[Mass Effect] Po zakończeniu

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

[Mass Effect] Po zakończeniu

Postautor: dikajos » 29 lis 2013, 13:37

tytuł: Mass Effect: Po zakończeniu
fandom: Mass Effect
kategoria: bez ograniczeń
opis: Po rozejściu się promienia z Cytadeli, komandor Shepard (protagonista z gier) zostaje ciężko ranny, ale żyje. Promień (wybrałem czerwone zakończenie) wyeliminował główne siły Żniwiarzy, ale niektóre ich "twory" zdołały przeżyć i wciąż walczą. W pierwszym odcinku pojawia się Urdnot Wrex i jeszcze jeden członek załogi starej Normandii.
znajomość fandomu: wskazana. Występowanie postaci z gier, wydarzenia oparte na fabule gry.
status: skończony

Zapraszam :)
-------------------------------------------------------------
MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK I
PO BURZY? A MOŻE PRZED?


I


Szeregowy Ramirez wszedł na stołówkę. Wyglądał elegancko. Miał na sobie skórzaną kurtkę, którą kilka dni temu znalazł w jednym z pustych mieszkań. Spodobała mu się, to wziął. Poprzedni właściciel pewnie i tak już tam nie wróci, o ile w ogóle żyje. "Wielki kroganin, wódz, na pewno rzuci ci się w oczy. Przekaż mu słowo w słowo to, co zaraz ci powiem". Tak mu powiedziała ta czarnoskóra kobieta. Nie znał jej imienia. Dała mu butelkę wódki pod warunkiem, że dostarczy tę wiadomość, no to dostarczał. Rozejrzał się po sali - była pełna. Kilkadziesiąt osób spożywało kolację w niemal całkowitej ciszy. Ramirez wiedział dlaczego. Wygrali wojnę, Żniwiarze byli pokonani. Przynajmniej ich główne siły, to znaczy te wielkie żyjące statki. W pierwszych chwilach po eksplozji na Cytadeli zapanowała euforia. Cywile szaleli ze szczęścia do dziś, ale wojskowi nie potrafili. Za to wielkie zwycięstwo każdy z nich zapłacił jakąś cenę, a walki wciąż trwały. Dawsonowi zabito ojca, Richardsson stracił żonę i córkę, a Pugsleyowi przerobiono całą rodzinę na zombie... Kilku innych z oddziału zginęło w ostatnich dniach podczas operacji Młot. Ramirez miał szczęście, ponieważ jedynym śladem wojny, jaki na sobie nosił były siwe włosy, mimo dopiero dwudziestu lat. Przeżył, a jego rodzina była bezpieczna na ranczo w Teksasie. Odizolowanym ranczo co, jak się okazało, ocaliło ich przed śmiercią. Żniwiarze od początku koncentrowali się na wielkich skupiskach ludzi. Chwytali ich, mordowali, przerabiali. Nie wiedział po co. Cieszył się, że jego krewnym nic się nie stało.

Nie szukał długo, ponieważ kroganie wyróżniali się. Ich stół był jedynym głośnym. Ha, mieli powody - pomyślał Ramirez. Wyleczono genofagium, mogą się bawić. Chociaż ciekawe, jak wrócą do domu skoro słyszał, że przekaźniki zniszczone, czy tam uszkodzone. Sam nie wiedział i nie interesował się tym teraz. Chciał dostarczyć wiadomość i wypić wódkę. Wodza rozpoznał od razu. Siedział spokojny, niewiele się odzywając. Nie miał na sobie zbroi, dzięki czemu Ramirez dostrzegł blizny. Cholernie dużo cholernie wielkich blizn. Mówią, że kroganie szybko się regenerują, więc ciekawe, jak musiały wyglądać te rany świeżo po ich zadaniu... Dreszcz wstrząsnął szeregowcem.

Podszedł i zaczął nieśmiało, czując respekt przed wielkim wojownikiem:
- Czy to ty jesteś wódz krogan, Urdnot Rex?
- Wrex, człowieku. To najlepszy wódz krogan od stuleci. Mógłbyś się przynajmniej nauczyć wymawiać imię wybawcy twojej skały! - krzyknął jeden z bardziej pijanych żołnierzy z kompanii Aralakh, która podczas wojny poniosła niemal sto procent strat.

Wódz milczał, nie zaszczycając posłańca spojrzeniem. Ramirez spróbował ponownie:
- Mam dla ciebie wiadomość... Wysłuchasz jej, wodzu? - Głos mu zadrżał.
- Nie bój się, żołnierzu - odparł wódz. - Moja strzelba jest brudna. Z takiej strzelać nie będę, a ręce mam zajęte przy stole. Wiadomość, mówisz? Pośpiesz się bo, jak widzisz, kroganie świętują ocalenie twojej planety. Co to za wiadomość i od kogo?

- Od kogo, to nie wiem. Jakaś czarnoskóra kobieta stoi przy ruinach Big Bena i kazała mi powtórzyć ci to: "Rex, spotkaj się ze mną przy Big Benie. Mam bardzo ważną sprawę. Dotyczy komandora. Porozmawiajmy w cztery oczy".
- Heh... Wszyscy powołują się na komandora - odrzekł znudzony wódz - to już nudne. Shepard leży w szpitalu i są przy nim najlepsi ludzcy i salariańscy lekarze. Nie widzę sensu w rozmowie z jakąś anonimową czarnulką.
- Spodziewała się, że tak powiesz - powiedział Ramirez. - Mam dodać, że dobrze zna jakiegoś Jacoba, z którym podobno się znacie...

Wrex spoważniał, spojrzał na swoją kompanię i w milczeniu wstał od stołu, po czym wyszedł ze stołówki. Zamilkli i wiedzieli, że nie warto zadawać pytań. Ramirez też się domyślił. Wyszedł z namiotu i uśmiechnął się, jak po wykonaniu śmiertelnie niebezpiecznej misji, ruszając w stronę Tamizy. Wyciągnął z kieszeni swojej błyszczącej, skórzanej kurtki piersióweczkę i śmiało wychylił.

II


- Jestem doktor Brynn Cole. Musimy porozmawiać - powiedziała czarnoskóra kobieta, odwracając się i idąc szybkim krokiem w stronę kamienicy. Wrex przysiągłby, że był to ładny budynek. Przed wojną... Weszli przez dziurę w ścianie. Brynn usiadła na mocno zakurzonej kanapie. Kroganin rozejrzał się po pomieszczeniu. Poczuł lekki powiew wiatru, unoszący porwane kawałki starych gazet. Postrzępione firanki lekko zafalowały, odsłaniając podziurawione jak sito zwłoki zombie. Wokoło stał sprzęt drukarski, dawno nie używany, ale wciąż czuć było zapach druku. Bez słowa skrzyżował ręce i wlepił oczy w panią doktor. Czekał.

- Nie znamy się, ale wiedz, że znam dobrze Jacoba. Jesteśmy parą. A komandorowi zawdzięczam życie. Ja i wielu moich przyjaciół. Z twojej miny wnioskuję, że widziałeś już w jakim stanie jest Shepard...

Kroganin nadal milczał.
- Słuchaj... W tej chwili lekarze Przymierza robią wszystko, co mogą, aby go uratować, ale... - Brynn zawiesiła głos - nie zdołają tego zrobić...
- Co masz na myśli? Mów szybko.
- Wiesz zapewne, że pracowałam dla Cerberusa. Miałam styczność z Mirandą Lawson, którą, jak wywnioskowałam z opowieści Jacoba, poznałeś na imprezie w domu komandora na Cytadeli.
- Źle wywnioskowałaś - zaprzeczył - poznałem ją wcześniej, kiedy przyleciała na Tuchankę z Shepardem i Gruntem, by pomóc temu małemu pyjakowi zaliczyć Rytuał Przejścia.
- Nieistotne. Chodzi mi o to, że Jacob opowiadał mi to i owo. Kiedyś jego i Lawson coś łączyło, a on sam był szefem ochrony w kompleksie, w którym ocalono komandora. Dowiedziałam się od niego co nieco o projekcie Łazarz, którym Miranda kierowała. Wiem, jak Shepard został ulepszony. Wiem też, że działania lekarzy Przymierza, choćby najwybitniejszych, nie przyniosą skutku.
- Powiedz krótko, o co ci chodzi - mruknął zniecierpliwiony Wrex.
- Potrzebujemy Lawson... Ona poskładała komandora i tylko ona ma wiedzę potrzebną do ocalenia go. Zmiany, które wprowadzono, aby przetrwał po katastrofie pierwszej Normandii były zbyt poważne, żeby wystarczyło kilka plastrów czy transfuzja krwi...

Wrex zawiesił wzrok na dziurze, którą weszli do pomieszczenia. Lawson? Przecież ona jest gdzieś w okolicy, a przynajmniej była parę dni temu, przed ofensywą.
- Zdaje się, że wiesz, gdzie jej szukać. Inaczej pewnie nie zawracałabyś mi głowy, hm?
- Widziałam ją przedwczoraj... Miała siać dywersję na tyłach wroga, opanowując kilka statków przetwórni i oswobadzając jeńców. W tym celu przerzucono ją za kanał La Manche, do Francji, w okolice Marsylii. Niedługo po wybuchu na Cytadeli straciliśmy łączność z wieloma oddziałami. Grupa Lawson jest jednym z nich.

Wrex zamyślił się. Statki przetwórnie... Makabryczna rzecz. Kilka dni wcześniej zwiadowcy Przymierza przybyli do jego kwatery i zameldowali o lokalizacji jednego z nich. Nawaliły mu silniki i był uziemiony. Jedna z krogańskich kompanii, z Wrexem na czele, była na miejscu po kilku godzinach. Za późno. Kiedy go otworzono, ze środka wybiegło kilkadziesiąt stworów Żniwiarzy. Walka trwała krótko. W sumie trudno było to nazwać walką. Zaprawieni w boju kroganie nie mieli problemów z eksterminacją zombie. W tym statku przetwarzano samych ludzi, a zombie to najsłabszy z rodzajów wroga, z którymi przyszło im się mierzyć.

- Hmmm, powiedziałbym, że ta Lawson pewnie już nie żyje, ale... Shepard mówił, że twarda z niej cizia. W porządku, wydam dyspozycje. Ruszamy jutro o świcie. Szykuj się.

Brynn wbiła wzrok w ziemię, nie mówiąc ani słowa. Wrex pojął w mgnieniu oka. Na imprezie kilka tygodni wcześniej Jacob mówił, że jego dziecko jest w drodze, a przecież był z Brynn. Kroganin zrozumiał swój nietakt. Nieczęsto to robił. Pani doktor chciała otworzyć usta i coś powiedzieć, ale Wrex przerwał.
- Rozumiem, przepraszam. Uważaj na siebie i... - popatrzył na jej brzuch - na Sheparda.

Wiedział - pomyślała Brynn, lekko się uśmiechając. Planowała nazwać tak swoje dziecko.
Oczywiście o ile będzie to chłopiec.

III


Nazajutrz o świcie Wrex przywdział swoją czerwoną zbroję. Wyszedł przed kwaterę, usiadł na kawałku zniszczonego muru i zaczął czyścić strzelbę. Zrobił to już wczoraj po rozmowie z panią doktor, ale nie wykonywał tej czynności, żeby zetrzeć kurz. Lśniła jak ząbki Liary - pomyślał. Chciał zająć czymś swoją głowę. Brynn jest w ciąży, będzie miała dziecko. On też będzie miał. Bakara, pierwsza kroganka, która zaszła w ciążę po wyleczeniu genofagium, nosiła jego dziecko. Kroganie znów mają przyszłość...

Sterylizacja całej rasy. Co za potworne ludobójstwo. Podczas rebelii krogańskich, będący pod ścianą salarianie i turianie opracowali i rozprzestrzenili genofagium, powodujące, że 99 na 100 ciąż kończyło się poronieniem. To trwało wiele setek lat, pozbawiając całą rasę sensu istnienia. Kilka miesięcy temu ta klątwa dobiegła końca.

Tuchanka. Wrex, Bakara, Garrus. Mordin. Shepard... No i Kalros, matka wszystkich miażdżypaszcz, w tańcu z wielkim Żniwiarzem. Ale to była jazda - pomyślał Wrex, przesuwając wilgotną szmatkę po lufie swojej strzelby. W promieniu stu metrów krzątało się kilkudziesięciu krogan. Wstali równo o świcie, zdyscyplinowani i szykujący się do drogi. Wrex zorganizował przerzut dwóch plutonów swoich wojsk do Marsylii. Przenosił technikę walki Sheparda na swoje działania. Małe oddziały, szybkie, zdecydowane uderzenia. Realizacja celu i wycofanie się. Ta taktyka wielokrotnie sprawdziła się podczas wojny ze Żniwiarzami, a jeszcze częściej za czasów jego współpracy z komandorem. Kodiaki już czekały, a żołnierze ładowali niezbędny do misji sprzęt.

Zaczął mówić do siebie:
- Ach, Wrex... Przydałby ci się ktoś ze starej ekipy... Garrus do ubijania wrogów z dystansu, Tali do używania sabotażu na ich broniach albo odciągająca uwagę sondą. Jakiś mocny biotyk też by się nadał. Albo Grunt. Z tym, że Grunta wysłałem zupełnie gdzie indziej. Ciekawe, jak sobie radzi...

Wstał. Żołnierze zakończyli krzątaninę i czekali na ostateczny rozkaz. Mieli zostać rzuceni na teren, z którym od kilku dni nie było kontaktu. Z doniesień zwiadowców wiadomo było, że południowa Francja była zajęta przez wroga. Żniwiarze jako tacy byli już wyeliminowani, ale ich pomioty wciąż żyły i stawiały opór. Zombie, grasanci, banshee, brutale... Ci ostatni to przerobieni kroganie, zmutowani i pomieszani z innymi gatunkami. Na promy załadowano zaledwie dwa niekompletne plutony, czyli dwudziestu kilku krogan. Niewielu, ponieważ wojska nie zdążyły się przegrupować, ale Wrex wiedział, że do takiej misji powinno wystarczyć i jeśli jest szansa pomóc Shepardowi, to trzeba ją wykorzystać. Znaleźć Lawson, odpowiedzi i spłacić dług jego rasy wobec komandora. Móc z nim porozmawiać i jeszcze raz podziękować. Jak przyjaciel przyjacielowi.

Wrex wsiadał do promu jako ostatni, upewniając się, że wszystko jest jak należy. Właśnie szedł w stronę Kodiaka, gdy usłyszał za sobą zmysłowy kobiecy głos. Spokojny, ale i zdecydowany.
- Poczekaj, wodzu.

Odwrócił się i zobaczył poważną asari w lekkim, czerwonym pancerzu z głębokim dekoltem.
- Nie potrzebujesz przypadkiem pomocy?
- Samara! Ha! Co ty tu robisz, ty niebieska twardzielko?! - krzyknął totalnie zaskoczony kroganin, wyciągając rękę i chwytając smukłą dłoń Samary, zanim ta zdążyła ją cofnąć. Egzekutorka nie była przyzwyczajona do takich powitań. Była chłodna, ale nie odepchnęła Wrexa. Uśmiechnęła się delikatnie.
- Jestem tu przez zupełny przypadek. Medytowałam nad brzegiem Tamizy od czasu bitwy. Szum wody mnie uspokaja. Ustawicznie dochodziły do mnie pijackie krzyki jakiejś bandy. Trudno było ich zignorować, więc postanowiłam poprosić o ciszę. Dwóch żołnierzy siedziało z jakimś młodym latynosem w błyszczącej kurtce. Popijali wódkę i krzyczeli. Szczególnie ten latynos. Mówił o jakiejś wiadomości, krogańskim wodzu i komandorze. Wsłuchałam się i zrozumiałam, że mówi o tobie. Początkowo nie chciał nic powiedzieć, ale przycisnęłam go biotyką. Koledzy od wódki uciekli. Z wódką rzecz jasna. Latynos wyśpiewał natomiast wszystko. I oto jestem. Chcę ci pomóc. Chcę pomóc Shepardowi. Co powiesz?

Wrex milczał przez chwilę, po czym wyjął zza pleców swoją strzelbę i dał ją Samarze, mówiąc:
- Dwudziestu dwóch krogan i egzekutorka. Jeśli na Ziemii jest jakiś odpowiednik Kalros, to może być ciekawie.
- Raczej nie ma tu takiego robactwa, Wrex.
- No cóż. Tak czy owak, nudno nie będzie. - Uśmiechnął się szeroko.
- Powiedz mi, gdzie się udajemy i w jakim celu.
- Ładuj swój niebieski dekolt na prom i słuchaj...

Był poranek. Słońce delikatnie unosiło się nad horyzontem. Niebo było jaskrawoczerwone. Zanosiło się na burzę. Wrex nie wiedział, czy był to symbol przeszłości, czy zapowiedź przyszłości.

--------------------------------------------
Będę wdzięczny za opinie :)
Ostatnio zmieniony 29 lis 2013, 15:16 przez dikajos, łącznie zmieniany 2 razy.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 29 lis 2013, 13:52

Słówko wstępu: w tym odcinku rozpocząłem drugi wątek, równoległy z wydarzeniami z Ziemi. Planem było naprzemienne rozwijanie wątków, nie do końca wyszło, ale sam nie wiem, czy to źle. W poniższym odcinku moja wizja tego, co stało się z Normandią, statkiem komandora Sheparda.

Zapraszam
-----------------------

MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK II
URLOP


I


Minął jakiś miesiąc. Fregata była już gotowa. Paul Orlovsky i Damien Risto spawali ostatnie fragmenty pancerza Silaris.
- Technologia asari. Nowoczesne cholerstwo - powiedział Risto.
- A czego się spodziewałeś? Przecież to jedna z najnowocześniejszych maszyn w galaktyce. Podobno budowali ją nasi najlepsi technicy we współpracy z turianami - odpowiedział Orlovsky, z dumą przyglądając się swojemu dziełu, które nieco szpeciło fregatę.

Risto i Orlovsky mieszkali na planecie Zayo od urodzenia. Specjalizowali się w drobnych naprawach przylatujących promów, czasem transportowców, ale nigdy nie mieli do czynienia z takim cackiem. Bariery kinetyczne, lasery GARDIAN, wspomniany pancerz Silaris... No i najważniejsze:
- Z tego działa, to można by chyba nasz księżyc zestrzelić - zaśmiał się Risto.
- Wiesz dobrze, że strzelało już do poważniejszych przeciwników niż nasz mały Cleo.

Cleo był najmniejszym z czterech księżyców Zayo.
- W sumie, to nie wiem. Nie rozmawiałem z załogą. Codziennie ich wszyscy męczą. Czytałem co nieco o ich wyczynach na Extranecie zanim wysiadł, ale osobiście nie gadałem. Tak czy owak sądzę, że media zawsze wszystko wyolbrzymiały i to, co jest napisane na Enecie to ściema. Przynajmniej większość. Poza tym, mam wrażenie, że mają już nas dość i najchętniej odlecieliby w siną dal. Wyglądają, jakby mieli jakąś misje.
- Misję? O czym ty mówisz - zdziwił się Orlovsky - przecież wojna skończona. Żniwiarze pogonieni. Z niedobitkami poradziłaby sobie nawet moja teściowa uzbrojona w wałek.
- Paul - powiedział Risto smętnym głosem - przecież wiesz...
- Ach... Przepraszam cię, przyjacielu.

Podczas wojny Risto stracił brata. Służył w jednej z flot Przymierza. Rodzina dostała tylko informację, że zginął, walcząc mężnie i poświęcił swe życie, żeby inne floty mogły się wycofać. A czemu to nie inni osłaniali jego? Risto do dziś zadawał sobie to pytanie.

Do hangaru wszedł mężczyzna. Krótko ostrzyżony brunet, w średnim wieku. W ręku trzymał datapad. Zlustrował fregatę i kiwnął głową z uznaniem.
- Dobra robota, panowie. Jakoś wam się odpłacimy.
- Ja myślę, że to my się wam właśnie odpłacamy, panie Adams - powiedział Orlovsky, chcąc sprawić komplement rozmówcy.

Adams jednak nie zmienił wyrazu twarzy. Był zmęczony. Przez chwilę szybko przebierał palcami przy datapadzie. Parę sekund później opuścił hangar.

Niedługo potem mechaników odwiedziła młoda kobieta. Dorothy, siostrę Paula, od początku pochłonęła wizyta gości. Starała się być jak najbliżej ich, towarzyszyć, oprowadzać i ogólnie robić za duszę towarzystwa. Z pasją chłonęła nieliczne opowieści, które udało jej się usłyszeć z ust członków załogi. Opowieści, które w jej oczach ocierały się o bajki o smokach i innych nieprawdopodobieństwach.

- Hej, chłopcy. To prawda, że już kończycie? - zagadnęła ściszonym głosem.
- Tak. Najdalej za dwa dni ta fregata będzie biła dawne rekordy - butnie powiedział Orlovsky.

Westchnięcie Dorothy pokazało mężczyznom, że nie jest to dla niej dobra wiadomość. Zayo to dość nudna planeta, na której niewiele się dzieje. Przylot takiego statku i takiej załogi to coś, co, gdyby nie wojna, byłoby z pewnością godnie uczczone. Niemniej jednak, mieszkańcy starali się jak mogli.

- Co nowego u naszych gwiazdeczek? - spytał z uśmieszkiem Orlovsky.

Dorothy zaczęła opowiadać.

II


Z samego rana Dorothy poszła wraz z Elizabeth nazbierać owoców z sadu na krawędzi urwiska. Dzień był pogodny, bezchmurny. Kiedy szły kilka metrów od przepaści, dostrzegły mężczyznę z kilkutygodniowym zarostem. Miał na głowie czapkę z daszkiem i siedział oparty o drzewo. Spoglądał w dół.
Rozpoznały w nim pilota wspomnianej fregaty. Czytały o jego wyczynach na Extranecie, słyszały, że był najlepszy. Postanowiły skorzystać z okazji i porozmawiać. Do tej pory dłużej gawędziły tylko z Jamesem Vegą, turianinem i brunetką z brytyjskim akcentem.

- Dzień dobry, panie Moreau - powiedziały zgranym chórkiem.
- Dzień dobry - odrzekł pilot, spoglądając na nie przez chwilę. Całkiem beznamiętnie.

Od turianina słyszały, że Moreau to niezły kawalarz i ma kapitalne poczucie humoru, ale w cieniu rzucanym przez drzewo widziały tylko zaniedbanego, ponurego faceta. Spytały się o nastrój, o samopoczucie i inne tego typu sprawy. Moreau zbywał je zdawkowymi odpowiedziami. Odeszły niedługo potem, mijając się przy drzewie z asari, również członkiem załogi fregaty. Była niesamowicie piękna. Dziewczyny z wrażenia wstrzymały oddech. Postanowiły nie przeszkadzać.

*


Asari bardzo to ucieszyło. Bez słowa usiadła obok pilota. Nie odzywali się przez kilka minut, siedząc i wsłuchując się w szum wiatru. W ostatnich latach niewiele mieli takich okazji. To on przerwał ciszę.
- Nie musisz tu ze mną siedzieć, Liara...
- Jeff, minął miesiąc, niedługo wyruszamy. Musimy mieć czyste umysły. Nadszedł czas na koncentrację. Koniec przebywania w samotności nad krawędzią urwiska. Martwimy się o ciebie. EDI...
- Nie mów mi o EDI! - ostro przerwał Joker, wyciągając butelkę whisky.

Liara nie zdziwiła się. Od czasu śmierci EDI Joker był załamany. Często pił, szukał samotności.
Śmierci. Joker właśnie tak postrzegał jej koniec. Niektórzy członkowie załogi uważali ją wciąż za syntetyka, maszynę, która po prostu przestała istnieć, ale on... On ją kochał. Tak, jak mężczyzna może kochać kobietę. Mechanikowi Adamsowi zdarzyło się powiedzieć, że EDI już nie działa na statku i muszą podzielić między siebie jej funkcje. Jokera tak zdenerwowało słowo "działać", że do dziś nie odzywał się do Adamsa.

- Joker... Proszę cię. Chodź ze mną. Musimy przedyskutować nasze plany. Potrzebujemy cię.
- Po co? Wojna skończona. Wielkim zwycięstwem. - Asari wyczuła w jego głosie rozgoryczenie.
- Joker...
- Co?
- Shepard cię potrzebuje...

Joker zrobił pauzę. Myślał o komandorze, człowieku, którego sam nie potrafił określić. Kim on dla niego był? Przełożonym, przyjacielem, mentorem, kolegą. Wykorzystywał zdolności pilotażu Jokera do granic możliwości. Po chwili pilot przypomniał sobie jednak szaloną ucieczkę przed promieniem i powiedział:

- Liara... Przecież ten wybuch zmiótł Normandię prosto na to zadupie, na którym nie ma nawet marnego posterunku Przymierza. Wierzysz, że komandor, który był w samym centrum eksplozji, miał jakiekolwiek szanse na przeżycie?
- Wybuch uszkodził Normandię, ale wszyscy przeżyliśmy - powiedziała Liara i po chwili bardzo tego pożałowała. Przecież EDI zginęła.
- Widzisz, dla ciebie EDI też była tylko maszyną do wypełniania poleceń...
- Nie, Joker, przejęzyczyłam się. Naprawdę. Weź się w garść. Dość użalania się nad sobą. Traynor mówi, że doszły do nas jakieś ważne informacje. Musisz być z nami. Jestem pewna, że ani Shepard, ani EDI nie chcieliby, żebyś był w takim stanie.

Joker zamknął na chwilę oczy i głośno westchnął.
- Pomóż mi wstać.

III


Traynor, młoda dziewczyna z brytyjskim akcentem, służyła na Normandii najkrócej z załogi, ale ten kto patrzyłby na nią teraz, z pewnością nie zaryzykowałby tego stwierdzenia. Ona zwołała spotkanie, zarządzała informacją, a każdy news z poza planety był w tej chwili na wagę złota. W dużej sali szkolnej, udostępnionej przez mieszkańców, rozpoczynała się narada załogi SSV Normandii - najwspanialszej maszyny służącej w barwach Przymierza. Przez okna zaglądali miejscowi. Otoczyli budynek i robili zdjęcia, gaworząc. Dzieci krzyczały radośnie. Dorośli zresztą również.

- Kto jest, kto jest? - krzyknęła mała rudowłosa dziewczynka z warkoczykami i piegami.
- Jest turianin, jest Ashley, Vega... Ech, nie widzę. Jeszcze chyba nie wszyscy, ale zaraz będą zaczynać. Oby tym razem nie zasłonili okien, jak ostatnio - odpowiedział staruszek, opierając ciężar ciała na metalowej lasce. W jego oczach widać było tę samą ciekawość, co u pieguski.
- Zapowiada się, że odlecą - mówiła Dorothy. - Szkoda... Taka kompania, to naprawdę coś...

*


Na sali był już wysoki i szczupły turianin w niebieskim pancerzu. Turianie zawsze wydawali się miejscowym brzydcy, ale ten - zdaniem tutejszych - przebijał wszystkich. Po prawej stronie twarzy miał wielką bliznę, albo kilka blizn. Widać było, że nie jedno przeszedł. Obok niego stała quarianka w czarno fioletowym stroju. Jej pobyt był lokalną sensacją. Na Zayo nie goszczono jeszcze nikogo z jej rasy. Quarianie rzadko opuszczają swoją flotyllę, a jeśli informacje o tym, że odzyskali swoją planetę - Rannocha - są prawdziwe, to z pewnością są teraz zajęci. Nieraz proszono ją o zdjęcie hełmu, zawsze odchodząc z niczym. Przy prowizorycznym, wielkim stole złożonym z sześciu małych szkolnych biurek siedziała Ashley - marine Przymierza, tyle wiedzieli o niej na początku. Wystarczyło, aby dowiedzieć się całej reszty. Extranet nie działał, ale w lokalnej bibliotece było kilka datapadów, które zawierały informacje, że Ashley Williams brała udział w pokonaniu zbuntowanego Widma Sarena oraz uczestniczyła w obronie Eden Prime przed gethami. Jej akta w kolejnych latach były jednak utajnione, daleko poza zasięgiem extranetu. Podobno podczas wojny została mianowana Widmem. W kącie sali, oparty o ścianę, stał jeszcze ktoś. Rzadko go widywali, ale nawet gdyby widywali częściej, to nie mieliby szans go zidentyfikować. Nie słyszeli nigdy o tak wyglądającej rasie. Miał dwie pary żółtych oczu i bardzo dziwny kształt głowy. Był dla nich zagadką. Rozmawiał z Jamesem Vegą, który podczas pobytu na Zayo był najbardziej towarzyskim członkiem załogi. To od niego słyszeli większość opowieści o działaniach fregaty. Zwykle działo się to w godzinach wieczornych, w najpopularniejszym pubie w okolicy. Historie były fascynujące i nieraz brakowało miejsca w knajpie, a ludzie zajmujący te ostatnie przekazywali ustnie treść do tych, którzy się nie zmieścili i stali przed barem, czekając, aż zwolni się jakiś stolik. Na przykład historia o misji na wspomnianym Rannochu, gdzie James własnoręcznie pokonał Żniwiarza, zdaniem niektórych nawet dwa. Liczba ta rosła wraz z odległością, na jaką opowieść się rozchodziła. Albo jak ocalił Radę Cytadeli od pewnej śmierci w wyniku zdrady radnego Udiny. Pościgi, strzelaniny, zdrady i wiele więcej. Miejscowi byli zachwyceni. Znali wspomniane wydarzenia z relacji mediów, ale widać było, że Vega naprawdę w nich uczestniczył. Jego opowieści były emocjonalne oraz pełne szczegółów i chociaż nie wszyscy wierzyli w każde słowo, to młode dziewczyny z okolicy patrzyły na opowiadającego maślanymi oczami.

*


Chwilę przed rozpoczęciem spotkania na salę weszli Liara z Jokerem. Garrus i Tali odetchnęli. Bardzo martwili się o pilota i jego sprawność bojową. Porucznik Moreau był najlepszym sternikiem Przymierza. Wyciągał ich z tarapatów takich, że nawet filmowy Blasto pomachałby ze zrezygnowaniem białą flagą. A kto widział filmy z Blasto, ten doskonale wie, że hanarskie Widmo nie odpuszczało z byle powodu.

Liara szczególnie pamiętała gorące i pełne lawy Therum. Tam poznała całą załogę. Uratowali ją przed gethami wysłanymi przez Sarena. Shepard wyciągnął ją z zawalającej się kopalni, a Joker był w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Zawsze był, ale teraz... Czy byłby w stanie?

Tali nie mogła zapomnieć o misji za przekaźnikiem Omega 4. Stracili tam Kasumi Goto - niesamowicie uzdolnioną złodziejkę. Ciekawe jest to, że mało kto słyszał o tej misji. Cerberus, który ją organizował i finansował, nie rozpowiadał o tym na prawo i lewo, a Przymierze przyjęło to do wiadomości, ale jako że załoga działała pomijając swoje pierwotne dowództwo, nie dość, że nie mogła dostać medali, to jeszcze miała zostać ukarana. Nie doszło do tego ze względu na wybuch wojny i ich wiedzę na temat Żniwiarzy. Tali doskonale jednak pamiętała, co się wtedy działo. Nie było miejsca, nie było czasu. Była za to zabójcza prędkość i szalone manewry. Sondy zbieraczy ostrzeliwały Normandię, ale Joker czynił cuda. Posadził fregatę prawie bez szwanku i został pierwszym pilotem w historii, który sprowadził swoją maszynę z powrotem przez przekaźnik Omega 4.
Jednak teraz wszyscy skoncentrowali myśli i wzrok na specjalistce Traynor, która stała przed nimi z datapadem w ręku i zaczęła podawać najnowsze wieści, przybierając niezwykle skupiony wyraz twarzy.

- Z pewnością wszyscy wiecie, że Normandia jest już w stanie gotowości. Adams sprawdził dziś jej stan i za jakieś dwie doby będziemy mogli ruszyć. Zrobimy jeszcze test obciążeniowy najistotniejszych układów jutro o ósmej po południu. Dlatego wszyscy muszą być na swoich stanowiskach.
- No, nareszcie. Ile czasu można się opierniczać i podrywać miejscowe dziewuszki - powiedziała Ashley, kierując spojrzenie w stronę Jamesa.
- No co? One nie narzekały - odpowiedział z szelmowskim uśmiechem Vega.

Kilka osób roześmiało się. Najgłośniej mechanik Donnelly.
- A teraz wiadomości. Naprawdę ważne i naprawdę dobre. Przekaźnik, z którego wylecieliśmy, jest już prawie naprawiony.
- Że co?! Jakim cudem?! - krzyknął z zachwytem Garrus. Po chwili skrzywił się, dotykając dłonią blizn na policzku.
- Może niech Handlarz Cieni nam powie - powiedziała Traynor, zwracając głowę w stronę Liary.
- Tak się złożyło, że Handlarz Cieni miał w pobliżu placówkę, która przed bitwą o Ziemię dostała pewne bardzo konkretne wskazówki - zaczęła asari - które dotyczyły magazynowania surowców potrzebnych do pracy z przekaźnikami.

- Skąd wiedziałaś, co będzie potrzebne? - spytała z uznaniem Tali.
- Jako Handlarz Cieni mam naprawdę obszerną bazę danych. Do tego dochodzą proteańskie nadajniki, które znajdowaliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Myślę, że przekaźnik powinien być niedługo całkiem sprawny. Był mocno zniszczony, więc nie spodziewajcie się, że będzie błyszczeć, ale swoją rolę powinien spełnić.
- Ale skąd wiedziałaś, że będziemy akurat przy tym przekaźniku? - spytał zaintrygowany Joker.
- Nie wiedziałam - odrzekła z rozbrajającą szczerością Liara - wysłałam ekipy do jak największej liczby przekaźników powiązanych z przekaźnikiem Charona. Fundusze Handlarza były naprawdę pokaźne. Mimo tego, trzeba było zrobić cięcia tu i tam, zlikwidować parę komórek, ale jakoś się udało.

- Szczwana bestia - powiedział ze swym szkockim akcentem Ken Donnelly.
- Czy to znaczy, że za kilka dni będziemy na Ziemi? - spytał radośnie siedzący do tej pory cicho James. Zaczęło mu się podobać na Zayo. Był chodzącą legendą. Podczas gdy inni próbowali nie rzucać się w oczy, on jeden starał się być jak najbardziej zauważalny. Imprezował, flirtował, łamał damskie serca, ale gdy usłyszał, że jest szansa powrotu na Ziemię, to coś w nim drgnęło.
- Niekoniecznie. Musimy być w zasięgu przekaźnika. Wtedy przeprowadzimy niezbędne pomiary i będziemy wiedzieć więcej. Niestety ani ja, ani Traynor nie mamy żadnych wieści z Ziemi... A wiecie, że aby bezpiecznie przelecieć do Układu Słonecznego, musimy mieć sprawne oba przekaźniki. Za przekaźnik Charona odpowiada mój przyjaciel, Feron. Nie mamy od niego żadnej wiadomości, ale muszę wierzyć, że udało mu się to, co udało się moim agentom tutaj. Skok przez przekaźnik w ciemno to nie najlepszy pomysł, ale nie mam z nim kontaktu. Podejmujemy wielkie ryzyko...

- Nie możemy ryzykować utraty Normandii i całej załogi - wtrącił Garrus. - Ktoś z nas powinien skoczyć przez przekaźnik Kodiakiem i... wrócić, o ile to będzie możliwe. Wtedy uzyskamy pewność. Zgłaszam się na ochotnika.
- Chyba sobie jaja robisz, Vakarian. Wy, turianie, jesteście nieźli w walce naziemnej, przyznaję, ale o lataniu wiecie tyle, co kot napłakał - skontrował James.
- Jaki kot? - dziwił się Garrus.
- To takie ziemskie powiedzenie - przerwała spór Traynor.

Zapadła cisza. Wszyscy rozumieli, co oznacza taka misja. Garrus miał tylko wiedzę teoretyczną o lataniu. Zdawali sobie sprawę, że się nie nadawał. Vega umiał sterować Kodiakiem, ale to nie ten poziom, co Cortez, a Steve Cortez został na Ziemi... Był wśród nich jeden pilot z prawdziwego zdarzenia. Najlepszy. I to on przerwał ciszę.
- Ja polecę.
- Joker. Jeśli coś ci się stanie, to Normandia straci pilota - powiedziała Tali.
- Czuję, że jeśli tego nie zrobię i tak straci.

Wszyscy spuścili głowy. Od chwili rozbicia się na Zayo Joker się staczał. W głębi duszy załoga czuła, że ta misja jest mu potrzebna i pozwoli Moreau wrócić na właściwe tory, ale była szalenie ryzykowna. Pilot jakby wyczuł ich obawy i dodał poważnie:
- Wychodziłem z gorszego gówna. Przecież wiecie.
Wiedzieli.

Tylko Javik, milczący w zaciemnionym kącie, pomyślał: "w moim cyklu, na takie misje nie wysyłało się schorowanych alkoholików. Te młode rasy wciąż mnie zadziwiają".

*


Nie mieli ani jednego meldunku z Ziemi. Komunikacja radiowa nie wystarczała na tak dużą odległość, a eksplozje przekaźników wywołały zakłócenia wszelkich innych form komunikacji. W niektórych miejscach poradzono już sobie z nimi, ale nie tu. Planeta, na której wylądowali, była jednak na tyle nieistotna, że Żniwiarze nie wysłali tu żadnych sił poza zwiadowcami, a i to tylko na samym początku wojny.

- I co się dzieje? - pytała mała, rudowłosa dziewczynka.
- Wychodzą! Bądźcie cicho. Zaraz coś powiedzą - uspokajała wszystkich Dorothy, nie mogąc powstrzymać własnego głosu przed łamaniem się.
Garrus wyszedł jako pierwszy. Schodząc ze schodów, odezwał się do licznej grupy gapiów:
- Dziękujemy za gościnę.
Spojrzenia zebranego tłumu powędrowały za kompanią. Ostatni z grupy zmierzającej w stronę doku - James Vega - dodał półgłosem:
- No i po urlopie.

Na twarzach załogi miejscowi widzieli zmianę. Mieli podniesione głowy, patrzyli na wprost i szli śmiało do przodu. Skoncentrowani. Na końcu ich drogi znów pojawił się cel. W tłumie zastanawiano się, co spowodowało tę zmianę.

To była nadzieja.

---------------------------------------------
Jakieś uwagi? Opinie? :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 29 lis 2013, 14:11

MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK III
FRANCJA


I


Lot przez Francję przebiegał bezproblemowo. Wrex opowiedział Samarze wszystko, czego dowiedział się od doktor Cole. Mimo tego, że oboje pracowali z komandorem Shepardem, to nigdy nie mieli okazji współpracować ze sobą. Samara pomagała komandorowi podczas misji w bazie zbieraczy - istot pracujących dla Żniwiarzy - którzy porywali całe ludzkie kolonie, aby tworzyć potężną broń - ludzkiego Żniwiarza. Ekipa, którą zgromadził Shepard, powstrzymała te plany. Kroganin w tamtym czasie był zajęty sprawami politycznymi na ojczystej planecie - Tuchance - gdzie zdołał przejąć władzę w klanie Urdnotów i uczynić z niego główną siłę zarówno polityczną, jak i militarną.

Wielu nie rozumiało postępowania swojego wodza. Starał się on jednoczyć klany w sposób dyplomatyczny, przy możliwie najmniejszym rozlewie krwi. Jego brat - Wreav - miał zupełnie inne podejście do sprawy i wszystko mogłoby się bardzo skomplikować, ale zginął na Tuchance podczas walk o rozprzestrzenienie leku na genofagium. Wrex, w przeciwieństwie do swojego brata, nie chciał zemsty. Rozumiał, że nadeszła pora, aby jego rasa pokazała, że potrafi być czymś więcej niż bezrozumnym narzędziem w rękach innych. W chwili obecnej jego myśli zajmowała jednak aktualna misja. Był zadowolony z posiadania w swoim oddziale potężnej biotyczki. Obserwował Samarę, która ze spokojem patrzyła na niewielki ekranik na ścianie bocznej promu, na którym migały newsy nadawane przez centralę w Londynie. Obieg wiadomości był coraz lepszy, ale wciąż na większości powierzchni Ziemi panowała radiowa cisza. Do łask wróciły stare metody komunikacji. Innej opcji na razie nie było. Satelity zostały strącone podczas pierwszych godzin inwazji na Ziemię, czyli już kilka miesięcy temu.

Wiadomości było coraz więcej. Ci, którzy spodziewali się rychłego końca wojny, srodze się zawodzili. Mnóstwo oddziałów Żniwiarzy wciąż wypełniało swoje zadania. Wywiad donosił, że ciężar dowodzenia brali na siebie grasanci, czyli genetycznie zmodyfikowani turianie. Dowództwo ziemskiej partyzantki ustaliło, że - przykładowo - oddziały Żniwiarzy z Wysp Brytyjskich nie współpracują z tymi, które działają we Francji. Stanowiły one bardzo silne, ale oddzielne komórki. Nie dysponowały niczym w rodzaju sztabu dowodzenia, nie miały jednej, wspólnej strategii. To sprawiało, że kwestią czasu wydawało się ich wyeliminowanie. Nie ulegało jednak wątpliwości, że jeszcze wielu żołnierzy straci przy tym życie.

Przez całą podróż oficer komunikacyjny plutonu próbował nawiązać łączność radiową z oddziałami sprzymierzonymi w okolicach Marsylii. Bez skutku. Wrex nakazał szukać miejsca do lądowania w pewnym oddaleniu od samego miasta. Wybór padł na małą wioskę na wschód od Martigues, kilka kilometrów na zachód od samego celu wyprawy. Mieli być gotowi na wszystko.
Pilot znalazł sporą połać płaskiego terenu przy samym brzegu morza Śródziemnego. Gdy oddział był kilka metrów nad ziemią, Wrex powtórzył rozkazy:

- Pluton drugi rozkłada obóz w najwyższym punkcie w okolicy. Macie go solidnie zamaskować! Musimy być przezorni. Wiem, że to ryzyko, ale jesteśmy kroganami! W wypadku utraty łączności, w drodze powrotnej będziemy kierować się właśnie na największe wzgórze. Lepiej żebyście tam byli... Żywi. Pluton pierwszy idzie za mną. Jeszcze wczoraj wieczorem myślałem, że paru z nas tu zginie, ale teraz mamy wsparcie całkiem niezłej biotyczki, więc może wszyscy zobaczycie jeszcze Tuchankę. Walczcie o to. Zabieramy jak najmniej sprzętu. Oszczędzać amunicję, bo dobrze wiecie, że nie mamy tu szans na uzupełnienia. Poza tym, musimy być jak najbardziej mobilni. Znajdujemy Lawson i wracamy. Łatwo, szybko i przyjemnie.

Zegar na monitorze wewnątrz Kodiaka wskazywał kilka minut po dwunastej. Słońce było w najwyższym punkcie swojej codziennej wędrówki. Prom zetknął się z ziemią i zgasił silniki. Drugi pluton podzielił się na dwie drużyny. Jedna zajęła się kamuflażem Kodiaka, druga wzięła ze sobą jak największą ilość sprzętu i ruszyła w kierunku wschodnim na wzgórze, które wydawało się tym najwyższym.

Pluton pierwszy, wraz ze swym dowódcą oraz Samarą, odpalił staroświeckie radio i nawoływał Lawson.
- Tu krogańskie oddziały sprzymierzone. Jeśli ktoś jest na tej częstotliwości, odezwijcie się.

Asari dzierżyła w ręku datapad, który dostała od Wrexa. Miała go pilnować jak oka w głowie. "Jak zrobi się gorąco, to my pójdziemy przodem. Strzeż tych danych. Doktor Cole mówi, że są tu informacje niezbędne do tego, żeby Lawson połapała się, o co chodzi".

Po kilku minutach nawoływań w radiu zaszumiło i oficer komunikacyjny usłyszał słowa:
- Tu Jason Prangley z oddziału Mirandy Lawson. Słyszę was! Ha! Niesamowite. To gówno działa! Jesteście tu, żeby nam pomóc? Dotarliście w samą porę!

Wrex, słysząc odpowiedź, podszedł do radia:
- Prangley, mówi Urdnot Wrex, dowódca krogan. Podaj swoją pozycję i powiedz, czy jest z tobą Lawson.
- Eeee, tak jest. To znaczy nie ma, ale niedługo powinna być. Wyszła do ostatniego statku przetwórni w okolicy poszukać jakichś danych wywiadowczych, bo nikogo żywego w żadnym z tych okropieństw nie znaleźliśmy. My jesteśmy w opuszczonym kościele na przedmieściach. Wystrzelić flarę? Szybciej nas zlokalizujecie.

Wrex już chciał odpowiedzieć pozytywnie, ale Samara położyła dłoń na jego ramieniu, szepcząc:
- To zdradzi ich lokalizację wrogom.
Kroganin skrzywił się. Nie mamy czasu - pomyślał z frustracją.
- Natknęliście się na Żniwiarzy w okolicy? Znają waszą lokalizację?
- Są w różnych miejscach miasta - powiedział Prangley - i to sporo ich. Nas było tu piętnaście osób. Straciliśmy siedem... Ale nie wiedzą, gdzie dokładnie jesteśmy.

Wrex zamyślił się. Spojrzał na Samarę. Nie zmieniała wyrazu twarzy. Wciąż spokojna i opanowana. On był dowódcą, więc czekała na jego decyzję. Gdy egzekutorka rusza z kimś na misję, obiecuje sobie w duszy wykonać jakikolwiek jego rozkaz. Składa przysięgę przed samą sobą. Nieważne, jak sama ocenia konkretne polecenie. Z tej przyczyny nie zamierzała podważać żadnej decyzji Wrexa.

- Wystrzel flarę, Prangley. Jesteśmy jakąś godzinę drogi od miasta. Postaramy się dotrzeć jak najszybciej. Utrzymajcie się do tego czasu.
- W porządku.

Po chwili, w odległości kilku kilometrów, zobaczyli jaskrawo czerwoną flarę wzbijającą się w powietrze. Cholera, dalej niż myślałem - pomyślał Wrex.

Samara wyczuła jego rozczarowanie. Nachyliła się nad radiem, mówiąc ze spokojem:
- Jesteśmy w drodze. Lepszej pomocy nie mogliście żądać.

II


Korytarz był wąski i ciemny. Jego bokami, przy samej ścianie, spływała strumykiem ciecz. Z pewnością nie była to woda. Pod sufitem bujała się na kablu mała żaróweczka, migocząc bladym światłem. Pod nią stało dwóch kanibali. Nagle rozbłysło światło, zagrzmiało. Żaróweczka pękła.

Ciśnięcie detonowane odkształceniem. Zawsze działa - pomyślała brunetka w obcisłym stroju, przechodząc obok zwłok swoich ofiar.

Przeszła do końca korytarza. Dojrzała tam konsolę, która - jak sądziła - otworzy statek przetwórnię. Ostatni w okolicy. Było ich siedem. W czterech znaleziono jedynie ludzkie szczątki. Kilku ludzi z oddziału nie wytrzymywało tych okropieństw - wymiotowali, chcieli jak najszybciej wyjść, ale ona to już widziała. Widziała gorsze rzeczy. W ostatnich dwóch statkach znaleziono coś więcej. Kanibale, zombie. Nie spodziewali się tego. Straciła kilku ludzi, a rannych wysłała pod dowództwem Prangleya do kościoła, w którym założyli prowizoryczną bazę. Tam mieli czekać na jej powrót z ostatniej przetwórni. Czuła się winna. Nie chciała tracić nikogo więcej, więc poszła sama. Jak dotąd, radziła sobie świetnie.

Konsola zadziałała dokładnie tak, jak poprzednie. Kobieta wprowadziła komendę, którą przechwycili od grasanta przy pierwszym z celów. Poskutkowało i drzwi powoli rozsuwały się. Wykorzystała ten moment, by wyjąć pistolet i przygotować kolejne biotyczne ciśnięcie. Odczekała chwilę. Drzwi były otwarte od kilku sekund, ale ze środka nic nie wybiegło. Rozluźniła się. Pewnie same trupy - pomyślała.

Zrobiła kilka kroków naprzód, wchodząc do wnętrza. Statki przetwórnie nie były duże. Były funkcjonalne. Zwykle składały się z kilkunastu cel, w których składowano "surowiec" - ludzi. Do jednej upychano zwykle ponad sto osób. Ten statek był mniejszy, miał zaledwie trzy cele.

Przeszła obok pierwszej, przysłaniając usta i nos dłonią. Smród był nie do zniesienia. Ci ludzie byli już po "przeróbce", ale przed wprowadzeniem implantów. Leżeli w bezładnej zbieraninie ciał i poszarpanych ubrań. Drugie pomieszczenie było puste. Opróżnione cele znaczyły zwykle, że ci więźniowie zostali uznani za osobniki o "korzystnym" DNA. W ostatnich dniach okazało się, że tacy ludzie byli transportowani na orbitę Ziemi, na Cytadelę. Nie wiadomo było po co, ale ona się domyślała.

Miranda Lawson, były oficer Cerberusa, została wysłana na tę misję z dwóch powodów. Obu była świadoma. Powód pierwszy był taki, że misja była tajna, a wielu głównodowodzących wciąż myślało, że ona, jako wysoko postawiony członek organizacji przestępczej - Cerberusa - nie powinna być identyfikowana z oficjalnymi działaniami Przymierza. Nikt nie spodziewał się cudów. Jeszcze nigdy nie znaleziono nikogo żywego w przetwórniach na Ziemi. Turianie podobno odbili kilka na Palavenie na czas ratując przynajmniej ułamek niedoszłych ofiar. Powód drugi: nikt nie nadawał się na tę misje bardziej od niej. Jej współpraca z komandorem Shepardem była faktem znanym wysoko postawionym generałom. Mimo niechęci, którą względem niej okazywali, trudno było im ukryć wielki szacunek do jej umiejętności i dokonań.

Nagle poczuła drżenie w okolicy biodra. Usłyszała chropowaty dźwięk staroświeckiego odbiornika, który przytwierdziła sobie do paska. Do tej pory wyklinała tylko jego wagę, teraz bała się, że wróg, jeśli jest w pobliżu, bez problemu ją wykryje.
- Miranda Lawson. Odezwij się! Lawson!

Głos brzmiał znajomo. Zamierzała właśnie udzielić odpowiedzi, kiedy nagle, kilka metrów od niej, z trzeciej celi wychyliła się młoda dziewczyna. Jej oczy wyrażały strach. Sama była przeraźliwie chuda i brudna. Wyciągnęła rękę, tracąc równowagę, ale Miranda zdążyła ją złapać, wykazując się nadludzkim refleksem. Wtedy, kątem oka, zobaczyła wnętrze trzeciej celi, w której przebywało pięcioro ludzi. Żywych ludzi! Mężczyzna i kobieta w podeszłym wieku trzymali się za ręce, opierając się o ścianę. Dwóch młodych mężczyzn patrzyło ze zdumieniem w stronę Mirandy. Widać było, że nie spodziewali się ratunku. W rogu sali leżała kolejna kobieta. Nie poruszała się. Lawson podeszła szybkim krokiem, przyklękając przyłożyła palce do jej szyi. Tętnica nie pulsowała... Czworo żywych ludzi, razem z młodą piątka - poprawiła się w myślach.

- Od kiedy was tu trzymają? - zapytała.
Dziewczyna, która do niej wyszła, miała najwięcej sił zarówno fizycznych, jak i umysłowych.
- Radio. Odpowiedz. Niech nam pomogą...

Ach, tak. Radio! Miranda klepnęła się dłonią w czoło. Ideał? Ta, jasne - pomyślała.
- Tu Miranda Lawson. Jestem w statku przetwórni przy stadionie. Znalazłam pięcioro ocalałych. Powtarzam, pięcioro ocalałych! - Na dźwięk własnych słów Miranda uśmiechnęła się sama do siebie.
Po chwili z radia dobiegł ten sam kobiecy głos, co chwilę przedtem.
- Miranda! Właśnie cię szukamy. Stadion, mówisz... Prangley powiedział nam, gdzie poszłaś. Wrex idzie po ciebie z kilkoma kroganami. Powinni niedługo być.

Lawson poznała ten głos. Samara. Znały się z czasów wspólnej pracy dla Cerberusa, a może raczej dla Sheparda, bo tak powiedziałaby biotyczka asari.
- Co z Prangleyem i resztą?
- Trzymają się. Jestem z nimi. Pomagam, jak mogę, osłony biotyczne i te sprawy, ale wzmacnia się napór wroga. Wrex pomoże ci wycofać się do nas, a potem przebijamy się do promu.
- Ale jakim cudem tu w ogóle jesteście? Mieliśmy się skontaktować z dowództwem dopiero jak znajdziemy kogoś żywego. Dopiero teraz się udało - zdziwiła się Miranda.
- My tu jesteśmy po ciebie, a nie po nich. Mamy informacje od Brynn Cole. O Shepardzie, ale to długa historia. Nie mamy czasu. Przyszykuj ocalałych do drogi. Wrex będzie u ciebie lada chwila.

III


Pięciu krogan szło przez ruiny opustoszałego miasta w zdyscyplinowanej, zwartej formacji, zajmując kolejno pozycje za osłonami. Prangley wskazał im na mapie stadion, na którym przed wojną ludzie grali w jakąś dyscyplinę sportową. Jedyne sporty, jakie praktykowali kroganie to wyścigi varrenów i strzelanie do pyjaków. Aktywności fizyczne, w których nikomu nie ubywało krwi, uważali za bezsensowne. Stadion mieli już w zasięgu wzroku. Dzieliło ich od niego pięćdziesiąt metrów.

- Banshee na drugiej! - krzyknął jeden z nich.

Spojrzeli. Po chwili widzieli dwie. Banshee - zmutowane asari. Potężne i nieprzewidywalne. Za pomocą biotyki potrafiły przeskakiwać po kilkanaście metrów, co samo z siebie czyniło je trudnym przeciwnikiem. Do tego były po prostu piekielnie silne. Czemu akurat Banshee?! Wrex żałował, ze zostawił Samarę z Prangleyem i resztą ocalałych. Przydałaby się teraz, ale pewnie i tam miała kupę roboty. Flara na pewno ściągnęła wroga. Musimy załatwić te dwie i iść dalej. To już blisko.

Wykonał kilka szybkich gestów. Kroganie posłusznie rozproszyli się w mgnieniu oka. Szukali osłon, by uniknąć biotycznych uderzeń przeciwnika. Wrex miał pewne umiejętności biotyczne, ale nie mogły się one równać ze zmutowaną asari, której potencjał był jeszcze wzmocniony przez implanty. Postanowił odpuścić sobie rzucanie zastoju. Nie zadziałałby. Zamiast tego wzmocnił swoją barierę i ruszył na jedną z napastniczek, biegnąc półkolem. W ten sposób skupił jej uwagę na sobie, a dwóch jego podwładnych ostrzeliwało ją bezlitośnie od strony pleców. Pozostała dwójka grała na czas z drugą z nich. Naprzemiennie otwierali ogień, cofając się za kolejne zasłony. Tym sposobem odciągali ją w drugą uliczkę.

Wrex rzucił się za stertę gruzu, która kiedyś była bramką wejściową na stadion. Banshee, której uwagę odwrócił, była już wyczerpana. Widział to, ale musiał zabić ją szybciej, bo jego dwaj towarzysze mogli nie mieć już czasu na zabawianie drugiej z nich. Wyskoczył zza zasłony i z wielkim impetem runął w stronę wroga, otwierając ogień ze swojej strzelby. Uwielbiał tę broń, wiedział jak z niej korzystać. Dostał od Banshee potężny cios biotyczny, ale pokonał ból i nie przestał strzelać. Nie padła od razu. Wrex stracił z oczu dwóch swoich żołnierzy, którzy zniknęli gdzieś w drugiej uliczce. Ogień trzech strzelb skupiony na wrogu przyniósł efekt kilka sekund później. Banshee eksplodowała biotyką po raz ostatni. Kroganie, bez chwili zwłoki, zaczęli biec za róg ulicy, gdzie dwóch ich towarzyszy walczyło z drugą z nich. Byli za daleko, ale po chwili usłyszeli głośny huk. Biotyczne uderzenie wytrąciło Banshee z równowagi. Dwóch przygwożdżonych przez nią krogan wykorzystało moment, wskoczyło za ruiny muru i otworzyło do niej ogień. Z drugiej strony nacierał Wrex z pozostałą dwójką. W takim ogniu krzyżowym nie przetrwałby nikt. Banshee padła. Kroganie nie byli ranni. Parę zadrapań nie było w stanie ich złamać. Wrex spojrzał w stronę wejścia na stadion. Biotyczne uderzenie było dziełem Mirandy, która stała w wejściu, wyprostowana i pewna siebie. Za nią jednak dostrzegli pięcioro ludzi. Nie wyglądali dobrze.

- Co to za ludzie, Lawson? - mruknął Wrex.
- Ocaleni ze statku przetwórni.
- Zostaw ich. Mieliśmy wziąć tylko ciebie i twoją drużynę, jeśli będzie okazja.
- Spełniłam swoją misję. Ty spełnisz swoją tylko pod warunkiem, że pomożesz też im - postawiła sprawę jasno.
- Umiem liczyć. Jest ich piątka. Nas też. Z człowiekiem na plecach raczej kiepsko się strzela.
- Dwoje z nich może chodzić, więc dwóch z was będzie miało wolne ręce. Ja postawie osłonę biotyczną. Powinno się udać... - jej głos jakby stracił stanowczość - dojść do kościoła...
- Oby było warto - powiedział Wrex, każąc trzem swoim żołnierzom pomóc osłabionym ludziom. Pozostała dwójka krogan wymieniła pochłaniacze ciepła.

IV


Samara nie miała czasu na myślenie. Pół godziny po wyjściu Wrexa musiała stawiać w pełni szczelną osłonę biotyczną. Atakowały ich grupy kanibali dowodzonych przez kilku grasantów. Oddział Lawson, choć zdziesiątkowany, był zaprawiony w boju. Strzelali celnie. Jason Prangley wzmacniał osłonę asari swoją biotyką. Samara dowiedziała się, że jest on jednym z uczniów Jack, jej towarzyszki z czasów pracy dla Sheparda. Jeśli Jack go uczyła, to musi znać naprawdę dużo biotycznych sztuczek. Niecenzuralnych słów również.

Mijała trzecia godzina. Po drugiej stronie placu, który oddzielał kościół od reszty zabudowań, dojrzeli osłonę biotyczną, a w niej postacie kilku krogan i ludzi. Siły Żniwiarzy zostały wzięte w kleszcze. Dowodzący grasanci musieli spodziewać się, że idzie potężne wsparcie dla okrążonych w kościele. Wycofali się. Nie mogli wiedzieć, że pod błękitnym bąblem osłony znajduje się zaledwie pięciu krogan z kończącą się amunicją i kilkoro ludzi na skraju śmierci.

- To oni! - krzyknął Prangley.
- Szykujcie się do wymarszu. Już! Nie mamy dużo czasu - utemperowała jego entuzjazm Samara. Czworo ocalałych ludzi z oddziału zabrało się za pakowanie nielicznego sprzętu, który ze sobą mieli.

Grupa z Wrexem i Mirandą dotarła do kościoła. Na twarzach wszystkich zagościły na chwilę uśmiechy. Na linii zabudowań za placem oddzielającym kościół od ruin dostrzegali coraz więcej sylwetek Żniwiarzy. Kanibale, grasanci, zombie. Banshee.
- Będą szturmować - powiedział Wrex, wymieniając pochłaniacz ciepła w swojej strzelbie.

Ocalali ludzie z oddziału Mirandy przejęli rannych ze statku przetwórni i wrzucili ich do auta osobowego, które Prangley zdołał uruchomić. Do środka mogło wejść siedem osób. Ludzi. Kroganie, z oczywistych względów, nie pomieściliby się.
- Pięcioro rannych, Lawson i asari. Do pojazdu - wydał komendę Wrex.
- A co z wami? - spytała Miranda.
- To o ciebie tu chodzi. Możesz ocalić Sheparda. Wszyscy jesteśmy mu to dłużni. Samara da ci datapad z informacjami, które mają ci pomóc go ocalić. To dane doktor Cole. Nie pytaj o nic, nie teraz. Ruszajcie. Samara wie dokąd. Postaramy się dołączyć, ale jeśli w ciągu godziny nas nie będzie, to macie ruszać, nie zważając na nic.

Miranda kiwnęła głową, akceptując rozkaz.
- Prangley, poradzisz sobie?
- Zniszczę ich - odparł zdecydowanie.

Odpalili pojazd. Ruszyli w stronę najwyższego wzgórza w okolicy. W ruinach kościoła zostało pięciu krogan oraz Prangley ze swoją kilkuosobową drużyną. Zaraz miał zacząć się szturm.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 29 lis 2013, 14:16

MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK IV
SZTURM NA KOŚCIÓŁ


I


Była ich dziesiątka: Wrex, wraz z czwórką swoich podkomendnych oraz Prangley z czterema towarzyszami. Znajdowali się w zrujnowanym kościele, który przed wojną musiał być remontowany. Dowodem na to były rusztowania umieszczone w kilku miejscach. Wrex nie pytał Prangleya, co to za miejsce. Na Tuchance również były przeróżne kulty, w większości dawno zapomniane, ale to na co patrzył było zupełnie inne. Bardzo wzniosłe i piękne, chociaż podziurawione kulami posągi, wciąż stały dumnie. Uniósł głowę w stronę centralnego miejsca budowli i ujrzał tam mężczyznę z rękoma i nogami przybitymi do krzyża. Pewnie jakiś zbrodniarz - pomyślał Wrex - tylko dlaczego to on jest centralnym punktem tego kultu?

- To Jezus Chrystus. - Prangley zobaczył zaciekawienie kompana.

Inni kroganie zajmowali się budową skromnych fortyfikacji oraz przygotowywali wąskie przejście, które miało służyć jako droga ucieczki, natomiast drużyna Lawson rozstawiała miny i sprzęt, jakiego wódz Urdnotów do tej pory nie widział. Chwilowo zaciekawiła go jednak sprawa człowieka na krzyżu.

- Kim był ten Chrystus? - zapytał, siadając w pierwszej ławie od ołtarza i wodząc wzrokiem po wyrzeźbionej z drewna postaci.
- Nie jestem katolikiem. Nie wierzę w to, co tu widzisz, więc nie jestem najlepszym źródłem informacji - odparł uczeń Jack.

Jeden z członków jego drużyny usłyszał tę rozmowę i podszedł do mężczyzn. Na jego obtartym pancerzu błyszczał łańcuszek z wizerunkiem dokładnie tego samego mężczyzny. Żołnierz chwycił mały krzyżyk w dłoń i powiedział:
- To człowiek, ale i syn boży. Umarł na krzyżu za nasze grzechy, żebyśmy po śmierci mogli wstąpić do nieba i spocząć u jego boku. To najbardziej rozprzestrzeniona religia wśród ludzi. Ja również ją wyznaję - powiedział z pewną dozą wyższości.
- Co wam daje ta wiara? - spytał Wrex, opierając się wygodniej.
- Każdemu co innego. Moja matka prosi Pana, aby dał przeżyć wojnę mi i mojej siostrze. Ojciec zawsze modlił się o dobre żniwa na naszym polu. Moja siostra, pięciolatka, pewnie modli się o cukierki. - Uśmiechnął się, lecz po chwili spoważniał, mówiąc zdecydowanie: - Ja jestem żołnierzem i potrzebuję siły do walki, do przeżycia. Bóg mi to daje, kiedy go o to poproszę - powiedział nieznajomy.
- Jak się nazywasz i co tu robisz żołnierzu? Słyszałem, że wasz oddział to sami ochotnicy - spytał zaciekawiony Wrex.
- Kapral Michael Young. Masz rację, zgłosiłem się na ochotnika do oddziału Lawson. Wcześniej walczyłem w brytyjskiej partyzantce. A co robię? Walczyłem, ale teraz chyba przyszła pora po prostu godnie umrzeć. - Ostatnie słowa wypowiedział patrząc w stronę placu przez który niedługo miały przebiec setki stworów Żniwiarzy w jednym tylko celu - aby ich zabić. Już mogli dojrzeć dziesiątki, a może i setki.

Wciąż mieli kilka chwil. Wbrew pozorom, wróg wcale nie był bezmyślny. Odwlekanie ataku świadczyło o tym, że szykują jakąś taktykę. Pozycja obrońców była dobra, co nieznacznie poprawiało ich nastrój. Kościół był ze strony wschodniej i zachodniej otoczony niemożliwymi do przebycia ruinami. Aby je okrążyć, trzeba było przejść kilka przecznic dalej, co na pewno zajęłoby mnóstwo czasu. Na południe wiodła droga, którą ruszyło auto z Mirandą, Samarą i pozostałymi. Ci, którzy zostali na miejscu, mieli za zadanie jak najbardziej opóźnić wroga, zadać jak największe straty, a następnie wycofać się. Atak musiał nastąpić z północy. To ułatwiało zaplanowanie defensywy. Przewaga Żniwiarzy była jednak większa niż sto do jednego.

- I ten Chrystus, człowiek którego czcicie, umarł w ten sposób? Jak pospolity bandyta? - kontynuował temat Wrex.
- Tak go potraktowano, ale trzeciego dnia zmartwychwstał i przyszedł do swoich uczniów, aby...

Kilku krogan burknęło, przerywając mu w pół zdania. Jeden z nich krzyknął:
- Co za bujda! Może ten wasz Krystus był kroganinem, ale po prostu nie zauważyliście! Miał dwa serca i jedno padło, a po trzech dniach sam zorientował się, że ma jeszcze drugie!

Wojownicy z Tuchanki potraktowali słowa towarzysza jak dobry żart. Śmiali się.
- Raczej ktoś by zauważył coś takiego - odparł zgaszony Young, dodając: - A na Tuchance w nic nie wierzycie?

Wrex podniósł się z ławy i wyciągnął zza pleców strzelbę, mówiąc:
- Nasza rasa od zawsze wierzyła w siłę. Starożytni kroganie wyznawali różne religie, ale niewiele dobrego im to przyniosło. I tak skończyli w gruzach atomowej wojny. Potem było genofagium. Nie wierzyliśmy w nic... - Wrex zamyślił się. - A teraz musimy zastosować nasz sposób, a nie twój, Young. Ten facet z krzyża ci nie pomoże. Może to zrobić duży zapas amunicji i celne oko. Obyś miał jedno i drugie.

Jeden z krogan powiedział:
- A czy ten Krystus miał jakieś umiejętności, które zrobiłyby na nas wrażenie? Rozwalał ludzi w jakiś spektakularny sposób? Albo pokonywał na pięści większych od siebie?
- Zamieniał wodę w wino - odpowiedział z uśmiechem Prangley.
Kroganie znów parsknęli śmiechem.

Young zamilkł. Odszedł powolnym krokiem w stronę kolegów rozstawiających ostatnie miny. Prangley dostrzegł, że kapral schował wisiorek za pancerz.

II


Jechali zaledwie trzydzieści minut. Auto było naprawdę szybkie, a Miranda wiedziała, jak je obsługiwać. "Najwyższe wzgórze w okolicy" - tam się kierowali. Po dojechaniu na miejsce, zamiast euforii, poczuli rozczarowanie. Nie widzieli krogan. Na wzgórzu było tylko kilka skrzyń z zaopatrzeniem oraz dwa prowizoryczne namioty. Jasnym stało się, że obóz nie był gotowy, coś musiało odciągnąć uwagę żołnierzy. Nie było jednak śladów walki. Ranni cywile, ocaleni ze statku przetwórni, zaczęli szlochać. Otrzymali od losu nadzieję na uniknięcie śmierci, ale teraz wybawienie oddaliło się ponownie.

- Gdzie oni są do jasnej cholery!? Przecież mieli tu być - powiedziała Miranda.
- Spokojnie, muszą być w pobliżu - odrzekła Samara, rozglądając się po okolicy.

Lawson po cichu zaklęła, przybierając przy tym grymas twarzy, który nawet w Samarze wzbudził niepokój. Asari, w przeciwieństwie do uratowanych przez Lawson ludzi, nie spanikowała i zaczęła badać ślady w obozie. Dostrzegła odciski butów kilku krogan, którzy zeszli ze wzgórza tą samą drogą, którą na nie weszli. To oznaczało, że musieli wycofać się do promu. Wyglądało na to, że się spieszyli.

- Mirando, musimy zejść tą ścieżką. Tam wylądował nasz prom, a ja wiem, gdzie to jest. Gdyby już go odpalili, to z pewnością byśmy to zobaczyły - zarekomendowała Samara.
- Cholera. Paliwo nam się kończy. Lepiej, żeby tam byli... Czy to daleko? - spytała Lawson.
- Nie, tylko kilka minut.

Cała grupa z powrotem wsiadła do auta i ruszyła w miejsce lądowania Kodiaka. Droga faktycznie nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Wydłużyła się nieco wskutek manewrów, które musiała stosować Miranda, aby wymijać pozostawione przed wojną auta. Na miejscu był krogański pluton, który starał się nawiązać łączność z kościołem przez radio. Zupełnie bezskutecznie. Dookoła było pełno ciał kanibali i grasantów.

Od razu po wyjściu z auta, Miranda ruszyła z pretensjami:
- Co wy sobie wyobrażacie?! Mieliście być na tym wzgórzu. Dlaczego zlekceważyliście roz... - Nie dokończyła. Dostrzegła rządek ciał, w którym leżało siedmiu martwych krogan.

Jeden z żołnierzy podszedł do Lawson i próbował się tłumaczyć. Okazało się, że drużyna szykująca kamuflaż została namierzona przez oddział Żniwiarzy - kilku grasantów ze swoimi kanibalami. Pluton ze wzgórza słyszał odgłosy walki i ruszył, by wspomóc towarzyszy. Wybili wszystkich wrogów do nogi, ale cały pluton "kamuflujący" został unicestwiony. Ostatni z towarzyszy wykrwawił się kilka minut przed przybyciem asari i Lawson. Członkowie oddziału przybyłego ze wzgórza postanowili nie rozdzielać się, tylko bronić Kodiaka i próbować nawiązać łączność. Utrzymanie obu miejsc uznali za nierealne.

- Dobrze zrobiliście - wtrąciła się asari. - Bez promu nie mielibyśmy szans na ucieczkę.

Miranda w duszy przyznała jej rację. Przyłożyła dłoń do czoła, jakby mierzyła sobie gorączkę. Wyjaśniła sytuację oddziałowi krogan i powiedziała:
- Jesteście gotowi do drogi? Jeśli jeszcze nie ma oddziału Wrexa, to znaczy, że mają problemy. Musimy im pomóc.
- Wrex mówił, żebyśmy ruszali bez niego - zauważyła Samara. - On jest moim dowódcą na tej misji i jego rozkazy wykonuję.
- Nie bądź głupia. Olej te rozkazy i potraktuj go jak przyjaciela. On by po ciebie wrócił. Shepard też by wrócił, choćbyś go błagała, żeby tego nie robił. Ja się tego nauczyłam, kiedy walczyliśmy ze zbieraczami. On mnie tego nauczył. Celem tej misji nie jest ocalenie mnie, czy Wrexa. Jest nim uratowanie Sheparda. Pomyśl, co on by powiedział, gdyby się dowiedział, że zostawiłyśmy tak przyjaciela?

Asari jakby straciła wewnętrzny spokój. Zaczęła intensywnie myśleć, ile razy komandor Shepard ratował swoich przyjaciół od śmierci? Jak uratował ją. Przypomniała jej się sytuacja z klasztoru Ardat - Yakshi, gdzie chciała popełnić samobójstwo. Przystawiła sobie pistolet do głowy, ale Shepard nie pozwolił na oddanie strzału. Wbrew jej woli, ale teraz była mu wdzięczna. Życie przyjaciół było dla niego najważniejsze, ale jeśli Samara zlekceważyłaby rozkaz Wrexa, złamałaby kodeks egzekutorki. Rozkaz to rozkaz i trzeba go wykonać. Zaczęła to tłumaczyć Mirandzie, która była coraz bardziej zirytowana.

- Kodeks? Słuchaj, pamiętam twoją przysięgę złożoną Shepardowi podczas naszej wizyty na Ilium. Pomógł ci rozprawić się z Morinth, a ty obiecałaś wypełniać jego rozkazy. Czy Wrexowi też złożyłaś tak uroczystą przysięgę?
- Nie... Samego złożenia przysięgi nie było, bo nie mieliśmy czasu. Po prostu jestem pod jego dowództwem.
- Więc nawet według kodeksu twoim dowódcą wciąż jest Shepard, tak? - spytała Miranda, przysuwając się kilka kroków bliżej i czując, że zyskuje przewagę w rozmowie.
- Przysięga jest ważna tylko na czas wspólnej misji. Pokonaliśmy zbieraczy...
- Ale nie Żniwiarzy - przerwała Miranda, podnosząc głos. - To właśnie jest misja Sheparda, a o ile się nie mylę, to dziś sama zdążyłaś już zabić kilku. Ta misja dalej trwa!

Asari rozważyła słowa Lawson i doszła do wniosku, że to prawda. Shepard żył, od kilku lat walczył ze Żniwiarzami, a zbieracze byli tylko elementem tej wojny.
- Tak - powiedziała z zaskoczeniem w głosie. - Masz rację, Mirando. Lećmy po Wrexa. Chcę żebyś wiedziała, że to nie jest tak, że byłam gotowa poświęcić go, ale mój kodeks...
- Samaro, niektórzy poświęcili w tej wojnie znacznie więcej niż kodeks. Przemyśl to.

Kroganie przysłuchiwali się rozmowie i nie ukrywali zachwytu, kiedy dostali rozkaz szykowania się do lotu w stronę atakowanego kościoła. Rozległy się radosne warknięcia. Kilku z nich praktykowało nowy zwyczaj i przybijało sobie piątki. Nauczyli się tego podczas walk u boku ludzi w Wielkiej Brytanii.

III


W podziurawionej pociskami wieży kościoła usadowiło się dwóch żołnierzy wyposażonych w karabiny snajperskie. Mieli wykończyć jak największą liczbę wrogów, po czym zmienić broń na "szturmówki" i przyłączyć się do walki na dole. Pozostali obrońcy skupili się za złożoną z kościelnych ław barykadą. Świątynia nie miała już drzwi, więc przez dziurę mogli dostrzec, że Żniwiarze ruszyli. Najpierw zombie i kanibale.

- Snajperzy, walić ile wlezie! - krzyknął Wrex. - Reszta czeka aż wejdą do kościoła i nadzieją się na nasze miny! Potem urządzimy im... - zastanawiał się, jak skończyć.

- Piekło! - krzyknął Young. Stróżki potu ściekały mu po skroniach, a ręce delikatnie drżały, gdy wyciągnął swój wisiorek. Wrex zobaczył, że kapral wykonał nim kilka gestów, przykładając do głowy oraz obu ramion, po czym pocałował i ponownie wrzucił za pancerz. Kroganin był zaintrygowany, ale nie miał już czasu na zadawanie pytań. Usłyszeli pierwsze strzały, które oddawali snajperzy z dzwonnicy.

Wszyscy byli wyjadaczami i uczestniczyli w niejednej bitwie, więc realizowali taktykę z wyrachowaniem. Około połowa pierwszej fali padła pod ogniem snajperskim. Reszta wbiegła z rykiem do świątyni. Prosto na miny. Po chwili nastąpił wybuch, zaraz potem drugi i trzeci. Dźwięki rzezi docierały do uszu obrońców, a posadzka kościoła robiła się czerwona od krwi. Oszołomionych wrogów, którzy przeżyli eksplozje, dobijali pojedynczymi strzałami. Nie mogli marnować amunicji. Druga fala kanibali i zombie, tym razem prowadzonych przez grasantów, już biegła przez plac. Snajperzy nie nadążali z wymianą pochłaniaczy ciepła. Strzelali celnie, ale wrogów było zbyt wielu. Nagle jeden z nich skupił wzrok, spojrzał w lunetę i krzyknął z przerażeniem.

- Brutale! Trzy brutale ruszają do szturmu!

Oddział prowadzony przez Prangleya nie walczył jeszcze z brutalem, a przecież nadciągały aż trzy. Ludzie zwrócili głowy w kierunku krogan, jakby chcąc odnaleźć w ich oczach otuchę, z której będą mogli czerpać siły do walki, ale kroganie w tej chwili nie różnili się od nich. Mierzyli się już z brutalami, ale nawet w walce z jednym ponosili ogromne straty. Poza tym, byli to przetworzeni członkowie ich rasy. Przed kim mieli czuć respekt, jeśli nie przed ulepszonymi kroganami? Wrex wyczuł upadające morale i wiedział, że nie obronią tego miejsca. Zastanawiał się, czy dali już reszcie wystarczająco dużo czasu na dotarcie do promu. Można się już wycofać? - zastanawiał się w duszy. Chwilę potem kątem oka dostrzegł, że jeden z ludzi Prangleya dostał w głowę. Umarł na miejscu.

Nagle usłyszeli potężny wybuch w dzwonnicy. Przysięgliby, że zatrzęsła się od niego ziemia. Wieża runęła dokładnie przed głównym wejściem do świątyni. Jeden ze snajperów, przygnieciony przez wielką płytę z marmuru, wciąż żył, widzieli go, ale nie byli w stanie pomóc. Po chwili dopadł do niego jeden z grasantów i strzelił trzykrotnie w głowę.

- Prangley! - krzyknął Wrex. - Wycofujcie się natychmiast, ty i twoi ludzie. My ich zatrzymamy.

Jason Prangley, potężny biotyk, kiwnął głową przecząco i zdjął z szyi łańcuszek z metalową blaszką, po czym chwycił ją w dłoń i rzucił kroganinowi. Ten złapał ją w ściśniętą pięść.
- Ja zostanę. Te ładunki, które rozkładaliśmy przed szturmem są potężne. Zdetonuję je. Weź ten nieśmiertelnik i oddaj Jack, jeśli się na nią natkniesz.

Wrex otworzył pięść i ujrzał blaszkę z napisem "J.Prangley". Kroganie nie mieli podobnych tradycji, ale Wrex nie raz widział, że te blaszki są dla ludzi równie ważne, a może nawet ważniejsze, jak ich broń. Karabin i pancerz można było wymienić, ale z tym drobiazgiem rozstawali się tylko w momencie śmierci. Nie mógł się na to zgodzić.
- My tu zostaniemy i zdetonujemy te ładunki! Spieprzaj stąd! - władczym tonem krzyknął Wrex.

Brutale byli coraz bliżej. Obrońcy pruli z karabinów do wszystkiego, co się rusza. Nie celowali już, nie musieli, bo cała chmara wszelakich stworów sunęła na nich ławą.
- Nie dacie rady nic z tym zrobić. Te ładunki zareagują tylko na potężną dawkę biotyki. Wiem, że posiadasz jakieś umiejętności biotyczne, ale uwierz mi, to mogę zrobić tylko ja. Zniszczę ich, obiecuję. Powiedz Jack, że... Zarąbałem skurwieli.

Wrex nie mógł się sprzeczać, chociaż bardzo chciał. Nie zdążył jednak powiedzieć ani słowa, kiedy w wyniku nieustannego ostrzału jeden z elementów rusztowania runął prosto na niego. W tumanach kurzu i przy świszczących wszędzie kulach Prangley szukał go przez parę sekund, które wydawały mu się wiecznością. Kiedy go znalazł, przeraził się. Z klatki piersiowej kroganina wystawał na pół metra metalowy pręt, który przebił jego pancerz i utkwił w ciele. Wrex zacharchał krwią.

- Kurwa! Kroganie! Chodźcie tu. Wasz wódz jest ranny! - wydarł się z całych sił biotyk, po czym krzyknął do swoich ludzi: - Osłaniajcie ich!

Dwóch krogan złapało Wrexa za ramiona i zaczęło ciągnąć go po posadzce w stronę drugiego wyjścia, które przygotowali przed szturmem. Bezwładne ciało zostawiało za sobą krwawy ślad. Wódz otworzył oczy. Był oszołomiony. Dokładnie nad sobą ujrzał Jezusa Chrystusa wiszącego na krzyżu. Trzymanym w ręku nieśmiertelnikiem Prangleya wykonał gesty, które widział u kaprala Younga.

- On umrze, prawda? Przecież ta belka przebiła mu serce - spytał przerażony Prangley.
- On ma dwa serca! Jeśli dojedziemy do szpitala, to może się wylizać - odparł jeden z krogan.

Wycofali się z kościoła przygotowanym wcześniej wyjściem. Kapral Young oraz czterej kroganie, ciągnący za sobą bezwładnego wodza, który z bólu stracił przytomność. Szli jak najszybciej. Kiedy Prangley stracił ich z oczu, wiedział, że nadszedł czas. Przyklęknął za ołtarzem. Nie uwierzył w Boga, po prostu była to jedyna zasłona, jaka mu pozostała. Strzały ucichły, ale wiedział, że kilka metrów od niego aż roi się od wrogów. Sądzą, że wszystkich ubili - pomyślał. Był w ukryciu, nie wyglądał zza ołtarza. Skupiał wszelkie siły, by detonacją biotyczną objąć wszystkie ładunki, które jego oddział rozstawił przy filarach kościoła. Wewnątrz było kilkudziesięciu kanibali, kilku grasantów i dwa brutale. Prangley zacisnął pięści, a niebieska poświata zaczęła otaczać jego ciało. Podczas nauki w Akademii Grissoma nauczył się podstaw kontrolowania tej mocy, ale swoją prawdziwą siłę poznał, kiedy uczniów szkoły, za poleceniem Sheparda, wysłano na wojnę. On był najlepszy. Doskonalił się i badał swoje możliwości, które zdaniem Jack nie miały granic. Był tak dobry, że dowództwo poleciło go Mirandzie do tej misji. Jack nie chciała się zgodzić, ale on nalegał.

Był gotowy. Nagle podniósł się, cały mokry od stygnącej krwi Wrexa. Dostrzegł go jeden z grasantów, ale był tak zaskoczony, że nie zdążył zareagować. Prangley wyrzucił z dłoni potężną kulę biotyczną, która uderzyła w ładunek przy jednym z filarów. Nastąpiła eksplozja, a po niej kolejne. Świątynia zawaliła się jak domek z kart, grzebiąc wszystkich, którzy byli w środku.

IV


Kapral Young oraz dwaj kroganie osłaniali pozostałą dwójkę, ciągnącą za ramiona swojego dowódcę - Urdnota Wrexa, z którego piersi wystawał długi na około pół metra metalowy pręt. Od chwili, kiedy usłyszeli eksplozję w kościele, minęło jakieś pół godziny. Nie było ani śladu pościgu. To oznaczało, że Jason Prangley wykonał swoje zadanie i zagrodził drogę reszcie Żniwiarzy.

Przemierzali opustoszałe miasto jak najszybciej mogli. Człowiek był pod wrażeniem tego tempa. Dwóch krogan ciągnęło Wrexa, jakby ważył nie więcej niż sam Young. Z tych rozmyślań wyrwał go widok, który od tej pory, aż do końca jego życia, był najmilszym wspomnieniem i zawsze wywoływał łzy. W odległości kilkuset metrów dostrzegli zbliżający się prom. To był Kodiak. Leciał bardzo nisko, aby nie zwracać niczyjej uwagi. Musiał lecieć w stronę kościoła, aby ich ewakuować. Prom podleciał na odległość stu metrów i odwrócił się bokiem, otwierając wnętrze, w którym Young dostrzegł kroganina przy ciężkim karabinie maszynowym.

- Padnij! - krzyknęła Lawson, wyglądając z promu.

Cały oddział padł na ziemię, a kroganin przy karabinie otworzył morderczy ogień. Young obejrzał się. Za nimi, w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt metrów, był brutal. Kroganie przytrzymujący Wrexa puścili go i rozpoczęli ostrzał. Nie mieli czasu szukać osłon. Wróg znajdował się pod potężnym ostrzałem, ale był niezwykle wytrzymały i nie cofał się. Kapral sięgnął po karabin snajperski, pocałował umorusany w błocie krzyż, który wypadł mu zza pancerza, przyłożył oko do lunety, po czym wziął głęboki oddech i wystrzelił dwa pociski. Trafił w serce. W oba serca. Brutal padł bez życia.

*


Kodiak wylądował. Wybiegło z niego trzech krogan i pomogli załadować swojego wodza na prom. Wszyscy wskoczyli na pokład. Kapral Young rozejrzał się po wnętrzu pojazdu. Kilku krogan, asari, która pomagała im w pierwszej fazie obrony kościoła, pięcioro ocalonych z przetwórni oraz Lawson, jego dowódca. Miranda zadała pytanie:
- To wszyscy? Gdzie Prangley?
- Nie ma nikogo więcej - odparł Young, spuszczając głowę w dół.
- Co ja powiem Jack? - powiedziała Lawson, nie oczekując od nikogo odpowiedzi. - Wrex... Trzymaj się. Za jakieś dwie godziny ktoś się tobą zajmie. Teraz bądź twardy.
- Wyjmij ze mnie to cholerstwo - wyszeptał wyczerpany, odzyskując na chwilę świadomość.
- Jeśli to teraz zrobię, zginiesz natychmiast. Wykrwawisz się na śmierć. Wytrzymaj. Ma ktoś medi-żel?

Urdnot Wrex chciał coś powiedzieć, ale stracił przytomność w chwili, w której prom wzniósł się w powietrze i obrał kurs na Londyn.

_________________________________________
Zapraszam do pisania Waszych opinii na temat tekstu
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 lis 2013, 02:23

[center]MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK V
KOMISJA


I
[/center]


Przed szpitalem w centrum Londynu stała grupa ludzi. Byli wśród nich kapral Michael Young, doktor Brynn Cole oraz kroganie z oddziału, który brał udział w misji w Marsylii. Czekali już dwie godziny, ale nadal nie mieli żadnych wieści. Operacja musiała być skomplikowana. Ściągnięto najlepszych dostępnych lekarzy. Był wśród nich Gavin Archer, kolejna postać, która w przeszłości pracowała dla Człowieka Iluzji i Cerberusa. Po śmierci lidera, wiele komórek organizacji przestało istnieć. Doktor Archer postanowił pomagać ludziom w Londynie. Chciał zabić poczucie winy wobec swojego autystycznego brata, którego niegdyś poddał nieludzkim eksperymentom. Nie ulegało wątpliwości, że był świetnym lekarzem, a Przymierze nie dysponowało luksusem odrzucania wykwalifikowanych specjalistów. Archer pracował ciężko, szybko zdobywając posłuch i szacunek u dowództwa, a kiedy usłyszał, że Urdnot Wrex jest ciężko ranny, pospieszył z pomocą. To on był głównym chirurgiem na sali operacyjnej. Wspomagała go Miranda Lawson.

To właśnie Lawson wyszła przed szpital po pięciu godzinach. Wyglądała fatalnie. Miała podkrążone oczy, była strasznie blada i wydawało się, że zaraz zemdleje. Od chwili lądowania nie miała nawet minuty dla siebie. Wzięła głęboki wdech i zaczęła:
- Stracił mnóstwo krwi... Na szczęście, kroganie mają niesamowite zdolności regeneracyjne. Będzie żył, ale przez kilka miesięcy nie ma mowy o bijatykach.

Wszystkim obecnym kamień spadł z serca. Kroganom z dwóch serc. To właśnie drugie serce ocaliło Wrexa od pewnej śmierci. Przedstawiciel żadnej innej rasy nie przeżyłby po odniesieniu takich ran.

Doktor Brynn Cole podeszła do Mirandy, mówiąc:
- Wiem, że jesteś zmęczona, ale byłabyś w stanie przyjść do mojej kwatery za jakąś godzinę?
- Będę - odrzekła Miranda, nie zadając pytań.

[center]II[/center]

Był chłodny wieczór. Miranda Lawson zapukała do drzwi. Jej włosy były całe mokre. Operacja zakończyła się trzy godziny temu, ale ona zdążyła jedynie wziąć prysznic. Musiała złożyć raport przed swoimi przełożonymi. Wolała zrobić to ustnie w ciągu kilkudziesięciu minut, niż ślęczeć nad komputerem przez kilka godzin.

Doktor Brynn Cole otworzyła drzwi.
- Brynn, zaprosiłaś mnie. Zdaje się, że musimy porozmawiać - powiedziała Miranda, wyciągając zza pleców datapad, który otrzymała od Samary.
- Nie wiem, czy jestem ci w stanie pomóc. Ja tylko zdobyłam te dane. To ty możesz zrobić z nich użytek.
- Jeśli mam zrobić cokolwiek, muszę zobaczyć Sheparda i wykonać wiele testów. Masz do niego dostęp?

Cole w odpowiedzi otworzyła drzwi szerzej, jakby nakazując Mirandzie wejście do pomieszczenia. Lawson rozejrzała się. Pokój był skromny, ale bardzo estetyczny. Stylowa lampa, na oko z końca XX wieku, rzucała blade światło na całe pomieszczenie. Pośrodku salonu był stolik, obok kanapa, a na kanapie...
- Ja nie mam, ale Gavin Archer ma. Stał się tu naprawdę ważną personą.

Lawson skupiła wzrok na kanapie. Siedział na niej doktor Archer.
- No, no. Cerberusowe spotkanie po latach? - ironicznie spytała Lawson. Po chwili jednak, postanowiła przejść do rzeczy bez zbędnej zwłoki. - Nie ma co owijać w bawełnę. Daj mi dostęp do komandora.

Archer podniósł ze stolika kubek z kawą i zaczął pić. Wzdrygnął się. Była gorąca.
- Mirando, zdążyłem już wystąpić do komisji, która aktualnie zarządza walkami na Ziemi, z wnioskiem o zorganizowanie grupy mającej na celu kolejne, drugie już ożywienie Sheparda. Ty, jako autorka pierwszego, jesteś niezbędna. Twoja zgoda jest formalnością, mylę się?

Miranda zastanawiała się, czy w tej propozycji nie ma żadnego haczyka. Nic nie przychodziło jej do głowy.
- Nie mylisz się. Chcę uratować Sheparda. Kiedy możemy do niego pójść?
Archer odstawił kubek z kawą na stolik i odpowiedział:
- Teraz. Pojazd czeka pod domem.

[center]*[/center]

Jechali autem przez godzinę. Po opuszczeniu pojazdu, oczom doktor Lawson i doktor Cole ukazało się zejście do podziemnego bunkra. Wejścia strzegło dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy. Spytali o hasło. Archer parsknął śmiechem, mówiąc: "dajcie spokój panowie, przecież to ja". Wpuścili ich bez szemrania. Po pokonaniu długiego, wąskiego i, jeśli nie liczyć kolejnych dwóch żołnierzy, zupełnie pustego korytarza weszli do malutkiego pomieszczenia, w którym odbywała się dekontaminacja. Na ścianie przed nimi zapaliło się pomarańczowe światełko. Była chwila na rozmowę.

- Obie jesteście lekarzami, na pewno wiecie, po co to. Wszystko tutaj jest kompletnie sterylne. Shepard ma w ciele tak ogromną ilość modyfikacji, że nigdy nie można być pewnym, jaka bakteria może mu zaszkodzić.
- Wiem, co mu może zaszkodzić, na pewno nie jest to nic, co mamy na sobie, ale rozumiem środki ostrożności - powiedziała Miranda, dodając: - Datapad z danymi od Brynn zawiera większość informacji, które posiadałam podczas projektu Łazarz, może okazać się bardzo pomocny. Dziękuję, Brynn.

Doktor Cole odrzekła:
- Jestem to winna Shepardowi. On dotknął żyć całej naszej trójki w niewyobrażalny sposób.
Wszyscy się zamyślili. Światełko zmieniło kolor na zielony. Drzwi otworzyły się i Archer poprowadził je w stronę windy na końcu trzeciego korytarza.

[center]*[/center]

Po wyjściu z windy przeszli przez niewielki przedsionek. Na jego końcu doktor Archer przyłożył swój kciuk do zawieszonego na ścianie czujnika. Po chwili zapaliło się kolejne zielone światełko, a drzwi rozsunęły się. Weszli do pomieszczania, które było rodzajem przedzabiegowej szatni. Doktor nie musiał niczego tłumaczyć. Obie kobiety przywdziały wiszące na wieszakach białe fartuchy i maski zakrywające twarz. Za kolejnymi drzwiami była duża kotara. Archer odsłonił ją, a oczom gości ukazał się stół operacyjny, na którym leżał komandor Shepard. Miranda westchnęła.

- Cały czas na stole? - spytała ze zdumieniem. - Dlaczego?

Archer odchylił nieco maskę od ust i zaczął tłumaczyć. Okazało się, że implanty, które zamontował w ciele komandora Cerberus, w większości rozpadły się w chwili wybuchu promienia. Nie było to dla Lawson zaskoczeniem, ale Archer powiedział, że niektóre wciąż są w całości i nie można ich ruszyć. Shepard był na stole operacyjnym pod ciągłą obserwacją. Każdy rozpadający się w jego ciele implant musiał być na bieżąco wyciągany, aby nie wyrządzić szkód organom wewnętrznym. Niestety nie można było przewidzieć, kiedy taki implant zacznie się rozpadać i stąd całodobowa obserwacja.

- Najważniejsze są implanty w stawach i w kręgosłupie. Z resztą już sobie poradziliśmy. Stawy łokciowe i kolanowe to istotne miejsca. Jeśli po ich rozpadnięciu nie będziemy operować na czas, komandor może zostać kaleką. Najbardziej newralgicznym punktem jest jednak kręgosłup. Jego uszkodzenie najpewniej skończy się śmiercią... Jeśli rozpadną się implanty w kręgosłupie, to ważne są nawet sekundy. Powiedz, czego dowiedziałaś się z danych doktor Cole? Jesteś w stanie pomóc? - spytał z zaciekawieniem Archer. Do chęci pomocy Shepardowi, dochodziła u niego czysto naukowa ciekawość. Nigdy nie miał do czynienia z takim "obiektem", jakim był komandor. To go podniecało i nakręcało do pracy.

Miranda przypomniała sobie zawartość dysków, które przewertowała podczas lotu promem z Francji. Co prawda były przydatne i mogły dać wskazówki odnośnie usuwania implantów, ale odpowiedź, jakiej musiała udzielić, nie podobała się jej.
- Dane, których potrzebujemy są w głównej kwaterze Przymierza w Vancouver. To tam wysyłano wszelkie pliki pozyskane od Cerberusa. Datapad, który mam w ręku, umożliwia złamanie kodu i deszyfrację tajnych danych naszego byłego pracodawcy...

Archer gestem dłoni zaprosił je do wyjścia z sali. Po przejściu przez kotarę i zdjęciu fartuchów powiedział:
- Mam dwie wiadomości. Klasycznie: dobrą i złą... Dobra jest taka, że jutro w Londynie zbiera się komisja złożona z najwyższych rangą przedstawicieli władz i możemy spróbować złożyć jakiś wniosek. Głównym celem ich obrad ma być omawianie taktyki odbicia wspomnianego Vancouver. Akcja jest szykowana od tygodnia.

Doktor Cole zachwyciła się nowiną, ale wciąż czekała na te gorsze wieści. Archer nie zwlekał:
- Atak planują najwcześniej za miesiąc... My nie mamy tyle czasu. Nie urządza nas nawet tydzień. Wojska wciąż są w rozsypce. Nie wiem, jakich dokładnie argumentów użyją, żeby nam odmówić, ale wiem, że to zrobią. Podobno zwiadowcy donoszą, że pchanie się teraz do Vancouver to samobójstwo...
Miranda z wściekłością rzuciła maskę na podłogę, mówiąc:
- Nie po to przeszliśmy to, co przeszliśmy, żeby teraz jakieś ważniaki w świeżutkich mundurach ot tak to zaprzepaściły. Pójdziemy jutro na tę komisję i zmusimy ich do działania.

W drodze powrotnej, wiodącej przez wąskie korytarze kompleksu, Lawson walczyła z własną złością. Ta komisja nie może być przecież kompletnie bezduszna? - myślała. Cała trójka opuściła podziemny bunkier i udała się w stronę Londynu. Nazajutrz mieli iść na posiedzenie komisji.

[center]III[/center]

Sala była obszerna. Sposobem zorganizowania przypominała klasyczne miejsca, w których sprawowano władzę. Rzędy ław zataczały półkole, a w centralnym miejscu, w stronę którego skierowany był wzrok ławników, postawiono kilka znacznie solidniejszych i lepiej wyglądających foteli, umieszczonych na podeście. Wchodząc, Lawson pomyślała, że efekt byłby imponujący, gdyby nie białe linie przebiegające wzdłuż i wszerz podłogi, wyraźnie wskazujące, że jest to najzwyklejsza sala gimnastyczna. Pomieszczenie było bardziej niż pełne. Na posiedzenia komisji od niedawna przychodziło mnóstwo gapiów. Towarzyszący Mirandzie - Gavin Archer - przez wielu witany był uprzejmym skinieniem głowy. Nie raz był w tym miejscu. Skierował grupę do niepozornej ławki umieszczonej w rogu sali. Siedział tam typowy księgowy w wielkich, co chwilę zsuwających się z nosa okularach. Nad nim zawieszony był ekran wyświetlający jakąś liczbę.

- Witaj, Zack. Mamy pilną sprawę. Wciśnij nas, proszę, przed kolejkę - zagadał swobodnie Archer. Widocznie znał rozmówcę.
- Witam, panie doktorze. Przykro mi, ale tutaj każdy ma pilną sprawę. Proszę wziąć numerek i poczekać na jego wyświetlenie się na ekranie - odpowiedział znudzonym głosem, zanurzając wzrok w dokumentach.

Brynn Cole chwyciła skrawek papieru z numerem 398. Cała trójka z nadzieją spojrzała nad siebie. Ekran był bezlistosny: 279. Miranda szturchnęła Archera w ramię. Zrozumiał i ponowił próbę.
- Zack, przyjacielu. Uwierz mi, że nasza sprawa jest pilniejsza niż to, że ktoś oskarża kogoś o kradzież auta, czy inne tego typu bzdury. Zrób wyjątek. Wiesz, że nigdy nie wyolbrzymiam, a kiedy byłem u ciebie ostatnio pomogłem wam namierzyć majora Coatsa. Mam nadzieje, że stawił się tu, tak jak prosiłem, hm? Sprawa, którą teraz musimy poruszyć przed komisją, jest kontynuacją tamtej, więc darujmy sobie numerki i po prostu nas przepuść, dobrze?

Księgowy ponownie poprawił okulary, z niesmakiem wyrwał świstek z rąk Brynn i wysłał ich niedbałym gestem dłoni w stronę komisji. Na odchodnym dodał:
- Coats tu jest. Czeka na ciebie przy komisji. Nie wiem, co chciałeś osiągnąć, bo jemu można tylko współczuć...
- O to mi właśnie chodzi - powiedział Archer.

Cole i Lawson wymieniły się spojrzeniami. Nie wiedziały, co Archer ma na myśli. Zorientowały się kilkanaście sekund później, kiedy pokonały dystans dzielący biurko księgowego od stanowiska komisji. Obok, na wózku inwalidzkim, siedział major Coats, jeden z najbliższych współpracowników admirała Andersona. Był niezwykle szanowany wśród wojskowych, a niemalże czczony przez cywili. Jego trzydniowa walka o przetrwanie w Big Benie uczyniła z niego legendę. Uczestniczył w szturmie na promień. Przez długi czas myślano, że był jedynym ocalałym. W wyniku obrażeń stracił obie nogi. Archer przywitał się i powiedział do towarzyszek:
- Wczoraj, po waszej wizycie w bunkrze, powiadomiłem majora o naszej sprawie. Jest gotów wspomóc nas swoim głosem, a jego głosu wielu tutaj słucha.
- Zrobię, co w mojej mocy - dodał Coats, skłaniając głowę.

[center]*[/center]

Gdy trójka lekarzy w towarzystwie majora Coatsa stanęła pod podestem z komisją, dotarła do niej końcówka rozmowy członków zgromadzenia.

- ... niemożliwe. Zapasy bieżącej wody powinny wystarczyć dzielnicy Chelsea jeszcze co najmniej na tydzień. Mówiliśmy przecież, żeby każdy był oszczędny.
- Sam wiesz, jaka to dzielnica. Sami bogacze i wielkie, próżne damy...
- Wypraszam sobie! Moja żona jest jedną z tych dam. Ale momencik, momencik. Czemu nam się przerywa? Mamy istotne sprawy do omówienia. Doktor Archer? O co tu chodzi? - zapytał jeden z dygnitarzy.

W komisji zasiadali najwyżsi rangą ludzie przebywający w Wielkiej Brytanii. Byli to: premier kraju, zastępca dowódcy flot - admirała Hacketta, zastępca poległego dowódcy partyzantki - Davida Andersona oraz polityk Dominik Osoba. Grupa zupełnie przypadkowa, ale to oni byli w tej chwili najbliżsi określania ich mianem "władza".

Archer przywitał się i wyłożył sprawę najprościej jak się dało. Komandor Shepard od wielu dni jest na stole operacyjnym, w stanie krytycznym. Do jego ocalenia potrzebne są dane, które leżą zabezpieczone w archiwach Przymiera w Vancouver.
- Owszem, planujemy atak na Vancouver. Wstępny termin wyznaczony jest na połowę przyszłego miesiąca - zaznaczył zastępca Hacketta, uważając jednocześnie sprawę za załatwioną.

Miranda Lawson wyszła przed Archera i ze zdecydowaniem w głosie powiedziała:
- Shepard nie ma tyle czasu. Przestańcie gadać o zapasach wody dla swoich ślicznych żon. Zróbcie coś dla człowieka, któremu wszyscy zawdzięczamy życie. Atak musi nastąpić w ciągu kilku najbliższych dni.

Dominik Osoba, który miał okazję poznać komandora, wstał ze swojego fotela.
- Shepard kiedyś mi pomógł. Chętnie bym się odwdzięczył, ale musisz zrozumieć, że nasze wojska są zdemoralizowane i wygłodzone. Wszyscy siedzimy tu od kilku tygodni, mamy problemy z zaopatrzeniem. Żołnierze są głodni, morale gotowe runąć na łeb na szyję, jeśli tylko każemy im znowu walczyć. Oni już nie chcą się bić. Za miesiąc - kiedy odpoczną, a my uzupełnimy zapasy i będziemy mieć gotowy plan ataku - odbijemy Vancouver. Nie ma szans, żeby atak nastąpił wcześniej.
- Mówiłam, że nie mamy tyle czasu. To komandor Shepard, na litość boską, zróbcie coś, żeby mu pomóc! Nie musimy odbijać miasta. Chodzi o wyciągniecie danych z archiwów. Dajcie nam chociaż setkę ludzi i promy! - krzyknęła Lawson.

Tłum, który zebrał się na posiedzeniu komisji, zaczął przysłuchiwać się żywej dyskusji, wręcz kłótni, którą toczyła była pracowniczka Cerberusa z komisją.

Osoba spojrzał z nadzieją na kolegów z komisji. Cała trójka przecząco kiwnęła głowami.
- Widzisz - zaczął, spuszczając głowę - nawet jakbym był na tak, to jestem przegłosowany. Nie możemy wam pomóc, przykro nam.
Major Coats, który do tej pory nie zabierał głosu, nareszcie się odezwał.
- Żołnierze są wygłodzeni i zmęczeni, to fakt. Tęsknią za rodzinami. Mają dość tej wojny i wszechobecnej śmierci. Nie możecie szafować ich i tak skromnymi siłami. Rozumiem.

Coraz więcej głów zwracało się w ich stronę. Ludzie podchodzili, słuchając z ciekawością tego, co miał do powiedzenia jeden z najbardziej szanowanych ludzi w okolicy. Miranda spodziewała się, że Coats zbliża się do konkluzji. Nie miała tylko pojęcia jakiej, ale czuła, że będzie to coś ważnego.

- Pozwólcie jednak zadecydować im - ciągnął major, chwytając w rękę mikrofon jednego z członków komisji. - Pojutrze o świcie organizujemy zbiórkę żołnierzy gotowych zgłosić się na ochotnika do misji, której celem będzie uderzenie na archiwa Przymierza w Vancouver. Wszystkich, którzy czują się w obowiązku, by ocalić człowieka, który przez długie miesiące był jedynym promykiem nadziei dla pogrążonej w chaosie wojny planecie proszę, aby stawili się w piątek o szóstej zero-zero przed kwaterą obecnej tu Mirandy Lawson. Niech wszyscy, którzy słyszą tę wiadomość, zaniosą ją jak najdalej stąd i ogłaszają wieść o naborze ochotników do tego oddziału.

Wśród tłumu rozległ się istny harmider. Ludzie przekrzykiwali się. Trudno było usłyszeć, czy to zachwyt, czy gniew. Komunikat został ogłoszony i zaczął żyć własnym życiem. Lawson, Cole, Archer i major Coats po cichu opuścili salę, w której aż kipiało od emocji.

[center]IV[/center]

Następny dzień spędzili oddzielnie, zbierając się wspólnie dopiero wieczorem. Po spożyciu skromnego śniadania, każdy szukał sposobu na zabicie czasu. Miranda przez pół dnia siedziała w bunkrze, badając komandora. Wspomagali ją byli koledzy z Cerberusa - Archer i Cole. Dzięki informacjom z dysku Brynn udało się im ustabilizować jego stan, ale Lawson bardzo zaniepokoiła się implantami w kręgosłupie. Trzeba było wywołać ich rozpad i w mgnieniu oka usunąć. W innym razie uszkodziłyby rdzeń kręgowy i spowodowały niechybną śmierć. Rozpoczęcie działania umożliwiały jedynie kody, które były zamknięte w Vancouver. Bez nich implanty mogły rozpaść się w każdej chwili, zabijając Sheparda. Komandor potrzebował całodobowej opieki. Miranda zrozumiała, że nie będzie mogła lecieć do Kanady.

Kapral Young cały dzień spędził na rozmowach z Coatsem, który bardzo mu imponował. Próbował się od niego uczyć, wypytywać. Major nie miał nic przeciwko i dzielił się spostrzeżeniami. Był zadziwiająco optymistycznie nastawiony.

Pod wieczór, grupa złożona z Younga, Samary, Mirandy, Cole i majora Coatsa rozpaliła ognisko. Każdemu na usta cisnęło się to samo pytanie. Czekali tylko, kto je zada.
- Rozmawiałam wczoraj z Jacobem. Niedługo ma tu być, chce pomóc... Myślicie, że ilu przyjdzie tu o świcie? - odważyła się Cole, mieszając w ognisku cienkim patykiem.
Samara gestem dłoni strzepnęła z kolana fragment gorącego popiołu, który opadł na nią z nad ogniska i powiedziała:
- Widziałaś, jak oni wyglądają? Mam na myśli żołnierzy... Nie mają już serca do walki. Kto miałby zgłosić się na ochotnika? Obawiam się, że dwudziestu to maksimum, a potrzebujemy najmniej stu, a i to może okazać się za mało...

Major Coats powiódł wzrokiem po towarzyszach. Na jego twarzy pojawił się spokojny, błogi uśmiech. To zachowanie zaskoczyło wszystkich. Miranda dostrzegła to i spytała:
- Co cię tak bawi, majorze?

Coats, nie spiesząc się, wyciągnął zza kurtki swój nieśmiertelnik i pokazał go wszystkim w świetle płomieni, które odbijały się od nierównej, metalowej powierzchni blaszki. Zaczął mówić dopiero, kiedy miał pewność, że oczy wszystkich skupiły się na trzymanym przez niego przedmiocie.

- Widzicie te nacięcia? Każde z nich oznacza jeden dzień w tym piekle. Oczywiście po jakimś miesiącu miejsce się skończyło, więc liczenie też, ale każdego dnia, każdy żołnierz szedł spać z nadzieją, że Shepard i jego załoga gdzieś tam są i wrócą, żeby nam pomóc. Nowiny o jego sukcesach, to jedyne, co podnosiło morale naszych ludzi. A wieści były niewiarygodne. "Shepard doprowadza do pokoju między gethami, a quarianami", "Komandor Shepard pieczętuje sojusz krogańsko - turiański", "Shepard leczy genofagium", "Shepard zabija Żniwiarza w pojedynkę"... - Majorowi zaczął łamać się głos, wzruszył się, zapewne przypominając sobie tamten czas. - Nawet nie wiecie, ile razy siedzieliśmy z chłopakami przy takim ogniu, opłakując śmierć przyjaciół, ale wtedy ktoś zawsze rzucił jakimś newsem. "Shepard coraz bliżej Ziemi". I walczyliśmy... Morale to zabawna rzecz. - Coats znów się uśmiechnął. - Po takiej wiadomości, z oddziału płaczących, dużych chłopców znów stawaliśmy się żołnierzami z jasną motywacją. Sądzę, że jeśli nasz komunikat się rozejdzie, to o liczbę chętnych nie będziemy musieli się martwić.

Kiedy Coats skończył, ten sam dziwny uśmiech zagościł na twarzach ich wszystkich. Gdyby ktoś spytał, nie potrafiliby tego wyjaśnić. Morale to zabawna rzecz.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 lis 2013, 22:30

[center]MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK VI
CHARON - LONDYN


I
[/center]

Charon - "demon śmierci", przewoźnik dusz przez Styks, rzekę śmierci. Postać zaczerpnięta z mitologii greckiej, by nazwać księżyc Plutona w 1978 roku. Wiele lat później odkryto, że wcale nie jest to satelita, a pokryty lodem przekaźnik masy, starożytne urządzenie umożliwiające podróże na niewyobrażalne odległości.

[center].[/center]

Feron, drell na służbie u Handlarza Cieni, siedział zamyślony na białym, plastikowym krześle. Nie znał greckiej mitologii, ale potrafił rozpoznać śmierć. Po przybyciu w okolice Plutona widział jej sporo. Przed decydującą o losach wojny bitwą o Ziemię dostał polecenie, aby przeczekać walkę na jednym z księżyców Jowisza, a potem ruszyć do Charona razem z całą swoją flotą, liczącą około dwudziestu okrętów. Większość z nich wypełniona była surowcami i inżynierami, którzy umieli je spożytkować. Gdy przybyli na miejsce, wokoło ciężko uszkodzonego przekaźnika krążyły szczątki jednej ze zmasakrowanych ludzkich flot. Okolica była bardzo niebezpieczna. Drell, jako dowódca, podjął decyzję, że zbudują małą, tymczasową bazę na Plutonie i właśnie z niej będą wypuszczać wyprawy naprawcze. Nie mógł ryzykować utraty większych statków w wyniku zderzeń z odłamkami.

Plany, które otrzymał od swojej przyjaciółki - Liary, okazały się bezcenne. Jego inżynierowie pracowali niemal bez wytchnienia. Musieli się spieszyć. Nie było sposobu, by skontaktować się z kimkolwiek z poza układu. Feron spodziewał się jednak, że niedługo ktoś przeleci przez przekaźnik, więc ucieszył się, kiedy po miesiącu zakończono prace i doprowadzono Charona do stanu używalności. Tak im się przynajmniej wydawało. Wciąż jednak istniał problem odłamków, których jego mała flota nie miała jak usunąć. Jeśli przez przekaźnik skoczyłaby tu Normandia, to nie byłoby problemu, może z wyjątkiem kilku zadrapań, ale jakakolwiek mniejsza jednostka roztrzaskałaby się o kadłub któregoś ze statków, spoczywających na tym ponurym, kosmicznym cmentarzysku.

Pogrążonego w rozmyślaniach drella zainteresowała wiadomość o powrocie jednej z misji, najważniejszej. Postanowił wyjść z inicjatywą i wysłał na Ziemię prom, który miał zaczerpnąć informacji. Pojazd wrócił, a jego dowódca właśnie wszedł na salę i zdawał mu relację, że na głównej planecie Układu Słonecznego wciąż trwają walki, ale główne siły Żniwiarzy zostały zlikwidowane. Feron słuchał z obojętnością. Wiedział już o tym, z zupełnie innych źródeł.

- Rozumiem, wiem, co się stało. Powiedz, czy dowiedziałeś się czegoś o osobach, które mieliście namierzyć? - spytał, chcąc skrócić raport podwładnego do minimum.
Szef zwiadowców, na oko dwudziestoletni, wyjął datapad, na którym najwidoczniej miał wszystko zapisane. Feron otworzył szerzej oczy i wyrwał mu urządzenie z ręki, krzycząc:
- Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz?! Datapad? Pracujesz dla Handlarza Cieni, ty idioto! Takich informacji nie można przenosić na tego rodzaju urządzeniach... Przecież to mogłoby wpaść w nieodpowiednie ręce. - Skończył spokojnie, tonem niemal pedagogicznym.

Młody żołnierz próbował się tłumaczyć, ale nie potrafił sklecić zdania. Zniecierpliwiony czekaniem Feron, odesłał go gestem dłoni i zanurzył się w lekturze.

Wieści, o które prosił, były przeznaczone dla Liary, ale jako że nie było jej w okolicy, nie zwlekał z rozpoczęciem czytania. Usadowił się na niewygodnym krześle i zaczął studiować zawartość nośnika danych. Z informacji zawartych na datapadzie wynikało, że Wrex i Samara rozpoczęli misję, która miała na celu znalezienie Mirandy. Ich wspólne zadanie powinno w jakiś sposób pomóc Shepardowi. Ha! Więc on żyje - pomyślał Feron. - Liara będzie zachwycona. Wiedział, że jego szefową łączy z komandorem silne uczucie. Cieszył się, że będzie mógł jej ogłosić tę nowinę. Z tych rozmyślań wyrwał go jednak głos jednego z jego oficerów, który zgłaszał się przez omni klucz.

- Szefie, mam pilną sprawę. Zdaje się, że jakaś jednostka chce skorzystać z przekaźnika Charona. - W głosie żołnierza słychać było wielkie podniecenie. - Odbieramy silny sygnał, jakby zaraz coś miało z niego wyskoczyć.

Drell zerwał się z krzesełka i skierował kroki do centrali łączności. Zastanawiał się, czy przekaźnik na pewno zadziała i czy na jednostce, która zaraz ukaże się ich oczom, jest jego szefowa. Wszedł na niewielką salę i spojrzał w liczne monitory, na które oficer właśnie przełączył wizję z kamer ustawionych najbliżej przekaźnika. Czuli dreszcz niepewności. Spodziewali się ujrzeć Normandię, lecz z Charona wyleciało coś o wiele mniejszego...

[center]II[/center]

- Jasna cholera! Co to jest?! - krzyknął przerażony Donnelly.
- Nie panikuj, mam wszystko pod kontrolą - uspokajał go Joker.

To, co Donnelly widział, nie napełniało go spokojem, a z pewnością było dalekie od tego, by ktoś posiadał to pod kontrolą. Wyszli z przekaźnika, a wszędzie w zasięgu wzroku były większe lub mniejsze szczątki statków. Joker machał rękami w, wydawałoby się, zupełnie nieskoordynowany sposób.
- O, mamusiu - bezradnie wyszeptał inżynier, zaciskając mocniej pasy bezpieczeństwa. Trzęsło niemiłosiernie.

Moreau ominął wielki kadłub przedzielonego na pół krążownika, by po chwili instynktownie pikować mocno w dół, aby uniknąć zderzenia z fragmentami jakiejś fregaty. Nie mógł uchronić Kodiaka przed wszystkimi odłamkami i nawet nie próbował. Starał się tylko, by nie dać się trafić największym częściom, które pozostały z floty Przymierza. Wykonał kilka niesamowitych uników.

- Już? Powiedz, że to już! - powiedział spanikowanym głosem Donnelly, wciąż nie otwierając oczu.
- Wiedziałem, że nie będzie z ciebie pożytku! - zdenerwował się Joker.

Dwa manewry w prawo, a potem efektowna beczka. Kodiak nie był może demonem zwrotności, ale artysta pilotażu, jakim był Moreau, wykrzesał z niego ile tylko mógł. Nagle ustabilizował lot. Inżynier poczuł to i otworzył oczy. "Uff, żyjemy" - westchnął. Chwilę później wylecieli z cmentarzyska. Cała sytuacja trwała nieco ponad dziesięć sekund.

- No, to możemy otwierać szampany. Przekaźnik działa - odetchnął pilot, ocierając dłonią pot z czoła.
- Pozwól, że najpierw zmienię gacie - powiedział rozgoryczony Donnelly, usadawiając się wygodniej w fotelu i rozluźniając wszystkie mięśnie. Popatrzył w sufit pojazdu i wziął głęboki wdech. Wydech trwał kilka długich sekund.

Przez cały czas od wyjścia z przekaźnika na pulpicie promu świeciła się kontrolka oznajmująca połączenie przychodzące. Inżynier w końcu ją nacisnął.
- Halo. Widzimy wasz prom. Kim jesteście? - powiedział nieznajomy głos.
Joker zaczął intensywnie myśleć, co powiedzieć. Nie chciał się przedstawiać, bo wciąż nie było wiadomo, kto jest po drugiej stronie. Rozważał kilka opcji, ale wszystkie plany zniweczył jego towarzysz.
- Hej. Tu Ken Donnelly z SSV Normandii. Nie mogliście wyczyścić tego burdelu?
Moreau schował twarz w dłoniach, ale odpowiedź rozmówcy rozwiała jego obawy:
- Tu agent Handlarza Cieni. Cieszymy się, że jesteście. Wysyłamy wam koordynaty na naszą bazę na Plutonie. Lądujcie śmiało. Bez odbioru.

[center].[/center]

Z lądowiska prowadzono ich wąską, prowizoryczną rurą, utrzymującą atmosferę i tlen na odpowiednim poziomie. Dwóch ludzkich najemników wiodło mężczyzn do największego kontenera, bo z nich właśnie zbudowana była baza. Całość nie wyglądała zbyt atrakcyjnie. Gościom wydawało się, że znają jednego z członków eskorty, ale ten przez cały czas miał na głowie hełm.

W końcu Joker i Donnelly usiedli na plastikowych krzesłach, a po chwili wyszedł do nich Feron. Nie znali się osobiście, ale zielonoskóry drell wiedział o obu więcej, niż kiedykolwiek zdecydowaliby się mu powiedzieć. W końcu był przyjacielem Handlarza Cieni.
- Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszymy, że jesteście. Opowiadajcie! - zakrzyknął drell, siadając na trzecim krzesełku.

Goście spojrzeli na siebie, po chwili znów na gospodarza.
- Lepiej ty mów. Co się dzieje na Ziemi?
- Ach, tak. Przepraszam. Liczę na to, że potem opowiecie mi ze szczegółami, co się dzieje z Normandią.
- Się wie - przytaknął Donnelly.

Przez około godzinę Feron opowiadał im o pracach przy przekaźniku i jak skończyła się bitwa o Ziemię. Usprawiedliwiał, dlaczego nie mogli sprzątnąć odłamków z okolic Charona. Mówił o wciąż trwających ciężkich walkach na głównej planecie układu. Najlepsze zostawił na koniec:
- A komandor Shepard... żyje - wypowiedział te słowa i czekał na reakcję rozmówców.

Obaj przez kilka sekund nie odzywali się. Widział w ich oczach narastającą radość, która eksplodowała, kiedy rzucili się na niego i zaczęli ściskać.
- Jak się czuje?! Co mówił?! Jak w końcu załatwił te mechaniczne kałamarnice?! - przekrzykiwali się, pytając drella o wszystko, co im przyszło do głowy.
Feron poczuł się niezręcznie i zaczął tłumaczyć sytuację.
- Shepard żyje, ale jest w stanie śpiączki. Wiem, że kilkoro waszych przyjaciół próbuje mu pomóc. Urdnot Wrex, Samara i była agentka Cerberusa, jak jej tam było...
- Miranda Lawson. - Wspomógł go stojący w rogu kontenera najemnik, którego mężczyźni kojarzyli.

Potem wydawało im się, że ich rozmówcy ukartowali ten dialog, aby było dramatyczniej. Powszechnie wiadome było, że drelle mają niesamowitą pamięć. Kim był ten najemnik? - zastanawiali się w duszy.
W chwilę później ich myśli wróciły na właściwe tory. Śpiączka... Joker cicho zaklął, myśląc, że nie jest tak różowo, jak jeszcze przed chwilą zakładał.
- Macie tu może jakieś piwko? - zagadnął Donnelly.
- Nie czas na piwko. Wracamy przez przekaźnik. - Joker naprostował kolegę. Czuł wielki przypływ adrenaliny i motywacji.

Po kilku chwilach uzupełniającej rozmowy wszyscy wstali i Feron, wraz z dwoma najemnikami, odprowadzał ich do Kodiaka. Po drodze mijali kilku ludzi, wyglądających na naukowców. Patrzyli oni na gości z zadowoleniem i poczuciem spełnionego obowiązku. Ich ciężka praca przyniosła owoce. Przekaźnik był całkowicie sprawny.
- Jeden z moich ludzi poleci z wami.
- Nie potrzebujemy niańki - oburzył się Moreau.
- Nie rozumiesz - oświadczył drell. - On się za wami stęsknił.

Po chwili, tajemniczy najemnik ściągnął hełm. Oczom mężczyzn ukazała się dobrze im znana, poszarpana bliznami twarz.
- Witajcie, chłopaki. Znajdzie się miejsce dla gapowicza? - zapytał ochrypłym głosem najemnik.
- Zaeed Massani! O żesz jasny gwint, ale niespodzianka - powiedział Donnelly, klepiąc dawnego towarzysza po ramieniu. - Co ty tu robisz, do diaska?
Znajomy najemnik uśmiechnął się na swój, niebywale brzydki, sposób:
- Handlarz Cieni zawsze dobrze płacił.

[center].[/center]

Cała trójka wskoczyła do Kodiaka i odleciała w stronę Charona. Feron wrócił do sali komunikacyjnej, w której cała grupa jego podkomendnych siedziała skupiona wokół monitora. Drell przyjrzał się. Odtwarzali nagranie wyczynów Jokera. Nie ukrywali zachwytu, komentując kolejne ewolucje na kilkunastosekundowym nagraniu. Tylko dowódca znał wszystkie detale misji. Oni nie wiedzieli nawet, kogo gościli. Nie mógł się powstrzymać i powiedział im, kto jest uwieczniony na filmiku. Opowiedział o chorobie pilota. Kiedy skończył, puścili nagranie jeszcze kilka razy. Żałowali, że nie poprosili o autograf.

[center]III[/center]

Powitaniom nie było końca. Cała załoga chciała przywitać się z Zaeedem. Nie miał pojęcia, że tak go lubią, a może nie lubili, ale był pierwszym "stworzeniem" zza przekaźnika, które wpadło im w ręce. Wyściskali go jak pluszowego misia. Massani się witał, Joker opowiadał o relacji Ferona, a Donnelly wziął model Kodiaka z kajuty komandora i w niezwykle obrazowy sposób pokazywał załodze ewolucje Moreau, imitując odgłos silnika i składając przy tym usta w zabawny sposób. Przecież nikt nie musiał wiedzieć, że miał wtedy zamknięte oczy. Wszyscy przycichli, kiedy Joker poruszył temat Sheparda.

- Żyje - oświadczył, dodając od razu - ale jest w śpiączce.
- To więcej, niż wiedzieliśmy wcześniej. Znacznie więcej! - zakrzyknął James, uderzając pięścią w otwartą dłoń.
- To nic trudnego, biorąc pod uwagę, że wcześniej nie wiedzieliśmy nic - ironicznie skomentował Javik.

Wszyscy poczuli, że ich motywacja wzrosła kilkukrotnie. Komandor żył! Wiadomości były dobre. Ich dowódca wciąż oddychał, a część jego byłej załogi już szukała sposobu, by mu pomóc. Teraz będą mogli do nich dołączyć.

Liara analizowała słowa Ferona. Zwiadowcy byli na Ziemi kilka dni temu. Od tego czasu działania Wrexa, Samary i Mirandy mogły znacznie posunąć się do przodu. Zastanawiała się, co mogli osiągnąć, a przede wszystkim, jak chcieli pomóc Shepardowi. Już nic nie stało na przeszkodzie, żeby ruszyć przez przekaźnik. W końcu odezwała się do Jokera:
- Jeff. To cmentarzysko statków... Normandia przejdzie przez nie bez szwanku?
- Tak, pod warunkiem, że nie wyskoczą na nas krwiożercze sondy z czerwonym światełkiem - odpowiedział, nawiązując do misji w bazie zbieraczy.

[center].[/center]

Wszyscy członkowie załogi rozeszli się na swoje stanowiska. Zbliżał się moment, na który czekali niemal dwa miesiące. Wielu z nich, w głębi duszy, nie wierzyło, że kiedykolwiek wrócą, ale teraz, kiedy wiedzieli, że w niedługim czasie znów zobaczą Ziemię, czuli rozsadzającą ich od środka adrenalinę. Przekaźnik w układzie z planetą Zayo mieli w zasięgu wzroku. Meldowali gotowość, odzywając się kolejno na mostek.

Traynor: - Koordynaty sprawdzone. Jesteśmy gotowi.
Garrus: - Działa skalibrowane. Nawet jak wylecimy prosto na szczątki krążownika, to nie ma się czego bać.
Ashley: - Bariery postawione. Sto procent siły. Bez odbioru.
Tali: - Silniki gotowe do pracy na maksimum możliwości.
James: - No to jazda!

- No to hop - wyszeptał sam do siebie Joker, po czym skierował fregatę w stronę przekaźnika. Kątem oka spojrzał w prawo, na puste siedzenie obok siebie. Cicho westchnął.

Po chwili poczuli wejście w nadprzestrzeń. Tego uczucia doświadczali dziesiątki razy, ale teraz było inaczej. Przeczuwali, że najdłuższa podróż ich życia niebawem dobiegnie końca.

[center]IV[/center]

Chłodne, czwartkowe popołudnie nie zachęcało do aktywności. Większość żołnierzy zaszyła się w swoich kwaterach, grając w karty, bądź zbierając się na stołówce przy lądowisku, na której z telewizora bezustannie słychać było wiadomości. Dotychczasowe newsy nie mówiły nic nowego. Wielka Brytania była już niemal całkowicie wyzwolona z pod panowania Żniwiarzy, podobnie Francja, Niemcy, Polska i kraje skandynawskie. Opór wroga wciąż był mocny w Ameryce Północnej, ale najgorzej było w krajach azjatyckich - Chinach i Indiach. W obu Żniwiarze mieli prawdziwą "ucztę". Z powodu gigantycznego zaludnienia tych regionów, stały się one głównym celem wroga. Wiadomo było, że z powierzchni Ziemi zniknęło około pięciuset milionów Chińczyków. Statystyki na temat Indii były niejasne. Około jedną trzecią ze schwytanych przerobiono na zombie. To daje zawrotną liczbę wrogów do pokonania. Wiadomo było, że siły chińskie, współpracując z oddziałami salariańskimi i turiańskimi, próbują wyzwolić kraj.

W pewnym momencie z telewizora usłyszeli nową wiadomość. Była zupełnie inna od poprzednich. Wygłaszała ją kobieta, którą znali z przedwojennych programów Westerlund News:
-Tu Khalisah al-Jilani. Mówię do państwa z kolebki ruchu oporu i zarazem miejsca, gdzie byliśmy świadkami największego triumfu w historii galaktyki - z Londynu. W ostatnich dniach nie podawaliśmy informacji o stanie zdrowia komandora Sheparda - człowieka, który był dla nas wszystkich natchnieniem podczas najczarniejszych chwil. Teraz wiemy, że jego stan jest krytyczny. W związku z czym pokazuję państwu komunikat jednego z wojennych bohaterów - majora Coatsa.

Na ekranie pokazała się skierowana do komisji przemowa Coatsa . Chwila, w której chwycił mikrofon i zaczął zachęcać do wstąpienia do grupy uderzeniowej, mającej na celu atak na siedzibę Przymierza w Vancouver.
- Ale ta babka ma wtyki. Wcisnęła kamery nawet na posiedzenie komisji - odezwał się jeden z żołnierzy, spożywając posiłek na stołówce. Miał na sobie błyszczącą, skórzaną kurtkę.
- Coats prosi o wszystkie dostępne siły dla Sheparda. Może i my powinniśmy się zgłosić - zastanawiał się jego rozmówca, wpatrując się w ekran.

Szeregowy Ramirez skończył posiłek. Wraz z towarzyszem wstali od stołu i wyszli przed budynek, by zapalić papierosa. Kontynuowali rozmowę:
- Słyszałem, że komisja wypięła się na nich. Nie będzie wsparcia floty. Nie wiadomo nawet, czy zorganizują sobie promy - przemyślał sprawę latynos. - Nie warto iść śmierci w paszczę bez siły ognia. Przeżyliśmy jedno piekło. Po co ładować się w kolejne?

Żołnierze oparli się o ścianę i relaksowali papierosem, zaciągając się, jak najgłębiej potrafili. Nagle usłyszeli odgłos silników jakiegoś statku, lądującego za budynkiem . Nie było w tym nic dziwnego, już setki jednostek startowały i odlatywały z tego miejsca, ale tym razem spostrzegli, że wielka liczba zgromadzonych w okolicy żołnierzy patrzyła w niebo dokładnie nad budynkiem, przy którym stali. Odrywali się od wykonywanych czynności. Rzucali karty, przestawali flirtować z miejscowymi pięknościami, przerywali golenie. Zaraz potem ruszali szybkim krokiem, niektórzy truchtem, w stronę lądowiska. Ich twarze przybierały wyraz zdumienia. Jeden z żołnierzy, którzy przebiegali obok nich, słyszał rozmowę z przed chwili i mijając ich krzyknął radośnie:

- Chyba macie swoją siłę ognia! - Po czym dołączył do tłumu ciągnącego za stołówkę.

Zaintrygowany Ramirez włożył papierosa w usta i przeszedł kilka metrów, aby mieć w zasięgu wzroku lądowisko. Gdy żołnierz był już w stanie dostrzec obiekt tego powszechnego zainteresowania, papieros wypadł mu z szeroko rozwartych ust.

Na lądowisku kotłowało się. Dziesiątki ludzi nie mogły uwierzyć w to, co widziały. Na Ziemię powróciła fregata - legenda.

[center]V[/center]

Zgromadzeni w domu Mirandy Lawson spędzili noc dobrze. Wszyscy spali zadziwiająco głęboko i spokojnie. Prowizoryczne materace nie były szczytem wygody, ale w ostatnich tygodniach nie zaznali niczego lepszego. Mirandzie śniło się jednak, że na placu przed jej kwaterą nie ma nikogo. Odpędzała od siebie te myśli.

Pierwsza wstała Samara, która, jak zwykle z rana, zabrała się do medytacji. Próbowała uspokoić myśli. Umysł każdego z nich analizował jednak możliwości. Ilu żołnierzy jest w tej chwili przed ich kwaterą? Bali się rozsunąć zasłony. Przebierali się powoli.

Major Coats był najszybszy. Mimo swojego kalectwa, nie tracił dobrego humoru. Po ubiegłonocnej rozmowie przy ognisku był dziwnie spokojny. W pomieszczeniu byli jeszcze Miranda Lawson, egzekutorka Samara i kapral Michael Young, który po stracie swojej jednostki był przydzielony do grupy Lawson. Tutaj też nie miał szczęścia. Kolejnego przydziału nie dostał, ponieważ organizacyjny paraliż wciąż utrudniał aktualizację stanu osobowego armii. Young nie spieszył się z wyjaśnieniami. Nie zgłosił się do dowództwa po powrocie z Marsylii. Czuł, że jego miejsce jest przy tych dwóch biotyczkach.

Zza okna docierały do nich odgłosy rozmów. Nie wiedzieli, ile osób czeka, ale byli już pewni, że ktoś przyszedł. Denerwowali się.
- Spokojnie, nie zawiodą - uspokajał Coats, widząc ich niepewność. - Szósta zero-zero. Jesteście gotowi?
Kiwnęli głowami, potwierdzając. Young pomógł majorowi usadowić się na wózku i ruszyli w stronę drzwi. Miranda otworzyła je.

[center].[/center]

To, co ujrzeli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Przed oczami zobaczyli wielki tłum ludzi, co najmniej kilkuset. Nie byli to zmarnowani wojną, przerażeni ludzie, których widywali ostatnio. Przybyli pewni siebie, pozytywnie nastawieni żołnierze. Co ciekawe, Samara widziała wiele znajomych ze stołówki twarzy. Tych samych, które jeszcze wczoraj rano myślały tylko o odpoczynku i napełnieniu brzucha. Teraz siedzieli w kilkuosobowych grupkach, rozmawiali, grali w karty, śmiali się. Czekali. Kilku z nich dostrzegło grupę wychodzącą z kwatery i gwiżdżąc uświadomili to innym. Wszyscy stanęli na baczność, jak na komendę. Zachwyt Lawson i Samary sięgnął zenitu. Mieli armię. Coats tylko kiwał głową z uznaniem, jakby mówiąc: "a nie mówiłem?".

Po dość długiej chwili wzniosłej ciszy przed szereg wysunął się wielki kroganin. Od razu go poznały.
- Resztki kompanii Aralakh, najlepszego oddziału i dumy krogan, zgłaszają się na ochotnika! - krzyknął dumnie ich stary znajomy, Urdnot Grunt. Kroganie wydali z siebie przeraźliwy ryk. Wydawało się, że ziemia zadrżała.

Kolejną osobą, która wyszła z tłumu był Jacob Taylor - mąż Brynn Cole, który bez słowa skinął głową w stronę Lawson, witając się. Nie miała czasu odpowiedzieć podobnie, bo wśród zebranego tłumu zawrzało. Ktoś przeciskał się przez niego intensywnie.
- Przepuścić mnie! Z drogi! - krzyczał młody latynos.

Żołnierze posłusznie usuwali się z drogi. Samara poznała tego człowieka po kurtce, którą na sobie nosił. To ten sam latynos, którego gadatliwość dała jej szansę na lot do Francji z Wrexem. Może znów ma coś ciekawego do powiedzenia? - zastanawiała się.

Ramirez dobiegł do środka zgromadzenia. Oparł dłonie na udach i łapał głębokie wdechy.
- Oni... tu...są - wyrecotywał z trudem, przymykając lekko oczy w blasku wschodzącego słońca.
- Kto tu jest? Mów jaśniej, człowieku - odpowiedział Grunt.
- Normandia!

Nie chcieli wierzyć, ani Miranda ze swoją grupą, ani ochotnicy. Nie potrafili. Lawson zaprzęgła Jacoba i Brynn do pracy przy zapisywaniu nazwisk i specjalności żołnierzy oraz grupowaniu ich w jak najlepiej uzupełniające się pododdziały. W tym celu wystawili z kwatery po dwa krzesła i biurka. Wszyscy posłusznie ustawili się w dwóch kolejkach i czekali na swoją kolej. Ich myśli krążyły wokół słów Ramireza. Normandia? Tutaj? Jakim cudem? - pytali w tłumie, z entuzjazmem w oczach. Już po kilku minutach atmosfera niepewności opuściła ich. Do lądowania, tuż obok ich prowizorycznego stanowiska rekrutacyjnego, przymierzał się Kodiak. Delikatnie osiadł na ziemi, a po kilku sekundach otworzył boczne wejście. Wiedzieli już, kto w nim jest. Ze środka wyszły postacie, które dla zebranych na placu ludzi były legendami: turianin Vakarian, quarianka Tali, asari Liara, James Vega i inni. Tłum wydarł się w niebogłosy. Wszyscy opuścili kolejkę i poszli wyściskać swoich bohaterów. Miranda i Samara ze zdumieniem spojrzały na siebie. Obie uśmiechnęły się szeroko.

Kilkumiesięczna tułaczka Normandii dobiegła końca, ale wciąż pozostawało jedno, ostatnie zadanie: ocalenie komandora. Po około godzinie radosnego witania i wyściskiwania bohaterów, załoga fregaty weszła do budynku wraz z Samarą, Mirandą i Gruntem. Na zewnątrz pozostali - Brynn i Jacob, formujący oddziały z przybyłych ochotników oraz Young z Coatsem.

[center].[/center]

Cała grupa weszła do wnętrza. Zaczęła się długa dyskusja. Obie strony chciały poznać jak najwięcej szczegółów o wydarzeniach, które ich ominęły. Miranda i Samara opowiedziały przyjaciołom o swoich działaniach. Załoga co nieco o nich wiedziała. Kobiety nie zdziwiły się, przecież Handlarz Cieni przebywał na pokładzie Normandii. Vega i Traynor opowiadali natomiast o pobycie na Zayo i tlącej się w nich nadziei powrotu, która właśnie się spełniła. W końcu doszli do punktu, do którego dojść musieli.

- Słyszeliśmy wasz komunikat. Mirando, podobno masz dostęp do komandora. Czy możemy go zobaczyć? - spytała Liara.
- Wolelibyście nie oglądać go w takim stanie, wierzcie mi. Koncentrujcie się na misji, a już niedługo wszyscy z nim porozmawiamy. Jutro wieczorem wyruszacie... Ja niestety nie mogę wam towarzyszyć... - spuściła głowę, kontynuując: - Muszę być na miejscu i monitorować stan zdrowia komandora. Samara i Young pomogą wam z pozyskaniem danych. Natychmiast po pobraniu ich na datapad musicie wysłać je do mnie. Nawet jeśli będziecie pod ciężkim ostrzałem. Rozumiecie?

- Tak - krótko odpowiedział Garrus. - Powiedz nam jeszcze, co z Wrexem? Słyszeliśmy, że konkretnie oberwał.

Na dźwięk tego pytania Grunt wyszedł przed szereg. Odkąd usłyszał o odniesieniu przez Wrexa ciężkiej rany, był bardzo zaniepokojony. Jako że młody kroganin nie miał ojca, zastępował mu go wódz klanu Urdnotów. Nikomu tego nie powiedział, ale podpatrywał go od kiedy rozeszły się drogi jego i Sheparda. To właśnie ta dwójka - wódz i komandor - ukształtowała Grunta. Obu był wdzięczny i ogarnął go niepokój, kiedy usłyszał, że już nie tylko Shepard, ale i Wrex jest ciężko ranny. Wieści o jego powrocie do zdrowia bardzo uspokajały młodego kroganina.

[center].[/center]

Nic nie stało na przeszkodzie, aby oddział odwiedził byłego kompana. Udali się więc do szpitala. Był niemal pusty. Pielęgniarki nudziły się, stawiając pasjansa lub po raz setny sprawdzając ilość medi-żelu w apteczce. W ostatnim czasie wszystkie trwające walki toczyły się z dala od Londynu. Siłą rzeczy rannych było niewielu. A to świętujący żołnierz odpalił petardę w ręce i stracił palec, a to jakiś turianin zjadł po pijaku jedzenie, którego jego organizm nie mógł przyswoić. Same błahe sprawy. Poza Wrexem. Oddział wszedł do oddzielnego pomieszczenia, w którym zobaczyli kroganina, siedzącego na szpitalnym łóżku. Wyglądał dobrze i nie był sam.

- Ha, cała ekipa w jednym miejscu. Słyszałem, że wylądowaliście. Dobrze was widzieć. Zobaczcie, kogo tu przywiało - powiedział ranny. Obok niego, na krześle, siedziała doskonale wszystkim znana postać - Jack. Kolejny, bezcenny członek załogi z czasów misji za przekaźnikiem Omega 4.
- Wiedziałem, że się wyliżesz stary pryku - odrzekł Grunt, śmiejąc się szczerze. Wrex był w całkiem niezłym stanie, jak na kogoś, kogo przebił na wylot metalowy pręt. Młodszy z krogan miał wrażenie, że kamień spadł mu z serca.

Cała załoga zaczęła poklepywać Wrexa po ramieniu i wypytywać o akcje w Marsylii, stan zdrowia, urodę pielęgniarek i inne nieistotne rzeczy. Samara skorzystała z okazji i poprosiła Jack o wyjście przed salę. Wrex zauważył to, inni również. Chcieli zwrócić uwagę, aby zostały przy towarzyszu, ale ranny wiedział, o czym będą rozmawiać biotyczki. Sam odwrócił ich uwagę rozmową, dając do zrozumienia, że nie czuje się obrażony. Załoga pojęła, że sprawa Samary musi dotyczyć czegoś ważnego. Po ich wyjściu, Wrex streścił sytuację.

Po kilku chwilach wróciły na salę. Samara milczała, wbijając wzrok w bezchmurne niebo za oknem. Jack nie mogła oderwać oczu od metalowej blaszki, którą trzymała w ręku. W jej oczach wszyscy dostrzegli łzy. Jason Prangley był dla niej niczym rodzina. Nie tylko on. Jack wyciągnęła zza kurtki łańcuszek ze swoim nieśmiertelnikiem. Wszyscy zobaczyli, że były tam już trzy inne blaszki. Nikt nie chciał pytać. Wszystko było oczywiste. Jack otarła łzy dłonią i zwróciła się do Mirandy:

- Hej, cherleaderko. Załapię się do twojej drużyny?
- Oczywiście, że tak. Przyda się druga biotyczka, obok Samary. Ja nie mogę jechać. Muszę być przy Shepardzie. Przykro mi, Jack. Prangley był świetnym żołnierzem... Ocalił nas.
- W porządku. Nie chcę o tym rozmawiać. Będzie na to czas, jak uratujemy komandora.

Nastąpiła chwila ciszy, którą nieporadnie przerwał Garrus:
- Pozwólcie, że zadam pytanie. Nurtuje mnie, od kiedy zobaczyłem ten tłum ochotników. Jak, do cholery, przerzucimy tę armię ludzi do Vancouver? Do samej Normandii ich nie wciśniemy. Potrzebujemy przynajmniej eskadry promów.
- O to bym się nie martwił - powiedział Jacob Taylor, wchodząc na salę. - Wy tu sobie gadu gadu, a do naszego punktu werbunkowego właśnie przyleciał wasz znajomy - Steve Cortez wraz z liczną gromadą swoich przyjaciół - pilotów. Podobno Shepard zrekrutował ich podczas walk. Usłyszeli komunikat i chcą pomóc. Transport mamy z głowy.
- Przecież komisja nie pozwoli im lecieć. Nie chcą, że tak powiem, marnować sił na darmo - powiedziała Miranda, wyraźnie się przy tym krzywiąc.
- O to samo ich spytałem - odpowiedział Taylor. - Cortez odpowiedział, że jego przyjaciele to piloci, którzy od lat nie służyli w wojsku. Nie mają formalnego zwierzchnika. Sam Cortez jest członkiem załogi Normandii, która jest statkiem Widma - Ashley Williams. Widma, o ile mi wiadomo, odpowiadają tylko przed Radą Cytadeli, która jest w rozsypce. Nie wiemy nawet, czy radni żyją. Wygląda na to, że mamy wolną rękę.

Wszyscy obecni na sali wiedzieli, że Widma dysponują wielką swobodą w działaniu. Doskonale widzieli, jak pożytkował ją Shepard. Do tej pory Ashley nie zdążyła wykorzystać swojego nowego stanowiska w żaden sposób. Jeśli ktoś miał poprowadzić Normandię na tę misje, a potem zmierzyć się z konsekwencjami, mogła to być tylko ona. Wszyscy zwrócili oczy w kierunku Williams. Ashley, trochę zaskoczona obrotem spraw, powiedziała:
- Hm, zastanawialiśmy się kiedyś, kto powinien dowodzić. Zdaje się, że wygrałam... W porządku, z chęcią wezmę to na siebie.

[center]VI[/center]

Ostatni wieczór przed odlotem większość ochotników spędziła pracowicie. Chodzili po całym mieście, szukając towarzyszy, którzy mogli odstąpić pochłaniacze ciepła, wodę i całą resztę drobiazgów. Sami byli zdziwieni, z jaką łatwością im to szło. Niektórzy żołnierze uważali ich za wariatów. Narażać swoje życie, mimo braku rozkazu? Samemu iść na śmierć? Nie rozumieli tego. Byli też jednak tacy, którzy wręczali swoje zapasy nie tylko chętnie, ale i obdarzając ochotników spojrzeniem pełnym szacunku i dobrym słowem. Byli pod wrażeniem odwagi, której im najwyraźniej brakowało.

Inżynierowie Adams i Donnelly uczyli Javika grać w karty, którymi ten zafascynował się podczas imprezy w domu komandora Sheparda na Cytadeli. Nauka nie trwała długo. Uczeń szybko przerósł obu mistrzów. Podejrzewali, ze to przez jego zdolności, ewentualnie przez Jamesa, który mógł nauczyć proteanina oszukiwać. Sądzili też, że przez dotykanie kart wyczuwa, co komu rozdaje. Nazwali go - "James na sterydach".

Jack poprosiła Samarę, aby wraz z Wrexem, opowiedziała jej o ostatnich chwilach Prangleya. Skromny uśmiech zagościł na jej twarzy, kiedy usłyszała, jaką wiadomość jej przekazał.

Coats i Young, którzy znali wielu ochotników, pomagali Taylorowi i doktor Cole w grupowaniu ich w oddziały. Dzięki promom sprowadzonym przez Corteza, do Kanady można było przerzucić około czterystu żołnierzy. Misja musiała się zacząć najszybciej, jak tylko się dało. Doktor Archer i Miranda już udali się do bunkra, w którym obserwowali i, w miarę możliwości, stabilizowali stan Sheparda. Na wszelkie sposoby upewniali się, że łączność bunkra z Normandią nie padnie. Musieli być gotowi, aby od razu po otrzymaniu kodów z centrali Przymierza, rozpocząć najtrudniejszą w ich życiu operację. Mieli usunąć cybernetyczne elementy ze stawów kolanowych i łokciowych. Najbardziej martwili się jednak implantami w kręgosłupie. Stanowiły one śmiertelne zagrożenie. Z wielką chęcią dołączyła do nich doktor Chakwas, wzbogacając ich wiedzę o skany, które przeprowadziła niedługo po pierwszym ożywieniu komandora i precyzyjne informacje na temat gojenia się ówczesnych blizn Sheparda.

[center].[/center]

Ostatnie godziny przed snem przeznaczyli na ułożenie odpowiedniej taktyki. Drużyna "Rannoch", dowodzona przez Tali i wspomagana ogniem przez Zaeeda, miała za zadanie atak na centralę komunikacji Żniwiarzy. Dopiero po jej zakłóceniu, miało rozpocząć się główne uderzenie. Odpowiedzialne za nie miały być: drużyna "Thessia", pod dowództwem Liary i Samary, "Eden Prime", prowadzona przez Ashley i Vegę oraz "Kalros" z Gruntem i Jack na czele. Kroganin i ludzka biotyczka mieli za zadanie uderzyć na główne siły wroga i związać je walką. Celem było zmylenie przeciwnika i zasugerowanie, że chodzi o odbicie Vancouver. Ostatnią grupą, która miała bezpośrednio szturmować centralę Przymierza, był "Palaven" z Garrusem Vakarianem, Javikiem i kapralem Youngiem.

Wszystkie drużyny na miejsce miały dolecieć promami. Normandia miała zniszczyć największe działa naziemne, umożliwiając im jak najspokojniejszy desant. Nadrzędnym celem fregaty było jednak koordynowanie uderzenia. Odpowiedzialni za to mieli być Samantha Traynor, major Coats oraz Joker. W ostatniej fazie, wszystkie drużyny miały wycofać się do promów i obrać kurs na Londyn. Wyjątkiem był "Palaven", który miał zostać ewakuowany przez Normandię, ponieważ centrala Przymierza była zbyt głęboko na terenie wroga, aby mogli na czas powrócić do promu. Akcja, według początkowych założeń, miała trwać około piętnastu minut, licząc od zakłócenia komunikacji wroga. Błyskawiczne uderzenie, jak najmniej ofiar własnych, pozyskanie informacji, wycofanie się.

Nazajutrz wszyscy wsiadali na promy pełni nadziei, przekonani o własnej sile i przewadze elementu zaskoczenia. Wierzyli w zwycięstwo. Flota, złożona z mitycznej fregaty - Normandii oraz kilkunastu promów pod dowództwem Corteza, wzbiła się w powietrze i ruszyła na ostatnią misję.

Zadanie zyskało kryptonim - Operacja Akuze, od miejsca, w którym komandor Shepard przeszedł pierwszy, krwawy chrzest bojowy. W walce z miażdżypaszczami stracił cały oddział. On jeden przeżył. Musiał przeżyć również teraz...
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 lis 2013, 22:36

[center]MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

ODCINEK VII
OSTATNI WYSIŁEK

I
[/center]

W okolicach Londynu panowało głębokie poruszenie. Do boju ruszała właśnie grupa kilkudziesięciu promów wypełnionych po brzegi uzbrojonymi po zęby żołnierzami. Kiedy rozeszła się wiadomość, że jakiś oddział rusza bez przyzwolenia londyńskiej komisji, niektórzy ludzie, szczególnie cywile, podchodzili do nich z pogardą i nazywali renegatami, a nawet dezerterami. Zamiast zostać na miejscu i bronić ich, kilkuset marine rusza na jakąś samozwańczą misję. Cywile początkowo nie znali celu wyprawy, bo sieć komunikacyjna działała na razie jedynie w kręgach wojskowych. Nikt z ochotników nie zamierzał jednak robić z celu tajemnicy. "Ruszamy ratować komandora Sheparda" - na dźwięk tych słów każdy złorzeczący człowiek natychmiast zmieniał zdanie. Zdarzali się tacy, którzy sami chcieli przyłączyć się do misji. Oferowali swoją skromną pomoc, dawali jakieś drobiazgi na szczęście.

[center].[/center]

Garrus wsiadał właśnie do ostatniego z promów. Był dowódcą grupy "Palaven" - największego, obok "Kalros", oddziału uczestniczącego w Operacji Akuze - składającej się ze stu żołnierzy podzielonych na trzy pododdziały: Garrusa, Javika i Younga. Oddział ten miał za zadanie ostateczne uderzenie na archiwa Przymierza i przesłanie niezbędnych danych na pokład Normandii, z której Joker przekazałby je Mirandzie. Sukces lub porażka Garrusa oznaczałyby zwycięstwo lub klęskę całej operacji. Gdy pilot odpalał silniki, z tłumu wybiegła mała dziewczynka, puszczając dłoń matki i wyciągając rękę w stronę turianina. Gdy dotarła do promu, Garrus ujrzał w jej rączce mały kwiatek. Był piękny. Nie znał ziemskiej flory, ale do te pory nie widział tu nic poza zgliszczami, ruinami i spalonymi miastami. Przyjął od niej podarek i włożył sobie za rękawicę, uśmiechając się. Większość ludzi ten uśmiech odrzucał. Dziewczynka, w przeciwieństwie do innych, nawet żołnierzy, nie bała się turianina z oszpeconą twarzą. Jej buzia uśmiechnęła się wesoło, a policzki zaróżowiły się. Garrus odesłał ją skinieniem głowy w stronę matki i zamknął Kodiaka. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Wznieśli się w powietrze. Przyszedł czas na rozmyślanie i rozmowy. Mimo znacznej prędkości promów, podróż przez Atlantyk miała trwać kilka godzin. Ostatecznie na promy załadowano 370 ludzi, zgrupowanych w pięć oddziałów.

[center].[/center]

W międzyczasie Young opowiadał Javikovi i Garrusowi o czasach Krzysztofa Kolumba i wielu próbach przepłynięcia przez ocean. Rejsy trwały wiele tygodni, więc on sam cieszył się z posiadania całkiem niezłych promów. Garrus słuchał z zaangażowaniem, ciesząc się, że może skupić na czymś uwagę. Javik siedział z boku i pogrążył się w myślach, opierając łokcie na kolanach i chowając głowę w dłoniach.

W promie z dowódczynią drużyny "Thessia" - Liarą - leciała inna asari - Samara. Podczas całego lotu wymieniły tylko kilka zdań. Rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Obie były przybite zagładą rodzinnej planety i nadal nie miały informacji, jak teraz wygląda ich ojczyzna. Zadanie "Thessi" polegało na osłanianiu biotyką drużyny "Palaven". Z tego powodu, w skład oddziału wchodzili niemal wyłącznie biotycy. Do archiwum Przymierza prowadziła jedna droga, wiodąca przez zbudowany wysoko nad ziemią most. To na nim miały powstać stanowiska z osłonami biotycznymi, które powstrzymałyby przeciwnika, kiedy ten zorientuje się, gdzie jest prawdziwy cel wyprawy i skieruje tam swoje siły.

"Eden Prime", kierowana przez Widmo Williams i członka programu N7 - Jamesa Vegę, nie była zbyt liczna, ale składała się z najtwardszych komandosów, których z ochotników wyselekcjonował major Coats. Ich zadaniem było wspomaganie siłą ogniową drużyny "Thessia". Obrona mostu była kluczowa, aby "Palaven" mógł wycofać się na czas i nie niepokoić się o swoje tyły.

Drużyna "Kalros" - z Gruntem i Jack jako dowódcami - była najpotężniejsza i bardzo wszechstronna. W jej skład wchodziło wielu doświadczonych żołnierzy, utalentowani biotycy i kilku inżynierów. Ciężka broń, taka jak: wyrzutnie rakiet Kobra, mnóstwo różnego rodzaju granatów oraz przenośne stanowiska potężnych karabinów maszynowych. To wszystko miało im umożliwić atak na główne siły Żniwiarzy i związanie ich walką. Wszyscy wiedzieli, że "Kalros" poniesie najcięższe straty. Grunt ochoczo zgłosił się na dowódcę i nadał nazwę swojej grupie. Impet ich uderzenia miał zasugerować wrogom, że celem misji jest odbicie Vancouver.

Ostatnią drużyną, od której zależało niezwykle wiele, była grupa "Rannoch" z Tali i Zaeedem. Mieli zdesantować się tuż przy centrali komunikacyjnej Żniwiarzy. Najemnik - wraz ze swoimi ludźmi - miał przebić się do budynku w możliwie najcichszy sposób. Musiał wybić załogę, nie dając im szans na ostrzeżenie innych. Potem do akcji miała wejść quarianka ze swoim zespołem inżynieryjnym. Musieli unieszkodliwić zautomatyzowaną obronę wroga, przeróżne wieżyczki i wszelkie inne środki obronne, które tylko zdołaliby odłączyć. Ułatwiłoby to zadanie pozostałym. Nadrzędnym celem grupy "Rannoch" było jednak zerwanie komunikacji między wojskami Żniwiarzy. Ruszali do walki kilka minut przed resztą.

Operację Akuze, z pokładu Normandii, nadzorowali Samantha Traynor, Joker i major Coats. Tuż po wyłączeniu komunikacji przez Tali, mieli oni zlikwidować obronę przeciwlotniczą Vancouver, strzelając z działa Thanix. Nie wiedzieli, czy Żniwiarze z niej korzystają, ale pozostawienie takiej broni w rękach wroga byłoby czystą głupotą, która mogłaby kosztować życie wielu ludzi na pokładach promów. Poza tym zniszczenie tych dział z pewnością wzmoże we wrogu przekonanie, że celem misji jest frontalny atak na Vancouver.

Niedługo mieli lądować. Słońce zachodziło. Operacja miała zacząć się o zmierzchu. Garrus spojrzał na swój oddział. Wszyscy siedzieli skoncentrowani. Nikt już nie rozmawiał. Kilku żołnierzy nerwowo podrygiwało nogami, niektórym trzęsły się dłonie, a inni z całych sił ściskali poręcze promu.

Szeregowy Ramirez wyglądał inaczej niż zwykle. Kosmyk siwych włosów na prawej skroni to jedyne, co pozwoliłoby go teraz poznać Samarze, jeśli leciałaby tym samym promem. Swoją bezcenną kurtkę zostawił w domu zaprzyjaźnionej, londyńskiej rodziny. Oddychał powoli, wpatrzony w pokład Kodiaka. Ruszył na tę misję. Dla Sheparda.

[center]II[/center]

Major Coats zajął miejsce na prawo od Jokera, przechodząc ze swojego wózka na fotel, który kiedyś zajmowała EDI. Tuż za nimi, przy pulpicie komunikacyjnym, siedziała Traynor. Ustawili radio na ustaloną wcześniej częstotliwość i odezwali się:
- Tu Normandia. "Rannoch", słyszycie mnie? - powiedział porucznik Moreau, wpatrując się w swój pulpit, błyszczący dziesiątkami różnych wskaźników.

Cała trójka miała nadzorować komunikację między drużynami. Priorytetem była łączność z "Palavenem", który musiał wysłać dane Cerberusa niezwłocznie po ich skopiowaniu na datapad. Dopiero z Normandii można było je przekazać Mirandzie, która była już gotowa do rozpoczęcia ostatecznej operacji Sheparda w bunkrze pod Londynem. Wspomagali ją doktor Cole, doktor Archer oraz Karin Chakwas.

- Tu "Rannoch". Słyszymy was głośno i wyraźnie - usłyszeli charakterystyczny głos Tali. - Właśnie podchodzimy do lądowania przy centrali komunikacyjnej wroga. Natychmiast po zakłóceniu ich łączności wyślę wam sygnał i będziecie mogli usmażyć te działa przeciwlotnicze. Zaeed już rusza - skończyła meldunek.

Joker i Traynor popatrzyli na siebie. Zaczęło się - pomyśleli oboje, czując że z emocji ściskają im się żołądki.

[center].[/center]

Zaeed Massani wyskoczył z promu wraz z grupą ośmiu towarzyszy z czasów działania w grupie najemników - Błękitnych Słońc, której niegdyś przewodził. Byli zgraną drużyną, rozumieli się bez słów. Uzupełniał ich człowiek polecony przez kaprala Younga. Kiedy wszyscy byli jeszcze w Londynie, Vega spytał najemnika czy dadzą sobie radę z tym zadaniem. Może być tam sporo wrogów - mówił. Zaeed odrzekł mu, że każdy członek jego oddziału zabił więcej wrogów niż Vega zjadł kotletów.

Dziesięcioosobowa grupa opuściła prom około dwustu metrów od centrali, aby mieć jak największe szanse na zaskoczenie wroga. Drużyna przemieszczała się bezszelestnie w stronę głównego wejścia. Zaeed szedł na przedzie. Dotarł do sporej skały, wyjrzał zza niej i uniósł rozłożoną dłoń, nakazując reszcie zatrzymanie się. Dwa kanibale na straży - pokazał gestami prawej dłoni.

- Cholera, musimy urządzić rzeź już teraz - powiedział szeptem jeden z jego podkomendnych, świeżak zabrany z polecenia.

Dowódca oddziału parsknął, a jego ludzie cicho się zaśmiali.
- Patrz i ucz się - odrzekł lekceważąco Zaeed, po czym otworzył naramiennik i wyjął dwa noże. Wychylił się zza skały i w mgnieniu oka wyrzucił oba, zabijając wrogów na miejscu. Świeżak tylko uniósł brwi z wrażenia. Ruszyli dalej.

Budynek był nieduży. Oddział zajął miejsca po obu stronach wejścia. Zaeed spojrzał w stronę skały, zza której niedawno zabił dwóch kanibali. Była tam już Tali wraz ze swoimi inżynierami. Oboje skinęli głowami, patrząc sobie w oczy.
- "Niebiescy" na lewo, "czerwoni" na prawo. Zarąbać wszystko, co się tam rusza. Nie ma litości - wyszeptał agresywnie Massani, po czym wbiegł do budynku i ruszył na prawo, na czele "czerwonych".

Tali usłyszała kilka serii wystrzałów, jakąś szamotaninę, dochodzącą ze środka budynku. Chwilę później na próg wyszedł Zaeed. Jego zbroja ociekała krwią, a z lufy broni wciąż unosił się lekki dym. Uśmiechał się na swój obrzydliwy sposób, dając do zrozumienia, że to nie jego krew. Quarianka wiedziała, że wykonał zadanie. Ruszyła biegiem, a za nią inżynierowie.
- "Niebiescy" na zewnątrz, osłaniać nas. My pilnujemy naszych złotych rączek - wydał polecenie najemnik.

Tali od razu zabrała się do pracy. Inżynierowie rozstawili niezbędny sprzęt i zabrali się do hakowania wszelkich metod komunikacji wroga. Wokoło były ciała dwóch grasantów i kilkunastu straszliwie zmasakrowanych kanibali. Dobrze się bawiłeś, Zaeed - pomyślała quarianka. Nie mieli dużo czasu. Kwestią kilku, może kilkunastu minut, było przybycie Żniwiarzy w celu sprawdzenia, czemu ich "koledzy" się nie odzywają.

- Skończyłam. Wszystkie wieżyczki i miny przeciwpiechotne powinny być odłączone - oznajmiła Tali, pytając od razu swoich podwładnych: - A wy? Skończyliście?
- Jeszcze chwilka... Moment... Tak, szefowo. Sukinsyny nie mają już między sobą żadnej łączności radiowej! - krzyknął z radością jeden z jej ludzi.

Tali włączyła swój omni klucz i wysłała do Normandii sygnał oznajmujący wykonanie zadania. Inżynierowie i grupa najemników Zaeeda pobiegli w stronę promu. Nie natknęli się na żadne siły wroga. Kiedy wsiadali do Kodiaków, usłyszeli potężną eksplozję, a potem drugą i trzecią. Tali zacisnęła pięść w geście triumfu. Działo Thanix właśnie usmażyło obronę przeciwlotniczą. Pozostałe drużyny mogły ruszać do natarcia.

[center]III[/center]

Promy z członkami grupy "Kalros" ruszyły do akcji od razu po usłyszeniu eksplozji. Wstępne skany okolic Vancouver wykazały, że główne siły wroga stacjonują nad zatoką False Creek i to właśnie tam udali się piloci. Po chwili, żołnierze usłyszeli odgłosy wystrzałów i dźwięki kul trafiających w Kodiaki. Wiedzieli, że wielu z nich zginie. Mieli zdesantować się przy samym brzegu zatoki i ruszyć szturmem na pozycje wroga, zdobyć je, a w miarę możliwości opanować również kolejne stanowiska, by związać walką jak największe siły wroga. Po otrzymaniu sygnału, który potwierdzałby sukces "Palavenu", mieli wycofać się do promów i ewakuować się.

Kodiaki wylądowały i otworzyły boczne drzwi. Stu pięćdziesięciu dzielnych marine ruszyło do szturmu przez plażę, a pozostali w promach żołnierze otworzyli ogień z działek przymocowanych do pokładów Kodiaków. Na niewielkim wzgórzu przed sobą widzieli kilkuset wrogów w popłochu zajmujących pozycje obronne. Udało się osiągnąć element zaskoczenia. Stanowiska wielkich karabinów maszynowych nie były jeszcze obsadzone. Grunt i wszyscy jego żołnierze pruli z broni szturmowej, strzelb i pistoletów maszynowych, nie zwracając uwagi na szukanie osłon. Po prostu biegli przed siebie. Chcieli wybić jak najwięcej wrogów, niwelując przewagę liczebną Żniwiarzy, zanim ci się zorganizują. W odległości około trzydziestu metrów widzieli wał ziemny, który był ich pierwszym celem. Stanowił pierwszą, dobrą osłonę.

Kroganin dostrzegł kątem oka dwóch grasantów, biegnących co sił ku stanowisku wielkiego karabinu, który mógł zdziesiątkować napastników.
- Zabić ich! Natychmiast! - krzyknął członek klanu Urdnotów, wskazując ich dłonią, ale żołnierze byli w amoku. Nacierali przed siebie i nie dostrzegli biegnących nieco z boku grasantów.

Kilkanaście metrów od kroganina stała Jack, która jako jedyna usłyszała jego krzyk. Skupiła się i wyrzuciła z dłoni potężną, biotyczną falę uderzeniową, która wyryła w piasku kilkumetrowy rów i dotarła aż do miejsca, które wskazał towarzysz. Grasanci zostali rozerwani na strzępy. Grunt od razu zwołał kilku ludzi, z którymi ruszył w stronę stanowiska KM-u. Od razu po dobiegnięciu na miejsce, żołnierze obrócili broń i otworzyli morderczy ogień. Po utracie kaemu Żniwiarze w popłochu wycofywali się za drugą linię obrony. Jack dostrzegała, że ta była już dobrze zorganizowana. Oddział dobiegł do niewielkiego wału ziemnego.

- Cholera jasna. Dobrze poszło, ale musimy iść dalej. Widzisz ich umocnienia? Natarcia na drugą linię możemy nie przeżyć. Jakie mamy straty? - Jack zwróciła się do Grunta, opierając plecami o wał. Jej klatka piersiowa falowała w rytm przyspieszonych oddechów.

- Kilkunastu zabitych i rannych. Niewielkie straty, jak na taką akcję, he, he - odparł młody kroganin, po czym krzyknął do reszty: - Ludzie! Wymienić pochłaniacze ciepła. Ranni wycofywać się do promów! Stanowisko kaemu, osłaniajcie nas. Odwagi! Za Sheparda! - wydarł się Grunt, po czym wybiegł zza wału i ruszył co sił w nogach w stronę drugiej linii umocnień wroga. Tuż za nim pobiegła Jack, a za nią runęło ławą ponad stu ludzi, krogan, turian i salarian. Wszyscy krzyczeli. Chwilę potem spadła na nich burza ognia z dziesiątek karabinów i granatów.

[center]IV[/center]

Oddziały "Thessia" i "Eden Prime" liczyły w sumie stu dwudziestu żołnierzy. Promy, na których pokładach byli, od razu po otrzymaniu sygnału ruszyły nad most, który był jedyną drogą do siedziby Przymierza. Stanowisko obrony miało być ustawione po stronie dalszej od archiwum i uniemożliwić Żniwiarzom przebicie się. Kilka chwil po nich, na stronie bliższej, miał wylądować oddział "Palaven".

Od razu po dotarciu na most, oddział biotyczny stawiał wielkie, potężne bariery, a podopieczni Williams i Vegi robili zwykłe osłony z tego, co tylko mieli pod ręką. Niewielkie auta, ławki, kosze na śmieci. Wszystko co mogłoby stanowić jakąkolwiek przeszkodę dla kul. Na razie nie spotkali się z żadnym oporem, co bardzo im odpowiadało.

- Grunt i Jack świetnie się spisują. Wszystkie siły odciągnięte - powiedziała Samara, spoglądając nad oddaloną o około dwa kilometry zatokę, z której dobiegały odgłosy zaciętej walki i unosiły się kłęby dymu. Co kilka chwil z oddali słychać było przytłumione huki licznych eksplozji.
- Na razie odciągnięte, ale niedługo tu będą. Oni wykonują swoje zadanie. My musimy wykonać swoje - odpowiedziała Liara, koncentrując się i wspomagając swój oddział w stawianiu osłon.

Ashley Williams, zadowolona z wyglądu prowizorycznych umocnień, odezwała się przez omni klucz:
- Jesteśmy gotowi na wasze przybycie, "Palaven" - ruszajcie do akcji! - zakomunikowała Garrusowi.

Kilkadziesiąt sekund później, po drugiej stronie mostu, pojawiły się promy, z których zrzucono liny. Na nich schodziło w dół stu żołnierzy. Od razu potem ruszali w stronę kompleksu Przymierza. Dzieliło ich od niego zaledwie dwieście metrów.

Garrus i Javik przystanęli na chwilę. Bez słowa patrzyli się na towarzyszy po przeciwnej stronie. Wymiana spojrzeń trwała kilka sekund. Zaraz potem proteanin i turianin dołączyli do Younga i objęli dowództwo nad swoimi drużynami. Ruszyli w stronę niewielkiego placu, który oddzielał ich od celu.

Kilkanaście sekund później na osłony biotyczne "Thessi" ruszyło kilka pustoszycieli - zmutowanych raknii, wielu grasantów i kanibale wspomagane przez zombie. James Vega, Ashley Williams, Samara oraz Liara walczyli, aby dać Garrusowi jak najwięcej czasu na pozyskanie danych.

[center]V[/center]

Już na placu zaatakowały ich zmutowane raknii oraz rzesza zombie.
- Strzelajcie do zombie. Ja i Javik zajmiemy się pustoszycielami - wydał rozkaz Garrus.

On i proteanin wiedzieli, jak zabijać zmutowane raknii. Celowali tylko i wyłącznie w głowę, a przynajmniej w coś, co głowę przypominało. Trafienie w "worki" na ciele potwora spowodowałoby uwolnienie od kilku do kilkunastu niezwykle nieprzyjemnych małych, cybernetycznych stworów. Pustoszyciele padły po kilku strzałach. Żołnierze byli zdumieni. Gdy wojna trwała w najlepsze, oni męczyli się z tymi koszmarami przez kilka minut, tracąc przy tym wielu kolegów. Teraz odczuwali dumę z tego, że walczą u boku takich wojowników.

Zombie zabito bez większych problemów. Plac został opanowany.
- Young, ty i twój oddział macie ustawić tu jak najmocniejszą obronę i nie dać się przejść, jeśli padnie most. Choćby nie wiem co, żaden Żniwiarz nie może tędy przejść - stanowczo powiedział Garrus, opierając dłoń na ramieniu kaprala i patrząc mu głęboko w oczy.
- Tak jest! - krzyknął Young. Kiedy pozostałe drużyny ruszyły do środka kompleksu, kapral wyjął zza pancerza wisiorek z krzyżykiem i pocałował go, przeżegnując się.

[center].[/center]

Drużyny Garrusa i Javika - łącznie czterdziestu ludzi - weszły szturmem do archiwów. Celem była główna sala i pakiet danych zarekwirowanych Cerberusowi. Do pobocznych sal żołnierze wrzucali granaty, po czym wkraczali do środka i rozstrzeliwali przeciwników, którzy przetrwali eksplozje. Po upewnieniu się, że pomieszczenie jest czyste, atakujący wracali na korytarz i szli dalej. Nagle - z sufitu - spadło kilka krat wentylacyjnych. Na żołnierzy zeskoczyło kilkanaście zombie, wgryzając się w ich szyje i rozszarpując tętnice. Kilku marine nie wytrzymało napięcia i zaczęło strzelać do swoich, wciąż żywych ludzi, którzy zmagali się z wrogiem. Po kilku chwilach wszystko ucichło. W korytarzu poległo jedenastu żołnierzy. Nie mogli się zatrzymywać.

W końcu dotarli do wielkich, zamkniętych drzwi. Inżynier z oddziału Garrusa podszedł, włączył omni klucz i po kilku kliknięciach drzwi otworzyły się. Oczom wszystkich ukazały się dwa brutale na głównej sali. Wielkie stwory, które budziły przerażenie we wszystkich atakujących. Poza dwoma.

- Wiemy, jak z nimi walczyć. Są tylko dwa. Rozbiegnijcie się we wszystkie strony i cały czas zmieniajcie pozycje. Nie strzelajcie, bo znowu zginie ktoś z nas. W takim zamieszaniu nietrudno o zbłąkaną kulę - rozkazał Javik.

Żołnierze byli przerażeni. Tylko dwa brutale?! Tylko?! Rozbiec się i nie strzelać?! Przecież ten, na kogo brutale ruszą ma przechlapane. Javik dotknął ramienia jednego ze swoich podkomendnych, odczytał jego myśli i odpowiedział:
- Tak, dwóch zapewne zginie. Jeśli wszyscy się rozbiegniecie, to jest szansa, że tylko dwóch.

Garrus zobaczył, że po słowach proteanina strach opanowuje głowy żołnierzy. Powiedział:
- Bądźcie szybcy, zwinni i unikajcie ich łap. Brutale podczas szturmu spuszczają głowę w dół. To czas na zmienienie pozycji i ocalenie życia. Ruszajcie! - zakończył krzykiem.

Dwudziestu kilku żołnierzy ruszyło sprintem na wszystkie strony pomieszczenia, aby zmylić brutali. Prawie wszyscy rzucili broń, w końcu mieli nie strzelać. Broń byłaby zbędnym balastem. Javik powolnym krokiem szedł przy samej ścianie. Nie chciał być dostrzeżony. Planował zaatakować jednego z wrogów od tyłu. Garrus wyjął zza pleców karabin snajperski i czekał na dogodny moment. Zamierzał celować w serca. Nie było innego wyjścia.

Brutale biegały od jednego żołnierza do drugiego, coraz bardziej rozjuszone. Garrus oddawał strzał co kilka sekund, ale nie mógł trafić w serce niezwykle ruchomego celu. Przeciwnik podczas szturmowania nachylał się do przodu, co uniemożliwiało czysty strzał. W końcu jeden z przeciwników złapał najbliższego żołnierza w obie dłonie i zmiażdżył na oczach reszty. Turianin przysiągłby, że Żniwiarzowi sprawiło to radość. Javik wykorzystał ten moment i ruszył z pod ściany. Biegnąc, wskoczył na brutala i uczepił się jego pleców. Ten chciał go ściągnąć, wyciągnął ręce do góry, próbując sięgnąć za siebie i zrzucić napastnika. Zupełnie odsłonił korpus. Garrus tylko na to czekał. Oddał dwa strzały. Oba serca zostały przebite na wylot. Brutal padł.

Drugi z nich złapał jednego z żołnierzy Przymierza, rzucił go na ziemię i zadawał decydujący cios. Po chwili zamarł w bezruchu. Garrus i Javik biegli co sił w nogach, ale ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu usłyszeli:
- No kurwa mać... Wiedziałem, że tak będzie... - mówił spanikowany głos, dobiegający z pod brutala.

Stwór Żniwiarzy był martwy. Kilku ludzi z oddziału zdjęło go ze swojego kolegi. Żołnierz był cały obryzgany krwią wroga, ale żył. Nie był nawet ranny. Na jego przedramieniu wciąż świeciło omni ostrze, którym najwidoczniej przebił serca.
- Miałeś niezłego farta, szeregowy Ramirez - powiedział zdumiony Garrus.
Javik pomógł żołnierzowi wstać, a Garrus niezwłocznie podszedł do głównej konsoli archiwów. Wyjął zza pleców datapad...

[center]VI[/center]

W podlondyńskim bunkrze panowała niesamowicie napięta atmosfera. Kilkanaście osób w białych kitlach i z maskami na twarzach krzątało się po sali operacyjnej, nie mogąc znaleźć niczego do roboty. Czegoś, co zabiłoby czas. Wszystko było już gotowe. Wszystkie narzędzia zdezynfekowane kilkukrotnie. Absolutnie wszystko dopięte było na ostatni guzik. Komandor Shepard leżał na brzuchu na stole operacyjnym, a jego ciało wyglądało coraz gorzej. Było szalenie gorące. Jeśli komandor byłby przytomny, z pewnością krzyczałby z bólu w niebogłosy, ponieważ implanty rozsadzały go od środka. Wszystkie blizny, które Miranda pamiętała z projektu Łazarz, odnowiły się i zapłonęły ognistą czerwienią. Ciało pacjenta obłożono workami pełnymi lodu, aby chociaż trochę obniżyć temperaturę. Lód topił się w ciągu kilku minut, więc musiał być wymieniany co kilka chwil.

Doktor Gavin Archer stabilizował stan komandora, używając do tego danych z datapada Cole. Wprowadzał różne dawki wielu medykamentów. Karin Chakwas siedziała na krześle tuż przy Shepardzie. Trzymała w dłoni niewielki, wilgotny ręcznik i przykładała go do jego czoła, wycierając liczne stróżki potu niczym matka, czuwająca nad umierającym dzieckiem.

Wszyscy wiedzieli, że Operacja Akuze trwa od kilku minut. Czekali, bo nic innego robić nie mogli. Czekali aż wreszcie zapali się lampka, oznaczająca otrzymanie wiadomości zawierającej dane, które mogły pomóc im uratować Sheparda. Pierwszym świadomym tego faktu byłby Archer. To on miał dać znak do rozpoczęcia operacji. Doktor Brynn Cole spojrzała na monitory, które ukazywały obraz kamer umieszczonych przy wejściu do bunkra.

- Mirando, zobacz... Skąd oni wiedzieli? - powiedziała ściszonym głosem.

Była członkini Cerberusa - Miranda Lawson - podeszła do monitora i spojrzała na ekran. Przed wejściem do bunkra stało dwóch uzbrojonych żołnierzy. Przed nimi zebrał się liczny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że to tu i teraz rozstrzygają się losy Johna Sheparda, człowieka - legendy. Wielu z zebranych klęczało w grupach, modląc się w ciszy, niektórzy rzucali kwiaty pod stopy wartowników. Inni po prostu stali, byli. Przed bunkrem zapłonęły dziesiątki świec, symbolu nadziei i życia. Z każdą minutą było ich coraz więcej.

Z każdą sekundą komandor był coraz bliżej śmierci... Implanty w stawach i kręgosłupie zabijały go.

Miranda rozpłakała się.

[center].[/center]

- Jest! Jest! Jasna cholera, jest! Wysłali! - wydzierał się Archer. Szybko wsunął datapad do komputera i przekopiował niezbędne kody. Podbiegł do konsoli ustawionej tuż przy Shepardzie.

Miranda, Brynn i doktor Chakwas chwyciły za skalpele. Cole miała usunąć implanty ze stawów łokciowych, Chakwas z kolanowych. Potem miały pomóc Lawson z kręgosłupem. Archer wysłał skopiowane kody do pozostałych w ciele komandora implantów. Zareagowały. Zaczął się nagły rozpad. Operacja rozpoczęła się.

- Ach... Stawy łokciowe są w strasznym stanie - powiedziała Cole.
- Rób, co możesz! - krzyknęła Chakwas, wyjmując duży implant z kolana komandora. W jego miejsce asystenci od razu wkładali organiczne elementy, wzbogacone o zwykłe, metalowe śruby.

Miranda walczyła z najpoważniejszym zadaniem. Operowała kręgosłup. To była najtrudniejsza operacja w jej życiu. Nagle, puls komandora szalenie przyspieszył.
- Stabilizuj, Archer - krzyknęła Lawson. - Błagam, stablilizuj!

Serce Sheparda zatrzymało się.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 lis 2013, 22:39

[center]MASS EFFECT
PO ZAKOŃCZENIU

EPILOG
[/center]


[center]Kilka tygodni później[/center]

Wiosna była w pełni. Wszystko kwitło, a świat przybrał kolorowe barwy. Tłum ludzi, zebranych na wielkich polach pod Londynem, stawał się coraz większy. Można ich było liczyć w tysiącach. Nic dziwnego, to była ważna uroczystość. Wielkie telebimy poustawiano co kilkadziesiąt metrów, aby jak największa liczba osób mogła usłyszeć i zobaczyć to wydarzenie. Przekrój zgromadzonych był niesamowicie szeroki. Całe rodziny ludzi, krogan, asari, salarian, turian oraz pojedynczy quarianie, drelle, a nawet batarianie. Dostrzegało się także elkorów i volusów. Wszyscy chcieli uczcić odejście wielkiego człowieka. Jednego z największych w historii galaktyki. Najbliżej mównicy, z której za chwilę miały paść pierwsze słowa, siedzieli - na ustawionych w równym rzędzie krzesełkach - najważniejsi dygnitarze i najbliżsi towarzysze zmarłego. Osoby, którym wiele zawdzięczał i które wiele zawdzięczały jemu.

Oczekiwanie na przemówienie trwało kilka minut. W tym czasie na telebimach pokazywano czarno-białe zdjęcie zmarłego. Wszyscy o nim słyszeli, był bohaterem. To on był na Cytadeli w ostatnich chwilach przed rozprzestrzenieniem promienia. Jego wizerunek był szeroko znany. Całym swoim życiem świecił przykładem, a jego kariera była wzorem dla wszystkich zaczynających karierę militarną oraz wizytówką programu N7, który skupiał najbardziej uzdolnionych żołnierzy Przymierza, poddawanych najcięższym próbom. Działania zmarłego sprawiły, że w ostatnich tygodniach miał miejsce ewenement, mianowicie: do dowództwa N7 zaczęły wpływać prośby o przyjmowanie w swoje szeregi innych ras.

Wspomniane pierwsze rzędy pełne były osób, które dobrze znały zmarłego. W honorowym miejscu siedział admirał Piątej Floty Przymierza - Steven Hackett, a obok niego przedstawiciele flot ras sprzymierzonych, w tym turiański Prymarcha Victus oraz oficjele typowo polityczni, w tym ocaleni członkowie Rady Cytadeli. Grupy fotoreporterów i kamerzystów uwijały się jak w ukropie, chcąc złapać jak najlepsze ujęcia tych osobistości. Transmisja, dzięki kilku wzniesionym ostatnio na orbitę satelitom, była pokazywana na całej planecie.

W drugim rzędzie znalazły się osoby, z którymi zmarły współpracował. Najbardziej po prawej siedział nowo mianowany turiański generał - Garrus Vakarian, a obok niego admirał quariańskiej floty - Tali Zorah vas Normandy i ludzkie Widmo - Ashley Williams. Ramię w ramię z nią usiadł najnowszy nabytek programu N7 - James Vega. Tuż przy nim wierciło się, na zbyt małych dla siebie siedziskach, dwóch krogan z klanu Urdnotów: Wrex - główny wódz tej rasy oraz Grunt, jego pierwszy oficer. Kolejne miejsca zajmowali: Jacob Taylor wraz ze swoją brzemienną żoną - Brynn Cole - a także dwie przedstawicielki rasy asari: doktor Liara T'Soni i egzekutorka Samara. Najbardziej po lewej stronie siedzieli: Miranda Lawson, major Coats, Kahlee Sanders oraz Jack. W trzecim rzędzie byli miedzy innymi: pilot Steve Cortez, Samantha Traynor, Kenneth Donnely, inżynier Adams, doktor Karin Chakwas, kapral Young i wiele innych osób.

Nagle na podest wyszedł człowiek. Publiczność ożywiła się, czekając na przemówienie, ale okazało się, że to tylko technik, który gestami dłoni zaczął uciszać zebrany tłum. Podszedł do mównicy, dokonał oględzin i cofnął się do kotary zza której po chwili wyszedł kulejący mężczyzna. Członek obsługi pomógł mu pokonać kilka metrów, które dzieliły ich od centralnego miejsca podestu. Stuknął dwukrotnie w mikrofon, upewniając się, że urządzenie jest sprawne. Echo tych stuknięć pobrzmiewało z głośników kilkunastu telebimów ustawionych wokoło. Tłum spoważniał i ucichł. Panowała kompletna cisza. Tysiące spojrzeń powędrowało w stronę ubranego w mundur Przymierza, kulawego mężczyzny, który zaczynał przemowę:

- Zebraliśmy się tu, aby uczcić odejście człowieka, który oddał za nas wszystkich życie. Zrobił to, abyśmy mogli stać tutaj, cieszyć się zielenią drzew, czuć zapach świeżych kwiatów, słuchać radosnych chichotów naszych dzieci. - Tu przerwał na moment i ciężko odetchnął. Widać było, że ta przemowa stanowi dla niego nie lada wyzwanie. Po chwili kontynuował: - Stoję tu, ponieważ dla mnie i dla moich przyjaciół był on kimś więcej niż bohaterem z widów, kimś więcej niż posągową postacią. Mieliśmy z nim styczność, byliśmy przez niego, jakby to powiedzieć, dotknięci. - Wyjął z kieszeni chustkę i przetarł czoło, ścierając spływające po skroniach stróżki potu. - Wszyscy czegoś się od niego nauczyliśmy. Był wspaniałym nauczycielem. Może robił to nieświadomie, ale pokazał nam wartość życia każdego człowieka, każdej rasy. Pokazał, czym jest i ile może znaczyć, jak wiele zmienić, siła przyjaźni i wspólne działanie.

Wszyscy patrzyli na przemawiającego z wielkim szacunkiem. Był przecież nie mniej rozpoznawalną postacią od zmarłego. W wyniku swoich działań podczas wojny stał się idolem, legendą.

- Dla mnie był mentorem, ojcem - kontynuował. - Wspierał mnie, kiedy potrzebowałem pomocy, nawet kiedy odwracali się ode mnie inni. Był wymagający, ale sprawiedliwy. Napawa mnie dumą, że w ostatnich chwilach... nazwał mnie synem - powiedział komandor John Shepard, pierwsze ludzkie Widmo, głównodowodzący Normandii i bohater Cytadeli.

Atmosfera była niesamowicie wzniosła. Wiele kobiet unosiło do oczu chusteczki, ocierając łzy wzruszenia. Mrugały tysiące fleszy. Ostatnie pożegnanie admirała Andersona było końcowym akcentem tej tragicznej wojny i początkiem nowej, lepszej przyszłości, za którą życie oddały miliony żołnierzy wszystkich ras.

- Sprawmy, aby to, co dał nam on i wszyscy polegli w tej wojnie, nie poszło na marne. Cieszmy się tym, co od nich otrzymaliśmy i pielęgnujmy pamięć o tych, którzy nie mogą się z nami radować.

Komandor nie wiedział, jak zakończyć przemowę, więc po prostu odwrócił się i zaczął powoli iść w stronę kotary. Odmówił gestem dłoni, kiedy człowiek z obsługi chciał mu pomóc. Wśród tłumu rozległy się pierwsze oklaski, które w ciągu chwili zamieniły się w wielką, entuzjastyczną wrzawę. Tłum wiwatował, krzyczał.

Wojna była skończona.

[center].[/center]

Za kotarą czekali na niego Joker i Javik.
- I jak wyszło, chłopaki? - spytał Shepard.
- Zawsze miałeś niezłe przemówienia, komandorze, ale słyszałeś ich reakcje!? Założę się, że już drukują kubki i koszulki z twoją podobizną. Może i ja znajdę się na jakichś serwetkach - uśmiechnął się Joker. - Co ty na to, Javik? Odpuścisz mi serwetki? Błagam! Na co ci serwetki? Przecież wydasz tę książkę z Liarą, prawda?
- Zastanawiam się nad tym - odparł ostatni proteanin. - Nie wiem jeszcze, jak ją nazwać.
- Hmmm, pomyślmy - Joker zmarszczył brwi. - Może "Przygody Proteanina Prota", tak jak proponowałem wcześniej?

Javik zaczął żałować, że nie ma pod ręką żadnej śluzy, ale zanim się odezwał, komandor wpadł na pomysł.
- "W ostatnim cyklu" - skończył Shepard, śmiejąc się szczerze.

KONIEC
--------------------------------------------------------------
Tak kończy się moje pierwsze opowiadanie. Jeśli macie jakiekolwiek opinie, uwagi, poprawki, to piszcie śmiało :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

Awatar użytkownika
CyfrowyFaszysta
zbanowany
Posty: 372
Rejestracja: 22 wrz 2011, 03:48
Lokalizacja: Republika Okrągłego Stołu
Kontaktowanie:

Postautor: CyfrowyFaszysta » 27 gru 2013, 23:02

Przeczytałem tylko pierwszy fragment, więc odniosę się do tego, co w nim popełniłeś. Niestety, jestem rozczarowany, choć poczytam dalej i zobaczę; może moje wątpliwości co do wydarzeń zostaną jakoś rozwiane. Szkoda tylko, że kompletnie kwestie nie pasują mi do postaci kanonicznych. Może za wyjątkiem Brynn. Mam nadzieję, że nie inspirowałeś się dubbingami, a zwłaszcza tym z ME2, od którego krwawią uszy.

Oto błędy, które szczególnie rzuciły mi się w oczy:
dikajos pisze:Nie miał na sobie zbroi, dzięki czemu Ramirez dostrzegł blizny. Cholernie dużo cholernie wielkich blizn. Mówią, że kroganie szybko się regenerują, więc ciekawe, jak musiały wyglądać te rany świeżo po ich zadaniu... Dreszcz wstrząsnął szeregowcem.

Trochę nie rozumiem, co ma szybkość gojenia do wyglądu blizn. Prędzej można by się zastanawiać nad tym, co takie rany zadało czy coś takiego. Tak czy owak, żeby widoczne były blizny Wrexa, musiałby siedzieć np. nagi do pasa, a wątpię, że coś takiego miałoby miejsce.
dikajos pisze:- Spodziewała się, że tak powiesz - powiedział Ramirez. - Mam dodać, że dobrze zna jakiegoś Jacoba, z którym podobno się znacie...

Jeśli mnie pamięć nie myli, to Jacob i Wrex się nie znają, bo Wrex albo nie żył, albo był zajęty sprawami na Tuchance. Jacob zaś był zajęty sprawami Normandii, a po wszystkim chronił byłych członków Cerberusa. Słowem: nie mieli okazji się poznać.
dikajos pisze:- Widziałam ją przedwczoraj... Miała siać dywersję na tyłach wroga, opanowując kilka statków przetwórni i oswobadzając jeńców. W tym celu przerzucono ją za kanał La Manche, do Francji, w okolice Marsylii. Niedługo po wybuchu na Cytadeli straciliśmy łączność z wieloma oddziałami. Grupa Lawson jest jednym z nich.

Miranda nie była nigdy żołnierzem Przymierza. Działała ona niezależnie atakując Cerberusa i dostarczała informacje wywiadowcze Przymierzu. I to wszystko, więc nie mogli jej nigdzie przerzucić. Zresztą, po takiej wygranej najprawdopodobniej zaszyłaby się gdzieś, żeby uciec od problemów i zapewnić siostrze bezpieczeństwo.
dikajos pisze:salarianie i turianie opracowali i rozprzestrzenili genofagium, powodujące, że 99 na 100 ciąż kończyło się poronieniem. To trwało wiele setek lat, pozbawiając całą rasę sensu istnienia.

Salarianie opracowali, a użyli turianie. Przez genofagium pomyślnym porodem kończy się 1 na 1000 ciąż i trwało to przez dokładnie 1476 lat.
dikajos pisze:Na promy załadowano zaledwie dwa niekompletne plutony, czyli dwudziestu kilku krogan.

To nawet nie jest jeden pluton. Najwyżej dwie drużyny.
dikajos pisze:Kalros, matka wszystkich miażdżypaszcz, w tańcu z wielkim Żniwiarzem.

Niszczyciel to najmniejszy rodzaj Żniwiarza, znacznie mniejszy od tych typu Sovereigna czy Harbingera.
Obrazek
Taki właśnie, brutalnie rzecz ujmując, mamy przed sobą wybór -- albo być patriotą, albo idiotą. Kto nie jest jednym, jest siłą rzeczy drugim.

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 28 gru 2013, 02:11

Misza pisze:Trochę nie rozumiem, co ma szybkość gojenia do wyglądu blizn. Prędzej można by się zastanawiać nad tym, co takie rany zadało czy coś takiego. Tak czy owak, żeby widoczne były blizny Wrexa, musiałby siedzieć np. nagi do pasa, a wątpię, że coś takiego miałoby miejsce.

Miałem na myśli to, że świeżo po zadaniu kroganin musiał mieć nieźle "przeorane" ciało i o tym pomyślał Ramirez. Otwarte rany, które nawet po zagojeniu się robią straszne wrażenie.

Misza pisze:Jeśli mnie pamięć nie myli, to Jacob i Wrex się nie znają, bo Wrex albo nie żył, albo był zajęty sprawami na Tuchance. Jacob zaś był zajęty sprawami Normandii, a po wszystkim chronił byłych członków Cerberusa. Słowem: nie mieli okazji się poznać.


Ależ owszem, znali się. Nie mam pretensji, bo nie każdy ściągnął dodatek Cytadela i w niego zagrał. Tam jest impreza, o której wspominam w tekście. Tam razem się bawili i pili ;) .

Co do Mirandy, być może Twoja wizja jest bardziej prawdopodobna, ale swoją również uważam za nienaginającą kanonu. To była końcówka wojny, uznałem, że i Miranda chciałaby pomóc. Jeśli Ci to nie pasuje, to rozumiem :)

Misza pisze:Salarianie opracowali, a użyli turianie. Przez genofagium pomyślnym porodem kończy się 1 na 1000 ciąż i trwało to przez dokładnie 1476 lat.


No tu moja pomyłka z jedną na sto, dzięki i brawo za spostrzegawczość :) .

Misza pisze:
dikajos pisze:Kalros, matka wszystkich miażdżypaszcz, w tańcu z wielkim Żniwiarzem.

Niszczyciel to najmniejszy rodzaj Żniwiarza, znacznie mniejszy od tych typu Sovereigna czy Harbingera.


Co nie znaczy, że ten Żniwiarz nie był dla nich wielki
Wielkie dzięki za opinię. Mam nadzieję, że przebrniesz przez resztę aż do finału :) Nie inspirowałem się dubbingiem. Zdubingowane miałem ME 2, ale szybko zmieniłem na angielski, bo miałem takie samo wrażenie jak Ty.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość