[Pokemon] World of Legends

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

[Pokemon] World of Legends

Postautor: Bocik » 21 gru 2013, 19:29

Tytuł: World of Legends
Fandom: Pokemon
Kategoria: 16+
Gatunek: Akcja
Opis: Szesnastoletni chłopak zostaje poproszony o pomoc w eksperymencie. Tak rozpoczyna się jego podróż po świecie pokemonów.
Ostrzeżenia: Okazyjnie przekleństwa, dużo krwi, czasami może się trafić podtekst erotyczny :)
Znajomość fandomu: Wskazana, aczkolwiek nie wymagana. Służę pomocą, jak coś.
Status: W trakcie.

Chapter I: Początek


Chłopak nie przestawał biec. Zwinnie przeskakiwał nad każdą przeszkodą stojącą mu na drodze, czy to była gałąź, czy pień. Pragnął tylko w końcu odpocząć, ale nie mógł. Musiał wytężyć swoje wszystkie siły.

Pięć godzin wcześniej


- Sobota - pomyślał z zadowoleniem młody chłopak, wstając z łóżka.
Krótkie, czarne włosy bezwładnie rozczochrane w każdą możliwą stronę, zbyt duża piżama i kapcie w kształcie głów Snorlax'a - to była, jak on to nazywał, jego "Całodobowa Sobotnia Wersja". Szesnatoletni mieszkaniec Viridian City nie wyróżniał się jakoś specjalnie od reszty swoich rówieśników: wysoki, szczupły młodzieniec o niebieskich oczach i dosyć ciemnej karnacji. Bardziej przypominał małego mężczyznę niż dużego chłopca, chociaż każdy, kto go znał, mówił mu, że ma "mózg przedszkolaka". Z ponurą satysfakcją się z tym zgadzał. W sumie lubił to w sobie.

Miał zamiar spędzić weekend tak, jak planował: konsola, łóżko, i jakieś przemycane piwko. Kochał wolne dni. Bez szkoły, bez nauczycieli mówiących o bzdetach, które nikogo nie interesowały, bez denerwującej "kochanej rodzinki". Tylko on i jego pokój.

- Pora na jakieś śniadanie - mruknął sam do siebie z niezadowoleniem, myśląc o męce, jaką jest ruszanie się. Przełamał się i zszedł na dół.
- Cześć kochanie, jak spałeś? - zapytała jego mama, smażąc jajko na patelni.
- Jak zabity, dopóki nie obudził mnie ryk jakiegoś blond stwora - odpowiedział, patrząc na zapłakaną sześcioletnią siostrę, Julie. - Co znów księżniczce nie pasuje?
- Nie ma jej ulubionych płatków - powiedziała matka, wzdychając.
- Mamo, Chris się ze mnie śmieje! - krzyknęła dziewczynka, po czym zaczęła jeszcze głośniej płakać.
- Mamo, Julie nie ma mózgu! - chłopak nie mógł się powstrzymać, choć przewidział uderzenie w tył głowy - Ja ciebie też, mamo. A wiesz co robią najlepsze matki? Jajecznicę swoim ukochanym synom - powiedział z rozbawienem.
- A wiesz co robią ukochani synowie? Chodzą do Pallet Town dla swoich mam - odgryzła się.
- O nie. Do czego znów zostanę wykorzystany?
- Profesor Oak dzwonił, potrzebuje twojej pomocy.
- Przepraszam, ale nie dzisiaj. Dzisiaj mam zamiar się trochę poobijać, jeśli oczywiście ci to nie przeszkadza, mamusiu - bawiła go ta cała ironiczna rozmowa.
- Jest gotów ci zapłacić. Sporo - powiedziała, cały czas się uśmiechając - około osiemset, z tego co słyszałam.
Chłopak wybałuszył oczy, po czym głośno zagwizdał.
- Mam kogoś zabić?
- Nic nie wiem, pójdź i zapytaj - Znała go doskonale, wiedziała, że nie odmówi.
- Dobra, ale najpierw przygotuj mi coś pysznego! - rozkazał syn, po czym poszedł się przebrać.

***

- Route 1! - krzyknął jeden z profesorów, prawie spadając z krzesła.
Za chwilę wokół niego pojawiła się reszta uczonych, dokładnie przyglądając się monitorowi.
- Tutaj - wskazał palcem na punkt na ekranie. - Czas nagrania od 12:35:12 do 12:35:15 - powiedział, po czym włączył nagranie.
- Powiadom szefa - nakazał jeden z profesorów, po czym wybiegł z pomieszczenia.

***
Po zjedzeniu śniadania, Chris wyszedł z domu, kierując się na południe.
Viridian City, jego rodzinnie miasto, nie należało do największych, aczkolwiek też nie do najmniejszych. Domy stojące szeregiem niespecjalnie się od siebie różniły, przez co mieścina sprawiała wrażenie ponurej. Jednak Viridian miało coś, co przyciągało turystów: ostatnią w regionie Kanto, więc jednocześnie najtrudniejszą do przejścia, salę pokemon. Aktualnym liderem był Drake, który swoją powinność sprawował doskonale. Niewielu trenerów było w stanie zdobyć ósmą odznakę, odznakę ziemi.
Chłopak pewnym krokiem zaczął iść w stronę Pallet Town. Większość ludzi, którzy jeszcze nie posiadali własnego pokemona, bali się przechodzić przez dzikie tereny, jednak Chris umiał dosyć szybko biegać, więc w razie ataku wiedział, co zrobić.
W końcu dotarł do miasteczka, jeśli można było to tak nazwać. Była to najmniejsza miejscowość w Kanto, liczyła zaledwie kilka domów, plus laboratorium Oaka, do którego właśnie wszedł nastolatek.
- Chris Mercer! - zawołał do chłopaka uradowany profesor, natychmiast po jego przybyciu.
- Słyszałem że potrzebuje pan mojej pomocy, panie Oak - Odpowiedział młodzieniec.
- Proszę, nie tak oficjalnie. Samuel - profesor podał mu rękę.
- Chris, jak pan... jak już wiesz. Czym mogę służyć?
- Powiedz mi chłopcze, lubisz działanie w terenie? Co powiesz na małą przygodę?
- Słucham uważnie - odpowiedział z entuzjazmem Chris.

Oak zaprowadził go do drugiego pomieszczenia w laboratorium. Dziwne było to, że chłopak nie widział żadnych pomocników profesora. Byli zupełnie sami.
Samuel pokazał mu czerwono-białą kulę z przyciskiem po środku.
- Wiesz co jest w tym pokeballu? - zapytał profesor.
- Na początku podejrzewałem, że to starter z Kanto, prawdopodobnie Charmander, ponieważ wyjąłeś go ze środkowej półki starterów, a stanowi on swoiste środkowe ogniwo w pokedexie w porównaniu do innych, jako numer 4 w porównaniu do numerów 1 i 7 - z satysfakcją patrzył na zdziwienie Samuela, po czym kontynuował - postanowiłem odrzucić tą możliwość, ze względu na to, że rozdawanie starterów odbędzie się dopiero za około 7 miesięcy, więc startery muszą jeszcz być pod opieką hodowcy. W takim razie mogę tylko czekać na co najmniej jakąś podpowiedź.
Profesor przez dłuższą chwilę przyglądał się chłopakowi.
- Jesteś jeszcze bystrzejszy niż myślałem - stwierdził Samuel, co wywołało u nastolatka uczucie dumy. W końcu był to światowej sławy profesor. Ten postanowił skończyć owijać w bawełnę i uwolnił pokemona.
Z kuli wystrzelił czerwony promień, po czym przed zdziwionym Chrisem pojawił się stwór.
- Co to jest...?
- Charmander.
Chłopak stał z szeroko wybałuszonymi oczami. Nigdy nie widział czegoś takiego. Jaszczurka sporo różniła się od "normalnych" przedstawicieli swojego gatunku. Zamiast mieć czerwony kolor skóry, miała... złoty. Płomień na końcu ogona także był dziwny. Zamiast palić się na jaskrawożółto, był całkiem czerwony.
Chris ze zdumieniem patrzył na pokemona przez dłuższą chwilę, co spowodowało, że ten poczuł się nieswojo i schował się za profesorem.
- Zdziwiony? - zapytał Oak z satysfakcją.
- Co to jest? Jak to możliwe?
- Odpowiem na wszystkie twoje pytania chłopcze, tylko chodź ze mną. Miki, ty też - zawołał do jaszczurki.
"Hahaha, Miki. Nie ma to jak groźne imię dla stwora, który niedługo może zostać siejącym postrach władcą ognia" - pomyślał chłopak.
Dotarli do rzeczki dzielącej Pallet Town od Route 21.
- Na pewno słyszałeś chłopcze o tak zwanych shiny pokemonach. W telewizji ciągle takie pokazują. Powstają one poprzez błąd, wadę genetyczną, której występowanie nie zostało wyjaśnione. To jest pierwszy w historii odkryty shiny Charmander - wskazał na Mikiego, który energicznie pomachał ogonem - Jednak nie to chciałem ci pokazać.
Chłopak chłonął każde słowo w skupieniu. Był zafascynowany odkryciem profesora. Jednak jeśli nie o to chodziło, więc o co?
- Coś ci pokażę - Samuel wskazał na rzekę - Miki, Flamethrower!
Stworek natychmiast zareagował. Wziął głęboki wdech i wypuścił z pyska ogromną ilość ognia, co było dość dziwne, zważając na niewielki wzrost stworka.
- Imponujące?
- Po części. To znaczy, bez urazy, ale ten atak jest możliwy do nauczenia. Dochodzę do wniosku, że ten Charmander jest już bardzo doświadczony i prawdopodobnie powstrzymywany od ewolucji.
Profesor nie mógł się nadziwić poziomem inteligencji chłopaka.
- Mylisz się. Miki został zrodzony z jajka w mojej własnej hodowli. Wczoraj.
Chris osłupiał. To było odkrycie na skalę światową.
- Czyli...
- Tak. Jest to jedyny w historii sztucznie wykluty shiny pokemon. Właśnie odkryłem, że takie stworki są o wiele potężniejsze od swoich normalnych odpowiedników. Nikt o tym nie wiedział, ponieważ, hipotetycznie, trener który takiego wyjątkowego osobnika złapał, myślał że jego potęga bierze się... z wieku. A tak naprawdę taki mógł dopiero wyjść na świat, rozumiesz? Analogicznie jest to więc najpotężniejszy z istniejących przedstawicieli tego gatunku - zakończył profesor z wyraźnym zadowoleniem.
To wszystko miało sens. Tylko było coś jeszcze...
- Ale po co mnie pan wezwał? I oprócz tego, dlaczego akurat mnie?
- Proszę cię, Samuel, nie pan. Już tłumaczę. Otóż udało mi się dzisiaj zaobserwować także innego osobnika z tym darem... ale niestety mi uciekł. Był to zdecydowanie Rattata. Rozumiesz? Badania nad nim mogłyby uwierzytelnić moje teorie. - widać było, że chwalenie się osiągnięciem było dla Oaka czymś wspaniałym - odpowiadając na twoje drugie pytanie, wybrałem ciebie, ponieważ jesteś jedyną dostępną osobą z okolicy, która nie boi się dziczy, a taki wyjątek czekał nie będzie. To jak. Wchodzisz w to, chłopcze? - Samuel znał doskonale jego odpowiedź.
Chris nie wiedział co o tym myśleć. Mógł pomóc w odkrywaniu świata pokemon, dokonać światowego odkrycia.
- Na co czekamy?
***

- Jesteś pewien? Samuel Oak? - zapytał z nutą groźby w głosie mężczyzna - Jeśli się mylisz, wiesz co cię czeka.
- Niewątpliwie, szefie, to on. Co robimy?
Przywódca długo się nie zastanawiał.
- Wyeliminować.

* Skorpion, błędy poprawione, oprócz tego spolszczenia. Osobiście mi nie podchodzi "Droga 1" :)
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:23 przez Bocik, łącznie zmieniany 6 razy.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 529
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 24 gru 2013, 10:58

W sumie znam dużo opowiadań pokemon i trudno wywrzeć na mnie wrażenie. Zaczyna się standardowo - nawet jeśli w tle jest jakaś historia - profesor, bohater, jego mama. Jest ok, ale z drobnymi zastrzeżeniami, z pewnością jest lepsze od bardzo wielu opowiadań z pewnego forum, ale z drugiej brakuje mu do "klasyki" pokemonowych fików. Tak, czy inaczej życzę wytrwałości.
Po napełnieniu żołądka, Chris wyszedł z domu, kierując się na południe.
Dziwnie brzmi. Chodzi o śniadanko?
- Route 1! -
Spolszczyłbym
- Wiesz co jest w tym pokeball'u? - Zapytał profesor.

1.Wydaje mi sie, ze "pokeballu"
2.Z poradnika Miryoku:
4. Jeśli na końcu kwestii jest wykrzyknik, pytajnik lub wielokropek, a po myślniku opisujemy sposób mówienia bohatera, „didaskalia” rozpoczynamy małą literą.
Obrazek

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 28 gru 2013, 20:51

No, trochę to trwało, ale drugi odcinek leci. Zapraszam do komentowania :D

Chapter II: Pierwsze Starcie


Chłopak wyszedł na powietrze, musiał odetchnąć. Tyle informacji na raz to chyba troszeczkę dla niego za dużo. Wyobrażał sobie programy telewizyjne, pierwsze strony gazet... "Chris Mercer - młody chłopak, przełomowy odkrywca". Taka druga okazja mogła się w jego życiu nie wydarzyć.
- Gotowy? - Usłyszał za sobą wesoły głos profesora.
- Nigdy nie byłem na nic bardziej gotowy - odpowiedział chłopak z entuzjazmem w głosie - Tylko muszę zabrać kilka rzeczy...
- Nie ma czasu, łap - Profesor rzucił mu plecak - Wszystko, co potrzebne.
Chris zaśmiał się w duchu. Oak przewidział, że nastolatek się zgodzi. Razem ruszyli na Route 1.

Zajęcie było nudniejsze, niż chłopak mógł przewidzieć. Dwugodzinny spacer, badanie śladów czy obserwowanie nie przynosiły żadnych efektów. Chociaż, na coś mu się to przydało; nauczył się wiele więcej niż podczas tej "durnej szkoły", no i poznał to miejsce z całkiem nowej strony. Dowiedział się jak żyją tajemnicze stworzenia zwane pokemonami. Odkrył jak się żywią, walczą o przetrwanie czy nawet co robią dla rozywki. Z jednej strony miał ochotę ogrzać się przy domowym kominku, z drugiej był coraz bardziej zafascynowany.
- Tutaj - Chłopak nagle usłyszał szept profesora. Spojrzał na wskazane przez niego miejsce. Widział coś na wzór sznurka, zwisającego z gałęzi. W końcu dotarło do niego co to jest. Ogon! Dziwiła go spostrzegawczość profesora, w końcu miał już swoje lata.
- Słuchaj, plan jest taki: osłabię go z pomocą Mikiego, a kiedy zobacysz, że jest na skraju wyczerpania, rzucisz go tym - profesor podał mu odmianę pokeballa z mieszaniną żółtego i czarnego koloru na górnej półkuli, zamiast czerwonego.
- Ultra ball...Musiał pa... Ciebie trochę kosztować - stwierdził chłopak.
- Cel uświęca środki - Wyszczerzył zęby Oak. Chłopak zastanawiał się, czy sztuczne.
- Nie prościej byłoby go znokautować? - Zapytał Chris.
- Mógłby przez to się do nas nie przekonać. Może brzmi to śmiesznie, ale chcemy go po naszej stronie, prawda, chłopcze?
Nastolatek wiedział, że profesor znów miał rację. Oznajmił gotowość do działania, po czym Samuel wypuścił złotego Charmandera.
- Miki, Embe...
- Skarmory, Aerial Ace!
Mężczyźni razem spojrzeli w górę. W ułamku sekundy Chris dostrzegł stalowe skrzydło, po czym poczuł okropny ból w klatce piersiowej. Przez chwilę próbował złapać oddech. Dopiero gdy zdołał go opanować, mógł rozeznać się w sytuacji. Profesor wydawał polecenia Mikiemu, by ten spróbował zestrzelić krążącego w powietrzu metalowego ptaka, niestety jego ogniste pociski były zbyt powolne. Dopiero po chwili nastolatek zorientował się, że na Skarmory'm siedzi jakiś mężczyzna.
- Ja go powstrzymam, ty łap szczura! - usłyszał krzyk profesora.
Chociaż chłopak był zdezorientowany, pognał w kierunku uciekającego złotego stworka. Pościg nie był dla niego niczym prostym. Nie dość, że spowalniał go przeszywający ból torsu, to ten Rattata był naprawdę szybki. Chris musiał naprawdę wytężyć swoje siły, żeby nie stracić pokemona z oczu.

Z czasem zaczął się dusić. Musiał szybko coś wymyślić, dalszy pościg nie miał sensu. Sięgnął po leżący pod drzewem kamień, wziął zamach i rzucił.
- Kurwa - powiedział chłopak sam do siebie. Po co ryzykował? Mógł wymyślić coś lepszego.
Dopiero gdy się zatrzymał, zorientował się jak bardzo się zdyszał. Poczuł się jak prawdziwy maratończyk. Usiadł, postanowił sprawić sobie tą przyjemność, jaką był odpoczynek, tak było mu lepiej myśleć. Co miał teraz zrobić? Wrócić do Oaka? Poszukać śladu Ratatty? Nie wiedział.

***


Mike nigdy nie czuł się tak zażenowany. Nie mógł pokonać starego dziadka. Gorzej - jego wielka, metalowa bestia nie mogła pokonać małej jaszczurki. Co było najgorsze? Staruszek nazywał go "Miki". Miki? Jeśli dowie się reszta, to może już czuć się wyrzucony z zespołu, a do tego dopuścić nie mógł.
- Skarmory, wracaj. Zangoose, zniszcz go!
Uśmiechnął się, gdy zobaczył zdziwienie na twarzy profesorka. W końcu musiał się trochę namęczyć żeby przemycić tu pokemona z Hoenn.
- Imponujące. Powiedz, kolejna grupka przestępcza? Znów zostaniecie wdeptani w glebę, jak Rocketsi*, Magmowcy i reszta - Samuel się zaśmiał - Nie lepiej znaleźć jakieś pożyteczne zajęcie?
- Pysk, dziadziuniu. My zrobimy tu porządek, nie tak jak tamci frajerzy.
- Wszyscy tak mówili. Kolejni naiwniacy. Miki, Flamethrower!
Mike aż kipiał ze złości. Staruszek się z niego śmiał, razem z tą jego małą bestią. Miał ochotę rozszarpać obydwu, ale niestety nie mógł. Polecenie było jasne: zabierz jaszczurkę.
- Zaangose, Slash!

***


Chris czuł, jak bardzo dał ciała. A do tego, zamiast pobiec na pomoc Oakowi, to sobie odpoczywał.
Nagle usłyszał piszczenie, jakby jakiegoś zwierzaka, któremu ktoś depnął na ogon. Pobiegł w stronę, z której dobiegał dźwięk.

Stał tam jego cel, shiny Rattata, ociekając krwią z pyszczka. Ale nie był sam. Z każdej strony otaczali go jego pobratymcy, przedstawiciele tego samego gatunku, tylko koloru fioletowego.
- Najwyraźniej nie lubią odmieńców - mruknął sam do siebie chłopak i podbiegł tuż obok złotego stworzenia.
Stworek spojrzał na niego niepewnie.
- Spokojnie, jestem przyjacielem - Powiedział Chris do szczura. Nie był pewien, czy go zrozumie, ale warto było spróbować. A jednak, wiedział o co chodzi. Obrócił się w stronę przeciwników i zaczął "warczeć". Chłopak naliczył pięciu, włącznie z akurat uciekającym. Cztery cele.

Złote stworzenie wyprzedziło chłopaka, rzucając się z pazurami na pierwszego przeciwnika, który natychmiast dostał pomoc od swoich pobratymców.
- Pora na bohatera! - Krzyknął chłopak, po czym sam zaśmiał się z idiotyzmu tego zdania. Podbiegł to pierwszego oponenta z lewej strony, wziął zamach i kopnął. Dzięki niewielkiej wadze stworka wyleciał kilka metrów w górę, po czym spadł na łapy.
"Pierwszy przeciwnik pokonany", pomyślał chłopak widząc uciekające stworzenie.
Tymczasem shiny Rattata dobrze sobie radził. Podczas gdy nastolatek patrzył dumnie na swoją uciekającą ofiarę, złoty zajmował się już drugim oponentem.
- Ostatni mój! - Krzyknął chłopak, biegnąc do ostatniego szczura. Ku niezadowoleniu Chrisa, stworek się przestraszył i uciekł.

Po skończonej bitwie zmęczony nastolatek usiadł przy pobliskim drzewie. Tuż obok niego wyłożyło się złote stworzenie.
- Dobra robota, stary. - Powiedział chłopak do szczurka, po czym wyciągnął kulę z kieszeni - Słuchaj, jesteś mi potrzebny, tak samo jak ja tobie. Jeśli się zgodzisz, nawzajem sobie pomożemy.
Pokemon tylko mu się przyglądał. Chłopak poturlał ultra ball'a w kierunku stworka, a gdy kula go dotknęła, otworzyła się. Rattata zmienił się w czerwony promień, który "wszedł" do balla. Ten kilka razy kiwnął się na boki, po czym zgasł.
Chris się uśmiechnął, udało mu się wypełnić swoją misję. Nagle oprzytomniał:
- Oak!

***


Takiego obrotu sprawy oczekiwał właśnie Mike. Jego Zangoose potrafił sobie poradzić z małym przeciwnikiem, choć i tak nie mógł przejąć inicjatywy. Walka trwała już ponad kwadrans, a nadal żaden z pokemonów nie zyskał przewagi.
- Chris? Złapałeś go? - Mike usłyszał głos profesora. Dopiero po chwili zorientował się, że mówi do właśnie przybyłego nastolatka. Ze zdumieniem patrzył na towarzyszącego chłopakowi stworka.
- Dwa? Aż dwa? Szef na pewno będzie zadowolony - zwrócił się do obu, chociaż wiedział, że sam nie da im rady. Ale za samo odkrycie można było uznać jego powinność za spełnioną. - Skarmory, zabierz nas stąd! - krzyknął, uwalniając ptaka.
- To już koniec? Świetnie się bawiłem.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy, staruszku - Odpowiedział Mike, z uśmiechem odlatując.
- Coś ciekawego mnie ominęło? - Zapytał chłopak, widząc zamyślonego Oaka i poszarpanego Mikiego.
- Wygląda na to, że w Kanto znów coś się dzieje. Chodźmy do mojego laboratorium, wszystko ci opowiem.
---
* Dla mało obeznanych: powszechnie nazywani "Zespół eR" :)
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:24 przez Bocik, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 02 sty 2014, 01:15

Chapter III: Kompan


- Jak to nie dałeś mu rady? Przecież to tylko stary dziad! I ty masz czelność nazywać siebie elitą?
- Tłumaczyłem ci już szefie... Było ich dwóch, i dwa okazy...
- Zamknij się już, Mike. Kiedyś to odpracujesz, tymczasem teraz zajmij się zdobyciem obydwu złotych. Do widzenia.

***


- ... i wtedy właśnie przybiegłeś ty - dokończył profesor swoją opowieść.
Chris patrzył na małą, goniącą swój ogon jaszczurkę z niedowierzaniem. Miała zaledwie jeden dzień, a wyszła prawie bez szwanku z pojedynku z dwoma potężnymi przeciwnikami. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy, jaką moc posiada, a co się z tym wiąże, w jakim jest niebezpieczeństwie.
- A jak było z tobą, chłopcze? - wyrwał go z zamyśleń Samuel.
Nastolatek opowiedział całą historię z pogonią, walką i powrotem. Oak z uwagą przysłuchiwał się każdemu szczegółowi, co jakiś czas zapytując, dokładnie chciał znać przebieg zdarzeń. Po całej historii chłopak oddał profesorowi balla ze złotym szczurem.
- Dobrze, chłopcze. Masz tutaj swoją zapłatę - wyciągnął z portfela plik pieniędzy - nawet nie próbuj odmawiać, zasłużyłeś na tyle i nawet więcej. Tymczasem przyjdź tutaj jeszcze wieczorem, tym razem obowiązkowo - rozkazał profesor przyjaznym tonem.
- Już nie mogę się doczekać, szczerze mówiąc - zaśmiał się Chris, wychodząc z laboratorium.
Przeliczył pieniądze, pogwizdując przy tym. Równe dwa tysiące. Marzył na co je wyda, kierując się w stronę domu.

Gdy już doszedł do Viridian, zobaczył grupkę podskakujących z zachwyceniem ludzi oglądających coś.
- Jade!
Wywołana z tłumu wybiegła na wezwanie.
Jade Collins, średniego wzrostu szczupła, szesnastoletnia brunetka o zielonych oczach i jasnej karnacji, zazwyczaj ubrana (jak ona to nazywała) "na tęczowo". Oznaczało to zazwyczaj, że każda część jej garderoby różniła się od innej kolorem, chciała tak podkreślić swoje usposobienie wiecznie wesołej dziewczynki - to Chris kochał w niej najbardziej, a znał ją praktycznie od samej podstawówki. Ich dziecinne charaktery natychmiast się dobrały, a tylko kwestią czasu było to, że zostali najlepszymi przyjaciółmi. Tak zaczęła się historia dwójki, która zawsze stała na pierwszym miejscu w kwestii robienia głupot.
- Co to, zebranie kółka różańcowego? - Zapytał dziewczynę.
- Wielmożny pan nawet nie raczy się przywitać, a co, przecież taka chołota jak ja to tyl... - Chris przytulił ją, w obawie żeby ta się na dobre nie rozkręciła.
- Proszę, chołoto, teraz proszę odpowiedz mi na pytanie.
Dziewczyna pokazała jednoznaczną minę "oczekuję przeprosin".
- Serio jeszcze chcesz się w to bawić? - zapytał Chris z rozbawieniem w głosie - No dobrze, nie będę mógł ci opowiedzieć skąd to mam... - mówił z teatralnym smutkiem, wymachując przy tym pieniędzmi.
Dziewczyna kątem oka ujrzała plik banknotów, po czym wyrwała go chłopakowi z rąk.
- Chris John Mercer, śpiewasz mi teraz skąd to ukradłeś, albo czekają cię długie i bolesne tortury w najciemniejszych zakątkach piekła.
Nastolatek się zaśmiał, widząc Jade wąchającą banknoty z każdej strony.
- Spokojnie, są prawdziwe. Nie przyszło ci do głowy, że mogłem uczciwie je zarobić?
Nastąpiła chwila ciszy, po czym dziewczyna wybuchła śmiechem. Zaczęła turlać się po ziemi. Trwało to przez spory kawałek czasu, ale chłopak wiedział jak się odgryźć.
- Jade... Twoja ulubiona...
Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna momentalnie podskoczyła i zaczęła otrzepywać z brudu białą bluzkę z wielkim kolorowym napisem "Keep calm and hug the panda".
- Świnia jesteś, wiesz? Mogłeś mnie ostrzec. Menda.
- Też cię tak bardzo mocno kocham. Może najpierw powiedz co tam się dzieje, bo moja historia jest naprawdę długa i przerażająca...
- I pewnie nudna - stwierdziła dziewczyna, szczerząc się.
- Ale mam dzisiaj brudne rączki, a ty masz taką piękną, białą bluzeczkę...
- Nie waż się jej tknąć! - Krzyknęła, odskakując i zasłaniając rękami ubranie.
Chłopak popatrzył na nią wzrokiem seryjnego morercy, po czym zaśmiał się tryumfalnie.
- Dobra, no to co to za stypa?
- Szkoda gadać. Blake właśnie przeszedł okres dziewiczy.
Chris wybuchł śmiechem. Chociaż po wielu wyjaśnieniach już wiedział co miała na myśli, nigdy go to nie przestało bawić.
- Włos na klacie, pokemon, czy może wypiął się dla jakie...
- Nie kończ, zboczeńcu. Pokemon. Faceci, tylko jedno w głowie...
- Ale jednak wiedziałaś o co mi chodzi, no nie? Gdzieś tam kryje się niewyżyta baba - mówił z rozbawieniem nastolatek, widząc rozzłoszczoną dziewczynę i cały czas przy tym ruszając brwiami - W ogóle skąd on wytrząsnął poka? I jakiego?
- A co, starszy mu złapał na dwudziestej drugiej. Mankey'a. Wiesz, chłopak dostał od tego...
- Małpiego rozumu?
Oboje wybuchnęli śmiechem, po czym ruszyli w stronę grupki.

***


- Ile już mamy okazów?
Mężczyzna w okularach zaczął klikać coś na klawiaturze, po czym spojrzał w monitor.
- Siedem sztuk, plus jedna w trakcie podróży.
Przywódca skinął głową i powrócił do obserwowania nagrań.

***


Nie było łatwo przepchać się przez tłum ludzi, ale Chrisowi i Jade udało się wyjść z tego zwycięsko.

Pośrodku stał piętnastoletni brązowowłosy chłopak o brązowych oczach. Ubrany był w dżinsowe szorty i hawajską koszulkę, co było dosyć śmieszne, zważając na deszczową porę. Na jego ramieniu siedziała mała brązowa małpa o okrągłym kształcie.
- Ej, głupi! Co Ty tam masz? - Chris próbował przekrzyczeć przejęty tłum. W końcu nieczęsto widziano tutaj trenera.
Blake słysząc głos chłopaka wyszczerzył zęby, po czym zwrócił się do tłumu:
- Uwaga, cisza! Ten oto osobnik płci nieznanej - mówił wskazując na Chrisa - jest zwykłym idiotą, bo myśli że sam powinien mieć pokemona! Tymcasem do tego nie dorósł!
Młody Mercer tylko się uśmiechnął. Od zawsze z Blake'm sobie dogryzali i rywalizowali w każdej możliwej sytuacji, ale wbrew pozorom byli to dobrzy przyjaciele.
Brązowowłosy podszedł do Chrisa i Jade, żeby się przywitać, po czym zaczął przedstawiać.
- Chris, Jade, oto... Blake Junior!
Małpa najwyraźniej nie reagowała jeszcze na imię, bo zignorowała właściciela i zaczęła drapać się po głowie.
- Ty mały zawszony małpiszonie, trochę kultury!
Mankey tym razem zrozumiał właściciela, i chyba poczuł się obrażany, bo kopnął chłopaka w kostkę. Ten krzyknął z bólu, po czym schował stworka do kuli.
- Jeszcze go nie do końca nie opanowałem, ale się staram - Zawiadomił Blake, masując się po kostce. Tymczasem głos zabrał Chris:
- Dobra, droga młodzieży. Ruszamy do mego domu, mam wam dużo do opowiedzenia!

***


- ...i wtedy dał mi hajs, ramen*.
Słuchacze z uwagą wychytywali każde słowo, co było dziwne, w przypadku wiecznie rozkojarzonego Blake'a.
- Poczekaj... Czyli miałeś przyjść do niego wieczorem? - zaczęła Jade.
- No tak - potwierdził chłopak.
- Czyli jak będzie ciemno?
- No tak - powtórzył.
- Czyli jak za oknem już słońca nie będzie? - Mówiła z naciskiem, tymczasem Blake turlał się ze śmiechu.
- No tak, o co ci... - nagle chłopak oprzytomniał, patrząc w okno i natychmiast wybiegł z pokoju.
Zazwyczaj o tej porze zaczynało się robić zimno i wiatr nabierał prędkości, przez co każdy mieszkaniec Viridian wolał siedzieć w domu, przy kominku. Jednak, ku uciesze Chrisa, ten wieczór był wyjątkowo ciepły, dzięki czemu bieganie było dla chłopaka nie lada przyjemnością.
Gdy już wszedł do laboratorium, zobaczył profesora obserwującego trzy pokeballe na biurku. Gdy ten go zauważył, natychmiast przemówił.
- Słuchaj, śpieszę się, więc przejdźmy do sedna. Po dzisiejszej przygodzie z tajemniczym panem w lesie, pomyślałem, że przyda Ci się ochrona. Nie są to startery, ale dam ci wybrać - widać było wyraźnie, że profesorowi się śpieszy. Wskazał na pierwszą kulę - Growlithe. Ognisty pies, bardzo wierny właścicielowi - podszedł do następnego pokeballa - Pidgey. Pokemon-ptak, świetny zwiadowca. - W końcu wskazał na ostatnią kulę - Pikachu. Elektryczna mysz, szybka bestia. To jak, chłopcze?
Nastolatek chwilę się zastanawiał, ale widząc zniecierpliwienie na twarzy Oaka postanowił się pośpieszyć.
- No to chyba wezmę...
---
* Kto wie o co chodzi, ten ma ode mnie mega respekt :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:25 przez Bocik, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 05 sty 2014, 00:25

Potrzebuję Waszej rady! Otóż zastanawiam się nad spolszczeniem nazw ataków, ale niektóre brzmią naprawdę idiotycznie. Będę wdzięczny za rady.

Chapter IV: Trening Czyni Mistrza


Mike już powoli zaczynał mieć dosyć tego miejsca. Słyszał wiele historii o potężnych pokemonach-duchach z Lavender Town, a gdy postanowił kóregoś złapać, to nie chciały postraszyć.
Samych duchów się nie bał. To miasteczko miało w sobie to coś, co powodowało, że przechodziły ciarki po plecach. Tylko grobowa cisza, nie można było wychwycić praktycznie żadnego dźwięku. Sama wieża, która robiła za cmentarzysko pokemonów, potrafiła spowodować zawał u młodego człowieka. A to wszystko tylko się potęgowało, gdy nadchodziła noc. Taka noc, jak teraz.
W końcu coś dostrzegł wśród ciemności. Przypominało to trochę fioletową chmurę, ale Mike doskonale wiedział co to.
Duch powoli lewitował wokół domów, jakby to był najnormalniejszy na świecie spacerek.
- Steel Wing!
Skrzydło Skarmory'ego pomknęło prosto ku celowi. Ten jednak zdążył uniknąć ciosu.
- Powtórz to! - Mike instruował cały czas stalowego ptaka. Nie mógł go stracić, bo jego Zangoose nie mógł nic zrobić duchowi.
Tymczasem Gastly zdążył już zaatakować.
Ten widok był dla Mike'a przerażający. Duch po prostu patrzył na ptaka, a z jego oczu zniknęły źrenice, była tylko czysta biel. Tymczasem jego cel zaczął wydawać okropne, raniące uszy dźwięki, jak gdyby był torturowany, miotając się przy tym na wszystkie strony*.
Mike nie mógł na to patrzeć, postanowił zareagować. Podniósł leżący kamień i rzucił w stronę lewitującego stworka. Ten wytrącony z transu zaprzestał ataku.
- Co, ty latająca kupo gówna? Chodź do mnie! - Krzyknął, przybierając pozę zeskakującego z klifu*.
Gastly nie dał się prosić. Z zadziwiającą prędkością zaczął lecieć w stronę mężczyzny.
Już prawie dotarł do celu, gdy nagle zza niego wyleciał metalowy ptak, atakując skrzydłem. Duch doznał poważnych obrażeń od tego ciosu, co Mike postanowił wykorzystać. Natychmiast wyciągnął pokeball i rzucił w kierunku zdezorientowanego stworka, który zmienił się w czerwony promień i wleciał do wnętrza kuli. Ta kiwnęła się kilka razy na boki, po czym zastygła w bezruchu.
Mężczyzna podniósł rękę do góry w geście tryumfu, po czym schował stalowego ptaka do kuli.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że mimo hałasu jaki wyrządzili, żaden mieszkaniec nie wyszedł z domu. Nawet nigdzie nie paliły się światła. Już wiedział skąd miasto czerpało swoją złą sławę.

***


Chłopak nie wiedział, czy się cieszyć, czy płakać. Niby posiadanie pokemona, dobra sprawa, marzenie każdego chłopca. Z drugiej strony niepokoiły go słowa Samuela: "Potrzebujesz ochrony". Czyli prawdopodobnie miał kłopoty, dotychczas profesor się nie mylił.
Postanowił działać. Był dopiero wieczór, mógł spokojnie kilka godzin przeznaczyć na trening nowego podopiecznego. Co tam trening, miał nadzieję, że będzie w stanie opanować pokemona lepiej niż Blake swoją małpę. Wypuścił go z pokeballa.

Ukazał się przed nim mały pies. Miał krótką, czerwoną sierść z czarnymi falbankami w niektórych miejscach. Na głowie miał grube, białe futro, które było ułożone na wzór irokeza. Takie samo znajdowało się na "brodzie" psa, ogon też taki był.
Stworek chwilę porozglądał się po nowej przestrzeni, po czym zaczął z uwagą przyglądać się nowemu właścicielowi.
Chris powoli wyciągnął rękę do pokemona. Ten niepewnie rzucił spojrzeniem na chłopaka, po czym zaczął powoli się do niego zbliżać. Gdy był na wyciągnięcie ręki, Mercer zaczął głaskać stworka. Chyba udało mu się zdobyć jego zaufanie, bo ten zaraz zaczął lizać nowego pana po twarzy.
- Haha, spokojnie mały. Trzeba ci wybrać jakieś imię, nie sądzisz?
Pies zaszczekał z entuzjazmem. Chris nie wiedział czy go rozumie, słyszał że niektóre pokemony potrafią z grubsza rozróżnić niektóre komendy, ale nie cały ludzki język. Oczywiście z pewnymi wyjątkami.
- Niech pomyślę... Wiem! - krzyknął chłopak - Sparky!
Stworek postanowił nagrodzić pana doskonałym wyborem, skacząc na niego (z efektem powalenia nastolatka na ziemię), po czym zaczął go lizać.

Razem wyruszyli do Viridian Forest.

***


Chrisowi podobała się energiczność towarzysza. Podczas gdy chłopak po prostu szedł, ten biegał ile tylko mógł. Gdy poczuł się zdyszany, chwilę odpoczywał, po czym znów ruszał na podbój lasu. Interesował się każdym odkrytym miejscem czy stworzeniem.
Nastolatek nie wybrał go przypadkiem. Czytał o tym, jak bardzo te istoty są wierne swoim właścicielom, potrafią się za panem rzucić w ogień, a chłopak cenił sobie to najbardziej - lojalność.

W końcu dotarli do celu. Była to wielka kwiecista łąka, pośrodku której znajdował się staw pełen ryb. Tuż obok zbiornika wodnego stała mała, drewniana chatka, którą zbudował razem z Blake'm i Jade. To zazwyczaj tutaj spędzali swój wolny czas, łowiąc, biwakując czy chociaż rozmawiając. Najlepsze było to, że nikt tutaj nie przychodził, bo ludzie bali się dzikich pokemonów z lasu, choć znajdowały się tam tylko insekty.

- Dobra, mały, widzisz ten kamień? - wskazał na sporej wielkości głaz znajdujący się w środku stawu - będziemy na nim trenować celność. Ember!
Pies tylko opuścił głowę. Chłopak był pewien, że Sparky go zrozumie.
- No co jest? Dalej, płomień!
Pokemon otworzył pysk i spróbował zionąć ogniem, lecz z jego gardła wyleciała tylko strużka dymu.
Chris zrozumiał. Pies po prostu tego nie potrafił.
- Ty po prostu jeszcze nie umiesz... - stwierdził chłopak.
Stworek nie był z siebie zadowolony. Na myśl o tym, że zawiódł swojego pana, przestał machać ogonem i spuścił głowę.
- Ale spokojnie, jeszcze się nauczysz! - dopowiedział nastolatek, co przywróciło pokemonowi entuzjazm i zapał do pracy. Pragnął teraz tylko dać właścicielowi powód do dumy, nieważne ile będzie musiał się namęczyć.

***


Jade zaczęła się poważnie martwić. Nerwowo chodziła w kółko, co jakiś czas wyciągając telefon, żeby znów go schować i od nowa zacząć okrążenia.
- Jeśli tak ci z tym źle to po prostu zadzwoń i zapytaj - stwierdził Blake, bawiąc się miniaturową kostką rubika.
- A jeśli akurat jest zajęty? Może robi coś ważnego, a ja głupia będę się narzucać...
- Masz rację, nie dzwoń - zgodził się chłopak.
- A jeśli coś się dzieje? Po jego dzisiejszej historii tylko Latający* wie co się z nim teraz dzieje.
Blake przestał się interesować dziewczyną, nieudolnie probując ułożyć kostkę. W końcu postanowił połamać ją, żeby złożyć spowrotem, tym razem z dobrym efektem.
- Fuck yeah! - chłopak postawił kostkę na biurku, mając cały czas na twarzy minę zwycięzcy, po czym zwrócił się do Jade - Chodź, mamy iść w nasze miejsce. Ma nam coś ciekawego do pokazania.
Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa.
- Skąd wiesz?
- Dostałem od niego smsa, piętnaście minut temu - powiedział to z rozbawieniem, przy okazji puszczając jej oczko.
- Kiedyś cię zapierdolę, przysięgam.
Razem wyszli na zewnątrz. Dochodziła już dziesiąta wieczorem, co jednak nie skutkowało kompletną ciemnością, bo księżyc w pełni świetnie odbijał światło słońca. Pogoda była typowo jesienna - choć temperatura nie była koszmarnie niska, wiatr doskonale sobie radził w ochładzaniu ewentualnych spacerowiczów, choć tacy się nie zdarzali, bo żaden mieszkaniec Viridan nie gustował w mroźnym obliczu przesiadywania na dworze.
- Trochę go chyba jebło w dekiel - stwierdziła Jade, dokładnie zapinając kurtkę pod szyją - Zachciało mu się nagle szaleć na mrozie.
- Co narzekasz, przecież dla ciebie siedzeniu w domu to strata czasu - odpowiedział Blake, ostanie sześć słów wypowiadając damskim głosem, a przynajmniej się starając.
Po kilkunastu minutach spaceru doszli do celu. Najbardziej zdziwiło ich ognisko, płomień miał prawie dwa metry, kawałki drewna ginęły w ogniu.
Dziewczyna pierwsza dostrzegła Chrisa przy ognisku. Z uśmiechem na twarzy przyglądał się ogromnemu płomieniowi, a nawet wydawał się być nim zafascynowany. Gdy zauważył zbliżających się przyjaciół, natychmiast wstał i się uśmiechnął, pokazując przy tym wszystkie zęby.
- Słuchajcie, muszę wam kogoś przedstawić - zaczął chłopak, po czym głośno zagwizdał. Po chwili zza chatki wybiegł ognisty pokemon, żeby wstawić się na wezwanie - Poznajcie Sparky'ego.
---
* Moja wzja ataku "Night Shade" :)
* Jak to z titanica, gdy ta facetka tak wystawiła ręce na boki, a ten facet ją trzymał, może kojarzycie.
* ... Potwór Spaghetti. Piraci zrozumieją :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:25 przez Bocik, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 07 sty 2014, 23:02

Chapter V: Gość


Do stworka jako pierwsza podbiegła zachwycona dziewczyna, komentując go:
- Jest słodki! - zaczęła drapać Sparky'ego po całym ciele, na co on zareagował niemalże z zachwytem.
- Tak, słitaśny - przewrócił oczami Blake, po czym zapytał Chrisa - To twój? Skąd go masz?
- Kolejny prezent od Oaka. Zaczynam lubić tego gościa - stwierdził z zadowoleniem chłopak - Podobno potrzebuję ochrony, czy coś.
Brązowooki spojrzał na niego z ukosa. Ochrony? Niby przed czym? Do tej pory sądził, że tamten to był tylko jakiś trener, który porządnie przeceniał swoje możliwości.
- Tylko nie mów Jade. Sam wiesz jaka ona jest - poprosił Chris, przyglądając się dziewczynie bawiącej się z pokemonem nieopodal - Zaraz zrobi jakąś aferę, jak ją znam. Sory, pomyłka. My. Jak my ją znamy.
- Nie miałem zamiaru mówić tej wariatce, nie jestem aż tak jebnięty - odpowiedział Blake, choć sam nie był pewny swoich słów. Popatrzył przez chwilę na płomień ogniska, po czym zapytał:
- To robota tego małego, czy znów palisz?
Chris uniósł pierś w geście dumy, co przyjaciel odebrał jednoznacznie.
- Wiesz, nauczyłem go tego, przed chwilą - odpowiedział uroczyście, cały czas przy tym patrząc w ogień. - I nie, nie jestem idiotą żeby jarać, jak niektórzy - spojrzał na zawstydzonego kolegę - Oprócz tego w chatce trzymamy zapalniczkę, ale tobie o niej nie mówimy.
- O ty... Cały czas, kiedy potrzebowałem... Nieważne. - w końcu postanowił zmienić temat. - Wiesz jaki mam pomysł?
- Chyba myślę o tym samym... Jesteś pewien, że chcesz dostać bęcki?
- Chyba śnisz - odpowiedział Blake, szatańsko się przy tym uśmiechając, po czym wyciągnął z kieszeni kulę.
- Będziemy chyba musieli trochę poczekać - stwierdził Chris, widząc biegnącego wokół chaty stworka z wystawionym językiem i wymalowanym zadowoleniem na pysku. Za nim biegła mocno zdenerwowana dziewczyna, cały czas przy tym przeklinając. Na bluzce miała dwa brązowe odciski łap.

***


- Nie wiem jak ty to robisz, stary, ale mnie już dupa boli - powiedział Mike do swojej metalowej bestii, poklepując ją po boku. Lecieli już ponad pół godziny, a byli tu tylko po to, żeby dorwać te dwa pokemony, no i w bonusie zgarnąć profesora. Jednak był to jedyny sposób, żeby mógł odzyskać reputację w zespole, która mu się niezaprzeczalnie należała. Jego porażka przypominała o sobie na każdym kroku, ale wiedział, że gdy odzyska resztę swoich pokemonów z Hoenn, już nigdy nie zawiedzie.
W końcu w oddali dostrzegł miasteczko. Co prawda był tam tylko raz, ale ułożenie miasta przypominające rozłożone równolegle dwie kreski na kartce (w tym przypadku były to domy) nietrudno było zapamiętać.
- Ląduj tam, na polanie!
Ptak zrozumiał i poszybował w dół. Wiatr był tak silny, że prawie strącił Mike'a z wierzchowca, jednak udało mu się utrzymać równowagę, co nie powstrzymało przeszywającego uczucia zimna. Marzył teraz o luksusie, jakim było jakieś futrzane ubranie.
Wylądowali na łące tuż obok Pallet Town. Chociaż stali na uboczu, mieli widok na każdy budynek. "Szesnaście, razem z laboratorium" wyliczył mężczyzna, choć sam nie wiedział po co.
Schował ptaka do balla i pewnym krokiem ruszył w stronę laboratorium. Ku jego zadowoleniu, Samuel był całkowicie sam, choć podobno przyjmował wielu praktykantów.
- Stęskniłeś się za mną?
Odwrócony plecami do niego profesor podniósł głowę znad biurka i odpowiedział:
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Rozumiem, że przyszedłeś po złotego.
Te słowa mocno zdziwiły Mike'a. Skąd mógł to wiedzieć?
- Skąd...
- Przy naszym ostatnim spotkaniu chyba za głośno myślałeś - powiedział Oak i obrócił się w stronę mężczyzny - To co, będziemy tak gadać czy przejdziemy do sedna?
- Jak pan sobie życzy. Zaangoose!
- Miki!
Oboje wyrzucili kule w powietrze, a po chwili wyleciały z nich czerwone strumienie, żeby zmienić się w stworki.
Mike tym razem nie miał zamiaru przegrać, czy chociaż zremisować. Tym razem musiało być inaczej.
- Ale chodź może na powietrze... Twój Zangoose jest spory, trzeba dać ci trochę fory - zaproponował Samuel z udawaną pewnością siebie.
- Wiem, że ci szkoda laboratorium staruszku, ale mi nie. Crush claw!
Pokemon-kot rzucił się z grubymi pazurami na jaszczurkę.
- Fire fang!
Miki w ostatniej chwili uskoczył przed ciosem, po czym wbił rozjarzone na czerwony kolor kły w rękę przeciwnika, który jęknął z bólu i odrzucił złotą jaszczurkę.
Mike zacisnął zęby. Już na samym początku dostawał łomot, musiał coś wymyślić.
- Quick attack!
Zangoose z zawrotną prędkością podbiegł w stronę przeciwnika, po czym uderzył go brzuchem.
- Smokescreen!
Miki tuż po tym jak został uderzony przez przeciwnika, wypuścił z nozdrzy smugę dymu, prosto w jego oczy, a sam poleciał w stronę przeciwległej ściany.
Mike zaklął na głos. Podczas gdy Miki natychmiast wstał, jego Zangoose przecierał cały czas oczy, próbując powstrzymać okropne pieczenie.
- Slash!
Charmander wykorzystał sytuację i szybko podbiegł do wyrośniętego kota, po czym zrobił długie cięcie pazurami na jego brzuchu. Ten głośno zapiszczał i zaczął lizać ociekającą krwią ranę.
Teraz dopiero Mike zauważył jak bardzo profesorowi zależało na jego laboratorium. Nie używał żadnych ognistych ataków, w których jaszczurka była zapewne najlepsza, a Zangoose nie był przystosowany do walki na odległość. Postanowił zmienić taktykę.
- Wracaj, byłeś świetny - mruknął do stworka, po czym schował go do kuli, przy okazji wyciągając następną - Gastly, działaj.
Twarz Oaka zmieniła wyraz z pewności na jej przeciwny odpowiednik. Jedynym atakiem niegroźnym dla otoczenia, który mógł zrobić duchowi krzywdę był ognisty kieł, do którego ograniczenie się mogło nie wystarczyć.
- Hypnosis!
Samuel próbował zareagować, ale niestety się spóźnił. Charmander pogrążył się w głębokim śnie, co wystarczyło duchowi żeby skończyć walkę.
- Night Shade - wydał komendę Mike, na co duch się uśmiechnął i spojrzał w jaszczurkę. Za chwilę z jego oczu zniknęły źrenice, sam Gastly przestał "bujać się" w powietrzu, nie ruszał się ani na centymetr, podczas gdy jego przeciwnik zaczął trząść się i piszczeć na cały głos.
- Dobra, przestań! - poddał się Oak i wciągnął Mikiego do pokeballa, choć nie zamierzał go oddać. Przeklął sam siebie za zostawienie torby na szafce kilka metrów dalej.
- Teraz powiedz mi, gdzie jest ten chłopak.
Profesor zdziwił się tym pytaniem. Chris? Po co mu on był?
- Co od niego chcesz?
- Ma coś mojego, a nie lubię gdy tak jest - odpowiedział z uśmiechem Mike.
Chris? Co mógł mieć?
Samuel w końcu zrozumiał. Miał na myśli szczura! Tego samego złotego szczura, którego Oak miał teraz w torbie. Musiał grać, chociaż mogło to zagrozić nastolatkowi.
- Dobra, staruchu, dawaj jaszczura.
Profesor ze spuszczoną głową podszedł do mężczyzny. Gdy już tamten wyciągnął rękę po zdobycz, Samuel uderzył go pieścią w twarz, po czym zaczął biec w stronę torby. Na drodze stanął mu szczerzący się duch.
- Hypnosis...
Było już za późno. Profesor pogrążył się w błogim śnie.

***


- Ember!
Z pyska Sparky'ego wyleciał sznur ognia, który ostatecznie znokautował małpę.
Pies w geście tryumfu głośno zawył i podbiegł do właściciela.
- Byłeś zajebisty - pogłaskał pokemona. Nie kłamał, zaangażowanie bijące od Growlithe'a było prawie namacalne. W "biegu zwycięstwa" nie przeszkadzały mu liczne siniaki czy zadrapania.
- No to jutro sprzątasz chatkę - stwierdził Chris, na co Blake odpowiedział środkowym palcem, a Jade śmiechem. Brązowooki popatrzył na nią z nienawiścią wypisaną na twarzy.
- A ty co? Też sprzątasz, chujowy z ciebie sędzia - odgryzł się dziewczynie, co jednak przypłacił przyjęciem ciosu w twarz.
- Jaka wesoła atmosfera, mogę się dołączyć?
Grupka przyjaciół zwróciła się w stronę rozmówcy.
Stał tam wysoki, szczupły mężczyzna z czarnymi, długimi włosami wyglądający na około 25 lat. Był ubrany w szare dżinsowe spodnie i czarną kurtkę, a przez ramię przewieszoną miał małą niebieską torbę. Opierał się plecami o sporej wielkości stalowego ptaka. Chris poznał go od razu.
- To ty...
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:25 przez Bocik, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 529
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 08 sty 2014, 11:40

2-3
A więc... Od technicznej strony - nie powiem nic nowego - te same błędy plus jedno niedopatrzenie, które jednak trochę mnie drażni:
Rozdział I: Początek

Chapter II: Pierwsze Starcie

Chapter III: Kompan
Albo rozdziały albo czaptery

Czytałem wiele opowiadań z tej tematyki i bardzo ciężko byłoby mnie czymś zaskoczyć, dlatego też ten ff wydaje mi się średniakiem. Niby dzieje się coś "oryginalnego", ale nadal pozostaje to w tych pokemonowych ramach: inteligentny i luzacki nastolatek, ci źli, najlepsza przyjaciółka, a zarazem miejscowa piękność. Szkoda, że nie pokusiłeś się o inny region... chociażby Kalos. To byłaby jakaś nowość. Zobaczymy, co zaserwują kolejne rozdziały, ale wcinając się w następny rozdział:
Potrzebuję Waszej rady! Otóż zastanawiam się nad spolszczeniem nazw ataków, ale niektóre brzmią naprawdę idiotycznie. Będę wdzięczny za rady.

Jak najbardziej.
Obrazek

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 17 sty 2014, 21:35

[center]Chapter VI: Spotkanie 1/2[/center]

Mężczyzna wpatrywał się w istotę w wielkiej kopule z tryumfalnym wyrazem twarzy. Jedna z najtrudniejszych części misji była wykonana, i to z taką łatwością, że uważał za niemożliwe odniesienie porażki w dalszych jej fazach.
Z zafascynowaniem patrzył jak jego więzień bada otoczenie, próbując jakoś się wydostać. Spowodowało to u obserwatora tylko uśmiech, gdy widział bezbronność ofiary.
- Dobra, otworzyć właz - przemówił do komunikatora przyczepionego do płaszcza, patrząc jednocześnie na zegarek - Koniec odwiedzin.

[center]***[/center]

Sytuacja nie wyglądała dobrze. Mankey Blake'a był nieprzytomny, a Growlithe Chrisa nieźle osłabiony. Walka z mężczyzną mogła okazać się jak strzał w kolano.
Mercer nagle dostrzegł coś na grzbiecie ptaka. Do pokemona przybysza był ktoś przywiązany... Oak! Najdziwniejsze, że nie wyglądał na pobitego, odurzonego czy jeszcze coś gorszego. Chłopak nie wiedział, czy mu się zdawało, ale chyba usłyszał chrapanie.
- Masz coś, czego potrzebuję, młody - zaczął facet, uśmiechając się złowieszczo - Oddawaj szczura po dobroci, bo chyba nie chcesz żebym rozszarpał tego malucha - powiedział to z rozbawieniem, widząc warczacęgo pokemona.
- Spokojnie Sparky, nie będziemy walczyć - uspokoił stwora nastolatek, po czym zwrócił się do przybysza - Nie mam twojego szczura i nie wiem gdzie jest.
Mike spojrzał na niego niepewnie. Nie mógł pozwolić dać się oszukać, tym razem szef nie byłby tak pobłażliwy. Zaśmiał się na głos, po czym wyciągnął z kieszeni kurtki pokeballa, wypuszczając Zangoose'a.
- Jesteś pewny? Lepiej się pośpiesz, bo jestem z natury niecierpliwy - podczas gdy on mówił to zdanie, jego pokemon-kot zbliżył się do Chrisa na odległość metra. Jedyną przeszkodą pomiędzy nimi był rozdrażniony Sparky.
- Powtarzam, nie wiem co się z nim stało, oddałem go... - chłopak zaciął się, zdając sobie sprawę, że nie może powiedzieć prawdy. Profesor z jakiegoś powodu nie oddał mężczyźnie złotego szczura, więc musiał mieć do tego jakieś dobre uzasadnienie. - Do schroniska. Był nieznośny, uznałem, że tam mu będzie lepiej.
Mike tym razem zaczął głośno się śmiać, powoli poklaskując.
- Jesteś niezły. Rzekłbym nawet, bar... - urwał, słysząc muzykę.
Ty chciałbyś bronić się przed ostrzem, poddaj się - będzie prościej.*
Blake spojrzał na Chrisa z rozbawieniem (nawet w takich chwilach to potrafił), widząc przyjaciela wyciągającego telefon.
- Mama?
Brązowooki tym razem głośno wybuchnął śmiechem, słysząc to. Nie ma to jak telefon od troskliwej matki w takiej chwili.
- Tak, niedługo będę. Aż tak późno? Trochę mi się przedłużyło, przepraszam. W pełni trzeźwy, ale miło, że we mnie wierzysz. Dobra, chyba muszę kończyć - zaznaczył Chris, po chwili jednak dodał - przy okazji, kupiłem ten kalafior.
Rozłączył się, odłożył telefon i wrócił do konwersacji z facetem.
- Kalafior?
- Coś nie tak?
- Nie, w sumie masz szczęście, gdybyś coś powiedział, byłbyś już trup. Teraz oddaj mi go.
- Nie mam go, zrozum!
To unoszenie się chyba nie spodobało się Zangoose'owi, bo przyłożył ostre pazury do szyi chłopaka. Natychmiast tego pożałował.
Wstrząśnięty chłopak szybko się odsunął, widząc Sparky'ego wbijającego kły w nogę kota, którego cierpienie zmieniło się prawie natychmiast we wściekłość. Wziął zamach i wyrzucił psa w powietrze, który jednak spadł na cztery łapy i nie odniósł większych obrażeń.
W tym całym zamieszaniu Chris dopiero teraz dostrzegł, że nigdzie nie ma Jade. Ucieszył się na myśl, że chociaż ona była bezpieczna. Z zamyślenia
oderwał go ryk podopiecznego.
Zdążył zobaczyć tylko jak Sparky leży pod nogami wyrośniętego kota, ze sporej wielkości rozcięciem na boku, krwawiąc obficie. Wyglądało to co najmniej strasznie, bo rana nie przestawała wypuszczać lepkiej, czerwonej mazi.
- Czekaj! Stop, poddaję się... Dam ci szczura, daj mi tylko zająć się nim - wskazał tu na konającego psa - Mamy coś, żeby to zatamować, tam, w chatce.
Mike'owi nie podobała się taka propozycja. Co prawda nigdzie mu się nie śpieszyło, jakąś tam litość też miał, ale nie chciał pokazywać siebie jako kogoś innego niż pana obecnej sytuacji.
- Dobra, tylko się pośpiesz - mruknął.
Obaj nastolatkowie pobiegli w stronę nabrzeżnego domku.

Pierwszą rzeczą, do której się dorwali, była sporo ważąca skrzynia schowana za trochę staromodną komodą. Co prawda nie trzymali tam nic cennego, ale bez tych "skarbów" nie mieliby czym się tu zajmować. Zaczęli szuflować zawartość w poszukiwaniu potrzebnych im rzeczy. Jako pierwszy odniósł zwycięstwo Chris, wyciągając zapakowany bandaż, a po trochę dłuższych poszukiwaniach Blake także zdobył zamierzony przedmiot. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, kiedy wróciły wspomnienia związane z tym małym, aczkolwiek diabelskim wynalazkiem.
- Improwizujemy, ale wiesz co masz robić! - wykrzyknął Mercer, jako pierwszy wybiegając z budynku. Tuż za nim podążył brązowooki przyjaciel, chowając zdobycz w tylnej kieszeni szortów.

Chris nawet nie zwrócił uwagi na w spokoju palącego papierosa napastnika, który bez emocji przyglądał się, jak chłopak opatruje swojego podopiecznego.

Nagle usłyszał jakby brzęk metalu, po którym nastąpił krótki pisk.
- Okres masz? Spokojnie, bo go obudzisz - warknął do stalowego ptaszyska Mike. Te tylko rzuciło gniewne spojrzenie na brązowookiego chłopaka, po czym wróciło do swojego zajęcia, jakim było dłubanie dziobem w ziemi.

- Kurwa - mruknął do siebie chłopak, po czym znów zaczął przymierzać.

Mike dokończył właśnie papierosa, kiedy dostrzegł procę w dłoni Blake'a. Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, poczuł paraliżujący ból w nodze i z własnej, nieprzymuszonej woli padł na ziemię, trzymając się cały czas za miejsce bólu.
- Zangoose, rozszarp go!
Pokemon nie dał się długo prosić. Zaszarżował w stronę snajpera, który z przerażeniem próbował załadować następny pocisk.

Nie zdążył osiągnąć celu, bo się o coś potknął i z impetem uderzył twarzą w glebę.
Chris wypiął dumnie pierś, będąc zachwycony swoim wyczynem, chociaż było to tylko zwykłe podstawienie nogi. Za chwilę jednak odwaga go opuściła, gdy zobaczył powstającego z ziemi Zangoose'a, bardziej zdenerwowanego niż wcześniej.
- Ej, kotku, tutaj - usłyszał za sobą głos wkurzony pokemon i obrócił się znów w stronę Blake'a. Nie zdążył jednak czegokolwiek zrobić, bo padł na ziemię nieprzytomny, z nowo powstałym odciskiem na czole.
- Headshot! - wykrzyknął uradowany strzelec, przytaczając sławne wyrażenie z Counter Strike'a - nawet się nie waż - zwrócił się nagle do Mike'a, próbującego wyciągnąć pokeball.
Pokonany napastnik, chociaż przepełniony goryczą, postanowił się poddać. Uniósł ręce w górę w geście kapitulacji, choć wyglądało to dosyć dziwnie, zważając na pozycję leżącą.

- Trzeba najpierw odwiązać Oaka - zaproponował Chris, choć przerażała go myśl o zbliżaniu się do metalowego ptaka. Niby Mike mógł go schować do balla, ale jednocześnie mógł wyciągnąć kulę z innym pokemonem, a chłopcy tego nie chcieli.
Blake wycelował procą w kierunku napastnika.
- Rozwiąż go.
Pokonany postanowił się posłuchać, nie chciał skończyć jak jego Zangoose.
- Mogę chociaż go schować? - zapytał niepewnie.
Nastolatkowie spojrzeli po sobie. Blake'owi nie podobał się ten pomysł, bo pokiwał przecząco głową.
- Daj mi kulę - zaproponował Chris - jeśli to będzie jakiś inny pokemon, będę mógł go chociaż schować.
Mike posłusznie rzucił chłopakowi pokeball. Ten z zadowoleniem odkrył, że mężczyzna nie stosuje żadnych sztuczek, schował znokautowanego kota i oddał kulę właścicielowi, po czym zwrócił się do niego:
- Teraz uwolnij profesora.
Mężczyzna jęknął na myśl o przymusie wstawania, ale wykonał polecenie. Kuśtykając, ruszył w stronę swojego więźnia i zaczął go uwalniać. Na myśl przyszła mu ucieczka, ale zrezygnował z tego pomysłu, bo doszedł do wniosku, że Skarmory nie dałby rady unieść dwójki pasażerów.
Kiedy już odwiązał Samuela i zrzucił z grzbietu ptaka (profesor o dziwo nawet się nie obudził), przełamał się, żeby wybić się od ziemi. Zgrabnie wylądował w zamierzonym miejscu, co jednak zawdzięczał fartowi i natychmiastowo wzleciał w przestworza. Z zadowoleniem stwierdził, że zrobił to na tyle szybko, by chłopak z procą nie zdążył zareagować.
- Dorwę tych smarkaczy, oj dorwę, obiecuję - warknął do pokemona, już wymyślając plany zemsty.

[center]***[/center]

Jade spoglądała przez okno terenówki z przerażeniem. Może wcale nie zrobiła dobrze, może powinna zostać z nimi i coś zrobić, może już było za późno. Zostawiła chłopaków na pastwę losu, zamiast zrobić coś pożytecznego. Z drugiej strony, pani Violetta mogła w ogóle nie wiedzieć gdzie są, gdyby nie ona.
- Kochanie, nie martw się, będzie dobrze - pocieszała ją matka Chrisa, widząc zapłakaną dziewczynę, choć jej samej ciężko było kryć emocje.
W sumie Jade ją lubiła. Była wzorem matki; wyrozumiała w miarę możliwości, zawsze sprawiedliwa, a jednocześnie surowa, kiedy było to konieczne. No i była świetnym kierowcą.

Samochód bez problemu pokonywał każdą przeszkodę. Co prawda Viridian Forest nie należał do tych najbardziej nieprzyjaznych pod względem terenu, bo nie było w nim żadnych bagien, a drzewa nie rosły zbyt gęsto, ale przy takiej prędkości nietrudno było o wypadek.
Ostatnio zmieniony 25 sty 2014, 23:10 przez Bocik, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 529
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 21 sty 2014, 19:10

Ogólnie, chociaż negatywny, to dzięki za komentarz, miło
Nie był negatywny.

Udało mi się przeczytać za jednym zamachem rozdziały 4,5, a potem jeszcze 6 na dokładkę. Największym plusem wydaje się być historia, która nie idzie w stronę gry (przynajmniej na razie). Pozostaje czekać na jakieś mocne uderzenie, które nieśmiało zapowiada końcówka szóstego rozdziału. Co do postaci wyróżniają się Mike i Oak. Pierwszy ma charakter i jest to co jakiś czas akcentowane, drugi to klasyka serii i fajnie, że pojawia się opowiadaniu - ludzie jednak rzadko dają w swoich ff profesora Oaka. Gorzej jest z młodzieżą, ale ich póki co nie oceniam. Jestem ciekawy jak ff się rozwinie i czy wytrwasz w pisaniu. Powodzenia.
I na koniec błędy:
Chris'owi podobała się energiczność towarzysza.

Chrisowi, Oaka - gdy na końcu jest spółgłoska nie dajesz apostrofu

Chris zrozumiał. Pies po prostu jeszcze tego nie potrafił.
- Ty po prostu jeszcze nie umiesz... - stwierdził chłopak.
Stworek nie był z siebie zadowolony. Na myśl o tym, że zawiódł swojego pana, przestał machać ogonem i spuścił głowę.
- Ale spokojnie, jeszcze się nauczysz!
powtórzenie
- Będziemy chyba musieli trochę poczekać - stwierdził Chris, widząc biegnącego wokół chaty stworka z wystawionym językiem i wymalowanym zadowoleniem na twarzy (pysku?).
pysku
Jego porażka przypominała o sobie na każdym kroku, ale wiedział, że gdy uzyska resztę swoich pokemonów z Hoenn, już nigdy nie zawiedzie.
Nie podoba mi się to słowo; odzyska, zdobędzie lepsze
I to już estetyka do 6 rozdziału. Nie wiem, czy przy wrzucaniu tekstu akapity same porobiły się w dziwnych miejscach, ale:
- Powtarzam, nie wiem co się z nim stało, oddałem go... - chłopak zaciął się, zdając sobie sprawę, że nie może pow
iedzieć prawdy


Ucieszył się na myśl, że chociaż ona była bezpieczna. Z zamyślenia
oderwał go ryk podopiecznego.

Dam ci szczura, daj mi tylko zająć się nim - wskazał tu na konającego psa - Mamy coś, żeby t
o zatamować, tam, w chatce.


Ty chciałbyś bronić się przed ostrzem, poddaj się - będzie prościej*
Kropka.
To unoszenie się chyba nie spodobało się Zangoose'owi, bo przyłożył ostre pazury do szyi chłopaka. Natychmiast tego pożałował.
Chłopak czy Zangoose? :mrgreen:
Może wcale nie zrobiła dobrze, może powinna zostać z nimi i coś zrobić, może już było za późno. Zostawiła chłopaków na pastwę losu, zamiast zrobić coś pożytecznego.
Nawet jeśli te powtórki są dla efektu to nie wyglądają dobrze.
Pozwoliła zapomnieć o otaczającym otoczeniu i skupić się na konkretnym zajęciu
:)

Grupa przyjaciół wzięła się za pałaszowanie słodkości, gdy nagle dobiegł do nich dźwięk pustego żołądka (tzw. "burczenie ").
Nawiasy brzydko wyglądają.
Obrazek

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 21 sty 2014, 22:50

Chris'owi podobała się energiczność towarzysza.
Chrisowi, Oaka - gdy na końcu jest spółgłoska nie dajesz apostrofu


Właśnie skazałeś mnie na poprawianie wszystkich rozdziałów.

Chris zrozumiał. Pies po prostu jeszcze tego nie potrafił.
- Ty po prostu jeszcze nie umiesz... - stwierdził chłopak.
Stworek nie był z siebie zadowolony. Na myśl o tym, że zawiódł swojego pana, przestał machać ogonem i spuścił głowę.

- Ale spokojnie, jeszcze się nauczysz!
powtórzenie

Poprawie tylko pierwsze "jeszcze", bo reszta dialogi.

- Będziemy chyba musieli trochę poczekać - stwierdził Chris, widząc biegnącego wokół chaty stworka z wystawionym językiem i wymalowanym zadowoleniem na twarzy (pysku?).
pysku


Jup.

Jego porażka przypominała o sobie na każdym kroku, ale wiedział, że gdy uzyska resztę swoich pokemonów z Hoenn, już nigdy nie zawiedzie.
Nie podoba mi się to słowo; odzyska, zdobędzie lepsze


Jep.

I to już estetyka do 6 rozdziału. Nie wiem, czy przy wrzucaniu tekstu akapity same porobiły się w dziwnych miejscach, ale:
- Powtarzam, nie wiem co się z nim stało, oddałem go... - chłopak zaciął się, zdając sobie sprawę, że nie może pow
iedzieć prawdy


Ucieszył się na myśl, że chociaż ona była bezpieczna. Z zamyślenia
oderwał go ryk podopiecznego.

Dam ci szczura, daj mi tylko zająć się nim - wskazał tu na konającego psa - Mamy coś, żeby t
o zatamować, tam, w chatce.


Tak, to efekt dawania blondynce zadania "skopiuj->wklej". Bez urazy, piękna płci :)

Ty chciałbyś bronić się przed ostrzem, poddaj się - będzie prościej*
Kropka.


Postawiona, sir.

To unoszenie się chyba nie spodobało się Zangoose'owi, bo przyłożył ostre pazury do szyi chłopaka. Natychmiast tego pożałował.
Chłopak czy Zangoose? :mrgreen:


Zangoose, oczywiście.

Może wcale nie zrobiła dobrze, może powinna zostać z nimi i coś zrobić, może już było za późno. Zostawiła chłopaków na pastwę losu, zamiast zrobić coś pożytecznego.
Nawet jeśli te powtórki są dla efektu to nie wyglądają dobrze.


Eh, za późno.

Pozwoliła zapomnieć o otaczającym otoczeniu i skupić się na konkretnym zajęciu:)


Normalnie się z tego śmiałem. Corrected :)

Grupa przyjaciół wzięła się za pałaszowanie słodkości, gdy nagle dobiegł do nich dźwięk pustego żołądka (tzw. "burczenie ").
Nawiasy brzydko wyglądają.


Już im pozwolę :mrgreen:

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 25 sty 2014, 20:05

Jednak będę wrzucał w częściach. Więc macie tu podzielony na pół rozdział.

Chapter VI: Spotkanie 2/2


Kiedy dzielił ich ostatni zakręt od polany, dziewczyna się przyżegnała. Ogarnęło ją niemalże przerażenie, gdy zobaczyła dwóch klęczacych nastolatków, w tym jednego z bandażem w ręku. Oboje, kiedy tylko usłyszeli ryk silnika, wstali i pobiegli w stronę samochodu. Jako pierwszy do drzwi auta dobił się Chris.
- Podjedź szybko tam, Sparky'ego trzeba zawieźć do centrum!
"Kogo?" myślała Violetta, wypełniając rozkaz syna. Kiedy ona podjechała pod wskazane miejsce, chłopcy załadowali rannego pokemona do pojazdu za pomocą prowizorycznych noszy zrobionych z koca, gwoździ i dwóch kijów. Nie kryła zdziwienia widząc Growlithe'a, a tym bardziej śpiącego profesora, ale postanowiła nie pytać i wcisnęła gaz do dechy.

W Viridian City znaleźli się w błyskawicznym tempie. Przez całą drogę nawet nie rozmawiali, bo byli zbyt przejęci całą sytuacją. Na szczęście centrum było tutaj otwarte dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nastolatkowie próbowali zachować spokój, kiedy wnosili rannego psa, ale niespecjalnie im to wychodziło, co natychmiast zauważył personel ośrodka. Gdy podbiegła do nich pielęgniarka, nie dali jej nawet dojść do słowa, tylko pokazali już nieprzytomnego stworka i zapytali kto się tym zajmie.
- Gabinet doktora Smitha... - nie zdążyła dokończyć, bo chłopcy pomknęli we wskazanym kieunku.
Znali centrum doskonale, jak zresztą każdy, czego główną przyczyną było połączenie z kawiarnią. Oba pomieszczenia były co prawda od siebie oddzielone, ale była tylko jedna toaleta, oczywiście po stronie centrum, a kiedy człowiek szuka zajęcia na drogę, takim może być na przykład obserwacja otoczenia.

Wyraźnie zmartwiony Chris siedział w poczekalni z wlepionym w podłogę wzrokiem. Sam się zastanawiał, jakim sposobem tak się zżył ze stworkiem, którego znał dopiero od zaledwie pięciu godzin. Zawsze było dla niego zabawne to, jak ludzie opowiadali, że "najważniejsza jest więź pokemona z trenerem". Teraz zaczynał sądzić, że mieli rację.

Violetta niepewnie usiadła obok syna. Nigdy nie zdarzyła się jej taka sytuacja, nawet nie wiedziała co powiedzieć. Pocieszyć? Nakrzyczeć? Pogratulować?
Z zamyślenia wyrwał ją śmiech chłopaka. Nagła zmiana nastroju mocno ją zdziwiła.
- Wiesz, mamo... My zawsze śmieliśmy się z tego hasła, które wymyślił ojciec. Dobrze, że nikt u nas nie jada kalafioru.
Violetta się uśmiechnęła. Rzeczywiście, jej mąż często miał głupie pomysły, ale tym razem spisał się doskonale.

***


Mężczyzna przy biurku z zaaferowaniem pisał coś na kartce. Nie przeszkadzała mu nawet kompletna ciemność, a nawet dodawała mu ona otuchy. Pozwoliła zapomnieć o otaczającym otoczeniu i skupić się na konkretnym zajęciu. Dla niego działało to doskonale. Z zadowoleniem odłożył długopis i jeszcze raz przeczytał dokument w poszukianiu ewentualnych błędów.

Droga Clair,

Jestem już tutaj. Musimy tu kiedyś razem przyjechać, wiesz? To o wiele lepsze niż w telewizji. Ciężko to opisać, ale to naprawdę piękne. Co prawda odwiedziłem dopiero dwie wyspy, a już wiem, że mógłbym tu spędzić resztę życia. Razem z Tobą.

Pamiętasz jak nocami rozmawialiśmy o wspólnym pobycie tutaj? Byliśmy tak blisko spełnienia tych naszych małych marzeń, tylko ten Twój kuzyn, Lance... Wiesz, nie podoba mu się moja praca, ale Ciebie w to mieszać nie powinien. Nieważne; jakoś wsadzę Cię potajemnie do samolotu, obiecuję.

Pewnie się zastanawiasz, dlaczego akurat list. Pewnie Cię to nie zdziwi, ale znów mam do czynienia z idiotami. Władze z Cerulean miały dużo do sprzątania, już wychwyciły moje maile czy smsy. Został mi tylko taki prymitywny sposób komunikacji.

A co tam u Ciebie, kochanie? Słyszałem o Twoich postępach w lidze, podobno jesteś bliska strącenia kogoś z elity. Nie wiesz, jak bardzo jestem dumny. Liczę, że kiedyś będę mógł się z Tobą zmierzyć.

Teraz może trochę wspomnę stare czasy, a dokładniej miesiąc temu. Pamiętasz ten dzień, kiedy leżeliśmy nad Lake of Rage? Co wtedy mówiłaś?

"Przez chwilę lubię tu poleżeć. Ale tylko przez chwilę; woda pozwala mi się wyciszyć, uspokoić myśli. Potem dochodzi do mnie ile tam żyje istot, codziennie próbujących przetrwać, chociaż dla nas to jest teraz miejsce odpoczynku. Tutaj widzę jak wygląda nasz świat: ubrany w maskę doskonałości, pozornie szczęśliwy, a tak naprawdę to kraina kłamstw i pleśni".

Może nie jest idealnie, ale ostatnie zdanie na pewno. Dlaczego o tym wspominam? Otóż widzisz... Miałaś świętą rację.

Razem z Archie'm byliśmy wczoraj w Fuchsia City. Doszły nas pewne informacje, że w Safari zagubił się jeden... Rozumiesz. Oczywiście personel nie wpuściłby takiej grupki (mój oddział plus jego oddział - trochę jak mały tłum), więc udaliśmy się do prezydenta Fuchsia. I wiesz co? Ten bohater całego miasta, autorytet dla wielu jego mieszkańców to zwykła sprzedajna szmata, która zdradza swoją żonę z dwudziestoma innymi, a za pieniądze własnoręcznie zabiłby każdą z nich, wliczając w to swoją życiową partnerkę. Niby dla nas lepiej.

Powinienem częściej Cię słuchać. Tak. Od teraz będę to robił, a przynajmniej się starał.

Kocham Cię,
G.

P.S. Nie odpisuj, nie próbuj mnie szukać. Sam Cię znajdę, na pewno.


***


Za oknem właśnie można było ujrzeć początek dnia. Słońce wychodziło zza horyzontu, ludzie powoli zaczęli spełniać niedzielne plany, a grupka ludzi w centrum pokemon spokojnie sobie spała w najlepsze.

Dochodziła ósma, kiedy pierwsza osoba - Jade Collins - opuściła krainę Morfeusza. Zmęczona dziewczyna powoli rozprostowała kości, po czym zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Pisnęła z przerażenia, gdy jej wzrok natrafił na lustro, co jednak nie wystarczyło, żeby zbudzić utowarzystwo. Zanurzyła ręce w torebce i zaczęła po kolei wyciągać potrzebny sprzęt, po czym wyruszyła w stronę toalety.

Kilkanaście minut nieobecności wystarczyło, by cała grupa zdążyła się obudzić. Dziewczyna zobaczyła profesora Oaka przejętego rozmową z Violettą, ale po nastolatkach nie było ani śladu.
- Sala numer 17 - dostała informację od matki Chrisa Jade, nim zdążyła chociaż zapytać. Wymamrotała prawie niesłyszalne podziękowanie, po czym ruszyła w stronę celu.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy tuż po wejściu do sali był kolorowy worek zawieszony na szurku pośrodku pomieszczenia. Chwilę potem dostrzegła leżącego na łóżku pokemona (wyraźnie zasmuconego faktem, że nie może się pobawić), a tuż obok stojącą dwójkę chłopców. Chris trzymał w ręku procę, celując w worek, podczas gdy jego towarzysz dokładnie się przyglądał, jednocześnie zaciskając pięści i przegryzając wargę.

Nikt oprócz Sparky'ego nie zauważył przybycia dziewczyny, która teraz spokojnie się opierała o ścianę, mając wymalowany uśmiech na twarzy. Bacznie oglądała jak Mercer przymierzył, pociągnął i strzelił. Poskutkowało to tylko odbiciem piłki o ścianę, tryumfalnym śmiechem Blake'a i rozczarowaniem jego przyjaciela.
- Jak się dzieci bawią? - zaskoczeni nastolatkowie aż podskoczyli, słysząc niespodziewanie głos.
- Nie jestem dzieckiem - warknął Blake.
- Jesteś.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Oboje jesteście dziećmi - przerwał im Chris, będąc dumnym ze swojej dorosłej postawy i usiadł obok rannego Growlithe'a. Zaczął głaskać małego pokemona po grzywie, na co ten zareagował z zachwytem.
- Co to jest? - spytała w końcu zaciekawona dziewczyna, wskazując na worek pośrodku pomieszczenia.
- Nagroda - odpowiedział tajemniczo Blake, po czym zaczął przymierzać. Puścił uchwyt, wystrzeliwując alternatywny pocisk (piłeczkę od tenisa) w kierunku celu. Chłopak trafił idealnie w sznurek, który dzięki (specjalnie wykonanym) słabym węźle natychmiast odczepił się i spadł razem z workiem na podłogę. W efekcie, wypadła z niego lawina cukierków, a w geście zwycięstwa Blake wystawił język przyjacielowi.

Mimo wygranych fantów, brązowooki nasolatek postanowił podzielić się łupem i sam zadowolił się satysfakcją ze zwycięstwa. Grupa przyjaciół wzięła się za pałaszowanie słodkości, gdy nagle dobiegł do nich dźwięk pustego żołądka (tzw. "burczenie"). Chris obrócił się w stronę ognistego psa, śmiejąc się. Otworzył smakowicie wyglądającego cukierka o smaku toffi i podał pokemonowi. Sparky, widząc nędzny pokarm, którym został obdarowany, odrzucił go z powrotem.
- Zjadłbyś coś mięsnego, co? - zapytał Chris, na co pies energicznie pomachał ogonem - Pora na małe zakupy za nowe pieniądze!
- Zjedz Jade, i tak nikt jej nie lubi - zaproponował Blake, co przypłacił ciosem w twarz.

***


- Horn drill!
Sporej wielkości kamienna bestia rzuciła się na przeciwnika, próbując wbić w niego róg.
Istota po prostu wpatrywała się w atakującego ją Rhydon'a. Stała na dwóch potężnych kończynach z trzema palcami, z tym jednym wyrośniętym, jak u psów. Całe jej ciało było szarego koloru, oprócz długiego, potężnego ogona, który był fioletowy. Głowa kształtem przypominała czaszkę, z której wystawała para rogów.
Pokemon podniósł rękę (także zakończoną trzema palcami, aczkolwiek bez wyrośniętego) i skierował w stronę oponenta, który nagle poleciał w stronę ściany,krusząc kamienie, po czym padł nieprzytomny.

Mężczyzna wyrzucił w powietrze następny pokeball, cały czas nie dając za wygraną.
- Nidoking, Mega horn!
---
* Pih, Ero, Kaczor, Fokus - Rany kłute. Tak się składa, że to mój dzwonek.
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:25 przez Bocik, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 24 lut 2014, 22:18

[center]Chapter VII: Miłość, miłość... 1/2[/center]

Leciutki podmuch wiatru był dla niego jak ukojenie. Tak bardzo stęsknił się za świeżym powietrzem, że teraz nie mógł nacieszyć się wolnością. Z radością mijał każdą roślinę czy owada i chociaż roślinność tutaj nie była wyjątkowo bujna, on czuł się tu znakomicie.

Grupka przyjaciół z zadowoleniem oglądała szalejącego pokemona. Kuracja trwająca prawie tydzień musiała go mocno znudzić, więc jego zachowanie nie dziwiło nastolatków.

Po około kwadransie doszli do Viridian. Miasto nie było jakoś specjalnie ożywione, wyglądało wręcz na opuszczone.
- No to do zobaczenia jutro w szkole! - pożegnał Chris przyjaciół, po czym każdy poszedł w stronę własnego domu.
Na widok zbliżającego się budynku stworek ponuro zamruczał. Nie podobała mu się myśl o powrocie do jakiejkolwiek izolacji.
- Chodź, pokażę ci tylko Twoje miejsce i zaraz tu wrócimy.
Pies natychmiast się uspokoił i ruszył przodem, żeby w razie potrzeby uchronić pana przed niebezpieczeństwem, chociaż tam raczej była mała szansa na takowe.

Jako pierwsza ukazała się mama Chris'a, przygotowująca obiad dla swoich dzieci. Na widok niezapowiedzianego gościa tylko się uśmiechnęła.
- Ale jestem głodny... - stwierdził Chris, widząc smażące się mięso.
- Ale jestem głodny... - przydrzeźniającym głosem zapapugowała brata Julie, a ten spojrzał na nią z ukosa.
- Bite!
Sparky spojrzał na właściciela pytająco. Chyba nie podobała mu się wizja, w której atakuje małą dziewczynkę, ale Chris porozumiewawczo puścił mu oczko.

Pokemon powoli zaczął zbliżać się do Julie, jednak szybko się zatrzymał.
- AAAAAAAAAAA!
Krzyk dziewczynki postawił wszystkich domowników do pionu.
- Piesek!
Violetta odetchnęła z ulgą. Była gotowa na atak histerii (w głowie szykowała już przemowę dyscyplinarną dla syna), ale ucieszyła się, gdy zobaczyła małą blondynkę przytulającą nowego członka rodziny.
"Witaj w domu wariatów" pomyślała ponuro matka, widząc tętniącego życiem stworka.

[center]***[/center]

Mike rozejrzał się po pomieszczeniu. Zdarzyło mu się być tu już kilka razy, ale od jego ostatniej wizyty sporo się tu zmieniło. Ściany zostały obwieszone zdjęciami z różnych miejsc, wycinki z gazet bezwładnie umiejscowone w całkowicie losowych pozycjach. To miejsce przypominało teraz bardziej jakieś biuro detektywistyczne, niż gabinet.

Znudzony siedzeniem mężczyzna zaczął chodzić po pokoju, szukając ewentualnego zajęcia. Bez przekonania oglądał zalepioną fragmentami prasy ścianę, nie mogąc znaleźć podobieństwa w żadnym z dokumentów.
- Nikt ci nigdy nie mówił, żebyś nie wtrącał nosa w nie swoje sprawy?
Mike obrócił się na pięcie w stronę rozmówcy. W progu stał wysoki, starszy mężczyzna, wyglądający na około czterdzieści pięć lat. Brązowo-siwe włosy miał delikatnie ulizane w tył głowy. Na sobie miał wysokiej jakości garnitur, a w ręce trzymał walizkę.
- To... Ładne.
- Cieszę się, że ci się podoba. Oczywiście mówię to z grzeczności.
Starszy mężczyzna zajął miejsce przy biurku, pokazując przy tym gościowi, by ten także usiadł.
- Jest pewien problem - zaczął niepewnie Mike.
- Słucham uważnie - mężczyzna zdawał się nie pokazywać żadnych emocji.
- Spotkała mnie po drodze pewna przeszkoda...
- Przejdź do rzeczy.
Mike nie dał się dwa razy prosić. Opowiedział całą historię, nie omijając żadnych szczegółów. Po dwudziestu minutach skończył swoją opowieść i postawił na biurku pokeball.

- I co, pokonała cię banda dzieciaków? - na to zdanie Mike się zarumienił. Przywódca dobrze wiedział, że będzie to dla Fuji'ego najgorsza obraza. Te zdarzenie już na zawsze zostawi bliznę na jego honorze.

Rozbawiony mężczyzna wyciągnął rękę po kulę z pokemonem, jednak "właściciel" szybko przyciągnął ją do siebie.
- Kasa.
Starszy mężczyzna zdawał się ignorować towarzysza. Spokojnie wyciągnął i odpalił cygaro, widać było, że mu się nie śpieszy.
- Nie będzie żadnych pieniędzy.
Mike zerwał się na równe nogi.
- Była umowa!
- Tak, była. Miałeś przynieść dwójkę. Płacimy za całokształt.
Fuji ze wściekłością popatrzył na pokeball. Po chwili jednak postanowił zmienić taktykę i spróbować przejąć inicjatywę.
- No to nie ma jaszczurki, szkoda, byłaby chyba najpotężniejsza z dotychczas złapanych, prawda?
Mężczyzna w garniturze powoli zaciągnął się dymem, żeby zaraz go wypuścić. Mike poczuł, że popełnił błąd. Nieotrzebnie próbował zgrywać pana sytuacji.
- Słuchaj, wkurwiasz mnie. Weź jaszczurkę. Ale do nas możesz już nie wracać. Proste?
Fuji przewidział taką odpowiedź. Potrzebował pieniędzy, jak najszybciej. Bez przekonania wyciągnął kulę i poturlał w stronę rozmówcy, który z zadowoleniem ją przyjął, po czym wyciągnął z walizki plik banknotów.
- Yyy... Dziękuję? - powiedział Mike, przyjmując drobną zaliczkę.
- To na ewentualne wydatki. Masz tydzień, po tym twoje wynagrodzenie z każdym dniem będzie spadało o jedną dziesiątą. Jasne?
- Jak słońce - odpowiedział Mike, po czym wyszedł.

[center]***[/center]

Głośny alarm budzika poinformował Chrisa o rozpoczęciu się nowego dnia. Na myśl o skończeniu się weekendu zrobiło mu się aż ponuro, chociaż powiedział sobie to co zawsze: przeżyję.

Sparky obudził się razem z Mercerem. Pies jednak miał inne podejście; powoli się przeciągnął, po czym zaczął wesoło machać ogonem, gotowy na przygodę.

Widok stworka rozweselił chłopaka, jednak nadal nie pozwolił pozbyć się złego nastroju. Chris bez przekonania zaczął wyciągać z szafy ubrania. Jego wybór padł na czarne dżinsy, koszulkę z wizerunkiem jakiegoś cyborga i napisem "Hasta la'vista, baby" oraz białą bluzę. Gdy spojrzał lustro, stwierdził, że jego włosy wyglądały, jakby je piorun strzelił, jednak skorygował to z pomocą kilku chlapnięć wodą.

Po skończeniu stylizacji ruszył na dół, żeby zrobić śniadanie, a tuż za nim ruszał stworek.
- Jemu to przygotowałaś, a mi to nie łaska... - prychnął nastolatek, widząc jak Growlithe rusza w stronę pełnej miski, podczas gdy on musiał sam przygotować coś zjadliwego. Jego lenistwo pomogło mu w decyzji - płatki z mlekiem.

Gdy skończył posiłek, beznamiętnie ruszył w stronę drzwi. Tuż za nim podążył stworek, jednak został zatrzymany.
- Nie możesz ze mną iść.
Na te słowa pies spuścił ogon i zaskomlał.
- Chociaż... Chodź, przydasz mi się!
Growlithe znów ożył, już szykował się do biegu, ale po raz kolejny został zatrzymany.
- Musisz się schować - mówiąc to, Chris wyciągnął pokeball. Na myśl o przesiadywaniu w tym małym więzieniu Sparky spochmurniał, ale porozumiewczo podszedł do kuli, przez którą został za chwilę wciągnięty.

Niedługo potem nastolatek był już na miejscu. Widniał przed nim spory, znienawidzony przez tutejszą młodzież budynek - szkoła. Tuż po wejściu do środka ujrzał Jade, jak zwykle z nosem w książce.
- Zbrodnie z namiętności... Dziewczyno, weź się do nauki, a nie jakieś dreszczowce dla bezmózgów czytasz.
Nastolatka spojrzała na niego z ukosa, na co on się zaśmiał i przytulił przyjaciółkę.
- Słońce, a może tak ty byś się pouczył? Blake coś wspominał, że macie jakiś sprawdzian z gegry...
Taka prosta, a jednocześnie tak dobra riposta zdenerwowała Chrisa, sam początek dnia zapowiadał się źle.
- Słuchaj, wiesz, jak bardzo, bardzo, naprawdę bardzo mocno cię kocham? - zaczął niepewnie Chris.
- Czego chcesz? - zapytała Jade, nie podnosząc wzroku znad książki.
- Mogłabyś zagadać może do Sam...
Na to zdanie Collins przewróciła oczami.
- Błagam, nie mów, że znów się w niej zabujałeś...
Chłopak się zaśmiał, chociaż poczuł sentyment do jego szczenięcych lat. Czasy, kiedy nie umiał ukrywać swoich zauroczeń, zostawiły po sobie słodki ślad.
- Nie, nie, nie. Chodzi o... Pinky'ego.
Jade spojrzała ciekawym wzrokiem na przyjaciela.
- Po co ci on?
- Chcę rzucić wyzwanie Butchowi.
Butch. Na dźwięk tego imienia dziewczynie przewróciło się w żołądku. Chłopak, który urządzał za szkołą nielegalne walki pokemonów. Oczywiście za pieniądze. Jeszcze nie zdarzyło mu się przegrać. Samo imię "Butch" dawało znać, że to niezłe ziółko.
- Szukasz zemsty... Znowu, zgadłam?
Mercer ponuro wspominał przyszłość. Niecały miesiąc temu próbował pokonać niezwyciężonego, pożyczając pokemony od znajomych. Koniec końców, został zmiażdżony trzy do zera. Sromotna porażka przypominała o sobie w każdej możliwej chwili.
- Dobra, postaram się coś załatwić - powiedziała nastolatka, widząc zamyślonego chłopaka.
- Okej - odpowiedział chłopak, po czym ruszył w stronę wyjścia.
- Może jakieś magiczne słowo? - wykrzyczała dziewczyna przez korytarz.
- Abrakadabra! - odpowiedział Mercer, nim zniknął za rogiem.
- Małpa - mruknęła do siebie, po czym z uśmiechem wróciła do lektury.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Postautor: Bocik » 24 lut 2014, 22:19

Chapter VII: Miłość, miłość... 2/2


- Hyper beam!
Wielki pokemon-dinozaur przygotował się do wypuszczenia fali energii. Gdy już był gotowy do ataku, nagle poczuł ogromny ból głowy, by zaraz paść na ziemię nieprzytomnym.
- Psy strike, znowu... - zamruczał pod nosem mężczyzna, po czym szybko wyciągnął ultraball, jednak nadal zbyt wolno, bo przeciwnik zdążył się teleportować.
- Kurwa.
Kolejna porażka. Rozwścieczony facet udał się w stronę wyjścia.

***


Zadowolony Chris ruszył w stronę sali gimnastycznej. Blake użyczył mu swojego stworka, więc zostało Mercerowi tylko martwienie się o to, czy misja, którą dał Jade, powiedzie się. Co prawda miał od kogo jeszcze pożyczyć pokemona, ale tylko Pinky mógł mu dać przewagę typu.

Ławki na korytarzach szkoły nie były jakoś specjalnie wygodne, ale wystarczyły Chris'owi, by udało mu się zasnąć. Nie było to dobre miejsce postoju, ale nie miał lepszego pomysłu, gdzie mógłby "biwakować" podczas wolnej lekcji.

Obudził go nagły dźwięk dzwonka, oznaczający koniec zajęć. Nastolatek przeciągnął się, ziewając przy tym, po czym rozpoczął oczekiwania na przyjaciółkę.

Powoli zaczęły go mijać kolejne przedstawicielki płci żeńskiej. Nie było czuć niczego, co miało związek ze sportem, wręcz przeciwnie, czuć było taki natłok perfum, że aż smród.
Baby - pomyślał Chris, widząc i czując wychodzące uczennice.
Spotkało go niemałe zaskoczenie, gdy wychodząca z szatni Sam się do niego przelotnie uśmiechnęła. Nie robiła tego od bardzo dawna, więc miał powód do swojego zdziwienia. Ładne kości policzkowe, długie ciemne włosy i doskonała figura tworzyły z niej obiekt westchnień wielu mężczyzn w tej szkole, a jednak była osobą, która rzadko bywała w jakimkolwiek związku.

Chwilę później wyszła także młoda Collins, by zaraz ruszyć w stronę przyjaciela.
- Nie mam dobrych wieści, ale nie mam też złych... - zaczęła Jade.
- Wal.
- Masz sam do niej przyjść i zapytać - dokończyła, ruszając przy tym jednoznacznie brwiami - wiesz... Sam jak palec, samutki...
- Zrozumiałem, dzięki - warknął chłopak i ruszył przed siebie.

Nastolatka, widząc zdeterminowanego Mercera tylko się uśmiechnęła. Po głowie przemknęła jej dziwna myśl.
Miłość, miłość...

***


Samuel z zafascynowaniem mijał każde kolejne drzewo czy głaz. Safari było niezaprzeczalnie pięknym miejscem, chociaż stworzonym sztucznie, jego widoki potrafiły zaprzeć dech w piersiach. Nie tylko krajobraz budził zachwyt, bo odgłosy wszelkiego rodzaju stworzeń przypominały o tym, jak bardzo żywe jest to miejsce. Od zawsze powtarzano, że gdyby nie to Safari, Fuschia City byłoby pewnie małym miasteczkiem, niźli wielką metropolią.
- Samciu!
Oak na dźwięk swojego zdrobnionego imienia obrócił się w stronę rozmówcy.
Stał przed nim dobrze zbudowany, krótko obcięty czerwonowłosy mężczyzna, ubrany w czarną koszulkę i niebieskie jeansy, na których miał przewieszony pas z ballami. Wyglądał na ucieszonego spotkaniem z Samuelem.
- Lance'uś!
Starzy przyjaciele podali sobie nawzajem ręce, po czym zaczęli razem spoglądać na otoczenie. Rozciągało się przed nimi doskonale czyste jezioro, na którego przeciwnym brzegu znajdował się sporej wielkości wodospad.
- Niejedną bestię się tu złapało, co? - zaśmiał się Lance, widząc zamyślonego profesora.
- Dalej masz tego malutkiego Magikarpia? - wyszczerzył się profesor.
- Oj, ten malutki Magikarp robi pogrom wśród startujących w lidze, uwierz.
Obaj spojrzeli na piękne jezioro. Przez błękitną taflę wody można było ujrzeć cienie pływających tam stworków, które co jakiś czas nawet wyskakiwały z na powierzchnię.
- Nazywają się Team Chaos i jedyne, co na razie wiemy, to to, że zbierają shiny pokemony - zmienił nagle temat Lance - chodzą też plotki, że mają legendę.
- Zapdosa - dokończył profesor.
- Tak. Będziesz informowany, Samciu, o każdym nowym odkryciu. Tymczasem na mnie już pora, trzymaj się, próchniaku - pożegnał się lider, nim zniknął za drzewami.

***


Chłopak niepewnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Stołówka szkolna miejscem zawsze tłocznym; nawet jeśli uczniowie nie przychodzili jeść, to miejsce zostało tradycyjnym miejscem spotkań.
W końcu dostrzegł ją, rozmawiającą z grupą przyjaciółek. Sam nie wyglądała na jakoś specjalnie zainteresowaną rozmową, w przeciwieństwie do reszty członków grupy.Dopiero teraz dostrzegł, jaka jest ładna; grzywka zasłaniająca jedno oko, dołeczki na policzkach i duże, niebieskie oczy robiły z niej prawdziwą piękność.
Niepewnym krokiem podszedł do grupki i zaczepił Samantha'ę.
- Możesz na chwilkę? - zapytał Chris. Ona tylko się uśmiechnęła i ruszyła krok za nim.
Po krótkiej chwili znaleźli wolny kącik, a Mercer postanowił zacząć rozmowę.
- Hej... Ja mam taką delikatną sprawę... Nie, nie sprawę, bardziej prośbę...
- Chcesz pożyczyć Pinky'ego - dokończyła za niego, cały czas się uśmiechając.
- Tak... Czy mogłabyś?
- No nie wiem, to zależy... - mówiła, mając wzrok wlepiony w podłogę i bawiąc się włosami.
- Od czego? - zdziwił się Mercer.
- Co będę z tego miała?
To pytanie go zamurowało. Nie sądził, że będzie żądała czegoś w zamian, nie przygotował się na taką sposobność. Nie miał nawet pomysłu, co mógłby zaoferować.
Sam zaśmiała się, widząc zdziwionego Chrisa i puknęła się kilka razy w policzek, nagle go olśniewając. Delikatnie się nachylił i ją pocałował, rumieniąc się przy tym.
- Ślicznie - uśmiechnęła się i zaczęła grzebać w torbie, po chwili wyciągając niebieskiego balla, po czym podała jemu.
- Ślicznie dziękuję - odpowiedział. Nagle zdał sobie sprawę, jaki jest czerwony na twarzy i się zawstydził. Ponownie.
Już miał odejść, kiedy zatrzymała go Sam. Przysunęła się powoli do niego i szepnęła do ucha:
- Rozwal go.
- Oto się nie bój - odpowiedział pewnie, po czym pożegnał się i odszedł.

Gdy wyszedł ze stołówki, usłyszał za sobą gwizd, który doskonale znał.
- Jebie romansem - powiedział ucieszony Blake, wychodząc właśnie zza rogu.
- Podsłuchiwałeś.
- Tylko podglądywałem - zaprzeczył, szczerząc się przy tym - Chris Marks, jak to pięknie brzmi. Możemy teraz chodzić na podwójne randki!
- Zawsze o tym marzyłem - odpowiedział ironicznie Mercer, przyspieszając kroku.
- Wstrzymaj konie, kowboju! - na to zdanie Chris się zatrzymał, po chwili zaczynając się śmiać. "Kowboju". To słowo zawsze go bawiło.
- Co?
- Poważnie. Coś z tego będzie? - Blake zmienił nagle ton głosu na bardziej poważny, co zdarzało się dosyć rzadko.
- Nie wiem... Zapowiada się - stwierdził Chris, uśmiechając się.
- Będą z tego dzieci. Takie dzieci to ja bym chciał...
- Powiem to Danielle - zażartował Mercer, chociaż przez głowę przeszła mu taka myśl na poważnie. Byłby z tego dobry kawał, który Blake'owi zdecydowanie się należał.Rozmowę chłopców przerwał dzwonek.
- Tylko znowu nie przejeb! - krzyknął brązowowłosy, odchodząc. Zamiast przgnębić Chrisa, jeszcze bardziej tym go zdeterminował.
Jedna lekcja dzieli mnie od walki pomyślał, z jednej strony bojąc się porażki, a z drugiej nie mogąc się doczekać.

***


Mężczyzna czekał, z nudów bawiąc się cygarem. W końcu usłyszał za sobą głos, który tak dobrze znał.

Obrócił się. Ukazała się przed nim wysoka kobieta o błękitnych włosach sięgających do pasa, niebieskich oczach, ubrana w niebieską suknię do kolan. Cała wydawała się być w jednolitym kolorze.

Gdy tylko ją zobaczył, natychmiast podszedł. Długi, namiętny pocałunek w usta oboje uznali za przywitanie, po czym usiedli, żeby jakoś nadrobić czas odosobnienia.
Ostatnio zmieniony 03 kwie 2015, 15:26 przez Bocik, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

Re: [PKMN] World of Legends

Postautor: Bocik » 03 kwie 2015, 14:17

No, trochę to trwało, ale w końcu jest. Ósemeczka!

Chapter VIII: Poświęcenie

Lekcje dłużyły mu się niemiłosiernie. Nauczyciele nie ukrywali niezadowolenia, widząc go całkowicie oddanego myślom, ale jakoś to ignorowali. W sumie byli przyzwyczajeni.

W końcu zadzwonił dzwonek sygnalizujący koniec ostatniej lekcji. Już spakowany Chris wybiegł z klasy i udał się za budynek szkoły.

- Buuutch! - zawołał już kierującego się ku domu młodego trenera, który na dźwięk swojego imienia obrócił się. Gdy zobaczył Chrisa z pokeballami w ręce, uśmiechnął się, wiedząc, co się szykuje.

- Mercer! Ile chcesz stracić?
Pieniądze. Chris całkowicie zapomniał, że bez stawki Butch nie zgodzi się na walkę. Chrisowi zależało tylko na podbudowaniu poczucia własnej wartości.

- Pięćset.

Chłopak z nadwagą zagwizdał. Takiej stawki nikt jeszcze nie zaproponował, ale jednocześnie nikt z nim walki jeszcze nie wygrał, nawet Mercer. Pewności siebie obu trenerom nie brakowało.
- Stoi. Zastanów się ostatni raz, chcesz znów dostać łomot?
- Pokaż na co cię stać! - wykrzyknął Chris, zanim dwa pokeballe poszybowały w górę.Chłopak doskonale pamiętał ostatnią taktykę przeciwnika i nastawił się na unikanie jej działania. Dwa pokemony Butch wykorzystywał do zmęczenia przeciwnika, aby później użyć swojej najlepszej broni.


- Ładny - komentarz rzucony od niechcenia przez otyłego chłopaka wzbudził w Mercerze lekkie uczucie zdenerwowania.
Uspokoił go jednak widok wcześniej znanej twarzyczki - przed Sparkym sporej wielkości pokemon-insekt, z którym miał już wcześniej do czynienia.

- Ruch numer 6.
Scyther zaczął obiegać z ogromną szybkością małego ognistego psa. Chris zaklął pod nosem - nowa sztuczka. Butch wymyślił różne zagrania, nadając im nazwy, nie pozwalając oponentowi poznać jego zamiarów.
- Ember!
Sparky wypuścił z paszczy kilka ognistych strumieni, jednak insekt bez problemu ich uniknął i kontynuował swoją zabawę.
- Ruch numer 3 - rozległ się głos otyłego trenera. Chris coraz bardziej się denerwował, kompletnie nie wiedział, co robi przeciwnik.

Ogarnęło go zdziwienie, gdy zobaczył, że Scyther nadal powtarza to samo.
- Ember!
Pies znów wypuścił kłębek ognia, i znów bez efektu. Insekt wykorzystał tą sytuację i natychmiast wykonał kontrę, rzucając się na Growlithe'a. Popchnięty z lekkim łoskotem uderzył o drzewo.
"Czyli to samo, tylko z kontrą. Rozumiem" - pomyślał Chris, już wymyślając następne zagranie.
- Sparky... Quick attack!
Scyther znów uniknął ciosu, tym bardziej o wiele szybszego, ale chłopak był na to gotowy.
- Smokescreen!
Kiedy insekt znów kontrował cios, pies wypuścił z nozdrzy sporą chmurę dymu. Kolejne uderzenie o te samo drzewo nie odebrało mu pewności siebie, bo zobaczył oślepionego przeciwnika i szybko pognał w jego stronę.
- Ruch numer 5 - mruknął z niechęcią Butch, nie zdradzając jakichkolwiek emocji.
Chris się uśmiechnął. Scyther wystawił swoje ręce-ostrza w górę i stanął w bezruchu. Czyli się poddaje!
- Tackle!
Sparky wyskoczył w górę. Lekkość pozwoliła mu się wzbić prawie trzy metry w powietrze, a kiedy zaczął spadać, całym ciężarem ciała kierował się w stronę oponenta.
- Dziesięć - mruknął ledwo słyszalnie Butch, a Mercerowi prawie stanęło serce. Jak mógł myśleć, że się poddaje? Przecież o taką stawkę liczy się każdy pokemon, nawet dla kogoś takiego jak ten osobnik.

Chłopak krzyknął, kiedy Scyther w mgnieniu oka szarpnął ostrzami i wyciął w powietrzu wielkie "X".
Chris wybałuszył oczy. Chociaż on stracił czujność, Sparky przygotował się na taką sposobność. Jedyna rana, jaką odniósł, było rozcięcie na łapie, a insekt padł na ziemię, tonąc w płomieniach. Butch szybko schował go do balla, ale pozostawał niewzruszony.

- Dalej - rzucił w górę pokeball, a Chris szybko odwołał Growlithe'a i wysłał następnego pokemona.Naprzeciwka siebie stanęli Graveler, ziemno-kamienny, nienaturalnie silny i jednocześnie wytrzymały pokemon oraz mała małpka, najwyraźniej nie za bardzo orientująca się w sytuacji, bo niepewnie drapała się po głowie. Chris liczył, że przewaga typu mu wystarczy.
- Dwa.Mercer spanikował. Dopiero doszło do niego, że nie wie, jakie ataki zna Mankey. Na szczęście toczył już bitwę z Blake'm, więc mógł polegać na dwóch ciosach.
Bum. Blake Junior zatoczył się kilka metrów w tył, kiedy to Graveler uderzył go zwinięty w kulkę, turlając się. Niepewność małpy zmieniła się teraz w wściekłość - warczała i łypała oczami na przeciwnika.
- Trzy.
Pokemon głaz zaczął biec do przeciwnika, który, przerażony, uciekał w przeciwną stronę.
- Low Kick! - w desperacji wykrzyknął polecenie Chris, ale pokemon nie posłuchał, tylko nadal uciekał. Był o wiele szybszy, więc ucieczka nie była najgorszym pomysłem.
- LOW KICK! - ryknął Mercer po kilkudziesięciu sekundach gonitwy, nie kryjąc wściekłości. Blake Junior chyba wcześniej nie słyszał rozkazu, bo teraz zatrzymał się zaskoczony i spoglądał na Chrisa.

- Jeden.

Graveler wykorzystał moment nieuwagi małpy. Wyłamał kawałek swojej "skóry", który zaraz poleciał w kierunku przeciwnika, a na jego miejscu zaraz pojawił się nowy. Kamień ze świstem uderzył w plecy Mankeya, który padł na twarz z bólu.
- Siedem.
Chris zamarł. Lekko dygotając, małpa nadal leżała na ziemi, a zaraz całym osiemsetkilowym cielskiem rzucił się na niego przeciwnik. Ukradkiem oka dojrzał, jak Blake Junior się obraca, ale za chwilę został przykryty, a oba pokemony okryła chmura pyłu.

Te kilka sekund dłużyło się Mercerowi niemiłosiernie. Kiedy już piasek opadł, zdumienie chłopaka nie miało granic. Graveler leżał nieprzytomny, nawet się nie ruszając, a wszystkie kamienie przykrywające jego ciało były popękane. Tuż obok na plecach leżała małpa, z pięścią uniesioną ku górze, całkowicie zmiażdżoną i nieregularnym oddechem, ale z tryumfalnym wyrazem twarzy.

"Boże, co ja robię... Ale muszę to skończyć" - przełknął ślinę chłopak. Tyle krzywdy, przez jego głupotę... Nie bał się reakcji Blake'a, ale sumienie nie da mu żyć.
Butch nadal utrzymywał swoją minę pokerzysty. Bez słowa wyrzucił w górę Ultraballa, wypuszczając pokemona.
- O kurwa... - przeklął Chris, a Butch w końcu lekko się uśmiechnął.
Miał być Gyarados. Nie, nie, nie! Gyarados sam w sobie był potężnym przeciwnikiem, nie mającym sobie równych postrachem mórz. Siedmiometrowy wąż morski wydawał się teraz mniejszym zagrożeniem niż mały, przypominający różową galaretkę pokemon, z dziecinnym uśmiechem na... sobie?
Chris ze złością wyrzucił w powietrze ball, a ze środka wyleciał czerwony promień, który zaraz zmienił się w pokemona - zielonego stworka z na wpół-rozwiniętym kwiatem na plecach. Ivysaur dostał swoje wyjątkowe imię właśnie przez to - liście były aż rażąco różowe.

- Jeden - wydał polecenie Butch, a pokemon galareta zmienił się w idealne odzwierciedlenie swojego oponenta.
- Razor Leaf - Wydał polecenie Mercer, starając się udać spokój, chociaż serce mu łomotało.- Trzy.
Klon bez problemu uniknął szybujących w jego stronę liści i wyskoczył ponad przeciwnika, by zaraz... Wylądować tuż za nim.

Chris nie miał kompletnie pojęcia, co to była za sztuczka, póki nie zobaczył, że Pinky... usypiał. Proszek! Usypiający Proszek!
- Wracaj - mruknął chłopak i wciągnął już kompletnie oderwanego od świata Ivysaura do balla, po czym wyrzucił następnego.
- Ember! - krzyknął Chris, licząc, że uda mu się szybko podpalić trawiastą formę Ditto, ale się mylił. Wielki jęzor ognia uderzył prosto w oponenta, ale nie zrobił mu praktycznie nic. Dwa Growlithe'y stały teraz naprzeciwko siebie, warcząc.
- Cztery.
Klon zaczął szybko biec w kierunku prawdziwego pokemona psa. Chris poznał ten ruch i postanowił zastosować tą samą taktykę.
- Quick Attack!
Błąd. Dotarło to do Mercera za późno. Ditto odwzorował przeciwnika cal w cal, z jednym małym wyjątkiem. Jeden miał całkowicie zdrową łapę.

- Nie... - szepnął do siebie chłopak, kiedy Sparky zatoczył się kilka razy i wylądował pod jego nogami. Mercer z ostatkami nadziei wyciągnął znów Greatball, gotowy do rzutu. W ostatniej chwili jednak zrezygnował, kiedy dotarła do niego własna głupota. Ditto pozostanie teraz w swojej formie, mając przewagę typu, co nie dawało Chrisowi nawet najmniejszych szans. Ogień pokona Naturę.

- Wygrałeś.
Butch powoli się przeciągał, ziewając jednocześnie, kiedy to Chris z zażenowaniem wyciągnął plik pieniędzy, który podarował przeciwnikowi.
- Pięknie - przyjął bez oporu pieniądze tłusty chłopak i spojrzał z niesmakiem na Mercera - lepiej zajmij się czymś innym. Do tego fachu trzeba sprytu, a nie szczęścia.
Te słowa podziałały na Chrisa jak kubeł zimnej wody. Nadal mając spuszczoną głowę, szepnął:
- Ale dobrze mi szło...
- Dobrze? - Butch zaśmiał się na cały głos - dając mojemu Ditto przewagę typu, pokazałeś jak bardzo nadajesz się na trenera. Zdradzić ci tajemnicę?
Mercer spojrzał mu w oczy, pokazując, że chętnie posłucha.
- Ditto walczył sam. Pełna improwizacja. On nawet nie rozumie komend, jest równie głupi jak ty - tak prosta docinka ogromnie zabolała Chrisa, ale nie okazywał tego - mogłeś się domyślić. Myślisz, że uczyłbym go każdego ataku każdego pokemona? Nie wiedziałem przecież, że weźmiesz Ivysaura.
Mercera olśniło. Rzeczywiście, mógł wziąć to pod uwagę. Przegrał walkę z pokemonem, który walczył sam, bez pomocy trenera...
Chris już nie miał nic do powiedzenia. Odwrócił się i ruszył w stronę domu.

- Ale twoje pokemony były świetne. Gdybyś chciał je sprzedać czy coś, wiesz gdzie mnie znaleźć.
***

- Tutaj, mały - szepnął do metalowego ptaka Mike. Mając nauczkę z wcześniejszych, bardzo bolesnych lotów na Skarmorym, zakupił siodło, które troszeczkę zmodyfikował, by pasowało na jego pokemona. Efekt końcowy uznawał za świetny, był teraz nawet w stanie spać, lecąc.
Kilkugodzinna podróż w końcu się zakończyła. Mike musiał porządnie rozprostować kości, kiedy już wylądowali, bo tak czy siak, siodło nie dawało wiele komfortu.
Fuji postanowił, że tym razem nie da się opanować pośpiechowi. Spokojnie rozłożył się pod drzewem, odpalił papierosa i oddał się myślom.

Kiedy już zaspokoił głód nikotynowy, postanowił wyruszyć na poszukiwania. Żeby nie zwracać na siebie uwagi, był zmuszony iść pieszo, choć po nieprzyjemnym locie nawet mu to nie przeszkadzało. Musiał tylko dorwać tego smarkacza, któremu tak bardzo dał się oszukać... Dwóm. Pragnienie zemsty wzięło górę, miał zamiar rozszarpać obydwu.
***


- Chris! - wykrzyknęła Jade, widząc siedzącego w klinice przyjaciela. Widok jego spuszczonej głowy jej wystarczył, by wiedziała, że coś jest nie tak.
- Eee? - zdezorientowany chłopak podniósł głowę, ze zdziwieniem patrząc na biegnącą przyjaciółkę - co ty tu robisz?
- Byłam w kawiarni...
- Z Blakem? - zapytał, a w jego głosie było czuć nutkę... Strachu?
- Nie, z Sam...
- Z Sam... - spuścił głowę ponownie, zażenowany, i zaczął grzebać w torbie. Niebieski greatball natychmiast podał Jade, jakby chciał się go pozbyć.
- Mogłabyś jej to przekazać?
- A czemu nie ty? - odezwał się nagle głos z drzwi. Samantha opierała się o próg, lekko się uśmiechając, zadowolona ze swojego wyczucia czasu.
Chris posłusznie podszedł do niej i wymamrotał jakieś podziękowanie, choć takim tonem, że dziewczyna aż podniosła brwi.
- Nie ma za co... - troszeczkę zakłopotana, wyszła z kliniki i wróciła do kawiarni.
Grobowa cisza tylko podbudowywała napiętą atmosferę. Nastolatka nie musiała się długo zastanawiać dlaczego, bo zobaczyła przez szybę dwa leżące pokemony.
- Ałć. Wisisz mi dychę. - z westchnieniem powiedziała dziewczyna, na co Chris odpowiedział pytającym wzrokiem.
- Założyłam się z Blakem, że wygrasz.
Mercer przez chwilę się patrzył na przyjaciółkę, po czym lekko się uśmiechnął.
- I za to cię kocham.
Wiedział że tak będzie. Znał ją na wylot z każdej strony, nieważne czy wierzyła w niego czy nie, zawsze dodawała mu otuchy, nawet takimi głupotami. Od zawsze, kiedy tylko mogła, pokazywała mu, że cały czas wierzy w jego sukcesy, nawet jeśli to była iluzja, pomagało. Bardzo pomagało.
"Ty chciałbyś bronić się przed ostrzem, poddaj się, będzie prościej..."
Chłopak wyciągnął telefon i przełknął ślinę, kiedy zobaczył znajomą twarz na ekranie komórki. Wziął głęboki oddech i przystawił telefon do ucha.
- Ta? No jestem w centrum... Co?! - Chris wybałuszył oczy i wyjrzał przez okno - no widzę cię. No, też tu jest. Na fazie.
Mercer włożył telefon do kieszeni i z przerażeniem popatrzył na Jade.
- Idzie tu...
- Witam wszystkich! - wykrzyknął właśnie przybyły Blake, z uniesionymi ku górze rękoma - Co się dzieje? - zapytał z większą powagą, kiedy zobaczył skwaszone miny przyjaciół.
- Przepraszam... - wymamrotał cicho Chris i odsunął się od szyby dzielącej ich z salą.
Brązowowłosy nastolatek powoli podszedł do okienka i spojrzał na małego, nieprzytomnego pokemona przypominającego małpę. Gruby gips na łapie rzucał się w oczy jako pierwszy.
- Co mu jest? - z lekkim drżeniem w głosie zapytał Blake, ale odpowiedzią była tylko głucha cisza.
- Co... Mu... Jest? - tym razem zdanie wypowiedział z naciskiem, patrząc Chrisowi bezpośrednio w oczy.
- My... Walczyliśmy... I... Graveler...
- Co?! - niemal wykrzyknął, słysząc marne tłumaczenia przyjaciela - walczył z Gravelerem?! Popierdoliło cię do końca?!
- Blake...
- Nie wtrącaj się - warknął do Jade i wskazał palcem na drzwi wyjściowe. Ze zniżoną głową wyszła do kawiarni, zostawiając ich samych.
- Czy... Czy on chociaż mu coś zrobił?
Chris, tym razem nawet nie skrywając poniżenia i gotów na chłostę, odpowiedział drżącym głosem.
- W sumie, to wygrał...
Kiedy Blake to usłyszał, jego oczy nagle rozbłysły, a mina mordercy zniknęła momentalnie z jego twarzy.
- Co?
- No... Wygrał, pokonał Gravelera.Nastała chwila ciszy, po czym wybuchł nagły wrzask euforii.
- Wygrałeś! Wygrałeś z taką bestią! Tatuś jest z ciebie dumny! Słyszysz?! Dumny!
Mercer nie mógł się powstrzymać od leciutkiego uśmiechu, kiedy spoglądał na dwie pielęgniarki próbujące uspokoić oszalałego nastolatka, drącego się w niebogłosy do szyby. Po jej drugiej stronie, przebudzony ze snu mały pokemon-małpa podniósł zdrową kończynę ku górze, zaciskając pięść i uśmiechając się od ucha do ucha.

die_Kreatur
amator
Posty: 7
Rejestracja: 08 mar 2016, 11:00

Re: [PKMN] World of Legends

Postautor: die_Kreatur » 09 mar 2016, 00:38

Cześć, trochę głupio mi komciać tak stary tekst, którego - gdy piszę te słowa - jeszcze nie przeczytałam, NOALE zawsze zaglądając na fora literackie w pierwszej kolejności patrzę, czy jest jakiś tekst do Pokemonów, i zawsze przeżywam rozczarowanie, że nie ma. No a tu jest! Tak się ucieszyłam, że zostawienie komcia poczytuję sobie za punkt honoru, o czymkolwiek i jakiekolwiek to opko by nie było.

e/ po co komentować tak stare opko? może ktoś tak jak ja szuka tekstów do ulubionego fandomu i lubi patrzeć w komentarze; może komuś się przydadzą moje uwagi do napisania lepszego opka; może autor jest komciożerny. Generalnie widzę sens./

KOMĆ CZĘŚĆ PIERWSZA, będzie wincyj komcia np. jutro

~~~~czytam~~~~
Rozdział I - impresje, wrażenia, spostrzeżenia
Apostrofy. http://sjp.pwn.pl/zasady/Odmiana-nazwis ... 29617.html - i analogicznie do nazwisk wszystkie nazwy obce, pokeballe, pokemą
Nie do końca trafia w mój gust pisanie nazw poków od wielkiej litery. Afaik w oryginale językowym nazwy pokemonów nie mają liczby mnogiej (#nieznamsięwięcsięwypowiem, tłumaczenia, zwłaszcza polskie anime, nie trzymają konsekwencji), ale logiczniejsze - jako uzus językowy - wydaje mi się "snorlaxy" (mhm, w prawidłowej polskiej odmianie "snorlaksy"...) jako "koty", a "Snorlax" as in "mój kot nazywa się Kot".
Należy ci się order z ziemniaka za zaczynanie opka od porannych czynności, schodzenia na dół na śniadanie, "bawiła go ironiczna rozmowa", cudzysłowy określające zdystansowanie postaci, opis wyglądu na chama w pierwszych zdaniach, onelinerowa kłótnia z denerwującym młodszym rodzeństwem, szczęściem nie było bluzki na naramkach i opisu pogody. Awww, nie ma to jak zachęcić czytelników.
Szesnatoletni mieszkaniec Viridian City nie wyróżniał się jakoś specjalnie od reszty swoich rówieśników: wysoki, szczupły młodzieniec o niebieskich oczach i dosyć ciemnej karnacji. Bardziej przypominał małego mężczyznę niż dużego chłopca, chociaż każdy, kto go znał, mówił mu, że ma "mózg przedszkolaka"

Krótka lekcja pisania ze zrozumieniem. Wysoki - tę cechę stwierdza się na tle wzrostu innych ludzi. Szesnastoletni mieszkaniec vs rówieśnicy - nie wprowadzasz zmiennej płciowej, więc występujący w dalej w charakterystyce "młodzieniec" zaburza rytm, może nawet kładzie szansę na scharakteryzowanie circa about wyglądu populacji. "Mały mężczyzna" - "mały" to jednak kategoria wzrostu, "młody" i takoż "chłopiec" odnoszą się do korelacji wiek/aparycja.
+ "o niebieskich oczach i dosyć ciemnej karnacji" - nie chcę stać tam, gdzie stoi tumblr, ale w Pokemonach regiony&populacja są zróżnicowane etnicznie, kulturowo itp. (inaczej niż nasz świat, but still) W Kanto nie ma Pasztunów, są _coś_jakby_ Japończycy.
- A wiesz co robią ukochani synowie? Chodzą do Pallet Town dla swoich mam - odgryzła się.

Powaliła mnie głębia uczuć wyrażonych w tym dialogu, jak również zaprezentowany brak wyobraźni. Chociaż w sumie to bardziej nieobecność w opku świata przedstawionego. No bo tak: wysyłanie dzieciaka na pieszą (?) wędrówkę przez pola i lasy (?) zamieszkane przez niebezpieczne pokemony (?) jakby wysyłało się go po zakupy do warzywniaka. W anime, w grach i w mandze brano takie wędrówki bardzo na serio.
Jednak Viridian miało coś, co przyciągało turystów: ostatnią w regionie Kanto, więc jednocześnie najtrudniejszą do przejścia, salę pokemon.

Nie podoba mi się takie przedstawienie tematu ligi, tzn przenoszenie schematu (to nie jest kanon!) uwarunkowanego mechaniką gier na literaturę. Nie ma obowiązku przechodzenia gymów w kolejności, nie jest powiedziane, że ostatnia MUSI być najtrudniejsza. Boli mnie to też w mózg od strony materialnej, w sensie: jak sobie wyobrażasz konkurs na lidera, jeżeli jest aksjomatycznie sala w Viridian jest ósma (siedem badży or you shall not pass) i tamtejszy lider mocarniejszy od siedmiu poprzednich.
Chłopak pewnym krokiem zaczął iść w stronę Pallet Town. Większość ludzi, którzy jeszcze nie posiadali własnego pokemona, bali się przechodzić przez dzikie tereny, jednak Chris umiał dosyć szybko biegać, więc w razie ataku wiedział, co zrobić.

To jest brak wyobraźni i/lub imperatyw narracyjny. Można uciec przed rozdrażnionym psem, Pokemony umieją udusić bluszczem, zaaplikować truciznę z odległości, sparaliżować, sieknąć elektrycznością czy i inszym dragon pulse.
W końcu dotarł do miasteczka, jeśli można było to tak nazwać. Była to najmniejsza miejscowość w Kanto, liczyła zaledwie kilka domów, plus laboratorium Oaka, do którego właśnie wszedł nastolatek.

W tym miejscu pragnę powiedzieć, że nie mam problemu z tym, że mój headcanon (#KantoWars i podnoszenie się zacofanego kraju z gruzów) nie jest twoim headcanonem, ALE mam problem z tym, że Chris jest ma zajebiste rozeznanie w geografii. Kanto to nie jest województwo świętokrzyskie, tylko region całkiem sobie rozmiarów z kulejącą komunikacją (kanonicznie i widzę, że również w opku) między ośrodkami miejskimi/wiejskimi.

Profesor Oak jest niekanoniczny jak nieszczęście i dialog między nim to jedno wielkie #cojaczytam, żebyś chociaż jakoś wcześniej pomyślała o kreowaniu postaci no.
- Na początku podejrzewałem, że to starter z Kanto, prawdopodobnie Charmander, ponieważ wyjąłeś go ze środkowej półki starterów, a stanowi on swoiste środkowe ogniwo w pokedexie w porównaniu do innych, jako numer 4 w porównaniu do numerów 1 i 7 - z satysfakcją patrzył na zdziwienie Samuela, po czym kontynuował - postanowiłem odrzucić tą możliwość, ze względu na to, że rozdawanie starterów odbędzie się dopiero za około 7 miesięcy, więc startery muszą jeszcz być pod opieką hodowcy. W takim razie mogę tylko czekać na co najmniej jakąś podpowiedź.
Profesor przez dłuższą chwilę przyglądał się chłopakowi.
- Jesteś jeszcze bystrzejszy niż myślałem - stwierdził Samuel, co wywołało u nastolatka uczucie dumy. W końcu był to światowej sławy profesor.

Antypatyczny Marian Słoj, którym zachwycają się wszystkie postacie z wyjątkiem Tych Złych. Checked.

Scena z shiny charmanderem to klasyczne "muszę opisać, żeby pchnąć mój fantastyczny scenariusz do przodu", wyszedł bizzarro world, w którym gość, który przeżył 16 lat w świecie, gdzie pokemony są widokiem normalnym jak u nas gołębie na parapecie, widząc charmandera w innych kolorach zastanawia się "Panie Boże, co to jest, nieboskie stworzenie dla mych ócz, Panie Boże...?!", a nie "ej, dlaczego ma inne kolory, dafak".
"Hahaha, Miki. Nie ma to jak groźne imię dla stwora, który niedługo może zostać siejącym postrach władcą ognia" - pomyślał chłopak.

"hahaha" to kolejny element badfic bingo. Checked.
- Tak. Jest to jedyny w historii sztucznie wykluty shiny pokemon. Właśnie odkryłem, że takie stworki są o wiele potężniejsze od swoich normalnych odpowiedników. Nikt o tym nie wiedział, ponieważ, hipotetycznie, trener który takiego wyjątkowego osobnika złapał, myślał że jego potęga bierze się... z wieku. A tak naprawdę taki mógł dopiero wyjść na świat, rozumiesz? Analogicznie jest to więc najpotężniejszy z istniejących przedstawicieli tego gatunku - zakończył profesor z wyraźnym zadowoleniem.
To wszystko miało sens. Tylko było coś jeszcze...
- Ale po co mnie pan wezwał? I oprócz tego, dlaczego akurat mnie?
- Proszę cię, Samuel, nie pan. Już tłumaczę. Otóż udało mi się dzisiaj zaobserwować także innego osobnika z tym darem... ale niestety mi uciekł. Był to zdecydowanie Rattata. Rozumiesz? Badania nad nim mogłyby uwierzytelnić moje teorie. - widać było, że chwalenie się osiągnięciem było dla Oaka czymś wspaniałym - odpowiadając na twoje drugie pytanie, wybrałem ciebie, ponieważ jesteś jedyną dostępną osobą z okolicy, która nie boi się dziczy, a taki wyjątek czekał nie będzie. To jak. Wchodzisz w to, chłopcze? - Samuel znał doskonale jego odpowiedź.

Przepraszam, to jest tak drewniane i sztucznie napisane (samymi dialogami z drewna, po prostu masakra), że bardziej ekscytujące jest, jak Otchłań przedstawia 897589347583 raz ten sam nieprawdziwy dowód (zdaniem Otchłani dowód 897589347582 +1) na rtęć w szczepionkach. Oni przynajmniej przedstawiają to z emocjami, zacięciem i przejęciem, że dokonują przełomu w dziejach nauki, świata i kapitalizmu - znaczy entuzjazm do swoich "odkryć" mają.

Rozdział II - impresje, wrażenia, spostrzeżenia

- Gotowy? - Usłyszał za sobą wesoły głos profesora.
- Nigdy nie byłem na nic bardziej gotowy - odpowiedział chłopak z entuzjazmem w głosie - Tylko muszę zabrać kilka rzeczy...
- Nie ma czasu, łap - Profesor rzucił mu plecak - Wszystko, co potrzebne.


Entuzjazm to też sposób mówienia, myślenia, reagowania, reakcje fizjologiczne.

Dowiedział się jak żyją tajemnicze stworzenia zwane pokemonami.

Przyznam, że zwyczajnie nie rozumiem celu ani przyczyny, dlaczego zdecydowałaś się na uczynienie z pokemonów „tajemniczych stworzeń”. Noale ok, twoja wola, ja zaś będę załamywać ręce dopiero, jeżeli trzy rozdziały później opko dalej nie będzie się kleić.

Pisanie ataków po angielsku i wielką literą jest, khem, słabe i takie zupełnie nieliterackie. Obczaj, jak wybrnęli z tego tłumacze anime w pierwszej serii: polecenia są wydawane opisowo, jeżeli jest ryzyko, że komenda nie będzie zrozumiała.

Profesor wydawał polecenia Mikiemu, by ten spróbował zestrzelić krążącego w powietrzu metalowego ptaka, niestety jego ogniste pociski były zbyt powolne.

Zdanie-koszmarek, zasypiam przy tak opisanej… streszczonej… zreferowanej walce.

Nie rozumiem, dlaczego nagle „nastolatek doznaje przeszywającego bólu torsu”. (Btw lepiej byłoby medycznie lub precyzyjnie potocznie określić, co Chrisowi się dzieje like „złapała go kolka”, bo „przeszywający ból torsu” to przemieszane słownictwo estetyki dramatycznego angstu ze słownictwem estetyki soft porno.)

Z czasem zaczął się dusić. Musiał szybko coś wymyślić, dalszy pościg nie miał sensu. Sięgnął po leżący pod drzewem kamień, wziął zamach i rzucił.
- Kurwa - powiedział chłopak sam do siebie. Po co ryzykował? Mógł wymyślić coś lepszego.

Przekleństwa w tekście mnie absolutnie nie bolą, ale trzeba je umiejętnie wplatać, c’nie. Inaczej będzie to tanie, będzie to epatowanie wulgarnością. Przekleństwa szczególnie nie sprawdzają się jako droga na skróty/heureza budowania bohatera „żywego, z ludu, takiego jak ty”.
Jakiś opis #czycoś byłby srsly więcej warty niż papierowa „kurwa”.

Drama z imienia Miki jest tak prze-prze-przedurna, że ręce opadają. Naprawdę myślisz, że w realnym życiu by to tak wszystkich obeszło? Obawiam się, że imię (nie takie złe zresztą) jednak #nikogo oprócz idiotów od catcallingu.

W końcu musiał się trochę namęczyć żeby przemycić tu pokemona z Hoenn.

Co jak dlaczego. Politykaaaa, prawo międzynarodowe, hm?

Mocno rakowe jest połączenie „staruszek” i „mów mi Samuel”. Jestem w stanie jakoś przełknąć skracanie dystansu (jakkolwiek to niekanoniczne), ale podajesz to w sposób trudny do przełknięcia, bo sprzeczny z obyczajami obowiązującymi w Polsce + zero opisów, zero kreowania postaci, wyjaśnień.

Scena walki jest nudna jak flaki z olejem – National Geografic fajniej się ogląda niż czyta sprawozdanie z programu - i zawiera dużo powtórzeń słów „pobratymcy”, „stworek” przez wszystkie przypadki. Nie ogarniam, dlaczego wpierasz, że u nich pokemony to jakieś Archiwum X.

- Pora na bohatera! - Krzyknął chłopak, po czym sam zaśmiał się z idiotyzmu tego zdania. (…)
- Ostatni mój! - Krzyknął chłopak, biegnąc do ostatniego szczura.

Źle zapisany dialog, „krzyknął” powinno być od małej. http://www.ekorekta24.pl/proza/130-interpunkcja-w-dialogach-czyli-jak-poprawnie-zapisywac-dialogi
Sam dialog jest groteskowy.

Pokemon tylko mu się przyglądał. Chłopak poturlał ultra ball'a w kierunku stworka, a gdy kula go dotknęła, otworzyła się. Rattata zmienił się w czerwony promień, który "wszedł" do balla. Ten kilka razy kiwnął się na boki, po czym zgasł.

Tak nie pisać. Ci, co znają Pokemon (czyli przypuszczalnie większość twoim czytelników) zostaną zmiażdżeni zaistniałą tu łopatologią, ci co nie znają, poczują secondo hand embarrassement, że tłumaczysz średnio racjonalną mechanikę gry (well, anime, ale anime jest reprezentacją wizualną gry i już przełożeniem tego na formę przyswajalną w ramach medium) jak upośledzonym.

Twój zły jest papierową dekoracją czy jakimś literackim jumpscare’em, nie postacią. Najpierw wczuwamy się w postacie i ich psychikę, potem piszemy. Aplikuje się to do wszystkich postaci.

Chapter III: Kompan
Marzył na co je wyda, kierując się w stronę domu.

Wyda je w drodze do domu, w sensie że? Bo jeżeli nie, to zdanie powinno wyglądać tak: „kierując się w stronę domu, marzył, na co je wyda”.

Jade Collins, średniego wzrostu szczupła, szesnastoletnia brunetka o zielonych oczach i jasnej karnacji, zazwyczaj ubrana (jak ona to nazywała) "na tęczowo". Oznaczało to zazwyczaj, że każda część jej garderoby różniła się od innej kolorem, chciała tak podkreślić swoje usposobienie wiecznie wesołej dziewczynki - to Chris kochał w niej najbardziej, a znał ją praktycznie od samej podstawówki. Ich dziecinne charaktery natychmiast się dobrały, a tylko kwestią czasu było to, że zostali najlepszymi przyjaciółmi. Tak zaczęła się historia dwójki, która zawsze stała na pierwszym miejscu w kwestii robienia głupot.

Sama sobie odpowiedz na pytanie, czy to jest dobry opis i dobre wprowadzenie postaci.

- Co to, zebranie kółka różańcowego? - Zapytał dziewczynę.

Fuck yeah chrześcijaństwo w każdym uniwersum.

- Wielmożny pan nawet nie raczy się przywitać, a co, przecież taka chołota jak ja to tyl... - Chris przytulił ją, w obawie żeby ta się na dobre nie rozkręciła.

I feudalizm też, ojej!

Skądinąd, ta scena robi mojej wewnętrznej feministce srogie meh.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym dziewczyna wybuchła śmiechem. Zaczęła turlać się po ziemi. Trwało to przez spory kawałek czasu, ale chłopak wiedział jak się odgryźć.

In real life to by się nie mogło wydarzyć. Tzn mogło, ale w centrach handlowych w takich sytuacjach przychodzi pięciu chłopa z ochrony i wynoszą człowieka z budynku #trustory #wczorajwidziałam

Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna momentalnie podskoczyła i zaczęła otrzepywać z brudu białą bluzkę z wielkim kolorowym napisem "Keep calm and hug the panda".

Nieśmieszne, słaby self-incert, ta informacja nic nie wnosi.

Dobra, zachowanie Chrisa w tej scenie jest tak bardzo meh, że nie wiem, czy chcę czytać dalej. Mam meh na seksizm, od którego nie dystansuje się autor.


- W ogóle skąd on wytrząsnął poka? I jakiego?

Jeeez, why. Nie widzisz, że bez solidnego uzasadnienia świat się nie klei?

- Słuchaj, śpieszę się, więc przejdźmy do sedna. Po dzisiejszej przygodzie z tajemniczym panem w lesie, pomyślałem, że przyda Ci się ochrona.

Zaimki wielką literą tylko w korespondencji. http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ciebie-czy-Ciebie;1567.html

Growlithe i Pikachu są trochę bessęsu, bo do jego ewolucji potrzeba kamieni. Kamienie są rzadkie i drogie. TAK WIEM O CZYM JEST ANIME, pierwotnie zresztą pokemonem Asha miała być Clefairy (moon stone), ale, ugh, jak się pisze opka, to fajnie jest pomyśleć nad sensem tworzonej fikcji.

Przypis autorski wziął mnie załamał.

Chapter IV: Trening Czyni Mistrza
W tytule byk, wielką literą tylko pierwsze słowo tytułu http://sjp.pwn.pl/zasady/;629391

Napiszę to po raz ostatni, bo nie mam siły się powtarzać.
- Powtórz to! - Mike instruował cały czas stalowego ptaka. Nie mógł go stracić, bo jego Zangoose nie mógł nic zrobić duchowi.
Tymczasem Gastly zdążył już zaatakować.

Przekładanie 1:1 mechaniki na opko, bez nawet jakieś obudowy narracyjnej, jest bardzo słabe. Srsly wolę zagrać w Pokemony niż czytać streszczenie tej gry krok po kroku. Stwierdzam totalny brak wkładu własnego.

Also „stalowy ptak” jest złe, zue, stalowy ptak to samolot w pseudoprzepowiedniach Nostradamusa. Skarmory to żywe stworzenie, które _jest_ skarmorym, a nie stalowym ptakiem, czytelnika opornego na pokusy gugla można zmusić do konstatacji „aha, stalowy ptak” dzięki systematycznie wprowadzanym opisom. Fajny przykład takich opisów znalazłam w opowiadaniu „Bubułak” Elizabeth Bear i Sarah Monette z marcowej Nowej Fantastyki:
"Bubułak”” Elizabeth Bear i Sarah Monette z marcowej Nowej Fantastyki pisze:Statek nie miał własnego imienia, więc załoga nazwała go Lawinią Whateley. Na tyle, na ile ktokolwiek był w stanie to stwierdzić, statkowi to nie przeszkadzało. Zwijał swe długie, chwytliwe witki – z czułością? – kiedy starsi mechanicy poklepywali go po grodziach, zwracając się do niego „Vinnie”, i kurtuazyjnie śledził kroki każdego członka załogi swoją wewnętrzną bioluminescencją, zapewniając światło potrzebne do pracy i życia. Lawinia Whateley była bubułakiem, stworzeniem żeglującym po przestworze kosmosu, jednak jej rodzaj wykształcił się pod burzliwym płaszczem gazowych olbrzymów i tam, w chmurnych kołyskach pośród wiecznych sztormów, bubołaki wciąż spędzały najmłodsze lata. Laviania Whaeley miała więc opływowy kształt, ziemskiemu obserwatorowi przywodzący na myśl ogromną, kolczastą skrzydlicę. Na jej bokach znajdowały się rzędy zbiorników pełnych wodoru oraz ciasno zwinięte witki i skrzydła. Była granatowo-zielona, tak ciemna, że gdy nie opromieniało jej światło, wydawała się lśniąco czarna. Całą jej skórę pokrywały symbiotyczne algi. (…) A po chwili zjeżdżali z brzucha Lavini Whateley do wygryzionej śluzy. Wielu członków załogi nie lubiło patrzeć na twarz statku, ale Czarna Alice to uwielbiała. Ta masa zębów, te diamentowe krawędzie wytarte na połysk i te kilkadziesiąt lśniących, jasnych, szafirowych oczu. Pomachała w ich stronę bezwiednie i pochlebiła sobie myślą, że zmarszczką zamykających się oczu Vinnie do niej mrugnęła.

Można? Można.

Po raz kolejny dopisek autorski wziął mnie załamał. Night shade dało się wpleść w tekst. Dla twojej wizji artystycznej irrelewanta jest istota tego ataku, czyli że: tyle ataku, ile lvl, więc im pok więcej umie, tym groźniej straszy.

- Co, ty latająca kupo gówna? Chodź do mnie! - Krzyknął, przybierając pozę zeskakującego z klifu*.

- You little flying piece of shit, come at me! Noale widzisz wiesz, po polsku przeklinamy inaczej i w tłumaczeniu dosłownym to nie wygląda już tak cool.

Przypis tak bardzo mnie załamał, że strzeliłam headdeska i już więcej opka dzisiaj nie zniesę, nie zniesę, acz przysięgam dokończyć komcia dla rodziałów V-VIII następną razą.

Natychmiast wyciągnął pokeball i rzucił w kierunku zdezorientowanego stworka, który zmienił się w czerwony promień i wleciał do wnętrza kuli. Ta kiwnęła się kilka razy na boki, po czym zastygła w bezruchu.

Na cholerę opisujesz po raz drugi proces łapania pokemona równie łopatologicznie/siermiężnie jak po raz pierwszy. No jaki to ma cel, jaki.

Miał krótką, czerwoną sierść z czarnymi falbankami w niektórych miejscach. Na głowie miał grube, białe futro, które było ułożone na wzór irokeza. Takie samo znajdowało się na "brodzie" psa, ogon też taki był.

Masz, ja nie umiem pisać, ale masz przykładowy opis growlithe’a, uwzględniający 1. pokemony z archiwum X i powszechność „zwykłych” zwierząt, 2. fizyczny wygląd growlithe’a, 3. czytelnika: jakby chau chau o krótkim włosie na tułowiu i umaszczeniu ciepło-czerwonym, przetykanym czarnymi zygzakami.

Smsy są na bakier z kanonem. W Pokeświecie technologia telefoniczna rozwinęła się w stronę przesyłania obrazu, nikt nie używa wiadomości tekstowych.

Końcówka rozdziału to pierwszy fragment opka, który przeczytałam bez zgrzytania zębami.

~~~~koniec komcia pierwszego z impresjami, wrażeniami i przemyśleniami~~~~
Bohaterów będę oceniać pod koniec, nie chcę wyciągać przedwczesnych wniosków. Na końcu moich komci będzie podsumowanie z wrażeniami z całości, oceną i radami. E:/ wiem, jak strasznie stare jest to opowiadanie, naprawdę widzę i wiem. Przejrzę jeszcze twoje nowsze prace, żeby ocenić postęp./


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość