FFVII - Bezsenność

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Jezack
amator
Posty: 6
Rejestracja: 05 kwie 2010, 23:58

FFVII - Bezsenność

Postautor: Jezack » 02 gru 2010, 00:21

Tak jakby druga część do "Snu Bohaterów" pisana z punktu widzenia Zacka. Nie wiem, czemu jej tu jeszcze nie wrzuciłam>_>

tytuł: Bezsenność
fandom: FFVII
kategoria: 13+
opis: Zack Fair nie bał się śmierci, co nie zmieniało faktu, że umieranie było do kitu.
ostrzeżenia: żadnych^^
status: skończony



Angeal przyszedł do niego, tak, jak obiecywał.
Generał Hewley zawsze dotrzymywał danego słowa, więc Zack nie miał wątpliwości co do tego, czyją twarz zobaczy jako pierwszą po drugiej stronie.
Umieranie nie bolało – w każdym razie nie tak, jak to, co do niego prowadziło. Ciało podziurawione kulami nie było niczym przyjemnym, ale chyba w końcu jeden z pocisków przesunął się w stronę czegoś ważnego, bo w momencie, gdy jego ręka opadła z rękojeści miecza, Zack przestał czuć cokolwiek.
Ostatnim, co widział przed śmiercią, była twarz Clouda – jego małego Chocobo – który był przytomny i świadomy, i Zack podskoczyłby z radości, gdyby akurat, no, nie umierał.
Niebieskie oczy chłopca – zabarwione mako, ale to nic, nic! – patrzyły na niego uważnie, trochę wystraszone, trochę oszołomione… ale Cloud wypowiedział jego imię! Zatrucie musiało w końcu odpuścić, dzieciak był cały i zdrowy.
Udało mu się go uratować.
Z tym przekonaniem mógł umrzeć w spokoju. Nie mógł zrobić nic dla Angeala, ani dla Sephirotha – ale przynajmniej Cloudowi pomógł.
No więc, ostatnią rzeczą, jaką zobaczył przed śmiercią była blada, poznaczona krwią twarz jego przyjaciela.
A pierwszą rzeczą, jaką zobaczył po śmierci, była uśmiechnięta lekko twarz jego ukochanego mentora.
Co mogło go spotkać lepszego? No, poza przeżyciem tej walki, oczywiście.
I jeszcze Aerith, chciałby ją zobaczyć jeszcze jeden raz. Ale to by znaczyło, że i ona musiałaby się znaleźć po drugiej stronie, a to… tego dla niej nie chciał.
Strumień był przedziwną nie-rzeczywistością, w której przez jakiś czas trudno było mu się odnaleźć. Pływały w nim wszystkie stworzenia, które żyły od zarania dziejów, złączone w jedną, potężną masę… istnienia. Inaczej nie dało się tego nazwać. Strumień był Istnieniem i Nieistnieniem jednocześnie. Napędzał Planetę i karmił jej życie, samemu będąc ledwie materialnym.
Zack miał ubaw, jak się patrzy, przemierzając tę „masę” w poszukiwaniu znajomych elementów, które mógłby poirytować swoją obecnością. Angeal tłumaczył mu zasady tam panujące, to, że większość istot po śmierci wtapiała się w Strumień i spała w swoim własnym niebie.
Więc czemu oni nie spali?
- Bo nie jesteśmy tacy, jak reszta istot – odpowiedział jego mentor.
Zack domyślił się reszty.
Nie byli normalni. Shinra, ich „doktorzy” i ich eksperymenty zadbali o to. Żołnierze mieli w sobie mako, komórki Jenovy i Gaia wie, co jeszcze! A może byli po prostu zbyt pokaleczeni psychicznie, by móc spokojnie zasnąć? Po latach spędzonych na stole operacyjnym, w wannach napełnionych mako, z żyłami pełnymi najróżniejszych mieszanek uspokajających i otumaniających – sen tak jakby stracił swój urok.
Pieprzona Shinra! Gdyby mógł tylko położyć ręce na każdym sukinsynu, który w ciągu tych trzech lat wbijał w niego igły i skalpele…
Ale Hojo nie było w Strumieniu. Jeszcze nie.
Zack miał zamiar poczekać. Gdy mu na tym zależało, potrafił być cierpliwy. O tak, przyjmie doktorka z otwartymi ramionami…
Inna ciekawostka – czas w Strumieniu biegł inaczej, niż poza nim. Nie szybciej, ani nie wolniej: po prostu inaczej. Zackowi wydawało się, że spędził tam wieczność, zanim odważył się wyjrzeć na zewnątrz i poszukać tych żywych znajomych.
Znalazł Aerith. Piękną, jak zawsze… bogowie, taką piękną. Hodowała kwiaty w tym swoim kościele i chyba czuła jego obecność, gdy ją odwiedzał. Powinna, była w połowie Cetrą – a w Strumieniu Zack poznał masę Starożytnych i, jak rany, to był dopiero sztywny klub. Aerith była inna niż oni, była ciepła i kochająca, tylko bardzo, bardzo samotna.
Chciał jej pokazać, że wcale nie jest sama, że pół Strumienia i reszta Planety – i on sam – czuwają nad nią. Pracował nad tym długo i zawzięcie, i chyba mu się to udało.
Clouda trudniej mu było odnaleźć. A, gdy go w końcu namierzył, trudniej było na niego patrzeć.
Jego mały Chocobo zmienił się nie do poznania. Tego się można było spodziewać, nikt nie przeżyłby trzech lat w roli szczura laboratoryjnego i pozostał taki sam. Ale ta zmiana była czymś innym. Zack był pewien, że nie o to mu chodziło, gdy kazał chłopakowi żyć i być świadectwem jego istnienia. Jego słowa zostały okropnie przekręcone, co wcale mu się nie podobało, bo nie lubił być niezrozumiany.
Z jednej strony trochę mu to schlebiało – no dobrze, bardzo mu to schlebiało – że to właśnie jego wybrał sobie chłopak na wzór. To znaczyło, że był w jego oczach kimś wartym naśladowania.
Z drugiej jednak strony przerażało go to, że w jego ulubionym kadecie nie było już ani śladu chłopca, którego znał, lubił i prawie zaadoptował. Ten Cloud Strife był dla niego obcą osobą, która była dziwacznym zlepkiem jego samego i czegoś innego, czegoś ciemnego i zbyt ponurego, jak na jego gust.
Zack uratował go – i jednocześnie wcale go nie uratował.
Nienawiść względem Hojo, której był pewien, że ma w sobie aż nadto, jeszcze wzrosła.
Zniszczyłeś go! – krzyczał nad głową szaleńca, który był temu wszystkiemu winien. Zniszczyłeś go i już go nigdy nie zobaczę!
Angeal odstępował krok w tył, gdy jego uczeń szalał z wściekłości. Miał świadomość tego, że to już nie jest młody żołnierz, którego kiedyś uczył, który podążał za nim, jak szczeniak, pełen entuzjazmu i niezdolny do skoncentrowania się na niczym na dłużej niż dwie minuty. Teraz to był żołnierz Pierwszej Klasy, przewyższający go umiejętnościami i duchem. Który zrobił dla swojego przyjaciela to, czego Angeal nie potrafił zrobić dla swoich.
- Lepiej, żebyś wyrósł mi na bohatera, Cloud! – warczał przez zęby młody mężczyzna. – Inaczej skopię ci tyłek, gdy tylko się tu pokażesz!
Ludzie często brali Zacka za niezbyt inteligentnego wesołka o jednotorowym umyśle, który mówił szybciej, niż myślał – ale większość z nich nie wiedziała, że Zack kreował taki wizerunek siebie, bo tak mu było po prostu wygodniej. Przynajmniej dopóki ktoś nie nadepnął mu na odcisk – albo, jeszcze gorzej, nie nadepnął na odcisk kogoś, kogo Zack Fair uznawał za „swojego”. A gdy tak się stało, niefortunny idiota stawał oko w oko z rozwścieczoną wilczycą, która żyła pod skórą tego „roztrzepanego, wesołego chłopca”.
Zack nie był roztrzepany – po prostu nie tracił energii na skupianie się na niczym, dopóki taka potrzeba nie zaszła. Bo skupiony na czymś, potrafił poruszyć górę tylko dlatego, że stała mu na drodze. I to nie były czcze przechwałki, o czym mógł zaświadczyć każdy, kto widział go w towarzystwie generała Sephirotha. Angeal sam mógł przyznać, że nie raz i nie dwa czysty upór Zacka sprawił, że robił rzeczy, których kompletnie nie miał zamiaru zrobić.
A teraz Zack nie tracił czasu na bycie wściekłym na Hojo. Razem ze swoim nauczycielem patrzyli, jak Cloud radzi sobie w świecie, który Shinra na wpół świadomie niszczyła.
- Mój kurczaczek wysadza reaktory! – nie mógł się nacieszyć młody żołnierz. – Czemu mnie tam nie ma? Za wcześnie dałem się zabić!
- Mówisz, jakbyś miał na to jakiś wpływ, szczeniaku.
- Jasne, że miałem wpływ! Gdybym wiedział, że Cloud jest przytomny, nie dałbym się złapać!
- Oczywiście.
- Nie wierzysz we mnie, Angeal?
- Oczywiście, że wierzę.
Wysadzanie reaktorów nie było najmądrzejszym sposobem na podważenie władzy Shinry, ale Avalanche miało pewne racje po swojej stronie. Planeta na pewno była im wdzięczna, ale ludzie ją zamieszkujący mogli mieć coś innego do powiedzenia. Mniejsza z tym, bo całą akcję oglądało się dużo lepiej zza bant, widząc wszystkie te machinacje odbywające się za kurtyną. Rufus Shinra i jego manewry przeciw ojcu, zmiany w lojalności Turków, Reeve i jego ostrożne, niemal szachowe zagrania – raz na stronę Shinry, raz na stronę Avalanche, raz na swoją. I Sephiroth…
Sephiroth, którego duszy nie było w Strumieniu. Jenova nie wypuszczała go ze swoich szponów i Zack dałby wszystko, by móc je połamać. By zniszczyć istotę, która była źródłem bólu całej Planety, a co ważniejsze, ludzi, którzy byli mu najbliżsi. Cetra istniejący w Strumieniu pracowali non-stop nad tym, by nie pozwolić jej przejąć kontroli nad nimi. Niestety, mieli ten problem, że byli martwi od tysięcy lat, a ta suka żyła w tkankach dziesiątek żołnierzy Pierwszej Klasy i w setkach próbówek w laboratoriach Hojo. Jej głos rozbrzmiewał czasem w Strumieniu, wieszcząc zniszczenie i śmierć, które przyniesie na świat rękami swojego syna.
- Taki on jej syn! Zabieraj od niego łapy, ty suko!
- Zack, to nic nie pomoże.
- Jasne, że pomoże! Już czuję się lepiej. Jeszcze trochę pokrzyczę i będę się czuł całkiem nieźle!
- Szczeniak.
- Stary precel!
- Chyba piernik…?
- Sam wiesz najlepiej, Angeal.
-… Zack!
Zack zmienił się z Strumieniu. Patrzenie na to, jak jego przyjaciele cierpią, jak świat, który znał zmienia się coraz bardziej, przytłumiło w nim jasność, której zawsze był pełen. Zmieniło ją w zimną, twardą zawiść i chęć zemsty nadającą jego uśmiechowi ostrej krawędzi, której wcześniej tam nie było.
Gdy Turkowie wysadzili filary podtrzymujące Talerz nad Midgarem, ten uśmiech zmienił się jeszcze bardziej.
- Ten debil… – Zack nie mógł uwierzyć w to, co widzi. – Reno, ty przeklęty idioto!
Wiedział, że Turkowie byli lojalni Shinrze, ale nie przypuszczał, że do tego stopnia. Tseng wydawał się być w porządku, a sam Reno zawsze był niezłym towarzyszem do kielicha i gry w karty. Cholera, Rude sprawiał wrażenie inteligentnego faceta! Trudno było uwierzyć, że dopuścili do takiego zniszczenia… i czemu? Żeby pozbyć się grupki buntowników? Niemożliwe!
Na szczęście Reeve Tuesti miał głowę na karku i po raz kolejny udowodnił, że wie, jak jej użyć. Zack był gotów ucałować skurczybyka, który ewakuował dolne poziomy miasta, a potem w mgnieniu oka zorganizował akcję poszukiwania ofiar, odgruzowywania… i ogólnie ogarnął cały ten chaos. Facet był wspaniały, mimo, że pracował dla Shinry – ta katastrofa chyba otworzyła mu nieco oczy.
Gdy Aerith w końcu pojawiła się w Strumieniu, był to mroczny dzień dla nich wszystkich. Zack oczywiście cieszył się z tego, że może ją w końcu przycisnąć do serca, przeprosić za to, że nie odpisał na żaden z jej listów, i za to, że nie było go przy niej wtedy, gdy był potrzebny… Ale nie tak, nie w ten sposób.
- Teraz przynajmniej spełnię to twoje życzenie – powiedział jej, starając się o uśmiech. – Spędzę z tobą tyle czasu, że będziesz mnie miała dosyć.
- Wątpię – odpowiedziała mu, śmiejąc się przez łzy. – Nie wyobrażam sobie, żeby istniało aż tyle wieczności.
- Zobaczymy, co powiesz za godzinę! O, a ten wielki facet, co się tam boczy, to Angeal. Ten, o którym ci mówiłem!
Aerith była wyraźnie zafascynowana wysokim żołnierzem i rozbawiona jego zakłopotaniem, gdy Zack zaczął wychwalać go pod niebiosa jako najlepsze, najsilniejsze i najzdolniejsze, co SOLDIER miało do zaoferowania, zanim kadet Fair przystąpił do programu. Przez chwilę byli szczęśliwi, dopóki Cetra nie zdecydowali się pokazać w ich małym kawałku nieba.
- Odchrzanić się! – warczał na nich wilcza-matka-Zack-Fair.
- Zack, przestań! – strofowała go Aerith. – Oni chcą dobrze.
- A nie mogli się pokazać, gdy Spehiroth… gdy ty… no, nie mogli się pokazać wcześniej?!
- Zack, to tak nie działa, wiesz o tym.
Wiedział. Wiedział, że ze Strumienia nie łatwo jest wpłynąć na rzeczywistość świata żywych, ale to nie pomagało mu się uspokoić. Bo tam został Cloud, który rozpadał się na kawałki i nie wiedział, jak się poskładać z powrotem. Tam Sephiroth odgrywał rolę największego sukinsyna na świecie, pozwalał się kontrolować jakiemuś kosmicznemu ścierwu, które powinno zostać skremowane wieki temu! Planeta szalała, uruchamiała Bronie, osłaniała się przed wrogiem, jak potrafiła, nie bacząc na to, że po drodze może wygubić ludzkość.
Jeżeli to nie był dobry powód do tego, by się wściekać, to Zack już nie wiedział, co nim było!
Ale Aerith wciąż miała nadzieję. Ona znała zamysły Starożytnych, wiedziała, jak działa Planeta i wciąż miała nadzieję, więc on też chciał wierzyć.
- Wszystko będzie dobrze – zapewniała go. – Cloud jest silny, ma dobrych przyjaciół. Dadzą radę.
Ale, czy ona nie widziała tego, co on widział? Że Cloud mógł być silny, mógł starać się być silny, ale tak naprawdę rozpadał się na ich oczach? Może i nie, bo ona nie znała Clouda – tego prawdziwego. Tak naprawdę nikt z jego przyjaciół go nie znał. Znali maskę, którą umysł chłopaka skonstruował ze skrawków wspomnień o Zacku, by przetrwać. Znali cichego, zamyślonego młodzieńca, który zdał sobie sprawę z tego, że część jego życia była kłamstwem. Ale Cloud Strife, który przybył lata temu do Midgaru, by zostać żołnierzem – ten młody, uparty chłopiec o dziwacznym poczuciu humoru i ostrych łokciach – ten Cloud istniał już tylko we wspomnieniach Zacka.
Tak, jak Sephiroth, który był sztywny, opanowany i tak cholernie zacofany emocjonalnie, że pozostawało tylko mu współczuć. Który starał się zachowywać tak, jak ludzie po nim oczekiwali, a jednocześnie nie zostać zduszonym przez te oczekiwania, przez rolę, którą był zmuszony grać. Sephiroth, który potrafił bez chwili namysłu odrzucić rozkazy, by uratować swojego przyjaciela i nie zawieść nadziei, którą pokładał w nim Zack. Ten nieszczęśliwy dureń, który nawet nie wiedział, jak bardzo schrzaniono mu życie i widział siebie, jako potwora.
Gaio, ci dwaj idioci byliby wspaniałą parą, tak byli do siebie podobni! Gdyby tylko Zack dostał kilka lat więcej, zrobiłby z Clouda prawdziwego żołnierza, dociągnąłby go do Pierwszej Klasy i wcisnął by mu w ramiona Sephirotha, żeby dzieciak miał się kim opiekować.
Tak, Zack miał to wszystko rozplanowane, zanim jego świat szlag trafił. Ułożył sobie nawet mały plan działań na samoprzylepnych karteczkach, który wisiał dumnie na drzwiach jego lodówki i codziennie przypominał mu, że jest po co żyć.
- Zack, wszystko będzie dobrze.
Aerith była tego pewna. Ale on miał wątpliwości.
Szczególnie wtedy, gdy Cloud i jego zbieranina pokrzyżowali plany Jenovy, ale dusza Sephirotha nie znalazła się w Strumieniu.
- Co jest grane? – Zack był zdenerwowany. – Suka wciąż żyje. I gdzie jest Seph?!
Aerith zrobiła smutną minę i żołnierz po prostu wiedział, że nie spodoba mu się odpowiedź.
- Cetra robią, co mogą… co możemy – poprawiła się. – Ale to długotrwały proces. Komórki Jenovy mogą być zniszczone tylko wtedy, gdy trafią do Strumienia.
- Znaczy, że póki nie padną wszyscy żołnierze i potwory, które stworzył Hojo, suka będzie wracała?
To mu się nie podobało.
- I wciąż będzie wracała, jako Seph?
- To forma, którą ma już opanowaną – Aerith zmarszczyła brwi, co było znakiem, że i ją uwiera cała ta sytuacja. – Sephiroth jest potężny, ma wiedzę i umiejętności, z którymi trudno konkurować. Jenova tak łatwo go nie wypuści. Musimy najpierw upewnić się, że wszystkie jej odnóża zostaną odcięte, żeby nie miała gdzie się wycofać.
- Ale moment, zanim to się stanie, Seph będzie wracał – upierał się Zack. – A to znaczy, że ktoś musi tam być i dawać mu po łapach za każdym razem, gdy będzie chciał ściągnąć na świat następny kawał kosmicznego śmiecia!
Wtedy Aerith spojrzała na niego w taki sposób… a Planeta za jego plecami zaczęła szeptać, planować, rozważać możliwości i powtarzać coś o nowej Broni, która już raz się sprawdziła, więc, czemu by nie użyć jej po raz drugi?
- Nie…
- Zack, proszę.
- Nie możecie!
- Zack, nie ma innego wyjścia.
- Nie, do cholery! Wiesz, co robisz?!
- Planeta zadecydowała – oczy dziewczyny były tak nieszczęśliwe, jak Zack się czuł, ale wyraźnie pogodzone z losem. – Cetra są zdania, że tylko Cloud może powstrzymać Sephirotha. Obaj mają w sobie ten sam szczep komórek Jenovy, Hojo o to zadbał, gdy chciał zrobić z niego kopię.
- Ale Cloud był „nieudany”! – upierał się żołnierz.
- Właśnie to sprawia, że jest jedynym wyborem. Cloud ma w sobie Jenovę, ale jest odporny na jej wołanie, może z nią walczyć i nadal będzie sobą.
To miało sens. No tak, Cloud już dwa razy pokonał Sephirotha, jako jedyny mógł tak naprawdę stanąć z nim do pojedynku i mieć szansę na wygraną. Ale Cloud…
- Nie możecie mu tego zrobić!
Mogli.
I zrobili.
Trojaki pojawiły się nagle i równie szybko znikły. Aerith robiła wszystko, by wyrwać Clouda z depresji, w którą zapadał się coraz głębiej i jednocześnie pozbyć się choroby, będącej kolejnym atakiem Suki z Kosmosu – jak Zack przechrzcił Jenovę na własny użytek.
Dzieciak odwiedził ich na moment w Strumieniu i jego ciche, pełne nadziei „Czy to już?” prawie złamało serce jego przyjaciela. Odesłanie go z powrotem było ponad jego siły, więc pozwolił, by zajęła się tym Aerith. Nie mógł spojrzeć mu w oczy, bo nie wiedział, co w nich zobaczy. Ta nowa osoba, którą stał się jego mały kurczak, trochę go przerażała. Nie wiedział też, co mógłby mu powiedzieć. Jak zagadać do kogoś, kogo opuścił w chwili, gdy był najbardziej potrzebny?
Jak pocieszyć dzieciaka, któremu nie może powiedzieć nic poza „będzie dobrze”? Nie mógł mu tego nawet obiecać, powiedzieć kiedy skończy się ten koszmar. Bo tak naprawdę nikt nie wiedział ile to może trwać, i czy w ogóle się skończy.
Angeal starał się go uspokoić, wyjaśnić, że z Planetą się nie dyskutuje, że Gaia wie, co robi.
- Idź do niego – zachęcał swojego byłego ucznia. – Chłopiec na pewno ucieszy się na twój widok.
- I co mu powiem? „Cześć, Spike, wpadłem powiedzieć, że czeka cię piekło na ziemi?”
- Zackary, weź się w garść!
- Odchrzań się, Angeal, sir. Muszę pomyśleć.
Więc Angeal poszedł za niego, by obwieścić chłopcu wielką nowinę.
Było tak, jak Zack przypuszczał, Clouda wcale nie ucieszyła Superważna Misja, którą zleciła mu Planeta. Nie dziwił mu się, sam nie był zadowolony.
- Nie po to wyciągnąłem go z laboratorium! Nie wystarczy to, co już przeszedł?!
- Zack – Aerith, jak zawsze łagodna i cierpliwa, potrafiła jednym słowem zgasić jego złość. – Nie ma innego wyjścia. Wiem, co czujesz, ja też współczuję Cloudowi z całego serca, ale nie ma innego wyjścia. On jest jedyną szansą Gai na przetrwanie, musimy go wspierać i wierzyć w niego.
Zack nie chciał wierzyć. Chciał powiedzieć „pieprzyć Gaię!” i zabrać dzieciaka ze sobą, zapewnić go, że już dobrze, że już po wszystkim i nie ma się czego bać. Nigdy nie radził sobie dobrze z bezczynnością, a tylko to mu teraz pozostało.
Mógł tylko patrzeć na to, jak przyjaciele Clouda pojawiają się w Strumieniu jeden po drugim. Jak rany, to była dopiero zbieranina! Nic dziwnego, że mały uratował świat, z takimi plecami można było przenosić góry! Mieli twarde pieści i jeszcze twardsze siedzenia, rozumieli się praktycznie bez słów i mieli serca na swoim miejscu. Im też niezbyt leżała ta Superważna Misja, którą obarczono ich byłego lidera, ale nie mogli zrobić wiele. Aerith zadziałała swoją magią i uspokoiła ich, zapewniła, że nie ma się czym martwić, Cloud jest silny, da radę.
Cloud był silny, ale tylko dzięki temu, że miał dla kogo walczyć. Gdy tych ludzi brakło, życie traciło dla niego na znaczeniu.
Ale walczył dalej, a oni odwiedzali go w snach. Wszyscy, prócz Zacka.
Nie mógł, po prostu nie mógł. Nie potrafiłby spojrzeć mu w twarz, bo było mu tak strasznie wstyd. Dzieciak walczył za nich wszystkich, a on co robił? Umarł sobie, wywinął się z całego tego bałaganu. Powinien tam być, powinien stać przy Cloudzie i kryć jego lewą stronę – z którą zawsze miał chłopak problemy. Powinien tam być i pomagać mu wstać za każdym razem, gdy Sephiroth posłał go na glebę.
To powinien być on!
- Nie obwiniaj siebie. Jeżeli ktokolwiek jest tu winien, to Hojo.
Vincent Valentine, o ile to było możliwe, był jeszcze straszniejszy po śmierci, niż za życia. Tak, jak Zack, Angeal i Genesis, nie mógł zasnąć, zbyt bardzo był „inny”. W Strumieniu trzy bestie, które w niego wciśnięto, nie były już uwięzione w jego ciele, czasami pojawiały się za plecami byłego Turka, gdy siedział samotnie na polu kwiatów Aerith, albo gdy rozmawiał z Angealem.
Gdy Hellmasker pojawił się po raz pierwszy, Zack omal nie zaczął krzyczeć ze strachu, jak mała dziewczynka.
Choć trzeba było przyznać staruszkowi, był niezastąpiony, gdy trzeba było wyrwać generała Hewleya z obwiniania się o wszystkie zło, które spotkało świat.
„Jeżeli ty jesteś potworem, to czym jestem ja?” zapytał go raz i to wystarczyło, Angeal zatknął się i nie odpowiedział. Ale od tej chwili przestał użalać się nad sobą, za co Zack był niezmiernie wdzięczny Vinniemu.
- Vincent mam na imię.
Tak, Vincentowi.
- I nie jestem staruszkiem.
Tylko za grosz nie miał facet poczucia humoru.
Ale był w porządku i rozumiał Zacka lepiej, niż Angeal i, zgroza, Aerith. Jeżeli chodziło o Clouda, wykazywał się niecharakterystyczną dla swojego stoickiego wizerunku stanowczością i nic sobie nie robił z przerażonych min Starożytnych, gdy na głos dawał im znać co myśli o planach Gai. Zack miał wrażenie, że gdyby tylko mógł, były Turk bez żenady powtórzyłby to samej bogini prosto w twarz. I miał dziwne podejrzenie, że to bogini mrugnęłaby pierwsza.
Ale przynajmniej wiedzieli już po kim Sephiroth odziedziczył mimikę i bezkompromisowość.
I wspaniałe włosy.
- Wcale nie są takie wspaniałe – upierał się przez jakiś czas Genesis.
- Po prostu jesteś zazdrosny – odpowiadał mu wtedy Angeal.
Były Czerwony Generał odwracał się z iście kocim prychnięciem i ostentacyjnie ignorował chichotanie Aerith.
Zack nie przyzwyczaił się do jego obecności w Strumieniu i nie miał zamiaru zmieniać tego stanu. Zawsze miał się za dobrego gościa, ale temu jednemu człowiekowi nie potrafił wybaczyć. Ani namowy Angeala, ani karcące spojrzenia Aerith nie potrafiły zmusić go do zmiany nastawienia względem Genesisa i tylko ich obecność powstrzymywała Zacka przed rzuceniem się na niego z mieczem w dłoniach. Tolerował go na „swoim” kawałku Strumienia, ale nic więcej.
- On naprawdę żałuje, Zack – powtarzał mu Angeal raz po raz. – Wiesz, że to nie był on, tylko Hollander, ta przeklęta choroba…
Zack ignorował go wtedy, choć wyraz nadziei w oczach jego mentora łamał mu serce. Najwyraźniej istniały rzeczy, których nawet on nie potrafił wybaczyć. Przynajmniej dopóki Cloud był tam, na tym obcym świecie, całkiem sam. Póki Sephiroth śnił o śmierci w przerwach między snami o zniszczeniu świata.


Gdy w końcu nadszedł Ten Dzień, nikt w Strumieniu nie spał. Wszystkie byty obudziły się, by zobaczyć, jak dusza Sephirotha – jasna, jak gwiazda, w końcu czysta, - dołącza do nich.
Jak ostatnie skrawki Jenovy rozpuszczają się w strumieniu błękitnej mocy Gai, a pradawna Zagłada w końcu umiera na dobre.
Wszyscy czekali na to, aż Bohater będzie mógł w końcu opuścić miecz i zasnąć snem sprawiedliwych.
Zack bał się tego dnia prawie tak bardzo, jak go wyczekiwał. Bo wiedział, jak będzie.
Wszystkie oczy patrzyły teraz na niego, ponaglając, czekając na to, aż ruszy się z miejsca i uda się po Clouda. Bo to już koniec, prawda? Już po wszystkim, nie ma już na co czekać, więc Zack może w końcu iść i powiedzieć mu, że wszystko dobrze. Na to czekał, prawda? Na to obaj czekali od wieków!
Ale Zack nie mógł się ruszyć. Jakiś niepojęty strach sparaliżował jego ciało i nie pozwalał mu na żaden ruch. A co, jeżeli Cloud nie będzie chciał go widzieć? Jeżeli przez te wszystkie lata zapomniał o nim? Co, jeśli Zack przypomni mu o tych bolesnych rzeczach, które przeżyli: o laboratorium, o eksperymentach i życiu opartym na kłamstwie?
Dopiero dotyk zimnej, metalowej dłoni Vincenta, która spoczęła mu na ramieniu i popchnęła go stanowczo w kierunku Światła, pomógł mu otrząsnąć się z lęku.
Był cholernym żołnierzem, SOLDIER Pierwsza Klasa, nie bał się niczego!
Więc nastawił ramiona, skinął głową zgromadzonym, i wszedł w Światło.
Czas już najwyższy, żeby ktoś zaprowadził Clouda do domu.
If something is stupid, but works, then It's not stupid!

Awatar użytkownika
Ian Deathcraver
uczeń
Posty: 27
Rejestracja: 05 lut 2010, 19:13
Lokalizacja: Zewsząd
Kontaktowanie:

Postautor: Ian Deathcraver » 02 gru 2010, 08:11

Nie żebym był ekspertem od FF VII, ale w którym momencie Vincent umiera? Zaczęłaś też jedno zdanie od "no więc" gdzieś na początku.

Poza tym przyjemnie się czyta, a sama perspektywa budzi zaciekawienie. Może trochę zbyt szybkie przeskoki między wydarzeniami z oryginalnej fabuły, ale w końcu w Strumieniu czas płynie inaczej, prawda? ;) Tak czy inaczej podoba się.
OSTRZEŻENIE: Nie znam się i napewno nie wiem o czym mówię.

Awatar użytkownika
Najuch
debiutant
Posty: 84
Rejestracja: 02 sty 2010, 21:25
Lokalizacja: Olsztyn

Postautor: Najuch » 12 gru 2010, 21:49

Szkoda, że niemal w ogóle nie znam fandomu (widziałem raptem Advent Children) i tekstu kupić po prostu nie mogę.

Przeczytałem go jednak z dwóch powodów.

1) Nie jest yaoi
2) Nie jest yaoi
A przepraszam to z trzech.
3) Nie jest z fandomu, którego nie lubię:)

Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że czyta się szybko. A to świadczy o dobrym stylu i umiejętności zaciekawienia czytelnika. Może masz coś jeszcze?:)
...bo jeden wieśniak walczący za coś znaczy więcej niż armia walcząca za nic...

Zano, Kyo, Shin, Mariko, Shurai, Shigeko... Forever.

Chcesz posłuchać jak gram i śpiewam?:P
www.myspace.com/lukaszjedrys


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość