Przebudzenie

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Szaliczek
debiutant
Posty: 78
Rejestracja: 11 paź 2010, 21:20
Lokalizacja: Płock. Znacie to ? xX

Przebudzenie

Postautor: Szaliczek » 20 kwie 2011, 19:56

tytuł: "Przebudzenie"
fandom: RE (gdzieś między częścią 2, a 4 :P)
kategoria: 16/18
opis: Bohater-narrator całej opowiastki-budzi się w pociągu. Trafia do zupełnie innego świata... świata pełnego śmierci i tajemnic.
ostrzeżenia: Parę wulgaryzmów, to wszystko.
znajomość fandomu: Niekoniecznie wskazana, ale podstawy warto znać.
status: skończony -> kompozycja otwarta. Jak kto woli, można dopisać dwie części.

Leżałem oparty prawym policzkiem na czymś twardym i półprzezroczystym. Czułem, jak po boku twarzy spływało coś gęstego i zmieszanego z odrobinkami szklanych ziarenek. Przez rozbitą szybę ręka chwytała się pozostałości małego białego kapelusza. Nie czułem żadnego z palców, blada jak trup dłoń nie reagowała na moje rozkazy. Przez zemglone powietrze - a może to moje oczy? - widziałem jak kolejne kawałki okna przypominające drobinki piasku spadały bez dźwięku na roztrzaskaną podłogę, zmiażdżone fotele, ubrudzone krwią jeansy na wpół już zniszczone przez siłę zderzenia. Drugą, lewą dłonią spróbowałem rozmasować sobie głowę, sprawdzić, czy jest w ogóle cała. Mierzwiąc nią w czarnych gęstwinach włosów, miałem wrażenie, że dotykam mało gęstego kleju. Coś lepkiego i tłustego, równie czerwonego, trafiło nie tylko na włosy, ale i same palce. Przeszedłem nimi po boku szyi, przypadkowo zgarnąłem spod żuchwy opiłki żelaza. W uszach nadal świszczał mi pisk starych hamulców pociągu. Sprawdziłem obydwa łapiąc je dłonią, prawa ręka nadal odmawiała posłuszeństwa. Przez moment myślałem, że to nie moja... że ten biały kikut zwisający bezwładnie z rozbitego okna należy do kogoś jeszcze.
Zamknąłem na chwilę oczy, w żołądku poczułem mocny ścisk. Miałem ochotę zwymiotować. Cały obiad zjedzony na peronie w Londynie wywracał się tuż pod gardłem. Jakimś cudem poruszyłem raz jeszcze lewą ręką, objąłem się pod płucami. Miałem wrażenie, jakbym oddychał paliwem, albo siarką... krwią. Te trzy zapachy mieszały się ze sobą, uderzały w nozdrza.
Woń cudem odwleczonej śmierci obudziła mnie na nowo. Rozwarłem szeroko powieki. Siwa mgła nie opadła, wisiała ciężko w powietrzu. Ruszyłem z wolna głową, wyprostowałem plecy wciśnięte w zielone siedzenie przedziału. Drzwi wejściowe nie wyglądały już na rozsuwane. Kompletnie wyrwane i przepołowione na dwie nierówne części leżały tuż u moich stóp. Jeden ze stalowych kantów wpijał mi się w lewą łydkę.
„To stąd opiłki“, pomyślałem, wyrywając nogę z bolesnego uścisku. Jęknąłem wtedy cicho, zacisnąłem mocno zęby. Ruszając stopami wiedziałem już, że mogę normalnie chodzić. Jedyny ból sprawiało prawe udo. Przez podniszczony materiał spodni widziałem na nim parę brunatno-brązowych siniaków.
Spróbowałem wstać. Na kręgosłupie poczułem serię ukłuć przeszywających mnie na wylot, prawa ręka nagle poruszyła się targana ciałem. Powoli odzyskiwałem w niej uczucie, ale nadal nie mogłem pozbyć się przerażającego gwizdu dudniącego w głowie. To coś tkwiło w środku i za nic nie chciało zniknąć. Stopami stanąłem na zrujnowanych drzwiach przedziału, zaskrzypiały tak samo jak przed chwilą fotel. Ugięły się pode mną, lecz wytrzymały przejście. Lewą ręką podtrzymałem obolałą dłoń, z trudnością utrzymywałem równowagę. Zza rozbitego okna widziałem wyłącznie koszmarne strugi deszczu, czarno-biały żwir nawierzchni torów i małe budynki w oddali. Ich kontury wyłaniały się czasami zza mglistej kotary.
- Gdzie ja jestem? - spytałem cicho, nie do końca wierząc w powstałą sytuację. Odwrócilem się na pięcie i z zadziwiającą szybkością wyszedłem ze zniszczonego przedziału numer 13. Nocne lampki zamontowane na bokach ściany wagonu migotały nieregularnie, żałośnie. Ich żółty blask ginął w porannym świetle, firanki wyrzucone z ram wraz z szybkami leżały na drewnianej podłodze. Wszystko potłuczone, obite, nienadające się do użycia. Wśród kolejno stawianych kroków dostrzegłem domieszki czerwonej wody zaczynającej się od zamkniętych drzwi przedziału numer 14, a kończącej po drugiej stronie części składu. Wiedziałem co to jest. Odruch wymiotny znów dał po sobie poznać, jednak tym razem udało mi się zasłonić usta prawym ramieniem. Dopiero teraz zauważyłem brak prawego rękawa u marynarki. Czarny materiał stroju nasiąknął po części krwią, widziałem to wyraźniej na białej koszuli założonej na gołe ciało. Z fioletowego krawatu zostały tylko i wyłącznie strzępki, ale nie zamierzałem go zdejmować. Nie myślałem wcale o strojeniu się.
Miałem ochotę paść na kolana i znów zasnąć, wpaść w stan odrętwienia. Hałasy dręczące umysł powoli opadały, lecz zamiast kojącej ciszy słyszałem szumiący deszcz. Grube krople wpadały przez okienka wagonu, tworzyły się kałuże mieszane z czyjąś krwią. Nie miałem ochoty otwierać drzwi od „czternastki“. Podświadomie czułem tylko i wyłącznie jedno pragnienie: uciec z trefnego pociągu. Dodawało mi otuchy i siły.
Pokuśtykałem do bliższego wyjścia, tego po prawej stronie. Grube metalowe drzwi trzymały się całe, nadgryzione zębem rdzy mechanizmy nie ustępowały. Zaparłem się mocno rękoma o trzymaną poręcz, coś wewnątrz drzwi zgrzytnęło na tyle, by delikatnie się uchylić. Chciałem pociągnąć mocniej... mięśnie ramion odmówiły. W jednej sekundzie poczułem na sobie dodatkowy ciężar parunastu kilogramów, nogi miałem jak z waty, a głowa... głowa opadła o chłodną stal drzwi. Kątem oka spojrzałem na drzwi od sąsiedniego przedziału. Były uchylone. Mógłbym przysiąc, że widziałem u 14-tki zamkniętą zasuwkę...
Coś się poruszyło. Jakiś niski, krępy cień sunął po podłodze. Kierował się w moją stronę, wyciągał podłużne ramiona i na nich to opierał się. Gdy znalazłem resztki sił, by bliżej przyjeć się poszkodowanemu; kiedy tylko odwróciłem twarz w jego stronę... zamarłem. Lodowaty pot oblał mnie po karku. Na wpół zniszczone kobiece ciało hipnotyzowało mnie swoją brzydotą i szpetotą. Oderwane usta i nos pełne były dziwnych białych robali, obgryzione paznokcie i skóra znikająca w mizernych kościach przypominały mi najgorsze mary senne... z odciętego od pasa w górę tułowia ciekła świeża krew, a wnętrze ‚tego czegoś’ czepiało się wystających ostrych drzazg.
Patrzyłem tak sparaliżowany jak obrzydliwy stwór czepia się ostatnich desek dzielących go ode mnie. Jedzenie znów stało w gardle, straciłem panowanie nad prawą ręką. Wszystko wracało z powrotem do poprzedniego stanu. Coś zaczęło mnie obejmować w pasie, silny uścisk przycisnął mnie do stalowych drzwi. Oczy... nagle zamknęły się przed światem... a umysł... ot tak... odpłynął. Usłyszałem nad głową potężny grzmot. Chwilę później zemdlałem.

Tkwiłem w nicości przez... dokładnie to nie wiem. Nie czułem chłodu - wręcz przeciwnie, było gorąco - ani też deszczu wpadającego za kołnierz marynarki. Wszystko stało się takie... neutralne. Opierając tułów o coś metalowego i twardego próbowałem przypomnieć sobie ostatnie obrazy przed padnięciem na ziemię. Chropowaty materiał na którym leżałem co i raz podskakiwał do góry uderzając w obite udo i prawą rękę. Słyszałem nie tylko mechaniczne obracanie jakimiś przedmiotami, ale także ludzkie wrzaski i skowyty, huk wystrzałów z broni palnej. Regularne salwy pocisków postawiły mnie na nogi, a właściwie to tylko oczy. Otworzyłem je, i choć bałem się zobaczenia widoku, jaki porzuciłem przed zemdleniem, nie chciałem już ich zamykać. Przez niebieskie tęczówki dostrzegłem wpierw fotel pasażerski. Samochodowy. Czarne siedzenie pokryte było wieloma łuskami od wykorzystanych pocisków. Leżąc bezwładnie na miejscu obok kierowcy rozejrzałem się po okolicy, która nie zmieniła się odkąd wyjrzałem zza okno wagonu. Deszcz faktycznie przestał padać, mgła nie odeszła... w powietrzu dalej wychwytywałem siarkę i napęd samochodowy. Skąd tylko jajecznica i kiełbasa? Mimowolnie spojrzałem w dół na źródło tego zapachu. Dół białej koszuli przypominał niedokładne odwzorowanie ludzkich wymiotów. Jednak nie wytrzymałem...
Obejrzałem dokładnie całą przestrzeń wojskowego jeepa. Karoseria umalowana na brązowo-żółte moro lśniła od wilgoci, przednie światła wskazywały jeden z boków przewróconego pociągu. Pomarańczowa metalowa ścianka ginęła w płomieniach wybuchu. Ogień pożerał wagon powoli. To zaskakujące, ale nadal nie mogę sobie przypomnieć jak doszło do wypadku...
Nabierając sił w prawej dłoni, lewą sprawdziłem czy nic mi nie jest. Ktoś zabandażował ranę na głowie, otwarta apteczka pierwszej pomocy spoczywała na wpół otwartym schowku kierowcy. W środku został tylko plaster i pusta paczka po czerwonych Marlboro. Przez chwilę skoncentrowałem na niej wzrok, następnie spojrzałem za siebie. Na tylnych siedzeniach samochodu leżały dziwne zielone skrzyneczki uformowane w niedokładne rządki i grupy. Między nimi ktoś nierozsądny powciskał małe granaty przypominające tenże owoc, podłużne laski zapewne dynamitu, małe pistolety o srebrnych lufach i czarnych uchwytach. Z podziwu aż złapałem głośno powietrze. Tuż pod całą gromadą sprzętu leżały karabinki. Wśród nich rozpoznałem przede wszystkim AK-47, Uzi i M-16. Każdy z nich oglądałem ostatnio na wystawie w muzeum. Trudno w sumie nie widzieć, skoro się tam pracuje.

Powoli odnajdywałem się w całej sytuacji, lecz dźwięki prowadzonej walki nie dawały mi spokoju. Wyczułem, że toczy się ona po lewej stronie. Skupiłem tam wzrok, lecz przez firanę bieli nie dostrzegłem nic prócz paru metrów mokrej ziemi i trawy. Nie mogłem siedzieć bezczynnie. Po raz drugi przestudiowałem składzik broni za plecami. Jakaś niepokojąca myśl, przeczucie chwili lub szósty zmysł - sam nie wiem do końca - kazało mi chwycić za broń i sprawdzić co się dzieje. Wyciągnąłem lewą dłoń ku pierwszemu lepszemu pistoletowi między skrzynkami, ale szybko ją wycofałem. Rękojeść (chyba) Beretty zachęcała mnie, kusiła. Przez moment wahałem się, walczyłem z czymś niezrozumiałym wewnątrz umysłu. Siła przetrwania przezwyciężyła. Błyskawicznie chwyciłem za wybrany pistolet, palcami ścisnąłem mocno uchwyt. Broń idealnie pasowała do ręki, nie ciążyła za bardzo ani nie przeszkadzała w ruchach. Trzymając po raz pierwszy w życiu prawdziwy pistolet, uśmiechnąłem się pod nosem prawie niezauważalnie. Poczułem się odrobinę bezpieczniejszy. Pozostało mi wyłącznie czekać na powr....

Coś wybuchnęło. Potężna eksplozja wstrząsnęła ziemią, także samochodem. Stojąc tuż obok jeepa kucnąłem przy masce, zagryzłem dolną wargę ze strachu. O mało co nie nacisnąłem spustu Beretty. Wtedy kula przedziurawiłaby żuchwę i przeszła na wylot. Ponownie zlałem się zimnym potem.
Nie zastanawiałem się jednak nad szczęśliwym fatum. Do uszu dotarły do mnie rytmiczne uderzenia butów o błoto. Plaskanie buciorów nasilały się z każdą sekundą, głośne oddechy i kolejne serie z karabinów zbliżały się do samochodu. Spanikowałem; wyciągnąłem pistolet przed siebie i zacząłem strzelać.
Jestem praworęczny, kule leciały nie w tą stronę co trzeba. Sparaliżowana dłoń nadal odmawiała posłuszeństwa, mogłem wyłącznie bronić się lewą. Pragnąłem, by dźwięki nagle ustały, strzelałem więc dalej aż do wyładowania magazynku. Nagle, z gęstej mgły mrocznego poranka, wyłoniła się wysoka czarnoskóra postać ubrana w uniform wojskowy. Łysy, umięśniony Murzyn trzymał w dłoniach strzelbę myśliwską. Z lufy wyłaniał się kłąb dymu. Na pasie mężczyzna miał kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt małych zapięć. Z jednego z nich wyjmował właśnie czerwony pocisk, który bez problemu włożył do magazynka strzelby „pulp action“. Chrzęst przeładowania przeraził mnie, a czarne okulary na nosie nieznajomego nakazały mi rzucić pistolet na ziemię. Wyciągnąłem ręce na boki. Chciałem coś powiedzieć, ale język za bardzo się zaplątał.
- Nie stój jak Afgan pod murem! Do wozu! Szybko!
Żołnierz nawet się nie zatrzymywał. Jego tubalny niski głos podziałał bardziej orzeźwiająco niż niejedna zimna kąpiel. Kiedy zwyczajnym susem wskoczył za kierownicę jeepa, kiedy tylko złapałem za puszczoną Berettę i dołączyłem do niego, w końcu zdałem sobie sprawę, że nic nie wiem. Nie byłem już sobą. W jednej chwili jadę pociągiem odwiedzić rodzinę, w drugiej staję się uczestnikiem jakieś wojny.
Jeszcze ta dziwna kobieta-trup...
Trzasnąłem za sobą drzwiczki. Bacznie obserwowałem jak Murzyn próbuje odpalić wóz.
- Sierżant Gregory Rust, siły wojskowe Stanów Zjednoczonych - zaczął tłumaczyć, pociągając kluczykiem w stacyjce. - Przepraszam za brak kultury, ale w obecnej sytuacji nie jest ona wskazana. No kurwa, działaj! - uderzył stacyjkę pięścią. Ja natomiast miałem tylko jedno, zasadnicze pytanie.
- Właściwie... to co się dzieje?
-Nic nie wiesz...? - sierżant popatrzył na mnie jak na debila. Westchnął cicho. - To nieodpowiednia pora na historyjki. Musimy zabrać stąd resztę i zmywać się za nim będzie za późno.
Jeep odpalił. Hałas uruchamianego silnika zadowolił Roberta na tyle, by się uśmiechnąć.
- Reszta? Za późno? O co tu chodzi?!
Czarnoskóry zignorował pytanie. Sięgnął ramieniem za siedzenie i spod niego wygrzebał jeden z M-16. Wcisnął mi ją na miejsce Beretty, którą swoją drogą włożył do wolnej pochwy przy lewym biodrze.
- Umiesz strzelać co nie co.. ale mało celnie. Nieważne. Jak tylko ruszymy, masz ciskać do każdego kogo zobaczysz. Nieumarlak, czy nie, trudno. Staraj się celować w głowę.
Spojrzałem głupio na karabin trzymany w dłoniach. Strasznie niewygodny i mało poręczny nadawał się co najwyżej dla żołnierza, nie cywila. Rozkaz sierżanta potraktowałem natomiast całkiem serio.
- Co jeśli zginie ktoś... no, żywy? - wypaliłem, nawet nie zastanawiajac się nad słowami.
- Nie ma nikogo. Jesteśmy jedynymi żywymi w okręgu kilometra kwadratowego.
- A reszta?
- Czeka w umówionym miejscu. Ruszamy!
Jeep cofnął się szybko i wykręcił w prawo. Rust wcisnął gaz do dechy, opony zagnieździły się na chwilę w błocie, by zaraz popędzić po mokrej ziemi. Kierowaliśmy się nie wiadomo gdzie; mgła ograniczała widoczność. Włączone światła trochę pomagały w znajdywaniu odpowiedniej drogi, lecz ciągle natrafialiśmy na niby-zwłoki, ciała. Sierżant nie zatrzymywał się. Przejeżdżał po każdym wyboju bez żadnego uczucia na twarzy.
Patrząc na niego i mijane pozostałości po zniszczonym pociągu, kompletnie nie skupiałem się na zadaniu. W głowie rodziło się tak wiele pytań, że nie potrafiłem nawet siedzieć spokojnie. Jedyne, co robiłem, to patrzyłem.
Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos uderzenia czegoś twardego o tył pędzącego samochodu. Odwróciłem się, by zobaczyć kto wydaje dziki warkot. Na tylnej masce leżał człowiek podobny do kobiety z pociągu. Mężczyzna, częściowo zjedzony przez jakąś bestię, poruszał kikutem prawego ramienia. Cały okrwawiony, ubrany w niebieski strój kolejowy, otwierał szeroko usta, właściwie to paszczę. Mimo swojego stanu poruszał się bardzo szybko. Kiedy tylko strzeliłem, poleciał na ziemię.
- Ładnie, skurczybyku! - pochwalił mnie dumnie towarzysz przejeżdżając kolejne porzucone zwłoki.
- T-t-t-o raczej nie tak powinno być... - wyszeptałem, sam nie wierząc. Nie zastanawiałem się nad przyczyną stanu rzeczy, nie rozpamiętywałem fizjonomii ‚tego czegoś’ ani nie zwlekałem z naciśnięciem mechanizmu uwalniającego. Musiałem przeżyć, a karabin był tego jedynym sposobem.
Odwróciłem się całkowicie w przód. Żołnierz jechał po wyboistej kamiennej dróżce. Niskie gałęzie drzew szastały po bokach jeepa. Siedziałem wyprostowany na siedzeniu, karabin oparłem o górne obramowanie przedniej szyby; wyczekiwałem każdego, kto mógłby nasunąć się na strzał.
Mężczyzna obok wcale się nie odzywał, ja również milczałem. Nie miałem ochoty. Gdzieś pochowałem swoją dawną osobowość. Scott Winter zginął w pociągu. Był ofiarą, aby narodził się człowiek pragnący wyłącznie przeżyć.
Aaaa tam....
Obrazek

Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość