[Tomb Raider] Anima Mundi

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Leilya
amator
Posty: 1
Rejestracja: 04 sie 2010, 13:47

[Tomb Raider] Anima Mundi

Postautor: Leilya » 04 sie 2010, 14:11

tytuł: "Anima Mundi"
kategoria: 13+
opis: pierwsza czesc opowiadania
znajomość fandomu: wskazana
status: skończony

Monika "Leilya" Holloway

Anima Mundi


Okolice miasta Oudtshoorn, Republika Południowej Afryki

Ciepłe popołudniowe słońce rzucało łagodne refleksy na twarz młodej kobiety, kiedy pochylała się nad trzymanym w dłoniach drobnym znaleziskiem. Wokół niej pełno było kurzu, zamieszania i głośnych rozmów. Jednak ona nie zwracała na to uwagi. Klęczała na brzegu jednego z wielu wydrążonych w ziemi rowów, które ciągnęły się wzdłuż całego terenu wykopalisk, ostrożnie obracając w dłoniach niewielki, podobny do szarego kamienia przedmiot. Przyglądała mu się uważnie, ze skupieniem. Zmarszczyła brwi.
— Wygląda na to, że jednak nie przyjechałam tu na darmo — uśmiechnęła się do siebie i wzięła do ręki małą, płaską miotełkę, która leżała tuż obok niej, na wierzchu skrzyni pełnej najróżniejszych narzędzi. Potem szybkimi, wprawnymi ruchami oczyściła znalezisko z resztek ziemi i zaschniętego prochu, odsłaniając wyraźnie jego ostre krawędzie. W tej chwili była już pewna, że to nie jest zwykły kamień.
Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że trzyma w rękach coś niezwykłego, coś, dla czego warto przejechać kilka tysięcy kilometrów i spędzić miesiąc w prażącym słońcu. Była zadowolona i podniecona. Zrozumiała, że jej instynkt i tym razem jej nie zawiódł.
— Dziennik wyprawy, dzień dwudziesty ósmy i ostatni. — Prawą dłonią nacisnęła przycisk nagrywania w dyktafonie, który leżał obok skrzyni wypełnionej narzędziami, a lewą podniosła do góry swój skarb. — Na terenie wykopalisk nalazłam dziwny przedmiot o szarej, matowej barwie. Dwie z jego płaszczyzn tworzą kąt prosty i są starannie wypolerowane, natomiast trzeci bok tworzy idealnie wyprofilowaną ćwierć koła. Nie wiem, jak stara jest ta rzecz, jednak na jego zewnętrznych krawędziach widnieją wyraźne inskrypcje, których nie jestem w stanie odczytać. — Kobieta wyłączyła nagrywanie i odłożyła dyktafon, podnosząc znaleziony przedmiot jeszcze wyżej, tak, że promienie zachodzącego słońca miała dokładnie przed sobą.
I wtedy stało się coś dziwnego. Ciemna i pozbawiona blasku powierzchnia zajaśniała w dłoniach badaczki bladym, zielonkawym światłem. Tak naprawdę był to tylko przebłysk, zaledwie na ułamek sekundy rozświetlający matowe wnętrze kamienia; budzący je do życia. Potem wszystko zgasło.
W pierwszej chwili dziewczyna odsunęła się ze zdziwieniem, przekonana, że to złudzenie. Wiedziała, że po tylu godzinach pracy zmęczenie mogło podsuwać jej różne obrazy, które niekoniecznie muszą być prawdziwe. Ale instynkt ponownie podpowiadał jej cos innego; nakazywał sprawdzić jej tę rzecz jeszcze raz.
Powtórnie przysunęła dziwaczny artefakt w stronę promieni światła i znowu zobaczyła to samo: zielonkawa poświata powoli wykwitła z wnętrza niewielkiego przedmiotu i pulsowała łagodnym blaskiem, rzucając cień na palce dziewczyny. Było w tym coś nieziemskiego, nieomal magicznego, ale jednocześnie łagodnego, działającego uspokajająco. Coś, co trzymało jej wzrok na uwięzi i nie pozwalało jej ruszyć się z miejsca.
— Lara? Znalazłaś tam coś? - Donośny męski głos wyrwał kobietę z odrętwienia.
Lara Croft poruszyła się i opuściła dłoń, w której trzymała znalezisko; światło zamarło.
— Nie. Tylko kupę kamieni i trochę zniszczonej ceramiki — odwróciła się w stronę mężczyzny, czując przy tym lekkie zawroty głowy. — Niczego tu nie ma, Jeff.
— W takim razie powinniśmy się zwijać. Robi się późno. Toby spakował prawie wszystkie rzeczy i czekamy już tylko na ciebie — wysoki, ciemnowłosy mężczyzna stanął obok Lary, otrzepując spodnie z pyłu. Nawet nie zauważył przedmiotu, który dziewczyna pospiesznie zawinęła w kawałek materiału i schowała do plecaka. — Idziesz?
— Tak. Pomóż mi zabrać te rzeczy i już idziemy — podała mu drewnianą skrzynkę, a sama wstała i pozbierała resztę rzeczy. Czuł się dziwnie; jakby zaraz miała upaść. Nie dała jednak niczego po sobie poznać, chociaż każdy krok stawiała z trudem.
Parę minut później cała ekipa opuściła teren wykopalisk. Jeff i Lara zajechali jeepem do niewielkiego miasteczka, w którym wynajmowali nocleg. Toby jechał zaraz za nimi, wioząc cały sprzęt.
Zaparkowali na małym, hotelowym parkingu i wysiedli, oświetleni ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Dziewczyna wyszła jednak z samochodu sama; jej towarzyszom nie spieszyło się do odpoczynku.
— Do zobaczenia jutro — Lara stanęła na podjeździe i patrzyła z uśmiechem, jak Toby i Jeff sadowią się w jeepie, szykując się do wieczornej eskapady. — Nie zapominajcie, że z samego rana opuszczamy tę zatęchłą dziurę.
Toby udał, że salutuje i puścił do niej oko. Jeff tymczasem odpalał już silnik.
— Rozkaz, panno Croft. Ty też zbytnio nie szalej. Zostawiamy cię samą, ale nie na długo. Pamiętaj o tym i nie wdawaj się w żadne awantury.
— Tak, akurat. Marzę tylko o kolacji i wygodnym łóżku - ostatnie słowa mówiła już sama do siebie, bo jej towarzysze znikli właśnie za zakrętem drogi, zostawiając za sobą chmurę pyłu. — A już najbardziej o powrocie do domu - dodała, zamykając drzwi wejściowe.

Croft Manor, Surrey - Anglia

Cienie zagęszczały się wokół Lary. Czuła to niemal namacalnie. Coś dusiło ją, coraz mocniej zaciskało pętlę na jej piersiach, nie pozwalając oddychać. Szła przed siebie, ale tak naprawdę miała wrażenie, że nie posuwa się wcale do przodu; była w pułapce. Nie mogła uciekać, nie mogła krzyczeć.
Brnęła przed siebie w kompletnych ciemnościach, niemal oślepła, starając się przedrzeć przez długi, wąski korytarz, i co chwilę potykała się, bo nie była w stanie dojrzeć przed sobą drogi. Posuwała się powoli, dotykając mokrych, lepkich ścian. Była przerażona.
Początkowo jedynym dźwiękiem, który słyszała, było bicie jej własnego serca; miarowy, przyśpieszony rytm, który doprowadzał ją do szału, bo przypominał o strachu, którego nie mogła przezwyciężyć. Jednak po chwili usłyszała coś jeszcze: odgłos przypominający przeciągłe westchnienie, a zaraz po nim głośny szmer; szmer, który stawał się głośniejszy z każdą sekundą. Już nie słyszała własnego serca. Coś się do niej zbliżało, coś potężnego.
Lara obejrzała się za siebie, przerywając na moment swoją beznadziejną wędrówkę w ciemnościach.
I właśnie w tym momencie zobaczyła ich. Ogromne, bezkształtne stwory, które wypełniały sobą całą przestrzeń wąskiego korytarza. Straszne i nieme. Powolne, ale i nieubłagane. Jedne z nich miały twarze ludzi, którzy dawniej zginęli z jej ręki, inne były tylko powykrzywianymi, bluźnierczymi maskami, których rysów nie sposób było rozpoznać. Wszystkich jednak łączyła wspólna cecha: nienawiść. Wściekłość, która ścigała Larę i była bardziej przerażająca, niż wszystko, czego doświadczyła do tej pory. Sunęli za nią całą chmarą; byli jak armia, która wytrwale dąży przed siebie, nie zważając na żadne przeszkody. Dzieliło ją od nich najwyżej kilkanaście metrów.
Nie zważając na nic Lara puściła się biegiem przed siebie, zbierając tę resztkę sił, które w niej jeszcze zostały. Nie miała czasu na wahanie. Jej serce znowu przyśpieszyło swój rytm, ale już go nie słyszała. Wiedziała tylko, że musi uciekać. Jeśli chce przeżyć, musi biec szybciej od nich.
Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, ale nie zwalniała ani na chwilę. Mimo to potwory zbliżały się do niej; hałas narastał, stawał się już niemal nie do wytrzymania. Lara słabła coraz bardziej.
Nagle tuż przed nią wyrosło jasne światło i korytarz skończył się. Dziewczyna wbiegła do wielkiej, wypełnionej jasnością sali i zatrzymała się na samym jej środku, oszołomiona.
Odruchowo zasłoniła oczy ramieniem.
Kiedy je odsłoniła, zobaczyła, że tuż przed nią, ponad okrągłym podwyższeniem, unosi się niewielka kula, a z jej wnętrza emanuje niesamowite, wielobarwne światło, zalewające całe pomieszczenie.
Ryk potworów nagle ucichł. Lara obejrzała się za siebie, ale już ich tam nie było. Została sama. Tylko ona i ta wspaniała jasność.
Zachęcona zniknięciem prześladowców, dziewczyna podeszła do lewitującego nad postumentem artefaktu i powoli wyciągnęła dłoń w jego stronę. Poczuła delikatne ciepło.
Przesunęła się do przodu i dotknęła kuli, zafascynowana swoim znaleziskiem. Na moment zapomniała o ostrożności.
W chwili, kiedy jej palce osiągnęły swój cel, kula błysnęła i zajaśniała jeszcze mocniej, wysyłając w przestrzeń falę niewidzialnej energii. Trwało to ułamek sekundy, ale siła uderzenia była tak ogromna, że Lara została odepchnięta kilka metrów do tyłu.
Dziewczyna upadła i skuliła się z bólu.
A z wnętrza kuli wychynęło coś, czego nigdy wcześniej nie widziała ani nigdy później nie miała już ujrzeć: ogromny, czarny cień, wypełniający większą część sali. Skoncentrowane zło; cała jego esencja.
Przez moment ten nierzeczywisty stwór trwał w zawieszeniu, zupełnie, jakby przyglądał się Larze. Potem błyskawicznie podpełzł w jej stronę i rzucił się na nią jak sęp na swoją ofiarę; szybko i celnie zadając cios.
Lara osłoniła się rękami i krzyknęła...

Sekundę później ten sam krzyk usłyszał Winston, kiedy szedł w stronę pokoju dziewczyny, niosąc tacę ze śniadaniem. Słysząc jej głos odruchowo upuścił tacę, która z brzękiem upadła na posadzkę i jednym szarpnięciem otworzył drzwi, wpadając do jej sypialni.
— Lara! Co się dzieje?
Dziewczyna usiadła na łóżku, z trudem łapiąc powietrze i spojrzała nieprzytomnie na starego lokaja.
— Winston, nawet nie wiesz...
Mężczyzna usiadł na skraju łóżka i z troską położył Larze dłoń na czole. Jego spojrzenie pełne było czułości, ale i lęku.
— To tylko sen, kochana. Zapomnij o tym. To tylko sen — powiedział cicho, łagodnie. Ucieszył się, widząc, że ton jego głosu powoli uspokaja Larę.
— Wiem. Ale ten był niepodobny do niczego, co śniłam do tej pory. Był odzwierciedleniem wszystkich koszmarów...
Winston uśmiechnął się i ujął dłoń dziewczyny kurczowo zaciśniętą na prześcieradle. Lara rozluźniła uchwyt. Uznał to za dobry znak.
— Mimo wszystko to tylko koszmar, tylko zły sen. Tutaj jesteś bezpieczna — przechylił głowę i wstał. — A teraz nie mówmy już o tym, tylko chodź na śniadanie. To, które ci przyniosłem, niestety nie nadaje się już do zjedzenia.
Lara podniosła głowę go góry, a lekki uśmiech rozjaśnił jej twarz.
— Zawsze wiesz, jak odwrócić moją uwagę, Winstonie. — Odsunęła od siebie pomięte prześcieradła i powoli wstała, jedną ręką masując obolały kark. — Zaraz zejdę na dół, tylko się ubiorę.

Chwilę później dziewczyna stała przed lustrem w łazience, splatając długie włosy w ciasny warkocz; była już kompletnie ubrana. Miała na sobie długie jeansowe spodnie i wygodny, czarny podkoszulek; rzeczy, w których czuła się najlepiej.
Patrzyła na własne odbicie, starając się nie myśleć o tym, co się jej śniło. Ale to było niemożliwe. Obrazy z koszmaru same pojawiały się przed jej oczami, kiedy tylko choć na moment przestawała myśleć o czymś innym. Miała tego dość.
— Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie i to jak najprędzej. W końcu nie mam zamiaru zwariować. — Powiedziała do własnego odbicia, marszcząc brwi.
Potem szybko wyszła z łazienki i zamknęła za sobą drzwi.

Winston krzątał się po kuchni, kątem oka obserwując Larę siedzącą przy stole w jadalni. Jego spojrzenie pełne było niepokoju i troski. Bał się o nią. Bał się, że znowu szykuje się coś złego, coś, przed czym nie będzie w stanie jej przestrzec. Wiedział też, że cokolwiek Lara postanowi, on nie może wtrącać się w jej sprawy i dlatego milczał. Ale było mu ciężko na sercu. Ciężej, niż kiedykolwiek przedtem.
Stary lokaj nalał do dwóch kubków gorące kakao i usiadł obok dziewczyny, stawiając parujący napój przed jej talerzem.
Przez moment żadne z nich się nie odezwało; słychać było jedynie szczęk sztućców i tykanie zegara stojącego w hollu. Lara pogrążona we własnych myślach, zupełnie nie zauważyła obecności mężczyzny.
A Winston? Obserwował ją tylko, nie odzywając się ani słowem i wolno sączył swoje kakao, przygnębiony dziwnym zachowaniem dziewczyny.
Wreszcie, po dłuższej chwili, Lara podniosła głowę znad talerza.
— Mógłbyś włączyć telewizor, Winston? Strasznie tu cicho. — Odezwała się; jej głos brzmiał normalnie, spokojnie.
Lokaj skinął głową i już miał wstać, kiedy powstrzymała go gestem dłoni.
— Zaczekaj, przecież mogę zrobić to sama — uśmiechnęła się, odsuwając krzesło i prostując się.
Wzięła do rąk pilota leżącego na drugim końcu stołu i włączyła telewizor, sadowiąc się przodem do niego. Czarny ekran rozbłysnął światłem.
Winston odetchnął z ulgą i zabrał ze stołu puste kubki. "Być może jestem przewrażliwiony. Tak czy inaczej ona nie musi dzielić moich absurdalnych obaw." — Pomyślał i spojrzał jeszcze raz na Larę, która teraz siedziała odchylona na krześle i zmieniała kanały, szukając czegoś interesującego. Uśmiechnął się i wyszedł do kuchni.
"Tajemniczy artefakt odkryty dwa dni temu przez grupę polarników na wyspie Svalbard w Norwegii ..." - Dziewczyna wstrzymała dłoń. Jakiś facet w garniturze siedział w studiu wiadomości i czytał coś z kartki. Za jego plecami widniało zdjęcie; zdjęcie przedmiotu bliźniaczo podobnego do...
"... zniknął wczoraj wieczorem z British Museum. O kradzież podejrzanych jest dwóch pracowników muzeum, już wcześniej zamieszanych..."
Lara przechyliła się gwałtownie do przodu, o mało nie upadając. Na ekranie telewizora widziała coś, co parę dni wcześniej przywiozła ze swojej wyprawy. Wzrok jej nie mylił.
— Jakim cudem? — Wyksztusiła, zdumiona. Jej mózg zaczął nagle pracować na przyśpieszonych obrotach. Wstała. — To nie może być ten sam artefakt, to niemożliwe. Ale w takim razie...
Dziewczyna szybkim krokiem wyszła z jadalni, mijając w hollu zdumionego Winstona i wyszła po schodach. Kierowała się prosto do swojego pokoju, a raczej do małej, drewnianej skrzyneczki, w której przechowywała swoje znalezisko.
Usiadła na łóżku i otworzyła kasetkę. Był tam nadal. Odwinęła go z tkaniny i odniosła do góry. Sama nie wiedziała dlaczego, ale odczuła ulgę, chociaż była pewna, że go tu znajdzie.
— W takim razie jest was więcej — powiedziała, uśmiechając się lekko do własnych myśli. — Spodziewałam się tego.
W tej samej chwili, kiedy Lara kończyła ostatnie zdanie, gdzieś na parterze rozległ się głośny trzask pękającego drewna. Rozdarł ciszę, gwałtownie wdzierając się w świadomość dziewczyny.
Lara nie zastanawiała się ani sekundy. Zerwała się na równe nogi i szybko schowała szkatułkę do skrytki obok łóżka. Nie miała czasu na szukanie broni. Błyskawicznie wybiegła z pokoju i zaraz potem stanęła na parterze, przy podeście schodów.
Tam zatrzymała się nagle.
— Panna Croft? Bardzo mi miło, że wychodzi mi pani naprzeciw. Nie oczekiwałem takiej gościnności.
Lara cofnęła się instynktownie.
Tuż przed nią, obok doszczętnie zniszczonych drzwi wejściowych stał wysoki, śniady mężczyzna z bronią w ręku. Ubrany w biały letni garnitur i czarny podkoszulek wyglądałby niemal jak turysta gdyby nie to, że lufa jego beretty wycelowana była prosto w skroń Winstona. Jakby tego było mało, po obu stronach szefa stało jeszcze dwóch uzbrojonych ludzi; każdy z nich mierzył w Larę.
— Kim jesteś i co robisz w moim domu? — Złość wzięła w niej górę nad zaskoczeniem. Widok bezbronnego przyjaciela w rękach oprawcy wprawił ją niemal we wściekłość.
— Przyjechałem w odwiedziny. Nie cieszysz się? — Na usta mężczyzny wypełzł obleśny uśmiech. Mocniej przycisnął broń do skroni staruszka i zrobił krok do przodu. — Dość tego. Nie jestem tu po to, żeby ucinać sobie pogawędki. Przynieś mi swój kawałek Duszy Wszechświata, a nic mu nie będzie. Jon pójdzie z tobą — skinął głową na jednego ze swoich towarzyszy. — Tylko bez numerów. Jeden fałszywy krok i zginiecie oboje — ty i ten dziadek.
— Dusza Wszechświata? Nie wiem, o czym mówisz. — Lara zawahała się przez moment. Zupełnie nie wiedziała, co robić. Jej głos brzmiał jednak pewnie i mocno; nie mogła sobie pozwolić na słabość. — Zostawcie mnie w spokoju i wracajcie tam, skąd przyszliście. Nie potrzebuję żadnych kłopotów.
— Za późno, panno Croft. Kłopoty już cię znalazły. A ja na pewno nie mam zamiaru odejść stąd z pustymi rękami. — Uśmiech nie znikał z twarzy mężczyzny. — Twierdzisz, że nie wiesz, czym jest Dusza Wszechświata? — Uniósł brwi. — Doprawdy? A co takiego przywiozłaś ze swojej ostatniej wyprawy? Bo chyba nie wmówisz mi, że kopałaś trzydzieści dni po to, żeby przywieść kawałek kamienia.
— Skąd... Skąd wiesz?
Tym razem mężczyzna wybuchnął głośnym, nieprzyjemnym śmiechem. Cały czas nie spuszczał przy tym wzroku z kobiety stojącej przy schodach. Winston również na nią patrzył, ale w jego spojrzeniu można było odnaleźć jedynie przerażenie.
— Och, wieści bardzo szybko się roznoszą. Poza tym twoi nieocenieni towarzysze podróży wcale nie są tak lojalni, jak myślisz, Lady Croft. Jeden z nich wyśpiewał mi wszystko zaraz po powrocie.
— Jeffrey... — głos, który wydobył się z krtani dziewczyny był słaby, ledwo dosłyszalny.
Jeden z mężczyzn, ten, któremu szef kazał pójść razem z Larą, najwyraźniej nagle stracił cierpliwość, bo podszedł do dziewczyny i chwycił ją za nadgarstek.
— Idziemy! — Syknął i pociągnął ją za sobą, wciskając lufę swojego Lugera między jej żebra.
Zabolało, ale nie zaprotestowała. Ruszyła przodem, podczas, gdy bandzior ustawił się za nią, wykręcając jej rękę. Dzięki temu mógł ją mieć stale na oku.
Myśli Lary krążyły gorączkowo wokół dwóch rzeczy: wokół starego lokaja i wokół przedmiotu, który spoczywał na dnie drewnianej kasetki
w jej pokoju. Co miała robić? Zdawała sobie sprawę, że jeżeli zaatakuje swojego prześladowcę, pozostali na pewno to usłyszą i zabiją Winstona.
Z kolei, jeżeli tego nie zrobi, może stracić nie tylko życie, ale i artefakt, który ledwo co zdobyła. Była w potrzasku.
— Daleko jeszcze? — Zniecierpliwiony głos mężczyzny wyrwał Larę z paranoicznego kręgu myśli. Czuła jego oddech na karku.
— To ten pokój — powiedziała cicho. Właśnie ominęli balustradę ciągnącą się wzdłuż piętra i przekroczyli próg sypialni.
Lara weszła pierwsza, prowadząc za sobą nieproszonego gościa. Czuła, że ma ostatnią okazję, żeby coś wymyślić.
Zaprowadziła go aż do samego końca pokoju, jak najdalej od drzwi i dopiero tam się zatrzymała.
— Muszę mieć swobodę ruchów, jeżeli mam wziąć artefakt — stwierdziła łagodząc głos i odwróciła głowę w lewą stronę. Kątem oka wyraźnie widziała wyraz niepewności malujący się na twarzy Jona. — Puść mnie. Przecież ci nie ucieknę.
— Nie byłbym tego taki pewien — głos mężczyzny był ostry, napastliwy. Ale zawahał się na moment i rozluźnił nieznacznie uchwyt, patrząc na piękną, pozornie bezbronną twarz dziewczyny. Lara tylko na to czekała.
Jednym ruchem zwinnego, wyćwiczonego ciała obróciła się o 180 stopni i wolną ręką chwyciła broń, którą Jon trzymał przystawioną do jej pleców. Ułamek sekundy wystarczył jej, żeby role się odwróciły.
Teraz to ona trzymała go na muszce, a drugą ręką zasłaniała mu usta, żeby nie mógł krzyknąć.
— Chciałam tego uniknąć — wycedziła wolno, prosto do jego ucha. — Ale nie dałeś mi wyboru - zamachnęła się i z całej siły uderzyła mężczyznę kolbą pistoletu w głowę.
Osunął się bezładnie w jej objęcia, wydając z siebie krótki, pojedynczy jęk.
Lara schowała broń za pasek spodni i ostrożnie ułożyła ciało Jona na podłodze, tuż obok okna. Nie mogła hałasować. I musiała się śpieszyć, jeżeli nie chciała, żeby ci dwaj na dole zaczęli się niecierpliwić.
Szybko podeszła do okna. Otworzyła je i przerzuciła nogi na drugą stronę, zeskakując miękko na żwirową alejkę pod domem. Teraz już wiedziała, co ma robić. Była w swoim żywiole.
Dwie sekundy później stała już obok zniszczonych frontowych drzwi. Oparła się plecami o ścianę; czekała na odpowiedni moment.
Serce się jej ścisnęło, kiedy po chwili usłyszała bolesny jęk Winstona.
— Milcz starcze i przestań się szarpać — mężczyzna w bieli popchnął lokaja do przodu. — A ty idź sprawdzić, co ta damulka tak długo robi. Mam już dość czekania — dodał ze złością, zwracając się do swojego pomocnika.
Lara poczekała jeszcze kilka sekund, słuchając jak kroki drugiego mężczyzny cichną, oddalając się od niej.
W końcu zerknęła do hollu, wychylając się zza ściany i zobaczyła, że szef został sam. Serce zabiło jej mocniej. To był właściwy moment.
Bezszelestnie, nie wydając z siebie najmniejszego nawet dźwięku zakradła się do człowieka w bieli i jednym ruchem chwyciła jego głowę, skręcając mu kark. Zrobiła to błyskawicznie; jak drapieżny kot, który zakrada się do swojej ofiary i obezwładnia ją w mgnieniu oka.
Broń wypadła z martwej dłoni i z brzękiem potoczyła się po marmurowej posadzce.
— Uciekaj stąd Winston, szybko! — Skinęła głową na oszołomionego lokaja, który w pierwszej chwili nie wiedział, co robić.
— Ale Lara... - Odwrócił się do niej niepewnie.
— Nie ma czasu. Schowaj się gdzieś i wezwij policję. Ja zajmę się resztą.
Ton jej głosu był tak stanowczy, że Winston natychmiast ruszył w stronę kuchni.
Zrobił to w samą porę, bo kiedy tylko zniknął z oczu dziewczyny, u szczytu schodów pojawił się trzeci bandyta. Na szczęście nie zauważył jej od razu.
Lara błyskawicznie wyciągnęła zza paska berettę i skierowała ją w stronę napastnika.
— Rzuć broń! — Krzyknęła, wbiegając na schody. — I nie waż się nawet drgnąć, bo załatwię cię jak twoich kumpli.
Mężczyzna nie zaprotestował. Pozwolił odebrać sobie broń i splótł dłonie z tyłu głowy.
— Nie zabijaj mnie. Ja jestem tylko pionkiem w tej grze.
— Wiem o tym. Dlatego jeżeli chcesz żyć, zaraz mi wszystko wyśpiewasz. Twój szef był gadatliwy, ale raczej na niewiele się przydał, niestety. — Lara sprowadziła mężczyznę na dół po schodach.
— Pierwsze pytanie: kim on jest i co tak naprawdę ode mnie chciał? — uklękła przy ciele martwego bandyty i nie spuszczając wzroku ze swojego rozmówcy sięgnęła trupowi do kieszeni na piersiach.
— Nazywał się Tom Norton. Dwa dni temu wynajął mnie i Jona. Naszym zadaniem było zdobycie artefaktu z muzeum i pomoc w odzyskaniu drugiego, który miałaś mieć ty. Nic więcej nie wiem.
Lara wyjęła z kieszeni Nortona wypchany skórzany portfel i wstała.
— A więc to wy byliście pracownikami muzeum, o których mówili w wiadomościach?
— Niezupełnie — po ustach mężczyzny przebiegł nikły uśmiech. — Ale to oni umożliwili nam wyniesienie tego czegoś.
— Tego czegoś? Masz na myśli fragment Duszy Wszechświata, tak? — Dziewczyna szybko przejrzała zawartość portfela. Wysypało się z niego kilka kart kredytowych, parę banknotów i zdjęcie, na które Lara nie zwróciła uwagi. — Co jeszcze wiesz o tej rzeczy.?
— Niewiele. Tylko tyle, że Norton szukał kolejnych dwóch części Duszy gdzieś na końcu świata. Ale dlaczego mu tak na nich zależało, tego nie wiem.
— Oczywiście nie wiesz też, gdzie rozpoczął swoje poszukiwania. — Lara zamyśliła się na moment. — Sądzę, że nie kłamiesz. Jednak nie powiedziałeś mi jeszcze najważniejszego: gdzie jest teraz fragment wykradziony z muzeum.
Bandyta milczał. Ale Lara nie oczekiwała od niego odpowiedzi. Znała już prawdę.
— Zakładam, że wasz szef wam nie ufał. W takim razie powinien trzymać ten przedmiot jak najdalej od ciebie i twojego kolegi...
Znowu brak odpowiedzi.
— Ale skoro przyszedł tutaj po moją część, zapewne chciał porównać je obie i sprawdzić, czy jest autentyczna. Mam rację?
Lara odsunęła się od trupa i wskazała na niego lufą pistoletu. Milczenie mężczyzny tylko ją upewniło, że ma rację. Nie chciała jednak ryzykować ponownego przeszukiwania nieboszczyka, bo każda chwila nieuwagi mogła ją drogo kosztować.
— Bądź tak łaskaw i podaj mi ten kamyczek. Tylko bez żadnych gwałtownych ruchów, jeśli łaska.
Bandyta w pierwszej chwili spojrzał na nią tylko spod półprzymkniętych powiek, ale nic nie powiedział. Potem schylił się powoli i sięgnął pod klapę marynarki swojego szefa, nie spuszczając przy tym wzroku z dziewczyny. Szybko znalazł to, czego szukał.
Po chwili wstał, podnosząc niewielkie zawiniątko o nieregularnych kształtach.
Lara uśmiechnęła się zwycięsko.
— No proszę — odebrała z rąk mężczyzny artefakt owinięty w miękką, żółtą tkaninę. — To nie było takie trudne.
— Już mnie nie potrzebujesz. Pozwól mi odejść — głos napastnika był cichy i pozornie spokojny. Jednak Lara wyraźnie wyczuwała w nim zdenerwowanie i strach.
— Bardzo ci się spieszy, jak widzę — stwierdziła, odsuwając się o krok do tyłu. — Niestety, będziesz musiał znieść jeszcze kilka pytań, a być może nawet coś więcej.
W momencie, kiedy dziewczyna to mówiła, słychać było już zbliżając się dźwięk syren. Dwa policyjne radiowozy zajechały przed posiadłość Lary.
— Ale to już nie moja sprawa.
Oboje usłyszeli głośny chrzęst żwiru na podjeździe i stukot zamykanych drzwiczek. Zaraz potem do hollu posiadłości weszło czterech młodych policjantów, ze zdumieniem oglądających zniszczone drzwi wejściowe.
Lara powitała ich uprzejmym uśmiechem; nie przestawała przy tym mierzyć do bandyty.
— Dobrze, że jesteście, chłopcy. Trzeba tu trochę posprzątać.

Mniej więcej pół godziny później policjanci odjechali po uprzednim wysłuchaniu i spisaniu zeznań Winstona i Lary. Po nieprzytomnego Jona oraz jego martwego szefa wezwali pogotowie a sami zakuli trzeciego z bandytów i siłą wepchnęli go na tylne siedzenie radiowozu.
Syreny wkrótce umilkły; dom stał się na powrót pusty i cichy.
Lara odetchnęła z ulgą.
— Winston, bądź tak dobry i zadzwoń po ślusarza. A gdyby ktoś o mnie pytał, to przez najbliższe dwie godziny nie ma mnie w domu. Wychodzę. Muszę sprawdzić coś ważnego.
Lokaj skinął głową. Nie zadawał żadnych pytań. Był oszołomiony tym, co się stało, ale i szczęśliwy jednocześnie, że Larze udało się wyjść cało z opresji.
O tym, że i jemu groziło niebezpieczeństwo nawet nie pomyślał.
— Aha, i jeszcze jedno — dziewczyna zatrzymała się nagle przy podeście schodów. — Jak już załatwisz co trzeba, możesz zabrać się za pakowanie walizek.
— Słucham?
— Wyjeżdżamy, Winstonie. Zapakuj to, co niezbędne i nie zapomnij o płynie na komary. Swoimi rzeczami zajmę się po powrocie.
— Wyjeżdżamy? Ale dokąd?
— Jeszcze nie wiem. Wychodzę właśnie po to, żeby to sprawdzić. Bądź gotowy, jak wrócę. — Lara uśmiechnęła się ciepło, widząc zdumienie malujące się na twarzy starego lokaja.
A potem po prostu odwróciła się i wyszła.

C.D.N.
Ostatnio zmieniony 05 sie 2010, 12:45 przez Leilya, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Szogun
uczeń
Posty: 29
Rejestracja: 05 lut 2010, 01:27
Lokalizacja: z dalek
Kontaktowanie:

Postautor: Szogun » 24 sie 2010, 03:03

Cieszę się że ktoś po za mną napisał coś do Tomb Raidera. Na początek może trochę ponarzekam.


Najbardziej boli mnie zachowanie Lary i Winstona. Nie podałaś dokładnego czasu akcji więc nie wiem dokładnie kiedy rozgrywają się wydarzenia, pewnym jest że po pierwszej części gdyż mowa jest o martwych ludziach. Problemem jest to jak Lara zabiła tego człowieka, bez skrupułów i tak trochę bez sensu, że tak powiem nie w swoim stylu. Do tego jej zachowanie choć uzasadnione nie bardzo mi odpowiada, choć może na głębszą metę ukazuje swoje słabości przed Winstonem. A właśnie Winston jest dość waleczny wątpię aby zgodził się uciec i dzwonić po policję, raczej sam by walczył, choć jego nad opiekuńczość jest odwzorowana poprawnie.

Co do zarysu fabularnego jest czysto Tomb Riderowski. Mamy artefakt w kilku częściach co obiecuje nam odwiedzenie kilku miejsc na ziemi. Zapowiada się bardzo ciekawie, wiemy już na pewno że wmieszani są w to ludzie. Nie wspominasz nic o Zippie ani Alisterze, więc domyślam się że opierasz się na pierwszych częściach gry. Więc na Amandę liczyć nie mogę. Prawdopodobnie ktoś nowy.

Styl w jaki rozegrała to Lara uderzenie w głowę i zakradanie się bardzo mi się spodobało, szkoda tylko że ten cały pan Norton zginął bo nagle coś zaskrzypiało. Nie to że jestem przeciwny śmierci ludzi, niech sobie giną, nawet z ręki Lary, ale nie w taki sposób. Lara nigdy nie była Agentem 47 czy Ezio Auditore <choć ruchy odobne>. O tym pamiętaj, ogółem czekam na więcej.
Na wojnę ku*wa !!!


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość