[The Elder Scrolls] Taki Los

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

[The Elder Scrolls] Taki Los

Postautor: dikajos » 29 lis 2013, 13:19

tytuł: The Elder Scrolls: Taki Los
fandom: The Elder Scrolls
kategoria: bez ograniczeń
opis: Po wojnie domowej Skyrim vs Cesarstwo, Skyrim staje się niepodległe. Reszta już jest moja: Akcja przenosi się do puszcz Valenwood, do klanu Woodmer, gdzie właśnie wkracza wielka polityka pod postacią dyplomatów z Aldmerskiego Dominium, które chce podporządkować sobie klany, korzystając ze słabości Cesarstwa.
znajomość fandomu: wskazana, ale niekonieczna. Postacie tworzę sam, wydarzenia też. Mają one miejsce PO wydarzeniach z ostatniej gry TES: Skyrim.
status: W trakcie tworzenia.

--------------------------------------------------------


[center]THE ELDER SCROLLS
"TAKI LOS"

ODCINEK I
Y'FFRE

I[/center]


Woodmer, bosmerska osada położona kilkanaście mil na południe od Arenthii, od kilku dni szykowała się na przyjęcie gości - posłów z Aldmerskiego Dominium. Od kilku miesięcy ruch między bosmerskimi osiedlami osiągał natężenie wcześniej niespotykane. Całe grupy Aldmerów, nie tylko wysłanników dyplomatycznych, ale i wojskowych, przemierzały puszcze i bagna Valenwood. W wyniku stosowania palety przeróżnych działań, sięgających od otwartych mordów, aż po metody czysto dyplomatyczne, opanowywali oni coraz większe tereny leśnych elfów. Dla scentralizowanego imperium nie było problemem podporządkowywanie sobie odizolowanych klanów. Od czasu Wielkiej Wojny, Valenwood, w wyniku braku Cesarskiego wsparcia, podzieliło się na wiele enklaw, które kolejno przyłączano do rosnącego w siłę Dominium. Proceder ten stał się jeszcze powszechniejszy w czasie i po ostatniej wojnie domowej w Skyrim.

Teraz zagraniczni wysłannicy przybywali do Woodmer, starego elfickiego miasta położonego w koronach drzew. Nie było to miasto w rozumieniu przeciętnego mieszkańca Tamriel. Bosmerowie wciąż starali się żyć zgodnie z naturą, nie wykorzystując jej, ale funkcjonując w symbiozie od czasu zawarcia Zielonego Paktu. Zabraniał on spożywania owoców lasu, warzyw, jak również stosowania drewna do budowy schronień. Drzewa i puszcza były dla Bosmerów świętością, a zatem ich osiedla zupełnie odbiegały wyglądem od innych. Konstruowali swe siedliszcza delikatnie naginając okoliczną roślinność, nie zmieniając jej. Nauczyli się tego w ciągu długich stuleci. Domki umieszczone na odpowiednich do tego drzewach, często bez dachu nad głową, były tu regułą. Nastawienie poszczególnych klanów do wielkiej, międzynarodowej polityki było negatywne, o ile w ogóle można je opisać jakimś słowem. Plemiona po prostu nie interesowały się tym, kto siedzi na tronie Cesarstwa, ani kto wygrywa w zakończonej ostatnio wojnie domowej w Skyrim. Te wydarzenia były oddzielone od nich tysiącami mil i gęstymi lasami, górami. To nie były ich sprawy i najchętniej w ogóle by o tym nie słuchali. Teraz jednak polityka, wraz z przybyciem wysłanników Aldmerów, przychodziła do nich. Nie było odwrotu. Dominium sprytnie lawirowało między klanami, podjudzając ambicje wodzów oraz ich doradców, łechtając ich próżność i obiecując nagrody za wsparcie. Wtedy, jak zwykle w takich przypadkach, wśród plemion do których Aldmerowie nie dotarli, pojawiały się głosy niepokoju i obawa przed sąsiadami, którzy ze wsparciem Dominium mogliby zapragnąć poszerzać swoje terytorium. Starszyzna Woodmer wizytę posłów przyjmowała więc z ulgą, uważając, że jest to dowód na silną pozycję klanu w okolicy Arenthii, na tyle silną, że wielkie Dominium chce z nimi współpracować. Zadbano, aby osada prezentowała się jak najokazalej. W centrum osiedla postawiono duży namiot, w którym płonął rzadko tu używany ogień. Okolica centrum Woodmer przystrojona była nadzwyczaj okazale. Starszyzna zadbała, aby drzewa w okolicy namiotu były odpowiednio przyszykowane, mowa zarówno o ich wystroju, jak i kształcie. Bosmerzy, po wielu wiekach życia w gęstwinie puszczy, byli zdolni do ingerowania w otaczające ich środowisko.

Członkowie Starszyzny chcieli, aby Aldmerowie byli jak najbardziej zadowoleni. Z tego właśnie powodu wysłano myśliwych na wielkie polowanie. Dwudziestu Bosmerów wyruszyło w las o świcie, aby wrócić wieczorem z jak największą ilością świeżej dziczyzny. Dzień mijał na przygotowaniach. Promienie słońca powoli opuszczały korony drzew, a w okolicy szybko robiło się ciemno. Las był bardzo gęsty i nawet w dzień drzewa zacieniały większość Woodmer. Niedaleko namiotu siedziały dwa młode elfy, około dziesięcioletnie. Wokół nich krzątało się kilkunastu rodaków, noszących sprzęty, których chłopcy w życiu nie widzieli. Specjalnie z okazji wizyty posłów sprowadzono z Arenthii imponującą, srebrną zastawę. Wnoszono również beczki z czerwonym winem, tak zwanym "cienistym", sprowadzonym z Cirodiil, którego nazwa wzięła się z niesamowicie głębokiej czerwieni napoju, która po kilku łykach, ostawając na dnie kielicha, zdawała się przechodzić w czerń.

Dwóch chłopców nigdy nie widziało, ani nie piło alkoholu. Nigdy też nie spożywali posiłku ze srebrnych tac. Bosmerowie nie korzystali też ze stołów, krzeseł, taboretów, ani innych drewnianych mebli. Szeroko otwarte buzie chłopców nie mogły się zamknąć. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z członków Starszyzny, który nadzorował noszących beczki.

- Dobra, napatrzyliście się - powiedział z przekąsem - ale teraz już pora się zmywać. Niedługo przybędą nasi szanowni goście. Lepiej, żebyście na jakiś czas się ulotnili. Niefortunnie byłoby, gdyby dostojnicy was zobaczyli.
W tej chwili skrzywił się, patrząc na ich stare, podarte ubrania oraz gołe, brudne stopy. Czekał aż wykonają polecenie, ale chłopcy nie ruszali się.
- No już! - podniósł głos, zniecierpliwiony. Po chwili uśmiechnął się krzywo i dodał: - Wynoście się stąd, albo wyślę po was Halena.

Chłopcy przestraszyli się. Halen był najlepszym myśliwym w osadzie. Każdy go szanował; jego wkład w rozwój społeczności był niezaprzeczalny. Tak samo, jak jego reputacja. Nie chodziło o to, że się go bali, bo był niemiły - wręcz przeciwnie; znali go jako życzliwego i pomocnego, ale wiedzieli też, że w każdym względzie słuchał się Starszyzny. Jeśli kazaliby złoić chłopcom skórę, zrobiłby to. Pospiesznie wykonali więc polecenie i odeszli kilkadziesiąt metrów, gdzie znaleźli drzewo, na które poczęli się wspinać, niczym dwa kocury. Dotarcie na szczyt zajęło im kilkanaście sekund. Każdy Bosmer z puszcz Valenwood musiał być zjednoczony z lasem, umieć poruszać się w nim sprawnie, bezszelestnie, wykrywać zwierzynę i, oczywiście, chodzić po drzewach. Chłopcy wspięli się najwyżej jak mogli i czekali na przybycie dostojników. Po kilku chwilach dostrzegli jednak grupę myśliwych pod przywództwem Halena, która wracała właśnie z polowania, niosąc kilka jeleni i dorodnych dzików, które miały posłużyć jako posiłek na wieczornej uczcie. Halen dźwigał swoją zdobycz na karku, trzymając nogi ofiary swymi silnymi ramionami i idąc na przedzie grupy. Chłopcy przestraszyli się, gdy zobaczyli krew na szyi swojego idola. Szybko dostrzegli jednak, że była to posoka z tętnicy ustrzelonego zwierza, która zdążyła już zaschnąć na szyi elfa.

[center]II[/center]

Obok Halena szedł jego przyjaciel - Endoriil. Nieco młodszy, bo zaledwie czerdziestoletni. Bosmerowie żyli znacznie dłużej niż ludzie, w końcu byli elfami. Wiek czterdziestu lat oznaczał dojrzałość, ale zarazem porę, w której należało się czymś wyróżnić, aby być przydatnym w społeczności i nie być postrzeganym jako darmozjad. Halen był dowódcą myśliwych Woodmer, Endoriil jego podopiecznym, kimś w rodzaju pierwszego oficera. Młodszy z długouchych niósł na swoich ramionach młodego dzika, ubitego strzałem z łuku.

- Najedzą się jak nigdy w życiu - zaczął rozmowę Endoriil. - Może i w Dominium jedzenia mają więcej, ale nic nie może się równać z dzikiem z naszych puszcz.

Halen lekko się zaśmiał. Jego kompan często idealizował Woodmer, Bosmerów i Valenwood ogólnie, ale Halen wiedział więcej. W ostatnich latach był kandydatem do wstąpienia do Starszyzny. W związku z tym wysyłano go na misje dyplomatyczne nie tylko do innych klanów, ale też do Cesarstwa. Widział stan rozwoju innych krain, biedę w jednych, a dobrobyt w drugich. Zachwyt nad upolowanym dzikiem uważał jednak za niezwykle płytki i nie wart niczego więcej, jak uśmiechu, dlatego nie odpowiedział. Endoriil, niezniechęcony, ciągnął dalej:

- Widywałeś już Aldmerów, Halenie. Powiedz, jacy oni są? I czego chcą? Co my możemy dać takiej potędze, która, jak mówiłeś, składa się z wielu narodów i terenów znacznie większych niż nasza puszcza?
- Przyjacielu - zaczął Halen, chwytając mocniej zwierza, którego niósł na karku - Aldmerowie są inni niż my. Nie jestem w stanie porównać ich z nami. Powiem ci tylko, że nasze ambicje sięgają podporządkowania sobie klanu Hjoqmer, naszych sąsiadów. Oni w ostatniej wojnie pokonali Cesarstwo. Cesarstwo - powtórzył, zaznaczając każdą sylabę. - W domu mam mapę, którą podarowano mi kilka miesięcy temu za granicą. Później ci ją pokażę. Zobaczysz różnicę, skalę.
- Cesarstwo... nigdy tam nie byłem. Nie wyszedłem nigdy z naszej puszczy, Halenie. - Endoriil zmarszczył brwi, po czym dodał: - Skoro celują w cesarskich, to po kiego grzyba im interesy z nami, z maluczkimi?
- Polityka Aldmerów - zaczął i myślał chwilę w ciszy, zwalniając krok i patrząc na dwóch urwisów, którzy obserwowali ich z drzewa. - Zbyt mało wiem, aby ci to wyjaśniać, Endoriilu. Zdaje się, że sporo teraz zależy od naszych Starszych. Po prostu chciałbym, aby te rozmowy skończyły się dla nas dobrze, abyśmy byli silniejsi.
- Też tego chcę - przytaknął Endoriil - tylko jakim kosztem?
Halen nie odpowiedział, zamyślił się. Chwilę potem podali sobie ręce, chwytając się, zgodnie z tradycją plemienia, za przedramiona, z wyprostowanymi łokciami. Starszy elf poszedł w stronę namiotu, młodszy kroczył w stronę swojego drzewa.
[center]
III
[/center]

Dwóch bosmerskich chłopców postanowiło nie schodzić z drzewa, z którego mieli świetny widok na namiot, który miał być centrum bieżących wydarzeń. Starszyzna, złożona z trzech elfów, zajmowała już miejsca na ziemi, tuż przed stołem z solidnego drewna. Siedzieli oni na wyłożonej niedźwiedzimi skórami podłodze, nie chcąc naruszać Zielonego Paktu. Na aldmerskich posłów czekały jednak krzesła z bosmerskiego drewna, przyozdobione w wyrzeźbione w drewnie wilcze głowy na krańcach podłokietników.

W końcu, z dwudziestu aldmerskich posłańców wyłoniło się dwóch, którzy - prowadzeni przez bosmerskich łuczników - kroczyli powoli w stronę namiotu. Obcy byli elfami, w znacznej mierze skoligaconymi z Bosmerami, ale różnili się od swoich gospodarzy. Byli nieco wyżsi, skórę mieli koloru oliwkowego. O ile budowa ciała żołnierzy Dominium nie odbiegała od myśliwych z Woodmer, o tyle ciała dwóch posłów były wątłe, na pierwszy rzut oka bardzo kruche. Widać było, że ich głównym celem była rozmowa, a w razie niepowodzenia sprawami zajmowaliby się żołnierze. Po obu stronach ich drogi stały bosmerskie kobiety trzymające w rękach magicznie wyglądające bańki wodne, we wnętrzu których wierciły się schwytane wcześniej świetliki, tworząc niezwykle jasny tunel wiodący do samego namiotu. Brzęczenie owadów brzmiało niczym nieskładna, ale urocza muzyka.

Posłowie wkroczyli w końcu do namiotu, zostawiając żołnierzy na zewnątrz. Wraz z nimi w środku było tylko trzech członków Starszyzny oraz Halen, przywódca myśliwych i kandydat na członka tego szanownego grona. Najstarszy z Bosmerów gestem dłoni wskazał gościom miejsca, które ci zajęli, obchodząc powoli stół i siadając przy dalszej stronie namiotu. Bosmerowie siedzieli niżej, na ziemi - zgodnie z tradycją. Stół był na tyle niewysoki, że pozwalał obu stronom na kontakt wzrokowy, ale już teraz Aldmerowie patrzyli na swoich gospodarzy z góry.
Chwilę później kilka młodych elfów wniosło srebrne tace ze świeżo upieczonym mięsiwem, z jabłkami, winogronami; do tego dzbany cienistego wina z Cirodiil, rozlewane teraz do obszernych kielichów ustawionych przy stole. Gdy posłowie z zagranicy skosztowali wina, jeden z nich odezwał się:

- Dziękujemy za tak obfite przyjęcie. Przyznam szczerze - żółtoskóry elf podniósł dumnie brodę - że o ile wino ze zgniłego Cesarstwa było już nam serwowane, to pokaz świetlików już nie. Wdzięczni jesteśmy za te jarmarczne sztuczki.
- Raduje nas to niezmiernie - odpowiedział najstarszy z rady Woodmer, uśmiechając się, choć nie wiedział, czy otrzymał właśnie komplement czy coś zupełnie przeciwnego. Próbował chować drżące dłonie w długie rękawy niewygodnych szat z Arenthii, w które przystroili się Starsi, chociaż na co dzień ich ubiór nie różnił się od reszty ludu. Miał świadomość, że od tej rozmowy może zależeć być albo nie być jego klanu, klanu Woodmer; wygoda wydawała się teraz czymś nieistotnym. Wiedział, że poselstwo do Hjoqmer miało miejsce kilka dni wcześniej. Ich najwięksi wrogowie dogadali się z Dominium jak mogli, teraz Starsi Woodmer wiedzieli, że muszą przedstawić jeszcze lepszą propozycję, nie znając tej pierwszej. Liczył na to, że posłowie sami ogłoszą swoje żądania. Przeliczył się.

- A więc - zaczął ten sam elf, który widocznie miał prowadzić negocjacje - co macie nam do zaproponowania? Wiedzcie, że nudzą nas te odwiedziny wśród miejscowych klanów - mówił w sposób wyniosły, popijając wino. - Rozdrobniliście się w sposób niedopuszczalny. Widać, że władza cesarska nic nie dała naszym braciom i siostrom, elfom. Pod rządami Dominium będzie lepiej. Pytanie brzmi - oparł łokcie na stole i złożył dłonie, kładąc na nich szpiczasty podbródek - ile jesteście w stanie dać, aby uczestniczyć w tym rządzeniu.

Dwaj członkowie Starszyzny nie wiedzieli, co mówić. Najstarszy próbował złożyć jakąś propozycję, ale dzieci z drzewa nieopodal namiotu nie słyszały szczegółów. Przyglądały się wydarzeniom z zapartym tchem, ale tego, co się stało, nie zrozumiały ani teraz, ani za dziesięć minut, gdy jeden z nich zginął od aldmerskiego miecza, ani dwa tygodnie później, gdy drugi umierał z głodu gdzieś w puszczy na granicy Valenwood i Cirodiil, uciekając przed obławą.

[center]IV[/center]

Endoriil właśnie siedział ze swoją ciotką, która zszywała jelenie skóry, aby zrobić prezent swemu siostrzeńcowi; wtedy usłyszał metaliczny dźwięk dobywanych mieczy, szelest kilku dziesiątek elfów sunących przez las. Jego wyczulony słuch nie mógł się mylić. Błyskawicznie wyjrzał zza cienkiej firanki, która służyła za drzwi wejściowe jego drzewa. Dziesiątki, a nawet setki obcych elfów wkraczały do Woodmer i dokonywały rzezi. Od ciosów ich mieczy i sztyletów ginęli przede wszystkim mężczyźni, ale kobiet i dzieci również nie oszczędzano. Większość Bosmerów, którzy byli na ziemi, błyskawicznie ginęło lub było branych do niewoli. Endoriil miał na tyle szczęścia, że był na wysokości około dziesięciu metrów. Dopóki napastnicy nie uporali się z oporem na dole, nie będą ładować się na górę. Młody elf kazał ciotce wyprowadzić jej dwoje dzieci z Woodmer i iść do Arenthii. Nie wiedział, że Arenthii już nie ma, a przynajmniej nie pod tą nazwą i nie z tymi władzami. Ciotka nie wiedziała natomiast, gdzie są dwa urwisy, które co rano wymykały jej się i broiły na całym osiedlu.

Endoriil wyskoczył na zewnątrz tak jak stał, w krótkich spodniach ze skóry jelenia. Była już ciemna noc. Jedynym oświetleniem były dziesiątki świetlików z mydlanych baniek porzuconych przez młode elfki w chwili ataku. Teraz owady leżały uwięzione, przyglądając się rzezi Woodmer. Endoriil nie miał broni, skakał z drzewa na drzewo, mijając rodaków, którzy chowali się w swych domostwach. Domyślał się, że takie czekanie, to pewna śmierć, ale nie miał czasu tłumaczyć. Skakał z gałęzi na gałąź, znał tę drogę od dzieciństwa, kiedy wraz z Halenem robili wyścigi na około osiedla. W końcu dotarł nad namiot. Liczył na to, że... sam nie wiedział, na co liczył. Że odnajdzie żywego Halena i we dwóch odeprą atak Dominium? A może, że schwyta aldmerskiego posła i, grożąc mu śmiercią, wytarguje pokój? Impuls kazał mu iść do namiotu.

W końcu zeskoczył na tyłach miejsca, w którym toczyły się negocjacje. Podważył materiał grubą gałęzią i wczołgał się do środka. Stanął na nogi, a jego źrenice rozwarły się szeroko. W namiocie był aldmerski poseł, który sięgał właśnie po kolejny kielich wina. Trzech Starszych Woodmer leżało na ziemi z poderżniętymi gardłami; ich krew zlała się w jedną wielką kałużę, a przy stole, na krześle z wilczymi zdobieniami, siedział Halen, który podpisywał właśnie jakiś dokument.
Endoriila zamurowało. Pierwszy zobaczył go poseł.
- Hm, Wodzu - powiedział zimnym tonem. - Zdaje się, że masz gościa.

Elf uniósł głowę, odkładając pióro. Był zaskoczony, nie spodziewał się tu przyjaciela. Wzrok Halena był tępy, jego oczy krążyły po Endoriilu, potem po ciałach Starszych. W końcu oparł się na fotelu i milczał, nie wiedząc, co powiedzieć. Wszystko wydawało się oczywiste. Nawet Endoriil, nieobyty z wielką polityką, zrozumiał. Woodmer zostało sprzedane. Nieważne czy Hjoqmer złożyło lepszą ofertę. Wtedy oni przejęliby ten teren, a Halen byłby ich wasalem. A może ta rzeź oznaczała właśnie, że w klanie Hjoqmer dzieją się rzeczy jeszcze tragiczniejsze, a Halen obejmuje władzę nad oboma klanami, eliminując wszystkich zdolnych się przeciwstawić? Endoriil nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Stał, oddychając głęboko, w samych spodniach z jeleniej skóry i nie miał pojęcia, co zrobić.

Chwilę potem poczuł uderzenie w potylicę; stracił przytomność. Jego świadomość złapała jeszcze fragment rozmowy Halena z posłem:
- Nie róbcie mu krzywdy! - krzyczał Halen.
- Przed chwilą sprzedałeś cały klan za kilka przywilejów i obietnice rozprawy z Hjoqmer, a teraz chcesz oszczędzić jednego Bosmera? - spytał zaskoczony Aldmer.
- To mój - głos Halena na chwilę zadrżał - przyjaciel... Nie chcę, żeby stała mu się krzywda.
Poseł postukał palcami w krawędź drewnianego stołu.
- Po tym, jak się tu znalazł i tym, że nie wtajemniczyłeś go w nasze porozumienie wnioskuję, że nie ufasz mu. W takim razie zostanie... - zawiesił głos, patrząc na Halena, którego mimika wyraźnie wskazywała na to, że los tego elfa nie jest mu obojętny. Zakończył zdanie: - Wygnany.

Halen wziął głęboki oddech, przymykając oczy. Wszystko gorsze niż śmierć - myślał. Po ofercie jaką złożyli mu Aldmerowie kilka tygodni wcześniej, nie widział innej drogi niż ta, którą obrał. Nieprzytomnego Endoriila zawleczono na wóz, na którym siedziało już kilku poruczników Halena z myśliwskich oddziałów; takich, których nie mógł przekonać do konieczności sojuszu z Dominium. Podczas ostatnich tygodni Halen ostrożnie rozmawiał z myśliwymi, sprawdzał ich lojalność, nakłaniał do wsparcia go. Z tego powodu oddziały Dominium bez problemu przedarły się przez patrole woodmerczyków. Ci nielojalni Halenowi zwiadowcy ginęli w gęstym lesie mordowani przez swoich towarzyszy, którzy teraz otworzyli Aldmerom drogę do swojego miasta. Z Endoriilem nawet nie próbował. Jego umiłowanie puszczy, oraz zwyczajnie młody wiek, nie były podatnym gruntem na tego typu rozmowy. Cesarstwo kontra Dominium? Horyzonty pierwszego oficera nie sięgały tak daleko od granic valenwoodzkich puszcz. Nie zrozumiałby tego - Halen to wiedział. Teraz wydawałoby się, że miał pewność, że jego przyjaciel nie zostanie zamordowany, a tylko wygnany. Pełen nienawiści do niego, ale żywy.

[center]V[/center]

Endoriil odzyskał przytomność. Jego ciało podskakiwało zupełnie nierytmicznie, a drzewa wokoło zdawały się powoli zostawać w tyle. Zorientował się, że jest na wozie, powożonym przez aldmerskiego żołnierza. Wraz z nim było na nim trzech Bosmerów, myśliwych, których kojarzył z wypraw w głąb lasu. Po bokach wozu szło ośmiu aldmerskich wojowników, odzianych w lekkie ozłocone zbroje i ciemno-niebieskie płaszcze. Na głowach mieli złote hełmy z pióropuszami w różnych kolorach.
- Fajne mi wygnanie - rzekł posępnie jeden z więźniów, zwieszając głowę. - Wiozą nas tam, skąd się nie wraca.

Powiedział to dość ceremonialnie. Lasy Frangeldu były cmentarzyskiem Bosmerów, położone na północ od Woodmer, na tak zwanej "Ziemi Niczyjej" - miejsca, w którym od wieków dokonywano egzekucji. Bosmerowie - mimo wielu pięknych tradycji - nie różnili się od innych ras. Kiedy ktoś zagrażał ich porządkowi, a oni mieli dostatecznie dużo sił, by go zlikwidować, robili to. Zwykle odbywało się to w owianym złą sławą lesie Frangeld, miejscu z którego nie wracał nikt, poza nielicznymi szamanami, którzy grzebali umarłych.

Więźniowie byli powiązani łańcuchem, który łączył ich nogi z dłońmi kolegi, a ręce z nogami towarzysza niedoli. W końcu dojechano do miejsca, w którym las gęstniał do granic możliwości. Słońce było w zenicie, ale ta część lasu była zaciemniona niemal całkowicie. W okolicy panowała cisza.
- Cholera jasna. - Jeden z elfów zaczął wyładowywać jeńców z wozu. Był sfrustrowany: - Jak mamy to załatwić, jak tu prawie nic nie widać?
Drugi odrzekł mu niezwłocznie:
- Robimy to tutaj, właśnie dlatego, że jest tu jak jest. Ten las cieszy się wśród Bosmerów złą sławą. Moja babka była Bosmerką i opowiadała mi bajki o tym miejscu. - Splunął siarczyście na samo wspomnienie owych bajek. - Uwierz mi, tylko tutaj mamy pewność, że ich śmierć nie wyjdzie na jaw.

Śmierć... Do Endoriila dotarło właśnie, że wbrew ustaleniom Halena z posłem, przyjdzie im zaraz umrzeć i że nikt się o tym nie dowie. Aldmerczyk miał rację. Do lasu Frangeld nie zapuszczał się nikt. Bosmerskie klany wierzyły, że w tym miejscu kryje się jakaś magia, i to magia, którą sami wywołali wieloma mordami na swoich pobratymcach. Że skazili to miejsce krwią elfów i pod żadnym pozorem nie powinni tu wracać, a ci, którzy wracali, najczęściej tracili rozum lub sami popełniali samobójstwa.

W końcu skazańcy, czterech Bosmerów z Woodmer, stali w rzędzie ze zdjętymi już łańcuchami. Były one przytwierdzone do wozu, co nieco ucieszyło Endoriila. Jeśli umrzeć, to nie w łańcuchach - myślał. Raz Cesarstwo, raz Dominium... Valenwood nigdy nie było na tyle silne i zjednoczone, aby samodzielnie decydować o swoim losie. Te myśli przerwał jednak głos dowódcy Aldmerów, który niedbałym ruchem wyciągnął zza pasa pergamin i począł czytać:
- Za stawianie zbrojnego oporu, bunt wobec klanu Woodmer i jej lidera, Halena; Aldmerskie Dominium niniejszym skazuje was na śmierć przez powieszenie.
- Jesteśmy w Valenwood - odpowiedział Endoriil - gdzie Aldmerowie nigdy nie będą rządzić, a już na pewno nie takim sposobem, zdradą i mordem. Jakim więc prawem to Dominium skazuje nas na śmierć, skoro nad tymi ziemiami panuje Halen?
Dowódca spojrzał na młodego elfa lekceważąco, następnie na jednego ze swoich żołnierzy, który chwilę potem potężnym kopniakiem trafił Endoriila w kolano, wykręcając je w nienaturalny sposób. Bosmer upadł.
- Szykować stryczki - skończył dowódca, zwijając pergamin i siadając na tyle wozu.

Aldmerowie nie mieli bladego pojęcia, jakie siły drzemią w lesie Frangeld.

[center]VI[/center]

Pozornie nie działo się nic, ale Bosmerowie wyczuwali zmianę cyrkulacji powietrza wokoło. Z jednostajnego, lekkiego wiaterku zrobiło się kilka wirów, które delikatnie przerzucały dziesiątki liści z ziemi, to z lewej na prawą, to z prawej na lewą. Aldmerowie początkowo nie dostrzegali różnicy; dalej szykowali liny, mające służyć za narzędzie mordu. Jednak w momencie, gdy zarzucili je na drzewa, poczuli to.

Wtedy Endoriil dostrzegł mały kurhanik kilkanaście metrów od nich. Wiadomo mu było, że do tego lasu wstęp miało tylko kilku religijnych przywódców, którzy na ogół sprzątali bałagan, ale nigdy nie opowiadali, co widzieli. Teraz elf widział. I bał się. Obok usypanych z ziemi grobów o symbolice bosmerskiej, były kurhany cesarskie. Wskazywały na to reszki zbroi oraz miecze podobne do tych, które kiedyś przywiózł mu Halen z targowiska w Arenthii. Nie przerażało go to, że cesarscy kiedyś mordowali jego pobratymców, znał plotki, ale to, że... cesarscy też wtedy ginęli. "Z tego lasu nikt nie wraca". Przypomniał sobie słowa powtarzane w jego klanie od pokoleń i dopiero teraz w pełni zrozumiał ich znaczenie. Nieważne, kto morduje kogo, nikt nie wyjdzie z tego cało.

- Y'ffre, ty, który masz las w swej opiece, ocal mnie - mówił cicho Endoriil, padając na kolana. Jego rodacy patrzyli się beznamiętnie. Aldmerowie zaśmiali się. Jeden z nich splunął na klęczącego Bosmera. - Ocal mnie od tej nienawiści, ocal od śmierci, bym mógł żyć i pomścić moich braci i siostry, abym mógł służyć tobie.

Wicher był coraz większy. Już podczas podróży, wraz z zagęszczaniem się drzew, przestawali słyszeć śpiewy ptaków. Teraz okazało się, że i one musiały się bać tego miejsca. W okolicy nie było jeleni, królików, ani żadnych innych zwierząt. Dlatego też, tak nagłe zerwanie tej martwej ciszy, było dla nich czymś przerażającym.

Nagle zagrzmiało, a trzymający liny żołnierze aldmerscy upadli na ziemię w popłochu, próbując wejść pod wóz. Pioruny spadały na ziemię, przenikając gęste korony drzew i uderzając w dowódcę oddziału Dominium, przekształcając go w kupkę popiołu. Nie zdążył nawet krzyknąć. Żaden z obecnych nigdy nie doświadczył takiej burzy. Widzieli żywioły niszczące stodoły, czyniące pożary, ale nigdy czegoś takiego, czegoś, co wydawało się mieć własną wolę. Ofiary zmieszały się z oprawcami w wyścigu po schronienie. Tylko Endoriil nie zmienił pozycji, wciąż klęcząc i modląc się żarliwie. Mówił i mówił, ale słowa zanikały pośród grzmotów. Kolejna błyskawica uderzyła w wóz, zabijając Bosmera i dwóch strażników. Spłoszone konie uciekły już kilka chwil wcześniej, w momencie śmierci dowódcy. Kilkoro Aldmerów rzuciło się do ucieczki przez las. Endoriil już nigdy więcej ich nie widział. W końcu grzmoty przycichły, a niedoszła ofiara podniosła się z kolan. Ruszył przed siebie, nie zważając na nic. Wpierw szedł powoli, ostrożnie, potykając się o kruszące się pod naciskiem stóp kości pochodzenia ludzkiego, ale po kilku sekundach podświadomie zaczął biec co sił w nogach. Po zaledwie kilku minutach dotarł do krańca lasu. Tuż przed nim płynął wartki potok krystalicznie czystej wody. Endoriil podbiegł do niego i zaczął łapczywie pić. Spojrzał w niebo, słońce raziło jego przyzwyczajone już do ciemności oczy. Pogoda była piękna; na niebie nie było ani jednej chmurki.

Gdy spojrzał w dół, zobaczył swoje mocno opuchnięte kolano, skrzywił się. Obejrzał się; za nim stał dumnie las Frangeld, wyniosły i złowieszczo cichy. Endoriil obiecał sobie, że już nigdy tam nie wróci. "Choćby nie wiem, co". Chwilę potem zemdlał.

KONIEC ODCINKA PIERWSZEGO
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Jeśli czytając widzisz jakieś wady, niezgodności z uniwersum, albo po prostu coś gryzie Cię w oczy, napisz to w komentarzu. Każda rada jest dla mnie cenna!

Zapraszam do dzielenia się swoją opinią.
Ostatnio zmieniony 29 lis 2013, 15:26 przez dikajos, łącznie zmieniany 1 raz.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 gru 2013, 12:14

[center]THE ELDER SCROLLS
"TAKI LOS"

ODCINEK II
RYBA


I
[/center]

Było upalne popołudnie. Bezchmurne niebo nie dawało żadnego schronienia przed skwarem członkom niewielkiej karawany przejeżdżającej wąską drogą tuż przy strumieniu. Dwa wozy, każdy ciągnięty przez parę zmęczonych koni, zatrzymały się na krótki postój. Dwóch mężczyzn wyskoczyło ze środka. Mieli zawieszone na szyjach manierki na wodę, każdy po cztery, które chcieli uzupełnić przy wartkim potoku. Kilkanaście metrów za wodną nitką, na całej długości rzeczki jaką obejmowali wzrokiem, rozpościerał się wielki i gęsty las. Członkowie karawany odnosili wrażenie, ze chociaż drzewa dałyby im cień i chwilę wytchnienia, to nie powinni się tu zatrzymywać dłużej, niż to konieczne.

- Czujesz to? - powiedział mężczyzna, brunet, napełniając manierkę świeżą wodą. Rozglądał się przy tym nerwowo, jakby spodziewając się, że lada moment zza drzew wyskoczy jakiś potwór.
- A, racja, ciarki mam - odpowiadał starszy, siwowłosy, zakręcając pełną butelkę. Odkręcił korek następnej. - Ten niemiły rodzaj ciarek... Ten las jest jakiś dziwny.
- Ha! To pasuje do naszego szefa, co nie? - zaśmiał się czarnowłosy. Po chwili spoważniał, bo na drugim brzegu kilkumetrowej szerokości strumyka dojrzał ciało leżące bez ruchu. - Tato! Tam ktoś leży!

Ojciec spojrzał, odgarniając kosmyk siwych włosów prawą dłonią. Faktycznie, w mieszaninie trawy i błota leżał elf, bo dostrzegli kształt jego uszu. Miał na sobie tylko spodnie z jeleniej skóry, w tej chwili strasznie ubrudzone. Włosy sięgały mu do ramion, były koloru rdzawego. Szczecina zarostu pokrywała jego brodę i policzki. Nos miał zwyczajny, krótki, podbródek przeciwnie - podłużny, wąski, typowo bosmerski. Postanowili skonsultować się z szefem. Młodszy pobiegł co tchu w stronę pierwszego z wozów, na którym siedział osobnik ubrany w wyblakłą fioletową szatę, wyraźnie rozdartą na boku. Podróżnik miał na głowie szary kaptur, a w dłoniach, schowanych w brudne rękawy, dzierżył lejce. Widać było, że nie chciał zbyt długo zostawać w tym miejscu. Być może wiedział o nim coś, czego nie wiedzieli jego podwładni.

- Szefie - powiedział zziajany brunet. Krótki bieg wyraźnie zmęczył otyłego młodzieńca. - Tam, nad rzeczką, leży ktoś. Elf jakiś. Co robić?
- Żyw? - odpowiedział krótko, kierując wzrok na swojego rozmówcę. Jego twarz pokrywał cień, ale błyszczące zielone oczy świeciły niczym dwie wielkie gwiazdy na nocnym niebie.
- Widzielim, że dychał!
- Wrzućcie go na drugi wóz - wydał polecenie, niezwykle zwinnie zeskakując na ziemię. Skierował swoje kroki w stronę drugiego wozu, z którego wyskoczył kolejny człowiek i dołączył do pozostałych. Podciągnęli do kolan nogawki swoich spodni i przeszli przez strumyk. Tam mogli bliżej przyjrzeć się elfowi.
- No, synki - mówił Siwy. - Wiedział ja, że kłopoty będą, jak my bocznymi drogami ruszym. Pięciu mil żeśmy nie ujechali, a tu trup, a jak nie trup, to zara będzie trup.
Synowie popatrzyli na przemawiającego. Nie odzywali się, zamiast tego podnosili elfa z ziemi. Wiedzieli, że ojciec lubił prawić monologi.
- Dominium - kontynuował - obławę robi, mówił szefcio, bokiem pojedziem, nie gościńcem, i ominiem wraże patrole. Jakem żyje pięćdziesiąt lat, nie pamiętam ja, żeby Aldmerowie wrogiem mi byli, by krzywdę jaką mi wyrządzili.
- Nam może i nie, ale może Ryba ma z nimi na pieńku - odpowiedział syn, otyły brunet.
- Szef nie lubi, jak go tak zwiesz, Adan - wtrącił się szczupły blondyn, druga latorośl siwego.
- Aj, Wesley - bracia zaczęli się sprzeczać. - Szef przy wozie został, a jak go nie ma, to będę mówił Ryba. Będę i przy nim, dopóki nie zapłaci za drogę w tamtę stronę. Wracamy już, a ni septima nie widziałem. Żadnej innej waluty też nie. Co ja jestem? Praczka? Ja najemnik jestem i płacić mi trzeba.

Kiedy odbywała się braterska kłótnia, starzec przyglądał się elfowi, którego nieśli jego synowie. Wisiał on w tej chwili bezwładnie między ramionami mężczyzn, którzy ciągnęli go w stronę wozów, prowadząc przy tym ożywioną kłótnię. Wydawało się, że nieprzytomny nie ma większych obrażeń. Dość mocno opuchnięte kolano wyglądało na jedyny poważniejszy uraz. Siwy dostrzegł jednak coś, co go przestraszyło.
- Syny! Patrzta - rzekł i wskazał swym brudnym i delikatnie drżącym palcem na nadgarstki elfa, zatrzymując się. - Kajdany jakieś miał na sobie.
- Bandyta może! - blondyn krzyknął z wrażenia. - Prowadzimy go do Ryby.

Kiedy umieszczali nieznajomego na wozie i powiedzieli o śladach na nadgarstkach, ich szef właśnie otwierał małym kluczykiem posrebrzaną skrzynkę niewielkich rozmiarów. Mężczyźni nigdy wcześniej jej nie widzieli. Jej zdobienia robiły na nich spore wrażenie. Nie potrafili tego rozpoznać, ale owe dzieła sztuki pochodziły z Elsweyr, a dokładniej z portowego miasta - Senchal. Przedstawiały dwa lwy, samce, jakby zamrożone w skoku w stronę środka pojemnika. Na co jak na co, ale na srebro i złoto wzrok mieli wyczulony. Zanim najęli się do tej roboty, robili jako zwykli najemnicy, a że żaden z nich nie był ani silny, ani przesadnie inteligenty - chętnych na ich usługi było mało. Zakapturzony widocznie nie był wybredny, a teraz dostrzegł ich reakcję.
- Posrebrzane, nie srebrne. Chciwcy - mruknął pod nosem. - On tu ma receptury prostych eliksirów leczniczych. I przepis na ogórkową.

Ojciec i synowie drapali się po głowach, zastanawiając się, czy szef z nich zakpił, czy był przesadnie szczery. Bardzo rzadko potrafili odróżnić jedno od drugiego. Już parę tygodni wcześniej, kiedy ruszali tu z Cirodiil, przestali się tym przejmować, bo zdarzało się zbyt nagminnie. Nie raz zastanawiali się, czy są zbyt głupi, że nie rozumieją przełożonego, czy po prostu on jest aż tak dziwny. Zakapturzony nie zwracał uwagi na rozterki podwładnych. Kazał im napoić konie i dodatkowo zabezpieczyć towar; droga, którą wybrali, była bardziej wyboista niż można się było spodziewać. Pozostali członkowie małej karawany wykonywali polecenia, a szef skupił się na elfie.

- Hm, elf, niemłody, niestary. Hm... - zamyślił się. - Nadgarstki i kostki obtarte, siniaki. Więzień to? Bandyta, niewolnik? Obława w okolicy. Dlatego tą drogą on idzie, ten elf też obławy unika pewnikiem. Hm... Nic nie odkryje on teraz. Trzeba wybudzić znajdę.
Po tych słowach wyjął korek z małej buteleczki, którą wcześnie wydobył z posrebrzanej skrzynki. Zawartość, zielonkawy płyn, wlał prosto do gardła swojego pacjenta.

[center]II[/center]

Otchłań. Ciemna i zimna. Szaleńczy bieg przez las, setki głosów z każdej strony. Rozpacz, udręka, płacz. Dokąd biegniesz? - pada pytanie. Kto je zadał? Kto?! Krzyczy, ogląda się za siebie - ciemno, pusto, nikt za nim nie podąża. Samotność. Bieg zmienia się w lot, coraz wyżej i wyżej, ale wciąż nie widać nieba, tylko mroki lasu. Frangeld? Śmierć, kurhany, egzekucje. Nikt stamtąd nie wraca, nikt!

Ciemność, tysiące głosów, męki, łkanie. Widać światełko, nie - widać dwa. Coraz bliżej i bliżej, głębokie, ciemno-zielone. Wokoło wszechogarniająca ciemność. Bieg do światła. Wyciągnięte ręce... To nie były światła, to oczy!

[center]*[/center]

- Nieprawda! Ja wróciłem!

Endoriil krzyknął, unosząc powieki. Nad sobą widział zacienioną kapturem twarz, na której świeciła się żywym blaskiem para głęboko zielonych oczu, dziwnych oczu. Przestraszył się, zerwał i odruchowo chwycił zakapturzonego za barki. Ten odpowiedział tym samym. Elf poczuł na swoich ramionach kilka mocnych ukłuć, zdziwił się i skrzywił z bólu.

- Ryba?! - krzyczał Adan. - Ryba! Wszystko w porządku?
W tym momencie szary kaptur zsunął się z głowy jego szefa.
- Ryba - wyszeptał ze zdumieniem wycieńczony elf - jest kotem?

W tej chwili puścił Khajiita, osobnika o formie człekokształtnej, ale aparycji typowo kociej. Miał on futro maści lwiej, ubytek w uzębieniu w postaci braku prawego górnego kła. Zielone oczy, których elf się przestraszył, teraz uspokajały go. Kot też puścił swojego oprzytomniałego pacjenta. Ten zasyczał z bólu. Na obu ramionach krwawił z pięciu miejsc, śladów po kocich pazurach, które zostały użyte przed chwilą, w samoobronie. Rany były powierzchowne.
- Jak na imię masz, elfie? - powiedział Khajiit, zakładając ponownie szary kaptur na głowę.
Jego rozmówca oparł się plecami o wóz i ciężko oddychał, milcząc. Schylił się i zaczął masować swoje mocno opuchnięte kolano. Ryba to dostrzegł. Powiedział:
- On i na to zaradzi. Tylko elf nie przeszkadza i nie próbuje go zabić, dobra?
Endoriil ze zdziwieniem spojrzał na trzech ludzi, którzy bacznie mu się przyglądali. Siwy domyślił się, o co chodzi nowemu towarzyszowi.
- Rybka zawsze tak mówi. Jak się to mówi mądrze... W trzech osobach... - niepewnie zwrócił głowę w stronę synów.
- Nie, tatko. W trzeciej osobie, tak to się mówi. On w trzeciej osobie mówi o sobie - odpowiedział Wesley, czując, że język mu się plącze. Liczył na to, że odratowany elf zrozumiał, bo nie miał ochoty plątać się dalej.
- Cicho, ludzie - przerwał dyskusję szef, sycząc. - On musi opatrzeć elfa. Elf siada na wozie. On z nim. Wy, ludzie, powozić. W drogę ruszać pora. Przed zmierzchem granicę przekroczyć trzeba.
Kiedy już wszyscy wrócili na swoje miejsca, a wozy ruszyły w dalszą drogę, khajiicki przywódca wyprawy masował opuchliznę pacjenta, nakładając na nią krem własnej produkcji.
- Ty się nie obawiaj. On zielarz, alchemik, leczyć potrafi. Imię jego brzmi Ri' Baadar al' kefir an' Ulmin nasto' Goor.
- Że jak? - Endoriil otworzył szeroko oczy.
- Ri' Baadar zwij go, lub Ri. Nie Ryba, on prosi. Tamci proste ludzie, ty elf. Odwdzięcz się za ratunek i mów, jak prosi.
- Dobrze - odpowiedział Bosmer, wciąż zdezorientowany. - Mam rozumieć, że to cała zapłata za okazaną mi pomoc?
- Za wyciągnięcie z rowu, tak, tak. Ale on teraz leczy elfie kolano. Za to zapłata inna będzie, on pomyśli jaka.

Endoriil zastanawiał się jakim cudem w ogóle został odnaleziony. Legendy o lesie Frangeld wykraczały poza bosmerskie klany z okolicy. Wszelkie karawany zwykle jechały gościńcem, kilka mil na wschód od miejsca, w którym został znaleziony. Nikt nie chciał ryzykować, znajdując się w pobliżu okrytego złą sławą lasu. Droga, którą teraz jechali - wąska i wyboista - nie nadawała się na szlak handlowy. Postanowił spytać:
- Czemu wybraliście tę drogę, Ri'Baadar?
- Hmm, elf niegłupi, on widzi. Aldmerów Dominium obławę jaką czyni w okolicy. Wojska dużo strasznie, Bosmerowie setkami w różnych kierunkach uciekają, buty jeno na sobie mają. Jakieś bitwy straszne w puszczach być muszą, skoro nic innego nie biorą. Napotkali moi ludzie uciekinierów, przy gościńcu, w karczmie przydrożnej, dziesięć mil temu. Siwy - Ri zwrócił się do powożącego drugi wóz - powiedz, coś słyszał.

- Oj, panie elfie - starzec spojrzał w stronę nowego towarzysza. - Mnie to się widzi, że ty też z tej obławy uchodzisz. Nie żeby mnie to interesowało, czy coś. Ja to w tej karczmie spokojnie z synkami winko piłem, chłopcy, ach urwisy, macały panienki, co winka donosiły, a wtedy elfy z lasów przyszły. Trzech ich było, dychali ledwo, o schronienie prosili. Karczmarz miotłę złapał i chciał bić, a elfy mówią, że w lasach mordują, klany upadają; nie jeden, nie dwa, wszystkie, wyobraź pan sobie, panie elfie.

Endoriil milczał.

- Okazało się, że elfiki się nie znały. Spotkała się ta trójka przypadkiem. Każdy z innego plemienia, czy tam klanu. Zwał jak zwał. I okazało się, że Aldmerów w lasach mrowie całe i każdego, kto przeciw nim wystąpi, mordują na miejscu, a pozostałym każą sobie przysięgi wierności składać. Ja to nie rozumiem. Elf elfa morduje, jeden długie uszy, drugi długie uszy, to po jaką cholerę sztylety sobie pod żebra pchać?
- Phi - prychnął Ri'Baadar - a ludzie ludzi kochają tylko?
- Eee, nie, szefie - starzec lekko się speszył. - No i wtedy do karczmy weszła drużyna Aldmerów, hyc połapali Bosmerów i na podwórze z nimi. Tam bez zwłoki żadnej na kolana ich rzucili i gardła poderżnęli. I poszli od razu, na odchodnym rzucając: każdy, kto Bosmerowi schronienia udzieli, ten długo żyć nie będzie. No i my wrócili do szefa wtedy i podjęlim decyzję, że z gościńca skręcamy w tę dróżkę, bo bezpieczniejsza. A teraz my elfa mamy na wozie i leczymy go. Masz ci babo placek.

Ri' Baadar chwilę pomilczał, w międzyczasie owinął posmarowane maścią kolano elfa w śnieżnobiały bandaż. W końcu otworzył swoje kocie usta:
- Siwy, ty się elfem nie przejmuj. Ty się w ogóle zastanawiałeś, czemu tędy podróż idzie? - stary podrapał się po brodzie, szukając odpowiedzi. Khajiit kontynuował, spinając bandaż małą metalową klamrą: - Żadnego elfa wcześniej na wozie nie było, tak? A on i tak skręcił na boczną drogę, tak? To pomyśl, Siwy, pomyśl.

Siwy myślał. Nadaremno.
- Wieziesz coś nielegalnego - powiedział Endoriil, podciągając się na rękach i opierając o drewnianą ścianę wozu, dzięki czemu zajął pozycję siedzącą. Opuchlizna przestała dokuczać, chociaż wcale się nie zmniejszała. Bandaż trzymał się solidnie. - Na wozach jest coś, czego nie mogą zobaczyć Aldmerowie.
- Ani Aldmerowie - odrzekł Ri - ani cesarscy. Dlatego przeprawa starym mostem, przez rzekę, między punktami granicznymi jest niezbędna. Zmierzamy do Skyrim, gdzie on, Ri' Baadar al' kefir an' Ulmin nasto' Goor, poświęci się badaniom. Chciał to zrobić już wcześniej, ale wojna domowa była, Cesarstwo i Skyrim. Nastał pokój, spokojniejszy czas, więc on zmierza tam, by dzieło kontynuować. To, co w wozie, pomóc tylko ma.
- Jakie dzieło? - spytał Endoriil.
- Ha, ha - Wesley zaśmiał się. - Kocia ryba chce napisać jakąś książkę o roślinkach i zwierzakach.
- Kompendium wiedzy: flora i fauna Tamriel, to będzie jego dzieło - odrzekł nieco naburmuszony szef karawany. - Wesley, nie śmiej się, bo on nie zapłaci tobie.
- On - młody człowiek nieco uniósł głos - nie płaci mu, jemu - wskazał na brata - i ojcu odkąd opuściliśmy Eldenroot, a to było tydzień cały temu.

Elf ogarnął wzrokiem karawanę, a przynajmniej coś, co miało za taką uchodzić. Dwa stare wozy nie robiły jednak wrażenia. Chyba, że ktoś chce przejechać z jednej wsi do drugiej. Ri chciał natomiast dotrzeć z południa Valenwood, przez Cesarstwo, aż do Skyrim i to nie gościńcem. Z racji ładunku jaki wiózł, cały czas nie wiadomo jakiego rodzaju, wolał wybierać boczne, nieobstawione przez nikogo drogi. Szata Khajiita była podarta, on miał braki w uzębieniu, a wozy nie wyglądały na najnowsze. Konie sprawiały wrażenie, jakby niedługo miały paść z głodu. Do tego, najął do pomocy starego człowieka i jego dwóch średnio rozgarniętych synów, którzy nie potrafiliby pokonać w boju nawet swoich rozgniewanych nieobecnością mężów żon. Jakby tego było mało, nie płacił im od tygodnia. Tak, Ri' Baadar musiał być zdesperowany. Musiał liczyć na to, że ładunek, który wiezie ze sobą, zagwarantuje mu coś więcej niż spłatę najemników, może nawet znacznie więcej.

[center]III[/center]

Podczas trzygodzinnej jazdy wąską dróżką nie spotkali nikogo. Początkowo ich to dziwiło, ale przestało, kiedy zobaczyli rzekę i zrujnowany most. Nie dość, że droga była podrzędnej jakości, to jeszcze okazało się, że przeprawa jest niesamowicie ryzykowna, o ile nie niemożliwa. Konstrukcja wyglądała, jakby mogła się zawalić w każdej chwili. Co gorsza, słońce powoli chowało się za horyzontem, zabarwiając niebo mieszanką kolorów pomarańczowego i czerwonego. Endoriil pomyślał o Woodmer i o tym, czy przeżył ktoś, kogo znał. W myślach przeklinał Halena, swojego przyjaciela, który zawarł porozumienie z Dominium. Najgorszym był jednak widok posterunku aldmerskiego tuż przed mostem. Nie było już sensu się cofać, bo dwóch strażników dojrzało podróżnych i wstało, czekając na wozy. Wyglądali na szczęśliwych. Adan i Wesley przykryli Endoriila kilkoma workami pełnymi ziemniaków. Zdążyli tuż przed tym, jak wóz podjechał pod sam most.

- Dokumenty, proszę - powiedział jeden z żołnierzy, wyciągając dłoń. Drugi patrzył się krzywo.
- Proszę - odrzekł Ri' Baadar, dając zwitek papierów.
- Kaptur ściągnąć - Khajiit usłuchał. Żołnierz skupił wzrok na dokumencie: - Ri' Baadar al' kefir... ale wy macie porąbane imiona tam w Elsweyr. Już niedługo Dominium zaprowadzi tam porządek - Ri kiwnął pokornie głową. - Zielarz w drodze do Skyrim. Można wiedzieć, po co?
- Kres wojny domowej. Naukowcy, zielarze, historycy; wszyscy ciągną do Skyrim, by patrzeć na wzrost nowego, samodzielnego państwa. By patrzeć i zapisywać, dla przyszłych pokoleń, dla dzieci waszych, panie - powiedział, ponownie skłaniając głowę.
- Dobra, dobra, pokażcie, co wieziecie.
Endoriil, leżąc pod workami ziemniaków, zastanawiał się, co zrobić, jeśli go wykryją. Bez broni nie mógł nic. Wątpił, czy trzech ludzi mu pomoże. Jeśli już, to Ri, ale czy on posiada jakiekolwiek umiejętności, jeśli idzie o walkę? Nie wygląda. Elf był już pewny zdemaskowania, kiedy usłyszał głos Ri' Baadara:
- Panowie żołnierze. Wy tu sami na posterunku jesteście, nuda straszliwa pewnikiem. My tu winka trochę mamy. Damy wam, a wy puścicie nas, co?

Ri' Baadar strasznie ryzykował. Endoriil nie sądził, by Khajiit robił to dla niego, raczej dla bezcennego towaru, który wiózł, a którego zdemaskowania sobie nie życzył. Ri podał wino żołnierzom, dołączając do tego kopertę wypełnioną pieniędzmi.
- Wino, mówisz - powiedział żołnierz, który do tej pory milczał. Na jego twarzy zagościł szczery uśmiech, kiedy chował kopertę do kieszeni. - No, na to czekałem. Ostatni wóz był tu trzy godziny temu i co nam dali za przepuszczenie? Pęto kiełbasy, ot co... Świat schodzi na psy. Przeniosłem się do straży granicznej, bo chciałem się dorobić, a tu same obdarciuchy granicę przekraczają. W dodatku dali mnie na jakiś nic nie znaczący punkt. Gościńcem podobno setki na północ idą. Tam to się chłopaki obłowią... Dawaj to wino, dawnom się nie napił.
Ri' Baadar uśmiechnął się i dał po dwie butelki wina na strażnika, na co krzywili się synowie Siwego, ale zachowali milczenie.

- Most wytrzyma? - spytał Ri na odchodne.
- Most? - odpowiadał żołnierz, otwierając butelkę z uśmiechem na twarzy. - A, tak, wytrzyma. Ostatni wóz ciągnął dwie rodziny i cały ich dobytek. Puściliśmy ich, bo to miejskie elfy były. Tych z lasów nie puszczamy. Widzieliście jakiego leśnego?
Siwy i jego synowie zaczęli zgrzytać zębami, Endoriil zacisnął pięści, ale szef odpowiedział pierwszy.
- Widzieli. W karczmie dziesięć mil na południe. Trzy elfy weszły, za nimi patrol aldmerski, co ich potem na podwórzu ubił, jak bandytów.
- Bo to są bandyci - odrzekł żołnierz zdecydowanie, wychylając butelkę z winem. - Cóż, bywajcie zdrowi.

Ri' Baadar kiwnął głową na pożegnanie i ostrożnie ruszył mostem. Za nim Siwy i jego wóz. W ten sposób karawana wkroczyła w granice Cirodiil. Czekała ich długa i trudna podróż, z dala od większych miast i głównych szlaków komunikacyjnych. Mieli poruszać się bocznymi drogami i zaopatrywać się w niewielkich miasteczkach, aby tajemniczy ładunek Ri' Baadara nie został wykryty. W końcu brunet, Adan, powiedział:
- Szefie. Mówił szef, że pieniędzy nie ma na naszą wypłatę. Co więc było w tej kopercie?
- Owa wypłata właśnie - odpowiedział szczerze. Nie wiedział, co dodać, więc nie dodał nic. Bracia mocno się skrzywili.

KONIEC ODCINKA DRUGIEGO
------------------------------
Słówko ode mnie: postać Ri' Baadara jest stworzona przez... mojego kuzyna, który pozwolił mi wykorzystać go w opowiadaniu, pozostawiając mi dużo swobody. Dostałem ogólny opis wyglądu, zainteresowań i sposobu w jaki mówi. Jestem ciekawy jak podoba się kontynuacja odcinka I no i sama postać Ryby.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 03 gru 2013, 23:21

[center]THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS


ODCINEK III
PROBLEMY


I
[/center]

Stół był jakiś niewyraźny, krzywy. Kolejny kufel cesarskiego piwa smakował wybornie, tak samo jak poprzednie cztery. Oparty o ladę długouchy o rdzawych włosach do ramion pił, nie znając umiaru. Wyglądał biednie; brudne spodnie ze zwierzęcej skóry, cienka szarawa koszulka, kilkudniowy zarost na brodzie i policzkach. Nie szukał zaczepki, ale po takiej ilości alkoholu zachowywał się na tyle głośno, że inni bywalcy karczmy mieli go autentycznie dość. Zresztą, niewiele było im trzeba, w końcu obcy był nieznajomym elfem, a i oni nie przyszli do szynku, aby rozmawiać o filozofii. W końcu podszedł do niego chudy, przygarbiony wąsacz w brudnych łachmanach.
- Te, kolego - powiedział, spoglądając na elfa z pode łba. - Jak się nie umie pić, to się nie pije.

Elf nie odpowiedział. Popatrzył się szeroko otwartymi oczami na sumiaste wąsy człowieka i czknął mimowolnie, po czym uniósł ponownie kufel z piwem. Garbaty nie wytrzymał i szybkim ruchem wytrącił naczynie z ręki Bosmera. Gliniana konstrukcja uderzyła w ścianę, rozbijając się na kawałki. Obok stało już dwóch groźnie wyglądających osiłków. Karczmarz tylko się uśmiechnął, wycierając kurz z butelki najdroższego wina; widocznie dawno nie było tu żadnej atrakcji.

- Elfie - powiedział cicho jeden z drabów, stojąc tuż za siedzącym na taborecie Bosmerem - jak się obywatel cesarski pyta, odpowiadasz, rozumiesz? Tu nie puszcze, tu Cesarstwo, rozumiesz?
Endoriil patrzył na swoją dłoń; nie rozumiał jeszcze, jakim cudem nie ma już w niej kufla, a co dopiero tego, co mówili garbaty i drab. W tym momencie z obskórnej toalety wyszedł jego towarzysz w wyblakłej fioletowej szacie.
- Pytam się, draniu, czy rozumiesz - drab prężył się, unosząc głos. Kątem oka dostrzegł Khajiita i odezwał się do niego, mimo że ten zgrabnym ruchem skierował się do wyjścia z karczmy. - Ejże, gdzie to się wybieracie? A kto zapłaci za tego elfa? Zdaje się, że razem przyszliście.
- Panowie, on o spokój prosi. Nie szuka zaczepki - Ri próbował się wyłgać. - Pieniędzy nie ma, żeby opłacić elfa, ale my podróżnicy, a podróżnika na szlaku bić, to grzech. Pomagać należy. Dogadamy się jakoś, on wierzy.

Karczmarz spojrzał na dwóch drabów, najwidoczniej dobrze mu znanych, i wyszedł bez słowa na zaplecze, uśmiechając się pod nosem. Zanim Khajiit się zorientował, dostał dwa ciosy w brzuch, kopniaka z kolana w nos, po czym poleciał do tyłu, wpadając z impetem na stół, który w wyniku tego zdarzenia rozleciał się w drobny mak. Pijany elf zaśmiał się radośnie, ale chwilę potem dwóch osiłków chwyciło go, a garbaty wąsacz uderzał, to prawą, to lewą pięścią w brzuch Bosmera, wtedy przestał się śmiać. Kilka sekund później dwaj podróżnicy wylądowali twarzami w błocie przed karczmą z szyldem: "Pod Podmokłym Prosiakiem". Teraz Ri' Baadar zrozumiał znaczenie tej nazwy. W mieście cały czas padało, a do jego towarzysza, Endoriila, podbiegł właśnie nieduży wieprzek, obwąchując z pewnością nie pierwszego już pijaka w swoim życiu.

Adan i Wesley przechodzili obok, przeliczając monety, które dostali za sprzedaż ziemniaków na rynku miasteczka Septimia, w którym się znajdowali. Dostrzegli swojego szefa siedzącego w kałuży błota i sprawdzającego stan uzębienia. Nie miał już prawego górnego kła, teraz poczuł, że lewy mocno się rusza. Spojrzał z wyrzutem w stronę elfa, który wpakował go w tarapaty; ten leżał na plecach i chrapał głośno i przeciągle. Wydawało się, że smacznie spał. Bracia podeszli.

- Ryba... - powiedział Adan, machając głową ze zrezygnowaniem. - Znowu cię w coś wkopał?
Wesley pomógł szefowi wstać i starał się obudzić elfa - bez skutku.
-Ryba... - Adan czekał na odpowiedź.
- Co chcesz, żeby on powiedział? - Ri wstał już i dotykał swojej bolącej szczęki. - Druga bójka od kiedyśmy przybyli tutaj. A trzy dni w Septimii jesteśmy. Zawsze on dostaje i to on czuje potem, bo elf się znieczula alkoholem. On musi z nim porozmawiać...
- Jak dla mnie - zripostował Adan - na rozmowy już za późno. Imię swoje podał dopiero po pijaku pierwszego dnia tutaj. Nic więcej o nim nie wiemy, a pić lubi. A my płacić za to mamy? Ryba, ja i brat mój mamy go dość. Kto nam zapłaci za robotę, jak ciebie, szefulciu, ubiją nam w jakimś szynku?
- Pogada on z nim, jak się przebudzi. Wesley - krzyknął w stronę drugiego z braci - zanieś go do obozu.

Wesley skrzywił się, ale przerzucił ubrudzonego błotem elfa przez ramię i z wielkim wysiłkiem zaczął iść po kałużach w kierunku rogatek miasta.

[center]II[/center]

Osada Septimia, nazwana tak na cześć cesarskiej dynastii - Septimów - była niewielką, zapadłą dziurą, która, według Siwego, powinna się zwać co najwyżej Błotnymgrodem. Miasteczko leżało na zachodzie Cirodiil, z dala od wszelkich istotnych szlaków handlowych. Byli tu od trzech dni, podczas których cały czas padało, a promienie słońca nie pojawiły się nawet na chwilę. Mała karawana Ri' Baadara rozbiła obóz przed miastem, nie chcą słyszeć zbyt wielu niewygodnych pytań. Na szczęście dla Ri i jego ładunku, armia cesarska zdawała się nie mieć w okolicy nawet skromnego posterunku. Widocznie sytuacja w kraju wciąż sprawiała, że mniejsze osady pozostawały bez ochrony. Bracia podłożyli kamienie pod koła wozów, unieruchamiając je, a ich ojciec i Ri rozciągnęli nad oboma wozami materiał, który chronił ich od nieustannie padającego deszczu. Nocowali w środku, drżąc z zimna, ale Ri nie widział innej możliwości. Poza tym, na nocleg w gospodach nie było ich stać. Mieli się tu tylko zaopatrzyć w jedzenie, trochę wina na drogę oraz parę innych drobiazgów, takich jak nowe bandaże, bo poprzednie wykorzystali, by opatrzyć Endoriila.

Już od pierwszego dnia, nowy towarzysz był dla nich utrapieniem. Niewiele z nimi rozmawiał, a kiedy chcieli nieco lepiej go poznać, wpadli na pomysł, by pójść do jednej z karczm i wypić po kilka piw. Od dwóch dni żałowali tego pomysłu. Elf szybko się upijał; co prawda, przedstawił się, powiedział, że pochodzi z Woodmer, jednego z klanów z puszcz Valenwood, ale potem już tylko bełkotał bez sensu. Poważny problem zaczął się drugiego dnia, kiedy Ri obudził się bez sakiewki przy boku. Bracia i ich ojciec byli na miejscu, nie było wśród nich tylko jednej osoby. Po godzinie poszukiwań odnaleźli Endoriila w tej samej karczmie, pijanego i śpiącego na ławce. Sakiewka była pusta, a były to ich ostatnie pieniądze. Tym samym, nie było już za co kupić zapasów, a żaden sposób na szybki zarobek nie przychodził im do głowy.

W końcu, po ubiegło nocnym przedstawieniu w karczmie "Pod Podmokłym Prosiakiem", załoga karawany miała dość. Kiedy Endoriil wytrzeźwiał, Ri' Baadar czekał już w tym samym wozie, siedząc obok w krótkiej szarej koszuli. Jego długa fioletowa szata suszyła się tuż obok. Podróżnikowi z Elsweyr wydawało się, że znalazł sposób na swego rozmówcę.
- Hej, Ri - powiedział Endoriil, mrużąc oczy i wycierając dłonią wilgotny nos - co słychać?
- Elfie, czy ty wiesz, coś zrobił?
- Piłem. - Przystawił sobie prawą dłoń do czoła, jakby mierząc gorączkę. - Trochę za dużo, zdaje się. Dobre te cesarskie trunki. Pomyśleć, że wcześniej ich nie próbowałem. Miasto też piękne, naprawdę.

Khajiit skrzywił się. Ta dziura mogła się wydawać piękna tylko i wyłącznie komuś, kto całe życie spędził w lesie, dokładnie komuś takiemu, jak Endoriil.
- Wprost on powie. Tyś ostatnie pieniądze przepił. Nie ruszym dalej, póki zaopatrzenia nie będzie. Mięso, sól, wino. Soki jakieś, a najważniejsze - Ri spojrzał na elfa swymi głęboko zielonymi oczami - futra, grube, zwierzęce futra. Tutaj drogie są strasznie, ale wy, Bosmerowie, mistrzami polowań jesteście, wie on to. Wczoraj, minut parę zanim on w swą kocią mordę dostał, on słyszał, że ty myśliwy. Droga do Skyrim długa, zima tamtejsza sroga. Pieniędzy nam trzeba, zapasów też, ale skóry zwierzęce, ciepło dające, to sprawa najważniejsza. Mógłbyś?

Elf zmienił pozycję leżącą na siedzącą. Już teraz, ledwie kilkanaście mil na północ od swoich lasów, odczuwał mocno mroźne noce. Jeśli to, co słyszał w karczmie o Skyrim jest prawdą, to futra są pierwszą rzeczą, w którą muszą się zaopatrzyć. Odpowiedział:
- Łuku i strzał mi trzeba.
- On cieszy się, że do konkretów elf przechodzi - Ri uśmiechnął się. Jego kieł delikatnie odchylał się od dziąsła.
- Uuu... - Endoriil zobaczył to. Nieco się speszył. - To z wczoraj?
- Tak, tak, on dostał za twoje grzechy, długouchy. Teraz ty mu nie tylko za wyleczenie winnyś przysługę, ale i za kła. Za kła niech będą futra. On wymyśli zapłatę za wyleczenie jeszcze.

Ri wyciągnął swoją posrebrzaną skrzynkę i otworzył ją małym kluczykiem, który zmaterializował się w jego kociej dłoni w mgnieniu oka. Albo Khajiit miał niesamowicie szybkie ruchy, albo kluczyk i pojemnik były magiczne. Po delikatnym uchyleniu skrzynki wyciągnął małą sakiewkę wypełnioną pieniędzmi.
- A więc jednak coś jeszcze masz - zdziwił się Endoriil. - Podobno wydałem ostat...
- To - przerwał nagle Ri, ostro jak nigdy - są ostatnie. Pójdziesz na rynek z Wesleyem, tam targowisko, łuk kupisz i na polowanie pójdziecie. O zmierzchu bądźcie. - Głos mu złagodniał. - Ri' Baadar ogórkową przyrządzi.
- A więc tam faktycznie jest przepis na ogórkową? - odrzekł zdumiony Endoriil, szeroko się uśmiechając.
- Idź już, Wesley czeka - powiedział Ri i wygonił elfa z wozu, rzucając mu wysuszoną szarawą koszulę, zasznurowaną na wysokości szyi, po czym zasłonił wejście cienką zasłoną.

[center]III[/center]

Wesley, otyły brunet z przetłuszczonymi włosami miał na sobie długi, znoszony płaszcz. Na pierwszy rzut oka widać było, że to ubranie sporo przeszło.
- Co się tak patrzysz? - skrzywił się, patrząc na idącego obok niego elfa. - Płaszcz do taty należy.
- A nie przypadkiem do taty jego taty? - odrzekł mu z przekąsem Endoriil.

Wchodzili na rynek Septimii. Był niewielki, obudowany z czterech stron budynkami wysokości drzew z valenwoodzkich puszcz. Endoriil był oszołomiony. Słyszał, że w innych krajach domy stawia się z drewna i kamienia, że mają kilka pięter i nieprzemakające dachy i Y'ffre wie, co jeszcze, ale teraz zdał sobie sprawę, że słuchać o tym, a widzieć, to dwie różne sprawy. Ilość dóbr rozstawionych na targowiskowych stołach pokrytych baldachimami przytłaczała leśnego elfa. Ozdobne szaty przystrojone przeróżnymi kamieniami szlachetnymi, stoiska z biżuterią, naszyjniki, korale, a wokoło dziesiątki kobiet, pięknych i brzydkich, a także średnich, które aspirowały do pięknych. Wszystkie przyglądały się i z pasją w oczach przymierzały błyskotki. Pasja znikała, kiedy mężowie pytali się o cenę świecidełek. Większość kobiet kończyła więc zapoznawanie się z biżuterią na patrzeniu. Na przeciwległym końcu rynku było miejsca rzeźnika, gdzie na kilku ustawionych jeden obok drugiego stołach leżało mięso przeróżnych zwierząt. Endoriil podszedł, schylił się nad kawałkiem jakiegoś zwierzęcia i pociągnął nosem.

- Ej, ej. Długouchy! - przyuważył go rzeźnik, starszy mężczyzna z brzuszkiem i bujną, kasztanową brodą. - Co to za obwąchiwanie? Kupujesz pan?
- W życiu - odrzekł Endoriil, krzywiąc usta pod nosem, wciąż czując zapach mięsa. - To mięso jest stare, nie wziąłbym tego do ust.
- A idź ty w te swoje puszcze, Bosmerze przeklęty. - Rzeźnik zdenerwował się. - To najlepsza rzeźnia w okolicy i żaden długouchy przybłęda nie będzie mi opinii szargał. Idźże, bo psami poszczuję.

Endoriil chciał się wdać w dłuższą dyskusję, ale usłyszał wołanie Wesleya. Zgubił go już przy wejściu na targowisko, ale teraz dojrzał, że jego towarzysz znalazł stanowisko z bronią. Wesley, w przeciwieństwie do elfa, często bywał w takich wioskach i ani rozmiar targowiska, ani towary, nie dziwiły go, więc od razu zabrał się za szukanie miejsca, gdzie mogliby znaleźć potrzebny ekwipunek. W końcu udało mu się, a teraz nawoływał swojego kompana.
- No proszę, łuki - powiedział Endoriil, wchodząc do niewielkiego namiotu, którego ściany wzmocnione były drewnianymi balami podtrzymującymi broń; stare, zardzewiałe miecze, kilka sztyletów, jeden dwuręczny topór, kilka toporów jednoręcznych oraz parę łuków. Wesley stał w wejściu z uśmiechem i czekał, aż elf coś sobie wybierze. Ten zatrzymał się w wejściu i przyglądał się pięciu łukom.
- Wesley - powiedział szeptem, nachylając się do niższego bruneta - te łuki to chłam. Nawet nie mogą się równać z naszymi, bosmerskimi.
- Endoriil. - Brwi Wesleya zeszły w dół, bardzo blisko oczu, sygnalizując narastające zdenerwowanie. - Nikt ci cudów żadnych nie obiecywał. Najlepszy bierz, albo najmniej gówniany i idziemy na to polowanie, bo w brzuchu burczy, a i coraz zimniej się robi. Bez futer na północ nie ma się co pchać. Dłużny nam jesteś chociaż to, bo żeśmy cię z rowu wyciągnęli pół żywego, nakarmili i odwieźli z dala od Aldmerów. A oni zarżnęli by cię na miejscu, jakby tylko znaleźli. Widziałem ja to, uwierz. Do przyjemnych to nie należy. Mnie nie obchodzi nic a nic, co zrobisz potem. Jak dla mnie, to po polowaniu możesz iść w swoją stronę, to zależy od szefa.

Elf zrozumiał swoje położenie. Do tej pory nawet nie zdążył pomyśleć, co powinien zrobić. Najpierw był otumaniony strasznym losem swojego klanu, potem pił, tracąc kontakt z rzeczywistością. Nie myślał, gdzie iść, co zrobić. Przez tych kilka dni żył w swego rodzaju zawieszeniu. Miał szczęście, że uczepił się tej karawany, ale teraz stał się dla niej ciężarem, a słowa Wesleya właśnie to udowodniły. Bracia mieli go dość, ich ojciec nawet z nim nie rozmawiał, a Ri na każdym kroku obrywał, jeśli tylko ujmował się za Endoriilem. W takiej sytuacji elf zrozumiał, że warto byłoby dać grupie coś od siebie. Futra na początek mogłyby być - myślał. A kierunek? Skyrim? W tej chwili był równie dobry jak każdy inny, poza Dominium, rzecz jasna. Dostrzegł, że jeden fałszywy ruch, a nowi towarzysze mogą go zostawić bez mrugnięcia okiem. Nie wiedziałby wtedy, co począć.
- Ten - powiedział Endoriil, wskazując na najmniejszy z łuków.

[center]*[/center]

Okazało się, że wybrał najtańszy z pięciu dostępnych. Był na tyle tani, że pieniędzy z sakiewki wystarczyło też na jednoręczny topór wojenny oraz małą przekąskę u rzeźnika. Na to drugie zdecydował się tylko Wesley. Kiedy wychodzili z miasta, człowiek zadał pytanie.
- Może nie jesteś taki bezużyteczny. Widziałeś, że jestem głodny, tak? - powiedział, wycierając dłonią usta po ostatnim kęsie. - Dlatego wziąłeś najgorszy łuk, żeby kasy starczyło na jedzonko, hm?
- Nie - Endoriil odpowiedział szczerze. - Wziąłem najlepszy, chociaż i tak daleko mu do bosmerskich. Ten kupiec nic nie wiedział o broni, a już na pewno nie o łukach. Dwa większe były typowo wojskowe, służą do ostrzeliwania wroga na długi dystans. W życiu z takiego nie korzystałem, ale wiem, że wy, ludzie, używacie ich w bitwach. Są zupełnie nieprzydatne w lesie. Strzela się parabolą, która...
- Ooo, chyba faktycznie znasz się na rzeczy - przerwał Wesley, niezainteresowany parabolami, poprawiając topór przy pasie. - A dwa pozostałe? Czemu nie one?
- Drewno. Beznadziejne. Może na dalekim południu na coś by się nadały, ale tutaj jest taka wilgoć, że strzelanie z nich byłoby udręką, o ile nie rozpadłyby się przy pierwszym naciągnięciu cięciwy.

Kiedy kończyli rozmowę, byli już na skraju puszczy, w którą zaczęli się zagłębiać.

[center]IV[/center]

Wiatr delikatnie kołysał korony drzew, sprawiając, że po lesie roznosił się przyjemny, kojący szum. Krople wody zgrabnie gromadziły się na końcach liści, skupiały się w małe wodne oczka, ich ciężar w końcu przeciążał listki, po czym formowały się w niewielkie krople i spadały w dół, na ziemię. Dorodny jeleń w spokoju spożywał codzienną porcję świeżej trawy, nachylając swą dumną szyję. Nie wiedział, że prezentuje się w całej okazałości elfiemu myśliwemu, który właśnie szedł w jego stronę. Zwierzę nieco spłoszyło się, kiedy usłyszało niewyraźny dźwięk za sobą; uniosło głowę, przyjrzało się okolicy i uspokojone wróciło do obgryzania trawy. Nie zobaczyło nic, bo nie mogło - elf nie był na ziemi. Przechodził z drzewa na drzewo, skacząc po gałęziach. Las był jednak zupełnie inny niż ten w Woodmer. Tutaj wszystko było na większej przestrzeni, mniejsze zagęszczenie roślinności nie pozwalało mu płynnie biegać po koronach drzew. Dodatkowo dokuczało mu wciąż lekko opuchnięte kolano, które przy każdym kroku sprawiało mu niewielki ból. Musiał więcej myśleć, kombinować, a przede wszystkim uważać na śliskie od deszczu gałęzie. W końcu zajął miejsce na drzewie niemal centralnie nad swoją ofiarą. Był pewny siebie. Podczas swojej kariery woodmerskiego myśliwego był jednym z lepszych tropicieli. Jednak podczas tego polowania, towarzyszył mu Wesley i to o niego martwił się elf. Okazało się, że słusznie.

Długi płaszcz człowieka zahaczył o korzeń jednego z drzew, powodując, że Wesley upadł na ziemię z hukiem, około pięćdziesiąt metrów od jelenia. Zwierzę, z natury płochliwe, usłyszało to i już skakało do biegu, ale Endoriil w mgnieniu oka wyciągnął zza paska strzałę, i naciągał cięciwę, przyklękając w tym czasie na jedno kolano. Przymknął lewe oko i wycelował. Jeleń ruszył nagle, szybko i zwinnie, ale nie mierzył się dziś z byle jakim myśliwym, jakim wielu zapewne już się wyrwał. Elf wypuścił strzałę, ta zagłębiła się w prawe udo zwierza, które mimo tego nie przestawało biec. Endoriil zeskoczył z drzewa i podszedł do Wesleya, który szarpał ojcowski płaszcz, w końcu uwalniając się.
- No na co czekasz! - krzyknął człowiek. - Przecież on ucieka, ledwieś go drasnął.
- Uspokój się, Wesley. Trafiłem, gdzie miałem trafić. Teraz wystarczy za nim iść.
- Aha... - młody człowiek podrapał się po głowie. - Ile to może potrwać?
- Może pół godziny, może i sześć.

Ruszyli spokojnym marszem w stronę, w którą pobiegł ranny jeleń. Endoriil co parę chwil przyklękał, przyglądał się liściom, dotykał ich. Wesley dziwił się.
- Co robisz?
- Tropię. Widzę, że tam, skąd jesteś, nie macie o tym pojęcia - odrzekł elf z wyższością.
- Za to tam, skąd ty jesteś, nawet taka dziura, jak Septimia, robi wrażenie - odrzekł zaskakująco Wesley, czym wpędził rozmówcę w zakłopotanie.

Jeśli miasteczko, w którym się zatrzymali faktycznie jest zapadłą dziurą, to Endoriil mógł sobie tylko wyobrażać, jak wyglądają duże miasta. Postanowił zmienić ton:
- Badam ślady. Tutaj widać krew. Dostrzegam ją co kilka metrów od kilku minut, jest jej coraz więcej. Zwierzę powłóczy prawą tylną nogą, ledwo idzie. Znajdziemy je za kilka chwil.
Elf miał rację. Po paru minutach dojrzeli w krzakach ciężko oddychającego jelenia, który wykrwawiał się z tętnicy udowej. Schował się w gęste zarośla, aby pozostać niezauważonym, ale tropiciel nie był żółtodziobem.

- No proszę. Całkiem sporo mięska będzie. I skóra też niczego sobie - powiedział Wesley i wyciągnął zza pasa topór. Od razu podszedł do zdychającego zwierzęcia i zamierzył się w brzuch. Endoriil powstrzymał go w ostatniej chwili, łapiąc za dłoń i wyrywając broń.
- Stój! - krzyknął. - Nie tak, człowieku... Nie tak! Odsuń się, proszę.
Zaskoczony brunet posłusznie usunął się na bok. Elf uklęknął za jeleniem z toporem w ręku, chwycił jego głowę, oparł ją sobie na kolanach i mówił coś półszeptem w języku, którego Wesley nie znał. Chwilę potem płynnym ruchem topora przeciął tętnicę szyjną swej ofiary.
- Co mówiłeś? - pucołowaty człowiek nie mógł powstrzymać zainteresowania.
- To była krótka modlitwa do Y'ffre - spojrzał na rozmówcę i widząc, że ten nie wie, o co chodzi, wyjaśnił: - Bosmerski bóg lasu. Od najmłodszych lat uczy się nas, że każdemu stworzeniu należy się szacunek i godna śmierć.
- Nawet, jeśli za chwilę wyląduje na naszym stole? - zdziwił się Wesley.
- Szczególnie wtedy.

[center]V[/center]

Ri' Baadar rozpalał właśnie ognisko obok malutkiego obozowiska swej karawany. Nad środkiem paleniska była ustawiona improwizowana konstrukcja z kociołkiem. Siwy i Adan przeliczali towar, jaki im pozostał na wozach, a było tego niewiele. Zastanawiali się skąd szef będzie miał pieniądze, aby ich spłacić, kiedy dotrą już do Skyrim. Niby wiezie coś nielegalnego, być może cennego, ale myśleli, że to nieprawda. W końcu z pewnością wiedzieliby, o co chodzi, a nie mieli bladego pojęcia. Cała trójka uśmiechnęła się, kiedy nadeszli Wesley i Endoriil. Targali ze sobą dorodnego jelenia. Taki zapas mięsa powinien wystarczyć im na parę dni, a skóra z pewnością się przyda. W drodze powrotnej upolowali jeszcze kilka królików, które teraz rzucili na ziemię tuż przy Ri.

- Czaruj, kucharzu - powiedział z uśmiechem Endoriil.
- Hmm, bądź pewny, że on coś z tego wyczaruje - rzekł Khajiit, chwytając króliki. - Zupa w kociołku niedługo gotowa, jeść można. On w tym czasie dużym zwierzem się zajmie.

Kiedy Siwy i jego synowie doskoczyli do kociołka, a Ri wyjmował nóż, stojąc nad jeleniem, Endoriil wyprostował się i przemówił, chcąc brzmieć jak najoficjalniej:
- Towarzysze, koledzy - zaczął. - Wiem, że odkąd mnie znaleźliście byłem dla was bardziej utrapieniem, niźli pomocą. Postaram się to zmienić, zaczynając dziś, tym jeleniem. - Cała czwórka patrzyła na niego poważnie. - Obiecuję już nigdy nie pić tego świństwa, które sprawia, że mój umysł staje się tępy, a ja nieświadomy tego, co robię. Postaram się, żeby to się już nie powtórzyło.

Po chwili uroczystej ciszy Adan i Wesley zaczęli chichotać jak małe dzieci. Siwy kiwał głową z uśmiechem, a Ri zwrócił się do elfa:
- Skończyłeś? - on również się uśmiechnął.
- Tak, Ri - odrzekł zdezorientowany elf.
- Dobrze. To teraz do wozu drugiego idź i wyciągnij skrzynkę wina, które tam znajdziesz. On napiłby się, tobie też przyda się.
- Ale ja właśnie mówiłem... Przecież przez to moje picie problemy same mieliśmy. Ząb ci uszkodzili przeze mnie, pobili. Nie rozumiem.
- A ty myślisz - Siwy po raz pierwszy odezwał się do Endorilla - że jak stało się to, że Rybka pierwszego kiełka stracił? Adan, synalek mój, zabawiał się z panienką, córeczką lokalnego władyki. Pal licho już, co tam się działo, ale jak Adan powiedział z jakiej karawany jest, to Ri po gębie dostał i kła stracił. Potem wszyscyśmy, Ryba też, przesiedzieli dwa dni i noce w lochu, bośmy po pijaku pobili się z marynarzami w porcie na południu Elsweyr. Tam ja straciłem parę zębów i mi nadgarstek zwichnęli, chamy.

W tym momencie elf coś zrozumiał. Trzej najemnicy i Ri znali się od dłuższego czasu i ich relacje nie polegały na zwykłym zleceniu i jego wykonaniu. Teraz dotarło do niego, że Siwy i jego synowie nie są może przyjaciółmi Ri' Baadara, ale z pewnością nie są też dla niego zwykła siłą roboczą. Często mu dogryzali, on się naburmuszał, ale odpłacał się tym samym, złośliwie, ironicznie, ale bez złości czy agresji. Elf miał wrażenie, że podczas podróży usłyszy jeszcze dużo historyjek ze wspólnej przeszłości członków tej karawany. W końcu musi być jakieś uzasadnienie faktu, że mężczyźni nie buntują się, chociaż nie otrzymują zapłaty już drugi tydzień.

Endoriil postawił na ziemi skrzynkę z winem i dał każdemu po butelce. Sam stał z pustymi rękami.
- No dobrze... Ale skąd mamy wino? - spytał zaskoczony. - Przecież go wcześniej nie było.
- On poszedł do karczmy "Pod Podmokłym Prosiakiem", co by dogadać się z oprychami i karczmarzem - zaczął Ri' Baadar. - Byli wszyscy tam, co i wczoraj byli i on się spytał, co tu zrobić można, by dług wyrównać. A oni rzekli, że wóz im jeden oddać.
- I co się stało? - odrzekł zdezorientowany Endoriil. - Wozy oba są i skrzynka wina. Jak to możliwe?

Adan chwycił drewnianą miskę i podszedł do kociołka, nalewając sobie zupy. Siadając na konarze drzewa, powiedział:
- Głupi oni byli, bo Ri powiedział, że wozu oddać nie może, ale mogą zagrać w kości o niego i o drugi także.
- Ha, ha - zaśmiał się Siwy. - Oj, głupi oni, głupi. Rybka niejednego orżnął już w kości i to jak!
- Dobra, tatko, daj skończyć - Adan przełknął zupę i mówił dalej: - No to karczmarz, jak to karczmarz, pewny się poczuł, bo i on nie raz grywał pewnikiem. I zagrał z Rybą. I jak go Ryba ograł, ojoj, aż myślałem, że pęknie ze złości, ale w końcu Ri wóz własny wygrał. Potem karczmarz, jak to karczmarz, zrewanżować się chciał, nie? To Rybka się zgodził i co? I długu już nie mamy w tejże karczmie. To potem draby zobaczyły, że niezły gracz się trafił i też chciały zagrać. Rybulek rach,ciach i tamtych też oskubał. Skrzynkę tego winka nam wygrał. Ot i cała historyja.

Wszyscy się uśmiechnęli. Wesley podszedł do skrzynki z winem i podał butelkę Endoriilowi, ten chwycił ją i otworzył, siadając wśród nich. Chwilę potem podszedł do niego Ri' Baadar, podając mu w dłonie talerz ciepłej zupy prosto z kociołka.
- Bo widzi elf - powiedział Ri - podróżnik podróżnikowi pomagać musi, on to już w karczmie mówił. Raz na wozie, a raz pod. Jak jest praca, to jest praca. Jak pijemy, to pijemy. Elf to zapamięta, a z nami podróżować będzie. Wtedy i elf z karawany i karawana z elfa, pożytek mieć będzie. Spróbuj - skończył, wskazując skinieniem głowy na talerz zupy w rękach Endoriila.

Spróbował, zdziwił się. Przepyszna ogórkowa - pomyślał.

KONIEC ODCINKA TRZECIEGO
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 04 gru 2013, 01:33

[center]THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS

ODCINEK IV
ZBROJA
[/center]


Miłość

Czym jest miłość? Czymże jest to uczucie, które od setek, a nawet tysięcy lat towarzyszy nam, od kiedy tylko nas dopadnie, aż do momentu, w którym wyzioniemy ducha. Nie słabnie, nie znika, nie rozpływa się, bo nie mowa tu o miłości chwilowej, zwanej zauroczeniem, bądź namiętnością, których na świecie jest aż zbyt wiele. Miłość, o której mowa, jest połączeniem obu, a zarazem czymś zupełnie innym, wielokrotnie większym. Jest czymś, co od wielu wieków nieudolnie próbują opisywać poeci, bardowie, pisarze, a nawet podlotki, kreśląc miłosne wyznania na miejskich murach, bądź wycinając je na drzewach. Nie mowa tu także o uczuciu odwzajemnionym, bo wzajemność wcale nie jest jej warunkiem. Ona po prostu następuje, dzieje się i trwa w naszych sercach, aż do ostatniego uderzenia, do ostatniego tchu. Nieprawdą jest, choć wielu mówi inaczej, jakoby każdy jej doświadczał, jakoby przeznaczone każdemu było jedną taką w życiu mieć. Wielu żyło i umarło bez poznania jej smaku. I chociaż wiemy, dlaczego świecą gwiazdy, czemu pada deszcz, a nawet potrafiliśmy okiełznać coś, co wydawało się nie do okiełznania, czyli magię, to nikt nie wie, dlaczego miłość, ta prawdziwa, wielka, niektórych spotyka, a innych pomija. Nie wiemy, czy ma własną wolę, czy coś nią kieruje. Po prostu nadchodzi, rozgaszcza się w sercu i sprawia, że ma ono po co bić. Mowa o czymś bezwarunkowym, o chęci poświęcenia się dla drugiej osoby, o pragnieniu sprawiania, by uśmiech nigdy nie znikał z umiłowanej twarzy, nawet kiedy siwe włosy zabarwią skronie, a twarz przyozdobią oznaki starości.

Tak jest, tak było i będzie i nie nam, maluczkim, rozstrzygać takie sprawy. Obawiam się, że i wszechmocni Bogowie, w których istnienie wierzymy, nie znają prawdziwej natury tego uczucia, tego żywiołu, którego zrozumieć nie sposób i jeśli tylko nas dopadnie, to już nie puści i będzie ofiarę swą w niewoli trzymać na wieki. A ofiara nie chce, żeby oprawca okazał łaskę, bo owa niewola jest słodsza niźli świeże owoce, niż namiętny pocałunek młodej dziewczyny, niż wszystkie inne rzeczy sprawiające cielesną rozkosz. Bo mowa tu o czymś, co jest rozkoszą nie tylko cielesną, ale i zmysłową, co sprawia, że czujemy lekki ucisk brzucha, dłonie pocą się, a usta drżą z emocji. To coś, co sprawia, że cierpimy codziennie, kiedy ukochanej osoby przy nas nie ma, a czasem przeżywamy katusze również, kiedy ona jest. Uczucie to, niby tak ulotne niczym motyl unoszony na wietrze, jak życie nowonarodzonego dziecka, a zarazem trwalsze niż granice państw, niż pory roku, niż kamienne mury największych twierdz.

Tak, o tym właśnie mowa i jeśli w swoim życiu spotkacie to uczucie, jeśli ono was doścignie i otuli swą przesłodką radością i goryczą bólu, to Bogowie jedni wiedzą, czy winniście się cieszyć, czy płakać. A może jedno i drugie, bo ja nie wiem. Słowa to słowa, miłość to... cała reszta.

Fragment z: Ri'Baadar al'kefir an'Ulmin nasto'Goor, Podróże po Skyrim, przemyślenia.

[center]I[/center]

Dziś

Wyszedł na taras w mieszkaniu na piętrze gospody. Okolica była już spokojna, ale wciąż widać było grupy pijanych ludzi radośnie zataczających się po wąskich uliczkach Laanterii. Z kierunku wschodniego powoli podnosiło się słońce, jakby wyłaniając się z mroku ciemnego oceanu i czyniąc świat piękniejszym. Ściany pięknie wymalowanych kamienic - obficie wystrojonych kwiatami, szarfami oraz barwnymi flagami - stawały się wręcz dziełem sztuki pod wpływem promieni słonecznych. Elf stał na tarasie w czarnej, gładkiej i niezwykle lekkiej koszuli. Nie żałował jej zakupu. Wydawało mu się, że nie waży ona więcej niż jedwabny błękitny szal, który zapamięta do końca życia - był tego pewien. Szerokie drzwi na taras, w tej chwili rozwarte do granic możliwości, sprawiały, że chłód nocy wdzierał się do środka, unosząc delikatnie wspomnianą część damskiej garderoby. Podmuch wiatru wyciągnął ją z pomieszczenia i unosił w stronę miejskiego rynku, ale elf zdołał chwycić szal. Przyłożył go do nozdrzy i delikatnie pociągnął nosem. Ta woń przypominała mu zapach świeżutkiej rosy, dokładnie taki, który pamiętał z Woodmer. Wiedział, że teraz będzie też przypominać ją. Odwrócił się, spojrzał w głąb pomieszczenia, w które powoli wdzierało się słońce, jakby nieśmiało, będąc pod wrażeniem istoty, która leżała na dużym łóżku obłożonym bordową pościelą. Zobaczył ją, bezbronną, niewinną, piękną, niezwykle zmysłową. Uśmiechnął się, kiedy zalotnie uniosła powieki, sugerując mu jednocześnie dłonią powrót do łóżka. Zanim przymknął drzwi tarasu, poprawił zasłony, szczelnie zamykając całe pomieszczenie dla promieni słonecznych. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Jeszcze tylko kilka godzin.

[center]II[/center]

Dzień wcześniej

Podróż na północ trwała już dwa dni. Po wspólnej uczcie noc przed wyjazdem z Septimii, członkowie karawany zdawali się weselsi, a przede wszystkim rozmowniejsi niż wcześniej. Endoriil poczuł rozluźnienie z powodu coraz większej odległości dzielącej go od Aldmerów, Ri' Baadar, z racji nie spotkania żadnego patrolu cesarskiego na bocznych drogach, był spokojniejszy o swój tajemniczy ładunek. Adan i Wesley okazali się gadułami, pierwszy mówił przede wszystkim o młodych i kształtnych niewiastach, drugi wolał wspominać smak świetnie przyrządzonego przez Ri jeleniego mięsa. Ich ojciec - Siwy - nie miał już oporów przed rozmową z elfem, który zdobył sobie jego zaufanie pamiętnym polowaniem. Endoriil poczuł się częścią grupy na tyle, że opowiedział im swoją historię, zdradę Halena i brak pomysłu na przyszłość. Towarzysze kiwali głowami, próbując znaleźć jakąś radę, bezskutecznie, ale zdawało im się, że elf po prostu potrzebował wyrzucić to wszystko z siebie. Potem rozchmurzył się i zaczął się wypytywać o kierunek jazdy.

- Zbliżamy się do Laanterii - odpowiadał mu Wesley. Adan uśmiechnął się od ucha do ucha na dźwięk tej nazwy. Endoriil dostrzegł to.
- Adan - pytał - skąd ten uśmiech. Jest tam coś godnego uwagi?
- Oj, Endoriilku, rzekłbym, że nie ma absolutnie nic - odpowiadał rozradowany blondyn - ale nasz fart polega na tym, że właśnie dziś wieczorem jest tam wielkie święto, chyba na cześć jakiegoś bóstwa. Zabawa będzie, winko, damskie wdzięki na wyciągnięcie ręki. Powinniśmy dotrzeć, zanim wszystko się zacznie. Byłem tam dwa lata temu, jak ten festyn był. Połowy nie pamiętam...
- Boś się spił niemożebnie - przerwał mu ojciec, śmiejąc się.
- No tak - Adan kontynuował - ale powiem ci, elfie, że i rok temu tam byłem, ale w czasie innym. Nie do poznania, przysięgam. Brzydka, szara, zabita dechami dziura, nie lepsza od Septimii. Ale teraz... Oj będzie zabawa, mówię wam.

Endoriil uśmiechnął się. Powożący pierwszy wóz Ri' Baadar od dwóch dni co kilka chwil dotykał swojego lewego górnego kła, który chybotał się na wszystkie strony, ale wciąż uparcie trzymał się szczęki. Być może z tego właśnie powodu Khajiit wydawał się najmniej radosny z całej grupy. Co jakiś czas wyciągał swój poszarpany notatnik i spisywał kilka wersów.
- Co opisujesz, Ryba? - pytał Wesley.
- Ach, przemyślenia jego. Nic to wielkiego, ale pisać trzeba, by umiejętności tej cennej nie tracić.
- Szefie - do rozmowy przyłączył się Adan - ale szefa nikt nie rozumie poza nami chyba na tym świecie. Elf coś zaczyna kumać także, ale mało kto poza nami wie, o co szefowi chodzi. Ta cała - podrapał się po głowie, myśląc - trzecia... Tak, trzecia osoba, to każdemu, co czytać potrafi, w głowach pomiesza przecie.
- Ty się nie martw o to, Adanie - uspokajał go Ri. - On pisze w sposób uniwersalny, przestrzegając norm języka, w którym dzieło tworzy. Pierwsza osoba tam używana jest.

Wszyscy się zdziwili i popatrzyli na szefa. Skoro potrafi pisać bezbłędnie, to dlaczego nie chce tak mówić? Ri' Baadar odpowiedział, nie czekając na pytanie:
- Przyzwyczajenie chyba. Naturalnie on tak mówi od lat wielu. Zmieniać nie ma ochoty, bo nie widzi sensu w tym.
- Co oni w ogóle świętują? - Endoriil zmienił temat.
- A kij wie - zdziwił się Adan. - Ważne, że pobawić się można. Tych świąt i tak nikt by nie spamiętał.

Po upłynięciu kolejnej godziny przekonali się, że Adan mówił prawdę. Słońce na bezchmurnym niebie sprawiało, że błotna Septimia przegrała z Laanterią w przedbiegach. Niewielkie, ładnie odmalowane kamieniczki wyglądały imponująco. Były przyozdobione w sposób niezwykle obfity. Już na przedmieściach, kiedy mijali chłopskie chaty, widzieli ich mieszkańców, którzy przystrajali swoje na pierwszy rzut oka brzydkie chałupy w taki sposób, że niejeden bogacz z innych rejonów kraju poczułby nutkę zazdrości. Gdy wjeżdżali w głąb miasta, zatrzymało ich dwóch strażników miejskich. Obok stał mężczyzna w brązowej szacie z kapturem. Przyglądał się, opierając o ścianę kamienicy i spożywając jabłko.

- Witamy, panowie podróżnicy - mówił jeden ze stróżów prawa, młody z delikatnym wąsem i nierówno przystrzyżonymi włosami, które wyglądały jak porozrzucane siano, takiej też były barwy. - Wozy musicie zostawić tutaj, przy innych. Tłumy na rynek walą, jak to zawsze w nasze święto bywa. Dalej tylko na nogach własnych przejdziecie. Życzymy miłej zabawy.
Gdy strażnicy się oddalili, Ri podszedł do nieznajomego w brązowej szacie i wcisnął mu w dłoń zwitek papieru, jakby jakąś wiadomość. Reszta nie pytała - i tak by nie powiedział. Podróżnicy usłuchali polecenia i zostawili wozy w miejscu, gdzie stało już kilkadziesiąt podobnych. Tuż przed zejściem na ziemię, Ri' Baadar odezwał się do wszystkich:
- Słuchajcie go, bo ma coś do powiedzenia - zaczął, wyjmując z kieszeni swojej wyblakłej fioletowej szaty trzy sakiewki i rzucając je Adanowi, Wesleyowi i Siwemu. - Do tej pory droga dobrze idzie nam. Przed czasem nawet trochę jesteśmy, więc poswawolić trochę można. Macie to na wydatki drobne. Nie sprawcie tylko, by go ciągali po posterunkach straży, jak to się już zdarzyło. Kłów mu brakować zaczyna...

Najemnicy poczęli się cicho śmiać i bezzwłocznie ruszyli w stronę rynku. Endoriil został przy Ri. Sakiewki nie dostał, bo nie był w planach na tę podróż. Zastanawiał się, co ma robić z tym wolnym czasem, ale towarzysz rozwiał te myśli.
- Przejdź się z nim, elfie - powiedział Ri, zwinnym kocim ruchem zeskakując z wozu. W ręku miał niewielki worek, który schował pod szatą. Ruszył wąską uliczką. - Sztylet weź, lub ten topór mały. Nie pytaj go jeszcze, po co.
- Jak mam nie pytać? - Endoriil zmarszczył brwi, szybko chwycił za topór i wsunął go sobie za pasek, doganiając towarzysza. - Mordować mamy? Wyjaśnij, cokolwiek.
- Hmm - Khajiit popatrzył na Bosmera. - Dobrze. On powie co nieco. Od początku trasa przechodzić miała przez to miasto. Pośrednik pracuje tu, który może cenę podać i rynek zbytu na towar, który on posiada.

Endoriil poczuł się wyróżniony. Ri zaufał mu na tyle, żeby wtajemniczyć go w w swój tajemniczy biznes. Miał nadzieję, że został wybrany nie tylko ze względu na to, że najlepiej posługuje się bronią. Resztę drogi przeszli w milczeniu. Ku zdziwieniu elfa, wyszli z miasta i szli brzegiem rzeki około piętnastu minut. Tam znaleźli niepozorny dom, wyglądający na opuszczony. Ri' Baadar podszedł do drzwi, rozejrzał się. Wokoło nikogo nie było - tak jak myślał. Czas świąt, jakichkolwiek, to idealny moment na przeprowadzanie interesów, szczególnie tych szemranych i nielegalnych. Endoriil instynktownie sięgnął dłonią za pasek i delikatnie poruszał palcami po broni, którą ze sobą zabrał. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się, mimo że Ri nie zdążył zapukać, a wnętrze domu stało przed nimi otworem. Weszli nieśmiało. Kiedy byli już na środku ciemnego pomieszczenia, nagle zapłonęły cztery pochodnie umieszczone w rogach domostwa. Zdezorientowani przybysze rozglądali się zaniepokojeni. Zdziwili się jeszcze mocniej, kiedy dosłownie metr przed nimi zmaterializowało się biurko, przy którym siedział szarmancki mężczyzna w eleganckiej szacie. Czarny strój, wyszywany od szyi do pasa złotymi guzikami. Włosy miał króciutkie, czarne, a pod nosem widniał dbale przystrzyżony wąs. Człowiek siedział na krześle, opierając łokcie o powierzchnię biurkowego drewna. Endoriil zacisnął dłoń na toporze. Obcy oparł podbródek na złączonych dłoniach i zaczął rozmowę:

- Kocie, mógłbyś uspokoić swojego kolegę - spojrzał w stronę dłoni elfa - bo gotów zabić, zanim w ogóle się odezwę.
Ri spojrzał na towarzysza i skinieniem głowy nakazał usłuchanie polecenia. Kiedy ten odsunął rękę od topora, Khajiit wysunął zza szaty worek i bez zwłoki wysypał zawartość na biurko.
- Oj, Ri' Baadar - powiedział dziwnym tonem elegent, zaśmiał się dziwnie, ale spoważniał, gdy tylko zobaczył, co przywiózł jego gość. - Co tak bez grzecznościowych form? Lubię je, szczególnie w twoim wykonaniu.
- On w interesach przyszedł tu, Octaviusie. Od lat paru odwiedza cię on i wierzy, że ty nie spróbujesz oszukać go. Oczy świecą ci się. On szuka miejsc, gdzie dostanie za to pieniądze największe. Piętnaście procent proponuje ci, gdy tylko sprzeda to.

Endoriil zdziwił się. Na biurku leżały fragmenty czarnego kamienia, ładnego, fakt, ale nie widział w nich niczego nadzwyczajnego, poza tym, że ładnie odbijały światło bijące od pochodni. Po reakcji Octaviusa widział jednak, że dawno nie miał w zasięgu ręki tak cennego towaru. Pośrednik oparł się o wygodne krzesło i myślał, próbując sprawiać wrażenie niewzruszonego.
- Powie on mi - Ri' Baadar spytał z czystej ciekawości - dlaczego straszył Khajiita i jego przyjaciela? Magiczne sztuczki jakieś, on nie lubi tego. Ostatnio normalnie interes był, bez rzeczy takich.
- Ach, to - odrzekł Octavius niedbale. - To tylko takie błyskotki. W mieście pojawiła się czarodziejka jakaś. Na festiwal przyjechała chyba. Jakem usłyszał, to posłałem po nią, co by mi nieco unowocześniła działalność. I mam tych parę bajerów. Dobra jest dziewucha w iluzji, przyznaję, ale w innych rzeczach chyba jeszcze lepsza - zaśmiał się obrzydliwie, oblizując wargi. - Nie próbowałem jednak skosztować jej innych zalet, całkiem ponętnych, bo w żabę jaką by mnie zamieniła, a może i co gorszego. Nigdy nie wiadomo, co czarodziejkom do głowy przyjść może, prawda? Ile tego masz?

Jego goście nie zdecydowali się odpowiedzieć na pierwsze pytanie, na drugie Ri' Baadar odrzekł:
- Worków cztery, większych niż ten.
- Czterdzieści procent dla mnie. Musisz wziąć pod uwagę, że raz, towar zakazany. Dwa, w Cesarstwie nikt ci tego nie kupi, za granicą szukać trzeba, najlepiej Hammerfell, Skyrim. Dlatego procent czterdzieści.
- Octaviusie. On do ciebie przyszedł, bo ci ufa. Że towar zakazany, dlatego procent piętnaście, a nie dziesięć. To, że na północ iść trzeba to on wie i tam właśnie zmierza. Po znajomości starej on dwadzieścia procent da. Jeśli kupca mu znajdziesz.
- Jeśli uda ci się to sprzedać, to będziesz ustawiony do końca życia. - Octavius podrapał się po nosie, nie spuszczając wzroku z Ri.
- On kupi w końcu nową szatę, przyda się mu.
- Szatę? - pośrednik zirytował się. - Za to, co dostaniesz, kupisz sobie tron w jakimś niewielkim państewku. Trzydzieści procent. Moje ostatnie słowo, beze mnie nie znajdziesz kupców, wiesz o tym.
- A jednak on spróbuje - Ri odrzekł i podniósł się, kierując kroki w stronę drzwi wyjściowych. Endoriil pozbierał pośpiesznie kamienie do worka i podążył za nim. - Za rozmowę dzięki, Octaviusie. Do zobaczenia następnym razem.

Kiedy drzwi się zamknęły, pośrednik uderzył pięścią w stół i wyszeptał przez zęby:
- Do zobaczenia, kocie. I to szybciej, niż ci się zdaje.

[center]III[/center]

Endoriil nie był pewien, czy powinni się rozdzielać. Miał wrażenie, że Octavius poczuł się urażony i może chcieć się odegrać na Ri, ale ten uspokajał towarzysza, że mają spokój, przynajmniej do jutra.
- Idź zabawić się i ty - powiedział Ri' Baadar i wyciągnął z kieszeni swej szaty niewielką sakiewkę z monetami. - Zasłużyłeś. Jak zobaczył ciebie, stracił chęci na naciskanie. Wieczorem w karczmie na rynku się widzimy, dobrze? Do tego czasu, rób na co masz ochotę, a i on zrobi podobnie.

Ri odszedł w bliżej nieokreśloną stronę, a Endoriil miał czas, by rozejrzeć się po mieście. Była piąta po południu, zbliżał się wieczór, ale zabawa już trwała w najlepsze. Laanteria składała się z wąskich uliczek, przez które przesuwały się dziesiątki ludzi. Wszyscy zmierzali w stronę rynku, na którym miały być główne atrakcje. Endoriil dostrzegał mnóstwo przepychu. Ubiory kobiet były imponujące, ozdoby, o których istnieniu elf nie miał pojęcia lśniły w dekoltach pięknych dam, były wpięte w ich włosy i błyszczały odbitym słonecznym blaskiem. Radośnie biegające dzieci co chwilę trącały podróżnika, który czuł, że w całym tym towarzystwie wygląda jak obdarciuch, mając na sobie ledwie swoje znoszone spodnie z jeleniej skóry i sznurowaną pod szyją szarą koszulę. Wieloosobowy tłum zaciągnął go na sam rynek, gdzie Endoriilowi trudno było ogarnąć mnogość wydarzeń, które widział. W jednym rogu stał człowiek ubrany w niezwykle kolorowe szaty, nic nie mówił, uśmiechał się tylko w dziwaczny sposób, tańczył skakał i... pluł ogniem. Elf nigdy nie widział czegoś takiego; najpierw się przestraszył, ale okoliczni ludzie byli zachwyceni, a i skaczący wokoło nich dziwak uśmiechał się mocniej, słysząc dźwięk monet spadających do ustawionego na ziemi kapelusza. Po drugiej stronie rynku była ustawiona mała scena, na tyle malutka, że aktorzy się na niej nie mieścili. Grały za to ich dłonie, które przystrojone były w małe bajeczne kostiumki. Scenę, w której dzielny rycerz ratował księżniczkę z paszczy smoka, oglądały dziesiątki dzieci siedzących na ziemi i autentycznie bojących się o los szmacianych laleczek. Urzeczony Endoriil usiadł obok szkrabów i sam zaczął obawiać się o los czarnowłosej piękności. Przedstawienie obejrzał do końca i bardzo cieszył się, że skończyło się dobrze. Żałował, że w prawdziwym życiu często bywa inaczej.

Chwilę potem nad kamienicami, z których znikały już ostatnie promienie słońca, pojawiły się sztuczne ognie i fajerwerki. Barwne iskry osiągały różne kształty i wysokość. Elf widział niedźwiedzia i wilka, dostrzegł też smoka. Wszyscy widzowie otwierali szeroko buzie i z zachwytem podziwiali dzieło sztuki. Endoriil przypadkiem spojrzał w lewo i... zobaczył ją. Drobna blondynka w bordowej sukni do ziemi. Kreacja odsłaniała jej ramiona, piękne ramiona, którymi wymachiwała teraz powoli. Zrozumiał, że to ona jest autorką wspaniałego widowiska na niebie nad Laanterią. Jedyną magią, jaką widział do tej chwili, były czary ściśle związane z lasem. Oswojenie zwierząt, krótkotrwałe zauraczanie ich, czasem leczenie rannych myśliwych przez druidów, ale nigdy czegoś takiego. Czarodziejka z włosami do ramion miała zamknięte oczy, delikatnie machała głową w rytm ruchów swych dłoni. Wyglądała, jakby słuchała muzyki. W końcu przestała, ostatnie fajerwerki zaczęły opadać i tracić swe magiczne właściwości. Wzięła głęboki wdech, otworzyła oczy i dostrzegła przyglądającego się jej elfa. Podczas burzy oklasków, które słyszała za swój pokaz, przeszła tuż obok niego. Myślał, że zaraz się do niego odezwie, nie wiedział, co miałby odrzec, był zauroczony. Czuł ścisk w brzuchu i suchotę w ustach, kiedy spojrzała na niego swymi błękitnymi oczami, czuł, że chciałby w nich utonąć, już, natychmiast! Na jej zgrabnej szyi w mgnieniu oka zmaterializował się szal koloru tego samego, co jej oczy. Nie zatrzymała się przy nim. Przeszła obok, wchodząc do dużej gospody, w której już świętowano, co wyraźnie było słychać nawet z pozycji Endoriila.

Teraz oddychał głęboko, czując, jak trącali go inni ludzie, również podążający do wnętrza gospody. Rynek był niemal wyludniony. Wszyscy weszli do środka wielkiego budynku. Kątem oka dostrzegł tylko młodego mężczyznę z ciemnym zarostem i równie ciemnym ubraniem. Przy ozdobionym ćwiekami pasie dzierżył on krótki miecz. W przeciwieństwie do innych, nie wszedł do karczmy. Wyglądał, jakby na coś, lub na kogoś czekał. Roztargniony Endoriil usiadł na ławce przed gospodą i nie mógł przestać myśleć o ślicznej czarodziejce z przed chwili. Chciał ją poznać, ale nie miał pojęcia, co mówić. Poza tym, miał świadomość, że jego ubiór musiałby wywołać śmiech tak wytwornej młodej damy. Postanowił jak najszybciej to zmienić. Wstał z ławy i podszedł do jedynej osoby, która stała na placu.

- Proszę wybaczyć - zagadał. - Krawca jakiegoś w okolicy znajdę? Albo miejsce, gdzie ubranie jakieś ładne kupić można?
Młody mężczyzna autentycznie zdziwił się pytaniem, grymas na jego twarzy był trudny do rozszyfrowania.
- Krawca? - odparł powoli. - Tam, gdzie wozy zatrzymywała straż, jakieś warsztaty widziałem.
- Dzięki wielkie - Endoriil uśmiechnął się. - Miłego świętowania. Można w ogóle spytać, co świętujecie? Bo do tej pory nie wiem.
- Ja nie wiem. - Mężczyzna rozglądał się po pustym rynku. - Przyjezdny jestem.
Bosmer nie kontynuował tematu. Poszedł czym prędzej do wskazanego miejsca i faktycznie znalazł stoisko krawca. Ten pakował się już do mieszkania obok, chcąc zdążyć na popijawę w gospodzie, ale na widok klienta zatrzymał pakowanie.
- Ach, klient, klient. Słucham pana - zaczął, ale dostrzegł ubiór elfa i skrzywił się delikatnie. Momentalnie zobaczył też broń za paskiem. - W czym mogę pomóc?
- Ubrania potrzebuję eleganckiego.

Krawiec uśmiechnął się radośnie. Przez moment wydawało mu się, że elf spróbuje go obrabować. W tym przekonaniu upewniał go topór za paskiem klienta. W ostatnim czasie, po rzezi w Valenwood, drogi zostały zalane bosmerskimi uchodźcami. Wielu z nich, nie mając żadnych perspektyw na pracę, zostawało rozbójnikami i terroryzowało okolicę, nie raz zachodząc za skórę mieszkańcom tego miasta. Po otrzymaniu większości z zawartości sakiewki klienta, człowiek wyciągnął z jednej z zamkniętych już szaf cienką czarną koszulę, prostą w projekcie, ale niepozbawioną ozdób. Cieniutkie złote nitki zdobiły końce obu rękawów, tworząc na nim wzory o bliżej nieokreślonym kształcie. Elf kupił jeszcze spodnie z podobnego, nieznanego mu materiału i chciał już wychodzić, ale sprzedawca zatrzymał go.

- Dziewczyna? - powiedział z uśmiechem.
Elf kiwnął głową twierdząco.
- Hmm - mężczyzna zamyślił się. - A co mi tam. Idź na zaplecze, wanienka tam jest nieduża, rzadkość takie coś posiadać, uwierz. Dobry człowiek jestem i na miłość i szczęśliwość patrzeć lubię, a widzi mi się, żeś zakochany. Umyj się w tej wanience, bo bród masz i na twarzy i na rękach. Wszędzie pewno.

Po szybkim wyszorowaniu wszelkich możliwych miejsc na ciele, Endoriil wyskoczył z wanny, skorzystał z jednego z ręczników i przywdział nowe ubranie. Jego rdzawe włosy do ramion suszyły się na tyle długo, że, po użyczeniu brzytwy od krawca, zdążył się ogolić.

[center]IV[/center]

Gdy przechodził obok ławek przy samej gospodzie, zobaczył go Adan, który siedział na jednej z nich wraz z nieco otyłą rudowłosą dziewczyną i przymilał się do niej z lubieżnym uśmiechem. Zobaczył go, ale... nie poznał i wrócił do zalotów. Elf faktycznie wyglądał zupełnie inaczej. Elegancki ubiór, brak zarostu i włosy związane z tyłu w kuc. Nie czuł się zbyt pewnie, ale chciał zrobić na czarodziejce jak najlepsze wrażenie. Rynek był pusty, ale już kilkanaście metrów od gospody czuć było kipiącą w niej radość. Kiedy Endoriil był kilka kroków od drzwi wejściowych, usłyszał brzdękanie strun, z pozoru delikatne, a jednak doniosłe, przebijające świąteczny gwar. Elf zatrzymał się, słuchał chwilę, aż odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Podszedł kilka kroków i zobaczył człowieka z kilkudniowym zarostem, nieco zaniedbanego. Siedział na gołej ziemi, a w rękach trzymał lutnię, na której grał. Melodia była zupełnie nie pasująca do tego święta, a przynajmniej do tego, jak wszyscy je tu obchodzą, bo elf wciąż nie wiedział, co się dziś w Laanterii celebruje. Bard szarpał struny, tworząc muzykę piękną, wzniosłą, ale... smutną.

Śpiewał:
[center]Magicznych na niej rytów
Dziś nie odczyta nikt
Ale wykuta z mitów
I wieczna jest jak mit
Do ciała mi przywarła
Przeszkadza żyć i spać
A tłum się cieszy z karła
Co chce giganta grać.[/center]


Śpiewał z pasją, pot ściekał mu po skroniach, gromadząc się na końcu brody, formował krople i spadał na ziemię. W tej chwili dwie dziewczyny przechodziły obok, wyraźnie pijane. Ledwie parsknęły, słysząc śpiew samotnika, idąc chwiejnym krokiem w stronę gwaru z gospody. Wydawało się, jakby człowiek ten wołał do bawiących się, aby wyszli do niego i słuchali, bo on mówi do nich właśnie. Głos miał mocny, dźwięczny. Nikt nie wychodził, a on śpiewał dalej, jakby z rozpaczą, ale też z przekonaniem, wiarą:

[center]Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja.[/center]


Endoriila dopadło przygnębienie, nostalgia za lasami Woodmer. Nie miał pojęcia, dlaczego. Nagle poczuł się tu obcy, myślał o losie swoich pobratymców. Wyciągnął z kieszeni swej pięknej czarnej koszuli kilka monet i rzucił bardowi.

[center]V[/center]

Od razu po wejściu do środka poczuł atmosferę zabawy. Ludzie ledwo mieścili się wewnątrz gigantycznego budynku. Przekrzykiwali się, pili piwo i wino, jedli pieczone mięso, tańczyli do radosnej muzyki wygrywanej na fletach przez kilku elfów w pozłacanych szatach. Na bębnach akompaniowali im dwaj ludzie. Adan, Wesley i Siwy siedzieli w towarzystwie miejscowych, popijając alkohol i głośno dyskutując na przeróżne tematy. Młode kobiety tańczyły na środku sali z równie młodymi chłopcami. Wirowali, przylgnięci do siebie, spoceni, gorący i pragnący zaspokojenia swoich zmysłów i żądz. Do kilkunastu wielkich stołów co chwilę podbiegali kelnerzy i zbierali kolejne zamówienia.

- Biznes się kręci, prawda? - elf usłyszał za sobą znajomy głos. Odwrócił się i odrzekł:
- Witaj, Ri. Faktycznie się spotykamy.
- Jak on chce znaleźć kogoś, to znajdzie - Ri uśmiechnął się niewyraźnie, starając się nie pokazywać swojego lewego kła, który ledwo trzymał się na miejscu. - Zacny strój, elfie.
- Naprawdę tak myślisz? - Endoriil nachylił się do rozmówcy, a jednocześnie rozglądał się w poszukiwaniu czarodziejki. - Bo ja się nie znam zupełnie.
- Nie machaj tak głową - zaśmiał się Ri. Wskazał dłonią w stronę przygrywających na fletach elfów. - Ona tam stoi.

Endoriil ruszył z zaskakującą nawet dla niego pewnością siebie. Przeciskał się przez tłum, podchodząc do czarodziejki, nieco z boku. Piękna blondynka o wąskich ustach pokrytych czerwoną szminką słuchała z uwagą muzyki elfów. Gdy dostrzegła Endoriila, odezwała się pierwsza, kiedy on mijał mężczyznę w czarnym stroju opasanego pasem z ćwiekami:
- Och, widzę, że spóźniłeś się na występ twojego zespołu.

Spojrzała w jego oczy. Wydawały jej się czerwone, krwawe, może przez rdzawe włosy uwiązane w kucyk, a może z powodu oświetlenia. Była zaintrygowana. Nie zdążył odpowiedzieć, bo ujrzał Octaviusa stojącego na uboczu w bezruchu i przyglądającego się komuś. Szybkimi spojrzeniami ogarnął sytuację. Mężczyzna, którego przed chwilą trącił był tym samym, który stał samotnie na rynku kilkanaście minut temu; czekał na kogoś. Teraz Octavius przyglądał się jego ruchom. Elf w ułamku sekundy odwrócił się od czarodziejki i ruszył za podejrzanym typem. Zrozumiał, co się dzieje.
- I tyle? - powiedziała zaskoczona czarodziejka, odbierając to odejście jako speszenie. - Jedna ironiczna uwaga i już po rozmowie. Ach, mężczyźni.

Endoriil nie mylił się, człowiek, którego śledził, wyciągnął krótki miecz i trzymał go przy prawej nodze, aby nikt w tłumie nie był w stanie dostrzec broni, ale elf już ją widział. Przyspieszył kroku i szedł półkolem, tracąc z pola wzroku napastnika, ale podchodząc do Ri' Baadara, który właśnie rozmawiał z jakąś przypadkową kobietą. Z tej pozycji, trzy metry od Ri, przyglądał się sytuacji, gładząc dłonią ostrze swojego topora. Nie widział napastnika. Wtedy podeszła do niego czarodziejka.
- Ej - powiedziała - długouchy, mnie się tak nie olewa, wiesz? Żadnej kobiety się tak nie olewa, a czarodziejki absolutnie. Wiesz, co ja mogę ci za to zrobić? W co zamienić? Speszyć się tak drobną uwagą, to kiepsko o tobie świadczy. Bardzo kiepsko. Chciałam ci to powiedzieć, abyś na przyszłość wiedział, że takim podejściem niewiele zdziałasz.

Elf jej nie słuchał, co jeszcze mocniej ją denerwowało. Przyglądał się czemuś z niepokojem, dostrzegła to i sama zaczęła się ukradkiem rozglądać, nie przerywając swego wykładu. Podniosła głos, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę jak największej części tłumu:
- Czasem, jak kobieta mówi "nie", to znaczy "być może", a czasem "tak, weź mnie tu i teraz".
- Mi cały czas mówią "nie" - zasmucił się otyły Wesley, syn Siwego, wywołując tym gromki śmiech kilkunastu osób.

Endoriil spojrzał na blondwłosą piękność dosłownie na ułamek sekundy, aby podziękować skinieniem głowy. Uważniej przyjrzał się tłumowi. Ri' Baadar też patrzył na czarodziejkę, która stała w centrum uwagi. Tylko jedna osoba nie zwracała teraz uwagi na zamieszanie i dalej dążyła do swojego celu.

Bosmer wyciągnął zza paska swój topór i w mgnieniu oka wyrzucił z dłoni. Broń przeleciała trzy metry i wbiła się prosto w czoło niedoszłego zabójcy, kiedy ten uniósł miecz do ciosu w kark Ri. Ludzie spanikowali, przez chwilę biegali w niewiadomych kierunkach, ale dostrzegli, że nic więcej się nie dzieje. Dwóch strażników podeszło do zwłok, trzeci do Endoriila, łapiąc go za ramię. Przyjrzeli się trupowi.
- Kajusz... Na bogów, to Kajusz - mówił głośno jeden ze stróży prawa.
- Niech on zgadnie - Ri' Baadar podszedł do ciała. - Octaviusa człowiek?
- Tak, panie. Znany nam rzezimieszek. Wykonywał dla Octaviusa robotę niejedną.

Tłum nieco się uspokoił. Zrozumieli, że elf obronił właśnie Khajiita przed śmiercią z ręki najemnego zbira. Zaskakująco szybko po wyniesieniu ciała zabawa rozpoczęła się na nowo. Octavius wykorzystał zamieszanie i opuścił gospodę.

[center]VI[/center]

- Muszę przyznać, że zrobiłeś niezłe drugie wrażenie, bo o pierwszym nie ma co mówić - powiedziała czarodziejka w bordowej sukni, siadając przy dwuosobowym stole. Elf usiadł naprzeciw niej z butelką czerwonego wina i dwiema szklankami. Radosna muzyka i tańce wciąż trwały. Para usiadła nieco na uboczu.
- Dziękuję - uśmiechnął się, nalewając czerwonego napoju do szklanek.
- Nie ma za co. Zależy jeszcze, co z tym drugim wrażeniem zrobisz, bo...
- Nie - przerwał jej. - Dziękuję ci za pomoc. Zrobiłaś to celowo. Nie wymyśliłbym tego, naprawdę. Doceniam to. Zwróciłaś uwagę połowy obecnych, a mi wystarczyło po prostu namierzyć tego bydlaka.
- Hmm, tak, pomogłam ci, chociaż wiedz, że po tym, co zrobiłeś pod sceną, naprawdę chciałam dać ci popalić.

Oboje zaczęli się śmiać. Bosmer odłożył butelkę wina i zaczął właściwą rozmowę:
- Nazywam się Endoriil, a jak zwą ciebie, piękna czarodziejko?
- Oj, bardzo tani komplement, mogłeś się bardziej postarać - mrugnęła zalotnie oczami, które, wbrew słowom, pokazywały, że komplement bardzo ją ucieszył. - Jestem Luna, czarodziejka, jak już wiesz.

Endoriil nie mógł powstrzymać uśmiechu. Czarodziejka odpowiadała tym samym. Czuła coś dziwnego. Wydawało jej się, że Bosmer pożera ją wzrokiem. Wielu innych mężczyzn już to robiło, ale oni byli w tym bezczelni, ten był jakiś inny, subtelny. Zdawało jej się, że podziwia ją jak kwiat, jak coś, czego długo szukał, nie mogąc znaleźć. Jego oczy nie były już czerwone, raczej jasnobrązowe. Zastanawiała się, jak to możliwe.

Ri' Baadar obserwował z daleka swojego towarzysza i Lunę, myśląc jednocześnie o Octaviusie. Skoro był na tyle zdesperowany, żeby próbować go zabić tutaj, pośród tego tłumu, to nie można było zostawić tego bez odpowiedzi. Podszedł do właściciela gospody i zamówił nocleg dla czterech osób. Uważał, że elf właśnie załatwia sobie własne łóżko, w którym nie będzie sam. Wracając od właściciela, podszedł do ich stolika.
- Wybaczcie, że on przeszkadza. Piękna. - Szarmancko schylił głowę. - Elfie, jutro w południe spotykamy się tutaj, przy barze. Pomówić trzeba, o tym, co zaszło. Zaradzić coś. Tymczasem, bawcie się, świętujcie.
Ri odszedł, a Endoriil powtórzył swoje pytanie, po raz trzeci, od kiedy wjeżdżali do miasta:
- Luna, powiedz mi, co my w ogóle świętujemy?
- Hm - przechyliła delikatnie głowę w lewo, ukazując delikatną, białą szyję - szczerze mówiąc, to nie wiem. Nie jestem z okolic. Pewno jakieś święto płodności, albo na cześć słońca. Nie wiem, naprawdę. Czemu się tym interesujesz?
- Przed karczmą - odpowiadał - jest pewien człowiek. Śpiewa coś... coś smutnego, ale czuję, że prawdziwego. Nie wiem, może po prostu za dużo myślę.
Czarodziejka wstała od stołu, chwytając butelkę wina w smukłe dłonie.
- Łap szklanki i chodź ze mną na górę, filozofujący elfie.

[center]VII[/center]

Dziś

Po poranku u boku Luny, Endoriil zszedł na parter, gdzie czekał na resztę. Na spotkanie w południe przy barze w gospodzie przyszedł sam kapitan straży miejskiej. Wszedł nagle i od razu przeszedł do rzeczy.
- Mnie nie interesuje, czyście z Octaviusem interesy robili. Ubiliście jego człowieka, jednego chwasta mniej. Jeśli wam powiem, gdzie może ukrywać się Octavius, zajmiecie się nim?
Członkowie karawany spoglądali po sobie. Wesley zrobił wielkie oczy i spojrzał na powierzchnię stołu, nie chcąc angażować się w dyskusje. Bał się.
- Dwieście septimów. - Kapitan złożył ofertę. - Ubijecie go, nagroda wasza. Nie ma już wielu ludzi, wiemy to. Interes przestał mu iść, musi być pod ścianą skoro zorganizował wczorajszy zamach. To śmierdziało amatorką. Macie szansę na łatwy zarobek.
Ri' Baadar i Endoriil spojrzeli na siebie. Ku zaskoczeniu Siwego i Adana, to elf odpowiedział:
- Umowa stoi. Dwieście septimów. Gdzie on może być?
- Moczary Arven, kilka mil na zachód.

[center]*[/center]

Grupa szykowała się do drogi, krzątając się przy wozach. Endoriil był zamyślony, nie mógł się na niczym skoncentrować.
- O niej elf myśli, rację on ma? - zagadał Ri.
- Ja... Nie wiem. To znaczy tak, o niej, ale ja nigdy nie czułem niczego takiego do nikogo, a ledwo ją poznałem przecież. A kto wie, może już nigdy nie zobaczę...
- Ooo, nasz elfik dorasta, zakochał się - zaśmiał się Adan, ostrząc osełką miecz, który dostali od strażników miejskich. - Miłostki mu się zachciało. Ja też się wczoraj zakochałem w takiej rudej, ach jaka powabna była. Ciekawe, co zrobisz w następnym miasteczku. Może wstąpimy całą drużyną do bordelu jakiego? Tak w ramach, jak to się mówi... Integracji!
- Adan - Ri obrócił głowę zniechęcony. - On nie sądzi, że elfie uczucie porównywać można do twego do rudej panny. Tyś takich rudych miał już wiele, każdej w głowie żeś namieszał i nigdy więcej jej nie spotkał, a jak żeś spotkał, to w gębeś dostał.

Blondyn odruchowo przyłożył dłoń do policzka, wspominając kilka mocnych, mało kobiecych ciosów, które otrzymał w wyniku kilku swoich romansów. Kiedy skończyli pakowanie i zaprzęganie koni, które pierwszy raz od dawna były najedzone i wręcz chętne do drogi, podeszła do nich Luna. Miała na sobie ten sam błękitny szal, ale szata różniła się od wczorajszej. Ciemny granatowy płaszcz otulał jej drobne ciało, a blond włosy delikatnie opadały na ramiona.
- Luna! - krzyknął Endoriil. - Czemu tu jesteś?
- Jadę z wami. Potrzebujecie mnie.
- To niebezpieczne, nie powinnaś...
- Endoriil - przerwała miło, uśmiechając się. - Jestem czarodziejką, niejedno już widziałam, walczyłam też nie raz. Poza tym, Octavius był ostatnio moim klientem i pomagałam mu w przygotowaniu paru pułapek, które chciał wykorzystać w swojej siedzibie. Dlatego też, odmawiając mi, skazujecie się na pewną śmierć.

Szach mat - pomyślał Endoriil. Jeszcze nigdy nie czuł się taki szczęśliwy po przegranej dyskusji. Chciał, żeby pojechała z nimi. I teraz, i potem. Już zawsze.

[center]*[/center]

Kiedy wyjeżdżali z Laanterii, mijali te same chłopskie chaty, które wczoraj były pięknie przystrojone. Dziś po ich uroku nie pozostało nic. Zwykłe drewniane chatki, poniszczone, spróchniałe i zupełnie nieatrakcyjne. Tuż przy drodze siedział bard, którego Endoriil widział wczoraj przed gospodą. Grał i śpiewał:
[center]
Dałeś mi Panie zbroję
Dawny kuł płatnerz ją
W wielu pogięta bojach
Wielu ochrzczona krwią
W wykutej dla giganta
Potykam się co krok
Bo jak sumienia szantaż
Uciska lewy bok.[/center]

Obok niego stało czterech staruszków, zgarbionych, siwych, zmęczonych życiem. Łzy ściekały im po policzkach. Słuchali z zapartym tchem. A on wciąż śpiewał i grał:

[center]Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja.
[/center]

Endoriil wyskoczył z wozu. Luna zdziwiła się, reszta kompanii również. Elf podszedł do staruszków. Musiał wiedzieć, więc spytał wprost:
- Panowie. Powiedzcie mi, co to za święto było i czemu płaczecie i o czym śpiewa ten człowiek?

Jeden ze starców spojrzał na obcego.
- Święto... - zaczął smutno. - Tak, święto... Lat temu kilka, podczas Wielkiej Wojny między Cesarstwem, a Dominium, bitwa wielka tu była. Wojsko nasze, syn mój wśród nich, walczyło jak lwy, lecz mało ich było. Miasto zdobyte przez Aldmerów zostało. Mordowali, gwałcili, rabowali. Potem miasto opuścili, a oddziały ze stolicy przybyły tu i zajęły zgliszcza. Od tego czasu co roku świętuje się tu oswobodzenie Laanterii. Oswobodzenie gruzów i ciał naszych krewnych i towarzyszy. Na święto przybywają setki ludzi, nie wiedząc, tak jak wy, panie, dlaczego tu święto. Piją, biją, zaspokajają żądze. My jednak obchodzimy je na swój sposób. To nasza pamięć, nasza...
- Wasza zbroja - skończył za niego Endoriil, skłaniając nisko głowę i wracając na wóz. Zamyślił się.
Po przejechaniu kilkuset metrów, zobaczyli wielki cmentarz, skromne nagrobki, czasem po prostu zwykłe kurhany usypane z ziemi. Byli tu pochowani żołnierze i cywile, którzy stracili swe życie w obronie tego miejsca.
- Jak można świętować coś takiego w taki sposób? - powiedziała Luna, którą autentycznie wzruszyły słowa starca.

Nie usłyszała odpowiedzi. Endoriil intensywnie myślał o Valenwood i o Woodmer, o swoich braciach i siostrach. Czuł, że w jego głowie coś się kształtuje, kiełkuje. Jego własna...

Zbroja.

KONIEC ODCINKA CZWARTEGO
----------------------------------------------
Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii po tym odcinku. Jest dłuższy niż poprzednie, chyba w ogóle mój najdłuższy odcinek z dotychczasowych opowiadań. Jakoś mnie wena naszła :) . Będę wdzięczny za każdą opinię. Wszystko może mi pomóc.

Dodam, że słowa piosenki śpiewanej przez barda, to fragmenty pieśni Jacka Kaczmarskiego o tytule "Zbroja". Piosenki, która jest niezwykle głęboka i po prostu mnie porusza. Tytuł odcinka miał brzmieć inaczej, ale... po ponownym przeczytaniu odcinka, pomyślałem, że ten dużo lepiej pasuje do treści.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 30 gru 2013, 20:19

Nie siedzę w fandomie, ale próbowałam przeczytać. Nie wciągnęło mnie, może dlatego, że właśnie nie mój klimat, nie wiem. Ale muszę się zgodzić z Mir odnośnie początku. Wstęp jest strasznie nudny, napisany jak podręcznik do historii. Później robi się lepiej, jednak trudno nie oprzeć się wrażeniu, że masz tendencje do pisania w stylu sprawozdania. Mało jest emocji w tym wszystkim. Dam ci przykład.
Śmierć... Do Endoriila dotarło właśnie, że wbrew ustaleniom Halena z posłem, przyjdzie im zaraz umrzeć i że nikt się o tym nie dowie. Aldmerczyk miał rację. Do lasu Frangeld nie zapuszczał się nikt. Bosmerskie klany wierzyły, że w tym miejscu kryje się jakaś magia, i to magia, którą sami wywołali wieloma mordami na swoich pobratymcach. Że skazili to miejsce krwią elfów i pod żadnym pozorem nie powinni tu wracać, a ci, którzy wracali, najczęściej tracili rozum lub sami popełniali samobójstwa.

Piszesz o śmierci, o czymś, co powinno w czytelniku wywoływać grozę, napięcie, współczucie wobec postaci, a jak się to czyta, to nie czuć nic. Owszem językowo jest super, ale emocji nie wywołuje to żadnych. A powinno. O to chodzi, żeby czytelnik przejmował się losem bohaterów i czuł mniej więcej to, co oni. Ale jak już mówiłam, później jest trochę lepiej. Zwłaszcza dialogi mi się podobają, ale jednak trzeba popracować nad oddaniem nastroju. A że posiadasz spory warsztat, to myślę, że powinieneś się nauczyć tego bez problemu. Oczywiście pod warunkiem, że będziesz tego chcieć.
Shoot first. Think never.

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 31 gru 2013, 00:12

Jasne, że chce się polepszać, dlatego się zarejestrowałem na forum :-) . Przeczytałaś I odcinek czy wszystkie? Wydaje mi się, że już w drugim jest trochę lepiej pod względem tego, co wymieniała Miryoku i co teraz wymieniasz Ty. Po prostu historia posuwa się do przodu i mocniej koncentruję się tam na postaciach, szczególnie Endoriilu, i ich odczuciach.

Dzięki, Vampircia. Szczególnie, że uniwersum TES nie należy do Twoich ulubionych, więc doceniam sam fakt skomentowania mojego tworu :-)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2522
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Vampircia » 31 gru 2013, 11:49

Przeczytałam dwa, resztę przejrzałam dość pobieżnie, ale widać, że później robi się lepiej.
Shoot first. Think never.

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 05 sty 2014, 21:50

[center]THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS

ODCINEK V
ARVEN


I
[/center]

Kompania złożona z pięciu osób wkraczała właśnie w moczary Arven. Droga, która jeszcze kilka minut wcześniej była szeroka i zadbana, nagle zniknęła, rozpływając się w błocie i zgniło-zielonym grzęzawisku. Wozy zwolniły, konie nie były w stanie ciągnąć dalej. Okolica wyglądała ponuro.
- I to by było na tyle, jeśli chodzi o wygodną podróż - powiedział blondwłosy Adan, wzdychając.
- Wozy opuszczać. Brać broń i szykować się do drogi - khajiicki szef wydał polecenie i sam zeskoczył z wozu. - Niebezpiecznie zostawiać tu dobytek nasz. Okolica wyludniona, ale kto wie, czy ktoś nie kręci się tu.

Ri skrzywił się. Na wozie wciąż był jego bezcenny towar dzięki któremu miał się konkretnie wzbogacić, przynajmniej tak sądził. Wtedy z wozu zeszła Luna, poczekała aż każdy weźmie broń oraz niezbędny ekwipunek i uniosła ręce, przymknęła oczy, po czym wypowiedziała szeptem kilka słów. Wozy zniknęły w mgnieniu oka. Wesley i Endoriil uśmiechnęli się, patrząc na kobietę.
- Specjalizuję się w magii iluzji - powiedziała. - Możemy ruszać.

Czarodziejka nie miała przy sobie broni, tak jak Ri. Elf wziął ze sobą niewielki jednoręczny topór, który zakupił w Septimii. Adan dzierżył niezłej klasy miecz straży miejskiej z Laanterii. Siwy i Wesley mieli przy sobie dwa wyszczerbione miecze, które z pewnością niejedno już widziały, ale też przydałoby im się ostrzenie. Misja, którą zgodzili się wykonać - zabicie Octacviusa - była po części osobista. Co prawda, kapitan straży w Laanteriii obiecał im dwieście septimów za tego człowieka, ale dochodził tu tez motyw zemsty. Niewiele brakowało, a Ri' Baadar zginąłby od miecza jednego z ludzi przemytnika, kiedy ten poczuł się urażony odrzuceniem jego oferty. Khajiit nie spodziewał się tego zamachu. Wraz z Endoriilem postanowili działać, a obiecaną nagrodę potraktować jako bonus. Cieszyli się, że towarzyszyła im Luna, czarodziejka, którą poznali na obchodach miejskiego święta. Nie wyglądała na wielce doświadczoną, była bardzo młoda, ale wiedzieli, że Octavius zapłacił jej za udoskonalenie jego siedziby poprzez skonstruowanie kilku pułapek. W tej chwili szli po bardzo grząskim gruncie, w półmroku lasu.

- Luna - zaczął Adan - czego możemy się tam spodziewać? W jego siedzibie, znaczy się?
- Przede wszystkim tego, w czym się specjalizuję - odpowiadała, chowając swoje blond włosy za kołnierz swojej granatowej szaty - czyli iluzji. Jeśli wyskoczy na was wilk nadnaturalnych rozmiarów, nie bójcie się. Sporo nad nim pracowałam, ale pamiętajcie, to tylko widmo.
- Ech, nie lubię widm - skrzywił się Wesley - wilków też. Nie mogłaś wybrać czego innego? Na przykład dużej wiewiórki... W ogóle nie sądzę, byśmy dobrze robili, pakując się w to.
- Nie wiem, co masz w tych workach, Ri - Endoriil zwrócił się do szefa karawany - ale cokolwiek to jest, sprawiło, że Octavius chciał cię zabić niemal natychmiast, a skoro tak, to wątpię, żeby miał odpuścić. Teraz mamy przewagę i możemy go dopaść. On się chowa, ale jeśli nie dopadniemy go teraz i zwieje, to na pewno spróbuje ponownie...

Ri rozejrzał się po towarzyszach. Wszyscy czekali, aż odpowie na pytanie, którego elf bezpośrednio nie zadał. Khajiit często to robił, przewidując, jakie słowa padną za chwilę. Starał się w ten sposób okazać swoją mądrość i zrobić wrażenie na rozmówcy. Tym razem jednak sprawa dotyczyła czegoś, na czym naprawdę mu zależało, więc wolał zachować milczenie. Wbrew jego nadziejom, Siwy spytał:
- Rybka, my naprawdę szanujemy twoje interesy i sekrety, ale właśnie ku śmierci idziem i kto wie, czy wszyscy żywi wrócimy. Co ty za towar wieziesz, hm?
- On powie wam, kiedy się z Octaviusem rozprawimy. Zdaje się, że już niedługo. - Khajiit zatrzymał się i popatrzył na jedno z odległych drzew, za którym przez sekundę widział jakiś cień. Ten po chwili zniknął, zostawiając Ri w niepewności.

[center]II[/center]

Po godzinie marszu przez bardzo nieprzyjazny teren w niemiłym fetorze zgnilizny, grupa doszła do naturalnej ściany skalnej. Otyły Wesley mocno się zmartwił. Nie miał ochoty się wspinać, i tak już ledwo oddychał. Powietrze na moczarach, nie dość, że śmierdzące, było też niezwykle gorące.
- To tutaj - Luna rozwiała jego obawy. - Dajcie mi chwilę.
Czarodziejka wypowiadała kolejne serie zaklęć w nadziei, że ukaże jej się wejście do kryjówki. Reszta usiadła, opierając się o ścianę. Siwy i synowie wyjęli z plecaka Wesleya pęto kiełbasy i zaczęli zachłannie jeść. Opróżnili też jedną manierkę wody. Wszyscy czuli narastające zmęczenie. Ri' Baadar i Endoriil przysiedli nieco z boku. Khajiit odezwał się do elfa półszeptem:
- Słuchaj. On czuje, że coś tu nie tak jest. Jakby ktoś śledził nas, to niepokoi go. Czujni musimy być.
- Hm - elf zamyślił się - masz pojęcie, kto to może być?
- Żadnego. Ale może kapitan straży nie do końca prawdę mówił? Może Octavius ludzi jeszcze ma. Po prostu ostrożni być musimy. Asa w rękawie ten pośrednik mieć może.

Sytuacja przeciągała się. Luna najwyraźniej nie radziła sobie z własnymi zaklęciami i nie mogła znaleźć wejścia. Zaczęła się frustrować.
- Cholera - powiedziała zrezygnowana, siadając na jednej ze skał. - Nie wiem, co się dzieje. Wypowiadam te same sekwencje słów, którymi to wejście pieczętowałam. Powinno być tu - wskazała na fragment ściany porośnięty nieznanym jej mchem dokładnie przez sobą.
- Och - westchnął Ri, wstając i podchodząc do czarodziejki. Wyciągnął zza paska mały nożyk i odciął kawałek rośliny, po czym schował ją do jednej ze swoich niezliczonych kieszeni . - To chyba laneria, bardzo rzadkie ziele. On nigdzie nie mógł jej znaleźć. Przyda mu się do polepszenia receptury mikstury leczniczej. A kto wie, może i do czegoś jeszcze.

W tej chwili usłyszeli odgłos głazu ocierającego się o drugi głaz. Wielkie kamienne drzwi zaczęły się ruszać, aż w końcu rozwarły się kompletnie, a ciemne wnętrze jaskini stało przed nimi otworem. Widocznie Ri' Baadar przypadkiem uruchomił mechanizm, który, jak widać, z magią miał niewiele wspólnego.

[center]III[/center]

Korytarz był długi i wąski. Szli powoli i bardzo ostrożnie. Na przedzie byli Luna i Endoriil; ona zaklęciem stworzyła niewielkie źródło światła posuwające się nieco przed nimi, on kroczył tuż przy jej boku z wyciągniętym już i gotowym do ciosu toporem. Za nimi szedł Ri wraz z Siwym, a na końcu korowodu dwaj bracia - Wesley i Adan.
W jaskini panowała martwa cisza, ściany korytarza były niemal idealnie gładkie, Endoriil obserwował je ze zdumieniem. Zapatrzył się i wpadł na wyciągniętą rękę Luny.
- Stój, niezdaro - szepnęła, krzywiąc usta. - Tutaj była chyba inna pułapka, bardziej, że tak powiem, naturalna. Nie wiem tylko, jak ją minąć, aby jej nie aktywować.

Z ostatniego szeregu wyszedł Adan, chwycił kamień leżący u jego stopy i po prostu rzucił, nie czekając na komentarze. Gdy kamień zetknął się z ziemią, ze ściany z zabójczą siłą ruszyła naszpikowana ostrymi kolcami ściana, która zatrzymała się tuż przed skamieniałymi ze strachu Luną i Endoriilem.
- Ty idioto - powiedział drżącym głosem elf - mogłeś nas zabić.
- I zaalarmować Octaviusa - dorzucił od siebie Ri' Baadar.

Przeszli obok niegroźnej już pułapki. Na krańcach ostrzy dostrzegali zakrzepłą krew sugerującą, że niektórzy goście mieli mniej szczęścia niż oni. Przy jeden ze ścian leżały kości. Mieli solidne podstawy, by podejrzewać, że ich pochodzenie nie było zwierzęce.
W końcu powietrze stało się nieco przyjemniejsze, chłodniejsze, a grupa weszła do wielkiej, pięknie prezentującej się sali. Na wszystkich czterech ścianach płonęły pochodnie, zdobiąc sufit pomieszczenia intrygującą grą światło-cieni. Pod ścianą naprzeciwko wejścia, na podwyższeniu, stało krzesło, bardzo ozdobne, przypominające tron. Nie mieli wątpliwości, kto na nim zwykle zasiadał, ale teraz było puste. W odległości kilku metrów od podwyższenia stały dwa długie stoły mogące pomieścić do dwudziestu ludzi. Endoriil podszedł ostrożnie i przejechał palcem po powierzchni mebli - na jego palcach zgromadził się kurz.
- Tu nikogo nie ma i pewnie nie było od dość dawna - powiedział, lekko zrezygnowany.
- Ale pochodnie płoną - odrzekł Wesley, przełykając ślinę. Rozglądał się energicznie. - Ktoś musiał je zapalić.

Zastanawiali się, o co chodzi. Najwyraźniej Octavius faktycznie nie miał już ludzi. Gdyby ich miał, z pewnością nie dopuściliby ich do tej sali. Mimo kilogramów kurzu i pajęczyn widniejących w wielu miejscach, w pomieszczeniu wciąż było parę wartościowych rzeczy. Choćby wspomniany tron, srebrne naczynia na stołach. Przy jednej ze ścian był spory regał z książkami, przy którym buszował teraz Ri, szukając ciekawych tytułów. Złapał w swoje kocie łapy egzemplarz "Moczary Arven i ich roślinność". Towarzyszyła mu Luna. Chwyciła księgę o tytule "Magia dla początkujących". Khajiit dostrzegł to i spojrzał się na nią swymi przenikliwymi zielonymi oczami.

- Czarodziejko - powiedział z niepokojem - czy on dobrze widzi?
- Ach - Luna speszyła się i milczała dłuższą chwilę. - Dobra, jestem początkująca i... ciągle się uczę... Podstaw.
- Na bogów, to dlaczegoś z nami poszła. Niebezpieczeństwo nam grozi. I tobie przede wszystkim. Poza tym, naprawdę pomagałaś zabezpieczać to miejsce? Gdzie wilk ten, co ostrzegałaś?
- Heh - zaśmiała się i uśmiechnęła niewinnie - zabezpieczałam, tak. Wilk miał się pojawić tuż przed wejściem do sali. Jak widzisz, a raczej nie widzisz, nie pojawił się. Nie patrz tak na mnie, to trudne zaklęcie. Octavius po prostu zobaczył moje fajerwerki, kiedy trenowałam przed pokazem na rynku i zaproponował sto septimów za udoskonalenie kryjówki. Jak mogłam odmówić? Myślisz, że skąd miałam pieniądze na pokój w gospodzie, i to ten z tarasem?
- Więc czemu się od nas przyłączyłaś, skoro pewnie zakładałaś, że twoje zaklęcia i tak nie zadziałają? - popatrzył się na nią przenikliwie. - Elf?
- Trochę... - zarumieniła się. - Chciałam się też zapytać, po tym całym zamieszaniu z Octaviusem, czy mogłabym podróżować z wami, aż dotrzemy do Skyrim. Skoro już widziałeś, jaka literatura mnie interesuje, to mogę ci powiedzieć też to: jadę do Skyrim, żeby zapisać się do Akademii Magicznej w Winterhold.
Ri głęboko westchnął, drapiąc się po głowie ukrytej pod powerzchnią szarego kaptura. Okazało się, że Luna nie miała nawet magicznego wykształcenia. Z jednej strony duże wrażenie robiło na nim to, co widział; sporo już potrafiła jak na nowicjuszkę, z drugiej jednak wprowadziła ich w błąd, który mógł sporo kosztować.

[center]IV[/center]

Czaił się przy wejściu do komnaty odziany w strój Mrocznego Bractwa. Wydobył zza paska krótki elfi sztylet. Sięgnął do niewielkiej saszetki przyszytej do piersi i wyjął malutką buteleczkę, której zawartość wylał na broń. Rozsmarował lepką maź po całym ostrzu, które poczęło świecić na kolor zielony. Miał na sobie rękawice i bardzo dbał o to, aby nie mieć kontaktu z substancją. Syknął z zachwytem, wyciągając elfi miecz z pochwy umieszczonej u lewego boku. Widać było, że kocha to, co robi.
Po raz ostatni ogarnął wzrokiem komnatę. Siwy mężczyzna i nieco niższy od niego blondyn siedzieli na krzesłach, spożywając skromny posiłek. Otyły brunet z przetłuszczonymi włosami patrzył na sufit, podziwiając widowisko stworzone przez cienie z pochodni. Przy regale z książkami stała ofiara w wyblakłej fioletowej szacie i z szarym kapturem pokrywającym cieniem twarz. Drobna blondynka stała obok; nie wyglądała na wojowniczkę. Na sali był jeszcze elf, który przyglądał się tronowi Octaviusa, człowieka, który zlecił zabicie zakapturzonej postaci.

Wśród zleceniodawców panowała opinia, że ten zabójca nie ma zasad. Mordował na zawołanie, o ile płaca była godna, rzecz jasna. Zdobywał uznanie w półświatku, był konkretny i skuteczny. To z nim Octavius skontaktował się, kiedy jego poprzedni człowiek - Kajusz - zawiódł.
Zrobił krok do przodu, syknął niczym drapieżne zwierzę i ruszył biegiem, by zabijać.

[center]V[/center]

Zobaczyli go, gdy wyskoczył z cienia, chociaż sam zdawał się być cieniem. Biegł lekko, szybko i w mgnieniu oka doskoczył do Siwego i Adana. Chlasnął mieczem w ramię starca, przewracając go. Wskoczył na stół, kiedy blondyn sięgał po miecz laanterskiej straży miejskiej. Kopniakiem prawą nogą wybił broń z dłoni przeciwnika. Po chwili poprawił lewą, trafiając Adana w twarz w wyniku czego mężczyzna upadł z hukiem na ziemię. Napastnik się nie zatrzymywał. Miał jeden cel i musiał do niego dotrzeć jak najszybciej, chciał do maksimum wykorzystać element zaskoczenia. Resztę mógł załatwić potem, nie musiał, bo dostał zapłatę tylko za zakapturzonego, ale chciał. To pragnienie sprawiło, że przy Wesleyu spędził chwilę dłużej, niż zamierzał. Zadał cios, który młodzieniec z trudem sparował. Napastnik poczuł narastający u chłopaka strach. Syknął po raz kolejny i obrócił się, jednym ruchem miecza wytrącił broń przeciwnikowi, po czym płynnym pchnięciem wbił zielone ostrze elfiego sztyletu w jego brzuch. Wesley jęknął i upadł, zwijając się z bólu.

Luna i Ri' Baadar byli bez broni, więc natychmiast po zobaczeniu napastnika Endoriil chwycił swój topór i pobiegł w stronę przyjaciół, stając między nimi, a napastnikiem. Zdążył do nich dotrzeć tylko dlatego, że morderca postanowił zabawić się z Wesleyem. W momencie, gdy chłopak upadł na ziemię, a zabójca zwrócił się w ich stronę, Ri cofnął się, uderzając plecami o regał. Nie chciał umierać, a czuł, że śmierć stoi przed nim. Stoi w stroju Mrocznego Bractwa. Teraz widzieli go w całej okazałości. To był khajiit, co w dużej mierze tłumaczyło jego zwinność i zdolności akrobatyczne. W prawej dłoni dzierżył elficki miecz z zakrzywionym ostrzem, w lewej miał sztylet wysmarowany jakąś maścią o magicznych właściwościach. Na jego ubraniu widać było świeżą krew Siwego i Wesleya. Zza napastnika dobiegały jęki rannych mężczyzn.

- No chodź, morderco! - krzyknął Endoriil, chociaż bał się niezmiernie. Nigdy nie widział kogoś w takim szale, kogoś, komu zabijanie sprawiałoby taką radość.
Kiedy Wesley zwijał się z bólu na ziemi, jego ojciec i brat doczołgali się do niego, próbując mu jakoś pomóc. Siwy miał rozległą ranę ciętą na ramieniu, Adan stracił dwa zęby i pluł krwią. Luna skupiła się i wypowiedziała kilka słów, ale czas się kończył, a morderca z Elsweyr szedł w ich stronę powolnym krokiem. Wyglądało, jakby delektował się ich strachem.
- Czemu to robisz?! - elf znów krzyczał.
- Zlecenie to zlecenie - odrzekł zabójca. - Ja zawsze je wypełniam.

Po tych słowach skoczył w stronę bosmera i zadał cios mieczem. Spodziewał się, że to posunięcie zostanie przewidziane, przeciwnik zrobił unik, więc zatańczył w piruecie i wykonał zamaszysty ruch lewym ramieniem, chcąc ugodzić przeciwnika zatrutym sztyletem. Endoriil przewidział jednak również to. Widział spazmy zwijającego się z bólu Wesleya i wiedział, że musi unikać tego ostrza za wszelką cenę. W tej chwili z wejścia do komnaty wybiegł wielki wilk, który ruszył w stronę walczących. Khajiit był zdezorientowany, szybko odskoczył, robiąc salto w tył i wskakując na stół. Endoriil wiedział, że wilk nie był prawdziwy i chciał wykorzystać ruch przeciwnika. Poszedł do przodu, nie czekając, ale morderca wcale nie był speszony. Zeskoczył ze stołu tak samo jak na niego wskoczył, saltem. Zadał serię ciosów oboma ostrzami, ale elf nie dawał za wygraną. Cofał się jednak przed impetem atakującego. W końcu jego nogi zderzyły się z jednym z krzeseł przy stole i stracił równowagę. Uderzył głową w krawędź stołu i zamroczony upadł na ziemię.

Zabójca odwrócił się i w mgnieniu oka dobiegł do ofiary, omijając czarodziejkę, która stała zdumiona, niezdolna do reakcji. Ri był przekonany, że jego życie właśnie się kończy. Osobnik w stroju Bractwa przygwoździł go całym ciałem do regału z książkami a przedramieniem mocno przycisnął szyję Ri' Baadara do jednej z półek.
- Nie rób tego, błagam - wyszeptał gardłowym głosem Ri.
- Zlecenie to zlecenie. Octavius zapłacił zaliczkę. To jedna z moich zasad. Zaliczka jest, więc...
W tej chwili spojrzał na ukrytą pod kapturem twarz Ri. Dojrzał w cieniu jego oczy, kocie oczy... Gwałtownym ruchem zdjął mu kaptur i syknął przeciągle.
- Pieprzony - wyszczerzył zęby, puszczając Ri i chodząc to w lewo, to w prawo. - Pieprzony!

Kiedy zabójca przeklinał, chodząc po komnacie jak opętany, Ri i Luna podbiegli do Wesleya i Siwego. Endoriil również odzyskał świadomość i chwiejnym krokiem podszedł do rannych, masując się po głowie, na której widniał wielki siniak. Cała grupa patrzyła, to na cierpiącego Wesleya, to na khajickiego mordercę, który, nie wiedzieć czemu, wciąż przeklinał, chodząc w kółko. W końcu podszedł do grupy i powiedział:
- Ty jesteś Ri? - rzekł do pobratymca, ukazując swoje białe kły. Wyglądał zupełnie inaczej niż Ri' Baadar. Miał ciemne, czarne umaszczenie, a w uszach widniały sporych rozmiarów złote kolczyki. Pod lewym okiem nosił brzydko wyglądającą bliznę widoczną z powodu mniejszej ilości futra w miejscu starej rany.
- Tak, to on. - Ryba patrzył się na zabójcę, próbując zrozumieć sytuację. Postanowił zaryzykować: - Skoro znasz jego imię, czy on może poznać twoje?
- Zabiję go, zabiję - kontynuował. Po chwili dotarło do niego pytanie. Odrzekł: - Jestem Khaz' mir. I mam dwie zasady. Zawsze biorę zaliczkę za zlecenie i nie morduję khajiitów - spojrzał na rozmówcę i uśmiechnął się drapieżnie - o ile nie zajdą mi za skórę.
- Och, w takim razie dobrze się składa, że on ci za skóre nie zaszedł - Ri uśmiechnął się delikatnie, wciąż bojąc się reakcji nieprzewidywalnego mordercy.
- Co było na tym ostrzu? - krzyknął Siwy, trzymając się za rozorane elficką brzytwą ramię. Luna opatrywała go bandażem, a on krzyczał, patrząc na swojego cierpiącego syna: - Co to za trucizna? Błagam, powiedz!

Khaz' mir dopiero teraz schował miecz do pochwy. Szylet wytarł jedną ze szmat leżących na stole o wsunął go za pasek.
- Oszukał mnie. Wiedział, że nie morduję braci, więc sam zginie. Znajdę go i zabiję, będzie cierpiał - mówił monologiem.
W końcu Endoriil zbliżył się do niego na odległość kilku kroków. Khajiit wyprostował się i skrzyżował ręce.
- Nieźle walczysz, elfie - mówił. - Wpadasz w szał, tak jak ja.
- W jaki szał, o czym ty mówisz? - odpowiadał. - Zresztą nieważne. Skoro Octavius cię oszukał, to pomóż nam wyleczyć Wesleya. Co to była za trucizna? I czy jesteś w stanie go wyleczyć?
- Twoje oczy pokazywały, że byłeś w swoim żywiole. Teraz straciły jaskrawe barwy, nie są już krwistoczerwone, ale... były. Ciekawe.

Luna uniosła wzrok znad rannych. Przypomniała jej się sytuacja z gospody, kiedy tuż przed atakiem zamachowca oczy Endoriila płonęły ognistą czerwienią. Wtedy myślała, że to nic wielkiego, może efekt oświetlenia, ale teraz okazało się, że chyba kryje się za tym coś więcej. Podczas rozmyślań czarodziejki Khaz' mir wyciągnął ze swej saszetki buteleczkę z płynem i podał ją Endoriilowi. Ten podbiegł do czarodziejki i podał naczynko. Luna odkorkowała je już i chciała zalać ranę Wesleya, ale ich niedoszły oprawca przemówił:
- To nie dla niego, a dla ciebie, magiczko. Wypij to - powiedział suchym głosem. - Potem dam wam antidotum, a wasz przyjaciel wydobrzeje w kilka dni.
- Co to ma znaczyć? Chcesz ją otruć! - krzyknął Endoriil, łapiąc topór.
- Mmm - Khaz' mir mruknął, obserwując pięść elfa zaciskającą się na broni. - Chciałbym znów z tobą walczyć, uwierz, ale nie o to mi chodzi. Ta blondynka jest magiczką, to jej nie zaszkodzi, a nawet może wam w czymś pomóc, elfie. Pij szybciej, kobieto, bo kompan wam zejdzie.

Siwy i Adan popatrzyli na Lunę, ona zwróciła wzrok na Ri, który po chwili ciszy powiedział:
- Dobrze, zabierzemy cię z nami.
Endoriil nie wiedział, o co chodzi, ale gdy padły te słowa, czarodziejka wypiła zawartość buteleczki. Od razu potem Khaz' mir dał Adanowi kolejną miksturę, która od razu powędrowała do rany cierpiącego Wesleya.
- Pamiętajcie - mówił zabójca, siadając na krześle przy stole - że to wykuruje tylko truciznę. Ze skutkami pchnięcia sztyletem będziecie musieli walczyć w zwykły sposób. A teraz, elfie, chwyć magiczkę za ręce. Nie widzisz, jak się trzęsie?

Faktycznie, Luna wpadła w lekkie drgawki i wydawało się, że zemdlała. Endoriil podbiegł i złapał ją w ramiona. Wtedy jej oczy otworzyły się i zaczęła mówić głosem, który bez żadnych wątpliwości nie należał do niej:

[center]Promykiem będziesz dla wielu uśpionych
Co staną się ogniem potężnym wielce
Armię płomieni niezwyciężonych
Choć wielka ich liczba polegnie w męce.[/center]



Po tych słowach straciła przytomność, a cała kompania spojrzała na Khaz' mira, który wstawał od stołu. Musiał to przewidzieć, tego właśnie chciał.
- Co to do cholery było? - Endoriil uniósł głos, gładząc dłonią czoło drobnej blondynki.
- To ja powinienem pytać, elfie. Dałem jej silny środek, który u ludzi uzdolnionych magicznie wywołuje wizję, ale tylko pod warunkiem, że w pobliżu jest ktoś... hmm, wyjątkowy. Interesujące.
- Wyjaśnij, powiedz cokolwiek. Czy z nią jest wszystko w porządku?
- Tak, obudzi się niedługo. Po prostu zemdlała. Pójdę już. Nie martwcie się o Octaviusa. Oszukał mnie, więc będzie cierpiał jak niewielu przed nim. Nie zdziwcie się jednak, jeśli jeszcze się spotkamy. Bracie - zwrócił się w stronę Ri - dziesięć procent dla mnie. Wiem, dlaczego Octavius chciał cię zabić. Zlikwiduję go, a w zamian dostanę dziesięć procent tego, co zarobisz, gdy sprzedasz swój towar.
- Umowa stoi... - zrezygnowanym tonem odpowiedział Ri.

[center]VI[/center]

Po odnalezieniu wozów i powrocie na drogę, kompania zdecydowała się wrócić na parę dni do Laanterii, do czasu, gdy wszyscy członkowie karawany będą zdatni do drogi. Kapitanowi donieśli, że Octaviusa w kryjówce nie było i najpewniej uciekł, gdzie pieprz rośnie. O Khaz' mirze nie powiedzieli, bo sami nie wiedzieli, co o nim myśleć. Zabiłby ich wszystkich, gdyby chciał, mieli tego świadomość. Na szczęście jednak okazało się, że nawet osoby bez zasad, jakieś zasady mają.
Wynajęli pokoje w tej samej gospodzie, w której nocowali po świątecznych obchodach. Wesley po trzech dniach faktycznie wydobrzał. Rana Siwego była poważniejsza, niż przypuszczali. Stracił częściową władzę w lewej ręce i musiał ją nosić na temblaku. Adan stracił dwa zęby, co kiepsko wróżyło mu podczas kolejnych miłosnych podbojów. Cała grupa pozostała jednak przy życiu i już nic nie stało na przeszkodzie, aby wyruszyć do Skyrim.

KONIEC ODCINKA PIĄTEGO
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 02 mar 2014, 12:58

[center]THE ELDER SCROLLS
TAKI LOS

ODCINEK VI
LEGENDA
[/center]


[center]I[/center]

Las. Gęsty i ponury. Samotność i niepewność. Lot przez korony drzew, w ciemności, smutku i nieprzeniknionej ciszy. Z trudem mija drzewa. Drzewa, które zna, które pamięta z lat swojej młodości, czasu zabaw i beztroski. Teraz... jest inaczej. Panuje tu mrok i nieujarzmiona moc. Zła moc? Odetchnął, opanował lot, zwolnił, stanął na ziemi. Odgarnął swoje rdzawe włosy, idąc powolnym krokiem w stronę niewyraźnego światła, które dostrzegał kilka metrów od siebie. Gdy wyszedł zza linii lasu, ujrzał niewielką fontannę, marmurową, zdobioną rzeźbami jakichś bóstw. Okoliczne drzewa okrążały fontannę w promieniu kilkunastu metrów, w równym, jakby magicznym kole, którego natura żadną mocą stworzyć by nie zdołała. Wziął głęboki oddech i podszedł do fontanny; wyciągnął dłoń i włożył ją do krystalicznie czystej wody. Zobaczył w niej swoje odbicie i... przeraził się. Jego oczy były czerwone, źrenice rozszerzały się, czerwień robiła się intensywniejsza, aż w końcu wypełniła całe oczy, a z krańców jago powiek poczęły spływać krwiste łzy. Ich krople spadały do fontanny, mieszając się z wodą. Patrzył w zdziwieniu, gdy po zaledwie kilku kroplach, cała woda w fontannie zmieniła się w krew, bulgocząc, wrząc. Nagle poczuł w uszach kłujący ból, słyszał wrzaski. Złapał się za głowę, zatkał uszy, ale wciąż słyszał krzyki dziesiątek, a może setek istot. Zdawało się, że większość krzyczała w bólu i cierpieniu, inne jakby... z radości. Zacisnął zęby, padł na kolana i oddychał głęboko. Wrzaski ustały. Stanął na nogi, ponownie podszedł do fontanny i spojrzał na idealnie gładką taflę wody. Jego oczy znów były normalne, ciemno-brązowe. Źródło ponownie świeciło krystalicznie czystą, posrebrzaną bielą, a na dnie leżał przedmiot, którego wcześniej tam nie było. Miecz, piękny, zdobiony runami, które zdawały się świecić ognistą czerwienią. Skupił wzrok, nachylając się nad bronią. Odczytał stare elfickie runy: "Vaengen Ateth" - "Ostrze Zemsty". Sięgnął po miecz, lecz nim go chwycił, obudził się.

[center]II[/center]

Dwa wozy, ciągnięte przez cztery mizernie wyglądające konie, wspinały się w górę wzniesienia. Karawana wjeżdżała właśnie na szczyt pasma górskiego na granicy Cirodiil i Skyrim. Na przedzie pierwszego wozu siedział khajiit w wyblakłej fioletowej szacie. Trzymał w dłoniach sporych rozmiarów księgę, tworząc gęsim piórem kolejne linijki tekstu. U szyi, na cienkim sznureczku, wisiał mu niewielki pojemniczek z inkaustem, do którego co kilka chwil sięgał, aby nawilżyć koniec pióra. W międzyczasie chwytał lejce, by skorygować drogę. Nie było to trudne. Po lewej stronie mieli pnącą się wzwyż górę, po prawej głęboką przepaść. Konie doskonale wiedziały, gdzie iść, by nie zakończyć swego żywota. Na tyle siedział siwy człowiek z lewą ręką na temblaku. Miał na sobie zwierzęcą skórę, grubą, gwarantującą mu niezbędne ciepło. Wyglądał na wycieńczonego i przysypiał, opierając głowę na ramieniu otyłego bruneta, również otulonego w skóry. Młody człowiek poprawił koc pokrywający nogi obojga. Chłopak był bardzo blady. Drugi wóz był prowadzony przez szczupłego blondyna, który zaciskał zmarznięte dłonie na lejcach i trząsł się z zimna. Nie miał na sobie ciepłej odzieży; widocznie jej nie chciał, lub nie posiadał. Na tyle tego wozu siedziała kobieta w granatowym płaszczu z kapturem, który pokrywał teraz jej drobną głowę. Poprawiła dłońmi swój błękitny szal delikatnie oplatający jej szyję, po czym wtuliła się w ramiona elfa o rdzawych włosach, który obudził się właśnie roztrzęsiony, jakby po strasznym koszmarze. Miał on na sobie skórę taką samą, jak dwóch towarzyszy, ale wyraźnie najgorzej znosił zimno. Trząsł się, a usta drżały mu w niekontrolowany sposób. Nigdy nie był tak daleko na północy Tamriel.

[center]III[/center]

- Dobra, Wesley - powiedział Adan do brata znajdującego się na drugim wozie. - Pora na zmianę. Jak nie możesz powozić, to chociaż daj mi ten skórzany płaszcz, co?
Wesley wciąż nie czuł się najlepiej po ranach, które odniósł w jaskini na moczarach Arven. Mało się ruszał, narzekał na ból w brzuchu. Medycy w Laanterii zrobili, co mogli, ale najbardziej pomogła mu mikstura lecznicza, którą stworzył Ri' Baadar. Wciąż jednak nie czuł się na siłach, by powozić. Odrzekł:
- Dobrze ci idzie, bracie. Może elf cię zmieni, co?
- W sumie? Czemu nie - blondwłosy mężczyzna popatrzył na tył swojego wozu. - Endoriil, dość tych romansów. Pomóż, no. Lejce łap i daj się schować w futerko. Do magiczki też się przytulić mogę, co by nie zmarzła.
Uśmiechnął się, ukazując efekt walki z khajiickim mordercą, czyli brak dwóch zębów, przez który jego szanse na kolejne romanse, w których się lubował, niebezpiecznie spadały. Luna, czarodziejka, która przyłączyła się do nich w Laanterii, prychnęła rozbawiona. Endoriil uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie, wstał na nogi i usiadł obok Adana.
- Chętnie pomogę, ale musisz mi pokazać, jak to robić.
- Toś ty nigdy nie powoził, elfie? - zdziwił się Adan.
- W okolicach mojej wioski nie było żadnych stepów. Najwyżej małe łąki pomiędzy lasami. Kiepskie miejsce dla koni, uwierz. Dlatego w Woodmer nie mieliśmy żadnych stajni, ani żadnych koni. Powozów też nie.
- Znaczy się jazdy nie mieliście? Nic dziwnego, że altmerowie zmietli was bez problemu. Bez oddziałów jazdy, to klęska murowana.

Endoriil skrzywił się. Wciąż bolała go rzeź w Woodmer i całym północnym Valenwood. Nie wiedział, czy ta czystka ograniczyła się tylko do tego regionu, czy na cały kraj leśnych elfów. Miał szczęście, że uszedł z życiem, ale czuł się jak uciekinier. Nie chciał się tak czuć.
- Jazdy mogli użyć tylko przy największych miastach, wokoło których jest mniej lasów - odrzekł Endoriil. - Mamy świetnych łuczników, dobrą piechotę.
- Bez jazdy z altmerami nikt nie wygra - Adan trzymał się swojego zdania. Po wsparcie dla swoich argumentów, zwrócił się do szefa. - Prawda, Ryba?
- Żadna armia bez jazdy na zwycięstwo liczyć nie może - powiedział Ri' Baadar, zanurzając gęsie pióro w pojemniczku z inkaustem. Było to coraz trudniejsze, bo substancja zaczęła zamarzać. - Altmerowie, elfie, to pobratymcy bosmerów. Cesarstwa na kolana powalić nie zdołaliby, jakby konnych nie mieli. Skoro oni mogą, to i wy możecie.
- Ale można walczyć bez jazdy - upierał się Endoriil. - Mój klan w przeszłości walczył z innymi, które stosowały konie.
- Stosowały konie, ale nie tak, jak stosuje się je dzisiaj. On ci mówi - Ri' Baadar zmienił ton głosu na poważniejszy, wręcz nauczycielski. - i wierz mu lepiej. Walczy się po to, by walczyć, czy po to, by zwyciężyć? W konfliktach o rozmiarach dużych o zwycięstwie myśleć nie można, jeśli bez oddziałów konnych się do walki idzie. Adan racji dużo ma. Bosmerowie w czasie się zatrzymali, korzyści z jazdy konnej zobaczyć nie chcą. Nie prawdą jednak jest, Adanie, i on tego pewien jest, że leśne elfy poległy przez brak konnych tylko. Powodów jest wiele i przykre to jest...

Śnieg pruszył coraz mocniej i mocniej. Może właśnie przez to nie dostrzegli monstrum, które zbliżało się do nich, schodząc z jednej z gór. Rozmowa o jeździe konnej i jej przydatności sprawiła, że potwór znalazł się niepostrzeżenie zaledwie kilka metrów od wozów, strasząc konie, które próbowały wycofać się, rżąc z przerażenia. Ri i Endoriil usiłowali uspokoić zwierzęta, ale wtedy dostrzegli śnieżnego trolla. Nieskazitelnie białe futro pozwoliło mu podkraść się do karawany, która uważał za świetne źródło pożywienia. Widocznie koczował tu, czekając na taką okazję, a dwa wozy z kilkoma osobami na nich, wydawały mu się niczym dwa wielkie talerze ze świeżym mięsem. Od razu ruszył do ataku, rycząc przeciągle.

Ri przestraszył się tego ryku, stracił równowagę, zsunął się w tył wozu, upadając na plecy i próbując się pozbierać. Siwy nie był w stanie walczyć, próbował się podnieść, ale był zbyt osłabiony. Jego syn, Wesley również nie dał rady wstać. Zdołał jednak rzucić miecz laanterskiej straży miejskiej swemu bratu. Endoriil nie rozstawał się ze swoim jednoręcznym toporem i wyciągnął go zza paska, kiedy zeskoczył z wozu.
- Adan - krzyknął elf - chodź do mnie. Odciągniemy go!
Młody blondyn nie zastanawiał się, tylko posłusznie zeskoczył z wozu i odbiegł kilka metrów w stronę wzniesienia. Troll nie zmieniał jednak kierunku, w którym szedł.
- Musimy zwrócić jego uwagę! - Endoriil machał rękami i krzyczał, ale hałas tworzony przez śnieżną zawieruchę sprawiał, że troll po prostu go nie słyszał. W końcu Adan wpadł na pomysł, który nigdy się nie starzał i powodował wkurzenie oponenta, niezależnie, czy był to rywal w walce o cnotę córki młynarza, czy śnieżny troll w górach podczas śnieżycy.
- Rób to, co ja! - krzyknął i klęknął zbierając w dłonie śnieg, który szybko lepił w kulkę, wkładając do środka jeden z kamieni ze zbocza. Chwilę potem rzucił śnieżką w potwora. Elf robił to samo, czując, że dłonie mu drętwieją. Nigdy wcześniej nie dotykał śniegu. Po dwóch salwach i trafieniu w głowę, troll odwrócił się rozgniewany i ruszył w ich stronę.

Endoriil nigdy nie mierzył się z takim stworem. Mało tego, nie miał pojęcia, że takie coś w ogóle istnieje. Adan co prawda wiedział, co ich atakuje, ale instynktownie cofał się przed trzymetrowym, rozwścieczonym gigantem. Bestia była duża i ciężka. Trzeba było znaleźć jakiś sposób na pokonanie jej i należało zrobić to jak najszybciej. Po krótkim biegu przez śnieg mężczyźni byli zmęczeni, a śnieżny troll był w swoim naturalnym środowisku. Stwór na chwilę zatrzymał się, po czym ruszył w stronę Adana. Ten wciąż się cofał, drżącą dłonią trzymając miecz. Płatki śniegu wpadały do oczu Endoriila, ograniczając mu pole widzenia. Ruszył jednak za trollem, który właśnie atakował łapą Adana, wytrącając mu miecz z dłoni. Popchnął mężczyznę na grubą zaspę i chciał okładać go wielkimi futrzastymi pięściami, ale wtedy na plecy wskoczył mu elf, obejmując go udami w pasie i rąbiąc toporem w plecy. Do głowy nie dosięgał. Na twarz bosmera pryskała gorąca krew potwora. Rozwścieczony troll próbował się wyrwać napastnikowi i w końcu zrzucił go w tę samą zaspę, w której leżał Adan. W ciągu tej chwili zdążył ponownie chwycić miecz, ale wielki troll stał nad nimi i właśnie przymierzał się do ciosu. Obaj spojrzeli śmierci w oczy, byli przygwożdżeni, a ich serca biły jak szalone. Nagle, z prawej strony, zobaczyli jaskrawą kulę przecinającą ścianę padającego śniegu. Ognisty pocisk trafił w trolla, w wyniku czego futro na jego lewym ramieniu płonęło. Bestia ryczała z bólu.

- Teraz! - krzyknął Endoriil i, wraz z Adanem, ruszył na stwora. Impet ich wspólnego ataku zwalił go z nóg. Potem po prostu skoczyli na niego i zadawali kolejne ciosy, bez opamiętania. Kilka chwil później podeszła do nich Luna, autorka ognistej kuli.
- Już! Przestańcie, on nie żyje, a futra nie trzeba już dziurawić, przyda się - powiedziała i popatrzyła na swoich towarzyszy.
Endoriil i Adan klęczeli na kolanach i obaj upuścili broń, ciężko oddychając. Ich ubrania, dłonie, a nawet twarze pokrywała stygnąca krew. Wyzwolona walką adrenalina powoli opuszczała ich ciała.
- Nic wam nie jest? - spytała czarodziejka.
- Nie... Chyba nic, Luno - odrzekł Endoriil, wstając z kolan. - Ty to zrobiłaś? Ten ogień? Niesamowite... A podobno jesteś początkująca.
- No bo jestem - zaśmiała się. - To była mała kula o bardzo nieznacznej mocy. W sumie to absolutne podstawy. Nawet nie-magowie potrafią opanować to zaklęcie. Wystarczy duża siła woli. Kto wie, może i ciebie na to stać. Czytałam kiedyś, że śnieżne trolle panicznie boją się ognia, który zadaje im największy ból i obrażenia. On po prostu spanikował, chociaż wcale nie dostał tak mocno. Wasze ciosy jednak zabolały go zdecydowanie mocniej.

Czarodziejka spojrzała na zmasakrowane ciało potwora. Po chwili do tej trójki dołączył Ri' Baadar i bez zwłoki zabrał się za skórowanie stwora. Śnieg pruszył nieco rzadziej. Zorientowali się, że są na szczycie wzgórza. Popatrzyli na północ. Ri odezwał się.
- Skyrim. Nareszcie.

Endoriil podszedł kilka kroków, schował topór za pasek i patrzył w dół, na daleką północ. A więc to jest Skyrim - pomyślał. Kraj, w którym żyją nieznane mi potwory, z miastami, w których żyją zupełnie inni ludzie, z klimatem, który może zabić. I tu właśnie idę? Po co? - pytał się w myślach. Pod pasmem gór, na którego szczycie się znajdowali, widział dużą równinę. Zieloną, co było dla niego ważne. Nie było jeszcze zimy, więc spore połacie Skyrim wciąż były zielone, ale wraz z nadejściem kolejnego miesiąca miało się to zmienić. Niedaleko podnóża wzniesienia, na którym stali, było miasteczko. Niewielkie, rozmiarami podobne do Septimii, którą odwiedzili nieco ponad tydzień wcześniej.

- To nasz następny cel, Falkreath - powiedział Adan, stając obok elfa i przykładając sobie śnieg do rozgrzanej twarzy, żeby zmyć krew. Wciąż ciężko oddychał. - Uzupełnimy zapasy, prześpimy się w karczmie, może jaką robotę znajdziemy, napijemy się i za dzień lub dwa dalej w drogę, do Whiterun. I tam kończy się nasza wyprawa.
- I co potem? - spytał elf.
- Sam nie wiem. Tatko i brat ranni są. Trochę pewnie posiedzimy w Whiterun, podleczę ich, a potem zobaczymy. Może Ri będzie miał kolejną robotę.
- A do domu nie wracacie? Do swojej ojczyzny?
- Endoriil... - powiedział Adan i spuścił wzrok. - My nie mamy domu, nie mamy ojczyzny. Mieszkaliśmy na pograniczu Skyrim i Cesarstwa, ale dalej na wschód. Sporo dalej. U podnóża tego samego łańcucha gór. Bandyci po okolicy łazili, wioskę nam spalili. Myśmy przeżyli i od tego czasu błąkamy się.
- Nigdzie miejsca nie zagrzaliście? - spytał bosmer.
- A gdzie jest miejsce dla takich jak my? Może i na głupków wyglądamy, wiem to. Ale wiem też, że nie czuję się ani nordem, ani cesarskim. Cesarscy palcem nie kiwnęli, jak nasza wioska z dymem szła. I ja mam się nazywać jednym z nich? - Adan splunął siarczyście. - Nigdy.

[center]IV[/center]

Po zjechaniu z górskiego pasma na granicy Skyrim i Cirodiil, Endoriil delikatnie się uśmiechnął. Nie było już tak biało i tak zimno. Zieleń dominowała. W odcieniu nieco mniej jaskrawym od tej valenwoodzkiej, ale jednak. Wzdłuż brukowanej drogi widział lasy, w których kwitło życie. Była to miła odmiana od zaśnieżonych, nieprzyjaznych gór. Zające, jelenie, a nawet jedna wataha wilków, która przyglądała się karawanie z niepokojem. Elf nie bał się wilków. Wiedział, jak się z nimi obchodzić. Kilka razy udawało mu się zauroczyć pojedyncze zwierzęta siłą swojego umysłu. Była to specjalna zdolność bosmerów; najlepsi potrafili związać konkretne zwierzę ze sobą na całe życie. On nie był najlepszy. Starał się, ale nigdy nie osiągnął poziomu, który by go satysfakcjonował, poziomu Halena.

Po godzinie jazdy płaskim terenem wjechali w końcu do Falkreath. Minęli kamienny mur, dość krótki, ale umieszczony między wysokimi skałami, co sprawiało, że nie marnując wielkiej liczby kamieni, udało się zbudować bardzo szczelne wejście do miasta. Domy w Falkreath były kryte strzechą. Wszystkie, wliczając w to duży budynek urzędującego Jarla. Adan szybko zeskoczył z wozu i pobiegł w stronę jednego z budynków, szybko niknąc w jego wnętrzu. Po obu stronach głównej drogi, którą wjechali do miasteczka, stały najważniejsze budowle. Cech kowalski, sklep z wszelakimi dobrami, karczma oraz domy najbardziej majętnych mieszkańców okolicy. Miasto nie imponowało. Było raczej ponure, choć może wpływ na takie postrzeganie miało zachmurzone niebo tworzące dość ponury nastrój. Przez ulicę co jakiś czas przebiegały swobodnie kozy. Po długiej i ciężkiej podróży przez góry, mogli wreszcie odsapnąć. Postawili wozy nieco na uboczu. Adan wybiegł z budynku, który okazał się karczmą i oznajmił, że miejsca wystarczy dla całej szóstki. Potem, wraz z Ri, wprowadził do środka swojego ojca i Wesleya, obaj wciąż nie czuli się najlepiej i potrzebowali pomocy. Luna i Endoriil weszli do gospody jako ostatni i usiedli przy jednym ze stolików. Pomieszczenie było niewielkie rozmiarowo, ale dość wysokie. U szczytu podwieszony był okrągły żyrandol składający się z obręczy i zwierzęcych kości wypełnionych woskiem. Podobne, choć znacznie mniejsze konstrukcje wisiały w kilku innych miejscach. W powietrzu roznosił się zapach pieczonego mięsa, przeróżnych ziół i przypraw. Pod krótszą ścianą był bar, a za nim kobieta o skórze dość ciemnej karnacji. Za nią wisiały głowami do dołu upolowane ostatnio króliki, oraz ryby. Po chwili kobieta przyniosła dwa kubki wypełnione winem i postawiła na stole nowych gości.

- Jeszcze niczego nie zamawialiśmy - powiedziała zaskoczona Luna.
- Tak, wiem. Ale tamten miły khajiit zapłacił już za państwa wino.

Spojrzeli w stronę Ri' Baadara, który usiadł przy innym stole i zmieniał bandaż Siwego. Spojrzał na nich na chwilę i kiwnął głową, zachęcając ich do napicia się. Gwar na sali był spory, chociaż klientów było raczej niewielu. Około dziesięć osób siedziało przy kilku stołach, gaworząc i popijając przy tym alkohol. W gospodzie nie było Adana, który chwilę wcześniej wybiegł z karczmy w bliżej nieokreślonym kierunku. Wyraźnie widać było, że bywał tu już nie raz. Uwaga Luny i Endoriila skupiła się bardziej na młodej kobiecie-bardzie, która stała na środku sali z lutnią w dłoniach. Cerę miała bladą, typowo norską. Zapewne urodziła się w okolicy. Gwar dość szybko ustał, co zdziwiło elfa. Ludzie ci wyglądali na prostych. Nie spodziewał się u nich wielkiego szacunku do sztuki i pieśni, a jednak zamilkli niemal natychmiast, kierując spojrzenia w stronę młodej dziewczyny w czarnej, długiej sukni. Zaczęła śpiewać:

[center]Nasz bohater, bohater, wojownicze serce ma
Mówię wam, mówię, Smocze Dziecię nadciąga

Z mocą władania słowem, starożytną norską sztuką
Uwierzcie, uwierzcie, Smocze Dziecię nadciaga

To już koniec zła wszelkich wrogów Skyrim
Uważajcie, uważajcie, Smocze Dziecię nadciąga

Bo ciemność odeszła, a legenda wciąż rośnie
Będziesz wiedział, wiedział, że Smocze Dziecię nadciąga
[/center]


Po zakończeniu pieśni rozległy się oklaski. Kobieta przeszła się po sali, od stołu do stołu, zbierając monety do niewielkiego woreczka. Endoriil rzucił jej kilka septimów. Nie wiedział, czy to dużo, czy mało. Miał nadzieję, że nie uraził artystki. Patrzył się na nią zamyślony. Wiedział, o kim śpiewała. Nie wiedział jednak, czy ta legenda jest prawdziwa. Luna popatrzyła się z ukosa na zamyśloną twarz Endoriila i klepnęła go dłonią w ramię.
- Co tak rozmyślasz?
- A... tak tylko. Niezła pieśń. Myślisz, że prawdziwa?

Nie odpowiedziała, bo w tym momencie do karczmy wszedł Adan i szybko dosiadł się do ich stolika, wcale nie patrząc, czy przeszkadza. Wtedy Endoriil dostrzegł, że przyglądał się im mężczyzna z kasztanową brodą, siedzący po drugiej stronie sali. Był sam i popijał miód. Po obu stronach jego twarzy, na policzkach, biegły dwie równoległe do siebie proste linie, najwyraźniej tatuaże. Nie widać było, gdzie się kończyły, bo głowę mężczyzny pokrywał hełm. Na sobie nosił imponującą, błyszczącą ciężką zbroję. Obok niego leżał pozłacany łuk, niewątpliwie elfiej konstrukcji. Elfiej, ale nie bosmerskiej. Łuk był zbyt ozdobny jak na dzieło leśnych elfów. Do tylnej części zbroi miał przyszyty kołczan, rzecz, której bardzo brakowało Endoriilowi.

- Byłem przy budynku Jarla - zaczął Adan. - Jakiejś okazji na zarobek szukałem, a tam ogłoszenia zawsze wiszą. Zlecenie jest na bandytów, co w jaskiniach się kryją nieopodal. Co wy na to?
- Adan - odrzekła czarodziejka - nie wystarczy ci walki na razie? Ledwo uszedłeś z życiem w górach. Dzień nie minął jeszcze, a ty znowu chcesz ryzykować?
- Ojciec i brat mój nie mogą pracować. Ktoś na chleb zarobić musi, tak? Pomożecie mi? Ri może się zająć rannymi. My pójdziemy do Jarla po zlecenie. Kto wie, może da zaliczkę.
- Dobra - odpowiadał Endoriil - pójdziemy do Jarla i spytamy się, czy jest jakaś robota, ale nie sądzę, żeby banda uzbrojonych bandytów była w naszym zasięgu. Chyba za bardzo uwierzyłeś w siebie po tym trollu. Nie tak dawno pewien khajiit niemal zabił nas wszystkich, a nie zrobił tego tylko dlatego, że mu się odechciało.
- Oj, nie gadaj tyle, chodźmy.

[center]V[/center]

- Hmm, zeszło się trochę ludzi - Adan zasępił się.
Faktycznie, pod centralnym budynkiem miasteczka stało kilkanaście osób. Przed chwilą ich tam nie było, dlatego zdziwienie Adana rosło coraz mocniej. Stał teraz obok Endoriila w grupie ludzi, którzy żadną miarą nie przypominali żołnierzy ani najemników. Z jakiegoś powodu stanęli jednak przed wejściem do siedziby Jarla i czekali.
- Ej, ludzie! - zakrzyknął Adan. - Po coście tutaj przyszli? Zlecenie na bandytów wziąć, tak jak my?
- Nie ma już bandytów, panie przyjezdny. Jak do karczmy żeś poszedł, to Dovahkiin przybył z dowodem ubicia tej bandy. I czekamy, aż wyjdzie.
- Dovahkiin? - wtrącił się Endoriil.
- No wyście się chyba w lesie uchowali - odrzekł wąsaty chłop z jasnymi włosami i szerokimi ramionami, które bezsprzecznie wskazywały na zawód tego człowieka. Musiał to być drwal lub kowal.
- Znaczy się Smocze Dziecię? - spytał Adan, marszcząc brwi. - Chcecie nam wmówić, że legenda Skyrim, w którą mało kto na południu w ogóle wierzy, jest tu i właśnie odbiera sakiewkę za ubicie pospolitych bandziorów?

Rozmowa została przerwana, bo duże, podzielone na dwie części drzwi otworzyły się szeroko, skrzypiąc zawiasami, a ze środka wyszedł on. Był nordem, co widać było po dość jasnej karnacji skóry oraz ogólnym sposobie ubioru. Pierwszym, na co zwracało się uwagę był hełm, który nosił. Solidna stalowa konstrukcja, która wyglądałaby jak każdy inny hełm, który Endoriil w życiu widział, gdyby nie rogi z kości zwierzęcej, zakrzywione mocno w dół. Robiły wrażenie, jakby człowiek ten był gotowy do ataku w każdej chwili, niczym byk. Na niebie było coraz mniej chmur, przepuszczając promienie słoneczne, co sprawiło, że skórzana kurtka tego mężczyzny błyszczała kilkoma metalowymi elementami, którymi była łączona. Ramiona były jednak nagie, eksponując mocno rozbudowane mięśnie. Człowiek ten na pewno nie był magiem, ani cwanym złodziejem. Był wojownikiem i to można było zobaczyć na pierwszy rzut oka. Legenda mówiła, że ma ludzkie ciało, ale duszę smoka. Że jest na swój sposób jednym z nich, smokiem. Przy lewym biodrze nosił uwiązaną do pasa ozdobną pochwę na miecz. Spoczywało w niej ostrze o rękojeści pokrytej jakimiś runami. Broń była niestety schowana i Endoriil nie mógł przyjrzeć się jej bliżej. Przez ramię nieznajomego przerzucony był łuk. O ile łuki z Septimii, z których jeden bosmer wciąż miał na wozie Ri' Baadara, były parodią sztuki rzemieślniczej, o tyle ten był czymś zupełnie przeciwnym. Arcydziełem, które musiało wyjść z pod ręki prawdziwego geniusza i z pewnością zostało wzmocnione potężną magią. Endoriil aż uśmiechnął się, gdy obserwował tę broń. Nie mógł zidentyfikować materiału, z którego zrobiona była cięciwa. Nigdy nie widział niczego podobnego. Nie było to końskie, ani żadne inne włosie. Sam marzył, by posiadać taką broń. Dałby za to wiele, o wiele więcej niż w tej chwili posiadał. Doskonale widział jednak, że wspomnianego Dovahkiina i jego dzieliło niezwykle wiele.

Zgromadzeni nordowie patrzyli w niego niczym w bóstwo przechadzające się między nimi. Niektórzy podchodzili i dotykali go, jakby był świętym. Nie reagował, widocznie był przyzwyczajony.
Adan i Endoriil stali obok wąsacza z szerokimi barkami. Adan spytał go:
- I co takiego ten człowiek potrafi? Poza ubijaniem bandytów, w czym, dodam nieskromnie, i ja dobry jestem.
- Nie porównuj się do Dovahkiina - odrzekł naburmuszony miejscowy. - Dzięki niemu Skyrim wyzwoliło się i jest niepodległe. Nie klękamy już przed cesarskimi. Mamy własny kraj. A jakby tego mało było, to dziesiątki smoków ubił. Sam jeden!
- Smoki ubijał? Słyszałem coś w karczmach na południu - Adan zaśmiał się - ale smoka jednego ubić, to byłby fart jak cholera, a dziesiątki? Nie dowierzam.

Niebo było czyste. Słońce świeciło coraz mocniej, a chmury burzowe powędrowały na zachód. Dlatego nagły cień, który na chwilę przysłonił Endoriilowi słońce, zaniepokoił go. Spojrzał w górę i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Smok! - krzyknął i otworzył szeroko usta.

Ludzie popatrzyli w górę, po czym ruszyli co sił w nogach w stronę zabudowań, chowając się pod strzechy, w krzaki i wszędzie, gdzie tylko znaleźli choć minimalną osłonę. Bosmer przystanął za jednym z kilku drzew pokrywających okolicę siedziby Jarla Falkreath i przyglądał się temu majestatycznemu stworzeniu. Smok był wielki i prezentował się wspaniale. Nie można było dostrzec, jakiego był koloru, ale jedno było pewne - był monstrualny. Rozpiętość skrzydeł, długość szyi, elegancja w locie, w którym prezentował się zgrabniej niż ryba w wodzie - to wszystko zachwycało Endoriila. Adan doskoczył do niego i powiedział podnieconym głosem:
- No, to zobaczymy teraz, jak się zabija smoki!

Jedna osoba nie zmieniła swojej pozycji. Mężczyzna poprawił dłonią swój rogaty hełm i podszedł kilka kroków w przód. Uważnie przyglądał się smokowi. Skoro mierzył się już z wieloma takimi stworami, to na pewno ma jakąś taktykę - myślał Endoriil. Dovahkiin sięgnął dłonią po miecz. Smok był niebezpiecznie blisko. W końcu osiadł na ziemi z impetem, który uniósł kilogramy pyłu w powietrze. Krzyki mieszkańców nagle ustały. Wszyscy otworzyli szeroko usta i starali się pozostać poza zasięgiem bestii. Na samym środku Falkreath, w odległości kilkunastu metrów od siebie, stali oni - wielki czerwony smok i Dovahkiin, legenda Skyrim. Wszyscy czekali w napięciu, kto pierwszy zaatakuje. Zwykły człowiek nie miałby żadnych szans w walce z taką bestią. Ale to nie był zwykły człowiek. Chociaż wieści o wyczynach Dovahkiina obiegły całe Skyrim, to okoliczni mieszkańcy nigdy nie widzieli jego walki ze smokiem, chociaż znali go z widzenia. Bywał tu podczas wojny domowej, wykonując zlecenia i zyskując sobie sympatie i zaufanie mieszkańców. Ku zaskoczeniu tłumu, Smocze Dziecię oddaliło dłoń od miecza, a smok położył się na ziemi i... czekał. Dovahkiin podszedł do niego, nie wyciągając broni.

- Od-ah-viing, Morokei - krzyknął w sposób, który sprawił, że powietrze w okolicy zafalowało jakimś rodzajem energii, wzbudzając dreszcze gawiedzi. Ptaki z okolicznych drzew, o ile nie uciekły wcześniej, wzbiły się w powietrze i odleciały w siną dal.
- Do-vah-kiin - odrzekł smok równie głośnym krzykiem i... skłonił swój czerwony łeb.

Ludzie otworzyli usta jeszcze szerzej. Nie mieli pojęcia, co się dzieje. Adan nachylił się w stronę Endoriila. Obaj wciąż stali za drzewem. Blondyn powiedział:
- Wydaje mi się tylko, czy on miał walczyć z tym potworem na śmierć i życie?
- Nie mam pojęcia - odrzekł bosmer, bardzo zdziwiony. - Wygląda jakby się... przywitali?
Smocze Dziecię mówiło już w znanym wszystkim języku.
- Czemu straszysz tych poczciwych ludzi, Odahviing? Umawialiśmy się, że nie będziesz tego robił.
- Ach - bestia westchnęła, wypuszczając z nosa gorącą parę. - Jestem Dovah, muszę Naak.
Adan, nieco ośmielony sytuacją, wyszedł zza drzewa i podszedł do mężczyzny w rogatym hełmie.
- Czemu go nie zabijesz? - spytał. - Przecież to smok. Głodny smok!

Odahviing wyciągnął szyję w stronę Adana. Człowiek nie spodziewał się, jaki zasięg ma rozciągnięta smocza szyja. Łeb czerwonego stwora zagościł tuż przed twarzą Adana. Ten w przerażeniu cofnął się.
- Spokój, Dovah - Smocze Dziecię zatrzymało swojego "przyjaciela". - A ty, nieznajomy, cofnij się. Zdaje się, że nie jesteś stąd. Smoki nie są już zagrożeniem. A jeśli jakiś zmieni zdanie i zechce takim być, to wciąż tu jestem.
- Ale to smok? On nie chce nas zabić? - Endoriil podszedł do Adana. Inni ludzie wciąż ukrywali się po krzakach i w domach.
- On jest głodny, prawda, Odahviing?
- Zbliża się zima. Dovah potrzebuje Naak, by być Haas - smok mówił mieszaniną języka ludzkiego i, wszystko na to wskazywało, smoczego. - Bahlok Dovah nie ma Mulaag.

Endoriil i Adan zmarszczyli brwi, nic nie rozumieli. Smok spojrzał na chwilę na bosmera. Trwało to ułamek sekundy, ale elf poczuł się bardzo nieswojo.
- Dostatecznie dużo Naak chodzi po równinach Skyrim - odrzekł mu Dovahkiin. - Nie chce ci się polować? Chcesz iść na łatwiznę i dostawać Naak od mieszkańców wiosek?
- Mmm - smok mruknął i machnął szybko głową jak pies suszący swoje mokre futro.
Rozmowę przerwał wąsaty mężczyzna o szerokich barkach, który podszedł do smoka. Nieco przestraszony, powiedział:
- W sumie... Ja to w sumie sądzę, panie... panie smoku, że można by się dogadać.
Odahviing wyciągnął teraz szyję w stronę wąsacza, słuchając z uwagą.
- Moglibyśmy czasem prosiaka jakiego dać, albo krowę, jeśli byś, panie... smoku, pomógł czasem.
- A jakże Dovah miałby pomóc Bron? - odrzekł smok swoim dźwięcznym głosem, od którego wręcz drżało powietrze.
- Czasem bandyci napadają na karawany, co do naszego miasta zmierzają. Bosmerzy, którzy z Valenwood uciekli tutaj rabunkiem się zajmują, męty jedne. Jakbyś czasem pomógł z nimi, to dogadać się można.

Wtedy z tłumy wyszedł mężczyzna, który przyglądał się przyjezdnym w karczmie. Złoty łuk błyszczał mu w promieniach słońca, a tatuaże pod oczami sprawiały, że jego twarz wyglądała dość ponuro. Kasztanowa broda dopełniała całokształtu. Mężczyzna bez wątpienia był nordem.
- Ci bosmerscy bandyci są zmorą południa Skyrim, a ostatnio osiedlają się w pobliżu Whiterun. Należy zrobić z nimi porządek. Nie po to walczyliśmy o norską kulturę, żeby teraz imigranci nam ją okradali.
Po tej wypowiedzi spojrzał wymownie na Endoriila, co do którego korzeni nie miał żadnych wątpliwości.
- Dopiero tu przyjechałem - odrzekł elf, nie czekając na kolejne zdanie.
- Wszyscyście tu dopiero przyjechali, a jednak nie przeszkadza wam to rabować.
Endoriil skrzywił się. Smok spojrzał na Dovahkiina. Ten wzruszył ramionami, mówiąc:
- Ten elf niczego złego nie zrobił. A co do sprawy, twoja decyzja, Odahviing. Nie będę cię niańczył. Wolałbym jednak, żebyś się nie roztył. Mogę cię jeszcze potrzebować. Oby twoja Suleyk nie zmieniła się na gorsze.
- Drem Yol Lok, Fahdon - rzekł smok.
- Drem Yol Lok, Zeymah.

Odahviing skłonił się i rozłożył swoje skrzydła. Po chwili podskoczył na wysokość kilku metrów i odleciał w siną dal z hukiem. Jego skrzydła uderzały powietrze z taką mocą, że Endoriilowi wydawało się, że słyszy grzmoty. Gdy smok odlatywał, bosmer usłyszał w swojej głowie słowa, których znaczenia nie znał. Ich autorem musiał być smok, chyba że Endoriil oszalał. Kiedy bestia zniknęła za górskim pasmem, elf próbował podejść do Dovahkiina, ale nord z kasztanową brodą stanął mu na drodze.
- Jak masz na imię, elfie? - spytał.
- Nie twój interes. Najpierw rzucasz oskarżenia, a teraz chcesz poznać moje imię?
- Zrozum, sytuacja w Skyrim jest trudna. Wyglądasz nieco inaczej niż twoi pobratymcy. Jestem Faridon. Podróżuję po kraju i próbuję robić... porządek od czasu wojny. Może zbyt pochopnie cię oceniłem. Jeśli tak czujesz, to bądź za tydzień w Whiterun i pytaj o mnie strażników miejskich.
- Nie bardzo rozumiem, co mi oferujesz.
- Zwykłe spotkanie, rozmowę w tamtejszej gospodzie. Słuchałem waszej rozmowy w karczmie. Wiem, że i tak tam kończy się wasza trasa, więc nic nie tracisz. Przyjdź, a pogadamy. Mamy wspólnego znajomego, którego tożsamości jeszcze nie zdradzę.

Faridon odwrócił się i odszedł. Endoriil chwilę zastanawiał się, kto może być tym wspólnym znajomym. Jedynym, kto przyszedł mu do głowy był... Octavius, ale wydawało mu się to niemożliwe. Natychmiast ruszył biegiem w stronę Dovahkiina, który wskakiwał już na konia, by ruszyć w drogę.
- Przepraszam - powiedział, zatrzymując się u nóg mężczyzny. - Może zabrzmi to głupio, ale możesz mi przetłumaczyć kilka słów?
- Naak to jedzenie, w znaczeniu z rozmowy, mięso - odrzekł mu heros - Suleyk to potęga. Coś jeszcze?
- Nie o te słowa chodzi. Kiedy odlatywał... usłyszałem jakieś słowa w głowie.
Mężczyzna zaciekawił się, spojrzał na elfa, nachylił się do niego z siodła i powiedział ściszonym głosem:
- Co ci powiedział?
- Kilka słów. Nawet nie wiem, czy tworzyły zdanie. Hahnu, Fahliil, Zahkrii, Nahkriin.
- Dziwne.
- Tak sądzisz? Co to znaczy?
- Sam nie wiem, może z tobą pogrywał. Smoki też miewają poczucie humoru, uwierz. To tylko cztery losowe słowa. No może nie do końca losowe, bo Fahliil znaczy elf, a ty bez wątpienia takowym jesteś.
- A pozostałe słowa?
- Hahnu to sen albo marzenie. Zahkrii to miecz, ostrze, a Nahkriin to zemsta. Mówi ci to coś?
Endoriil uniósł szeroko brwi. Po chwili milczenia powiedział cicho:
- Muszę się zobaczyć z twoim... "przyjacielem".

-------------------------------------
Zapraszam gorąco do komentowania :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 17 sty 2015, 05:05

[center]ODCINEK VII

POJEDYNEK
[/center]

[center]I[/center]

Bosmer otworzył powieki, słońce raziło jego odzwyczajone od światła oczy. Skrzywił twarz w grymasie i ziewnął przeciągle. Delikatnie przyłożył nos do włosów czarodziejki, która spała przy nim. Delektował się jej zapachem. Czuł wzbogaconą kwiatami woń rosy. Położył się tuż za nią i mocno objął, nakrywając oboje niedźwiedzią skórą. Czuł, że po ciele dziewczyny przechodzą dreszcze. Obudziła się, drżała.
- Mmm... Endoriil. Słońce już wzeszło? - powiedziała, kołysząc delikatnie biodrami, by przybliżyć się do niego, co sprawiło, że ich ciała były splecione w jedno. - Powinieneś wszystkich obudzić. Co jest z Ri? Przecież zawsze robi nam pobudkę...

Elf uniósł głowę i rozejrzał się. Wczoraj wyruszyli z Falkreath. W drodze do Whiterun miał ich czekać jeden, góra dwa noclegi. Tak przynajmniej mówił Ri, ale zakładał, że będą wstawać bladym świtem. Poprzedniego wieczoru kompania postanowiła jednak wypić ostatnie pięć butelek wina, które zostały im z pamiętnej wizyty w karczmie "Pod Podmokłym Prosiakiem" w Septimii. Adan i Wesley spali teraz pod plandeką na jednym z wozów. Grubszy z braci donośnie chrapał. Czuły słuch Bosmera zdołał uchwycić też zabawny świst wydobywający się z ust Adana. Bez wątpienia powodem owego świszczenia były poważne braki w uzębieniu krnąbrnego blondyna - pamiątka z walki z khajiickim mordercą półtora tygodnia wcześniej. Na drugim wozie słodko drzemali Siwy i Ri' Baadar. Ten drugi zwinął się w kłębek, typowo po kociemu. Endoriil uśmiechnął się na ten widok.
- Endoriil... - zaspanym głosem powiedziała Luna. - No to wstajemy?
Powoli podniosła się z ziemi wyłożonej wilczymi skórami. Wyprężyła swoje drobne ciało, przeciągając się, wykonała kilka podskoków, by się rozruszać. Wzięła kilka głębokich wdechów i zaczęła zbierać skóry z ziemi, gdy tylko Bosmer wstał. Podszedł do najbliższego drzewa, zwiesił głowę, skrzyżował ręce i westchnął głęboko.
- Co jest, długouchy? Pomógłbyś damie - powiedziała, uśmiechając się przy tym zalotnie. Nie odpowiedział tym samym. Oparł głowę o drzewo i wodził oczami po okolicy, obserwując obozowisko. Domyśliła się, co mu chodzi po głowie, przynajmniej w części. - Sny? Ciągle cię męczą?
- Yhm. - Kiwnął głową twierdząco. - Teraz to nawet bardziej frustrujące. Budzę się zlany potem, z gorączką, ale... nie mogę sobie przypomnieć, co mi się przed chwilą śniło. Czy te sny naprawdę mogą coś znaczyć?
- Moja mama mówiła, że sny zawsze coś znaczą - powiedziała, podchodząc do niego. Wyciągnęła swoje smukłe dłonie i przyłożyła je do policzków elfa. Nagle pocałowała go w nos i roześmiała się. Uśmiech promieniował z jej ust i błękitnych oczu. Była piękna. Taka naturalna i dziewczęca. Tym razem odpowiedział tym samym. Od razu dodała: - Moja mama była bardzo mądrą kobietą. Odziedziczyłam to po niej.

Po przypadkowym spotkaniu smoka Odahviinga i Dovahkiina, Endoriil spytał się tego drugiego, co znaczą słowa, które wypowiedziała bestia. Gdy bohater Skyrim przełożył mu je, okazało się, że mają zadziwiająco duży związek ze snami, które dręczyły elfa. Bosmer poprosił Smocze Dziecię o spotkanie z tą mityczną istotą, ale heros odmówił. Smok to nie pies - mówił. Jeśli będzie chciał, to przyleci, a jeśli nie... To po prostu nie. Jedyne, co udało się osiągnąć elfowi, to obietnica, że przy następnym spotkaniu Dovahkiina ze smokiem, Nord przekaże prośbę. Człowiek szczerze ostrzegał, że mogą minąć tygodnie, a nawet miesiące. To nie był jednak jedyny powód dołujący Endoriila.
- Słuchaj... - zaczął i położył dłonie na jej złotych włosach. Już od kilku dni przymierzał się do tej rozmowy, ale rozmyślania nic nie pomogły. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to dotrą do Whiterun jeszcze dziś. To oznaczałoby koniec wspólnej drogi. Luna miała ruszyć dalej, do Akademii Magów w Winterhold, daleko na północy. Znali się niecałe dwa tygodnie, ale Endoriil nie chciał się rozstawać. Luna wydawała mu się wyjątkowa. Od czasu, gdy poznali się na jarmarku w Septimii, spędzili razem kilka upojnych nocy. Ale to nie noce były tym, co było dla niego wyjątkowe. Bywał już z kobietami, dzielił z nimi łoże, ale najwspanialsze były wspólne dni z Luną. Rozmowy o wszystkim i o niczym, wzajemne zainteresowanie i szacunek, uśmiechy, dotyk, zapach. Najzwyczajniejsze leżenie w świetle księżyca, kiedy byli w siebie wtuleni, nieco odurzeni winem. Zachowywali się jak para i dla reszty grupy oczywistym było, że są razem. Elf nie chciał, żeby ten krótki związek skończył się, gdy magiczka wyjedzie dalej na północ. Ale co miał zaproponować? Przecież on do Akademii Magów nie pojedzie, bo się po prostu nie nadaje. Z jego umiejętności zauraczania zwierząt, i to słabo opanowanej, zapewne by się tam śmiali, do rozpuku. Wymyślił sobie, że będą pisać do siebie listy i odwiedzać od czasu do czasu. Nie wiedział tylko, co o tym myśli Luna. W końcu odważył się na rozmowę.
- Co będzie dalej? Jak już pojedziesz do Akademii...
- Zostanę czarodziejką, mój drogi - uśmiechnęła się, tym razem inaczej, kącikiem ust. Zorientowała się, o co ją pyta, ale nie potrafiła odpowiedzieć.
- Tak, wiem, że zostaniesz. Życzę ci tego z całego serca, piękna. - Wciąż gładził palcami jej włosy. - Ale pytam, co wtedy będzie z nami?
Teraz Luna spuściła głowę. Jacy ci mężczyźni niedomyślni - pomyślała. Sądziła, że jej poprzednia odpowiedź była skutecznym unikiem, który odwlecze tę konwersację aż do czasu, gdy dotrą do Whiterun. Była świadoma tego, że powinni porozmawiać, ale czuła się z tym nieswojo, więc wolała odłożyć sprawę w czasie. Elf oczekiwał szczerości. Zdążyła go poznać podczas wielu rozmów na przeróżne tematy i wiedziała, że w gruncie rzeczy jest on osobą prostą, poczciwą i dobrą. Wydawało jej się, że dorastanie w lasach Valenwood sprawiło, że jest jakby nieskażony złem tego świata. Świata złego, bezlitosnego i nie wybaczającego błędów. Chciała udzielić mu odpowiedzi, ale nie miała pojęcia jakiej. Z jednej strony nie miała zamiaru świadomie kończyć tego, co kwitło między nimi, z drugiej jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że szkolenie w Akademii to wiele wyrzeczeń i spędzanie czasu niemal wyłącznie w twierdzy magów, przynajmniej przez pierwszy rok, bądź nawet kilka lat. Utrzymanie związku uczuciowego z kimkolwiek uważała w takiej sytuacji za nierealne.
- Ja... Nie wiem. Musimy ruszać - powiedziała cicho. Chwilę później odwróciła się od Endoriila, podeszła do Adana i Wesleya i krzyknęła im prosto do uszu: - Halo! Halo! Pobudka, śpiochy!

[center]II[/center]

Po wybrukowanej dróżce sunęły powoli dwa wozy z pięciorgiem pasażerów. Podróż trwała już dwie godziny. Pasażerowie na obu wozach nie byli skorzy do rozmowy. Cała szóstka co parę chwil sięgała po manierki ze źródlaną wodą i popijała łapczywie. Podjeżdżali właśnie pod niewielkie wzgórze. Ri' Baadar rozglądał się po okolicy i kontynuował swoje zapiski w notatniku. Jego dzieło było coraz obszerniejsze. Na razie były to głównie opisy krajobrazu, ale sednem jego badań miały być badania i obserwacja flory i fauny Skyrim, za które zamierzał się wziąć po załatwieniu sprawy ze swoim drogocennym ładunkiem. Wozy prowadzone były przez Adana i Wesleya, który czuł się już zdecydowanie lepiej niż w Falkreath. Ich ojciec jednak wciąż był blady i osłabiony. Zaczęli się obawiać, że rana, którą odniósł w jaskini na Moczarach Arven, była poważniejsza niż sądzili i wyrządziła stałe szkody. Coraz bardziej prawdopodobnym stawało się to, że Siwy nigdy nie odzyska pełnej sprawności. Teraz spał, tak samo jak pół poprzedniego dnia. Codziennie wyglądał gorzej, mało się ruszał, a jego zaawansowany wiek spowalniał gojenie się ran.

Słońce dość śmiało wyglądało zza chmur. Zieleń równiny kontrastowała ze śniegiem zalegającym na wzgórzach. Bosmer nigdy nie widział czegoś takiego. Mozaika kolorów cieszyła jego oko. Wysokie góry, przez które przeprawiali się dwa dni wcześniej, nagle przestały być przerażające i zimne. Teraz wydawały się majestatyczne i przecudne. Śnieg skrzył się w oddali w promieniach słońca, momentami rażąc oczy podróżnych. Endoriil musiał przyznać, że świat poza Valenwood miał swój urok. Nie był to pierwszy raz, kiedy zapierało mu dech w piersiach.
- Ejże. - Adan, powożący pierwszy wóz, wyostrzył wzrok, marszcząc przy tym brwi. Patrzył przed siebie. - Ejże, toż to nasz znajomy z Falkreath przy drodze stoi.

Kompania podjechała do Norda siedzącego na niedużym głazie. Pośrodku drogi stał jego pozbawiony jednego koła wóz. Leżało ono dwa metry obok. W okolicy nie było żadnego konia. Na tyle pojazdu było kilkanaście pełnych worków, oraz kilka beczek. Człowiek ze spokojem popijał miód i obserwował podróżników. Był to Faridon, którego grupa poznała dwa dni wcześniej.
- No, proszę - powiedział, zatykając korkiem butelkę z miodem. - Kogo to Talos przyniósł. Witajcie ponownie. Z niebaście mi spadli.
Endoriil i Adan zeskoczyli ze swoich wozów, podchodząc bliżej. Blondyn przyjrzał się kołu - było połamane, zupełnie nie nadawało się do naprawy. Elf podszedł do Norda.
- Faridon, tak? - spytał.
- Tak. A ty jesteś Endoriil, wraz ze swoją radosną, kolorową gromadką. Słuchajcie, koń mi zwiał, w potrzebie jestem.
- Nie przypominam sobie, żebym podawał ci imię.
- Bo nie podawałeś - Faridon zaśmiał się swoim niskim głosem. Nie wydawał się agresywny, chociaż tatuaże na jego skroniach nadawały mu właśnie taki wyraz twarzy. - Mówiłem, że mamy wspólnego znajomego.
- Skoro już na siebie wpadliśmy, to może powiesz, kim jest ten znajomy?
- Powiem, powiem, ale trochę później. Podwieziecie potrzebującego do Whiterun? Razem z całym ładunkiem, oczywiście.
- A co my z tego będziemy mieli? - powiedział Adan, stając obok Bosmera.
- Moją wdzięczność. Czy to wam nie wystarczy?
Endoriil zawiesił wzrok na pięknym, pozłacanym łuku Faridona, który wystawał zza pleców, tuż obok kołczana, bardzo praktycznej rzeczy, której elfowi brakowało.
- O nie, nie, Bosmerze. - Nord kiwał głową z lewej na prawą, dostrzegając zainteresowanie rozmówcy. - Tego nie dostaniesz. Chociaż... Dobra, może zrobimy mały konkurs. Lubię konkursy, lubię drobny hazard. Strzelanie z łuku, ja i ty. Jak wygrasz, dostaniesz mój kołczan, a jak wygram ja, to podwozicie mnie z uśmiechami na waszych imigranckich ustach. W zamian dostajecie wspomnianą już wdzięczność, a to rzecz bezcenna.

Faridon czuł się pewnie. Był jednym z najlepszych łuczników w Skyrim. Podczas wojny domowej zyskał uznanie jako wojownik używający łuku w walce dystansowej. W bezpośredniej korzystał z miecza i tarczy. Słyszał legendy o celności Bosmerów. Postanowił je sprawdzić.
- W co strzelamy? - pytał elf. - I z czego? Obaj z twojego łuku, mam nadzieję. To, co ja mam, nie nadaje się do konkursów.
- Bosmerze, każdy strzela ze swojej broni - zdecydowanym głosem odpowiedział Nord, wywołując pełne wyrzutu spojrzenie rozmówcy. - A strzelamy do... Patrz, tam, na dół. - Wyciągnął dłoń, wskazując gałąź, na której wisiał obfity ul pełen pszczół. - Dość daleko. Powiedziałbym, że to jakieś...
- Pięćdziesiąt metrów - dokończył Endoriil. Szybkim krokiem podszedł do wozu i odebrał z rąk Luny swoją broń, która w porównaniu z ozdobnym arcydziełem w dłoniach Faridona, prezentowała się jak błotna Septimia przy świątecznej Laanterii.
- Ha, no to podziwiamy. To powinno być niezłe widowisko - powiedziała Luna i usiadła na krawędzi wozu. Chwilę później dołączył do niej Adan. Zaspany Wesley również skierował wzrok w stronę ula. Ri' Baadar zaczął szkicować scenę pojedynku elfa z Nordem w swoim zeszycie. Nie uważał się za mistrza rysunku, ale zawsze twierdził, że to trening czyni mistrza, więc próbował przelać na papier to, co widział.

Pierwszy strzelał Faridon. Wyciągnął strzałę z kołczana, naciągnął cięciwę i wystrzelił, nie czekając. Pocisk przeszył ul na wylot, a rozzłoszczone pszczoły wyleciały całą gromadą i krążyły wokoło drzewa, bzycząc zaciekle i szukając winowajcy.
- Ho, ho. Elfiku, pamiętaj, repreres... reprezente... Ech, cholera. No, dla nas traf! - krzyknął Adan. - Zdaje mi się, że godnego rywala znalazłeś.
Endoriil nie skomentował. Chwycił strzałę, naciągnął cięciwę. Jego wątpliwej jakości łuk trzeszczał jak nienaoliwione drzwi. Zmrużył lewe oko. Cięciwa była naciągnięta już parę sekund, co wymagało bardzo dużej siły ramion. Ale Bosmer nie czuł bólu. Strzelał z łuku praktycznie od kiedy nauczył się chodzić, a z biegiem lat został jednym z najlepszych myśliwych Woodmer. Zdaniem wielu pobratymców ustępował jedynie dowódcy, a zarazem swojemu przyjacielowi, Halenowi. Teraz jednak, w chwili, gdy mierzył do trzęsącego się ula pełnego rozzłoszczonych pszczół, nie myślał o niczym, koncentrował się. W końcu wypuścił strzałę, która sekundę później wylądowała tuż obok pocisku konkurenta, przebijając siedlisko pszczół dokładnie w ten sam sposób.
- Chyba pora stawkę podnieść - powiedział Ri' Baadar, unosząc głowę znad zeszytu. - On sugeruje, żeby Nord łuk swój postawił.
- Ha - Faridon prychnął - bez przesady. Stawka pozostaje ta sama. Na taki łuk trzeba sobie zasłużyć. Byle przybłęda go nie dostanie.
- Strzelasz ze świetnej broni - włączyła się Luna - a ten przybłęda strzela ze spróchniałego drewna. Chciałabym nieśmiało zauważyć, że rezultaty macie takie same.
- Lis! - krzyknął Wesley i wskazywał rękoma cel. - Lis! Tam biegnie!
- To jakieś - Endoriil uważnie się przypatrzył - sto, może sto dwadzieścia. Twoja kolej, Faridon.

Nord zamierzył się bez słowa. Przyłożył naciągniętą cięciwę do policzka, ale lis się ruszał. Drobił małymi kroczkami w stronę niewielkiej kałuży, z której zapewne zamierzał się napić. Faridon celował, ale co chwilę musiał zmieniać nachylenie łuku, bo lis kluczył, to na prawo, to na lewo. Trwało to już na tyle długo, że mięśnie ramion zaczęły mu drżeć, a cięciwa odciskała się na policzku. W końcu wypuścił strzałę. Wszyscy z zapartym tchem śledzili jej lot. Trafił, ale nie tak, jak zamierzał. Pocisk trafił w lewą, przednia łapę. Zwierzę pisnęło z bólu i czmychnęło za skały, kulejąc i zostawiając za sobą krwawy ślad. Faridon odetchnął. Zachwycony Wesley bił brawo, a jego pucołowate policzki zaokrągliły się jeszcze bardziej. Adan spojrzał na niego z ukosa.
- Kibicuj naszemu, bracie... - Po chwili zwrócił się do łuczników: - Lis czmychnął. To jak rozstrzygniemy konkurs?
Endoriil rozejrzał się po okolicy. Zobaczył szybującego po niebie ptaka, z wyglądu przypominającego sokoła. Kiwnął głową w jego stronę i powiedział do Faridona.
- Tamten ptak.
- Oszalałeś - odrzekł mu Nord i oszacował odległość. Ptak znajdował się około dwadzieścia metrów dalej niż lis, na wysokości kilkunastu metrów. Ri uśmiechnął się i stawiał kolejne kreski na swoim malowidle. Wesley oparł brodę na bocznej ścianie wozu i obserwował. Wszyscy czekali na strzał.
Endoriil nie słuchał Faridona, nie słuchał teraz niczego. Skupił się, naciągając cięciwę i przyłożył ją do policzka. Próbował wyczuć wiatr, jego siłę i prędkość. Ptak leciał w sposób trudny do przewidzenia. Co kilka chwil robił nawrót, wykonywał delikatne skręty. Strzał był trudny, ale nie niemożliwy. Faridon obserwował elfa. Czy on naprawdę chce ubić go z takiej odległości? - myślał. Elf celował już dłużej niż on sam. Krwawy ślad pojawił się na jego prawym policzku, marnej jakości cięciwa delikatnie rozcięła skórę Bosmera. Mięśnie ramion jednak zdawały się nie odczuwać zmęczenia. Strużka potu ściekała po skroni strzelca. Endoriil oblizał górną wargę i chwilę potem zwolnił cięciwę. Ptak został nadziany na strzałę w locie, gubiąc kilka piór przy uderzeniu. Momentalnie spadł na ziemię, niczym kamień.
- Ha, ha! Ha! - Adan wyskoczył z wozu i krzyczał z radości. - Ha, ha! Ha! I co, panie Nordzie? I co? Przegrało się z przybłędą? I to taką, co z próchna byle jakiego strzelała, jak to mówiła magiczka nasza!
Wesley bił brawo, a Luna śmiała się radośnie. Faridon chciał podejść do elfa, ale ten ruszył w stronę ptaka. Nord podbiegł kilka metrów i dotrzymywał mu kroku. Przez parę chwil szli w milczeniu, ramię w ramię.
- Niesamowite - odezwał się w końcu przegrany, a wyraz jego twarzy wyrażał absolutne zdziwienie. - Powiedz, każdy Bosmer tak strzela?
- Nie, nie każdy, Faridonie.
- Khaz' mir miał rację co do ciebie.
Powiedział to, kiedy byli już przy ptaku, który, jak dostrzegł Nord, konał właśnie na ziemi. Endoriil usłyszał imię khajiickiego zabójcy i spojrzał gniewnie na rozmówcę.
- Poczekaj moment - wycedził.
Faridon zdziwił się. Elf przyklęknął przy swojej ofierze, wyciągnął zza paska wojenny topór jednoręczny. Chwycił ptaka za dziób, przysłaniając mu oczy i dobił go, nie brutalnie, a wręcz z gracją. Potem złożył dłonie i wyszeptał kilka słów w języku, którego Nord nie znał. Wiedział jednak, że Bosmerowie mają przeróżne zwyczaje i przyjął, że to jest jeden z nich. W międzyczasie Adan i Wesley przeładowali towary Faridona na wozy i przyszykowali grupę do dalszej drogi.

[center]III[/center]

- Znasz Khaz' mira, tego Khajiita-zabójcę? - spytał Endoriil, siedząc na tyle wozu razem z Faridonem. Powoził Ri, przy okazji słuchając rozmowy. Na drugim wozie była pozostała trójka.
- Tak - odrzekł Faridon - to od niego wiedziałem, że nadciągacie. Tak naprawdę, to w Falkreath wyszedłem wam na spotkanie. Mam całkiem konkretne opisy całej waszej grupy.
- Po jaką cholerę ci nasze opisy?
- Nie powiedziałem wam w Falkreath całej prawdy. Skoro już los nas ze sobą zetknął wcześniej niż zamierzałem, to nie będę mu się przeciwstawiał. Powiem tu, czy dopiero w Whiterun, co za różnica. Pracuję dla Jarla Vignara, rządzącego Whiterun. Robię to dość... hm... nieoficjalnie. Znaczy się, że nie ma mnie w rozliczeniach budżetowych i innych takich biurokratycznych bzdurach. Mogę się zatem zajmować różnymi sprawami, również takimi, które często nie powinny wychodzić na światło dzienne.
- No to pracujesz dla władzy i nie pracujesz? - Endoriil próbował powiązać fakty. - A skąd znasz tego Khaz' mira? Przecież to jakiś oprych i to z Mrocznego Bractwa. Nawet u nas, w Valenwood, słyszeliśmy o nich opowieści.
- Mówiłeś, że jeździsz po Skyrim i robisz porządek - wtrącił się Ri. - On podejrzewał, że coś więcej się za tym kryje.
- Czekaj, czekaj, Khajiicie. Do ciebie za momencik dojdziemy. - Ri prychnął z dezaprobatą. Faridon kontynuował: - Khaz' mir nie jest członkiem Bractwa już od jakiegoś czasu. Powiedzmy, że miał z nimi kilka nieporozumień, w wyniku których raczej ich unika. Oni jego też, bo wiedzą, co potrafi i dobrze znają jego żądzę krwi. Tak się składa, że śledzę was od czasu, gdy odwiedziliście Octaviusa w Laanterii. Wiem też, co wieziecie.
Ri odwrócił się gwałtownie i pokazał kły, a przynajmniej to, co mu z nich zostało po ostatnich przygodach. Zaczął poważnie obawiać się o los swojego ładunku.
- Spokojnie, kocie, spokojnie - Faridon podniósł w górę obie ręce, jakby poddając się. - Chcę ci pomóc.
- On wątpi jakoś. Twój Khajiit prawie zamordował wszystkich nas. Jak wytłumaczysz to?
- To niefortunny zbieg okoliczności. Khaz' mir działa jako wolny strzelec. Dostaje zlecenia i wykonuje je, a ja i mój mocodawca nie wnikamy w to, kto za jego sprawą znika i za ile. Oczywiście, dopóki nie wkracza na teren naszej równiny. W zamian za odpowiednio ciężkie sakiewki robi też za nasze oczy.
- Za szpiega pospolitego robi, znaczy się - poprawił Ri.
- Oczy, szpieg. Nieważne. Zwał jak zwał. W każdym razie Octavius dał mu na was zlecenie. Głupio zrobił, bo Khaz' mir, mimo że wygląda na typa bez jakichkolwiek zasad, to jednak dwie zasady ma...
- Tak, tak - Endoriil doskonale pamiętał obie zasady. - No i co w związku z tym?
- Mam propozycję dla was obu. Ri, słuchaj. Obaj doskonale wiemy, że to, co wieziesz, możesz sprzedać w Skyrim tylko w jednym miejscu, w Akademii Magów.
- Może ty mi powiesz, co on w końcu wiezie? - zainteresował się Bosmer.
- Nie wiesz? - zdziwienie Faridona było łatwo dostrzegalne. - Serio nie wiesz, na czym siedzisz?
- Do Akademii on jedzie właśnie - odrzekł Ri, nie czekając na odpowiedź elfa. Mocno się niepokoił. Nie płacił swoim kompanom od tygodnia. Nie dał im nic. Podróż miała skończyć się w Whiterun. Tam Ri' Baadar zamierzał zdobyć fundusze, którymi sfinansowałby drogę do Winterhold. Nie wiedział tylko, jak miałby to zrobić. - Khaz' mir doniósł ci o ładunku moim. Co zrobisz?
- Tak jak mówiłem, chcę ci pomóc. Służę Jarlowi Vignarowi, ale powiedziałem już, że działam poza prawem i zapisami. Nikt nie zabrania mi dorobić sobie na boku, tym bardziej, jeśli nikomu nie dzieje się krzywda, a jeśli się dzieje, to typom spod ciemnej gwiazdy. Jarl nie musi o niczym wiedzieć. Słuchaj uważnie. Wiem, że Octavius jeszcze żyje i planuje atak na drodze do Winterhold. - Zamilkł na moment, aby zobaczyć reakcję Khajiita. Nie zawiódł się. Mówił więc dalej: - Sam się dziwię, że nasz wspólny znajomy jeszcze go nie dopadł. Zebrałem w Whiterun grupkę zaufanych najemników. Łącznie ze mną jest nas trójka. Do tego ty weźmiesz pewnie jeszcze tych braci z drugiego wozu, tak?
- Jeden z braci tylko, Adan - odpowiedział Ri. Wiedział, że Adan i Endoriil pójdą z nim w zamian za zapłatę po wykonaniu pracy. Nie sądził jednak, by dwóch ludzi wystarczyło, dlatego rozmyślał, skąd wziąć fundusze na najemników. Pojawiała się okazja dokoptowania do grupy trójki ludzi. Pozostała tylko kwestia ceny i ich wiarygodności. - Drugi chory jest. I czarodziejka nasza też tam jedzie. W Akademii uczyć się ma. Elf też jedzie ze mną.
- Nie, on nie jedzie.

Endoriil i Ri' Baadar spojrzeli ze zdziwieniem na rozmówcę. Nie zwlekał i od razu powiedział:
- To nie tak, jak myślicie. Mam dobre zamiary. Wobec was obu. Zastanów się nad tą propozycją, Khajiicie. Dziesięć procent z ostatecznej sumy do podziału dla mojej trójki. To rozsądna cena. Jutro spotkamy się w jakiejś karczmie pod Whiterun i obgadamy szczegóły.
- Jak to pod Whiterun? - zapytał Endoriil.
- Khajiici wstępu nie mają do miasta. - Ri skrzywił się, myślac o kolejnych dziesięciu procentach ubywających z jego fortuny. - On nie może wejść.
- Nie o to idzie. Rozczaruję was, ale w tej chwili do miasta nie ma wstępu nikt, kto nie jest Nordem. Są wyjątki, owszem, ale lista warunków, które muszą spełnić jest zbyt długa, żeby w ogóle was zaczęła obchodzić. Od czasu rzezi w Valenwood, Whiterun mocno się zmieniło. I tu właśnie widzę coś dla ciebie, elfie. Setki bosmerskich uchodźców koczują pod murami miasta. To znaczy początkowo było to koczowanie. Teraz... Teraz się osiedlili, na swój dziwny sposób. Codziennie przybywają nowi, biedni, obdarci. Postawiali sobie namioty i jakieś małe chatki. Nawet gospody ze dwie zbudowali. Bo co jak co, ale napić się trzeba, nie? Ale ogólnie to brud, syf i ubóstwo. Słów mi brakuje.

Endoriil zamyślił się. A więc setki jego rodaków przebywają w tej chwili pod murami Whiterun i żyją razem. Zastanawiał się, czy jest jakaś szansa, że znajdzie tam swoją ciotkę i jej dwóch synów. Delikatnie uśmiechnął się na myśl, że może się udać.
- Co się cieszysz? - pytał Nord. - Może nie zrozumiałeś. Mówię, syf nie do wytrzymania. Jest tam jeden stary elf, który próbuje wszystko ogarniać. Granos się nazywa, ale on im robi za przewodnika duchowego raczej. Ale jest też drugi, Darelion.
- I po co mi to mówisz?
- Słuchaj, narażam się dla was obu. Możecie nie wierzyć, ale tak jest. Przemyt dla Khajiita i mój pomysł na bosmerskie slumsy. Te rzeczy mogą mnie kosztować w najlepszym razie moją reputację.
- O czym ty mówisz? - Elf wciąż nie rozumiał. - Możesz jaśniej?
- Dobra. - Faridon wziął głęboki oddech i zaczął mówić: - Jak Khaz' mir mi doniósł o was, wspomniał też o tobie. Widział w tobie coś... Jakiś potencjał. Postanowiłem to sprawdzić. Przysłuchiwałem się wam w gospodzie w Falkreath, teraz widziałem twój pokaz łuczniczy. Oddałem ci kołczan, do jasnej cholery. Ale do rzeczy, do rzeczy. Jarl Vignar dostał ostatnio wiadomość od Ulfrika, króla Skyrim. Były to wyrazy, cytuję, głębokiego zaniepokojenia napływem bosmerskiej dziczy w okolice Whiterun. O ile Vignar nie bardzo przejmował się losem tych elfów przedtem, to teraz, po ostrzeżeniu Ulfrika, ma poczucie obowiązku. Uważa, ze musi uporać się z tą, jak to określił, plagą. Boi się, że jego posada wisi na włosku. I chyba faktycznie tak jest, bo Ulfrik nie zwykł się cackać. Jedyny pomysł, jaki świta Vignarowi w głowie, to wyrżnięcie Bosmerów w pień. Jest ich za dużo, żeby po prostu przepędzić ich przerzedzoną i osłabioną strażą miejską.
- I przeszkadza to ci? - Ri' Baadar wciąż włączał się do rozmowy, na razie nie rozmyślając o propozycji, którą otrzymał. - W Falkreath na przyjaciela elfów nie wyglądałeś.
- Bo i nie jestem - przytaknął Faridon. - To, że stoję na straży kultury i tradycji Skyrim i Nordów nie oznacza, że jedynym sposobem rozwiązania problemu Bosmerów pod Whiterun jest dla mnie wymordowanie ich. Oni są niewinni. Czy to ich wina, że Dominium spaliło ich osady w Valenwood? No, dobra, sporo wśród nich kieszonkowców, zwykłych, prostych złodziejaszków, ale dzieje się tak dlatego, że nie mają perspektyw. Mój patriotyzm nie oznacza, że nie mogę myśleć trzeźwo. Jutro rano mam spotkanie z Jarlem. Mam mu przedstawić ostateczną propozycję rozwiązania tego impasu.

Faridon spuścił głowę, wziął oddech. Jego rozmówcy otworzyli szeroko oczy ze zdumienia. W słowach Norda wyczuwali szczerość. Mówił z przekonaniem, gestykulując. Po pierwszym wrażeniu, jakie zrobił na nich w Falkreath, aż trudno było im uwierzyć w to, jak wyglądał w ich oczach teraz. Na pierwszy rzut oka jego prezencja sugerowała, że jest zwykłym łamignatem bez głębszych przemyśleń, ale pozory często mylą i tak właśnie było w tym wypadku. Nie było mowy o pełnym zaufaniu, ale czemu miałby kłamać? Przynajmniej w przypadku Bosmerów. Ri wciąż podejrzewał, że Faridon coś knuje, jeśli chodzi o propozycję pomocy w podróży do Winterhold.
- Co z tym... Darelionem? I tym starszym elfem? - spytał Endoriil.
- Tak jak mówiłem, starszy to raczej przewodnik duchowy i nie zawracam sobie nim głowy. Wiecie, kogoś boli duży palec u nogi, to idzie do niego. Tamten pomaca, poleje jakąś świętą wodą i ból przechodzi. Ktoś inny od Jarla go inwigiluje, więc dość dawno przestałem się nim interesować. Ale Darelion to inna para kaloszy. On jest wodzem faktycznym. To znaczy, nie ma tam żadnej władzy, rządzą się sami, ale wiem, że największy posłuch ma właśnie on. Jest impulsywny i dość nieprzewidywalny. Chciałbym, żebyś stworzył przeciwwagę dla niego.
- Jak to przeciwwagę? W ogóle, to dlaczego ja?
- Moi ludzie was śledzili, podsłuchiwali, wiecie już to. Nie jesteś byle kim. Byłeś zastępcą wodza myśliwych w Woodmer, tak? Porucznikiem?
- No, tak. Coś w tym stylu.
- Czyli w wypadku śmierci, czy odejścia głównego myśliwego, byłbyś szefem, tak?
- No... tak. - Endoriil wzruszył ramionami.
- Doskonale wiem, jak ważna jest dla was, elfów, ta cała instytucja myśliwego. A widziałem też, jak strzelałeś z łuku. Dodatkowo, wydajesz się mieć coś w głowie. Pytasz, dlaczego ty. Jakbyś widział tę hołotę pod murami Whiterun, to byś nie zadawał tego pytania. Dzicz i swołocz. Jako mały chłopiec słyszałem parę bajek o wyniosłych leśnych elfach i ich wspaniałej kulturze, a co widziałem ostatnio? Stary elficki pryk upił się i turlał po wszystkich kałużach na około murów. Widywałem kradzieże, a nawet dwa zabójstwa z użyciem sztyletów. Wszystko to zrobione przez Bosmerów na Bosmerach. Oni potrzebują porządku, a ja mam go zaprowadzić. Z twoją pomocą.
- Nie wiem, czy nie za dużo ode mnie oczekujesz. Jestem sam.
- Nie mówię, że wszyscy Bosmerowie to hołota. Na pewno jest tam sporo takich, którzy pójdą za tym, kto da dobry przykład. Możesz zrobić coś dobrego dla swoich, spróbujesz? Spróbujemy?

Endoriil podrapał prawą dłonią swoją rdzawą głowę i nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Słuchaj - Faridon ściszył głos - wiem, co znaczy wojna. I wiem, czego potrzebują ludzie po wojnie. Postawię sprawę najprościej, jak tylko potrafię. Jeśli mi pomożesz, to jest szansa, że Bosmerzy będą mogli zostać przy Whiterun. Może nawet uda nam się zorganizować bardziej cywilizowane warunki. Musimy was zorganizować i pokazać Vignarowi, że może być z was pożytek. Urządzić jakieś wyręby lasu, polowania. Dobrzy w tym jesteście, a zwierzęcych skór nigdy za wiele. Może jakąś straż spośród was zrekrutować, żeby pilnowała tam porządku. Trzeba pokazać Jarlowi, że Bosmerowie nie są darmozjadami. Wtedy przestanie myśleć o najprostszym rozwiązaniu. Bo alternatywą jest bosmerska krew. Na moich rękach, Endoriil. Na moich rękach, bo wziąłem to na siebie. Dla Ulfrika i Vignara to tylko kiwnięcie palcem, statystyka na kartce przeglądana przy suto zastawionym stole, ale dla mnie nie. Spróbujemy?
- Spróbujemy. - Endoriil kiwnął głową twierdząco, chociaż wcale nie był pewien, czy był to dobry pomysł.
- Jeszcze jedno. - Faridon uśmiechnął się. - Bosmerowie nie mogą się dowiedzieć, że ze mną współpracujesz. Relacje między nimi a nami, Nordami, są zbyt napięte. Nie zdobyłbyś ich szacunku obwieszczając, że działasz z mojego polecenia, czy z moim poparciem.

Karawana wyjechała zza wzgórza, a oczom podróżnych ukazała się obszerna równina ze sporym, jakby nienaturalnym wzniesieniem pośrodku. Endoriil wyostrzył wzrok i skupił go na owej górze. Dostrzegał jakieś dziwne kształty, które nie wyglądały na stworzone przez naturę. Po dłuższych oględzinach okazało się, że wielka góra była obudowana murami, a elf zdołał dostrzec błyszczące w słońcu pałace, bo tak o nich myślał. Wielkie budowle z kamienia, o których słyszał od małego. Nigdy nie przypuszczał jednak, że prezentują się tak okazale. Gdy widział i podziwiał Septimię i Laanterię, kompani śmiali się z niego. Teraz rozumiał dlaczego, bo nie mógł opanować zachwytu. Zorientował się, że widzi Whiterun, siedzibę Jarla Vignara i jedno z najwspanialszych miast Skyrim.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość