[Prototype] Wirus

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Bocik
uczeń
Posty: 46
Rejestracja: 16 gru 2013, 22:55
Kontaktowanie:

[Prototype] Wirus

Postautor: Bocik » 28 kwie 2014, 21:23

Tytuł: Wirus.
Fandom: Prototype/Prototype 2
Kategoria: 16+
Opis: Wirus znów atakuje, tym razem sprytniejszy i lepiej przygotowany. Kolejna seria, która w planach ma być długa, ale nic nie mogę obiecać. Pomysł wziął się z ponownego zagrania w PT i jeszcze większego zagłębiania się w fabułę gry.
Ostrzeżenia: Wulgaryzmy, podteksty erotyczne, przemoc.
Znajomość fandomu: Polecam jej brak. W każdym kolejnym odcinku wszystko będzie w małych kroczkach wyjaśniane, co doda smaczku.
Status: W trakcie produkcji.

[center]Chapter I: Pobudka[/center]
Brak śladów infekcji.

- To rozcinamy?
- A jeśli znów zaatakuje?
- To mamy pecha.
Powoli rozeznałem sytuację. Na pewno odzyskałem słuch, uznałem to za ogromny plus. Kończyny zdały sprawdzian, węch także. Postanowiłem sprawdzić stan najdroższego dla mnie zmysłu - wzroku. Powoli otworzyłem oczy, żeby zostać oślepionym przez blask lampy.
- Obudził się!
Nim zdążyłem przyzwyczaić się do rażącego światła, usłyszałem krzyk zapewne dwóch mężczyzn (lub bardzo męskich kobiet), w panice przed kimś (czymś?) uciekających.
Gdy w końcu wzrok zaczął (choć miernie) pełnić swoje zadanie, mogłem obejrzeć pomieszczenie, w którym się znajdowałem. Nie przypominało to nic innego, jak zwykłą salę operacyjną: białe ściany, stół z narzędziami i łóżko dla pacjenta. Najwyraźniej to ja byłem tym pacjentem.

Gdy próbowałem wstać, dopiero zdałem sobie sprawę z okropnego bólu głowy, który mnie prześladował. Jego atak był tak silny, a jednocześnie tak zaskakujący, że spowodował szybkie spotkanie mojej twarzy z podłogą. O dziwo, nie poczułem ani odrobinę skutków uderzenia z zawrotną prędkością głową w kafelki.

Powoli wyczołgałem się z podłogi, przez chwilę próbując utrzymać równowagę. Kiedy uznałem, że idzie mi to całkiem nieźle, ruszyłem żółwimi ruchami w kieruku wyjścia.

Gdy znalazłem się na korytarzu, natłok ludzi po prostu mnie sparaliżował. Dziesiątki doktorów odzianych na biało, kilku ubranych w stroje przeciwko radioaktywnym substancjom jegomościów i dwójka uzbrojonych agentów w czarnych uniformach.

Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, ludzie na korytarzu na mój widok zaczęli krzyczeć i uciekać w popłochu. Zdawali się być równie zaskoczeni sytuacją jak ja, z wyjątkiem dwóch żołnierzy: bez ostrzeżenia rozpoczęli ostrzał, kierując całą swoją uwagę na mojej osobie.

Instynkt przetrwania zrobił swoje, kierując mnie w przeciwną stronę od napastników. Biegłem w głąb korytarzy, bijąc moje prywatne rekordy prędkości. Nie zwracałem uwagi na przechodniów, którzy ustępowali mi drogę, uciekając lub po prostu stając z boku. Nim zdążyłem się zorientować, znalazłem się przed windą, daleko od atakujących mnie typów.

Zacząłem wciskać guzik najszybciej jak mogłem (co oczywiście nie dało lepszego efektu, ale co tam - byłem spanikowany), czekając na ratunek.

Los postanowił oczywiście zrobić mi psikusa - karabiny. Salwa w moją stronę dała mi do zrozumienia, że znów trzeba brać nogi za pas, więc tak też zrobiłem.

Po kilku minutach biegu znalazłem się w ślepej uliczce. Przez szybę, która jednocześnie robiła za ścianę, dostrzegłem panoramę wielkiego miasta. Wywnioskowałem też, że jestem raczej wysoko, bo stałem na równi z dachami niektórych drapaczy chmur.

Już miałem zawracać, kiedy przeznaczenie po raz kolejny postanowiło się ze mną zabawić - drogę ucieczki blokowali uzbrojeni po zęby panowie, tyle że tym razem był ich co najmniej tuzin.

Podniosłem ręce do góry w geście kapitulacji, jednak najwyraźniej tego nie zrozumieli, bo otworzyli ogień. Moja reakcja, choć durna, miała mi uratować życie - wyskoczyłem przez okno.

Z jednej strony podmuch lodowatego wiatru dodawał otuchy, z drugiej - spadanie z wysokości dwustu metrów mogło zafundować młodemu człowiekowi zawał.

W locie zdążyłem dojrzeć kilkadziesiąt czarnych dziur po kulach w moim ciele. Najdziwniejsze było to, że nawet nie czułem bólu.

Zamknąłem oczy, nim moje ciało doświadczyło bliskiego kontaktu z dachem samochodu.

[center]***[/center]

- Pobudka...
Gwałtownie podniosłem się z łóżka. Stała nade mną dosyć ładna, niebieskooka kobieta o ciemnobrązowych, krótkich włosach, uśmiechając się. Miała na sobie niebieskie dżinsy i skórzaną kurtkę, delikatnie rozpiętą, ukazując dekolt. Nie mogłem się powstrzymać - spojrzałem.
- Gdzie ja...
Nie dokończyłem, bo zostałem szybko uciszony. Nim zdążyłem zareagować, kobieta wyciągnęła pistolet i wycelowała mi w głowę.
- Tańcz - rozkazała.
Spojrzałem na nią z ukosa, myśląc, że to żart, jednak doskonała umiejętność perswazji celującej do mnie dziewczyny zmusiła mnie do wypełnienia żądania. Powoli wstałem z łóżka, po czym zacząłem gibać się na boki, starając się zminimalizować wstyd.
- Ślicznie - skomentowała, po czym parsknęła śmiechem - nie mogłam się powstrzymać...
Odetchnęłem z ulgą, zdając sobie sprawę, że to jednak kawał. Już miałem kulturalnie się przywitać, kiedy znowu ujrzałem spluwę przed swoją twarzą.
- Test pierwszy - powiedziała tajemniczo, nie zdejmując uśmiechu z twarzy, po czym nacisnęła na spust.

[center]***[/center]

- Pobudka - usłyszałem już znajomy mi głos. Już wcześniej poznana przeze mnie kobieta siedziała w rogu pokoju, zajadając coś, co przypominało zupę pomidorową.
Dopiero teraz dokładnie rozejrzałem się po pomieszczeniu - szału nie było. Łóżko, drzwi i pojedyńczy stolik. Za oświetlenie robiły lampy jarzeniowe, co jakiś czas gasnące.
- Co ty kurwa zrobiłaś... - wydukałem, łapiąc się za głowę, która bolała tak, jakby miała zaraz wybuchnąć. Dziewczyna się zaśmiała, podeszła do mnie i kucnęła obok.
- Dana Mercer* - przywitała się, podając mi rękę. Po chwili namysłu odwzajemniłem powitanie. Chciałem także się przedstawić, ale nie mogłem nic sobie przypomnieć (nawet własnego nazwiska!), więc zrezygnowałem.
- Strzeliłaś mi w głowę - oprzytomniałem po chwili, przypominając sobie ostatnie zdarzenie. Ze zdumieniem macałem się po twarzy - wszystko było na swoim miejscu.
- Jesteś wyjątkowy słaby... Ale to raczej da się nadrobić. Zrobimy ci prosty trening, ale najpierw musisz coś zjeść - stwierdziła, po czym wymamrotała coś do krótkofalówki. W sumie to nie byłem głodny.

Do sali weszła dwójka mężczyzn w wojskowych mundurach Marines. Po przykrych przejściach z bronią przygotowałem się do ucieczki, jednak było coś, co nie pozwoliło mi się nie zaśmiać - świnia. Po prostu, mundurowcy prowadzili na sznurku żywego wieprza, wyraźnie przestraszonego.
- Jedz - rozkazała mi Dana z rozbawieniem w głosie.
Spojrzałem z ukosa na zwierzę. Nie byłem pewny, czy to znów nie żart, czy moi towarzysze są na tyle głupi, by nie zauważyć, że świnia jest żywa.
- Eee... Surowe? - zapytałem niepewnie, co dziewczyna skwitowała śmiechem i zachęcająco wskazała na zwierzę. Nieśmiało ruszyłem w jego stronę, przykucnąłem i z obrzydzeniem zbliżyłem mój otwór gębowy do boku wieprza, gdy nagle usłyszałem maniakalny śmiech. Obróciłem się w stronę dźwięku i zobaczyłem turlającą się po podłodze Mercer. Cierpliwie poczekałem na zakończenie jej "ataku", a gdy w końcu jakoś wstała, wysłałem jej najbardziej pytającę spojrzenie, jakie potrafiłem.
- Nie... Nie tak... - próbowała powstrzymać się od chichotu, co wychodziło jej raczej marnie - inaczej.
- Nie umiem inaczej - stwierdziłem, jak mi się zdawało, zgodnie z prawdą.
- To nie problem, nauczysz się - powiedziała, po czym rozkazała mi stanąć obok zwierzęcia, co też zrobiłem. Już miałem zapytać po co, kiedy ona (o nie, znowu) wyciągnęła pistolet.
- Co ty kurw... - nie dokończyłem, bo huk strzałów mnie zagłuszył. Po przyjęciu kilku pocisków upadłem na jedną nogę, a przez całkowite stracenie czucia w niej, przyjąłem pozycję klęczacą. Ostrożnie spojrzałem w dół... Na moim udzie było dziewięć czarnych dziur po kulach (o dziwo, nawet nie krwawiły). Skrzywiłem się. Sama myśl, że nie wiem czym się stałem mocno mnie dręczyła, a teraz doszło jeszcze kalectwo.
- Patrz - usłyszałem kolejny rozkaz. Nie byłem pewny, co miało przyciągnąć moją uwagę, ale po chwili moje obserwacje całego pomieszczenia przerwało dziwne mrowienie prawej ręki. Spojrzałem na nią, i... Oniemiałem.
Z koniuszków palców zaczęła wypływać czarna masa, kierując się w stronę świni, żeby za chwilę całkowicie ją pochłonąć i znów "wtopić" się w moje ciało.
Trochę oszołomiony, ale przytomny, wstałem. Ze zdumieniem odkryłem, że po kulach nie zostało ani śladu, a co dziwniejsze, nawet dziury w moich czarnych dżinsach... Jakby same się zaszyły. Do tego, nagle poczułem się całkowicie wypoczęty, rozpierała mnie energia. Czułem się jak po wypiciu kilkuset litrów energetyków z połączeniem dopalaczy.
- Lepiej?
- Czuję się zajebiście, szczerze mówiąc... A teraz proszę o wyjaśnienia.
"Zjedzenie" dodało mi chyba jeszcze pewności siebie i odwagi, bo już mnie tak nie przerażała wizja kolejnego ostrzału, za to górę wzięła teraz ciekawość.

Dana najwyraźniej tylko czekała na zostanie moim wykładowcą, bo usiadła po turecku na łóżku i pokazałam, bym usadowił się naprzeciwko, co też zrobiłem.
- Po pierwsze - zaczęła Mercer, wyraźnie zadowolona z bycia nauczycielką - nie jesteś już tym, kim byłeś do tej pory. Jesteś po prostu organizmem, który przejął Wirus, żeby móc przetrwać. Blacklight, bo tak się nazywa, jest pasożytem, więc potrzebuje nosiciela, którym zostałeś ty. Otw...
- Chwilka - przerwałem jej - jak to nie jestem sobą? I co to w ogóle za wirus? Wybacz, ale ja praktycznie nic nie pamiętam.
- Dobrze, od początku - próbowała udawać znudzoną Mercer, co jednak jej nie wyszło, bo bił od niej entuzjazm - kiedy Wirus został po raz pierwszy uwolniony, prawie cała populacja Nowego Jorku została zainfekowana i zmieniła się w krwiożercze zombie, a jedna osoba, czyli stwórca całego zamieszania, została Prototypem, czyli kimś takim jak ty - przerwała na chwilę, żeby napić się wody, po czym wróciła do monologu - nastąpiła seria dziwnych zdarzeń, po których koniec końców uratował on cały Nowy Jork przed bombą jądrową i pozbył się śladów Wirusa. Tak oto nastał pokój, do czasu, kiedy szajba uderzyła mu do głowy i postanowił przejąć władzę nad światem. Rozprzestrzenił Wirusa po raz kolejny i wyruszył na podbój. W trakcie spełniania swojego planu, spotkał na drodze kogoś, komu nie podobała się jego postawa. Zwykły żołnierz zdumił go swoimi umiejętnościami, więc postanowił zarazić go Wirusem. Dzięki silnemu organizmowi żołnierz przetrwał, został kolejnym Prototypem i ostatecznie pokonał pierwszego. Dokładniej rzecz ujmując to go skonsumował, tak jak ty niedawno biedną świnkę - zaśmiała się Dana, po czym wróciła do opowieści - musiał natychmiastowo pozbyć się nadmiaru energii, co też zrobił, zabijając każdego zainfekowanego. Tak nam się przynajmniej do tej pory zdawało... Okazało się, że jeden Ewoluowany, czyli jeden z potężniejszych zainfekowanych przeżył i zdążył pozarażać. Co gorsza, Wirus ma tendencję do szybkiego rozprzestrzeniania się, więc kwestią czasu jest, nim rozprzestrzeni się na resztę świata.
- A ten Prototyp? Nie może pozbyć się niedobitków? - cała historia bardzo mnie zainteresowała, chociaż była bardzo strzeszczona. Myśl, że stałem się jakimś mutantem po części mnie przerażała, a po części podniecała.
- James? Po wybiciu rzekomo wszystkich, postanowił pójść na urlop, nikt nie ma z nim kontaktu, prócz jego rodziny, która wyniosła się razem z nim.
- Dobra, rozumiem. A po co ci jestem ja?
- To proste - uśmiechnęła się Dana - zastąpisz go.
Zamyśliłem się. Nie myślałem jak bohaterowie w filmach, wręcz przeciwnie - byłem na to gotowy. Nie miałem innego celu w życiu, a nie marzyłem o niczym bardziej, niż znalezieniu sensownego zajęcia.
- Teraz czekają cię testy umiejętności. Kilka egzaminów, a potem ruszysz na pierwszą misję.
Zgodziłem się bez zastanowienia, wypełniony entuzjazmem. Nowy cel w życiu przywrócił mi dobry nastrój, chociaż wciąż dręczyła mnie myśl, czym się stałem.

Pewnym krokiem ruszyłem za Mercer. Po wyjściu z pomieszczenia dopiero zdałem sobie sprawę, gdzie jestem; przypominało to jakąś podziemną bazę wojskową. Długi korytarz z licznymi zakrętami był wypełniony ludźmi różnej maści: żołnierze Marines,doktorzy w fartuchach, czarni, biali...

W końcu Dana wprowadziła mnie do jednego z pomieszczeń. Przypominało ono wielką kopułę wykonaną ze szkła o średnicy około dwudziestu metrów, bez jakichkolwiek mebli wewnątrz. Za szybą, naprzeciwko drzwi, stała konsolka z różnymi przyciskami, którą pierwszy raz w życiu widziałem. Operowało nią dwóch mundurowych, razem z czuwającą nad nimi Daną.
- Teraz sprawdzimy twoje umiejętności walki - usłyszałem głos niedawno poznanej kobiety wydobywający się nie wiadomo skąd.
Już miałem zapytać, co mnie czeka, kiedy usłyszałem dziwne sapanie dochodzące zza moich pleców. Natychmiast się odwróciłem.

Przy wyjściu stała trójka dziwnych humanoidalnych stworów. Od zwykłych ludzi różniły się tylko nienaturalnie długimi zębami, pogniłymi różnymi częściami ciała, brakiem źrenic jak u ślepych ludzi i ociekającą zewsząd krwią.
- To jest pierwszy stopień zakażenia - usłyszałem ponownie głos z głośników - zajmij się nimi.
Zakląłem pod nosem. Liczyłem na jakiś boks, a tu się okazało, że na dzień dobry musiałem walczyć z jakimiś trzema mutantami.
Te nie dały mi czasu do namysłu. Ostrożnie zaczęły się do mnie zbliżać, probując mnie okrążyć, ale im na to nie pozwoliłem, odsuwając się w odpowiednią stronę.

Po kilku minutach krążenia, nieudolnie próbując wymyślić plan, w końcu dałem się złapać w pułapkę - otoczyły mnie. Szukałem jakiegoś wyjścia z opresji, ale na próżno. Powoli zbliżały się do mnie, zwężając coraz bardziej koło, jednocześnie dając mi coraz mniej szans na ucieczkę. W końcu postanowiłem coś zdziałać i zaatakować - rzuciłem się na stojącego naprzeciwko mnie stwora i z całej siły kopnąłem go w krocze. Ku mojemu zdziwieniu, ten poleciał prawie dwa metry w górę. Czyli jednym z moich nowych umiejętności była siła, stwierdziłem z zadowoleniem.

Szybkim ruchem złapałem następnego mutanta za rękę, z impetem rzucając go w stronę szklanej ściany. Jak na złość, brakło kilku kroków odległości, żeby wyszło tak efektownie, jak w mojej wyobraźni.

Ostatni zainfekowany wykorzystał moją chwilę nieuwagi, co stwierdziłem, kiedy poczułem kawałek gnijącego mięsa na twarzy. Cios jednak nie był na tyle silny, bym upadł; szybka kontra, czyli uderzenie w podbródek i przeciwnik znokautowany.

- Świetnie - usłyszałem znów głos z głośników - faza druga.

Z niecierpliwością czekałem na kolejne mięso armatnie, jednak to, co zobaczyłem,całkiem zabiło moją pewność siebie.

Stanął przede mną trzymetrowy potwór, także o humanoidalnych kształtach. Przypominał bardzo wyrośniętego człowieka obdartego ze skóry. Jego ciało było całkiem "gołe", można było zobaczyć każdy mięsień. Do tego dochodziły jeszcze rzędy długich na trzy centymetry zębów i jeszcze dłuższe szpony.

- To jest Hunter, jeden z potężniejszych zainfekowanych - usłyszałem instrukcję - uważaj, jest silniejszy, szybszy i zwi...
Nie słuchałem dalej, bo przekonałem się o jego umiejętnościach. Na czterech łapach zaczął szarżowac w moją stronę, próbując mnie staranować, jednak uskoczyłem w ostatniej chwili.
Nim zdążyłem przeanalizować sytuację, mutant zaczął biec po szklanej ścianie, co było dziwne, bo była bardzo gładka, a na pewno nie przebił się przez tą przeciwpancerną tarczę. Stwierdziłem, że jakimś cudem pazury robią mu za przyssawki.

Gdy Hunter znalazł się blisko mnie, odbił się od ściany i z impetem wylądował na mojej osobie, wgniatając w podłogę. Nie myślałem nawet wtedy o tym, dlaczego Dana nie reaguje. W sumie ogarnęło mnie przerażenie, bo zacząłem się dusić, przeciwnik trochę ważył. Z narastającym lękiem próbowałem wymyślić jakiś plan, aż w akcie desperacji spróbowałem się podnieść. Na moje szczęście, robiąc pseudo-pompkę, udało mi się unieść wystarczająco, by wyturlać się spod ucisku potwora.

Tym razem postanowiłem być gotowy na wszystko. Przybrałem pozycję obronną i czekałem na ruch przeciwnika. Ten nie dał się długo prosić - znów zaczął szarżować w moją stronę. Gdy znalazł się tuż-tuż, spróbowałem uderzyć go w brzuch, jednak zniweczył mój plan i to ja skończyłem jako dywan. Znowu.

Tym razem nie dałem się tak łatwo złapać. Najszybciej jak mogłem wyrwałem się z potrzasku i posłałem Hunterowi soczystego kopniaka w piszczel, na co on odpowiedział rykiem i szybkim ciosem w mój brzuch.
Okazał się być silniejszym, niż powinen być, bo efektownie posłał mnie ku szklanej ścianie. Z łoskotem uderzyłem w nią plecami, po czym padłem na twarz. Przeszywający ból torsu nie pozwalał mi się podnieść, co stwór postanowił wykorzystać: podniósł mnie na wysokość jego głowy, stanęliśmy twarzą w pysk. Już miałem przyjrzeć się jego ślicznej mordzie mutanta, kiedy on otworzył paszczę, próbując mnie pożreć (w całości? Mama-potwór kulturki nie nauczyła?). W panice postanowiłem uderzyć "z główki", co chyba wyszło, wywnioskowałem po leżącym na podłodze Hunterze. Mój idiotyzm nakazał mi (zamiast atakować bezbronnego przeciwnika) począć zwracanie na siebie uwagi. Na moje nieme "help me", Dana odpowiedziała tylko:
- Poradzisz sobie.
Na wstępie uznałem, że to nieprawda. Mutant już wygramolił się z ziemi i łypał na mnie ze wściekłością tymi swoimi diabelskimi oczami.
Postanowiłem rozejrzeć się za bronią. Chociaż wydawało się to głupim pomysłem, chwyciłem za odnóżę jednego z wcześniej pokonanych zainfekowanych i cisnąłem nim w bestię, która zrobiła zwinny unik, ale już nie zdołała schronić się przed następnym prowizorycznym pociskiem i z hukiem upadła na plecy. Bez zastanowienia rzuciłem się na leżącego Huntera, siadając okrakiem na jego szyi i zacząłem okładać go po pysku. Cios za ciosem, z każdą chwilą słabł i coraz bardziej zalewał siebie jak i mnie krwią.

Zadowolony, choć zaintrygowany powoli wstałem i uniosłem ręce do góry w geście zwycięstwa.
- Świetnie - dziękuję, Mercer, też mi się podobało - faza trzecia.
- Nie! - krzyknąłem w stronę ludzi przy terminalu - mam dosyć! Nie mam już siły!
Oni sobie to po prostu olali i wrócili do swoich zajęć, a ja za chwilę poznałem swoich nowych gości - trójka Hunterów. Wypuściłem pod nosem długą serię przekleństw i w panice spojrzałem na Danę, która zachowała kamienną twarz.
- Jest sposób wyjścia z tej sytuacji. Pomyśl - usłyszałem mało pomocną radę z głośników.
Najodważniejszym okazał się środkowy potwór, szarżując na mnie głową, czego zręcznie uniknąłem, posyłając mu w bonusie piękne kolano prosto w nos. Okazał się być twardy, bo nie upadł, a jedynie się zachwiał. No pięknie. Teraz miałem dwójkę przed sobą i jednego za plecami. Po prostu świetnie.

Nagle mnie olśniło. Świnia! Postanowiłem wcielić mój idiotyczny plan w życie - wskoczyłem na szyję samotnemu potworowi (temu z wybitym nosem) i złapałem go oburącz za paszczę. Całą siłą, jaka mi została rozerwałem jego szczękę brutalnie na pół i spróbowałem...

Udało się! Czarna substancja zaczęła wypływać z całego mojego ciała, wchłaniając biedaka i nie pozostawiając po nim ani śladu. Jednak zamiast natychmiastowego uleczenia, którego się spodziewałem, dopadł mnie okropny ból rąk. Sam przestraszyłem się swoich nienaturalnych krzyków cierpienia, które mimowolnie wydobywały się z moich ust. Po kilku sekundach ból minął, a ja spojrzałem w dół...

Oniemiałem. Moje zwykłe, chude ręce zostały zastąpione przez masywne, czarne pięści. Nienaturalnie ogromne pseudo-ręce wyglądały jak dwie maszyny do zabijania. Po czernistej powłoce widać było płynące wiązki Wirusa. Chyba spodobał mi się podarunek od niego. Zauważyłem, że oprócz tego prezentu konsumacja dała mi jeszcze podstawowy przypływ sił, który był dla mnie darem niebios.

Uśmiechnąłem się na myśl, co zrobię nowymi dwiema zabawkami. Z determinacją zacząłem pędzić w stronę jednego z Hunterów, jednak tuż przed nim zostałem odrzucony mocnym kopniakiem przez drugiego z nich. Starałem się nie jęknąć, kiedy podnosiłem się z ziemi, próbując zrobić wrażenie wytrzymałego. Kiedy już stanąłem na nogi, zdążyłem tylko jeszcze ujrzeć pięść potwora przed oczami.

[center]***[/center]

- Pobudka...
Znowu to samo... Powoli wstałem z łóżka, trzymając się za głowę, która chyba miała zamiar zaraz wybuchnąć.
- Co się stało? - wydukałem z trudnością.
- Byłeś zbyt pewny siebie, idioto - warknęła Mercer - taki błąd może cię kosztować życie, następnym razem uważaj. - rozkazała, po czym powiedziała coś do komunikatora, a za chwilę do pokoju weszli panowie w mundurkach, razem z biednym zwierzaczkiem.
- Nie chcę, to okrutne...
- Żryj, albo cię nim rzucę - zagroziła mi Dana, co z jednej strony mnie rozbawiło (dostać grubym zwierzęciem, które żywi się najgorszym ścierwem), a z drugiej przestraszyło (dostać grubym zwierzęciem, które żywi się najgorszym ścierwem).
Z niesmakiem podszedłem do świni, wykręciłem jej kark i poczyniłem honory. Znów poczułem się dobrze. Nowy lek na kaca - zapamiętać.
- Idziemy - rozkazała Dana, wychodząc z pomieszczenia, a ja jak wierny pupil ruszyłem tuż za nią. Mknęliśmy przez niezliczone szeregi korytarzy, mijając po drodze setki ludzi. Po kilku minutach doszliśmy do windy, a ja ze zdziwieniem zauważyłem, że znajdowaliśmy się na minus piątym piętrze. Bucząc ciężko, nasz środek lokomocji zaprowadził nas na najwyższy punkt.

Gdy wyszliśmy, dokonałem pewnego odkrycia (ja intelektualista, ta) - byliśmy w jakiejś opuszczonej fabryce czegoś. Dobre wejście dla tajnej podziemnej bazy, szczerze mówiąc.

Mercer ruszyła bez słowa w stronę wyjścia, a ja oczywiście tuż za nią. To, co ujrzałem na zewnątrz, odebrało mi mowę...

Staliśmy na skrzyżowaniu, na ulicy leżały setki... Tysiące ciał ludzi, czy to były dzieci, dorośli lub nawet staruszkowie, a także mutantów wszelkiej maści. Niektóre z trupów leżały pod kołami samochodów, autobusów, ciężarówek, a nawet pod gąsienicami czołgów. Ulicą jakby nigdy nic płynęła sobie rzeka krwi, ropy i wymiocin. Najdziwniejsze jednak były budynki: oblepione dziwnym pomarańczowym śluzem, z porozstawianym w niektórych miejscach "bąblami", często jeszcze pulsującymi.
- Patrz.
Rozkaz mojej towarzyszki wybił mnie z transu i spojrzałem w punkt, który wskazywała - jeden z bąbli. Pulsował o wiele szybciej niż inne, aż w końcu... Pęknął. Wyglądało to trochę jak pryszcz po wyciśnięciu, tyle, że zamiast ropy wyleciał z niego nowo narodzony Hunter, razem z litrami pomarańczowego śluzu.
- Jest twój - powiedziała z uśmiechem Mercer i zniknęła gdzieś za rogiem budynku.

Przyjąłem pozycję bramkarską, lekko garbiąc się i rozstawiając ręce na boki, czekając na ruch przeciwnika. Ten znanym już mi sposobem począł szarżę, biegnąc na czterech łapach prosto na mnie. Z przerażeniem stwierdziłem, że jeszcze nie odkryłem sposobu na ten prosty manewr, więc czekała mnie improwizacja - szybkim ruchem zmieniłem moje zwyczajne, małe rączki w nowo nabyte narzędzia zniszczenia i wymierzyłem piękny podbródkowy... Który jednak nie okazał się tak piękny, bo mutant wślizgiem sprowadził mnie do parteru. Natychmiast podniosłem się z ziemi, przypominając sobie swoje stare błędy. Ze zdziwieniem odkryłem, że potwora już nie było, gdy nagle usłyszałem cichy świst - odskok w bok uratował mnie przed uderzeniem z powietrza (menda wysoko podskoczyła). Nim stwór zdążył wygramolić się z ziemi, wyskoczyłem i z impetem uderzyłem zdezorientowanego Huntera w plecy, chociaż celowałem w głowę. Cios powalił go na kolana, co natychmiast wykorzystałem, próbując rozłupać mu czaszkę. Ku mojemu nieszczęściu potwór zdołał uciec przed ciosem i skontrować, uderzając mnie w bok, co poskutkowało bolesnym lądowaniem na drzwiach auta.

Przeklinając pod nosem podniosłem się z ziemi, z nową porcją determinacji ciała i wściekłością duszy. Chwyciłem za urwaną maskę auta, symulując rzut, a gdy Hunter zasłonił twarz, z zawrotną prędkością podbiegłem do niego i wymierzyłem mu iście baseballowe uderzenie kawałem metalu. Z głuchym łoskotem mutant upadł na ziemię nieprzytomny.

Pewnie chwyciłem kawałem szkła i podszedłem do poległego przeciwnika.
- Czekaj! - krzyk Dany zatrzymał proces egzekucji.
- Hm?
Z fascynacją obserwowałem, jak ma piękna towarzyszka zaczęła szperać w torbie, żeby w końcu wyciągnąć małą strzykawkę.
- Test trzeci - oznajmiła Mercer i wbiła igłę w szyję potwora, który natychmiast się przebudził. Wydał z siebie nienaturalny ryk czysto wyjęty z horroru i pobiegł przed siebie, przeskakując każdą przeszkodę.
- Twoim zadaniem jest go złapać i zabić, nim dobiegnie do swoich kumpli. Masz łatwiej, bo jest osłabiony. Start.
Przez moment stałem jak wryty, zastanawiając się, gdy nagle dotarło do mnie, że tracę na czasie. Nagłe przebudzenie i początek biegu.

Z zadowoleniem stwierdziłem, że Wirus dał mi jeszcze coś nowego - jego wiązki w pewien sposób odbijały się od podłoża, znacznie zwiększając moją prędkość. Mogłem śmiało powiedzieć, że przekroczyłem pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Dodawało mi otuchy też to, że chodnik nie był tak bardzo zasypany ciałami jak ulica,chociaż zdarzały się co jakiś czas rozbite samochody, które potrafiły spowolnić. Cały efekt psuł fakt, że traciłem do ściganego kilka sekund, a biegł on równie szybko jak ja, jeśli nie bardziej.

Po minucie biegu zdarzyło się coś całkiem przeze mnie nieoczekiwanego - mutant wbiegł na ścianę bloku, trzymając się przy pomocy swoich czterech odnóży. Kiedy ja przebiegałem wokół budynków, on przeskakiwał po dachach, zyskując ogromną ilość czasu.

Z przerażeniem stwierdziłem, że muszę szybko coś wymyślić, gdy straciłem Huntera z oczu. Tym razem postawiłem na eksperymentowanie, a nie na niespodzianki, jak wcześniej - wypuściłem z koniuszków palców wiązki Wirusa i rzuciłem się na ścianę budynku.

Zachowałem kamienną twarz, chociaż miałem ochotę zatańczyć. Wspinałem się jakby nigdy nic, chociaż nie musiałem łapać się żadnych szczebli. Chwilę później postanowiłem przyspieszyć całą akcję, dodając do całej zabawy buty. Tak, wypuściłem wiązki właśnie z butów, znacznie ułatwiając wspinaczkę.

W mgnieniu oka znalazłem się na dachu, jednak Hunter zdążył już się porządnie oddalić. Bez zastanowienia zacząłem sprint w jego kierunku.

Ku mojemu zadowoleniu, z każdą chwilą zbliżałem się coraz bardziej do ściganego. W końcu udało mi się zbliżyć do niego na odległość kilku kroków, gdy stało się coś zupełnie nieoczekiwanego: żaden z nas nie zauważył zapaści w dachu budynku. Z zawrotną prędkością zaczęliśmy spadać w dół, że aż wszyscy skonsumowani podeszli mi do gardła. W locie dziwiłem się, co mogło przedziurawić podłogi przez tyle pięter.

Postawiłem na logiczne myślenie: jeśli ma się stać to, co wcześniej, chociaż nie dam się rozszarpać potworowi. Przyjąłem pozycję "na bombę", żeby na końcu podróży wgnieść mutanta w podłogę na głębokość pół metra.

[center]***[/center]

Powoli podniosłem się z podłogi, jęczac z bólu. Szybka analiza sytuacji: ja żyję, Hunter nie, brakuje mu nogi. Nie wyrwała się podczas lądowania, bo "końcówka" była idealnie wygładzona, więc zgadywałem, że Wirus wpadł na pomysł, jak mnie zregenerować. Nikt dawno nie zrobił dla mnie czegoś tak miłego!

Nie pierwszy raz byłem w sytuacji, gdzie musiałem zdać się na własną odpowiedzialność, ale tym razem byłem głęboko w czarnej dupie, jak to się mawia. Nie wiedziałem, gdzie jestem, jak wrócić i wiele, wiele innych. Złościłem się na siebie, czemu nie pytałem, kiedy miałem okazję. Mogłem najpierw dowiedzieć się miliona rzeczy, które mnie interesowały, ale nie! Idźmy na żywioł!

- Komu w drogę, temu czas... - wymamrotałem do siebie i zacząłem działać. Skonsumowałem do końca martwego potwora i z nowym przybytkiem energii ruszyłem do celu. Nie było problemu w wyjściu z budynku, ale później... Cóż, już chociaż wiem, że Wirus nie ma w sobie GPSa.

Za sposób na obeznanie się w terenie uznałem wejście na dach budynku. Dzięki pomocy moich nadludzkich mocy wspiąłem się na sam szczyt i znalazłem dziurę, która zrobiła nam niespodziankę. Podziękowałem w duchu jakiejś wyższej boskiej istocie, bo udało mi się poznać, od której strony spadłem, co analogicznie pokazało kierunek powrotu. Może nie była to pewna droga, ale zawsze jakaś.

Ogrom pytań nie dawał mi spokoju. Czy znajdę drogę powrotną? Kim jestem? Co mi się stało? Jakim sposobem stałem się tym, czym się stałem? Gdzie jestem? No i pytanie, które dręczyło mnie najbardziej...

Co jeszcze potrafię?

---

* - Jeśli czytaliście już moje fiki o pokemonach, pewnie przeleciało Wam przed oczami to nazwisko. Powód jest taki, że po prostu z sentymentu do PT postanowiłem je wybrać, a jeszcze nie wiedziałem, że napiszę właśnie o tym.

Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość