[DAY Z] Wigilia - dikajos

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

[DAY Z] Wigilia - dikajos

Postautor: dikajos » 25 gru 2013, 01:12

tytuł: Day Z - Wigilia.
fandom: Day Z, zombie-apokalipsa.
kategoria: bez ograniczeń.
opis: Jedna krótka scena po kilku miesiącach zombie-apokalipsy.
znajomość fandomu: niepotrzebna. Krótki tekst, w którego zrozumieniu wystarczy przyjęcie założenia, że na świecie panują zombie.
status: skończony.

[center]DAY Z[/center]

Mężczyzna w krótkiej ubrudzonej koszulce wszedł do kuchni pomieszczenia na parterze bloku. Był nieuzbrojony, nie miał nawet plecaka. Szukał jedzenia, picia, szukał czegokolwiek. W końcu, w przedsionku kuchni, ujrzał ciało mężczyzny w średnim wieku. Leżał bez ruchu, nie oddychał. Miał na sobie bojówki i czerwono-szarą bluzę z kapturem. Głowę pokrywała ciemno zielona czapka, zabarwiona na czerwono przy prawej skroni. Wokoło unosił się smród rozkładającego się ciała. Od chwili śmierci musiało minąć kilka dni. Na kuchennym stołku leżała kartka papieru, a obok długopis. Na kartce widniała notatka:

[center]*[/center]

Nie wiem, po co to piszę, nie wiem, do kogo. Dziś Wigilia, a przynajmniej tak wynika z moich wyliczeń. Wciąż staram się liczyć, chociaż czas stracił jakiekolwiek znaczenie. Wszystko się skończyło, skończył się świat. Teraz na ziemi jest piekło, a ja żyję w nim na co dzień. W lęku, niepewności i ciągłym strachu. Teraz siedzę w bloku niedaleko Elektrozawodska, ściemnia się, a ja kreślę te zdania, siedząc samotnie w kuchni mieszkania na parterze jednego z bloków. Blokowisko stało się zaniedbane, porośnięte wysoką trawą, pełne zdezelowanych samochodów na parkingach. Puste. Wszystko jest puste, ja też... Mija już czwarty miesiąc od kiedy wszystko się zmieniło. Trzeci od momentu śmierci mojej żony i syna. Dziś Wigilia, powinniśmy być razem. Ale od kiedy wszystko się posypało, "powinniśmy" przestało mieć znaczenie. Liczy się to, co możesz i czego nie możesz. Dwa miesiące temu upadły wszelkie zorganizowane siły zbrojne, a my - ci, którzy przetrwali i zawzięcie trzymali się życia - zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Człowiek nie wie, ile jest w stanie wytrzymać, dopóki nie nadejdzie taki czas. Przetrwałem sporo. Mija drugi tydzień od kiedy rozmawiałem z innym człowiekiem. Tydzień temu ostatni raz zetknąłem się z kimkolwiek. To było w mieście. Byłem ufny, zbyt ufny. Chciałem podejść, przywitać się, zamienić kilka słów, ale... otworzył ogień bez ostrzeżenia. Trafił mnie w ramię, uciekałem między budynki, krwawiąc obficie. Strzelił jeszcze kilkukrotnie, a ja słyszałem rykoszety kilka metrów ode mnie. Zgubiłem go i biegłem co sił w nogach, aż wbiegłem do lasu. Dopiero tam, w gąszczu drzew, wyjąłem z plecaka swoją starą niebieską bandanę i zrobiłem z niej prowizoryczny bandaż... Innego wtedy nie miałem. Nie to, co teraz.

Dziś siedzę tu, w opuszczonym mieszkaniu na bezludnym blokowisku. Po drodze widziałem kilku, ale ominąłem ich bokiem. Wszedłem do budynku i do mieszkania na parterze, wyżej się nie dało. Winda nie działa, klatka schodowa zablokowana. Dziś jest inaczej. Po odniesieniu rany stałem się ostrożniejszy i... miałem więcej farta. Znalazłem broń palną, do tej pory miałem tylko siekierę, na trupy w sam raz o ile nie są w grupie, ale na innych ludzi... Za mało, zdecydowanie za mało. Kolejnego dnia znalazłem amunicję do karabinu - trzydzieści pocisków. Mojej radości nie sposób opisać. Poczułem się pewniej, chociaż do dziś nie wystrzeliłem ani razu. Wcześniej sprawdzałem domy na przedmieściach Elektrozawodska, teraz, z bronią, czułem się pewniej. Wszedłem w głąb i był to najlepszy dzień od kiedy się to wszystko zaczęło. Od kilku dni w moim plecaku jest zatrzęsienie jedzenia: kilka puszek z sardynkami, tuńczyk, fasola, ryż. Gorzej było z płynami, ale udało się znaleźć kilka napojów gazowanych. Na szczęście, na niektórych podwórkach wciąż są studnie. Zawsze boję się, kiedy z nich korzystam - w końcu mogą być skażone. Na szczęście jeszcze się nie strułem. Choroba w tej sytuacji byłaby wyrokiem śmierci. Nikt mi nie pomoże, jestem sam. Czasem chciałbym płakać, ale nie mam sił. Są takie chwile, kiedy myślę, czy nie byłoby lepiej po prostu umrzeć i mieć spokój, ale kiedy tylko jestem blisko śmierci, walczę, bo... sam nie wiem, czemu. Bo ktoś musi? Bo liczę na cud? Dziś święto, kiedy ma się wydarzyć cud, jak nie dziś?

Wigilia. W salonie mieszkania, w którym jestem, są zdjęcia czteroosobowej rodziny: mąż, żona i dwójka dzieci. Już ich tu nie ma, w ogóle ich nie ma, albo... albo gdzieś są, ale to już nie oni... Wiem, bo moja żona stała się jedną z nich... To już nie była ona. Teraz polują na takich jak ja, na ostatnich, którzy próbują żyć. Jedyny ślad po nich, to krew w kuchni, trzy metry od miejsca, w którym siedzę. Kałuża bordowej już, zaschniętej krwi. Kilka chwil przed pisaniem tego listu zmieniłem opatrunek. Piękny, śnieżnobiały bandaż, którego mam cały zapas. Podczas ostatniego wypadu na miasto poszczęściło mi się - znalazłem całą apteczkę. To był pierwszy moment, kiedy mój plecak wydawał się za mały. Nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy płakać. Jeszcze kilka miesięcy temu takie myśli wydawałyby się śmieszne. Pakowałem, co mogłem do kieszeni wojskowych spodni i do swojej kurtki.

Co jakiś czas słyszę trupy przemykające na podwórku przed blokiem. Chyba jestem tu bezpieczny, zaryglowałem drzwi, siedzę bez światła. Bardziej niż trupów, boję się ludzi... Po ostatnich doświadczeniach mam chyba prawo. Był jeden człowiek, który mi pomógł. Kiedy przypadkiem spotkaliśmy się w jednym z budynków, a ja mocno krwawiłem po starciu z truposzem, on dał mi kilka szmat, abym zatamował krwawienie. Nie miałem co dać w zamian, więc po prostu podziękowałem, rozdzieliliśmy się, a kilka minut później zobaczyłem go parę budynków obok. Był martwy, ale nie miał na ciele śladów zębów; zginął w wyniku kilku postrzałów... Ludzie są największym zagrożeniem. Puściły wszelkie moralne hamulce. Teraz to walka o przetrwanie, zwycięży najsilniejszy. Czy potrafię być najsilniejszy? Nie wiem... Jeszcze nie zabiłem człowieka, żywego, myślącego.

To Wigilia, więc otworzyłem puszkę sardynek, najmniej naruszoną, a popijam je czyściutką wodą z plastikowej butelki. O dwunastu daniach nie ma mowy. Chyba, że 5x sardynki, 3x tuńczyk i ryż na przemian z fasolą. Może uzbierałbym dwanaście, ale... muszę oszczędzać. Przez kilka poprzednich tygodni taka ilość pożywienia sprawiłaby, że płakałbym z radości - jadłem zgniłe owoce, od czasu do czasu puszkę fasoli, a przynajmniej to, co z niej zostawało po otwarciu siekierą... Otwieracz do puszek? Kiedyś człowiek nie doceniał takich urządzeń... Kiedyś... Ale dzisiaj to już nieważne. Praktycznie nie bywałem najedzony, ale ostatni tydzień był dobry. Mam pistolet z dwudziestoma pociskami. Mam M4A1 z trzydziestoma. Siekiera, którą ubiłem kilku truposzy, a do tego plecak pełen pożywienia, bandaży i kilku innych przydatnych drobiazgów.

Nie wiem, czy dam radę żyć sam. Czasem aż chce się poszukać kogoś, spróbować stworzyć grupę, ale... Co jeśli czeka mnie ten sam los, co mojego wybawcę, który użyczył mi ciuchów, by opatrzyć ranę. Nie chcę umierać, chcę żyć, nawet tak... Cały czas tli się we mnie promyk nadziei, że wszystko wróci do normy, ale nie wraca, a dni mijają. Mijają miesiące. Liczę na to, że to wszystko jest złym snem, który zniknie kolejnego poranka, ale nie znika...

Jest Wigilia, jest zimno. W ostatnim czasie zaopatrzyłem się w ciepłe bojówki z wieloma kieszeniami, mam też grubą, czerwono-szarą bluzę z kapturem, w której kieszeni trzymam wspomniany pistolet - powinien być pod ręką. Bandanę, którą opatrzyłem ranę z przed tygodnia, zastąpiłem ciemno-zieloną czapką zakrywającą uszy. Cieplejsza, a to ważne. Niektóre noce, szczególnie na świeżym powietrzu, potrafią być cholernie mroźne. Mam zapałki, ale nie rozpalam ognia. Po prostu się boję... Boję się, że śmierć może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy opuszczę gardę. Muszę być ostrożny.

Coś słyszę, teraz, za drzwiami, to chyba truposze. Sprawdzę i wracam do pisania i do tuńczyka. Święta...


[center]*[/center]

Człowiek odłożył notatkę. Wokoło było mnóstwo krwi. Próbował odtworzyć w myślach wydarzenia. Ofiara miała co najmniej dwie rany postrzałowe. Jedną w brzuch - wtedy musiał upaść na ziemię. Drugi pocisk utkwił w głowie, barwiąc krawędzi otworu w czaszce krwią na kolor czerwony. Krwi było jednak więcej. Ofiara wciąż miała przy sobie plecak, broń, w tym karabin M4A1. Zabójca nie zdążył zabrać łupu. Reszta krwi musiała należeć do niego. Albo został ranny w przepychance z ofiarą, albo, co bardziej prawdopodobne, trupy usłyszały wystrzały i wtargnęły do mieszkania, płosząc, lub nawet zabijając tego człowieka. Mógł być teraz w okolicy, bądź został jednym z nich... Podróżnik nie miał czasu, zdjął z trupa grubą bluzę z kapturem, obryzganą krwią i chwycił plecak, idąc w stronę wyjścia. Lekko westchnął, kiedy odwrócił się, spoglądając w stronę ciała człowieka, który zagwarantował mu kilka spokojnych dni, jeśli idzie o pożywienie. Skoro wtedy była Wigilia, to dziś chyba jest Nowy Rok. Oby był lepszy, niż poprzedni. Wyszedł z blokowiska i ruszył dalej, by żyć.

------------------------------------------------

Będę wdzięczny za opinie, bo w powyższym tekście wpływam na nieznane mi wody. Ciekawi mnie, czy tekst trzyma klimat, czy czuć emocje i ogólnie wszelkie przemyślenia, jakie macie podczas czytania tego tekstu :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1225
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 30 gru 2013, 16:24

Mimo że nie jestem wielką fanką postapo, a zombie mi się już przejadły, to tekst mi się podobał. Nic oryginalnego, ale czytało się bardzo dobrze. Podoba mi się mroczna atmosfera i te przygnębiające wnioski, że tak naprawdę człowiek jest największym wrogiem człowieka, a nie potwory. Jeśli chodzi o emocje, jakie może poczuć czytelnik, to jak dla mnie wynikają raczej z ogólnej sytuacji bohaterów, bo w relacji autora listu/dziennika niespecjalnie je czuć. Właściwie to w tych zapiskach oczekiwałabym raczej albo natłoku emocji, albo kompletnego zobojętnienia, a tutaj jest takie pomieszanie. Facet spokojnie, właściwie rzeczowo pisze o takich rzeczach jak śmierć żony i syna, a jednocześnie pisze o tym, że jeszcze ma iskrę nadziei. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, tylko mam trochę mieszane uczucia. Bardzo mi się za to podobało zakończenie i to, że tworzy ładną klamrę wraz z początkiem.

Jak już Ci pisałam, podoba mi się Twój język, styl też masz ładny. Zdarzały się drobne błędy, jakieś brakujące przecinki (naprawdę nieliczne, masz za to plus od miłośniczki poprawnej interpunkcji) czy powtórzenia, ale nie przeszkadzało to w czytaniu.
Hyuu~!

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 gru 2013, 16:34

Cieszę się, że tworzy zgrabną całość, bo właśnie o to chodziło.

Co do przecinków, to to jest właśnie coś, co najbardziej u mnie poszło do przodu, od kiedy zacząłem pisać. Jakbyś zobaczyła moje twory kilka miesięcy temu, to bolałyby Cię oczy.

W sumie to postać pisząca notatkę też miała mieszane uczucia. Sytuacja beznadziejna, samotność, groza, ale jednak człowiek uparcie trzyma się życia, bo może bardziej boi się tego, co będzie po śmierci, niż tego, co ma teraz. Nawet jeśli to, co teraz, jest apokalipsą zombie. Jeśli żyjesz, to może być lepiej, jeśli zginiesz, to po prostu koniec. W sumie mogłem coś takiego zamieścić :D

Dzięki za opinię :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość