FFVII - Sen Bohaterów

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Jezack
amator
Posty: 6
Rejestracja: 05 kwie 2010, 23:58

FFVII - Sen Bohaterów

Postautor: Jezack » 06 kwie 2010, 00:07

Historyjka napisana jakiś czas temu pod wpływem myśli "Jak by to naprawić?"

Wymagana jest znajomość kilku terminów/postaci/miejsc z gry, ale ogólnie to worksafe^^


On to the story:

tytuł: Sen Bohaterów
fandom: FFVII
kategoria: 13+
opis: ycie bohatera nie jest łatwe..
ostrzeżenia: praktycznie żadnych=__=
status: skończony



Mężczyzna był ogromny – przynajmniej tak się Cloudowi wydawało w pierwszej chwili. Mogło to mieć związek z tym, że facet stał, w czasie gdy on sam siedział pod ścianą, ale… nie, raczej nie, drugie spojrzenie potwierdzało ten fakt. Facet miał za dwa metry wzrostu i nosił na sobie stary, znoszony mundur Klasy Pierwszej.

Ale to nie był Zack.

No tak, przecież Zack nigdy do niego nie przygodził. Poza tym jednym razem, gdy kazali mu z Aerith żyć, nie pojawił się w snach Clouda ani razu.

Mężczyzna pochylał się nad szczątkami kolejnego Sephirotha i, ze smutkiem na twarzy, szeptał przeprosiny. Na jego plecach spoczywało złożone białe skrzydło i…

I Cloud nie mógł już więcej, bogowie, już nie chciał, niech to się skończy, bo on już dłużej tak nie mógł!

Ile jeszcze razy będzie musiał go zabijać zanim to się skończy? Ile jeszcze razy będzie musiał przeżywać swoje własne piekło, zanim Planeta zrozumie, że on już nie chce być jej Obrońcą?

Kiedy w końcu przyjdą po niego Aerith i Zack, i zabiorą go stąd na dobre? Miał już dosyć snów, z których budził się z obolałym sercem. Dosyć tego, że od piętnastu lat wyglądał tak samo, podczas, gdy jego przyjaciele nie.

Dosyć tego, że On ciągle wracał!

„Nie płacz, malutki.”

Ten wielki mężczyzna teraz pochylał się nad nim i Cloud odczuwał impuls odgrodzenia się od niego mieczem. Szare oczy, które na niego patrzyły, były pełne współczucia i respektu. I czegoś, przypominającego żal. Za nimi kryła się moc Strumienia i Cloud wiedział, po prostu wiedział, że to jeszcze nie koniec.

„Jeszcze nie.”

Silne, ciepłe dłonie zacisnęły się na jego ramionach i poczuł, jak uzdrawiająca moc przemywa jego rany.

Nie chciał! Nie chciał tego!

„Nie rozpaczaj!” skarcił łagodnie olbrzym. „Szczeniak nie lubi, gdy jesteś smutny. Masz ważną misję do wypełnienia, chłopcze, nie możesz jeszcze odejść.”

Nie mógł? A nie liczyło się to, czego on sam chciał?

„Zack przyjdzie do ciebie, gdy nadejdzie jego kolej,” duża dłoń przeniosła się z ramienia na potargane blond włosy. „Ale do tego czasu… Jesteś jedynym, który może nam go oddać.”

Oddać kogo? I kiedy nadejdzie ta kolej?

Mężczyzna nie odpowiedział. Uśmiechnął się smutno i rozłożył nad Cloudem skrzydło. Było ogromne i olśniewająco białe.

„Przepraszam, malutki, to wszystko moja wina.”



*



„Wiesz, Angeal kocha się udręczać.”

Cloud nie odpowiedział. Leżał na spękanym asfalcie i czuł, jak krew płynie mu po żebrach, jak ubywa mu jej w żyłach. Jego ciało było tak nasączone mako, że potrafiło uleczyć prawie wszystko… ale tylko prawie. Masamune niosła ze sobą zniszczenie szczególnego rodzaju.

„Nie słuchaj go, gdy zaczyna truć o winie, bo to głupoty. Nic już nie mógł zrobić, gdy żarna losu poszły w ruch.”

Żarna losu. Proste wytłumaczenie na to, jak życie tylu ludzi zostało nieodwracalnie odmienione. Na to, że wspaniały człowiek oszalał i zmienił się w potwora. Że inny wspaniały człowiek stracił życie, by uratować kogoś, kto o nim zapomniał.

Żarna losu, śmiechu warte!

Nieopodal dymił krater, na dnie którego lśniły odłamki Masamune. Po klonie nie zostało tym razem ani śladu.

Który to już raz?

Był zmęczony. Tak bardzo zmęczony. Odkąd Tifa odeszła, nie czuł nic innego. Marlene i Denzel sprawili się w tej walce - choć to nie dziwne, oboje byli szkoleni przez najlepszych. Syn Yuffie był równie nieznośny, co jego mama, ale też posługiwał się Karą Śmierci tak samo wprawnie, jak tata. A jego młodsza siostra miała rękę do Boltów, jak cię nie mogę! Kto by pomyślał, że Vincent Valentine miał w sobie takie geny?

Walczyli razem z nim, cała grupą, jak za dawnych lat, ale to już nie było to samo. Bo brakowało Tify, Cida i Baretta. Młode pokolenie Turów – to, które zwracało się do Reno per „sir” – było niczego sobie, ale odkąd stara gwardia odeszła na emeryturę albo na wieczny spoczynek, nie było tak samo. Nikt nie wbijał noży w plecy tak samo, jak Reno, ani nie komentował bez użycia słów tak, jak Rude. Elena ze swoim niewyczerpalnym zapasem materiałów wybuchowych też była zawsze mile widziana w bitwie. Młoda Ciara Highwind nie klęła tak siarczyście, jak jej ojciec, a młodszy od niej Caith Tuesti dość dobrze posługiwał się nożami, ale nie odziedziczył po ojcu umiejętności planowania w przód.

Wszystko było do kitu. A najbardziej to, że Cloud nadal się nie zmieniał. Taki sam od kilku dekad, wciąż dwudziestoletni, wciąż szczupły i cichy chłopiec-wojownik.

Skazany na niekończącą się walkę.

Pieprzona Planeta! Nie był jej cholerną Bronią!

„Ależ właśnie tym dla niej jesteś.”

Genesis Rhapsodis odstąpił od brzegu krateru i stanął nad nim. Jego słowa wywołały w Cloudzie palący gniew.

Wiec, to tak? Tym był dla świata, który ratował od zniszczenia raz-za-pieprzonym-razem?! Bronią?!

„W czasie wielkiej Potrzeby stanie do walki Bohater” zmarły dawno temu jednoskrzydły wojownik mówił tak, jakby cytował z pamięci jakiś poemat. „Po prawej ręce Boginii będzie walczył, aż pokona Zagrożenie, dopiero wtedy dane mu będzie zasnąć snem Sprawiedliwych.”

Och, tak, ładnie powiedziane. Z tym, że on miał gdzieś tą cała Boginię! I słowa szaleńca, który nie wiedział, jak mówić własnym głosem.

„To mój głos,” Genesis uśmiechnął się i przyklęknął przy nim, kładąc dłoń na jego poranionej piersi. „Odkryłem sens Loveless, ostatnią przepowiednię.”

Uczucie ciepła i życia rozlewało się po ciele Clouda. Strumień. Planeta znów go uzdrawiała.

„Sprowadź go do nas. I nie miej za złe Angealowi, to nie jego wina.”

- Wiem – odpowiedział, zanim zamknął oczy. – To twoja.

Tyle sobie przypomniał z czasów „sprzed Hojo”. Szkoda, że te wspomnienia przeplatały się z tymi, w których leżał na stole operacyjnym.



*



„Obudź się, Cloud.”

Nie chciał. Nie po raz kolejny. Już nigdy więcej. Nawet, jeśli to ona prosiła…

Właśnie pozwolił zginać prawnuczce Denzela. I zniszczyć czwartą część Edge. Ilu tym razem zginęło ludzi? Ilu, z tych co przeżyło, straciło dach nad głową?

Jenova była coraz silniejsza, ale on też nie zostawał w tyle. Planeta dopilnowała tego, by jej ulubiona zabawka była zdolna do walki z każdym przeciwnikiem. Szkoda, że nie zadbała tak samo o postronnych obserwatorów.

Były takie chwile, gdy nienawidził jej prawie tak samo, jak Jenovy. I Sephirotha.

Bywały takie chwile, gdy zastanawiał się, czy to wciąż jest ich walka, czy obaj nie są pionkami na planszy należącej dwóch sił, walczących ze sobą od tysięcy lat. Czy ten z nich, który okrzyknął siebie lalkarzem też nie jest przypadkiem marionetką. To ciągnęło się już tak długo… Cloud patrzył, jak jego wróg zmartwychwstaje, walczył z nim, zabijał go. I zabijał. I zabijał. Za swój ból, za straconych przyjaciół, za to wszystko, co ich spotkało… Ale to nigdy nie pomagało.

Nigdy nie czuł się po tym lżej.

„Cloud, proszę, nie myśl tak. Nie jesteś zabawką.”

Z trudem otworzył oczy i, jak przypuszczał, leżał na łące pełnej białych kwiatów, z głową na kolanach Aerith. Nie czuł nic poniżej pasa – pewnie dlatego, że ten ostatni upadek ze szczytu monumentu Shinry złamał mu kręgosłup. Ale czuł za to dłoń głaszczącą go po czole.

Aerith pochylała się nad nim i patrzyła na niego tym swoim łagodnym, współczującym spojrzeniem. Tym spojrzeniem, które mówiło „Wiem, tak strasznie mi przykro.” Pocieszającym go bez użycia słów.

Miał ochotę ją za to uderzyć, ale trzymał ręce przy sobie. To była złość na Planetę, na Starożytnych, nie na nią. Ona była jego aniołem, była ukochaną Zacka, była…

Była tą, która odsyłała go z powrotem raz za razem. Która współczuła mu, ale nie pozwalała zostać.

A on nie potrzebował współczucia! Potrzebował przestać czuć!

„Och, Cloud, nie myśl tak. Masz bardzo ważną misję do wykonania. Musisz go do nas sprowadzić. Jenova wciąż go ma, nie wypuszcza jego duszy ze swoich rąk, a dopóki się to nie zmieni, nie będzie mógł zaznać spokoju.”

On? Sephiroth nie zazna spokoju? A co ze spokojem, którego chce jeden Cloud Strife? On sobie tego nie wybierał, tej… misji. Nie wybierał patrzenia na to, jak jego przyjaciele, ich dzieci i wnuki, i prawnuki starzeją się i umierają jeden po drugim! Nawet Vincent – niezniszczalny, milczący, długowieczny Vincent Valentine dostał swój sen wieczny.

Czemu nie on?

„Cloud, proszę zrozum. On też tego nie wybierał, jego dusza jest uwieziona we własnym piekle i nie może trafić do Strumienia. Planeta walczy z Jenovą, Cetra wypalają ją ze Strumienia komórka po komórce, ale póki Sephiroth jest jej nosicielem, Jenova będzie wracać.”

Więc ile razy ma go jeszcze zabić? Ile razy, zanim Planeta posprząta na tyle, by ten pasożyt nie miał się już na czym zaczepić?

„Nie wiem, Cloud, nikt z nas nie wie. Wiemy, że za każdym razem jest lepiej, że jego dusza jest coraz bliżej Strumienia. Robimy, co możemy, by go dosięgnąć, ale to wciąż za daleko, musisz nam pomóc.”

Przecież mają tylu wojowników – Angeal, Genesis… Zack! Ludzi, którzy znali Sephirotha, którzy byli jego przyjaciółmi! Jeżeli ktokolwiek miał szansę na dosięgnięcie człowieka, którym kiedyś był ten potwór, to właśnie oni! Czemu ich nie wybrano?

„Bo tylko ty możesz go sprowadzić. Tylko ty możesz uwolnić jego duszę, Cloud, jesteśmy tego pewni.”

Zaczynał czuć nogi i, bogowie, nie były w najlepszym stanie. Zderzenie z chodnikiem musiało mu strzaskać piszczele. Ale Strumień robił swoje. Znów.

Zielone oczy Aerith patrzyły na niego cały czas, gdy zapadał się w miękkiej trawie. Mgliście wydawało mu się, że przez nie patrzy na niego sama Planeta – przygląda mu się badawczo, wyczekująco.

Ale pewnie tylko mu się wydawało. W końcu to była Aerith.



*



Zack przyszedł do niego, gdy zabił Sephirotha po raz… kolejny. Nie wiedział dokładnie który. Minęło już jakieś sześćset lat, więc musiało być tego sporo. Choć pod koniec przerwy były dłuższe – niektóre trwały nawet po czterdzieści lat. Tylko, że to też nie było takie dobre, bo Cloud nie wiedział zbytnio, co ma robić przez ten czas. Potomkowie jego przyjaciół już w niczym ich nie przypominali, świat przeszedł tyle zmian, że czasami trudno było powiedzieć, czy jest się w Neo Midgarze, czy w Costa del Sol. Trudno było żyć, gdy trzeba było gonić za zmianami, które jego na dobrą sprawę nie dotyczyły.

Masamune leżała u jego stóp, w kawałkach. Tsurugi rozprysnął się w drobny mak – chyba też miał już dosyć tego wszystkiego.

Cloud zachwiał się i nie udało mu się utrzymać równowagi. Trudno było stać z rozpłatanym udem i skręconą kostką. Poleciał do tyłu, ale zanim jego plecy dotknęły ziemi, ktoś złapał go pod ramiona i ostrożnie opuścił w dół. Znajomy głos odezwał się nad nim.

- Cześć, Spike!

Och, bogowie, nie…

Zacisnął mocniej powieki i odwrócił głowę. Ból w jego ciele cichł, ale to był tylko szczegół.

Nie on, do cholery!

- Co jest, Spike, nie cieszysz się, że jestem? – głos był trochę speszony tym zachowaniem. – Wolałbyś Aerith? Angeala?

Nie, a jednocześnie tak. Bo nie chciał widzieć twarzy Zacka, gdy ten każe mu żyć. To będzie ponad jego siły.

- Spike? – tym razem w głosie pobrzmiewało najprawdziwsze zmartwienie.

- Odejdź – odpowiedział, powstrzymując łzy, które chciały wydostać się spod zamkniętych powiek. Kto by pomyślał, że jeszcze może płakać? – Jeżeli jesteś tu po to, by kazać mi wrócić, to… odejdź.

Zack milczał – co samo w sobie było dla niego tak niecharakterystyczne, że zaniepokoiło Clouda na poważnie.

Coś złego musiało się stać w życiu człowieka, który martwił się tym, że głosy w jego głowie cichną – prawie zaśmiał się na tę myśl.

Nie zdążył otworzyć oczu, nie zdążył zapytać, gdy został wciągnięty w mocny uścisk, który tylko krok dzielił od skutków śmiertelnych. Szeroka dłoń zagłębiła się w jego splątanych, zlepionych krwią włosach i pociągnęła mu głowę w dół, zmuszając go, by oparł czoło o pierś odzianą w szorstki, granatowy golf.

Tą piersią poruszał oddech. Biło w niej serce. Nie była podziurawiona kulami, ani skąpana we krwi – tak, jak wtedy, gdy starszy żołnierz przytulał Clouda po raz ostatni. Wtedy to nawet nie był uścisk… Zack nie miał na to siły.

Zack…

- Przepraszam, że nie wpadłem wcześniej, Spiky – mówił przyjaciel tym swoim pogodnym, szczerym głosem, który nawet w chwili śmierci nie zmieniał brzmienia. – Ale Aerith nie pozwalała, a Cetra… to straszna banda, mówię ci, same sztywniaki. I naprawdę potrzebowaliśmy Sepha po naszej stronie, żeby ta suka w końcu zdechła i… nigdy nie byłem daleko, Spiky, nigdy!

Och, Gaio, czyli, że… w końcu?

- Zack? – Cloud odezwał się, czując na języku słony smak łez i wiedząc, że jeszcze chwila i pewnie zasmarka przyjacielowi golf, ale co tam. W tych ramionach zawsze czuł się bezpiecznie. Zack był niepokonany. Zack mógł go obronić przed wszystkim. – Już?

- Już – uścisk zacieśnił się jeszcze bardziej. – Cetra pozbyli się ostatnich skrawków Jenovy, Planeta jest czysta. A Seph… chwilowo śpi. A ja mam ci przekazać, że Cid Highwind jest oburzony tym, że umawiałeś się z jego wnuczką. Sam jestem oburzony, chociaż w pełni cię rozumiem, stary, niezła z niej laska.

Cloud roześmiał się. To był histeryczny, mokry od łez śmiech człowieka, który po latach spędzonych w ciemności w końcu zobaczył światło na końcu tunelu. Zack trzymał go, głaskał po plecach, gdy zaczął płakać i mamrotał te swoje uspokajające bzdury, które nie miały sensu, ale zawsze, zawsze działały.

Zack Fair, SOLDIER Pierwszej Klasy, bohater.

Jego pierwszy i najlepszy przyjaciel. Światło na końcu tunelu.

- No, hej, już dobrze, kurczaku, już dobrze – uspokajał go. – Nie będziemy tu siedzieć, jak para sierot, co? Mogę ci pokazać dużo fajniejsze miejsce! Możemy tam iść nad morze, albo upić się, jak idioci… albo wykazać się przedsiębiorczością i upić się na plaży!

- Chcę spać – wymamrotał Cloud.

Zack podciągnął go na nogi i otrzepał z nieistniejącego kurzu. Nadal był wyższy od niego, i Cloud odkrył z zaskoczeniem, że nadal mu tego zazdrości. Jego twarz, była taka, jaką pamiętał – otwarta, uśmiechnięta, pełna ciepła. Dziurawa pamięć Clouda nie zakłamała przynajmniej tego obrazu. Teraz ta twarz pochyliła się do niego, aż ich czoła się zetknęły.

- Dobrze, Spike, będziemy spać. A za kilkaset lat obudzimy się i spierzemy Sephowi łeb za ten burdel z meteorytem i w ramach kary każemy mu śpiewać piosenki popowe, których tak nie znosi.

To brzmiało, jak dobry plan.

Znów czuł się, jak piętnastoletni kadet, którego starszy stopniem przyjaciel ciągnął właśnie do oficerskiej stołówki, mając w planach jakąś szaleńczą misję, która zapewne skończy się niebotycznym bałaganem i wizytą na dywaniku u przełożonego. Znów czuł się, jakby mógł udźwignąć na barkach cały świat – jeżeli tylko ta opalona dłoń nie puści jego dłoni, jeśli tylko te roziskrzone oczy nie przestaną się do niego uśmiechać.

Gruz pod jego stopami zmienił się w zieloną trawę, a potem w złocisty piasek. Cloud gdzieś zgubił buty, a jego czarne, żałobne ubranie zostało zastąpione przez pstrokate plażowe szorty i podkoszulek, który musiał być wymysłem Zacka, bo nikt inny nie kazałby mu się ubrać w coś, co miało na piersi nadruk z pisklakiem Chocobo goniącym za przerośniętą i nadzwyczaj pewną siebie rosówką.

Jeden samotny parasol rzucał cień na ułożony pod nim koc. Morze szumiało łagodnie, usypiająco, gdy opalone ramiona pociągnęły Clouda na ten koc i nie wykazywały chęci, by go wypuścić.

- Costa del Sol to przy mojej plaży piaskownica, no nie? – szeptał mu do ucha łagodny głos. – Możemy tu sobie odpocząć. A potem pójdziemy do Aerith i poznamy cię z tymi Starożytnymi sztywniakami, bo wiem, że chciałbyś im powiedzieć to i owo, Spiky.

Tak, tak zrobią. Ale później. Teraz było mu za dobrze, żeby się ruszać.

I nie przeszkadzało mu nawet to, że gdzieś na granicy świadomości słyszał, jak Tifa wita go w domu, Yuffie domaga się zwrotu Leviatana, którego Wutai pożyczyło mu dwieście lat temu, Barret nazywa go zangszczonym na wskroś gnojkiem, któremu najwyraźniej nie śpieszyło się do nich, głos Caitha Sitha gratuluje dobrze wykonanej roboty, Cid drze się na niego za to, że flirtował z jego potomkinią, a Vincent Valentine milczy wymownie. Kiedy tylko Red wykazał się dobrymi manierami i życzył mu dobrych snów, Cloud uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

Nie chciał snów. Najlepszy z nich już miał, nie potrzebował więcej.
Ostatnio zmieniony 07 kwie 2010, 01:31 przez Jezack, łącznie zmieniany 1 raz.
If something is stupid, but works, then It's not stupid!

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 06 kwie 2010, 16:44

No to mamy na forum kolejną osobę, na której kolejne ff będę czekać^^ Nie masz może zamiaru "poeksploatować" nieco temat szaleństwa Sephirotha? -__^

Tak przy okazji, zapomniałaś o naszych forumowych "punktach obowiązkowych".
OC-holic

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2564
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 06 kwie 2010, 17:02

Rzeczywiście, bardzo proszę przeczytanie regulaminu wrzucania prac i dostosowanie się do niego.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Jezack
amator
Posty: 6
Rejestracja: 05 kwie 2010, 23:58

Postautor: Jezack » 07 kwie 2010, 01:32

Znaczy, teraz dobrze? *zapomniałam tego opisu mea culpa>_<*
If something is stupid, but works, then It's not stupid!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2564
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 07 kwie 2010, 19:25

Przyznaję, że nie lubię Clouda, więc czytanie o nim zbytnio mnie nie kręci, ale styl masz dobry. Widzę, że spiknęłaś Vincenta z Yuffi. Jako fanka pary CidxVincent mówię stanowcze nie :-P
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Jezack
amator
Posty: 6
Rejestracja: 05 kwie 2010, 23:58

Postautor: Jezack » 08 kwie 2010, 00:34

*chyli czoła* seplasam, to wszystko przez brata, który mnie zarzuca parą Vin/Yuffie XD

Vin najbardziej mi pasuje do... well, nikogo, prawdę mówiąc^^"

*le sigh* czeu ludzie w Polszy nie piszą ff do FFVII? ;__; Nie ma człowiek co czytać.
If something is stupid, but works, then It's not stupid!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2564
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 08 kwie 2010, 06:35

Ja napisałam dwa po polsku. Jeden jest tutaj, a drugiego nie wrzucę, bo jest idiotyczny.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość