18+ [Enzai] Zatarta granica

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 09 sty 2013, 16:52

Robi się coraz ciekawiej... Ktoś taki jak Durer ojcem. Żaden błąd nie rzucił mi się w oczy, ale też ich nie szukałam, dałam się w końcu porwać fabule. Nie potrzebujesz żadnych rad, mogę tylko piać z zachwytu i czekać na dalszy ciąg, co też czynię ;-)
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 09 kwie 2013, 16:13

Przepraszam za skandaliczną długość rozdziału, ale ostatnio kiepsko idzie mi pisanie.


Rozdział VIII

Na razie jakoś się układa. Nie mogę narzekać. Moje relacje z mężem są, co prawda, mało romantyczne, ale względnie normalne. Odkąd dowiedział się, że jestem w ciąży, przestał stosować swoje nieczyste zagrywki. Dużo nad tym myślałam. Wydaje mi się, że to może być jakiś instynkt, i pewnie Durer nie chce ryzykować, że stanie się jakaś krzywda naszemu potomstwu. Zresztą w swoim przypadku również zaobserwowałam różnicę. Mój czarny sobowtór pozostaje w uśpieniu, a perwersyjne potrzeby zeszły na dalszy plan. Cieszy mnie taki stan rzeczy. Nie wiem, czy to tylko stan przejściowy i czy po urodzeniu dziecka nie będzie po staremu, ale wolę trzymać się myśli, że moje życie wreszcie zmieni się na lepsze.
Dalej pracuję, choć mój stan zaczyna być już odrobinę widoczny. Ale dzisiaj przekonałam się, że dłuższy okres spokoju uśpił moją czujność i zapomniałam, w jak niebezpiecznym miejscu przebywam. Wydarzyło się to przed południem, gdy porządkowałam medykamenty. Nagle usłyszałam strzały, co tak mnie zaskoczyło, że upuściłam jedną z fiolek, która roztrzaskała się na podłodze. Rzuciłam się do okna, ale nie zdołałam dostrzec z niego nic poza murami. Przestraszyłam się i zastanawiałam, czy wyjść i sprawdzić, co się stało, czy raczej poczekać na wyjaśnienia. Nie musiałam długo się zastanawiać, bo po chwili ktoś otworzył drzwi i zdałam sobie sprawę, że to mój mąż. Wyglądał na zdyszanego, a w ręku trzymał pistolet.
- Zarygluj drzwi! Mamy bunt! - oznajmił z przejęciem i tyle go widziałam.
Zrobiłam to, co kazał, ale dopiero po chwili dotarło do mnie w pełni, co się dzieje. Dźwięki strzałów się nasiliły, doszły mnie też inne odgłosy. Tupot rozlicznych par butów, zamieszanie, a nawet krzyki. Sytuacja musiała być poważna. A gdy usłyszałam, że ktoś dobija się do moich drzwi, serce podeszło mi do gardła. Zastawiłam drzwi wszystkim, co tylko dałam radę przesunąć, i skuliłam się w kąciku. Wtedy naprawdę byłam przerażona. Nawet nie wiem, ile trwała ta cała akcja, bo całkowicie straciłam poczucie czasu i nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby spojrzeć na zegar. Chciałam tylko, żeby to jak najszybciej się skończyło.
Głosy i wystrzały ucichły, ale ja nie ruszyłam się z miejsca. Strach mnie sparaliżował i bałam się wychodzić na zewnątrz. Więc tkwiłam dalej w niezmienionej pozycji, aż usłyszałam głośne pukanie. Znowu przeszedł mnie dreszcz.
- To ja, Bernard! Otwórz!
Rozpoznałam ten głos. Poczułam, jak moje ciało się rozluźnia. Wstałam, utorowałam sobie drogę do drzwi i otworzyłam je. Gdy zobaczyłam Bernarda, rzuciłam mu się na szyję i nie zamierzałam puszczać. Serce wciąż waliło mi jak szalone i nie chciałam być sama. Wszystko, tylko nie sama. Byłam bliska płaczu, ale wolałam nie wyjść na histeryczkę, więc się powstrzymałam.
- Sytuacja opanowana – uspokoił Bernard.
Gdy się od niego oderwałam, zauważyłam, że jest nieco pokiereszowany, ale nie wyglądał na poważnie rannego.
- Wszystko w porządku? - spytał z troską.
Jedynie przytaknęłam.
- Przepraszam, że pytam, ale... jesteś w stanie pracować?
- Tak...
- Jesteś potrzebna... Są ranni...
Ponownie się zaniepokoiłam. Przypomniały mi się te wszystkie odgłosy walki i wyobraziłam sobie, do czego mogło dojść. Miałam nadzieję, że chociaż nikt nie zginął, ale musiałam liczyć się z najgorszymi scenariuszami. Nie kochałam mojego męża, ale chyba zdążyłam się do niego przywiązać, bo naprawdę się o niego martwiłam.
- Tędy... - Poprowadził mnie Bernard.
Szybko przytłoczył mnie obraz tragicznych skutków tego, co się wydarzyło. Widziałam ślady krwi na ścianach i podłogach, ciała, których wszystkich jeszcze nie wyniesiono. Były to ciała więźniów mało przeze mnie znanych, ale moje obawy nie minęły. Wciąż nie wiedziałam, na ile kto ucierpiał.
W pierwszej kolejności zostałam zaprowadzona do męża i od razu zauważyłam, że krwawi. Niezwłocznie się nim zajęłam i nie sądziłam, że aż tak przejmę się jego zdrowiem. Chwilowo zapomniałam nawet o innych rannych i całą swoją uwagę skupiłam na nim. Ktoś dźgnął go ostrym narzędziem i przebił mu lewy bok, ale na szczęście rana nie była śmiertelna, jeśli się nią szybko i odpowiednio zajęło. Musiał cierpieć, ale nie dawał tego po sobie poznać. Zachowywał się tak, jakby to było tylko lekkie draśnięcie. Opatrzyłam go, ale nie mogłam pozwolić sobie na odpoczynek, bo czekało wielu innych rannych. Na szczęście nie poniesiono wielkich strat, a co najważniejsze Guys był cały i zdrowy.
Kiedy sytuacja została opanowana, wróciliśmy do domu. Durerowi najwyraźniej znudziło się odgrywanie twardziela, bo legł na łóżko, a na jego twarzy pojawił się prawdziwy wyraz bólu. Nie mogłam go tak zostawić. Moje obowiązki jako lekarza i żony były dla mnie priorytetem. Dlatego podałam mu szklankę mocnego trunku na ból i zaczęłam zmieniać opatrunek.
- Jesteś odważny – skomentowałam, by dodać mu trochę otuchy. - Zaimponowałeś mi dzisiaj.
- Nie powinienem był ci pozwalać przychodzić do pracy w takim stanie. Od jutra masz zostać w domu – oznajmił, gapiąc się w sufit.
Właściwie to miał rację. Nieważne, jak bardzo mi się to nie podobało, miał rację. Nie zamierzałam nawet się spierać.
- Tobie też przydałoby się wolne. Nie możesz tak pracować – zauważyłam.
- Muszę.
- Nic nie musisz. Poradzą sobie bez ciebie przez jakiś czas. A jeśli nie chcesz słuchać się kobiety, to idź do jakiegokolwiek innego lekarza. Każdy powie ci to samo.
Durer tylko coś mruknął. Chyba nie miał siły protestować. Postanowiłam delikatnie zmienić temat. Rzadko rozmawialiśmy jak normalne małżeństwo i może to była odpowiednia chwila, by zacząć.
- Zastanawiałeś się już, jak nazwiemy dziecko? - spytałam niepewnie.
- Nie. - Durer wyglądał na mało zainteresowanego.
- Ja pomyślałam, że jak będziemy mieć syna, to moglibyśmy nazwać go Dimitri, po moim dziadku.
- Nie przeszkadza mi to.

***

Dimitri zamknął dziennik, ubrał się pospiesznie i wziął go pod pachę. Następnie wybiegł z domu i mimo ulewnego deszczu pognał do hotelu, w którym rezydował detektyw Suarez. Musiał natychmiast z nim porozmawiać.
Dla Jose sporym zaskoczeniem było ujrzenie zdyszanego Dimitria w drzwiach, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Przeczytałeś? - spytał ze spokojem.
- Nie wszystko. Najpierw muszę mieć jasność.
- Mówiłem ci, że wszystko jest w dzienniku.
Dimitri zignorował słowa Jose.
- Więc mnie okłamali – warknął. - Od pewnego czasu miałem podejrzenia, ale... Kto był moim ojcem? Tak szczerze.
- A co ci powiedzieli?
- Twierdzili, że był to jakiś oficer o imieniu Benjamin. Zasłużony człowiek.
- Okłamali cię.
Dimitri westchnął bezradnie i usiadł obok detektywa.
- Wiedziałem, że Jeanette była moją matką. Wiedziałem, że miała burzliwe życie, ale to... To mnie przerosło.
- Dalej jesteś tą samą osobą, tylko po prostu wiesz więcej. A czy to wpłynie jakoś na twoje życie, to już zależy od ciebie.
- Już wpłynęło.
Młody pisarz wyglądał na oszołomionego, jakby dostał obuchem po głowie. Przeczesał włosy, jego wzrok zdawał się nieobecny.
- Naleję ci – westchnął Jose i wstał.
Po chwili obaj pili koniak. Chociaż w przypadku Dimitria trudno było mówić o sączeniu. Pierwszy kieliszek właściwie wypił duszkiem.
- Przybrani rodzice zawsze trzymali mnie pod kloszem i chyba wiem już dlaczego – wymamrotał. - Myślisz, że... też mam swoją ciemną stronę?
- Każdy ma. Tylko jedni potrafią ją okiełznać, a inni nie. Mnie się udało.
- No właśnie... - Dimitri zamyślił się na chwilę, bo zdał sobie sprawę, jak ciekawym przypadkiem jest detektyw Suarez. W końcu był kiedyś kryminalistą bez oporów. A przynajmniej tyle zdołał wywnioskować na jego temat. - Jak to zrobiłeś?
Jose wzruszył ramionami.
- Ja wiem? Niektóre osoby były takim jakby wzorem dla mnie. Nawet twoje matka. Podziwiałem ją w pewnym sensie. Była kobietą, a osiągnęła dużo więcej ode mnie. Czułem się trochę jak śmieć. Chciałem to zmienić. Wiem, że byłem dla niej niemiły, ale...
- Wybaczam ci... Chyba że zrobiłeś coś, o czym nie wiem.
- Nic nie zrobiłem.
Człowiek do niedawna Dimitrowi całkowicie obcy teraz stał się niemalże kimś bliskim. Nawet gdy siedzieli razem w ciszy, nie czuli się skrępowani. Być może to dziennik przełamał pierwsze lody, zrzucając zasłonę, która chowała Dimitra przed prawdziwym światem.
- Przeczytaj dziennik do końca i nie przejmuj się, że twój ojciec był dupkiem. Nawet nie jesteś do niego podobny – uspokoił Jose.
- Być może nie zewnętrznie, ale skąd wiesz, czy...
- Mówiłem ci już, że wciąż jesteś tą samą osobą. Jeśli do tej pory byłeś normalny, to nie widzę powodu, czemu miałbyś się nagle zmienić. Nie myśl już o tym tyle.
Dimitri oblizał w skupieniu wargi i ze zdecydowaniem chwycił dziennik w obie ręce.
- Masz rację, muszę go przeczytać do końca – stwierdził i wstał. - Dzięki.
Pożegnał się, ale obiecał, że niebawem przyjdzie znowu, gdy już pozna całą historię.

***

W małżeństwie, w którym nie ma miłości, po pewnym czasie zaczyna się wykształcać przywiązanie i, jak już wspominałam, zaczęłam to przywiązanie odczuwać. Chciałam dobrze dla swojego męża i myślę, że on chciał dobrze dla mnie. Było już późno, więc pomogłam mu zdjąć mundur, po czym sama zaczęłam się rozbierać. Ale nie planowałam jeszcze snu. Właściwie to miałam pewne niezaspokojone potrzeby.
- Zaraz sprawię, że przestanie boleć – powiedziałam i uśmiechnęłam się sugestywnie.
Wiedziałam, że go nie poniesie, bo w tym stanie raczej nie mógł się zdobyć na nic ostrzejszego. Wykorzystałam to. Po raz pierwszy to ja byłam górą, w każdym znaczeniu tego słowa. I chyba mu się podobało, sądząc po jego minie. Nie przypuszczałam, że subtelna i wyważona miłość może przynieść tyle przyjemności. To bez wątpienia było nowe doświadczenie dla nas obojga i zdecydowanie pomyślne. Mimo ran mój mąż zasnął praktycznie od razu, a ja przez jakiś czas delektowałam się myślą, że może już zawsze będzie tak dobrze.


Durer pogodził się z faktem, że tego dnia do pracy nie przyjdzie. Zresztą i tak nie zwlókł się prędko z łóżka. Poprosiłam więc służbę o przygotowanie śniadania dla dwóch osób. Jak tak teraz o tym myślę, to chyba nigdy wcześniej nie jedliśmy wspólnie śniadania. Nawet cisza nam specjalnie nie przeszkadzała, chociaż zastanawiałam się, co też może mu chodzić po głowie. Był taki zadumany i skupiony na jedzeniu. Zapewne rana mu doskwierała i nie miał za bardzo ochoty na rozmowę. Jednak w pewnym momencie odezwał się, a to, co powiedział, ogromnie mnie zaskoczyło.
- Dziękuję – rzucił, jakby od niechcenia.
Na chwilę przestałam jeść i spojrzałam na niego zdziwiona.
- Za co? - wymamrotałam.
- Za dobrą robotę wczoraj. Poprzedniemu lekarzowi bałbym się powierzyć.
- To nie było zbyt skomplikowane.
- Muszę przyznać, że baby mają smykałkę do takich rzeczy. Moja babcia zawsze miała sposób na każdą dolegliwość.
Poczułam się doceniona jak nigdy dotąd. Zaczęłam wierzyć, że rzeczywiście jestem w stanie zapanować nad swoim życiem. Że moje czyny nie są bez znaczenia.
- Bardzo cię boli? - spytałam.
- Jest lepiej niż wczoraj.
Po jego minie widziałam, że wciąż nie czuje się zdrowy.
- Dobrze by było, żebyś w najbliższym czasie się nie forsował. Nie musisz cały czas leżeć w łóżku, ale lepiej nie opuszczaj domu.
Tak jak myślałam, Durerowi to się nie spodobało. Przez chwilę nawet bałam się, że odwoła wszystkie te miłe rzeczy, które przed chwilą powiedział. Ale na szczęście tylko mruknął:
- Zanudzę się na śmierć.
- Przecież ja też tu będę. Znajdziemy sobie jakieś zajęcie. Co lubisz robić w wolnym czasie?
Moje pytanie okazało się trudniejsze, niż myślałam. Zdałam sobie sprawę, że mój mąż rzadko dysponował czymś takim jak „wolny czas” i szczerze powiedziawszy, niezbyt mu to przeszkadzało. Jego praca była jego życiem, smutne i przerażające. Nie zdziwiłabym się, jeśli to właśnie przez to zapomniał, czym jest człowieczeństwo. Ten odpoczynek mógł się okazać dla niego bardziej zbawienny, niż myślałam.
- Ja wiem... grać w karty? - Po dłuższym namyśle Durer zdobył się na odpowiedź, choć bez przekonania.
- Dobrze, możemy pograć w karty – przytaknęłam.
Po śniadaniu tak też zrobiliśmy. Nigdy nie uważałam tego za najlepszy sposób spędzania czasu, ale tym razem tak przyziemna czynność nabrała innego wymiaru. Poczułam się jak normalny człowiek, z normalnym życiem i rodziną. Człowiek, który cieszy się z prostych rzeczy i nie ma żadnych większych zmartwień. Wiem, że to chwilowe, a może nawet złudne. Szczęście w tej banalnej, przyziemnej formie nie będzie trwało wiecznie. Ale dostałam szansę na udowodnienie, że jednak możemy żyć w harmonii. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, bo jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jest dużo lepiej niż było kiedyś. Dawno nie przeżyłam już tak spokojnego dnia, bez żadnych udręk psychicznych. Będę się starała, by takie chwile zdarzały się częściej.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 16 kwie 2013, 16:06

Długość rozdziału... Krótkie, ale treściwe. I widziałam już bardziej skandalicznie krótkie.
Rozdział, mimo braku scen ostrego seksu, nie jest nudny: najpierw bunt w więzieniu, a potem gra w karty :-) . Podejrzewałam kim może być Dimitri, więc ta informacja mnie nie zaskoczyła. Ciekawa jestem jednak co się stanie z Jeanette i Durerem, skoro ich dziecko będzie wychowywać inna rodzina.
Jak zawsze czekam na dalszy ciąg.
Nie będę jak liść porwany przez wiatr

Nie będę także jak ocean bez fal

Nie będę się bała upadać by wstać

Być światłem wschodzącego dnia

Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 04 lip 2013, 11:51

Rozdział IX

Jestem względnie szczęśliwa, ale często narzekam na nudę. Spędzam w domu tak wiele czasu, że zaczyna mi się to przykrzyć. Wiele osób dałoby wszystko, by móc leniuchować całymi dniami i wyręczać się służbą, ale ja odwykłam od takiego życia. Nie ma też zbyt wielu osób, z którymi mogłabym spędzać czas. Czytam, spaceruję, nawet zaczęłam haftować, ale to nie dla mnie. Zdecydowanie lepiej czułam się, wykonując pracę, która rzeczywiście wydawała mi się pożyteczna.
Jednak dzisiaj spotkała mnie miła niespodzianka. Zajmowałam się tym, czym z reguły zajmuję się przez ostatnie dni, czyli odpoczywaniem, gdy nagle przyszedł lokaj i oznajmił, że mam gościa. Zdziwiłam się. Nie mam przyjaciół, a rodzina jest daleko stąd. Zachodziłam w głowę, kto to może być, więc poleciłam lokajowi, by natychmiast go do mnie przyprowadził. Przeżyłam pozytywne zaskoczenie, gdy zdałam sobie sprawę, że to Bernard. Dziwne, zupełnie o nim zapomniałam. Przyjaźniliśmy się przecież, a jeszcze ani razu nie spotkałam się z nim poza godzinami pracy.
- Moja mama upiekła ciasto, więc pomyślałem że... - Zarumienił się, gdy wręczał mi słodki podarunek.
Byłam niesamowicie uradowana. Nie dlatego, że dał mi prezent, tylko dlatego, że przyszedł.
- Bernard... Nie spodziewałam się ciebie. Skąd ta nagła wizyta? - spytałam.
- Stęskniłem się za tobą. Poza tym wiem, że twój mąż rzadko bywa w domu. Pomyślałem, że musisz czuć się samotna. A że mam dziś wolne...
Wyglądał naprawdę uroczo, kiedyś się rumienił, a ja wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że tak miło mnie zaskoczył. Kazałam służącej zaparzyć herbatę i pokroić ciasto. Chciałam zająć się gościem najlepiej, jak się da.
- Jak się czujesz? - spytał Bernard.
- Dobrze. A teraz to nawet świetnie.
- To dobrze.
- A co u ciebie? Jak tam w pracy? Po staremu? Nic się nie zmieniło?
- Żadnych... szczególnych wydarzeń?
- Nie.
Właściwie to cieszyłam się, że nie wydarzyło się nic „szczególnego”, bo w więzieniu takie „szczególne” wydarzenia z reguły nie oznaczały niczego dobrego.
- Ładny dom – skomentował Bernard, gdy na chwilę zapadła cisza.
Chyba nie do końca wiedział, co ze sobą zrobić. Sądzę, że rzadko gościł u zamożnych dam. Wyglądał na nieco skrępowanego.
- Gdybyś chciała do kogoś napisać list, to mógłbym... - Znowu nagle zmienił temat i się speszył.
- To dobry pomysł.
List z zewnątrz na pewno dodałby Guysowi trochę otuchy, więc wzięłam papier i pióro, po czym naskrobałam coś na szybko. Nic nadzwyczajnego, ale zawsze coś. Bernard wyglądał na zadowolonego z faktu, że może mi w czymś pomóc i mnie uszczęśliwić. Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, ale chyba bał się powrotu mojego męża, bo dość szybko dał do zrozumienia, że musi się zbierać. Obiecał jednak, że jeszcze mnie odwiedzi.


Zbliżały się urodziny mojego męża, a ja doszłam do wniosku, że powinnam dać mu coś wyjątkowego. I nie miało to związku z żadnymi uczuciami względem niego. Po prostu stwierdziłam, że może gdy ja okażę mu jakieś zainteresowanie, on zacznie okazywać je również mnie. Pewności nie było, ale wolałam spróbować. I tak nie miałam zbyt wiele do roboty, a w ten sposób mogłam przynajmniej znaleźć sobie jakieś zajęcie i jakiś cel. Ponieważ przygotowanie wszystkiego wymagało sporo czasu, zabrałam się za to odpowiednio wcześnie i poprosiłam Bernarda o pomoc. Dziwnie się czułam, wysilając tak dla mojego męża, ale przynajmniej żyłam nadzieją, że doceni moje starania.
Kiedy nadszedł odpowiedni dzień, oznajmiłam Durerowi, że na mieście czeka go niespodzianka. Muszę przyznać, wyraz jego twarzy był wart zachodu. Wyglądał na bardzo zaciekawionego i najwyraźniej nie spodziewał się czegoś takiego. Pewnie nie pamiętał już, kiedy ostatni raz ktoś mu coś dał, lub zrobił dla niego bezinteresownie. Przypuszczam, że nawet nie wiedział, co to znaczy bezinteresowność i żywiłam nadzieję, że się tego nauczy.
Udaliśmy się do miasta. Durer był zmieszany, gdy prowadziłam go wąskimi uliczkami, daleko od bogatych dzielnic, ale ja doskonale wiedziałam, co robię. Trafiliśmy do miejsca, w którym chyba nie spodziewał się znaleźć. Dookoła, na wszystkich ścianach, znajdowały się różne rodzaje broni, ale mnie nie interesowała żadna z nich. Przyszłam po coś specjalnie zamówionego na tę okazję.
- Ma pan to, o co prosiłam? - spytałam właściciela.
- Oczywiście.
Mężczyzna przyniósł pudełko, a w środku znajdował się ten niezwykły upominek.
- Ma pan prawdziwe szczęście. To nowa technologia. Niewielu miało okazję się z nią zetknąć – rzekł właściciel, wyjmując pistolet. - Ta sprytna broń pozwala na oddanie wielu strzałów pod rząd. Nie trafiła jeszcze do masowej produkcji, więc naprawdę może czuć się pan wyjątkowy. Żona musi bardzo pana kochać.
Poczułam się niezręcznie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Najważniejsze, że prezent się udał. Nie lubię huku wystrzałów i zatkałam uszy, gdy Durer testował nową broń, ale cieszyłam się, że widzę u niego radość spowodowaną czymś innym, niż zadawaniem ludziom kaźni. Wyraźnie polubił swoją nową zabawkę i choć nie okazał mi jakiejś szczególnej wdzięczności, ja poczułam się usatysfakcjonowana.
- Musisz chronić swoją rodzinę – powiedziałam, próbując uzasadnić taki, a nie inny wybór.
- Nie martw się. Póki nie mieszasz się w męskie sprawy, nic ci nie grozi – odparł, celując w tarczę.



Ostatnio czuję się źle. Nie wiem, co się dzieje. Czy zjadłam coś niedobrego, czy bierze mnie jakaś choroba? Mam nadzieję, że nie, ale bardzo osłabłam. Może to minie, może to nic poważnego? Pomyśleć, że cała ta moja wiedza medyczna, niezbyt się przydaje. Ale wczoraj poczułam się trochę lepiej, więc może rzeczywiście to samo przejdzie. O tak, żeby tylko przeszło. Nie chcę chorować. Nie mogę chorować.


Miałam bardzo długą przerwę w pisaniu. Właściwie to nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane wziąć dziennik do rąk. To że żyję i mój mały Dimitri również, to naprawdę cud, bo mój pogarszający się miesiącami stan wskazywał co innego. Leżałam tak długo w łóżku, niezdolna do czegokolwiek. Niewielkie dawali mi szanse, a jednak znalazłam w sobie wystarczająco siły, by to przezwyciężyć. Może ja mam żyć, bo jest dla kogo żyć? Dimitri urodził się zdrowy i prześliczny. Mogłabym opowiadać o nim godzinami. Jest taki spokojny jak na niemowlę, taki pocieszny. Poświęcam mu każdą minutę każdego dnia i napawam się każdą chwilą z nim spędzoną. Nawet jak śpi, a ja go tulę, to czas mi się nie dłuży. Mogłabym tak spędzić wieczność.
Czasami trudno mi powiedzieć, co siedzi w głowie mojego męża. Nie poświęca mi zbyt wiele czasu, ale nie sądzę, byśmy wraz z Dimitrim byli mu obojętni. Zresztą, może tak jest lepiej. Sama dam sobie radę, a im mniej on będzie ingerował w moje życie, tym większa szansa, że nasz syn wychowa się w zdrowej atmosferze.
Odwiedził mnie Bernard. Ucieszyłam się. Myślę, że będzie kiedyś dobrym mężem i ojcem. Dałam mu nawet potrzymać Dimitria. Maluch w ogóle nie płakał. Zabawne, obecności dziadka w ogóle nie toleruje. Ja zresztą też coraz mniej. Na szczęście Bollanet rzadko tu przychodzi. Raz Durer powiedział mi, żebym nigdy pod żadnym pozorem nie zostawała sam na sam z jego ojcem. Twierdzi, że to zły człowiek. W ustach Durera zabrzmiało to dość absurdalnie, ale coś w tym musi być. Będę się mieć na baczności.


Wreszcie zaczęłam znowu wychodzić z domu. Wróciły mi siły i często zabieram Dimitria na spacery. Wprost nie mogę uwierzyć, jak szybko on rośnie. To niesamowite. Mogłabym patrzyć na niego cały czas. No, prawie cały czas. Przyznaję, że w pewnym momencie zapragnęłam małej odmiany, więc dziecko zostawiłam ze służącą, a sama udałam się na spacer po mieście. Po tak długim czasie spędzonym w łóżku było to odświeżające doświadczenie. Nie sądziłam, że można czerpać tak wielką radość ze zwykłych, z pozoru nic nie znaczących rzeczy. Mój czarny sobowtór już mnie nie dręczy, zepchnięty w cień, a dawne troski przestały istnieć. Przechadzałam się miastem, podziwiając każdy zakamarek i kamienicę, gdy ujrzałam człowieka, o którym niemalże zapomniałam. To był ten prawnik, któremu swego czasu starałam się pomóc. Pamiętam jaki obraz nędzy i rozpaczy sobą prezentował, kiedy spotkałam go po raz pierwszy. Teraz był eleganckim, zadbanym człowiekiem. Rozpoznał mnie i chyba ucieszył go mój widok. Sama się ucieszyłam. Było tyle do nadrobienia, że postanowiliśmy usiąść na chwilę w pobliskiej kawiarni. Nie sądziłam, że będzie wiedział tak dużo.
- Słyszałem, że rodzina ci się powiększyła. Moje gratulacje – powiedział.
- Pewnie sporo słyszałeś.
- Wielu słyszało. Twój teść jest osobą publiczną. Takie wieści szybko się rozchodzą. Ale wyglądasz na szczęśliwą. To dobrze.
- Jest lepiej niż myślałam, że będzie. Mam nadzieję, że twój klient...
- Guys? Jest szansa na udowodnienie jego niewinności, ale to jeszcze trochę potrwa. Mam jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia, tyle elementów do poukładania...
- Pomogę ci – rzekłam bez zastanowienia.
Mój pomysł mu się nie spodobał.
- Już kiedyś o tym rozmawialiśmy i była umowa. Nie mieszasz się w to więcej – odparł stanowczo.
- Wiem... - westchnęłam. - Ale trochę mi tego brakuje. Przydałaby mi się czasem jakaś odmiana. No wiesz, wyzwanie.
- To zbyt niebezpieczne.
- Będę ostrożna. Zajmę się drobiazgami.
- Proszę...
- Nie, to ja proszę.
Próbowałam go przekonać. Zależało mi na tym. Spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem, a on westchnął.
- Dobrze, ale tylko raz. Pomożesz mi w czymś mało wymagającym, a potem odsuniesz się od tego.
- Zgoda.
Cieszyłam się, że mogę wreszcie zrobić coś pożytecznego poza ścianami mojej posiadłości.


Przyznaję, że moje wpisy ostatnio robią się coraz rzadsze, ale to dlatego, że mam zdecydowanie więcej zajęć niż kiedyś. Moja współpraca z adwokatem jednak nie zakończyła się szybko, bo zrobiło się spokojniej i uznaliśmy, że nie ma powodu do obaw. Choć Lusca trochę oponował, dało się go przekonać. Cały czas mam co robić, i to jest najważniejsze.
Dzisiaj miałam gościa, ale nie takiego, jakiego bym sobie życzyła. Przyszedł Bollanet, ostatnia osoba, z którą chciałam się widzieć. Ale nie mogłam go tak po prostu wyrzucić, więc zaprosiłam go do salonu, żeby powiedział, czego chce. Zamierzałam szybko go spławić.
- Przyniosłem wam naprawdę dobrego szampana. Przyda się na jakąś specjalną okazję, na przykład pierwsze urodziny Dimitria. - Położył butelkę na stole. - A właśnie. Mógłbym zobaczyć wnuka? Rzadko mam ku temu okazję.
- Śpi – rzekłam oschle.
- Poczekam, nigdzie mi się nie spieszy. W tak miłym towarzystwie to będzie przyjemność.
Zbliżył się do mnie i dotknął moich włosów, ale ja odskoczyłam. Zmarszczyłam brwi.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię. Po prostu podziwiam twoją urodę – powiedział.
Kłamał. Wiedziałam, że chce czegoś więcej niż podziwianie. Złapał mnie za rękę, więc znowu odskoczyłam, ale natrafiłam na ścianę. Na chwilę zamarłam, czując się, jak w potrzasku, ale wybawienie przyszło szybko.
- Łapy przy sobie! - krzyknął Durer, jak tylko przekroczył próg. Nieźle mnie tym zaskoczył, bo nie spodziewałam się go tak wcześnie.
- Przecież nic takiego nie robię – odparł spokojnie Bollanet.
- Wynocha!
- Uważaj na słowa.
- Wyjdź!
Mój teść rzucił Durerowi mroźne spojrzenie, ale o dziwo spełnił jego prośbę. Minę jednak miał niewzruszoną. Naprawdę przestraszyła mnie cała ta sytuacja.
- Złożył mi dziś wizytę, więc domyśliłem się, że tu przyjdzie – wytłumaczył Durer. - Mówiłem ci, żebyś nie zostawała z nim sam na sam.
- Przepraszam... - wydukałam.
Nic więcej nie usłyszałam. Mój mąż wyszedł, a ja zostałam sama z wciąż szybko bijącym sercem.


Uważam, że Durer nie traktuje mnie z obojętnością, ale nie umie wyrażać ludzkich uczuć. Czasami mam wrażenie, że unika mnie, bo nie wie, jak się zachować w obecności mojej i Dimitria. Myślałam, że to dobrze, że w ten sposób będzie bezpieczniej, ale zaczynam czuć się samotna. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś mnie objął czy przytulił. Dobrze, że chociaż mam swojego synka. I Bernard też czasami dotrzymuje mi towarzystwa. Uwielbiam się z nim spotykać. Dzisiaj wybraliśmy się na spacer z dzieckiem. Czułam się trochę dziwnie, bo to mąż powinien mi towarzyszyć, ale skoro na niego nie mogę liczyć, to dobrze, że chociaż mam przyjaciela.
- Mówiłem ci, że będziesz dobrą matką – skomentował Bernard, gdy przechadzaliśmy się po parku.
- Chyba za wcześnie, żeby wyciągać takie wnioski, ale miło, że tak myślisz.
- Kiedyś przyznasz mi rację.
- Mam nadzieję. Pomyśl sobie, za kilka lat Dimitri będzie do ciebie mówić wujku Bernardzie – zaśmiałam się i rozmarzyłam. - Szkoda, że nie możemy spotykać się częściej.
- Gdybym tylko mniej pracował... Ale wiesz co? Mogłabyś kiedyś mnie odwiedzić. Jeszcze u mnie nie byłaś. Co prawda mój dom nie jest tak piękny, jak twój, ale...
- Z przyjemnością – uśmiechnęłam się.
Znowu się rozmarzyłam. A właściwie to naszły mnie myśli, których mieć nie powinnam, ale nie poradzę nic na to, że same mi się pchają do głowy. Zastanawiałam się, jak by to było, gdyby to Bernard został moim mężem, a nie Durer. Jak wyglądałoby wtedy moje życie? Na pewno byłoby inne, zupełnie inne. Ale sama dokonałam wyboru i musiałam się z nim pogodzić. Zresztą nie było tak źle.
- No to następnym razem widzimy się u mnie – powiedział Bernard.
Przytaknęłam z rozkoszą.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Zwierz Hienisty
pomocnik
Posty: 713
Rejestracja: 04 gru 2010, 13:09
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn
Kontaktowanie:

Postautor: Zwierz Hienisty » 22 lip 2013, 12:26

Na początek dwie literuffki:
Vampricia pisze:A ja została sama ze swoimi problemami i na dodatek zaczęłam podupadać na zdrowiu

Vampircia pisze:Nawet twoje matka

Vampircia pisze:Pomyśleć, że cała ta moja wiedza medyczna, niezbyt się przydaje.
A tu przecinek.
No, poprawność z głowy.

Doczytaliśmy wreszcie Granicę do końca. Ogólnie rzecz biorąc niewiele możemy powiedzieć, bo narzekactwa nie mamy za bardzo nad czym uprawiać (pornosceny znikły, chwała za to, mieliśmy ich już dość). Przeczytaliśmy jednym ciągiem i pewnie nie zwróciliśmy uwagi na technikalia, bo w sumie co my będziemy się wypowiadać, jak wiadomo, czego nam zawsze za mało. Więc może przejdziemy do dalszych kwestii. Na przykład fabularnych.

Bohaterka nadal nie poraża marysuizmem, chociaż widać, że jest wspaniała i w ogóle - ale pomaga, że ona sama tak nie uważa, to trochę zbija jej cudowność. Byłaby bardziej marysuistyczna, gdyby na przykładzie mordercy swej siostry nauczyła Durera wyrozumiałości, litości i wybaczania, a ona przygląda się, jak Durer sprawcę biczykiem ćwiczy. Jej wcześniejsza emocjonalna "drewnianość" trochę zmiękła - co te bachory robią z ludźmi, no...
W każdym razie domyślamy się już trochę, dlaczego uznajesz ją za Marię Zuzannę - udaje jej się oswoić do pewnego stopnia takiego Durera, pewnie w swych domysłach w kwestii jego nastawienia ma rację, wszyscy ją lubią, do tego wszystkie cechy, które przypisują jej Bernard i Guys faktycznie mogą składać się na podejrzanie pełen zalet obraz. No ale jak wspomnieliśmy, póki ona sama mało zdaje sobie z tego sprawię i ma o sobie raczej niskie zdanie, przesada tutaj nie grozi.

Durer natomiast... no, on wiele zyskuje z biegiem fabuły - o ile w grze był czystym sukinsynem, o tyle tutaj faktycznie pokazane jest, że nie jest maszynką do czynienia zła. Chociaż epizod z przyjaciółmi Jeanette był trochę w tym stylu. Dumamy, czy oboje nie przejadą się ostro na tym zamykaniu jej w klatce, ostatecznie dziewucha się na naszych oczach w innym strażniku zakochuje, dżizas, trójkąt w tej sytuacji nie może się skończyć nietragicznie, hyh. W każdym razie plus duży za rozwinięcie tej postaci, pokazanie jej od strony niewięziennej codzienności dodaje Durerowi nowy wymiar i przestaje on być tylko płaską, w ciemnych barwach utrzymaną papierową kukiełką.
Ale Bollanet pozostaje Bollanetem, hyhy, bo o ile Durera można próbować interpretować, to Bollanet jest na to zbyt brzydki, za gruby i zbyt obmierzły xD
Dymitr/Dimitri też sporo zyskał - nie jest już taką pierdołą, chociaż pojawił się dosłownie na chwilę. Nie pali cegły, to dobrze. Widać, że ten pamiętnik już zdążył go wykrzywić tak jak nas samo Enzai xD niech się hartuje, pensjonarka jedna. Swoją drogą jego pochodzenie jednak było sporym zaskoczeniem i wreszcie nas zaciekawił. Dumamy teraz, jak doszło do tego, że on nie znał swoich rodziców. Normalnie jak kryminał.

Nu, ogólnie opowiadanie zaliczyło duży progress, podobnie jak postacie ISETu, tak tutaj też nabierają powoli kolorytu i sprawniej ładują się w fabułę. Początkowo mogło wyglądać trochę jak mozaika epizodów, ale teraz wątki zaczynają się zbiegać i układać w całość. Bernard wypada także sympatycznie, a zdaje się jest to jedna z niewielu autorskich postaci... chociaż nam narzuca się wyobrażenie go jako tego Strażnika B z niebieskimi włosami.
"…so that's why I'm trying to figure out if there is something I need to figure out and then figure that out before it's too late and all hope is lost."

Myszkomiks!

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 22 lip 2013, 12:55

Zwierz Hienisty pisze:Bernard wypada także sympatycznie, a zdaje się jest to jedna z niewielu autorskich postaci... chociaż nam narzuca się wyobrażenie go jako tego Strażnika B z niebieskimi włosami.

To dobrze ci się narzuca, bo to właśnie on. B jak Bernard:P A ostatni rozdział już jest, tylko czeka na betę.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 22 lip 2013, 22:46

Rozdział X

To miłe, że Bernard zaprosił mnie do siebie. Żyje w niewielkim mieszkaniu. Jest skromne, ale bardzo zadbane. Byłam zaskoczona, że kawaler tak dba o czystość. A może wysprzątał specjalnie na tę okazję? Moja obecność chyba go zawstydziła, ale powiedziałam mu, że jego domostwo bardzo mi się podoba. Nie trzeba opływać w luksusy, by godziwie przyjąć gościa. Bernard zaproponował wino i ser, a to w zupełności mi wystarczyło.
- Cieszę się, że przyszłaś – powiedział, gdy stuknęliśmy się kieliszkami.
- A ja cieszę się, że mnie zaprosiłeś.
- Powinienem był zrobić to dawno temu.
- Lepiej późno niż wcale.
Chyba nie do końca wiedział, jak się zachować i jaką nawiązać rozmowę. Cisza go krępowała, ale nie mnie. Ja czułam się doskonale w jego towarzystwie i nie potrzebowałam niczego więcej. Mogliśmy tak siedzieć i patrzyć się na siebie, i nie sprzykrzyłoby mi się to.
- Jak tam maluch? - spytał w końcu Bernard.
- Bardzo szybko rośnie. Czasami mam wrażenie, że lada dzień zacznie wypowiadać swoje pierwsze słowa.
- I wszystko jest w porządku? Znaczy się... Nie masz problemów z mężem?
- Prawie nigdy nie ma go w domu, więc raczej nie ma możliwości stwarzania problemów – rzekłam z ulgą i goryczą jednocześnie.
- To chyba dobrze, no nie?
- Chyba... - Naszła mnie niespodziewana refleksja, która zagościła w moim umyśle nie po raz pierwszy. - Czasami to tak się zastanawiam... - urwałam. Nie byłam pewna, czy w ogóle powinnam poruszać się ten temat.
- Nad czym się zastanawiasz?
Opróżniłam kieliszek, ale to nie pomogło. Wciąż się wahałam. Naprawdę miałam ochotę wyrzucić z siebie wiele rzeczy, ale bałam się takiej dogłębnej szczerości. To mogło pokomplikować sprawy.
- A nic... - westchnęłam. - No wiesz... Czasami zastanawiamy się, jak by to było gdyby.
- Gdyby co?
Tym razem ja się zawstydziłam, ale chyba nie był już odwrotu. Wiedziałam, że Bernard będzie naciskać. Za bardzo wzbudziłam jego ciekawość.
- No tak czysto teoretycznie... Zastanawiałam się, jak by to było... gdyby... Przykładowo gdybyś to ty był ojcem Dimitria. Jakby to było?
Myślałam, że bardziej go zaskoczę. Bernard wcale się nie zbulwersował, ani nawet specjalnie nie speszył. Może wino go ośmieliło, a może sam miewał takie myśli?
- Mam nadzieję, że byłbym dobrym ojcem, ale tego nigdy nie wiemy, prawda? - przyznał.
Uśmiechał się, a to znaczyło, że mogłam czuć się spokojna. Atmosfera się rozluźniła, więc żadne z nas nie obawiało się już skrępowania. Dyskusja sama się potoczyła niewinnym torem. Rozmawialiśmy o odpowiedzialnościach, jakie niesie za sobą rodzina, ale też o bardziej błahych sprawach. Graliśmy też w karty i wszystko wskazywało na to, że wieczór rozwinie się w niezobowiązujące spotkanie przyjaciół, ale w pewnym momencie, gdy wino nieco wyraźniej dało o sobie znać, Bernard powrócił do kłopotliwego dla mnie tematu.
- I do jakich wniosków doszłaś?
- To znaczy? - zdziwiłam się.
- Z tym, co by było gdyby. Jaki bym był twoim zdaniem?
- Bernard, zawstydzasz mnie.
- To żaden powód do wstydu. Przecież wiesz, że mnie możesz zaufać.
Kusił mnie swym szczerym uśmiechem. Uznałam, że chyba rzeczywiście nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. Był tak naprawdę moim jedynym przyjacielem, więc postanowiłam dłużej tego w sobie nie tłamsić.
- Wiem, że byłbyś wspaniałym mężem i ojcem. Że zawsze mogłabym na ciebie liczyć i że nigdy nie odwróciłbyś się ode mnie. Razem wychowywalibyśmy nasze dziecko. Chodzilibyśmy z nim na wspólne spacery, uczyli go o świecie i patrzyli, jak rośnie. Wiem, że nigdy nie skrzywdziłbyś ani mnie, ani Dimitria. I że zawsze brałbyś mnie w ramiona, kiedy potrzebowałabym czułości. I wolałabym spędzić takie życie w tym małym mieszkaniu, niż to, które mam teraz w wielkim pałacu.
Dopiero gdy skończyłam mówić, zdałam sobie sprawę, jak emocjonalnie do tego podeszłam. Nie mogłam w to uwierzyć, ale miałam mokre oczy. A jeszcze bardziej nie mogłam uwierzyć w to, że po chwili Bernard naprawdę wziął mnie w ramiona. Oddychałam szybko, ale tylko przez chwilę. Wkrótce rozluźniłam się całkowicie i po raz pierwszy w życiu poczułam, czym jest bliskość osoby, którą się kocha z całego serca. Nie miałam już żadnych wątpliwości, czego chcę i co powinnam zrobić. Pocałowałam Bernarda w usta, a to było dopiero preludium do nocy, której nie zapomnę nigdy.
Zabawne. Opisałam w tym dzienniku wiele intymnych sytuacji, w tym wiele skrajnie perwersyjnych, ale tego, co przeżyłam z Bernardem nie potrafię zawrzeć w zwykłych słowach. To było tak niespotykane dla mnie doświadczenie, że nie będę nawet próbowała odwzorować go na papierze. Zachowam jedynie wspomnienia w swym umyśle, które tam pozostaną na zawsze.


Nie mam wyrzutów sumienia. Uważam, że postąpiłam słusznie. Tak długo myślałam o innych, że przestałam myśleć o sobie, a ja też mam potrzeby. Bernard przez jakiś czas przeżywał moralne rozterki, ale przekonałam go, że zasłużyliśmy na to, co między nami jest. Przy żadnym mężczyźnie nie czułam się tak jak przy nim. Mój czarny sobowtór zniknął. Nie mam już perwersyjnych potrzeb, a to, co daje mi Bernard, w zupełności mnie zaspokaja. Ma tak niewielkie doświadczenie seksualne, a pasuje do mnie idealnie. Przy nim jestem szczęśliwa i nie zamierzam z tego szczęścia rezygnować.


Lusca oznajmił mi, że został ogłoszony termin kolejnej rozprawy. Przy odrobinie szczęścia niedługo będzie już po wszystkim, a mnie pozostanie poczucie, że pomogłam ocalić życie młodego człowieka. Wszystko wskazywało na to, że się uda, i cieszyłam się niezmiernie. Tylko krok dzielił nas od zwycięstwa. Do tego ja i Bernard... Wydawało się, że szczęście do mnie powróciło, ale przez to wszystko kompletnie zapomniałam o istnieniu ludzi, których należy się wystrzegać.
Dzisiaj nie spodziewałam się gości, Bernard pracował, i bardzo zdziwiłam się, gdy lokaj poinformował mnie, że ktoś chce się ze mną zobaczyć. Zeszłam szybko na dół, prosto pod drzwi rezydencji i zmarszczyłam brwi, jak tylko zobaczyłam, kto stoi w progu. To był ten podejrzany detektyw, którego zjawienie się na pewno nie zwiastowało niczego dobrego.
- Czego pan chce? - spytałam, nawet nie kryjąc niechęci.
- Chciałem tylko o coś poprosić. - Guildias udawał miłego, ale przez to zrobiłam się jeszcze bardziej podejrzliwa.
- Słucham.
- Proszę nie mieszać się w męskie sprawy. Niech pani przestanie zadawać się z tym prawnikiem, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.
Zaskoczył mnie. Nawet trochę przestraszył, ale nie dałam tego po sobie poznać. Byłam pewna, że to zły człowiek i że coś ukrywa. Nie mogłam się dać zastraszyć.
- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – rzekłam oschle.
- Może ujmę to inaczej. Niech się pani wycofa, a obiecuję, że nie powiem pani mężowi o pani romansie.
Mam nadzieję, że nie zauważył, jak się pocę. Zdenerwowałam się. Ten człowiek ewidentnie próbował mnie szantażować, ale nie zamierzałam dać mu satysfakcji.
- Jak pan śmie! Wynocha! - krzyknęłam.
On tylko ukłonił się z uśmiechem i odszedł. Byłam wściekła. Serce łomotało mi w piersi, ale wzięłam kilka głębokich wdechów i zachowałam zimną krew. Już tak niewiele brakuje. Nie mogę teraz się poddać. Skoro ten łotr próbował mnie zastraszyć, musiał być zdesperowany. To znaczyło, że mamy przewagę. Już niedługo, uda się, wiem o tym. Ale muszę być silna i wytrwać do końca.
Najważniejsze jest bezpieczeństwo Dimitra. Poleciłam służącej, by zabrała go do Petersburga, do mojej matki. Tam mu nic nie grozi. Poślę po nich, gdy będzie już po wszystkim. A na razie muszę być silna.


Dziś mój mąż przyszedł wcześnie do domu, co mnie bardzo zdziwiło. Rzadko wracał przed zmierzchem, a czasami nie było go nawet całą noc. Nie wiedziałam, co spowodowało jego nagłe pojawienie się, ale od samego początku miałam złe przeczucia. Próbowałam wyczytać coś z jego twarzy, ale był tak beznamiętny jak rzadko kiedy.
- Chodź ze mną – powiedział spokojnie, co kompletnie zbiło mnie z tropu.
- Dokąd?
- Chodź.
Nie wiedziałam czego chciał i nie wyglądał na zbyt chętnego do składania wyjaśnień. Czułam rosnący niepokój, ale poszłam z nim, licząc, że dowiem się czegokolwiek po drodze. Na razie nie chciał rozmawiać. Przebąknął coś tylko, że mamy ważną sprawę do załatwienia. Pomyślałam, że coś mogło wydarzyć się w więzieniu, bo zauważyłam, że właśnie tam mnie prowadzi. Ale nawet gdyby ktoś wymagał mojej pomocy, czy obchodziło by go to cokolwiek? Nie, nie sądzę. Musiało chodzić o coś innego.
Zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy zaczął ciągnąć mnie do podziemi.
- Dość tego! - Wyrwałam mu się zdenerwowana. - Chcę wiedzieć, co jest grane.
- Musimy porozmawiać – warknął i zaczął ciągnąć mnie dalej.
Wprowadził mnie do sali, która służyła torturowaniu więźniów, i zauważyłam, że stoi tam równie zmieszany Bernard. Byłam zdenerwowana, zmieszana i coraz bardziej się bałam.
- Co to ma wszystko znaczyć? - spytałam raz jeszcze, ale Durer tylko zamknął drzwi.
Podszedł do mnie i zmierzył mnie surowym spojrzeniem. Przeczuwałam już, co zaraz nastąpi, i napawało mnie to przerażeniem, ale trzymałam nerwy na wodzy. Popatrzyłam na Bernarda pytająco, jakby szukając wyjaśnień, ale on wyglądał na równie zmieszanego co ja.
- Sypiasz z nim, prawda? - zwrócił się do mnie mój mąż, bardziej twierdząco niż pytająco.
- Ubzdurałeś coś sobie – mruknęłam, udając zaskoczoną i odpychając cały strach daleko od siebie.
- Nie sądzę.
- A mogę wiedzieć, na jakiej podstawie tak twierdzisz?
- Ptaszki wyćwierkały mi to i owo.
Pomyślałam, że to nie ptaszki, ale dalej starałam się tkwić przy swoim.
- Bzdura! Nie masz żadnych dowodów! - warknęłam.
- Nie muszę mieć. Po prostu powiedz prawdę, to sprawię, że będzie to mniej kłopotliwe dla nas wszystkich.
- Nie zrobiłam tego – wysyczałam, ale Durer dalej nie wyglądał na przekonanego.
Zastosował więc inną taktykę. Tym razem to Bernard padł ofiarą jego przeszywającego spojrzenia.
- Mów prawdę.
Każdemu na dźwięk tych słów przeszłyby ciarki po plecach.
- Ja... - Bernard zawahał się. Widziałam, że jest równie przerażony co ja. - Naprawdę... nic nie...
- Mów, dla jej dobra! - krzyknął Durer i sięgnął po broń, którą kiedyś mu podarowałam.
Teraz widać było, że to człowiek kompletnie niezrównoważony. Mierzył do mnie z pistoletu, wbijał wzrok w roztrzęsionego Bernarda, a ja zamarłam. Cała sytuacja wydawała mi się wręcz nierzeczywista. To musiał być sen. Musiał być.
- Błagam, zrobię wszystko, tylko nie rób jej krzywdy... - załkał Bernard.
- Zrobiłeś to czy nie?!
- Tak!
W końcu Bernard nie wytrzymał. Padł na kolana i zaczął płakać. Nie sądziłam, że aż tak to przeżyje. Był zdruzgotany. Ja również, ale strach sprawiał, że nie mogłam nawet ruszyć powieką.
- Nie rób jej krzywdy, proszę... - wyszeptał.
Nie sądziłam, że aż tak mu na mnie zależało. Na pewien sposób mnie to urzekło, ale wtedy nie byłam w stanie tego okazać.
- Nie martw się, nie wymierzę jej kary. Ty to zrobisz – rzekł Durer z chorą satysfakcją i rzucił Bernardowi swój bat. - Chyba że wolisz, żebym cię w tym wyręczył.
W tamtym momencie było mi bardziej żal Bernarda niż siebie samej. Nie dbałam już o swój los, ale gdy ujrzałam Bernarda w takim stanie, serce prawie mi pękło. Nigdy by mnie nie skrzywdził, prędzej sam wydałby się na mękę. Ale widmo tego, co mój mąż mógłby mi uczynić, było dlań tak przerażające, że wolał wziąć sprawę w swoje ręce. Widziałam jego twarz. Miała wyraz cierpienia znacznie przewyższającego to, które obserwowałam u więźniów. Odniosłam wrażenie, że Bernard umarł tu i teraz, a jego miejsce zajęła ta zdruzgotana istota. Ja zaś stałam się obojętna na wszystko, co tego dnia zostało mi uczynione. Wiedziałam, że Bernard nie uderzał z całej siły, ale to wystarczyło, by rozedrzeć mi suknię i skórę. Nie przejmowałam się jednak własnym cierpieniem, a myślałam tylko o tym, jak jego musi boleć.
Nie wiedziałam, ile czasu to trwało, ale Durer w końcu pozwolił mu przestać. Nie miałam nawet odwagi spojrzeć Bernardowi w twarz po raz ostatni.
- Do jutra masz opuścić to miasto i nie pokazywać mi się więcej na oczy. - Usłyszałam słowa mojego męża. Szkoda, że nie skierował ich do mnie.
Poczułam jednak ulgę. Gdyby chciał, zabiłby Bernarda, a jednak tego nie zrobił.
- Wstawaj! - Tym razem zwrócił się do mnie.
Nie powiedział mi nic więcej. Nakrył mnie peleryną, żeby zamaskować „prezent”, który dziś otrzymałam. O ironio, tego dnia wyglądaliśmy jak ściskająca się para, gdy pomagał zachować mi równowagę. Urocze.


We mnie chyba też coś umarło. Nie dbam już o nic, właściwie to mógł mnie zabić. Pewnie tak byłoby lepiej, ale wiem, że Durer nie lubi pozbywać się swoich zabawek. To z jaką delikatnością opatrywał mi rany, było dla mnie jeszcze bardziej perwersyjne niż jego pomysł, jak mnie ukarać. Nie rozumiem tego człowieka i chyba nigdy nie zrozumiem.
- Łagodnie cię potraktował. Gdyby zrobił to mój ojciec, zostałyby ci blizny – skomentował, gdy przemywał mi plecy.
To stwierdzenie wytrąciło mnie z letargu. Coś mi zaświtało. Wręcz się ożywiłam.
- Ojciec ci to zrobił? - spytałam.
Nie bałam się już jego wybuchów gniewu. Było mi wszystko jedno, jak zareaguje. Kiedyś strasznie się wściekał, kiedy poruszałam ten temat, ale dzisiaj było zupełnie inaczej.
- Jak byłem nastolatkiem, zepsułem jego ukochany zegar. Strasznie się zdenerwował. Zawsze robił dziwne rzeczy, gdy się denerwował – odparł Durer z zadziwiającym spokojem.
Zszokowało mnie jego niespodziewane zachowanie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek mi powie. Może rzeczywiście się do mnie przywiązał. Pytanie tylko, czy w jego przypadku to coś dobrego.


Jedyne pocieszenie to fakt, że moje cierpienie nie poszło na marne. Sprawiedliwość w końcu zwyciężyła. Guys jest teraz na wolności, a ten łotr, który go wrobił, głęboko pod ziemią. Tak, Guildias strzelił sobie w łeb po tym wszystkim. Nie będę za nim tęsknić. Świadomość, że pomogłam w drodze do tego triumfu podniosła mnie nieco na duchu. Nawet spotkałam się z Guysem i jego prawnikiem w tawernie, by świętować zwycięstwo. Ale szybko okazało się, że sprawy wcale nie stały się łatwiejsze, ale skomplikowały się jeszcze bardziej.
- Mamy dowody obciążające twojego męża i teścia – oznajmił z powagą Lusca. - Wiadomo już, że byli zamieszani w przemyt, pozbywanie się niewygodnych świadków i inne przestępstwa. To przekręty na wielką skalę.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zatkało mnie. Wiedziałam o wielu występkach mojej nowej rodziny, ale to mnie przerosło. Nie mogłam uwierzyć, że żyliśmy w takim zakłamaniu. Że dałam się wplątać w życie największych zbrodniarzy i że tak wiele czasu spędziłam w nieświadomości. Byłam zbulwersowana, ale wraz z rozgoryczeniem pojawiła się także nadzieja. Wreszcie miałam przewagę. Wreszcie posiadłam narzędzie, które mogło pomóc mi raz na zawsze rozwiązać wszystkie moje problemy.
- Wiem, że tego nie pochwalicie, ale jest coś, co muszę zrobić – wyznałam. - Jeśli sprawy tak się mają... Powiem mężowi o wszystkim... I powiem, że uchronię go przed wyrokiem, jeśli rozwiedzie się ze mną i przepisze fabrykę na Bernarda.
Tak jak myślałam, mój pomysł spotkał się z niemałym szokiem.
- Zabije cię, jak mu powiesz! - zaprotestował Guys.
- Racja, to zbyt niebezpieczne.
- Muszę to zrobić. To jedyna szansa, żeby wreszcie wszystko się ułożyło. Zaplanuję to dokładnie, nie będzie miejsca na błąd. Musicie mnie zrozumieć, to dla mnie takie ważne. Zrobię to, choćby nie wiem co.
Tak, muszę to zrobić. Szansa jest niepowtarzalna. Dimitri wciąż jest w Petersburgu, więc nic mu nie grozi. A ja mam już plan. I go zrealizuję. Nic mnie nie powstrzyma.

***

Dimitri przez chwilę wpatrywał się w ostatnie zdanie. Spodziewał się jakiegoś zakończenia, rozwiązania, wyjaśnienia. Ale to, co otrzymał wywołało jeszcze więcej niejasności. Nie miał więcej dzienników, to wszystko, przeczytał wszystko. I wciąż nie wiedział, jak cała historia się zakończyła. Z jednej strony nauczył się bardzo wiele, a z drugiej powstały kolejne pytania. Nie mógł teraz przestać dążyć do prawdy. Musiał dowiedzieć się wszystkiego. Dlatego ubrał się i powrócił do hotelu, w którym przebywał Jose. Na szczęście go tam zastał.
- Przeczytałem wszystko, a teraz, proszę, powiedz mi, jak to się skończyło. Czy moja matka zrealizowała swój plan? - spytał.
- Usiądź.
Detektyw zaprosił Dimitria do środka i wskazał mu miejsce na kanapie.
- Jeanette była odważna. Postawiła mężowi ultimatum: albo on spełni jej żądania, albo ona pomoże wtrącić go za kratki. Ale wiedziała, że Durer może wpaść w szał, więc wzięła ze sobą broń i ją ukryła. I rzeczywiście, Durer się wściekł. Nie znam szczegółów, ale musiało się zrobić niebezpiecznie. Postrzeliła go i jakoś uratowała się przed jego gniewem. Ale to nie koniec. Brat załatwił Durerowi alibi, więc... Wyszło, jak wyszło. Skurwiel się wywinął. I nie byłoby to takie straszne, gdyby nie fakt, że nie odpuścił Jeanette i postanowił pociągnąć ją na dno. Oskarżył ją o próbę zabójstwa, były dowody... W końcu do niego strzelała. Lusca zrobił co w swojej mocy. Uchronił ją przed śmiercią, ale musiała resztę życia spędzić w zakładzie dla obłąkanych. I to wszystko. Masz swoje zakończenie – podsumował.
Trudno powiedzieć, czego spodziewał się Dimitri. Wiedział, że nie było jak w bajce i że nie usłyszy „żyli długo i szczęśliwie”. Teraz to i tak nie miało żadnego znaczenia. Nie dało się już zmienić przeszłości. Mógł się z nią jedynie pogodzić. A Jose miał przecież rację, Dimitri pozostawał wciąż tą samą osobą. Dowiedział się wiele, ale to nie musiało zniweczyć całego jego dotychczasowego życia. Stał się bogatszy o nowe doświadczenie i nie pozostawało żadnych wątpliwości, jako pisarz mógł uczynić swoją matkę wiecznie żywą. Tak właśnie zamierzał zrobić, spoglądając w przyszłość, a nie tylko w przeszłość.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość