Oblicze grzechu

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Shadica
amator
Posty: 15
Rejestracja: 24 sty 2011, 13:07
Kontaktowanie:

Oblicze grzechu

Postautor: Shadica » 05 mar 2011, 08:48

Niedawno go skończyłam. Pomysł podała mi znajoma.

tytuł: Oblicze grzechu
fandom: Final Fantasy VII
kategoria: 13+
opis: rozterki pewnego ex-Turks
ostrzeżenia: można uznać lekki angst
znajomość fandomu: wskazana
status: skończona


[center]Oblicze grzechu[/center]
Nad małym miasteczkiem o dźwięcznej nazwie Nibelheim jasno świeciły gwiazdy, tak dalekie źródła światła w nocy. Mieszkańcy spali spokojnie, należnie odpoczywając po kolejnym dniu ciężkiej pracy. Jutro znowu wstaną z samego rana i tak samo ruszą do swoich codziennych obowiązków. Psy warczały w budach, goniąc za urojoną zwierzyną, koty snuły się po dachach, ni to śpiąc ni czuwając. Nawet osiadła na obrzeżach rezydencja ShinRy, tak nie pasująca do Nibelheim swoją piękną architekturą i wyższa od wszystkich pozostałych domów, drzemała, chociaż niektórzy mogliby rzec, iż nie jest tego godna. I mieliby rację, lecz czas na jej osądzanie jeszcze nie nadszedł.
A jednak ktoś nie oddał się snom. Ktoś żyjący już od wielu, wielu lat w nieustającym koszmarze, który miał wystarczająco dużo sił na stanie się wieczną jawą. Uwięziony w okaleczonym umyśle, spętany niechcianą samotnością, miał na zawsze trwać w tym stanie bez żadnej złudnej nadziei na lepszą przyszłość. Wiedział, że nigdy jej doświadczy, ponieważ zdążył bezpowrotnie utracić przeszłość, a z nią szansę prawdziwego życia z najukochańszą osobą. I najgorsza była myśl, iż nie potrafił temu zapobiec, jakoś na to wpłynąć. Nie, teraz musiał trwać w nieprzerwalnej grozie, która tylko czekała aż się podda i wtedy nim zawładnie. Czym sobie na to w ogóle zasłużył, to pytanie przemknęło mu już niezliczoną ilość razy, lecz nigdy nie otrzymał odpowiedzi.
Przez opustoszały korytarz rezydencji ciągnęło się ciche echo jego kroków. Promień wpadającego przez okna księżyca oświetlał smukłą sylwetkę tajemniczego mężczyzny, który zupełnie nie pasował do otoczenia w jakim się znalazł. Jego oczy błyszczały rubinową czerwienią, splątane, kruczoczarne włosy swobodnie opadały mu na plecy. Po podłodze z delikatnym szelestem sunęła długa, poszarpana peleryna o krwawym kolorze, a pod nią wyraźnie starał się ukryć swoją lewą rękę. Słusznie. Zamiast normalnej ręki miał dłoń zaopatrzoną w złociste szpony, z pewnością bardzo ostre. Jednak wysoki kołnierz zakrywał tak przystojną twarz, jakby swą urodą chciała zaprzeczyć przerażającemu ubiorowi.
Tylko on znał cel tej nocnej wędrówki, która zdawała się nie mieć końca. Ale i on wiedział, że po każdej nocy następuje dzień, że światło zawsze pokonuje mrok. Prawie zawsze. Ten, który panował w nim, musiał sam przezwyciężyć. I uczyni to dzisiaj. Ta noc będzie ostatnią nocą jego koszmarów. Nareszcie zgładzi grzech za którego narodziny odpowiadał, który wszystko zniszczył i miał dalej niszczyć.
Mężczyzna ostrożnie otworzył drzwi do jednego z pomieszczeń rezydencji. Ujrzał niewielki pokoik, który uznałby za pusty, gdyby nie miarowy oddech małego chłopca. Delikatne, srebrzyste włosy rozsypały się w nieładzie na poduszce. Dziecko uśmiechało się przez sen, nieświadome, że obcy celuje do niego z czarnego pistoletu. Przez długą chwilę na nie patrzył, zdając sobie sprawę jak bardzo mu kogoś przypomina.
Opuścił broń.
Chłopiec nadal spał spokojnie, kiedy Vincent Valentine wyszedł z jego pokoju.
Jeszcze nie dzisiaj. Przepraszam.

Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość