nie piszą, ponieważ sami nie uważają tego za interesujące (dla siebie lub czytelników), albo właśnie mają poczucie, że nie umieją i wolą nie spalić.

Vampircia pisze:Wydaje mi się, Astroni, że chciałabyś zbyt wiele już w pierwszym rozdziale.

Bo jak ja oceniam, czy mi się coś podoba czy nie, to chwytam za dwa pierwsze lepsze akapity i sprawdzam, że tak powiem, co tekst ze mną zrobi. No tak, jak można się spodziewać, niewiele tekstów potrafi mnie porwać :-P
Ale skoro mówisz, że już jest wszystko zaplanowane i tak dalej, to już ciekawię się, w jaki sposób.

Vampircia pisze:Kiedyś próbowałam tworzyć rozbudowane opisy i efekt był jeszcze gorszy, bo zdawały się sztuczne. No po prostu tak nie potrafię :-( Ale może trochę uda je się doszlifować. Będę próbować.

Ja naprawdę szczerze doceniam tę różnicę, którą dostrzegam między tym opowiadaniem a tymi, które czytałam od ciebie wcześniej. Wiesz, kiedyś kiedy byłam mała i głupia, uważałam, że pisarz bez umiejętności tworzenia ładnych opisów po prostu się nie nadaje i próbowałam uczyć tego moich znajomych chętnych do pisania. Efekt był taki, że z pięciu osób... nie zmieniłam żadnej. Opisy były właśnie takie, jak mówisz, sztuczne. Bo niektóry są wzrokowcami i wrażeniowcami, a inni interesują się przede wszystkim akcją.
A tekst powinien się przede wszystkim tobie podobać :)
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 29 gru 2011, 14:30

Jak na mnie jest tu dużo opisów. Próbowałam:P


Rozdział II – „Pierwsza misja”

Pora obiadu minęła, więc na stołówce było dość pustawo. Joanna i Gareth siedzieli przy jednym stoliku, naprzeciwko siebie, ale nie rozmawiali. Kobieta była zbyt pochłonięta lekturą raportów, od czasu do czasu popijała colę z butelki. Oficer znudzony podpierał głowę na ręce i dłubał widelcem po pustym talerzu. Sam próbował kiedyś przeczytać ten stos papierów, ale poległ dość szybko. Był utalentowanym pilotem, ale brakowało mu polotu, jeśli chodziło o astrofizykę. Potrzebował wiedzieć tylko tyle, by móc sterować maszyną. Miał nadzieję, że Joanna wytłumaczy mu wszystko w sposób zrozumiały dla laika.
- Dowiedziałaś się czegoś ciekawego? - spytał w końcu.
- Tu wszystko jest ciekawe – odparła kobieta.
- No ale kapujesz już, jak ten statek działa?
- Trudno powiedzieć. Wszystko oparte jest na domysłach. To tak jakby jaskiniowiec znalazł samochód. Pewnie po wielu próbach mógłby go uruchomić, a może nawet nim kierować, ale nigdy nie pojąłby jego działania. Z tego, co na razie wyczytałam, wygląda na to, że statek przemieszcza się na duże odległości na zasadzie zagięcia przestrzeni w piątym wymiarze.
Gareth westchnął, gdyż średnio przepadał za naukowym bełkotem, który z reguły średnio rozumiał. Joanna jednak pospieszyła z pomocą. Wykładanie na uniwersytecie nauczyło ją, jak niektóre zagadnienia tłumaczyć w sposób łopatologiczny.
- Załóżmy, że ta strona to dwuwymiarowa przestrzeń – uniosła jedną z kartek raportu. - Chcemy się dostać z punktu A do punktu B – narysowała ołówkiem dwie kropki po przeciwnych brzegach kartki. - Najkrótszą drogą w dwóch wymiarach byłaby linia prosta łącząca te dwa punkty, ale co jeśli zegniemy kartkę w trzecim wymiarze? - to powiedziawszy, przycisnęła zewnętrzny brzeg do wewnętrznego. - Żyjemy w czterowymiarowej przestrzeń, jeśli wliczyć czas, więc teoretycznie moglibyśmy zrobić to samo w piątym wymiarze. A to oznaczałoby, że możemy dostać się dosłownie do każdego punktu we wszechświecie w tak samo krótkim czasie.
- To ma sens. Podróż zawsze zajmuje nam mniej więcej tyle samo czasu. Jest tylko jeden problem. Im dalej, tym trudniej wyznaczyć dokładny kurs.
- No właśnie, jak właściwie tym nawigujecie? Jeszcze nie doszłam do tej części. Widziałam, że wybierałeś jakieś współrzędne na holograficznej mapie.
- Kiedy statek znajduje się w kosmosie, automatycznie sporządza mapę otaczającego kosmosu. Musi mieć wbudowaną jakąś kamerę czy coś w ten deseń. Potem ta mapa jest dostępna w bazie danych i można na jej podstawie wyznaczyć współrzędne. Właściwie robią to eksperci, ja potem wybieram to, co mi powiedzą – wyznał zawstydzony Gareth. - Ale zamierzam się tego nauczyć, bo nie wiadomo, co się kiedyś wydarzy. Może dojść do sytuacji, że będę zdany na siebie. Z drogą powrotną jest prosto, bo punkt docelowy jest już w pamięci komputera pokładowego. Właściwie wszystkie miejsca, które już odwiedziliśmy, są zapisane w pamięci, więc dostanie się do nich jest proste.
- Zastanawia mnie jedno. Nawigacja w kosmosie to wcale nie jest taka prosta sprawa. Im dalej patrzymy, tym starszy wszechświat widzimy, bo światło potrzebuje lat, by do nas dotrzeć. A to znaczy, że układ gwiazd w czasie rzeczywistym może być inny. Komputer pokładowy musi brać na to jakąś poprawkę. Właściwie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazał się inteligentny. Kto wie, może udaje nam się tym czymś sterować, bo on nam w tym pomaga?
- Chcesz powiedzieć, że to coś jak HAL z „Odysei kosmicznej 2001”? - spytał Gareth z przestrachem.
- Myślę, że HAL przy nim to zabawka dla dzieci – zachichotała Joanna.
Jej żądzą wiedzy bywała słabością. Chciała wiedzieć wszystko od razu, a tutaj tak się nie dało. Czekały ją miesiące żmudnej pracy, a może nawet lata. Dlatego postanowiła nieco zwolnić i poruszyć bardziej trywialne tematy.
- Masz specyficzny akcent. Skąd w ogóle jesteś? - spytała.
- Z Walii, a dokładnie z Pwllheli.
- Rany, w życiu bym tego nie wymówiła.
- Spróbuj – uśmiechnął się Gareth prowokacyjnie.
Joannę uratowała krótkofalówka majora, z której rozległ się nagle głos profesora.
- Jest tam z panem może panna Dunajewska?
- Tak.
- Przyjdźcie do sali odpraw.
Posłuchali natychmiast. Ucieszyła ich perspektywa nowej misji, więc z chęcią udali się do sali odpraw. Nie spodziewali się tam jednak ujrzeć dwóch nowych osób, do tego tak od siebie różnych. Jedna z nich, kobieta, musiała służyć w armii, bo miała na sobie mundur. Wyglądała na trzydzieści parę lat. Jej równo zaczesane blond włosy sięgały za ucho, a niebieskie oczy zdawały się wyjątkowo duże na tle szczupłej twarzy. Obok niej siedział mężczyzna, który z wojskiem raczej nie miał nic wspólnego. Od razu dało się poznać, że jest Azjatą, choć dość nietypowym, głównie ze względu na wzrost. Mimo że siedział, dało się zauważyć że mierzy około metra osiemdziesiąt. Do tego zdecydowanie nie kojarzył się ze stereotypowym Chińczykiem czy Japończykiem. Miał długie włosy, nosił koszulkę Iron Maiden i skórzaną kurtkę. Wyglądał na trochę młodszego od towarzyszki.
- Pozwólcie, że przedstawię wam waszych nowych partnerów. - Peter zwrócił się do Joanny i Garetha. - Oto porucznik Hilda Schwarz, także doktor medycyny i biolog. - Wspomniana kobieta wstała i przywitała się w dość beznamiętny sposób. - A to jest nasz nowy geolog, profesor Chen Li.
- Profesor? Łał - rzekła Joanna pod wrażeniem.
Całą bazę zamieszkiwali wyjątkowi ludzie, o imponujących osiągnięciach na swoim koncie, młodzi geniusze, wybitni wojskowi oraz wielu innych. Jednak Azjata, którego właśnie miała przed sobą, zdawał się wywracać do góry nogami wszystko, do czego zdążyła przywyknąć.
- Spodziewałaś się dziadka w garniturku? - odparł młodzieniec z rozbawieniem. Mimo charakterystycznego akcentu mówił bardzo płynnie po angielsku.
- Profesor Li ukończył Uniwersytet Kalifornijski z wyróżnieniem – wyjaśnił ze spokojem Peter. - Zaś uczelnię w Pekinie skończył w wieku dziewiętnastu lat.
- Imponujące – rzucił major od niechcenia.
Im dłużej Joanna przebywała w bazie, tym mniej czuła się geniuszem na skalę światową. Jednak skoro profesor Peter Price ją zatrudnił, musiała należeć do ścisłej czołówki tęgich umysłów.
- Kiedy zobaczymy pojazd? - spytała Hilda z wyraźnie niemieckim akcentem.
- Proszę zaprowadzić nowych pracowników do statku – rozkazał profesor Garethowi. - Poznajcie się trochę. Jak wszyscy przestudiują niezbędną dokumentację i przejdą szkolenie, wyruszycie w pierwszą misję.
Tym razem oględziny statku nie zakończyły się dla Joanny jedynie rozejrzeniem się dookoła, zwłaszcza że wnętrze pojazdu na pierwszy rzut oka zdawało się bardzo proste i ascetyczne. Konsola zdawała się jedyną interesującą częścią wystroju. Czytając raport, kobieta zdążyła zapamiętać znaczenie niektórych tajemniczych symboli, uruchomiła więc coś w rodzaju panelu sterowania, który wyświetlił się przed nią jako holograficzny zbiór ikon. Niektóre zdawała się rozumieć po samym ich kształcie, tak jak osoba po raz pierwszy korzystająca z systemu Windows mogła domyślić się przeznaczenia poszczególnych opcji, widząc ich symbole. Utwierdziło to tylko Joannę w przekonaniu, że statek musiała zbudować rasa bardzo podobna do ludzi. Frapował ją niestety fakt, iż do tej pory nie udało się znaleźć w bazie danych pojazdu żadnych informacji, które by o kosmitach cokolwiek mówiły.
- Kurcze, będziemy jak załoga Enterprise – powiedział Chen z ekscytacją. - Tylko czemu u nich w drużynie nie było nigdy geologa? W serialach science fiction nie docenia się geologów. Nie chcę być czerwoną koszulą (1) – rzucił z przejęciem, aczkolwiek po części też z żartem.
- Nie martw się, nie pozwolimy na to, żebyś stał się czerwoną koszulą – uśmiechnęła się Joanna, a fakt, że zrozumiała, co miał na myśli, bardzo ucieszył Chena.
Jedynie Gareth i Hilda popatrzyli na siebie zmieszani, nie mając pojęcia, o co chodziło ich nowemu koledze. Pani porucznik generalnie wyglądała na mało poruszoną niezwykłą sytuacją, w której się znalazła. Pilot zaczynał się zastanawiać, czy ona w ogóle potrafiła okazywać emocje, zaś Chen już miał rzucić komentarz, że wie, kto będzie pełnił rolę Spocka (2) w ich drużynie, ale się powstrzymał.
- Czy w ogóle jest sens tak od razu latać do innych systemów gwiezdnych? - spytała Hilda. - Nie lepiej skoncentrować się najpierw na badaniu własnego układu słonecznego?
- Niech się pani nie martwi, cały czas badamy nasz układ słoneczny. Przywieźliśmy wiele próbek skał z różnych planet i księżyców. Póki co jednak nie znaleźliśmy niczego rewolucyjnego. To właśnie te odleglejsze światy okazały się najbardziej fascynujące – wyjaśnił Gareth.
- Czemu w ogóle Antarktyda? Trochę tu niegościnnie – zauważył Chen. - Nie mogliście założyć bazy w jakimś cieplejszym, przyjemniejszym miejscu?
- Tu jest najmniejsze ryzyko, że projekt zostanie wykryty przez niepowołane osoby.
- Uważam, że świat powinien dowiedzieć się o tym, co tu robimy – stwierdziła Joanna, nie mogąc powstrzymać się od dodania swoich trzech groszy. Aż przestała oglądać plansze z ikonami, których zdawała się istnieć nieskończona ilość.
- Myślisz, że świat jest na to gotowy? - spytał Gareth.
- Tak. - Joanna mocno postawiła na swoim.
Domyślała się jednak, czemu projekt jest trzymany w tajemnicy. Musiało chodzić o kwestie polityczne. ISET finansowany był przez rządy najbogatszych krajów świata, co już samo w sobie mogło stać się powodem do spięć na arenie międzynarodowej, a gdyby pozostałe państwa dowiedziały się o przedsięwzięciu, zapewne powstałby chaos.
- Czy jest, czy nie jest gotowy, ja chciałbym się tym cacuszkiem przelecieć – podsumował Chen.


W najbliższych dniach nowa drużyna zdążyła lepiej się poznać, choć pochodząca z Monachium Hilda zdawała się nieco odstawać od reszty. Była bardzo tajemniczą i skrytą osobą. Przejawiała zainteresowanie jedynie swoją pracą, co akurat w takim miejscu uchodziło za zaletę. Jej opanowanie i powagę równoważył pełen energii Chen. Joanna od razu go polubiła, gdyż podzielał jej zainteresowanie Star Trekiem. Jednak było coś, co łączyło wszystkich członków drużyny – chęć przygody. Każdy z nich miał za sobą jakieś większe eskapady. Nawet Hilda przyznała, że swego czasu była zagorzałą alpinistką. Pod tym względem stanowili idealny zespół i bez wątpienia te cechy również zostały wzięte pod uwagę przy wyborze członków.
Granatowe kombinezony ISETu okazały się wygodne i praktyczne. Po przywdzianiu ich nowi badacze naprawdę poczuli się częścią czegoś bardzo ważnego. Będąc już na pokładzie, usiedli w z góry ustalonych miejscach. Gareth po lewej stronie konsoli, gdyż tam znajdował się panel sterowania, Joanna po jego prawej ręce, ponieważ stamtąd miała możliwość ciągłego monitorowania pracy systemu i ewentualnego działania. Za jej plecami siedział Chen, a za Garethem Hilda.
- Skąd to w ogóle czerpie energię? - spytała porucznik.
- Jedni uważają, że z pola magnetycznego, inni, że z jądra planety. Ja uważam, że istnieje kilka alternatywnych źródeł energii. Będę próbowała to rozgryźć – wytłumaczyła Joanna.
Pognali w kosmos, nim się obejrzeli, a pasażerowie nie poczuli nawet przyspieszenia. Celem ich podróży był oddalony o czterdzieści jeden lat świetlnych od Ziemi układ 55 Cancri. Został już wcześniej pobieżnie zbadany i szokiem okazało się odkrycie złożonych form życia na jednej z gazowych planet. Tym razem drużyna miała przyjrzeć się temu światu nieco dokładniej. Już sam widok obcego systemu gwiezdnego zrobił na odkrywcach wielkie wrażenie. Ich oczom ukazała się tarcza gwiazdy macierzystej na tle czerni bezkresnej przestrzeni. Po lewej widać było zarys czerwonawej planety, która, ze względu na oświetlenie, przypominała nieco Księżyc zbliżający się do nowiu. Nie ona jednak była celem wyprawy. Nim załoga zdążyła nacieszyć się niesamowitym widokiem, pilot wybił ją z transu, uruchamiając silniki. Minęli planetę z prędkością podświetlną i zaczęli zbliżać się nieco do gwiazdy. Podróż zajęła kilka minut, przez co członkowie załogi mieli czas na oswojenie się z nowa sytuacją. W końcu przed nimi pojawiła się tarcza planety, na którą zmierzali. Była kilka razy większa od Ziemi i całkowicie złożona z gazu, a jednak uderzająco przypominała ich dom. Przynajmniej z kosmosu.
- Nie dajcie się zwieść. Pod cienką warstwą złożoną z azotu i tlenu kryją się trujące gazy – powiedziała Joanna.
- Tak czy siak to najbardziej podobne miejsce do Ziemi, jakie w życiu widziałem – wymamrotał Chen wpatrzony w zbliżające się zbiorowisko chmur na tle zielonkawo-niebieskiej tarczy.
- Zaraz wejdziemy w atmosferę – powiedział Gareth, zwalniając statek.
Niedługo później wlecieli w warstwę chmur, co sprawiło, że poczuli się tak, jakby znaleźli się we mgle. Szybko jednak je opuścili i dostrzegli zadziwiająco ziemski horyzont pokryty gdzieniegdzie pięknymi cumulusami. Gdyby nie to, że planeta nie posiadała stałej powierzchni, poczuliby się jak w domu, a wyprawa nie różniłaby się niczym od zwykłej podróży samolotem. Wkrótce statek kosmiczny zawisł w powietrzu.
- No dobra, znajdujemy się w tej warstwie zdatnej do życia. Proponuję na chwilę się przewietrzyć – zasugerował major.
- Muszę was zmartwić. Pole magnetyczne tej planety jest za silne, by człowiek mógł tu przeżyć bez skafandra – powiedziała Joanna.
- I nie mielibyśmy na czym stanąć – dodała Hilda.
- Czyżby? Chodźcie, pokażę wam coś. - Gareth uśmiechnął się tajemniczo.
Czy tego chcieli, czy nie, pozostali członkowie drużyny musieli słuchać się swego przywódcy. Zaczęli od zejścia na dolny pokład i założenia skafandrów. Podczas szkolenia nauczyli się ich obsługi, więc każdy wiedział, jak włączyć osłonę. Następnie udali się na górę, ale nie na mostek, tylko do bocznego pomieszczenia, w którym jedyny obiekt godny uwagi stanowiła drabinka. Gareth wszedł na nią, dotknął dłonią fragmentu sufitu i wtedy pojawił się w obudowie właz, który się po chwili otworzył. Przez niego załoga wyszła na zewnątrz. Statek był na tyle duży, że jego krzywizna nie przeszkadzała zbytnio w spacerowaniu po jego dachu.
Już samo znalezienie się w kosmosie było ekscytujące, ale teraz badacze wręcz zamarli z zachwytu. Otaczała ich ogromna przestrzeń wypełniona białymi chmurami, między którymi widać było błękit nieba. Co ciekawe, ów widok rozciągał się ze wszystkich stron, nawet w dole znajdowały się chmury, a niżej już tylko zielono-błękitna otchłań. Wkrótce jednak mieli ujrzeć coś znacznie ciekawszego. Hilda wypatrzyła swym sokolim wzrokiem dziwny obiekt, przypominający mały ciemny obłok, który przemieszczał się w ich stronę. Dopiero po paru minutach zdała sobie sprawę, że składa się na niego wiele mniejszych obiektów. Jej pierwszym odruchem było sięgnięcie do paska i pochwycenie kamery. Niedługo później badacze stali się świadkami wspaniałego spektaklu – ławica istot przypominających połączenie ryby z ministerowcem przefrunęła tuż obok nich. Te dziwne zwierzęta miały rozmiary przeciętnego pstrąga, były jednak zacznie bardziej pękate, jakby nadmuchane, a za ster służył im długi ogon zakończony czymś, co przypominało pionową płetwę. Miały barwę srebrzystą, przez co lśniły w promieniach słońca. Wyglądało na to, że nie posiadają oczu, więc musiały w jakiś inny sposób określać swoje położenie.
- Czy to nie jest niebezpieczne? - Chen jako pierwszy zareagował racjonalnie.
- Nic nie przegryzie się przez pole siłowe skafandra – uspokoił major. - Zresztą nie zdają się być nami zainteresowane.
Ławica minęła statek, zaś Hilda uwieczniła wszystko za pomocą kamery. Na tym jednak atrakcje się nie skończyły. Po chwili ujrzała pojedyncze osobniki przypominające małe kalmary. Ich korpus również zdawał się czymś w rodzaju balonu, tylko o mniej wydłużonym kształcie niż u poprzednich stworzeń. Miały też jaśniejszy kolor, zbliżony do białego, ale także połyskujący. Odbijały się od powietrza przy pomocy płaskich, cienkich macek przypominających wstęgi.
- Czy wy zdajecie sobie sprawę, co to odkrycie oznacza? - rzekła Hilda podekscytowana, nie odrywając się od kamery. Po raz pierwszy załoga widziała, jak opada jej maska beznamiętności.
- Jeśli mam być szczery, to mnie bardziej ciekawią księżyce tej planety. Tutaj nawet nie mam z czego próbek pobierać – rzekł żartobliwie Chen.
- Jeszcze będziesz miał okazję pobrać wiele próbek – zapewniła Joanna.
Wszyscy członkowie załogi zaczęli rozglądać się dookoła, szukając kolejnych form życia. Skoro żyły tu złożone organizmy, musiało też istnieć wiele innych, aby zachować odpowiedni łańcuch pokarmowy. Patrzyli głównie przed siebie, zapominając, że równie dobrze coś może znajdować się pod nimi. Przypomniał im o tym dopiero nagły wstrząs statku, przy którym załoga ledwo zachowała równowagę. Chen zbliżył się nieco na skraj, uważając, by nie ześliznąć się z opływowej obudowy. Wtedy ujrzał jednego ze „sterowców”, które już dzisiaj miał okazję oglądać, tylko że wielokrotnie większego od tych z ławicy. Trudno było powiedzieć, czy zwierzę było agresywne, czy ciekawskie, ale należało uważać.
- Schodzimy pod pokład – rozkazał Gareth.
Niestety wtedy istota uderzyła w statek po raz kolejny, tym razem silniej, przez co wszyscy stracili równowagę i upadli. Wszyscy, oprócz Chena, dla którego wstrząs skończył się znacznie gorzej. Ześliznął się z białej powierzchni i runął w otchłań. Przez chwilę był w takim szoku, że nawet nie zdołał krzyknąć. Zobaczył jak oddala się od zawieszonego w przestworzach statku, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę.
- Zróbcie coś! - wrzasnął, wiedząc, że pozostali badacze słyszą go w swoich odbiornikach.
- Spokojnie, zaraz cię zgarniemy. Panuję nad sytuacją – uspokoił Gareth, ale dźwięk jego głosu wcale nie ukoił nerwów śmiertelnie przerażonego Chińczyka.
- Cholera, to nie ma jakiegoś spadochronu, czy coś?! - krzyczał rozpaczliwie Chen.
- Posłuchaj, wszystko będzie dobrze – przemówił głos Joanny. - Nie uderzysz w powierzchnię, bo jej tu nie ma. Zaraz wpadniesz w gęstsze warstwy atmosfery, więc opór będzie większy i trochę wyhamujesz. Rozłóż szeroko ręce i nogi, to jeszcze troszeczkę zwolnisz. Nie martw się, skafander wytrzyma ciśnienie. Jesteśmy już pod pokładem. Major zaraz włączy silniki.
Chen przygryzł wargę i zrobił tak, jak powiedziała Joanna. I pomyśleć, że chciał kiedyś skakać ze spadochronem. Po tym doświadczeniu (jeśli przeżyje) nie zamierzał już tego robić. Minął białe obłoczki i wpadł w zielonawe skupisko trujących gazów. Nie zagrażały mu, ale widok otoczenia go przerażał. Obserwował przed sobą jedynie otchłań, która zdawała się nie mieć końca.
- Trzymaj się, już lecimy – usłyszał w słuchawce głos majora.
Trochę się uspokoił, gdy statek znalazł się w polu jego widzenia. Pilot podleciał niżej, tak że miał teraz Chena kilkadziesiąt metrów nad sobą. Leciał w dół z podobną prędkością co mężczyzna, i dopiero po chwili zaczął ją stopniowo wytracać. Nie mógł się tak po prostu zatrzymać, bo wtedy geolog uderzyłby w pojazd z ogromną siłą, a to by się mogło źle skończyć, pomimo odporności skafandra. Tylko cierpliwość i niezwykłe wyczucie pozwoliło Garethowi wyhamować na tyle, by Chen mógł delikatnie opaść na powierzchnię statku.
Gdy było już po wszystkim, pozostali badacze wyszli na powierzchnię statku, by sprawdzić, czy ich oszołomiony kolega ma się dobrze. Poza chwilową traumą nic mu nie dolegało. Z radości rzucił się majorowi na szyję.
- To było mistrzostwo świata – skomentowała Joanna wyczyn swego przełożonego.
Podczas gdy pozostali wciąż przeżywali niecodzienny incydent, Hilda obserwowała otoczenie. Miejsce, w którym się znaleźli, nie było już tak piękne jak górne warstwy atmosfery. Wyglądało dość ciemno i ponuro, jak gęsta zielona mgła. Jednak to nieprzyjazne dla człowieka środowisko okazało się skrywać tajemnicę.
- A niech mnie! - wykrzyknęła nagle Hilda.
Chwyciła kamerę i zaczęła filmować. Nieopodal „pływało” coś na kształt meduzy - biało-niebieskawy, prześwitujący obiekt nie większy od dwóch pięści. To jednak nie wszystko, gdzieniegdzie pojawiały się małe złotawe robaczki, falujące niczym drobne fragmenty wstążeczki. Hildzie udało się nawet jednego złapać do hermetycznego pojemnika.
- Chyba właśnie wywróciliśmy do góry nogami wszystkie dotychczasowe teorie dotyczące powstawania życia – powiedziała z zadowoleniem.
Pierwsza misja okazała się niespodziewanym wręcz sukcesem.

Przypisy:
1) W Star Treku epizodyczne postacie, które ginęły na początku odcinka z reguły nosiły czerwoną koszulę.
2) Postać ze Star Treka cechująca się tłumieniem emocji.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 03 sty 2012, 16:50

Fajnie, fajnie, powoli już akcja mi się nakierowuje i trochę kojarzy z Avatarem

Wiesz, jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktokolwiek tak dokładnie zastosował się do moich sugestii. Jak napisałam (dla ciebie to powinno być chyba raczej przypomniałam), że lubię takie naukowe wyjaśnienia działania kosmicznych maszyn, to już coś napisałaś. Wiem, może to było planowane, ale i tak mam wrażenie, że napisałaś to specjalnie dla mnie :D
Co prawda pomysł z poruszaniem się przy pomocy piątego wymiaru to dla mnie bardziej czysta informacja niż zapierające dech olśnienie, ale i tak mi się podobało :) Tylko że: zdajesz sobie sprawę, że kiedy zaliczasz czas do jednego z wymiarów i podróżujesz przez piąty to dostajesz w pakiecie też podróże w czasie?
A z tą mapą otaczającego kosmosu i współrzędnymi to chodzi o to, są na niej zawarte takie miejsca umożliwiające przeskok w pięciowymiarowej przestrzeni czy raczej o zwykłą orientację w przestrzeni trójwymiarowej? Bo bardziej by mi pasowała potrzeba mapy dla tego pierwszego, ale mówią o tym tak po prostu, że mi to nie pasuje (zwłaszcza z tą kamerką).
Ale być może nie interesuje cię aż tak bardzo roztrząsanie tego tematu, więc to szczegół, bo zupełnie naturalnie wypadła ta dyskusja (pomijając, że ja lubię, kiedy jedna osoba jest zdecydowanie głupsza od drugiej Obrazek), podobnie jak te dalsze. Fajne są te relacje pomiędzy głównymi bohaterami, ani nie nijakie, ani nie jakieś specjalnie głębokie, widać, że to nie wokół nich akcja się będzie kręciła.
Za bardzo dobry uważam opis planety: super są te latające rybki, kolory i struktura tej planety... Podoba mi się to naukowe podejście, że pole magnetyczne, że ciśnienie, że statek przy łapaniu tamtego człowieka należało odpowiednio spowolnić - niby oczywiste, ale niektórzy zapominają czy nawet w ogóle olewają takie rzeczy, a wtedy w zasadzie nie ma co czytać O.o
Nie wiem, dlaczego jednak jakoś w tej scenie spadania emocji nie było za wiele, ale nie dam sobie ręki uciąć, że sama bym to napisała, jak trzeba, bo nie próbowałam.

No i mnie osobiście nie podobają się nawiazania do Star Treka, bo sama nie lubię takich wielce odważnych i profesjonalnych załóg kosmicznych ;) Jakoś najbardziej lubię jak jest jedna jedyna osoba, która wszystko wie i umie, ale nie zwracaj na mnie uwagi, bo to tylko mój problem :D

Co do kwestii technicznych omyłkowymi ogonkami czy innymi takimi nie będę zawracać ci głowy, zwrócę tylko uwagę na jedno zdanie:

Tym razem oględziny statku nie zakończyły się dla Joanny jedynie rozejrzeniem się dookoła, zwłaszcza że wnętrze pojazdu na pierwszy rzut oka zdawało się bardzo proste i ascetyczne.

Statek przyciągnął Joannę, zwłaszcza że był ascetyczny? Ale chyba wiem, o co ci chodziło:

Ostatnim razem oględziny statku zakończyły się dla Joanny jedynie rozejrzeniem się dookoła, zwłaszcza że wnętrze pojazdu na pierwszy rzut oka zdawało się bardzo proste i ascetyczne. Konsola zdawała się jedyną interesującą częścią wystroju. Teraz jednak postanowiła poświęcić mu o wiele więcej uwagi.

Ja (jeśli mam korzystne warunki) nowe fragmenty swoich tekstów czytam kilka razy przed pokazaniem - przeważnie od początku, jeśli trafiła mi się przerwa w pisaniu, potem jak skończę, a potem jeszcze następnego dnia cały fragment, to wyłapuję takie kwiatki.

No to... zobaczymy co będzie dalej :)
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 03 sty 2012, 18:01

Astroni pisze:Wiem, może to było planowane, ale i tak mam wrażenie, że napisałaś to specjalnie dla mnie :D

No to akurat było planowane, ale zapewniam, że twoja opinia ma wpływ na to jak piszę:)
Astroni pisze:Tylko że: zdajesz sobie sprawę, że kiedy zaliczasz czas do jednego z wymiarów i podróżujesz przez piąty to dostajesz w pakiecie też podróże w czasie?

Zdaję sobie z tego sprawę.
Astroni pisze:A z tą mapą otaczającego kosmosu i współrzędnymi to chodzi o to, są na niej zawarte takie miejsca umożliwiające przeskok w pięciowymiarowej przestrzeni czy raczej o zwykłą orientację w przestrzeni trójwymiarowej?

Chodzi o to drugie, tak jak w samochodzie z GPS.
No i mnie osobiście nie podobają się nawiazania do Star Treka, bo sama nie lubię takich wielce odważnych i profesjonalnych załóg kosmicznych ;)

Akurat jeśli miałabym porównywać drużynę do jakiegokolwiek z seriali s-f to zdecydowanie bardziej do SG-1 niż do Star Treka. Ale nawiązania do Star Treka muszą być skoro niektóre postacie są jego fanami To nie tak że one mi się kojarzą ze Star Trekiem tylko im się różne rzeczy kojarzą ze Star Trekiem.

A dzięki tobie chce mi się bardziej pisać. Tyle że powinnam pisać pracę magisterską:(
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 31 sty 2012, 11:41

Jako wielki fan opisów, hien bardzo się starał nie wspominać o nich, bo wszak Vampircia się z nimi aż tak nie przyjaźni i daje radę bez ich kosmicznych ilości.

Pierwszy akapit, który... właśnie. "Który" użyte dwukrotnie sprawia wrażenie już którowego tłumu. Później owo nieszczęsne słówko pojawia się też w okolicach dialogu. Ogólnie z pierwszego fragmentu, hien ma uczucia raczej mieszane - spodziewał się czegoś nieco... innego. A na pewno ciekawszego. Początkowy dialog jakiś taki nieciekawy, postacie wydają się absolutnie bezbarwne, a ich rozmowa napisana tylko po to, by móc je jakoś wprowadzić. Nie czuć w nich zawodu Grenlandią ani irytacji na przenikliwy mróz, ani tego, że postacie znają się jak łyse konie. I na dodatek narrator wcina się akurat wtedy, gdy rozmowa tej dwójki mogłaby zacząć być ciekawa. I opis, który ją przerywa, też jakiś taki sztywny i bez polotu - o tym geniuszu można było wspomnieć przy okazji - choćby wspominania o pracy naukowej, to też dobra okazja, by pokazać także różnice w wykształceniu przyjaciół. A tak: parę kwestii do niczego nieprzydatnych, duży opis wszystkiego naraz, znów parę kwestii, łubudu. Nie porwał nas ten pierwszy rozdział, i coś nas korci wspomnieć o klimacie, który się jakoś wcześniej pojawiał, mimo minimalnych dawek opisów, a tutaj jakoś nie czujemy niczego.
Ogólnie postacie niezbyt nas zainteresowały, chociaż w drugim rozdziale Gareth wygłosił parę cieakwych kwestii - nas te nowinki zaniepokoiły, to poleganie na tej całej technologii. Taaak. To bardzo niepokojące. *Wykazuje emocje typowe dla technofobów.* Spodobała nam się też Hilda - jeśli nie okaże się wredną suką, to podoba nam się jej przyziemność... chociaż zdażyła pokazać mniej opanowaną stronę, pstrykając fotki jak japońska turystka.
Chociaż - jeśli mamy być szczerzy - mieliśmy wrażenie, jakby to było opowiadanie Meg. Wszystko dzieje się jakoś tak samo, wszystko układa się prosto i ładnie, postacie szybko zlewają się w jedną masę, mimo początkowych różnic. Aczkolwiek tutaj zgodzim się z Astroni, że relacje między nimi pasują, ino nam same postacie wydają się jakieś takie bezbarwne. Ogólnie wypadło bardziej jak młodzieżówka s-f - ino trochę jakby fabuła była wymyślona starannie, ale stanęła do tego stopnia w centrum uwagi, że drobne zdarzenia składające się na nią nie dostały odpowiedniej dawki uwagi, a jedynie istniały dla jakiejś dużej całości. O samej fabule nic nie powiemy, bo co można powiedzieć gdy całość się ledwo zaczęła, ale gdy tak sobie myślimy o samej idei, wydaje nam się materiałem też na coś nieco bardziej skomplikowanego niż młodzieżówka, więc to młodzieżówkowe wrażenie to chyba kwestia przedstawienia treści.
Może mamy jakiś przesadnie krytyczny, zły humor ostatnio, ale wrażenia nieszczególne. Mniej nas zaciekawiło niż wcześniej czytane opowiadania Vampirciowe, chociaż tamte chyba były bardziej lakoniczne. Dziwne. Może faktycznie jakoś czepialski mamy humor.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 01 lut 2012, 16:06

Vampircia pisze:Dzięki, może to mi da kopa, żeby pisać dalej.

Musi ;) Hienisty czeka, ja czekam... Myśl o tym, mnie to zawsze pogania do roboty :p
Pracy magisterskiej nic nie będzie, jak sobie parę dni poczeka.
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 01 lut 2012, 20:37

Vampircia pisze:Właśnie skończyłam 3 rozdział. Ma 10 stron :shock: Teraz tylko trzeba poczekać na korektę.

Mówisz o pracy czy o opowiadaniu :lol:

Stawiam, że to drugie, więc w takim razie cieszę się tą ilością razem z tobą :-D
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 03 lut 2012, 01:24

Rozdział III - „Lato”

Czas wolny w bazie z reguły oznaczał nudę. Niby stacja badawcza oferowała różnego rodzaju rozrywki, ale jednak odcięcie od zewnętrznego świata robiło swoje. Do tego dochodziła niebezpieczna i często stresująca praca, więc wszyscy pracownicy znajdowali się pod opieką psychologa. Niektórzy członkowie załogi popadali w pracoholizm, ale Joanna do nich nie należała, bo zdawała sobie sprawę, że brak odpoczynku obniży jakość jej pracy, a dla niej najważniejszy był efekt końcowy. Obecnie siedziała w swojej kwaterze i rozmawiała z matką przez skype'a. Usiadła na łóżku i położyła laptopa przed sobą, żeby jej było wygodnie.
- Dobrze, że Marysia wytłumaczyła mi, jak to działa – skomentowała rodzicielka, mając na myśli swoją drugą córkę.
- W ten sposób możemy się widzieć – powiedziała Joanna. - Co tam u was?
- Ciepło, nawet tutaj w górach. Ludzie korzystają z wakacji. Tłumy turystów i dobry utarg. A u ciebie?
- W porządku, na zewnątrz minus pięćdziesiąt, egipskie ciemności... Jak na obcej planecie – zaśmiała się Joanna i zdała sobie sprawę z ironii swej odpowiedzi.
- Mam nadzieję, że ciepło się ubierasz – zatroskała się matka.
- Góralce zimno niestraszne.
- No i mam nadzieję, że uważacie z tymi odwiertami. Słyszałam, że tam pod lodem mogą być bakterie. Nie zróbcie niczego głupiego.
- Nie martw się, wszystko, co tu robimy, jest całkowicie bezpieczne – skłamała Joanna.
Żałowała, że nie może powiedzieć rodzinie prawdy. Przestrzeganie klauzuli tajności okazało się trudniejsze, niż myślała.
- Są tam oprócz ciebie jacyś Polacy? - spytała matka.
- Niestety nie, ale spotkałam jednego miłego Czecha.
- Świetnie, może sobie w końcu kogoś znajdziesz.
Po ostatniej wypowiedzi Joanna doszła do wniosku, że lepiej będzie w ogóle nie mówić niczego pozytywnego o mężczyznach w bazie, bo jej matka sprowadzi to do jednego. Tego typu relacje z płcią przeciwną naprawdę badaczki nie interesowały.
- Mam tu nowych kolegów... i tyle. Kolegów – podkreśliła Joanna, mając nadzieję, że matka nie będzie już nic insynuować.
Porozmawiała z nią jeszcze chwilę, po czym postanowiła zobaczyć, co robią jej współpracownicy. Major miał teraz wolne, tak jak ona, więc poszła sprawdzić na sali gimnastycznej, bo z reguły tam spędzał wolny czas. Rzeczywiście, grał w koszykówkę z grupą mężczyzn. Stwierdziła, że nie będzie mu przeszkadzać, bo wyglądał na bardzo zaabsorbowanego meczem. Zwłaszcza, że po namyśle doszła do wniosku, iż i tak nie stanowiłby dla niej najlepszego kompana. Zdecydowanie lepiej rozmawiało jej się z Chenem. Ten obecnie pracował, ale pomyślała, że przynajmniej powie mu cześć i spyta czy później nie chciałby z nią zagrać w szachy. Zastała go w laboratorium, gdzie badał jakieś skały pod mikroskopem.
- Hej, co robisz? - zagadnęła.
- Przyglądam się strukturze próbki z Plutona – wyjaśnił.
- Znalazłeś coś ciekawego?
- O tak, dzięki temu mogę poznać skład chemiczny materiału skalnego z początków układu słonecznego – powiedział.
Dla Joanny brzmiało to średnio interesująco.
- Jakby ci się potem nudziło to możesz wdepnąć do mnie na szachy – rzuciła.
Zostawiła Chena z jego ukochanymi skałami i postanowiła jeszcze sprawdzić, co porabia Hilda. Porucznik powinna była teraz mieć trochę czasu dla siebie, ale Joanna przypuszczała, że pracuje po godzinach. Po kilkunastu wspólnych misjach i wielu dniach spędzonych w bazie łatwo było się zorientować, kto cierpi na pracoholizm. Zdawało się, że praca to całe życie Hildy. Nie chciała rozmawiać o niczym innym, a gdy nie pochłaniała się swoim zajęciom aż do wyczerpania, zdawała się wręcz chorować. Joannę ciekawiła opinia psychologa na ten temat, ale takie informacje były tajne.
- Nie przesadzasz? - spytała już na wejściu, gdy zauważyła, że Hilda segreguje jakieś próbki.
- To mi sprawia radość – odparła lekarka, jak zwykle w sposób, który bynajmniej nie przekonywał do jej rzekomych emocji.
- Ona ma rację, to może poczekać. W końcu jesteś już po godzinach pracy – wtrącił się doktor Fernandez, który współpracował z Hildą. - Mam tu całkiem sporą kolekcję DVD. Może wieczorem coś obejrzymy? Możesz wybrać dowolny film – zaproponował z uśmiechem.
Jednak sugestia sympatycznego Latynosa nie zrobiła na kobiecie wrażenia, choć inne zapewne ucieszyłyby się, gdyby przystojny brunet chciał spędzić z nimi wolny czas.
- Przynieś mi dokumentację dotyczącą wszystkich mikroorganizmów, które do tej pory odkryliśmy na innych planetach – poleciła oschle porucznik.
Mężczyzna wzruszył ramionami i westchnął. Choć dał za wygraną, coś innego przeszkodziło Hildzie. Odezwała się jej krótkofalówka.
- Pani porucznik... czy pani doktor, sam nie wiem, jak powinienem się zwracać, niech pani odpocznie, bo jutro czeka was nowa wyprawa - dał się słyszeć głos profesora Price'a, który najwyraźniej domyślił się, jak Hilda spędza wolny czas.


Każde nowe wyzwanie rozbudzało emocje drużyny. Tym razem czekała ich podróż do odległego prawie o tysiąc lat świetlnych układu podwójnego. Po raz pierwszy mieli okazję zbadać planety krążące wokół czerwonego olbrzyma i białego karła. Każdy członek załogi miał nieco inne oczekiwania co do wyprawy, ale wszyscy zgodnie liczyli na wspaniałą przygodę. Nie sądzili jednak, że niespodzianki znacznie przerosną ich oczekiwania.
- No, jesteśmy na miejscu – oznajmił Gareth, gdy statek opuścił tunel czasoprzestrzenny w odległym zakątku galaktyki.
- Wszystko się zgadza – potwierdziła Joanna, patrząc na odczyty.
- Oczywiście, że się zgadza. Nawigacja tym czymś już mi weszła w krew.
Joanna już miała się silić na sarkastyczny komentarz, ale nagłe zmiany symboli na panelu przykuły jej uwagę i wyraźnie zaniepokoiły.
- Spadamy stąd! - oznajmiła bez chwili zastanowienia.
- Co się dzieje? - zdziwił się Gareth.
- Nie pierdol, tylko wciskaj „backspace”! - krzyknęła kobieta nie na żarty, a w jej głosie było znać taki strach, że major nie zadawał już zbędnych pytań.
Uruchomił procedurę, którą potocznie nazywał wstecznym, jednak nim statek dokonał skoku, zalało go tak oślepiające światło, że wszyscy pasażerowie musieli zasłonić oczy. Ułamek sekundy później pojazd zniknął w tunelu, a blask ustał, jednak po chwili nagłe szarpnięcie zrzuciło wszystkich z foteli. Jeszcze nigdy podróż nie była tak gwałtowna, nawet podczas ogromnych przyspieszeń.
- Wszyscy cali? - spytała Hilda, wstając jako pierwsza.
- Taa... - jęknęła Joanna.
- No – zawtórował Gareth, podnosząc się.
- Co to było, do cholery? - Chen od razu przeszedł do rzeczy.
- Wlecieliśmy w supernową – wyjaśniła Joanna, gdy już wszyscy usiedli.
Major popatrzył na nią z takim niedowierzaniem, jakby wprost powiedziała, że profesor Price wysłał ich na pewną śmierć.
- Zaraz... musieliście wiedzieć, że coś takiego może się wydarzyć. Po chuj tu nas wysłali?! - zdenerwował się żołnierz i poczuł się wręcz zdradzony.
- Prawdopodobieństwo, że wybuch nastąpiłby akurat w tej chwili...
- Walić prawdopodobieństwo, najważniejsze że żyjemy. - Chen nie dał Joannie dokończyć. - Wracajmy, mam na dzisiaj dosyć wrażeń.
Reszta podzielała jego zdanie. Gareth już miał ustawić kurs na Ziemię, ale gdy zrobił skan otoczenia, zaniepokoił się.
- Nie wiem gdzie jesteśmy, ale na pewno nie w naszym układzie słonecznym – wymamrotał.
Joanna pospieszyła z pomocą, sprawdzający, czy aby major nie popełnił jakiegoś błędy, ale jej skan całkowicie pokrywał się z poprzednim. Gdzie nie spojrzała, nie widać było niczego co przypominałoby znane jej obiekty czy konstelacje.
- Fala uderzeniowa musiała przerwać tunel – wyjaśniła, starając się zachować zimną krew.
- Nie znam się na tym, ale to chyba nie oznacza niczego dobrego – Hilda wskazała na kontrolki, które migały na czerwono.
- Straciliśmy sporo mocy, chyba statek uległ uszkodzeniu – odparła Joanna, cały czas sprawdzając coś na panelu sterującym.
- Dasz radę to naprawić? - spytał Chen pełen obaw.
Załoga została przygotowana psychicznie na podobne ewentualności, ale nie dało się w pełni opanować strachu. Po raz pierwszy znaleźli się w tak trudnej sytuacji.
- Spróbuję najpierw otworzyć kanał podprzestrzenny i skontaktować się bazą – powiedziała Joanna. - Przynajmniej zdołam ustalić nasze położenie.
Reszta załogi oczekiwała w napięciu, podczas gdy ich koleżanka intensywnie działała. Kiedy usłyszeli głos łącznościowca, a następnie profesora, poczuli ogromną ulgę, choć na dobrą sprawę ich sytuacja nie poprawiła się ani trochę. Joanna wytłumaczyła, co się stało, i przy okazji obliczyła położenie statku względem Ziemi.
- Wygląda na to, że wyrzuciło nas mniej więcej w połowie drogi – wytłumaczyła zarówno załodze jak i profesorowi.
- Jak wygląda skala uszkodzeń? - spytał Peter.
- Nie miałam jeszcze okazji dokładnie tego oszacować, ale wygląda na to, że starczy nam mocy tylko na jeden skok.
- No to chyba dobrze, nie? Zdołamy wrócić na Ziemię – powiedział Chen z nadzieją w głosie.
Joanna westchnęła.
- To nie takie proste. Jak na razie znamy tylko dwa sposoby wyznaczania kursu: wybierając manualnie współrzędne na mapie, jeśli nie są jeszcze wpisane do bazy, albo wrzucając tak zwany wsteczny. W tym przypadku wsteczny wymagałby dwóch kroków: najpierw musielibyśmy wrócić do supernowej, czego byśmy teraz woleli nie robić, a dopiero potem na Ziemię. Manualne wybieranie również nie wchodzi w grę, bo nie umiemy wyznaczyć współrzędnych Ziemi z kompletnie nieznanej nam części galaktyki.
- Ale udało ci się ustalić naszą odległość od Ziemi – zauważyła Hilda, licząc na to, że to coś pomoże.
- Owszem, ale nie jestem w stanie wyznaczyć współrzędnych z wystarczającą dokładnością. Mogłoby nas wyrzucić kilka lat świetlnych od układu słonecznego, a to nas nie urządza, bo na podświetlnej to byśmy lecieli do domu latami. Zresztą, to skomplikowane, nie wiem jak wam to wytłumaczyć, żebyście zrozumieli. Nie mam teraz na to czasu. - Joanna złapała się za głowę z irytacją, bo zaczynała mieć wszystkiego dosyć. Wzięła głęboki wdech. - Na pewno jest sposób, żeby tym skuteczniej nawigować, tylko ja go jeszcze nie odkryłam.
- To lepiej go odkryj – powiedział major, również zirytowany.
Presja, która obecnie ciążyła na Joannie, bardzo ją przytłoczyła. Cała załoga na niej polegała, od niej zależało życie ich wszystkich. Czuła na sobie ich spojrzenia, które nie pozwalały jej się skupić.
- Dajcie mi chwilę, dobrze? - poprosiła, zdenerwowana. - Profesorze, rozłączam się. Utrzymanie łączności również kosztuje nas sporo energii – wyjaśniła. - Dam znać, gdy tylko będę mogła. Bez odbioru.
Załoga zrozumiała, gdyż przez najbliższy kwadrans nikt nie odezwał się ani słowem, pozwalając Joannie pracować w spokoju. Kobieta przeglądała jakieś mapy gwiezdne i dane, które nic im nie mówiły. Jednak po jej minie widać było, że jest zdeterminowana i w jej umyśle zrodził się już jakiś plan działania. Pytanie czy ów plan zapewniał bezpieczny powrót.
- Dobra, posłuchajcie mnie uważnie – rzekła Joanna z powagą, gdy skończyła. - Nie możemy tu zostać, bo jak nam się tu kompletnie wyczerpie zasilanie, to będzie po nas. Wciąż mamy wystarczająco energii na jeden skok. Czujniki statku są w stanie wykryć najbliższe układy planetarne i oszacować, które mogą być dla nas najbardziej sprzyjające. Wybrałam jeden. Jest duża szansa, że znajdziemy tam świat, którego użyjemy jako przystanku. Tam spróbuję naprawić statek.
Miny pozostałych członków załogi nie wskazywały na to, by pomysł Joanny jakoś specjalnie przypadł im do gustu. Właściwie wyglądali na pełnych obaw, co było zrozumiałe. Nie mieli żadnej gwarancji, że się powiedzie. Ale w końcu sami zgodzili się na tak niebezpieczną pracę.
- W porządku, ustawiaj kurs – przemówił wreszcie major i usiadł za sterami.


Pomyśleć, że nieznany układ gwiezdny stał się ich ostatnią deską ratunku. Mknęli przez przestrzeń z nadzieją, że uda im się znaleźć świat, na którym będą w stanie przetrwać. Nie zamierzali zostawać na nim na zawsze, ale moc statku była na wyczerpaniu i bez znalezienia świata o warunkach zdatnych do życia ich szanse na przetrwanie dramatycznie spadały. Co prawda Joanna twierdziła, że istnieje spora szansa na odszukanie odpowiedniej planety, ale nie dawała żadnej gwarancji, że jej plan się powiedzie. Planeta znajdująca się na brzegu ekostrefy okazała się lodowym pustkowiem. Jednak bliżej gwiazdy krążył gazowy olbrzym, którego księżyce mogły się okazać przyjazne.
- Robię skan – oznajmiła Joanna z przejęciem w głosie. - Pole magnetyczne planety nie jest na tyle duże, by nam zaszkodzić, więc może się udać. - Zaczęła szybko przeglądać odczyty. - Mam! Najdalej wysunięty księżyc ma masę około osiemdziesięciu procent masy Ziemi, posiada odpowiednią atmosferę i ciekłą wodę. Co prawda jest na nim trochę gorąco, ale jak wylądujemy blisko bieguna, to będziemy urządzeni.
Było zdecydowanie za wcześnie na zachwyt i oklaski. Musieli jeszcze wylądować, a przy resztkach mocy mogło się to okazać niełatwe. Wszyscy przywarli mocno do foteli, a na czole Garetha pojawiły się kropelki potu. Większość kontrolek migała już na czerwono, a to oznaczało, że nie mogli liczyć na miękkie lądowanie.
- Złapcie się – powiedział pilot, gdy wchodzili w dolne warstwy atmosfery i dobrze zrobił, bo załoga poczuła turbulencje, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyła.
Trudno powiedzieć, co było gorsze: wstrząs po wybuchu supernowej czy to, co działo się teraz. Statek intensywnie się trząsł i badacze bali się, czy aby nie rozpadnie się na kawałki. Po chwili, która zdawała się wiecznością, szarpnęło ze zwielokrotnioną siłą i pojazd wreszcie się zatrzymał.
Na szczęście nikt nie ucierpiał. Pasażerowie podnieśli się z podłogi, wciąż lekko oszołomieni. Gdy zorientowali się, że wylądowali w jednym kawałku, wznieśli okrzyk triumfu, przy okazji gratulując pilotowi.
- Chyba wypadałoby się rozejrzeć – zauważył major.
- Ja zostanę tutaj – powiedziała Joanna. - Im szybciej znajdę usterkę, tym lepiej.
Gareth przytaknął i z pozostałymi członkami załogi opuścił pokład. Zarówno on jak i Hilda wzięli ze sobą pełne uzbrojenie, bo nie wiedzieli, co może ich czekać na obcym świecie. Na zewnątrz panowało przyjemne ciepło. Grawitacja była trochę słabsza od ziemskiej, ale nie przeszkadzało to zbytnio, a nawet pomagało, bo ludzie zużywali w ten sposób mniej energii. Statek z zewnątrz nie wyglądał na uszkodzony, mimo że dość znacznie wbił się grunt, a to przynajmniej dawało nadzieję, że usterki nie są poważne.
- Jak tu pięknie – westchnęła Hilda, patrząc przed siebie.
Nad horyzontem widać było sierp gazowego olbrzyma, wraz z systemem pierścieni. Zajmował sporą część nieba i przywodził na myśl obrazy, które dało się zobaczyć tylko w snach. Okolicę pokrywała zieleń bardzo zbliżona do ziemskiej trawy. Z rzadka rosły wąskie, wysokie drzewa, których pnie pokrywały długie kolce. Trudno było dojrzeć, z czego składają się korony, ale zdawało się, że rosły tam pewnego rodzaju liście.
- Priorytet numer jeden: znaleźć wodę – oznajmił Gareth. - Co prawda mamy zapasy na kilka dni, ale nie wiadomo, jak długo będziemy musieli tu zostać. Żywność możemy racjonować.
- Więcej niż kilka dni? - wybełkotał Chen, który nawet nie chciał przyjmować do wiadomości, że może stać się rozbitkiem na dłuższy czas.
- Lepiej zobaczmy co jest w tamtym lesie – powiedziała Hilda, wskazując ma wzgórza.
Znajdowało się tam większe skupisko różnorodnej roślinności, a to mogło oznaczać źródło wody. Drużyna pod przywództwem Garetha ruszyła przed siebie.


Minęło kilka godzin od czasu, gdy Gareth, Chen i Hilda poszli na zwiady, ale Joanna była tak zajęta, że nawet tego nie zauważyła. Kiedy pozostali badacze wrócili, ona wciąż siedziała przy swoim laptopie i nawet nie zwróciła specjalnej uwagi na pojawienie się kolegów.
- Używasz komputera? Baterie ci padną – zauważył major.
- Nie padną, udało mi się tak skalibrować laptopa, żeby pobierał zasilanie z energii statku – wyjaśniła kobieta.
Wszyscy popatrzyli na nią w osłupieniu.
- Przecież to kompletnie dwie różne technologie! - wykrzyknął major.
- A jednak komputer pokładowy statku jakoś dopasował wzorzec energii do potrzeb laptopa. A to znaczy, że być może uda mi się nawiązać z tym komputerem bezpośrednie połączenie. Posiadając znany mi interfejs jako pośrednika, mogłabym z łatwością rozwiązać ten jak i wiele innych problemów.
To co Joanna powiedziała było bez wątpienia fascynujące, ale obecnie musieli też pamiętać o podstawowej kwestii przetrwania.
- Znaleźliśmy jezioro jakieś półtora kilometra stąd – powiedział Gareth. - Rosną tam jakieś owoce i żyją małe skorupiaki. Niczego większego nie znaleźliśmy. Hilda sprawdzi, czy to wszystko nadaje się do spożycia.
- Być może nie będzie nam potrzebne – stwierdziła Joanna optymistycznie. - Pole magnetyczne planety podładowało trochę statek. Udało mi się nawiązać łączność z bazą, ale na razie nigdzie tym nie polecimy.
Tego dnia już nic nie wskórali. Byli tak zmęczenie, że gdy tylko zapadł zmrok, położyli się spać. Posiadali śpiwory i całe wyposażenie potrzebne na takie okoliczności, a że wszyscy członkowie załogi przywykli do biwakowania, nikt nie narzekał na niewygody. Noc była krótka, ale wystarczyła, by zregenerować siły. Z rana, po skromnym śniadaniu, Joanna na nowo podjęła pracę przy laptopie, a Hilda kontynuowała badanie próbek. Gareth i Chen zrobili rekonesans okolicy pod kątem czysto praktycznym, szukając wszystkiego, co mogłoby się im przydać do przetrwania. Nie wrócili z pustymi rękami, gdyż przynieśli ze sobą drewno na opał. Rozpalenie ogniska było podstawą przetrwania, nawet jeśli miało spełniać rolę czysto psychologiczną. Major wiedział, że drużynie łatwiej będzie zachować spokój ducha, jeśli wieczorem usiądzie przy ogniu. Hilda również osiągnęła sukces, udowadniając, że woda nadaje się do spożycia, podobnie jak część roślin. Niestety Joannie tym razem nie szło tak dobrze.
- Coś musiało uszkodzić agregator energii. Statek nie jest w stanie w pełni się naładować.
Na razie odłożyła laptopa i korzystała z pokładowej konsoli. Jej plan z podłączeniem się do głównego komputera musiał poczekać, bo na razie najważniejsze było ustalenie głównej usterki.
- Coś jeszcze się zepsuło? - spytał major.
- Wygląda na to, że nie. Przypuszczam, że rozwiązanie problemu byłoby bardzo proste, gdybym lepiej znała tę technologię.
- Mamy czas. Na razie powinnaś odpocząć – zasugerował Gareth. - Jest już wieczór.
- Co takiego?
Gdy Joanna wyjrzała przez przednią szybę zauważyła, że niebo rzeczywiście pociemniało, a sierp gazowego olbrzyma znikał za horyzontem. Po raz kolejny tak bardzo dała się pochłonąć pracy, że nie zauważyła, kiedy upłynął dzień. Major miał rację, musiała odpocząć, bo wycieńczona na nic by się drużynie nie przydała. Hilda zdążyła rozpalić ognisko, a mężczyźni przywlec pnie, z których obcięli kolce. W ten sposób badacze mogli sobie wygodnie usiąść.
- Prawie jak na biwaku – powiedział Chen, starając się przekonać swój umysł, że wcale nie znalazł się na obcym świecie w roli rozbitka, tylko na letnim obozie w roli wczasowicza.
- Prawie robi wielką różnicę – dodała Joanna, dzisiaj już nastawiona mniej optymistycznie.
Przynajmniej nie dokuczały im komary. Na dodatek wciąż było dość ciepło, więc mogli w spokoju delektować się jedzeniem z konserwy.
- Popatrzmy na naszą sytuację od innej strony. Ile osób dałoby się pokroić, żeby znaleźć się na naszym miejscu? - odezwała się Hilda.
- Zwłaszcza dla takiego widoku. - Gareth spojrzał w niebo.
Na Ziemi nie mogliby ujrzeć czegoś równie pięknego. Nad ich głowami świeciły pozostałe księżyce planety. Widać było ich w sumie sześć, niektóre podobnej wielkości, co ziemski Księżyc, inne trochę mniejsze. Wśród nich znajdowały się jałowe, skaliste światy pokryte kraterami oraz kolorowe dyski, najwyraźniej otulone gęstą atmosferą. Ich blask prawie przyćmiewał inne gwiazdy.
Ponieważ na chwilę zapanowała cisza, Chen postanowił podjąć rozmowę.
- Może o czymś pogadamy? No wiecie, tak żeby poczuć się bardziej jak... na wakacjach – zasugerował nieśmiało.
- Na przykład o czym? - spytał Gareth.
- No nie wiem... o rzeczach, o których rozmawia się na biwakach. O czymś, co lubimy. Czym się interesujesz poza wojskiem?
- Militariami.
- Powiedziałem: „poza wojskiem”.
- No to... bronią białą. Lubię walczyć mieczem – odparł Gareth.
- Żartujesz chyba – zachichotała Hilda, a taka reakcja była dla niej rzadkością.
- Poważnie mówię – oburzył się major na myśl, że ktoś może nie dowierzać. - Należałem kiedyś do bractwa rycerskiego – oznajmił z dumą.
- Że co? - Hilda powiedziała z jeszcze większym rozbawieniem.
- Założyliśmy kiedyś z kumplami bractwo. Kuliśmy własne zbroje i miecze, a w weekendy się naparzaliśmy. Serio! Robiliśmy nawet pokazy, mam nawet jakiś nagrany, to ci udowodnię. Kiedyś prawie odciąłem kumplowi dwa palce. To znaczy, odciąłem, ale szybko przyszyli.
- Jesteś szalony – skwitowała Hilda. - Ale w pozytywnym sensie.
- Moim zdaniem to ciekawe hobby – skomentowała Joanna.- U mnie to tylko podróże, astronomia i filmy s-f.
- Noooo, mega ciekawe. - Chen również zdawał się być pod wrażeniem opowieści Garetha.
- A ty? Może jakieś shaolin kung-fu? - zasugerował major.
W odpowiedzi młody Azjata zmarszczył brwi, bo bardzo nie lubił stereotypów.
- Nie, wojownikiem to ja jestem tylko w grach – podsumował.
- Warhammer rządzi – odparł na to Gareth, a po chwili on i Chen przybili sobie piątkę.
- No proszę, nasi panowie znaleźli wspólny język – skomentowała Hilda, patrząc na Joannę.
Atmosfera zrobiła się bardzo przyjemna i badacze naprawdę poczuli się prawie jak na wakacjach. Niestety ktoś musiał zepsuć tę atmosferę i zrobił to nieopatrznie Gareth, będąc osobą dość bezpośrednią i nieco pozbawioną ogłady.
- No a ty co robisz poza pracą? - spytał nieco przekornie Hildę, darując sobie zwroty grzecznościowe w stylu „pani porucznik”.
Kobieta momentalnie przybrała swoją zwyczajową maskę obojętności.
- Z reguły śpię. Teraz też mam ochotę się położyć – oznajmiła i weszła do pojazdu.
Gareth zrobił zdziwioną minę, ale nic nie powiedział. Nie sądził, by popełnił jakąś gafę, więc tylko wzruszył ramionami i dołożył do ognia. Zapanowała krępująca cisza, którą po raz kolejny przerwał Chen.
- Szkoda, że nie wziąłem gitary. Chociaż pewnie i tak by mi nie pozwolili – westchnął.
- Wiecie, czego mi tu najbardziej brakuje? - powiedział major. - Piwa.
A potem na nowo nastała cisza.


Dni mijały, a Joannie nie udało się poczynić żadnych postępów, choć pracowała od świtu do zmroku. Reszta załogi zajmowała się podstawowym kwestiami przetrwania, zbierając pożywienie i magazynując wodę. Zapasy zaczynały się kończyć, więc jedzenie miejscowej fauny i flory okazało się koniecznością, czy to się komuś podobało, czy nie. Dobrze, że przynajmniej każdy miał ręce pełne roboty i nikt nie narzekał na nudę. Pozwalało to zachować trzeźwy umysł i nie popaść w depresję.
Hilda odkryła całkiem smaczne zioła, które dodawały energii, więc Joanna z reguły popijała je, gdy pracowała przy komputerze. Czasami jednak była tak zmęczona, że musiała sobie robić krótkie przerwy na drzemkę. Właśnie podczas jednej z takich przerw nastąpił przełom. Położyła się wtedy dosłownie na kilka minut i nawet nie zdążyła zapaść w półsen, gdy usłyszała, że laptop stał się dużo głośniejszy, jakby pracował na zwielokrotnionych obrotach. Otworzyła oczy i ujrzała na monitorze przesuwający się ciąg zer i jedynek. Zerwała się poruszona, wlepiła wzrok w komputer, po czym po paru sekundach wszystko zgasło i widziała teraz tylko czarny monitor.
- Ludzie! - Wypadła z pojazdu podekscytowana, odrywając wszystkich od swoich zajęć. - Chyba się udało nawiązać połączenie!
Pozostali stracili zapał, gdy w środku ujrzeli wyłączony komputer.
- Natłok danych musiał doprowadzić do przeładowania systemu, ale jestem pewna, że da się to wszystko odzyskać – uspokoiła i z powrotem usiadła przy laptopie.
Reszta stała i przyglądała się, a Joanna nawet nie zwracała na to uwagi, tak była pochłonięta pracą. Po kilku próbach udało jej się uruchomić komputer, ale za nic nie mogła otworzyć nowego tajemniczego pliku. Zamierzała jeszcze się nad tym trochę pomęczyć, ale nie miała aż tak rozległej wiedzy informatycznej, by zagwarantować, że uda jej się to rozgryźć. Liczyła się z tym, że będzie musiała zignorować kwestię laptopa i popracować nad usterkami bezpośrednio, bo dni mijały, a ona nawet o krok nie zbliżał się do naprawy statku.
Joanna tak bardzo zatraciła poczucie czasu, że tylko regularne kontakty z bazą przypominały jej o upływających dniach. Eksperci na Ziemi dwoili się i troili, by jakoś pomóc załodze, ale nie wiele mogli zdziałać z odległości setek lat świetlnych. Tak naprawdę rozbitkowie byli zdani tylko na siebie i jedynie ciągła walka o przetrwanie pomagała im nie popaść w paranoję. Zresztą po miesiącu każdy przynajmniej częściowo pogodziłby się ze swoim losem, więc początkowy strach minął. Rozbitkowie przynajmniej wiedzieli, że jeśli będą ostrożni, powinni przetrwać.
- Siedzisz tu całymi dniami, nawet nie widziałaś okolicy. Chodź się przewietrzyć – zaproponowała pewnego dnia Hilda, dochodząc do wniosku, że taka forma odpoczynku powinna pomóc Joannie w pozbieraniu myśli.
Ta nawet specjalnie nie protestowała. Zaczynała mieć dosyć ciągłego przesiadywania na pokładzie, więc przyjęła propozycję i wyszła na zewnątrz. Od razu uderzyła ją fala gorąca. Rozebrała się do podkoszulka i przewiązała sobie górną część uniformu wokół pasa.
- Chyba się trochę ociepliło – zauważyła.
- Owszem. Musiał być koniec wiosny, kiedy tu wylądowaliśmy.
- No to tym bardziej muszę naprawić statek. Nie lubię lata – zażartowała Joanna.
Kobiety udały się nad jezioro, do którego droga prowadziła przez las złożony z różnobarwnych drzew i krzewów. Wiele z nich było zielonych, jak te spotykane na Ziemi, ale zdarzały się też żółte, pomarańczowe, a nawet niebieskawe rośliny. Gdzieniegdzie przelatywały owady pokryte pancerzykami, a po pniach drzew przemykały jaszczurkowate stworzenia, również pokryte twarda powłoką.
- Powinniśmy ten księżyc nazwać pancernym światem – stwierdziła Joanna.
- No właśnie mnie trochę niepokoi fakt, że wszystko jest tu opancerzone – powiedziała Hilda. - Z reguły oznacza to jakąś formę obrony. Możliwe, że grasują tu jakieś większe drapieżniki, mimo że jeszcze ich nie widzieliśmy. Mogą polować nocą. Lepiej mieć się na baczności.
W końcu kobiety dotarły nad niewielkie jezioro. Jego brzegi porastała niebieskawa szczecina, którą żywiły się przeróżne skorupiaki. Kiedyś zbiornik wody musiał być większy, ale od dawna nie spadła ani kropla deszczu, więc susza robiła swoje. Nieopodal rosły drzewa, których owoce przypominały orzechy włoskie, ale trochę większe i pokryte szarą, idealnie gładką skorupą. Kobiety zebrały kilka z ziemi, aby sprawdzić później, czy są jadalne.
Hilda podeszła nad brzeg wody, zanurzyła w niej dłonie, a następnie przemyła sobie twarz oraz kark. Joanna postąpiła podobnie, czując przyjemne orzeźwienie. Jednak wbrew pozorom podróż do tego malowniczego zakątka nie wpłynęła pozytywnie na jej psychikę. Momentalnie pomyślała o domu i rodzinie, o tym, jak bardzo chciałaby teraz porozmawiać z bliskimi. Nie zdawali sobie nawet sprawy, gdzie ona się teraz znajduje. Nie mogli przypuszczać, z jakim ryzykiem zmaga się każdego dnia.
- Właśnie sobie uświadomiłam, że jeśli tu utkniemy na zawsze, moja rodzina nigdy nie dowie się, co tak naprawdę się ze mną stało – wymamrotała z bólem. - Cholera, jak pracowałam, to nie miałam nawet czasu myśleć o takich rzeczach, a teraz wystarczyła chwila i już się rozklejam.
- Fakt, praca pomaga radzić sobie z takimi rzeczami – przytaknęła Hilda.
Wtedy Joanna popatrzyła na nią z zaciekawieniem. Od zawsze uważała, że lekarka coś ukrywa, a pracoholizm to dla niej sposób na zepchnięcie nieprzyjemnych myśli, ale teraz tym bardziej chciała poznać prawdę. Zauważyła, że Hilda jako jedyna nie przejmuje się zbytnio faktem, że utknęła na obcym świecie. Tak jakby było jej wszystko jedno, co się z nią stanie. Tak jakby to odległe miejsce pozwalało jej odetchnąć od trudów, które przynosiła jej codzienność.
- Coś się wydarzyło w twoim życiu, coś, o czym nie chcesz mówić – stwierdziła Joanna.
- To prawda, nie chcę o tym mówić – odparła spokojnie Hilda, która najwyraźniej spodziewała się, że jej zachowanie ją zdradzi.
- Co ci teraz zależy? Być może utkniemy to na zawsze, co wtedy? Będziesz to w sobie tłamsić do końca życia?
Tu Joanna miała rację. W sytuacji, w której się znaleźli, tworzenie wokół siebie fasad i przybieranie masek nie miało najmniejszego sensu. Prawdopodobieństwo, że badacze już na zawsze będą zdani tylko na siebie, wzrastało, a to nie sprzyjało utrzymywaniu sekretów.
- Byłaś kiedyś alpinistką, teraz tylko pracujesz. Co się stało? - ponagliła Joanna. - Być może jestem jedyną kobietą, jaką zobaczysz do końca życia. Mnie chyba możesz powiedzieć?
W końcu Hilda się przełamała, choć nie było to dla niej łatwe. Udało jej się jednak zachować spokój.
- Mąż, synek i córeczka jechali do mnie do jednostki. Był wypadek. Nie żyją. To wszystko – rzekła możliwie jak najkrócej, bo nie było sensu wdawania się w szczegóły. Tyle wystarczyło.
Joanna nie powiedziała „przykro mi”, bo zawsze uważała to za zbędny zwyczaj. Po prostu spędziła chwilę w ciszy. Nie mogła powiedzieć, żeby była jakoś specjalnie zaskoczona. Spodziewała się, że w grę wchodziła duża tragedia.
- Jak pracuję, to o tym nie myślę – dodała Hilda.
- Wiesz, są inne sposoby radzenia sobie z problemami, nawet tak dużymi – odparła Joanna, choć bała się, że jej wypowiedź może być nie na miejscu.
- Wiem, ale... nie sądzę bym była gotowa... na te... „inne sposoby” - odpowiedziała Hilda z wahaniem.
Rozmowę przerwał kobietom głos w krótkofalówce, który należał do Garetha.
- Chodźcie tu szybko, Chen coś odkrył – oznajmił major co zaciekawiło badaczki, ale też trochę zaniepokoiło, bo głos oficera nie brzmiał zbyt wesoło.
Natychmiast wróciły na statek, gdzie czekali już na nie mężczyźni. Gareth stał z założonymi rękami, jakby czekając, aż geolog sam wszystko wytłumaczy, zaś Chen trzymał w ręku kawałek skały i wcale nie wyglądał na zadowolonego.
- Stwierdziłem, że skoro jesteśmy już tu tak długo, to oddam się trochę pracy badawczej, żeby nie zwariować – podjął Chińczyk. - Odkryłem piękną wysoką skałę osadową, która w pewnym sensie opowiada historię tej planety, więc odłupałem sobie kawałek.
- I? - ponagliła Hilda ze zniecierpliwieniem.
- I... Jak widzicie, skała składa się z różnych powtarzających się warstw. Zauważyłem tu pewną regularność. Przyjrzałem się temu dokładniej i wygląda na to, że na tym księżycu dochodzi do bardzo dużej cyklicznej zmiany temperatur.
- Jak dużej? - ponownie spytała Hilda, tym razem bardzo ponurym tonem.
Tymczasem Joanna przyglądała się owocowi w skorupie, który cały czas trzymała w dłoni, i natychmiast dotarło do niej, co Chen próbował im przekazać.
- Kurwa! - zaklęła siarczyście. - Jak ja mogłam być taka głupia? Jak mogłam nie wziąć tego pod uwagę? Przecież coś takiego zdarza się w kosmosie często.
- Co? - tym razem major spytał z niepokojem.
Nim Joanna wytłumaczyła, siadła do konsoli i wyświetliła na hologramie mapę układu gwiezdnego, w którym się znaleźli. Następnie naniosła nań przewidywane orbity planet, i wtedy wszystko stało się jasne jak słońce.
- Krążymy wokół planety, która przesuwa się po bardzo wydłużonej trajektorii. To znaczy, że raz bardzo zbliża się do gwiazdy, a raz bardzo oddala. Teraz jesteśmy na wewnętrznej granicy ekostrefy i przybliżamy się do gwiazdy. Za kilka miesięcy będzie tu dwieście stopni. I nie, to nie jest żart.
- Dlatego wszystkie stworzenia mają pancerz – uświadomiła sobie Hilda. - Myślałam, że to ochrona przed jakimś dużym drapieżnikiem, tymczasem tym drapieżnikiem jest temperatura. Są przystosowane do okresowej hibernacji.
- Niestety my do niej nie jesteśmy przystosowani – powiedziała Joanna i nikt już nie miał wątpliwości, że ich położenie jest o wiele gorsze, niż myśleli.


Już z samego rana z nieba lał się żar. Joanna wyszła tylko na chwilę, żeby się przewietrzyć, i od razu poczuła się, jakby ktoś skierował w jej kierunku wielką suszarkę do włosów, nastawioną na pełne obroty. Zauważyła, że Gareth siedzi bez podkoszulka w cieniu statku i patrzy się przed siebie przez lornetkę.
- W środku jest chłodniej – powiedziała Joanna.
- Wiem, ale wolę się przyzwyczajać – mruknął żołnierz.
- Naprawię to – obiecała kobieta.
- Wiem.
Odpowiedź Garetha zabrzmiała mało przekonująco, jakby sam już nie wierzył w powodzenie. Zasmuciło to Joannę, bo w ten sposób również przestawała w siebie wierzyć, ale nie skomentowała.
- Gdzie Chen i Hilda? - spytała.
- Poszli po wodę. Jest jej coraz mniej. Chyba widzę ich na horyzoncie – rzekł beznamiętnie oficer, cały czas patrząc się przez lornetkę.
Joanna miała ochotę powiedzieć coś niezobowiązującego, żeby rozluźnić atmosferę. Coś absolutnie nieistotnego, neutralnego i w żaden sposób nie związanego z ich obecnymi problemami. Trudno było wymyślić coś takiego na poczekaniu, ale spróbowała.
- Ten kumpel, któremu odciąłeś mieczem dwa palce, bardzo się na ciebie wkurzył? - spytała.
Gareth nawet się nie zastanawiał, po co Joanna podejmuje ten temat.
- Niespecjalnie. Gorzej z moją matką. W końcu byłem jeszcze wtedy w liceum. A o matce kumpla to już nie wspomnę. Stwierdziła, że chyba musiałem upaść na głowę jako dziecko, bo zachowuję się jak upośledzony. Do dzisiaj to pamiętam.
Major spodziewał się jakiegoś podsumowania ze strony Joanny, ale gdy na nią spojrzał, zauważył, że ta tkwi w zadumie.
- Hej, co ci? Dostałaś udaru? - wyrwał ją z transu.
Kobieta spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby nagle uświadomiła sobie coś bardzo ważnego.
- Chyba mam pomysł – powiedziała i weszła na pokład.
Zaciekawiony mężczyzna podążył za nią i ze zdumieniem zauważył, że Joanna próbuje dostać się do maszynerii pod konsolą. Przyłożyła dłoń do obudowy, a ta się otworzyła, dając jej wgląd do mechanizmów znajdujących się wewnątrz.
- Nie mogę rozwiązać problemu, bo gdy włączam diagnostykę, wyświetla mi niezrozumiałe symbole. Dlatego muszę ten komputer ogłupić, żeby przemówił trochę bardziej podstawowym językiem. - Z tymi słowy Joanna wyjęła jedną z przeźroczystych płytek, która najwyraźniej stanowiła część składową inteligencji komputera, i bezceremonialnie rzuciła ją na podłogę.
Major obserwował cały proces z rozdziawionymi ustami, gdyż nie spodziewał się podjęcia aż tak drastycznych kroków. Patrzył, jak Joanna na nowo uruchamia diagnostykę i krzywi się na widok tych samych symboli, co poprzednio. To jej jednak nie zniechęciło. Wyjęła kolejną płytkę i w podobny sposób rzuciła na podłogę. Gareth był w szoku. Zastanawiał się, czy kobieta przypadkiem nie zwariowała i czy jej nie powstrzymać, bo ewidentnie niszczyła statek, ale szok nie pozwalał mu na reakcję. Joanna ponownie włączyła diagnostykę i tym razem wyświetliło się coś innego, symbol, który Gareth skądś kojarzył, ale nie był pewien skąd. Chyba z lekcji chemii. Wpatrywał się przez chwilę w hologram, aż na miejsce przybyli Chen i Hilda.
- Powiedz mi, co to jest. - zwróciła się Joanna do geologa i wskazała na symbol.
- To jest atom węgla – odparł ze spokojem Chińczyk, nie do końca pewien, czemu ma służyć ta informacja.
- Dokładnie – powiedziała Joanna z szerokim uśmiechem. - Zagadka rozwiązana. Potrzebujemy węgla, żeby odbudować agregator energii.
- Jak to... Tak po prostu? - wydukał Gareth.
- Tak po prostu – odparła kobieta z zadowoleniem.
- Skąd weźmiemy węgiel? Będziemy musieli przekopać całą okolicę – zauważyła Hilda.
- Nic nie musimy kopać – zauważył Chen i również popadł w stan wzrastającej radości.
Wypadł na zewnątrz, podbiegł do miejsca po ognisku i zaczął w nim grzebać. Z triumfem wyjął z niej kawałek zwęglonego drewna. Wtedy nawet Gareth pojął, o co chodzi.
- Rozpalić duże ognisko. Migiem! - rozkazał.
Mimo upału wszyscy uwijali się jak pszczoły. Myśl, że tak niewiele dzieli ich od powrotu do domu, dodawała rozbitkom sił. Jeszcze nigdy nie czuli się tak zmotywowani do działania. Wiedzieli, że jeśli się postarają, następną noc spędzą w wygodnych łóżkach w bazie. Aż w głowie się nie mieściło, że rozwiązanie problemu okazało się tak proste. Joanna najzwyczajniej w świecie wsypała zwęglone drewno do specjalnego pojemnika w agregatorze energii i czekała na rezultaty. Po kilku godzinach wskaźniki mocy pokazywały już siedemdziesiąt procent. Uruchomiły się podzespoły, które przez kilka tygodni były całkowicie niefunkcjonalne. Radość podróżników nie znała granic.
- Słuchajcie – przemówiła Joanna - Wrócimy na wstecznym, a to oznacza, że musimy odwiedzić niesławny układ. Pozostałości po supernowej wciąż mogą dawać się we znaki, więc potrzebujemy ful mocy. Polecimy w stronę gazowego giganta i podładujemy statek silnym polem magnetycznym. Jak dostaniemy kopa, to włączamy osłony na maksa i spadamy stąd. - Po tych słowach wszyscy przybili sobie piątkę.
Badaczy ogarnęła euforia, gdy udało się uruchomić silniki statku, a gdy wzbili się w przestworza, poczuli się wreszcie wolni. To było jak ucieczka z więzienia. Z wielkiego, gorącego więzienia. Przed sobą widzieli szaro-pomarańczową tarczę gazowego giganta i choć była to obca i nieprzyjazna planeta, widok ten działał na nich kojąco.
- Dobra, osłony na maksa, zasuwamy okiennice – oznajmiła Joanna.
- To mój tekst – powiedział Gareth, który rościł sobie wyłączność do wydawania rozkazów.
Szybę zakryła przesłona, a major szybko wybrał współrzędne poprzedniego przystanku i wprowadził statek w tunel międzywymiarowy. Gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie, wybrał kolejne współrzędne i tym razem statek pognał prosto w kierunku Ziemi. Po zakończonym skoku nastała chwila prawdy. Major rozsunął przesłonę, a na tle czerni kosmosu badacze mogli zobaczyć błękitną tarczę ich ojczystej planety. To wystarczyło, by wszyscy, łącznie z dowódcą, podskoczyli z radości. Na okrzykach się nie skończyło. Przyjaciele, bo tak już mogli o sobie mówić, rzucili się sobie w ramiona, ściskając każdego po kolei. Teraz już tylko pozostawało skontaktować się z bazą i wylądować, więc Gareth otworzył kanał radiowy.
- Huston, wracamy do domu – powiedział z dowcipem, wyobrażając sobie radość tych „na dole”.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 11 lut 2012, 13:59

Na początku czepimy się tego zdania - "dał się słyszeć głos profesora Price'a, który najwyraźniej domyślił się, jak Hilda spędza wolny czas." Nam się wydaje to trochę dziwne - w tak małym środowisku jak w wiosce - wszyscy się znają i doskonale wiedzą, co robią inni. Siedzą razem na małej przestrzeni, więc siłą rzeczy po prostu nie mogą nie zauważać. Chociaż może przestrzeń - jak i załoga - jest sporo większa niż się wydaje, ale może wypadałoby dać czytelnikowi jakieś informacje na ten temat.

Nadal mamy przykre wrażenie, że poszczególne etapy są zaniedbywane na rzecz fabuły. Dialogi wydają się jakieś takie sztywne czasami, może to kwestia tego, że postacie w takiej sytuacji same się zmuszają do prowadzenia rozmów... ale z drugiej strony nie pasuje trochę, gdy dialog nadal jest toporny, a następuje po nim informacja, że ta wymiana zdań poprawiła atmosferę czy coś. Początkowo różne zdarzenia międzyludzkie, reakcje, rozmowy wydają się jakieś takie... na siłę. Dopiero po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że w zasadzie nie ma na co narzekać, bo w zasadzie wszystko się jakoś trzyma. Jakby wszelkie interakcje między postaciami zostały dostarczone czytelnikowi w stanie surowym, bez obrobienia starannie, by je przybliżyć czytelnikowi. Przez to cierpią też sylwetki postaci, które w tym rozdziale sprawiały wrażenie raczej papierowych marionetek. Niby coś ważnego wychodzi na jaw w kwestii Hildy czy Garetha, ale właściwie przemija bez echa, bo postacie dotąd nie miały okazji się wykazać. O Hildzie wiadomo jedynie, że jest chłodną pracoholiczką, nie pokazała się z żadnej innej strony, a już dowiadujemy się o jej smutnej przeszłości i powodach tego... czego w sumie nie zdążyliśmy poznać. Wszystko bazuje na spostrzeżeniach Joanny, która może i była długi czas razem z resztą bohaterów, ale przekazuje fakty z drugiej ręki, a nie interpretuje tego, co widzi. Dopiero gdy przychodzi czas, ujawnia, że Hilda to czy tamto od dłuższego czasu i że to ma powód i ona się domyśla jaki. My tego nie kupujemy.
No i jak zwykle brakuje nam opisów, chociaż niedialogowe partie czytało nam się jakby lepiej niż wcześniej, chociaż może być to kwestia tego, że zaczęło się dziać coś, co mogło się źle skończyć. Wygląda na to jednak, że skończyło się dobrze. Szkoda tylko, że trwało tak krótko i było przedstawione tak ogólnikowo, chociaż taka sytuacja stanowiłaby dobrą okazję do przybliżenia nieco postaci. A tak zostały podzielone na Joannę i resztę, a rzeczona reszta właściwie mogłaby się składać z kogokolwiek i nie ma znaczenia, kto idzie po wodę, a kto zbiera drewno, skoro nic to nie wnosi do obrazu postaci. Po prostu tło, mimo iż ma większy potencjał do zaciekawiania niż wynosząca miesiąc Joannowa niemożność naprawienia statku.
Ogólnie mieliśmy nadzieję, że się kwestia postaci jakoś rozwinie, ale tutaj bez postępów. Dobrze ma się za to fabuła, która najwyraźniej gna do celu po trupach.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2569
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 15 lut 2012, 23:44

Rozdział IV - „Skafander”

Po przygodzie na Ikarze 1, bo tak nazwany został feralny księżyc, załoga otrzymała należyte wolne. Tym razem umieli ten czas odpowiednio wykorzystać, bo zdążyli się ze sobą zżyć i z przyjemnością oddawali się wspólnym rozrywkom. Nawet Hilda trochę się przemogła i coraz częściej była skłonna oderwać się od pracy. Czasami nawet zwykła gra w monopol w gronie przyjaciół potrafiła stłumić smutki płynące z doczesności. Nie można tu mówić o całkowitej przemianie, bo o pewnych sprawach nie da się tak po prostu zapomnieć, jednak Hilda była zdecydowanie o krok bliżej do osiągnięcia spokoju ducha.
Pozostali badacze również oswoili się ze sobą nawzajem, przez co traktowali się bardziej jak przyjaciół niż współpracowników. Ostatni dzień urlopu upływał im na rozmowach w kantynie przy butelce zimnego piwa.
- No i mówię wam, mam już wyższy level od Garetha – pochwalił się Chen, pogryzając orzeszki.
- Naprawdę nie interesują nas wasze osiągnięcia w grach komputerowych – westchnęła Hilda ze znudzeniem, podpierając się nad prawie pełną butelką piwa.
- Nie wierz mu – szepnął Gareth półżartem.
- Jakoś trzeba zabijać czas – powiedział Chen w odpowiedzi na stwierdzenie koleżanki. - Słyszałem, że doktor Fernandez pokazał ci swoją kolekcję DVD.
- Co jeszcze ci pokazał? - rzucił major, na co Hilda posłała mu pełne irytacji spojrzenie. - Rany, ja to zawsze muszę palnąć jakąś gafę.
Gareth miał nadzieję, że kobieta się na niego nie obrazi. Z reguły najpierw mówił, potem myślał, przez co mogłoby się wydawać, że jest grubiański, ale on nie miał złych intencji. Na szczęście wyraz gniewu szybko znikł z twarzy Hildy i wyglądało na to, że nie wzięła słów majora za bardzo do siebie.
- Komuś jeszcze piwa? - spytała Joanna, podnosząc pustą butelkę.
- Ja poproszę – powiedział Gareth.
- Ja też – zawtórował Chen.
- Tobie już wystarczy. Azjaci mają słabe głowy – skomentował major, ponownie nie myśląc nad słowami.
Geolog już miał mówić, jak bardzo nie lubi stereotypów, ale się powstrzymał, bo tym razem zdał sobie sprawę, że jest sporo prawdy w tym, co stwierdził Gareth.
- Takiego amerykańskiego sikacza to nawet ja zdzierżę – powiedział. - Jedno małe jeszcze wypiję.
- A ty? - Joanna zwróciła się do Hildy.
- Ja jeszcze mam – odparła porucznik.
Polka zebrała puste butelki i udała się po nowe. Gdy podeszła do lady i oparła się o nią z nonszalancją oraz uśmiechem, Gareth zaczął jej się bacznie przyglądać.
- Wiecie co, ja myślę, że Aśka to lesba – szepnął do przyjaciół. Użył zdrobnienia nienaturalnego dla języka angielskiego, ale Joanna sama nalegała, by tak się do niej zwracać.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytała Hilda ze spokojem.
- No zobaczcie tylko, jak ona rozmawia z tą laską z obsługi. Za każdym razem się do niej mizdrzy – wytłumaczył rudzielec.
Pozostali przyjaciele nawet się nie odwrócili, by sprawdzić, czy mówi prawdę, bo średnio interesowały ich jego przemyślenia w tej materii.
- No i nie zareagowała na widok mojej nagiej klaty – dodał jeszcze.
- Ja też nie reaguję na widok twojej nagiej klaty, a zapewniam, że jestem hetero – stwierdziła Hilda z lekkim rozbawieniem.
- A ja nie zaglądam współpracownikom do łóżka – rzucił Chen.
- Ojejku, nie miałem na myśli nic złego – wytłumaczył się major.
Czasem nawet po małej ilości piwa za bardzo rozwiązywał mu się język. Na szczęście znał umiar. Poza tym zobaczył, że Joanna wraca.
- Obgadywaliście mnie? - spytała z rozbawieniem, gdy zauważyła, że wszyscy zamilkli, kiedy podeszła do stołu.
- Major próbował cię obgadywać – stwierdziła Hilda z przekorą, choć jak zwykle bardzo spokojnym głosem. Teraz przynajmniej wyrównała rachunki z Garethem.
Ten popatrzył na nią lekko speszony, jednak z wyrazem uznania dla godnego przeciwnika. Postanowił też zmienić temat.
- Co z analizą danych z komputera? Udało się coś rozszyfrować? - spytał, przypominając o tajemniczym pliku, który został pobrany z komputera pokładowego statku.
- Informatycy wciąż nad tym pracują – wyjaśniła Joanna. - Twierdzą, że to coś w rodzaju tutorialu. Jakby zbiór komend i instrukcji.
- To bardzo ciekawe – stwierdził Chen. - Może wreszcie uda nam się lepiej poznać możliwości statku.
- O tak, nie mogę się doczekać, kiedy znajdziemy jakiś tropikalny raj – skomentował Gareth żartobliwie.
- Na razie musimy się skoncentrować na bardziej podstawowych zadaniach. Już niedługo poznacie mój nowy projekt – powiedziała Joanna z nutką tajemniczości, mając nadzieję, że uda jej się dokonać przełomowego odkrycia.


Statek wreszcie doczekał się oficjalnej nazwy. Ochrzczono go imieniem „Odyseja”, nie tyle czyniąc ukłon w stronę greckiej mitologii, co w kierunku dzieła Artura C. Clarka oraz filmu Stanleya Kubrica. Być może nazwa zdawała się pospolita, ale na pewno dobrze dopasowana. Załoga w pełni ją zaakceptowała. Ostatnio, co prawda, nie podróżowali zbyt dużo, ale mieli wystarczająco materiału do pracy na Ziemi. Joanna zwołała nawet zebranie najmocniej zaangażowanych w projekt członków, aby przedstawić swoje dotychczasowe konkluzje.
- Niedawno postanowiłam zająć się kwestią skafandra – oznajmiła. - Oczywiście przeprowadzono na nim już wiele badań, ale myślę, że nie odkryto jeszcze w pełni jego możliwości. Mam podstawy przypuszczać, że ów skafander powinno się zakładać na gołe ciało.
Stwierdzenie Joanny sprawiło, że profesor Price szeroko otworzył oczy, gdyż spodziewał się nieco głębszych przemyśleń. Gareth również się ożywił, ale w jego przypadku było to raczej wynikiem rozbawienia. Popatrzył na kobietę z komicznym wyrazem twarzy.
- A czemóż to? - spytał profesor.
- Bo jest tak zaprojektowany, żeby dopasować się do każdego ciała i stać się swego rodzaju drugą skórą – wyjaśniła Joanna. - Dobrze, może to brzmi nieco głupio, ale zauważcie, że w tym skafandrze nie można przebywać zbyt długo. Chodzi mi o to, że zwykły ziemski skafander jest przystosowany do uzupełniania płynów, wydalania ich itp. W przypadku tego skafandra musi zachodzić swego rodzaju symbioza z ciałem, coś jak obieg zamknięty. Skafander wyręcza nas w pewnych czynnościach organizmu i czerpie energię z naszego ciała. Jego budowa by to umożliwiała.
- Jaki mamy na to dowód? - Profesor potrzebował silnych argumentów.
- No cóż, musielibyśmy to sprawdzić doświadczalnie – przyznała Joanna z obawą, czy nie zabrzmi za mało przekonująco.
- I jest pani pewna, że to w stu procentach bezpieczne?
- Skoro jest to bezpieczne w ubraniu, nielogiczne by było, gdyby bez ubrania stało się nagle niebezpieczne.
- Pamiętajmy, że obcy mogą mieć inną fizjologię od nas – zauważyła Hilda.
- Nie aż tak, by miało to znaczenie. Do tej pory ich technologie sprawdzały się dla nas doskonale. A nawet jeśli moje przypuszczenia są błędne i skafander nie spełni swej roli, to po prostu się go zdejmie. Nie musimy go testować na obcej planecie. Tutaj na Antarktydzie mamy warunki wystarczająco ciężkie, ale nie tak ekstremalne, by miały spowodować nagłą śmierć, więc nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie powinno być powodu do paniki.
- Zgłaszam się na ochotnika! - Gareth od razu uniósł rękę.
- Myślałam raczej o sobie – przyznała nieskromnie Joanna.
- To ja zadecyduję, kto weźmie udział w eksperymencie – oznajmił stanowczo profesor.
Nie podjął od razu decyzji. Kazał się wszystkim rozejść i wrócić do swoich obowiązków. Trudno było mu się dziwić. Spoczywała na nim wielka odpowiedzialność i musiał dokładnie przeanalizować argumenty za i przeciw. Do wszystkiego na początku podchodził sceptycznie, ale Joanna miała dar przekonywania i do tego jej ufał. Po kilku godzinach skontaktował się z nią i oznajmił, że rozpatruje pomysł pozytywnie. Jednak na bezpośredniego uczestnika eksperymentu wyznaczył osobę spoza drużyny Garetha, byłego astronautę nazwiskiem Hudson.
Zachowano wszelkie środki ostrożności. Kiedy tylko mężczyzna nałożył skafander, Hilda zaczęła monitorować jego funkcje życiowe. Profesor również wszystkiemu się przyglądał. Choć dowodził całym przedsięwzięciem, rzadko miał okazję znaleźć się na pokładzie Odysei.
- Jak się czujesz? - spytała Hilda astronautę.
Ponieważ skafander nie posiadał jednolitej powłoki, przepuszczał fale dźwiękowe i dało się przez niego rozmawiać bez użycia radia.
- W porządku. Bardzo w tym wygodnie. O niebo wygodniej niż w naszych skafandrach.
- Funkcje życiowe w normie – zwróciła się do profesora kobieta. - Proponuję, żeby pospacerował w tym na zewnątrz.
Peter przytaknął, zaś Hilda uruchomiła pole ochronne skafandra i poleciła astronaucie opuścić bazę.
- Jeśli poczujesz, że coś jest nie tak, mów od razu – dodała jeszcze. Tym razem przez komunikator, bo Hudson zdążył się oddalić.
Lekarka wróciła do swego gabinetu, gdzie posiadała specjalistyczny sprzęt i mogła dokładniej monitorować organizm astronauty. Na ekranie widziała, jak szybko bije jego serce, ile wynosi temperatura jego ciała, a także wiele innych istotnych informacji. Czekał ją długi, żmudny wieczór, ale okazało się, że przyjaciele postanowili dotrzymać jej towarzystwa. Przynieśli nawet pizzę z kantyny i rozsiedli się koło koleżanki.
- Dzięki – powiedziała Hilda, częstując się.
- Co z nim? - spytał Gareth, któremu połowa informacji na ekranie niewiele mówiła.
- Na razie wszystko w normie, ale eksperyment wymaga czasu.
Nie sądzili, że zadanie okaże się tak nużące. Nawet mając siebie nawzajem i opowiadając sobie kawały, powoli zaczynali mieć dosyć. Przywykli do niebezpiecznych wypraw i zaskakujących odkryć. Gapienie się w monitor i obserwowanie liczb w końcu zaczęło im się dawać we znaki. Jak na ironię, ten, któremu przypadło najciekawsze zadanie, również odczuwał coraz większe znudzenie.
- Ile jeszcze? Zrobiłem już chyba dwadzieścia spacerów w okolicy bazy. Chce mi się spać – oznajmił astronauta, co dało się słyszeć w głośnikach.
- Czy oprócz tego odczuwasz jakiś dyskomfort? Chce ci się jeść, pić albo do toalety? - spytała Hilda.
- Nie.
- Dobrze, możesz wrócić do bazy i się przespać, ale nie zdejmuj skafandra.
Nie tylko Hudson musiał się przespać. Hildzie również oczy się kleiły, więc drugą zmianę objął doktor Fernandez. Zanosiło się na długi i męczący eksperyment. Następny dzień prawie niczym nie różnił się od poprzedniego. Lekarka na nowo zaczęła monitorować funkcje życiowe astronauty, a przyjaciele towarzyszyli jej, kiedy nie mieli własnych obowiązków. Teoria Joanny potwierdzała się. Badany zdawał się w skafandrze całkowicie samowystarczalny, a jego ciało nie obniżyło wydajności ani nie wykazywało żadnych oznak odwodnienia. Po trzecim dniu, w którym dalej nie zaobserwowano żadnych zmian, profesor postanowił zakończyć eksperyment, a przynajmniej jego pierwszy etap. Zanim oficjalnie przedstawiono wyniki, Hudson został poddany kilkudniowej obserwacji, ale wyglądało na to, że w jego organizmie nie zaszły żadne trwałe zmiany. Nadszedł czas, żeby przejść do kolejnego etapu.
- Powinniśmy przetestować skafander w trudniejszych warunkach – zasugerowała Joanna podczas zebrania. - Oczywiście z zachowaniem wszystkich środków bezpieczeństwa.
- Myślałem nad tym. Jaki rodzaj środowiska ma pani na myśli? - spytał profesor.
- Wenus powinna być odpowiednim miejscem – odparła kobieta.
- To jest bardzo skrajne środowisko! - wtrącił Chen, pełen obaw. Pomysł Joanny niezbyt mu przypadł do gustu.
- Fakt, to ryzykowne – przyznał profesor. - Jednak skafandry były już testowane w tych warunkach. Wiemy, że wytrzymają temperaturę i ciśnienie panujące na Wenus. Pozostaje pytanie, czy zdołają powstrzymać odwodnienie organizmu.
- Nie będę się zbytnio oddalać od statku, a Hilda będzie mnie cały czas monitorować. - Gdy Joanna wypowiedziała te słowa, zauważyła zaskoczone spojrzenia Garetha i profesora. Dopiero po chwili zorientowała się, skąd to zdziwienie. - Z całym szacunkiem, tym razem naprawdę uważam, że to ja powinnam wziąć udział w eksperymencie. Znam działanie skafandra najlepiej ze wszystkich. Jeśli coś by się nagle wydarzyło, mam największe szanse się z tym uporać.
Major już miał mówić, że to on wszystkiego nauczył Joannę, ale z doświadczenia wiedział, że czasami lepiej było zachować milczenie. Jedynie zasugerował delikatnie, że wciąż zgłasza się na ochotnika. Niestety profesor nie przychylił się ku jego kandydaturze.
- Zgadzam się, proszę wdrożyć swój plan w życie – zwrócił się do Joanny.
Tylko wyuczona wojskowa dyscyplina pozwoliła Garethowi zaniechać głosu sprzeciwu.


Aby dolecieć do Wenus załoga nie musiała nawet tworzyć tunelu w piątym wymiarze, wystarczyła prędkość podświetlna. Była to dla nich bez wątpienia najkrótsza podróż Odyseją. Nie czyniło to jednak tej misji mniej interesującą. Zwłaszcza Joanna zdawała się podekscytowana, w przeciwieństwie do Garetha, który wyglądał na nieco przygnębionego.
Statek wylądował w okolicy bieguna, co i tak nie robiło specjalnej różnicy, bo na całej planecie panowała temperatura bliska pięciuset stopni Celsjusza. Gdy tylko Odyseja osiadła na powierzchni, Joanna pobiegła założyć skafander.
- Potowarzyszyć ci? - rzucił major, nim kobieta opuściła pomieszczenie, co miało zabrzmieć zabawnie, ale przy jego obecnym nastawieniu tak się nie stało.
Joanna go zignorowała i wyszła, a Hilda przygotowała swój sprzęt. Gareth westchnął. Chciał tylko jak najszybciej wykonać zadanie i wrócić do bazy. Rzadko miewał takie podejście, ale tym razem czuł się potraktowany po macoszemu. Wziął laptopa, dzięki któremu oraz połączonej pracy informatyków i Joanny dało już się obsługiwać część systemów statku.
- Jestem gotowa – usłyszał w słuchawce głos kobiety.
- Opuszczam osłony – powiedział beznamiętnie i wystukał komendę na komputerze.
- Jestem na zewnątrz – padła parę sekund później odpowiedź.
- Włączam z powrotem osłony.
Na razie wszystko przebiegało dość zgrabnie. Niestety teraz nadszedł czas na tą żmudniejszą część eksperymentu. Co prawda Gareth wziął karty, ale nie miał specjalnej ochoty grać. Zresztą tym razem zadanie wymagało nieco większej czujności, niż monitorowanie astronauty na Antarktydzie.
- Profesor chyba na nią leci – stwierdził major, rozciągając się na fotelu.
- Na Aśkę? - zdziwił się Chen.
- No na pewno nie na mnie – odparł z sarkazmem Gareth.
- Chodzi ci o to, że jej łatwo ulega? Myślę, że dziewczyna ma po prostu sporą charyzmę. No i myślę, że uczony prędzej zaufa drugiemu uczonemu niż wojskowemu – zauważyła Hilda.
- Masz szczęście, że jesteś jednym i drugim – rzucił jeszcze major beznamiętnie.
Joanna nie słyszała rozmowy, nie zwróciła nawet uwagi na chwilowe rozłączenie, bo była bardziej pochłonięta widokiem miejsca, w którym się znalazła. Kojarzyło jej się trochę z wielkimi połaciami zastygłej lawy na Islandii, tylko że tutaj było bardziej mrocznie i niegościnnie. Czerń pofałdowanych wulkanicznych skał i brunatna mgła sprawiały, że musiała uruchomić znajdującą się na nadgarstku latarkę, bo z trudem dało się stwierdzić, że jest dzień, a nie wieczór. Bardzo długi dzień, który miał jeszcze trwać sto dwadzieścia sześć ziemskich dób. Krótko mówiąc, właśnie miało miejsce wczesne popołudnie, a Joanna już teraz wiedziała, że jej pobyt na planecie będzie daleki od relaksującego spaceru.


Gareth ziewał, Chen również, zaś Hilda przyglądała się odczytom na swoim tablecie. Minęło kilka godzin, odkąd Joanna opuściła pokład, i jak na razie wszystko pozostawało bez zmian. Skafander zdawał się doskonale spełniać swoją funkcję.
- Proszę o pozwolenie na zejście na powierzchnię – odezwał się nagle Azjata, co pozostałych wyrwało z niemalże transu.
- Słucham? - zdziwił się major.
- Jestem geologiem, na statku na nic się nie przydam. Skoro już tu jesteśmy, to może chociaż bym się przyjrzał tutejszym skałom? – wytłumaczył Chen.
Gareth spojrzał na Hildę, jakby szukając akceptacji w jej oczach, choć to do niego należała decyzja.
- Jak na razie skafander się sprawdza. Nie widzę problemu – przyznała lekarka.
- W porządku, możesz iść, tylko się zbytnio nie oddalaj – zezwolił major.
Dla Chena wyjście na powierzchnię Wenus było równie ekscytującym doświadczeniem co dla Joanny. Badał już wcześniej aktywne wulkanicznie miejsca, ale żadne z nich nie wyglądało równie upiornie, co ta, otulona żrącą atmosferą planeta. Czuł niepokój, ale też radość z faktu, że może się przyjrzeć terenom tak bliskim, a jednocześnie tak odległym Ziemi. Przez gęstą mgłę ujrzał światło latarki Joanny, więc udał się w tym kierunku. Kobieta słyszała przez radio rozmowę kolegów i spodziewała się towarzystwa, więc specjalnie zwróciła strumień światła w stronę Chena, by mógł ją z łatwością odnaleźć.
- A taki byłeś początkowo przeciwny mojemu pomysłowi – zauważyła Joanna, wciąż przez radio, gdy mężczyzna się zbliżył.
- Ale widzę, że miałaś rację – przyznał geolog.
- Dobrze, trochę mi się tu samej nudziło. Dla mnie nie ma tu zbyt wielu ciekawych rzeczy do roboty.
- A dla mnie wprost przeciwnie. I wiesz, co jest najgorsze? Nawet nie mogłem wziąć ze sobą narzędzi, bo by się stopiły.
- Skafander wyposażony jest w skaner. Pokażę ci, jak go używać.
Podczas gdy Chen i Joanna przyglądali się skałom na planecie, Gareth umierał z nudów. Próbował zabić czas, ćwicząc połykanie wyrzuconych w powietrze orzeszków. Przez pierwsze pół godziny słabo mu szło, ale obecnie wychodziło mu już w dwóch trzecich przypadków. Nie zwracał uwagi na Hildę, która się trochę zaniepokoiła.
- Akcja serca ci przyspieszyła, wszystko w porządku? - zwróciła się do Joanny przez radio.
- Właściwie tak, ale zrobiło się trochę ciepło w tym skafandrze – przyznała Polka.
- W takim razie wracajcie na pokład – poleciła porucznik.
- To nic takiego. Jak na razie pole siłowe skafandra jest stabilne.
- Jeśli widzę jakieś zagrożenie dla zdrowia, ja wydaję rozkazy. Proszę wracać na pokład. - Tym razem Hilda była bardzo stanowcza.
- Przyjęłam.
Obaj naukowcy stanęli naprzeciw włazu do statku, czekając, aż się otworzy. To jednak nie następowało. Nie doszło do zerwania łączności radiowej, uczeni powiedzieli, że są gotowi powrócić na pokład, a otwarcie włazu zajmowało sekundę. Fakt, że to nie nastąpiło, bardzo ich zdziwił i zaniepokoił.
- Wszystko w porządku, majorze? - spytała Joanna.
- No właśnie, nie mogę wyłączyć osłon. Pisze mi komunikat, że możliwość wyłączenia pola siłowego została zablokowana, bo doszłoby do uszkodzenia poszycia statku – wyjaśnił Gareth.
- Wpisz: „rozwiąż problem” - poleciła Joanna, zachowując spokój.
Po chwili ponownie usłyszała głos majora.
- „Należy odwrócić polaryzację poła siłowego” - nie rozumiem tego naukowego bełkotu.
- Uf, poczekaj, daj mi chwilę...
Joanna również znalazła się w kropce, bo nigdy wcześniej nie konfigurowała osłon. Wystarczało je tylko włączać i wyłączać. Gdyby znajdowała się na pokładzie i miała do dyspozycji odpowiednią ilość czasu, pewnie rozgryzłaby, o co chodzi, ale teraz po pierwsze nie znajdowała się na pokładzie, a po drugie zostało jej mniej czasu, niż sądziła, bo temperatura w jej skafandrze znacznie wzrosła. Sprawdziła pole siłowe skafandra. Działało na pełnej mocy, a to oznaczało jedno: skafander nie miał w tych warunkach wystarczająco energii, by przez długi czas zapewnić zarówno odpowiednią ochronę, jak i podtrzymać wszystkie funkcje organizmu. Hilda miała rację, musieli wrócić na pokład. Chen wyciągnął rękę, jakby chcąc dotknąć pola siłowego i jego dłoń rzeczywiście natrafiła na wyraźny opór.
- Spróbuj wpisywać różne komendy, typu: „obejście problemu”, „alternatywne rozwiązanie”. Może komputer coś podpowie – powiedziała Joanna z nadzieją, że Gareth jakoś sobie poradzi. - W ogóle to jest bez sensu. Przecież już tu wcześniej lądowali. Czemu wtedy nic się nie stało?
- Może dlatego, że wtedy opuszczano pokład jednorazowo i statek nie zdążył się nagrzać? - zasugerował major.
- Zaraz... Czyli to przez to... że ja wyszedłem? - wydukał Chen.
- To nie twoja wina – stęknęła Joanna.
Usiadła. Czuła się jak na Saharze w samo południe, po dwugodzinnym maratonie. Skafander nie był już w stanie zapewnić jej ciału potrzebnej energii, tylko ją z siebie wysysał, aby umożliwić utrzymanie osłon. Chen schylił się nad koleżanką i położył jej rękę na ramieniu, licząc, że chociaż doda jej otuchy.
- Jak się czujesz? - spytał.
- Ujdzie...
Joanna skłamała, bo zdawała sobie sprawę, że osiąga dość niebezpieczny stan. Hilda również o tym wiedziała, spoglądając na odczyty, ale nic nie mówiła, bo wiedziała, że tylko wprowadziłaby niepotrzebną panikę.
- Nic z tego – dało się po jakimś czasie słyszeć głos Garetha.
- Zostaw laptopa i spróbuj skorzystać bezpośrednio z konsoli. Może uda się ten sam trik, co na Ikarze... wyjmij dwie pierwsze płytki... - wydyszała Joanna.
Na szczęście major dokładnie pamiętał w jaki sposób kobieta „ogłupiła” statek, bo dokładnie się wtedy przyglądał jej poczynaniom. Dlatego powtórzył jej kroki najszybciej, jak tylko się dało, ale zamiast zrozumiałej dla niego podpowiedzi, na hologramie ujrzał tylko symbole, które nic mu nie mówiły. Możliwe, że Joanna coś by z nich wywnioskowała, ale on nie miał na to żadnych szans.
- Aśka zemdlała – oznajmił z przerażeniem Chen.
Dzięki Hildzie wiedzieli przynajmniej, że ich koleżanka żyje, ale ten stan rzeczy mógł się wkrótce zmienić. Gareth zacisnął pięści i zaklął, bo jeszcze nigdy nie czuł się tak bezradny. To on był dowódcą, on ponosił odpowiedzialność za cały zespół, i to przede wszystkim on powinien wyciągać przyjaciół z opresji. Nie znał się na sprawach naukowych, nie mógł rozwiązać problemu w taki sposób, w jaki zrobiłaby to Joanna, ale musiał istnieć jakiś inny.
Nagle wstał i wyszedł bez słowa. Hilda otworzyła usta, ale nie zdążyła spytać, co jej dowódca planuje, bo jego szybkie działanie za bardzo ją zaskoczyło. Kiedy Gareth wrócił, zauważyła, że ma on na sobie skafander i trzyma w rękach karabin.
- Nie mam czasu na wyjaśnienia – oznajmił stanowczo mężczyzna, następnie wstukał coś na laptopie. - Jak ci dam sygnał, to wciśnij enter, uruchomi się zasilanie awaryjne. A taką mam przynajmniej nadzieję, że się uruchomi. Miej też w pogotowiu apteczkę.
- Tak jest – powiedziała Hilda ze strachem w głosie, gdyż nie wiedziała, do czego major może być zdolny.
Gareth wszedł do luku i nacisnął fragment ściany znajdujący się po lewej stronie od włazu. Wtedy wysunął się panel wypełniony maszynerią. Co prawda major nie był ekspertem, jeśli chodziło o budowę statku, ale przynajmniej wiedział, gdzie znajdują się podzespoły odpowiedzialne za konkretne funkcje, a to w obecnej sytuacji mogło ocalić życie.
- Chen, weź Aśkę i ustaw się tuż przy włazie – rozkazał oficer. - Nie będziecie mieć zbyt wiele czasu.
- Tak jest.
Nadszedł moment decydujący o życiu i śmierci. Gareth wziął głęboki wdech, przeżegnał się i strzelił krótką serią w wysuniętą maszynerię. Zaiskrzyło i po chwili uruchomił się alarm, który akurat tym razem oznaczał coś dobrego. Major natychmiast otworzył właz, a Chen wszedł do środka, trzymając Joannę na rękach. Liczyła się każda sekunda. Gdy tylko Gareth zamknął właz, skontaktował się Hildą.
- Wciskaj!
Musiało się udać, bo po chwili alarm się wyłączył, ale było jeszcze za wcześnie na radość. Chen wiedział, że musi jak najszybciej zdjąć z koleżanki skafander, więc zszedł na niższy pokład, zaś Gareth wbiegł na mostek.
- Idź się zająć Aśką. Ja nas stąd zabiorę – powiedział, siadając za sterami.
Po usunięciu skafandra Joanna nie odzyskała przytomności. Kiedy komora się otworzyła, Chen musiał pochwycić bezwładne ciało koleżanki. Nie przejmował się jej nagością, bo był zbyt zdenerwowany, by zwracać na to uwagę. Ułożył ją na podłodze, wyczekując Hildy. Ta przyszła szybko. Uklękła obok poszkodowanej i otworzyła torbę. Szybko sprawdziła podstawowe funkcje życiowe koleżanki i z ulgą stwierdziła, że jej stan się stabilizuje. Okryła ją folią termiczną, aby schłodzić jej ciało, i przygotowała kroplówkę.
- Będziemy na Ziemi za jakieś dwadzieścia minut – oznajmił major, wchodząc do pomieszczenia. - Co z Aśką?
- W porządku... - odpowiedziała sama Joanna.
Wszyscy popatrzyli na nią zaskoczeni. Wyglądała na wycieńczoną, ale zdawała się w pełni przytomna. Zdobyła się nawet na wymuszony uśmiech.
- Dziękuję... - stęknęła. - I przepraszam... Powinnam była zostać... Mój błąd...
- Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało – powiedział ze spokojem Gareth.
Pozostali spoglądali na niego z podziwem. Major wiedział, że profesor może nie podzielać tego podziwu, gdy zobaczy uszkodzenia, ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że oficer postąpił słusznie. On jednak nie był z siebie w pełni zadowolony. Musiał lepiej poznać Odyseję od strony technicznej, i takie zadanie sobie postawił.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Astroni
noblista
Posty: 507
Rejestracja: 27 lis 2011, 00:35
Lokalizacja: K-Pax
Kontaktowanie:

Postautor: Astroni » 17 lut 2012, 02:02

No proszę! Zamierzałam właśnie odpowiedzieć coś na poprzedni rozdział, a tu już kolejny.
Miałam też jednak cichą nadzieję, że może ktoś jeszcze się wypowie, bo strasznie dużo by było uwag w jednym moim poście.

W takim razie potaknę Hienistemu w paru rzeczach - też coś się nie mogę odnaleźć w tej pustce informacji o pomieszczeniach i liczności załogi. Czy naprawdę tam są tylko cztery osoby + profesor? :( O psychologii postaci i dialogach też już opowiedział(opowiedzieli? :mrgreen: )

I teraz ode mnie:

Po pierwsze - jak się nazywa funkcja, którą pełni Joanna? :D Na początku było, że niedługo się dowie, a potem pojawiła się kolejna misja (moim zdaniem ogromny błąd, że od razu jakaś tam nasta - po co był ten początek, skoro od razu oglądamy osobę, która wie wszystko o tych nowościach od A do Z?), w której od razu wszyscy (niezależnie od stopnia wojskowego!) grzecznie osuwają się na bok i lecą po chrust... Nawet jeśli Gareth jest kompletnym matołem i nie wie zupełnie nic o maszynie, którą (z tego co rozumiem) zna o wiele dłużej niż Joanna (nigdy nie trafiła się najmniejsza usterka?...), i nawet jeśli naturalną koleją rzeczy biolog i geolog mogliby jedynie przeszkadzać, to właśnie Gareth powinien rozkazać, kto co robi. Albo przynajmniej (podobnie jak Hilda) próbowałby to robić, bo musiał trochę przesiedzieć w wojsku, skoro ma taki stopień (nie znam się, ale chyba nie dostaje się majora po 10 latach służby?).

- To mój tekst – powiedział Gareth, który rościł sobie wyłączność do wydawania rozkazów.

Haha.

Drugie, co częściowo wychodzi od poprzedniego - dlaczego wszyscy zachowują się tam jak dwudziestolatki? Ten brak dyscypliny (u wojskowych?), to pragnienie przygód (u naukowców geniuszy?), nuda (w tajnej bazie naukowej?). Jedyną osobą, która zachowuje się stosownie do swojego (sugerowanego) wieku i stopnia naukowego jest profesor Price. O wiele lepiej by to wszystko pasowało logicznie, gdyby szukali utalentowanych geniuszy wśród studentów - wtedy żarty o lesbijkach i trafianie orzeszkami do ust byłyby jak najbardziej na miejscu. A tak: wszystkie te stopnie naukowe i wojskowe sugerują nam, że mamy do czynienia niemalże z ludźmi automatami, którzy od dwudziestu lat nie wiedzą, co to jest poczucie humoru (dlatego tak bardzo nie lubię wojskowych w serialach sci-fi - zawsze wszystko skopią swoimi ograniczeniami).

Po trzecie, taka rada w związku z nieporadnością przybliżania osobowości postaci: jeśli nie idą ci takie opisy, kiedy w tle jest czas wolny albo zepsuty statek i tylko musisz powtarzać, że niestety była nuda, i nie było co robić, i Joanna poszła, ale tam nikogo nie było i była nuda, to tego nie rób! XD Zrób jakąś akcję - że, nie wiem, odkryto jakąś anomalię wymagającą natychmiastowej reakcji całego zespołu, przypadkiem włączył się alarm, namierzono jakiegoś NOLa - żeby każdy musiał gdzieś lecieć, gadać, szukać, wściekać się, uspokajać innych... Wolisz pisać dialogi niż opisy, to twórz sobie sytuacją do dialogów i pisz dialogi - po co ci spokojny nastrój do dokładnego wnikania w psychologię, skoro myślisz tylko o tym, żeby do przewinąć i przejść do akcji (jeśli źle oceniam twoje odczucia podczas pisania, to bardzo cię przepraszam, bo się nie chcę wymądrzać, ale tak to właśnie odczytuję)? Podobnie jak nie nadają się dla ciebie takie bezbarwne sytuacje, tak też taki przebieg awarii na obcej planecie nie nadaje się do przedstawiania idei pracy zespołowej - każdy pracuje osobno, a kiedy wspólnie siadają do ogniska znowu stawiasz ich przed koniecznością gadania o niczym (no bo co ostatnio wspólnie robili?). Ej, ale wcześniej nazwałaś ich pracoholikami, więc wiesz, o czym by rozmawiali? O pracy :) O tym, co im nie wychodzi, o najbliższych badaniach, o różnych rodzajach skałek... Nie sugeruj, że oni w tych laboratoriach tylko próbują się nawzajem zagadywać i czekają na kolejne przygody.

Wiem za to, co pochwalę: oryginalne elementy fabuły zgodne w dodatku z rzeczywistością. Jak chcesz, żeby czytelnik się zdziwił nagłą tragicznością sytuacji bohaterów i wyskoczysz z tą wydłużoną orbitą i naprawdę jest ciekawie. Jak chcesz przedstawić łopatologiczne podejście członka załogi, który nie jest naukowcem, to Gareth bierze karabin i też się dzieje. Same przyczyny awarii zresztą też niczego sobie (zwłaszcza ta pierwsza, z supernową). W sumie gdybyś miała zajmować się tylko opisem scenerii, wydarzeniami i przedmiotami, to by ci szło dobrze, tylko że niestety też trzeba pisać o ludziach i symulować te ich myśli i rozmowy ;-)

Chciałam jakoś przez te dwa tygodnie jakoś wymyślić, żeby ten post aż tak nie demotywował, ale chyba nie wyszło :-/
Nie ma "koniecznych" opisów i "mniej ciekawych" fragmentów - piszemy tak,
jakby każde zdanie było najważniejsze i jakby miało być naszą wizytówką.


[center]^^^[/center]

Mówi się, że Dukaj powiedział, że Tylko niewolników, szaleńców i samobójców nie obchodzi polityka. Mało kto wie jednak, że powiedział to ustami nie słynącej z mądrości postaci i to w świecie, w którym demokracja jest zarazą, a Słońce krąży dookoła Ziemi (naprawdę, nie tylko według astronomów!).


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość