[Mass Effect] Into Nothing

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Chmurek
amator
Posty: 10
Rejestracja: 05 mar 2013, 13:57
Kontaktowanie:

[Mass Effect] Into Nothing

Postautor: Chmurek » 05 mar 2013, 14:13

Tytuł: Into Nothing
Ograniczenie: 16+
Fandom: Mass Effect
Znajomość fandomu: Niekonieczna, choć lepiej kojarzyć co nieco ;)
Opis: O marzeniach, o kosmosie, o czymś poza Komandorem Shepardem ;)
Ostrzeżenia: W późniejszych etapach występuje yaoi
Gatunek: Science fiction
Status: Airing

Prolog
„Guide this one to where the travelers never tires (…)”

Leżałem w kałuży własnej krwi, czując jak powoli uchodzi ze mnie życie. Właściwie to miałem szczęście, że ciągle żyłem. Gdyby kula trafiła odrobinę wyżej, w najlepszym wypadku, przebiłaby tętnicę szyjną. W najgorszym od razu oderwałaby mi głowę. Zamiast tego pocisk roztrzaskał mi bark, przechodząc na wylot. Druga kula przeszła przez pancerz, raniąc trzewia. Trzeci pocisk uderzył w prawe udo, przewracając mnie na ziemię. Gethy nie traciły czasu na dobicie mnie; przestałem wzbudzać ich zainteresowanie, kiedy mój pistolet znalazł się poza zasięgiem, a moje parametry życiowe zaczęły gwałtownie spadać. Nie minęło więcej, niż kilka uderzeń serca, gdy zostałem sam w zdewastowany, ociekającym krwią i dziwnym płynem korytarzu, otoczony przez martwe ciała zarówno strażników jak i maszyn. Wkrótce miałem do nich dołączyć. W tej chwili jednak nie myślałem o sobie, o tym, że za chwilę umrę. W tym momencie moje myśli krąży wokół moich … przyjaciół. Myślałem o wspólnie spędzonych chwilach, dziwacznych sytuacjach, jakie nam się przytrafiały.
Gwałtowny spazm poderwał moje ciało, wyginając je w łuk. Z ust pociekła mi krew; metaliczny, obcy smak, który sprawił, że chciałem wymiotować. Powinienem walczyć; doczołgać się do pobliskiego pomieszczenia, spróbować użyć medi-żeli, wezwać pomoc. Nie zrobiłem tego. Poddałem się i …, było mi z tym dobrze. Życie dokonało wyboru za mnie. Czy nie zawsze tak jest?
Mówi się, że w chwili, kiedy umieramy lub jesteśmy blisko nieuchronnej śmierci, przed oczami przebiegają nam obrazy z całego naszego życia. Byśmy mieli ten ułamek sekundy dla siebie. Jeszcze raz mogli ujrzeć twarze naszych bliskich, ludzi, których kochamy, przypomnieć sobie szczęśliwe momenty naszego życia.
Osobiście uważam, że jest to kara, a nie żadna nagroda, czy przywilej. Nasz mózg chce nam przypomnieć co właśnie tracimy – byśmy w ostatnich chwilach naszego nędznego życia żałowali, że umieramy.
Ja także ujrzałem swoje życie. Ich twarze, uśmiechy. Poczułem żal, że widzę je po raz ostatni. Wtedy oślepił mnie blask światła. Zdawał się przypominać punkt na końcu tunelu, do którego zbliżałem się z każdym krokiem - których nie robiłem. Czy to właśnie TO światło, które odbierze mi świadomość? Pozwoliłem na to, kaszląc krwią zmieszaną z gęstą śliną, która spłynęła mi kącikiem ust.

Rozdział 1

Nazywam się Aaron Blooth, urodziłem się na Ziemi w roku 2161, jestem człowiekiem. Wielu zapewne zapytałoby, co w tym niezwykłego. W dzisiejszych czasach warto jednak zaznaczyć jakiej jest się rasy i skąd pochodzi. Tego wymaga zjednoczona galaktyka.
Czasy, w których byliśmy sami we wszechświecie, a przynajmniej tak wierzyliśmy, minęły. Kilka lat temu ludzkość odkryła na Marsie ukryte archiwa, doprowadziło to do odnalezienia pierwszego przekaźnika masy, dotąd uważanego za księżyc Plutona, a w efekcie do Wojny Pierwszego Kontaktu – tak poznaliśmy Turian.
W ten sposób ludzkość dołączyła do galaktycznej społeczności, dzięki czemu otworzyły się przed nami nowe możliwości. Technologie, o których nam się nawet nie śniło. Życie, tak bardzo różne od tego jakie znaliśmy. Dla mnie było to jak spełnienie marzeń.
Mnie i siostrę wychowała matka. Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu w centrum miasta. Żyliśmy skromnie z niewielkiej wypłaty; pieniędzy, które matka zarabiała w jednej z fabryk poza miastem. Trzy spore zakłady właściwie utrzymywały mieszkańców żyjących w moim miasteczku. Gdyby nie one, większość z nas nie miałaby pracy, co spowodowałby masowe migracje. Ludzie zaczęliby opuszczać swoje domy w poszukiwaniu chleba.
Nie było nam łatwo, ale byliśmy szczęśliwi. Matka starała się zapewnić nam jak najlepszą przyszłość. Obydwoje z siostrą chodziliśmy do znakomitych, renomowanych szkół, mogących nam zapewnić lepszy start, jeżeli będziemy mogli pochwalić się właściwą pieczęcią na kawałku bezwartościowego papieru. Mama chciała bym zajął się medycyną; został lekarzem, w któreś z klinik Przymierza. To nigdy nie było moim marzeniem.
Śniłem o zwiedzaniu kosmosu, podróżach galaktycznych, poznaniu tych wszystkich obcych, wspaniałych ras. Chciałem zobaczyć wszechświat. Nie miałem zamiaru utknąć w jakieś naziemnej placówce Przymierza, gdzie moim jednym zajęciem byłoby przepisywanie leków na bezsenność, psychotropów, czy środków na migreny. Nie byłem stworzony do takiej pracy, a moja matka zdawała sobie z tego sprawę. Ostatecznie pozwoliła mi wybrać własną drogę.
Następnego dnia zapisałem się do wojsk przymierza, na specjalne szkolenie, dzięki, któremu mógłbym spełnić moje marzenie – zostać strażnikiem na Cytadeli.
Mój rocznik był wyjątkowy – mieliśmy wielu niesamowicie zdolnych kadetów. Kobietę, która siłą przewyższała wszystkich mężczyzn, młodego chłopaka , który specjalizował się w cichym, wręcz niezauważalnym zabijaniu. Nie zabrakło także speca od elektroniki, który potrafił złamać każdy zamek. Snajpera, strzelającego celnie z odległości tak wielkiej, że powiedzenie strzelanie do mrówki, to za mało. Ten pochód zamykałem ja sam. Podczas treningów szybko zauważono , że mam wrodzone zdolności do posługiwania się biotyką. Zdolności te były skutkiem ubocznym napromieniowania pierwiastkiem zero we wczesnym życiu płodowym. Mogłem tylko podejrzewać, że stało się to w fabryce, gdzie tak naprawdę nikt do końca nie zna zawartości większości skrzyń, które przemykają przez zakład każdego dnia. Gdybym zapytał, nie dostałbym pewnie żadnej odpowiedzi – część nic by nie wiedziała, a druga połowa udawała, że nic nie wie.
Wysłano mnie na specjalne szkolenie dla ludzkich biotyków. Zostałem podłączony do implantów L3. Od tego czasu stałem się czymś, czym akademia chciała się chwalić. I robiła to. Przy każdej możliwej okazji. Nim zakończyłem naukę, byłem już w pełni wyszkolonym adeptem, ale przede wszystkim żołnierzem. Już w trakcie nauki otrzymałem kilkanaście propozycji pracy, jednak dopiero w chwili jej ukończenia, kiedy miałem dwadzieścia lat, zostałem zalany przez różnorodne oferty. Z moimi „zdolnościami” byłem cennym nabytkiem dla wielu – najemników, żołnierzy, załóg statków, a nawet naukowców. Każde z nich czegoś ode mnie oczekiwało, wymagało lub do czegoś z przyjemnością by mnie użyło. Oferowali mi niezłe wynagrodzenie, premie oraz dodatkowe bonusy, jednak dla mnie liczyło się tylko jedno. Chciałem podążać ścieżką własnych marzeń i choć ludzie nierzadko mówili mi, iż podążam za mrzonkami, ja doskonale wiedziałem, gdzie się kieruję. Zmierzam do Cytadeli – serca galaktycznej społeczności.
Złożyłem podanie o przyjęcie mnie do SOC – Służb Ochrony Cytadeli. Powszechnie wiadomo było, że do straży przyjmowano niewielu ludzi, a właściwie niewielu spośród obcych nie wchodzących w skład Rady. Ludziom nie ufano, uważano nas za zagrożenie. Nie chciano powierzać nam życia istnień zamieszkujących Cytadelę. Jakby potwierdzając tę regułę, co roku na specjalne szkolenie SOC przyjmowano kilkoro ludzi. Kończyli go bardzo nieliczni, ale … szansa zawsze istniała. Tego się trzymałem.
Wiadomość z odpowiedzią dotarła po tygodniu. Przyjęli mnie. Początkowo sam nie mogłem w to uwierzyć, jednak dowód leżał w moich dłoniach. Miałem stawić się na Cytadeli za dwa tygodnie – tam niezwłocznie zacznie się szkolenie.
Ziemię opuściłem tydzień później na pokładzie SSV Moonlight. Byłem gotowy na wszystko, choć, gdybym w tamtym momencie wiedział co na mnie czekało, nigdy nie wszedłbym na pokład. Nah. Oszukuję sam siebie.

***

W pokoju było tłoczno. Znajdowało się w nim mnóstwo osób, nie tylko ludzi, ale także turian, asari, salarian. Od razu zauważyłem, że mojego „rodzaju” było najmniej. Wszyscy czekaliśmy na przybycie naszego trenera. Do tej pory, miałem o nim niewiele informacji. Właściwie wiedziałem tylko, iż był Turianinem i nazywał się Karthin Gosstus.
Stałem wciśnięty w róg pomieszczenia, ocierając sączący się z czoła pot. Miałem na sobie swobodny strój treningowy – lekki pancerz wykonany z nieznanego mi materiału. Był jednocześnie elastyczny, cienki i cholernie wytrzymały.
Byłem na Cytadeli już od pięciu dni. Przyznano mi pokój w Akademii SOC, który miałem dzielić z innym kandydatem na ochroniarza. Nie miałem jeszcze okazji go poznać. Miał przybyć dziś. Być może już stał, gdzieś pośród tego tłumu, przez który niewiele widziałem.
Poznałem już przedstawicieli prawie wszystkich znanych ras galaktyki. Szczególną sympatią obdarzyłem Asari, które jako jedyne nie skreśliły mnie ze względu na pochodzenie, dając szansę na zaskarbienie sobie ich szacunku. Już wtedy wiedziałem, że zwiedzanie całej Cytadeli oraz poznanie wszystkich jej sekretów zajmie mi znacznie więcej czasu.
Przez tłum przebiegł niespokojny szept, po czym rozstąpił się, a wprost na mnie, potykając się o własne nogi wypadł młody mężczyzna, Batarianin. Złapałem go dosłownie w ostatniej chwili, chroniąc przed upadkiem. Był cięższy niż na to wyglądało. Reszta zgromadzonych spojrzała na niego z dezaprobatą, wracając do nerwowego wyczekiwania i przyciszonych rozmów.
Batarianin przyjrzał mi się nieufnie, z odrobiną obrzydzenia. Nie ulegało wątpliwości, że ludzie i czworoocy nie darzą się sympatią. Mieliśmy wspólną, niezbyt udaną przeszłość. Mężczyzna zdołał jednak przełknąć grzechy przeszłości.
- Dziękuję – odpowiedział, choć wyraźnie wyczuwało się, że mówi to dlatego, że powinien, a nie dlatego, że chce. Niemniej, kulturalny Batarianin? Rzadkość. Przyjrzałem mu się uważnie.
Kolor jego skóry był zbliżony do mojego – jasny brąz, z tym, że jego miał ciemno czerwony pigment w wyżłobieniach na twarzy. Głowa jak u każdego innego przedstawiciela ich rasy, była zupełnie pozbawiona włosów. Oblicze wyrażało pełnię mocy, na którym prężyły się mięśnie. Jego czarne oczy, bacznie obserwowały każde moje drgnięcie, zupełnie jakby spodziewał się ataku z mojej strony.
Oczy Batarian podzielone były na dwie pary – większe, osadzone podobnie jak u ludzi oraz mniejsze, usadowione bezpośrednio nad pierwszymi. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że oczy Batarian są zupełnie czarne – pozbawione kolorowej tęczówki. Zdążyłem się już jednak dowiedzieć, że to zupełnie nie prawda. Pewna Asari wytłumaczyła mi, że oczy tej rasy mają tak właściwie wiele barw, nawet takich, jakie są zupełnie niespotykane u innych. Jednak, by zobaczyć ich kolor, trzeba dobrze się przyjrzeć. Udaje się to tylko ich rodzinom i partnerom. Byłem ciekaw jakiego koloru oczy ma mężczyzna przede mną. Pewnie nigdy się tego nie dowiem, skoro nawet nie mam odwagi mu w nie spojrzeć. Bije z nich wrogość.
Batarianin miał na sobie taki sam pancerz jak ja, choć jego wydawał się być wzmacniany w innych miejscach. Ze względu na fizjologię? Rozmieszczenie narządów, punktów witalnych? Nie miałem pojęcia.
- Nie ma za co – odpowiedziałem, a kiedy mężczyzna nawet nie drgnął, zorientowałem się, że nadal go trzymam. – Przepraszam! – rzuciłem szybko, trochę zbyt nerwowo. – Jestem Aaron, miło mi.
Mężczyzna zmierzył mnie uważnie wszystkimi czteroma oczyma. Był zapewne przekonany, że żartuję. Widać także był tutaj nowy lub też nie przywykł do ludzkiej uprzejmości. Przekonała go dopiero moja wyciągnięta w jego stronę dłoń. Z lekkim wahaniem uścisnął ją.
- Cholis – urwał, słysząc dźwięk otwieranych drzwi. W sali natychmiast zapanowała grobowa cisza, przerywana jedynie odgłosem miarowych kroków.
Nim zdołaliśmy zobaczyć trenera, dało się usłyszeć jego stanowczy, surowy głos.
- Wy troje! Ty grubasie i Ty, wypierdalać! – pierwszy raz w życiu dziękowałem, że nie stanąłem w pierwszym rzędzie lub, że się nie spóźniłem. Miałem wrażenie, że Batarianin pomyślał o tym samym, mimo, iż przybył w ostatniej chwili, gdyż nim się zorientowałem zajmowaliśmy mój kąt we dwoje. Żywiłem głęboką nadzieję, że Turianin był dziś po prostu w złym humorze. Jeżeli nie … lepiej nie zadawać głupich pytań i nie wchodzić mu w drogę.
Nasz nowy dowódca w kilka chwil zmniejszył zatłoczenie w pokoju o dobrą połowę, po czym wyrzucił jeszcze kilku. Już nie miałem się gdzie ukryć. Staliśmy tak patrząc na rosłego Turianina, modląc się, by nie być następnym do odstrzału, gdyż jego morda nie spodobała się humorzastemu dowódcy.
- Nareszcie możemy … - zastygł, gdy jego spojrzenie spoczęło na Batarianinie – A ty czego tutaj szukasz?
- Czy to nie oczywiste – zadziornie rzucił mężczyzna. – Po to samo, po co zgromadziła się tutaj reszta. Chcę wstąpić do Służb Ochrony Cytadeli.
Turianin wydał z siebie dźwięk, który zapewne miał być śmiechem. Reszta dołączył do niego w kakofonii obrzydliwego rechotu. Ochoty na śmiech nie miałem jedynie ja, Batarianin oraz ostatni pozostawiony w pomieszczeniu człowiek, blond włosa kobieta, mniej więcej w moim wieku. Stała z założonymi rękoma, hardo patrząc na szkoleniowca. Dopiero wtedy zauważyłem, że w pokoju pozostali sami Turianie. A mówi się, że ludzie to rasa ksenofobów. Miałem ochotę wyjąć broń i zacząć strzelać. Na szczęście nie miałem żadnej.
Codziennie uczyłem się tutaj czegoś nowego, urok Cytadeli.
W czasie, kiedy dowódca wyrażał swoją niechęć do kadeta na kilka różnych sposobów, głośno wyrażając swoją pogardę, ja miałem okazję lepiej mu się przyjrzeć.
Był wysoki i świetnie zbudowany. Można było ocenić to doskonale patrząc na resztę jego rasy – wyraźnie się wśród nich wyróżniał, niczym papuga wśród wróbli.
Ubrany był w kompletną zbroję, w pełni uzbrojony. Czułem się nieswojo stojąc przed nim, bez żadnej ochrony. Nawet z moją biotyką nie wiem, czy zdołałbym na czas wznieść, i tak słabe w tym kombinezonie, tarcze. Miałem nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać.
- Jestem tak samo dobry jak reszta rekrutów, a może nawet lepszy! – warknął Cholis, robiąc odważny krok do przodu.
- Myślisz, że jestem na tyle głupi, bądź ślepy, że przyjmę w szeregi oficerów SOC terrorystę, ukośnik najemnika? Myślisz, że pierwszy raz spotykam kogoś z twojej rasy?! – wrzasnął, sprawiając, że Batarianin wycofał się na swoje miejsce w rogu pomieszczenia.
- Nie możesz go oceniać poprzez pryzmat całej rasy – usłyszałem własny, niepewny głos. W myślach zdążyło mi zaświtać pytanie, co ja tak właściwie wyprawiam , gdy z moich ust wydobył się dalszy ciąg. – Skoro jest tutaj, to jego papiery muszą być czyste. Jeżeli jego akta przeszły przez biurko Egzekutora, to musiał on je samodzielnie zaakceptować.
Dowódca zmierzył mnie nienawistnym spojrzeniem, za którym mimo wszystko kryła się nutka podziwu, iż ośmielam się mu postawić, zabrać głos w sprawie, która w żaden sposób mnie nie dotyczy, a tym samym stracić życiową szansę. Nie ma to jak zrobić sobie wrogów pierwszego dnia. I to dla Batarianina. Świetnie. Mężczyzna był zdziwiony tym, że się za nim wstawiłem. Sam byłem. Musiało to jednak wywrzeć jakieś wrażenie na trenerze, gdyż ustąpił.
- Nie mam na to czasu! – westchnął. – Przyjrzyjcie się sobie dokładnie. Przez najbliższy rok będziecie ćwiczyć, walczyć, żyć, jedynie we własnym towarzystwie. Będziecie zbyt zmęczeni by jeść, spać, a nawet chodzić. Większość z was nie osiągnie celu. Podczas tej długiej wędrówki, stopniowo zaczniecie się wykruszać, aż zostaną tylko najlepsi. Ci, którzy są tutaj z powołania. Tylko oni zostaną prawdziwymi oficerami – jego mowa stała się dziwnie motywująca, choć tego co opisywał nie można było nazwać „różową przyszłości”. – Nie możecie jednak zapominać jak ważne jest zaufanie względem siebie podczas treningów, czy próbnych misji. Musicie pamiętać, że nigdy nie ukończycie tego szkolenia działając w pojedynkę. W którymś momencie będziecie musieli poprosić o pomoc lub zginąć. Upewnijcie się, że będziecie mieli się do kogo zwrócić – dodał patrząc na Cholisa.- Zakładam, że wiecie kim jestem, a jeżeli nie… Cóż, będziecie pierwsi na mojej nowej liście – zmierzył nas wszystkich badawczym wzrokiem, jakby wyczytując pytania z naszych twarzy. To możliwe? – Wasz pierwszy trening? Jutro. Okręgi. Dzielnica handlowa. Opuszczony magazyn. SITRA. Punktualnie 8 rano! Nie spóźnić się! – z tymi słowami opuścił zebranie, zostawiając nas samych sobie.
Rekruci ruszyli w jego ślady, opuszczając pokój. Ludzka kobieta, nim podążyła za nim i zniknęła za drzwiami, spojrzała na mnie przelotnie, uśmiechając się. Odwzajemniłem go.
- Dlaczego… Dlaczego mi pomogłeś? – zapytał mężczyzna, który ku memu zdziwieniu, wciąż stał obok mnie. Stanął przede mną, zagradzając mi drogę do wyjścia. – Jesteś człowiekiem, a pomogłeś mi już dwukrotnie. W dodatku tego samego dnia. Co jest z tobą nie tak. Chcesz czegoś ode mnie?
- Musisz przestać oceniać jednostki względem całej rasy – uśmiechnąłem się, powtarzając mu tekst, którym poczęstowałem mojego nowego dowódcę parę chwil wcześniej.
Cholis spojrzał na mnie odrobinę przychylniej. Miałem nadzieję, że się uśmiechnie, lub chociaż uda uśmiech, jednak nie dostąpiłem tego zaszczytu.
- Zgłodniałem – stwierdziłem zgodnie z prawdą, słysząc jak mój żołądek domaga się obiadu. – Dołączysz?
Batarianin pokiwał przecząco głową. To by było na tyle, jeżeli chodzi o zdobywanie przyjaciół.
- Mam kilka spraw do załatwienia. Nieprzyjemnych – wzdrygnął się. – A poza tym chciałbym poznać mojego nowego współlokatora. Biorąc pod uwagę moje położenie, założę się, że dzielę pokój z jakimś Turianinem – zacisnął pięści, odwracając się i kierując w stronę drzwi. Nim jednak za nimi zniknął, moich uszu dotarło jeszcze jedno, pełne gniewu i frustracji zdanie. – Nie spuszczą mnie z oka nawet w środku nocy.
Stałem chwilę jak wryty, nim zdecydowałem się opuścić pomieszczanie. Miałem zdaje się dokładnie taki sam problem jak Batarianin – w moim pokoju mógł zalęgnąć się jakiś Turianin. Viva dla wspólnoty galaktycznej, pomyślałem, przechodząc przez drzwi, które zamknęły się za mną z cichym sykiem.
- Słyszałam, że wybierasz się na obiad – szczupła, wysoka blondynka, stała oparta o ścianę naprzeciw, z dziwnie zadowoloną miną. Westchnąłem.
- Podsłuchiwałaś? – zapytałem otwarcie z uśmiechem, nie szczególnie mając ochotę na gierki. – Nieładnie! Takie rzeczy nie przystają damie.
Kobieta wyprostowała się, mrugając do mnie zadziornie, poprawiając zagubiony kosmyk włosów, po czym odwracając się, skierowała się wolnym krokiem w stronę Prezydium.
- Kto powiedział, że jestem damą? Dama nie zabija plutonu jednym magazynkiem -
Ruszyłem za nią.
- Twoja skromność zwala z nóg. W dodatku opowiadasz niezwykłe bajki – dogoniłem ją. – Wnioskuję, że także zmierzasz do jakieś knajpy?
Dziewczyna spojrzała na mnie swymi zielonymi oczyma, poprawiając jasne włosy.
- Twoje zdolności dedukcji stoją jak widzę na najwyższym poziomie – uśmiechnęła się. – Skoro zapraszam cię na obiad, to chyba jasne?
- Z twoich ust nie padło słowo „zaproszenie” – zaoponowałem.
- W tej chwili Książę, czepiasz się szczegółów, zamiast cieszyć się z zaistniałej sytuacji. Nie co dzień piękna kobieta zaprasza cię na obiad – wzruszyła ramionami.
- Książę?
Nim nasze przekomarzania dobiegły końca, staliśmy przed jedną z ludzkich restauracji w Prezydium. Choć zawsze lubiłem próbować nowych smaków, wiedziałem, że bezpiecznej trzymać się swojej rodzimej kuchni. Inna mogła by zabić.
Weszliśmy do środka, spierając się o historię Asari. Dotarło do nas, gdzie się znajdujemy, kiedy usiedliśmy w rogu sali, a rozmowę przerwał nam kelner. Wysoki młodzieniec w nienagannie wyprasowanym garniturze z białą chusteczką w kieszonce. W ręku trzymał długopis i notesik.
- To co zwykle? – zapytał kobietę, mierząc mnie przy tym uważnym, wręcz przeszywającym i badawczym spojrzeniem. Gdyby blondynka nie miała na sobie tego samego stroju treningowego co ja, przysiągłbym, że o to mu chodziło.
- Tak, dziękuję.
- A dla Pana? – zastygł z długopisem w ręce, świdrując mnie wzrokiem.
Dopiero wtedy zwróciłem na to uwagę. W czasach, gdzie wszystko przekazywane było drogą elektroniczną, dziwnie było zobaczyć kogoś kto ciągle posługuje się papierem. Tak mocno zagłębiłem się w swoje filozoficzne rozważania, że zupełnie zapomniałem o zadanym mi pytaniu.
- Dla niego też – odpowiedziała za mnie towarzyszka. – I przynieś nam po kawie, koledze przyda się rozbudzenie.
- Oczywiście – z powątpiewaniem spojrzał na mnie po raz ostatni. – Gdybym mógł, dorzuciłbym jakieś leki.
Odszedł. Wyraźnie mnie nie lubił, choć nie miałem pojęcia dlaczego. Byłem tam dopiero pierwszy raz.
- Dziwne, że go nie zwolnili - zwróciłem się do kobiety. – Rozumiem, że nie wydałem się zbyt rozgarnięty, ale nie musiał być od razu niegrzeczny i chamski.
- Mówiąc „niezbyt rozgarnięty” dużo sobie dodajesz – zaśmiała się melodyjnym głosem.
Zarumieniłem się.

- A wiec mieszkasz tutaj? – zapytała, kiedy zatrzymaliśmy się przed drzwiami mojego pokoju w Akademii.
- Tak. Dziś poznam mojego współlokatora – pochwaliłem się, choć sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że ja go mam, a ona mieszka sama w wypasionym mieszkaniu w samym centrum Cytadeli? A może nalegała by mnie odprowadzić, bo nie miała do kogo się odezwać?
- Elizabeth.
- Aaron – uścisnąłem jej rękę, przedstawiając się.
Kadetka zaśmiała się.
- Wolę „Książę” – stwierdzała, czekając, aż zareaguję, by wywołać kolejną sprzeczkę. Dobrze nam to wychodziło. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, ruszyła wolno w drogę powrotną. – Do jutra bystrzaku. Bądź gotowy!
- Ty też – rzuciłem.
Patrzyłem w ślad za nią tak długo, aż wreszcie zniknęła mi z oczu, mieszając z gęstym tłumem. Niesamowita kobieta, choć bardzo … swoista. To było jedyne słowo, które mogłem odnaleźć w swoim słowniku, a które mogło choć w przybliżeniu ją opisać.
Wyjąłem z kieszeni kartę-klucz, przesuwając nią po czytniku. Drzwi rozsunęły się charakterystycznym sykiem. Mój wzrok od razu wyłapał dodatkowy element w pokoju. Współlokator siedział na dolnym poziomie łóżka. Byłem wstrząśnięty. Nie był Turianinem i już miałem okazję go poznać. Batarianin patrzył na mnie równie wielkimi oczyma – jego cztery oczy wywierały większy efekt, co w tamtej chwili uważałem za niesprawiedliwe. Przenosił spojrzenie z karty w mojej dłoni na moją twarz. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Cholis? – zapytałem, właściwie wyrzucając z siebie imię jak czkawkę.
Ostatnio zmieniony 05 mar 2013, 14:33 przez Chmurek, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Hermi
noblista
Posty: 947
Rejestracja: 26 lut 2012, 16:42
Lokalizacja: Między Niebem a Piekłem
Kontaktowanie:

Postautor: Hermi » 05 mar 2013, 14:21

Proszę o wstawienie większego fragmentu w poście. Jakiś czas temu w naszym regulaminie pojawił się punkt o minimalnej długości w fanfikach/ opowiadaniach wielorozdziałowych. Minimum to trzy strony. Ma to zapobiec traktowaniu forum jak bloga.

I dłuższy fragment łatwiej skomentować. ;-)
Nie będę jak liść porwany przez wiatr
Nie będę także jak ocean bez fal
Nie będę się bała upadać by wstać
Być światłem wschodzącego dnia
Autor Nieznany - Czarna noc (parafraza)

Awatar użytkownika
Chmurek
amator
Posty: 10
Rejestracja: 05 mar 2013, 13:57
Kontaktowanie:

Postautor: Chmurek » 05 mar 2013, 14:33

I już :) Przepraszam, za niedopatrzenie.

Awatar użytkownika
CyfrowyFaszysta
zbanowany
Posty: 372
Rejestracja: 22 wrz 2011, 03:48
Lokalizacja: Republika Okrągłego Stołu
Kontaktowanie:

Postautor: CyfrowyFaszysta » 07 mar 2013, 17:12

Jako fan serii Mass Effect czuję się w obowiązku skomciać Ci fika. Niestety, jestem trochę zawiedziony.

Chmurek pisze:Ostrzeżenia: W późniejszych etapach występuje yaoi

Coooooo?! Jak możesz w ogóle takie terminy (nie lubię anime, anibe, anikukuryku) stosować przy ME, rEAperze?! Miałem nadzieję, że to będzie coś rodzaju "Mass Effect before it was cool", zanim EA wymyśliło, że każdy bohater ich gier musi być bi, ewentualnie kilku musi być homo. Teraz będę patrzył spod byka na Aarona i każdego faceta, do którego zagaduje.

Dobra, to było pół żartem i pół serio (przekaz serio, forma żartem). Teraz biznes:

Najpierw detale i mniejsze technikalia:

Chmurek pisze:zdewastowany

Literówka.

Chmurek pisze:Z ust pociekła mi krew; metaliczny, obcy smak

Smak krwi raczej nie jest obcy, chyba, że byłaby to krew jakiejś innej rasy.

Chmurek pisze:Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu w centrum miasta. Żyliśmy skromnie z niewielkiej wypłaty;

Średnio mi to pasuje do centrum. Nie wiem, jak to się ma do kraju i miasta, z którego pochodzi Aaron. Logicznie mi to po prostu nie leży, podobnie jak to:
Chmurek pisze:Obydwoje z siostrą chodziliśmy do znakomitych, renomowanych szkół


Chmurek pisze:wojsk przymierza

Literówka: Przymierze to nazwa własna.

Chmurek pisze:kandydatem na ochroniarza

Ochroniarz to pasuje bardziej do marketu. W odniesieniu do SOC należałoby powiedzieć np. "funkcjonariusza".

Chmurek pisze:SITRA

Nie do końca wiem, o co chodzi, ale zgaduję, że mogło Ci chodzić o Sirta Foundation.

Chmurek pisze:Może dlatego, że ja go mam, a ona mieszka sama w wypasionym mieszkaniu w samym centrum Cytadeli? A może nalegała by mnie odprowadzić, bo nie miała do kogo się odezwać?

Jeśli ma wypasione mieszkanie w centrum Cytadeli (wnioskuję, że chodzi o Prezydium), to co ona, przepraszam, robi jako kandydatka do SOC? Żeby mieć takie mieszkanie, to już raczej trzeba być kimś.

Chmurek pisze:Tylko oni zostaną prawdziwymi oficerami

Znów to, o czym mówiłem wcześniej. W tym wypadku jest to kalka językowa. Powinieneś napisać "funkcjonariuszami". Officer w języku angielskim ma kilka znaczeń i jednym z nich jest m.in. "funkcjonariusz".

Chmurek pisze:drzwi, które zamknęły się za mną z cichym sykiem

Chmurek pisze:Drzwi rozsunęły się charakterystycznym sykiem.

Na Cytadeli te drzwi nie syczały chyba. :mrgreen:
Wiem, wiem. To już było przegięcie.


Teraz poważniejsze błędy:

1. Batarianin -- Batarianie zamknęli swoją ambasadę na cytadeli w roku 2171, czyli kiedy Aaron miał 10 lat. Jako, że ich rząd był inspirowany (moim zdaniem) ZSRR, to szanse, że Batarianin pojawiłby się na Cytadeli, żeby zostać funkcjonariuszem SOC i dalej, żeby go przyjęli (wziąwszy pod uwagę opinię o Batarianach, czy fakt, że do SOC nie przyjmowano praktycznie nikogo spoza ras Rady przed Bitwą o Cytadelę) są bardzo niskie. Chyba, że przybyłby z Terminusa, ale nawet stamtąd byłby niemile widziany.

2. Język -- tego akurat nie rozumiem w całej serii ME, ale w tekście nigdzie nie napisałeś, że Aaron uczył się galaktycznego. Zgaduję, że to miało się rozumieć samo przez się, gdyż uczęszczał do wypasionych szkół.

3. Elizabeth -- serio? To, że będzie jakieś romansidło widać z kilometra, chyba, że: patrz początek posta (nie wiem, które gorsze). Tak samo jak wiedziałem, że Ashley będzie opcją romansową kiedy tylko się uśmiechnęła do Sheparda w med-bayu. Póki co, bardzo niewiarygodnie mi to wygląda. Sposób w jaki ona do niego zagaduje, jak się rozwija ich znajomość i tak dalej. Albo jego przemyślenia, że ONA chce go odprowadzić? No, chyba, że jego aspiracje to zostanie przyjacielem-gejem, w takim razie nie wiem, nie znam się, więc się nie wypowiadam.

4.
Chmurek pisze:Gethy nie traciły czasu na dobicie mnie; przestałem wzbudzać ich zainteresowanie, kiedy mój pistolet znalazł się poza zasięgiem, a moje parametry życiowe zaczęły gwałtownie spadać.

Gethy to nie ludzie, więc sądzę, że zraniony człowiek to według nich wciąż niebezpieczny człowiek i na pewno by go dobiły. Tym bardziej, że one są raczej w stanie bezbłędnie stwierdzić, czy ktoś żyje, czy nie. Moje przemyślenia to są, ale wydaje mi się, że trafne. Tym bardziej, że zakładam, że to Bitwa o Cytadelę, a tam Heretycy zaatakowali po to, żeby wszystkich wybić i wpuścić Suwerena. Na pewno nikogo by nie oszczędzili.


Będę obserwował rozwój fika, choć nie ukrywam, że odrzuca mnie już samo "yaoi". Reszta to kwestia ponownego przemyślenia sprawy i naniesienia poprawek. Mam nadzieję, że weźmiesz pod uwagę moje wskazówki na przyszłość i teraźniejszość. No, chyba, że nie chcesz się trzymać kanonu, ale, wierz mi, to bardzo dużo popsuje i narazi Cię na krytykę fanów.
Obrazek
Taki właśnie, brutalnie rzecz ujmując, mamy przed sobą wybór -- albo być patriotą, albo idiotą. Kto nie jest jednym, jest siłą rzeczy drugim.

Awatar użytkownika
Chmurek
amator
Posty: 10
Rejestracja: 05 mar 2013, 13:57
Kontaktowanie:

Postautor: Chmurek » 07 mar 2013, 20:04

Jako fan serii Mass Effect czuję się w obowiązku skomciać Ci fika. Niestety, jestem trochę zawiedziony.

Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził :)

Coooooo?! Jak możesz w ogóle takie terminy (nie lubię anime, anibe, anikukuryku) stosować przy ME, rEAperze?! Miałem nadzieję, że to będzie coś rodzaju "Mass Effect before it was cool", zanim EA wymyśliło, że każdy bohater ich gier musi być bi, ewentualnie kilku musi być homo. Teraz będę patrzył spod byka na Aarona i każdego faceta, do którego zagaduje.

A ja lubię anime i dlatego trochę połączyłem :) W sumie masz rację, mogłem napisać wprost, że dalej będzie tematyka gej. Więc tutaj musisz się zastanowić, czy chcesz czytać dalej, czy sobie odpuścić, niestety.

Smak krwi raczej nie jest obcy, chyba, że byłaby to krew jakiejś innej rasy.

Chodziło mi o to, że smakował mu w ustach obco. Nie jest to smak, który czujesz codziennie. Sam się przyznam, że nie pamiętam jej smaku zbytnio, więc pewnie smakowała by "obco".

Średnio mi to pasuje do centrum. Nie wiem, jak to się ma do kraju i miasta, z którego pochodzi Aaron. Logicznie mi to po prostu nie leży, podobnie jak to:

Tutaj moje niedopatrzenie, bo dokładnie nie napisałem. Chodzi o to, że oni mieszkają w mieście, jak w mieście. Wokół znajdują się fabryki, które zatrudniają mieszkańców tego miasta i właściwie dzięki nim tylko żyje. Cała ta konstrukcja leży poza jakimiś większymi ośrodkami. Także w tym wypadku centrum, to po prostu domek postawiony wewnątrz mnóstwa innych domków i trzech sklepów na krzyż, kościoła i szkoły. W zasadzie tak na dobrą sprawę jakieś diametralne ceny w mieszkaniu w centrum i na obrzeżach są widoczne tylko w dużych miastach, nawet bym powiedział bardzo dużych. Np. takiej Warszawie :D
Co to renomowanych szkół. Tutaj się zapędziłem. Powiedzmy, że były dwie, oni chodzili do tej lepszej.

Nie do końca wiem, o co chodzi, ale zgaduję, że mogło Ci chodzić o Sirta Foundation.

Tak, masz rację.

Jeśli ma wypasione mieszkanie w centrum Cytadeli (wnioskuję, że chodzi o Prezydium), to co ona, przepraszam, robi jako kandydatka do SOC? Żeby mieć takie mieszkanie, to już raczej trzeba być kimś.

Spełnia marzenia? Jak dotąd nic nie wiesz o jej pochodzeniu? Być może jest bogata z domu, ma wtyki w radzie lub coś podobnego.

Na Cytadeli te drzwi nie syczały chyba.
Wiem, wiem. To już było przegięcie. :mrgreen:

Taa, tuś się doczepił :P

Batarianin -- Batarianie zamknęli swoją ambasadę na cytadeli w roku 2171, czyli kiedy Aaron miał 10 lat. Jako, że ich rząd był inspirowany (moim zdaniem) ZSRR, to szanse, że Batarianin pojawiłby się na Cytadeli, żeby zostać funkcjonariuszem SOC i dalej, żeby go przyjęli (wziąwszy pod uwagę opinię o Batarianach, czy fakt, że do SOC nie przyjmowano praktycznie nikogo spoza ras Rady przed Bitwą o Cytadelę) są bardzo niskie. Chyba, że przybyłby z Terminusa, ale nawet stamtąd byłby niemile widziany.

Nic co napiszesz nie będzie mi obce, znam uniwersum z każdej strony, ale po prostu pasowała mi jego postać. Jest najbardziej ludzka. Poza tym naginam sobie uniwersum, tak by mi pasowało do opowiadania. Znaczy nie tyle naginam, co pozwalam na więcej. W końcu mój fik.

Język -- tego akurat nie rozumiem w całej serii ME, ale w tekście nigdzie nie napisałeś, że Aaron uczył się galaktycznego. Zgaduję, że to miało się rozumieć samo przez się, gdyż uczęszczał do wypasionych szkół.

O to jest wyjaśnione. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba czytałem o tym w leksykonie. W każdym razie, każdy "obywatel" galaktyki posiada program tłumaczący "na żywo". Tak więc, jeśli znana jest jakaś rasa i jej język, każdy w kosmosie, kto ma ten program może go zrozumieć.
Był też oddźwięk tego w rozmowie z Thanem, jesli grasz fShepard. Mężczyzna w pewnym momencie nazywa kobietę, Siha. Ta nie rozumie i pyta co to oznacza, bo jej "tłumacz", chyba się zawiesił. (Idiomy, idiomy są wszędzie).

Elizabeth -- serio? To, że będzie jakieś romansidło widać z kilometra, chyba, że: patrz początek posta (nie wiem, które gorsze). Tak samo jak wiedziałem, że Ashley będzie opcją romansową kiedy tylko się uśmiechnęła do Sheparda w med-bayu. Póki co, bardzo niewiarygodnie mi to wygląda. Sposób w jaki ona do niego zagaduje, jak się rozwija ich znajomość i tak dalej. Albo jego przemyślenia, że ONA chce go odprowadzić? No, chyba, że jego aspiracje to zostanie przyjacielem-gejem, w takim razie nie wiem, nie znam się, więc się nie wypowiadam.

Imię jak imię. Mnie się podoba =P A co to romansidła, może i z tego takie wyjdzie, sam jeszcze nie wiem. W każdym razie może komuś się spodoba. A co do wiarygodności, czy też nie. To fan fick, więc mogę sobie pozwolić na trochę "fantastyki" :) Co nie?

Gethy to nie ludzie, więc sądzę, że zraniony człowiek to według nich wciąż niebezpieczny człowiek i na pewno by go dobiły. Tym bardziej, że one są raczej w stanie bezbłędnie stwierdzić, czy ktoś żyje, czy nie. Moje przemyślenia to są, ale wydaje mi się, że trafne. Tym bardziej, że zakładam, że to Bitwa o Cytadelę, a tam Heretycy zaatakowali po to, żeby wszystkich wybić i wpuścić Suwerena. Na pewno nikogo by nie oszczędzili.

W sumie nie wiemy jakby się zachowały, bo nigdzie nie mamy tego powiedziane. Ja sobie założyłem, że nie był dla nich wart zainteresowania.

Będę obserwował rozwój fika, choć nie ukrywam, że odrzuca mnie już samo "yaoi". Reszta to kwestia ponownego przemyślenia sprawy i naniesienia poprawek. Mam nadzieję, że weźmiesz pod uwagę moje wskazówki na przyszłość i teraźniejszość. No, chyba, że nie chcesz się trzymać kanonu, ale, wierz mi, to bardzo dużo popsuje i narazi Cię na krytykę fanów.

Krytykę fanów? BioWare się nie przejęło, a ja mam ? =P hehe :D Nie chcę się trzymać sztywnego kanonu, wydarzeń i tak dalej. Właśnie dlatego zacząłem pisać ficka, by mieć dowolność w zmienianiu świata.
Podsumowując. Ciszę się za ocenę i krytykę, bardzo mi na niej zależy, bo ludzie wychwytują to czego sam nie mogę. Niemniej nie uśmiecha mi się zmienianie fabuły ze względu na nacisk. Jest tak jak z książką. Nie podoba się, nie czytasz, odkładasz. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz :)

Awatar użytkownika
CyfrowyFaszysta
zbanowany
Posty: 372
Rejestracja: 22 wrz 2011, 03:48
Lokalizacja: Republika Okrągłego Stołu
Kontaktowanie:

Postautor: CyfrowyFaszysta » 07 mar 2013, 20:30

Jeśli chodzi o wyjaśnienia, to musisz to w tekście czytelnikowi wyjaśnić, a nie mnie na forum. Nie każdy zna uniwersum i jest w stanie się czegoś domyślić.

Generalnie na swoją obronę zawsze możesz powiedzieć, że uniwersum Mass Effect jest samo w sobie pełne dziur logicznych i nieścisłości fabularnych.

Z tym językiem to całkiem możliwe. Czytałem codex w każdym ME, ale to widocznie mi jakoś umknęło. Jestem jednakowoż pewien, że w jakimś dialogu padło słowo "galactic" w znaczeniu "galactic language". Albo mnie się z czymś innym pomieszało, albo znów w/w nieścisłość.

Co do cen, waćpanie, to nie masz racji. Ceny zależą w dużej mierze od poziomu rozwoju miasta. Ja mieszkam w małym mieście, ale de facto wysoko rozwiniętym i tutaj ceny potrafią zaskoczyć. Komuna, mam nadzieję, nie przetrwała do czasów ME i rodzina Aarona nie mieszka w familoku przyzakładowym. :-)

To, oczywiście, Twój fanfik i Twoje decyzje. Gdybym był na Twoim miejscu i chciał się trzymać takich rozwiązań to albo umiejscowiłbym opowieść trochę wcześniej, czyli tak, żeby Batarianie wciąż mieli ambasadę na Cytadeli, albo później i już decydować sobie jak tam chcesz. Chociaż w obecnym stanie osi czasu ME to wydaje mi się to średnio dobrym rozwiązaniem.

Co do ostatniego akapitu -- od dzisiaj zwracam się do Ciebie per rEAper, bo mówisz jak BioWare, które jest zindoktrynowane przez rEAperów. Sztuka, artistic integrity, wybory mają znaczenie, dodatek nie wpływa na zakończenie. :lol:
Nie wybaczam, bo się nie obraziłem, tylko po prostu mogę nie dotrwać do końca tej przygody. ;-)
Obrazek

Taki właśnie, brutalnie rzecz ujmując, mamy przed sobą wybór -- albo być patriotą, albo idiotą. Kto nie jest jednym, jest siłą rzeczy drugim.

Awatar użytkownika
Chmurek
amator
Posty: 10
Rejestracja: 05 mar 2013, 13:57
Kontaktowanie:

Postautor: Chmurek » 11 mar 2013, 13:29

No chyba masz rację, będę musiał przykładać większą uwagę do szczegółów, albo zaznaczyć, że tylko dla zaznajomionych z uniwersum :s Póki co rozdział 2.

[center]Rozdział 2[/center]

- Nie damy rady się przedrzeć! – wrzasnęła Liz, starając się przekrzyczeć kanonadę pocisków, wystrzeliwaną bez przerwy w stronę naszego schronienia – przewróconych kontenerów.
- Gdzie podziała się ta dziewczyna, która wykańczała pluton jednym magazynkiem?! – zadrwiłem, wychylając się z ukrycia, oddając kilka strzałów z podarowanego nam pistoletu M-6 Carnifex. Wszystkie pociski trafiły nie powodując niczego poza paroma wgnieceniami. - Przeklęte MECHy ! Roboty te, były specjalnie programowane do obrony różnych obiektów lub też rzucane jako mięso armatnie na pierwszą linię w różnych konfliktach. Teraz strzegły ważnej zakładniczki i jej porywacza, na drugim końcu długiego magazynu. Zaprogramowane, by atakować każdego, kto znajdzie się na terenie składu w treningowym pancerzu.
- Tamta dziewczyna walczyła z prawdziwymi ludźmi, a nie z nieustępliwymi, nieznającymi strachu i bólu MECHami! – starała się odgryźć, ciężko oddychając z wysiłku jaki włożyła w trening.
Nasz problem polegał na tym, że popełniliśmy mnóstwo błędów. Nie był to nasz pierwszy trening, ale na pewno najtrudniejszy z dotychczasowych. Przypuszczam, że jego zadaniem było wyeliminowanie tych, którzy nie potrafią myśleć szybko, strategicznie, skutecznie i z wyprzedzeniem. W takim tempie, przed upływem dwóch lat, nie zostanie nas zbyt wielu.
- Zamknijcie się! – wrzasnął mi wprost do ucha Cholis. – Zostało nam niewiele czasu, a Turianie już prawie docierają do zakładnika! – wskazał w jakiś punkt na hali, którego nie potrafiłem jednoznacznie zlokalizować. – Wygrać może tylko jeden zespół, a ja nie przegrywam!
Spojrzeliśmy na niego, starając się wyczytać z jego twarzy, co ma zamiar zrobić. Elizabeth już miała skomentować jego wypowiedź, kiedy Batarianin wyskoczył zza osłony strzelając precyzyjnie w głowy robotów. Przyklęknął na jedno kolano oddając strzał za strzałem. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.
- Idiota! – zawołała za nim dziewczyna, próbując zaatakować MECHy, by odciągnąć ich uwagę od towarzysza. Jej wysiłki spełzły na niczym, kiedy w jej stronę pomknęła seria z pistoletu maszynowego, zmuszając ją do ponownego ukrycia się.
Ze zrezygnowaniem spojrzała na Batarianina, którego tarcze bledły w oczach, iskrząc się w wyładowaniach pod każdym kolejnym trafieniem. Jeszcze chwila i wyłączą się zupełnie, a rekrut zginie. Nie miała nawet cienia nadziei, że generał zatrzyma roboty.
- Musimy mu pomóc – zawołałem, patrząc jak Cholis skutecznie zatrzymuje jednego MECHa po drugim, a mimo to ich napływ nie ma końca. Miałem dziwne wrażenie, że dowódca specjalnie nas tutaj przyblokował, byśmy nie wygrali. Wkurzało mnie to, łagodnie mówiąc. Nie chciałem dać mu tej satysfakcji. Ani teraz, ani … .
- NIGDY! – wyskoczyłem zza kontenera, stając przed zdziwionym Batarianinem. Przyjąłem na siebie cały ogień, przełykając ślinę i mrużąc oczy, przed błyskiem mojej tarczy, której baterie spadły w zastraszającym tempie.
Cholis wpadł we wściekłość, kiedy pierwszy szok minął. Wstał łapiąc mnie w pasie, z zamiarem odrzucenia mnie z powrotem za osłonę. Chciał mnie uratować? Nie miałem szans się o tym przekonać. Nie wystawiałem się na ostrzał z głupoty lub czystej brawury, co często jest tym samym, gdyż brawurują osoby nie grzeszące inteligencją. Nie chciałem też nikomu zaimponować. Miałem zamiar wygrać ten przeklęty test.
Skupiając wszystkie moce wytworzyłem biotyczny bąbel, który zamknął nas wewnątrz, osłaniając przed ostrzałem. Pociski odbijały się od błękitnej aury, wbijając się w obiekty wokół lub od razu wyparowywały. Było to efektowe, lecz także męczące – regeneracja osłony zabierała mi mnóstwo energii. Podczas pierwszej fali pocisków miałem ochotę krzyczeć,
kuląc się w agonii. Wiedziałem jednak, że teraz nie mogę się poddać. Muszę wytrzymać. Walczyć.
Spojrzałem na towarzyszy, którzy przyglądali mi się z dość mało inteligentnym wyrazem twarzy. Ich oczy były wielkie ze zdziwienia, usta rozwarte, jakoby polowali na owady. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że oni nie mieli wglądu do moich papierów, a więc nie mieli pojęcia o moich zdolnościach. Nie było jednak czasu na oklaski. Zresztą po ich minach i tak bym ich nie oczekiwał.
- Strzelaj! – wrzasnąłem do Cholisa. Wiedziałem, że nie wytrzymam ich pełnego ostrzału. Batarianinowi chwilę zajęło nim uświadomił sobie, że mówiłem do niego. Stanął przede mną, tak, że prawie dotykał mnie plecami, otwierając ogień i przerzedzając szeregi wroga, ale co najważniejsze zmniejszając nacisk na bąbel. Poczułem ulgę.
- Zostajesz? – spojrzałem z wyższością na blondynkę.
Elizabeth przygryzła wargi, po czym z gracją, robiąc przewrót przez bark, rzuciła się do wnętrza osłony, prawie wytrącając mnie z równowagi. Podniosła się, spoglądając mi w oczy.
- Szpaner – bąknęła pod nosem, lecz tak, bym usłyszał, po czym dołączyła do Batarianina. Ich wspólny ogień przynosił coraz większe efekty. Było mi łatwiej kontrolować osłonę.
- Gotowi?
Obydwoje skinęli głowami, choć w ich oczach dostrzegłem niepewność. Zastanawiali się pewnie dlaczego wcześniej nie powiedziałem im, że jestem biotykiem. Co jeszcze potrafię? I najważniejsze, czy bariera wytrzyma. Oczywiście, że … nie miałem pojęcia. Pierwszy raz wykonuję to na taką skalę i w takiej sytuacji. Czułem jak pot zaczyna perlić mi się na czole. Był to znak, że czas ruszać.
Towarzysze mocniej zacisnęli dłonie na broni, kiedy wolno ruszyłem do przodu. Krok, potem drugi i następny.
Dystans jaki miałem pokonać był w zasadzie niewielki, około 70 metrów. Jednak utrzymanie bariery było katorżniczym wyczynem. Siły opuszczały mnie w zastraszającym tempie, a nie miałem przy sobie nic, czym mógłbym uzupełnić energię, nawet zwykłego batonika. Początkowo przeklinałem w duchu. Później nie miałem już na to sił.
Liz i Cholis co chwila przyglądali mi się gotowi rzucić się za najbliższą z osłon, gdybym osłabł całkowicie. Nie miałem nawet sił, by zastanawiać się, czy któreś szarpnęło by mnie za sobą. Cokolwiek jednak myśleli i cokolwiek planowali, atakowali wroga nieprzerwanie. Wolno, acz konsekwentnie zbliżaliśmy się do niewielkiego pomieszczenia, w którym kiedyś pracował zarządca magazynu. Teraz był to nasz cel, w którym czekał na nas dowódca aka, porywacz.
Reszta rekrutów patrzyła na nas z niedowierzaniem. Przekonaliśmy się, że im także nie było łatwo. Poszczególne grupy znalazły się w podobnych pułapkach jak ta, z której właśnie uciekliśmy, choć ci, którzy połączyli siły, wywalczyli sobie sporą przewagę. Oczywiście do momentu, w którym pojawiliśmy się my.
Nie chciałem patrzeć w ich kierunku, ale mogłem iść o zakład, że część z nich jest pod wrażeniem, część jest zwyczajnie rozgniewana i sfrustrowana, a pozostali … no cóż, powiedzmy, że życzą mi, by bariera upadła.
Droga do biura zajęła wieczność. Ledwie trzymałem się na nogach, trząsłem się ze zmęczenia, a włosy i twarz miałem zupełnie mokre, jakby złapał mnie deszcz. Kiedy zatrzymaliśmy się przed drzwiami, zebrałem się na ostatni wysiłek. Korzystając z pozostałej mi energii oraz tej zawartej w barierze wytworzyłem biotyczną falę, która odrzuciła w tył resztę MECHów.
Lizbeth otworzyła drzwi, za którymi stał dowódca. Jako, że śledził nasze poczynania, nie był zdziwiony naszym widokiem.
- Dobrze się czujesz? – zapytał Cholis, przyglądając mi się.
Nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu, otworzyć ust. Skinąłem głową potwierdzająco.
Liz weszła do pomieszczenia, gdzie mieliśmy czekać na przedarcie się reszty grup. Choć wyzwanie dobiegło końca, trener ani myślał o odwołaniu robotów. Każdy rekrut musiał przetorować sobie drogę do wyjścia. Batarianin spojrzał niechętnie na walczących Turian, którym ułatwiliśmy teraz zadanie, po czym wszedł do biura za Eli. Zostałem z tyłu, nie mogąc zrobić kroku. Wysiliłem się, by unieść nogę.
Zakręciło mi się w głowie, a przed oczami pociemniało. Poczułem jak tracę równowagę, zaczynam spadać w czarną przepaść. Całkowicie poddałem się temu uczuciu, kiedy coś gwałtownie mnie zatrzymało. Uchyliłem powieki. Cholis niósł mnie na rękach, jednak nie patrzył na mnie. Jego twarz była zupełnie nieprzenikniona. Zero emocji. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, ponownie tracąc przytomność.
[center]***[/center]
Ocknąłem się w swoim niewygodnym łóżku. Nie pamiętałem jak znalazłem się w pokoju, ale podejrzewałem, że miało to związek z moim współlokatorem. Rozejrzałem się zdezorientowany.
W pomieszczeniu nic się nie zmieniło, wszystko stało na swoim miejscu. Regał, biurko, łóżko, które kiedyś tworzyło wraz z moim dwupiętrowy twór. Żadnego okna. Za każdym razem, gdy sobie o tym przypominałem, przeklinałem los, że nie było mnie stać na kupno lub chociaż wynajem mieszkania w Prezydium.
Na drugim łóżku siedział Cholis czyszcząc swój pistolet. Udawał, że nie zauważył mojego przebudzenia, choć wyraźnie widziałem, że jego górne oczy są na mnie skierowane.
Usiadłem. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem w samych bokserkach. Moich ulubionych, przynoszących mi szczęście – dopasowanych, żółtych. Co się stało z moim kombinezonem? Nie mogłem go dostrzec.
Głowa pękała mi z bólu. Czułem potworny głód, a mięśnie ciągle dotkliwie drgały. Mam za swoje, przekląłem w duchu swoją bezmyślność. Co mi przyszło z tej wygranej?
Spojrzałem na Batarianina, który natychmiast odwrócił wzrok, jednocześnie przerywając czyszczenie.
- Długo spałem? – zapytałem, choć sam mogłem to określić. Budzik wciąż leżał na szafce nocnej.
Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę. Nie miał już na sobie kombinezonu, lecz zwyczajne, codzienne ubranie. Brązowe, wyglądające na szorstkie i grube spodnie, koszulę z długim rękawem w nieco jaśniejszym odcieniu, wysokie buty, przywodzące na myśl ludzkie buty wojskowe za kostkę, oraz skrzyżowane ze sobą skórzane szelki. Przy spodniach miał założony pas pełen dodatkowych miejsc na amunicję, granaty i broń. Nie chciałbym go zobaczyć w pełnym wyposażeniu. Sam widok odebrałby mi pewnie wolę walki.
- Kilka godzin – odpowiedział, odkładając pistolet na łóżko. – Jak się czujesz?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Skłamać, by go nie martwić i pozostać pod pościelą, by nie wyszło na jaw, że ledwie trzymam się na nogach, czy powiedzieć prawdę i wyjść na słabeusza. Po mojej twarzy przebiegł cień zwątpienia, co natychmiast zostało wykryte
Cholis wyjął z kieszeni dwa duże batony, rzucając mi je. Z wdzięcznością przyjąłem słodycze, momentalnie wgryzając się w pierwszego. Nareszcie.
- Jesteś głupcem – powiedział. Przestałem przeżuwać, wlepiając w niego zdziwione spojrzenie. – Mogłeś zginąć. To co zrobiłeś było czystą brawurą! Wśród Batarian nie ma zbyt wielu biotyków, ale wiem co nieco – wstał, podchodząc so biurka, by oprzeć się o jego blat. Wyglądał jakby uciekał myślami gdzieś w przeszłość. – Myślisz, że jesteś jakąś cholerną asari, która zjada piezo na śniadanie?!
Wreszcie odzyskałem głos. Nie pozwoliłem się obrażać, w końcu to dzięki mnie wygraliśmy i znam swoje limity. Miałem ochotę wstać, ale przewrócenie się na podłogę, nie pomogłoby zbytnio moim słowom.
- A ty niby, to co? Nie ja wyskoczyłem na linię ognia! – podniosłem głos. – Zrobiłem to, by cię ocalić. Myślisz, że dowódca rozkazałby im przerwać ostrzał, gdyby twoja tarcza się wyczerpała? – dodałem z wyrzutem.
- Nie wierzę – zaśmiał się cierpko, ironicznie. – Naprawdę jesteś dziwnym przypadkiem, człowieku!
Znów to nazywa gatunkowo.
- Niby dlaczego? – zapytałem z naciskiem.
Cholis odwrócił się w moją stronę. Dostrzegłem nieznaną mi dotąd konsternację na jego twarzy. Oceniał zapewne czy mówię prawdę.
- Od samego początku wstawiasz się za mną, pomagasz mi, kryjesz mnie – zaczął wymieniać, zbliżając się do mnie. – A teraz jeszcze ryzykujesz własnym życiem, by upewnić się, że nie zginę. Rozumiem, że jesteśmy drużyną, ale … - urwał, jakby szukając odpowiedniego słowa.
Pomiędzy nami zawisło niezręczne milczenie. Patrzyliśmy na siebie nie mogąc wypowiedzieć słowa. Wreszcie mężczyzna przerwał milczenie.
- Znamy się niewiele ponad tydzień, nie oczekuj od mnie, że będę ryzykował życiem, by kiedyś uratować siebie.
- Wcale tego od ciebie nie wymagam – zaoponowałem ze złością. – Chcę tylko byś mi zaufał i przestał działać na własną rękę, oglądał się za siebie, by upewnić się, że nie strzelę ci w plecy! – krzyknąłem, dając się ponieść emocją. – Nie dostaniemy się w szeregi SOC, jeżeli nie będziemy sobie pomagać, ufać, czytać w myślach, uzupełniać się! Chcę wiedzieć, że kiedy będzie trzeba staniesz w mojej obronie, ostrzeżesz przed wrogiem – zacząłem sapać z wysiłku, zakręciło mi się w głowie. – Przestań … .
Batarianin zacisnął pięści, odwracając się i kierując w stronę drzwi. Wpadłem w szał. Co za niewdzięcznik! Wyskoczyłem z łóżka, walcząc z własnym ciałem, by się na niego rzucić. Nie wiem co chciałem osiągnąć? Zatrzymać go, wywołać bójkę? Wykonałem nie więcej niż trzy kroki, nim padłem na podłogę z głośnym hukiem. Nawet się nie obejrzał.
- Będziesz musiał tu wrócić! – wrzasnąłem za nim, nim drzwi się zamknęły.
Z bezsilności uderzyłem pięścią w ziemię, żałując, że zostawiłem batony na łóżku. Wygraliśmy zadanie, ocaliłem mu życie, sprawiłem, że wreszcie spojrzą na nas inaczej, a on zarzuca mi … właściwie co? Brawurę, szastanie własnym życiem?
- Hipokryta! – zawołałem.
Drzwi otworzyły się ponownie. Uniosłem głowę. Zamiast Cholisa w wejściu stała Elizabeth. Patrzyła na mnie ze współczuciem, może nawet pewną dozą litości. Ona także była ubrana po cywilnemu w długą, zwiewną, czerwoną sukienkę w kwiatki. Włosy spięła w kok na czubku głowy, odsłaniając i uwydatniając szyję, pokazując uszy. W rękach trzymała jakiś pakunek. Była piękna, elegancka, seksowna.
- Podsłuchiwałaś – rzuciłem, opuszczając głowę na podłogę. Przyjemnie było poczuć niewielki chłód na czole. – Typowe… .
Usłyszałem jak kobieta wchodzi do środka, mija mnie, kładzie coś na blacie i siada na moim łóżku.
- Twój tyłek nie wygląda korzystnie pod tym kątem – stwierdziła z powagą, zupełnie jak znawca oceniający obraz w galerii. – Wiesz co – zaczęła. – Tak właśnie sobie wyobrażałam upadek biotyków – leżących na podłodze u stóp prawdziwych żołnierzy.
Choć nie widziałem jej twarzy, wiedziałem, że rozgromienia ją radosny, pełen satysfakcji uśmiech. Nie zostałem jeszcze pokonany.
- Kiedy zauważysz tutaj jakiegoś daj mi znać – odciąłem się. – Nie chcę stwarzać pozorów… oooo! – udałem zaskoczenie. – Mówiłaś o sobie. Przepraszam, ale nie skojarzyłem prawdziwego żołnierza ze skuloną za kontenerem dziewczynką - Uśmiechnąłem się.

Siedziałem na łóżku jedząc ciepłą zupę. Liz siedziała na krześle obok, dumna, że obiad tak mi smakuje. Zastanawiałem się, czy zrobiła go sama, czy kupiła, ale w tym momencie nie to było ważne. Liczyło się tylko to, że wracały mi siły. Kolejne kąśliwe uwagi Elizabeth były niczym w porównaniu z rozgrzewającym ciepłem rozchodzącym się po całym moim ciele. Cieszyłem się, że w pokoju nie ma lustra, musiałem wtedy wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy.
- O co poszło? – wypaliła wreszcie kobieta. I tak dziw, że wytrzymała tak długo.
- Przecież wiesz, słyszałaś – odpowiedziałem wolno, przedłużając każdą literę, każde słowo. Nie miałem ochoty kłamać, by poczuła się lepiej.
- Jeez – jęknęła. – Dobra, dobra. Nie spinaj się tak, bo kociej mordy dostaniesz. Złość piękności szkodzi, a ty nie masz czym szastać – uśmiechnęła się sztucznie w stylu Barbie.
- Musiałaś się sporo złościć w przeszłości – rzuciłem, nim zaczęła drążyć temat. – Wiesz, jak mawiają, kto raz się sparzy … .
Spojrzała na mnie. W jej wyrazie twarzy dostrzegłem jedno – tę rundę wygrałem ja.
- A teraz na poważnie. To co zrobiłeś było niesamowite, ale także bardzo głupie – zaczęła. – Jak możesz się tak przeciążać na treningu. To był tylko zwykły scenariusz, który mieliśmy odegrać. Nic by się nie stało, nawet gdyby … - przerwała, odwracając głowę. – To tylko Batarianin, co cię obchodzi jego los?
Nie odpowiedziałem. Zignorowałem ją, udając, że nie wypowiedziała ostatnich słów. Skupiłem całą uwagę na jedzonej zupie, odcinając się od świata zewnętrznego.
- Bardzo dojrzałe, wiesz? Nie ma co – Liz spojrzała na mnie karcąco, kręcąc głową.
Nie wytrzymałem. Widać nie dane mi było dziś odpocząć.
- Czego ty ode mnie oczekujesz, co?! To nie był błąd, jeśli o to ci chodzi. Jak mogę wymagać, by Cholis mi zaufał, skoro tak się traktujemy? Ty byś go zostawiła, pozwolił umrzeć, prawda?
- Ja, ja … - zająknęła się, szukając właściwych słów.
- Wyjdź proszę – zwiesiłem głowę. – Dziękuję za wszystko, ale wolałbym teraz zostać sam.
Lizbeth wstała nie odzywając już ani słowem. Ucałowała mnie w czoło, kierując się do drzwi, w których stał Cholis. Od jak dawna? Czy słyszał naszą rozmowę?
Kobieta minęła go bez słowa, znikając w korytarzu. Mężczyzna przyglądał mi się badawczo, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
- Pomyślałem, że powinieneś zjeść coś lepszego niż baton – w jego rękach dostrzegłem pakunek podobny do tego jaki przyniosła Liz. Teraz miałem pewność. Kupiła tamtą zupę. Nie jest taka idealna za jaką chce byśmy ją mieli. – Ale widzę, że już jadłeś. – Smutek?
- Ciągle jestem głodny - uśmiechnąłem się. – Jak mam najeść się zupą?
Batariain uśmiechnął się do mnie.
- Mam nadzieję, że lubisz mięso Varrena.


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość