18+ [Enzai] Zatarta granica

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

18+ [Enzai] Zatarta granica

Postautor: Vampircia » 13 wrz 2012, 18:57

No dobra, po zasięgnięciu dwóch niezależnych opinii postanowiłam wywlec ten fanfik na światło dzienne. Dział potrzebuje miłości, a wy mnie znacie, więc w sumie, może nie pomyślicie, że zwariowałam.

tytuł: Zatarta granica
autor: Vampircia
fandom: Enzai
opis: Skrywana przez prawie trzydzieści lat mroczna historia ma wreszcie wyjść na jaw, gdy w ręce pewnego młodego człowieka trafia szokujący dziennik.
kategoria: 18+
ostrzeżenia: przemoc, opisy perwersji i zboczeń, możliwy marysuizm
znajomość fandomu: niekonieczna
status: nieskończony


Prolog


Sankt Petersburg, rok 1831

Gabinet Dimitra Romanowa był dość mały, ale to akurat ów mężczyzna uważał za jego zaletę. Miał spory dom i mógł sobie pozwolić na większe stanowisko pracy, ale zawsze pisało mu się lepiej, gdy ze wszystkich stron otaczały go półki z książkami. Na biurku, jak zwykle panował niezwykły porządek, i wszystkie materiały potrzebne do tworzenia czekały w gotowości. Niestety nie mógł tego samego powiedzieć o swej wenie.
By zmobilizować się do pisania, Dimitri zaczął przechadzać się po pokoju, co stało się dlań typowym rytuałem. Zatrzymał się przy lustrze i zaczął wpatrywać się w swoje odbicie, jakby próbując zmusić się swym własnym wzrokiem do pracy. Był młodym człowiekiem, który ledwo skończył dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, szczupły, o sympatycznej aparycji. Jego brązowe włosy często wyglądały tak, jakby zapomniały co to grzebień, a oczy miał w kolorze bursztynu. Czasami zastanawiał, czy nie zapuścić brody, by wizualnie dodać sobie paru lat, ale hołdował raczej zachodnioeuropejskiej modzie.
Pisał, bo lubił, ale też po to, by zarabiać na życie. Odkąd umarła jego bogata babka, usamodzielnił się finansowo, więc czasem zamiast realizować swoje pomysły, musiał stworzyć coś na zamówienie. Tak jak teraz. Nie znosił tych chwil. Nie znosił chwil, gdy w jego umyśle panowała pustka.
Nagle drzwi do gabinetu otworzyły się i służąca wprowadziła niezapowiedzianego gościa.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale ten człowiek bardzo chciał się z panem widzieć – przemówiła. - Podobno jest detektywem.
- Detektywem? - zdumiał się Dimitri. Czegóż mógł chcieć od niego detektyw? Czyżby wydarzyło się coś złego? - Zostaw nas – polecił służącej.
- Zna pan francuski? - spytał nieznajomy, który najwyraźniej nie był Rosjaninem.
- Tak i parę innych języków – odparł pisarz.
Zlustrował wzrokiem swego gościa. Musiał mieć koło czterdziestki. Był wysoki, dobrze zbudowany i elegancki. Bez wątpienia pasował do obrazu detektywów z kryminalnych historyjek.
- Jestem Jose Suarez. Mój przyjaciel nalegał bym pana odszukał i coś panu wręczył – z tymi słowy gość podał Dimitriemu niewielką paczkę.
Zdezorientowany pisarz szybko ją otworzył i zauważył, że w środku znajdują się dwa opasłe tomy. Jeden z nich wyglądał na bardzo zniszczony, jakby kiedyś częściowo zamókł. Widząc zmieszanie na twarzy Dimitria, Jose pospieszył z wyjaśnieniami.
- To dzienniki Jeanette Lane – oznajmił.
Oczy pisarza rozszerzyły się w szoku. Spojrzał najpierw na detektywa, potem na tomy, potem znowu na detektywa i usiadł, by dać sobie chwilę na ochłonięcie.
- Czy ona... Czy ona...
- Zmarła tej zimy. Podobno na zapalenie płuc – wyjaśnił ze spokojem cudzoziemiec. - Jej ostatnim życzeniem było, by pan to otrzymał.
Wiadomość nieco wstrząsnęła Dimitrim, nie popadł jednak w rozpacz. Szybko się pozbierał.
- Była w pełni władz umysłowych, gdy...
- Trudno mi to powiedzieć. Nigdy nie opuściła instytutu.
Pisarz jeszcze raz przyjrzał się dziennikom, jakby zastanawiał się, czy na pewno jest gotów zajrzeć do środka.
- Muszę pana ostrzec. Te zapiski momentami mogą być dość... kontrowersyjne – przemówił nagle cudzoziemiec.
Zaintrygowany Dimitri uniósł na niego wzrok.
- Czytał to pan? - spytał.
- Nie.
- Miał pan z nią romans?
- Nie, nic z tych rzeczy. Słabo ją znałem. Wiem jednak, że... jej życie było specyficzne – odparł eufeministycznie Jose.
To była krępująca sytuacja, przynajmniej dla Dimitra.
- Och, zapomniałbym... - detektyw się zreflektował i wyjął zza płaszcza jakąś kartkę. - List.
- Dziękuję, hmmm... Ma pan jakiś nocleg? - spytał pisarz zakłopotany.
- Jeszcze nie szukałem.
Dimitri zaczął nerwowo rozglądać się za czymś do pisania. W końcu chwycił pióro i skrawek papieru, po czym coś na nim napisałam.
- To adres dobrego hotelu – wręczył gościowi informację. - Pokryję koszty.
Pisarz szybko otworzył szufladę i odliczył plik banknotów. Złożył je elegancko i podał detektywowi. Czuł, że postępuje trochę niekulturalnie. Powinien zaproponować gościowi coś do picia i porozmawiać z nim nieco dłużej. Zwłaszcza, że był tej rozmowy bardzo ciekaw. Jednak w obecnej chwili chciał przede wszystkim rzucić okiem na treść dzienników, a wolał to zrobić na osobności.
Gdy wreszcie został sam, sięgnął po list i zaczął go czytać.

Jeśli otrzymał pan ten list, mój przyjaciel za pewne wyjaśnił już panu, o co chodzi. Ze swojej strony chciałem dodać, że nigdy nie łączyła mnie żadna bliska przyjaźń z Jeanette, jednak na pewnym etapie jej życia, stałem się jedną z nielicznych osób, której skłonna była zaufać. Nie wiem co skłoniło ją do zmiany zdania w kwestii przekazania panu pamiętników, myślę jednak, że uznała, iż jest pan gotowy, by podołać temu, co mają do przekazania. Żałuję, że nie możemy spotkać się osobiście, ale ostatnio nieco podupadłem na zdrowiu.
Z poważaniem,
Guys Grand


List zbyt wiele nie wyjaśnił. Dimitri odłożył go na bok i trzęsącymi się z emocji rękami, podniósł jeden z dzienników. Całe życie czekał na tę chwilę. Przełknął ślinę i przejechał palcami po skórzanej oprawie. Obowiązki musiały poczekać, nie był wstanie dłużej odwlekać tego dłużej. Otworzył tom i spojrzał na pierwszą stronę. Data wskazywała na to, że wpis pojawił się jeszcze za czasów trwania rewolucji. Dimitri przeczytał pierwsze dwa zdania.

Nazywam się Jeanette Lane i mam szesnaście lat. Właśnie straciłam dziewictwo.

Dimitri gwałtownie zamknął dziennik. Czy naprawdę chciał to czytać? Ledwo pierwsza linijka, a on już poczuł wypieki na twarzy. Wiedział, że Francuzi byli narodem dość bezpruderyjnym, ale nie spodziewał się, że zawstydzi go już sam początek. Może jednak był zbyt przewrażliwiony? Powinien znaleźć w sobie choć odrobinę dystansu.
Ciekawość zwyciężyła, więc Dimitri ponownie otworzył dziennik i czytał dalej.

Straciłam dziewictwo, ale nie niewinność, której najwyraźniej nigdy nie miałam. A tak przynajmniej brzmiało to w ustach Alberta, który nazwał mnie materiałem na ladacznicę. Ten sam Albert, który sprzedawał się mojej matce, teraz śmiał wydawać takie osądy na mój temat, po tym, jak dałam się zwieść jego urokowi. Kazałam mu wyjść, ale on został w mej sypialni, kierując okrutne słowa pod mym adresem. Twierdził, że w miłosnym uniesieniu wygadywałam rzeczy, które nie przyszłyby do głowy nawet paryskim kurwom. Kim on jednak jest, by mnie oceniać? I co to tak naprawdę znaczy być ladacznicą? Czy ladacznicą jest każda kobieta, która pragnie czegoś więcej, niż tylko leżeć pasywnie, rozkładając nogi przed swym partnerem?
Powiedział, że jestem rozpieszczona i że takie życie mnie zniszczy. Mówił, że bogaci ludzie, którzy nigdy nie zaznali trudów pracy, są jak znudzone, tłuste koty, które łapią myszy nie po to, by je pożreć, lecz po to, by dręczyć je i bawić się nimi jak marionetkami, by wypełnić swe nudne, bezsensowne życie. Że z czasem dziwaczeją coraz bardziej, aż w końcu zapominają o tym, co odróżnia nas od zwierząt. Bardzo się rozzłościłam i wyrzuciłam go za drzwi, ale teraz jak o tym myślę, to może miał trochę racji.


Choć Dimitri przeczytał dopiero pierwszą stronę, już teraz cały się pocił i serce mu waliło. Zawsze żył w cnocie i czystości, nigdy nie czytał tak frywolnych rzeczy. A teraz wyglądało na to, że otwierał się przed nim całkowicie nowy świat. Wciąż się wahał, czuł jednak, że długo nie wytrzyma w niepewności. Przewrócił kartkę i zastygł. Reszta tekstu była praktycznie nieczytelna. Strony poplamione i potargane, a słowa rozmyte. Był w stanie odczytać niektóre fragmenty, ale w ten sposób mógł poznać jedynie wyrywki całej historii. Poczuł żal i rozczarowanie, ale zanim na zawsze pozbył się złudzeń, otworzył drugi tom. Ten wyglądał na znacznie lepiej zachowany. Data wskazywała na to, że opisywał wydarzenia mając miejsce dziesięć lat po tych, o których przeczytał przed chwilą. Może to nawet i lepiej? Ta część historii interesowała go znacznie bardziej. Zabrał się więc do lektury.


Rozdział I

Już dawno nie piłam tak mało wyrazistej herbaty. Przywykłam do nieco bardziej wyszukanych smaków. W Anglii czy Rosji podawano wyśmienitą herbatę, pełną aromatu, i choć teraz miałam na taką ochotę, postanowił nie wybrzydzać. W swym życiu poznałam osoby, którym obce były wygody i luksusy. Chciałabym choć w części umieć zrozumieć tych ludzi i cieszyć się małymi rzeczami, tak jak oni. Chciałabym poznać trud codziennego życia, nawet jeśli inni widzieli w tym szaleństwo.
Przez uchylone drzwi słyszałam rozmowę naczelnika z szefem straży. Chyba zapomnieli ich domknąć, bo dyskutowali tak otwarcie, jakby w ogóle nie baczyli na fakt, że znajduję się w pomieszczeniu obok.
- To nie jest miejsce dla baby – usłyszałam głos, który chyba należał do strażnika.
- Wiem, ale żadne argumenty do niej nie przemawiają. Do tego zaoferowała nam dość hojną pomoc finansową. Szkoda byłoby zmarnować taką okazję.
- A co na to jej rodzina?
- Jej rodzina jest równie nawiedzona. Wiem, bo znam jej ojca. Zrobiłby dla niej wszystko. Słyszałem, że nawet załatwił jej praktyki lekarskie.
- Mnie tylko zastanawia, czemu jej tak na tym zależy. Słyszałem, że bogate, samotne kobiety robią różne dziwne rzeczy z nudów, ale to...
- Nieważne... Jak dziewoja ma za dużo pieniędzy, to spełnimy jej kaprys. A po kilku dniach pewnie sama da sobie spokój. Tylko, cholera, pilnujcie jej, bo jak się jej coś stanie, to jej tatuś utnie nam jaja i nas nimi nakarmi. To nie jest człowiek, z którym chciałbyś zadzierać. Podobno ma znajomości na najwyższych szczeblach. A właściwie to ma jego żona.
W końcu wyszli, a ja spojrzałam na nich ze spokojem, dopijając herbatę. Naczelnik szczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu, zaś szef straży lustrował mnie spojrzeniem, z mieszanką rozbawienia, niedowierzania i politowania. A takie przynajmniej emocje wyczytałam z jego twarzy.
- Durer, pokaże pani jej miejsce pracy, prawda? - Naczelnik spojrzał najpierw na mnie, potem na swego współpracownika.
Strażnik nie wyglądał na zachwyconego, mruknął tylko bym poszła za nim. Nie zniechęciła mnie jego postawa, spodziewałam się wręcz, że nie zostanę tu powitana z otwartymi ramionami. Zawsze wiedziałam, że stąpam po niepewnym gruncie. Że chodzę w miejsca i robię rzeczy, które nie przystają kobiecie. Że balansuję na krawędzi tego, co społecznie akceptowalne i mieszczące się w granicach szeroko pojętej normalności. Paradoksalnie to skrajne łamanie konwenansów pomaga mi zachować względną normalność.
Gdy kroczyłam tym chłodnym, ponurym korytarzem, zaczynały powracać do mnie urywki wspomnień. Miejsce wyglądało znajomo, ale musiałam odtworzyć je w swym umyśle fragment po fragmencie. Trudno powiedzieć czy to były dobre czy złe wspomnienia, ale odniosłam wrażenie, jakby wszystko nagle znalazło się na swoim miejscu.
- To tutaj – oznajmił strażnik i weszliśmy do środka.
Gabinet wyglądał na zadziwiająco zadbany. Byłam zaskoczona. Spodziewałam się czegoś znacznie bardziej obskurnego, tymczasem wszystko wskazywało na to, że ktoś regularnie tu sprzątał. Nie sądzę, by zrobili to specjalnie na moje przybycie.
- Przytulnie tu, co? - rzucił z sarkazmem Durer. - Czuj się tu jak u siebie w domu – dodał z jeszcze większym przekąsem. - Wybacz, że się spoufalam, ale w końcu teraz jesteśmy kolegami z pracy.
Wyraźnie go to bawiło i chyba czekał, aż oburzona tupnę nogą i oznajmię wszem i wobec, że już nigdy tu nie wrócę. Bez wątpienia taki przebieg spraw był na rękę jemu i naczelnikowi. Nie zamierzałam dać im tej satysfakcji.
- Dziękuję – odparłam i ani na chwilę nie dałam się ponieść emocjom. - To wszystko. Jeśli będę czegoś potrzebować...
- Ja decyduję, czy to wszystko – strażnik wszedł mi w słowo. Nie podobał mi się ten megalomański ton głosu. - To nie jest miejsce, po którym możesz się swobodnie poruszać. Trzymamy tu wielu niebezpiecznych ludzi. Teraz już rozumiesz czemu to się nam tak nie podoba? Muszę znaleźć kogoś, kto by cię niańczył, ja nie mam czasu. Poczekaj tu, aż z kimś nie wrócę. Nie ruszaj się stąd. A najlepiej to zamknij się na klucz.
Nie wiem czy chciał mnie nastraszyć, w każdym razie odniosłam wrażenie, że nie chodzi o troskę o mnie. Gdy wyszedł, westchnęłam i zaczęłam oglądać pomieszczenie. Chyba niczego nie brakowało. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona, zwłaszcza, że poprzedni lekarz był alkoholikiem i niezbyt dbał o to miejsce. Może więźniowie mu pomagali.
Po chwili wrócił Durer. Przyprowadził mi młodego strażnika do asysty, życzył mi dobrej zabawy i sobie poszedł. Nie wiem czy to miejsce na dłuższą metę robiło z ludzi bezczelnych gburów, czy może był to efekt mojej obecności, ale tym razem nie podziękowałam.


Pierwszy dzień okazał się monotonny, a przynajmniej do pewnego momentu, który dał mi do myślenia. W godzinach popołudniowych do gabinetu przetransportowany został więzień, który uskarżał się na ostre bóle brzucha. Na oko miał około osiemnastu lat, choć był wysoki i dobrze zbudowany. Jego zadziwiająco jasne włosy sklejał pot i wyglądało na to, że chłopak naprawdę cierpi. Nie chciał jednak dać mi się obejrzeć. Początkowo myślałam, że to przez moją płeć, ale to, co powiedział później, bardzo mnie zaskoczyło.
- Każ mu wyjść – jęknął i chodziło mu zapewne o młodego strażnika, który mi asystował.
Nie zrozumiałam czemu aż tak chłopakowi przeszkadzała jego obecność, ale próbowałam go przekonać.
- On ci nic nie zrobi. Tylko rzucę okiem – zapewniłam, starając się brzmieć słodko i łagodnie.
- Niech wyjdzie!
Więzień szedł w zaparte, a czas uciekał, więc dałam za wygraną.
- Niech pan na chwilę wyjdzie – zwróciłam się do strażnika.
- Dostałem rozkazy. Nie wolno mi zostawić pani sam na sam z więźniem – zaprotestował mundurowy.
- Temu człowiekowi może dolegać coś poważnego. Nie mogę tego tak odwlekać. Proszę, niech pan wyjdzie – rzekłam stanowczo.
Wbiłam w strażnika swój wzrok, przenikliwy i pewny siebie. Zobaczyłam, że mężczyzna się waha, aż w końcu ustąpił i zostawił nas samych. Z powrotem skupiłam swoją uwagę na pacjencie, który dalej zwijał się z bólu. A tak przynajmniej wyglądał. Wciąż stawiał opór.
- Wszystko będzie dobrze. Chcę ci pomóc. Jak masz na imię? - spytałam, chcąc oswoić go nieco ze sobą.
- Jose... - stęknął więzień. - To boli...
- W porządku... Dam ci najpierw coś przeciwbólowego.
Odwróciłam się na chwilę, by poszukać leku i wtedy zdałam sobie sprawę jak łatwo dałam się zapędzić w pułapkę. Nagle poczułam zaciskające się wokół mojej szyi ramię i drugie, oplatające mnie w pasie. Byłam zbyt zdezorientowana by krzyczeć, ale zaczęłam się szarpać z całych sił, próbując wyzwolić się z żelaznego uścisku. Nie miałam jednak szans. Był zbyt silny.
- Wsadzę ci po same jaja, szmato – wydyszał.
W tym momencie wiedziałam już, że jest to człowiek, który przez ostatnie parę lat nie myślał o niczym innym, jak o seksie z kobietą. Teraz próbował zrobić wszystko, by spełnić swoje marzenie, a ja nawet napędzana strachem nie mogłam się mu przeciwstawić. Udało mu się cisnąć mnie na podłogę i tym razem również nie dał mi żadnych szans na ucieczkę. Prawdopodobnie nabrał już wprawy. Był na tyle silny, że zdołał jedną ręką przycisnąć oba moje nadgarstki do podłogi. Dostęp do mojej sukni miał teraz łatwy. Podwinął ją jednym ruchem. I gdy tak próbowałam wyzwolić się spod jego ciężaru, usłyszałam nagły trzask drzwi. Sekundę później potężny kopniak zepchnął więźnia z mojego ciała. Odruchowo podczołgałam się pod ścianę i zobaczyłam, że Durer okłada mego niedoszłego oprawcę pałką. Gdy pobił chłopaka do nieprzytomności, dał sobie spokój i spojrzał w moją stronę. Przez chwilę jego oczy płonęły z wściekłości i na ich widok poczułam większy strach, niż przy ataku Jose. Jednak gdy strażnik spojrzał na krwawiącego więźnia, nieco się uspokoił.
- Nie spóźniłem się? - spytał beznamiętnie.
- Nie... - odparłam, opanowując nerwy. - Dziękuję.
- Nie dziękuj. Nie zrobiłem tego dla ciebie – mruknął strażnik. - Teraz przynajmniej masz coś do roboty. Coś, co nie udaje. Posprzątaj ten bałagan.
Najwyraźniej chodziło mu o więźnia. Nie chciałam okazać słabości, więc zebrałam się w sobie, poprawiłam ubranie i włosy, po czym bez słowa zajęłam się poszkodowanym. Był nieźle poturbowany, ale wyglądało na to, że jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Opatrzyłam więc jego rany, czując na sobie cały czas przenikliwy wzrok Durera. Gdy skończyłam, moje emocje już całkowicie opadły, bo poczułam, że nogi mam jak z waty. Musiałam usiąść. Zajęłam więc miejsce przy niewielkim stole i westchnęłam głęboko, bo zdałam sobie sprawę, jak jestem zmęczona. Za to strażnik wstał i otworzył kluczem jedną z szafek, której zawartości wcześniej nie byłam w stanie sprawdzić. Ze zdumieniem zauważyłam, że mężczyzna wyjmuje z niej butelkę koniaku i dwa kieliszki. Początkowo nie mogłam pojąć, jak coś takiego mogło się znaleźć w gabinecie lekarskim, ale po chwili przypomniałam sobie, że poprzedni lekarz był alkoholikiem. To wiele tłumaczyło.
Durer nawet nie pytał mnie o zdanie tylko nalał mnie i sobie, po czym popatrzył na mnie z góry, dosłownie i w przenośni.
- Wypij, bo jesteś blada jak śmierć – powiedział i ponownie nie usłyszałam ani cienia troski w jego głosie.
Zrobiłam to. Wychyliłam cały kieliszek za jednym razem i rzeczywiście poczułam się lepiej. Ciepło rozlało się po moim ciele i niedawny incydent teraz wydałam mi się bardziej odległy.
- Rozumiesz już, czemu to nie miejsce dla kobiety? - usłyszałam. - Dobrze, że akurat przechodziłem obok i zobaczyłem tego durnia, który cię posłuchał. Idiota. To, że jest nowy go nie usprawiedliwia.
Zrobiło mi się głupio. Zlekceważyłam sytuację i niewiele brakowało, a doszłoby do nieszczęścia. Jedno musiałam przyznać, rzeczywiście to nie było odpowiednie miejsce dla kobiety. Ale to nie znaczyło, że zamierzałam się poddać. Nie po to tak długo się starałam, by teraz wszystko zniweczył jeden incydent.
- Tak... wiem, że popełniłam błąd i podejmuję pewne ryzyko... - powiedziałam, nerwowo poprawiając włosy, których jeszcze nie doprowadziłam do pełnego porządku. - Ale nie zamierzam rezygnować. Następnym razem będę bardziej ostrożna.
Chyba nie na taką odpowiedź liczył strażnik. Patrzył na mnie z politowaniem, ale przynajmniej w jego oczach nie było już gniewu.


Mój ojciec coraz bardziej podupada na zdrowiu. Zaparzyłam mu dziś ziół i podałam medykamenty, mając nadzieję, że to pomoże. Liczę się z tym, że prędzej czy później przegra walkę z gruźlicą, ale mam nadzieję, że moja wiedza medyczna, choć odrobinę mu się przyda. Zawsze był dla mnie taki dobry i wyrozumiały, że musiałam mu się jakoś odwdzięczyć. Znowu jednak miałam wrażenie, że nie spełniam jego oczekiwań.
- Jesteś szczęśliwa? - spytał, patrząc na mnie zmęczonym wzorkiem.
- Tak – powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego.
- Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, ale... Martwię się o ciebie.
- Poradzę sobie...
Ojciec chyba nie do końca był przekonany co do moich słów. Położył mi dłoń na policzku.
- Powinnaś wyjść za dobrego człowieka i mieć dzieci. Masz już dwadzieścia sześć lat. Ludzie zaczynają snuć domysły – szepnął.
- Niech snują...
Chciałabym go uszczęśliwić, ale nawet gdyby znalazł mi kolejnego kandydata, przypuszczam, że skończyłoby się to tak jak zawsze. Nigdy potrafiłam w pełni ujarzmić swego Czarnego Sobowtóra. Nie jestem materiałem na żonę i matkę. Ciekawe czy moi rodzice zdają sobie z tego sprawę. I czy wiedzą, że znam rzeczy, które oni próbowali ukrywać.
- Wiele bym dał, by móc ci zapisać manufakturę w spadku, ale nie mam mocy, która pozwoliłaby...
- Przestań. - Nie znosiłam, gdy ojciec snuł rozważania na temat rychłej śmierci.
- Nie mogę przestać. To ważne.
- Jestem pewna, że Juliette rychło znajdzie dobrego męża, który będzie mógł przejąć manufakturę – zapewniłam.
- Ona w przeciwieństwie do ciebie ma jeszcze trochę czasu.
Mogłabym przysiąc, że ojciec próbował zabrzmieć choć odrobinę dowcipnie. Odpowiedziałam na to uśmiechem i ponownie przygotowałam mu coś do picia. Mogłam poprosić o to służącą, ale wolałam mieć jakieś zajęcie. Wtedy tyle nie myślałam. Praca rzeczywiście miała zbawcze działanie. Pozwalała zapomnieć o wielu sprawach i pomagała mi kontrolować Czarnego Sobowtóra. Mam nadzieję, że któregoś dnia ta mroczna persona raz na zawsze zniknie z mojego życia.

***

Dimitri na chwilę przerwał lekturę, bo zaschło mu w gardle. Poprosił służącą, by zaparzyła mu herbaty, a sam przez chwilę wpatrywał się w pożółkłą stronę dziennika, na której skończył czytać. Musiał na spokojnie przeanalizować wszystko to, czego się do tej pory dowiedział. Na razie nie było jakoś bardzo kontrowersyjnie, ale zdążył już dowiedzieć się wiele rzeczy, które go mocno zaskoczyły. A dopiero zaczął. Zaintrygowała go postać Jose. Czy to możliwe, że był to sam Jose, który przyszedł do niego, przedstawiając się jako detektyw? Opis się zgadzał. Wiek również. To nie mógł być zbieg okoliczności. Ale Jose, którego poznał, sprawiał wrażenie sympatycznego, światłego człowieka, a nie oprycha bez skrupułów. I kim był „Czarny Sobowtór”? A może raczej czym? Jakimś mrocznym, potwornym sekretem? Dimitri bał się na samą myśl, co jeszcze może odkryć, zagłębiając się bardziej w treść dziennika. Ale teraz nie mógł już się wycofać.

***

Udało mi się przeforsować rutynowe badania wszystkich więźniów. Chciałam dowiedzieć się jak są traktowani i jaki jest ich stan zdrowia. Tym razem jednak nalegałam na ochronę. Przez to jednak więźniowie nie byli zbyt skorzy do rozmowy i jeśli mam być szczera, nie sądzę by byli nawet w prywatnej sytuacji. Myślę, że wielu z nich nie chciało narażać się zarówno strażnikom, jak i towarzyszom niedoli, którzy także bywali agresywni. Trudno jednak było spodziewać się, że znajdę w tym miejscu sympatycznych ludzi. Owszem, zdarzali się tacy, którzy w żaden sposób nie przypominali kryminalistów, ale było też wielu, którzy kierowali wulgarne słowa pod moim adresem i bez wątpienia rzuciliby się na mnie, gdyby nie ochrona.
Wiem, że więzienie to miejsce, gdzie życie jest trudne, i taką funkcję ma spełniać. I choć uważam, że niejednemu draniowi należy się kaźń, to myślę, że nie każdy więzień zasłużył na tak surową karę. Tutaj jednak wszyscy zdają się być traktowani z podobną brutalnością. Niedożywienie nie było największym problemem. Znalazłam liczne ślady tortur, a nawet przemocy seksualnej. Nie spodobała mi się skala tego odkrycia, nie jest to jednak coś, na co miałabym wpływ. Nikt nie przejmuje się losem więźniów i nie posiadają oni praw, które mogłyby im zapewnić lepsze traktowanie. Zaś ja nie mam wystarczającej siły przebicia, by cokolwiek zmienić. Milczeć jednak również nie potrafię. Potrzebowałam przynajmniej wyrazić swoje zdanie. Pomyślałam, że może istnieje jakiś cień szansy, że moje słowa nie spotkają się z całkowitą drwiną.
- Musimy porozmawiać – rzekłam do szefa straży, gdy wreszcie udało mi się go zastać na osobności.
- Nie mam czasu.
- To po pracy.
Nie za bardzo rozumiałam, czemu moje słowa wywołały taką reakcję, ale Durer popatrzył na mnie z rozbawieniem.
- Zapraszasz mnie na randkę? Naprawdę wyemancypowana z ciebie kobieta – zadrwił.
- Nie to miałam na myśli – mruknęłam z oburzeniem.
Jednak się zgodził. Spotkaliśmy się u mnie w domu, a ja, chcąc, by to posiedzenie trwało jak najkrócej, od razu przeszłam do rzeczy.
- Wiem, że złoczyńcy winni ponieść karę za swe czyny, myślę jednak, że niemoralnym jest stosowanie zbyt dużej przemocy wobec nich – przemówiłam, celowo siląc się na formalizm.
Durer tylko podpierał się o blat stołu i obserwował mnie znudzonym spojrzeniem. Chyba dokładnie wiedział, co chcę powiedzieć.
- Z moich obserwacji wynika również, że dochodzi do częstych gwałtów – dodałam, czekając na jakąś reakcję. Doczekałam się.
- Gdy ktoś przebywa w izolacji przez wiele lat, przestaje się zachowywać jak człowiek.
- U jednego z więźniów znalazłam ślady poparzeń, także w miejscach intymnych. Prawdopodobnie od rozgrzanego wosku. Nie mógł zrobić tego współwięzień.
Wtedy Durer przestał się podpierać. Zbliżył się nieco i przeszył mnie wzrokiem. Wyglądało to tak, jakby chciał zdradzić mi jakiś sekret.
- Powiedz mi, nigdy nie miałaś ochoty zadać kaźni człowiekowi, który zrobił coś naprawdę złego?
Na moment stanęła mi przed oczami scena sprzed lat, ale szybko zagrzebałam to wspomnienie i wstałam. Czułam się osaczona. Miałam wrażenie, że cokolwiek powiem, obróci się to przeciwko mnie.
- Każę służącej zaparzyć herbatę – oznajmiłam.
Tak naprawdę szukałam wymówki, by na chwilę wyjść i pozbierać myśli. Rozmowa przebiegała dokładnie w sposób, jakiego bym sobie nie życzyła. Nie dość, że miałam nikłe szanse na przeforsowanie swych racji, to jeszcze odnosiłam wrażenie, że zaczynam się kompromitować. Jak zwykle toczyłam walkę z wiatrakami. Napiłam się kielicha, by dodać sobie animuszu i wróciłam. Wtedy zauważyłam, że Durer przegląda moją półkę z książkami.
- No, no, masz tu pokaźny zbiór zakazanej literatury – powiedział tonem, który wskazywał na tak chorą satysfakcję, że aż przeszył mnie dreszcz.
Na moment naprawdę mnie zatkało. Nie chodziło nawet o fakt, że dowiedział się czegoś takiego na mój temat, ale o to, że znał takie książki. Nie można ich dostać w pierwszej lepszej księgarni i większość osób nie wiedziała nawet o ich istnieniu. Trzymam je na wierzchu, bo ludzie z reguły i tak nie zwracają na nie uwagi. Nie spodziewałam się czegoś takiego.
- Ty dwulicowa kocico – rzucił i sama nie wiem czy miało to być obelgą, czy przyklaśnięciem.
Zamiast oburzenia poczułam falę ciepła, która przeszła przez moje ciało. Stało się to, czego się obawiałam. Mój Czarny Sobowtór budził się z letargu. Starałam się jednak to opanować i w jakiś sposób się odgryźć.
- Więc czytujesz de Sade? - rzuciłam złośliwie.
- Właściwie to nie, ale kojarzę te książki. Wolę czyny od literatury.
Zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Nie dziwił mnie już fakt, że może mieć takie upodobania, ale nie sądziłam, że będzie tak otwarcie się do tego przyznawał. Z drugiej strony, czego miałby się obawiać? Pewnie wiedział, że nikomu nie powiem, bo on mógł zrobić to samo w moim przypadku.
- Pewnie dlatego wciąż jesteś panną. Każdy, kto poznał twoją prawdziwą naturę, uciekał. Mam rację?
Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. Zaczął powoli zmierzać w moją stronę, a ja przełknęłam ślinę. Nie bałam się jego, tylko Czarnego Sobowtóra, który coraz bardziej próbował przejąć nade mną kontrolę. Przerażało mnie też to jak wiele Durer zdążył dowiedzieć się na mój temat w tak krótkim czasie. Mówi się, że swój pozna swego, ale ja nie chciałam dopuszczać do wiadomości, że coś może nas łączyć. Nie chcę tej drugiej strony mojej natury, ale jest integralną częścią mnie i nie potrafiłam się jej pozbyć. Mogłam co najwyżej próbować z nią walczyć. Teraz tę walkę przegrywałam.
Durer obszedł mnie i stanął za moimi plecami. Czułam walące w mojej piersi serce i ciepły oddech na swoim karku.
- Czy dlatego tak zależało ci na tej pracy? Bo podnieca cię widok rozoranych batem ciał? - szepnął mi na ucho.
- To nie tak... - wydusiłam z siebie.
- Nie wierzę, że kierowały tobą szlachetne cele. Jeśli tak lubisz pomagać ludziom, mogłaś to robić w każdym innym miejscu. Czemu wybrałaś akurat to?
Milczałam, bo nawet nie wiedziałam co odpowiedzieć. Czasami motywy moich działań nawet dla mnie zdawały się niejasne i pokrętne.
- Nie martw się... Nikt się nie dowie. Wszystko zostanie między nami. Możesz mi powiedzieć...
Ale ja milczałam dalej, za to oddychałam coraz głośniej. Zrobiło mi się naprawdę gorąco. Poczułam dłonie na swym ramionach i zapragnęłam czegoś więcej. Tego, co zawsze dawało mi radość nieporównywalną z niczym innym. Szkoda, że była to radość krótkotrwała, ale teraz jej potrzebowałam. I tak wytrzymałam długo, ale wiedziałam, że w końcu Czarny Sobowtór da o sobie znać.
Chwyciłam dłoń, która spoczywała na moim prawy ramieniu i położyłam ją na swojej piersi. Poczułam zaciskające się palce. Zadały mi ból. Ale to był dobry rodzaj bólu. Łaknęłam tego.
- Zdejmij bieliznę – usłyszałam rozkaz.
Wykonałam go posłusznie, a potem każde inne polecenie, które padło z ust Durera. To było upokarzające i niesamowicie podniecające jednocześnie. Dokładnie tak, jak chciałam. Usiadłam na fotelu z szeroko rozstawionymi na boki nogami i wkrótce zasmakowałam miłości oralnej. Moje ciało płonęło i choć to, co robiliśmy, nie było jakoś szczególnie perwersyjne, czułam się zdana na łaskę i niełaskę mężczyzny, którym pogardzałam. I to było straszne, i piękne jednocześnie, bo właśnie to doprowadzało mnie do największej euforii.
Przerwał, wstał i rozpiął spodnie. Przez chwile spoglądał na mnie z wyrazem triumfu na twarzy, po czym wszedł we mnie brutalnie i głęboko, a ja, choć krzyknęłam z bólu, poczułam wzbierającą rozkosz. Nie był delikatny, nie baczył na to, czy może zrobić mi krzywdę, ale to właśnie mi się podobało. Nie znam lepszego uczucia niż cierpienie przeobrażające się w euforię. Zaczęłam wykrzykiwać wulgarne i sprośne rzeczy, których nawet nie pamiętam, ale to bardziej Czarny Sobowtór przemawiał moimi ustami. Błagałam partnera o jeszcze większą brutalność i byłam pewna, że służba słyszy moje poczynania. Nie było to jednak dla nich nic nowego.
Kiedy skończył, ja pozostałam w niezmienionej pozycji, łapiąc oddech i czując, jak moje ciało się uspokaja. Musiało to wyglądać obscenicznie, gdy tak siedziałam w pełnym rozkroku niczym sponiewierana, uliczna kurwa. Dopiero po kilku minutach opuściłam suknię i doprowadziłam się do względnego porządku. Choć ogarnęła mnie chwilowa satysfakcja, pojawiły się też wyrzuty sumienia.
- Powinieneś już iść – rzuciłam, nawet nie spoglądając na mężczyznę, który przed chwilą poznał mnie od najbardziej pokrętnej strony.
Spodziewałam się jakiegoś kompromitującego komentarza, ale najwyraźniej Durer uznał go za zbędny.
- Do jutra – powiedział i choć dalej na niego nie patrzyłam, mogłabym przysiąc, że uśmiechał się złowieszczo.

***

Słowo „szok” nie wystarczało, by w pełni oddać to, co w tej chwili czuł Dimitri. W swoim życiu nie czytał niczego, co choćby w jednej setnej zawierało w sobie tyle wulgarności, co fragment, z którym przed chwilą miał okazję się zapoznać. Nie wiedział już nawet, co myśleć. To wykraczało poza jego najśmielsze wyobrażenia na temat tego, jacy ludzie mogą być w rzeczywistości. Nie był w stanie kontynuować, a przynajmniej nie teraz. Musiał ochłonąć, przespać się i przygotować psychicznie na więcej. Nie wiedział jednak, czy tej nocy w ogóle będzie w stanie zasnąć.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 16 wrz 2012, 11:44

Rozdział II

Wspomnienie wydarzeń z poprzedniego dnia nieustannie powracało. Z jednej strony starałam się o tym nie myśleć, a z drugiej jakaś cząstka mnie pragnęła, by to się powtórzyło. Jedyne, co mogło mi pomóc, to rzucenie się w wir pracy, dlatego próbowałam wypełnić każdą chwilę jakimś zajęciem. Na szczęście tutaj zawsze było coś do roboty.
Tym razem strażnicy byli zbyt zajęci, by asystować mi przy pracy, więc więzień, którym miałam się zająć, został zakuty w kajdany i pozostawiony ze mną sam na sam. I tak nie sądzę, by miał zrobić mi krzywdę. Był niewielkiej postury i wyglądał na góra szesnaście lat. Ponoć trafił tu za zabójstwo, choć sam twierdził, że jest niewinny. Z poprzedniej wizyty zapamiętałam, że ma na imię Guys, i właściwie nie byłoby w nim niczego szczególnego, gdyby nie fakt, że dość często padał ofiarą przemocy seksualnej. Osobie o jego aparycji musiało być wyjątkowo ciężko w takim miejscu jak to.
Jego zadrapania i otarcia nie wyglądały na zbyt poważne, ale nie chciałam lekceważyć nawet najmniejszych obrażeń. Nawet one mogły stać się przyczyną zakażenia.
- Kto ci to zrobił? - spytałam, opatrując jego rany.
Ponieważ byliśmy sami, myślałam, że otworzy się przede mną, on jednak się zmieszał.
- To nie tak, że robi to jedna osoba... - wydukał.
- Nie musisz się bać, nikomu nie powiem.
Jednak chłopak dalej milczał i próbował unikać mojego wzroku.
- Czy robi to któryś ze strażników? - spytałam.
Przez chwilę miałam do czynienia z brakiem reakcji, ale w końcu Guys przytaknął.
- Durer?
Nie zdziwiłam się, gdy uzyskałam potwierdzenie. Po wczorajszym spotkaniu nie miałam już wątpliwości jakim człowiekiem jest tutejszy szef straży. I o dziwo nie czułam wściekłości. Przyzwyczaiłam się do zła, które mnie otaczało. Zwłaszcza że we mnie również tkwiło to zło. Najgorsza jednak była moja bezradność.
- Mogę złagodzić ból... ale niestety nie jestem w stanie powstrzyma tego, co się tu dzieje... - wyznałam.
- Czy mogę zadać pani pytanie? - odezwał się nieśmiało chłopak.
- Proszę... - Zdobyłam się na uśmiech.
- Dlaczego pani to robi?
Za pewne to samo pytanie cisnęło się na usta wszystkim, którzy mnie znali. Nie lubiłam go, ale nie mogłam przed nim uciec.
- Bo lubię pomagać ludziom – odpowiedziałam tak, jak zawsze.
Było w tym ziarno prawdy, ale Durer miał rację, kierował mną egoizm. Może podświadomie uważałam, że poświęcając się tak niewdzięcznej pracy odkupię swoje grzechy, a może coś rzeczywiście ciągnęło mnie do tego miejsca? Co jeśli to nie ja, lecz Czarny Sobowtór dokonał tego wyboru? Nie, nie chciałam tak myśleć. I nie chciałam dłużej kłamać.
- Prawda jest taka, że praca uszlachetnia – powiedziałam. - Ktoś, kto ciężko pracuje, nie ma czasu na głupoty. A ludzie, którzy mają wszystko i są znudzeni życiem... zaczynają robić dziwne, pokrętne rzeczy.
- Chyba wiem, o co pani chodzi – przyznał chłopak. - Ludzie bogaci mają czasem chore pomysły.
Nie wiem czy chodziło mu o coś konkretnego, ale nie ciągnęłam dłużej tego tematu, zwłaszcza, że skończyłam nakładać opatrunek i musiałam wracać do pozostałych obowiązków.


Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała spojrzeć mu w twarz. Wciąż czułam wstyd po tym, jak ujawniłam przed nim swój najmroczniejszy sekret i pokazałam się od strony, którą niewielu znało. Jednak starałam się tego nie okazywać i nie unikać jego wzroku. Byłam nawet gotowa przyjąć każdy, nawet najbardziej plugawy komentarz z jego strony, ale nic takiego się nie stało.
- Chodź ze mną i weź apteczkę – rozkazał oschle, tak jak zwykł w przypadku każdej osoby w tym miejscu.
Posłuchałam, w końcu na tym polegała moja praca. Udałam się za nim i bardzo szybko poczułam dezorientację. Nie zmierzaliśmy w stronę cel.
- Dlaczego idziemy do sali tortur? - spytałam.
- Bo będzie tam potrzebna twoja pomoc.
Nie rozumiałam tego. Nikt nigdy nie zabierał lekarza do miejsca kaźni. Czy chciał, bym wykorzystała swoją wiedzę medyczną do zadania komuś cierpienia? Nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, ale szłam dalej. Wkrótce znaleźliśmy się w ciemnym, kamiennym pomieszczeniu. Na podłodze leżał więzień ze związanymi rękami. Miał długie, jasne włosy i wyglądał niemalże jak kobieta. Kojarzyłam go już. Zapadł mi w pamięć głównie dlatego, że jego ciało nosiło znamiona większej ilości tortur, niż u pozostałych więźniów. Zachodziłam w głowę, czemu akurat on. Posiadał jakieś ważne informacje, zrobił coś straszliwego, czy był po prostu ulubieńcem Durera? Bez względu na przyczynę, wzdragałam się na myśl, co tym razem zostało dlań zaplanowane.
- Cześć, Vallewida. Nie przeszkadza ci, że mamy dziś towarzystwo? - spytał strażnik z udawaną troską.
Więzień popatrzył na niego oczami przepełnionymi gniewem. Gdyby to spojrzenie mogło zabijać, bez wątpienia Durer padłby trupem. Ale nie mogło, więc strażnik odpiął od pasa swój bat i zadał nieszczęśnikowi kilka solidnych razów. Z uśmiechem obserwował jak więzień zwija się w cierpieniu, a na jego ciele pojawiają się czerwone pręgi. Moja pierwsza reakcja była całkiem normalna. Poczułam obrzydzenie i strach. Na chwilę nawet zamknęłam oczy, ale otworzyłam je kiedy usłyszałam, że Durer przestał. Posłał mi krótkie spojrzenie i zaczął dalej znęcać się nad więźniem. Zamykanie oczu nie pomagało, bo odgłosy, które słyszałam, dawały wystarczający obraz tego, co się przede mną rozgrywało. Tkwiłam więc w miejscu jak skamieniała, obserwując to krwawe widowisko i wtedy zdałam sobie sprawę, że historia się powtarza. Kiedyś stałam już tutaj, widząc coś podobnego. I tym razem znowu mój strach zaczął przechodzić w stan pobudzenia. Zaczęło ogarniać mnie ciepło i czułam niepokojące mrowienie. Zacisnęłam dłonie na uchwycie apteczki i wtedy Durer przestał. Popatrzył na mnie tym samym wzrokiem, co poprzedniego dnia, gdy odkrył mój zbiór zakazanej literatury.
- Rumienisz się. Tak jak myślałem, to cię podnieca – padło z jego ust.
Więc przyprowadził mnie tu, bo chciał zobaczyć moją reakcję? Poczułam się bezgranicznie poniżona i zmanipulowana. Zamiast jednak krzyknąć, oburzyć się i zaprotestować, ja dalej stałam jak zamurowana, z rumieńcem na twarzy i narastającą wilgocią między nogami.
- No, Vallewida, zrób pani małe przedstawienie – powiedział Durer z zadowoleniem i usiadł a krześle.
Rozpiął spodnie, a wtedy więzień podniósł się i zauważyłam, że wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. W jego oczach nie było już ani gniewu, ani strachu. Wyglądał tak, jakby zapadł w trans. Przysunął się do strażnika i posłusznie wziął do ust jego członka. Durer pogłaskał go po głowie, jak posłusznego psa, przez co cała ta scena wydała mi się jeszcze bardziej chora. Nie odwróciłam jednak wzroku, lecz sama gapiłam się jak zahipnotyzowana. Nie powinnam czerpać przyjemności z takiego widoku, jednak Czarny Sobowtór nie dba o to co moralnie dopuszczalne. Podniecenie, które czułam, doprowadzało mnie do szału. Marzyłam o tym, by ktoś mi ulżył i zaspokoił moje żądze. Teraz jednak mogłam tylko stać nieruchomo i patrzyć.
Gdy było już po wszystkim, Durer kopnął więźnia, przewracając go, a sam podszedł do mnie, zdejmując rękawiczki. Wciąż ścierało się w mnie tak wiele emocji, że nie byłam w stanie się ruszyć, nawet gdy strażnik stanął za moimi plecami. Dopiero gdy pochwycił mnie w żelazny uścisk, odruchowo wypuściłam z rąk apteczkę i zaczął się szarpać.
- Jestem ciekaw, jak bardzo ci się podobało – szepnął mi na ucho.
Był naprawdę silny. Nie zdołałam wyzwolić się z jego uścisku, nawet gdy przytrzymywał mnie jedną ręką. Druga powędrowała pod moją suknię, a potem aż za bieliznę. Przestałam wierzgać, gdy poczułam jego dłoń między nogami.
- O rany, naprawdę cię to podnieciło. Cała się rozpływasz – powiedział, udając zaskoczenie. - Naprawdę wyuzdana z ciebie kobieta.
Szydzenie ze mnie sprawiało mu przyjemność, a co najgorsze... mi również. Nie stawiałam już oporu, tylko drżałam, gdy przez moje ciało raz po raz przechodziły fale rozkoszy. Gdy wsunął we mnie swoje palce, cała się napięłam, i wydałam z siebie głośne westchnienie. Zauważyłam, że więzień leży bez ruchu i niespecjalnie się nami interesuje, ale w tej chwili było to dla mnie bez znaczenia. Nie obchodziło mnie, czy ktoś nas widzi, czy nie. Chciałam tylko spełnienia. Poddałam się więc całkowicie Durerowi. Nie lubiłam tego człowieka, a jednak tylko on doskonale wiedział, jak doprowadzić mnie do rozkoszy. Znowu przegrałam walkę z własnymi słabościami.
Moje ciało zadrżało w podrygach uniesienia, a potem stało się bezwładne i zawisłam niczym szmaciana lalka w żelaznym uścisku. Po chwili poczułam, że oplatające mnie ramię puszcza i osunęłam się na podłogę.
- Jak chcesz, możesz się nim zająć. Mi to obojętne – powiedział Durer, wskazując na więźnia.
Moje ciało jeszcze w pełni nie doszło do siebie, a umysł miałam zamglony. Musiałam jednak wziąć się w garść. Chwyciłam apteczkę i wzięłam się do pracy.


Dzisiaj spotkałam się z koleżankami w kawiarni. Nie chcę się całkowicie izolować, a czuję, że coraz trudniej jest wpasować mi się w społeczeństwo. Uznałam, że takie zerwanie z rutyną dobrze mi zrobi. To ironiczne, że praca, która miała mnie uszlachetnić, jeszcze bardziej karmi mego Czarnego Sobowtóra. Nie chcę jednak z niej rezygnować z różnych powodów. Nie chcę dawać satysfakcji tym, którzy liczyli na moje szybkie odejście i nie chcę pozostawiać ludzi, którym zaprzysięgłam pomagać. Muszę szukać innej formy kontaktu z normalnością. A moje koleżanki są wzorem normalności. Wszystkie zamężne, dzieciate, wiodą życie wzorowych kobiet. Ich świat to zajmowanie się swymi pociechami, wydawanie przyjęć i szydełkowanie. Zastanawiam się czasem, czy one również mają swoją mroczną stronę, ale nigdy nie zauważyłam, by ich zachowania odbiegały od tego, co społecznie akceptowalne. Kiedyś spędzałyśmy wiele czasu na wspólnej zabawie, teraz nawet nie wiedziałam, o czym mogę z nimi rozmawiać.
- To miło, że wreszcie znalazłaś dla nas trochę czasu – powitała mnie korpulentna Alice.
- Słyszałyśmy, co takiego ostatnio wymyśliłaś – rzekła Irene, jak zwykle cała w różu.
- Na co ci to, kochana? Przecież więzienia to straszliwe miejsca. - Eve jak zwykle wyrażała troskę.
Nawet nie wiedziałam, co im odpowiedzieć. Przecież to oczywiste, że nie mogły mnie zrozumieć. Nie znają prawdziwej mnie i nie sądzę, by potrafiły tą mnie zaakceptować. Czasem marzę o tym, by komuś się zwierzyć, wyznać wszystkie swoje sekrety. Ale nie znam nikogo, kogo mogłabym obdarzyć aż takim zaufaniem.
- Wiecie, że lubię pomagać ludziom – powiedziałam, jak zwykle używając stałego argumentu.
- Przecież jesteś filantropką, to ci nie wystarcza? - zdziwiła się Eve. - Pomaganie ludziom to słuszna idea, ale możesz to robić w sposób bardziej godny damy.
- Daj jej spokój, Eve. To pewnie tylko chwilowy kaprys. Wiesz jakie dziwne pomysły miewa nasza Jeanette. - Alice stanęła w mojej obronie.
- Po prostu uważam, że to niebezpieczne wchodzić w świat zarezerwowany dla mężczyzn – wyjaśniła Eve. - Pamiętacie, co spotkało Olimpię de Gouges za głoszenie swych nietypowych poglądów? Została zgilotynowana.
- Ja nie głoszę żadnych poglądów, tylko próbuję zrobić coś pożytecznego – broniłam się.
- Dobra, koniec tematu. Głowa mnie boli, kiedy słucham o takich rzeczach. To miał być miły wieczór – odezwała się Irene.
Zamilkłyśmy, wpatrując się w swoje filiżanki.
- Nie uwierzycie, co wczoraj zrobił mój mały Louise. Schował się w szopie ogrodnika i cały dzień go szukaliśmy. - Alice wreszcie przerwała milczenie.
Wszystkie kobiety wydały z siebie odgłos przejęcia, a ja próbowałam przynajmniej wyglądać na zainteresowaną.
- To nic w porównaniu z tym, co ja teraz mam – odparła Irene. - Moje najmłodsze ciągle ryczy po nocach i nawet opiekunka ma już dosyć.
Zaczęła się długa dysputa na temat rodzinnych przygód, wzlotów i upadków. Koleżanki licytowały się, która z nich przeżyła dziwniejszą przygodę ze swoimi dziećmi. Potem zmieniły temat na modę i choć tutaj miałam już trochę do powiedzenia, cały czas czułam, że powstaje coraz większy dystans między mną, a otoczeniem.


Kontynuowaliśmy nasze seksualne eskapady czasem u mnie, czasem u niego, a niekiedy nawet w godzinach pracy. Choć moje ciało potrzebowało tych krótkich chwil perwersyjnej rozkoszy, wyrzuty sumienia powracały. Słabły jednak z każdym dniem. Moje opory zanikały i to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście dopuszczałam się tak wielkiego zła, pozwalając Czarnemu Sobowtórowi od czasu do czasu przejąć nade mną kontrolę. Nikt przecież na tym nie cierpiał, a tutaj mój sekret był bezpieczny. Bez wątpienia posiadanie stałego partnera, nawet jeśli był okrutnym draniem, zdawało się bardziej rozsądne, niż oddawanie się obcym, czy płacenie za seks żigolakom. Skoro nie mogłam się pozbyć Czarnego Sobowtóra, może powinnam nauczyć się z nim żyć?
Wiem, że balansuję na krawędzi. Nie sposób określić granicę między przyjemnością, a prawdziwym cierpieniem. Choć Durer zdaje się doskonale znać moje potrzeby, to nigdy nie wiem, kiedy ją przekroczy. Pozwalam mu jednak na wszystko, bo to stąpanie na krawędzi mnie napędza, jak alkohol człowieka uzależnionego. Tak, jestem uzależniona i mam dosyć ciągłej walki. Pogodziłam się z tym.
Czasem naprawdę nie mogę go znieść, ale ostatecznie i tak zawsze błagam o więcej.
- Zrób to – powiedział Durer, wlepiając we mnie swe przenikliwe spojrzenie, które znałam już bardzo dobrze.
- Nie – zaprotestowałam i tym razem nie miałam co do tego wątpliwości.
- Czemu nie? Przecież nikt się nie dowie. - Uśmiechał się perfidnie.
- Jesteś chory!
- No to pasujemy do siebie – zaśmiał się.
- Wypuść mnie wreszcie!
Próbowałam otworzyć drzwi, ale zamknął je na klucz.
- Wypuszczę cię, ale dopiero jak to zrobisz. Wiesz, że nie ma odwrotu. Prędzej czy później, będziesz musiała to zrobić.
Przez jakiś czas próbowałam jeszcze stawiać opór, ale szybko do mnie dotarło, że nie mam wyjścia. Jeśli Durer czegoś bardzo chciał, to robił wszystko, by to dostać. I nigdy nie szedł na ustępstwa. Nie miałam więc wyjścia, musiałam to zrobić. Poczułam się podle, to była najbardziej poniżająca sytuacja w moim życiu i nie umiem nawet powiedzieć, czy granica została przekroczona, czy jeszcze nie. Wiem jedno: nie sądziłam, że tak wielką radość sprawi mu obserwowanie, jak kobieta oddaje mocz.

***

Dimitri wraz z krzesłem odsunął się od biurka. Treść dziennika zaczynała go dosłownie odpychać. Nie wiedział co robić. Czuł się zbulwersowany i zniesmaczony, ale chciał wiedzieć, co działo się dalej. Wziął więc kilka głębokich wdechów, poluzował kołnierzyk i niepewnie przysunął się z powrotem do biurka. W końcu jego spojrzenie skierowało się na fragment, na którym przerwał.

***

Każda normalna kobieta na moim miejscu wpadłaby w szał, odeszła i już nigdy nie wróciła, ale ja już od dawna wiedziałam, że nie jestem normalną kobietą. Choć wciąż czułam upokorzenie, pozwoliłam, by mnie posiadł. Jak zwykle był mało delikatny i jak zwykle dostarczył mi niesamowitych doznań. Tylko to mnie przy nim trzymało.
Leżałam roznegliżowana na łóżku i wpatrywałam się w drzwi, które wciąż były zamknięte na klucz. Już mi się tak nie spieszyło do wyjścia. Ogarniało mnie teraz to błogie uczucie, gdy serce nieco się uspokaja, a ciało rozluźnia.
- Powiesz mi wreszcie? - usłyszałam głos Durera.
Pozostałam zwrócona do niego plecami. Wygodnie było mi w tej pozycji.
- Co mam ci powiedzieć? - spytałam zmęczona.
- Czemu wybrałaś to miejsce? Co jest w nim takiego szczególnego?
- Mój ojciec zna naczelnika, więc było łatwiej.
- Bzdura! Jest coś jeszcze i ty to ukrywasz.
- Mylisz się!
Miałam dosyć tego tematu, ale on nie ustępował.
- Byłaś już tu kiedyś. Pamiętasz jak po raz pierwszy zabrałem cię do sali tortur? Znałaś drogę. Wiedziałaś dokąd idziemy, chociaż ci nie powiedziałem.
Tym mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim takiej spostrzegawczości. Na szczęście nie widział mojej twarzy, więc mogłam ukryć emocje.
- To był szczęśliwy traf.
- Nie wierzę. Coś ukrywasz.
Nie wytrzymałam. Wstałam i zaczęłam się nerwowo ubierać.
- I tak poznałem cię już od najbardziej wyuzdanej strony. Po co jeszcze trzymasz przede mną sekrety? Podnieca cię takie zgrywanie cnotki? - zadrwił.
- Nikogo nie zgrywam – syknęłam. - Już nie.
Myślałam, że znowu nie będzie chciał mnie wypuścić, ale o dziwo rzucił mi klucz.
- I tak się dowiem! - usłyszałam jeszcze, gdy wychodziłam.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 16 wrz 2012, 18:24

Vampircia pisze:możliwy marysuizm

Dobrze, że dodałaś ten "możliwy" :roll: Ja MS tu nie widzę. Jak wiesz nie znam Enzai, postaram się zapoznać z anime zanim skomentuję kolejny rozdział. Wydaje mi się jednak, że Twój Durer jednak próbuje przed innymi wytłumaczyć swoje okrucieństwo wobec więźniów.
Vampircia pisze:- Powiedz mi, nigdy nie miałaś ochoty zadać kaźni człowiekowi, który zrobił coś naprawdę złego?

Podoba mi się opis relacji Jeanette z ojcem i "związek" (cudzysłów, bo to jednak nie jest zdrowa relacja) Durera z Jeanette. Udało Ci się delikatnie opisać fetysz Durera.
Vampircia pisze:Wiem jedno: nie sądziłam, że tak wielką radość sprawi mu obserwowanie, jak kobieta oddaje mocz.

Cierpliwie czekam na kolejne części.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 16 wrz 2012, 18:54

hermi pisze:Wydaje mi się jednak, że Twój Durer jednak próbuje przed innymi wytłumaczyć swoje okrucieństwo wobec więźniów.
Vampircia napisał/a:
- Powiedz mi, nigdy nie miałaś ochoty zadać kaźni człowiekowi, który zrobił coś naprawdę złego?

A powiem ci, że to nie miało wcale mieć takiego wydźwięku. Ja to bardziej chciałam pokazać jako próbę prowokacji. Żeby ona sama przyznała, że czasem chce kogoś skrzywdzić. No, ale cóż. Autor nie może kontrolować tego, jak niektóre rzeczy odbiera czytelnik. Myślę jednak, że dalsze rozdziały nieco wyklarują sprawę.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 16 wrz 2012, 22:15

No dobrz, zabraliśmy się wreszcie za tekst. Głównie z przerażenia, że nieprzeczytane rozdziały będą narastać, a u nas nie będzie czasu na nadrobienie takich zaległości. A nie możem sobie pozwolić na coś takiego przy fanfiku do Enzai... nawet jeśli obiecaliśmy sobie, że nie będziem czytać nic w działach 18+.
Na początek technikalia drobne - bylica w drugim akapicie mocno zgrzyta, do tego w dialogu z ojcem kontynuacja myśli po wielokropku jest z wielkiej litery, a nie powinna, bo jest kontynuacją. Chyba. Chyba że coś źle zrozumieliśmy. Styl typowo nie w naszym guście, dość oszczędny i nieco szorstki, sztywnawy, nie pomaga nam się wczuć, więc przez tekst przeszliśmy bez większych emocji, mimo iż scenka z koleżankami mogłaby na nas całkiem nieźle poodziaływać. No ale, ale. Styl to styl i jesteśmy tu niekompatybilni, więc nie będziem więcej nań narzekać. No, może wspomnim tylko, że w konfrontacji z nim i z rzeczową, konkretną bohaterką termin "Mroczny Sobowtór" wydaje się trochę z innej bajki. Nie jest to chyba kwestia samej nazwy, acz może taki dysonans odczuwamy dlatego, że o bohaterce nadal niewiele wiadomo i taka nazwa lepiej przypasuje, gdy się ją pozna.
Zaś co do treści - na razie rozwija się powoli, acz zapowiada się nawet ciekawie, dziać się zaczęło, parę informacji wypłynęło, więc nie nudziliśmy się przy lekturze. Do tego pewne Enzaiowe smaczki się pojawiają i w pewnym momencie na naszą mordę wypłynęło :3 i już na niej zostało. Ciekawi jesteśmy, co wyniknie - bo na razie bohaterka wydaje się względnie niemarysuistyczna. Acz jeśli ujdzie z życiem z romansuff z Durerem, to się zakwikamy na śmierć :D
Um hum, dość głupawek. O postaciach na razie niewiele wiadomo, acz styl - no nie, my znów o tym - i sposób wypowiedzi sugeruje nam pewien obraz bohaterki jako osoby... hm... drewnianej. Nie że niewiarygodna. Chodzi nam o takie dość przyziemne, rozsądne, konkretne osoby, które niełatwo nagiąć i które raczej kiepsko radzą sobie z czymś tak nielogicznym jak emocje, które to emocje łatwo podkopują im korzenie. Nie wiemy, czy to właściwe czy błędne wyobrażenie, tak ją po prostu odebraliśmy i chociaż z reguły preferujemy inny typ, ciekawi jesteśmy, jak sobie kobita będzie radziła.
Durer jak Durer, nigdy nie był specjalnie rozbudowaną osobowością, więc niewiele o nim możemy powiedzieć. Ale chyba ma fun z nowej zabawki, przynajmniej na tyle, by sobie jakoś odbić niedogodności z powodu pałętającej się tu i tam baby z zewnątrz.
Natomiast nie możemy pochwalić Dymitra czy Dimitrija, jak go tam zwali, bo jest po prostu... no, piczką. Jego główną rolą jest chyba pensjonarskie palenie cegły i wieczny stan szoku, a jego refleksyje bardziej by pasowały do dziewczątka z ambicjami klasztornymi niż do dorosłego bądź co bądź faceta, który może do specjalnie wyzwolonych nie należy, ale chyba nie łaził przez świat z zamkniętymi oczami i zatyczkami w uszach, ani nikt go w wieży nie zamknął, pomyliwszy z księżniczką. Bo niestety jako postać wydaje nam się kompletnie bez wyrazu i brakuje w nim jakichkolwiek ciekawszych rysów. Ot, płoni się i szokuje, a zaciekawiłby nas pewnie bardziej, gdyby przejawiał i inne emocje - chociażby się wciągnął w czytanie z jakimś niezdrowym zaciekawieniem, które jego samego by obrzydzało... albo coś. Bo nawet nie czujemy, czemu on ten dziennik czyta, kim jest, po co i dlaczego. Mamy nadzieję, że nabierze nieco kolorytu w dalszych częściach.
Nu. To chyba tyle. Żeśmy się napisali. Tak czy inaczej, będziem czytać ciąg dalszy z radością perwersyjną.

A, Hermi, bylibyśmy zapomnieli - nie warto oglądać anime. Serio. Ono stanowi po prostu zestaw pornoscen i raczej nie dowiesz się z niego, o co chodzi w grze, bo fabuły zapomnieli w nim uwzględnić. A nam wygląda na to, że poza pewnymi smaczkami, znajomość oryginału nie jest totalnie konieczna, by ogarnąć opowiadanie. Na razie.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 16 wrz 2012, 22:49

Wiesz co, jak się dowiedziałam, że napisałaś mi komentarz, to się przeraziłam, że mnie wyśmiejesz i w ogóle. Tak, wiem, to dziwne, bo z reguły mam w dupie, co inni myślą. Ale że ten fik jest taki... nietypowy, to serio się bałam, że ktoś sobie pomyśli, że ja w nim jakieś swoje chore fantazje spełniam. Ale nie, widzę że starasz się ocenić go fair. Pewnie wiele rzeczy wymaga dopracowania i przyznaję, to nie jest jedno z moich lepszych dzieł, od taki tekścik na odstresowanie (wiem, mam dziwne formy odstresowywania). Cały czas boję się, że bohaterka wyjdzie mi sztucznie, ale cóż... pożyjemy, zobaczymy. Ale jedno mnie bardzo cieszy. Z tego, co mówisz, wynika, że postać Dimitra jest dokładnie taka, jak chciałam. Spoko, jak wena nie minie, to jeszcze się wiele wyjaśni ;-)
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 18 wrz 2012, 21:09

Rozdział III

Durer potrafił być bardzo nieprzewidywalny. Tego dnia powiedział coś, co mnie tak zszokowało, że zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś okrutny żart.
- Chcę, żebyś za mnie wyszła.
Zabrzmiało to bardziej jak rozkaz, niż prośba. Do tego odniosłam dziwne wrażenie, że wypowiedział to z pewną niechęcią. Nie rozumiałam jednak, czemu miałaby mu w ogóle przyjść do głowy taka myśl. Nie kochał mnie, nie darzył szacunkiem. Nie sądzę, by nawet był zdolny do jakichkolwiek uczuć. Nie miał też wobec mnie żadnych zobowiązań. Więc o co mu chodziło?
- Co ty, u licha, wyprawiasz? - spytałam z oburzeniem.
- Oświadczam ci się.
Ponownie zgłupiałam. Chyba mówił poważnie. Co prawda nie było w tym ani krzty romantyzmu i wcale nie wyglądał na zdeterminowanego, ale ton głosu miał inny, niż podczas jego chorych gierek. Musiał jednak kryć się w tym jakiś podstęp.
- Niby po co? - mruknęłam z niesmakiem.
Nagle mnie oświeciło. Mógł mieć tylko jeden powód, by prosić mnie o rękę.
- Chcesz moich pieniędzy... - wycedziłam, nie kryjąc złości. Zaśmiałam się gorzko. - Rany... od samego początku miałam cię za drania, ale teraz... To niesłychane. Nie sądziłam, że można być aż tak bezczelnym. I głupim. Naprawdę myślałeś, że się zgodzę?
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem i pogardą.
- Moja odpowiedź brzmi „nie” - dodałam na wszelki wypadek, jakby jeszcze do niego nie dotarło.
Bardzo mnie zdenerwował. Zamierzałam się oddalić, ale mi na to nie pozwolił.
- Siadaj! Jeszcze nie skończyłem – warknął.
Nie dałam się zastraszyć, ale usiadłam przy stole, bo byłam ciekawa, co jeszcze ma mi do powiedzenia. Zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Ty też będziesz mieć z tego korzyść – powiedział.
- Doprawdy? Oświeć mnie – rzuciłam pogardliwie.
- Twój ojciec jest już jedną nogą w grobie i nie ma żadnego spadkobiercy. Rodzina od strony twojej matki mieszka w Rosji, a od strony ojca wyjechała do Ameryki. A kobiety nie mogą dziedziczyć. Tak więc jedynym sposobem, by wasza manufaktura została w rodzinie jest dość rychłe znalezienie sobie przez ciebie męża. Z tego co wiem wasz ród zajmuje się wyrobem dywanów od wielu stuleci i oddanie manufaktury w obce ręce byłoby sporą tragedią.
Krew odpłynęła mi z twarzy i miałam ochotę czymś rzucić. O sprawach dla mnie tak delikatnych i trudnych on mówił w sposób, jakby to były rozgrywki polityczne. Nigdy nie czułam się przez niego zraniona, bo nigdy nie oczekiwałam po nim ludzkich odruchów. Ale tym razem łzy naprawdę cisnęły mi się do oczu.
- Skąd o tym wszystkim wiesz? - syknęłam, tłamsząc w sobie te wszystkie emocje, które teraz we mnie buzowały.
- Nie zapominaj, że naczelnik zna twojego ojca, a ja, naturalnie, znam naczelnika – powiedział to z taką nonszalancją, że zdenerwowałam się jeszcze bardziej.
Powstrzymałam łzy wściekłości, ale cała się trzęsłam.
- Myślisz, że zasłużyłeś na spuściznę mojej rodziny? Wolałabym umrzeć, niż oddać ci choćby brudne buty mojego ojca – wycedziłam.
- Zapominasz o czymś jeszcze. Ludzie wkrótce zaczną wytykać cię palcami i wezmą za dziwaczkę, nawet jeśli nie będą znali twojego sekretu. Mało tego. Naczelnik już teraz zastanawia się, jak się ciebie pozbyć. Kiedy twój tatuś kopnie w kalendarz, nie będzie już nikogo, kto mógłby cię chronić i spełniać twoje fanaberie. Nie będziesz miała ani majątku, ani celu.
W żaden sposób nie chciałam przyjmować jego słów do wiadomości. Myśl, że w każdym aspekcie życia miałabym być zdana na łaskę tego potwora napawała mnie wstrętem.
- To najbardziej perfidne, okrutne i nieludzkie rzeczy, jakie kiedykolwiek słyszałam. - Wstałam.
- Więc czekaj dalej na księcia z bajki. Ciekawe, czy będzie chciał poślubić obłąkaną ladacznicę.
Nie wytrzymałam i wymierzyłam mu policzek. Po raz pierwszy czułam, że granica została przekroczona. Przez chwilę wyglądało na to, że Durer zaraz mi odda, ale w ostateczności tego nie zrobił i pozwolił mi odejść.


Byłam wściekła. Z reguły starałam się w pracy uśmiechać, ale tym razem mój podły nastrój dawał się wszystkim we znaki. Miałam dość całego świata i nie chciałam z nikim rozmawiać. Do tej pory tolerowałam podłość Durera, ale tym razem nie potrafiłam zaakceptować tego, co mi powiedział. Co w ogóle skłoniło go do tej perfidnej decyzji? Nie zdawał się osobą na tyle przebiegłą, by mógł uknuć taki plan. Właściwie bardziej zależało mu na kontroli, niż na pieniądzach, a kontrolę już miał. Więc po co miałby się ze mną żenić? Czyżby chciał, bym stała się jego własnością? Nie, aż tak bardzo mnie nie cenił. Tu musiało chodzić o coś więcej. Zresztą, czy to miało jakieś znaczenie? I tak nie zamierzałam się godzić na jego uwłaczającą propozycję.
Po pracy nie udałam się od razu do domu. Potrzebowałam się wyciszyć i pozbierać myśli, usiadłam więc na ławce w parku. Wtedy zdołałam spojrzeć na całą sprawę nieco spokojniej. I wtedy zaczęłam dostrzegać fakty, których widzieć nie chciałam. Mężczyźni, których spotykałam na swojej drodze, dzielili się na dwa rodzaje: dobrych i uczciwych, którzy nie potrafili zaakceptować prawdziwej mnie oraz zwyrodnialców, którzy nie potrafili kochać, ale umieli mnie zrozumieć. Nie istniał tu dobry wybór. Może rzeczywiście nie dane było mi żyć w miłości? A czekając na cud, sprawiałam coraz większy zawód memu ojcu? Niweczyłam jego marzenie, choć on zawsze spełniał moje. Nie był to jednak powód, by godzić się na to małżeństwo, bo choć rozwiązałoby niektóre problemy, mogło przysporzyć innych.
Byłam już zmęczona myśleniem o tym, ale nie umiałam tak po prostu odpuścić. Choć słowa Durera były okrutne i wywołały u mnie gniew, musiałam przyznać mu rację w różnych kwestiach. Nie chciałam jednak podejmować tak wielkiego ryzyka. Małżeństwo z nim byłoby jak pakt z diabłem. Dawałoby pewne korzyści, ale na dłuższą metę mogłam go pożałować.
Postanowiłam odwiedzić rodziców. Nie potrafiłabym wyznać im prawdy i właściwie nie było nikogo, komu mogłabym się wyżalić, ale pomyślałam, że w ich obecności i tak poczuję się lepiej. Służba jak zwykle powitała mnie z uśmiechem, a matka ucałowała mnie, choć widziałam się z nią niedawno.
- Jak czuje się tata? - spytałam.
- Bez zmian – matka odparła dość ponuro. - Ale jak cię zobaczy, na pewno zrobi mu się lepiej.
Poszłam więc od razu do jego sypialni. Wciąż leżał w łóżku i był śmiertelnie blady, ale na mój widok od razu rozpromieniał. Uśmiechnęłam się, mimo że podły nastrój mnie nie opuścił. Usiadłam przy nim.
- Nowy kapelusz? - rzucił ojciec. Chyba celowo zaczął od tak trywialnego pytania, by przekonać mnie, że u niego wszystko w porządku.
- Stary jak świat. Nigdy nie miałeś głowy do kapeluszy – odparłam równie niezobowiązująco.
- I tak wyglądasz w nim pięknie.
Zdobyłam się na uśmiech. Było tyle rzeczy, o których chciałam mu powiedzieć i nie mogłam. Tyle rzeczy, które chciałam zrobić. Gdybym tylko potrafiła go uszczęśliwić. Sprawić, by choć raz był ze mnie dumny.
- Coś cię dręczy? - spytał.
Najwyraźniej niezbyt dobrze szło mi ukrywanie prawdziwych emocji. Za pewne znał już moją twarz tak dobrze, że wiedział, kiedy coś było nie tak. Ja jednak zaprzeczyłam.
- Nie... wszystko w porządku. Miałam ciężki dzień, ale nic poza tym.
- Daj spokój, skarbie. Coś wyraźnie zaprząta twoją głowę. Przecież sobie ufamy, powiedz mi.
Przygryzłam wargę i odruchowo odwróciłam wzrok.
- Jestem trochę zestresowana... nic poza tym.
- Mówiłem ci, że ta praca to zły pomysł.
- Nie, to nie to...
Na chwilę popadłam w zadumę i nagle coś we mnie pękło. Nie potrafiłam dłużej znieść tych rozterek. Po prostu nie mogłam, nie dałam rady. Musiałam. Chyba naprawdę nie było innego wyjścia. Chyba już nie było nadziei. Przypieczętowałam swój los na zawsze.
- Zaręczyłam się – wydukałam i prawie sama nie mogłam uwierzyć w to, co mówię.
To wszystko zdawało mi się nierealne, jakbym śniłam. Ale nie, powiedziałam to naprawdę.
- To nie jest żart? - Mój ojciec chyba również mi nie wierzył. - Nie widzę pierścionka.
- To jeszcze nieoficjalne – wymówiłam niemalże szeptem.
Przez jakiś czas nie byłam w stanie spojrzeć ojcu w twarz, ale gdy wreszcie uniosłam wzrok, zauważyłam, że w jego oczach na nowo pojawiło się życie. Wyglądał na tak poruszonego, że aż ścisnęło mi gardło i prawie nie mogłam oddychać. Jego dłonie zacisnęły się się na moich i ujrzałam uśmiech, który ostatni raz widziałam na jego twarzy, gdy urodziła się moja siostra.
- Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – wyznał i wargi mu zadrżały. Myślałam, że zaraz zacznie płakać.
Ale na szczęście tego nie zrobił. Przytuli mnie za to i wtedy poczułam coś trudnego do opisania. Wciąż miałam wrażenie, że podpisałam cyrograf z diabłem, ale w tej chwili szczęście taty tak mnie radowało, że wreszcie przestałam się czuć jak wyrodna córka.
- Opowiedz mi coś o nim. Nie mogę się doczekać jak się spotkamy – podekscytował się ojciec.
Zawahałam się. Trudno było mi o tym mówić tak, by nie wzbudzić podejrzeń, ale nie miałam wyjścia.
- Cóż... - podjęłam niepewnie i z wyraźnym zakłopotaniem. - Nie jest szlachetnie urodzony, ani nic z tych rzeczy.
- Nie wstydź się. Wcale nie uważam, że masz wychodzić za księcia, czy hrabię. Ważne, żeby był uczciwy i o ciebie dbał.
Poczułam się niesamowicie zażenowana i nie umiałam nawet odpowiedzieć. Nie chcę wiedzieć, co by było, gdyby mój ojciec poznał prawdę.
- Ma jakąś uczciwą pracę?
Istniała niewielka szansa, że mój ojciec będzie go kojarzył. Bardzo niewielka, bo od dawna jego noga nie postała za murami tego więzienia, ale znał naczelnika, więc wszystko było możliwe. Oby moje obawy się nie sprawdziły.
- Pracuje... tam gdzie ja. Jest szefem straży – wydukałam.
- Hmmm... Znałem kiedyś tam jednego strażnika, ale już dawno przeszedł na emeryturę. Przyznam, że mnie zaskoczyłaś. Ale skoro go wybrałaś, to na pewno jest dobrym człowiekiem.
Odetchnęłam z ulgą. Nie lubiłam kłamać, ale teraz nie było już odwrotu, więc brnęłam dalej w fałsz. Tylko to mi pozostało.
- Tak... bardzo dobrym... - słowa z trudem przeszły mi przez gardło.
Musiałam wyjść pod pretekstem obwieszczenia nowiny, bo czułam, że zaraz mimika mnie zdradzi. Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz oparłam się o ścianę, oddychając głośno. Powtarzałam sobie, że wszystko będzie dobrze, że trzeba się tylko uspokoić. Najważniejsze, że mój ojciec wreszcie był szczęśliwy. Musiałam go w tym umocnić.
- Wszystko w porządku, panienko? - doszedł mnie głos pokojówki.
Szybko się zreflektowałam i stawiłam jej czoła.
- Tak, wszystko w porządku... Powiedz lokajowi, żeby otworzył szampana. Wychodzę za mąż – oznajmiłam z udawaną radością.
- Och, panienko... To wspaniale – pogratulowała mi służąca i pobiegła do kuchni.
Miałam wrażenie, że wszystko, co robię jest kłamstwem. Moja siostra mnie wyściskała, moja matka popłakała się ze szczęścia, a mi naprawdę dobrze szło udawanie wzruszonej, bo też chciało mi się szlochać. Tylko z innego powodu.


Zrobiłam to. Zgodziłam się i wciąż trudno było mi w to uwierzyć. Powtarzałam sobie, że tak będzie lepiej dla wszystkich, że był to najbardziej racjonalny wybór i że nie zasługiwałam na kogoś lepszego. Durer nie zdziwił się, że zmieniłam zdanie i chełpił się tym, że znowu mu uległam. A mi jest już wszystko jedno, jego pycha przestała robić na mnie wrażenie i nawet przestałam się denerwować. Chcę już mieć z głowy ten cały ślub i po prostu robić swoje, udając dobrą żonę i patrzeć jak wszyscy nagle odzyskują we mnie wiarę. Mam nadzieję, że jakoś się ułoży i nie będzie tak źle, jak się obawiałam. Pewnie jestem naiwna, ale każdy ma prawo marzyć.
Dziś spotkało mnie spore zaskoczenie. Akurat mijałam pokój Durera, gdy usłyszałam dobywające się ze środka głosy.
- Przecież ja nie mam pojęcia o prowadzeniu manufaktury – powiedział głos należący do mojego narzeczonego. Brzmiał na rozdrażnionego.
- Będziesz miał ludzi, którzy będą to za ciebie robić. Ty będziesz tylko podpisywać papiery i pokazywać się tam od czasu do czasu. A poza tym będziesz mógł robić to, co do tej pory.
- I jeszcze to spotkanie z jej rodzicami... Naprawdę muszę się przed nimi płaszczyć?
- Jesteś kretynem! Zawsze nim byłeś! Oczywiście, że musisz. Niby jak mają zaakceptować przyszłego zięcia, jeśli zachowasz się jak cham?! W ogóle to jak najszybciej kup jej pierścionek. Jeszcze dzisiaj pójdź do jubilera... Albo nie. Ja to załatwię, bo ty pewnie coś spartaczysz. I dawaj jej kwiaty w obecności jej rodziny i przyjaciół.
Durer mruknął z niesmakiem. Głośno, bo usłyszałam. Zmarszczyłam brwi. Czułam się jak karta przetargowa w jakichś politycznych gierkach. Byłam ciekawa, kim jest ten drugi człowiek, więc otworzyłam drzwi.
Przy stole siedział dwóch mężczyzn. Jednego naturalnie już znałam. Drugi był dużo starszy, tłusty i łysiejący. Jego ubiór wskazywał, że pochodził z wysokiej warstwy społecznej. Na mój widok wstał i podszedł do mnie. Podczas gdy on się uśmiechał, ja patrzyłam na niego sceptycznie. Miałam wrażenie, że nie powinnam mu ufać.
- Co za piękna dama. Jesteś prawdziwym szczęściarzem, synu – powiedział i ucałował mnie w dłoń.
Byłam zbyt zmieszana, by poczuć obrzydzenie. Synu? Ten człowiek był ojcem Durera? Cóż, to by tłumaczyło, czemu zwracał się do niego tak protekcjonalnie.
- Pani pozwoli, że się przedstawię. Jestem Bollanet, ojciec pani wybranka.
Dobrze, że nie powiedział „ukochanego”, bo zdzieliłabym go w twarz.
- Jestem rad, że wreszcie się spotykamy. Wydaje się pani uroczą osobą. Mam nadzieję, że będzie nam dane dłużej porozmawiać. Chcę panią lepiej poznać. Pozwoli pani, że będę się do niej zwracał po imieniu? - spytał grubas przymilnym tonem.
Byłam zdezorientowana. Wydałam z siebie jedynie cichy pomruk, sugerujący akceptację. Zaś Durer przyglądał się wszystkiemu z wątpliwym zadowoleniem.
- Widzisz, synu? Tak to się robi – podsumował Bollanet.
Już go nie lubiłam. Naprawdę chcę mieć jak najszybciej za sobą te wszystkie ceregiele.


Dowiedziałam się później, że Bollanet jest bardzo wpływowym człowiekiem i zajmuje wysokie stanowisko w rządzie. Nie mogłam jednak zrozumieć jednego. Skoro ma tyle władzy i pieniędzy, to czemu jego syn jest tylko strażnikiem? Spytałam o to Durera wprost.
- Bo akurat w tym jestem dobry. I robię to, co lubię – odparł beznamiętnie.
Miało to jakiś sens, ale i tak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że z tą rodziną jest coś nie tak. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Durer raczej nie wykazywał cech zrównoważonego człowieka. Coś musiało być tego przyczyną. On jednak nie chciał rozmawiać na temat swego ojca.
Kolejna rzecz, która nie dawała mi spokoju, to zbliżające się spotkanie z moimi rodzicami. Byli święcie przekonani, że zaręczyłam się z kimś dobrym i uczciwym. I chciałam, by już na zawsze tkwili w tym przekonaniu. Ich szczęście było teraz dla mnie najważniejsze, nawet jeśli oznaczałoby życie w kłamstwie.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 21 wrz 2012, 15:09

Rozdział IV

Trudno mi opisać, jak się czułam, gdy wreszcie spotkaliśmy się z moimi rodzicami. Byłam cała spięta i nie wiedziałam, jak się zachować. Oni zdawali się rozumieć moje zdenerwowanie, choć nie znali jego rzeczywistej przyczyny. Jeśli zaś chodzi o mojego przyszłego małżonka... Zdziwiłam się, bo nie dał po sobie poznać swojej prawdziwej natury. Może rzeczywiście zależało mu na tym, by wejść w łaski mojej rodziny? W końcu bez akceptacji mego ojca nie mogło dojść do ślubu. I sama już nie wiedziałam, czy cieszyć się, czy płakać, gdy widziałam uśmiechy na twarzach rodziców. Wszystko wydawało się tak piękne, że aż niemożliwe, ale oni w to wierzyli. Mój ojciec, do tej pory przykuty do łóżka, teraz zaczął odzyskiwać siły, jakby wreszcie poczuł, że ma po co żyć. Musiałam podtrzymywać tę całą iluzję, chociażby ze względu na niego.
Moje przyjaciółki były równie podekscytowane co rodzice, ale choć zasypywały mnie pytaniami, nie chciałam z nimi rozmawiać na jakiekolwiek tematy związane z małżeństwem. Wolałam nie rozprzestrzeniać kłamstwa również na nie, ale wiedziałam, że tego nie uniknę. Co gorsza, bałam się, że w ich przypadku ta cienka otoczka iluzji może szybko prysnąć.
Tego dnia ja i mój narzeczony (z trudem zapisuję to słowo) chodziliśmy po mieście, bo mieliśmy do załatwienia wiele spraw związanych ze ślubem. Durer robił to bardzo niechętnie i ja w sumie też, ale cóż poradzić. Słowo się rzekło i musieliśmy konsekwentnie brnąć w to dalej. Należało się także liczyć z pewnymi niespodziankami.
- O mój Boże... - wymamrotałam, gdy zobaczyłam, kto macha mi po drugiej stronie ulicy.
To była Alice. Naprawdę nie miałam ochoty na tę konfrontację. Co prawda wciąż lubiłam Alice. Ze wszystkich moich koleżanek ona była najbardziej otwarta i najmniej pruderyjna, ale i tak nie sądziłam, by była w stanie przyjąć prawdę na mój temat. A już tym bardziej na temat mojego narzeczonego. Nie mogłam jednak się wycofać, bo zmierzała prosto w naszą stronę. Och, czułam się taka zakłopotana, że chciałam stać się niewidzialna. Bałam się, że to właśnie ten moment, w którym wspomniana iluzja pryśnie.
- Witaj, moja droga – wykrzyknęła podekscytowana Alice. - Czyżby to był twój wybranek? No, no, nie dziwię się, że próbowałaś go przed nami ukryć i mieć tylko dla siebie – zachichotała. - Alice jestem. - Wyciągnęła rękę.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Miałam wrażenie, że zaraz nastąpi jakaś niezręczna sytuacja i odruchowo odwróciłam wzrok, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Durer chyba wczuł się w swoją rolę.
- Musimy się koniecznie kiedyś spotkać. Wszyscy razem – zaproponowała Alice.
- Z przyjemnością – odparł Durer i nie wiem czemu, ale na dźwięk jego głosu przeszły mnie ciarki.
- Musimy już iść – wcięłam się nerwowo.
- Rozumiem. Papa – pożegnała się Alice.
Kiedy odeszliśmy parę kroków, poczułam ulgę, ale chyba cieszyłam się przedwcześnie.
- To zaczyna się robić zabawne. – Uśmiechnął się Durer i był to uśmiech, którego należało się bać.


- To mnie wykończy – mruknął Durer, gdy na zapleczu sporządzaliśmy listę gości.
- Ale musimy to zrobić – powiedziałam. - Zresztą to ty nalegałeś na ten ślub, więc teraz nie narzekaj. No, chyba że to był pomysł twojego ojca.
Mój partner posłał mi bardzo nieprzyjazne spojrzenie, ale nic nie zdążył powiedzieć. Nasze poczynania zostały przerwane, bo drzwi się otworzyły i ktoś bez pukania wszedł do środka. Ujrzałam mężczyznę w wieku podobnym do mnie. Był elegancki i nawet przystojny. Od razu mnie zauważył i na chwilę w jego oczach pojawiło się zaskoczenie.
- Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem – powiedział ze spokojem.
Durer od razu wstał.
- Nie przeszkodził pan – oznajmił.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Gdyby wszedł tu inny strażnik, pewnie by go wygonił, ale ten mężczyzna musiał być kimś znacznie ważniejszym. Durer rzadko kiedy okazywał komuś respekt.
- Przyznaję, że nie spodziewałem się zastać damy w takim miejscu – powiedział nieznajomy.
- To moja narzeczona, Jeanette – wyjaśnił strażnik takim głosem, jakby zdawał raport. Miałam wręcz wrażenie, że zaraz zasalutuje.
- Miło mi. Detektyw Guildias – przedstawił się mężczyzna i ucałował mnie w dłoń.
Sprawiał wrażenie dżentelmena, ale nie uległam jego urokowi. Czułam, że pod tą atrakcyjną powierzchownością kryło się coś, czego nawet nie chciałam poznawać. Miałam już trochę doświadczenia, jeśli chodziło o takich ludzi.
- Obawiam się jednak, że będziemy musieli panią na chwilę zostawić – powiedział Guildias, po czym zwrócił się do Durera. - Chodzi o to samo, co ostatnio.
Strażnik musiał od razu zrozumieć, bo chwycił pęk kluczy i udał się za detektywem.
- Nie wychodź stąd, póki nie wrócę – rzucił mi jeszcze.
Przez jakiś czas sama jeszcze próbowałam układać listę, ale nie miała do tego głowy. Zastanawiałam się, czego chciał ten detektyw. Pewnie nie była to moja sprawa, ale ciekawość czasami zwyciężała. Najprawdopodobniej chodziło o przesłuchanie jakiegoś więźnia. Chyba niepotrzebnie zaprzątałam tym sobie głowę. A tak przynajmniej pomyślałam w tamtym momencie.
Czekałam ze znudzeniem, a gdy Durer wreszcie wrócił, nie dał mi nawet szansy zapytać, o co chodziło.
- Wygląda na to, że masz pacjenta – rzekł.
To nie mógł być zbieg okoliczności. Od razu wiedziałam, że musiało mieć to jakiś związek z wizytą detektywa. Czego jednak nie spodziewałam się odkryć, to fakt, że pacjentem okazał się ten sympatyczny chłopak Guys. Ktoś musiał nieźle go poturbować, nie mówiąc o innych obrażeniach, które widziałam tu już wiele razy. Nie zamierzałam ukrywać, że domyślam się sprawcy. Na szczęście byliśmy sami. Strażnicy uznali chyba, że w tym stanie więzień i tak nie będzie stanowił zagrożenia.
- Czego chciał od ciebie ten detektyw, poza wyładowaniem się? - spytałam, szykując medykamenty.
- Skąd pani wie, że... to on? - zdziwił się chłopak.
- Zwrócił dziś moją uwagę. Domyśliłam się.
Zaczęłam opatrywać rany więźnia, a on patrzył na mnie zakłopotany.
- Nie sądzę, by czegoś ode mnie chciał, chyba po prostu... lubi to robić – wyznał z bólem. - Źle zrobiłem, że go posłuchałem. Powiedział, że jak się przyznam do winy, to dostanę mniejszy wyrok.
- Więc on się zajmował tą sprawą?
- Tak... To wszystko przez niego! - krzyknął chłopak zrozpaczony.
- Spokojnie. Opowiedz mi.
Uważałam, że nie tylko liczy się zdrowie fizyczne pacjentów, ale także psychiczne. Stwierdziłam, że jeśli się uzewnętrzni, to może zrobi mu się lepiej. Poza tym ciekawiła mnie ta historia, a jakoś nigdy nie miałam okazji jej dokładnie poznać.
- Ja go naprawdę nie zabiłem. Nie, żebym był bez winy... Znaczy się... Zdarzało mi się czasem kraść i wtedy zwędziłem trochę słodyczy ze sklepu. A jak uciekałem, to wpadłem na tego detektywa i... Potem nagle usłyszałem zarzuty, że kogoś zabiłem, i pokazał mi to ciało i nóż, i... co miałem zrobić?
Teraz chłopak był jeszcze bardziej roztrzęsiony. Może źle zrobiłam, że go o to wszystko wypytywałam, ale myślę, że na dłuższą metę to mu powinno wyjść na dobre. Czasami trzeba się przed kimś otworzyć. Gdybym tylko ja miała przed kim.
- I nie ma żadnych dowodów na to, że ty tego nie zrobiłeś? - spytałam.
- Nie wiem... Może gdyby ten prawnik się bardziej postarał...
- Jaki prawnik? - zdziwiłam się.
- Moja rodzina zapłaciła takiemu jednemu... Spartaczył, ale ma mnie odwiedzać przez jakiś czas – wyznał chłopak i przetarł łzy, które za wszelką cenę próbował ukryć. - Jakby tyle nie pił, to może byłby z niego jakiś pożytek.
Naprawdę poczułam się zaskoczona. I poruszona zarazem. Wyglądało na to, że istniał jeszcze jakiś cień nadziei na wydostanie stąd tego chłopaka. Nie mogłam zrobić wiele, ale chciałam przynajmniej odrobinę pomóc. Świadomość, że mogę komuś choć trochę się przydać, trzymała mnie przy względnie zdrowych zmysłach. A naprawdę nie wróżyłam Guysowi świetlanej przyszłości, jeśli miał tu pozostać na zawsze.
- Słuchaj, jak mi powiesz, jak nazywa się ten prawnik, i go dokładnie opiszesz, to spróbuję się z nim skontaktować. Nic nie obiecuję, ale może uda mi się przemówić mu do rozsądku – powiedziałam.
Chłopak od razu rozpromieniał.
- Naprawdę?
- Spróbuję pomóc na tyle, ile mogę.
Guys chyba chciał mi się rzucić na szyję, ale szybko się opanował. Poza tym, gdy próbował się podnieść, ból musiał przeszyć jego ciało, bo jęknął. Pomogłam mu więc się z powrotem położyć.
- Ma pani nowy pierścionek. To prezent? - spytał niespodziewanie.
Znowu poczułam się zaskoczona. Nie sądziłam, że zauważy.
- Tak... to prezent – wyznałam cicho i beznamiętnie.
- Od razu rzucił mi się w oczy. Rzadko widuję takie rzeczy. Musiał kosztować fortunę.
Dla większości osób pewnie taki wyrób prezentował się okazale. Był złoty, z szafirem otoczonym małymi diamencikami. Rzeczywiście musiał dużo kosztować, ale pewnie dla ojca Durera to nie był problem załatwić taką błyskotkę. Ja nosiłam go tylko z zasady, bo nic dla mnie nie znaczył.
- Przepraszam, to pewnie było zbyt wścibskie – zawstydził się Guys. Musiał zauważyć, że poczułam się niezręcznie.
- Nic nie szkodzi. Prędzej pewnie i tak wszyscy się dowiedzą... - wydukałam.
Tym razem chłopak popatrzył na mnie pytająco.
- Nie wygląda pani na szczęśliwą.
Zmieszałam się jeszcze bardziej. On się przede mną otworzył. Czy ja również powinnam? Moja decyzja i tak okazała się bez znaczenia, bo nagle do gabinetu wszedł Durer.
- Skończone? - spytał.
- Tak – odparłam, jeszcze odrobinę zaaferowana.
- Słyszałeś? Wstawaj! - warknął na więźnia mój przyszły mąż.
- Powinien leżeć – zaprotestowałam.
- To poleży sobie w celi.
Nie upierałam się przy swoim, bo zawsze kończyło się to porażką. Tutaj każdy musiał znać swoje miejsce. Nawet ja.


Udało mi się dowiedzieć co nieco a temat prawnika Guysa. Przynajmniej na tyle, by odszukać jego mieszkanie. Nie zastałam go tam, ale dostałam informację od najemcy, w jakim lokalu z reguły przesiaduje. Od razu się tam pofatygowałam. Można by sobie zadawać pytanie, po co to wszystko robiłam. Przecież nie mogłam zbawić świata ani ocalić wszystkich ludzi, których spotkała niesprawiedliwość. Ale wolałam przynajmniej spróbować pomóc jednej osobie, niż siedzieć bezczynnie. Dzięki temu nie myślałam tyle o zbliżającym się ślubie. No i życie jakoś nabierało sensu, bo dobre uczynki równoważyły złe. Może kierowała mną pokrętna logika i bardziej próbowałam pomóc sobie niż Guysowi, ale jeśli miał na tym ktokolwiek skorzystać, to było warto.
Nie była to szacowna dzielnica, i jako dama pewnie nie powinnam przechadzać się takimi ulicami. Jednak już dawno wyzbyłam się strachu przed obskurnymi zaułkami. Gdy weszłam do speluny, od razu zostałam uderzona odorem alkoholu, potu i uryny, ale to również mnie nie zniechęciło. Moja praca połączona z nader burzliwym życiem prywatnym uodporniła mnie już praktycznie na wszystko.
Szłam przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony. Pijani mężczyźni rozbierali mnie wzorkiem, a kobiety lekkich obyczajów przyglądały mi się z niedowierzaniem. Miałam kamienną twarz i nie reagowałam na komentarze pod moim adresem. Rozglądałam się dalej, aż w kącie wypatrzyłam mężczyznę, który zgadzał się z opisem. Wiek około trzydziestu lat, włosy blond, nieuczesane i przydługie. Wysokie czoło, inteligentny wygląd. Wzrost średni, choć z tej perspektywy można było się pomylić. Nie miałam żadnej gwarancji, że to on, ale wolałam sprawdzić. Opierał się o ścianę i wyglądało na to, że mu się przysnęło. Podeszłam więc do niego i dźgnęłam go parasolką. Podziałało, bo mężczyzna ocknął się i rozejrzał zdezorientowany.
- Pan ma na imię Lusca? - spytałam bez owijania w bawełnę.
Widziałam, jak lustruje mnie swoimi przekrwionymi oczami. Chyba zachodził w głowę, co się dzieje.
- No – odparł wreszcie, wciąż zaaferowany.
- Przychodzę w imieniu pana klienta.
- Którego? - spytał.
Cuchnęło od niego alkoholem, ale chyba był już świadom tego, co się dzieje wokół niego.
- Chłopca o imieniu Guys.
- Aaa, tego... Szkoda go... Beznadziejny przypadek...
Nawet mówił zrozumiale, ale nie przekonująco.
- To raczej pan jest beznadziejnym przypadkiem – powiedziałam z niesmakiem.
Mężczyzna chyba już się w pełni obudził, bo usiadł wyprostowany, poprawił ubranie i posłał mi oburzone spojrzenie.
- A pani kim jest, jeśli można wiedzieć? - rzucił oschle.
- Lekarzem więziennym.
Moja odpowiedź wywołała u mężczyzny salwę śmiechu. Tym razem to ja patrzyłam na niego z oburzeniem. Wyglądało na to, że mi nie uwierzył, ale po chwili się zreflektował, choć wciąż sprawiał wrażenie rozbawionego.
- A tak... Słyszałem jakieś pogłoski o nawiedzonej babie, która się tam wkręciła. Myślałem, że ktoś to zmyślił.
Po chwili znowu zaczął się śmiać, a ja byłam już tak wściekła, że miałam ochotę uderzyć go swoją parasolką. Pamiętałam jednak, że mam sprawę do załatwienia i postanowiłam zachować spokój.
- To spotkanie to dla mnie wątpliwa przyjemność, ale wygląda na to, że jest pan jedyną osobą, która może wydostać mojego pacjenta z więzienia – przemówiłam. - Dlatego życzyłabym sobie, by pan wreszcie wziął się w garść i zaczął wykonywać swoją pracę.
Mężczyzna trochę spoważniał i sięgnął po szklankę z niedopitą zawartością.
- Proszę mi uwierzyć, wykonuję swoją pracę. Obawiam się jednak, że ta sprawa jest już zamknięta i nic nie mogę w tej kwestii zrobić. Czekają na mnie ważniejsze rozprawy – powiedział.
- Ważniejsze niż życie i godność młodej osoby?
- Mówiłem już, że w tej sprawie nic więcej nie mogę zrobić.
- Nie może pan czy pan nie chce? - Niemalże weszłam mu w słowo.
Lusca popatrzył na mnie spode łba i chyba nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Pogadamy, jak będzie pan trzeźwy – rzuciłam z dezaprobatą i odwróciłam się na pięcie.
Wyszłam z baru szybkim krokiem. Cóż, nie mogłam się łudzić, że uda się za pierwszym podejściem. Ale przynajmniej wyraziłam swoje zdanie. Nie wyglądało to różowo i trzeba było liczyć się z możliwością porażki, ale przynajmniej nie siedziałam z założonymi rękami. Poza tym istniała szansa, że moje słowa jednak wywrą jakiś efekt na tym człowieku.
Skręciłam w alejkę i nim zdążyłam się na dobre oddalić, usłyszałam głos.
- Proszę zaczekać!
Odwróciłam się i ujrzałam tego samego mężczyznę, którego jeszcze przed chwilą nazwałam beznadziejnym przypadkiem. Rozgniewany wyraz twarzy zniknął. Teraz wyglądał raczej na zakłopotanego. Trudno jednak było powiedzieć, czy się rumieni z zakłopotania, czy jest czerwony od alkoholu.
- Tak sobie uświadomiłem... - powiedział zawstydzony i nerwowo przeczesał włosy. - Czy mógłbym... Mógłbym o coś panią prosić?
Bardzo się zdziwiłam. Najpierw próbował mnie zbyć, a teraz nagle czegoś ode mnie chciał? Ten człowiek chyba nie miał żadnych skrupułów. Chociaż zakłopotanie wskazywało na to, że chyba jednak nie wyzbył się sumienia.
- O co chodzi? - mruknęłam.
- Jest ktoś... - zawahał się. - Chciałbym, żeby poszukała pani kogoś w spisie więźniów. Jeśli to możliwe, rzecz jasna.
- Czy jeśli to zrobię, weźmie się pan wreszcie do roboty?
- Postaram się.
Nie wiedziałam, ile jest warte jego słowo, ale zgodziłam się.


Czasem trudno mi wyrazić, jak nieprzewidywalny potrafi być Durer. Nie przestawał zaskakiwać mnie swoją pomysłowością, jeśli chodziło o jego pokrętne gierki. Kazał mi stanąć przed lustrem, a potem ujął mnie za ramiona, w taki sposób, jakby chciał je zmiażdżyć, i spojrzał na nasze odbicie.
- Już niedługo będziesz taka szczęśliwa – szepnął i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że próbuje wzbudzić we mnie uczucie trwogi.
Jego głos zdawał się czuły, ale były to tylko pozory. Planował coś przewrotnego, czułam to. Przywykłam do jego paskudnego charakteru i okrutnych skłonności, ale kiedy udawał miłego, naprawdę zaczynałam się bać. Czekałam spięta na jego kolejny krok, a on tylko rozpuścił mi włosy i przeczesał palcami. Gdyby ktoś niewtajemniczony ujrzał nas w tej chwili, naprawdę mógłby pomyśleć, że jesteśmy kochającą się parą. A ja, gdybym chciała uwierzyć w tę iluzję, pewnie uznałabym, że doskonale do siebie pasujemy. Bo z pozoru był to piękny obrazek: brązowe włosy opadające na ramiona, mężczyzna u mego boku, trochę wyższy ode mnie, tak w sam raz. Powinnam poczuć się atrakcyjna i dowartościowana. Ale tak nie było. On widział we mnie tylko wyuzdaną kobietę, którą podniecało, gdy ktoś nad nią dominował.
- Tym razem zrobimy to tak, jak się powinno – powiedział i zaczął obsypywać pocałunkami moją szyję, co kompletnie zbiło mnie z tropu.
To było przyjemne, ale bez wątpienia miał w tym jakiś ukryty cel, więc starałam się nie stracić czujności.
- Co planujesz? - spytałam podejrzliwie i zamknęłam oczy, bo widząc to, co robimy, czułam się bardzo niezręcznie.
Nic nie powiedział, tylko wziął mnie na ręce, a ja, zamiast ucieszyć się z jego niecodziennych poczynań, bałam się jeszcze bardziej. Serce mi waliło i chyba wyczuł mój strach, bo gdy zaniósł mnie na łóżko, uśmiechnął się tajemniczo. Byłam już pewna, że planuje coś niegodziwego.
- Dzisiaj poczujesz się jak dziewica – szepnął i zaczął mnie rozbierać.
- Dość tych gierek. O co ci chodzi? To zaczyna mnie przerażać.
- Czyż dziewica nie drży przed swoim pierwszym razem?
Bez wątpienia dręczenie mnie w ten sposób sprawiało mu przyjemność. Co gorsza, jego nietypowe poczynania i wzrastająca niepewność przynosiły efekty, i moje ciało zaczęło coraz bardziej reagować na pieszczoty. Strach tylko potęgował doznania.
Durer rzadko mnie całował, ale tym razem namiętnie wpił się w moje usta i ani się obejrzałam, leżałam pod nim, bez ubrania, które stanowiłoby barierę, całkowicie zdana na jego łaskę. Nie wiedziałam już, co się dzieje. Czy się bronić, czy poddawać. Do mojej świadomości dotarło tylko tyle, że obraca mnie na brzuch i chwyta za uda. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że zamierza dokonać ze mną aktu sodomii, ale nim zdążyłam zaprotestować, on był już we mnie, a ja krzyczałam z bólu. Wgryzłam się w poduszkę, by stłumić jęki, i łzy stanęły mi w oczach. Nie spodziewałam się aż takiego bólu i naprawdę bałam się, że stanie mi się jakaś krzywda. Do tego on jak zwykle niczym się nie przejmował i dalej się we mnie wbijał, zadając mi kaźń.
- Krwawisz jak dziewica – skomentował i wyobraziłam sobie, jaką musi mieć satysfakcję.
Trochę się cieszyłam, że nie odczuwam przyjemności, bo to oznaczało, że nie jestem aż tak szalona, jak sądziłam. Jednak mój kochanek zaczął pieścić moje łono w rytm swoich pchnięć, a wtedy ból zmieszał się z podnieceniem, dostarczając mi doznań, których zawsze najbardziej łaknęłam. Czy tego chciałam, czy nie, nie potrafiłam oprzeć się tej piorunującej kombinacji. Wkrótce więc zamiast błagać o litość, zaczęłam prosić o więcej. Gardziłam tą swoją słabością, ale było już za późno, by się temu przeciwstawić.
Choć może to się wydawać niepojęte, udało mi się osiągnąć spełnienie, i to najbardziej mnie w tym wszystkim zawstydziło. Jednak byłam szalona, a przynajmniej mój Czarny Sobowtór był. Po raz kolejny udowodniłam, że potrafię czerpać przyjemność z bólu, i sądzę, że mój partner uwielbiał mi to uświadamiać przy każdej sposobności. To, czego przed chwilą doświadczyłam, było zarówno cudowne, jak i upokarzające. Chciałam mieć tę chwilę dla siebie. Zaszyć się pod kołdrą, odpocząć i nie myśleć o niczym. Jednak Durer chwycił mnie za łydkę i ucałował w stopę, co miało chyba stanowić parodię czułości. Szybko wyszarpałam nogę z jego uścisku.
- Nie dotykaj mnie – syknęłam.
- Przecież lubisz, jak cię dotykam – zaśmiał się.
Wgramoliłam się pod pościel, próbując się jak najbardziej od niego odseparować. Nie chciałam dać po sobie znać, że to, co przed chwilą zrobił, dało mi jakąkolwiek przyjemność, ale chyba było już za późno. Opatuliłam się kołdrą i położyłam na boku. Miałam nadzieję, że Durer sobie pójdzie, ale on legł koło mnie, podpierając się ramieniem.
- Dalej nie chcesz mi się zwierzyć? - spytał takim głosem, jakby mnie podpuszczał.
- Nie mam ci się z czego zwierzać. A nawet gdybym miała, to czemu miałabym to robić? - wycedziłam.
- Bo już niebawem będziemy małżeństwem.
Uśmiechał się bezczelnie. Chyba idea wzięcia mnie w posiadanie na całe życie zaczynała mu się podobać. Ale ja nie zamierzałam ulegać mu w każdym calu.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 05 paź 2012, 12:52

Nie mogliśmy się zabrać za komentarz. No nie mogliśmy, bo zaczynaliśmy kwikać na wspomnienie scenki ykhm, oświadczyn. Jest... specyficzna. Przypomina, że bohaterka ma pewne cechy marysuistyczne. Że zostaje sparowana z postacią właściwie nieparowalną bez OOC. To nas mocno rozkwikało.
Zaczyna nas też powoli podgryzać wrażenie, że bez znajomości gry ciężko będzie cokolwiek powiedzieć o postaciach - wprawdzie Durera mamy mnóstwo, ale Guys, Bollanet czy Guildias prawie nie zostali określeni. Braku Bollaneta wprawdzie nie odczuwamy jako czegoś negatywnego, ale te postacie pojawiają się jakoś tak... mimochodem, jakby na marginesie, jakby wcale nie były istotne. Owszem, pamiętnikowo to wygląda, bo ciężko wymagać od Jeanette, by domyślała się, że to będą osoby istotne dla jej losu, ale z punktu widzenia czytelnika te postacie umykają jakoś uwadze. Ale, o ile pamiętamy, wobec ISETa mieliśmy podobne zastrzeżenia, więc tu chyba wychodzi na wierzch nasza niekompatybilność i zamiłowanie do rozwlekania wszystkiego, podczas gdy w twoich tworach króluje, panuje i caruje niepodzielnie oszczędność. Trudno nam się wczuć i dialogi brzmią trochę sztywno, co szczególnie uderzyło nas w rozmowie z Guysem - bo że z Bollanetem, Guildiasem, etc., to da się zrozumieć, bo bohaterka ma do nich dość jasne i cokolwiek niepozytywne nastawienie.
Doszliśmy też do wniosku, że dużo tu czasowników i to dość prostych, jasnych i klarownych, bez przedrostków i innych takich, co pewnie decyduje o tym, że styl nam nie bardzo i ciągle cosik zgrzyta i skrzypi.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 07 paź 2012, 17:33

Ja też nie mogłam się zabrać za komentarz, chociaż z innych powodów. Hien niepotrzebnie się martwi o nieznających fandomu, bo istnieje ściąga tak uczynnie przez Ciebie podsunięta (enzai-site.weebly.com/characters.html). Jeszcze raz za nią dziękuję.
Scena oświadczyn rzeczywiście powalała. Rozterki Jeanette i ta trudna decyzja, którą musiała podjąć wciągnęła mnie mimo że wiedziałam na co się zdecyduje. Zirytowała mnie za to Alice, która wyszła nie tyle bezpruderyjna, co infantylna.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr

Nie będę także jak ocean bez fal

Nie będę się bała upadać by wstać

Być światłem wschodzącego dnia

Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 07 paź 2012, 19:38

No dobra, przyznaję, że ten fanfik jest dziwny, ale co tam. Naprawdę jestem ciekawa, czy spodobałby się facetom.


Rozdział V

Odkąd nasze zaręczyny przestały być tajemnicą, inni strażnicy zaczęli dziwnie się na mnie patrzeć. Tak, jakby zachodzili w głowę, czy ja na pewno wiem, co robię. Staram się to ignorować, choć czuję się niezręcznie. Nie chcę, by moje relacje z innymi uległy jakiejś zmianie. Ale chyba już nic nie będzie takie jak kiedyś. Świat się zmienia, ja się zmieniam i mój wizerunek również. Wszyscy się zmieniamy. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo jeśli to prawda, może moja przyszłość nie jest z góry przesądzona.
Wreszcie doczekałam się dostawy nowych leków. Zapasy się kończyły, więc mnie to ucieszyło. Było sporo do wypakowania, więc jeden ze strażników mi pomagał. Lubiłam Bernarda, bo sprawiał wrażenie miłego człowieka, a tutaj takich wielu się nie spotykało. Cieszę się, że nie zniechęcił się do mnie po tym, jak go odprawiłam przy swojej pierwszej interwencji, przez co dostało mu się od Durera. Był ode mnie trochę młodszy i chyba nie zdążył jeszcze przesiąknąć tym całym złem, które nas otaczało.
- Więc zaręczyła się pani... - podjął, układając słoje na półkach.
Niby powiedział to od niechcenia, ale widziałam, że długo zbierał się w sobie. Wiedziałam, że prędzej czy później poruszy ten temat. Patrzył się na mnie w taki sam sposób co pozostali.
- Znamy się już chyba wystarczająco długo, by przejść na „ty” - zauważyłam.
Pewnie pomyślał, że próbuję zmienić temat, ale tylko przytaknął nieśmiało. Znowu wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien, czy powinien. Ta cała sprawa z moim ślubem musiała nieźle dawać mu do myślenia.
- Nie wiedziałem, że jesteście w zażyłości – powiedział z jeszcze większym zakłopotaniem.
Musiałam to jakoś skomentować, bo nie chciałam, by pomyślał, że boję się o tym rozmawiać.
- Małżeństwo nie musi mieć związku z miłością. Ja tylko robię to, czego się ode mnie oczekuje – odparłam ze spokojem. Nie musiał znać szczegółów.
- Więc nie chcesz tego?
- Tego nie powiedziałam. Mam swoje prywatne powody. Ale wiem, co musisz myśleć. Pewnie zastanawiasz się, czy ja na pewno wiem, w co się pakuję.
- Przepraszam, nie chciałem być wścibski.
- Nic się nie stało – uspokoiłam i otworzyłam kolejną paczkę.
Zaczęliśmy dalej uzupełniać zawartość półek i szafek.
- Zauważyłam, że wszyscy patrzą na mnie z mieszanką radości i współczucia. - Tym razem ja podjęłam temat.
- Cóż... Z radością, bo mają nadzieję, że po ślubie szef będzie tu mniej przebywać – wytłumaczył Bernard. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, by tak miało się stać. - A ze współczuciem, bo będzie przebywać dłużej z tobą.
- Nie martw się, poradzę sobie – zapewniłam.
Chyba nie zabrzmiałam przekonująco. Bernard naprawdę wyglądał na zatroskanego. Przestał układać leki i popatrzył na mnie z wielką powagą. Mój los musiał mu leżeć na sercu. Z trudem zebrał się w sobie, ale wreszcie powiedział, co myśli.
- Proszę, nie mów mu o tej rozmowie, ale... szef jest naprawdę złym człowiekiem – wydusił z siebie.
- Wiem. Ale ja nie szukam dobrego – wyznałam i miałam nadzieję, że na tym rozmowa się skończy.
Bernard wyglądał na zaaferowanego, ale postanowił nie ciągnąć tego dłużej. Zwłaszcza że nie mieliśmy już więcej do układania, a on musiał wracać do swoich obowiązków.
- Dzięki i przepraszam, że zabrałam ci czas. Chyba powinnam sobie znaleźć do pomocy kogoś z więźniów – zauważyłam, rozglądając się dookoła. Czekało mnie jeszcze sporo pracy. Pomysł wydał się całkiem niezły.


Byłam już po godzinach pracy i Durer również, więc postanowiłam wstąpić do jego pokoju i porozmawiać na tematy mniej i bardziej służbowe. Kiedy weszłam do środka, zauważyłam, że jest zajęty czyszczeniem pistoletu. Nie uniósł nawet wzroku ani nic nie powiedział. Zastanawiałam się, czy nie każe mi wyjść, mówiąc, że nie ma czasu, ale się nie wycofałam.
- Chciałam coś zasugerować... - zaczęłam niepewnie. - Przydałby mi się jakiś asystent, a sam mówiłeś, że strażnicy mają inne obowiązki, więc... Pomyślałam, że może jakiś więzień mógłby mi pomagać od czasu do czasu... Ktoś, do kogo mam względne zaufanie... I nie stwarza zagrożenia... Może Guys?
- Jak chcesz – odparł Durer tak jakby w ogóle go to nie obchodziło, i dalej czyścił pistolet.
Muszę przyznać, nie spodziewałam się, że pójdzie tak łatwo. Sądziłam, że przynajmniej usłyszę jakieś niewybredne komentarze, a tu nic. Na chwilę nawet mnie zatkało. Może dzisiaj Durer miał dobry dzień? Nawet dobrze się składało, bo nie zamierzałam na tym kończyć mojej wizyty. Planowałam coś jeszcze i tym razem nie czułam już takich oporów. Ośmielona skrzyżowałam przedramiona na piersi i przestąpiłam parę kroków do przodu.
- Posłuchaj... Niebawem bierzemy ślub, a ja praktycznie nic o tobie nie wiem, poza tym, że masz dziwne fetysze i bogatego ojca – rzekłam. - Może to zabrzmi idiotycznie, ale chciałabym z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. No wiesz, tak od serca. Skoro mam spędzić z tobą resztę życia, to przynajmniej chcę wiedzieć, na czym stoję.
Dopiero teraz mój narzeczony wykazał jakieś zainteresowanie, bo uniósł na mnie wzrok i przestał czyścić broń. W jego oczach pojawił się niepokojący błysk, ale nie dałam się zniechęcić. Durer odłożył pistolet i wstał. Uśmiechnął się tajemniczo, ale to również mnie nie zdeprymowało.
- W porządku, odpowiem na twoje pytania, ale pod jednym warunkiem – rzekł. - Ty odpowiesz na moje.
Tego nie uwzględniłam. Zawahałam się i na pewno zauważył, że poczułam się niezręcznie. Jak zwykle nie miałam ochoty się mu zwierzać, ale dotarło do mnie, że prędzej czy później będę musiała. Nie mogłam żądać od niego odpowiedzi na moje pytania, nic nie dając w zamian. Jego propozycja, choć średnio mi się podobała, była sprawiedliwa. W końcu on miał prawo wiedzieć o mnie tyle samo, co ja o nim.
- Dobrze – zgodziłam się w końcu. - Ale poproszę kieliszek czegoś mocnego.
Jeśli miałam z nim rozmawiać o sprawach osobistych, to musiałam dodać sobie animuszu. Chwilę później siedzieliśmy przy stole z butelką koniaku pośrodku. Początkowo czułam się skrępowana, ale parę łyków trunku nieco mnie rozluźniło.
- Możesz zacząć – rzucił Durer od niechcenia i również się napił.
Najbardziej interesowała mnie jego rodzina, bo zastanawiałam się, kto mógł wychować takiego potwora.
- Opowiedz mi o swojej matce – powiedziałam.
Nigdy o niej nie wspominał i zakładałam, że nie żyła, ale i tak wolałam się upewnić.
- To będzie raczej trudne, bo nigdy jej nie znałem. Mogę ci jedynie powiedzieć, że pochodziła z Niemiec.
Nawet powieka mu nie drgnęła. Powiedział to wszystko z zadziwiającym opanowaniem.
- W ogóle jej nie pamiętasz?
- Trudno żebym pamiętał. Nie przeżyła porodu.
Niby nic zaskakującego, ale poczułam się niezręcznie. Chyba nawet zrobiło mi się go trochę żal, chociaż on nie wyglądał na specjalnie poruszonego moim pytaniem. Jak na razie odpowiadał na wszystkie bez mrugnięcia okiem.
- Naprawdę nic więcej o niej nie wiesz?
- Nalegała, żeby nazwać mnie po jej dziadku, któremu było Heinz Durer. Ale że zmarła, a mój ojciec był niedouczony, to coś mu się pomyliło i zamiast Heinz nazwał mnie Durer.
- Hmmm... Ja początkowo miałam się nazywać Tatiana. Moja matka pochodzi z Sankt Petersburga, więc wiesz... Ale wyszło, jak wyszło. - Dziwnie się czułam rozmawiając o tym wszystkim. Chyba za mało wypiłam. Dolałam sobie. - No to twoja kolej.
- Kiedy odkryłaś, że pociąga cię przemoc?
No tak, jakże bym mogła spodziewać się innego pytania. Na szczęście alkohol zdążył już mi zaszumieć w głowie, więc znalazłam w sobie wystarczająco siły, by na nie odpowiedzieć. Wciąż nie było to łatwe, ale przynajmniej już przed tym nie uciekałam.
- Byłam bardzo młoda, ja wiem... Dwanaście lat? Coś koło tego. W każdym razie... pewnej nocy zeszłam na dół, bo nie mogłam spać, i... usłyszałam jakieś głosy. Zakradłam się pod drzwi salonu i przez szparę dojrzałam dwóch obcych ludzi. Moi rodzice siedzieli na kanapie i patrzyli, a ci ludzie robili... różne perwersyjne rzeczy. Nie zadawali sobie naprawdę bólu, raczej udawali. Chyba zostali wynajęci do odegrania jakiegoś erotycznego spektaklu. W każdym razie gapiłam się przez jakiś czas i wtedy to poczułam.
- I, niech zgadnę, zmasturbowałaś się.
Mój rumieniec mówił sam za siebie, więc nie musiałam odpowiadać. Nie zdradziłam mu, że te erotyczne spektakle powtarzały się wiele razy, a ja regularnie zakradałam się pod drzwi salonu. I tak już dałam mu wystarczający powód do radości.
- Masz jakieś rodzeństwo? - zapytałam, gdyż przyszła kolej na mnie.
- Ależ ty z tą rodziną... - Durer wychylił kieliszek. - Mam starszego brata Gerarda. Mieszka w innym mieście, rzadko się widujemy. Prowadzi knajpę, tak na marginesie. - Wychylił kolejny. - Ojciec prawie się go wyrzekł, bo nigdy nie chciał iść w jego ślady.
Ojciec – wszystko sprowadzało się do niego. Odnosiłam wrażenie, że Bollanet był jądrem tego całego zła, które tak się rozprzestrzeniło, że nie sposób już było go wykorzenić.
- Pamiętasz, jak wspomniałem kiedyś, że musiałaś znać drogę do sali tortur? Chcę znać prawdę, całą prawdę.
Więc wciąż o tym pamiętał? Wyglądało na to, że przed tym pytaniem nie ucieknę. Ale prawda była... Chyba naprawdę nie miałam wyjścia. Wyciągnąłby to ze mnie prędzej czy później, albo odkrył w inny sposób. Musiał znać się na takich ludziach jak ja. Jak to było? Swój pozna swego? Ech, wciąż nie mogłam przyjąć do wiadomości, że coś nas łączy.
- No dobrze... - wzięłam głęboki wdech. - Kiedy miałam czternaście lat zostałam napadnięta. Do niczego nie doszło, bo jakiś przechodzień usłyszał moje krzyki i zareagował, ale przez jakiś czas bardzo to przeżywałam. Złapali tego napastnika, ale mój ojciec uznał, że nie jest to dla mnie wystarczające zadość uczynienie. Więc pewnego dnia zaprowadził mnie do więzienia i poszliśmy do sali tortur. Bałam się, nie wiedziałam co planuje, a tam było tak strasznie ponuro... Przyprowadzili tego chłopaka, a mój ojciec zaczął bić go kijem na moich oczach, powtarzając, że to kara za to, co zrobił. Nie chciałam patrzeć, ale ten widok... Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego, prawdziwego, nie udawanego, i poczułam się dziwnie. Bałam się, brzydziło mnie to, ale też... no nie wiem... Jakoś fascynowało zarazem. Potem ojciec wręczył mi kij i powiedział: „Teraz ty, to twoja zemsta” czy coś w tym rodzaju. A ja nie wiedziałam co robić, po prostu stałam tam przerażona, a on mnie podżegał dalej, aż wreszcie... Proszę, nie chcę o tym opowiadać.
Naprawdę nie chciałam. To był pierwszy raz, gdy zdałam sobie sprawę z istnienia Czarnego Sobowtóra i ilekroć o tym myślałam, przechodziły mnie ciarki.
- Zabiłaś go?
- Nie! - Zaprotestowałam naprawdę głośno, bo wręcz wzdragałam się na myśl, że zostałam wzięta za morderczynię.
- Spodobała mi się ta historia. Co dalej?
- Co dalej? W przeciwieństwie do ciebie mam sumienie, więc możesz wyobrazić sobie, jak się czułam. Chociaż nie, nie możesz sobie wyobrazić.
Nawet moje ostatnie słowa nie zepsuły mu przedniego humoru. Spodziewałam się, że słuchanie o moich najmroczniejszych sekretach przyniesie mu dziką satysfakcję, ale cieszyłam się, że mam już to za sobą.
- To o co teraz zapytasz? O moje ciotki? - rzucił z sarkazmem.
- A powinnam?
- Tylko jeśli masz ochotę wysłuchiwać historii o pudlu, co się wabi Fifi i należy do mojej ciotki Gertrude.
- A co takiego zrobił?
- Kiedyś nasrał do butów mojego ojca.
Mój nastrój zmienił się momentalnie. Jeszcze przed chwilą z wielkim bólem opowiadałam o mojej przeszłości, a teraz śmiałam się jak wariatka. Zresztą nie byłam w tym odosobniona. Durer też miał przednią zabawę. Ten jeden raz w pozytywnym sensie.
- Pytanie: zamierzasz kupić pudla?
- Nie.
Oboje nie przestawaliśmy się śmiać. Było to chyba najbardziej ludzkie zachowanie, jakie kiedykolwiek przejawialiśmy w swojej obecności. I czułam się z tym dobrze, naprawdę dobrze. Nie wiem, może to tylko przez alkohol, ale pomyślałam, że może jednak jeszcze jest jakaś szansa dla tego pseudo związku. Po raz pierwszy poczułam psychiczny komfort w obecności Durera. To mogło się już nie powtórzyć, ale wolałam trzymać się myśli, że jednak zaznam jeszcze w życiu nieco normalności. Jednak gdy emocje opadły, a rozbawienie minęło, znowu poczułam się niezręcznie. Kogo ja próbowałam oszukać? Jedna jaskółka wiosny nie czyni. To, że porozmawialiśmy po ludzku, nie zmieniało niczego. Mój przyszły mąż dalej pozostawał tym samym szaleńcem.
- Muszę już iść – powiedziałam i wstałam, co wcale nie okazało się takie łatwe.
- Odprowadzę cię.
Na chwilę zaniemówiłam. Zdziwiła mnie ta nagła troska z jego strony. Popatrzyłam więc na niego podejrzliwie.
- Upiłaś się. Nie chcę, żeby nazajutrz wszyscy mówili, że moja narzeczona wylądowała w rowie – wyjaśnił.
Chyba naprawdę miał dobry dzień, bo zrobił tak, jak powiedział, i tym razem obyło się bez żadnych podstępów.


Korzystając z wolnej chwili, udałam się do tej samej podrzędnej speluny, w której ostatnio spotkałam się z prawnikiem Guysa. Tym razem jednak byliśmy umówieni. Znowu siedział w kącie przy kieliszku, ale nie wyglądał na tak pijanego jak poprzednio. Zaś na mój widok zareagował uśmiechem, a nie zaskoczeniem.
- Człowiek, o którego pan pytał, żyje i ma się dobrze – oznajmiłam, siadając.
Widząc poruszenie na twarzy Lusci, wiedziałam już, że chodzi o osobę bardzo mu bliską.
- Rozmawiała z nim pani?
Zaprzeczyłam.
- Miałam tylko sprawdzić, czy żyje. Taka była umowa – rzekłam stanowczo. - Czy pan jest gotów dotrzymać swojej części?
- Oczywiście. Ale jeśli nadarzy się jakaś okazja, żeby zamienić z nim słowo, to niech pani powie... Niech pani powie... - zawahał się. Wyglądało na to, że nie przychodziło mu nic odpowiedniego do głowy. - Nie wiem... Niech pani coś wymyśli... - Speszył się.
Przyznam szczerze, trochę mnie to chwyciło za serce.


Wiadomość, że zostanie moim pomocnikiem, przywróciła Guysowi chęć do życia. Był zachwycony. Nie dziwiło mnie to wcale. W takim miejscu każda forma zerwania z monotonią codziennej udręki dawała poczucie spełnienia. Wszyscy więźniowie marzyli o tym, by oderwać się od rutyny, więc kiedy powiedziałam Guysowi, że ma dokładnie posprzątać gabinet, zabrał się do pracy z taką radością i zapałem, jakby czekał na ten moment przez całe życie. Ja zaś siadłam za biurkiem i zajęłam się katalogowaniem leków.
- Co pani robi? - spytał chłopak.
- Przepisuję wszystko w kolejności alfabetycznej. Jak będzie porządek w spisie, łatwiej będzie znaleźć to, czego się szuka – wyjaśniłam. - A właśnie, rozmawiałam z twoim prawnikiem.
- Naprawdę?
Nie sądziłam, że można być szczęśliwszym, ale teraz chłopak jeszcze bardziej rozpromieniał.
- Powiedział, że spróbuje się bardziej postarać.
Myślałam, że Guys za chwilę popłacze się ze szczęścia.
- Powinienem się jakoś odwdzięczyć... Tylko nie wiem jak.
- Właśnie to robisz.
To była zabawna i urocza sytuacja. Chłopak najpierw popatrzył na mnie wielkimi oczami, potem na ścierkę, którą właśnie mył podłogę, a następnie zaczął szorować ze zdwojoną siłą.
- Przysięgam, że wszystko tu będzie lśniło – obiecał, a ja zachichotałam.
Dobry humor mi powrócił i również poczułam się bardziej zmotywowana do pracy. Świadomość, że uszczęśliwiło się innego człowieka, rzeczywiście miała oczyszczające działanie. W takich chwilach naprawdę odnosiłam wrażenie, że ta dobra część mojej duszy wygrywa walkę z Czarnym Sobowtórem. Jednak ta radość nie trwała długo. Do gabinetu wszedł Durer i od razu ogarnęły mnie złe przeczucia.
- No proszę, tak się pali do pracy, że aż parę z nosa puszcza – skomentował, a Guys przerwał na chwilę, nie wiedząc, jak się powinien zachować. - Szkoda, że tak się nie przykłada do innych zajęć.
- Czego chcesz? - mruknęłam, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
- No jak to czego? Spotkać się z moją uroczą narzeczoną – powiedział Durer z udawaną czułością. - A ty co się tak gapisz z otwartymi ustami? Nie wiedziałeś? - zwrócił się do chłopaka.
Rzeczywiście, Guys wyglądał na zszokowanego. Ja zaś poczułam się bardzo niezręcznie. Teoretycznie nie powinnam się przejmować opinią jakiegoś młodocianego więźnia, a jednak moje zakłopotanie zaczęło narastać. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Durer obnosi się z naszym związkiem, by mnie upokorzyć.
- Nic dziwnego, że jesteś taki rozochocony. Pewnie tylko czekasz na okazję, żeby zajrzeć jej pod suknię – rzekł do chłopaka.
- Nie... Wcale nie! - zaprotestował Guys, chyba przerażony, że zaraz stanie mu się jakaś krzywda.
- Doprawdy? W takim razie miałem rację, wolisz chłopców – zaśmiał się strażnik szyderczo.
- To nie... - Chłopak chciał zaprzeczyć, ale nie wiedział, co powiedzieć, więc prawie od razu urwał.
Zmarszczyłam brwi. Nie podobał mi się taki rozwój sytuacji, ale niewiele mogłam zrobić. Na razie milczałam ze zwieszoną głową, mając nadzieję, że Durerowi zaraz się znudzi i sobie pójdzie. Ale on miał już inne plany.
- Zdejmuj spodnie – rozkazał groźnie.
- Przestań! - zaprotestowałam, ale mój narzeczony udawał, że mnie nie słyszy.
- No dalej, zdejmuj! Chcę wiedzieć, czy ci stanął na widok mojej kobiety! - warknął.
Guys zdążył się nauczyć, że nie należy stawiać oporu, więc z wielkim wstydem wykonał rozkaz. Poczułam się równie zażenowana jak on, ale nie jego nagością, tylko sytuacją samą w sobie. Odwróciłam wzrok i starałam się jak najbardziej odseparować od tego, co działo się w tym pomieszczeniu.
- Ooo, chyba jednak kobiety cię nie pociągają – skomentował z przekąsem Durer. - To dobrze, przynajmniej będę wiedział, że moja narzeczona jest bezpieczna w twojej obecności. Załóż gacie i zrób nam herbaty!
Gabinet łączył się z niewielką kuchnią. Guys pobiegł do tego pomieszczenia, chyba pragnąc jak najszybciej zniknąć nam z oczu. Zaś Durer wyciągnął do mnie rękę, jakby chciał, żebym wstała, więc chwyciłam jego dłoń i to uczyniłam. Objął mnie w pasie i pocałował namiętnie, co spotkało się z pewnym zaskoczeniem z mojej strony. Prawie zabrakło mi tchu, więc kiedy przestał, gwałtownie nabrałam powietrza.
- Teraz, tutaj – rzucił i te dwa słowa wystarczyły, żebym domyśliła się, co chce zrobić.
Pchnął mnie na kozetkę i uwięził pod swoim ciężarem. Nie pozbawił mnie sukni, ale zaczął zdzierać ze mnie pończochy i bieliznę, przy okazji obłapiając każdy skrawek ciała, jaki znalazł się w zasięgu jego rąk. Nie ukrywam, że jego zabiegi szybko doprowadziły mnie do stanu podniecenia, ale wciąż się trochę opierałam.
- Co? Boisz się, że twój pupilek nas nakryje? Niepotrzebnie, tu możemy robić, co nam się podoba.
To, że Durer niczym się nie przejmował, wiedziałam już od dawna. Jednak ja dalej uznawałam pewne granice przyzwoitości, których nie chciałam przekraczać. Niestety nie można było powiedzieć tego samego o Czarnym Sobowtórze. Kiedy moje ciało wpadało w ekstazę, stawałam się bezwolną marionetką, którą ktoś kontrolował. Nic się nie zmieniło. To zbliżenie nie różniło się od pozostałych. Gdy Durer obrócił mnie na prawy bok i uniósł moją lewą nogę, nie marzyłam już o niczym innym, jak o tym, by poczuć go w sobie. Zanurzył we mnie czubek penisa, a ja przygryzłam wargę do krwi, żeby tylko powstrzymać jęk rozkoszy. Przez chwilę drażnił mnie bardzo płytkimi pchnięciami, aż w końcu wsunął całego członka. Tym razem musiałam zakryć usta dłonią.
Nie był tak brutalny jak normalnie, ale za to znalazł inny sposób, by mnie nieco podręczyć.
- Lubisz mojego kutasa, prawda? - spytał, nie zaprzestając swych poczynań.
Nic nie powiedziałam, tylko zamknęłam oczy i całkowicie skoncentrowałam na narastającej przyjemności.
- No dalej... Powiedz, że uwielbiasz mojego kutasa.
Jego penis opuścił moje ciało i teraz czułam tylko czubek, dotykający mojego łona. Próbowałam się poruszyć, sprawić, by przyjemność trwała dalej, ale mój partner mocno mnie przytrzymywał i nie pozwalał na jakiekolwiek działania z mojej strony. Szybko zrozumiałam, że nie da mi rozkoszy, póki nie wypowiem tych plugawych słów. Dałam za wygraną.
- Uwielbiam twojego kutasa.
Znowu mnie spenetrował. Nie potrzebowałam już wiele, by osiągnąć spełnienie. Przestałam nawet myśleć o tym, jak stłumić swoje jęki. Po prostu chciałam doznać wyżyn rozkoszy, i tak też się stało. Po chwili poczułam rozlewające się w moim ciele ciepło, dosłownie i w przenośni. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że Guys, cały czerwony ze wstydu, trzęsącymi się rękami próbuje położyć na biurku tacę z filiżankami. Był tak zakłopotany, że nie wiedział nawet, gdzie spojrzeć.
- Ciekawe, czy teraz ci stanął – powiedział Durer, zapinając spodnie.
Tym razem już nie kazał mu się rozbierać. Przytrzymał jedną ręką wierzgającego chłopaka, a drugą złapał za krocze.
- No proszę... Czyżbym ja tak, na ciebie działał? - zaśmiał się.
Guys wreszcie wyzwolił się z jego uścisku i skulił pod ścianą. Durer chyba uznał swój plan za zrealizowany, bo chwycił tylko filiżankę i wyszedł. Ja usiadłam i niepewnie poprawiłam włosy. Cisza jeszcze nigdy nie była tak krępująca. Po raz kolejny ktoś zobaczył prawdziwą mnie, a ja nawet nie wiedziałam, co powiedzieć. Tłumaczyć się? Zignorować sytuację? Udawać biedną ofiarę? Miałam dosyć kłamstw.
- Pewnie myślisz, że jestem taka jak on – rzekłam możliwie bez emocji.
- Co? - Guys wyglądał tak, jakbym wyrwała go z głębokiej zadumy. - Nie... Oczywiście, że nie jest pani taka jak on... Na pewno musi istnieć jakiś powód... - zreflektował się.
- Istnieje wiele powodów – odparłam. - Ale ten najważniejszy... Widzisz, każdy człowiek ma swoją mroczną stronę, ale większość z nas umie nad tym panować. Trzyma tą mroczną stronę w ukryciu i bardzo rzadko pozwala, by przejęła górę. Ja to lubię nazywać Czarnym Sobowtórem. Bo to ktoś, kto wygląda jak ja, mówi jak ja, ale duszę ma czarną. I robi rzeczy, których nie powinno się robić. Mój Czarny Sobowtór jest silny i czasem mu ulegam. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Przez chwilę Guys wpatrywał się we mnie zmieszany.
- Znaczy się... coś jak skrajnie różne zachowania u jednej osoby? To chyba wiem o co chodzi, bo znam takiego jednego. Nazywa się Vallewida. I czasem jest miły, a czasem jak duch – wytłumaczył chłopak.
Od razu skojarzyłam, co miał na myśli. Byłam kiedyś świadkiem tych zmian osobowości.
- To jeszcze coś innego, ale masz rację, jest pewne podobieństwo – wyjaśniłam. - A skoro już o tym wspomniałeś... Wiesz dlaczego mój... - naprawdę nie chciałam używać słowa „narzeczony”. - Dlaczego Durer tak się nim interesuje?
- Chyba po prostu przypadł mu do gustu. Nazywają go „kobietą Durera”.
Zaśmiałam się gorzko.
- Chyba przejmę ten tytuł – westchnęłam.
- Czy naprawdę musi pani za niego wychodzić?
- Nie muszę.
To prawda, nie musiałam. Ale jak miałam mu to wytłumaczyć, by zrozumiał?
- Lepiej będzie dla mnie i dla mojej rodziny, jeśli będę mieć takiego męża, niż żadnego – powiedziałam.
Bez wątpienia chłopak miał jeszcze do mnie wiele pytań i wciąż czuł się bardzo zakłopotany, ale nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Chyba przywykł już do tego, że otaczają go szaleńcy. Nakazałam mu, by wrócił do pracy.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 01 lis 2012, 09:10

Z trudem podchodziliśmy do tego rozdziału. Pierwsza kwestia, że lepiej nam się czyta, jak mamy dwa rozdziały. Druga zaś, hm, pierwsze dwa-trzy fragmenty czytaliśmy kilkakrotnie, by porzucić czytanie później. Nie mogliśmy przebrnąć przez tę scenę. Męczą nas te sceny co rozdział. W końcu się jakoś udało. Ale początek jest ciekawy, trochę się wyjaśnia z życia bohaterki. Swoją drogą ciekawe, że z jej opowieści czy wspomnień wyłania się kapkę inny obraz ojca, niż z jej troski o niego. Scenka z bardziej ludzką stroną Durera nam się spodobała, trochę oddechu w całym tym ciężkawym klimacie, chociaż wyobrażenie sobie Durera śmiejącego się niezłowieszczo jest nieco karkołomne. I chyba teraz Guys czy Jeanette będą częściej razem, skoro jej pomaga. Może być ciekawie, w sumie są nieco podobni.
W kwestii błędów, rzucił nam się w oczy jeden nadprogramowy przecinek.
Vampircia pisze:Czyżbym ja tak<bez przecinka> na ciebie działał?
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 04 lis 2012, 22:34

Vampircia pisze:Naprawdę jestem ciekawa, czy spodobałby się facetom.

Mnie nie pytaj :roll:
Trochę mi trudno wyobrazić sobie napad na ulicy na czternastolatkę z dobrej rodziny. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby pozwolono jej wyjść samej. Brawa jednak za udaną i szybką zmianę nastroju:
Vampircia pisze:- Pytanie: zamierzasz kupić pudla?
- Nie.
I scena seksu w gabinecie bardzo pasowała do tego Durera, którego poznałam już dzięki Tobie. Nadal nie widzę tu MS. Dobrze, że jest tu trochę więcej Guysa, bo to postać znana osobom, które grały w Enzai, ale nie mi.

PS: Z oglądania Enzai zrezygnowałam.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr

Nie będę także jak ocean bez fal

Nie będę się bała upadać by wstać

Być światłem wschodzącego dnia

Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 19 lis 2012, 17:57

Przepraszam, że tak długo wam nie odpisywałam, ale dopiero teraz jakoś udało mi się zmobilizować do tego fika. Ostatnio u mnie ciężko z pisaniem i w ogóle zajmowaniem się fikami. Rany, jak ja bym chciała mieć już z głowy tą magisterkę.

Zwierz Hienisty pisze:Męczą nas te sceny co rozdział.

Od tej pory powinny być trochę rzadziej, bo się dużo innych rzeczy będzie działo.
Zwierz Hienisty pisze:Scenka z bardziej ludzką stroną Durera nam się spodobała, trochę oddechu w całym tym ciężkawym klimacie

Czyli to nie będzie źle, jeśli pojawi się ich trochę więcej? Początkowo chciałam zrobić z Durera skurwysyna 24h, ale potem stwierdziłam, że to byłoby zbyt nudne i mało realistyczne. Więc jego osobowość chyba jednak okaże się trochę bardziej złożona.
PS: Z oglądania Enzai zrezygnowałam.

Z jednej strony szkoda, a z drugiej może to i lepiej. A czemu zrezygnowałaś?
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 02 gru 2012, 14:07

Rozdział VI

Dziś nie miałam żadnych poważnych przypadków, ale to nie znaczy, że nie wydarzyło się nic wartego wspomnienia. Do gabinetu trafił mężczyzna z rozciętą skronią, co z pozoru nie zapowiadało niczego interesującego. Takie rany krwawią obficie, więc wygląda to dość strasznie, ale nie są groźne, jeśli nie wda się infekcja. Byłam trochę zaskoczona obecnością tego mężczyzny, bo raczej unikał kłopotów i musiałam pierwszy raz interweniować w jego sprawie. Dlatego z ciekawości spytałam, co się stało.
- Grałem w karty z kimś impulsywnym – zaśmiał się.
Dziwiłam się, że potrafi zachować dobry humor w miejscu takim jak to.
- Jak masz na imię? - spytałam.
Wolałam wiedzieć, jak nazywają się moi pacjenci, bo w ten sposób łatwiej nawiązywało się z nimi kontakt. A nie mogłam pamiętać imion ich wszystkich.
- Evan – odparł.
Zamarłam. Najprawdopodobniej był to ten człowiek, o którego pytał Lusca. Nie wiedziałam, co robić. Chciałam wykorzystać sytuację i dać mu jakiś sygnał, ale Bernard towarzyszył nam w ramach bezpieczeństwa. Nie byłam pewna, czy mogę mu ufać. Nie wiedziałam, jak zareaguje. Jednak nie mogłam stracić takiej okazji, by przekazać uwięzionemu człowiekowi słów otuchy. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała.
- To niby drobiazg, ale... obiecasz, że nie powiesz nikomu, co tu usłyszałeś? - spytałam strażnika.
Zdziwił się.
- Nie wiem, co chcesz powiedzieć.
- Obiecasz?
Nie chodziło o nic wielkiego, ale bałam się, że Durer mógłby mieć do mnie pretensje nawet o to. Na szczęście Bernard postanowił mi zaufać, tak jak ja jemu.
- Dobrze – odpowiedział.
Wtedy bezzwłocznie zwróciłam się do pacjenta.
- Widziałam się niedawno z pewnym prawnikiem, który o ciebie wypytywał. Pewnie go znasz. Ma na imię Lusca – wyjaśniłam.
Mężczyzna popatrzył na mnie wielkimi oczami, a jego uśmiech ustąpił miejsca poruszeniu. Był to ten sam rodzaj poruszenia, co w przypadku prawnika, gdy powiedziałam mu, że odnalazłam jego znajomego.
- On... Skąd pani... - wydukał Evan.
- Jest prawnikiem Guysa, być może go znasz. Chciałam go trochę zmobilizować, więc się z nim spotkałam – wytłumaczyłam spokojnie.
- Co u niego?
Nie byłam pewna, czy powinnam wspominać o jego problemie z alkoholem. Zapewne więzień miał już tu wystarczająco problemów. Nie chciałam dawać mu kolejnego powodu do zmartwień.
- Kazał cię pozdrowić – powiedziałam i uśmiechnęłam się. - Jeśli chcesz napisać do niego list, to mogę go mu przekazać.
Wstępny szok minął i po chwili zadumy Evan popatrzył na mnie z powagą.
- Nie, nie chcę pani narażać. Poproszę Guysa o pomoc – rzekł.
- To że jestem kobietą, nie znaczy, że nie mogę podołać czemuś takiemu – odparłam z lekkim oburzeniem.
- Pani nie rozumie. Jeśli pani narzeczony dowie się o tej pomocy więźniom, to może mieć pani problemy – wyjaśnił.
- On ma rację. Lepiej, żebyś nie ryzykowała – wtrącił się nagle Bernard.
Spojrzałam mu w oczy i wiedziałam już, że mogę mu zaufać.
- To tylko drobna przysługa – powiedziałam.
- Dla Durera takie drobne przysługi to kolaboracja z wrogiem. Nie rób tego, proszę. I tak zrobiłaś już dużo. Myślę, że teraz powinnaś więcej uwagi poświęcić własnemu życiu niż cudzemu.
Trudno było nie zgodzić się z Bernardem. Mądrze mówił. Ujęła mnie trochę jego troska i przytaknęłam mu, choć miałam cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła się wykazać.


Rodzice postarali się, by ślub odbył się szybko, i ten dzień w końcu nastał. Dla mnie okazał się mało szczególny. Większość panien młodych pewnie tworzyło w swych dziennikach wielostronicowe opisy swojej sukni, kwiatów, wzruszenia i przedstawiało krok po kroku każdą minutę tego wydarzenia. Ja podeszłam do wszystkiego z obojętnością i robiłam tylko dobrą minę do złej gry. Właściwie moje przeżycia nie były ani pozytywne, ani negatywne. Zdążyłam przygotować się psychicznie do tego ślubu i na perspektywę wspólnego życia z Durerem reagowałam już tylko obojętnością. W końcu sama się na to zgodziłam, więc nie miałam prawa narzekać. Musiałam po prostu znaleźć w sobie na tyle siły i odpowiedniego podejścia do męża, by to życie sobie jakoś ułożyć.
Zjechało się wielu gości, choć nieliczni z nich byli członkami mojej rodziny. Ponieważ ojciec Durera sprawował urząd ministra policji, musiałam dać się obściskać i obcałować licznym dygnitarzom. Pojawiło się nawet kilku pismaków, a Bollanet chełpił się przed nimi, jak to cudownie wejść do tak zacnej rodziny. Odnosiłam wrażenie, że on na tym ślubie korzysta najbardziej ze wszystkich.
Podczas gdy wszyscy pili i bawili się w najlepsze, ja musiałam zaznać nieco ciszy i spokoju, bo ta cała atmosfera zaczynała mnie przytłaczać. Udałam się więc do ogrodu i usiadłam na ławce. Słońce zachodziło, a pożółkłe liście drzew w jego blasku wyglądały jak ze złota. Ten malowniczy widok dodał mi nieco otuchy. Nie sądziłam, by goście prędko zorientowali się, że mnie nie ma. Byli za bardzo zajęci piciem. Ale jednak ktoś zauważył.
- Nie wyglądasz na szczęśliwą pannę młodą – usłyszałam i automatycznie się odwróciłam.
Dziś przed moimi oczami przewinęło się tyle twarzy, że wciąż nie mogłam wszystkich skojarzyć.
- A ty kto? - spytałam.
- Gerard, brat twojego męża.
Zrobiło mi się wstyd, że go nie rozpoznałam. Zwłaszcza, że było widać podobieństwo między nim, a Durerem. Choć jego włosy były ciemniejsze i nie miał tak bujnej grzywy.
- Och... rzeczywiście. - Szukałam jakiegoś wykrętu. - Musiałam się przewietrzyć, bo w tym gorsecie nie mogłam już oddychać.
Gerard zszedł po schodkach i usiadł koło mnie.
- Wiem, czemu za niego wyszłaś. Brat zawsze był ze mną szczery – powiedział. Poczułam się jeszcze bardziej niekomfortowo. Czy znał mój sekret? - Uważam, że bardzo odważna z ciebie kobieta. - Tym stwierdzeniem mnie zaskoczył.
- Odważna? Gdybym była odważna, nie uległabym presji otoczenia – parsknęłam.
- Ale wiedziałaś, na co się piszesz. Nie ukrywajmy, mój brat nie jest dobrym materiałem na męża.
Delikatnie powiedziawszy – miałam ochotę dodać, ale po co? Gerard musiał doskonale wiedzieć, jaki jest Durer. Ale, co ciekawe, on sam sprawiał sympatyczne wrażenie.
- Zawsze był taki? - spytałam.
- Chyba nie ma osoby, która zawsze „byłaby taka”. Wszyscy podlegamy pewnym zmianom.
- A jakim zmianom podlegał on?
- Różnym.
Nie zanosiło się na łatwą pogawędkę. Gerard wyglądał na poważnego i spokojnego jednocześnie, ale chyba nie chciał zdradzać mi zbyt wiele na temat brata.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
- Bo są to rzeczy, których powinnaś dowiedzieć się od niego. A jeśli ci powie, to znaczy, że zdobyłaś jego zaufanie. A to nie lada osiągnięcie.
- Jak zdobyć jego zaufanie?
Przez chwilę łudziłam się, że istnieje jakiś złoty sposób na to, by zrozumieć mojego męża i zaskarbić sobie jego względy, ale to byłoby zbyt proste. Jeśli w ogóle możliwe.
- Niestety nie potrafię ci pomóc. Ja miałem łatwiej, znamy się od dziecka. Chyba jedyne, co ci mogę doradzić... Musisz go zaakceptować takim, jakim jest, bo on się nie zmieni. A przynajmniej nie w znaczący sposób. Zawsze będzie robić to, co robi, to akurat wiem. Ale miewa pewne przebłyski. Musisz tylko nauczyć się je wyławiać.
Nie powiem, żeby ta rada okazała się bardzo pomocna. Tyle to ja już wiedziałam.
- Pewnie chciałabyś, żeby ci obiecał, że wszystko będzie dobrze.
- Cóż...
- To zrozumiałe, każdy by tak chciał. Tylko że ja nie mogę ci tego powiedzieć. Przykro mi. Chciałbym, ale nie mogę. Po prostu nie wiem. Może będzie dobrze, a może nie będzie dobrze? Pewnie łatwiej byłoby mi to przewidzieć, gdybym cię znał.
- W porządku, rozumiem.
- Widzisz, z moim bratem jest ten problem, że on nie do końca rozumie uczucia. I właściwie to nie jestem pewien, czy jest jeszcze do nich zdolny. Ale myślę, że potrafi się do kogoś przywiązać. Więc jeśli ci zaufa i powierzy ci swoje sekrety, to znaczy, że wygrałaś. Życzę ci tego, bratowo, ale to nie będzie łatwe. - Z tymi słowy wstał. - I jeszcze jedno. Uważaj na naszego ojca. Najlepiej nie zostawaj z nim sam na sam.
Ja również wstałam. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale nie miałam już odwagi pytać Gerarda o szczegóły. Obserwowałam chwilę, jak wraca do środka, i znowu usiadłam. Zrobiło się chłodno, ale wciąż nie miałam w sobie na tyle siły, by ponownie stawić czoło tym wszystkim ludziom. Przez chwilę siedziałam, pocierając zmarznięte ramiona, gdy nagle usłyszałam kolejny głos.
- Chyba nie miałem jeszcze okazji złożyć pani życzeń. Czy nie ma pani nic przeciwko, jeśli będę jej mówił po imieniu?
Zmarszczyłam brwi, gdy ujrzałam Guildiasa. Wcale nie miałam ochoty zapraszać tego podejrzanego typa, ale to już nie była moja decyzja.
Podszedł do mnie i ucałował mnie najpierw w jedną, potem w drugą dłoń.
- Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Obyście długo żyli w zdrowiu – powiedział i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w duchu jego słowa bardzo go bawią.
- Dziękuję – rzuciłam beznamiętnie i szybko zabrałam ręce.
- Czy dalej będziesz poświęcać się pracy? - spytał, przenikliwie spoglądając na mnie zza okularów.
- Owszem, nie zamierzam rezygnować.
Wyglądało na to, że moja odpowiedź niezbyt go ucieszyła.
- W takim razie dam ci pewną radę. Nie spoufalaj się z więźniami, bo oni tylko czekają na okazję, by wykorzystać taką ufną istotkę jak ty. W różnych znaczeniach tego słowa. Wiem, że niektórzy mogą z pozoru wydawać się niewinni, ale uwierz mi, że to groźni przestępcy, co do jednego. Tak więc uważaj i nie daj sobie zamydlić oczu, bo oni nawet tak wielkodusznej osobie są gotowi wbić nóż w plecy.
- Jestem pewna, że mój mąż nie dopuści do tego, by stała mi się jakaś krzywda – powiedziałam z przekąsem.
Guildias nic już nie mówił, tylko wrócił do środka. Ja zaś zdałam sobie sprawę, że nawet tutaj nie da się zaznać spokoju. Do tego robiło się dokuczliwie zimno, więc w końcu zdecydowałam się zakończyć swoje samotne (z początku) posiedzenie.


Przeprowadziliśmy się do nowego domu, który znajdował się w dogodnej odległości od miejsca pracy. Zachowałam dawną służbę, ale poza tym czuję się, jakbym zaczęła zupełnie nowe życie. Niekoniecznie lepsze. Mogę pławić się w luksusie jeszcze większym niż poprzednio, ale to nie jest dla mnie wyznacznikiem szczęścia. Liczę jednak na to, że jakoś się ułoży. Bernard zasiał we mnie pewne ziarno nadziei, choć nie mam złudzeń, że w moim małżeństwie nigdy nie będzie miejsca na miłość.
Potrzebowałam relaksu, więc poprosiłam pokojówkę, by przyszykowała mi kąpiel. Częste mycie nie był popularne w tych stronach, ale ja odziedziczyłam pewne nawyki po matce. Kiedy zanurzyłam się w ciepłej wodzie, od razu zrobiło mi się lepiej. Ale chwila samotności nie trwała długo, bo mój świeżo upieczony mąż wszedł do pokoju.
- Pozwolisz, że się przyłączę? - padło z jego ust, po czym zaczął się rozbierać.
Nie wiem, po co pytał. Gdybym powiedziała „nie”, i tak zrobiłby, co chciał. Obserwowałam, jak zdejmuje ubranie, i uświadomiłam sobie, że jeszcze nigdy się przede mną całkowicie nie obnażył. Był dobrze zbudowany i poczułam przyjemny dreszczyk, ale ten widok nie poruszył mnie na tyle, by od razu rozkładać nogi. Za to co innego przykuło moją uwagę. Gdy Durer na chwilę odwrócił się, by położyć ubranie na krześle, zauważyłam, że jego plecy przecina kilka podłużnych blizn. Tak mnie to zaintrygowało, że nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta pytania.
- Co ci się s...
- Nigdy, przenigdy o to nie pytaj – warknął Durer, jakby przewidując, co chcę powiedzieć, i posłał mi najbardziej mordercze spojrzenie, z jakim się spotkałam.
Ten wyraz twarzy tak mnie przeraził, że prawie cała schowałam się w wodzie, wciskając się w ścianę balii.
- Przepraszam... - wydusiłam z siebie półgłosem.
Bez względu na to jak wielka była moja ciekawość, uznałam, że najlepiej nie poruszać tego tematu w najbliższej przyszłości. Na szczęście po chwili jego wyraz twarzy nieco złagodniał, a on dołączył do mnie w kąpieli. Zajął miejsce za moimi plecami i przycisnął mnie do swojej klatki piersiowej. Jego dłonie zacisnęły się na moich piersiach i skłamałabym, mówiąc, że nie sprawiło mi to przyjemności. Wydałam z siebie cichy pomruk, zamknęłam oczy, i przez chwilę nie myślałam o tym, że mój małżonek może planować którąś ze swoich perwersyjnych zagrywek. Przyznam szczerze, trudno było mi w tym momencie przewidzieć jego plany. Gdy udawał czułego, z reguły zwiastowało to jakieś nieprzyjemności, ale tym razem nie umiałam określić, czy jego pieszczoty można za takie uznać.
- Oprzyj się o krawędź – usłyszałam i nie spodobało mi się to.
- Nie będę z tobą uprawiać sodomii – zaprotestowałam.
- A kto tu mówi o sodomii?
Dałam za wygraną. Prędzej czy później i tak dostałby, czego chciał. Oparłam się więc o krawędź balii i z ulgą poczułam, że zamierzał obcować ze mną tak, jak z kobietą się powinno. Jęknęłam z rozkoszy, ale moja przyjemność nie trwała długo. Po kilku rytmicznych ruchach Durer chwycił mnie za włosy i wepchnął mnie twarzą pod wodę. Wpadłam w panikę. Zaczęłam się rzucać i szarpać, chcąc za wszelką cenę wydostać się na powierzchnię, ale był zbyt silny. Po pewnym czasie puścił mnie, bym mogła zaczerpnąć tchu, więc złapałam się kurczowo krawędzi i zaczęłam gwałtownie łapać powietrze. Nie dał mi dużo czasu na wytchnienie. Moja głowa znowu znalazła się pod wodą. Rozpaczliwie próbowałam się wydostać. Czułam jego pchnięcia, ale nie doświadczałam już przyjemności. Znowu mnie puścił. Wzięłam głęboki wdech. I znowu to samo. Powtarzał ten okrutny cykl, aż wreszcie doszedł, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Po raz pierwszy nie doprowadził mnie do spełnienia. Byłam wściekła. Kaszlałam, serce mi waliło, a oczy mnie piekły od wody z mydlinami. To miało być nasze pierwsze pożycie jako małżeństwo? Zły znak.
- Mogłeś mnie zabić, ty podły draniu! - wrzasnęłam i uderzyłam w taflę wody, przy okazji ochlapując Durera.
- Nie zabiłbym cię. Mam doświadczenie w tych sprawach – odparł, lekko rozbawiony moją reakcją.
Mnie nie było do śmiechu.
- Och, masz doświadczenie w tych sprawach? Mam się uważać za szczęściarę?!
- Nie mów mi, że nie było ci dobrze – zadrwił.
- Nie było! Trochę trudno dojść, jak ktoś cię topi. Może spróbujesz? - parsknęłam z sarkazmem.
Chyba mi uwierzył, bo wyglądał na nieco zdziwionego. Najwyraźniej nie byłam aż tak szalona, jak sądził. Myślę też, że trochę się zawiódł. Lubił doprowadzać mnie do spełnienia, bo to utwierdzało go w jego poczuciu wyższości. Dzięki temu żył w przekonaniu, że jest jedynym mężczyzną, który może mnie w pełni zaspokoić. Dlatego gdy nie dał mi przyjemności, jego duma musiała ucierpieć.
Chwycił mnie za nadgarstki i przysunął blisko do siebie.
- Następnym razem będziesz mnie błagać o więcej – powiedział.
- Nie chcę następnego razu.
- Niekoniecznie miałem na myśli ten rodzaj zabawy.
- Na dziś mi naprawdę wystarczy. Ethel! - zawołałam pokojówkę i wyszarpałam się z uścisku męża.
Gdy służąca weszła do środka, odwróciła się zażenowana.
- Może wrócę później? - zasugerowała.
- Nie przejmuj się nim, on nie ma wstydu – rzuciłam oschle i wstałam.
Pokojówka, wciąż czerwona jak burak, podeszła do mnie i owinęła mnie w ręcznik. Starała się za wszelką cenę nie zwracać uwagi na obecność mojego męża.
- Może Ethel chciałby się do nas przyłączyć? - powiedział z przekąsem Durer.
Teraz pokojówka była nie tyle zawstydzona, co przestraszona.
- Jeśli tkniesz kogoś ze służby, to cię wykastruję, jak będziesz spał – syknęłam, dając do zrozumienia, że nie żartuję.
Ryzykowne to było zagranie, ale Durer tylko prychnął.
- Jakby mi brakowało zabaweczek... - stwierdził.
Założyłam ubranie i starałam się już nie myśleć o powodach mojego rozdrażnienia.


Aż trudno uwierzyć, jak małżeństwo podnosi statut kobiety. Nie wyszłam za człowieka lepiej urodzonego ode mnie, a jednak wszyscy zdają się odnosić do mnie z większym szacunkiem niż do tej pory. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy wyśmiewać z nich w duchu. Ale nie ukrywam, że daje mi to przynajmniej poczucie, że to co zrobiłam, nie poszło na marne. Zwłaszcza że moja rodzina nigdy nie była szczęśliwsza.
Nie każdy jednak ma powody do radości. Dowiedziałam się, że Guys przegrał apelację, co mocno odbiło się na jego psychice i nawet do pracy dla mnie nie podchodzi już z takim zapałem jak kiedyś. Pocieszyłam go jednak, że jeszcze nic straconego. Najważniejsze, że prawnik wziął się w garść i postanowił się nie poddawać. A tak przynajmniej słyszałam od chłopaka, bo ja z oczywistych powodów musiałam zaprzestać z nim kontaktów. Cóż, myślę, że zrobiłam już, co do mnie należało, i z resztą Lusca powinien już sobie sam poradzić. Słyszałam legendy na jego temat. Jestem dobrej myśli.
Moje powody do radości również znikają jeden po drugim, jeśli w ogóle jakiekolwiek miałam. Wczoraj zaprosiliśmy na obiad Alice z mężem. Nie chciałam tego, ale Durer nalegał. Czułam, że knuje coś podłego, ale nie znalazłam sposobu, by powstrzymać to, co miało się wydarzyć. Nie jestem w stanie zdobyć się na opisanie szczegółów, bo są zbyt żenujące, więc pozwolę sobie tylko ogólnie o tym wspomnieć. Z początku wydawało się, że wszystko będzie dobrze, ale w pewnym momencie mój małżonek zrzucił maskę normalności i zaczął bez skrępowania mówić o rzeczach na mój temat, które ja wolałam zostawić dla siebie. Goście opuścili nas zszokowani, a ja już wtedy wiedziałam, że widzę ich po raz ostatni. Durer powiedział mi, że jeśli nie potrafią zaakceptować prawdziwej mnie, nie zasługują na bycie moimi przyjaciółmi. Nie sądzę jednak, by chciał mnie tym pocieszyć. Myślę, iż chciał przez to powiedzieć, że tylko on może mnie zrozumieć i że moje życie od tej pory należy do niego. Nie próbowałam się przeciwstawić, bo sama wyraziłam na to zgodę w dniu, w którym powiedziałam „tak”. Dlatego postanowiłam spalić za sobą wszystkie mosty. Może to nowe życie wcale nie okaże się takie straszne? A może niepotrzebnie się łudzę?


Rozdział VII

Wreszcie udało mi się na tyle pozbierać, by wrócić do pisania po dłuższej przerwie. Powiada się, że nieszczęścia chodzą parami, ale na mnie spadły niczym lawina, jedno po drugim. Wciąż trudno mi o tym mówić, trudno mi o tym nawet myśleć, ale postaram się w możliwie najwierniejszy sposób przybliżyć wydarzenia z ostatnich tygodni. Jak tu w ogóle zacząć? Chyba od siostry. Ta tragedia pociągnęła za sobą następne i nie wiem, czy kiedykolwiek się z tego otrząsnę. Juliette swego czasu miała pewnego natrętnego adoratora. Człowiek był chyba niespełna rozumu i wydawał się niebezpieczny, ale po wielu groźbach wreszcie udało się go pozbyć. Tak myśleliśmy. Ale powrócił. Był środek nocy, gdy pod moje drzwi przybył posłaniec z wiadomością. Kiedy dowiedziałam się, że moja siostra została zamordowana... Właściwie nie wiem nawet, jak to opisać. Nie potrafię odwzorować na papierze tego, co wtedy czułam. Może teraz brzmi to sucho, jak raport, ale naprawdę nie wiem, jak to inaczej powiedzieć. Wpadłam w histerię, tak potworną histerię, że zaczęłam wręcz zarzucać mężowi, że to część jakiegoś jego pokrętnego planu. Prawie mu wtedy oczy wydrapałam, ale on na szczęście tym razem był wyjątkowo opanowany i wykazał się jako takim zrozumieniem. Nie żebym mogła liczyć na jakieś szczególne wsparcie z jego strony, ale przynajmniej dał mi się w spokoju wykrzyczeć. Co się działo potem tej nocy pamiętam jak przez mgłę, i w sumie dobrze. Durer nalał mi szklankę wódki na uspokojenie i jestem mu za to wdzięczna, bo przynajmniej jakoś zasnęłam. Dobrze, że czasem odzywają się w nim podstawowe ludzkie odruchy. I w sumie nie wiem, czy to, co wydarzyło się kilka dni później, uznać za właśnie taki ludzki odruch, czy za jeden z jego chorych pomysłów. W każdym razie czułam, że historia się powtarza. Zaprowadził mnie do tego więźnia, jak ojciec kiedyś, i powiedział, że to jest jego prezent dla mnie: oprawca mojej siostry zdany na moją łaskę. I tak miał zostać stracony, ale jednak to mi nie wystarczało, czułam potrzebę zemsty. Sęk w tym, że ja nie potrafiłam tak po prostu zniżyć się do tego poziomu. Chciałam go skrzywdzić, ale nie mogłam. Po prostu nie mogłam. Więc powiedziałam mężowi, żeby zrobił to za mnie. I tak się stało. Zrobił to, a ja stałam i patrzyłam, bez cienia obrzydzenia. Widok, jak Durer okłada go batem, sprawiał mi satysfakcję. Więzień krzyczał, błagał, mówił, że nie chciał jej zabić, że uderzył jej głową w mur, bo za bardzo się szarpała, że to był wypadek, i może mówił prawdę, ale to nie miało znaczenia. Chciałam, by cierpiał.
Wstyd mi teraz, jak o tym pomyślę, ale wtedy poczułam ulgę. Nic nie mogło przywrócić mi siostry, ale naprawdę zrobiło mi się lepiej, tak jakby w świecie znowu zapanowała równowaga. I nie wiem, czy Durer rzeczywiście zrobił to dla nie, czy bardziej dla siebie, ale byłam mu wdzięczna. To prymitywne, ale nic na to nie poradzę. Chyba w każdym z nas są takie odruchy.
Niestety potem zaczęło robić się coraz gorzej. Mój ojciec tak się załamał, że odmówił jedzenia, odmówił wizyt lekarskich, po prostu odmówił życia. I rzeczywiście zmarł niedługo później. Moja matka popadła w taką depresję, że postanowił zerwać z życiem w Paryżu raz na zawsze i wróciła do Sankt Petersburga. A ja została sama ze swoimi problemami i na dodatek zaczęłam podupadać na zdrowiu. Może ja też już odmawiam żyć? Źle się czuję, muszę się położyć.


Czuję się samotna, tak bardzo samotna. Niby otaczają mnie różni ludzie, a mam wrażenie, że zostałam opuszczona przez wszystkich. Ale może to minie i będzie lepiej? Bernard jest miły, dziś przyniósł mi ciasto od swojej mamy. Powiedział, że marnie wyglądam i żebym mu zawsze mówiła, gdy coś jest nie tak. Zaskoczył mnie trochę i poczułam się odrobinę mniej samotna, ale i tak jeszcze nie doszłam do siebie. Może rzeczywiście powinnam z nim porozmawiać?


Dziś postanowiłam porozmawiać z Bernardem tak od serca. Chyba mogę mu zaufać. Wyrzuciłam z siebie wszystko i nie sądziłam, że poczuję taką ulgę. To nie tak, że ból minął jak ręką odjął, ale na pewno zrobiło mi się lepiej. Szkoda, że nie mogę szukać wsparcia w mężu, ale w sumie nigdy tego po nim nie oczekiwałam, więc chyba nie powinnam narzekać. Jest jak jest. Źle, ale może kiedyś będzie lepiej.
- Czy on cię dobrze traktuje? - spytał Bernard.
- Tak – odparłam, ale chyba go nie przekonałam.
W zasadzie co miałam odpowiedzieć? Oczywiście, że nie byłam szczęśliwa, ale jakoś nam się układało. Jak na ludzi, których nie łączyła miłość, a jedynie perwersyjne zapędy, to nawet nieźle.
- I nie żałujesz, że za niego wyszłaś?
- Gdybym tego nie zrobiła, i tak stałoby się, co się stało, a nawet gorzej, bo ze śmiercią taty przepadłaby fabryka, więc nie, nie żałuję.
Taka była prawda. Nie miałam czego żałować. Niektórym ludziom po prostu nie pisane było szczęście.


Mój świat stanął na głowie i chyba już taki pozostanie. Od jakiegoś czasu to podejrzewałam, ale teraz już mam pewność, że jestem w ciąży. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy się bać. Gdybym chociaż mogła liczyć na jakieś wsparcie, gdybym miała rodziców, którzy udzielali by mi dobrych rad i siostrę, która by mnie pocieszała... Pewnie wtedy byłoby mi lżej, a tak nie wiem, co zrobić. Choć właściwie czy mam jakikolwiek wybór? Mogę jedynie starać się być dobrą matką, ale czy podołam? Nie wiem. To chyba nie jest odpowiednia rola dla mnie.
Na razie nie powiedziałam mężowi, sama najpierw muszę się z tym uporać. I jeśli mam być szczera, to nawet nie mam pojęcie, jakiej reakcji się po nim spodziewać. Jednak potrzebuję się komuś zwierzyć. Chyba znowu będzie to Bernard. Jemu mogę zaufać. Może nawet mnie zrozumie.


Dziś cały dzień chodziłam spięta, bo czekałam na dogodny moment, by porozmawiać z Bernardem. Starałam się normalnie wykonywać swoje obowiązki i nie dawać po sobie znać, że coś jest nie tak. Chyba mi się udało, bo nikt nie zadawał zbędnych pytań. Durer był ciągle zajęty i niespecjalnie zwracał na mnie uwagę. Bernard zresztą również nie miał czasu, więc zagadałam do niego dopiero, gdy skończył swoją zmianę. Poprosiłam go na zaplecze swojego gabinetu i upewniłam się, że nikt nas nie słyszy.
- Wiem, że zbyt często przychodzę do ciebie z moimi problemami, ale naprawdę ciężko znaleźć mi inną osobę, której potrafiłabym się zwierzyć – wyznałam.
- Możesz przychodzić nawet codziennie. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Co się stało? Skrzywdził cię? - spytał z niepokojem Bernard.
- Nie, to znacznie poważniejsza sprawa.
- Jak to?
Bernard wyraźnie się zatroskał, więc postanowiłam go dłużej nie trzymać w niepewności.
- Spodziewam się dziecka. Nikt o tym nie wie, poza moją służącą, no i teraz tobą – szepnęłam i już nie próbowałam ukrywać emocji.
Chyba zauważył, jak to przeżywam, bo zmieszał się, jakby nie wiedział, czy powinien mi pogratulować, czy mnie pocieszyć. Po chwili jednak uśmiechnął się i położył mi dłonie na ramionach.
- To wspaniale – powiedział, i muszę przyznać, że brzmiało to szczerze. Ja jednak nie podzielałam jego entuzjazmu.
- Bernard... - westchnęłam. - Czy ty naprawdę uważasz, że jakiekolwiek dziecko zasługuje na takich rodziców?
- Durer długo przebywa w pracy, więc pewnie nawet nie będzie mu poświęcać czasu, więc będziesz mogła je wychować na porządnego człowieka. Na pewno będziesz dobrą matką.
Wtedy sobie uświadomiłam, że przecież Bernard nie zna o mnie całej prawdy. Właściwie to nie chcę, by ją poznawał.
- Uwierz mi, nie będę dobrą matką. Po prostu wiem – oznajmiłam.
- A ja myślę, że się nie doceniasz. I wiesz, co jeszcze myślę? Że może uda ci się coś zmienić, przemówić twojemu mężowi do rozsądku. Jesteś energiczna, charyzmatyczna. Dasz radę. Tylko ci potrzeba trochę wiary we własne możliwości.
Wszystko, co mówił Bernard, brzmiało pięknie, ale on nie znał w pełni mojej sytuacji. Nie wiedział, jak to jest. Nie mogłam tak po prostu sprawić, że wszystko będzie dobrze. Jednak jego słowa dodały mi trochę otuchy. Zawsze jest łatwiej, gdy można z kimś porozmawiać.
- Powinnaś mu powiedzieć jak najszybciej – rzekł Berdnard.
- Wiem, zrobię to jeszcze dzisiaj – westchnęłam. - Jak myślisz, jak zareaguje?
- Nie mam pojęcia... naprawdę. Przykro mi.
Chyba nikt nie miał pojęcia, ale to niczego nie zmieniało. Wiecznie nie mogłam tego odwlekać.


Nie obchodziło mnie, że Durer jest zajęty. Postanowiłam, że powiem mu teraz, i nie chciałam dłużej w sobie tego tłamsić. Byłam przygotowana psychicznie. Teraz albo nigdy.
- Musimy porozmawiać. To ważne. - Zaczepiłam go przy pierwszej lepszej okazji.
- Teraz jestem zajęty – rzucił beznamiętnie.
- To naprawdę bardzo ważne, nie może czekać.
- No to mów.
- Na osobności.
Chyba się trochę zdenerwował, bo popatrzył na mnie z irytacją, ale ja byłam tak zdeterminowana, że mnie to nie zniechęciło.
- To zajmie chwilę, a naprawdę potrzebuję teraz z tobą porozmawiać na osobności – rzekłam bardzo stanowczo.
Durer bardzo nie lubi, gdy coś mu się narzuca, ale tym razem ton mojego głosu chyba go zaniepokoił, bo jednak w końcu ustąpił.
- Masz minutę – mruknął i zaprowadził mnie do swojego prywatnego pokoju.
Stanęliśmy naprzeciw siebie i wtedy słowa uwięzły mi w gardle. Potrzebowałam chwili, żeby się zebrać w sobie. Chwili, która została zakłócona, bo nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł Bollanet, bez zapowiedzi, bez pukania.
- O, jak dobrze, że zastaję was razem. Chciałem was gdzieś zaprosić – oznajmił.
Nie spojrzałam na teścia. Przyszłam tu z Durerem, żeby mu coś powiedzieć, i nie zamierzałam tego odwlekać ani chwili dłużej. Chciałam to już mieć za sobą. Nie powstrzymałoby mnie nawet przybycie samego Bounaparte.
- Spodziewam się dziecka – przemówiłam, patrząc mężowi prosto w oczy.
O dziwo to nie Durer zareagował pierwszy, tylko jego ojciec.
- Naprawdę? Co za wspaniała wiadomość. Moje gratulacje – uradował się Bollanet. - Ogłoszę to podczas mojej przemowy na bankiecie, jeśli nie macie nic przeciwko. Ależ cudowna wiadomość. Czemu nic nie mówisz, Durer? Przecież to wielki powód do dumy dla mężczyzny.
Mój mąż wyglądał na wielce zmieszanego, ale się zreflektował.
- Oczywiście... Po prostu mnie to zaskoczyło – wymamrotał.
- Zaskoczyło cię? To chyba słabo się starałeś – zaśmiał się Bollanet.
Zauważyłam, że twarz mojego męża stężała ze złości i popatrzył na ojca wilkiem. Ten jednak nawet nie zwrócił na niego uwagi.
- Idę posłać kogoś po butelkę szampana – oznajmił Bollanet i wreszcie dał nam chwilę prywatności.
Powinnam teraz poczuć się swobodniej, a jednak poczułam się bardziej skrępowana. Właściwie to nie wiedziałam, co Durer tak naprawdę myśli, bo z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać, poza tym, że jest dalej zmieszany.
- Więc... cieszysz się? - spytałam niepewnie i bez przekonania. Musiał zauważyć, że ja nie tryskam radością.
- W przeciwieństwie do mojego ojca nie dbam o to, co myślą inni – podjął, a ja zaczęłam odczuwać niepokój na myśl, co mogę jeszcze usłyszeć. - Jednak w jednym muszę mu przyznać rację. To jest powód do dumy.
Podobnie jak ja nie wykazywał entuzjazmu, ale jego nastawienie zdawało się bardziej pozytywne od mojego. Jeśli uważa, że to powód do dumy, to może jednak będzie mu zależało na dobru rodziny. Nie robię sobie zbytnich nadziei, ale cieszę się, że wreszcie to z siebie wydusiłam i że nasza rozmowa nie poszła tak źle, jak się obawiałam.


Ostatnio dużo myślałam na temat mojej obecnej sytuacji i dostrzegam pewne plusy. Przyznaję, że moje życie zaczyna nabierać jakiegoś sensu. Po ostatnich tragediach czułam, że nie mam już dla kogo żyć, ale teraz to się zmieniło. Wciąż nie jestem pewna, czy uda mi się zapewnić dziecku dobre warunki do dorastania, ale po rozmowie z Bernardem znalazłam w sobie trochę siły. Muszę zrobić co w mojej mocy, żeby nam się jakoś ułożyło. I przede wszystkim muszę się postarać, by mój mąż choć odrobinę się zmienił. To nie będzie łatwe i pewnie wymaga czasu, ale spróbuję. Będę starała się go lepiej zrozumieć, może wtedy coś osiągnę. Nie wiem, czy się uda. Zobaczymy. Na razie nie chce się przede mną otworzyć i jeśli mam byś szczera, wcale nie spędzamy ze sobą specjalnie wiele czasu. A przynajmniej nie na rozmowach. Ale jeszcze wszystko przede mną, trzeba być dobrej myśli.
Chyba udało mi się względnie podźwignąć. Mam nadzieję, że nie wydarzy się już nic, co miałoby ten stan zaburzyć. Nawet fizycznie czuję się już lepiej i spędzam trochę więcej czasu w pracy. Lubię pracować, to daje mi siłę. A teraz potrzebuję dużo siły.
Guysowi też udało się podźwignąć po ostatnich niepowodzeniach. To zadziwiające, jak wiele nas łączy. On również żyje nadzieją i za wszelką cenę chce zmienić coś, co wydaje się z góry przesądzone. Podziwiam jego determinację, to jak uparcie zdobywa dowody na poparcie swojej niewinności, mimo trudnych warunków. Chciałabym mu pomóc, ale teraz tym bardziej nie powinnam ryzykować. Myślę, że to rozumie. Powiedziałabym nawet, że wykazuje troskę wobec mnie.
- Czy to na pewno dobry pomysł, żeby pani pracowała w tym stanie? - spytał Guys podczas dzisiejszych porządków.
- Czuję się już dobrze – zapewniłam.
- No ale to niebezpieczne miejsce.
- Do tej pory jakoś nic mi się nie stało, prawda? - uśmiechnęłam się.
Trudno mi było wyobrazić sobie siedzenie dzień w dzień w domu. Zwariowałabym z nudów.
- Humor pani dopisuje, to dobrze.
Miał rację, ale nagle przypomniały mi się moje początkowe rozterki i wszystko powróciło. Zaczęłam się na nowo martwić, że nie sprawdzę się w nowej roli, że nie jestem do tego właściwą osobą. Ale wtedy uświadomiłam sobie również, że Guys być może jest jedynym człowiekiem, który umiałby mnie właściwie ocenić, bo znał moją prawdziwą naturę.
- Powiedz mi... tak szczerze... Uważasz, że byłabym dobrą matką? - spytałam.
Wyglądał na zdziwionego moim pytaniem.
- No jasne, że będzie pani dobrą matką. A uważa pani, że nie?
Tym razem to ja byłam zdziwiona.
- No właśnie boję się, że mogę nie być – wyznałam.
- Ale przecież jest pani miła i opiekuńcza. I wszystkim chce pomagać. Pani będzie świetną matką.
On chyba naprawdę mówił szczerze. Tak to przynajmniej brzmiało. Bardzo mnie zaskoczył. Myślałam, że się zawaha, będzie próbował zmienić temat, a on powiedział mi to wszystko bez cienia wątpliwości. Teraz czułam się bardziej pewna siebie, zdecydowanie bardziej, ale to nie znaczyło, że wszystkie problemy przestały istnieć.
- Cóż, nawet jeśli to prawda... Nie powiedziałbyś czegoś podobnego o moim mężu – stwierdziłam z bólem.
Wszyscy tu wiedzieli, jaki jest Durer, i chyba nikt nie umiał wyobrazić go sobie w roli ojca. Nawet ja nie umiałam i to najbardziej mnie przerażało.
- No... nie powiedziałbym – wydukał Guys, wyraźnie zmieszany.
Chyba nie chciał mi zrobić przykrości i mówić, co dokładnie myśli, ale prawda jest taka, że nie musiał, bo wiedziałam.
- Jest nieprzewidywalny i tego najbardziej się obawiam – powiedziałam.
- Ale pani może mieć na niego jakiś wpływ, prawda? - spytał Guys z nadzieją w głosie.
- Nie wiem... Chciałabym, żeby tak było, ale... nie wiem – przyznałam.
Tak wiele niewiadomych i tak wiele obaw... Niby odzyskałam szczęście, ale jednak ilekroć zaczynam dokładnie myśleć o tym wszystkim, one wracają. Te niewiadome i te obawy.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość