[Mass Effect] Siła Wiary

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

[Mass Effect] Siła Wiary

Postautor: dikajos » 30 gru 2013, 01:46

tytuł: Mass Effect: Siła Wiary
fandom: Mass Effect
kategoria: bez ograniczeń
opis: akcja opowiadania odbywa się na przestrzeni trylogii ME z naciskiem na rozpoczęcie wojny i jej przebieg widziany z perspektywy dwóch kuzynów - Toma i Michaela Youngów. W "Sile Wiary" prawie wszystkie postacie są mojego autorstwa.
znajomość fandomu: wskazana. Aby rozumieć samą inwazję Żniwiarzy i mieć "zaplecze" warto znać trylogię ME. Jednak jeśli nie grałaś(eś) w grę, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć czytać. A nóż widelec wciągnie :) .
status: chwilowo zawieszony

SIŁA WIARY

ODCINEK I


18 czerwca, 2186
London Daily

Upadek Bohatera.

Już za tydzień w Vancouver odbędzie się szeroko komentowane przesłuchanie byłego komandora wojsk Przymierza - Johna Sheparda. Ma ono dotyczyć incydentu, który miał miejsce przy przekaźniku w systemie Bahak, w batariańskiej strefie wpływów. Komandor miał doprowadzić do zderzenia asteroidy z przekaźnikiem masy, czym wywołał potężną eksplozję, której efektem było zniszczenie całego układu i śmierć około pół miliona batariańskich cywili. Shepard był wówczas członkiem organizacji terrorystycznej Cerberus, znanej ze swej ksenofobii i wielu nieetycznych działań i eksperymentów. Czyn ten zaostrzył i tak mało przyjazne stosunki między ludźmi, a batarianami.

Kontrowersje wokół sprawy rosną, gdy dodamy, że komandor zniknął na dwa lata, podczas których Przymierze przekonane było, że poległ podczas walk z gethami. Niedawno na jaw wyszła jego współpraca z Cerberusem, której efektem był wspomniany incydent. Co ciekawe, komandor sam stawił się w Vancouver, oddał swą fregatę - Normandię - Przymierzu, a sam jest w tej chwili w areszcie domowym w siedzibie Przymierza. Przesłuchanie ma odbyć się za dwa dni. Zrobimy wszystko, aby dostać się na to wydarzenie i zdać Państwu szczegółowy raport.


Młody brunet odłożył gazetę na stół, wstał z krzesła i przeciągnął się niczym rozleniwiony kilkugodzinnym snem kocur. Z kuchni dochodziły do niego niezwykle apetyczne zapachy.
- Michael, chodź. Zupka gotowa - zawołała starsza kobieta.
- Już, mamo. Idę, idę - odpowiedział Michael.

Przy stole siedzieli już Michael, jego matka oraz siostra - pięcioletnia Emily. Na niewielkim stole, pokrytym śnieżnobiałym obrusem, były cztery talerze z zupą pomidorową. Z ryżem, bo taką lubił ojciec Michaela - Frank. Nie było go jednak z resztą rodziny.
- Wasz ojciec cały czas zapomina o obiedzie. Cały czas to samo. Synku, zaniesiesz mu zupę na pole, dobrze? - powiedziała, po czym wstała od stołu i, nie czekając na odpowiedź, przelała porcję zupy z garnka do słoika, który następnie mocno zakręciła. - Żyjemy jak w dwudziestym wieku, mówię wam. - Uśmiechnęła się. - Rolnicza rodzina, obdarzona przez Boga dwójką mądrych, zdrowych dzieci i urodzajnymi polami. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie uwierzyłabym, że takie życie przypadnie mi do gustu, a jednak.

Kobieta - Sara - miała niecałe pięćdziesiąt lat. Pochodziła ze średnio zamożnej londyńskiej rodziny. Od dwudziestu wiosen mieszkała na farmie swojego męża. Wcześniej była pomocniczką w kwiaciarni na obrzeżach stolicy Wielkiej Brytanii. Poznali się w Londynie, kiedy Frank przyjechał wraz z ojcem, aby zakupić nowy traktor. Przyszły teść Sary już wtedy był w podeszłym wieku i, jak to starszy człowiek, pomylił adresy. Trafili do kwiaciarni, w której pracowała. Zaoferowała im pomoc. Tak zaczęła się znajomość przyszłej pary. Skierowała ich do miejsca, w którym sprzedawano traktory. Wiedziała o nim, bo było to jedyne takie miejsce w okolicy. W drugiej połowie XXII wieku rolnictwo było niemal zupełnie zautomatyzowane. Mało kto chciał sam gospodarować pola, a przecież wciąż było to potrzebne. Żadna cywilizacja nie przeżyje bez jedzenia. Maszyny radziły sobie świetnie i dlatego też miały spore wzięcie. Rzadko się psuły, więc na cały Londyn wystarczył jeden duży salon ze sprzętem rolniczym. Traktory, przeróżne nawozy i wszystko czego tylko nieliczni już rolnicy zapragną.

- Jasne, mamo - odpowiedział Michael, wsuwając podany mu słoik do niewielkiego plecaka.
- A teraz, pomódlmy się. - Sara złożyła dłonie i skuliła głowę, to samo zrobiły jej dzieci. Zaczęła mówić: - Dziękujemy ci, Panie, za dary którymi rok w rok hojnie nas obdarzasz. Dziękujemy za zdrowie i wszystko, co nam dajesz. Prosimy cię, byś miał nas w swojej opiece i błogosławił.
- Amen - odpowiedzieli Michael i Emily.

*


Tuż po obiedzie Michael chwycił swój plecak i poszedł do garażu, gdzie dorzucił do swego bagażu piłkarski strój i buty. Wsiadł na swój motocykl - Honda GP 1410. Uwielbiał tę maszynę. W końcu to na niej zaimponował swojej dziewczynie, Amandzie, a przynajmniej sądził, że motocykl odegrał w tym jakąś rolę. Rodzice nie pochwalali jego pasji, ale przecież niedługo kończył dwadzieścia lat. Uważał się za dorosłego. Michael miał przed sobą długi dzień, więc bez zwłoki odpalił Hondę i ruszył w stronę pola, na którym pracował jego ojciec.
Jechał zwykła polną drogą, nieco utwardzoną. W czasach wielkich autostrad, a nawet "niebostrad" po których poruszały się promy, ta dróżka była niczym wyjęta z jakiegoś skansenu historycznego. Tak jak większość okolicy. Farma rodziny Youngów znajdowała się kilka mil od obrzeży Londynu. Z miejsca, w którym pracował Frank, było widać co większe budynki, w tym miejsce praktyk Michaela - "London Daily", lokalną gazetę. Bezpośrednia okolica ich farmy była jednak niezwykle zielona i za każdym razem, gdy Young wracał w te rejony, ogarniał go błogi spokój.

Michael zatrzymał się przy traktorze ojca. Maszyna była starsza niż młody Young. Podobno działała nieprzerwanie od czasu kiedy jego rodzice się poznali. Ojciec zawsze żartował, że ich miłość będzie kwitła tak długo, jak wspomniany traktor będzie działał. Maszyna nie miała ani jednej awarii. Frank dostrzegł syna, zgasił silnik i zsiadł z traktora. Gestem dłoni nakazał Michaelowi, by usiadł obok niego na trawie. Było ciepłe lato. Trawa była lekko wilgotna po porannych opadach deszczu. Michael wyciągnął ze schowka swej Hondy słoik z zupą pomidorową i podał ojcu.

- Z ryżem? - zaśmiał się Frank. - Jasne, że z ryżem. Twoja matka doskonale wie, że nie lubię makaronu. Ach, zapomniałbym.
Wstał i poszedł do schowka z boku traktora. Otworzył i wyciągnął piwo. Michael wiedział, że ojciec miał tam małą lodóweczkę.
- Obiad bez piwa jest jak traktor bez paliwa - powiedział Frank, otwierając piwo. - No, co tam nowego? Dziś niedziela. Wieczorkiem do kościoła, jak pan Bóg przykazał.
- Raczej pani mama - uśmiechnął się Michael. - Dobrze wie, że ja nie jestem religijny, ale mimo tego każe mi chodzić tam co niedzielę. Nie widzę w tym sensu, tato. Zaraz jadę do Londynu na piłkę z kumplami. Potem mam spotkać się z Amandą, a wieczorem muszę wpaść na chwilę do redakcji. Podobno jakieś ważne newsy. Nie wiem, czy wyrobię się do kościoła.
- Widzisz, synuś. Właśnie o to chyba chodzi. Twoja matka gorąco wierzy w Boga. Kiedy ją poznałem, nie wierzyłem. Byłem jak ty. Nie mówię, że teraz wierzę, ale widzę, że te cotygodniowe wizyty w kościele zbliżają nas do siebie. Całą naszą czwórkę. Podoba mi się to, dostrzegam, że to jest coś dobrego. W dzisiejszych czasach, gdzie, jak mówisz, nie ma na nic czasu, to rzadkość. Warto z tego korzystać.
Łyknął piwa i przechylił się do tyłu, opierając ciężar ciała na łokciach.
- Zobacz, synu. Pewnie czasem się zastanawiasz, co my tu robimy. Wszyscy twoi znajomi mieszkają w tych wielkich metropoliach. Ściśnięci jeden na drugim, praktycznie nie mają prywatności. A my? Wolność, synku, wolność. - Skończył i popatrzył się w stronę słońca, które na chwilkę schowało się za jedną z wolno posuwających się po niebie chmur.

Michael spojrzał na lewy nadgarstek. Staroświecki zegarek po dziadku wskazywał, że pora ruszać w drogę. Pożegnał się z ojcem, wskoczył na motocykl i pojechał w stronę Londynu. Musiał być w domu późnym wieczorem. W każdy niedzielny wieczór, po wizycie w kościele, ojciec chciał z nim porozmawiać.

*


Po zielonej, sztucznej murawie biegało dziesięciu mężczyzn, a raczej chłopaków. Mieli po osiemnaście, dwadzieścia lat. Wciąż uczyli się, jedni w colleage'u, w którym poznali się dwa lata wcześniej, inni już na studiach. Połączyła ich wspólna pasja, sport. Co niedzielę spotykali się na tym boisku. Grali w piłkę, zacieśniając więzy przyjaźni. Często widywali się poza szkołą. Darren i Hamed byli na praktykach w "London Dailly", razem z Michaelem.

W jednej drużynie, w czerwonych znacznikach, grali George, Darren, Pavel, Peter, Hamed. W drugiej, na niebiesko, byli Jason, Bill, Nick, Tom i Michael. Tom był kuzynem Michaela, ich ojcowie byli braćmi. Ojciec Toma nie chciał jednak kultywować rodzinnej tradycji i zostawił rolnictwo za sobą, osiedlając się w Londynie.

Akcja szła lewym skrzydłem. Ostro pracował tam Tom. Był niesamowicie szybki. Przed chwilą dostał świetną piłkę od swojego kuzyna, rozgrywającego. Minął zwodem George'a. Kilkoro dzieciaków, które obserwowały mecz biło mu brawo. W głębi duszy czekali po prostu aż starsi zejdą i dadzą pograć im. Tom, po sprincie lewą stroną, dograł idealnie na głowę wysokiego Jasona, który skierował futbolówkę do bramki. Chłopcy uśmiechnęli się i przybijali sobie piątki.
- Niezła wrzutka, bracie - powiedział Michael. Obaj nazywali się braćmi. Byli sobie bardzo bliscy, chociaż zupełnie inni.

Tom był dość impulsywny. Często działał, zanim pomyślał. Czasem wpadał przez to w kłopoty. Michael był spokojny, lubił analizować, brać wszystko na zimno. W dużej mierze przez to był kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej przez ostatnie dwa lata. Potrafił spokojnie rozmawiać z sędzią po kontrowersyjnych decyzjach, podczas gdy Tom i reszta chłopaków okazywali sporą, zarówno werbalną jak i niewerbalną, agresję. Michael miał być nawet przewodniczącym szkolnego samorządu. Gorąco namawiali go do tego nauczyciele, ale on nie miał ochoty. Nie miał czasu. Często musiał pomagać ojcu w pracach na polu przez co opuszczał sporo zajęć. Nauczyciele byli jednak wyrozumiali. Widzieli w młodym Youngu spory potencjał. Tak duży, jak trzydzieści lat wcześniej w jego ojcu - myśleli starsi z pedagogów. Mieli tylko nadzieję, że lepiej go wykorzysta.

- To co, może alkohol, hm? - powiedział zmęczony Pavel, siadając na ławce i wycierając wilgotne czoło ręcznikiem.
- Jasne, że tak! - odkrzyknął Tom i zaproponował: - Może tym razem uderzymy do "Białego Konia"?

"Biały Koń" była to zwykła, nie wyróżniająca się niczym specjalnym, niewielka knajpka, którą duża część młodzieży wybierała tylko z jednego powodu. Nikt nie pytał tam o dowód. Koledzy zaśmiali się z wypowiedzi Toma, bo przecież kilkoro z nich nigdzie indziej nie dostałoby alkoholu. Wszyscy szykowali się do drogi. Michael miał nieco skrzywioną minę.

- Sorry, chłopaki. Chciałbym, ale nie przyjechałem busem, tylko motocyklem. Poza tym mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
- Czy te parę spraw ma blond włosy do ramion i piersi niczym bogini wyrzeźbiona w marmurze? - powiedział Hamed, rżąc przy tym jak kobyła.
- Jej piersi to nie twoja sprawa, historyku - odpowiedział Michael, nie gniewając się. Często dogryzali sobie z Hamedem, nawet w najbardziej niewybredny sposób. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Poza piłką łączyło ich zamiłowanie do historii. Obaj lubili oglądać programy historyczne w telewizji, odwiedzali wspólnie muzea. Oczywiście w przerwach między grą w pikę, a piciem alkoholu.
- Pozdrów Amandę - powiedział Hamed i dołączył do reszty chłopaków, idąc w stronę wyjścia z boiska.

*


Drobna blondynka leżała na łóżku, czytając podręcznik języka angielskiego. W poniedziałek miała mieć ważny egzamin. Siedziała tak już kilka godzin, ale wiedza nie chciała się przyswoić. Dziewczyna czuła, że przydałaby jej się przerwa. Zeszła na dół, po krętych schodach. W Anglii od zawsze budowano takie schody. Jej rodzice siedzieli przed telewizorem i oglądali reportaż z Vancouver. Dziewczyna znała sprawę, ale miała jej dość. Od kilku dni mówiło się tylko o Shepardzie i jego procesie. Teraz zaglądała do lodówki, wyciągnęła mleko i zaczęła pić. Oparła się o szafkę i mimowolnie spoglądała na ekran, na którym widać było ujęcie z przed siedziby Przymierza w Vancouver. Wyraźnie zarysowane były dwie części, na które podzielił się tłum. Między nim był kordon policji. Po jednej stronie stali ludzie trzymający transparenty takie jak: "Wolność dla Bohatera", "Komandor Shepard - niewinny", "Jesteśmy z Tobą Shepard!'. Z drugiej natomiast równie liczna grupa promująca hasła pokroju: "Śmierć dla mordercy tysięcy", "Ukarać zbrodniarza", "Bez litości dla terroryzmu".

- Amanda, podaj no wafelki - powiedziała matka, nawet nie spoglądając w stronę córki. Nie chciała przegapić ani jednego ujęcia.

Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Chciała już wracać na górę, do nudnych książek, ale usłyszała ryk motocyklowego silnika. Uśmiechnęła się radośnie. Rodzice również usłyszeli.
- Nie więcej niż godzina. Potem masz wracać do nauki. I nie wolno ci wsiadać na tę maszynę, rozumiesz? - powiedział stanowczym głosem ojciec.
- Rozumiem, tato - odpowiedziała, zakładając cienką granatową kurtkę i wychodząc przed drzwi.

*


- Ech, mam tylko godzinę, Michael - powiedziała Amanda, opierając głowę na jego ramieniu. Objął ją.

Siedzieli na ławeczce naprzeciwko domu dziewczyny. Chłopak odpowiedział:
- To i tak więcej niż ja. Za pół godziny mamy być w redakcji. Wszyscy, nawet tacy praktykanci jak ja. Sporo zamieszania teraz. Ciężki okres. Strajki komunikacji miejskiej, otwarcie nowej fabryki broni, a do tego ta sprawa z Shepardem. Ja mam się zająć komunikacją, ale i tak wezwali wszystkich. Mamy chyba uzgodnić jakiś wspólny front. Wiesz, media...
- Heh, wiem, uwierz. Moi rodzice od kilku dni po pracy siadają przed telewizorem i śledzą losy tego komandora. Kim on w ogóle jest, że wszyscy tak się nim przejmują? - spytała Amanda, wsuwając swoją dłoń w jego rękę.

Michael zastanowił się, co odpowiedzieć. Niecałe trzy lata temu, kiedy miał szesnaście lat, słyszał o wyczynach komandora. Całą rodziną oglądali relacje z mianowania go na pierwsze ludzkie Widmo. Potem wsławił się obroną Cytadeli przed gethami. Podczas tak zwanego "Buntu Sarena", Michael i kilku jego przyjaciół, na fali entuzjazmu, zaciągnęło się do oddziałów pomocniczych Przymierza. Byli nastolatkami, ale pół roku spędzili w obozie szkoleniowym, szykując się do wojny, którą Shepard niedługo potem zakończył. Uczyli się o gethach, ich słabościach, o taktyce podczas konfliktów zbrojnych. Michael zaczął wspominać, ale po chwili opamiętał się.

- Kim jest Shepard? Bohaterem, zdrajcą, prekursorem, mordercą... Zależy, kto trzyma pióro, kotku. Wszystko rozstrzygnie się pojutrze w Vancouver.

Michael był inteligentny. Mimo młodego wieku zdążył się nauczyć, że świat nie jest czarno biały. Odcienie szarości dominowały. Na dotychczasowych praktykach nauczył się, że dziennikarz jest malarzem. Tak jak malarz, widzący przed sobą modela, tylko odtwarza szczegóły. Nigdy nie przedstawi ich obiektywnie. Zawsze będzie to jego postrzeganie sprawy, niezależnie czy tego chce czy nie. Nigdy nie przeleje na papier tego, jak sytuacja wygląda naprawdę. Ale to tylko pół biedy. W mediach dochodzą jeszcze wpływy redakcji, osób trzecich. Michael spodziewał się, że spotkanie w biurze miało na celu ustalenie wspólnego frontu wobec zbliżających się wydarzeń. Fakty są nieważne, liczy się to, jak się je przedstawi. To właśnie na spotkaniu w biurowcu "London Dailly" rozstrzygnie się, czy Shepard będzie w Londynie bohaterem czy pospolitym mordercą. Przynajmniej do czasu, gdy większe media wygłoszą jeszcze głośniejszą opinię.

- Ale to wszystko pokomplikowane. Chciałabym, żebyśmy mogli już zamieszkać razem - powiedziała Amanda.
- Mam już troszkę odłożone. Tata obiecał, że pomoże. Wie, że wiele dla mnie znaczysz, a mama...
- A mama nalega na ślub? - uśmiechnęła się Amanda, przerywając mu. - Przecież wiem, że twoja mama jest bardzo religijna. Nasi rówieśnicy rzadko decydują się na coś takiego, ale jeśli to sprawi, że twoja mama będzie szczęśliwa, to czemu nie?

Chłopak analizował słowa Amandy. Tak, mama byłaby szczęśliwa. Z tym, że ślub katolicki to nie jest zwykłe "hop siup", jak to mawia często Tom. To swego rodzaju przysięga, złożona przed istotą, w którą Michael nie do końca wierzy. To też obietnica wychowania dzieci w wierze katolickiej. Tak na to patrzył. Sam był ochrzczony, nie czuł się z tego powodu "oznaczony" czy "dyskryminowany", ale miał nieodparte wrażenie, że odebrano mu prawo decydowania za samego siebie.

- Ech, od tych rozmyślań aż mnie głowa boli. Późno już, kotku. Muszę lecieć do redakcji. Pozdrów rodziców - powiedział, po czym delikatnie pocałował ją w usta. Popatrzył w jej oczy. Zielone, szczere oczy. Uśmiechnął się i mocno ją przytulił.
- Uważaj na siebie, Michael - pożegnała się uśmiechem, zamykając za sobą drzwi.

*


Kiedy Michael wszedł do pokoju "naczelnego", dyskusja trwała w najlepsze. Można by rzec, że wrzało. Spojrzał na zegarek. Był pięć minut przed czasem, nie spóźnił się. W niewielkim pokoju, zadymionym od cygara, które wystawało z ust szefa, toczyła się zażarta dyskusja. Nie mówiono o problemach związanych ze strajkiem komunikacji miejskiej, przez który cały Londyn będzie sparaliżowany. Nie mówiono też o nowej fabryce broni, która miała stanąć obok podstawówki. Na spotkaniu był tylko jeden temat - przesłuchanie Sheparda. Szef zauważył swojego praktykanta.

- Cisza! - krzyknął boss, kierując spojrzenie na Michaela. - Young, gdzie twoi kumple? Darren i jak mu tam... Hamed?

Pili browar i podrywali dziewczyny - pomyślał.
- Nie mogli dziś przyjść, mieli jakieś ważne sprawy - odpowiedział.
- Ważne sprawy... Tu mamy ważne sprawy, do cholery jasnej. Widzę, że tylko ty się przejmujesz swoim przyszłym zawodem, Young. To dobrze, bo jest okazja, żebyś się czegoś nauczył.

Michael spostrzegł, że spojrzenia całej redakcji skupiły się na nim. Czyżby był jednym z tematów gorącej dyskusji? Pracował w redakcji już około dwóch lat, odliczając przerwy, ale cały czas nie miał etatu. Sam nie wiedział, do którego działu mu najbliżej. Wspomagał zarówno sport, jak i politykę. Mówili, że są z niego zadowoleni, że widzą przed nim przyszłość, chociaż najczęściej po prostu łapał się czegokolwiek. Pomóc w reportażu na temat zagrożonych gatunków? Jasne. Parzyć komuś kawę? Czasem trzeba, dość często. Szczególnie szefowi. Do tej pory nie dostawał niczego istotnego, czyli takiego, po którym jego nazwisko widniałoby na pierwszej stronie. Wiedział, że szefostwo zastanawia się nad zaproponowaniem mu stałej umowy.

- Słuchaj, Young. Chodzi o przesłuchanie komandora w Vancouver. Polecisz tam.
Młody praktykant uniósł brwi ze zdziwienia. Zaczął dukać:
- Ale... Ja... Strajki komunikacji...
- Daj spokój. Tym gównem zajmą się twoi kumple. Ci z ważnymi sprawami. Doszliśmy w redakcji do wniosku, że raz, Shepard nie lubi udzielać wywiadów, ta idiotka Al Jilani z Westerlund News nie raz się o tym przekonała, dwa, komisja pewnie nie będzie chciała go "udostępnić", trzy, takich redakcji jak nasza są na Ziemi miliony... Pomyślałem - zapauzował na chwilę i zaciągnął się dymem z cygara - że ty, jako jedyny z nas, masz jakikolwiek związek z komandorem i mogłoby ci być łatwiej niż innym. O wyłączności nie mamy co marzyć, ale kilka pytań... Nawet jak będzie srał w klopie, to zajrzyj z kabiny obok i pytaj! Odnieś się do waszej przeszłości.
- Ale jakiej przeszłości, szefie? - spytał Young.
- Księżyc, zbuntowana WI. Shepard spacyfikował kilka zbuntowanych ośrodków sztucznej inteligencji. Napisałeś w swoim CV, że tam byłeś jako wsparcie, o ile pamiętam.

No tak, byłem - pomyślał Young. To był początek pościgu Sheparda za Sarenem. Kilka miejsc na Księżycu przestało odpowiadać. Komandor zrobił z tym porządek, a jego i Hameda wysłano z obozu szkoleniowego jako zaopatrzeniowca, żeby żołnierzom zabezpieczającym teren nie brakowało amunicji i jedzenia. Mieli łapać doświadczenie. Jedyna moja misja - pomyślał. Nie wszystko potoczyło się tam tak, jak powinno.

- Decyzja zapadła, Young. Jutro w południe masz samolot z Heathrow. Lecisz do Vancouver z naszym operatorem, Robertem. To twoja życiowa szansa, chłopcze. Twoja przyszłość zależy od tego, ile z tego wyciągniesz. Koniec spotkania!

Po tym krzyku wszyscy złapali swoje notatki, datapady i ruszyli do domów. Young wyszedł jako ostatni. Wsiadł na swoją Hondę i ruszył do domu.

*


Matka i Emily już spały. Frank usiadł na kanapie, tuż obok syna. Michael opowiedział mu o swoim najnowszym zadaniu.
- Ho,ho. Poważna sprawa. Powiedz mi, co myślisz o tym wszystkim? Mów wprost - powiedział Frank.
- Zastanawiam się, czy on naprawdę zabił te pół miliona batarian...
- A jeśli tak? - ciągnął temat ojciec, wyraźnie ciekawy opinii swojego syna.
- A jeśli tak, to sądzę, że miał powód. To musiał być cholernie dobry powód, tato. Shepard zawsze starał się działać jasno i klarownie. Nigdy dla własnej korzyści.Trudno mi uwierzyć, żeby zabił setki tysięcy istot, bo po prostu "nie lubił batarian", jak mówią niektórzy.

Frank spojrzał na gazetę leżącą na krawędzi stołu przy którym zwykle pijał z żoną kawę. Był to "The Moon", podrzędny brukowiec, ale Sara lubiła zamieszczane w nim krzyżówki. To przekonało kochającego męża do zakupienia prenumeraty. Na okładce był napis: "Shepard nas ostrzegał! Niedługo czeka nas zagłada!". Artykuł był zapełniony wieloma grafikami autorstwa średnio uzdolnionego rysownika. Przedstawiały wariacje na temat tak zwanych "Żniwiarzy". Treść artykułu dotyczyła ich niechybnego powrotu i zagłady wszelkiego życia w galaktyce. Tekst pisany był wyraźnie w celu zszokowania ludzi i podniesienia sprzedaży. Do gazetki dodawano papierowy model "Żniwiarza". Każda pani domu mogła go sobie złożyć. Jeden taki zdobił właśnie stolik w domu Youngów.

- A co o tym myślisz, Michael? - spytał Frank, wciąż spoglądając na gazetę.
- To jest druga rzecz, obok incydentu z batarianami, która nie daje mi spokoju w sprawie komandora. On nie jest wariatem... Ale wszystko to wydaje się nieprawdopodobne, tato... Próbowałem docierać do źródeł. Nie jako dziennikarz, z czystej ciekawości, ale nic nie znalazłem. Przymierze nie komentuje, w komunikatach Rady Cytadeli wspominają o pokonaniu gethów Sarena... Ale ja czuje, że coś jest nie tak, czegoś nam nie mówią...
Frank wstał z kanapy i przeszedł kilka metrów. Nad staromodnym kominkiem było pudełko, do którego praktycznie nie zaglądał. Tym razem, zrobił to. Wyciągnął łańcuszek z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa i ponownie usiadł na kanapie, obok syna, dając mu go w prezencie.

- Synu, wiem, że nie wierzysz w Boga. A może i wierzysz, ale w nieco inny sposób niż twoja mama. Ja też mam takie wątpliwości. Pewnie bardzo podobne do twoich. Mam złe przeczucia... Ta twoja podróż... Chcę, żebyś trzymał to przy sobie cały czas. Kiedyś często go nosiłem. Należał do mojej matki. Potem poznałem twoją mamę, założyłem rodzinę. Życie wiele nam dało. Wierzyłem czy nie, to świecidełko było dla mnie szczęśliwe. Weź je ze sobą i pamiętaj, nie zaniedbuj swojego umysłu. To jest prawdziwa siła mężczyzny - powiedział Frank, po czym wstał z kanapy i poszedł do sypialni. Michael postanowił chwycić książkę i wyjść na świeże powietrze.

Noc była jasna. Księżyc świecił wysoko na niebie. Michael spojrzał na Srebrzysty Glob, zawieszony w ciemnościach nocy. Był tam jeden dzień po nim, po Shepardzie. Słyszał, że komandor zawsze działa w trzyosobowych zespołach. To, co widział... Cieszył się, że Shepard walczył z maszynami. Tylu ludzkich ofiar by nie zniósł. To wyglądało, jakby przed Księżyc przeszedł rozsierdzony bóg wojny. Young usiadł na prostej, drewnianej ławce, zapalił małą lampkę i otworzył książkę. Była to "Odyseja" Homera.

------------------------------------------------------
Będę wdzięczny za wszelkie uwagi :)
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 gru 2013, 02:12

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK II
[/center]

19 czerwca, 2186, Londyn.

Samolot do Vancouver miał wystartować o 12:15. Michael Young wstał o dziewiątej rano, zjadł skromne śniadanie i zaczął się pakować. Informacja o wyjeździe bardzo go zaskoczyła. Jeszcze wczoraj sądził, że czeka go nudna podróż do siedziby władz komunikacji miejskiej i wywiad z szefami. Wszyscy wiedzieli, że strajkujący domagają się przede wszystkim podwyżki płac, ale dziennikarski obowiązek nakazywał dokładne wysłuchanie obu stron. Drugą były władze miasta, które zarzekały się, że nie stać je na takie wydatki, mimo że miesiąc temu cały zarząd przydzielił sobie całkiem ładne premie. Teraz jednak plany się zmieniły. Michael wyciągnął plecak i zastanawiał się, co spakować. Wyjazd miał trwać trzy dni, więc dwa komplety ubrań plus bielizna do spania wydawały mu się wystarczające, poza tym pasta do zębów i dyktafon najnowszej generacji. Założył na szyję łańcuszek, który dostał od ojca poprzedniego wieczoru.

Matka odprowadzała w tym czasie Emily do przedszkola, więc Michael nie miał okazji się pożegnać. Wychodząc z domu, natknął się na ojca.
- No, synu. Pierwsze naprawdę poważne zadanie przed tobą. Uważaj tam na siebie i przywieź może jakąś pamiątkę siostrze, hm? - powiedział, podchodząc do syna i przytulając go mocno.
- Nie martw się, tato. Trzy dni to chwilka. Musze iść, bo spóźnię się na prom. Do zobaczenia.

W odległości około dwóch mil od farmy Youngów był nieduży przystanek promów. Jego właścicielem był dobrze prosperujący prywatny przewoźnik, który nie podlegał władzom komunikacji miejskiej, dlatego nie był elementem strajku. Trasa pojazdu sprzyjała podróżnikowi. Lotnisko Heathrow było jednym z miejsc, przy których się zatrzymywał. Miejsce było dość zaniedbane. Zdobiło je niejedno graffiti. Z powodu niewielkiego zaludnienia okolicy, przystanek miał przyznaną kategorię "na żądanie" i bardzo rzadko promy się tu zatrzymywały. Konstrukcja tego miejsca niczym nie odbiegała od innych stacji promów. Dołem biegła wąska asfaltowa droga, a po jej bokach cztery solidne kolumny dźwigały platformę, przypominającą nieco zwykły wiadukt. Na górę, po obu stronach drogi, wiodły strome, kręte schody oraz windy przystosowane dla osób niepełnosprawnych. Na wysokości około trzydziestu metrów mieścił się przystanek promów. Michael nie stanął pod wiatą. Zdawał sobie sprawę, że z promu nikt tu nie wysiądzie, więc musiał być widoczny dla pilota. Usiadł więc przy samej barierce, wyciągnął z plecaka "Odyseję" i zanurzył się w lekturze. Po kilku minutach nadleciał prom, Michael machnął ręką. Pojazd delikatnie osiadł na platformie, a młody dziennikarz "London Daily" wsiadł do środka. Promy, z których korzystał ten prywatny przewoźnik, były oparte na konstrukcji kodiaka - wojskowej jednostki latającej. Te przewożące pasażerów cywilnych były jednak zarówno szersze, jak i dłuższe od militarnych kuzynów. Miejsca siedzące były wygodne, a każde z nich dysponowało pasami bezpieczeństwa. Young minął starszą kobietę, lekko nadeptując jej pieska, którego nie zauważył. Zarówno piesek jak i babcia zawarczeli na napastnika. Wreszcie przebił się głębiej, po czym odłożył plecak na specjalną półkę i, wciąż z książką w dłoniach, usiadł na jednym z miejsc, kontynuując lekturę.

Nad głową Michaela umieszczony był monitor, na którym przewijały się komentarze do aktualnych wydarzeń, zwykle uzupełnione pojedynczymi zdjęciami, aby pasażerom nie nudziło się podczas podróży. Królował temat przesłuchania Sheparda. Całe to zainteresowanie komandorem zdawało się Youngowi dość zabawne. John Shepard nie był postacią zbyt medialną. Owszem, uroczystość zaprzysiężenia go na pierwsze ludzkie Widmo była szeroko komentowana i pokazywana w większości mediów, ale jego działalność była tajna. Nieliczne próby wywiadów Khalisy Al Jilani wystawiały ją na śmieszność opinii publicznej, ale nie da się ukryć, że właśnie tymi próbami "zrobiła" sobie nazwisko. Wyłączając próby dziennikarki Westerlund News, po zaprzysiężeniu Shepard zniknął ze świadomości przeciętnego odbiorcy mediów aż do ataku zbuntowanego Widma - Sarena - na Cytadelę. Wtedy znów było głośno o ludzkim komandorze. To on odegrał decydującą rolę w zatrzymaniu swego "kolegi po fachu". Young kończył wtedy siedemnaście lat, tak jak jego kuzyn Tom. Obaj patrzyli na postać komandora niczym na bohatera bez skazy, z dziecięcym wręcz zachwytem. W czasie ostatecznej klęski Sarena na Cytadeli, chłopcy kończyli swoje szkolenie w ośrodku Przymierza pod Doncaster. Wspomnienia powróciły do głowy Younga. Delikatnie zamknął książkę, oparł głowę o wygodne siedzisko promu i zamknął oczy.

[center]***[/center]

Michael, Pavel, Hamed i Tom. Tych czterech kumpli śledziło z wypiekami na twarzy wszelkie informacje na temat wojny z gethami. To był drugi wielki konflikt zbrojny ludzkiej rasy z wrogiem innego gatunku. A przynajmniej media przedstawiały go jako wielki. Wojna Pierwszego Kontaktu była tym pierwszym. Nie trwała długo, a wybuchła ze zwykłego strachu, zarówno turian, jak i ludzi. W kosmosie zetknęły się dwie cywilizacje. Ludzie byli zupełnie "zieloni", niedoświadczeni. Turianie zostali pierwszą obcą rasą, z którą ludzkość się spotkała. Skończyło się wojną. Była ona krótka, ale zdążyła wykreować kilku bohaterów. Czterech młodych chłopaków z Londynu nie było jeszcze na świecie w tamtych czasach, a i wojna z gethami była czymś zupełnie innym niż z turianami. Chłopcy chcieli jednak pomóc. Wielu się do tego rwało, nastroje były jednoznaczne. Po ataku gethów na ludzką kolonię - Eden Prime - Przymierze odnotowało znaczny wzrost rekrutów. Michael z kolegami zgłosili się do obozu szkoleniowego pod Doncaster. Pół roku szkolenia, a potem wylot z Ziemi i walka z wrogiem.

20 stycznia, 2184, Doncaster.

Tom Young, młody, krótko ostrzyżony ciemny blondyn, siedział w swojej ławce i z zainteresowaniem przyglądał się żołnierzowi Przymierza, który prowadził zajęcia. Major Burgess był uznanym specjalistą od gethów. W Przymierzu znaczyło to tyle, że miał z nimi bliski kontakt w walce. Kilka miesięcy wcześniej był na Eden Prime, gdzie miał miejsce potężny atak gethów pod dowództwem Sarena Arteriusa. Burgess stracił tam oko i został wycofany z czynnej służby. Plotki głosiły, że to nie strata oka była głównym powodem odsunięcia majora, ale Tom nie wiedział nic więcej. Major ostatnie miesiące spędził na pogłębianiu wiedzy na temat maszyn skonstruowanych przez quarian. Kiedy dowiedział się, że dowództwo organizuje obozy, w których mają się szkolić młodzi żołnierze, zgłosił się na ochotnika. Osobie z jego doświadczeniem nie sposób było odmówić. Stał więc teraz w zaciemnionej sali, wyświetlając slajdy i wskazując drewnianym kijkiem na kolejne obrazki. Przed nim siedziało, w równo ustawionych jednoosobowych ławkach, dwudziestu rekrutów, w tym Tom, jego brat - Michael - oraz Pavel i Hamed.

- Zwróćcie uwagę, że getha nie da się zabić - kontynuował swój wykład. - Musicie zrozumieć, że to są po prostu zasrane programy komputerowe, a ich powłoka, czyli maszyna, do której strzelacie, to tylko sprzęt. Jeśli go zniszczycie, to geth po prostu wróci do swoich serwerów. Nie dajcie się jednak zwieść. Ten sprzęt może was zabić. On nie okazuje ludzkich słabości. Celuje świetnie, nie okazuje też litości. Ma rozkaz i wykonuje go bez wahania.
- Musi być jakiś sposób, aby je zabić na stałe - powiedział Pavel, przyjaciel Youngów, rozkładając ręce.
- Musi, ale do tego musimy znaleźć ich serwery. Nie znamy ich lokalizacji. Nasze wojska zdołały namierzyć i zniszczyć tylko kilka lokalnych serwerów. Ich główne serwerownie są poza naszym zasięgiem - odrzekł major Burges, krzywiąc się przy tym bezradnie.

Ośrodek pod Doncaster był jednym z kilku miejsc, gdzie szkolono przyszłych żołnierzy i uczono różnych technik i taktyk wojennych. Gethy, z racji ostatnich wydarzeń, były głównym tematem zajęć w każdym z ośrodków, ale nie jedynym. Major Burgess zdawał się o tym nie pamiętać. On koncentrował się tylko i wyłącznie na gethach, nienawidził ich i chciał tę nienawiść przelać na swoich rekrutów.

- O co walczą gethy? - spytał z zaciekawieniem Michael Young, kierując tym pytaniem spojrzenia wszystkich obecnych na sali na siebie.
- No, chłopcy, czy ktoś jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie? - odbił pytanie Burgess, ogarniając swym jednym okiem całą salę, od lewej do prawej. Odpowiedziała mu głucha cisza. Kontynuował więc. - Nie jesteście w stanie. Nikt nie jest. To są maszyny, a ich działanie warunkują tylko zero-jedynkowe procesy. Obliczenie wyjdzie dobrze? No to nie wysadzi w powietrze domu. Wyjdzie inaczej? Strzeli ci w łeb bez wahania. To maszyny, nie rozumieją nas, my nie rozumiemy ich. Jedyny sposób, aby się z nimi rozprawić, to rozerwać na strzępy! - skończył zdanie, krzycząc.

[center]*[/center]

Tom, Pavel, Hamed i Michael siedzieli na dwóch ławkach w centrum ośrodka. W końcu mieli wolne. Z samego rana rozruch, czyli kilka mil nieustannego biegu z ekwipunkiem na plecach. O dziesiątej dwugodzinny wykład z majorem. Po skromnym obiedzie przyszła pora ćwiczeń na strzelnicy. Broń krótka, snajperska, a nawet współczesna broń biała, czyli omni-ostrze. Z tym ostatnim najlepiej radził sobie nieznany chłopcom rówieśnik o ciemniejszej karnacji skóry. Wołali na niego "latynos". W pistoletach krótkich najlepszy ze wszystkich był Tom Young. Instruktorzy chwalili go przede wszystkim za postawę przy oddawaniu strzału. Proste plecy, silne ramię. Nie strzelał na razie zbyt celnie, ale uspokajali go, że to przyjdzie z czasem. Michael wyróżniał się natomiast jeśli chodziło o karabiny snajperskie. Miał praktykę. W ciągu kilku ostatnich lat bywał z ojcem na polowaniach, a przynajmniej tak nazywał to ojciec. W lasach próżno było szukać dzikiej zwierzyny. Była już praktycznie wytępiona. Ojciec Michaela, Frank, chodził rano po lesie i rozstawiał cele. Najróżniejsze rzeczy, takie jak: różowy flaming z ogródka, stara kosiarka, sztuczny królik. Potem wracał w to miejsce z synem i sprawdzał jego umiejętności. Instruktorzy obozu byli pod wrażeniem nie tylko celności młodego Younga, ale i spostrzegawczości.

Wieczór był chłodny. Chłopcy siedzieli we czterech. Tom i Hamed palili papierosy. Nie mieli jeszcze siedemnastu lat, rodzice w Londynie na pewno by im zabronili, ale tutaj było swobodniej. Często zaopatrywali się w paczki i częstowali żołnierzy. W obozie byli bowiem nie tylko rekruci, ale także zwykli, szeregowi żołnierze. Wszystkie oddziały Przymierza miały przejść tygodniowe szkolenie pod okiem takich specjalistów jak Burgess, po czym wracały do walki. W ten sposób przez obóz pod Doncaster przewinęło się kilkuset ludzi, którzy za jedną bądź dwie paczki "czerwonych mocnych" byli gotowi podzielić się swoimi wrażeniami z misji. Tom i Hamed uwielbiali ich słuchać.

- Cholernie męczące te treningi - zaczął rozmowę Pavel - ale dobrze, że są wykłady. Można odespać - zaśmiał się.
- Nie mogę się doczekać, kiedy wyślą nas na front - powiedział Tom z zachwytem w głosie. - Chciałbym móc opowiadać naszym znajomym w Londynie takie historie, jakie słyszałem od tych weteranów. Poza tym nie mogę się już doczekać, żeby ubić getha. To znaczy powłokę he,he.
- Oj, ja też - Hamed dołączył do rozmowy, wypuszczając z ust kłęby papierosowego dymu. - Co myślicie o tym Burgessie? Widać, że facet nienawidzi gethów, ale czy nie macie wrażenia, że on jest troszkę...
- Niezrównoważony? - przerwał Michael Young. - Po tym, co ci ludzie przechodzą na froncie, niejednemu padłaby psychika. I pewnie nie jeden taki jak Burgess siedzi teraz w ośrodkach bez klamek, a ten facet uczy nas wszystkiego, co umie. Ja go podziwiam, ale ta nienawiść do gethów faktycznie bije w oczy. Z tego, co mówią w gazetach, to Saren jakoś je kontroluje.
- Sarenem to się nie przejmuj - skontrował Tom. - Shepard go dogoni i da nauczkę. Podobno jest już blisko. Pogłoski mówią, że ostatnio był na Noverii i siedzi temu zdrajcy na ogonie. Nasze zadanie to przygotować się na gethy i wybić je co do nogi.

Niedługo potem cała czwórka przyjaciół weszła do baraku, w którym spali wszyscy rekruci. Wyczerpani kolejnym ciężkim, rutynowym dniem, runęli do swych łóżek i zasnęli w mgnieniu oka. Właśnie mijały trzy miesiące ich szkolenia. Nie dostrzegali tego, ale z chłopców przemieniali się w mężczyzn. Gdyby porównać to jak wyglądali i zachowywali się przed obozem, a jak po tych dziewięćdziesięciu dniach, to mogliby się sami nie poznać. Szybcy, sprawni, silni i z wiedzą, którą już teraz przewyższali wielu z tych, którzy walczyli z gethami na różnych światach.

[center]*[/center]

Nazajutrz major Burgess zarządził zbiórkę na placu apelowym, od razu po porannym rozruchu. To była zaledwie trzecia zbiórka od czasu początku obozu. Za pierwszym razem poinformował ich, że siły Przymierza rozprawiły się z wielkimi siłami gethów na Feros, a spory udział w tym sukcesie miał komandor Shepard. Drugi apel dotyczył dyscyplinarnego usunięcia z obozu czterech chłopaków, którzy naruszyli obozowy regulamin i nocami wymykali się do miasta. Weekendowe przepustki należały się każdemu tylko raz na dwa miesiące. Michael Young został pozbawiony prawa do swojej. Gdy zapytał majora o powód, usłyszał, że "musi się jeszcze wiele nauczyć o gethach, a jego uwaga podczas wykładu była co najmniej nie taktowna. Musi nauczyć się posłuszeństwa i swojego miejsca w szeregu". Chłopak był bezradny. Przepustka była krótka, ale miał już plan jak ją spożytkować. Jeden dzień z rodziną na farmie, a drugi przeznaczony tylko i wyłącznie dla Amandy, dziewczyny, którą poznał niedługo wcześniej. Plany runęły w gruzach. Hamed, Pavel i Tom pojechali do Londynu i korzystali z dni wolnych. Rozgoryczony Michael poszedł na strzelnicę i przez kilka godzin strzelał z broni snajperskiej - "Modliszki". Resztę "wolnego" spędził czytając dość opasły tom - "Przyczyny konfliktu ludzko-turiańskiego". Podczas przepustki dla całej grupy nie były organizowane żadne zajęcia, dlatego też chłopak musiał sam zabijać czas.

Teraz, po powrocie reszty chłopaków z przepustki, apel Burgessa wskazywał, że znów stało się coś ważnego. Od samego rana mocno padało, plac apelowy stał się pełny błota. Rekruci byli tuż po rozruchu. Ich organizmy właśnie opuszczała adrenalina wywołana wysiłkiem fizycznym i niektórzy zaczęli trząść się z zimna.

- Witajcie, lenie - zaczął Burgess. Jego twarzy nie zdobiła przepaska na oko. Zwykle takową nosił. Tym razem jednak, dał wszystkim przyjrzeć się swojej strasznej ranie. Chropowata blizna przechodziła mu pionowo przez twarz, naruszając łuk brwiowy, niszcząc gałkę oczną i kończąc się na górnej części szczęki. - Dziś przybywa do nas ważna osobistość. Nasz obóz został wybrany jako najlepszy i przybywa do nad salariańskie Widmo - Jondum Bau.

Wśród zgromadzonych na placu zziębniętych rekrutów rozległy się przeróżne pomruki. Major usłyszał je i uśmiechnął się z satysfakcją. Deszcz padał na tyle długo, że spadające krople wpadały w coraz obszerniejsze kałuże i lekko zagłuszały przemówienie.

- Moja praca została doceniona i wspomniane Widmo ma wybrać jednego bądź dwóch z was, jako wystarczająco dobrych, aby polecieć z nim na Cytadelę i wspomagać w jego tajnych działaniach. Macie robić za specjalistów od gethów. Okazało się, że Rada Cytadeli bagatelizowała problem gethów i teraz mają za swoje. Mało kto wie tam, na co stać te przeklęte maszyny. Wy od kilku miesięcy uczycie się przede wszystkim o nich, więc nadeszła pora zbierać owoce. Dzisiejszy wykład i strzelnica anulowane. Wypastować buty galowe i włożyć mundury rekrutów. Do tej pory zakazałem wam je wkładać, bo nie sądzę, że jesteście ich godni, ale dziś mamy zrobić wrażenie. Wieczorem, o siódmej zero-zero, zjawi się tu salarianin. Macie być na sali wykładowej. Rozejść się!

Pomruki zamieniły się w odgłosy głośno wyrażanego niedowierzania. Zmarznięci rekruci pomaszerowali w stronę baraku. Tam, kolejno, brali prysznic i parzyli sobie ciepłą herbatę.

- Salariańskie Widmo, cholera jasna - krzyczał z zachwytem Hamed. - To jest nasza życiowa szansa. Jeden lub dwóch z nas. Super!

Jego kolega, Michael, nie podzielał zachwytu:
- Nie jesteśmy gotowi. Kilka miesięcy szkolenia, zero praktyki w walce, a oni liczą, że potężne Widmo będzie korzystać z rad nastolatków? Rada Cytadeli musi być strasznie zdesperowana.
- Ech, Michael, słyszałeś majora - włączył się Pavel, który uniósł głowę z nad swoich galowych butów. - Rada bagatelizowała problem, myśleli, że gethy to malutki problemik ludzkości, a tu okazuje się, że maszynki celują wyżej. Jeśli mają do wyboru walkę w ciemno lub poproszenie nas o pomoc, to ja rozumiem ich wybór. Nawet jeśli nie uważasz nas za gotowych, to jesteśmy bardziej gotowi niż jakikolwiek salarianin czy asari.

Tom słuchał dyskusji jednym uchem. Stał oparty łokciami o parapet i spoglądał przez okno. Miał nadzieje, że to on zostanie wybrany. Taka okazja może się trafić raz w życiu. Nigdy nie był na Cytadeli. Sądził, ze zasłużył na to jak nikt inny. Miał najlepsze wyniki prawie we wszystkich testach. Fizycznie był najlepszy. W egzaminach dotyczących taktyki przerastali go jego kuzyn Michael oraz Hamed. Tom sądził jednak, że jego kuzyn nie ma żadnych szans. Podpadł Burgessowi. Nawet jeśli salarianin będzie chciał wybrać Michaela, to major zaprotestuje. Bau, chcąc nie chcąc, uwierzy, bo sam o gethach wie niewiele, a Burgess to uznany autorytet. Wszystko wskazywało na to, że wybrańcem zostanie Tom. A może Bau będzie naciskał i wezmą obu kuzynów? To by było coś. Cała rodzina byłaby dumna - pomyślał.

Zbliżała się siódma. Cała szesnastka rekrutów prezentowała się okazale. Proste mundury wyglądały na bardzo zadbane. Chłopcy, którzy je nosili, nie byli członkami armii Przymierza. Jeszcze. Na zakończenie półrocznego szkolenia każdy z nich miał otrzymać stopień szeregowca. Kilku z nich wyglądało z niecierpliwością przez okno. Cały czas padało. W strużkach wody ściekającej po oknie odbijał się niewyraźny obraz lądującego promu. Wiedzieli, że musiało to być Widmo. Zobaczą na własne oczy prawą rękę Rady Cytadeli, a przynajmniej jedną z tych rąk. Ustawili się na baczność i czekali. Około minuty później na salę weszli major Burgess i niepozornie wyglądający salarianin. "To jest Widmo?" - pomyśleli. Major prezentował się nad wyraz elegancko. Prawą część twarzy przysłonił czarną chustą, a na jego mundurze Przymierza błyszczały dwa odznaczenia. Jedno za obronę Eden Prime, a drugie za odniesienie ciężkiej rany na placu boju.

- Oto moi rekruci, panie Bau. Proszę się przyjrzeć. Mam nadzieję, że zapoznał się pan z aktami, które przesłałem. Zapraszam na kolację przy której porozmawiamy o sprawie - powiedział major.
- Nie, panie majorze. Nie mam na to czasu - odrzekł Bau. - Obowiązki wzywają. Przyleciałem tylko po to, aby wybrać jednego z pańskich rekrutów. Czas nagli, więc kolację sobie daruję.

Burgess skrzywił się. Specjalnie w tym celu kupił przez ekstranet książkę o przysmakach i guście kulinarnym salarian. Tom w tym czasie przybrał podobny wyraz twarzy, jak jego przełożony. Skoro salarianin mówi o jednym rekrucie, to pewnie wypadnie na Michaela. To Widmo nie da sobie w kaszę dmuchać, więc pewnie nigdzie nie polecę - myślał coraz bardziej zniechęcony. Bau złożył ręce za plecami i przechadzał się w poprzek sali. Po chwili otworzył usta:

- Young, wystąp! - stanowczym głosem powiedziało Widmo.
Zarówno Tom jak i Michael wyszli przed szereg. Bau mocno się zdziwił.
- Który z was to Young, Tom Young? - zapytał Jondum Bau.

Tom odetchnął głęboko i z wielkim niedowierzaniem. Odpowiedział: - To ja, proszę pana!
- Mam nadzieję, że jesteś spakowany. Za piętnaście minut masz być na promie. Lecisz na Cytadelę, specjalisto od gethów - skończył Bau i wyszedł z sali, kierując się w stronę promu. Kilka sekund później wyszedł Burgess. Chwilę potem wszyscy koledzy gratulowali Tomowi, ściskali mu dłoń i życzyli powodzenia. Podczas tego obozu wykształciły się między nimi mocne więzi koleżeństwa. Wszyscy mieli świadomość, że wybrany zostanie któryś z Youngów. Kiedy Tom wyrwał się z uścisków kolegów, ruszył do baraku i zaczął się pakować. Niedługo po nim wszedł Michael. Byli sami.

- Gratuluję ci, bracie. Zasłużyłeś sobie na to - powiedział, po czym objął serdecznie swojego kuzyna.
- Twój czas też nadejdzie.

Tom chwycił skromny plecak i pobiegł w stronę promu. Jego kuzyn stanął w drzwiach baraku i zapalił papierosa, pierwszego w swoim życiu. Deszcz lał niesamowicie. Kiedy prom oderwał się od ziemi, Michael poszedł do biura majora Burgessa.

[center]*[/center]

Major siedział przy drewnianym biurku, racząc się czerwonym winem i próbując salariańskich przysmaków. Wejście Younga nie zaskoczyło go.
- Ha, jesteś. Co? Nie możesz uwierzyć, że Widmo wybrało kogoś innego? - spytał.
Michael dostrzegł na biurku reflektor, mogący zmieścić się w dłoni.
- To tak zwane "światełko getha", tak? Część, która według pospolitych żołnierzy odpowiada za jego wzrok?
- Owszem - odpowiedział Burgess. - Jednak czegoś cię nauczyłem.

Rekrut poczuł niesmak. Przecież to tak, jakby po zabiciu turianina trzymać na biurku jego uciętą głowę. Geth to nie organik, wiadomo, ale wrażenie było nieodparte.
- Nie przesłał pan mu moich akt, prawda? - spytał. W odpowiedzi usłyszał prychnięcie i zobaczył niemiły uśmiech na twarzy dowódcy. - Widmo dostało akta tylko jednego Younga, dlatego na początku nie podało imienia. Pan, panie majorze, myślał, że powie "Tom Young", a ja niczego nie zobaczę i nie zorientuję się, co pan zrobił.
- Nie możesz zrozumieć, inteligenciku, że Tom bardziej nadawał się do tej roboty? Aż tak bardzo chciałbyś pozbawić kuzyna życiowej szansy? Wracaj do swoich książek, a strzelać powinni ci, którzy mogą zabić na krótki dystans, taki, na jakim ja straciłem oko. Wiem, że twój kuzyn odstrzeliłby temu gethowi łeb. Ja nie byłem tak mocny z pistoletem. Ale jak chlasnął mnie w twarz, to wpadłem w taki szał, że powaliłem go na ziemię i gołymi rękami wyrwałem wszystkie kabelki, jakie tylko miał. Myślisz, że ty byłbyś w stanie?
- Rezygnuję, majorze - odpowiedział Young.
- Za miesiąc kończy się szkolenie. Zostaniesz szeregowcem i będziesz mógł prosić o przydział do jakiejś jednostki. Wystarczy, że przemęczysz się ze mną jeszcze trzydzieści dni. Nie warto? Wyróżniasz się, racja. Z pewnością za jakiś czas znajdziemy ci coś ciekawego do roboty - zaśmiał się głośno.

Young wyszedł bez słowa. Jego wargi drżały ze złości. Po powrocie do baraku próbował spać, ale nie mógł się zmusić. Całą noc przeleżał, patrząc w sufit.

[center]*[/center]

Kolejnego dnia, po porannym rozruchu, cała grupa jadła śniadanie na stołówce. Nagle w obozie zaczęło się zamieszanie. "Przyjechało jakieś auto. Podobno z kimś ważnym". Jakkolwiek ważny by ten ktoś nie był, to na pewno nie był tak ważny jak Widmo - myślał Michael. Okazało się, że gościem był nowo mianowany major - niejaki Coats.

Na początku wykładu Burgess, również major, przedstawił swoim rekrutom gościa. Patrzył na niego z wyższością. Nie odnosił się do niego na "pan", jak do Widma. Coats zdawał się ignorować zachowanie gospodarza. Przed wykładem obaj wojskowi spędzili godzinę na rozmowie w biurze.

- Jaki jest powód twojej wizyty, Coats? - lekceważącym tonem powiedział Burgess.
- Jestem tu, bo potrzebuję dwóch ludzi na misję. Pana ośrodek został mi polecony. Słyszałem, że pana rekruci sporo wiedzą o gethach, szeroko pojętej technologii i nowoczesnej wojnie. Proszę polecić mi dwóch swoich podopiecznych. Najlepszych, takich, którzy nie zawiodą. Lecimy na Księżyc. Straciliśmy łączność z kilkoma bazami. Istnieje podejrzenie, że za atakiem stoją gethy.
- Gethy na Księżycu?! Jasna cholera - krzyknął wyraźnie zdenerwowany Burgess. - Jakim cudem? Przecież to rzut beretem od nas.

Coats spostrzegł, że jego rozmówca zaczął się pocić, a jego ręce trzęsły się. Wyglądało, że powróciły do niego jakieś traumatyczne wspomnienia. W końcu udzielił odpowiedzi.
- Najlepszych? - mówił drżącym głosem. - Young... Michael i Hamed Al Jilani.

Dwie godziny później Michael i Hamed odjeżdżali autem wraz z majorem Coatsem. Lecieli na swoją pierwszą misję.

[center]***[/center]

19 czerwca, 2186, Londyn.

Hamowanie obudziło Michaela. "Lotnisko Heathrow" - zabrzmiał aksamitny damski głos z głośników. Ruch był niewielki. Większość samolotów była odwołana z powodu strajku, ale Angielskie Towarzystwo Dziennikarskie wynajęło czarter, na który właśnie wchodziło ponad stu dziennikarzy i operatorów.

- Siemka, bracie. Jak się masz? - powiedział czarnoskóry Robert, operator "London Daily". Gazeta gazetą, ale firma miała też świetnie prosperujący portal ekstranetowy, na który wrzucała wywiady czy filmy. Na nadgarstku Roberta widniała cienka zielono-żółto-czerwona opaska, na ramiona opadały długie, czarne jak noc, dredy, a z słuchawek, uwieszonych u jego uszu, brzmiała piosenka:

If you know your history
Then you would know where you're coming from
Then you wouldn't have to ask me
Who the 'eck do I think I am
*

-----------------------------------
Zapraszam do wyrażania opinii na temat "Siły Wiary" :-D .
* Słowa pochodzą z piosenki "Buffalo soldier" Boba Marleya.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 31 gru 2013, 02:57

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK III
[/center]


10 czerwca, 2184, doki Cytadeli.

Tom Young, młody pomocnik Widma, opierał się plecami o ścianę w opuszczonym doku. W prawej dłoni trzymał pistolet. Starał się uspokoić przyspieszony oddech w sposób, jakiego uczyli go w obozie pod Doncaster. Powolne, głębokie wdechy. Patrzył na swój omni-klucz. Wciąż nie było sygnału. "Czy coś było nie tak?" - zastanawiał się w duszy. Ostrożnie wyjrzał zza rogu i zobaczył to, czego się spodziewał. Czterech najemników ładowało spore beczki na pokład promu. Dwóch kolejnych stało na straży i patrolowało okolice. Tego już w planie nie było. Wywiad nawalił. Jeden z nich właśnie zbliżał się do Younga i trzeba było improwizować. "Czemu nie ma tego sygnału, do jasnej cholery. Jeśli zaraz go nie dostanę, to mnie namierzą" - myślał. Jeden z patrolujących oparł się plecami o ścianę tuż za rogiem, przy którym był Tom. Nagle omni-klucz zamigotał. Człowiek wiedział, co robić. Wychylił się zza rogu i błyskawicznie strzelił zaskoczonemu najemnikowi w głowę. Krew obryzgała lekki pancerz strzelca. Chwilę później rzucił granat dymny w stronę promu, na który ładowano kontrabandę, a następnie wystrzelił trzykrotnie w drugiego z patrolujących. Dwa trafienia w głowę zlikwidowały wroga. W ostatnich miesiącach zdecydowanie poprawił swoją celność. Young słyszał odgłosy walki, dochodzące z kłębów dymu. Kilka wystrzałów, błysk omni-ostrza. Wszystko ucichło, a z mgły wyłonił się Jondum Bau - salariańskie Widmo. Szybkim krokiem podszedł do beczek, znajdujących się już na promie. Kiwnął głową w stronę pomocnika, aby ten dołączył do niego. Bau sprawdził jeden z pojemników.

- Czerwony piasek, tak jak myślałem - powiedział Bau z satysfakcją w głosie, spoglądając na zawartość. Po chwili dodał: - Dobrze się spisałeś, Young. Bez ciebie mogłoby nie pójść tak łatwo. Nie przewidziałem tych dwóch patrolujących. Ładnie ich zdjąłeś, gratuluję. Będzie trzeba jeszcze raz sprawdzić moje źródła. Może zmienić, skoro zaczynają zawodzić.
- Dzięki, szefie - krótko ostrzyżony blondyn uśmiechnął się radośnie. Salarianin rzadko go chwalił.

Bau zawiadomił SOC. Parę minut później na miejscu był już patrol Służby Ochrony Cytadeli i zajął się zabezpieczaniem ładunku. Widmo oraz Young wsiedli do swojego promu i polecieli w stronę Prezydium.

Tom Young początkowo był "specjalistą od gethów", ale po miesiącu od jego przybycia na Cytadelę wojna dobiegła końca. Wciąż walczono z niedobitkami, ale główne siły maszyn zostały zniszczone przez ludzką Piątą Flotę pod przewodnictwem admirała Hacketta i komandora Sheparda. Young był w tym czasie na planecie Sur Kesh - stolicy salarian, gdzie zdobywał wiedzę inną niż w Doncaster. Bau uczył go salariańskich technik bojowych, które szły bardziej w stronę szpiegostwa i uderzeń prewencyjnych niż otwartych konfliktów. Służył u boku Widma już kilka miesięcy, ale wciąż zachwycał się Cytadelą, wyjątkową stacją kosmiczną, umieszczoną w Mgławicy Węża. Mieszkały na niej miliony istot różnych ras. Wciąż trwała odbudowa zniszczeń wojennych, co nie ujmowało uroku temu miejscu. To tutaj Young po raz pierwszy w życiu zetknął się z asari, vorchami, volusami i wieloma innymi rasami. To miejsce było centrum życia galaktycznego i siedzibą Rady Cytadeli, ciała wykonawczego złożonego z, do niedawna, trójki radnych: asari, turianina i salarianina. Po uporaniu się z gethami i zbuntowanym Widmem - Sarenem - do Rady dołączył przedstawiciel ludzi - Donnell Udina. W tej chwili prom zmierzał właśnie do Wieży Prezydium, siedziby radnych. Bau wyciągnął zza paska swój pistolet, podał Youngowi i kazał wrzucić do schowka umieszczonego na prawych drzwiach. Asystent wykonał polecenie, ale jego wzrok zatrzymał się w głębi schowka, na pliku dokumentów zatytułowanych "CERBERUS". Wiele słyszał o tej organizacji, więcej złego niż dobrego. Był zaintrygowany, musiał spytać.

- Panie Bau, te dokumenty... Czy współpracuje pan z Cerberusem? - spytał, nie mogąc zamaskować swojego zdziwienia.
- Owszem - odpowiedział salarianin, zachowując kompletny spokój i nie poruszając się nawet w najdrobniejszy sposób.
- Ale ja słyszałem o nich wiele historii. Kiedyś dbali o interesy ludzkości, potem zaczęli być zbyt radykalni. Teraz na mojej planecie nazywa się ich terrorystami. Jak Widmo może współpracować z kimś takim?

Jondum Bau, doświadczony żołnierz, zaśmiał się szczerze. Skręcił promem w prawo. Rozmowa sprawiła, że prawie przegapił miejsce.

- Jesteś jeszcze bardzo naiwny, człowieku. Wierzysz, że świat jest czarnobiały, a ludzie dzielą się tylko na dobrych i złych. Słuchaj i ucz się. Wszystko jest mniej lub bardziej szare. Mówiłeś mi ostatnio, że chciałbyś zostać Widmem, ale widzę wyraźnie, że nie wiesz, z czym to się wiąże. Widma istnieją po to, aby Rada nie musiała brudzić rączek. Oni mają być krystalicznie czyści, a i tak kiepsko im to wychodzi. Widma załatwiają za nich różne sprawki, o których potem nie słyszy opinia publiczna. A Cerberus? Oni są bardzo szarzy, ale są też wiarygodnym źródłem informacji pod warunkiem, że ładnie się im zapłaci. Dziś nieco mniej wiarygodnym, zdaje się. Informowali o czwórce najemników, a nie o szóstce. Ich inne działania mnie nie interesują. Mam swoje zadania do wykonania i każda informacja jest na wagę złota. Rady nie obchodzi, jak je uzyskuję. Liczy się efekt, a ten dzisiejszy bardzo im się spodoba.

- Nie lepiej pozyskiwać informacje od Handlarza Cieni? - spytał Tom. Wiele nauczył się podczas pobytu na Cytadeli. Każdy, kto chciał zdobyć jakieś wartościowe informacje, zgłaszał się do jednego z agentów Handlarza. Ceny były wysokie, ale efekty pewne.

- Nie można ślepo wierzyć wszystkim. Można za to trochę wszystkim nie wierzyć. Raz brać od tego, raz od tamtego, nie uzależniać się. Macki Handlarza Cieni wydają się w tej chwili sięgać dalej niż łapska twojego Cerberusa. Z tego powodu ostatnio wolę pozyskiwać dane od tych drugich. Jednak po dzisiejszych wydarzeniach, nie wykluczam zmiany w najbliższym czasie.

Prom dotarł na miejsce. Bau delikatnie wylądował na jednym z tarasów parkingowych. Nakazał swojemu podopiecznemu czekać, podczas gdy on spotka się z Radą i zda raport z misji. Zwykle Tom był rozczarowany takim pomijaniem go, ale tym razem nie protestował. Chciał zajrzeć do teczki. Bau poszedł, drzwi zasunęły się za nim, a Young wskoczył do promu, otworzył schowek i zaczął przeglądać zawartość dokumentów. Okazuje się, że współpraca Bau i Cerberusa datuje się już na kilka lat wstecz. Najczęściej wymieniane nazwiska w dokumencie to: Kasumi Goto, Keiji Okuda i Donovan Hock. Oczy Toma otworzyły się szerzej, kiedy ujrzał informację o... komandorze Shepardzie. Informację nową, sugerującą, ze komandor żyje, a przecież wiadome było, że poległ podczas walk z gethami, gdzieś na pograniczu. Opinia publiczna zapomniała o komandorze. Media uległy naciskom władz, którym - nie wiedzieć czemu - najpierw zależało na zatajeniu śmierci Sheparda, a teraz chyba na ukryciu faktu jego przeżycia... Widma i ich współpracownicy mieli jednak dostęp do informacji takich, jakie widział teraz Young. A co widział?

"Szanowny Panie Bau.

Zgodnie z Pańską prośbą, rozpoczęliśmy poszukiwania złodziejki Kasumi Goto. Zaczęliśmy działać od razu po otrzymaniu przelewu. Na chwilę obecną ustaliliśmy, że wspomniana przestępczyni, mimo tego, że doskonale maskuje swoje ruchy, ma jedną słabość. Jest nią niejaki Keiji Okuda - swoją drogą uznany haker. Ta dwójka ma jakieś niewyjaśnione sprawy z Donovanem Hockiem - mieszkającym na planecie Bakenstein "przedsiębiorcą" - jeśli wie Pan, co mam na myśli. Aktualnie jesteśmy w fazie sprawdzania o jakie sprawy chodzi.

Ps. Odnośnie Pańskiego zapytania o komandora Johna Sheparda... Tak, komandor jest pod naszą opieką w jednym z naszych tajnych ośrodków. Zdradzamy Panu tę informację tylko daltego, że liczymy, że nasza owocna współpraca zacieśni się jeszcze bardziej.

Pozdrawiam, Miranda Lawson, oficer Cerberusa."


Young był zszokowany. Komandor żył? A skoro wiedział o tym Bau, to musiała wiedzieć Rada i Przymierze, a jednak wszystko zostało zatajone. Największy bohater ludzkiej floty przeżył, a dowództwo ma go gdzieś? Do tego jedynymi, którym zdaje się zależeć na jego losie są "terroryści" z Cerberusa?! Młody mężczyzna nie miał pojęcia, co myśleć. Pośpiesznie wrzucił dokumenty do schowka i zamknął go. Starał się uspokoić, bo Bau właśnie wsiadał do promu. Salarianin dostrzegł zachowanie podwładnego.

- Wszystko w porządku, Young? Wyglądasz kiepsko - powiedział z autentyczną troską.
- Tak, po prostu muszę się przespać. Tych dwóch najemników i mnie zaskoczyło - kłamał. Namierzył ich i zdjął przecież obu w ciągu trzech sekund.
- Odstawię cię do domu - salarianin zakończył rozmowę i wzniósł prom ku górze, kierując go w stronę okolicy, w której mieszkał Young.

[center]*[/center]

Był wieczór, a może lepiej powiedzieć - "robił się" wieczór. Na większości Cytadeli rytm dnia i nocy był czymś zupełnie umownym. W Okręgach, odchodzących od Prezydium, cały czas panowała "noc". Oczywiście nie brakowało oświetlenia. W samym Prezydium postarano się jednak odwzorować dobę w sposób jak najbardziej przypominający ten naturalny. W końcu Cytadela wisiała w przestrzeni, więc nie krążyła wokół żadnej gwiazdy. W każdym razie była już najwyższa pora na sen, szczególnie po tak ciężkim dniu. Tom mieszkał w niewielkim apartamencie w Prezydium. Inni mieszkańcy okolicy, zamożni kupcy bądź politycy, dziwili się obecności siedemnastolatka bez opiekunów. Na życie w tym miejscu trzeba było sobie zasłużyć. Youngowi nie zależało na poznaniu tych ludzi. Zresztą, co miał im powiedzieć? Że jest asystentem Widma? Pewnie by go wyśmiali, poza tym, ta informacja była tajna. Wszedł do kuchni swojego mieszkania. Otworzył lodówkę i chwycił sok pomarańczowy. Wypił kilka łyków, po czym odstawił karton z powrotem i wszedł do salonu, gdzie uruchomił wideokomunikator. Był umówiony z kuzynem.

- Hej, bracie - powiedział do bruneta, który łączył się z nim z Londynu. - Co słychać?
- Siemasz, Tom. U nas wszystko w normie. Dalej pomagam ojcu, odprowadzam siostrę do przedszkola, a mama zmusza mnie, żebym chodził z nią do kościoła - zaśmiał się Michael Young.
- Gadaj, co u ciebie? Jak tam sprawy z Amandą - Tom uniósł zawadiacko brew. Jego kuzyn dostrzegł to.
- Amanda... jest wyjątkowa. To chyba coś na dłużej, a przynajmniej chciałbym, żeby tak było. Spotykamy się, wszystko idzie do przodu. W "London Daily" dali mi parę zadań do wykonania. Nawet opublikowali kilka moich artykułów. Ale, ale, powiedz co u ciebie? Co słychać na tej wspaniałej Cytadeli, specjalisto od gethów? Wojna się skończyła, a ty dalej tam siedzisz.

Tom zamyślił się. Miał być specjalistą od gethów, doradzać, a po kilku miesiącach stał się zaufanym pomocnikiem Widma. Od czasu ich współpracy skuteczność Bau znacznie wzrosła, chociaż niewielu wiedziało, że pewien młody człowiek o ciemnych blond włosach ma w tym spory udział. Działania Widma były utajnione. Akcje jego asystenta były tylko echem jego czynów, które i tak przypisywano Bau. Podczas pierwszych tygodni na Cytadeli myślał, że odsłuży trochę jako specjalista, a potem wróci na Ziemię. Będzie bardziej doświadczony, szanowany, może dostanie awans i zadomowi się w wojsku na dłużej. Teraz, po zapoznaniu się z teczką Cerberusa, był zagubiony.

- Miałem ciężki dzień, bracie. Pracowałem w dokach. - Nie mógł otwarcie dyskutować o swoich działaniach, więc starał się po prostu nie kłamać. Kuzyn zawsze rozpoznawał, kiedy Tom nie mówił prawdy. - Wybacz, ale dziś nie mam siły na dłuższą pogaduchę. Umyje się i idę spać. Następnym razem opowiesz mi w końcu o tej swojej akcji na Księżycu, bo jakoś do tej pory nie było okazji, a przecież minęło już parę miesięcy. Wiem, wiem, to tajne, ale przecież jestem pomocnikiem Widma, heh. Pozdrów wszystkich. Trzymaj się.

Po rozmowie Young wziął prysznic. Owinął się ręcznikiem od pasa w dół i zamierzał włączyć telewizję. W tej samej chwili ponownie odezwał się komunikator, co oznaczało rozmowę przychodzącą.

[center]*[/center]

Miranda Lawson nie czekała długo na odzew. Po chwili pojawił się obraz. Młody, krótko ostrzyżony blondyn, opasany w pasie skromnym ręcznikiem. Miał rozbudowaną muskulaturę, widać było, że sporo nad nią pracował. Drugim ręcznikiem wycierał właśnie głowę. Krople wody powoli ściekały po mięśniach jego brzucha, zarysowując je jeszcze mocniej. Ostatnie promienie światła wdzierały się przez żaluzje i zdobiły jego ciało intrygującą grą światło-cieni. Miranda przyglądała się rozmówcy. Zapomniała, że i on ma obraz. Zrozumiała, że musiała mieć bardzo głupią minę. W końcu odezwała się:

- Jesteś Tom Young, prawda? Szeregowiec w wojskach Przymierza, pomocnik Widma Bau - powiedziała pewnym głosem, traktując swoją wypowiedź jak pytanie retoryczne, które miało po prostu rozpocząć rozmowę.

Młody mężczyzna przestał wycierać głowę. Jego twarz wyrażała zaskoczenie, wręcz lęk. Miranda zrozumiała, że ma do czynienia z niedoświadczonym młokosem, który boi się, że został zdemaskowany i wpadł w jakiejś kłopoty. Kontynuowała:

- Nie obawiaj się. Nazywam się Lawson, jestem z organizacji, która mocno cię dziś zainteresowała. Chyba nawet wiem, dlaczego. - Czekała na jego reakcję.
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedział, próbując brzmieć wiarygodnie. Gdyby Miranda była nowicjuszką, dałaby się nabrać, ale nie była. Poza tym wiedziała, że czytał akta w promie Bau. Był w nich czujnik DNA, który alarmował Cerberusa, kiedy tylko po dokumenty sięgał ktoś inny niż salarianin.
- Słuchaj, jesteś wyraźnie zainteresowany tymi aktami. Wiemy już o tobie co nieco. Z pewnością nie interesowała cię ta kleptomanka Goto, chyba że masz pociąg do mangi i Japonek. Chcesz wiedzieć więcej o Shepardzie, tak?

Young zarzucił trzymany w dłoniach ręcznik na szyję i skrzyżował ręce.
- Rozumiem, że jesteś tą Lawson z Cerberusa? Powiedz mi, po co ukradliście ciało Sheparda Przymierzu? - odpowiedział stanowczo, z pretensją w głosie.
Miranda roześmiała się. Nie było w tym śmiechu niczego sztucznego. Young mocno się speszył.
- Ukradliśmy? - odpowiedziała zdumiona. - Proszę cię, chłopcze. Twoje kochane Przymierze porzuciło swojego wielkiego bohatera przy pierwszej okazji. Był dla nich zbędnym balastem. Wykorzystali go, żeby pokonać gethy, a kiedy to zrobił, wysłali go jak najdalej mogli. Tam stało się coś, co było im bardzo na rękę. Shepard został zaatakowany i poległ.
- Sugerujesz, że Przymierze albo Rada zorganizowały zamach na komandora? - obruszył się Tom. Ręcznik, którym był obwiązany, zaczął się zsuwać z bioder. Na szczęście, nieporadnym ruchem, zdążył w porę go złapać.

- Niczego nie sugeruję - uśmiechnęła się, widząc próby osłonięcia męskości, które podejmował Young. Kiedy sobie poradził, kontynuowała: - Ja tylko podałam ci fakty. Podam jeszcze trochę. Dostajesz je zupełnie za darmo. Powiedzmy, że to przez twój pokaz z przed chwili. Twój kumpel, Bau, musiał za nie słono zapłacić. Shepard został pozostawiony samemu sobie na zupełnie odosobnionej planecie. W wyniku różnych perypetii mój szef zdołał go, że tak powiem, zdobyć. W tej chwili pracujemy z całych sił, aby wyzdrowiał i znów działał dla dobra ludzkości.
Young nie wiedział, co myśleć. Słowa kobiety ubranej w biało czarny strój brzmiały wiarygodnie. Nie wyglądało to na kłamstwa.

- Chcesz mi powiedzieć, że Cerberus, organizacja znana z terroryzmu, rasizmu, ksenofobii i nieetycznych eksperymentów, chce uratować człowieka, który swego czasu nie tylko niepochlebnie się o niej wypowiadał, ale i zniweczył pare waszych planów? Tak, wiem o tym. Zaleta współpracy z Widmem. - Young był zadowolony ze swojej wypowiedzi. Sądził, że trafił w czuły punkt.

Lawson kiwnęła tylko głową z rezygnacją i zeszła z wizji. Tom myślał, że oznacza to koniec rozmowy. Chwilę później na ekranie pojawił się jednak szczupły człowiek w prostym, choć bardzo eleganckim garniturze. W dłoni trzymał szklankę, zapewne z alkoholem.

- Nie zamierzałem rozmawiać z tobą osobiście - odezwał się nieznajomy, a jego oczy wydawały się błyszczeć delikatnym, niebieskim światłem. Young pomyślał, że to usterka w połączeniu - ale chyba nie mam wyboru. Jedynym celem Cerberusa od zawsze było dobro ludzkości. Nie mam czasu na zbijanie wszystkich twoich śmiesznych argumentów, więc skupię się na jednym. Nieetyczne eksperymenty? Dzięki nim właśnie twój idol, Shepard, ma szansę na zmartwychwstanie. Gdyby nie te eksperymenty, to nie mielibyśmy szans go ocalić. Twoje Przymierze nie tylko zbagatelizowało jego śmierć, ale też wyciszyło tę informację. My ratujemy komandora, bo wierzymy, że jest naturalnym liderem i doceniamy to, co osiągnął. Twoje postępy śledzimy natomiast od kilku miesięcy. Są obiecujące.

- Nie przyłączę się do was, jeśli o to ci chodzi - odpowiedział Tom, ale zrobił to mało przekonująco, ponieważ czuł charyzmę, bijącą od postaci swojego rozmówcy.
- Ależ ja ci tego nie proponuję - odpowiedział tajemniczy człowiek, zaskakując Younga. - Dla mnie pracują tylko najlepsi, więc na taką ofertę trzeba sobie zasłużyć. Proponuję ci coś innego. Jeśli chcesz przekonać się, że walczymy o Sheparda i zależy nam na nim, staw się jutro w doku D28. Godzina ósma rano. Będzie tam nasz agent. Jeśli się pojawisz, to obiecuję ci, że uwierzysz w to, co mówię.

Mężczyzna nie czekał na odpowiedź, po prostu się rozłączył. Young wrócił do wycierania głowy, w której kotłowało się od myśli. "Może to Cerberus walczy o ludzkość, a Przymierze pogubiło się w swoich działaniach?" - zastanawiał się.
Tom założył bokserki i wskoczył pod cienką kołdrę. Zastanawiał się, czy następnego dnia iść do doków.

[center]*[/center]

- Naprawdę sądzisz, że on może się nam na coś przydać? - powiedziała Miranda Lawson do odwróconego plecami szefa. - Zauważyłam, że kiedy ujawniłam mu, co o nim wiemy, przestraszył się jak pięciolatek, którego nakryto na kradzieży cukierków.

Mężczyzna usiadł na fotelu i odwrócił się w stronę rozmówczyni. Za nim widać było wielką gwiazdę pulsującą ognistą czerwienią.
- Nie oceniasz zbyt pochopnie, Mirando? Pamiętam, że kilka lat temu nie różniłaś się za bardzo od niego. Chłopak ma potencjał i umiejętności. Większość, z ostatnich zasług Bau, to tak naprawdę jego robota. Salarianin za bardzo koncentruje się na tej złodziejce, Goto. Tropcie ją powoli, ale nie dawajcie mu namiarów. Ona też może nam się przydać. Wracając do sprawy, musimy wykorzystać to, że Young nic z tego nie ma. Musi się poczuć niedoceniony. Zapewne niedługo powróci na Ziemię. Wyślij kilku naszych agentów. Niech rozpuszczają w kręgach Przymierza pogłoski o jego współpracy z Cerberusem. Musimy się upewnić, że nie znajdzie pracy w Przymierzu, a wtedy... - Podniósł do ust szklankę z ciemnym napojem i napił się.

- Wtedy sam zwróci się do nas - dokończyła Miranda, kiwając głową z podziwem.

------------------------------------------------
Zachęcam do wyrażania Waszych opinii .
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 31 gru 2013, 03:01

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK IV
[/center]

Dzień przed rozpoczęciem wojny, 2186.

Samolot leciał już dwie godziny. Michael niedawno skończył wymianę wiadomości ze swoim kuzynem na jednym z portali społecznościowych. Chciał się upewnić, że Tom odstawił jego Hondę na przegląd. Niespodziewany wyjazd sprawił, że nie mógł zrobić tego sam. Poza tym spytał, co nowego u kuzyna. Okazało się, że wciąż nie mógł dostać pracy w wojsku, chociaż starał się o nią od kilku miesięcy. W międzyczasie pracował w fabryce mebli, aby utrzymać mieszkanie i swoją schorowaną babcię, którą opiekował się od śmierci rodziców pięć lat wcześniej. Początkowo Frank Young wspierał bratanka, ale ten, po powrocie z Cytadeli, nie chciał już takiej pomocy i uprzejmie odmawiał, kiedy tylko ktoś ją oferował. Międzyczas zamieniał się jednak w wieczność i po samej treści rozmowy można było wyczuć, że Tom jest bardzo sfrustrowany. W drugiej wiadomości Young wysłał Hamedowi dane, które zdobył na temat strajków komunikacji miejskiej w Londynie, aby ułatwić pracę przyjacielowi i Darrenowi, na których spadł ciężar zrobienia materiału.

Michael raz na jakiś czas spoglądał za okno, za którym widać było tylko bezkresny Atlantyk, więc szybko wracał do książki, którą ze sobą zabrał. Obok niego siedział Robert, fan muzyki reggae i Boba Marleya - artysty, który działał w XX wieku i był swego rodzaju ikoną. Również teraz słuchał jednej z jego piosenek i kiwał rytmicznie głową. Michael Young zastanawiał się, jakim cudem w ogóle się tu znaleźli. Robert, mimo swej powierzchowności, zdobył uznanie w swojej niedługiej karierze operatora, ale Michael? Szef sądził, że sama obecność w tym samym miejscu, w jakim był komandor, wystarczy, aby w Vancouver nawiązać jakiś kontakt. Tym miejscem był Księżyc. Problem polegał na tym, że Shepard był tam dzień przed praktykantem "London Daily", który wtedy był zwykłym zaopatrzeniowcem, ponieważ, z racji wciąż nie zakończonego szkolenia w Doncaster, nie miał jeszcze stopnia wojskowego. Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia.

[center]***[/center]

2 kwietnia, 2184, wojskowe lotnisko, Birmingham.

Niedługo po przyjeździe na pilnie strzeżone lotnisko Przymierza, Coats skierował Hameda i Michaela do głównego budynku w ośrodku i kazał iść do sali numer 4, nie tłumacząc powodu. Musiał nie wiedzieć, że są zupełnie "zieloni". Młodzi rekruci posłusznie wykonali polecenie i weszli do głównej sali. Pomieszczenia były umieszczone w bardzo jasny sposób - parzyste po lewej, nieparzyste po prawej - i po chwili znaleźli się przy pokoju czwartym. Drzwi były otwarte, więc weszli.

W środku siedziała otyła brunetka w średnim wieku. Miała na sobie granatową marynarkę w starym stylu. Spodziewała się ich. W pokoju znajdowało się skromne biurko z obrotowym fotelem, wyglądającym na bardzo wygodny. Za nim, pod ścianą, znajdował się rząd estetycznie zaprojektowanych, metalowych szafek. Niektóre były otwarte, a wystawały z nich sterty papierów, psując efekt. "Jak widać, cyfryzacja w XXII wieku wcale nie jest tak rozpowszechniona, jak by się mogło wydawać" - pomyślał Young. Naprzeciwko biurka były dwa zwykłe, metalowe krzesła. Kobieta wykonała gest otwartą dłonią, wskazując na nie.

- Usiądźcie - powiedziała, wyciągając z szuflady kilka dokumentów z pieczęcią Przymierza. Sama również rozsiadła się wygodnie na swoim fotelu. - Szybciutko do rzeczy, bo zaraz macie odlatywać. Tutaj macie wasze ubezpieczenie, które podpisujecie, aby rodziny otrzymały piętnaście tysięcy kredytów w wypadku waszej śmierci podczas tego zadania.

Przyjaciele spojrzeli na siebie z przerażeniem.
- Słyszeliśmy, że to raczej rutynowa misja. Czy to konieczne? - spytał Hamed.
- Słuchaj, żołnierzu - odpowiadała z przyzwyczajenia, nie zważając na brak stopnia wojskowego u rozmówców. - Jeśli nie chcesz, aby w przypadku twojej śmierci rodzina była w stanie kupić ci ładną trumnę, to nie podpisuj. Pod drugim świstkiem podpisujecie się, przysięgając, że nigdy i nikomu nie zdradzicie celu i przebiegu misji, na którą aktualnie wyruszacie. To standardowa procedura podczas misji tego pokroju, więc nie róbcie problemów, bo przez was już jestem spóźniona na przerwę... - skończyła niemiło. Koleżanki urzędniczki z pewnością na nią nie czekały i już rozpoczęły pochłanianie codziennej dawki kawy, urozmaicanej porcją soczystych plotek na temat mężów, kochanków, czy nowego odcinka popularnej telenoweli.

"Misje tego pokroju?" - zdziwili się. Popatrzyli na siebie ponownie i bez zwłoki chwycili długopisy, podpisując oba świstki. Dopiero teraz zrozumieli, że ruszają na prawdziwą misję. Do tej pory tylko uczyli się wojska, a teraz przekraczali granicę. Niby tylko jako pomoc, może nawet bez broni, ale jeśli natkną się na jakiegoś wroga, to ten z pewnością nie oszczędzi ich dlatego, że nie są oficjalnie we flocie Przymierza.

Chwilę później, dwaj zdezorientowani rekruci wyszli z sali numer cztery. Tuż za nimi wybiegła urzędniczka i zamknęła drzwi, przykładając niewielką kartę do czujnika przy klamce. Niezwłocznie po usłyszeniu piknięcia, które oznaczało zamknięcie pokoju, pobiegła w stronę kantyny. "Przyda jej się. Może zrzuci kilogram albo dwa" - pomyślał złośliwie Hamed. Dwóch przyjaciół wyszło przed budynek. Major Coats dostrzegł ich i nakazał wejście do promu stojącego najbliżej nich. Wystartowali bez zwłoki. Michael rozejrzał się. Obok niego, Hameda i Coatsa - dowódcy misji - siedziało dziewięciu żołnierzy w pełnym opancerzeniu. Zza ich pleców wystawały przeróżne rodzaje karabinów szturmowych, strzelb i pistoletów maszynowych. Major zobaczył zaniepokojenie najświeższych rekrutów.

- Jestem wam dwóm winny małe wyjaśnienia, ale nie mamy na nie za dużo czasu. Więc w skrócie: kilka baz na Księżycu przestało odpowiadać. Mieliśmy polecieć tam i rozwiązać problem. Okazało się jednak, że ktoś już się tym zajął. Ten ktoś nie miał jednak czasu, aby po sobie posprzątać, więc lecimy tam, żeby zebrać wszelkie możliwe dane. Raporty z ostatniej chwili mówią, że to nie gethy były napastnikami, więc może się okazać, że lecicie na próżno. Liczę jednak na to, że gethy nie są jedynym, na czym się znacie. Miał tam miejsce bunt sztucznej inteligencji. Daję wam więc nowe zadanie. Macie dbać o odpowiednią liczbę pochłaniaczy ciepła przy każdym z nas. Teoretycznie szykuje się łatwa misja, ale niejedna taka potrafiła się już skomplikować. Słuchajcie się mnie i moich żołnierzy, a będzie dobrze.

Young i Al Jilani dostali hełmy wyposażone w aparaty tlenowe i systemy utrzymujące łączność. Hamed narzekał na swój, który był według niego zbyt ciasny. Dwaj "specjaliści od gethów" nie otrzymali standardowych pancerzy. Włożyli więc zwykłe stroje i buty, mające zagwarantować im lepszą przyczepność w innej, księżycowej atmosferze. Obaj dostali też po pistolecie marki Predator, "tak na wszelki wypadek" - zapewniał dowódca. Rozkazano im tez założyć plecaki wypełnione pochłaniaczami ciepła i pewną ilością medi-żelu.

[center]*[/center]

Po wyjściu poza atmosferę poczuli się dziwnie. Nagle, zamiast błękitu ziemskiego nieba, wpadli w bezkresną czerń i pustkę kosmosu. Zdarzało im się już latać na inne planety. Byli na Eden Prime i Terra Novie - wszystko w ramach szkolnych wycieczek. W wyniku coraz lepszych stosunków ludzko-turiańskich wybrali się nawet na klasową podróż na Palaven. Tym razem było inaczej. Lecieli najbliżej, jak tylko było można, ale czuli, że ze stresu ściskają im się żołądki. Uspokoili się nieco, kiedy przez niewielkie okno ujrzeli Księżyc. Prezentował się niesamowicie, a jego srebrna poświata miała w sobie coś kojącego. Był coraz bliżej i bliżej. Byli w stanie dostrzec co większe ludzkie osiedla, których nie było tak wiele, jak kiedyś zakładano. Przed odkryciem przekaźnika Charona, ludzkość planowała zasiedlić znaczną część jedynego satelity. Bardziej dla połechtania własnej próżności niż z praktycznych powodów. Rządzący chcieli to zrobić, bo mogli. Po podróży przez Charona i kolejne przekaźniki okazało się, że można zasiedlać światy znacznie bardziej przyjazne niż Księżyc, więc mimo obiecujących początków, małe osiedla pozostały małe, a z zasiedlania Srebrnego Globu szybko zrezygnowano, pozostawiając na nim kilka dobrze prosperujących kopalni i parę niewielkich miasteczek, które nawet nie umywały się do wielkich metropolii z kolonii.

Po dość spokojnym locie wylądowali przy pierwszej z trzech baz, które mieli oczyścić. Young poczuł się bardzo dziwnie. Pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu w roku 1969, ponad dwieście lat przed nim, ale wciąż czuć było, że to zupełnie inny świat - zimny, cichy i nieprzyjazny. Kolosalne wrażenie robił widok Ziemi nad horyzontem - była wielka i przepiękna. Oddział bardzo sprawnie opuścił prom. Na ziemi dostrzegli ślady Mako - lekkiego pojazdu opancerzonego, którym poruszały się wojska Przymierza na większości światów. Była to konstrukcja wyposażona w dwa rodzaje uzbrojenia: szybkostrzelne działko maszynowe oraz większe działo główne. Oba były tu użyte, na co wskazywały trzy zniszczone wieżyczki. Główne wejście było zamknięte i zastrzeżone hasłem. Coats zaczął mówić zniechęconym głosem:

- Cholera... Musieli się bardzo spieszyć, bo raporcie nic o tym nie wspomnieli... Przecież oni mają tę quariankę. Dla niej złamać kod, to jak dla mnie pstryknąć palcami. Pewnie nie pomyśleli, że ktoś inny może mieć problem, aby się tu dostać... Szykujcie materiały wybuchowe, wchodzimy na ostro.

Michael zastanowił się. Quarianka? We flocie Przymierza? Słyszał tylko o jednym takim przypadku. Nie powstrzymał ciekawości. Poprawił pasek, którym przytwierdził sobie do pleców duży plecak z pochłaniaczami ciepła i zapytał.
- Majorze... Quarianka? To znaczy, że przed nami była tu Normandia Sheparda?
- To tajna informacja, ale skoro się domyśliłeś... Skąd ty w ogóle wiesz, kto jest na pokładzie Normandii? - odpowiedział dowódca.
- Swego czasu z trzema kolegami uczyliśmy się składu załogi na pamięć - uśmiechnął się, czując powracające wspomnienia.

W czasie tej krótkiej wymiany zdań Hamed - zupełnie niepostrzeżenie dla innych - wyjął ze swojego plecaka omni-klucz, nałożył go na przedramie i cichutko podszedł do wejścia. Wykonał parę szybkich ruchów dłońmi, podrapał się po głowie i... wszyscy usłyszeli odgłos otwierających się drzwi.

- Ha, nieźle, młody - powiedział jeden z żołnierzy, wyjmując zza pleców karabin.
- Wchodzimy ostrożnie. Bądźcie skoncentrowani - głos Coatsa lekko się łamał. Żołnierze nie byli w stanie tego wyczuć, ponieważ adrenalina już buzowała w ich żyłach. To było pierwsze samodzielne zadanie Coatsa jako majora. Bardzo zależało mu na tym, aby misja przebiegła sprawnie.

Oddział przeszedł przez pierwsze pomieszczenie, a następnie dość długi korytarz. Po otwarciu następnych drzwi zobaczyli to, czego się spodziewali. Jeden z żołnierzy przyklęknął i chwycił w dłoń szczątki sondy bojowej, uważnie się im przyglądając.
- Zdaje się, że Shepard i jego paczka wszystko wyczyścili - powiedział, a w jego głosie można było wyczuć lekkie rozczarowanie.

Young i Hamed stali jak wryci. W każdym rogu wypełnionego różnymi skrzyniami pomieszczenia walały się kawałki sond bojowych. Miały różne rozmiary, ale wszystkie coś łączyło. Ślady kul, palenia, gniecenia, biotyki. Zastosowano wszystkie rodzaje broni, jakie znali młodzi zaopatrzeniowcy. Zrobiono to w sposób spektakularny i niesamowicie efektywny. "Masakra" - pomyślał Young.
- Taka rzeź, a pomyśleć, że Shepard działa w trzyosobowych drużynach - powiedział żołnierz, trzymając kawałki sondy.
- Cieszcie się, że nie ubijał tu ludzi - powiedział Coats, idąc do kolejnego pomieszczenia. Zauważył w nim wielkich rozmiarów komputer i konsolę, która wciąż zdawała się działać, w przeciwieństwie do samej maszyny.
- Al Jilani - pytał major - jesteś w stanie zobaczyć, o co tu chodzi?

Hamed podszedł do konsoli i przez kilka minut przeglądał różne pliki. W międzyczasie, reszta oddziału wynosiła resztki sond przed wejście bo bazy. Uzbierała się solidna górka.
- Majorze... - zaczął Al Jilani. - Tu są ślady tej sztucznej inteligencji, o której pan mówił. Shepard myślał, że się z nią uporał, ale on zniszczył tylko jej uzbrojenie, czyli sondy. Jednostka centralna wciąż działa.
- To znaczy, że to coś wciąż jest zagrożeniem?
- Tak, sir. Mam tu główną lokalizację, miejsce, w którym znajduje się jej rdzeń. Właśnie transferuję dane na pański omni-klucz.
- Dobra robota, Al Jilani. Lecimy tam czym prędzej.

Coats szybko skrzyknął cały oddział i wszyscy opuścili bazę, niezwłocznie wskakując na prom. Pilot skierował się na współrzędne zdobyte przez Hameda. Kilku żołnierzy głośno dyskutowało o tym, czy jednostka centralna dysponuje jeszcze jakąś linią obrony. Na wszelki wypadek - na polecenie dowódcy - odbezpieczyli broń. Coats nakazał Hamedowi i Youngowi trzymać się z tyłu w razie jakichkolwiek kłopotów.
- Cholera, ktoś tam jest! - krzyknął pilot. - Odbieram sygnatury i to na pewno nie nasi!
Tuż po tym, jak skończył, prom został ostrzelany. Jeden z pocisków trafił prosto w silnik. Pojazd zaczął obficie dymić i pikował w dół z szaloną prędkością. Pilot stracił kontrolę.
- Zapiąć pasy, szybko! Trzymać się mocno, bo może zaboleć! - wykrzyczał Coats. Chwilę później prom zarył w powierzchnię Srebrnego Globu i zaczął się palić.

[center]*[/center]

Hamed otworzył oczy, czując, że ścieka po nich krew z rozciętego czoła. Zbyt ciasny hełm zrobił swoje. Cały czas był w pasach bezpieczeństwa. Czuł gorąco i krztusił się dymem. Niemiłosiernie bolała go głowa. Spojrzał w prawo. Obok niego, w tej samej pozycji, siedział nieprzytomny Michael Young. Głowa zwisała mu bezwładnie, a pod jego nogami leżało dwóch żołnierzy z makabrycznie powykręcanymi ciałami. Nie zdążyli zapiąć pasów. Drzwi promu były otwarte, a ktoś właśnie wyciągał kolejnych dwóch żołnierzy. Al Jilani liczył, że ten ktoś ruszył im na ratunek, ale dostrzegł tylko znaczek na żółto-białym pancerzu. Skojarzył to logo - to był Cerberus. "Co oni tu robią, do cholery" - pomyślał. Wiele słyszał o Cerberusie - organizacji, która cieszyła się złą sławą. Dwóch ledwo przytomnych żołnierzy wywleczono poza zasięg wzroku rannego. Chwilę później usłyszał wystrzały i dwa głuche dźwięki. Wiedział, że były to odgłosy ciał bezwładnie spadających na ziemię. Czuł, że ogień z płonącego silnika zaczyna parzyć go w lewy bok. Nie mógł krzyczeć, musiał wytrzymać ten niemiłosierny ból.

- Wracamy. Nie ma co tam wchodzić. Reszta już nie żyje, a jak żyje, to zaraz się spali. Mamy to, po co przyszliśmy, a poszło łatwiej niż myśleliśmy. Nie miała jak stawiać oporu. Shepard wszystko za nas zrobił, ale zapomniał odebrać nagrody - mówił jeden z głosów dobiegających z poza promu.
- W porządku. Zabezpiecz to AI tak, jak szef kazał. Lecimy.

Chwilę później Hamed usłyszał odlatujący prom. Potem słyszał i czuł tylko syk i ciepło płomieni, które parzyły jego lewe ramię i bok. Po chwili szamotaniny z paskiem, zdołał się wyrwać. Był osłabiony, więc od razu upadł na podłogę pojazdu. Czuł swąd spalonego ciała. Nie miał wątpliwości, że to było jego ciało. Zakręciło mu się w głowie, ale nadludzkim wysiłkiem zdołał wstać i odplątać pasy swego przyjaciela. Próbował go obudzić - bezskutecznie. Po wyczołganiu się z promu wstał na chwiejne nogi, chwycił Michala za ręce i ciągnął po ziemi, jak najdalej od promu. Mijał ciała pięciu żołnierzy zabitych strzałami w głowy. Byli to ludzie, z którymi niedawno siedział w promie. Nie znał nawet ich nazwisk... Kiedy zmęczony usiadł i oparł się plecami o jedną ze skał, z promu wychylił się major Coats, który odzyskał przytomność i wyciągał rękę w stronę jedynej osoby, która mogła mu pomóc.

- Pomóż, Al Jilani! - usłyszał w swoim hełmie Hamed.

Wstał jeszcze raz i podszedł do płonącego promu najszybciej, jak tylko mógł. Cały czas do oka napływała mu krew z rozciętego czoła. Ten problem był jednak niczym w porównaniu z bólem, który promieniował z przypalonego boku. Chwycił Coatsa tak samo, jak przed chwilą Younga. "Za pierwszym razem się sprawdziło, więc po co zmieniać" - pomyślał logicznie. Major jęczał z bólu, kiedy rekrut ciągnął go po ziemi. Hamed puścił dowódcę od razu po dotarciu do skały. Usadowił go tak, aby głaz był między nim, a płonącym Kodiakiem. Kilka sekund później w promie nastąpiła eksplozja, a płomienie ogarnęły cały pojazd. W środku pozostało czterech żołnierzy Przymierza. Hamed miał szczerą nadzieję, że zginęli w wyniku katastrofy.

- Jesteś pieprzonym bohaterem, Al Jilani - powiedział Coats, ciężko oddychając. - Szkoda, że nikt się o tym nie dowie.

Misja miała charakter ściśle tajny. Nic, co zrobili na Księżycu, nie mogło być rozgłaszane. Hamed nie zastanawiał się nad tym. Cieszył się, że wciąż żyje, w przeciwieństwie do dziewięciu innych członków wyprawy.
- Wiesz, kto to był? Usłyszałeś coś? - zapytał Coats, trzymając swój prawy bark, który był najwyraźniej wybity.
- Cerberus, sir... Ich celem było zdobycie tej sztucznej inteligencji. My mieliśmy ją zniszczyć, a oni ją zdobyli... - powiedział Hamed, nie rozumiejąc sensu działań Cerberusa.

Al Jilani sięgnął za plecy szybkim ruchem, ale zorientował się, że jego plecak został w promie. W środku miał kilka porcji medi-żelu, który bardzo by się teraz przydał. Kątem oka dojrzał, że Michael wciąż miał na sobie drugi plecak. Szybko przyczołgał się do nieprzytomnego Younga, rozwiązał paski przytwierdzające go do pleców przyjaciela i otworzył, wysypując całą zawartość na ziemię. Kilkadziesiąt pochłaniaczy ciepła spadało na powierzchnie Księżyca bardzo powoli, aby chwilę później odbić się i jeszcze wolniej wzlecieć do góry, w skutek zmniejszonej grawitacji. Między ostatnimi pochłaniaczami wypadło kilka dawek upragnionego medi-żelu. Hamed nieporadnymi ruchami chwycił je i bezzwłocznie zaaplikował jedną z nich majorowi, nie pytając o zgodę. Zrobił to dokładnie tak, jak uczył go major Burgess podczas jednego z wykładów pod Doncaster. Pancerze Przymierza były przystosowane do natychmiastowego "wstrzyknięcia" tego cudu medycyny, który potrafił utrzymać przy życiu nawet bardzo ciężko rannych. Jego sytuacja była gorsza, ponieważ nie nosił pancerza, a lewy bok był zupełnie niekryty ubraniem, które zostało zwęglone płomieniem. Postanowił, że nie ma nic do stracenia. Tak czy siak może umrzeć w wyniku zakażenia, więc zdjął rękawicę, nałożył dawkę medi-żelu na rękę i rozsmarował po parzącej ranie. Ból był nie do opisania, Al Jilani zacisnął zęby. Chwilę po zakończeniu improwizowanego zabiegu, Hamed zemdlał.

Coats uruchomił swój omni-klucz. Wezwał ekipę ratunkową, która przybyła na miejsce już po kilku godzinach, lecąc z jednej z orbitalnych stacji ulokowanych między Ziemią, a jej naturalnym satelitą. Trzech ocalałych nie odniosło poważniejszych ran. Wybity bark Coatsa i poparzenia drugiego stopnia na lewym boku Hameda to wszystko. Young miał sporo szczęścia, bo skończył poobijany, z kilkoma sporymi siniakami i wstrząśnieniem mózgu.

[center]***[/center]

Dzień przed rozpoczęciem wojny, 2186.

- Ach, moja głowa - powiedział na głos Michael, przykładając lewą rękę do bolącego czoła.
Jego współpracownik - Robert - usłyszał to, wyjął słuchawkę z lewego ucha i spytał:
- Wszystko wporzo, koleżko? - wciąż machał głową w rytm reggae. - To przez te zmiany wysokości lotu!
- Wporzo, koleżko - odpowiedział Young.
Od czasu wypadku na Księżycu miewał dość bolesne migreny, które przejawiały się często przy zmianach ciśnienia. Do dziś był wdzięczny Hamedowi za uratowanie życia. Niestety nie mogli rozmawiać o tym zadaniu z nikim innym. Tuż przed startem na wspomnianą misję podpisali przecież dokumenty, które zakazywały im jakichkolwiek rozmów na temat akcji, pod groźbą poważnych sankcji, wliczając w to śmierć.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:23

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK V
[/center]

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Londyn.

Tom siedział w swoim pokoju na drugim piętrze dwurodzinnego domu. W jego mieszkaniu, które dzielił z babcią, były dwa pokoje, niewielki salon, kuchnia i łazienka. Miejsce nie było czymś, o czym młody Young marzył, kiedy wylatywał na Cytadelę, aby "robić karierę". Był przekonany, że praca z salariańskim Widmem będzie czymś, co wzbogaci jego CV i faktycznie, sam napis "asystent Widma na Cytadeli" wyglądał ładnie na papierze, ale kiedy potencjalni pracodawcy pytali o referencje, Tom bezradnie rozkładał ręce. Widma nie dawały referencji, bo były organizacją działającą niezwykle dyskretnie. Chłopak nie mógł się więc pochwalić ani rozbiciem szajki handlującej czerwonym piaskiem, ani żadną inną akcją, w której miał spory udział. W ten sposób tracił szansę na angaż w wojsku, a nawet w jakichkolwiek formacjach paramilitarnych. Dziwił się jednak, bo stopień szeregowca wystarczył, aby kilku jego kolegów z czasów Doncaster dostało angaż na przeróżnych jednostkach Przymierza. Każde jego podanie do tej organizacji było szybko odrzucane, bez uzasadnienia. Po kilku próbach zaprzestał wysyłania dokumentów Przymierzu. Nie zamierzał błagać o posadę. Po trwającej rok służbie na Cytadeli miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby spłacić długi swoich zmarłych rodziców i zagwarantować babci opiekę medyczną w postaci pielęgniarki. Zapas kredytów szybko topniał, a Tom odrzucił propozycję swojego wujka - Franka - który oferował pomoc, mając świadomość, jak ciężko musi być jego bratankowi. Wtedy wciąż liczył na pracę w Przymierzu. Musiał zarabiać, więc zatrudnił się w londyńskiej fabryce mebli, w której pracował już kilka miesięcy.

Czasem do jego głowy wdzierała się myśl o odezwaniu się do Cerberusa, organizacji, z którą zetknął się na Cytadeli. Myślał jednak, że dawno o nim zapomnieli. Śledzili jego postępy, tak jak setek innych ludzi - myślał. Przestał robić postępy, a Cerberus nie odzywał się, więc Tom uważał sprawę za zamkniętą. Po wideo-rozmowie sprzed ponad dwóch lat, otrzymał wizytówkę z namiarem na kilku agentów, ale nie chciał jej wykorzystywać. Nie czuł się tego warty. Słowa nieznajomego szefa Cerberusa - mężczyzny o nienaturalnie niebieskich oczach - mocno na niego działały. "Na ofertę pracy musisz sobie zasłużyć" - tak mniej więcej brzmiało to, co powiedział ten charyzmatyczny człowiek. Young uważał, że nie zasługuje. Jego współpraca z Widmem Bau zakończyła się po roku, gdy salarianin grzecznie mu podziękował i skupił się na jednym zadaniu - poszukiwaniu Kasumi Goto, złodziejki, która spędzała mu sen z powiek.

W tej chwili Young siedział na kanapie i oglądał telewizję wraz ze swoją babcią. Kobieta czekała na program "Sha'ira - największa celebrytka naszych czasów". Program o asari był niezwykle popularny w całej przestrzeni Cytadeli i robił jej wspaniałą reklamę. Tom poprosił babcię, aby przełączyła na informacje. Po chwili narzekania na swojego wnuka i młodych ludzi w ogóle, chwyciła pilota i zmieniła kanał. Szeroko znana Emily Wong relacjonowała wydarzenia z przed siedziby Przymierza w Vancouver. Był to dzień przesłuchania komandora Sheparda. Za plecami reporterki stał wielki tłum ludzi przedzielonych na dwie grupy kordonem policji. Transparenty obu stron prezentowały zupełnie odmienne, często bardzo skrajne opinie o oskarżonym.

- Witam państwa, tu Emily Wong. Już za pół godziny rozpocznie się przesłuchanie, które elektryzuje opinię publiczną. Przed komisją stanie komandor John Shepard, który oskarżony jest o terroryzm. Z radością informuję, że otrzymaliśmy właśnie informację, że tylko pierwsza godzina przesłuchania będzie zamknięta, a potem wpuszczeni zostaną przedstawiciele mediów. W ostatnich tygodniach obawiano się bowiem, że utajniona zostanie całość.

- No, już, wnusiu. Włączam Sha'irę - powiedziała zniecierpliwiona babcia i, nie czekając na odpowiedź, zmieniła kanał. Chwilę później rozległ się dzwonek u drzwi. Była trzecia po południu, więc Tom wiedział, kto przyszedł. Otworzył drzwi, nawet nie patrząc w wizjer. Młoda brunetka, o piwnych oczach i miłych rysach twarzy, weszła przez próg, lekko się uśmiechając. Tom nie dostrzegł rumieńca na jej twarzy.
- Witam, panie Young - powiedziała, chociaż byli w tym samym wieku, mieli po dwadzieścia lat.
Kate Norris była początkującą pielęgniarką. Na co dzień pracowała w szpitalu miejskim w dzielnicy Chelsea, a pracę u Youngów traktowała dorywczo. Lubiła babcię Toma, ale to on był powodem, dla którego wciąż tu przychodziła i pomagała, mimo że od miesiąca nie dostała od nich żadnych pieniędzy. Kochała się w Tomie, od kiedy go zobaczyła, a miało to miejsce po jego powrocie z Cytadeli. W porównaniu z ich rówieśnikami, prezentował się w jej oczach imponująco. Poważny, postawny, dobrze zbudowany, przystojny blondyn o błękitnych oczach i szelmowskim uśmiechu. Nie była na tyle odważna, aby wyznać mu swoje uczucia. Liczyła na to, że sam się zorientuje i kiedyś zaproponuje wspólne wyjście.

- Witaj, Kate. Mówiłem ci, żebyś mówiła mi po imieniu. Opiekujesz się moją babcią już ponad pół roku, a dalej mówisz do mnie per pan - zaśmiał się, na co ona odpowiedziała tym samym, lekko spuszczając głowę.
- Przepraszam, Tom - odrzekła, po czym wychyliła się zza rozmówcy i rzuciła pytanie w stronę starszej kobiety: - No, pani Barbaro. Gotowa na masaż i dzisiejszą dawkę leków?
- Zaraz, zaraz kochanieńka. Sha'ira właśnie przymierza nową sukienkę. Popatrz tylko, jak pięknie w niej wygląda. - Babcia z wrażenia splotła obie dłonie i westchnęła, przechylając głowę w bok.

- W porządku. Skoro już jesteś, to ja muszę lecieć załatwić coś na mieście - powiedział Tom, zdejmując czerwoną kurtkę z wieszaka i zakładając ją na siebie.
- Idziesz? - powiedziała Kate, chcąc ukryć rozczarowanie. - Myślałam, że masz dziś wolne.
- Tak, mam wolne, ale obiecałem kuzynowi, że zabiorę jego motocykl na umówiony przegląd. Wyjechał za granicę i padło na mnie. To dwie ulice stąd, a sam przegląd nie powinien trwać długo. Mój wujek dba o tę maszynę, więc pewnie uwinę się w ciągu godzinki. Do zobaczenia. Pa! - krzyknął w stronę babci. Wiedział, że ma ona coraz większe problemy ze słuchem. Pomachała mu z uśmiechem, poprawiając dłonią okulary, które zsuwały się jej z nosa.

[center]*[/center]

Jason i George szybko zabrali się do roboty. Uczęszczali kiedyś do tej samej szkoły, co Youngowie i grywali wspólnie w piłkę w weekendy. Od ponad dwóch lat pracowali we dwóch w warsztacie ojca Jasona. Teraz sprawdzali stan maszyny Michaela Younga, rozmawiając przy tym z Tomem.

- Jak tam poszukiwanie pracy w Przymierzu, Tom? - spytał poważnie Jason. Było to stałe pytanie każdego znajomego, kiedy spotykał Younga. Całe otoczenie, w którym się obracał, było świadome jego problemów z dostaniem wymarzonej pracy. Wiedzieli, że narasta w nim frustracja i ma problem, by związać koniec z końcem.
- Bez zmian, chłopaki - odpowiedział, opierając się o ścianę warsztatu i krzyżując ręce. - Czasem mam wrażenie, jakby ktoś się na mnie uwziął i palił moje CV, gdziekolwiek bym ich nie wysłał.
- Za to twój kuzyn chyba ma się nieźle, co? - zagadnął George.
- Faktycznie, całkiem nieźle.

Tom pomyślał o Michaelu. Przed obozem w Doncaster, niecałe trzy lata temu, chciał zostać dziennikarzem. Wojna z gethami pokrzyżowała te szyki, ale po powrocie z misji na Księżycu, o której tak nie lubił mówić, wrócił do redakcji "London Daily" i zdobywał kolejne dziennikarskie doświadczenia. Teraz leciał na najważniejsze wydarzenie tygodnia na świecie - przesłuchanie Johna Sheparda - komandora, który przeżył swoją śmierć. Opinia publiczna myślała, że to wielki spisek i tak naprawdę nigdy nie umarł, ale Tom wiedział, jak było naprawdę. Przypomniał sobie swoją wizytę w tajnej bazie Cerberusa, dwa lata temu.

[center]***[/center]

11 czerwca, 2184.

Podróż przebiegała spokojnie. Agent Wilson czekał na niego w umówionym doku i teraz lecieli z prędkością światła w nieznanym Youngowi kierunku. Podczas zdawkowej rozmowy okazało się, że Wilson nie jest żadnym agentem operacyjnym, a po prostu lekarzem, który wspomaga projekt Łazarz - bo tak nazywała się cała inicjatywa - swoją wiedzą. Po wyjściu z nadprzestrzeni, oczom Toma ukazała się niewielka stacja kosmiczna. W jego oczach wyglądała na małą, ale porównywał ją z Cytadelą, bo innej stacji już długo nie widział. Po lądowaniu w niewielkim doku wysiedli z promu i Wilson prowadził gościa przez jasno oświetlone korytarze. Wszystko było wręcz sterylnie czyste i zadbane. W bazie roiło się od naukowców, a miejscami dostrzec można było ochroniarzy uzbrojonych niczym piechota morska i patrolujące teren mechy. Na końcu korytarza czekał na nich czarnoskóry, krótko ostrzyżony mężczyzna.

- To on, Wilson? Young? - zapytał mało przyjemnym głosem.
- Tak, Taylor, to on. Wpuść nas, bo nie mamy całego dnia. Chłopak musi wrócić na Cytadelę jeszcze dziś, bo Widmo będzie coś podejrzewać.

Taylor odwrócił się i wystukał na małej klawiaturze czterocyfrowy kod. Pobliskie drzwi otworzyły się i weszli do pomieszczenia przedoperacyjnego, w którym rozlegał się zapach typowy dla tego typu miejsc. Wilson szedł przodem, nagle przystanął, wyciągając do boku prawą dłoń. Young zatrzymał się, uderzając w nią.

- Powiedz szczerze. Wierzysz, że mamy tu żywego Sheparda? - spytał Wilson, odwracając głowę w stronę gościa i uśmiechając się w w chytry sposób.
- Nie wiem... Nie mam czasu na takie dywagacje. Pokaż mi go - odpowiedział Young, lekko zniecierpliwiony.

Wilson wszedł do ciemnego pokoju przed nimi. Jego gość podążył za nim. Po środku sali znajdowała się konsola, którą lekarz uruchomił i nacisnął kilka przycisków. Ściana przed nimi okazała się być szybą, która nagle stała się przeźroczysta. Chwilę trwało, zanim wzrok Toma przystosował się do zmiany oświetlenia. Kiedy zaczął widzieć normalnie, oczy otworzyły mu się szeroko. Na stole operacyjnym leżał...

- Shepard... - powiedział. - On żyje? Wygląda...
- Źle - dokończył lekarz. - Uwierz, że i tak jest znacznie lepiej niż było, kiedy go tu sprowadzono. Gdyby nie szybkie działanie Człowieka Iluzji, to komandor już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Pracujemy od kilku miesięcy, ale jeszcze sporo pracy przed nami. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielkie środki idą na ten projekt. Tyle kasy... No, nieważne. Widzisz, że nie zostałeś okłamany. Szczerze mówiąc, nie wiem, po co tu w ogóle jesteś, ale nic mi do tego. Widziałeś, co miałeś zobaczyć. Teraz zapraszam do pokoju obok. Śmiało, śmiało - powiedział, zachęcając rozmówcę do wejścia do małego pomieszczenia obok...

- Czekaj. Ile może trwać leczenie? - spytał Tom, dotrzymując mu kroku.
- Co najmniej kilka miesięcy dłużej, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. Jak mówiłem, Cerberus ładuje w ten projekt ilość kredytów, jakiej żaden z nas w życiu nie zobaczy na oczy. Wchodź - powiedział, zatrzymując się przed wejściem do niewielkiej sali. Potem odwrócił się i poszedł w stronę doku.

Asystent Widma wykonał polecenie i wszedł do pomieszczenia. Po chwili ukazał się przed nim holograficzny obraz znajomej już kobiety - Lawson. Young odezwał się pierwszy.
- Widziałem go... On naprawdę żyje... Nie rozumiem, dlaczego Przymierze nic z tym nie zrobiło. Pozwól mi porozmawiać z twoim szefem - poprosił.

Miranda widziała, że Tom był nieco roztrzęsiony. Wszystko szło zgodnie z planem.
- Zaszły pewne zmiany. Człowiek Iluzja nie ma dla ciebie czasu. W zasadzie, ja też go nie mam. Przyjrzeliśmy się bliżej twoim osiągnięciom i z przykrością muszę poinformować, że nie nawiążemy z tobą współpracy.

"Teraz?! Kiedy naprawdę się nad tym zastanawiam?" - pomyślał. Miał mętlik w głowie.
- Ale po co w takim razie... - nie zdążył skończyć, ponieważ Lawson przerwała mu w pół zdania.
- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Sądzimy, że nasza decyzja o pokazaniu ci komandora była błędem. Wilson odstawi cię na Cytadelę. Żegnam. - Po chwili wizerunek agentki zniknął z oczu Toma.

Nie wiedział, co myśleć. Przyjrzeli się mu bliżej, ale co mogli znaleźć? Przecież historia jego służby jest praktycznie bez skazy. " Może chodziło o nazwanie volusa kurduplem podczas wizyty w klubie Flux" - zastanawiał się, ale Cerberusowi raczej by to nie przeszkadzało, przeciwnie, mogłoby pomóc. Kilka minut później był już na pokładzie promu, którym wraz z Wilsonem wrócił na Cytadelę. Tej nocy leżał w swoim łóżku w Prezydium, nie mogąc zasnąć. Kilka godzin myślał, co się stało. Nie znalazł odpowiedzi.

[center]***[/center]

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Londyn.

Myśli Younga wróciły do teraźniejszości. Do dziś nie rozumiał, co takiego mógł znaleźć Cerberus, ale najwidoczniej coś znalazł. Jason i George wciąż sprawdzali Hondę GP 1410. W radiu leciał nowy utwór popularnej kapeli Expel 10. Tom wyszedł przed warsztat. Na ulicy praktycznie nie było ruchu. Znajdowali się w okolicy centrum Londynu, gdzie większość transportu odbywała się w powietrzu - promami, dokładnie tak, jak pamiętał to z Cytadeli. Teraz również przelatywały w zorganizowany sposób na wysokości około dwustu metrów. Jedyne, co pozostało Youngowi jako pamiątka z czasów pracy z Jondumem Bau, to M77 Paladyn - ciężki pistolet wart ponad sto tysięcy kredytów. W tej chwili była to dla niego fortuna, ale ta broń to jedyna rzecz, której nie chciał się pozbyć za żadne skarby. Przypominała mu czas, kiedy wciąż miał nadzieję na to, że osiągnie coś w życiu. Pistolet był schowany pod jednym z kafelków w jego łazience, razem z jego marzeniami... Ostatnie miesiące sprawiły, że jego stan psychiczny był bliski depresji. Nie widział celu, a co gorsza - pogodził się z tym i popadał w stagnację.

Obok stojącego przed warsztatem Toma przechodziła starsza kobieta z małym pieskiem. Zwierze nagle zdenerwowało się i zaczęło szczekać, kierując głowę ku niebu. Kobieta uspokajała go słownie, następnie mocno ciągnęła za smycz. Nic nie działało, a pies szczekał coraz głośniej i głośniej. Nagle, w oddali, nastąpiła eksplozja, a następnie kolejne. Piesek urwał się swojej pani i pobiegł pędem przed siebie. Właścicielka krzyczała: "Churchill! Churchill! Do nogi, piesku!". Chwilę później spojrzała w górę i zemdlała, bezgłośnie upadając na ziemię. Young widział całe zajście, słyszał eksplozję i chciał pomóc kobiecie, ale nagle usłyszał nieprzyjemny metaliczny dźwięk, dochodzący z nieba. Spojrzał w górę i przeraził się...

[center]*[/center]

Budynki w okolicy wybuchały. Widziała to, spoglądając przez okno.
- Pani Barbaro! Proszę odejść od tego okna! To niebezpieczne - krzyczała Kate, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje. Chwyciła kobietę za ręce i pomogła wstać, ale nie wiedziała, co zrobić dalej. Spojrzała na swoją podopieczną i powiedziała drżącymi ustami: - Proszę pani. Wszystko będzie dobrze. Odwagi.

Kolejne eksplozje tłukły szyby w mieszkaniu. Z ulicy dobiegały krzyki ludzi, a w autach włączały się auto-alarmy. Między wybuchami słychać było straszliwy dźwięk. Kate nie umiała go przypisać do jakiegokolwiek rodzaju broni, o jakich opowiadali jej marine, których opatrywała podczas wojny z gethami niecałe trzy lata temu. Zaprowadziła staruszkę w kąt pokoju i chwyciła za telefon. Próbowała dzwonić na pogotowie i policję, ale po chwili zorientowała się, że to nie ma sensu. Właśnie dzieje się jakaś apokalipsa i nikt im nie pomoże. Odgłosy wybuchów były coraz głośniejsze. Pomiędzy kolejnymi dwoma, młoda dziewczyna usłyszała ryk motocyklowego silnika. Kilka sekund później przez drzwi wbiegł Tom. Jego czerwona kurtka była pokryta szarym popiołem, tak samo jak ciemne blond włosy. Błyskawicznie dostrzegł dwie kobiety skulone w kącie mieszkania. Biegł w ich stronę, ale minął je bez słowa. Kate dostrzegła, że wszedł do łazienki. Dosłownie sekundę później wrócił, trzymając w ręku pistolet. Po chwili włożył go za pasek i podszedł do babci i Kate. Obie były przerażone. Babcia tylko trzymała się za głowę, a młoda pielęgniarka patrzyła na Toma swymi przerażonymi, piwnymi oczami.

- Co się dzieje? Co to jest, Tom?! - krzyczała, a łzy spływały jej po policzkach. Mężczyzna dostrzegł, że na jej przedramieniu jest rana długości około dziesięciu centymetrów, z której obficie krwawiła. Odłamek szkła ze stłuczonego okna wciąż tkwił w jej ręce. W przypływie adrenaliny nawet tego nie poczuła. Dostrzegła to dopiero, kiedy Young zwrócił na to uwagę. Wtedy poczuła też ból. Przy akompaniamencie kolejnych eksplozji, Tom zerwał ze stołu obrus i urwał kawałek. Możliwie najdelikatniej wyciągnął szkło z przedramienia Kate, a następnie obwiązał jej ranę improwizowanym opatrunkiem. Dziewczyna krzyczała i łkała na przemian. Chciał ją uspokoić, odpowiedzieć co się dzieje, ale nie miał pojęcia, co mówić. No bo skąd on miał wiedzieć, co to jest?! Może to tylko zły sen... Milczał więc dłuższą chwilę. Huki wybuchów były już naprawdę blisko.

- Musimy uciekać! - krzyknął Tom zdecydowanie. To była jedyna rzecz, której był teraz pewny. Uciekać jak najdalej i jak najszybciej. Chwycił babcię pod ramię i wychodził z mieszkania. Kate nie była w stanie stanąć na nogi, była zbyt przerażona.
- Chodź, Kate! Wstawaj! - wydzierał się, będąc już w drzwiach wyjściowych. Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na niego oparta o ścianę, oddychając płytko i niezwykle szybko. Dodał: - Zaraz po ciebie wrócę.

Wyszedł z babcią przed dom. Większość ulicy była w gruzach. Zostawił staruszkę przy czerwonej skrzynce na listy, a sam podbiegł do najbliższego auta i zbił szybę, uderzając łokciem. Pokaleczył się, ale dostał się do środka. Wrócił do babci i podprowadził ją tych kilka metrów. Oparła się o samochód, a on pobiegł w stronę domu. Podczas biegu spojrzał w górę. Zobaczył wielkie... "coś"... Nie umiał tego nazwać. Rzecz była większa niż Destiny Ascencion - flagowy okręt Rady Cytadeli, który miał okazję zwiedzić. To coś właśnie wypuściło czerwoną wiązkę promienia, wydając przy tym ten straszny, metaliczny odgłos. Tom poczuł falę uderzeniową, która odrzuciła go dobre pięć metrów do tyłu. Teraz leżał na plecach oszołomiony, a z uszu leciała mu krew. Wydawało mu się, że stracił słuch. Obrócił się na brzuch i powoli wstawał. Przed sobą zobaczył zgliszcza domu.

- Kate! Kate! - wydawało mu się, że krzyczał, ale jedynym dźwiękiem, jaki miał w uszach, było nieustanne dudnienie. Miał wrażenie, że słyszy własne serce.

Stanął na nogach, chwiejąc się. Dotykał obiema dłońmi swego ciała, sprawdzając, czy nie odniósł poważnych obrażeń. W tej chwili mogłoby mu urwać rękę, a on by tego nie poczuł. Major Burgess tłumaczył im na jednym z wykładów, że tak działa adrenalina. Podbiegł do ruin swojego domu, wszedł przez główne drzwi, ale dalej nie mógł. Gruz zawalał przejście. Oparł się o framugę, oddychając głęboko i dłubiąc w uszach, by upewnić się, że są na swoim miejscu. Wtedy ją zobaczył. Kate leżała przysypana gruzem, a jej głowa i zranione ramie wystawały z pod fragmentów zburzonej ściany. Jej piwne oczy były wlepione w Younga. Tom przyklęknął i zbadał jej puls. Dziewczyna nie żyła. Była już w wejściu, pokonała strach i szła do niego, ale nie dała rady. "Powinienem był ją przekonać, zmusić, do jasnej cholery" - myślał w rozpaczy.

Co kilka chwil czuł drżenie, jakby trzęsienie ziemi. Odwrócił się, niczego nie słyszał, ale nic się nie zmieniło. Wszędzie wokoło widział unoszące się kłęby dymu, płomienie i czerwony laser uderzający w różne budynki, które pod wpływem tych ciosów rozpadały się jak domki z kart. Wrócił biegiem do swojej babci, mając nadzieje, że żyła. Okazało się, że siedziała już w aucie, ale Tom kazał jej wyjść i wsiadać na motocykl. Wiedział, że maszyna jego kuzyna to prawdziwa bestia i nic szybszego w tym zamieszaniu nie znajdą. Babcia kiwała głową przecząco i cały czas coś powtarzała, ale Young nic nie rozumiał. Skupił się, próbując czytać z ruchu warg. Mówiła coś, jakby: "swędzi mnie ogniem na ten mikrocykl" albo "jedźmy za ogniem i w ten mikroczip". Po chwili zrozumiał - "w życiu nie wsiądę na ten motocykl". Zdecydowanym ruchem wskoczył na maszynę i obejrzał się za siebie z miną, jakby w razie sprzeciwu sam miał wyciągnąć pistolet i zastrzelić staruszkę. Zrozumiała to spojrzenie i posłusznie wsiadła za wnuka, silnie chwytając go w pół.

Jechał jak najszybciej mógł. Ulice były zatarasowane szczątkami domów, samochodów... i martwymi ludźmi... Ci, którzy wciąż żyli, biegali w panice we wszystkie strony. Największe budynki Londynu rozpadały się i wyglądały jak wielkie domino, osuwając się na wieżowce obok. Cieszył się, że nie zdecydował się na auto, bo nie przejechałby przez gruzy. Kierował się na północ, w stronę granicy miasta. Zasięg wzrokowy wynosił maksymalnie pięćdziesiąt metrów. Wszędzie zalegały chmury dymu wymieszane ze wszystkim, z czego zbudowano Londyn, ale mimo tego, nie zwalniał poniżej 80 mil na godzinę. Tom wciąż nic nie słyszał, ale wiedział, że ten armagedon dalej trwa, ponieważ co chwilę czuł drżenie. "Co to za cholerne cholerstwo?!" - myślał o rzeczy, którą widział i która zabiła Kate.

W końcu dojechał do miejsca, w którym musiał podjąć decyzję, co dalej. Prosto, w stronę miasta Stavenage albo w lewo. Wybrał drugą opcję i ruszył w stronę farmy swojego wujka.
[center]*[/center]

Po szalonej jeździe wąską, polną drogą Tom wreszcie dotarł w okolice farmy swoich krewnych. Pośrodku największego pola swojego wujka zobaczył stojący traktor. Maszyna była pusta, więc jechał dalej. Po pięciu kolejnych minutach dojechał na miejsce. Na werandzie swojego domu stał Frank Young - wuj Toma. W rękach trzymał strzelbę, a wzrok skierowany miał w stronę płonącego Londynu i wielkich statków - bo tak o nich myślał - które nawet z odległości tych około dziesięciu mil wyglądały na gigantyczne. Dość powiedzieć, że większe z tych statków przerastały budynek "London Daily" - gazety, w której pracował Michael. Frank zszedł z werandy od razu, gdy usłyszał odgłos motocyklowego silnika. Odstawił strzelbę na ziemię i pomógł swojej cioci wejść do domu. Rzucił jakieś zdanie w stronę bratanka, nawet nie patrząc na niego. Tom oczywiście nie dosłyszał. Minutę później Frank wrócił.

- W sosie ten, do cholery, wiezie? - Tom denerwował się coraz bardziej. Nie mógł zrozumieć, co się do niego mówi.
- No, odpowiedz! Co się tam, do cholery, dzieje! - krzyknął stary Young. Dopiero teraz dostrzegł okrzepłą już krew po obu stronach twarzy Toma. Zobaczył też okaleczony łokieć i kilogramy popiołu, które na sobie nosił.
Wprowadził go do domu i pokierował do piwnicy, w której siedzieli już babcia, Sara i mała Emily. Wszyscy byli przerażeni, ale po zobaczeniu kuzyna pięciolatka zaczęła płakać. Babcia przytuliła ją, a Sara podeszła i zaczęła opatrywać rany.

Po upływie godziny Tom był już w stanie zrozumieć, co się do niego mówi. Wciąż byli w piwnicy, a Frank zastanawiał się z Sarą, co dalej.
- Boże, ocal nas... Londyn jest jedną, wielką ruiną! - krzyczała Sara przerażonym głosem. - Do nas tez dotrą, ktokolwiek to jest.
- Ale gdzie uciekać? Przecież widzisz, jak to coś wygląda. Przed tym nie ma ucieczki - odrzekł jej mąż, chwytając się za głowę i zaciskając wargi.

Tom starał się słuchać uważnie tej wymiany zdań. Opierał się plecami o ścianę, siedząc na ziemi. Było mu niewygodnie. Pomyślał, że tylko idiocie byłoby niewygodnie w takiej chwili. Kate zginęła, wszyscy jego znajomi, przyjaciele z pewnością teraz uciekali w panice i umierali na ulicach miasta, a jemu było niewygodnie. "Co za nonsens" - pomyślał. Sięgnął ręką w okolice lewego pośladka. Powodem niewygody był portfel, który wystawał mu z tylnej kieszeni. Wyciągnął go i upuścił na podłogę. Ze środka wysunęła się żółto-biała wizytówka.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:24

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK VI

[/center]

Dzień przesłuchania komandora Sheparda, 2186, Vancouver.

Samolot z brytyjskimi dziennikarzami wylądował w Kanadzie późnym popołudniem, a od razu po zakwaterowaniu się w zarezerwowanych hotelach, przedstawiciele mediów ruszyli w Vancouver w poszukiwaniu materiału. Niektórzy od razu poszli pod centralę Przymierza i zbierali opinie ludzi, którzy oczekiwali z niecierpliwością na przesłuchanie, a inni szukali osób powiązanych z komandorem w nadziei na ekskluzywny wywiad. Od początku całej sprawy istniały dwie grupy ludzi między którymi niejednokrotnie dochodziło nawet do rękoczynów. Decyzja władz Vancouver, aby do ustabilizowania sytuacji posłać policję, była więc uzasadniona i ciepło przyjęta przez okolicznych mieszkańców. Dziennikarz i operator "London Daily" mieli rezerwację w hotelu nieopodal doków Przymierza. Rozpakowali się i podczas gdy Michael szykował się do drogi, Robert rozsiadł się na łóżku, poprawił swoje dredy, oparł wygodnie o ścianę i zapalił skręta.

- Ach, w końcu. Te przepisy linii lotniczych są nieżyciowe. Co jest złego w zapaleniu na pokładzie? - powiedział, biorąc pierwszego bucha.
- Robert... Nie sądzisz, że powinniśmy zbierać materiał? Iść w miasto, szukać poszlak? - odrzekł Michael, nieco zirytowany beztroską kolegi.
- Przyjaciele mówią na mnie RR. Reggae Robert. Usiądź, bracie, zrelaksuj się. - Wypuścił z ust sporą porcję dymu i wyciągnął dłoń ze skrętem w stronę kolegi.
- Dzięki, RR - Young odmówił gestem dłoni - musimy iść. Już wieczór, przesłuchanie jest jutro w południe, a my nie mamy nic. Konkurencja nie śpi. Latają już jak sępy nad padliną i robią wywiady, filmy i całą resztę. Nie powinniśmy się teraz relaksować...
RR zgrabnie zeskoczył z łóżka, podszedł do okna i uchylił je, jakby nie słysząc partnera.
- Wiesz, dlaczego jestem najlepszym operatorem "London Daily"? - spytał, a ostatnie promienie słońca oświetlały jego twarz. Po chwili odpowiedział sam sobie: - Bo Jah jest ze mną. Widzę, że i ty wierzysz w Boga.

Michael spojrzał w dół. Cały czas miał na szyi prezent od ojca - łańcuszek z wizerunkiem Chrystusa.
- Sam nie wiem, czy wierzę, Robercie. To bardziej prezent od ojca, niż symbol mojej wiary.
- Nieistotne. Boży symbol wisi ci u szyi. Jah jest z nami, bracie. Materiału będzie pod dostatkiem, sam ukaże się o odpowiedniej porze. Zrelaksuj się. - Znów wyciągnął dłoń ze skręcaną własnoręcznie trawką i uśmiechnął się niesamowicie szeroko, pokazując nieskazitelnie białe zęby.

Michael delikatnie się zaśmiał, chwycił skręta i pociągnął.

[center]*[/center]

Następnego dnia Michael obudził się około dziesiątej. Przesłuchanie miało rozpocząć się o dwunastej, a Roberta nie było w pokoju. Młody Young zdenerwował się. Wziął szybki prysznic, ubrał się, chwycił dyktafon i wybiegł z hotelu. Próbował zadzwonić do swojego operatora, ale ten nie odbierał. Hotel, w którym się zatrzymali, był elementem większego kompleksu turystycznego, z którego często korzystały rodziny oficerów Przymierza. Lokalizacja była dość malownicza, jak na okolicę: przy dokach, na wzgórzu, które kwitło zielenią. U jego podnóża, odbitym światłem słonecznym błyszczało błękitne, sztuczne jezioro. Naokoło, na planie niemal idealnego koła, stały białe budynki kompleksu, najwyżej pięciopiętrowe. Na środku zbiornika wodnego była platforma, na której mieściła się restauracja o nazwie "Wyspa Nadziei". Tuż obok samej knajpki był niewielki skwer z kilkoma drzewami. Michael dostrzegł tam Roberta, który siedział w cieniu i kiwał głową w rytm muzyki, nie otwierając oczu. Young podbiegł tam co tchu.

- RR! Co ty tu, do jasnej cholery, robisz?! - krzyczał, łapiąc kolegę za ramiona i trzęsąc nim aż słuchawki wypadły mu z uszu. - Przecież za niecałe dwie godziny przesłuchanie. Nie wiem jakim cudem jesteś najlepszym operatorem w firmie, ale zachowując się w ten sposób niedługo stracisz to miano. Nie wiem, jak tobie, ale mi zależy na pracy w "London Daily".

Czarnoskóry Robert słuchał cierpliwie wszystkich uwag swojego kolegi. Do tej pory znał Michaela tylko z widzenia, czasem mijali się w redakcji podczas wypełniania swoich obowiązków. Nigdy nie widział go tak zdenerwowanego. W końcu Young przestał mówić. RR tylko na to czekał.

- Chill, bracie. Mówiłem, że Jah nas poprowadzi. Czekałem tu na ciebie. Spójrz tam - powiedział, wskazując palcem na wielki parasol w restauracji "Wyspa Nadziei". Pod nim siedział, w charakterystycznej czapce, porucznik Jeff Moreau, a obok niego ładna brunetka. Moreau to nikt inny jak Joker, pilot SSV Normandii, fregaty Sheparda. - Twój materiał czeka kilka metrów stąd, Young. Walcz, bracie - skończył RR, mrugając lewym okiem i pokazując swój śnieżnobiały uśmiech.

Michael nie wierzył w swoje szczęście. Bóg pomógł, czy nie, to było nieważne. Niezwłocznie podszedł do pary siedzącej przy niewielkim stoliku. Przypadkiem usłyszał końcówkę rozmowy.
- Poruczniku Moreau. Naprawdę chciałabym, żebyśmy współpracowali. Dostosowywanie Normandii jako centrum dowodzenia admirała Andersona odbyłoby się znacznie szybciej, gdyby pan współpracował - mówiła młoda brunetka.
- Traynor, bo tak masz na nazwisko, tak? - odpowiedział Joker. - Przesłuchanie jeszcze się nie odbyło, więc nie byłbym taki pewny, czy Normandia w ogóle potrzebuje tego remontu.
- Decyzja zapadła, poruczniku. Sztuczna inteligencja fregaty odmawia współpracy, twierdząc, że została zaprogramowana tak, że spełnia tylko pańskie polecenia. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby nam pan pomógł.

W tej chwili podszedł do nich dziennikarz "London Daily" z dyktafonem w ręku. Joker westchnął. Miał dość próśb o wywiady, nie znosił ich udzielać. Wstał jeszcze zanim Young zaczął mówić i sam powiedział :
- Panie redaktorze, dowódcy zabraniają mi udzielania wywiadów - kłamał, bo żadne oficjalne polecenie nie zabraniało samych rozmów. Nie można było ujawniać detali konkretnych misji, ale wywiady jako takie nie były sprzeczne z poleceniami. - Jestem zawieszonym członkiem załogi Normandii. - Wskazał dłonią na Traynor. - Zapraszam do wywiadu z tą panią. Ona jest nowym członkiem załogi, jeszcze nie zawieszonym.

Younga nieco zatkało, tak samo jak Traynor. Ją nawet bardziej, bo do tej pory Moreau naśmiewał się z niej wprost, a teraz zrobił to pośrednio. Sugerując, że jest członkiem załogi, pozbył się dwóch problemów na raz. Natrętnego dziennikarza i rozmowy z nią. Pilot Normandii pokuśtykał w stronę doków, a zrezygnowany Young usiadł przy Traynor.
- Dzień dobry, pani Traynor. Proszę wybaczyć, ale usłyszałem pani nazwisko. To prawda, że jest pani członkiem załogi? - spytał z nadzieją w głosie.
- Jestem w tej chwili przydzielona do prac na Normandii, ale nie jestem formalnie członkiem załogi. Przykro mi. Nie dysponuję żadnymi sensacjami.

Young chciał z niej wyciągnąć cokolwiek. Wolał nie iść na przesłuchanie z pustymi rękoma.
- W rozmowie przewinął się temat admirała Andersona i przerobienia Normandii na jego centrum dowodzenia. Czy to prawda? - spytał, włączając dyktafon.
- Jest taki pomysł. Normandia to najnowocześniejszy statek we flocie. Nadawałaby się, więc wprowadzamy na niej pewne zmiany. W tej chwili trwają intensywne prace. Poza tym, z ostatecznymi przeróbkami czekamy na wynik procesu... Proszę mi wybaczyć, ale muszę wracać na pokład. Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Do widzenia - powiedziała, wstając od stolika i podążając do doków.

Young odpowiedział na pożegnanie i ucieszył się. Jakiś temat miał, ale to wciąż było mało, aby zadowolić jego szefa. Spojrzał w stronę skwerku, aby sprawdzić, czy RR chociaż odrobinę zmienił pozycję. Nie zmienił i dalej słuchał muzyki. Michael zaśmiał się bezgłośnie. Wstał od stolika i podszedł do swojego operatora. Oświadczył mu, że pora się zbierać, klepiąc go w ramię. Robert wstał i poszli w przeciwną stronę niż Joker i Traynor - do kwatery Przymierza, w której właśnie zaczynała się zamknięta część przesłuchania komandora Sheparda.

[center]*[/center]

Tłum był trudny do ogarnięcia wzrokiem. Michael i Robert starali trzymać się razem, ale już po kilku chwilach zostali rozdzieleni. Jeden miał dyktafon, a drugi kamerę. Oddzielnie nie mogli zrobić zbyt wiele, ale nie mogli już nic poradzić. Ludzie stawali się coraz bardziej agresywni. Policja starała się jak mogła, ale kordon co kilka minut był przerywany i zamaskowane kominiarkami grupy - zarówno zwolenników, jak i przeciwników Sheparda - ścierały się ze sobą, okładając pięściami również przypadkowych ludzi. Na szczęście mundurowi wyłapywali co bardziej agresywnych i ponownie zamykali lukę w swojej formacji. Co chwilę szyki jednak łamały się choćby przez matki z dziećmi, które błagały o umożliwienie im wyjścia, kiedy zorientowały się, że przed kwaterą Przymierza nie odbywa się żaden festyn. Tysiące ludzi wykrzykiwały dziesiątki haseł, które mieszały się ze sobą. "Shepard", "bohater", "morderca", "zdrajca", "śmierć" i wiele innych. Young machał ludziom przed oczami swoją akredytacją prasową, prosząc, aby go przepuścili do przodu, gdzie ustawieni byli fotoreporterzy, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Był unieruchomiony. Na podwyższeniu, na którym ustawionych było kilkanaście kamer przeróżnych, światowych mediów, wylądował prom z kolejnym oddziałem policyjnym. Young dostrzegł, że - w przeciwieństwie do policjantów rozdzielających tłum - byli poważnie uzbrojeni i opancerzeni. Zapewne samym wyglądem mieli zniechęcić krewkie grupy do zamieszek. Michael myślał, że zadziałało, bo od tej pory w tłumie było nieco spokojniej. Dalej jednak nie był w stanie przedrzeć się do przodu. Zniechęcony rozejrzał się po okolicy, składającej się z wysokich budynków. Jego twarz przybrała wyraz całkowitego zaskoczenia, kiedy zobaczył jedną ze ścian siedziby Przymierza...

[center]*[/center]

Robert od razu po zgubieniu kolegi wycofał się z tłumu i ogarnął wzrokiem okolicę. Boczna ściana budynku Przymierza była umieszczona za wąskim kanałkiem, wypełnionym wodą. Operator rozpędził się i przeskoczył przeszkodę. Przed sobą zobaczył dwóch policjantów odwróconych w stronę tłumu. Skradając się, ominął ich, przechodząc kilka metrów za ich plecami. Wszedł na balkon na parterze bocznej ściany budynku.

- No, Jah. Bądź ze mną, bracie - powiedział na głos i zaczął się wspinać. Stąpał ostrożnie, ale szło mu bardzo sprawnie. Konstrukcja budynku ułatwiała wspinaczkę. Było sporo punktów zaczepienia. Na wysokości piątego piętra spojrzał w dół. Czuł, że serce bije mu coraz szybciej. Musiał się uspokoić. Zaczął cicho podśpiewywać:

Oba, ob-serving the hypocrites
As they would mingle with the good people we meet
Good friends we have had, oh good friends we've lost along the way
In this bright future you can't forget your past
So dry your tears I say


W tej chwili noga ześlizgnęła mu się z wąskiego parapetu, na którym oparł ciężar ciała. Skrajnym wysiłkiem zdołał chwycić się tej samej półki dłonią, kiedy spadał. Podciągnął się i kontynuował wspinaczkę.
- Jah, bracie. Nie rób sobie jaj. - Wytarł spocone czoło prawą dłonią.

Gdy był na wysokości około dziesiątego piętra zaczęły do niego dochodzić głosy z wewnątrz budynku. Starał się im przysłuchiwać.
- Cokolwiek to jest... - mówił męski głos. - Jest niesamowicie potężne.
- Sprowadziliście mnie tu - odpowiadał inny mężczyzna - żeby potwierdzić coś, co już wiecie. Żniwiarze nadchodzą.
- Więc jak ich powstrzymać? - powiedziała jakaś kobieta, bardzo zatroskanym głosem.
- Powstrzymać? - odrzekł zaskoczony mężczyzna. - Tu nie chodzi o strategię i taktykę, ale o przetrwanie.

Obok Roberta, zwisającego z jednego z parapetów, wylądował gołąb i zaczął irytująco gruchać.
- A sio, wredny ptaku! Nie przeszkadzaj, kreaturo - mówił do ptaka, machając ręką, aby go przepłoszyć. Gołąb gruchnął jeszcze raz i, jakby obrażony, zamachał skrzydłami, po czym odleciał. Czarnoskóry wspinacz znów skupił się na rozmowie wewnątrz budynku. "Żniwiarze? To musiał być Shepard, a to jego przesłuchanie. Jah, jesteś wielki" - myślał.
- Jak mogli przedrzeć się przez naszą obronę? - kontynuowała kobieta.
- Co robić? - pytał mężczyzna podłamanym głosem.
- Jedyne, co możemy. Walczymy albo umieramy - odrzekł mocny, męski głos.

Robert poczuł dreszcz, kiedy to usłyszał. Zaczął łączyć fakty, ale nie zdążył dojść do żadnych wniosków. Chwilę później usłyszał niesamowicie głośny, metaliczny dźwięk i spojrzał za siebie. Coś wielkiego właśnie wypuściło wiązkę czerwonego światła, które uderzyło w salę, w której miało miejsce przesłuchanie. Nastąpiła olbrzymia eksplozja i huk, który sprawił, że Robert stracił równowagę i spadł jakieś trzy metry w dól, na jeden z większych tarasów.

- Muszę zejść, muszę zejść - mówił do siebie, leżąc. Otrzepał się i wstał na nogi. Odwrócił się w stronę Vancouver. Zobaczył ognisty deszcz. Wiedział już, co to, kojarząc fakty zasłyszane w rozmowie. Legendarni Żniwiarze atakują Ziemię.

[center]*[/center]

Pierwszy wybuch nastąpił w kwaterze głównej Przymierza. Tłum zebrany pod nią wpadł w panikę, ludzie tratowali się wzajemnie. Kobiety starały się chronić swoje dzieci, ale nie mogły nic zrobić. Przerażeni zwolennicy i przeciwnicy Sheparda wymieszali się, próbując znaleźć drogę ucieczki. Kolejne eksplozje sprawiały, że w panikę wpadli również policjanci, do tej pory chroniący zgromadzenie. Rzucali swoje pałki, hełmy i sami uciekali. Niewiele osób zachowywało rozsądek. Byli wśród nich członkowie oddziału specjalnego policji, którzy szukali osłon i próbowali skontaktować się z dowództwem, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Chwilę później zaprzestali tych prób. Dostrzegli dziesiątki wielkich statków, spadających z nieba i otwierających morderczy ogień w stronę zabudowań. Wtedy również część z nich spanikowała i rzuciła się do ucieczki. Michael Young był zdezorientowany. Kilka osób w tłumie krzyczało: "Shepard miał rację! To Żniwiarze! Jesteśmy zgubieni! Ratuj się kto może!". Tłum rozbiegł się we wszystkie strony. Young postanowił zostać na miejscu. Kiedy zrobiło się luźniej, podbiegł do stanowiska policji i próbował pytać, co się dzieje. Przerażone oczy funkcjonariuszy mówiły mu, że sami nie mają pojęcia. Young nie wiedział, co robić. Zadziałała psychologia tłumu i pobiegł za jedną z grupek. Wtedy zauważył coś strasznego.

Jakieś stworzenia atakowały bezbronnych i przerażonych ludzi. Sami wyglądali jak ludzie, ale już nimi nie byli. Young doskonale wiedział, co to za potwory. Podczas szkolenia w Doncaster major Burgess wyświetlał im slajdy z takimi istotami. Przymierze natknęło się na nie na Eden Prime. Nazywał je zombie, chociaż od nieumarłych z legend wiele ich dzieliło. Michael przypomniał sobie, że zombie to ludzie, którzy za pomocą technologii gethów przerabiani byli w te bezmyślne stwory. Przynajmniej wszyscy myśleli, że to technologia gethów. Young cały czas podejrzewał, że to coś więcej i teraz miał dowód. Zombie były dziełem Żniwiarzy, tak samo, jak atak gethów na Cytadelę kilka lat wcześniej. "Jacy byliśmy głupi!" - myślał. Zastanawiałby się nad tym dłużej, gdyby nie kilka tych potworów, które dopadały do ludzi i mordowały ich kilkanaście metrów od niego. Chwytały je w swoje łapy i wgryzały się w ich ciała, a niezwykle silnymi dłońmi rozszarpywały ich. Wokoło było już dużo zmasakrowanych ciał, a ulice zaczynały spływać krwią. Young stał obok knajpki, której nazwy nie znał. Kątem oka zauważył jednego z członków policyjnych służb specjalnych. Był martwy, a jego ciało przewieszone było przez niewielki płot okalający ogródek knajpy.

- On ma broń, musi mieć! - krzyknął do siebie, jakby mając wrażenie, że tylko głośne polecenie przekona jego nogi do działania. Nogi usłuchały i podbiegł do trupa.

Przyglądał się uważnie i pod ciałem policjanta ujrzał pistolet. Ukląkł z nadzieją, ale zobaczył coś, czego się obawiał. Magazynki pistoletu oznaczone były kolorem niebieskim, który oznaczał, że są w nich "ślepaki". Tym nikt się nie obroni. Michael wstał i spojrzał w głąb knajpianego ogródka i ujrzał kobietę, na którą biegły dwa zombie. Przerażona cofała się, aż jej plecy zetknęły się ze ścianą. Young chciał pomóc, ale nie wiedział jak. Opuścił głowę i spojrzał na łańcuszek, który dał mu ojciec. Wtedy, na przedramieniu policjanta, zobaczył omni-ostrze. Czym prędzej zdjął je z trupa i założył na prawe przedramię. Na chwilę zamknął oczy i przypominał sobie, jak stosować urządzenie. W Doncaster mieli kilka zajęć, które dotyczyły użycia tej współczesnej broni białej. Wiele ośrodków podchodziło lekceważąco do tego wynalazku, nie poświęcając mu więcej niż jedne zajęcia, ale dowódca ich obozu stracił oko w walce bezpośredniej z gethem i uważał, że gdyby miał wtedy omni-ostrze, to nie odniósłby swoich ran. Dlatego nie ograniczył się do pokazu slajdów i nauczył swoich podwładnych podstaw walki tym urządzeniem.

Od młodej kobiety w opałach dzieliło go kilka metrów, a po drodze dwa spore stoły, przy których zwykle klienci spożywali posiłki, rozkoszując się dobrą pogodą. Zombie już rzucały się na dziewczynę, więc Michael wszedł na pierwszy stół, rozpędził się i - wskakując na drugi - włączył omni ostrze. To zmaterializowało się, świecąc na pomarańczowo, w momencie, kiedy Young skakał z drugiego ze stołów. Spadając na jednego z przeciwników, wbił mu ostrze w kark, natychmiast go zabijając. Drugi uniósł głowę znad kobiety, ale nie zdążył obrócić ciała i dostał cios prosto między oczy. Young wyłączył broń, a jego ofiara upadła na ziemię z hukiem, nie wykazując oznak życia. Spojrzał na dziewczynę, której ruszył na ratunek i na moment go zatkało. To była Emily Wong, dziennikarka. Nie miał teraz czasu na przedstawianie się i po prostu podał jej rękę i pomógł wstać. Na ramieniu kobiety była rana. Na szczęście było to tylko draśnięcie. Ratunek przyszedł w samą porę.

- Dziękuję... - Kobieta ciężko oddychała i była w wyraźnym szoku, a jej szeroko rozwarte źrenice były wpatrzone w człowieka, który jej pomógł.
Wszędzie w okolicy ludzie wciąż uciekali w panice, a zombie było coraz więcej. Michael nie wiedział, co robić. Wtedy drzwi knajpy lekko się uchyliły i ze środka dobiegł ich głos:
- Chodźcie tu, szybko, cholera!

Błyskawicznie posłuchali nieznajomego i weszli do środka, a wąsaty - nieco otyły, łysiejący mężczyzna - zaryglował za nimi drzwi. Pomieszczenie było ładnie umeblowane. Drewniany barek, za którym były polewaki do piwa. Za barkiem ściana z różnymi winami, kieliszkami i, oczywiście, cennikiem. W środku było kilka stolików, mniejszych niż w ogródku. Na bardziej szczegółowe oględziny nie było czasu.

- Ładnie ich załatwiłeś, dzieciaku - powiedział wąsacz. - Jestem Walter, właściciel tej knajpy. Co tam się dzieje, do jasnej cholery?
Emily Wong i Young popatrzyli na siebie. Oboje wiedzieli, kto stoi za atakiem.
- To Żniwiarze - powiedzieli niemal równocześnie. Dziennikarka nieco się zdziwiła.
- Żniwiarze? - Zza baru wyjrzało dziecko, na oko dziesięcioletnie. - Te potwory, o których mówią w telewizji? - spytał z zachwytem chłopak.
- Tak, te same... - odpowiedziała mu Wong, spuszczając głowę. W tym momencie zrozumiała, że wszystko, co mówił komandor Shepard, w tej jednej chwili okazało się prawdą. Koszmar wkroczył w rzeczywistość i zaczął nią rządzić. Złapała się dłońmi za głowę i zatkała uszy, słysząc krzyki ludzi masakrowanych przed knajpą. Skuliła się na ziemi niczym małe, przerażone dziecko.
- Co robimy? - pytał zaniepokojony Walter.
- Musimy uciekać... Jak najdalej - odrzekł Young.
- To wiem, ale gdzie? Jak? Na ulicach jest rzeź. Wszyscy giną, a te... koszmary zabijają kolejnych. - Wąsaty mężczyzna stał przy barze, chwycił otwartą butelkę wódki i wziął dużego łyka.
- Tato... - powiedział syn Waltera.
- Cicho, Max - uciszał go. - Myślimy, jak tu ujść z życiem.

Wewnątrz knajpy zapadła cisza. Skulona pod barem Emily nie była wstanie myśleć racjonalnie. Young wiedział, że muszą wydostać się z miasta, ale nie miał pojęcia jak. Walter znowu napił się wódki.
- Tato... - ponowił próbę Max - może pójdziemy kanałami?
Walter uniósł głowę. Jego syn uwielbiał bawić się z kolegami w miejskich kanałach. Musiał znać tam każdą ścieżkę, bo ojciec nie raz i nie dwa szukał go godzinami, a w końcu znajdywał wieczorem w domu i prał jego tyłek na kwaśne jabłko.
- To... To ma sens... Chłopak jest nieznośny z tymi kanałami, ale przysiągłbym, że zna je jak własną kieszeń... Zwykle nudził się w knajpie i wymykał się tylnym wejściem. Tam, w chodniku, jest studzienka. Tamtędy schodził... - powiedział Walter, odstawiając wódkę na barek.

Young rozważał sytuację. Głównym wejściem wyjść nie mogli. Była ich czwórka. Przerażony wąsacz, załamana dziennikarka, niegrzeczny dzieciak i on - Michael Young. Na całą grupę przypadała jedna broń - omni-ostrze. Z ulicy dobiegały strzały z broni palnej. Dziennikarz "London Daily" podszedł do okna i ostrożnie wyjrzał przez żaluzje, mając nadzieję, że wróg spotkał się z oporem. Okazało się jednak, że strzelał ktoś inny. Kolejne potwory. Takich nie widział nigdy, ale ich głowy były podobne do głów batarian... Te stwory były groźniejsze, bo na tyle inteligentne, że posługiwały się karabinami. Młody Anglik widział ludzi upadających pod ogniem wroga, ale nie mógł im pomóc. Zacisnął wargi i wrócił do grupy.

- Młody, naprawdę jesteś w stanie wyprowadzić nas z miasta tymi kanałami? - spytał chłopaka.
- Tak, stary - odpowiedział Max, krzywiąc się za nazwanie go "młodym". - Trzeba zejść studzienką w dół, a potem w prawo i w lewo... A potem znowu w prawo i - zastanawiał się, bawiąc się palcami swoją dolną wargą.
- Dobra, prowadź - zadecydował Young, dziwiąc się, że powierza los ich wszystkich dzieciakowi, ale innej opcji nie widział. Podszedł do Emily i pomógł jej wstać. Cała czwórka wyszła przez zaplecze w wąską uliczkę. Studzienka była tuż obok i schodzili w dół, po kolei. Najpierw Max, następnie Emily, Walter, a na końcu Michael. Tuż przed wyjściem, Walter przezornie zebrał do trzech plecaków jedzenie i picie, jakie tylko miał pod ręką. Sądził, że może się przydać.

[center]*[/center]

Szli kanałami już godzinę. Nie natknęli się na nic, poza kilkoma szczurami, które piszczały na nich agresywnie, jakby wściekłe za wtargnięcie do ich królestwa. Było ciemno, wilgotno, a do ich nozdrzy dochodziły nieprzyjemne zapachy. Raz na jakiś czas przechodzili pod innymi studzienkami, z nad których docierały do nich odgłosy rzezi, która miała miejsce na ulicach Vancouver.

- Czy ty mnie znasz? - spytała Emily Wong, kierując wzrok w stronę Younga. - Takie odniosłam wrażenie.
- Nie znam cię, ale wiem kim jesteś - odpowiadał Young. - Też jestem dziennikarzem. Michael Young. Miło mi poznać.
- Heh, maniery w takiej chwili. Ładnie... Skąd dziennikarz ma takie umiejętności, którym zawdzięczam swoje życie?
- To długa historia. Pogadamy o niej, jak się wydostaniemy z tego miejsca.
- Cicho być, bo nas usłyszą - uciszał ich Walter, wciąż przerażony.

Jego syn był dobrym przewodnikiem. Faktycznie znał podziemne drogi lepiej, niż Michael znał Londyn. Dziennikarz był pod wrażeniem. Po upływie kolejnych trzydziestu minut znaleźli się u kresu drogi. Kanał kończył się, a przed nimi było około dwumetrowe zejście. nie było żadnych schodów, ani drabiny, więc musieli sobie radzić sami. Michael ostrożnie zawisł z krawędzi, trzymając się jej dłońmi i zeskoczył, a upadając zrobił przewrót wprzód, aby jego nogi nie przyjmowały całej siły upadku. Potem Walter pomógł zejść Emily, a Michael asekurował. Następnie zszedł Max, wraz z ojcem. Pokonali kilkumetrowe, śmierdzące bajoro, sięgające im do kostek i przeszli na drugą stronę. Mieli szczęście, bo przed nimi był las. Kanada była jednym z większych i mniej zagospodarowanych krajów na świecie. Lasy - w przeciwieństwie na przykład do krajów beneluksu, czy Japonii- wciąż tam były i zajmowały pokaźne połacie terenu.

Zapadał wieczór. Gdy wchodzili w las, obejrzeli się. Za nimi widniał przerażający obraz. Jasna łuna roztaczała się nad miastem. Mimo zapadającego zmroku, w Vancouver było jasno od płomieni, a Żniwiarze strzelali rzadziej. Michael zorientował się, że teraz celują w konkretne miejsca, likwidując zlokalizowane punkty oporu Przymierza. Young zwiesił głowę zrezygnowany i poprowadził swoją grupę w głąb lasu.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:26

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK VII
[/center]


"Żniwiarze - rasa krwiożerczych maszyn oczyszczających całą galaktykę z przejawów inteligentnego życia. Mają regularność szwajcarskiego zegarka i na swoje "żniwa" przybywają co 100 000 lat! Wiele osób twierdzi, że już niedługo przybędą i po nas!"

Sara rzuciła w kąt piwnicy gazetę z przed kilku dni. Jeszcze wtedy ten artykuł wydawał się czymś w stylu "napadła mnie szafa. Zobaczcie, co mi zrobiła!" - jak większość tekstów "The Moon", londyńskiego brukowca. Teraz było jednak inaczej. Sara zaparzyła herbaty w małym czajniku elektrycznym i zaniosła ją swojej córce - Emily oraz babci Barbarze. Kobiety milczały, siedząc w kącie pomieszczenia. W tym samym czasie Tom Young ścierał z twarzy ostatnie resztki zakrzepłej krwi wilgotnym ręcznikiem. Jego wuj - Frank - zastanawiał się, co można zrobić.

- Musimy pomyśleć, co dalej... Pomyślmy logicznie... - powiedział, drapiąc się po siwej, łysiejącej głowie. - Żniwiarze... Co o nich wiemy?
Sara wytężyła umysł.
- To starożytna rasa maszyn, która przybywa co wiele tysięcy lat i morduje wszystko... Co więcej chcesz wiedzieć? - Uniosła łamiący się głos.
Babcia Barbara piła powoli gorącą herbatę, delektując się jej smakiem i uśmiechając, jakby zupełnie odcięta od aktualnych wydarzeń. Emily, otulona ciemnym kocem, schowała się w nim tak głęboko, że było widać tylko czubek jej głowy.
- Tom. Służyłeś na Cytadeli z Widmem, tak? Proszę cię, powiedz, że wiesz coś więcej... - błagającym wręcz tonem spytał Frank.
- Nigdy nie zwracałem na to uwagi... Jakieś pogłoski krążyły, ale sam nie wiem - odpowiedział Tom. Podczas pracy z Jondumem Bau był tylko pomocnikiem. Był świadomy, że spora część Widm traktowała legendę o Żniwiarzach poważnie, ale jego partner - Bau - miał myśli skoncentrowane na złodziejce, Kasumi Goto, do której podczas ich trwającej rok współpracy nawet się nie zbliżyli. Po chwili intensywnych rozmyślań, wpadł na trop:
- Tak... To chyba może pomóc - zaczął. - Pamiętacie aferę ze znikaniem ludzkich kolonii z układów Terminusa? - zapytał i sam sobie odpowiedział: - Głośna sprawa... Cerberus rozprawił się ze zbieraczami. Raporty, które dostawał Bau, a ja po nich myszkowałem, mówiły, że między zbieraczami, a Żniwiarzami jest jakiś związek, sojusz.
- Ale co z tego? - pytał zniecierpliwiony Frank. - Oni mogą tu być lada chwila, a my mamy moją strzelbę i twój pistolet.
- To znaczy, że ich celem jest łapanie ludzi, a...
Sara dokończyła jego myśl:
- Tu jest nas mało, więc jesteśmy... bezpieczni? Nie opłaca im się tutaj przyjść? A w końcu oni mordują, czy łapią?
- Bezpieczni może nie, ale na pewno bezpieczniejsi niż wszyscy, którzy zostali w Londynie - odpowiedział Tom z posępną miną. - Druga rzecz... Mam tu wizytówkę z kontaktem do Cerberusa. Może mogliby nam pomóc...
Babcia uniosła głowę z nad kubka z herbatą:
- Oj nie, nie, wnusiu. Nie będziesz ty mi się z tymi łobuzami zadawał. Ja słyszałam, co w telewizji o nich mówią! I Helenka, przyjaciółka moja, też mówiła, że to hultaje.
- Hultaje, czy nie, nie znam nikogo innego, kto mógłby nam teraz pomóc! - Tom zdenerwował się. - Z resztą oni wcale nie są tacy źli na jakich ich się kreuje. To oni ocalili komandora Sheparda, a gdyby Rada słuchała się Sheparda, to do tego wszystkiego mogłoby nie dojść!

Babcia nie przestraszyła się krzyku swojego wnuka. Wróciła do siorpania ciepłej herbatki. Frank skinieniem głowy wyraził poparcie dla decyzji o odezwaniu się do Cerberusa. Obaj mężczyźni spojrzeli na Sarę.
- Nie mamy wyboru... Ściągaj ich. Niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Tom Young wyciągnął z portfela wizytówkę, którą otrzymał dwa lata wcześniej. Były na niej numery telefonów, skrzynki mailowe, a nawet adresy. Mała Emily bawiła się komórką swojej mamy, ale Tom szybkim krokiem podszedł i wyrwał jej z rąk urządzenie i wbił numer. Emily nie zdążyła zaprotestować, bo Tom odkrył coś niepokojącego.
- Cholera. Nie macie tu zasięgu? Jest tylko jedna kreska...
- Mamy idealny. Przecież jesteśmy kilka mil od Londynu. Nigdy nie było z tym problemów - odpowiedział Frank, niepokojąc się.

Mężczyźni spojrzeli na siebie i bez słów domyślili się, co się dzieje. Żniwiarze musieli być bardzo metodyczni i zapewne niszczyli wszelkie metody komunikacji na Ziemi i na orbicie, czyli satelity. Jedna kreska nie nastrajała optymistycznie. Tom próbował, ale najlepszym co usłyszał w słuchawce, był sygnał. Po kilkunastu minutach próbowania, wszyscy byli w coraz większym stresie. Sara modliła się od chwili rozmowy, Emily wtuliła się w babcię i obgryzała paznokcie. Tylko babcia zachowała spokój, drzemała. Wtedy usłyszeli dźwięk silnika jakiejś potężnej - wnioskując po rodzaju odgłosu - maszyny, która musiała zatrzymać się na podwórzu. Tom błyskawicznie rzucił telefon Sarze, wyjął zza paska swój pistolet i pobiegł po schodach na górę. Frank chwycił strzelbę, kilka pochłaniaczy ciepła i pobiegł za bratankiem.

Gdy wybiegł przez drzwi wejściowe, jego zdziwienie sięgnęło zenitu. Stanął obok Toma i przyglądał się gościom. Przed werandą domu na farmie Youngów zaparkował... autobus miejski numer 132. Wszystkie szyby - poza przednią, której brakowało - były szare od popiołu i nie było widać wnętrza pojazdu. Drzwi otworzyły się, a mężczyźni unieśli swoją broń i skierowali ją w stronę intruzów. Ze środka wyszło dwóch młodych chłopaków. Tom ich znał.
- Ja pierniczę! - Opuścił broń. - Hamed! Pavel! Jakim cudem... Autobus, no ja pierniczę!

Obaj przyjezdni oparli się plecami o przednią oponę autobusu i usiedli, ocierając pot z czoła. Musieli mieć za sobą niemniej ciekawą jazdę niż Tom z babcią, a teraz mogli wreszcie odetchnąć. W końcu Hamed wziął głęboki oddech i zaczął mówić:
- Mieliśmy nadzieję, że nic państwu nie jest. - Skierował zdanie do Franka Younga, potem spojrzał na Toma. - Hej, Tommy. Nie wiedzieliśmy, gdzie uciekać... To Żniwiarze. Ja nic nie rozumiem...Darren...

Przerwał. Siedzący obok niego Pavel początkowo milczał, ale jako że kolega nie był w stanie mówić dalej, to on opowiedział im całą historię. Darren i Hamed przyszli po niego do domu, aby zawiózł ich swoim autem do siedziby komunikacji miejskiej, gdzie mieli zrobić obszerny wywiad z zarządem spółki, celem omówienia sprawy strajku. Pavel zgodził się bez wahania, wiedział, że inaczej trudno im się tam będzie dostać. Znał Al Jilaniego jeszcze z czasów szkoły, był też w obozie pod Doncaster razem z Hamedem, Tomem i Michaelem. Po dojechaniu na miejsce, dyrektor zaprosił ich do biura, ale Darren pomyślał, że warto byłoby zrobić materiał w jednym z autobusów, stawiając dyrektora na fotelu pasażera i robiąc mu parę zdjęć. Ta decyzja uratowała życie Pavla i Hameda. W momencie ataku byli już w środku pojazdu, który chwilę wcześniej podjechał z przeglądu, a kierowca wyszedł na papierosa, nie gasząc silnika. Darren i dyrektor poszli na chwilę do biura po oświadczenie, które zarząd komunikacji chciał przekazać mediom. Kiedy zaczęły się eksplozje, Pavel siedział wygodnie na fotelu kierowcy. Hamed od kilku chwil szukał odpowiedniego miejsca na zdjęcie. Jeden z ognistych, czerwonych promieni uderzył tuż przed maskę pojazdu, bijąc przednią szybę i rozrywając na kawałki Darrena, dyrektora i kierowcę. Przerażony Pavel, nie czekając ani chwili, instynktownie złapał kierownicę i wcisnął pedał gazu.

- Mieliśmy cholernego farta, że ten kierowca nie zgasił silnika - kończył opowieść. - No i dotarliśmy tutaj. Ale nie mam pojęcia, co dalej...
- Próbuję się odezwać do Cerberusa - mówił Tom. - Są naszą jedyną nadzieją. Mam do nich kontakt, ale Żniwiarze próbują zakłócić komunikację i mam tylko jedną kreskę zasięgu... Niedługo pewnie i ona zniknie...
Hamed podniósł się na nogi. Jego czarne brwi zmarszczyły się na dźwięk nazwy Cerberus. Miał z nimi styczność podczas misji na Księżycu. Tom o tym nie wiedział.
- Tom, Cerberus? Czy ty mówisz poważnie? Nic o nich nie słyszałeś? - spytał trochę teatralnie, mając nadzieję, że Young podziela opinię znacznej części ludzi i boi się Cerberusa.
- Słuchaj, Hamed. Lubimy ich, czy nie, to oni są teraz naszą jedyną szansą na przeżycie. Wiem, co się o nich mówi, ale sami nie mamy szans! - uniósł głos. Po chwili uspokoił się i dodał: - Znasz się trochę na technologii, prawda? Mógłbyś mi z tym pomóc?

Hamed zmarszczył brwi jeszcze mocniej. Teraz już prawie stykały się z oczami. Cerberus nie mógł wiedzieć, że ktoś przeżył misję Przymierza na Księżycu. Al Jilani doszedł do wniosku, że nic mu nie grozi, a przynajmniej nie za to, co się wydarzyło na Srebrnym Globie.
- Przynieś mi ten telefon... I numery jakie chcesz wykręcić.

[center]*[/center]

Hamed próbował przez około godzinę, ale jedynym, co zdołał osiągnąć, było wysłanie kilku wiadomości tekstowych na podane numery. Liczył na to, że przejdą. O ile stabilne połączenie uważał za niemożliwe, to łudził się, że krótkie teksty mogą przejść. Frank i Pavel zeszli do piwnicy, a Tom wraz z Hamedem siedzieli na werandzie i obserwowali czerwoną łunę nad płonącym Londynem. Nad nim górowały w oddali sylwetki olbrzymich maszyn - Żniwiarzy.
- Nasze miasto umiera, nasi przyjaciele giną... Darren nie żyje, a równie dobrze to mogłem być ja. To on mógł szykować aparat, a ja mogłem iść z dyrektorem do biura... - mówił Hamed, zwieszając głowę.
- Pamiętasz Kate? Pielęgniarkę mojej babci? - spytał Tom po chwili ciszy. - Ona też nie żyje. Widziałem jak umiera... Jeden z nich trafił w moje mieszkanie. Widzisz jakie te potwory są ogromne? To chyba dopiero początek.
- Najgorsze są te mniejsze...
- Jakie mniejsze? - zdziwił się Tom. - O czym mówisz?
- Więc nie widziałeś...Tom, po Londynie grasują teraz tysiące zombie takich, jak kiedyś pokazywał nam na slajdach major Burgess, pamiętasz? - Tom kiwnął głową twierdząco. Hamed nie przerywał. - Właśnie, a tutaj są jeszcze jakieś inne stwory... One strzelają do ludzi. Widziałem je z okien autobusu, jak tu jechaliśmy. To prawdziwe ludobójstwo.
- A wiesz co z Amanda? - Young spytał o dziewczynę swojego kuzyna.
- Nie mam pojęcia, Tom. Cholera, a Michael jest po drugiej stronie oceanu... Co on tam musi przeżywać... - pomyślał Hamed.

Patrzyli w kierunku wschodnim. Z dymów płonącego miasta wyłoniła się biała kropka, która zbliżała się do nich i powiększała. To był prom. Kiedy już mogli go zidentyfikować, Tom uśmiechnął się. Logo Cerberusa znaczyło, że odebrali ich wiadomość.
- Biegnij po resztę do piwnicy! - krzyknął do przyjaciela, uśmiechając się. Hamed nie podzielał entuzjazmu, ale posłuchał i wszedł do domu. Prom wylądował kilkanaście sekund później, a ze środka wyszedł żołnierz ubrany w biało-żółty pancerz. W ręku miał pistolet, który odbezpieczył wraz z zejściem z pokładu. Tom zaniepokoił się.
- Tom Young? Szeregowiec? - spytał żołnierz mało przyjaznym tonem. Jego głos był nieco zniekształcony wskutek działania specyficznego hełmu, który miał na głowie. Young podniósł do góry wyprostowane ręce.
- Tak, to ja. Fantastycznie, że dostaliście wiadomość. - Chciał kontynuować, ale żołnierz mu przerwał.
- Wskakuj do promu. Wiejemy, bo to cholerstwo nas rozwali. - Żołnierz był stanowczy.

W tej chwili na werandę domu wyszła cała grupa. Frank, Sara, babcia, Emily, Pavel i Hamed. Żołnierz zdziwił się.
- Chyba sobie jaja robicie. To, że na podwórzu macie autobus nie znaczy, że i nasz prom będzie za taki robił. Young, wsiadaj. Z resztą się żegnamy.
Sara i Frank spojrzeli na siebie z przerażeniem. Babcia podziwiała autobus. 132 często woził ją na bingo z przyjaciółką Heleną. Hamed starał się zachować kamienną twarz, a Pavel podszedł do przodu i zrównał się z Tomem.
- Musicie nas zabrać - powiedział. - To znaczy... Zabierzcie nas, przecież sami nie mamy szans!
- Mamy polecenie, by zadbać o Toma Younga - odrzekł członek Cerberusa. Chwilę później przyłożył prawą dłoń do ucha i kiwał głową, mówiąc cicho "cholera, dobra, Welsh". Musiał dostać jakąś wiadomość. - Macie iść tak jak stoicie. Żadnego bagażu, zrozumiano?! - krzyczał.

Cała gromadka posłusznie weszła do promu, w którym ledwo się mieścili. W środku było już trzech innych żołnierzy i pilot.
- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedział Tom, patrząc się na żołnierza, z którym przed chwilą rozmawiał. Prom właśnie wzbijał się w powietrze. - Musimy lecieć do Londynu po trzy osoby.
Wszyscy pasażerowie promu spojrzeli się na niego ze zdziwieniem. Ledwo uniknęli śmierci, a teraz sami mają się pchać w jej paszczę? Żołnierzy zatkało na tyle, że nie byli pierwszymi ,którzy odpowiedzieli.
- Wracać tam?! - Pavel był zszokowany. - Tom, oszalałeś! Po co ty chcesz wracać? Mamy wiać! Musimy wiać!
- Amanda i jej rodzice - odpowiedział, patrząc na Franka i Sarę. Obie rodziny przyjaźniły się od kilku lat. - Widziałem już dziś śmierć jednej dziewczyny... Amanda nie może zginąć. Michael by nam tego nie wybaczył. Lincoln Boulevard 21.

Żołnierze wciąż milczeli, patrząc po sobie. W końcu jedyny, który do tej pory się odzywał klepnął dwa razy w ściankę dzielącą ich od pilota, nakazując lot we wskazane miejsce.
- Jeśli przez ciebie zginiemy, to cię zabiję - powiedział, zdejmując hełm. Oczom wszystkich ukazał się facet w średnim wieku, brunet z kilkudniowym zarostem. Miał nieprzyjemne spojrzenie i wyraz twarzy, jakby cały czas coś intensywnie wąchał. - Będziemy tam za... - popatrzył na swój omni klucz - dziesięć minut. Macie zostać w promie. Trójka z nas wchodzi, zabiera tę panienkę i spieprzamy stąd.
- Idę z wami - powiedział Tom, wyciągając zza paska swój ciężki pistolet .
- Niezła armata, młody, ale to robota dla zawodowców. Masz zostać w promie i grzecznie czekać. Bez dyskusji. Jake, szybciej! - krzyknął w stronę pilota.

Hamed siedział cicho pomiędzy babcią, a Emily. Starał się nie patrzeć żołnierzom w oczy i nic nie mówić. Czuł się bardzo niepewnie.

[center]*[/center]

Przez kilka minut lecieli nad płonącym miastem. Jedynym, który widział ogrom zniszczeń był pilot - Jake Welsh. Tylko on z załogi promu nie miał na sobie pancerza, który krępowałby jego ruchy. Welsh miał dwadzieścia cztery lata. Do Cerberusa wstąpił w okresie największego "boomu" rekrutacyjnego, czyli podczas walki ze zbieraczami. Organizacja miała wtedy najlepszy PR w swojej historii i wielu ludzi chciało pójść w ślady komandora Sheparda. Cerberus sprytnie lawirował po świecie polityki i chociaż nigdy oficjalnie nie potwierdził, że Shepard jest jego członkiem, to dla wielu było to oczywistością i tak z niewielkiej "szajki bandytów" - bo tak bywali postrzegani - Cerberus stał się wielką organizacją, która miała na koncie wiele legalnych i bardzo szlachetnych działań, niczym mafia w początkach dwudziestego wieku, kiedy zdarzało się, że najwięksi zbrodniarze Chicago, czy Nowego Jorku wspierali lokalne kościoły, organizacje społeczne i charytatywne, budząc tym autentyczną, ludzką sympatię. Podobnie działał Człowiek Iluzja, lider Cerberusa. Welsh skusił się. Za młodu marzył o karierze kierowcy wyścigowego, ale nie zdołał się przebić do ścisłej elity. Nie był w stanie wyżyć z nielegalnego ścigania się, więc wstąpił do Cerberusa od razu, gdy nadarzyła się sposobność. Teraz ręce delikatnie mu drżały, a w oczach odbijał się obraz kataklizmu i dramaty z ulic stolicy Anglii. W końcu zaczął obniżać poziom lotu. Zwolnił.

[center]*[/center]

- Wchodzicie za trzy, dwa, jeden! - krzyknął, a prom otworzył swój bok. Trzech żołnierzy Cerberusa wyskoczyło na ulicę przed domem numer 21. Po ulicy grasowało kilku zombie. Tom widział, że nowi znajomi wcale nie są tak zaprawieni w boju, jak mówił ich dowódca. Otworzyli ogień do stworów, ale tylko "niemiły" trafiał. Ten, który został z Youngami w promie trząsł się ze strachu, a ręce miał mocno ściśnięte na karabinie. To musiała być jego pierwsza walka. Tom spojrzał w stronę domu Amandy. Budynek stał w płomieniach, a przez okno na drugim piętrze widać było zombie, który dopadł jakiegoś człowieka. Young nie wytrzymał, wyciągnął zza paska "Paladyna" i wybiegł w stronę domu. Żołnierz, który miał ich pilnować, nawet tego nie zauważył. Hamed i Pavel byli tak zaskoczeni, że nie mieli pojęcia, co robić.

"Niemiły" ubił dwa kolejne zombie. Na każdego zużył po kilkanaście pocisków. Jego dwaj towarzysze mieli większe problemy. Chybiali, a potwory biegły w ich stronę. W końcu jeden z nich wytrącił zadziwiająco zgrabnym ciosem broń żołnierzowi Cerberusa i złapał go za głowę, chcąc rzucić na ziemię. W tym momencie nadbiegł Tom, który z impetem wpadł barkiem we wroga, przewracając całą trójkę, włącznie z sobą samym. Wstał pierwszy. Oddał dwa szybkie strzały w głowę leżącego stwora. Uratowany żołnierz był zszokowany. "Paladyn" miał niesamowity odrzut i podczas szkoleń wielu jego kolegów miało powybijane stawy łokciowe po ćwiczeniach z tą bronią. Young strzelał tymczasem tak, jakby miał w rękach "Predatora", zdecydowanie słabszy pistolet. Niedoszła ofiara wyciągała rękę, aby wybawca pomógł mu wstać, ale ten nie zwrócił na to uwagi i niezwłocznie wbiegł do domu, w którym szalały płomienie. Tuż za progiem skoczył na niego kolejny stwór. Chłopak szczęśliwie uniknął ciosu, który skontrował, wyskakując do góry i wyprostowaną nogą atakując kolano wroga. Nauczył się tego na Sur'Keshu, ojczystej planecie salarian. Usłyszał chrzęst kości, a zombie upadł na podłogę. Jego noga zetknęła się z płonącą firanką i sam stanął w płomieniach, trzęsąc się spazmatycznie. Tom nie dobił go, pobiegł po schodach na górę. Na szczycie leżało ciało ojca Amandy. Miał skręcony kark i szramy na rękach. Widać było, że się bronił. To on był mordowany, gdy prom lądował na ziemi. Tom zaczął kaszleć, a kłęby dymu były już tak gęste, że uniemożliwiały swobodny oddech i ograniczały widoczność. Zapiął kurtkę pod samą szyję i nałożył sobie jej szczyt na nos. Idąc do przodu, skulił się, aby nie wdychać dymu. Wiedział, że najwięcej tlenu zostało przy samej podłodze.

Dotarł do drzwi. Próbował otworzyć, ale były zamknięte.
- Amanda! Amanda! - krzyczał, waląc w nie pięścią i kopiąc nogami.
- Michael?! - padła odpowiedź po chwili ciszy.
- Bogu dzięki! Tu Tom. Żyjesz, otwórz drzwi! Uciekamy stąd!
Chwilę później Amanda otworzyła drzwi. Była ubrana w prostą, zieloną sukienkę za kolana. Jej wargi trzęsły się ze strachu.
- Mój tata... On tu był. Kazał mi się zamknąć.. i wtedy ten potwór... Gdzie jest tata? Gdzie Michael? - pytała młoda dziewczyna. Nie widziała, że jej ojciec leży kilka metrów obok. Martwy.
- On... Chyba uciekł... - Nie chciał jej mówić prawdy. Liczył na to, że dym przysłoni zwłoki i zejdą na dół. Bał się, że dziewczyna spanikuje. Zdjął z siebie kurtkę i zarzucił Amandzie na głowę. - Chodź, musimy iść. Zaraz będziemy bezpieczni.
- Ale tata... Mama nie żyje. Dopadły ją na podwórku, tuż przed domem. - Zaczęła płakać.

Przylgnęła do Toma. Ten złapał ją pod ramię i ostrożnie wyprowadzał. Wokoło buchało coraz więcej płomieni. Po czołach obojga spływał strumieniami pot. Young starał się niepostrzeżenie minąć ciało ojca Amandy. Udało mu się. Kiedy zeszli na dół, Tomowi zrobiło się słabo. Nie miał już czym zasłonić ust, krztusił się coraz mocniej. Kiedy widział już drzwi wyjściowe, zemdlał z braku tlenu. Dziewczyna próbowała go podnieść, ale nie miała dość siły.

[center]*[/center]

Ocknął się na promie. Hamed i Pavel siedzieli tuż obok, dlatego pierwsi to zauważyli.
- Obudził się! No w końcu! - krzyknął Pavel.
"Niemiły" wstał ze swojego miejsca i przyklęknął nad Tomem, mówiąc:
- Nie posłuchałeś się rozkazu, gówniarzu. Nie rozstrzelam cię za to tylko dlatego, że jakimś cudem ocaliłeś jednego z naszych.
Tom rozejrzał się po promie i westchnął z ulgą. Amanda siedziała przytulona do Franka Younga. Patrzyła się tępo w podłogę.
- Gdzie jesteśmy? - spytał Tom.
Jake Welsh, pilot promu, wyszedł w tym momencie zza sterów.
- W kosmosie - powiedział. - W końcu mogę odetchnąć. Niech autopilot troszkę się narobi. Niezła akcja, Young.
- Nie komplementuj go za lekceważenie poleceń - burknął "Niemiły" - bo mu to wejdzie w nawyk. W Cerberusie liczy się dyscyplina.
- Co by nie mówić, ale on właśnie uratował Johna, Kyle.
- Mówiłem ci już miliard razy, żebyś zwracał się do mnie stopniem i po nazwisku.

Jake Welsh skrzywił się. Czasem denerwował go całkowity brak poczucia humoru dowódcy. Sięgnął do schowka wbudowanego w ściankę promu i wyciągnął butelkę z wodą. Usiadł obok Toma, który właśnie z pozycji leżącej przeszedł w siedzącą i obaj oparli się o ścianę. Young spojrzał na pilota i powiedział:
- Czekaj, jesteśmy w kosmosie? Gdzie my lecimy?
Welsh wziął dużego łyka i podał butelkę rozmówcy, odpowiadając na pytanie:
- Do jedynego bezpiecznego miejsca w tym całym burdelu zwanym galaktyką.
- Czyli gdzie? - pytał zniecierpliwiony Tom.
- Cerberus organizuje ośrodek dla uchodźców wojennych. Jest z dala od istotniejszych układów, więc Żniwiarze długo tam nie dotrą - mówił pilot promu. - Lecimy na Horyzont, do "Sanktuarium".
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:27

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK VIII
[/center]

Drugi dzień wojny, 2186, las nieopodal Vancouver.

Ta noc była chłodna. Nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo zmarzną. Przyzwyczajeni do ciepłych łóżek, ogrzewania domów, kiedy tylko najdzie ich taka ochota, nie mieli pojęcia, jak chłodne potrafią być noce. Po wejściu w lasy szli przed siebie przez dwie godziny. Michael chciał iść dalej, ale Walter - właściciel restauracji - nie nadążał. Z miejsca, w którym się zatrzymali wciąż było słychać odgłosy pojedynczych eksplozji, dochodzące z miasta. Young wraz z Maxem poszli nazbierać suchego drewna i liści, aby nie leżeć na gołej, chłodnej ziemi. Michael nauczył się co nieco o tego typu sytuacjach na obozie w Doncaster, ale były to jedyne zajęcia na których niespecjalnie uważał. Teraz bardzo tego żałował. Podczas gdy on i Max konstruowali bardzo skromne posłania, Emily próbowała nawiązać łączność z kimkolwiek. Zorientowała się jednak, że nie ma zasięgu, co tylko przybiło ją jeszcze bardziej. Posłania były gotowe, kiedy zapadł już głęboki mrok. Właśnie wtedy poczuli ten przejmujący chłód. Wszyscy mieli na sobie letnie ubrania, krótkie rękawy, a mały Max nawet spodenki, sięgające zaledwie do kolan. Dość szybko opuścił swoje "łóżko" i położył się przy ojcu, aby było cieplej. Emily widziała to. Z zimna zgrzytała zębami i zaproponowała Michaelowi to samo. Zgodził się, ale zauważyła, że mocno się speszył. Było cieplej. Trójka z nich spała głęboko, zmęczona wydarzeniami tego dnia. Young nie potrafił zasnąć. Leżał obok Emily, przytulając ją, ale wzrokiem wciąż ogarniał bezgraniczne ciemności lasu. Zastanawiał się, czy nikt za nimi nie szedł. Sen dopadł go po kilku godzinach, ale nie trwał długo. Rano obudził go Max.

- Niech pan wstaje. - Prosił młody chłopak, kładąc rękę na ramieniu niewyspanego Younga i trzęsąc nim delikatnie. - Proszę wstawać.

Young otworzył podkrążone oczy, nie wyspał się. Usiadł mozolnie na posłaniu z gałęzi i liści, oparł brodę na kolanach i mrużył oczy, patrząc w stronę towarzyszy niedoli. Max podsunął mu pod nos wafelki, jeden z elementów menu w restauracji Waltera. Właściciel tej knajpy właśnie jadł chleb z serem, popijając go wódką. Mężczyzna opierał się o drzewo i był bardzo blady. Wong nie jadła śniadania, nie była w stanie nic przełknąć. Tępym wzrokiem patrzyła się na telefon, który nie dość, że kompletnie stracił zasięg, to jeszcze rozładowywał się. Cała kompania trzęsła się z zimna. Na szczęście słońce zaczynało przenikać przez korony wysokich drzew, które dawały im schronienie i złudne wrażenie bezpieczeństwa. Michael kończył swoje "śniadanie" i wiedział, że muszą iść dalej. Nie miał jednak pojęcia gdzie. Pomyślał też, że najwyższa pora dowiedzieć się z kim zetknął go los.

- Myślę, że zanim ruszymy w dalszą drogę powinniśmy się sobie przedstawić. Jestem Michael Young, dziennikarz "London Daily". To znaczy praktykant, ale po tym reportażu miałem dostać etat... - zaczął, mówiąc nieco więcej niż chciał.
Emily uniosła wzrok z nad telefonu i odpowiedziała zrezygnowanym głosem:
- Jaki jest sens w przedstawianiu się? Tej nocy prawie zamarzliśmy, nie mamy broni, a jedzenia też niewiele. Poza tym, jakbyś nie zauważył, właśnie trwa inwazja Żniwiarzy.
Walter popatrzył się na nią, krzywiąc się, nie wiadomo, czy to od wódki, czy po wypowiedzianych przez nią słowach.
- Słuchaj, panienko. Wciąż żyjemy, a do tego mamy trochę prowiantu. Mamy więcej farta niż większość mojego miasta, więc przestań pieprzyć oczywistości i pomyślmy, co robić.
Michael uśmiechnął się. Walter był bezpośredni, a co najważniejsze, chciał działać.
- Jestem Walter, a to mój syn, Max. Jestem właścicielem tej knajpki, którą mieliście okazję zwiedzić. W sumie, to nie wiem, co jeszcze mam dodać... Lubię rozwiązywać krzyżówki. - Zaśmiał się.
- A co niby proponujesz, wąsaczu? - pytała dość ostro Emily. - Nie mamy łączności, ani nawet żadnych map. Nigdzie nie dotrzemy. Możemy iść tylko ślepo przed siebie. Myślisz, że jak daleko dojdziemy zanim nas dopadną?
- Walter - przerwał Young - jesteś stąd, tak? Znasz okolice? Pomyśl, gdzie moglibyśmy się udać, żeby zdobyć jakieś zapasy. Ciepłe ubrania, jedzenie, a najlepiej broń.
- A co potem? - drążyła temat Emily. - Zdobędziesz broń i w pojedynkę pokonasz Żniwiarzy? Tak jak te dwa zombie, które chciały mnie zabić? Tych gigantycznych statków w ten sposób nie zabijesz... A w ogóle, to jakim cudem je załatwiłeś? Wszystko działo się tak szybko...
- Parę lat temu byłem na szkoleniu wojskowym. Zdobyłem stopień szeregowca, ale nie służyłem. No, poza jedną, małą misją - odrzekł młody dziennikarz koleżance po fachu. - Pytasz, co potem? Nie wiem jeszcze, ale od czegoś trzeba zacząć. Broń, ubrania, medi-żel, jedzenie. Pomyśl, Walter. Jakaś baza wojskowa w okolicy? Nieduże miasteczko z posterunkiem policji? Nawet strzelnica.

Walter podrapał się po swojej niemal łysej głowie. Kilka czarnych włosów niechlujnie wiło się po jego czole.
- Przy Denver Road, wyjeździe z Vancouver, jest małe miasteczko z posterunkiem policji, ale to bardzo blisko miasta. Te potwory na pewno tam będą. - Zmarszczył swoje krzaczaste, czarne brwi. - Jest jedno miejsce... Ale nie, to nie ma sensu.
- Jakie miejsce? - naciskał Young. - Mów, proszę. Co masz na myśli?
- Hm, jesteśmy w lesie na północ od Vancouver. Kilkanaście lat temu, jak byłem młody, chodziłem tam z kumplami postrzelać. Niewielki ośrodeczek, który od dawna nie działa. Wiecie, ochrona praw zwierząt, musieli zamknąć działalność. Za młodu można było wynająć od nich broń i pobawić się w myśliwych. Często jeździłem tam z moim bratem, Henrym. Nie mam pojęcia, czy nie zrównali tego miejsca z ziemią, ale chciałeś, to mówię.
- Jak daleko? - spytał Michael.
- A skąd ja mam, psia mać, wiedzieć? - odburknął Walter. - Mapy nie mamy. Wiem tylko, że poszliśmy na północ od Vancouver. Jeśli w ciągu godziny, dwóch marszu natkniemy się na leśną drogę, to musimy skręcić w prawo. Wtedy to będzie już niedaleko. Ale kilkanaście lat po zamknięciu okolica mogła się mocno zmienić...
- W porządku. Zwijamy się - powiedział Young, po czym pomógł wstać Emily i oboje zaczęli zbierać skromny obóz. Pakowali wyjęte jedzenie do plecaków i mogli ruszać w drogę. Zza pleców wciąż dochodziły do nich przytłumione huki eksplozji.

[center]*[/center]

Lasy w XXII wieku były rzadkością w większości krajów świata. Jedynie wielkie, nie do końca ujarzmione państwa dysponowały sporymi połaciami takich terenów. Rosja, Ameryka Południowa oraz Północna. Kanada to jeden z najmniej zaludnionych krajów na Ziemi. Poza tym, kraj liścia klonowego zawsze był tylko ubogą siostrą Stanów Zjednoczonych, traktowaną po macoszemu, a nawet lekceważoną. Trochę zmieniło się to, kiedy Przymierze wybrało sobie właśnie Vancouver na siedzibę. Trudno powiedzieć dlaczego. Znaczenie polityczne Kanady wzrosło, ale rozległe tereny państwa wciąż pozostawały dzikie. Las na północ od miasta taki nie był. Rozmiarowo był spory, ale zwierzyna praktycznie tam nie występowała, do czego przyczyniły się takie ośrodki jak ten, do którego teraz zmierzali. Od niemal trzydziestu lat zamknięty, nie wiadomo w jakim stanie, ale stanowił teraz cel, który trzeba było osiągnąć. Michael szedł śmiało do przodu i kierował się na północ. Zegarek po dziadku działał wyśmienicie, a kompas był jedną z jego funkcji. "W końcu się przydaje" - myślał Young.

Po nieco ponad dwóch godzinach wyszli na wąski, niezalesiony pas ziemi. Walter zdziwił się.
- Cholera, ale zarosło. To chyba ta droga - mówił, a klęcząc wyrywał źdźbła trawy z ziemi, która niegdyś była często uczęszczaną drogą.
- Jesteś pewny, tato? - pytał Max.
Emily i Michael spojrzeli pytająco na najstarszego członka wyprawy.
- Pewny to ja jestem tego, że alkohol mi się kończy, a odkąd opuściła mnie żona, trudno mi znosić ten świat na trzeźwo - odrzekł. Po chwili dodał: - Idziemy w prawo. Za kilka minut powinniśmy tam być.

Po kwadransie las przerzedzał się, a zza linii drzew widać było jakieś niewielkie zabudowania. Michael przyklęknął i odezwał się.
- Czekajcie tu na mnie. Nie wychodźcie zza tych drzew. Chyba nikogo tu nie ma, ale ostrożności nigdy za wiele - powiedział i ruszył powolnym krokiem, stąpając możliwie najciszej.
Przed sobą miał zaledwie dwa zaniedbane budynki. Oba niewielkie i zarośnięte. Mały placyk między nimi był co prawda asfaltowy, ale trawa śmiało przebijała się przez niego i ten widok przypominał Youngowi post-apokalitpyczne filmy, które oglądał w dzieciństwie. Był uzbrojony tylko w omni-ostrze, ale czuł się pewnie, bezpiecznie. Nie spodziewał się znaleźć w tym miejscu żywej duszy. Wyprostował się i szedł do przodu śmielej. Podszedł do drzwi pierwszego z budynków. Zaryglowane - tak jak się spodziewał. Próbował zaglądać przez szyby, ale były tak brudne, a w środku panowała ciemność, że nie był w stanie niczego dojrzeć. Wtedy usłyszał dźwięk jakiegoś metalowego przedmiotu, upadającego na ziemię w drugim budynku. Michael skamieniał ze strachu. Nie był dość ostrożny i teraz mógł zginąć. Usłyszał zza siebie głos.

- Stój! Bo strzelę, przysięgam! - Nieznajomy był zdecydowany, chociaż głos delikatnie mu drżał. Young cieszył się, że obcy odezwał się. Teraz przynajmniej wiedział, że to człowiek. - Kim jesteś i co tu robisz?
- Jestem tylko facetem, który szuka schronienia, tak jak ty. Nie strzelaj, pomóż mi. - Young mówił powoli i wyraźnie.
- Jesteś sam?
Young nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie znał intencji mężczyzny. Zdarza się, że podczas kryzysowych sytuacji niektórym ludziom odbija. Może ten facet zabił tu już kilka osób? Cisza przeciągała się.
- Pytam się, czy jesteś sam?! - Głos obcego drżał coraz mocniej.
Michael, wciąż odwrócony plecami, usłyszał kroki drugiego człowieka, który wyszedł z tego samego budynku, co ten pierwszy.
- Spoko, Henry, ja go znam! Niezbadane są wyroki Jah. Wiedziałem, że nic ci nie jest, Mickey.
Young poznał ten głos i, nie czekając na pozwolenie, odwrócił się. Przed nim stał Robert, operator "London Daily". Te czarne jak noc dredy i śnieżnobiały uśmiech poznałby wszędzie. RR położył dłoń na pistolecie swojego towarzysza i opuścił ją zdecydowanym ruchem.
- Pokój, bracie. To mój koleżka, Michael - powiedział, podchodząc do współpracownika. - Mówiłem, że Jah się nami zaopiekuje.

Wszyscy byli zdziwieni tym spotkaniem. Tak samo towarzysze Younga, którzy zobaczyli to rozprężenie, wyszli zza drzew i wkroczyli na teren ośrodka.
- Walter, stary byku! - powiedział Henry. - Jaki cudem uciekłeś? Fantastycznie. Max, chodź no tu. - Podbiegł do chłopaka i wyściskał go. Okazało się, że to ten sam Henry, o którym Walter opowiadał z samego rana. Mężczyźni byli braćmi i obaj, w chwili niebezpieczeństwa pognali w to miejsce.

Grupa weszła do otwartego budynku i usiadła na pokrytych kurzem krzesłach. Okazało się, że RR i Henry przypadkiem wpadli na siebie, kiedy operator w momencie ataku schodził z budynku Przymierza dokładnie tą samą drogą, która na nią wchodził. Na dole zetknął się z Henrym, policjantem, który pilnował tłumów podczas przesłuchania komandora. Potem było dużo eksplozji, krzyków, biegu, aż w końcu dotarli do lasu. RR zdał się na swojego towarzysza i dotarli do opuszczonego ośrodka myśliwskiego, pół godziny przed resztą. Udało im się otworzyć pierwszy budynek. W środku było biuro, w którym właśnie siedzieli. Karty myśliwskie, zezwolenia, jelenie głowy spoglądające na nich ze ścian. Wszystko pokryte sporą warstwą kurzu. Nie było broni. Henry miał przy sobie tylko pistolet na ślepaki, taki sam, który Young widział u martwego policjanta przy restauracji Waltera.

- Nie mieliśmy jak otworzyć drugiego budynku - mówił Henry. - Jest dobrze zamknięty, a okna przeciwwłamaniowe. Waliliśmy czym się dało, ale nie chciały pójść...
- Mam coś, co może pomóc - powiedział Michael i włączył swoje omni-ostrze. Wstał i chwilę później był już przy drzwiach zamkniętego budynku. Cała grupa poszła za nim.
- O ile pamiętam, to tu właśnie składowali broń - powiedział Walter, patrząc na brata, który przytaknął mu zdecydowanie.

Michael włączył omni-ostrze i kilka razy mocno uderzył kłódkę i łańcuchy u drzwi. Metalowe zabezpieczenia nie stawiały oporu i spadły, brzęcząc. Young zdecydowanym kopniakiem otworzył drzwi. Wszedł do środka wraz z RR, który oświetlał pokój reflektorem ze swojej kamery. Za nimi wszedł Walter. W pomieszczeniu było sporo skrzyń, kilka z nich otwartych, więc podeszli, aby sprawdzić zawartość. Young skrzywił się. Tego się nie spodziewał. Okazało się, że faktycznie była to broń, ale dwudziestowieczna, z kilkoma egzemplarzami z XXI wieku. Projekty tych broni powstawały w czasach, kiedy o pochłaniaczach ciepła nikt nawet nie marzył. Była to zwykła broń palna, która nie mogła równać się nawet z "Lansjerem", karabinem szturmowym z Wojny Pierwszego Kontaktu. Walter widział jego rozczarowanie i odezwał się.

- Ej, tego właśnie szukaliśmy. Broń, która strzela, a obok skrzynie z amunicją. Nie spodziewałeś się chyba "Wdowy" albo "Paladyna", co?
- Ja nigdy nie strzelałem z takich antyków - odrzekł młody dziennikarz.
- Ale my strzelaliśmy, ja i mój brat - powiedział Walter, chwytając w dłoń karabin, którym za młodu polował na króliki w okolicy. - Uwierz mi, ta broń jest niezawodna, nawet jeśli jest stara. Musimy wziąć ile się da.
W tej chwili zza drzwi wejściowych wychyliła się Emily, zaglądając do środka.
- Dobra, widzę, że mamy jakąś broń. W biurze znaleźliśmy kilka kurtek. Śmiesznie wyglądają, ale wyglądają na ciepłe. Jedzenia nie ma, zresztą i tak byłoby przeterminowane. Co teraz? - spytała.

Wszyscy patrzyli po sobie. Nikt nie odpowiedział. Trójka mężczyzn zabrała się do wybierania broni i jak największej ilości amunicji. Emily wróciła do drugiego budynku, gdzie wraz z Robertem i Maxem znaleźli kilka sporych plecaków, do których spakowali znalezione kurtki, rękawiczki, a nawet buty, które zdecydowanie bardziej nadawały się do spacerów po lesie niż tenisówki, które miał na sobie RR. Po kilkunastu minutach spotkali się na placu między budynkami. Michael, Henry i Walter wzięli po jednym karabinie myśliwskim dla każdego z nich oraz jeden dla Roberta, który skrzywił się, ale przyjął broń. Zabrali ze sobą tyle amunicji, ile mogli i nadeszła pora na zaplanowanie kolejnego ruchu.

- W porządku, mamy broń. Byle jaką, ale jest. Co robimy teraz? - spytał Michael. Henry spojrzał się niemiło i odpowiedział:
- Słuchaj, chłopaku. Ja tu jestem szefem, więc mnie będziemy się słuchać. Jestem gliną, więc to ja powinienem decydować.
- Powiedz w takim razie, co powinniśmy zrobić? - spytała Emily. Michael milczał.
- Hm... - Henry myślał, ale kiedy już cisza trwała kilka sekund, dziennikarka odezwała się.
- Dobra, może nie będziemy zajmować się tym, kto dowodzi, a po prostu zrobimy burzę mózgów. U mnie w redakcji zawsze się sprawdza. Pomysły?
- Ja mam jeden - powiedział Walter. - Henry, twój posterunek przy Denver Road... Proponowałem, żeby tam iść, ale woleliśmy najpierw pójść tutaj. Może tam nam pomogą twoi kumple?
- Nie ma po co tam iść - Henry zasępił się. - Szliśmy tam z Robertem, ale ze skraju lasu widzieliśmy płomienie szalejące w miasteczku. Zaatakowano je. Pewnie nawet nie ma co zbierać...
- Musimy tam iść - powiedział Young, zaskakując resztę. - Z tego co wiem, policja ma własny system komunikacji krótkiego zasięgu, tak?
- No... Tak - Henry podrapał się po głowie - ale jak na swój wiek masz poważne problemy ze słuchem. Powiedziałem: zaatakowane. - Ostatnie słowo wręcz wyrecytował, sylaba po sylabie.
- Mam na myśli to, że musimy skontaktować się z... kimś. Przymierze najlepiej. Oni będą wiedzieli, co robić. Ktoś musi wiedzieć...
- Chcesz, żebyśmy poszli we czterech odbijać małe miasteczko? - zdziwił się Walter.
- Nie - zaprzeczył - we trzech. RR zostanie z Maxem i Emily tutaj. Mówiliście, że to miasteczko jest niedaleko. Jeśli będziemy mieli szczęście, to już nikogo tam nie będzie. Jest godzina - spojrzał na zegarek - pierwsza. Na którą tam będziemy?
- Jakoś na w pół do czwartej pewnie - odpowiadał Henry - ale nie popieram tego pomysłu. Jako policjant z wieloletnim doświadczeniem nie zgadzam się. Powinniśmy tu zostać.
- I co dalej? - Michael uniósł głos. - Ile chcesz tu siedzieć? Powinniśmy działać dopóki mamy na to siły. Ta wojna nie skończy się dzisiaj, ani jutro. Może trwać wiele lat. Chcesz tu czekać, aż będzie bezpiecznie?! Słuchaj, też co nieco wiem o tych sprawach i liczę na to, że pójdziesz ze mną. Walter, a ty?

Walter popatrzył na brata, potem na Younga.
- Idę. On ma rację, Henry. Złapanie kontaktu to nasza jedyna szansa. Jeśli nie zrobimy tego teraz, to nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja.
Henry spuścił głowę i wziął głęboki oddech.
- W porządku, idziemy.

[center]*[/center]

Dwie godziny ostrożnego marszu przypomniało Michaelowi ćwiczenia pod Doncaster. Bywało, że całe noce spędzali maszerując po okolicy, szukając punktów wskazanych przez majora Burgessa. Miało to symulować manewry podczas wojny, ale chłopcy traktowali to jako zabawę. W tej chwili Youngowi towarzyszyły zupełnie inne uczucia. Zza każdego drzewa wyglądał ostrożnie, z bronią przyłożona do ramienia i gotową do strzału. Szedł po środku grupy. Walter zamykał, a prowadził Henry, który dobrze wiedział, którędy iść. Między nimi były kilku-kilkunastometrowe odstępy. W końcu doszli do linii drzew, o której była mowa wcześniej. Niewielkie miasteczko na przedmieściach Vancouver wyglądało strasznie. Zgliszcza dopalały się, a do wędrowców dochodziły nieprzyjemne zapachy. Stali właśnie na niewielkim wzgórzu i patrzyli w stronę zabudowań. Trójka mężczyzn zebrała się przy jednym z drzew.

- W porządku. Na razie cisza. Gdzie jest ten komisariat? - spytał Young.
- Widzisz tę małą, białą kopułkę? - Henry wskazał palcem na pobliski budynek. - To tam. Dość blisko. Oby poszło gładko... Dostęp do radiostacji powinniśmy mieć już w recepcji.

Posterunek był niedaleko. Za nim był skwer zaprojektowany na kształt kwadratu, którego krańce zdobiły drzewa - teraz były niemal zupełnie zwęglone. Nagle, przy posterunku, nie wiadomo skąd, pojawił się wojskowy pojazd terenowy z działkiem na tyle. Kierowca jechał z dużą prędkością, a żołnierz przy karabinku pruł seriami za siebie. Moment nieuwagi prowadzącego kosztował ich koniec jazdy. Uderzyli w jedno z aut porzuconych przez mieszkańców. Ich pojazd odmawiał posłuszeństwa. Poobijani żołnierze ruszyli w stronę posterunku i skryli się za kolumnami podtrzymującymi piętro budynku. Przez skwer biegło kilkanaście zombie i potworów przypominających batarian, którzy nieustannie strzelali do rannych.
Mężczyźni na wzgórzu nie wiedzieli co robić.

- Musimy im pomóc! - krzyknął Michael.
- Niby jak? Tamtych stworów jest kilkanaście, a nas jest trzech - odpowiedział Walter, trzęsąc się ze strachu i ściskając dłonie mocniej na kolbie swojego karabinu. - Ja strzelałem ostatnio kilkanaście lat temu, a ty mówisz, że ta broń jest do dupy. Oni i tak nie mają szans, prawda, bracie?
- Nie mają - przytaknął Henry. - Nie jesteśmy w stanie im pomóc.
- Mamy dobre pozycje - nalegał Young. - Zostańcie tu. Ja zbiegnę do zabudowań. Widzicie ten dom? - wskazał palcem na najbliższy im budynek. - Wejdę na dach i otworzę ogień. Kiedy wystrzelę pierwszy raz, wy też zaczniecie strzelać. Oni was nie dostrzegą. Jeśli będziemy celnie strzelać, to może się udać.
- Tych potworów jest jakaś dwudziestka, w tym czterech z bronią! Oszalałeś! - krzyknął Walter.
- Zaufajcie mi - powiedział Michael i ruszył biegiem ze wzgórza. Po około dziesięciu sekundach dobiegł do upatrzonego wcześniej domu. Przerzucił sobie broń przez ramię, korzystając z paska przytwierdzonego do karabinu i wspinał się po rynnie na tyłach domu. Dwóch żołnierzy broniło się dzielnie. Walcząc o życie, zastrzelili czterech wrogów - zombie. Henry i Walter patrzyli na te wydarzenia z zapartym tchem. Jeden z otoczonych oberwał w ramię. W tym czasie Michael był już na dachu, położył się i szybko przyczołgał do samej krawędzi. Sięgnął za plecy, po swój karabin. Zza koszulki wypadł mu łańcuszek z wizerunkiem Jezusa - prezent od ojca. "A co mi tam. Daj mi siłę i precyzję" - pomyślał i pocałował kawałek metalu. Zombie biegły już prosto na posterunek, wybiegając z terenu skwerku. Czterech "batarian" zostało za murkiem, wychylając się co chwilę i otwierając ogień do wroga. Young liczył na to, że jego towarzysze wciąż są tam, gdzie ich zostawił i zaraz zaczną strzelać do zombie. Czekał na dobry moment, aby zdjąć pierwszego z "batarian" i dać w ten sposób sygnał kolegom. Karabin Michaela nie miał lunety, ale na odległość pięćdziesięciu metrów nie była mu potrzebna. Wybrał cel i wytężył wzrok, przykładając policzek do kolby i wzmacniając napięcie mięśni ramion, aby odrzut nie wybił mu barku. Spodziewał się, że broń, którą miał, musiała mieć spory odrzut. W końcu wróg wychylił się. Michael strzelił.

Trafienie w głowę zabiło "batarianina" na miejscu. "No strzelajcie!" - krzyczał w swoich myślach. Kiedy zabił drugiego z wrogów, jego towarzysze otworzyli ogień. Oddali kilkanaście strzałów, ale jedynie dwa zombie oberwały. Wystarczyło jednak, aby wróg stracił impet. Michael znalazł sobie świetne miejsce. Strzelał z dachu dwupiętrowego budynku. Jeden pocisk po drugim lądowały w ciałach wpierw "batarian", a kiedy zdjął wszystkich - w zombie. Gdy zostało już tylko kilka stworów, Young usłyszał huk, a w skwerku nastąpiła eksplozja, potem kolejna, która rozerwała kilka potworów Żniwiarzy. Z zachodu nadjechał pojazd wojskowy - Mako. Działko pojazdu nie milkło jeszcze przez kilka chwil. Kiedy już było po wszystkim, Michael głęboko odetchnął i przewrócił się z brzucha na plecy, patrząc w niebo i rozluźniając wszystkie mięśnie. Czuł buzującą w żyłach adrenalinę i wręcz słyszał bicie swojego serca. Czuł odprężenie. Z dołu docierały do niego odgłosy rozmowy.

- Nieźle, panowie. Dwóch was jest, a cała horda Żniwiarzy odparta - powiedział jeden z ludzi wysiadających z Mako. Miał lekko londyński akcent. Michael poznał, bo sam wywodził się z tych okolic.
- Panie admirale, ja nic nie rozumiem. My zabiliśmy ze cztery zombie... Myśleliśmy, że to wy idziecie z odsieczą - odpowiedział jeden z rannych, zupełnie zdezorientowany.
- Przybyliśmy, ale bałem się, że za późno. Ale i my sprzątnęliśmy zaledwie kilku. Kto ubił całą resztę?
Drugi z rannych dostrzegł lufę karabinu, wystającą z dachu budynku, z którego wydawało mu się, że słyszał wcześniej strzały.
- Tam, sir! - krzyczał i skierował dłoń w stronę konkretnego dachu. - Tam ktoś jest!
- Hej! Pokaż się, jeśli żyjesz! - krzyczał "londyńczyk".

Wtedy podniósł się. Zobaczyli człowieka w brudnych spodniach, ich kolor i materiał trudno było opisać. Były umorusane w ziemi i wilgotnej trawie. Włosy miał czarne, krótkie, sylwetkę przeciętną, tak samo jak wzrost. W prawej dłoni trzymał karabin, który przypominał stare, dwudziestowieczne modele. Zza jego pleców wyglądało zachodzące słońce, nieco oślepiając wpatrzonych w niego żołnierzy. Zszedł do nich.
- Tyś to zrobił? - spytał "londyńczyk", kiedy Young był już na ziemi. - Masz talent, jak się nazywasz?
Młody strzelec od razu rozpoznał rozmówcę.
- Kapitan Anderson - powiedział zdziwiony, a usta nie mogły mu się domknąć.
- Nie - zaśmiał się Anderson - Anderson to ja. A przynajmniej tak mam wpisane w dowodzie.
- Przepraszam, kapitanie. Jestem Michael Young.
- Michael Young. I co jeszcze?
- Dziennikarz "London Daily" - odrzekł.
- "London Daily", mówisz? Jesteś z Londynu? No, nieważne. To może omówimy kiedy indziej. Tak samo jak to, skąd mnie znasz. Zdaje się, że właśnie ocaliłeś dwóch naszych od śmierci. A do tego strzelałeś z procy. - Anderson spojrzał na stary karabin myśliwski Younga. - Nieźle, nieźle. Zapewne chcesz się z nami zabrać?
- Nie byłem sam, kapitanie. Z lasu wspierali mnie ogniem dwaj ludzie. Do tego jest jeszcze trójka, w tym kobieta i dziecko. Dwie godziny drogi pieszo przez las.
- Admirale, nie możemy sobie pozwolić na opóźnienia - powiedział jeden z jego ludzi, którzy wychodzili właśnie z posterunku z policyjnym sprzętem, w tym radiostacją.
- Milcz. - Dowódca zmroził go wzrokiem. - Nie po to walczymy, żeby opuszczać ludzi w potrzebie. Poza tym ten człowiek właśnie ocalił dwóch naszych. Zamiast gadać głupoty, odezwij się do drużyny "Bravo". Jedziemy po tych ludzi.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:28

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK IX
[/center]


Horyzont - planeta średnich rozmiarów, jedna z młodszych ludzkich kolonii, której przyszłość do niedawna była widziana w kolorowych barwach. Miała stać się ekonomicznym zapleczem ludzkości, a także zostać handlowym partnerem Hierarchii Turian. Przynależność polityczna była jednak na tyle niejasna, że Przymierze nie posiadało wojsk na Horyzoncie. Przybycie pierwszego oddziału zbiegło się w czasie z atakiem zbieraczy w 2185 roku. Niewielka grupa żołnierzy miała za zadanie budowę i kalibrację broni przeciwlotniczej. Atak obcych nastąpił nagle i niespodziewanie, obracając kolonię w ruinę. Większość mieszkańców została porwana, a plany szybkiego rozwoju porzucono. Świat ten stał się planetą trzeciej kategorii, leżącą na uboczu galaktycznego życia. Zapewne dzięki temu Żniwiarze ignorowali Horyzont, koncentrując się na miejscach, z których podbicia wynikałyby większe korzyści.

Miejsce, do którego leciał prom z rodziną Youngów, Amandą, Pavlem i Hamedem, było czymś w rodzaju obozu dla uchodźców. Zyskało nazwę Sanktuarium, którą podobno nadali jej pierwsi uchodźcy, którzy znaleźli tu schronienie. Wojna trwała zaledwie od kilku dni, ale nowo przybyli ludzie widzieli całkiem pokaźny kompleks budynków. Nie wyglądało to na obóz, raczej na ośrodek. Niemożliwym było postawienie tego miejsca w parę dni, więc musiało powstać wcześniej. Od razu po lądowaniu na dużym placu, który służył za lotnisko, cała grupa prowadzona była do swego rodzaju punktu kontrolnego. Co ciekawe, Hamed i Tom nie dostrzegali nigdzie znaków Cerberusa. Towarzyszący im żołnierze zdjęli mundury przed wyjściem z promu i teraz wyglądali na zwykłych cywili. Nieopodal był drugi punkt, który właśnie obsługiwał dwie inne grupy podróżnych. W końcu dowódca, "niemiły" Kyle, odezwał się do elegancko ubranej młodej kobiety, siedzącej w budce.

- Cześć, Layla. Widzę, że nie jesteśmy pierwsi. Mam tu grupę prosto z Ziemi. Potrzebują dachu nad głową i chwili wytchnienia.
- Witam, panie Fish. Sama jestem zdziwiona. Od chwili ataku Żniwiarzy na Ziemię, przyjęliśmy już sześćdziesiąt trzy promy. Zatrzęsienie ludzi, a to przecież ledwie kilka dni. W tej chwili w ośrodku mamy niecałe pięćset osób. Robimy, co możemy. - Zwróciła głowę w stronę Hameda, który stał na czele grupy. Wcisnęła guzik, a z budki wysunęła się mała konsola. Kobieta wskazała na nią dłonią, wychylając się ze swojego stanowiska. - Zapraszam. Tutaj macie państwo wpisać swoje dane, nie zatajając niczego. To pomoże ekipie naszych naukowców w poznaniu państwa potrzeb.

Hamed, Tom i Frank Young podeszli do konsoli. Każdy z nich wpisywał dane w kolejne tabelki. Niektóre kolumny były nieco dziwne, jak na obóz dla uchodźców. Grupa krwi, historia chorób, wady genetyczne w rodzinie. Do konsoli przymocowane były małe, jednorazowe igiełki, które każdy kolejny użytkownik wymieniał i przystawiał palec, który lekko nakłuwano w celu pobrania kilku kropel krwi - próbki DNA. Następnie owijano je w plastikowe torebki i wkładano do drugiej przegródki, podpisane nazwiskiem dawcy. Grupa, wciąż nieco oszołomiona ucieczką i rozpoczętą wojną, posłuchała się bez szemrania. Nakazano im też pozostawienie wszelkich urządzeń, które nadają jakikolwiek sygnał. Komunikatory, telefony, datapady, omni-klucze. Hamed oddał swój niechętnie, ale nie miał wyjścia. Wszystko miało być im zwrócone po przejściu kilkudniowego okresu kwarantanny. Przez cały proces przeszli naprawdę szybko. Ich odpowiednicy z punktu obok wciąż stali przy bramce. Kyle Fish odprowadził ich jeszcze kilka metrów, aż do głównego wejścia, gdzie czekał niewysoki, nieco otyły mężczyzna.

- Dziękuję, panie Fish. Również za przesłanie nam wstępnych danych jeszcze podczas lotu. To pozwoliło nam przygotować się specjalnie na państwa wizytę. Ja przejmę naszych szanownych gości - powiedział, odsyłając Fisha. - Jestem Barry i to ja wskażę państwu drogę do miejsca, w którym przez kilka dni będziecie przebywać. Proszę o wyrozumiałość, ponieważ nie jest to szczyt wygody, ale obiecuję, że po "przeróbce" dostaniecie coś, czego się nawet nie spodziewacie w obozie uchodźców.
- Jakiej "przeróbce"? - odezwała się Amanda. Frank i Sara uśmiechnęli się, bo były to pierwsze słowa, które powiedziała dziewczyna ich syna od czasu wylotu z Ziemi.
- Ach, proszę wybaczyć. To taki nasz miejscowy żargon. Chodzi o wszelkie procedury związane z kwarantanną i dodawaniem do naszego systemu danych, które zostawili państwo w punkcie kontrolnym. To zajmie góra dwa, no może trzy dni. - W tym momencie dotarli do czegoś w rodzaju kontenera. Białe, prostokątne pomieszczenie z tworzywa sztucznego, a w środku koce, podstawowe jedzenie i kilka krzeseł. W szafce w rogu znajdowały się proste ubrania na zmianę. - Tak jak mówiłem, na razie skromnie. Jedzenie będą państwo dostawać każdego ranka. Mam jeszcze jedną prośbę. Niech panowie - spojrzał na datapad, który przed chwilą wyjął zza paska - Tom Young, Hamed Al Jilani i Pavel Svoboda będą gotowi do wyjścia za około dwie godziny. Przyjdę tu po panów, a tymczasem, proszę się czuć jak u siebie w domu - powiedział na odchodne.

[center]*[/center]

- Chwila wytchnienia - odezwała się Sara, siadając na prostym krześle i biorąc na kolana córeczkę, Emily. - Trudno sobie wyobrazić, że tutaj jest tak cicho i bezpiecznie. Bóg ma nas w swojej opiece.
- Horyzont w ostatnich latach stracił na znaczeniu - odpowiedział jej mąż, Frank. - W jednym z zeszłorocznych wydań "London Daily" czytałem artykuł, że ta kolonia nie podniosła się po ataku zbieraczy. Nikt nie chce tu przylatywać, aby odbudowywać zniszczenia. Wszyscy są przekonani, że samo przebywanie tutaj może przynieść pecha.

Amanda usiadła w kącie pomieszczenia, na ziemi i zatopiła się w myślach. Podczas lotu dowiedziała się, że jej chłopak - Michael - w chwili rozpoczęcia inwazji był w Vancouver. Z Londynu miała tam daleko, ale z Horyzontu... To była już zupełnie inna skala odległości. Zastanawiała się, czy Michael w ogóle żyje. W przeciwległym kącie stała trójka "szeregowców" i żywo dyskutowała.
- Czemu oni nas chcą? - pytał nieco zdenerwowany Pavel. - Myślicie, że wiedzą, że służyliśmy w Przymierzu?
- Uspokój się. Nikt z nas nie służył w Przymierzu - odparł Hamed. - Nie wiem, po co chcą nas poznać bliżej.
- Nikt nie służył? - zdziwił się Tom. - Przecież byłeś na jednej misji, Hamed.
Hamed przez chwilę zaciskał wargi i odezwał się:
- Byłem na misji, ale nie jako szeregowiec Przymierza, a jako cywil-zaopatrzeniowiec. Poza tym, misja była tajna i nie sądzę, aby o tym wiedzieli.

W głębi duszy Al Jilani wciąż obawiał się, że jakimś cudem Cerberus dowiedział się o jego udziale w misji "księżycowej" przed dwoma laty. Mocno się stresował. Jeszcze bardziej niepokoiło go to, że nigdzie w Sanktuarium nie widział oznaczeń Cerberusa. Pilot promu, Jake Welsh, otwarcie mówił o tym, że to inicjatywa ich organizacji. Może był po prostu zbyt gadatliwy i to miała być tajemnica? Hamed nie znał odpowiedzi i to martwiło go jeszcze mocniej.
- Hej, chłopcy - powiedziała w ich stronę babcia. Miała poważną minę i machała palcem wskazującym prawej dłoni. - Nie ufajcie tym łobuzom, nie ufajcie!

[center]*[/center]

Gdy zaczęło się ściemniać, przyszedł do nich poznany już niewysoki Barry i zaprowadził do pomieszczeń biurowych ośrodka. Tak przynajmniej wyglądały.
- Dyrektor Sanktuarium, Henry Lawson, chciałby was poznać - powiedział Barry.
Youngowi nazwisko zabrzmiało znajomo, ale nie powiązał go z Mirandą Lawson - agentką Cerberusa, która kontaktowała się z nim, kiedy służył jako pomocnik Widma na Cytadeli. To właśnie Young wszedł pierwszy. Po przekroczeniu progu, wszedł do niezwykle jasnego pomieszczenia. Było usytuowane akurat w ten sposób, aby ostatnie promienie zachodzącej gwiazdy lokalnej oświetlały całe wnętrze. Przy biurku ustawionym przy oknie siedział Lawson, który wstał chwilę po wejściu Toma.
- Witaj w Sanktuarium, Tom, jeśli mogę po imieniu - powiedział pytająco, ale Young dostrzegł, że nie czekał na odpowiedź. - Nie mam wiele czasu, poza tym nie myśl, że każdego witam tu osobiście. Widzisz, problem jest w tym, że mamy na twój temat niekompletne informacje. Ta wojna zaskoczyła wszystkich i, jakby to powiedzieć... Straciliśmy sporą część danych naszej organizacji.

Tom cały czas stał w miejscu i słuchał dyrektora. Ręce miał złożone z tyłu.
- Wiem, że byłeś obserwowany przez, hm... Mirandę Lawson. Z części dokumentacji, którą mamy, wynika, że dysponujesz pewnymi talentami, które mogłyby mi się przydać. Tak samo, jak twoi przyjaciele, z którymi porozmawiam za chwilę. - Lawson znów usiadł za biurkiem i chwycił datapad. - Szeregowiec Przymierza, pomocnik Widma z całkiem niezłymi wynikami, najlepszy rekrut z Doncaster. Osobiste notatki Mirandy zostały... stracone. - Skrzywił się wyraźnie. - Dlatego zrobimy tak. Najpierw pytanie. Jesteś tu dlatego, że zwróciłeś się do Cerberusa o pomoc. Mniemam, że to równoznaczne z chęcią przyłączenia się do organizacji?

Toma przeszedł dreszcz. Chłopak miał mętlik w głowie. Zdaje się, że od czasu podróży do ośrodka Cerberusa, w którym leczono Sheparda, oni wciąż go obserwowali. Skoro pomimo zniszczenia części danych wiedzieli o nim tak wiele... Ostatnie lata sprawiły, że przestał wierzyć w siebie. Praca w fabryce mebli nigdy nie była szczytem jego marzeń, ale innego wyjścia nie miał. Musiał zarabiać i utrzymać mieszkanie i babcię. Teraz okazało się, że Cerberus wciąż miał go na oku. "No to dlaczego nie odezwali się wcześniej?" - nie rozumiał.
- Przyłączenia się... - Tom mówił, spoglądając na podłogę i wodząc po niej oczami. - Jeśli zagwarantujecie mi bezpieczeństwo mojej rodziny i Amandy, to będę dla was pracował.
- Zapewnimy im bezpieczeństwo, nie obawiaj się. - Henry Lawson uśmiechnął się. - W porządku. Wracaj do swojej rodziny, a ja zastanowię się, co by tu z tobą zrobić. Do widzenia

Tom wyszedł z sali. Jego przyjaciele patrzyli się na niego z ciekawością. Nie zdążyli niczego dostrzec, ponieważ Barry nakazał im bezzwłoczne wejście do biura.

[center]*[/center]

- Pavel Svo.. Slobo - Lawsonowi łamał się język.
- Svoboda, panie dyrektorze - odpowiedział Pavel spokojnie. Był przyzwyczajony do przekręcania jego nazwiska.
- Potomek słowackich imigrantów, poszukiwanie chleba... - Lawson wiódł niedbale wzrokiem po kolejnych akapitach akt, które wyświetlał na swoim datapadzie. - Byłeś na obozie w Doncaster, u majora Burgessa. O tym obozie słyszeliśmy wiele dobrego, ale zdaje się, że ty niczym się nie wyróżniłeś.

Svoboda skrzywił się. Jego rozmówca miał rację. We wszystkim był piąty albo szósty na dwudziestu. Był dobry, ale nie najlepszy. Skończył szkolenie z dokładnie takim samym wynikiem, jak koledzy, którzy w każdym ćwiczeniu byli na szarym końcu. Wtedy mu to nie przeszkadzało, bo i tak nie wiązał swojej przyszłości z wojskiem. Teraz jednak czuł, że jest oceniany właśnie przez pryzmat ówczesnych rezultatów. Dyrektor Sanktuarium spojrzał na Hameda, który starał się zachować spokój. Stał na baczność i oddychał powoli.
- Hm, Al Jilani. - Lawson podrapał się po głowie. - No tak, krewny tej dziennikarki?
- Tak, prosze pana - odparł Hamed. - To moja siostra.
- Całkiem niezła. To znaczy pod względem dziennikarskim. Nie gustuję w tak wygadanych kobietach. - Znów zagłębił się w ekran datapada. - Tutaj mamy to samo, Doncaster, ale widzę, że chwalono cię tam za umiejętności technologiczne, inżynieryjne. Nieźle obchodzisz się z omni-kluczem. Hm, ciekawe, ciekawe.
Młodzi mężczyźni stali na baczność kilka metrów od biurka. Światło gwiazdy padało na nich pod takim kątem, że nie mogli już dostrzec twarzy rozmówcy. Hamed nieco się uspokoił. "Nie wiedzieli o Księżycu" - myślał, czując ulgę.
- Wasz kolega, Young, wyraził chęć współpracy z nami. Jak widzicie po Sanktuarium, mamy pełne ręce roboty, a każda para rąk, to w tym momencie cenna rzecz. Macie jako takie wykształcenie wojskowe, więc i wy możecie się przydać. Nie proponuję wam złotych gór. Szeregowcy w Przymierzu, szeregowcy tutaj. Zapewniam jednak, że jeśli się wyróżnicie, to nie ominie was nagroda. My doceniamy każdego, kto jest gotów ciężko dla nas pracować i zaangażować się w sprawę.

Hamed nie wiedział, co powiedzieć. Zobaczył kątem oka, że Pavel uśmiechnął się i dość szybko zgodził. W sumie, to co innego można było powiedzieć. Sanktuarium pomaga uchodźcom, więc Cerberus, mimo że się z tym nie afiszuje, też pomaga. Al Jilani był bardzo bliski zgody, ale rozważał "za" i "przeciw" tak długo, że Lawson odezwał się.
- Widzę, że nie jesteś do końca zdecydowany. - Ton głosu Lawsona zmienił się. Może odczytanie mimiki twarzy by pomogło, ale Hameda raziło światło i nie mógł dostrzec grymasu na obliczu dyrektora.
- Nie o to chodzi, panie Lawson - zaczął Hamed. Próbował się zwinnie wykręcić. - Po prostu tyle się ostatnio dzieje, że muszę się nad tym zastanowić. Proszę dać mi czas do jutra. Do wieczora.
- W porządku - odrzekł. - Jutro wieczorem o tej samej porze. Natomiast ty, Slobo...Sbodo... Cholera jasna. Ty, Słowaku, jutro rano staw się tutaj, w biurze. Fish ci wszystko wyjaśni. Tymczasem, żegnam was, bo wystarczająco wiele czasu już zmarnowałem.

[center]*[/center]

Zapadła noc. Cała grupa spała już w swoim "apartamencie". Hamed bił się z myślami. Tom się zgodził, Pavel też. To jego przyjaciele i po rozmowach przed snem powiedzieli mu, że spodziewają się, że się do nich przyłączy. Tom nie mógł doczekać się pierwszej wspólnej akcji. W obu wstąpiła młodzieńcza fantazja. Al Jilani musiał przyznać, że Cerberus wyglądał... dobrze. Pomógł im ewakuować się z ziemskiego piekła. Na prośbę Toma uratowali Amandę, ryzykując przy tym własnym życiem, a teraz okazuje się, że to oni stoją za Sanktuarium, projektem, który już teraz ratuje setki żyć, a jeśli się rozrośnie, to może zbawić i miliony. Nie mógł zasnąć, musiał zaczerpnąć świeżego powietrza, więc wyszedł przed kontener. Niebo było przepiękne. Ogrom kosmosu sprawił, że Hamed odetchnął głęboko i patrzył w odległe gwiazdy. Postanowił się przejść i oczyścić umysł. Kiedy był małym chłopcem, zawsze mu to pomagało i zasypiał błyskawicznie po powrocie. Po kilku minutach przechodził obok basenu, w którym za dnia kąpały się dziesiątki uchodźców, relaksując się, jakby wojna wcale nie wybuchła. Teraz basen był... pusty. Woda gdzieś wyparowała, a Hamed usłyszał kroki wojskowych butów. Błyskawicznie schował się za rogiem i wyglądał ostrożnie.

Przy krawędzi basenu szło trzech żołnierzy ubranych po cywilnemu. Mieli broń i lekkie pancerze, bez oznaczeń. Prowadzili dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę - oboje w średnim wieku. Wyglądali oni na lekko zestresowanych, ale szli dobrowolnie.
- Spotkał was nie lada zaszczyt - powiedział jeden z eskortujących ich żołnierzy. - Jesteście jednymi z pierwszych, którzy pomyślnie przeszli kwarantannę.
- To fantastycznie - odpowiedziała kobieta. - Dostaniemy teraz to mieszkanie, o którym była mowa? A kiedy dołączą do nas nasze dzieci? Tęsknimy za nimi. Oddacie nam komunikatory? Damy znać rodzinie na Eden Prime, że wszystko w porządku.
- O dzieci proszę się nie martwić. Z moich informacji wynika, że wszystko idzie zgodnie z planem i nie mamy z nimi żadnych problemów.

Grupa zeszła na dno basenu po drabince. Al Jilani tracił ich z oczu więc przeszedł kilka metrów, kuląc się i upadł na ziemię tuż przy krawędzi. Dalej obserwował. Żołnierz otworzył drzwi kodem. Konsola wyglądała na model, który Hamed z łatwością łamał, ale teraz nie miał omni-klucza. Ręcznie mogłoby być trudno, ale postanowił, że musi spróbować. Zeskoczył na dół, kiedy wszyscy weszli do środka. Kątem oka dostrzegł kamerę, która zwrócona była akurat w drugą stronę. Nie miał pojęcia, czy nie namierzyła go wcześniej, musiał być ostrożniejszy. Dobrał się do konsoli i otworzył drzwi metodą prób i błędów. Pomogło mu to, że widział w jakie cyfry mniej więcej klikał żołnierz. Po wejściu w wąski korytarz, rozejrzał się przezornie. Nigdzie nie było kamer, więc szedł dalej, jak najmniej hałasując. W następnym pomieszczeniu zobaczył coś, co go przeraziło.
Dwóch ludzi w białych kitlach przywiązało do pionowo ustawionych stołów kobietę i mężczyznę, których Hamed widział wcześniej. To już nie wyglądało dobrowolnie. On był otumaniony, ona krzyczała, ale natychmiast dostała zastrzyk, po którym ucichła, nie tracąc przytomności. Al Jilani wyglądał zza rogu ze zdumieniem w oczach. Jeden z "lekarzy" wcisnął coś na niewielkiej konsoli i swego rodzaju pole siłowe zmaterializowało się wokół pacjentów. Z góry zsunęły się dwie kapsuły, które pokryły stanowiska ze stołami. Szklane pokrywy były przezroczyste, co pozwalało wszystkim obserwować następne wydarzenia. Do kapsuł wpuszczono jakiś gaz. Ofiary próbowały się wyrywać, ale nie miały szans. Gazu było tak wiele, że w końcu zapełnił całe komory, czyniąc wnętrze zupełnie niewidocznym.

Wtedy, z jednej z nich dobiegło stukanie. Żołnierze i naukowcy Cerberusa zaniepokoili się. Jeden z ludzi w białym kitlu podszedł do kapsuły z mężczyzną i przybliżył do niej głowę z ciekawością. Wydawało mu się, że dostrzegł pęknięcie. Po chwili, szklana kapsuła rozsypała się w drobny mak, a "lekarz" został chwycony przez mężczyznę. Hamed widział jednak, że to już nie był człowiek... Potwór w rodzaju zombie, które atakowały ludzi na Ziemi właśnie zamordował jednego ze swoich oprawców i wyskoczył z pojemnika. Od razu potem rzucił się na pierwszego z uzbrojonych ludzi. Ten próbował strzelać, ale zapomniał odbezpieczyć broń. Dostał cios, w wyniku którego przecięta została jego tętnica szyjna i cały zalał się krwią. Dopiero dwóch jego towarzyszy zdołało otworzyć ogień i zabić potwora. Wszyscy byli przerażeni.
- Kurwa! Musimy zmienić materiał tych kapsuł. Musimy! Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy! - krzyczał drugi z "lekarzy", trzęsąc się ze strachu.

Hamed nie czekał. Powoli i ostrożnie wycofał się, nie wiedząc czy przypadkiem nie śni jakiegoś koszmaru. Udało mu się wydostać niepostrzeżenie. Wracał powoli, nie chcąc przyciągnąć niczyjej uwagi. Po dotarciu do reszty swojej grupy położył się, ale znów nie mógł zasnąć. Wiedział, że tym razem żaden spacer nie pomoże.

[center]*[/center]

Spali dość długo. Frank obudził się, gdy lokalna gwiazda była w najwyższym punkcie na niebie. Głowa rodziny Youngów była optymistycznie nastawiona. Przed wejściem znalazł kilka paczek z jedzeniem i piciem, które uchodźcy dostawali codziennie rano. To on robił śniadanie. Wtedy podszedł do niego Hamed. Kiepsko wyglądał - miał podkrążone oczy, jakby całą noc nie spał.
- Panie Young - zaczął Al Jilani. Mówił bardzo cicho, wręcz szeptał. - Musimy stąd uciekać. To miejsce nie jest takie, jakie nam się wydawało.
- Hamed - Frank uśmiechnął się szeroko. - Nie przesadzasz? Zobacz, co nam dali na śniadanie. Chleb, szynka, ser, jajka. No prawie jak na mojej farmie. Prawie, podkreślam.
Hamed widział, że nawet jeśli powie, co widział zeszłej nocy, to nikt mu nie uwierzy.
- Proszę posłuchać. Dziś wieczorem idę porozmawiać z dyrektorem placówki. Musi mi pan obiecać, że jeśli nie wrócę, to uciekniecie stąd. - Ton głosu Hameda był na tyle poważny, że Frank faktycznie się przejął.
- Ale jak to, nie wrócisz? Co masz na myśli?
- Tutaj dzieją się bardzo złe rzeczy. Jeśli nie wrócę, to uciekajcie.

Rozmowę przerwała mała Emily, która wyrwała ojcu z ręki kanapkę z szynką i uśmiechnęła się, wgryzając się w nią. Niedługo później cała grupa jadła. W rozmowach dominował temat końca kwarantanny. Niby byli tam tylko jeden dzień, ale przecież nikt na nic nie chorował, więc wszystko powinno pójść szybko i sprawnie. Nie mogli się doczekać. Na miejscu nie było tylko Pavla, który miał szkolenie z Fishem. Niedługo po śniadaniu, które - patrząc po porze spożycia - było raczej obiadem, przyszedł do nich Barry i zabrał na spacer po ośrodku. Pokazał im zielone ogrody, zadbane budynki biurowe, naukowe oraz basen, który służył uchodźcom i bardzo go sobie chwalili. Al Jilani był zdumiony. Woda znów wypełniała go po brzegi i po podziemnym kompleksie nie było ani śladu. Potem poszli na stołówkę, gdzie dziesiątki ludzi spożywało obiad. "Zupełnie za darmo" - jak mówił Barry. Frank i Tom patrzyli się na wszystko z zachwytem, tak samo Sara i Emily. Babcia bardziej koncentrowała się na poprawianiu fryzury swojej wnuczki niż na wycieczce. Frank spoglądał ukradkiem na Hameda i wciąż zastanawiał się, co przyjaciel jego syna miał na myśli podczas wcześniejszej rozmowy. Po tej trwającej około dwóch godzin wycieczce wrócili do siebie. Tylko Tom poszedł z Barrym na prośbę samego Lawsona.

Gdy zapadał zmierzch, nadeszła pora, aby Hamed poszedł na swoje drugie spotkanie z dyrektorem Sanktuarium. Wiedział, że nie chce pomagać w tym, nad czym pracuje Cerberus, cokolwiek by to nie było. Musiał się jednak sprytnie wykręcić i wrócić do grupy, po czym obmyślić plan ucieczki. Największy problem dostrzegał w przekonaniu Pavla i Toma, którzy po oprowadzaniu byli coraz bardziej entuzjastyczni, jeśli chodzi o Cerberusa.

[center]*[/center]

Emily siedziała w kącie kontenera i grała w łapki ze swoją babcią. Sara i Frank przyglądali się córce. Wtedy rozległo się pukanie o ścianę pomieszczenia, więc podeszli i otworzyli drzwi. Przed nimi stało czterech ludzi w lekkich, czarnych pancerzach bez oznaczeń.
- Idą państwo z nami - powiedział jeden z nich.
- Ale dlaczego? - pytał zaniepokojony Frank. - Czy coś się stało?
- Proszę nie dyskutować, tylko słuchać poleceń. Z danymi państwa grupy jest pewien problem. Layla z lądowiska często się myli. Dostała już niejedno upomnienie. Muszą państwo tylko uzupełnić dane.
- Biurokracja - odezwała się Amanda. Spojrzała na uzbrojenie gości. - Ale po co panom ta broń, jeśli można wiedzieć?
- Mówiłem już, proszę nie dyskutować. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej przejdą państwo przez proces. Idziemy.

Frank, Sara, Amanda oraz Emily z babcią poszli z grupą żołnierzy.

[center]*[/center]

Hamed wszedł do biura, a Barry zamknął za nim drzwi. Henry Lawson siedział przy swoim biurku, dokładnie w tej samej pozycji, co dnia poprzedniego. Tym razem żaluzje pokrywały pokaźne okna pomieszczenia, które było mocno przyciemnione. Gość poczuł się nieswojo.
- Witaj, Al Jilani - zaczął rozmowę Lawson. - Rozważyłeś moją propozycję?
- Długo o niej myślałem - mówił Hamed. Pół dnia planował swoją wypowiedź. - Jest bardzo atrakcyjna i chętnie skorzystam, ale najpierw muszę się upewnić, że rodzinie Youngów i Amandzie nic nie grozi.
- Ależ zapewniałem was już, że absolutnie nic złego ich nie spotka. Twoi przyjaciele to widzą.
Hamed stracił pewność siebie. Usłyszał za plecami cichutki dźwięk, jakby lekkie uderzenie buta o but.
- Myślałeś, że nie przejrzymy twojego planu? - Lawson podniósł głos i włączył wielki, naścienny ekran. - Wszystko jest nagrane.

Al Jilani spojrzał. Film przedstawiał go, kiedy skradał się przy basenie i włamywał do kompleksu. Potem pokazano ujęcie chwilę po sytuacji z zombie, kiedy zabity lekarz leżał na ziemi w kałuży krwi. Kamera z drugiego kąta pomieszczenia uchwyciła ciemną sylwetkę Hameda, który wychylał się zza ściany. Nie było ani śladu zombie ani żołnierzy.
- Nie wiem skąd wziąłeś broń, którą go zabiłeś, ale ci ludzie chcieli nam pomóc - powiedział głos zza pleców Hameda.
- Pavel - odpowiedział, poznając go. - Nie słuchaj go. To nie jest tak, jak wygląda. Musisz mi uwierzyć. Trochę razem przeszliśmy, Pavel, proszę cię, zaufaj mi.
- Kamery wszystko widziały. Masz to nagrane, nie widzisz? - Pavel był coraz mocniej zdenerwowany.
- Niczego nie widziały. Widziały tylko to, że wiem, co się tam działo. Nikogo nie zabiłem, Pavel, opuść broń!
Wtedy przed wejściem usłyszeli szybkie kroki.
- Zabij go. To może być jakaś jego pomoc. Nie wiemy, gdzie był jeszcze tamtej nocy! - krzyknął Lawson. - Może znalazł sojuszników.

Hamed popatrzył się na Lawsona, potem na Pavla. Usłyszał odgłos wystrzału, poczuł impet uderzenia. Rozejrzał się. Leżał na podłodze w kałuży krwi. Dotknął prawa ręką swojej lewej piersi. Mocno krwawił. Dostał w serce.

[center]*[/center]

Do biura wbiegł Tom Young. Zatrzymał się zdumiony, kiedy zobaczył uzbrojonego w pistolet Pavla i Hameda, który leżał na ziemi. Szybko podbiegł do przyjaciela i padł na podłogę, próbując go ratować. Ale Hamed już nie żył. Jego oczy były wlepione w sufit, a usta szeroko rozwarte.
- Co tu się stało?! - krzyknął zrozpaczony Tom. - Do cholery! Co się stało? Hamed...
Henry Lawson wstał zza swojego biurka.
- Twój przyjaciel, Pavel, ocalił mnie. Al Jilani to morderca i zdrajca. Wczoraj zabił co najmniej jedną osobę, a dziś przyszedł tutaj, aby zabić mnie. Na szczęście był tu Svoboda.
- Hamed? Mordercą i zdrajcą? - z niedowierzaniem mówił Young. Tym bardziej, że przy Al Jilanim nie było widać żadnej broni. - Niemożliwe. Po co miałby cię zabijać? Przecież nam pomagasz. Pavel?
- Zobacz na to nagranie, Tom - odpowiedział mu Svoboda zimnym głosem, po czym puścił mu spreparowany film.

Young złapał się za głowę. Po chwili odezwał się w sprawie, z którą przyszedł:
- Moja rodzina... Wróciłem do nich, ale ich już tam nie było... Niczego nie zabrali. Wie pan coś o tym, panie Lawson?
- Rodzina? - dyrektor przybrał skupioną minę. - To musiała być część planu Al Jilaniego. Prześledziliśmy jego profil. Zawsze był drugi lub trzeci. Nigdy nie mógł być najlepszy. Ty i twój kuzyn wyprzedzaliście go we wszystkim. Musiał was za to skrycie nienawidzić. Mam szczerą nadzieję, że ich nie skrzywdził... Obiecuję ci, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc ci ich odnaleźć.

Do biura weszło trzech ludzi i bezceremonialnie wynieśli ciało Hameda, po którym został jedynie krwawy ślad na podłodze. Wraz z nimi wyszedł Pavel, odesłany na wyraźne polecenie Lawsona. Tom usiadł przy ścianie, zrezygnowany. Płakał, łkał jak małe dziecko. Stracił rodzinę i jednego z najlepszych przyjaciół.
- Rozumiesz chyba, że odzyskanie twojej rodziny, to nie jest łatwa sprawa? - spytał Lawson. - Musisz nam pomóc. To będzie swoista symbioza. Współpraca w celu odniesienia obopólnych korzyści. Mam dla ciebie zadanie. Jeśli je wykonasz, pomożemy ci wszystkimi naszymi środkami.
- Co mam zrobić? - odrzekł Tom. Głos mu się łamał.
- Polecisz z Fishem i Welshem. Macie wyśledzić i schwytać moją córkę, Orianę. Pavel też poleci z wami. Widzę, ze przydałby ci się teraz... prawdziwy przyjaciel.
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 01 sty 2014, 02:32

[center]SIŁA WIARY[/center]

[center]ODCINEK X[/center]
Czwarty dzień po inwazji, 2186, lasy w okolicach Vancouver.

Obóz urządzony w przedwojennym ośrodku myśliwskim nie prezentował się okazale. Po dotarciu na miejsce, do którego oddział doprowadziło trzech nowych ludzi, głównodowodzący - Anderson - wydał rozkaz umocnienia tego miejsca i przygotowania go na kilka dni pobytu grupy. Okolica była gęsto zalesiona i odizolowana, co nie oznaczało, że można pozwolić sobie na pełne odprężenie. Była to jednak dobra lokalizacja, aby odsapnąć, zaczerpnąć sił i pomyśleć nad kolejnymi posunięciami. W tym momencie, wkoło dwóch zarośniętych roślinnością, zaniedbanych budynków stacjonowało około dwunastu żołnierzy i dwadzieścia osób cywilnych. W tej chwili po prostu trudno było odróżnić jednych od drugich. Bo czy ktoś, kto raz w życiu trzymał broń i zabił wroga jest już żołnierzem? W każdym razie, ci drudzy byli zupełnie bezbronni, a uzbrojenie grupy "militarnej" pozostawiało wiele do życzenia. Jakby tego było mało, pochłaniacze ciepła kończyły się, a medi-żelu nie było już wcale. Grobowy nastrój poprawiał nieco fakt, że zaparkowany w pobliżu pojazd Mako wciąż działał bez zarzutu. Ludzie byli głodni, zmęczeni i brudni. Zapasy wody i żywności topniały, ale rozsądne gospodarowanie nimi umożliwiłoby przetrwanie tak licznej grupy przez około dwa tygodnie, jak wyliczył kwatermistrz. Wydzielał on zatem porcje niewielkie, które nie podobały się przyzwyczajonym do zdecydowanie większej ilości jedzenia osobom. Ci na szczęście zostawiali te opinie dla siebie, ponieważ zaczynali rozumieć ogrom aktualnych wydarzeń. Obok grupy kilku cywili spożywających coś, co z racji pory można by nazwać kolacją, przechodziło właśnie dwóch marines, których dwa dni wcześniej wysłano na zwiad. Zanim ich grupa wyruszyła, z oddziałem nie było jeszcze cywili.

- Co mu jest? - spytał żołnierz w średnim wieku, wycierając wilgotną szmatką czoło pokryte zaschniętym błotem.
- Temu tam? - odrzekł jego towarzysz, wskazując skinięciem głową siedzącego pod drzewem młodego mężczyznę o czarnych włosach. - Załamał się pewnie, tak jak Russell i Pete z naszej drużyny. Oni zapłacili za to życiem, a on może się wypłakać. Farciarz pieprzony. I to takiej ślicznotce, ho, ho. - Żołnierz zagwizdał z zachwytem. Dodał głośno: - Takiej to i ja bym się wypłakał.

Żołnierze poszli dalej, a kobieta, szczupła brunetka o azjatyckich rysach, nachyliła się nad siedzącym na ziemi młodym mężczyzną.
- Michael, nie możesz się tak zadręczać... To się zdarza. Nie każdy może być bohaterem i nie zawsze.
- Przecież to moja wina. Jak mam tak po prostu to zaakceptować? - Young uniósł głowę, a Emily dostrzegła ślady łez, które chwilę wcześniej musiał sobie starannie wytrzeć, chcąc zamaskować płacz.
- Taka jest wojna... Wcześniej ocaliłeś mi życie, w Vancouver. Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Tym razem się nie udało, ale nie załamuj się. Partyzantce przyda się ktoś o twoich umiejętnościach.
- Umiejętnościach? - Michael prychnął, a jego głos łamał się. - Na co im ktoś, kto nie umie strzelać...

[center]***[/center]

Dzień wcześniej.

Po akcji w zniszczonym miasteczku z posterunkiem policji, Michael Young, Walter Clemence i jego brat - Henry - zaprowadzili oddział admirała Andersona do ośrodka myśliwskiego, w którym zdobyli starą broń. Na miejscu, zgodnie z oczekiwaniami, zastali Emily Wong, Roberta i małego Maxa, którzy już zaczynali się cieszyć, że są uratowani, ale miny szybko im zrzedły, kiedy zrozumieli, że nawet grupa uzbrojonych po zęby i wytrenowanych marine wygląda teraz na wycieńczonych i przerażonych. Żołnierze posłużyli się posterunkową radiostacją, usiłując zasilać ją omni-kluczami. Urządzenia nie były do końca kompatybilne, ale w oddziale było dwóch wykwalifikowanych inżynierów i zdołali nawiązać łączność z drugą drużyną. Wydatnie pomógł im RR, którego umiejętności techniczne, jak się okazało, nie ograniczały się do obsługi kamery. Druga grupa przybyła wkrótce potem wraz z kilkoma ocalałymi z rzezi cywilami.

Dopiero teraz Michael mógł przyjrzeć się nowym towarzyszom nieco bliżej. Na czele grupy stał admirał Anderson, człowiek-legenda w Przymierzu, pierwszy absolwent programu N7, który skupiał najlepszych z najlepszych. Wraz z nim przybyło sześcioro ludzi, w tym jeden, który odniósł ranę postrzałową podczas walki o posterunek policji. Krwawienie zostało zatamowane, ale nadeszła ostra gorączka, dreszcze i piekielnie silny ból. Towarzysze wykorzystali dwie ostatnie dawki medi-żelu, aby ulżyć koledze. Było to jednak lekkomyślne, ponieważ ta substancja tylko hamowała pogorszenie stanu zdrowia, chwilowo gojąc ranę. Na dłuższą metę potrzebny był lekarz, medyk, którego z nimi nie było. Oddział Andersona to niedobitki z Vancouver. Trzech z nich przeżyło rozbicie się promu podczas ewakuacji miasta. Kolejna trójka po prostu była w pobliżu, kiedy admirał skupiał do siebie ludzi. Było ich więcej, ale tylko tylu przeżyło. Pech chciał, że poza jednym, na którego Anderson wołał Taran, nie mieli oni poważnego doświadczenia bojowego. Taran był weteranem konfliktu z gethami i uczestniczył w kilku operacjach podczas walk ze zbuntowanym widmem - Sarenem. Z grupy wyróżniała się kobieta - Debrah, szeregowiec.

Anderson potrzebował ludzi, którzy nie pękają pod ciśnieniem. Był świadkiem akcji Younga, którego wspierali Henry i Walter. Teraz dołączył do nich Robert - operator London Daily. Admirał zaprosił ich wszystkich na stronę. Nie było jeszcze żadnego centrum dowodzenia, ponieważ oba budynki były sprawdzane przez jego podopiecznych.
- Dopiero teraz jest szansa wam podziękować. Naprawdę doceniam to, co zrobiliście. Bez waszej pomocy ta dwójka mogłaby już nie żyć. - Zasępił się. - Tak czy inaczej nasz ranny najwyraźniej dostał jakiegoś zakażenia, a my nie mamy medi-żelu ani nawet prostych opatrunków.

Stojąca przed nim czwórka mężczyzn domyślała się, że zaraz zostaną zrekrutowani. Nie wyglądali na żaden oddział. Jeśli już, to specjalnej troski. Jedyny, który miał postawę nieco przypominającą żołnierza był Young. Henry i Walter byli facetami z brzuszkiem, w wieku po pięćdziesiąt lat. Walter był czerwony od wódki, którą uspokajał skołatane życiem nerwy - od rozwodu z żoną, jak mówił. Podczas przemowy Andersona próbował usilnie powstrzymać czkawkę. Henry to policjant, który dobijał do emerytury i rzadko wstawał zza biurka, zajmując się dokumentacją. Nigdy nie wyróżnił się niczym szczególnym. Zwykle pomagał kierować ruchem w miasteczku, którego zagładę widział. Ostatni w tej grupce był RR, który był mistrzem obsługi wszelkiego rodzaju sprzętu nagrywającego, ale na sam widok broni palnej krzywił się. Ta czwórka właśnie wstępowała do oddziału wybitnego admirała Przymierza.

- Potrzebuję was. Nikogo innego nie mam... - Anderson spojrzał w dół, rozmyślając ilu ludzi bez żadnego przeszkolenia wojskowego jest teraz zmuszonych walczyć o przetrwanie na całym świecie, na wielu światach... Myśl o nieuniknionych stratach wśród takich ludzi sprawiała, że zasępił się jeszcze mocniej. - Uzupełnicie nasz skład. Będzie nas dziesiątka, czyli mamy dwie piątki. Na czele jednej będę ja. Ze mną będzie tych trzech, których imion nie jestem w stanie spamiętać i... - Popatrzył na nich, chcąc wybrać drużyny tak, by składy jak najlepiej się równoważyły. W końcu odezwał się do braci, Waltera i Henryego: - Was dwóch. Ty, snajperze, i twój kolega z dredami pójdziecie do składu Tarana, Debry i Rudego.
- To znaczy, że idziemy na jakąś akcję? - spytał Henry. - Przecież ledwo co uszliśmy z życiem.
- Nasz ranny może nie przeżyć, jeśli nie zdobędziemy medi-żelu, antybiotyków, a najlepiej wykwalifikowanego lekarza. Ruszamy właśnie po to. Jeden z oddziałów, z którymi urwał nam się kontakt raportował, że po drugiej stronie miasteczka, w którym byliśmy, jest szpital. Tam możemy znaleźć to, czego nam trzeba. Postaramy się też poszukać ocalałych.

Robert przysłuchiwał się rozmowie z coraz większym niedowierzaniem. W końcu odezwał się, a jego słowa zdziwiły Younga.
- Ruszajmy, koledzy. Nie uratujemy Aarona bez tych leków.
- Aarona? - spytał Walter, marszcząc brwi z zaskoczenia.
- Wszyscy o nim mówicie, a imienia nie wymieniliście ani razu. Aaron, ten kolo, co kulkę dostał. Nawet Wszechmocny nie da rady ocalić go bez naszej pomocy. - RR spojrzał na lekkie pistolety leżące na stole przed jednym z budynków. - A ja, ze wsparciem Jah, nauczę się z tego strzelać.

Grupa szykowała się w pośpiechu. Chcieli zdążyć przed zachodem słońca, tak czuliby się pewniej. Brali tylko broń i kilka pochłaniaczy ciepła.

[center].[/center]

Dwie piątki szły w odległości kilkudziesięciu metrów, takiej, aby w razie potrzeby mieć jakiś kontakt głosowy, ponieważ ten wzrokowy był niemożliwy z powodu gęstego zalesienia. Oddział z Andersonem i braćmi Clemence zajmował lewą flankę. Admirał prowadził ich na podstawie mapy miasteczka, którą jego oddział zdobył na posterunku. Prawą flanką szli RR, Young oraz trójka żołnierzy. Najbardziej rozmownym był wielkolud o przezwisku Taran. Jako doświadczony żołnierz, miał prowadzić grupę. Tylko jego z całej gromady Anderson znał, a raczej kojarzył przed inwazją, a i to przelotnie. Nigdy nie brali udziału w jednej misji, po prostu mijali się raz czy dwa. Greg, bo tak miał na imię, był potężnie zbudowanym mężczyzną w średnim wieku, którego pasją od najmłodszych lat było wojsko. Podczas marszu rozmawiał po cichu z Michaelem.
- Pewnie chcesz wiedzieć z kim los cię zetknął, co? - zagadnął.
- Nie wiem, czy mamy na to czas - odpowiedział Young. - Powinniśmy być na skraju lasu za kilka minut. Admirał mówił, że wyjdziemy tuż przy szpitalu.

Taran zasępił się. Usłyszał - szpital, pomyśał - medi-żel. Prawie w ogóle nie znał marine, który został ranny na posterunku, ale strata członka oddziału zawsze go bolała. Greg nie miał rodziny, był wychowankiem domu dziecka, więc Przymierze zastępowało mu dom, a inni żołnierze - braci i siostry.
- Tak... Musimy zdobyć leki - mówił ze spuszczoną głową. Po chwili jednak podniósł wzrok i skierował oczy w stronę żołnierza o rudych włosach, próbując wrócić do poprzedniego tematu. - To jest Rudy. W sumie go nie znam, ale nie pęka pod presją. Znaleźliśmy go w rozbitym promie. Ocalał jako jedyny. Mało mówi, celnie strzela. Niepozornie wygląda, ale twardziel z niego.

Young spojrzał w stronę Rudego. Kilkudniowy zarost znaczył jego ponurą twarz. Kąciki ust chyliły się wyraźnie ku dołowi, sprawiając, że ten człowiek sprawiał wrażenie totalnego ponuraka. A może i taki nie był, ale kto by się uśmiechał po stracie całego oddziału? Przed nimi szła drobna brunetka z lekkim pistoletem w prawej dłoni.
- A to jest nasza księżniczka, Debrah. Tylko szeregowa, ale, trzymaj mnie za słowo, już niedługo. Jest niesamowita i czujna jak kocica.
Młody dziennikarz London Daily spojrzał na kobietę, nie wyglądała na twardego żołnierza. Taran dostrzegł dość lekceważące parsknięcie swojego rozmówcy.
- Biotyka. Mówi ci to coś? - spytał, uśmiechając się charakterystycznie, tylko jedną stroną twarzy, lewą. Kącik jego ust doszedł z tej strony niemal do ucha. - Ta babka ma takie pierd... znaczy się taką siłę, że jak zobaczyłem ją w akcji pierwszy raz, to szczena mi opadła.
- Ja jeszcze nigdy nie widziałem biotyka w akcji - odpowiedział Young.
- Hm... - Taran podrapał się po głowie. - W sumie nie wiem, czy powinienem ci tego życzyć. To by oznaczało kłopoty.

Rudy szedł nieco z boku, osłaniając ich prawą flankę. Debrah była na przedzie, obok niej próbował iść RR, chciał porozmawiać, ale zbywała go. Grupa doszła do krańca lasu.

[center].[/center]

Taran wyjrzał zza ostatniego z drzew. Około stu metrów od nich byli ludzie Andersona i sam admirał. W podobnej odległości, ale wprzód od nich, znajdował się szpital. Drużyna Grega nie widziała zbyt wiele, ich widoczność ograniczał spory magazyn, ale Taran dogadał się z Andersonem na migi.
- Dobra, słuchajcie - zaczął. - Oni wszystko widzą. Za magazynem jest spory parking, roi się na nim od zombiaków, ale wygląda na to, że są tylko one. Nie ma tych ustrojstw z bronią palną. W szpitalu powinny być zapasy leków, medi-żelu, a może nawet ktoś tam ocalał. Widzisz tę wieżę, Young? - wskazał na prawo.

Okazało się, że szpital miał też ogrodzone skrzydło, w którym leczono skazańców z pobliskiego więzienia. Nad tą dobudówką unosiła się wieża strażnicza o wysokości około trzydziestu metrów.
- Wejdziesz tam po cichu, snajperze, i będziesz nas osłaniał. Przy odrobinie szczęścia znajdziesz tam jakąś snajperkę. W takich miejscach zwykle jest jakaś szafka z bronią, a z czego mają korzystać strażnicy na wieży jak nie ze snajpery? Masz pięć minut. Potem ruszamy, okrążając magazyn i oskrzydlając zombiaki, na które uderzy Anderson ze swoją grupą. Powinniśmy ich złapać w kleszcze i roznieść bez problemu. Admirał pokazał też coś, co nie do końca załapałem. Zdaje się, że jest tam jakaś barykada, czy coś. Może ktoś faktycznie przeżył w szpitalu. Dobra, ruszaj już, Young.

Michael ruszył zgodnie z rozkazem, poruszając się możliwie bezszelestnie podbiegł do ściany magazynu. Kiedy wyjrzał zza rogu, widział niewiele, ale wieża była na swoim miejscu. Dostał się na teren skrzydła więziennego przez zniszczone ogrodzenie i bez problemu dotarł do drabinki u podnóża konstrukcji. Wspinał się mozolnie, ale szybko. Gdy dotarł na szczyt, błyskawicznie ogarnął wzrokiem małe pomieszczenie. Niemal krzyknął z zachwytu, kiedy w otwartej szafce zobaczył karabin snajperski Modliszka i zapas pochłaniaczy ciepła. Zgarnął amunicję do swojego plecaka, i zajął stanowisko. Stąd widział wszystko jak na dłoni. Na parkingu, wypełnionym mniej więcej w jednej trzeciej, stało około dwudziestu aut, a między nimi kilkanaście zombie. Przy wejściu do szpitalnego podziemia faktycznie było coś, co wyglądało na barykadę. Michaelowi zdawało się, że ktoś stamtąd wygląda i patrzy w jego stronę, jednak gdy zbliżył oko do lunety Modliszki, nie widział już nic.

Young usłyszał pierwsze strzały. Ludzie Andersona wkraczali właśnie na parking. Walter i Henry przykucnęli za pierwszymi autami i strzelali do wroga. Zombie zorientowały się, co jest grane i ruszyły do ataku. Kątem oka Michael dostrzegł, że Taran, RR, Debrah i Rudy właśnie rozpoczęli oskrzydlanie zombie. Wtedy stało się coś, czego nie przewidzieli. Ze szpitalnej piwnicy wyjrzał człowiek, uchylając lekko deski, którymi miejsce było zabite. Wtedy z magazynu wybiegło kilkanaście kanibali, zmutowanych batarian. Byli uzbrojeni i stanowili gigantyczne zagrożenie, ponieważ znaleźli się na tyłach grupy Tarana. Michael zobaczył, że grupa zombie skierowała się w stronę piwnicy. Musiał otworzyć ogień, a miał aż trzy opcje. Wsparcie Andersona, osłanianie tyłów Tarana i ochrona człowieka z piwnicy. Jego umysł szybko analizował możliwości. Admirał i jego grupa ma dobre zasłony, poradzą sobie, natomiast Taran jest zupełnie odsłonięty na atak kanibali. W piwnicy natomiast może być cała grupa ludzi, a wtargnięcie tam zombie oznacza rzeź. Young nigdy nie działał pod takim stresem, podjął decyzję.

[center].[/center]

Debrah usłyszała dwa strzały za swoimi plecami, kiedy właśnie mieli ruszać w stronę grupy zombie. W pierwszej chwili pomyślała, że członek jej oddziału z wieży, którego znała jako "Snajpera", oszalał i strzela do nich, ale obejrzała się i zobaczyła grupę kanibali szturmujących ich pozycje. Wtedy zrozumiała, co się dzieje. Serią krzyków oznajmiła Taranowi sytuację. Drużyna rzuciła się za dwa auta i otworzyła ogień do napastników. Kule świszczały z obu stron. Debrah skupiła się i uniosła w górę trzech wrogów, używając biotycznego podniesienia. RR i Rudy strzelali do bezwładnie unoszących się przeciwników, zabijając ich. Biotyczka zorientowała się, że "Snajper" nie wspomaga ich już ogniem. Zamiast tego skupił się na strzelaniu do zombie, które biegły w stronę szpitala. Debrah była wściekła, ale musiała walczyć dalej. Jej grupa była przyszpilona.

- Jasna cholera! - krzyczała. - Co jest z tym przeklętym snajperem?!
- Nie mam pojęcia! - jeszcze głośniej odpowiadał Taran. - Biorę dwóch po lewej!
Greg wychylił się i przeskoczył do przodu, za kolejny samochód, bliżej wroga. Był na tyle blisko, że mógł zmienić pistolet na swoją ulubioną broń - strzelbę. Wstał, jakby nie bojąc się kul. RR zobaczył ten sam dziwny uśmiech, który gościł na twarzy wielkoluda podczas rozmowy z Youngiem. Jej lewa połowa uśmiechnęła się, a Taran otworzył morderczy ogień, zabijając dwóch przeciwników. Wtedy na odciecz przybyli im Anderson, Walter i Henry. Stracili dwóch kompanów, którzy zostali zabici przez zombie, pozbawieni spodziewanego wsparcia z wieży. Sytuacja wydawała się być opanowana, ale grupa zwróciła swój wzrok na wieżę i swojego snajpera. Nie przestawał strzelać, a oni nie mieli pojęcia dlaczego.
- Tam muszą być ludzie! - krzyknął dowódca. - Biegiem, w stronę szpitala.

[center].[/center]

Cała siódemka ruszyła przez parking. Strzały z wieży wciąż nie ustawały. Po kilkunastu metrach biegu dostrzegli kilka zombie, które właśnie wbiegały do piwnicy. Prowadził ich grasant, bo tak nazywano przerobionych przez Żniwiarzy turian. Anderson machnął ręką w stronę Younga, aby zdjął lidera. Michael widział to i celował przez kilka sekund. Starał się uspokoić oddech, ale jego serce biło jak szalone, a ręce drżały. Zabił już kilku wrogów, zużywając do tego znacznie większą liczbę pocisków niż powinien. Teraz przyłożył policzek do kolby Modliszki, skupił wzrok na grasancie widzianym w lunecie, wstrzymał oddech i strzelił.

Spudłował.

[center].[/center]

Zombie, osłaniane przez grasanta, wbiegły do piwnicy. Debrah użyła biotycznego odkształcenia, aby zniszczyć nieduże auto, za którym skrył się turianin-mutant. Taran ruszył sprintem, przyjął na swój pancerz dwa strzały wroga, ale tarcze ochroniły go. Skupił na sobie uwagę przeciwnika, a w tym czasie Rudy i RR zaszli go z boków i zabili w krzyżowym ogniu. Bez chwili zwłoki, cała siódemka wbiegła do wnętrza i zlikwidowała zombie.

W środku znaleźli trzy ciała, w tym człowieka, którego Young widział z wieży, ale wtedy sam nie był tego pewien. Cała trójka zginęła dosłownie przed chwilą z rąk zombie.
- Gdyby trafił... - powiedziała Debrah przez zaciśnięte usta. - Gdyby go zdjął, kiedy miał szansę...
- Debrah...- przerwał jej Anderson. - Sprawdź, czy nie ma tu innych ocalałych.
W tym momencie drzwi z boku podziemnego pomieszczenia otworzyły się, a ze środka wyszła grupa ludzi. Jeden z nich podszedł do leżącego na ziemi trupa.
- Peter... Na Boga.... Dlaczego? - powiedział, padając na kolana i łkając.
Z grupki kilku ocalałych wyszedł szczupły, wysoki mężczyzna koło siedemdziesiątki. Za paskiem miał pistolet, a ubrany był w lekarski fartuch. Podszedł do nieznajomych i powiedział:
- Kim jesteście? Co tu robicie? Czy już wszystko dobrze? Ten koszmar się skończył?
- Spokojnie - odpowiedział Anderson. - Nie ma ich już w pobliżu. Jak liczna jest wasza grupa? Kim jesteś?
- Kilkanaście osób. Ja jestem ordynatorem tego szpitala. Mówisz, że nie ma ich w pobliżu? To znaczy, że gdzieś jeszcze są? Zamknęliśmy się tu pierwszego dnia... Od tej pory czekamy na ratunek. Myśleliśmy, że skoro jesteście, to już wszystko będzie dobrze... - Staruszkowi załamywał się głos. - Co... Co się w ogóle dzieje?

Grupa Andersona przeszukiwała piwnicę, licząc na znalezienie leków. Udało się zdobyć antybiotyki, wiele bandaży i sporo innych rzeczy, ale... nie było medi-żelu.
- Ech... - westchnął Taran. - Wiedziałem, że tak to się może skończyć...
- Musieliśmy spróbować - powiedziała Debrah. - Wiedzieliśmy, że szanse są małe. Medi-żel jest na wyposażeniu wojska, ale mało który szpital go stosuje. Jest po prostu za drogi...
Grupa ludzi zebrała ciała trzech swoich towarzyszy w jedno miejsce i przykryła kocami. Okazało się, że byli oni wartownikami, którzy pilnowali wejścia do piwnicy. Pech chciał, że w momencie całego zamieszania nadeszła ich kolej. Grupa szykowała się do do wyjścia.
- Zgarnęliście zapasy z całego szpitala? - Anderson spytał ordynatora.
- Tak, ale czemu pytasz? Wybieramy się gdzieś? Nie odpowiedziałeś, co tu się dzieje.
- Zabierzemy was ze sobą. Mamy w lesie obóz. Trochę jedzenia, ciepłych ubrań. Z pewnością jest tam bezpieczniej niż tu - odpowiedział admirał. - Chcesz wiedzieć, co się dzieje? Żniwiarze przybyli. W całej galaktyce rozpoczęła się wojna, która nie skończy się w tydzień ani w miesiąc. Ruszajmy.

[center]***[/center]

Czwarty dzień po inwazji, 2186, lasy w okolicach Vancouver.

Aaron, ranny na posterunku żołnierz, zmarł z powodu infekcji i braku med-żelu oraz odpowiedniej opieki medycznej. Ordynator szpitala nie był w stanie pomóc, a jedynie nieco mu ulżyć. Atmosfera w obozie była bardzo ciężka. Ludzie byli małomówni. Anderson i jego grupa z powodu utraty towarzysza, a ludzie ze szpitala po stracie trzech swoich.

Young nie posłuchał Emily. Wciąż siedział na ziemi, a wzrok wlepił w karabin snajperski, który go zawiódł albo raczej, z którego nie umiał skorzystać, bo tak myślał. Ściemniało się. Z prowizorycznie zorganizowanej stołówki wyszedł RR, niosąc w ręku plastikowy talerzyk z ciepłą zupą. Usiadł obok swojego znajomego i podał mu jedzenie.
- Michael, odpuść. Emily powiedziała, żebym zagadał do ciebie - powiedział ze swoim jamajskim akcentem. - Wcinaj zupę. Musisz mieć siły na jutro.
- A co robimy jutro? - odpowiedział zrezygnowany Young, mieszając łyżką w niezbyt apetycznej zawartości talerzyka.

Robert zamyślił się. Michael dostrzegł zmianę w zachowaniu kolegi. Optymizm ustąpił miejsca jakiemuś stanowi ciszy, podczas której w głowie Jamajczyka musiało dziać się coś poważnego. W czasie misji w szpitalu zabił pierwszego wroga.
- Jutro... Walczymy, bracie - odpowiedział czarnoskóry operator London Daily. - Tak jak wczoraj i dziś.
RR wstał, przeszedł parę kroków i odwrócił się. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął łańcuszek z wizerunkiem Jezusa. Michael instynktownie ścisnął pięść pod szyją, jakby szukając błyskotki, która przecież była w dłoni Roberta.
- Przed wyruszeniem w drogę mocno się spieszyliśmy. Za mocno, bracie. Takich rzeczy się nie zapomina. - Robert rzucił łańcuszek właścicielowi i uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie. - Dobranoc, Michael.

Young chwycił pamiątkę od ojca i w ściśniętej pięści przyłożył ją sobie do czoła. Przechodząca kilka metrów obok Debrah widziała, że mówił coś półszeptem, jakby się modlił...


--------------------------------------------

W tym miejscu moje opowiadanie na razie się urywa i od kilku miesięcy stoi w miejscu. Zapraszam więc do wyrażania opinii każdego, kto takową posiada ;-) . Myślę, że opowiadanie skończę, mam do tego motywację własną, ale zbieram teraz pomysły, aby maksymalnie wiarygodnie i interesująco rozwiązać historię dwóch braci, Toma i Michaela.

Moje pytania do chętnych:
1.) Która historia bardziej się podoba: Toma czy Michaela?
2.) Którą z pozostałych, pobocznych postaci i który z wątków opowiadania warto rozwijać?
3.) Czego brakuje w opowiadaniu, a czego jest nadmiar?
4.) Nad czym ogólnie powinienem popracować, aby opowiadanie było dla Was ciekawsze? :->
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/

dikajos
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 29 lis 2013, 13:08

Postautor: dikajos » 30 sty 2014, 15:49

[center]SIŁA WIARY

ODCINEK XI
O CO WALCZYMY
[/center]


[center]I[/center]

Noc była pogodna, bezchmurna. Liczne gwiazdy lśniły na ciemnogranatowym niebie pięknym, żywym blaskiem. Wszechświat zdawał się być spokojny, ale było to tylko złudzenie. Pradawna rasa maszyn - Żniwiarze - powróciła, aby zniszczyć ludzkość i wszystkie inne rasy galaktyki. Młody brunet leżał z założonymi za głowę rękoma na niewielkiej polanie. Patrzył w gwiazdy i zastanawiał się, ile z nich ma planety, na których dzieją się teraz dramaty takie jak tu, na Ziemi. Aż wzdrygnął się na samą myśl o poznaniu odpowiedzi. Ilu ludzi traci teraz drogie im osoby, a ilu zastanawia się w tej chwili, tak jak on, nad losem swoich bliskich? Głęboko westchnął.

- Gdzie jesteś, komandorze? - pytał, patrząc na najjaśniejszą z gwiazd. - Potrzebujemy cię...

Po kilku minutach rozmyślań wstał i wszedł w głęboki las. Po długim spacerze dotarł do obozowiska w starym ośrodku myśliwskim. Miał spore problemy ze znalezieniem swojego namiotu. Sporo się tu zmieniło, a to raptem kilka dni - myślał. Po chwili dezorientacji trafił na właściwą ścieżkę, i usiłując nie zdeptać ludzi, którzy spali w śpiworach przy dopalających się ogniskach, trafił do swojego "domu". Zasunął suwak i wskoczył w swój śpiwór. Zasnął bez problemu.

[center]II[/center]

Kiedy dowiedzieli się, że komandor Shepard opuścił nie tylko Ziemię, ale i Układ Słoneczny praktycznie od razu po inwazji, morale spadło jeszcze niżej niż było po śmierci żołnierza, dla którego w ogóle wyruszono do miasteczka, w którym liczyli na znalezienie medi-żelu. Admirał uspokajał; mówił, że Shepard jest potrzebny gdzie indziej, ale ludzie wiedzieli swoje. "Jak to potrzebny gdzie indziej? Tu jest Ziemia, tu jesteśmy my". "Powinien tu być i pomagać właśnie tu, bo tu walczymy i umieramy". Myśleli, że to im należy się pomoc, że mają najgorzej ze wszystkich, co mocno mijało się z prawdą. Sytuacja, w jakiej się znajdowali, była stabilna, a kryjówka w starym ośrodku strzeleckim względnie bezpieczna.

W ciągu kilku dni od akcji w miasteczku, gdzie uratowano większość ludzi zabarykadowanych w szpitalu, grupa mocno się rozrosła. Kiedy domyślono się, że Żniwiarze koncentrują się na wielkich miastach, Anderson podjął decyzję o wysyłaniu niewielkich patroli do małych miasteczek w okolicy. Ludność większych miast spisał na straty, nie miał wyboru. Miał za to świadomość, że nie zdoła ocalić wszystkich, a próbując dostać się do Vancouver zapewne straciłby więcej ludzi niż mógłby uratować. Admirał wydał rozkaz, by szukać ocalałych, przy okazji zbierając wszystko, co mogłoby się przydać. Pożywienie, świeża woda, a nawet pojazdy. W razie natknięcia się na oddziały Żniwiarzy, mieli unikać walki. O ile jedzenia i picia było pod dostatkiem, o tyle pochłaniacze ciepła były na wykończeniu. Trzeba było bardzo oszczędnie nimi gospodarować. Oddziały zwiadowców, dowodzone przez Tarana, Debrę i Rudego, patrolowały więc miasteczka, znajdując w nich niewielkie grupki przerażonych ludzi, chowających się po piwnicach i strychach. Proponowano im przyłączenie się do grupy. Większość zgadzała się, mając świadomość, że samotnie nie mają szans.

[center]III[/center]

W ten pogodny, nieco inny od poprzednich poranek, w obozie budziło się około stu osób, w większości cywili. Inność polegała na tym, że RR do każdego posiłku dodał po czekoladowym batoniku. Dwa dni wcześniej znalazł cały karton tych smakołyków w minibusie, który był teraz jednym z kilku pojazdów, które były do dyspozycji grupy. Dwa minibusy, kilka aut terenowych oraz wojskowy Mako gwarantowały grupie jako taką mobilność. Ludzie zdążyli zadomowić się w tym miejscu, ale Anderson wiedział, że niedługo będą musieli zmienić lokalizację. Był w tej chwili odpowiedzialny za setkę istot i jedynym, co powstrzymywało go od podjęcia działań, był paraliż komunikacyjny. Bez konsultacji z dowództwem działałby po omacku, a było to w jego oczach proszenie się o śmierć. Mocno naciskał na Rudego i Roberta, którzy pracowali na zmianę przy radiostacji, usiłując złapać sygnał Przymierza. Od tego uzależniony był dalszy los grupy. Uzyskanie jakichkolwiek informacji sprawiłoby, że Anderson mógłby podjąć jakieś decyzje - nie znosił bezczynności. Czuł, że im dłużej tu są, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zostaną wykryci.

Mimo stabilnej sytuacji i bezpiecznej kryjówki, wśród ludzi dominowało przygnębienie. Trudno im się dziwić - myślał Michael Young, korespondent londyńskiej gazety London Daily. Domyślał się, że chwilowo im się poszczęściło, mają moment wytchnienia od rzezi, jaką przeżywają teraz miliony ludzi na całym świecie... Na wielu światach. On sam myślał o losie swojej rodziny, która mieszka pod Londynem. Nie miał pojęcia, co dzieje się teraz z jego rodzicami, młodszą siostrą - Emily - oraz jego dziewczyną, Amandą. Myślał też o swoim kuzynie, Tomie, który w dzień, w którym rozpętało się piekło, miał odwieźć motocykl Michaela na przegląd. Życia miliardów istnień w galaktyce nagle odwróciły się do góry nogami, zostały brutalnie przerwane. Zmieniły się priorytety. Nikt już nie myśli o naprawie motocykla, awansie w pracy, czy zwycięstwie ukochanej drużyny piłkarskiej. Teraz liczy się przetrwanie, zabijanie wroga, zaspokajanie podstawowych potrzeb.

Michael właśnie jadł swój czekoladowy batonik, kiedy dotarła do niego rozmowa Tarana, najbardziej zaufanego człowieka Andersona w obozie, z jednym z cywili.
- Jak już wygramy tę wojnę - mówił Taran, napełniając manierkę wodą z plastikowej butelki - to oświadczę się Rebece.
- Jakiej Rebece? - pytał cywil. - Nie kojarzę tu żadnej takiej.
- Bo jej tu nie ma - potężny żołnierz zwiesił głowę. Po chwili rozmyślań dodał: - Moja koleżanka ze szkoły, jeszcze zanim poszedłem do wojska. Widywaliśmy się też potem, ale jakoś nigdy jej nie powiedziałem, co czułem. Dopiero teraz człowiek dostrzega, ile rzeczy mógł zrobić. Ba, powinien!
- Nie wyglądasz na specjalnie nieśmiałego - wtrącił się Young, podchodząc bliżej.

- Wiem, snajperze. Możesz się śmiać, że facet, który ubijał krogan i gethy, ma problem, żeby wyznać kobiecie swoje uczucia. Z tym że wiem, jak walczyć z kroganinem, jak uszkodzić getha tak, żeby się nie pozbierał. A jak kobieta powie zwykłe słowo "nie", to czuję się, jakby mi ktoś spluwę zarąbał, a całe stado rozjuszonych krogan biegło prosto na mnie.
- Nie śmieję się - Young cicho zaprzeczył i zamyślił się.
- Jak ma na imię? - spytał domyślnie Taran.
- Amanda... - odrzekł, biorąc głęboki oddech. - Nie mam pojęcia, gdzie jest. Wy jesteście przynajmniej na swoim kontynencie, a mnie i RRa od domu dzieli ocean.
- No tak, ale zachowujecie się zupełnie inaczej - zauważył żołnierz. - Ten Robert to chyba jedyny gość, któremu zdarza się tu uśmiechnąć... Wiesz w ogóle, po co on gromadzi to całe żarcie?
- Żarcie? - odparł zaskoczony Young. - O czym ty mówisz?
- To ty nic nie widziałeś? Snajper, a spostrzegawczości uczę go ja, Taran - zaśmiał się demonstracyjnie. Po chwili dodał, całkiem poważnie i znacznie ciszej: - Nie wiem, może on chce dać nogę, bo kupę żarcia do namiotu znosi. Weźmie sobie jedno auto i tyle go widzieliśmy.
- Nie ma sensu nigdzie uciekać. Tu jesteśmy bezpieczni - zastanawiał się Michael. - Rozmyślanie na ten temat też nie ma sensu. Pójdę już, dziś moja kolej na liczenie pochłaniaczy ciepła. Trzymaj się, Greg.
- Nara, snajper.

[center]IV[/center]

Stał nad skrzynią wypełnioną pochłaniaczami ciepła w jednym z dwóch budynków byłego ośrodka myśliwskiego. Przerzucał kolejne, po dwa na raz, do drugiej skrzyni, znajdującej się tuż obok. Liczył w pamięci.
- Hej, Michael - damski głos zabrzmiał mu za plecami. Emily Wong weszła do pomieszczenia. - Co ty robisz, do cholery?
- Liczę. Nie widzisz, bystra koleżanko po fachu?
- Dobra, dobra, mądralo. Mam newsa - powiedziała i kiwnęła głową, zachęcając go do wyjścia na zewnątrz. - Chodź. Zdaje się, że RR coś wskórał z tym komunikatorem.
- Żartujesz - mężczyzna ożywił się i podążył za nią truchtem - mamy kontakt z dowództwem?

Nie odpowiedziała, bo dochodzili już do całej gromady kilkudziesięciu osób, które stały przy wejściu do drugiego z budynków. Rozległe, dwuczęściowe drzwi rozwarły się, a ze środka wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha RR. W pomieszczeniu wciąż stał Anderson i wykonywał jakieś ruchy dłońmi przy włączonym omni-kluczu.
- Robert - pytał Michael - co się stało?
- Dobre wieści, ludzie - powiedział RR, kierując odpowiedź do wszystkich zgromadzonych.

Dobre. Wieści. Te dwa słowa nie były tu jeszcze wymawiane razem. Jak do dej pory, wieści były albo "złe", albo "tragiczne". "Dobra" była wódka, przynajmniej zdaniem Waltera, właściciela knajpy z Vancouver. Wciąż jednak nikt się nie uśmiechał. Poza Robertem, który oparł się plecami o ścianę budynku i wciąż stał naprzeciwko całej gromady, jakby coś podśpiewując. Już chcieli zasypać go pytaniami, ale w końcu ze środka wyszedł admirał, który stanął w progu i uruchomił jakieś nagranie ze swojego omni-klucza. Oczom zgromadzonych ukazał się obraz, na razie w bezruchu. Młoda brunetka z włosami do ramion, ubrana w białą, obcisła sukienkę, stała w jakimś niewielkim magazynowym pomieszczeniu. Za jej plecami wisiała tabliczka z napisem "NORMANDIA". Kobieta nadawała coś w rodzaju komunikatu.

- A to wywłoka - skomentowała Emily Wong, zanim jeszcze admirał puścił video.
- Co? - pytał Young, marszcząc brwi.
- To ta zdzira, Allers z Teatru Bitwy. Jak ja jej nie znoszę... Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Ja tu, a ona tam! Tam!
- Cicho być! - krzyknęła jedna z kobiet, cywil.

Chwilę po zapadnięciu ciszy Anderson odtworzył nagranie:
- Tu Diana Allers, Teatr Bitwy. Dzisiejsze informacje wleją nadzieję w serca walczących, jestem tego pewna. Dziś, o godzinie siódmej rano uniwersalnego czasu ziemskiego, na pokładzie fregaty Przymierza, SSV Normandii, podpisany został dokument, na mocy którego Hierarchia turian zawarła sojusz ze zjednoczonymi klanami Tuchanki. Umowę parafowali: w imieniu Hierarchii, Prymarcha Adrien Vitus, w imieniu krogan, Urdnot Wrex. Podpis na dokumencie złożył też przedstawiciel Przymierza, komandor Shepard, którego wysiłek podczas negocjacji umożliwił powstanie tego sojuszu. Komandor korzysta tym samym po raz pierwszy z uprawnień nadanych mu przez admirała Hacketta, na mocy których ma prawo zawierać sojusze w imieniu ludzkości. W negocjacjach uczestniczyła też delegacja salarian, jednak rasa z Sur'Keshu nie zdecydowała się przystąpić do paktu. Ma to zapewne związek z drugim, niezwykle ważnym dla historii galaktyki faktem. Wczoraj kroganie, przy wsparciu lotnictwa turiańskiego oraz załogi SSV Normandii, zdołali rozprzestrzenić lek na genofagium, co oznacza, ni mniej ni więcej, koniec ponad tysiącletniej sterylizacji tej rasy. Właśnie ten fakt jest głównym powodem, dla którego kroganie dołączają do paktu z wielką siłą i niezmiernym entuzjazmem. Już niedługo więcej informacji z linii frontu. Bądźcie z nami, bo my jesteśmy z wami! Z pokładu SSV Normandii, specjalnie dla państwa, Diana Allers, Teatr Bitwy!

Ludzie zaczęli się delikatnie uśmiechać. Michael zauważył, że RR zniknął, ale nie na długo. Po chwili wrócił, a wraz z nim kilkoro dzieciaków. Wszyscy nieśli worki z jedzeniem i piciem. Sam RR rzucał ludziom butelki z piwem, które jakimś cudem posiadał.
- Chomikowałem co nieco na wszelki wypadek. Na wypadek dobrych wieści - mówił Robert, stając przy Michaelu.
- Taran mówił, że zbierasz jakieś zapasy. Zastanawiał się, czemu, ale tego się chyba nie spodziewał.

RR podniósł dłoń ze swoim omni-kluczem na wysokość głowy i zdalnie włączył niewielkie głośniki, które stały na jednym z plastikowych stolików. Muzyka reaggae rozbrzmiewała wśród coraz mocniej uśmiechniętych ludzi. Anderson delikatnie się zaśmiał, po czym wszedł z powrotem do budynku. Robert zaczął rytmicznie tańczyć, podrygując do dobrze znanych sobie rytmów. Kilka osób przyłączyło się. Inni rozmawiali.

- Nie wspomniała nic o asari - mówił Henry, emerytowany policjant.
- O quarianach też nic a nic - dodał jego brat, Walter, popijając piwo. - A przecież to oni mają największą flotę w galaktyce.
- A salarianie musieli się obrazić - zastanawiał się Taran. Spojrzał na Michaela. - Skoro tam byli, ale olali sprawę... Więc komandor jednak nie uciekł, co Young?
- Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że taki z niego dyplomata - odparł młody Anglik, chwytając swoje piwo. Wciąż nie potrafił się uśmiechnąć. - Walter, Henry, o co wy walczycie?
- Co za głupie pytanie, młody. My tu poważne tematy mamy - odburknął Henry. Czkał, chociaż dopiero co zaczął pić. - Walczę, żeby przeżyć, bo ktoś inny chce mnie zabić. Sprawa jest prosta, nie filozofuj.

Young odszedł dalej, nieco zniechęcony. Natknął się na Debrę, szczupłą biotyczkę o wielkim potencjale, jak mówił Taran.
- Hej, snajperze - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Co powiesz na temat wiadomości? Podobno byłeś dziennikarzem. Jakieś ciekawostki?
- Raczej nie. Nie mam ciekawostek, ale mam pytanie. Mogę ci je zadać?
- Masz pytanie? - zdziwiła się. - No... Dobra, dawaj. Ciekawe, czy będę tego żałować.
- Co pcha cię do walki? Co cię motywuje?
- Ty to masz myśli... - spojrzała na chwilę w górę, wodząc wzrokiem po koronach drzew, które lekko falowały pod wpływem wiatru. W końcu jej oczy znów skupiły się na rozmówcy. - Chcę być najlepszą biotyczką, ale też nie chcę być bohaterem.

- Nie do końca rozumiem, Debrah. Dlaczego nie chcesz być bohaterem? Może mówiliby o tobie tak, jak teraz mówili o Shepardzie.
- Nie chcę. Może dlatego wciąż jestem szeregowcem. Znałam kiedyś jednego bohatera, Young. Wiesz, gdzie jest najwięcej bohaterów? - mówiąc to, skrzyżowała ręce. - Na cmentarzu. Najczęściej w symbolicznej trumnie, bo ich ciała się zdezintegrowały, rozpuściły, spaliły, albo nie nadają się do identyfikacji i wrzucają do trumny byle co, żeby rodzinie było trochę lżej.
- Kim był ten bohater? Powiesz mi, jak zginął?
- Ech - kobieta westchnęła. - Poznałam go ładnych parę lat temu na Stacji Gagarina. Możesz ją znać też pod nazwą Skok Zero. Wiesz, takie miejsce dla uzdolnionych biotycznie dzieciaków. Byliśmy nastolatkami, on parę lat starszy. Uczyliśmy się razem, wygłupialiśmy. Miał sukinsyn talent, oj, miał... Był tak utalentowany, że z jego powodu zamknęli całą stację... - Debrah przełknęła ślinę z wysiłkiem. - Potem trafił na ową legendarną Normandię, pod dowództwo wielkiego herosa, mitycznego komandora Sheparda. Zginął bohaterską śmiercią na Virmirze, rozerwany na kawałki eksplozją bomby. Nie muszę chyba dodawać, że to była duża bomba, a z bohatera nie było co zbierać.

- Wiem, o kim mówisz - Michael kiwnął głową.
- Tak? - uniosła brwi ze zdziwieniem. -To uświadom sobie, że to był bohater. Ja nie chcę zostać bohaterem. Walczę, żeby żyć, a nie bohatersko umrzeć. Jeśli chcesz być drugim Shepardem, to droga wolna.
- A Rudy? - Young dalej pytał.
- Co Rudy? - prychnęła. - Sam go spytaj.
- Przecież wiesz, że mi nie odpowie. Jedyne słowa, jakimi się ze mną komunikuje to "tak", "nie", "chyba"... Jest strasznie zamknięty w sobie, a ja...
- Jest zamknięty - biotyczka przerwała - bo ma powód. Wiesz, że stracił cały oddział pierwszego dnia inwazji? - Michael przytaknął, ale ona kontynuowała: - Jego prom rozbił się i wszyscy spłonęli. On wyleciał bocznymi drzwiami przy zderzeniu z ziemią, zupełnym przypadkiem. Coś się tam poluzowało, wyleciał i dlatego przeżył. Ze mną też nie rozmawia. Wcześniej go nie znałam. Może wcześniej taki był, a może ten wypadek sprawił, że się taki stał. Nic mi do tego, a jak sam chcesz się dowiedzieć, to idź i próbuj, powodzenia.

Michael nie poszedł do Rudego, który przy użyciu omni-klucza starał się stabilizować komunikację. Najcięższą robotę już wykonał, teraz pozostała odpowiednia kosmetyka i kalibracja. Young odszedł kilka kroków, oparł się o jedno z drzew i przyglądał się całej reszcie, popijając piwo. Muzyka grała dość głośno, większość ludzi dała się ponieść tej chwilowej radości i... naprawdę się cieszyli. Od początku wojny minął nieco ponad tydzień, a wszystkim wydawało się, że życie zawsze będzie już takie ponure. Jednak teraz ich twarze nagle opuściło przygnębienie, smutek i żal. Wielu uśmiechało się od ucha do ucha, jakby zarażając się od Roberta. Ten podchodził do większości osób i zamieniał z nimi kilka słów. Dlaczego on to robi? - Michael zastanawiał się.

Dzieci, których w obozie było kilkanaście, biegały w kółko, zajadając się czekoladowymi batonami. Ich policzki zaróżowiły się i niejedno aż chwytało się za nie, najwyraźniej czując ból od nadmiernej ilości uśmiechu. Chcieli się cieszyć, nie tylko dzieci. Dopiero teraz widać było, jak bardzo, a w tej chwili mogli dać upust tej radości. Dostali jedną małą informację, która ożywiła ich serca i wiarę. Wiarę w to, że warto walczyć, jest o co walczyć i że nie są w tej walce sami. Że ta wojna nie kończy się tu, w tym lesie, czy w zgliszczach Vancouver. Bo takich jak oni są miliardy i to jest siła, której nie można lekceważyć i w którą warto wierzyć. Warto. Właśnie dla takich chwil, krótkich, ale przepełnionych szczęściem, dla radośnie biegających dzieci, dla widoku młodych kobiet i mężczyzn w beztroskim tańcu. I dla tego łyku piwa pod drzewem, zupełnie jak przed wojną.

Michael podszedł do Roberta, który nalewał właśnie pomarańczowego soku jednej z młodszych dziewczynek, która szczerzyła się do niego i bawiła się jego dredami.
- Dziękuję, RR - powiedział Young z poważną miną.

Robert nie odpowiedział. Kiwnął tylko głową i uśmiechnął się po prostu od ucha do ucha, ukazując swoje śnieżnobiałe zęby. Zaczął śpiewać, zgodnie z tekstem piosenki, która dobiegała z głośników:
[center]
Let's get together to fight this Holy Armageddon
So when the Man comes there will be no, no doom
Have pity on those whose chances grow thinner
There ain't no hiding place from the Father of Creation
Sayin', One love, one heart
Let's get together and feel all right
[/center]


Michael nie próbował już walczyć, zaraził się. Ale to była dobra zaraza, taka, jakiej potrzebował. Pomyślał, że wszyscy ludzie, wszystkie rasy w całej galaktyce potrzebują czegoś takiego. Uśmiech zagościł na jego twarzy niemal natychmiast, niczym odruch bezwarunkowy, na tę krótką chwilę radości w przepełnionych bólem czasach.

KONIEC ODCINKA JEDENASTEGO
Blog z moimi opowiadaniami: http://dikajos.blogspot.co.uk/


Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość