[Ratchet & Clank] Porażka

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
pokemonka
pisarz
Posty: 159
Rejestracja: 29 kwie 2012, 17:34
Lokalizacja: Gdynia
Kontaktowanie:

[Ratchet & Clank] Porażka

Postautor: pokemonka » 23 lut 2016, 21:38

Jestem w tym fandomie od niedawna, jednak w 2 miesiące przeszłam każdą grę z serii, przeczytałam komiksy, widziałam każdy zwiastun i footage z nadchodzącego filmu... więc uznam siebie za siedząca w im dość głęboko xD Moje serce najbardziej w całym universum skradł Doktor Nefarious, tak więc to na nim będę skupiać swoje fiki z serii. :)
Mam nadzieję, że ktokolwiek wie co to jest, a jeśli nie, to że dla osób ,,z poza'' fandomu również będzie to tekst w miarę zrozumiały, jakby co to proszę pytać :)


Tytuł: ,,Porażka" (chyba robię się coraz gorsza w nadawaniu tytułów, oh well)
Fandom: Ratchet &Clank
Kategoria: bez ograniczeń
Opis: Po przegranej bitwie (akcji gry ,,A Crack in Time'') Lawrence przywraca swojego szefa, złego Doktora Nefariousa, do stanu użyteczności. Ten zdaje sobie sprawę z tego, że przegrywając ze swoimi wrogami, stracił coś więcej niż tylko szansę na zemstę.
Znajomość fandomu: Wskazana, ale nie konieczna (mam nadzieję)
Status: Skończony

Lawrence przyglądał się od dłuższej chwili jak przypominające żebra kable na klatce piersiowej jego szefa pulsują miarowo niebieskim światłem. Prawą rękę trzymał na wajsze, gotów w każdej chwili ponownie załączyć wspomaganie zasilania. Wydawało się jednak, że nie będzie to konieczne. Nowy, pomarańczowy dla odmiany reaktor, najwidoczniej przyjął się i pracował jak należy. Był to czwarty z kolei, którego lokaj próbował i zaczynał już naprawdę tracić nadzieję oraz cierpliwość. Jednak takie są uroki posiadania szefa o tak niekonwencjonalnej budowie. Doktor Nefarious nie był przemyślaną konstrukcją, samo stworzenie jego aktualnego ciała było swego rodzaju wypadkiem, przez co znalezienie pasujących części graniczyło z cudem. Lawrence, będąc jednym z jego tworów, miał również problemy ze skompletowaniem czegokolwiek dla siebie, jednak posiadał on specyficzny talent do unikania wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw i uszkodzeń. Gruntownego remontu potrzebował jedynie raz, gdy rozbili się na Zanifarze, ale wtedy mieli do pomocy Zonich. Lokaj puścił wajchę i przeleciał wzrokiem po swoim pracodawcy. Starał się go przywrócić do stanu użyteczności od dobrych kilku dni, ale ten wciąż pozostawał w trybie hibernacji. Ostatnia stoczona walka mocno go poturbowała i o mało nie pozbawiła życia. Nie żeby Lawrence się przejmował jego losem, nie kierowała nim sympatia, czy lojalność, a raczej tęsknota za czekiem z wypłatą i… przyzwyczajenie. Niespecjalnie znał inne życie niż w służbie u tego szalonego naukowca. Nagle jego muszka została pochwycona w ostre jak brzytwa metalowe szpony, a on sam gwałtownie i z dużą siłą pociągnięty w dół, tak, że jego twarz znalazła się tuż przy tej, należącej do Nefariousa. Lśniący czerwienią wzrok doktora był utkwiony w błękitnych lampkach, służących Lawrencowi za oczy.
- Ratchet…. - zaskrzeczał szeptem naukowiec.
- Niestety, to tylko ja, Lawrence, ale był pan blisko. - odparł swoim zwykłym, przepełnionym wręcz sarkazmem tonem lokaj.
- Stacja? - zapytał robot, nie luzując uścisku.
- Zniszczona.
- Zegar?
- Stracony.
- Armia?
- Zniszczona.
- Statki?
- Poszły
z dymem.
- ZNOWU PORAŻKA! - ryknął Nefarious, odpychając Lawrenca brutalnie, tak, że ten musiał chwycić się regału by nie upaść na plecy.
- Obawiam się, że tak, sir. - powiedział, gdy już złapał równowagę. Jego szef usiadł na metalowym stole, na którym jeszcze kilka chwil wcześniej był reperowany i przyłożył sobie rękę do czoła. Wyglądało jakby chciał tobie rozmasować skronie, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że jest maszyną i nie wiele by mu to dało.
- Pokonany… przez tego… tego… MIĘCIUCHA! I to po raz kolejny… - zaczął mamrotać pod nosem (którego notabene nie posiadał).
- Jak to mówią: do trzech razy sztuka. - skwitował Lawrence chowając narzędzia do skrzynki.
- A mogłem ich zatłuc wcześniej… ale nie! Mi się alegorii zachciało! Musiałem ich wystrzelić na asteroidzie! Przecież mogłem ich najpierw zabić, a potem wystrzelić!
- Mógł pan.
- A Clanka to mogłem zabić jeszcze wcześniej! - wrzasnął naukowiec, zeskakując ze stołu. Lekko się zachwiał, jego systemy nie były jeszcze do końca skalibrowane, ale nie dbał o to. Każdy złoczyńca musi zawsze ubarwiać swoje wypowiedzi gestykulacją - nauczył się tego z czasopisma ,,Nowy, Jeszcze Gorszy Ja’.’
- Zanim wysłałem go na… - w tym momencie zastygł w bezruchu, tyłem do swojego lokaja. Lawrence pomyślał, że może znów system mu się zaciął, jednak ulokowane pod kopułą z zielonego szkła (służącą mu za ogromną głowę) zębatka i pompka, pracowały jak należy. Geniusz zbrodni opuścił powoli, uniesioną wcześniej w górę rękę. Wyglądał jakby się nad czymś głęboko zastanawiał, po czym gwałtownie się odwrócił.
- Co to znaczy, że Zegar jest ,,stracony’’?! - zaskrzeczał.
- Sporo się tam ostatnio wydarzyło, w tym jego wybuch i przywrócenie do porządku przez Ratcheta i Clanka, sir. Jest teraz pod specjalnym nadzorem służb porządkowych Polaris… - zaczął mu tłumaczyć jego pracownik.
- GRRRRRRRRAAAAAH! - ryknął Nefarious.
- W rzeczy samej, sir.
- Nie no, nie wierzę! - Naukowiec machnął rękoma w geście załamania, po czym spojrzał w dół i zaczął oglądać się ze wszystkich stron. - Co ty… Coś ty ze mną zrobił?! Co to za kolor?!
- Niestety, w hurtowni zabrakło niebieskiego rarytanium tej klasy i byłem zmuszony…
- Fiolet?! Czy ci rozum odjęło?!
- Cóż, z jakimi przystajesz…
- FIOLET! Ooooo już gorzej być nie mogło! Jak moje imię ma teraz wzbudzać postrach jak będzie utożsamiane z fioletowym wdziankiem i… czy ty… Jestem niższy! O dobre kilka centymetrów! TY AROGANCKA KUPO ZŁOMU, JAK ŚMIAŁEŚ?! - Nefarious począł szarpać swojego lokaja za ramiona.
- Zawsze mogło być gorzej, sir… - wykrztusił z siebie Lawrence.
- Niby jak?! - wrzasnął jego szef, odrzucając go brutalnie, tak, że ten wylądował na ziemi.
- Mieli jeszcze różowe części. - odparł spokojnie lokaj, usiłując podnieść się z podłogi. Niestety, jego budowa wybitnie mu to utrudniała, gdyż kształtem przypominał gruszkę, z dorobionymi krótkimi nóżkami. Zaczął nieznacznie bujać się na plecach, niczym przewrócony żuczek.
- Grrrrah… - mruknął w odpowiedzi naukowiec, przewracając oczami i machając lekceważąco ręką. Odwrócił się od swojego pracownika i odszedł kilka kroków. Zapanowała pomiędzy nimi cisza. Gdy po kilku minutach Lawrenceowi udało się w końcu wstać i otrzepać z kurzu, dostrzegł, że jego pracodawca siedzi w bezruchu w pozycji embrionalnej, w rogu pomieszczenia. Wzrok miał utkwiony w przestrzeń przed sobą.
- Czy obmyśla pan już plan zemsty? - zapytał lokaj, zastanawiając się czy powinien w takim wypadku skoczyć po notatnik. Odpowiedziało mu tylko ciche mruknięcie. To była nowość. Normalnie Nefarious od razu zabierał się za knucie, darcie się na swoich podwładnych (głownie Lawrencea), projektowanie i ogólnie, przeklinanie swojego i swych wrogów losu. Nigdy nie bywał cichy, czy zamyślony, jak w tej chwili. Przez te wszystkie lata, jak pracowali razem, nie było chwili, żeby nie tryskał energią (głównie negatywną). Ten moment zadumy zbił służącego z tropu.
- Czy… coś panu przynieść?
Cisza.
- Mam coś zrobić?
Brak odpowiedzi. Lawrence wzruszył ramionami. Stwierdził w duchu, że skoro nie wymaga się od niego niczego, ma wolne.
- Lepiej zostawię pana samego. - rzekł, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu.
- Miałem tam wrócić… -dało się słyszeć z końca pokoju. Lokaj zatrzymał się w połowie drogi i odwrócił do swojego szefa.
- Proszę?
- Miałem plan… cofnąć się w czasie i… zabić go wtedy… - mruknął Nefarious, nie zmieniając pozycji w kącie.
- Nie do końca rozumiem… - Lawrence zrobił krok w stronę naukowca. Chyba po raz pierwszy w życiu był naprawdę skołowany.
- Ostatni raz jak z nią... kłóciliśmy się… - Pauza. - Miałem ją… miałem ją uratować… myślałem… - Głos złoczyńcy zadrżał. Nastało milczenie. Lawrence przeleciał w pamięci przez wydarzenia minionego miesiąca i nagle go olśniło.
- Ah! Mówi pan o Cassiopei?
W odpowiedzi, Nefarious tylko ukrył głowę głębiej w swoich ramionach, jakby chciał zakryć nieistniejące uszy. Lawrence nie przepadał za walkiriami, po ich wizytach było tylko dużo sprzątania, nigdy nie wycierały nóg przed wejściem na stację. Cassiopeia jednak, wykazywała chociaż jakieś minimum manier. Traktowała nawet lokaja z czymś na wzór szacunku, choć rzadko się widzieli, częściej słyszeli. Przez cały okres, w którym ów wojowniczka i Doktor Nefarious się do siebie… cóż, zbliżyli, Lawrence pozostawał w Wielkim Zegarze i jedynie informował swojego szefa o postępach w pracy i próbach zabicia Ratcheta. Lombax, będący arcywrogiem szalonego naukowca, zdołał zabić każdą z trzech walecznych sióstr: Librę, Carinę, a na końcu również Cassiopeię.
- Myślałem, że… że pan to już przetrawił, sir.
Nie uzyskał odpowiedzi. Zaczęło go to już z lekka irytować, choć nie dawał tego po sobie poznać, jak niczego.
- W końcu zerwał pan sojusz z walkiriami...
Nefarious zacisnął mocniej szpony na swoich kolanach, tak, że metal zaczął cichutko trzeszczeć.
- Za pozwoleniem, nie wydawał się pan specjalnie przejęty wtedy, nie widzę więc sensu w roztrząsaniu tej historii.
- Ty nigdy w niczym nie widzisz sensu… - odparł cicho naukowiec. Jego głos łamał się, jakby syntezator był uszkodzony.
- Cóż, patrząc na pana to ciężko kiedykolwiek…
- PRZESTAŃ! - krzyknął złoczyńca. Lawrence natychmiast zamilkł. To nie był zwyczajny krzyk, taki, jakich słyszał, skierowanych do siebie setki każdego dnia. Był jakby… paniczny. Doktor wydał z siebie dźwięk jakby wciągał powoli powietrze. To zdziwiło lokaja jeszcze bardziej.
- ZAMILCZ! - krzyknął znowu robot, łapiąc się za głowę.
- Przecież ja nic… - Lawrence naprawdę był już zbity z tropu. Nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji, nie podobało mu się to.
- SKOŃCZ! Skończ z tymi swoimi przytykami, z tym swoim sarkazmem, z tymi swoimi niby mądrymi docinkami, choć raz zamknij jadaczkę! Myślisz, że ja tego nie zauważam?! Choć raz się odczep, nie zgrywaj mądrzejszego, choć raz… choć raz nie… - Głos naukowca załamał się, a on szybko zakrył sobie swoje metalowe usta rękoma.
Zapanowała między nimi cisza. Lawrence, po raz pierwszy w życiu nie wiedział co powiedzieć, nie wiedział nawet co myśleć. Nigdy nie widział swojego szefa w takim stanie. Klatka piersiowa Nefariousa rozszerzała się i zwężała, jakby głęboko oddychał, co było absurdalne, zważywszy na fakt, że był maszyną. Owszem, czasem w gniewie i napadzie furii zapominał się i poddawał nawykom czy odruchom, pozostałym mu z czasów, gdy był jeszcze organiczną formą życia, ale tym razem… było inaczej. Wyglądał jakby naprawdę CHCIAŁ oddychać. Jego dłonie powoli powędrowały do oczu, zakryły je, a głowa opadła. Siedział tak chwilę, nie ruszając się.
Lawrenceowi jakiś głos w głowie cały czas powtarzał, że powinien wyjść. Robot zrobił dwa, niepewne kroki do tyłu, nie odrywając wzroku od postaci, zwiniętej w kłębek w kącie. Zatrzymał go cichy, spokojny i jakby całkiem obcy głos jego pracodawcy.
- Ona była moją Janice…
W tym momencie lokaj zdał sobie sprawę z tego, co się działo z jego szefem, z jego głosem, z jego dziwnymi próbami oddychania… On płakał. Nie naprawdę, nie był do tego fizycznie zdolny, płakał w duchu i usilnie starał się to ukryć. Płacz to podrzędna, organiczna reakcja, którymi naukowiec gardził, a Lawrence zwyczajnie nie pojmował. Służący zawahał się przez chwilę.
- Odejdź… - mruknął bardzo cicho Nefarious - Zostaw mnie…
Lawrence odwrócił się bez słowa i wyszedł, mimo, iż czuł wewnątrz, że nie powinien. Nie widział jednak lepszej opcji. Zamknął za sobą delikatnie drzwi, westchnął w duchu i zabrał się za odkurzanie bazy.
Obrazek

Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość