Strona 1 z 1

[Wiedźmin] Powrót - dikajos

: 20 sty 2014, 15:51
autor: dikajos
tytuł: Powrót
fandom: Wiedźmin
kategoria: 16+
opis: Akcja toczy się po wydarzeniach z Wiedźmina 2, podczas wojny Nilfgaard kontra Północ, czyli w czasie akcji gry Dziki Gon. Dlatego też, ze względu na to, że opowieść dzieje się bezpośrednio po fabule growej, zamieszczam opowiadanie w dziale Gry, a nie książki.
znajomość fandomu: niekonieczna.
status: W trakcie tworzenia.

[center]-----------------------------------------------------------------------------

POWRÓT

ODCINEK I
Napad
[/center]

[center]I[/center]

Było ciepłe wiosenne popołudnie. Po błękitnym niebie leniwie przesuwało się kilka niewielkich, poszarpanych chmur. Obłoki rzucały maleńkie cienie na położoną nad samym Wielkim Morzem wioskę. Rosły chłop z sumiastymi wąsami pod wielkim nosem wracał właśnie z nad brzegu, niosąc sieć wypełnioną dopiero co złowionymi rybami. Szedł powoli, ciągnąc połów po lekko utwardzonej dróżce i stękając przy tym z wysiłku. Przy pierwszej z wioskowych chałup przystanął, widząc starszą kobietę siedzącą na drewnianym taborecie. Babcia paliła fajkę i cieszyła się słońcem.

- Dzień jak co dzień, jak widzę, pani Olgo - powiedział, rzucając swój łup do cienia, który dawał skonstruowany z drewna dom.
- Oj, tak, panie Erneście - odrzekła, wyjmując fajkę z ust i buchając kłębem dymu w stronę rozmówcy. Ten podszedł bliżej i oparł się o płot, krzyżując ręce. Ochoczo wciągnął dym przez swój obszerny nos.

Mężczyzna nie miał wielkiej ochoty na rozmowę z tą kobietą, tak naprawdę nie lubił jej. Po prostu czuł spore zmęczenie, chciał na chwilę przystanąć, a że chałupa kobieciny była pierwszą na drodze do domu - przystawał tam nie raz i nie dwa, kiedy wracał z wybrzeża. Wiedział, że rozmowa zaraz zejdzie na temat problemów zdrowotnych, w tym grzybicy na stopach staruszki. Miał plan, by, gdy tylko zacznie o tym mówić, zmyć się niezwłocznie. I to niezależnie od tego, czy zdąży wypocząć. Moment ciszy po przywitaniu przeciągał się jednak, Ernest czuł się trochę niekomfortowo, więc, nie myśląc, spytał o jedyne, co mu przyszło do zmęczonej głowy.

- Jak tam zdrowie, pani Olgo? - zagadnął, po chwili przeklinając się w myślach.
- Ach, znów mi coś wyskoczyło, na plecach tym razem, kochaniutki. Pokazałabym ci...
- Nie trzeba - szybko zripostował, krzywiąc się na samą myśl zobaczenia wdzięków staruszki, albo w ogóle jakiejkolwiek części jej ciała bez ubrania. - Ja wierzę pani na słowo. No, ale na mnie pora. Żona gotowa ubić wałkiem, jak jej nie przyniosę rybek. Do widzenia.

Skłonił się i chwycił sieć. Babka pomachała fajką na do widzenia. Chwilę potem podrapała się po swędzących plecach. Dom Ernesta był niedaleko; wioska składała się z zaledwie kilkunastu chałup. Od czasu rozpoczęcia wojny z królestwami północy miejsce było zasiedlone w większości przez starców, kobiety i dzieci. Młodzi mężczyźni byli wcielani do wojska, czy tego chcieli, czy nie. Nikt się ich o zdanie nie pytał, bo jaka armia, niezależnie od kraju, pyta chłopstwo o opinie. Dwaj synowie Ernesta zdobywali pewnie teraz zamki w jednym z krajów na północ od Jarugi. Jego nie zabrano, ponieważ piastował niezwykle zaszczytny urząd wójta tej osady. Zaszczytny tylko w jego oczach, bo ktokolwiek tędy przejeżdżał, ten szybko wyjeżdżał w siną dal. W wiosce było zaledwie kilkanaście domostw, jeden przestarzały młyn i sypiąca się karczma. I to by było na tyle. W niewielkiej przystani cumowało jednak kilka niewielkich łodzi, z których korzystali starzy rybacy, aby zapewnić kilkudziesięciu mieszkańcom wyżywienie. Ernest, mimo swojego stanowiska, musiał pomagać. Z racji nieobecności młodych, po prostu brakowało ludzi.

[center]II[/center]

Mały blondwłosy chłopiec siedział okrakiem na murku i bawił się scyzorykiem, kiedy w oddali, na wzgórzu, ujrzał chmurę pyłu i kilka ludzkich sylwetek na koniach. Tętent kopyt odstraszył dwa koty walczące o upolowanego przed chwilą zająca. Pośpiesznie czmychnęły w głęboki las, przekładając rozstrzygnięcie walki na czas nieco późniejszy. Obłoki pyłu wznosiły się w powietrze i zostawały za gromadą koni ślad, jaki pozostawia ogon komety. Chłopiec otworzył szeroko buzię i przez chwilę przyglądał się z ciekawością. Obcy byli coraz bliżej, więc zeskoczył z murku na swoje bose stopy i pobiegł co sił w nogach do karczmy. Po kilkudziesięciu metrach, przeskakując kilka ogrodzeń i depcząc gdakające kury, dotarł do celu i wszedł, ledwo otwierając ciężkie drewniane drzwi.
W środku siedział wójt Ernest oraz dziadek chłopca, zwany przez wszystkich Starym. Poza nimi, za skromnym barem, stała otyła kobieta w obszernej sukni, stukając w ladę brudnymi paznokciami. Pracowała tu i niecierpliwie czekała na kolejne zamówienie. Klientów miewała tylko wieczorami, gdy rybacy przychodzili rozluźnić się po dniu ciężkiej pracy. Rzadko ktoś trafiał tu wcześniej. Na dźwięk otwieranych drzwi aż podskoczyła z radości i już przechylała dzbanek z piwem, by nalać trunek kolejnemu rybakowi, ale do karczmy wszedł wnuczek Starego - dziesięcioletni Adam. Kobieta westchnęła rozczarowana i wróciła do wystukiwania paznokciami mało rytmicznej melodii.

- Dziadku, dziadku, panie Erneście - mówił rozemocjonowany chłopak. - Jeźdźcy jacyś ze wzgórza w naszą stronę jadą! Miałem pilnować wioski, to na straży siedziałem na murku. I jadą tu!
- A co to za jeźdźcy być mogą, panie wójcie? - zastanawiał się Stary, drapiąc się po siwej głowie. - Toć młodzież całą nam już zabrali i na wojnę posłali w jakieś dalekie kraje. Ojciec tego tu, gagatka, wali mieczem jakiegoś Nordlinga, a jego dzieciaka ja chowam i stara moja.
- Może to nie wojsko - odpowiedział Ernest, gładząc wilgotny od piwa wąs. - No cóż, na spotkanie wyjść trzeba. Obowiązki wzywają.

Wstał i wyszedł na zewnątrz, a wraz z nim mały Adam, który koniecznie chciał zobaczyć jeźdźców z bliska. Zżerała go ciekawość. Stary został w środku i dyskretnie prychnął, kiedy wyszli. Strasznie bawiło go podejście Ernesta, który niezwykle przejmował się "wójtowaniem", czyli wiązaniem końca z końcem w malutkiej osadzie, w której żyło teraz nie więcej jak pięćdziesiąt osób.

Ernest i Adam zatrzymali się na środku centralnej drogi osady. Wąsacz stanął za dzieckiem i położył wielkie dłonie na jego ramionach. Od tej dróżki, jedynej w miarę zadbanej w okolicy, odchodziły tylko krótkie witki prowadzące do domostw. Ludzie wyglądali ze środków swoich chałup, niektórzy wychodzili na zewnątrz, widząc grupę ludzi na koniach kierującą się pod karczmę. Kiedy przybysze zatrzymali się przed wójtem, ten wreszcie mógł się im przyjrzeć. Ich wygląd mocno go zaniepokoił. Nie nosili żadnych cesarskich insygniów. Nie wyglądali na żołnierzy, chociaż na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że mieli za sobą niejedną bitkę. Było ich sześciu, wszyscy uzbrojeni w miecze będące na wyposażeniu armii. Synowie zdążyli pokazać Ernestowi swoje ostrza przed wymarszem, dlatego rozpoznał tę broń. Dezerterzy, oprychy - pomyślał, ścisnął mocniej ramiona Adama i zdecydowanym ruchem nakazał mu schować się za jego plecami. Jeden z obcych zsiadł z konia. W oczach chłopca wyglądał na giganta, przewyższał wysokiego wójta o półtorej głowy, a i nieobecnego ojca chłopaka co najmniej o dwie. Nosił kolczugę założoną na brązową koszulę, ramiona i plecy pokrywał czarny płaszcz sięgający do kolan, na dłoniach miał rękawice wzmacniane błyszczącymi ćwiekami. Za pasem widniało ostrze osadzone w skórzanej pochwie. Na nadgarstkach miał kilka złotych i srebrnych ozdób. W końcu podszedł na odległość kilku kroków od wójta i odezwał się.

- Ładna dziś pogoda, prawda?
- Prawda, panie - odpowiedział Ernest, bardzo powoli. Coraz więcej ludzi wychodziło z domostw i przysłuchiwało się rozpoczętej rozmowie.
- Jak się nazywa ta wioska, dobry człowieku? - spytał mężczyzna. Po obejrzeniu broni i kolczugi, Ernest miał w końcu sposobność przyjrzenia się samemu rozmówcy. Był młody, gładko ogolony. Uśmiechał się dziwnie. Jego oczy przypominały oczy drapieżnika, który czai się, by dopaść ofiarę.
- Panowie zabłądzili pewnie. Co by na trakt trafić, to trzeba cofnąć się za wzgórze, z któregoście zjechali, a potem skręcić w prawo, jechać leśną dróżką mil kilka, nie więcej. Wtedy traficie na drogę, którą nasze wojska ostatnio szły na północ. - Wójt chciał zdobyć nieco informacji o celach grupy. - Pewnie zaciągnąć się chcecie?

Dwóch obcych parsknęło, krzywiąc usta pod nosem. Cały czas rozglądali się na wszystkie strony, jakby czegoś szukali. Parsknięcie wystarczyło za odpowiedź. Tak samo myślał dowodzący.
- Nie zabłądziliśmy. Błądzi tylko ten, kto ma konkretny cel, nieprawdaż? My po prostu... podróżujemy tu i tam, zbierając doświadczenia - ponownie się uśmiechnął, a jego oczy błysnęły - a czasem coś więcej.
Drzwi karczmy otworzyły się, a na drogę wyszedł Stary, dziadek Adama.
- A co wy od nas chcecie, panowie? My biedni ludzie, nic nie mamy. Ryb parę i tyle. Nocleg zaoferować możemy i więcej nic. Czasy trudne, wojenny czas, a żyć trzeba. Ciężko jest. Nic więcej, jak nocleg, nie mamy dla was.
- O tym zadecydujemy my - powiedział obcy, podnosząc głos. Od razu potem skinął głową w stronę swoich towarzyszy, a ci od razu wykonali wcześniej ustalone polecenie. Zsiedli z koni i ruszyli do upatrzonych chałup. Ludzi, którzy stali im na drodze, po prostu bezceremonialnie odpychali.

- Radziłbym nie stawiać oporu - kontynuował nieproszony gość. - Te miecze, które ze sobą nosimy, nie są tylko ozdóbkami, a my wiemy, jak ich używać. Nie wykonujcie pochopnych ruchów, to może nikomu nic się nie stanie.
- Cesarz was ukarze, łajdaki chędożone! - krzyczał Stary, wymachując pięścią. - Wiecie, co z dezerterami się robi? Na pewno wiecie. Z wojska żeście zwiali i teraz cudzym kosztem dorobić się chcecie!
Podczas gdy Stary krzyczał, mężczyzna w kolczudze podszedł do niego powolnym krokiem.
- Ostawcie nas w spokoju, pędraki - starszy człowiek wciąż wrzeszczał, chociaż wójt chwycił go za ramię swoją potężna dłonią i mocno ścisnął, sugerując zaprzestanie dyskusji.

Reszta bandytów wchodziła do kolejnych chałup, gdzie zajmowała się rabowaniem kosztowności. Jeden z nich, brodaty, z blizną przecinającą lewy policzek na pół, zobaczył młodą dziewczynę stojącą na progu jednego z domów. Uśmiechnął się i podszedł do niej.
- Może pokażesz mi, jakie skarby masz w środku - oblizał wargi, ukazując braki w uzębieniu. Dziewczyna cofnęła się w stronę drzwi. Jego niewielkie oczy krążyły teraz po niej, od góry do dołu. - Pokażesz, pokażesz. Jestem nawet pewny, że pokażesz mi sporo więcej. Umiem być przekonujący.
Dziewczyna krzyknęła, kiedy wepchnął ją do środka i zamknął za sobą drzwi. Do uszu pozostałych mieszkańców docierały jej krzyki, łkanie. Po kilku sekundach krzyki ustały. Ernest zacisnął pięści, puszczając Starego, który podszedł do dowódcy bandy.
- Jak śmiecie?! Jak śmiecie hańbić nilfgaardzkie kobiety, wy sukinsyny! Nasi chłopcy na wojnie są i jak wrócą, to skopią wam dupska tak, że popamiętacie! Hańba wam!

Wykrzyczałby więcej, ale błyskawiczny cios w policzek zwalił go na ziemię. Stary broczył we krwi. Naszpikowana ćwiekami rękawica rozorała mu lewą część twarzy i wybiła dwa zęby. Kiedy zaczął się podnosić, został kopnięty, raz w brzuch, raz w głowę.
- Błagam, przestańcie! - krzyknął Ernest. - Nie róbcie nam nic złego, nie krzywdźcie, błagam. Weźcie kosztowności, chociaż nie ma ich wiele, przysięgam. To mała, rybacka osada. Nie róbcie krzywdy ludziom.
- Ty tu dowodzisz?
- Tak, nazywam się Ernest, jestem wójtem.

Obcy podszedł do niego i zadał ten sam cios, którym chwilę wcześniej znokautował Starego. Wójt był jednak postawnym mężczyzną i nie przewrócił się - wciąż stał, nie reagując, chociaż krew z rozciętego policzka spływała mu do ust i kapała na ziemię.
- Teraz ja tu rządzę. Nazywam się Diego. A teraz przedstawię krótką filozofię moich rządów. - Rozejrzał się. Mieszkańcy patrzyli na niego z przerażeniem w niemal kompletnej ciszy, przerywanej tylko przez bandytów grabiących kolejne domy. - Dziś płacicie nam pierwszy podatek. Potem odjedziemy, ale wrócimy tu, zapewniam. Wrócimy, jak spożytkujemy to, co nam właśnie ofiarowujecie. I będziemy wracać regularnie. Nie kombinujcie, dobrze wam radzę. Jeśli spróbujecie nająć jakichś chłystków do pomocy, to wiedzcie, że jest nas więcej. My jesteśmy tylko... delegacją, która przybyła w pokoju. Po prostu płaćcie, a nikomu nie stanie się przesadnie duża krzywda. - W tej chwili brodacz z blizną na lewym policzku wyszedł z chałupy. Podciągnął spodnie lewą ręką, w prawej niósł niewielki brzęczący metalicznym dźwiękiem woreczek ochlapany świeżą krwią. Inni bandyci wsiadali już na konie, każdy z łupem, mniejszym bądź większym. - No, jak widzę, jesteśmy gotowi do drogi. Nie próbujcie sztuczek, powtarzam. Bo skończycie jak on.

Podszedł do Starego, który leżał na plecach, trzymając się dłońmi za złamany nos. Wyciągnął miecz. Kilka kobiet złapało się za głowy, Ernest zacisnął pięści jeszcze mocniej. Bandyta stanął na wysokości głowy staruszka, przysłaniając mu słońce. Chwycił miecz oburącz i uniósł ramiona w górę, składając się do ciosu. Panowała całkowita cisza, reszta bandy była gotowa do drogi i nieco znudzona siedziała w siodłach. Wtedy padł cios. Potężne uderzenie w szyję zabarwiło krwią nogawki oprawcy. Miecz nie odrąbał jednak całej głowy za pierwszym razem. Musiał zatrzymać się na kręgosłupie. Diego wziął głęboki oddech i ponowił uderzenie. Tym razem oddzielił głowę od reszty ciała. Kobiety płakały. Mały Adam patrzył na martwego dziadka, mocno trzymając się pasa Ernesta. Szlochał.
- Wrócimy za tydzień, może dwa. - Herszt bandy podszedł do jednej ze starszych kobiet, które przyglądały się egzekucji. Przyklęknął, chwycił fragment jej spódnicy i wytarł w nią ostrze. Kobieta nawet nie drgnęła. - Tyle czasu powinno wystarczyć, żebyście znaleźli odpowiednie dary. Pamiętajcie, im więcej nam dacie, tym dłużej macie spokój. Jeśli podatku nie będzie, to możecie już między sobą wybierać, kto będzie drugi. - Popatrzył w niebo, przymykając oczy rażone słońcem. - Naprawdę ładna dziś pogoda. Żegnam.
Po chwili był już w siodle i cała grupa skierowała się ponownie w stronę wzgórza. Jechali wolno, jakby demonstracyjnie. Wszyscy mieszkańcy wioski patrzyli na ich sylwetki, kiedy znikały za pagórkiem. Jeszcze kilka chwil potem panowała cisza. Przerywał ją tylko płacz.

[center]III[/center]

Kilkunastu mieszkańców wioski siedziało w karczmie. Właścicielka nie nadążała z podawaniem piwa i przekąsek. Jeszcze nigdy nie miała tu tylu osób na raz, więc pomagał jej Adam. Z wysiłkiem nosił spore dzbany piwa i stawiał je na stołach, przy których głośno debatowano.
- Jesteśmy bezbronni, kompletnie bezbronni! - krzyczał jeden z rybaków, Galen. - Na naszych oczach Staremu łeb odrąbali, a myśmy nic nie zrobili.
- Bo nie było co robić - odrzekł mu wójt. - Ich sześciu uzbrojonych, młodych ludzi. Dowódca, wielki, silny chłop. Reszta nieco tylko mniej potężna... - Odwrócił się w stronę młynarza i spytał: - Kael, co z twoją córką?

Młynarz siedział cicho z oczami wlepionymi w stół. Na dźwięk swojego imienia podniósł wzrok. To jego dziecko stało się ofiarą jednego z bandytów.
- Żyje... - odrzekł.
Czekali na więcej szczegółów, ale młynarz nie kontynuował. Nie odezwał się już ani słowem. Nie pytali, bo sami nie wiedzieli, jakich słów użyć.
- Ernest, wójtem jesteś, zróbże coś - kontynuował rybak. - Przecie tak być nie może. Oni za tydzień wrócą! I znowu będą chcieć nas okraść, kiedy my nic nie mamy. Jak mamy im łup zdobyć? Sami mamy iść rabować? My, staruchy i baby?
- Najemników jakichś trza sprowadzić - powiedziała właścicielka karczmy, stawiając na stole półmisek z upieczonym króliczym mięsem.
- Głupia babo, ukatrupią nas za to, słyszałaś przecież - mówił Ernest. - Zresztą nas na najemników nie stać.

Wszyscy zamilkli. Faktycznie, nawet przed napadem mieli niewiele, teraz natomiast nie posiadali już praktycznie niczego wartościowego. Adam patrzył na zgromadzonych w skupieniu. Przyniósł kolejny dzban i usiadł wśród starszych.
- Ciebie tu nie powinno być, mały - powiedział Galen. - Czmychaj do domu. Babcia na pewno cię potrzebuje...
- Ale ja chcę pomóc.
- A jak ty chcesz pomóc? - rybak uśmiechnął się delikatnie w reakcji na dziecięcą propozycję.
- Wiem, co robić - odpowiedział chłopak. Oczy błysnęły mu entuzjazmem. - Do człowieka z lasu trzeba iść!

Cała gromada spojrzała na dziesięciolatka wzrokiem, którym karze się dzieci, kiedy powiedzą coś niedorzecznego. Człowiek z lasu stał się w ostatnich miesiącach postacią niezwykle tajemniczą dla mieszkańców wioski. Nie wiedzieli, kiedy tam przybył, nie mieli też pojęcia, gdzie dokładnie żyje. Co jakiś czas ktoś natykał się jednak na niego. Ze zlepku kilku relacji i opinii powstało wiele niewiarygodnych historyjek. Choćby taka, że człowiek ten jest wampirem i czycha na krew niewinnych. Ta teoria osłabła ostatnimi czasy, kiedy okazało się, że żaden mieszkaniec wioski nie znajdował na szyi śladów po ugryzieniach. Inni mówili, że ów człowiek jest wygnanym z cesarskiego dworu czarodziejem, który nie mógł znieść bezwarunkowego podporządkowania się władzy i wybrał życie samotnika. Ten osobnik nie szukał kontaktu z wioską, nie chciał handlować, ani nawet rozmawiać. Nikt z mieszkańców nawet nie zamienił z nim słowa. Żył w gęstwie leśnej i wydawało się, że był tam samowystarczalny. A żeby być samowystarczalnym w lesie, musiał być w jakiś sposób wyjątkowy. Od czasu rozpoczęcia wojny, w okolicy namnożyło się potworów, zwłaszcza trupojadów i prosty człowiek nie przeżyłby tam tygodnia.

- Człowiek z lasu - myślał na głos Ernest. - Nie znamy go. Paru z nas go widziało, jak na polowaniach bywali w gęstwinie. Nie wiemy, czy nie groźniejszy on, niż bandyci...
- Po co w ogóle gadamy o nim - powiedział młynarz. - Radzić trzeba na poważnie, a nie bajkom dziecięcym wiarę dawać.
- Nie bajka to - powiedział rybak Galen. - Ja jestem z tych, co widzieli tego człowieka. Groźny to on jest na pewno. W lesie sidła jakieś zaczarowane zastawia na zwierzynę. Duże sidła, kto wie, czy nie na ludzi. Poza tym moja baba, jak chrustu szła nazbierać i pobłądziła, to widziała, jak on jakieś rośliny zbierał. To czarownik musi być, pewny jestem.

- Może mag jakiś, uciekinier?
- Morderca na pewno!
- Wilkołak!
- Mag, morderca, uciekinier... Ludzie, spokój! - wójt trzasnął pięścią w stół, przerywając ożywiającą się dyskusję. - Pójdę w las jutro z rana. Kto ze mną pójdzie?
Wszyscy patrzyli po sobie.
- Ja pójdę! - krzyknął Adam.
- Jesteś odważny, chłopcze, ale musisz zostać ze swoją babcią. Ona naprawdę cię teraz potrzebuje - Galen pogłaskał chłopca po głowie. Wziął głęboki oddech i powiedział: - Ja pójdę z tobą, Ernest. Tylko co my mu powiemy, jak się nam uda go znaleźć? Co zaoferujemy?
- A żebym to ja wiedział... - wójt wychylił kufel z piwem.
- To szaleństwo - zaprotestował kolejny z rybaków. - On was tam zabije i zje pewnie. Ugotuje i zje, mówię wam! To musi być jakiś wariat, że tam żyje. Jakieś sześć miesięcy temu pierwszy raz go ktoś widział. Nawet jeśli był normalny, to teraz na pewno ześwirował. Nikt nie wytrzyma tyle czasu w samotności i ciągłym zagrożeniu.
- Jeśli masz jakikolwiek inny pomysł - mówił Ernest łamiącym się głosem - to podziel się z nami, proszę cię... Jeśli to potężny mag, to na pewno będzie w stanie nam pomóc. Magowie prawdziwe cuda potrafią zdziałać. Masz inny pomysł? Ktokolwiek ma?

Odpowiedziała mu przeciągła cisza, przerywana bzyczeniem przelatującej nad stołem muchy. Po kilku chwilach wójt zakończył dyskusję:
- Więc decyzja zapadła. Jutro z samego rana ja i Galen wchodzimy w gęstwinę i poszukamy tego czarownika.

KONIEC ODCINKA PIERWSZEGO

: 22 sty 2014, 14:00
autor: dikajos
[center]ODCINEK II
SPOTKANIE
[/center]
[center]I[/center]

Las był dziki, pełen niepokojących dźwięków. Galen i Ernest szli bok w bok, stąpając ostrożnie. Wyruszyli o świcie, słońce było coraz bliżej najwyższego punktu swojej codziennej wędrówki - wyprawa przeciągała się. Szukali człowieka, który żył w gęstwinie co najmniej od kilku miesięcy. Przypuszczali, że trudno będzie go znaleźć, ale musieli spróbować. Nie widzieli innego wyjścia, innej opcji obrony przed bandycką szajką, która napadła ich społeczność poprzedniego dnia. To, że wybrali zwrócenie się do zupełnie im nieznanego człowieka z prośbą o pomoc, wcale nie sprawiało, że uważali tę decyzję za dobrą. Po prostu nic więcej nie przychodziło im do głowy. Bali się, tym bardziej, że wokoło owego osobnika narosło mnóstwo mitów; niektórzy uważali, że nie jest człowiekiem, że może być wampirem, wilkołakiem albo innym, śmiertelnie groźnym monstrum. Ernest, wójt wioski, szczerze liczył jednak, że obcy jest potężnym czarodziejem-banitą, który byłby w stanie pokonać całą grupę bandziorów przy pomocy ognistych kul i tym podobnych sztuczek. Galen natomiast dawał wiarę jednemu ze swoich kolegów rybaków, który podczas dyskusji w karczmie twierdził, że nieznajomy jest po prostu samotnikiem o morderczych skłonnościach, który poluje na wszystko, co żyje w lesie, w tym również ludzi. Podczas marszu do uszu chłopów docierało mnóstwo dźwięków, często zupełnie im nieznanych. Wiedzieli, że w okolicy występowały drapieżniki, które nie pogardziłyby ludzkim mięsem. Mieli tylko nadzieję, że osoba, której szukają, ma odmienny gust kulinarny.

- Boisz się, wójcie? - powiedział Galen drżącym głosem, wspomagając swoje kroki grabiami, którymi podpierał się niczym laską. Był jednym ze starszych mieszkańców wioski, nawet wśród tych, którzy mieszkali w niej teraz, w czasie wojny.
- A kto by się nie bał? - odrzekł mu Ernest. Miał przy boku krótki wyszczerbiony miecz, który dyndał mu swobodnie za paskiem i uderzał w lewe udo, coraz mocniej je siniacząc. Nie przywykł do noszenia broni, ale wiedział, że na taką wyprawę nie można iść z gołymi rękoma, przynajmniej pod względem oręża. Wciąż jednak nie miał pojęcia, co mógłby zaproponować obcemu za pomoc. Powiedział: - Słuchaj, Galen. Lepiej, żebyśmy mieli jakąś ofertę dla tego samotnika, nagrodę jakąś, rozumiesz? Myśl.
- Ryby możemy mu dać i piwa trochę, jak uprosimy naszą karczmareczkę, bo cóż więcej mamy?
- Nic. - Ernest zwiesił głowę. - Musimy liczyć na to, że ten ktoś jest... dobry i pomoże, ot tak, z serca. Naiwne to, wiem, ale co innego nam pozostaje.

Usłyszeli jakiś dźwięk, jakby rzężenie. Bali się, ale powoli zmierzali w stronę, z której dochodził. Galen wychylił się zza drzewa i zobaczył niecodzienny widok. Sporych rozmiarów sieć wisiała na grubej gałęzi jednego z drzew, a w środku wiercił się niewielki stwór. Podeszli bliżej pułapki, którą zapewne zastawił człowiek z lasu. Stwór wisiał na wysokości półtora metra i wyglądał obrzydliwie, był niewielki, gdyby stał, sięgałby chłopom nieco powyżej pasa. Miał sporych rozmiarów głowę, przynajmniej porównując ją z resztą jego plugawego ciała. Zaczął szarpać mocniej, kiedy dostrzegł dwóch ludzi.
- To musi być trupojad! - powiedział Galen i otworzył szerzej oczy. Zaczął obchodzić pułapkę.
- Trupojad? Znaczy się truposzy pożera? - Ernest skrzyżował ręce i przyglądał się z ciekawością uwięzionemu potworowi.
- Wojna jest, ale daleko na północy - zastanawiał się rybak i wciąż chodził wokoło pułapki. - Nie spodziewałem się trupojadów tutaj, w naszych lasach... One zwykle w dużych grupach występują podobno. Skoro ten jest tutaj, to...

Nagle trawa pod jego nogami poruszyła się, a z pod powierzchni leśnego mchu wyskoczyła naprężona linka, która błyskawicznie pofrunęła do góry i uniosła zaskoczonego człowieka na wysokość podobną do tej, na której wisiał potwór. Noga mężczyzny była mocno ściśnięta pętlą solidnej liny, poczuł przeszywający ból w kostce.
- Aaa - jęknął chłop. - Na bogów, Ernest, pomóż mi!
Wójt zerwał się do biegu w stronę kompana, ale po chwili przystanął, na co Galen odpowiedział krzykiem, jeszcze głośniejszym. Trupojad zaczął ujadać niczym głodny pies, kłapiąc szczękami.
- No, do jasnej cholery, pomóż mi! Chyba mnie tu nie zostawisz?!
- Cicho, Galen. - Wystawił przed siebie obie ręce, jakby jego podświadomość chciała zatrzymać ciało. Myślał. - Złapałeś się w pułapkę. Uwolnię cię, ale ostrożnie, krok po kroku... Jeśli i ja w coś wpadnę, to obaj skończymy martwi.

- Ech - rybak ponownie stęknął. Próbował sięgnąć dłońmi do schwytanej nogi, ale nie był w stanie unieść ciężaru swego ciała. Zrezygnowany opadł i wisiał bezwładnie jakieś dwa metry od trupojada. - Błagam, nie zostawiaj mnie! Mówiłem, że ta bestia na ludzi poluje. Ten morderca, psychol! Kto wie, ilu ludzi już złapał w ten sposób i zjadł.
Wójt nie odpowiedział. Szedł powoli w stronę kolegi, który dyndał teraz niczym zegarowe wahadło. Gdy przechodził obok trupojada, ten błyskawicznym ruchem wyciągnął zza sieci oślizgłą rękę, drapiąc człowieka pazurami, nim ten zdążył się odsunąć. Stwór ujadał jeszcze mocniej i wyciągnął oba, strasznie chude ramiona w stronę człowieka.
- Ach, ty podła kreaturo - syknął, łapiąc się za ranne ramie, na którym widniało kilka zadrapań. Wydawały mu się niegroźne, chociaż mocno szczypały.
- Nie giń teraz, nie giń, proszę, Ernest! Zdejmij mnie!
- A jak cię zdejmę, to już mogę ginąć?
- Nie, nie. Nie to miałem na myśli. Pośpiesz się, bo nie czuję już tej stopy.

Wąsaty wójt odwrócił się od Galena; najpierw spojrzał w górę, na gałąź, na której wisiał jego kompan. Potem zlokalizował wzrokiem drzewo, do którego przytwierdzona była lina. Szedł powoli, zamierzał wejść na górę i odciąć linkę swoim mieczem.
- Ostrożnie Ernest - przestrzegał go Galen. - O ile dobrze pamiętam, to większość czasu spędzałeś ostatnio siedząc na tyłku, udając poważnego urzędnika, albo nosiłeś z przystani sieci z rybami.
- Może i do gibkich nie należę, ale za młodu po drzewach łaziłem. Zawrzyj na chwilę gębę i pozwól mi się uratować, dobra?

Nie dotarł nawet do pierwszej gałęzi, kiedy noga ześlizgnęła mu się z wilgotnej kory. Stracił równowagę i upadł na ziemię. Upadł pechowo, na plecy, uderzając potylicą o wystający z ziemi korzeń. Zamroczyło go, stracił przytomność.

[center]II[/center]

Otworzył oczy, obraz był zamazany. Czuł wielkiego, pulsującego siniaka z tyłu głowy. Był w jakimś ciemnym pomieszczeniu, do którego światło wdzierało się tylko przez jedno okno, jednak i ono przysłonięte było porwaną firanką.
- Obudził się! Obudził! Spytaj się go, on potwierdzi wszystko!

Poznał głos Galena. A więc jakoś wydostaliśmy się z lasu, ale jak? - myślał. Wzrok wyostrzył mu się na tyle, że widział wnętrze pomieszczenia wyraźniej. Jego towarzysz siedział w kącie chaty, drżał ze strachu. Przy dłuższej ścianie, obok stołu, siedział ktoś jeszcze, mężczyzna. Robił coś, a do uszu Ernesta dobiegał dźwięk szkła obijającego się o szkło. Pod stołem leżała skrzynia sporych rozmiarów, na blacie był otwarty drewniany kuferek, znacznie mniejszy, pokryty jakimś rodzajem zdobień. Dokładnie nad stołem wisiały dwa miecze ustawione równolegle w stosunku do siebie. Jeden miał głowicę w kształcie jakiegoś zwierza, Ernest nie mógł dostrzec, jakiego. Ostrze błyszczało intrygującym blaskiem, nawet mimo kiepskiego oświetlenia. Obie bronie wyglądały w oczach wójta na oręż najwyższej klasy. Jego wyszczerbiony miecz zapewne rozpadłby się w zwarciu z którymś z tych. Po chwili znów odezwał się Galen.

- No obudził się! Pytaj i krzywdy nie rób, błagam, czarowniku.
- Mówiłem ci już, żebyś się uspokoił - odrzekł nieznajomy. Głos miał spokojny i zupełnie zwyczajny, mówił jednak z jakimś obcym akcentem, na pewno nie pochodził z okolicy. - Nie mam zamiaru zrobić wam krzywdy. Po co inaczej wyciągałbym was z tarapatów, które poniekąd sam na was sprowadziłem. Przypadkiem, oczywiście.
- Przypadkiem? - głos Galena wciąż drżał.
- Od miesięcy rozstawiam przeróżne pułapki i sidła. Z dwojga złego, mieliście szczęście, że trafiliście na zwykłą linę. W lesie czekają rzeczy dużo wymyślniejsze. Ostatnimi czasy jestem dość kreatywny.

Obcy wstał od stołu i podszedł do Ernesta leżącego na niewygodnym, wyłożonym sianem łożu. W dłoni miał niewielką szklaną buteleczkę z czerwonawą substancją. W chwili, gdy przechylał ją w stronę ust rannego, ten zobaczył oczy mężczyzny. Przeraził się, to nie były zwyczajne oczy.
- Więc to prawda - wystękał Ernest, krzywiąc się z bólu. - Jesteś potworem.
- Chcesz go otruć, tak? I zjeść... - dorzucił od siebie Galen, który wciąż nie podnosił się z podłogi.
- Potworem? - nieznajomy parsknął. - Nie, nie jestem potworem, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Słuchaj, w tym naczynku jest coś, co sprawi, że dożyjesz jutra. Jeść was nie zamierzam, nie jestem jeszcze tak zdesperowany. Zostałeś zaatakowany przez trupojada. Jeśli chcesz jeszcze chodzić po tym świecie, pij.

Ernest spojrzał na swoje lewe ramię - widniał na nim opatrunek z nie najlepszej jakości tkaniny. Rana piekła jak diabli. Zaczął się zastanawiać, jakim cudem się tu znalazł.
- Co się stało po tym, jak straciłem przytomność?
- Byłem pewien, że martwi jesteśmy - odpowiadał Galen. - Godzinę jakąś wisiałem jak gruszka na wierzbie, krzyczałem, płakałem, ale musiałeś konkretnie rąbnąć o ziemię, bo nie budziłeś się. Wtedy pojawił się on...
Galen zamilkł i zwrócił głowę w stronę nieznajomego. Rybak wciąż sądził, że niedługo będą martwi. Obcy o dziwnych oczach znów nachylił eliksir do ust Ernesta, mówiąc:

- Uratowałem was. Nie przeżylibyście w tym lesie za długo. Twój przyjaciel powiedział mi, w jakim celu wybraliście się w las. Jesteście strasznie nierozważni. Albo zdesperowani. Jedno i drugie nie wróży niczego dobrego, ale skoro już tu jesteście, to znaczy, że mocno wam zależy. W miejscu, gdzie was znalazłem widywałem sporo trupojadów, stąd pułapki. Im szybciej to wypijesz, tym większa szansa na wyzdrowienie i omówienie sprawy, z którą przyszliście.
- Ale jak to? - Ernest przymykał oczy ze zmęczenia. - Przecież to tylko draśnięcie było. W domu, jak mięso biłem na kotlety, to zdarzało mi się mocniej krwawić.
- Trupojady to plugawe stwory - mówił obcy. - Każdy kontakt z nimi może spowodować zatrucie. Nie musi, ale może, zależnie od tego, co konkretny osobnik porabiał wcześniej. A, wierz mi, trupojady są stworzeniami, które w każdym gównie będą grzebać bez wahania. Widocznie kiepsko trafiłeś, bo twoje objawy wyraźnie sugerują zatrucie, które może doprowadzić do śmierci. Pij, a potem pogadamy o interesach.

Wypił.

[center]III[/center]

Minęła noc.

Siedzieli nad strumykiem o szerokości ledwie kilku metrów, około pół godziny drogi od miejsca zamieszkania człowieka z lasu. Galen i Ernest przysiedli z jednej strony ogniska, obcy z drugiej. Rzucił im skórzany bukłak wypełniony jakimś płynem. Spojrzeli na niego podejrzliwie.
- Nie bójcie się, to przegotowana woda - powiedział obcy. - Nie mam niczego innego, żeby was ugościć.
Ernest spojrzał na bukłak, który trzymał w prawej dłoni. Lewa była za słaba, mocno zdrętwiała. Po wypiciu eliksiru zapadł w głęboki sen. Galen opowiadał mu potem, że trząsł się jak opętany, z ust strumieniami ciekła mu ślina, a po czole ściekały stróżki potu. Po upływie nocy objawy ustąpiły, a wójt obudził się. Teraz cała trójka siedziała nad brzegiem malutkiej rzeczki i miała rozmawiać o interesach, jak to sformułował ich gospodarz o dziwnych oczach.

Teraz, w pełnym słońcu, mogli przyjrzeć mu się bliżej. Poza oczami nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był postawnym, dobrze zbudowanym mężczyzną, brunetem o dość daleko posuniętych zakolach. Nosił na sobie szarą koszulę, na którą nałożył skórzaną kurtkę bez rękawów, która odsłaniała ponadprzeciętnie zbudowane mięśnie ramion. Na klatce piersiowej krzyżowały się dwa pasy spinane klamrami, obiegające plecy. Tam właśnie było miejsce na dwa miecze, które chłopi widzieli wcześniej. A jednak wariat - myślał Galen. Nikt przecież nie nosi mieczy na plecach.

- Podobno przyszliście z niezwykle ważną sprawą. Milczycie jednak - zagadał mężczyzna, rozpalając ognisko w sposób, jaki sprawił, że jego goście otworzyli usta w niemym zdziwieniu i przerażeniu. Złożył dłonie i wykonał gest, który sprawił, że chrust, który wcześniej nanieśli, zapłonął i można było zacząć opiekać jelenie mięso, które przynieśli nad brzeg.
- Mówiłem, że czarodziej! - zachwycił się Ernest. - I to taki, co nas nie zabił.
- Ha - zaśmiał się obcy. - Czarodziej, mówisz? To żadna magia, dobry człowieku. W moim fachu, umieć coś takiego, to obowiązek.
- Żarty, miły panie - uśmiechnął się Galen. Pierwszy raz od dwóch dni. - To jaki fach wasz, jak nie czarodziejski? Przecieśmy widzieli, czegoś właśnie dokonał.
- Źle sformułowałem wypowiedź. Miałem na myśli mój były fach - spojrzał skupionym wzrokiem na półmetrowy kij, na który nabił fragment mięsa i wysunął go nad ognisko. - Taką sztuczką można zapalić ognisko, świeczkę. Tyle. Powiedzcie w końcu, o co chodzi.

Spojrzenia chłopów z wioski spotkały się i, kiwając głowami, podjęli decyzję o wyłożeniu sprawy.
- Mości panie czarodzieju - zaczął Ernest. - Galen już co nieco wam powiedział, prawda? Jak nieprzytomny byłem.
- Nie użyłbym słowa powiedział, raczej wydukał, bardzo nieskładnie. Ktoś napadł na waszą wioskę i chcecie zemsty. Jeśli tak, to możecie już wracać do domu, bo ode mnie pomocy nie uzyskacie.
- Panie wielki... - Ernest spuścił głowę. - Nie o zemstę chodzi nam, jeno o to, żeby nas w spokoju zostawili. Oni wszystkie świecidełka wartościowe zabrali nam, córkę młynarza zhańbili i rzekli, że wrócą po więcej, za tydzień, dwa. My jak bronić się nie mamy, bo cała młodzież nasza, wszyscy chłopcy na wojnę ruszyli. Na północ, walczyć za Cesarza.
- Za Cesarza, mówisz. Więc o co dokładnie chcecie prosić? - spytał nieznajomy, obracając patyk ze skwierczącym od temperatury ognia mięsem.
- Przemówić im do rozsądku, tym bandytom, hersztowi ich. Diego się nazywa. Wielki chłop, jak dąb. Młody i silny, a do tego co najmniej pięciu pomocników ma. Dla was, czarodzieju, to żaden problem na pewno. Ogniem możecie ich zwalczyć.

Ernest pomyślał o wielkich kulach ognia toczących się na grupę bandytów i uśmiechnął się pod wąsem.
- Co dajecie w zamian? Jeśli przekonam ich do odpuszczenia, to co dostanę?
Rybak i wójt spuścili głowy
- Jakeśmy mówili - odpowiadał wójt - wszelkie kosztowności nam zrabowali... Nie mamy z czego zapłacić. Jedyne, co możemy zaoferować, znajdziecie przy nich, o ile jeszcze to mają.
- A więc chcecie - nieznajomy spojrzał na Ernesta swoimi zwierzęcymi oczami - żebym narażał życie dla was i waszych ludzi i nie oferujecie niczego w zamian? Typowe.

Wśród ciszy, która nastała, chłopi zastanawiali się, czy jest jakiś sposób, aby przekonać rozmówcę do udzielenia im pomocy, ale absolutnie nic nie przychodziło im do głowy. Nagle nieznajomy zerwał się na nogi, schylił, podciągnął nogawkę ciemnych lnianych spodni i wyjął krótki sztylet. Rozglądał się.
- Co się stało? - pytał zaniepokojony wójt.
- Zabić nas chce jednak, mówiłem - szeptał Galen, nieporadnie odsuwając się od ogniska.

Po kilku sekundach z leśnej głuszy wybiegł chłopiec o włosach żółtych niczym siano.
- Adam! - krzyknął Ernest. - Co ty tu robisz, dzieciaku?
Szczęśliwy ze znalezienia wójta chłopiec uśmiechnął się szeroko. Chwilę później spojrzał na nieznajomego i uśmiech ustąpił miejsca zachwytowi. Spodziewał się raczej kogoś w długiej szacie i z magicznym kosturem, ale widok kogokolwiek nieznanego wystarczył, by wlać w jego serce otuchę. Taki widok oznaczał bowiem, że znaleźli człowieka z lasu, osobę o mocy czarodzieja, wampira, wilkołaka i wielu innych stworzeń, a przynajmniej tak widział to chłopak. Może znaleziony mężczyzna nie wyglądał na wcielenie tych wszystkich stworów, ale w końcu to on był człowiekiem z lasu. Adam był zachwycony. Podszedł do obiektu swoich zachwytów.

- Nie podchodź, dzieciaku! - krzyknął Galen. - On ma nóż!
W tej chwili czarownik ponownie schylił się, tym razem chowając sztylet na swoje miejsce. Patrzył się na chłopca, przybierając dość dziwny, trudny do rozszyfrowania wyraz twarzy.
- Jak nas znalazłeś? Kto ci pozwolił iść w las? - Ernest zadawał chłopakowi pytania.
- Sam pobiegłem! - odpowiedział krnąbrny chłopak. - Jak nie wróciliście rano, po nocy całej, to w karczmie się znowu wioska zebrała. Mówili, czy iść was szukać i nikt nie chciał iść. To ja pobiegłem! I znalazłem was, ha!
- Nie chcieli nas szukać, co za ludzie. - Kiwał głową Galen. - A my dla nich życie narażamy. Szczęście miałeś, dzieciaku, dużo więcej go miałeś, niż myśmy mieli.

Nieznajomy czarownik wciąż patrzył na chłopca swoim przenikliwym wzrokiem. Zmienił wyraz twarzy. Młody chłopak, blondyn... - myślał. - Co ja zrobiłem... Przypomniał sobie przeszłość i swoje niecne czyny. Krzywdził ludzi, a innym pozwalał krzywdzić dzieci. Żałował, ale czy to cokolwiek znaczy? Był wtedy niespełniony, zbuntowany, buntował się przeciw światu, przeciw temu, kim był i przeciwko tym, którzy byli jak on. Zdradził ich tajemnice wrogom. Zrobił to, bo czuł się oszukany, pozbawiony możliwości wyboru ścieżki, którą podążałby w życiu. Miał wrażenie, że to miejsce, odosobniony las, było pierwszym, które wybrał sam, w pełni świadomie. Chciał tu zacząć od nowa, chociaż wiedział, że przeszłość będzie wracać. I wróciła pod postacią tego chłopaka. Jedno małe skojarzenie, a on znów miał przed oczami wydarzenia z przed kilkunastu miesięcy. Znów widział małego chłopca o jasnych włosach, na którym zależało wielu osobom. I on pomógł jednej ze stron. Zrobił to ze strachu, z obawy o własne życie. Żal niczego nie zmieniał, bo przeszłości zmienić nie sposób. Jedyne, na co mamy wpływ, to teraźniejszość i przyszłość. Czy można odkupić grzechy przeszłości teraźniejszością? Czy można sprawić, by przyszłość była wolna od żalu przeszłości? Nie wiedział, ale chciał uzyskać odpowiedź na te pytania. Uniósł głowę.

- Pomogę wam - powiedział, zaciskając dłonie na kiju, który trzymał nad ogniskiem.
Całą trójka uśmiechnęła się. Najmocniej mały Adam, który aż podskoczył z radości. Galen odetchnął głęboko. Jedynie Ernest zachował trzeźwy umysł.
- Jak chcesz pokonać sześciu ludzi? - spytał. - A może i więcej ich jest, bo tak mówili.
- Najpierw z nimi pogadam, sprawdzę, czy mają trochę oleju w głowach.
- A jeśli będą chcieli walczyć? - drążył temat Ernest. - Jesteś czarodziejem, prawda? Pokonasz ich ogniem, tak?
- Mówiłem już, że nie jestem żadnym czarodziejem. Jeśli będą chcieli walczyć, to pokonam ich. Mieczem.
- Nikt nie pokona w walce sześciu wyszkolonych ludzi - zdziwił się Galen. - Oni z wojska uciekli, jakieś szkolenie pewno mają, umiejętności. Nawet jeśliś dobry, panie, z mieczem, to siła złego na jednego, nie masz siły, żeby z sześciorgiem wygrać. A ich herszt, Diego, to potężne chłopisko, choć gołowąs.
- Pojęcie jakieś macie, gdzie oni są?
- Jechali w stronę gościńca. - Adam włączył się do rozmowy. - Tam jest małe miasteczko na rozstaju dróg. Część wojska cesarskiego tam przed wymarszem stacjonowała. I mój tata też.
- Hm, tak - myślał na głos wójt - to jedyne miejsce, które może robić im za bazę. Nie uwierzę, że mogliby po lasach żyć. Bez urazy, panie czarowniku. Oni świecidełka lubią, popić też na pewno, więc tam będą. Gospoda duża tam jest, tam bym ich szukał.

- Dobrze więc. Miasteczko, o którym mówicie, to Haen Dor, tak?
- Tak, panie. Skąd wiecie?
- Nie myślicie chyba, że ja tu siedzę kilka miesięcy w drewnianej chatce i nic poza tym nie robię, co? - Obcy zaśmiał się. - Po drodze nawet mi będzie. Zlecenie na trupojady dostałem od tamtejszego władyki, dlatego siedzę tu. Siedzę dłużej, niż sądziłem, bo mnoży się to plugastwo co niemiara ostatnio, ale przynajmniej zarobek mam. Truchło przywożę i handluję co nieco. Macie konia w wiosce? - Wójt kiwnął głową twierdząco. - W takim razie oczekujcie mnie jutro z rana. Konno pojadę i pogadam z tym hersztem.

Zlecenie na trupojady. Przyjął je od człowieka sprawującego władzę w Haen Dor. Chciał rzucić swój fach, bo czuł, że został mu odgórnie narzucony. Kilka miesięcy zajęło mu dojście do wniosku, że jest w tym po prostu dobry, a niczego innego nie potrafi. Musiał zarabiać na życie, a czego jak czego, ale potworów podczas wojen nie brakuje. Podczas podróży na południe trafił za Jarugę, jednym z przystanków miało być to niewielkie miasteczko. Mnożące się w okolicy trupojady miały być chwilową robotą, zleceniem, które pozwoli mu odbić się finansowo. Trupojady jednak mnożyły się na potęgę i, mimo ciężkiej pracy, nie widział większych efektów. A nie ma nic gorszego, niż nie widzieć efektów swojej harówki.

Nieznajomy wstał od ogniska i zgasił je odwróconym znakiem ignii. Adam aż pisnął z zachwytu, gdy zobaczył tę magię. Już wyobrażał sobie, tak jak wójt, wielkie kule ognia, które zmiażdżą bandycką szajkę następnego dnia. Oczyma wyobraźni widział wielkie widowisko, w którym ludzie, którzy zabili jego dziadka, dostaną za swoje.
- Idźcie wzdłuż strumyka - mówił obcy. - Wpada do morza jakieś dwie mile od waszej wioski. Po prostu, gdy dojdziecie do morza, skręćcie w lewo i idźcie wzdłuż brzegu.

Po tych słowach skierował się w stronę lasu. Ernest i Galen głęboko odetchnęli i już zbierali się do marszu. Adam krzyknął jednak w stronę nieznajomego:
- Jak masz na imię, czarowniku?!
Wiedźmin odwrócił się. Znów popatrzył w oczy chłopca, na jego krótkie włosy koloru słońca, które lśniły teraz podwójnie.
- Berengar - odpowiedział cicho, spuścił głowę i odszedł w gęstwinę lasu.

KONIEC ODCINKA DRUGIEGO

Re: [Wiedźmin] Powrót - dikajos

: 06 mar 2016, 20:40
autor: DuralT
Hej!
Wrzucisz na to forum resztę opowiadania. Bo przeczytałem je na blogu, ale nie pozwoliło mi opublikować tam komentarza, a głupio tutaj tak bez zakończenia puszczać spoilery przyszłym czytającym. ;)