Slasher

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Slasher

Postautor: Skorpion » 31 paź 2016, 19:35

Zawsze chciałem napisać slasher i dzisiaj się zaparłem i napisałem.

tytuł: Slasher
opis: Na potrzeby zaliczenia szkolnego projektu czwórka chłopaków postanawia nakręcić film o okolicznej legendzie - nawiedzonym domu. Na miejscu odkrywają trupa. W międzyczasie miasteczkiem wstrząsa seria zbrodni, za którymi stoi tajemniczy Kapturnik.
gatunek: horror, komedia, parodia, kryminał ps. mam nadzieję, że śmieszne
status: zakończone

Rozdział 1
Nawiedzony dom


Trup. Zdarza się, czasem. I nikt nic na to nie poradzi, bo jak trup już leży to wiele poradzić już na niego niego można. Ani to przenieść, ani to obudzić. Nic! Leży taki i zachowuje się, jakby jego obecność była kulminacją wieczoru. Trup, młodej dziewczyny, a jak młodej to pewnie zamordowanej, nie stanowił jednak kulminacji tegoż wieczoru. Kulminację stanowiły wydarzenia późniejsze i niezwiązane bezpośrednio z samym trupem...
Nieco wcześniej Martynka zdecydowała się na sekretną schadzkę z chłopakiem, którego personalia, dla potęgi późniejszej intrygi przemilczę chwilowo. Nieznacznie stremowana dla niepoznaki zgasiła światło w pokoju i wymknęła się przez okno. Oczywiście wcześniej upewniając się, że rodzice już śpią. Gdyby ci odkryli, że się wymknęła na schadzkę z miłością swojego życia... Martynkę na moment zatrwożyła wizja wściekłego tatusia, który jak walec przejeżdża po jej ukochanym i mamusi przeklinającej martynkowe nieposłuszeństwo. Rozumiała ich obawy, ale miała już piętnaście lat i była dorosła, a oni przesadnie opiekuńczy. Dosyć tego!
Zakochani umówili się o jedenastej na skraju łąki. Chłopaka jeszcze nie było, a więc w oczekiwaniu na niego Martynka przycupnęła na niewielkim kamieniu. Atmosfera wydawała się jej się nieszczególnie romantyczna. Robiło się coraz chłodniej, intensywny zapach bagien był dokuczliwy w takim samym stopniu co hordy komarów gromadzące się w jej pobliżu. Czekała, bo miłości życia popędzać nie można. Jednak z dłużącym się wyczekiwaniem jej granica tolerancji na spóźnienie malała, a miłość jej życia zmieniała się w życiowy błąd. Wtedy usłyszała przerażający ryk. Zamarła.
Człowiek? Boże uchowaj, jeśli to jakiś zboczeniec... Dzik! Boże, to już chyba lepiej zboczeniec – pomyślała.
- Halo?! - zawołała cicho.
Ryk się powtórzył jakby nico bliżej.
Martynka poczuła zimny dreszcz biegnący po jej plecach.
- Kto tam? - jęknęła jeszcze ciszej.
Ryczenie nasiliło się. Teraz już naprawdę blisko.
Nagle pojęła, iż ów ryk jest odgłosem ludzkim. Nie potrafiła jednak wyłapać słów, które ewidentnie się pojawiały w jego brzmieniu. Pośpiesznym krokiem rzuciła się do ucieczki. Trudno określić, czy dalsze wydarzenia były jedynie wytworem jej wyobraźni czy okropną rzeczywistością, bo uciekała przed ryczącym facetem z siekierą. Biegnąc na oślep nie zauważyła, kiedy wleciała w pokrzywy. W furii wywołanej strachem i oparzeniami wyskoczyła z parzących krzaków na szosę niedaleko własnego domu. Wpadając do własnego ogrodu podniosła alarm. Ryczący facet z siekierą, wyimagowany lub nie, zniknął, ale pojawili się za to wyrwaniu ze snu rodzice i sąsiedzi. Martynka musiała gęsto się tłumaczyć. Tatuś wściekł się na miłość jej życia, mamusia z kolei przeklinała jej nieposłuszeństwo, a ryczący facet z siekierą zaginął bez śladu. I tak minęło dwadzieścia lat...

Lipki – miejscowość w Polsce położona w województwie wielkopolskim, w powiecie poznańskim – przeczytał początek skromnej notatki z Wikipedii, którą zaadaptował na własne zadanie domowe. Wziąwszy głęboki oddech doczytał resztę ignorując wszelakie znaki przystankowe:
- Przez miasteczko przebiega droga wojewódzka numer 184.
To jaki numer ma droga przebiegająca przez wieś było mu akurat obojętne. Całej klasie było to obojętne. Na dole strony znajdowały się fotografie; kolorowe budynki, przystanek autobusowy oraz szosa ciągnąca się wzdłuż lasu.
- To wszystko? - upewniła się nauczycielka.
Paweł przytaknął.
- Straszny z ciebie minimalista – westchnęła, po czym rozejrzała się po klasie: - Kto przygotował coś jeszcze o Lipkach?
Do góry uniosła się jedna pajęcza ręka.
Kobieta chciała wierzyć w większe zaangażowanie swoich wychowanków i pomijając przygotowanego do lekcji prymusa klasowego zapytała:
- Czy ktoś poza Szczepanem przygotował jakieś informacje na temat naszej miejscowości?
Cisza. W ciszy i pustce w górze falowała wręcz błagająca o uwagę ręka Szczepana. Chłopak przygotował referat pod tytułem "Śladami pierwszym Lipczan" i bardzo chciał przedstawić wyniki swoich dociekań.
Rozbrzmiał dzwonek, a tabun znudzonych uczniów ruszył ku wyjściu.
- Do przygotowania materiału o Lipkach zostały równo dwa tygodnie – podjęła ostateczną próbę przypomnienia uczniom o zadaniu domowym. - Praca ma zostać stworzona w czteroosobowych grupach!

Paweł Ostrowski i Leszek Matuszewicz zajęli miejsca na ławkach oddalonych nieco od boiska piłkarskiego i tam postanowili rozpocząć naradę strategiczną. Chociaż obaj wyznawali zasadę: "im dłużej przekładasz obowiązek, tym lepiej pracujesz w późniejszym pośpiechu", powoli zbliżał się moment, w którym należało zabrać się za przekładaną od miesiąca pracę domową i stworzyć coś w imię dopalacza albo trói z minusem.
- Moglibyśmy wkręcić do spółki jakiegoś osła, który odrobi pracę za nas – stwierdził Leszek.
Obaj pomyśleli o Szczepanie, ale ten zdawało się, już istniał w jakiejś grupie, a ta z pewnością nie pozwoli sobie go podkraść.
- Tak czy inaczej musimy dokooptować jeszcze dwie osoby – przyznał Paweł.
I w tej jednej chwili jakimś dziwnym zrządzeniem losu dokooptowała się do nich osoba trzecia w postaci Adriana Korby. Uśmiechnięty blondyn, chluba sportowa szkoły dosiadła się do nich i oznajmiła trybem rozkazującym:
- Dołączam do waszej grupy.
- Ty? - wydukał Paweł.
Adrian był ostatnią osobą, którą widział w swoim zespole. Nie miał nic przeciwko niemu, kiedyś w zerówce pracował z nim w grupie, ale od czasów przedszkolnych ich drogi rozeszły się. Korba brał udział we wszelkich olimpiadach sportowych, otaczał się wianuszkiem dziewczyn. Paweł z kolei forsował się na zajęciach wychowania fizycznego, a przy dziewczynach zaczynał opowiadać jakieś głupoty.
- Myślałem, że przygotujesz referat ze swoją dziewczyną – odparł zaskoczony Leszek.
- Natalia jest z bliźniaczkami i Szczepanem – mruknął z urazą.
Teraz przynajmniej wiedzieli, kto podebrał mi klasowego prymusa. We trójkę rozpoczęli burzę mózgów, która z początku okazała się niezbyt produktywna.
- Mam ochotę stworzyć coś bardziej ambitnego – przyznał Paweł. - Moglibyśmy zamiast referatu papierowego stworzyć film o Lipkach.
- Mam świetny pomysł na temat filmu – podłączył się podekscytowany Adrian. - "Sławni ludzie w Lipkach".
- A mamy tu jakieś sławy? - spytał z powątpiewaniem Leszek.
Korba zaśmiał się pobłażliwie i odpowiedział:
- W przyszłości będę sławnym trójboistą, a wy macie szansę nakręcić film o początkach mojej kariery.
- Jak o tobie to i o mnie – stwierdził z przekąsem Matuszewicz.
- A ty co takiego robisz?
- Będę sławnym raperem.
Adrian spojrzał na Lecha bez większego przekonania. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jego wygląd. Potężnej postury, ostrzyżony na zapałkę, ubrany w dresową bluzę i spodnie. W pierwszej chwili kojarzył się z dresem spod sklepu.
- Film musi być o Lipkach i jakimś wydarzeniu z nimi związanym – przypomniał Paweł.
- A mówi wam coś sprawa Martynki? - do rozmowy wtrącił się Konrad Brzęcki, który od jakiegoś czasu siedział na sąsiedniej ławce i przysłuchiwał się naradzie.
Każdy z nich coś tam słyszał o stukniętej Martynce, która dwadzieścia lat temu ponoć uciekała łąkami przed szaleńcem zaopatrzonym w siekierę.
- Mówią, że to był zbieg z zakładu dla czubków – wyjawił konfidencjonalnie Konrad.
- A skąd tu się wziął zbieg z zakładu dla czubków? - zirytował się Adrian.
- Był tu kiedyś psychiatryk – przytaknął Leszek.
- Nadal jest. Matka Pawła... - Konrad szybko ugryzł się w język.
Wszyscy wiedzieli o sprawie sprzed lat, w której mama Pawła w próbie ekshibicjonistycznego protestu przeciwko urzędowemu chamstwu zdjęła wierzchnią cześć garderoby i przebiegła się po Lipkach. Panowie zgodnie przemilczeli sprawę.
- To nie był wariat.
- Skąd wiesz?
- To nie był wariat – powtórzył Konrad.
- Nie był nikt. Dziewczyna była na gazie i jej się przewidziało.
- Pomyliła obcego ze swoim chłopakiem.
- Mniejsza o to – uciął Paweł.
Miał już dosyć idiotycznych plotek, z których każda kolejna wydawała się bardziej absurdalna od poprzedniej.
- Jest więcej mrocznych spraw związanych z Lipkami – Konrad podjął nowy wątek. - Od 1982 do 1991 roku w Lipkach zaginęło 10 osób.
Jak na niewielkie miasteczko liczba była dość wysoka i tym bardziej niepokoiła, że według zapewnień Konrada zaginięcia powtarzały się w równych okresach czasu. Raz w roku znikała jedna osoba pomiędzy majem, a czerwcem.
- Mam! - zawołał Adrian. - Nawiedzony dom!
Konrad podłapał pierwszy i z uznaniem skinął głową. Pozostali dwaj przypomnieli sobie o starej chacie przeznaczonej do rozbiórki. Miejscowa legenda głosiła, że ów miejsce jest nawiedzone przez mroczne siły. Jeśli chcieli nakręcić film o Lipkach to nie było lepszego miejsca od nawiedzonego domu. Konrad został dołączony do ekipy jako konsultant historyczny.

Telefon zadzwonił późnym popołudniem. Natalia odebrała dopiero po dwóch dzwonkach.
- Słucham?
- Jaki jest twój ulubiony horror?
- Co? - zdziwiła się pytaniem.
- Jestem w wypożyczalni – wyjaśnił Adrian. - Chciałem potem wpaść do ciebie z jakimś filmem.
W pierwszej chwili chciała się nadąsać o to, że się nie przedstawił od razu, ale ledwie wyczuwalny foch przeszedł płynnie w odpowiedź:
- Może ten, w którym Bridget Jones spotyka transwestytę?
- Do diabła z miłością?
- Teksańska Masakra. Cały dzisiejszy dzień to masakra – zaczęła trajkotać zapominając o filmie. - Julia stwierdziła, że ja nie powinnam zajmować się przygotowaniami dyskoteki szkolnej, bo mam kiepski gust muzyczny. I jeszcze powiedziała to przy bliźniaczkach! Wiesz jak się czułam?
Adrian nie mógł odpowiedzieć, bo Natalia zwyczajnie nie dawała mu dojść do słowa.
- Jakby powiedziała mi to w cztery oczy albo obgadała za plecami, ale nie! Musiała mnie upokorzyć przed dziewczynami. Mam nadzieję, że ją szlak jasny trafi!
- A może... – przerwał potok słów. - Wybieramy się do nawiedzonego domu. Mamy nakręcić jakiś materiał na zajęcia. Pójdziesz z nami?
Natalia zgodziła się. Zresztą była bardzo ciekawa indywiduów, z którymi współpracował Adrian. Horroro-maniak, syn wariatki i raper amator.

Julia została oplotkowana przez Natalię do tego stopnia, że powinny wyjść jej jakieś parchy. Nic takiego jednak się nie stało. Jako osoba o nieskazitelnym guście muzycznym została obciążona przygotowaniami szkolnej dyskoteki. Pochłonięta dekoracjami, wybieraniem muzyki i rozwieszaniem plakatów straciła rachubę czasu. Jej pomocnicy powoli się wycofywali, a wkrótce w szkole pozostała tylko ona i ponury woźny przemykający przez klasy.
- Dobra! - powiedziała z zadowoleniem. - Cała szkoła przekona się, że jestem lepszą organizatorką. Ha! Natalka skiśnie z zazdrości!
W ciszy rozległ się miarowy stukot. Ktoś przechadzał się korytarzem, ale zajęta łechtaniem własnego ego Julia nie zwróciła uwagi na zbliżającą się doń postać w czerni. Twarz osobnika skrywała się pod białą maską, która wychodziła z ciemnego kaptura. W dłoni ściskał siekierę. Gdy dziewczyna wreszcie się odwróciła oberwała siekierą prosto w twarz. Nie zdążyła krzyknąć. Morderca zsunął na moment maskę z twarzy, aby w pełni podziwiać początek misternego planu.

O godzinie ósmej wieczorem do czekających pod nawiedzonym domem Konrada, Leszka i Pawła dołączyli Natalia i Adrian.
Posesja była w rzeczywistości porzuconą działką. Otaczał ją przewrócony od frontu drewniany płot. Droga do domu znajdującego się na samym środku działki porastała wysoką trawą, ale nie na tyle wysoką, aby nie można było w niej dostrzec walających się tu i ówdzie śmieci. Na tyłach rosła niewysoka grusza. Sam budynek miał wybite okna, a spadzisty dach z lewej strony nieco się zapadał, ściany były szare i odrapane. Wejście do wnętrza nie było trudne, bo drzwi stały uchylone.
- Nawiedzony dom w Lipkach. Scena pierwsza – wyszeptał Konrad i skierował kamerę na kolegów.
Ruszyli zgodnym krokiem.
- Macie pietra? - zapytał z drwiącym uśmieszkiem Leszek.
Delikatnie pchnąwszy drzwi te zaskrzypiały na powitanie. Wewnątrz było ciemno.
Paweł zapalił latarkę i ruszył pierwszy. Nawiedzony dom rozczarowywał pod każdym możliwym względem. Nie wydawał się już straszny, gdy przekroczyło się jego próg, ani mroczny, kiedy miało się ze sobą latarkę.
- Chała, a nie nawiedzony dom – skrytykowała Natalia i ścisnęła dłoń swojego chłopaka.
- Gdyby to był slasher to wy dwoje już byście byli martwi – syknął Konrad.
Adrian już miał skontrować, gdy usłyszeli:
- Nie dostrzegacie mrocznych sekretów ukrytych w ścianach tego domostwa.
Paweł odruchowo skierował latarkę na pokój, z którego dobył się głos. Pod ścianą stała ich koleżanka z klasy. Niewysoka dziewczyna o dziecięcej buzi i długich, kasztanowych włosach spętanych w warkocz. Miała na sobie długa falującą suknię i ciemno zielony sweter. Na szyi lśnił medalik.
- Ada? - zdziwił się Paweł.
- Co tu robisz?
- Próbuję naładować się energią tego miejsca – odparła płynnie przechodząc przez pomieszczenie.
- Wariatka – wyszeptała Natalia.
- Wiccanka – poprawiła ją. - A wy czego tutaj szukacie?
- Kręcimy materiał na temat nawiedzonego domu – odpowiedział Leszek.
Konrad dał zbliżenie na Adę, ale ta zrobiła szybki unik i już stała obok Pawła. Nagle rozległ się ogromny rumor. Grupa intuicyjnie popędziła w głąb domu. Na podłodze leżał Szczepan oplątany w jakieś kable.
- A ten tu czego?! - warknął Adrian.
- Ja... Ja... - jęczał próbując wyplątać się z kabli. Sztuka udała mu się dopiero z pomocą Leszka i Pawła. Kable były połączone z mikrofonem i magnetofonem. - Bo ja podglądam sekretne życie erotyczne nietoperzy.
- Jezu, jakich nietoperzy?! - zdenerwowała się Natalia.
- W tym budynku kopulują ze sobą nietoperze i w imieniu kółka biologicznego miałem zamiar nagrać je podczas no tego...
Konrad przeszedł z kamerą do kolejnego pomieszczenia, niewielkiej łazienki i tam wrzasnął. Pozostali ruszyli w jego stronę. Kamera leżała na ziemi, a kamerzysta wycofywał się po czworakach jęcząc coś o zwłokach. Leszek, Adrian i Paweł wpadli do łazienki równocześnie, klinując się w drzwiach. Mieli doskonały widok na wannę, w której leżał trup Julii. Z trudem wydostali się z drzwi i przeszli do tyłu. Szczepan zaczął wrzeszczeć altem, Ada pobladła, a Natalia dostała ataku spazmów.
- Moja najukochańsza przyjaciółka! - wrzeszczała Natalia. - Kto to zrobił?!
Ostatnio zmieniony 01 lip 2020, 19:09 przez Skorpion, łącznie zmieniany 8 razy.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Vampircia » 03 lis 2016, 22:55

Nie gustuję w horrorach, ale dam temu szansę. Początek spoko. Trochę się zastanawiam, kiedy to się dzieje, bo z jednej strony wikipedia, a z drugiej... wypożyczalniaO_O? Wypożyczalnie już nie istnieją. Chyba że to alternatywna rzeczywistość. Dla mnie nie śmieszne, ale jako pastisz może być.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 03 lis 2016, 23:38

Wypożyczalnie już nie istnieją.
#Alewtopa
Bardzo chciałem oprzeć jakiś żart o ten słynny dialog telefoniczny z Krzyku i wyszło, ale spoko już wiem jak z tego wybrnąć.

Dzięki za komentarz i zwrócenie uwagi z wypożyczalnią.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 09 lis 2016, 20:26

Opis bohaterów:
Paweł - gdyby był dziewczyną, po prostu otrzymałby podpis "final girl", wychowany przez ojca i macochę. Jego matka została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym.
Leszek - kumpel Pawła od zerówki. Marzy o karierze raperskiej, ale na razie brakuje sukcesów w tej płaszczyźnie.
Adrian - sportowiec, trenuje trójbój, chodzi z Natalią, a ponadto skrywa pewien mroczny sekret, którego jeszcze nie wymyśliłem.
Konrad - fan kina grozy, prowadzi blog poświęcony horrorom, ale o tym potem. Odludek i dziwak.

Rozdział 2
Krzyk


Tamtej nocy trzy rzeczy stały się pewne. Po pierwsze, w Lipkach doszło do zbrodni. Inaczej nie dało się wyjaśnić znaleziska w postaci zwłok Julii Kołacz. Po drugie, odkrycia dokonała siódemka uczniów miejscowego technikum hotelarskiego. Po trzecie, prowadzący sprawę, komendant Andrzej Burski, miał życiowego pecha i tu można w podpunktach wymienić wszystkie okoliczności świadczące o jego osobistym nieszczęściu; narzeczona zwiała sprzed ołtarza w towarzystwie drużby, ślub odwołany, prezenty trzeba oddać, a urlop wycofać w ostatniej chwili z powodu wstrząsającej zbrodni.
Na komisariat zadzwonił telefon. Młody chłopak po drugiej stronie uprzejmie i bez pośpiechu zawiadomił o znalezieniu ciała koleżanki. W odpowiedzi na kolejne pytania wybuchła panika. Obok młodzieńca pojawiły się głosy osób mu towarzyszących, zamęt, histeria i krzyki o nagrywaniu jakichś nietoperzy. Na miejsce udał się zastępca Burskiego, Tomasz Prusakiewicz. Młodzieniec niezbyt lotny umysłowo, ale zgłoszenie, nawet jeśli to żart, trzeba sprawdzić. Pod nawiedzonym domem Tomka dopadła banda nastolatków. Drąc się na przemian zaprowadzili go do łazienki, gdzie ten zasłabł. Widok młodej dziewczyny leżącej w wannie z rozrąbaną na dwie połowy czaszką nie był tym, czego się spodziewał zastępca komendanta. Także zasłabnięcie było najnaturalniejszym odruchem z jego strony. Sodoma i Gomora rozpętała się na dobre dopiero potem...
Powiadomiony o sytuacji Burski zjawił się około północy. Zjawił się i osłupiał. Siódemka nastolatków składała zeznania wspólnie, bo zidiociały zastępca nie wpadł na pomysł, aby przesłuchać ich pojedynczo. Zleciały się miejscowe gapie i one też zeznawały, chociaż o niczym nie wiedziały, ale swoje z chęcią dokładały. Każdy chodził gdzie chciał i po co chciał. Po chwili nie było mowy o zbieraniu jakichkolwiek śladów, a po kolejnej cała wioska wiedziała, że ktoś zamordował jakąś dziewczynę. Wściekły komendant zapakował świadków do samochodów i zawiózł na komendę w nikłej nadziei uratowania zeznań.
- Byłam tam od siedemnastej – tłumaczyła Ada. - Słyszałam coś...
- Ja się nie włamałem – jęczał Szczepan bez składu. - Bo kółko biologiczne, nietoperze i... telefon.
- Wcześniej byłem u swojej dziewczyny – zeznawał Adrian. - A jeszcze przed tym w wypożyczalni wideo – a po chwili wymruczał pod nosem: - Musiałem zgubić swój telefon. Oddajcie jak znajdziecie.
- Mieliśmy kręcić film o nawiedzonym domu – mówił podekscytowany Konrad. - Czułem się jak w scenie z Krwawego odwetu – po tych słowach nabrał powagi. - Nie żebym był jakimś czubkiem albo maniakiem...
- Ja, Paweł i Konrad dotarliśmy tam razem o szóstej z groszem – odpowiadał Leszek. - Za resztę ręczyć nie będę.
- Julia była moją najlepszą przyjaciółką – tłumaczyła ze łzami w oczach Natalia. - Nie martw się, Juleczko! Zorganizuję szkolną dyskotekę za ciebie, aby uczcić twoją pamięć!
Ostatnim przesłuchiwanym był Paweł Ostrowski. Burski potwierdził jego zeznania, a potem już tak zupełnie prywatnie zaczął dopytywać się go o różne rzeczy.
- W której jesteś klasie?
- Trzeciej.
- Ciężko w tym waszym technikum? Ten film, to kręciliście jako pracę domową?
- Ciężko, nieciężko – wzruszył ramionami. - Taa, mamy przygotować projekt o Lipkach i stwierdziliśmy, że fajnym pomysłem będzie film o domu, w którym powiesił się facet.
- Ten dom był okryty złą sławą jeszcze przed wisielcem.
Paweł spojrzał na policjanta badawczo, ale ten zwyczajnie nie kontynuował tematu.
W tej samej chwili na komisariat wbiegł ojciec Pawła. Wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować. Z kolei jego garderoba musiała eksplodować już gdzieś po drodze, bo stał po środku komendy w laczkach i szarej piżamie, na którą narzucone miał kobiece palto przeciw deszczowe. Tuż za nim na posterunek weszła jego żona.
O pierwszej w nocy do Ostrowskich zadzwonił zastępca komendanta z wiadomością, iż syn wziął udział w morderstwie i wskazany jest przyjazd rodziców na komisariat policji w Lipkach. Pan Wojtek poczuł jak ciemnieje mu przed oczami. Jego syn wmieszany w morderstwo?! Zabił kogoś?! Czy to są jakieś żarty? W amoku rzucił się do samochodu i więcej nie pamiętał. Równie zdenerwowana, ale nieco trzeźwiej myśląca żona podała mu pierwszy z brzegu płaszcz z szafy i zaproponowała swoje usługi w postaci kierowcy. Na komisariacie znaleźli się w rekordowym tempie. Rozum udało mu się odzyskać dopiero po wyjaśnieniach Burskiego.
Kolejne przesłuchanie Pawła odbyło się już w domu. A co? A gdzie? A kiedy? Nastolatek posłusznie odpowiadał na pytania ojca, ale na najważniejsze, czyli jak się w to wmieszał, nie potrafił odpowiedzieć.
- Daj mu już spokój – wtrąciła się Liwia. - To był ciężki dzień dla niego.
Chłopak obdarzył macochę wdzięcznym spojrzeniem. Zrozumiała bez słów. 
- Na całe szczęście nic mu się nie stało - dodała.
- Po prostu się martwię – odparł z urazą Wojtek.
Paweł wrócił do swojego pokoju. Nigdy wcześniej nie czuł się tak skołowany i zmęczony jednocześnie. Usiadł na łóżku i zdjął bluzę. Na wysokości jego oczu znajdowało się okno wychodzące na podwórze. Przez moment wpatrywał się w pustą ciemność. W mrokach dostrzegł osobnika skracającego sobie drogę na szosę przez ich posesje. Kim był? Trudno powiedzieć, bo głowę skrywał pod kapturem, a twarz zasłaniał białą maską.

Matematyka u profesor Jędrus nie była dla mięczaków. O, nie! Tu przychodziło się przygotowanym albo wcale. Nic więc dziwnego, że większość uczniów starała się unikać przedmiotu. Energiczna pięćdziesięciolatka nie przejmowała się wagarowiczami. Wiedziała, że prędzej, czy później każdy zjawi się przed jej biurkiem i z przerażeniem zapyta o dwóję na semestr. W poniedziałek rano odbył się apel i zabrał prawie całą godzinę lekcyjną. Trzecia C wróciła do klasy na ostatnie piętnaście minut lekcji, gdzie już czekała na nich nauczycielka. Nim zdążyli zająć miejsca zapytała:
- Czy pan Matuszewicz jest przygotowany do odpowiedzi?
- Kurde, wiedziałem – mruknął zrezygnowany Leszek. - Dzisiaj nie bardzo.
- Oczywiście – burknęła. - Pan to nawet na sądzie ostatecznym nie będzie przygotowany.
- Czemu ona zawsze mnie się czepia? - jęknął półszeptem. - Jak co to...
- Powinniśmy dokończyć referat o Lipkach – przerwał mu Paweł.
Leszek zamilkł.
- Policja zabrała moją kamerę i nagrany film – do rozmowy włączył się Konrad, który siedział ławkę dalej.
Jędrus spiorunowała chłopaka wzrokiem, ale ten się tym nie przejął. Matematyczka pochwyciła kredę i z jakąś niepojętą energią zajęła się notowaniem treści zadania domowego. 
- Trudno, zamiast filmu napiszemy tradycyjny referat i tyle, ziomki – Leszek od niechcenia zaczął przepisywać z tablicy.
- Nie mówię o tym - zniecierpliwił się Paweł. - Mam nowy temat, znajdźmy mordercę Julii.
Konrad i Leszek spojrzeli na siebie, a potem na niego, ale nic nie odpowiedzieli, a więc zwrócił się do siedzącego z przodu kolegi.
- Adrian, piszesz się na to?
Na dźwięk swojego imienia lekko się poruszył, ale nie odwrócił się. Słyszał całą ich rozmowę, ale nie chciał brać w niej udziału. Przemógł się i stwierdził, bez odwracania się do nich:
- Chyba żartujesz. Nie mam zamiaru bawić się z wami w detektywów.
- A może to ty ją zabiłeś? - zasugerował złośliwie Konrad. 
- Daj mi spokój - warknął. - Byłem w wypożyczalni video, a potem z dziewczyną.
- Nie wiedziałem, że wypożyczalnie jeszcze istnieją – zdziwił się szczerze.
- Wypchajcie się, powiedziałem! - tym razem odwrócił się do nich: - Nie wasza sprawa, co robiłem!
- Pan Korba może zaraz robić zadania przy tablicy! - ryknęła nieżyczliwie nauczycielka.
Zapadła cisza. 
- Konrad, a ty?
Konrad nie wyraził większego zainteresowania i projekt upadł.

Nie był to jednak jedyny projekt, który miał upaść tamtego dnia. Na dużej przerwie Natalia żywo dyskutowała z siostrami Kubińskimi o organizacji dyskoteki szkolnej. 
- Słuchajcie, od teraz na mnie spoczywa obowiązek przygotowania imprezy i chcę was zaangażować do pomocy.
Bliźniaczki spojrzały po sobie zdziwione.
- Ale... - zaczęła niepewnie Zuzia. - Dyrektor odwołał dyskotekę. 
- Odwołał? Kiedy? 
- Na apelu - dodała: - Powiedział, że to niewłaściwy czas na zabawę. 
No jasne! Julia od zawsze zatruwała jej życie. Była niczym drzazga w oku, której nie szło się pozbyć. Zawsze przymilna i serdeczna, a za plecami knująca i fałszywa do granic możliwości. Odejście Julii z padołu ziemskiego, jakkolwiek nieprzyjemne, Natalia przyjęła z ulgą. Oczywiście, Kołaczowa musiała wywinąć jej takie świństwo na sam koniec! Padła trupem, zmuszając dyrektora do odwołania ostatniej imprezy szkolnej roku. Pierwszej, na której miała się pojawić oficjalnie jako dziewczyna Adriana.
- Nie zgadzam się! Tak tego nie zostawię! – zawołała mściwie Natalia.
- Ale dyrektor zabronił – Marysia poparła siostrę.
- Urządzimy imprezę poza szkołą – postanowiła. - Połączymy moją osiemnastkę z dyskoteką szkolną. Całość zorganizujemy na działce moich rodziców. Wy zajmiecie się...
- Chwila! Ustalmy jedno - przerwała Marysia. - Jesteśmy bliźniaczkami, ale to nie znaczy, że należy nas traktować jako jedną osobę. Jesteśmy indywidualnymi bytami i domagam się traktowania nas jako oddzielnych jednostek personalnych.
- Dobra! - mruknęła niezadowolona Natalia.
Fizyczne podobieństwa sióstr kończyły się na klasie szóstej, zaś różnice rozpoczynały się na gimnazjum. Wtedy też wojowniczą Marysię zaczęły irytować podobne ubrania, identyczna fryzura, sylwetka oraz otoczenie mylące siostry ze sobą. Postanowiła przeciwdziałać i za najlepszą metodę uznała robienie wszystkiego w opozycji do Zuzanny. Zuzie podobieństwo do siostry było obojętne i nie przejmując się tym ani trochę rozkwitała urodą i uśmiechem, czym zmuszała Marysię do ponuractwa i brzydoty.
Zadzwonił telefon Natalii. Odebrała bez namysłu.
- Halo!
- Jaka jest twoja ulubiona lektura szkolna – rozległo się w słuchawce.
- Kim jesteś? - zapytała podejrzliwie.
- To ja, twój chłopak.
Na wyświetlaczu widniał numer Adriana, ale to nie był jego głos.
- Nieprawda! - warknęła. - Nie jesteś moim chłopakiem! On wie, że jedyną lekturą szkolną jaką przeczytałam było "Puc, Bursztyn i goście"! Także przedstaw się zanim mnie szlag jasny trafi!
- To ja Szczepan! Przepraszam! - zawył rozpaczliwie.
- Szczepan? Skąd masz komórkę Adriana?!
- Znalazłem! Przepraszam!
- To mu ją oddaj!
- Dobrze! Przepraszam! - jęknął, rozłączając się.
Szczepan nie przemyślał tej rozmowy. Pchnięty chwilowym skretynieniem postanowił zadzwonić do dziewczyny, w której skrycie się podkochiwał od piątej klasy. Chciał być intrygujący i uwodzicielski niczym Gustaw z mickiewiczowskich Dziadów, ale wszystko zrujnował przez zdenerwowanie. Jeszcze większym kretynizmem było używanie komórki znalezionej w nawiedzonym domu, którą teraz musiał oddać.

Leszek i Paweł podjęli jednomyślną decyzje o skróceniu dnia szkolnego o dwie godziny, na które wypadały im przedmioty zawodowe. Przygotowywany projekt filmowy o nawiedzonym domu okazał się kompletnym fiaskiem, w które wmieszała się policja, zanim ten w ogóle zdążył powstać. 
- Niech tłumaczą się Adrian i Konrad, to też ich projekt - stwierdził Leszek, wychodząc ze szkoły.
Teraz zmierzali w kierunku osiedla, na którym mieszkał Leszek. Ścieżka była szeroka i piaszczysta. Za plecami mieli technikum, a przed sobą pierwsze działki. Gdyby przecięli pole w linii prostej, to za jakieś dwa kilometry, znaleźliby się pod nawiedzonym domem. Ciekawe, czy jeszcze ktoś tam jest? Policja kręciła się tam przez cały weekend, a morderca? Może właśnie zaciera ślady?
- To wpadliśmy z tym trupem - rzucił Paweł.
- Nic mi nie mów – westchnął ciężko. - Moi starzy dostali jakiejś białej gorączki. Mam zakaz szlajania się po podejrzanych miejscach, a u ciebie co?
- Ojciec się martwił.
- Naprawdę chcesz plątać się w tę aferę?- Leszek stanął na chwilę i spojrzał w kierunku nawiedzonego domu. 
Paweł również przystanął i spojrzał w jego stronę. Stąd budynek nie był widoczny.
- No... - w głosie zabrzmiała nutka niepewności. - Już jestem w nią wplątany. Wszyscy jesteśmy.
- Ale czy bardziej chcesz się wplątywać? - dodał: - Ty to zawsze nas pakujesz w jakieś kłopoty.
- Ja?
- Tak, ty znaczy my... Kumplujemy się od zerówki i jak takie dwa głupki pakujemy się w każde kłopoty. 
- Czyli chcesz mi pomóc w szukaniu mordercy? - wolał się upewnić.
- A mam cię z tym samego zostawić, ziom? Mieszamy się w to razem albo wcale – postanowił, przekrzywił nieco czapkę i spytał w kwestii formalnej: - Co wiemy?
- Julia została zamordowana w szkole.
- I ktoś zadał sobie trud, aby przenieść ciało do nawiedzonego domu – uzupełnił. - Trochę głupie.
- A ty gdzie byś ukrył ciało? - zapytał krytycznie Paweł. - To idealne miejsce, bo nikt tam normalnie nie chodzi.
Leszek roześmiał się.
- Morderca miał cholernego pecha. Akurat, gdy chciał popełnić zbrodnię, my mu się napatoczyliśmy.
Tym razem roześmiał się Paweł. Było w tym sporo racji.
- Przewiózł je samochodem, czy przytargał na plecach?
- Raczej przewiózł. Od szkoły do nawiedzonego domu są przeszło trzy kilometry.
- Podejrzani?
- Nasza wesoła banda – westchnął Leszek. - Ada była tam pierwsza, ale żeby przenieść ciało, musiałaby użyć samochodu. 
- Policja nie znalazła w pobliżu żadnego samochodu - stwierdził Paweł, ale w jego głosie brakowało przekonania. - Ciekawe, dlaczego dzisiaj nie było jej w szkole?
Leszek zignorował pytanie na rzecz dalszej dedukcji:
- Przewiozła ciało, uciekła samochodem, a potem wróciła piechotą, żeby je schować. Wtedy wpadła na nas.
Paweł miał własną teorię, o której nie chciał jeszcze wspominać. Najpierw musiał porozmawiać z Adą. Musiał? Nie, nie musiał, ale bardzo chciał włączyć ją w śledztwo.
- A Szczepan? - wymamrotał wreszcie. 
- Nie wyobrażam sobie tego.
- Bo?
- Nie wyobrażam sobie tego – powtórzył. - Ja, ty i Konrad siedzieliśmy u ciebie od południa do wizyty w nawiedzonym domu. Odpadamy z grona podejrzanych.
- Podobnie Adrian i Natalia.
- Musimy pogadać z woźnym, koniecznie – uznał Leszek.
- Policja pewnie go przemaglowała.
- I pewnie niczego im nie powiedział. Z nami będzie gadał inaczej - zapewnił. 
W tym samym momencie weszli na osiedle. 

Zbliżało się późne popołudnie, gdy Adrian zamykał szkolną siłownię. W tamtej chwili jego uwagę przykuł mężczyzna na końcu korytarza. Ubrany w ciemny płaszcz z kapturem narzuconym na łeb. 
- A ty to kto? - spytał. 
Nie odpowiedział. Adrian zamarł, widząc siekierę, która spoczywała tuż obok nogi nieznajomego. Nagle rozległ się rumor. Po schodach zbiegł Szczepan i wpakował się wprost na Adriana. Nieco oszołomiony sportowiec usłyszał coś o telefonie, jakimś Gustawie z Dziadów i przeprosinach dla Natalie. Ze szczepanowej plątaniny słów nie zrozumiał niczego poza tym, że ten znalazł jego komórkę. 
Facet w kapturze zniknął. 

W imię własnej indywidualności Marysia postanowiła zostać po lekcjach na świetlicy i odrobić pracę domową z matematyki, na co Zuzanna nigdy by się nie zdobyła. 
- Niech to babsko znowu spróbuje powiedzieć, że - przeklinała matematyczkę - "siostry Kubińskie są nie przygotowane do lekcji"! Tym razem Marysia będzie mieć zadanie domowe, a Zuzia nie! Jesteśmy zupełnie różne jak humanistka i ścisłowiec!
Ambicja zżerała ją do tego stopnia, że zrobiła wszystkie zadania, a nawet te oznaczone kaktusikami, czyli ponadprogramowe. 
- No to na tyle – westchnęła, zamykając zeszyt.
Ktoś zwrócił jej uwagę delikatnym kasłaniem. Obejrzała się. W progu sali stał zakapturzony facet z siekierą pod pachą. Kaptur, pół biedy, ale twarz ukrywała się pod białą maską. Stał nieruchomo i przypatrywał się Marysi, jakby czekając, aż skończy odrabiać lekcje. Gdyby nie ostatnie wydarzenia, zareagowałaby zapewne inaczej, ale morderstwo Julii i facet z siekierą tak jakoś budziły w niej nieprzyjemne skojarzenia. Intuicyjnie rzuciła się do ucieczki, a kapturnik za nią. Część energii postanowiła przeznaczyć na wrzask, drugą z kolei na dziki galop po szkolnym korytarzu. Kapturnik biegł wolniej i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Bieg w pełnym umundurowaniu i jeszcze z siekierą w łapach nie mógł należeć do najłatwiejszych. Przed samymi schodami Marysia dała ogromnego susa i o mało nie rozbiła sobie głowy o marmurową posadzkę.
- Ha! Myślałeś, że cię wyręczę? Nic z tego!
Napastnik zatrzymał się przed schodami. Zrezygnowawszy z dalszego pościgu, spokojnie wycofał się.
Tymczasem Marysia wypadła na boisko i drąc się wniebogłosy dogoniła Szczepana oraz Adriana. Wezwano policję, a roztrzęsiona niedoszła ofiara opowiedziała komendantowi Burskiemu o swoim spotkaniu z facetem w kapturze.
Ostatnio zmieniony 13 lis 2016, 14:53 przez Skorpion, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Vampircia » 11 lis 2016, 11:33

Chyba udało ci się mnie trochę przekonać do gatunku, bo nawet taki klimatyczny sen niedawno miałam. Jestem ciekawa, co będzie dalej, chociaż moim zdaniem za szybko pojawia się gość z siekierą. To troszkę psuje suspens. Ale za to dobrze wybrnąłeś z motywu z wypożyczalnią.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 17 lis 2016, 18:52

Natalia – dziewczyna Adriana. "Gwiazda" szkoły, rywalka Julii.
Ada Lenart – inteligentna romantyczka interesująca się okultyzmem, Wiccanka.
Andrzej Burski – komisarz, pechowiec, którego porzuciła narzeczona.
Szczepan – klasowy prymus, zakochany w Natalii, niestety bez wzajemności.
Marysia Kubińska – bliźniacza siostra Zuzi, indywidualistka, zawsze stoi w opozycji do siostry.
Zuza Kubińska – siostra Marysi, klasowa piękność.

Rozdział 3
Szósty zmysł


Mimo traumatycznych przeżyć jakich doświadczyła zeszłego wieczoru, Marysia nie mogła liczyć na taryfę ulgową u profesor Jędrus.
- Dziwię ci się – stwierdziła matematyczka. - Siedzisz w szkole do późna, rzekomo odrabiasz lekcje i ich nie masz.
- Morderca musiał je zabrać – jęknęła rozpaczliwie.
- Morderca! - zakpiła nauczycielka. - A jaki z niego morderca? Zabił cię? Nie, bo jesteś tu dziś z nami. Co najwyżej możemy nazwać go złodziejem zeszytu od matematyki - po czym dodała: - Siostry Kubińskie jak zwykle nieprzygotowane.
Marysią aż coś zatrzęsło w środku. Znowu siostry! Nie miała jednak siły kłócić się z wstrętnym babskiem od matematyki. Po chwili doznała lekkiego pocieszenia, bo okazało się, że Zuzia miała odrobioną pracę.
- A pan Ostrowski, dlaczego się nie pojawił? - zaciekawiła się nauczycielka.
Leszek znał powód nieobecności kolegi z ławki, która wiązała się bezpośrednio z Adą. Dziewczyna nie pojawiła się w szkole drugi dzień, a Paweł uparł się, porozmawiać z nią o nawiedzonym domu, a z racji, że się nie pojawiała, postanowił odwiedzić ją osobiście.
- Czyżby bał się dzisiejszej niezapowiedzianej kartkówki z wielomianów?
- Jakiej kartkówki?! - przeraził się Szczepan.
Po klasie przeszedł dziki szmer wertowanych na szybko zeszytów.
- U... - ucieszyła się Jędrusowa. - Ktoś się nie przygotował! Posypią się jedyneczki!
I się posypały.

Nie trafił od razu. Osiedle składało się z parterowych domków jednorodzinnych, które jak na złość nie różniły się niczym. Dodatkowo, numeracja domów rządziła się własnymi prawami. Ulica Prusa osiem, dwanaście i pięć stały ogok siebie. Numery jeden, cztery, dziewięć do jedenaście przecinały się z ulicą Orzeszkowej. O mało kołowacizny nie dostał, gdy trafił pod właściwy adres. Ada wieszała pranie na linkach przed swoim domem. Zauważyła go z daleka. Szybko rozwiesiła resztę ubrań i wyszła mu na powitanie.
- Cześć, co tu robisz? - nie wyglądała na zaskoczoną, ale też ton jej pytania nie sugerował zbytniej gościnności.
- Przyszedłem cię odwiedzić – odpowiedział. - Dlaczego nie było cię w szkole?
Ada wzruszyła ramionami.
- Miałam kilka spraw do załatwienia.
- Słyszałaś o Marysi Kubińskiej?
Przytaknęła.
- Nazwali go Kapturnikiem, bo chodzi w długim, zimowym płaszczu, na głowę ma narzucony kaptur, twarz ukrywa pod białą maską, a za pasem nosi siekierę – scharakteryzowała mordercę. - Może to głupi żart, a może jest to ta sama osoba, która zabiła Julię, nie wiadomo. W każdym razie całe Lipki o nim gadają.
- Widziałem tego faceta w piątek.
- Gdzie? W nawiedzonym domu? Mówiłeś o tym policji? - ożywiła się.
- Nie, widziałem go po powrocie do domu z komendy – pozwolił sobie na szczerość. - Skracał sobie drogę przez nasze podwórze.
- Czyli to nie żart – mruknęła. - Kapturnik zabił Julię, a potem próbował zabić Marię.
- Policji nic nie powiedziałem, bo nie miałem pewności, a teraz nie widzę sensu – kontynuował. - Tobie mówię o tym pierwszej i ostatniej.
- Dzięki za zaufanie – i podjęła nowy temat. - Jak myślisz, dlaczego jej nie zabił?
- Bo mu uciekła.
- Tak, tylko teraz wszyscy wiedzą, że morderca pałęta się po Lipkach w dość oryginalnym stroju. Wychodzi mi na to, że on chciał, aby wszyscy o nim wiedzieli.
Paweł milczał. Proste pytanie, dlaczego? Mógł pozbywać się kolejnych osób niezauważalnie, a teraz? Każdy na widok faceta w kapturze będzie wiał, gdzie pieprz rośnie. Wolał pozostać przy teorii o nieudolnej próbie morderstwa niż zaplanowanym pokazie.
- Kim jest morderca?
- Nie wiem – odpowiedział z rozbrajającą szczerością. - Z Lechem ustaliliśmy, że to żadne z naszej siódemki – dodał z mniejszą szczerością. Nie chciał mówić wprost, że w ich rozważaniach Ada wysuwała się na prowadzenie. - Nikt nie wyrobiłby się czasowo z zabójstwem, ukryciem ciała i ponownym powrotem do nawiedzonego domu.
- Jeżeli mówimy o jednej sztuce to masz rację – odpowiedziała. - A co jeżeli Kapturnik ma wspólnika? W ten sposób mógłby łatwo manipulować czasem i pojawiać się raz jako oprawca, a raz jako świadek.
Paweł nic nie mówił, przyglądał się Adriannie. Była śliczna. Chłopcy za szkolną piękność uważali chłodną Zuzię, a czasem elegancką Natalię, ale zapominali o niej. Nadal dziewczęca, a jednak kobieca na swój sposób. Była drobna, miała okrągłą buzię, ciemne oczy i gęste, kasztanowe włosy. Nos malutki, usta szerokie, malinowe. Sylwetkę zwyczajną.
Musi mieć ładny uśmiech – pomyślał, uświadamiając sobie, że nigdy nie widział, uśmiechającej się Ady. Zawsze była poważna. Zapragnął rozśmieszyć ją.
- A... A ty tak poważnie z tą magią? Wierzysz w czary? - podjął niezręcznie nowy wątek.
- Wróżka przepowiedziała mi, że w tym roku poznam miłość swojego życia.
- I się sprawdziło?
- Jeszcze nie, ale jeśli w Lipkach grasuje morderca to obawiam się, że ta przepowiedziana miłość może faktycznie okazać się tą trwającą do końca życia – westchnęła, po czym niespodziewanie ożywiła się. - Wróżka nam pomoże!
- Bez urazy, ale nie wierzę w takie bzdety.
- Nie oto mi chodziło – machnęła ręką. - Ta wróżka to szalona Martynka.
- Zaraz... - zmarszczył brwi. - Ta, która kiedyś uciekała przed facetem z siekierą?
- Ta sama.
Postanowili iść tam od razu.
Postać Martynki stała się żywą legendą w Lipkach. Swoim atakiem spazmów postawiła na nogi całe miasteczko, przez łzy i wrzaski wymogła zawezwanie policji i poszukiwania zboczeńca, który chciał ją pochlastać siekierą. Trzy dni szukano maniaka z niebezpiecznym narzędziem. I nic! Martynka zaczęła popadać na nerwach i przy okazji stała się obiektem kpin całej społeczności. Dzisiaj pracowała jako telefoniczna wróżka i doradca duchowy.

Burski wraz ze swoim zastępcą patrolowali okolicę, gdy natknęli się na żwawo idących szosą nastolatków. Komendant zwolnił, od razu rozpoznał w nich młodzież z nawiedzonego domu, Adrianna Lenart i Paweł Ostrowski. Zaciekawił się, dokąd idą w czasie, w którym powinni być w szkole? Zatrzymał samochód przed nimi i z serdecznym, chociaż nieco wymuszonym uśmiechem zagaił:
- Już jesteście po lekcjach?
Możliwe, że dostrzegli grymas udający uśmiech i od razu się zaniepokoili. Burski był urodzonym ponurakiem i nawet szczera serdeczność miała ton złości albo ponuractwa.
- Tak – wysyczał przez zęby Paweł.
- Ja nie byłam dzisiaj w szkole – odparła z premedytacją Ada. - W zeszłym tygodniu znalazłam ciało koleżanki i teraz mam prawo do otrząśnięcia się z tych traumatycznych przeżyć.
- Dokąd idziecie?
- Do wróżki.
- Uważamy, że może ona pomóc... - Paweł w ostatniej chwili ugryzł się w język. Wiedza policji o ich prywatnym dochodzeniu nie byłaby mu na rękę, a poza tym stworzyłaby komplikacje, a tego nie potrzebował: - Słyszał pan, że ona też kiedyś uciekła przed szaleńcem z siekierą?
Burski już dobrze wiedział, o kogo chodzi. Nie odpowiedział zirytowany samą myślą o Martynce.
- Panie komendancie, ja mam pomysł! - zawył Tomek. - Porozmawiajmy z wróżką! Możliwe, że kapturnik i zbrodniarz to ta sama osoba.
- Z tym, że Martynka wymyśliła sobie tamtego faceta.
- Ale narzędzie zbrodni się zgadza – bronił swego.
- To, że nasz morderca i jej wyimaginowany wariat, posługują się siekierą jest zwykłym zbiegiem okoliczności! - odparł rozzłoszczony komendant.
Tomek mimo skończonych dwudziestu sześciu lat zaczął się zachowywać jak przedszkolak. On chce do wróżki! Nie, potem nie! Teraz! Muszą jechać razem z Adą i Pawłem!
Burski opanował złość. Wpakował nastolatków na tył radiowozu i zawiózł pod dom szalonej Martynki. Nie wierzył w faceta z siekierą, który zaatakował Martynkę, nie wierzył w argumenty swojego zastępcy, nie wierzył w umiejętności wróżki, powoli przestawał wierzyć, że jako komendant ma cokolwiek do powiedzenia. Ostatnią rzeczą jakiej zawierzał była wrodzona intuicja, która niczym szósty zmysł podsuwała mu właściwe rozwiązania. Gdyby tylko udało mu się zapanować nad wszystkim, co dzieje się wokoło.

Martynka nie zmieniła adresu zamieszkania. Dwadzieścia lat dla działki okazało się łaskawe i prawie się nie zmieniła. Jedynie ogródek wokół budynku zarósł i przypominał nieco ten z nawiedzonego domu. Od śmierci rodziców Martynka prowadziła gospodarstwo domowe w pojedynkę. Dzieci nie posiadała, męża, w jednej sztuce, ale szybko rozwiedli się.
Burski zatrzymał samochód pod upiornym domem, który wywoływał u niego nieprzyjemne wspomnienia. Pierwsza do drzwi podbiegła Ada.
- Pani Martyno! - zawołała. - To ja, Ada, pamięta mnie pani?
Z domu wyłoniła się kobieta z papierosem. Spojrzała na dziewczynę, potem Pawła, a na końcu na policjantów, z których jeden strasznie ociągał się z wyjściem z auta.
- Chcemy zapytać... - zaczęła.
I wtedy zrobiło się dziwnie. Martynka zaczęła mruczeć w jakimś transie.
- Chcesz zapytać, czy ów młodzieniec, którego przyprowadziłaś jest miłością twojego życia? - wymamrotała. - Nie, nie jest!
- Chcemy spytać o Kapturnika – wtrącił Tomek.
- Czy człowiek, który panią zaatakował dwadzieścia lat temu i Kapturnik to ta sama osoba? - wyrwał się Paweł.
Martynka zaprosiła ich do środka. Przeszli do niewielkiego saloniku i tam rozgościli się na kanapie. Na ponowione pytanie, Martynka wzdrygnęła się, bo w pierwszej kolejności przypominała sobie o pokrzywach, w które wtedy wleciała. W końcu niechętnie odrzekła:
- Każdy z nas ucieka przed potworem. Nawet sam potwór, ale czas ucieczki kończy się, a rozwiązanie zagadki jest przed waszymi nosami.
- Mówiłem, że to strata czasu – mruknął potępiająco Burski.
- Wyjawię ci sekret – wyszeptała konspiracyjnie.
- Słucham.
Wszyscy byli ciekawi sekretu, poza samym Burskim, który okazywał wyłącznie irytację.
- Widzę martwych ludzi.
- W snach? – spytał podekscytowany Tomek.
- Nie, na jawie! - ryknęła nieserdecznie. - Andrzej Burski umarł dla mnie dwadzieścia lat temu, a dzisiaj wstał z grobu, żeby mnie odwiedzić!
Ada, Paweł i Tomek wyglądali na zdezorientowanych. O czym ona mówi?
- A ty dalej o tym! - rozjuszył się komendant.
- Jak dalej? Umówiłeś się ze mną na randkę i koniec końców komary mnie pogryzły i facet z siekierą gonił. Wystawiłeś mnie!
- Nigdzie się z tobą nie umawiałem! Coś sobie ubzdurałaś, wariatko!
Cham! Najpierw olać dziewczynę, a potem przychodzić do jej domu wszczynać awantury! Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że szósty zmysł Andrzeja i brak piątej klepki u Martynki stoją do siebie w zażartej opozycji.
Wróżka zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu jakiegoś nietłukącego się (tłukącego jednak szkoda) przedmiotu, aby móc nim zdzielić policjanta w łeb.
- Wiedziałem, że przyjście tutaj było jedną wielką pomyłką! - krzyknął, kierując się do wyjścia.
Martynka poleciała do kuchni po patelnię. W stanie ogólnego rozzłoszczenia śwignęła przedmiotem tuż nad głową Burskiego. Andrzej uchylił się i tym razem nie odrywając wzroku od wściekłej baby wyszedł na zewnątrz. Martynka zaczęła ciskać kolejnymi garnkami przywleczonymi z kuchni. Tomek skoczył za kanapę. Ada i Paweł spojrzeli po sobie. Bez słów zrozumieli, że należy zwijać się z tej imprezy. Pod domem Martynki wymienili spostrzeżenia, a na koniec pożegnali się.
- Będziesz jutro w szkole? - spytał Ostrowski. - Możliwe, że Leszek czegoś się dowie i byłabyś na bieżąco.
- Może...
- To do jutra, cześć – zawołał, odchodząc.
Ada skinęła głową i ruszyła w swoją stronę.

Leszek Matuszewicz nie mógł uskarżać się na brak towarzystwa. Pod nieobecność Pawła doczepił się do niego Konrad. I "doczepił się" nie było określeniem nad wyrost. Ten dosłownie chodził za nim jak cień.
- Jedno morderstwo to kryminał, ale facet w masce z siekierą to slasher – powtarzał rozemocjonowany.
Leszek przyglądał mu się z dozą podejrzliwości. Konrad wydawał się być wniebowzięty perspektywą istnienia seryjnego mordercy dybiącego na życie uczniów. Sprawa była poważna, sam nie miał zamiaru jej lekceważyć, ale skoro Brzęcki traktował sytuację jak zabawę, proszę bardzo.
- Domyślasz się, kim jest Kapturnik? - spytał w nadziei, że ten jako zagorzały fan horrorów ma już gotową odpowiedź.
- Piękno slashera polega na tym, że mordercą może być każdy – zaczął rozważać. - Osiłek, mądrala, zołza, chłopak z sąsiedztwa albo wredna nauczycielka. Wzór jest prosty, przeżyje tylko główny bohater.
- Nonsens. To nie jest film, ziomek, nie ma scenariusza... – nie dokończył zaczynając wątpić we własne założenia.
Konrad mógł mieć w pewnej części rację. Morderca był szajbusem, a więc możliwe, że miał plan i jakąś kolejność dokonywania zbrodni. Najpierw Julia, potem Marysia. Obie zostały po lekcjach, aby przygotować imprezę szkolną. Czyżby zobaczyły coś, czego nie powinny i dlatego wybrał je na ofiary? Był jeszcze woźny. Wrócił myślami do Konrada i spytał:
- Kto jest głównym bohaterem tego filmu?
- Oczywiście, że Paweł, bo to typ spoko kolesia z sąsiedztwa, ale z drugiej strony jest facetem, a to w slasherach jest jak wyrok śmierci. Obstawiam, że przeżyje Ada – oświadczył, wybierając spośród siódemki będącej tamtego dnia w nawiedzonym domu.
- A my?
- Kumpel głównego bohatera umiera w połowie filmu, a neurotyczne dziwadło mojego pokroju jest drugie lub trzecie na liście ofiar. Mam nadzieję, że chociaż Szczepana przeżyję – dodał zmartwiony.
Zeszli do szkolnej piwnicy. Za ostatnimi szatniami znajdował się niewielki składzik, w którym przesiadywał woźny. Moment przed dotarciem do niego Leszek zwolnił kroku. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie wie, o co ma pytać. Zacząć z marszu? Bez owijania w bawełnę? Czy może rozpocząć dyplomatycznie, od pogody i samopoczucia?
Zapukał i wszedł. Tuż za nim do kantorka wślizgnął się Konrad. Trafili akurat na jego przerwę śniadaniową. Siedział na niskim krzesełku, jadł kanapki i popijał je kawą.
- Dzień dobry – zaczął wesoło Leszek.
Trzeba było mu oddać, że potrafił rozpoczynać rozmowę z ogromną ilością niewymuszonej serdeczności, która zjednywała sobie większość rozmówców. Większość, bo zdarzały się także okazy specjalne jak na przykład wiecznie nabzdyczony woźny.
- Smacznego, nie chcemy przeszkadzać...
- Czego? - spytał z zapchaną gębą, jednocześnie odkładając śniadanie.
Konrad był bliski paniki. W jednej chwili ugruntowało się w nim przekonanie, że Kapturnikiem jest woźny. Zaraz wyciągnie skądś siekierę i pomorduje ich nim przerwa dobiegnie końca. Spłoszony przysunął się bliżej drzwi i starał się przysłuchiwać rozmowie.
- Rozmawiali z panem policjanci?
- No, a co?
- Bo z nami też.
- A... - uśmiechnął się. - To wy jesteście tymi szczęściarzami, którzy znaleźli tamtą pannicę?
- My – potwierdził Leszek nie tracąc pewności siebie. - Chcemy zapytać, czy...
- Czy widział pan morderstwo Julii Kołacz? - z gardła Konrada wyrwał się piskliwy, niekontrolowany odgłos, po którym już zupełnie zamilkł.
- Nie – odparł niegrzecznie.
- A o co pytała pana policja?
- Nie wasza sprawa.
I jak tu z takim gadać? - pomyślał, podejmując ostatnią próbę dialogu:
- Nie nasza, ale jesteśmy ciekawi, bo jednak się wplątaliśmy – brnął dalej: - Może widział pan coś niezwykłego tamtego dnia?
Woźny nic nie widział i nic nie słyszał. W piątek w ogóle ogłuchł, oślepł i zdurniał do tego poziomu, że Kapturnik mógł się przechadzać przed jego nosem, a i tak by go nie dostrzegł. Rozmowa stanęła na niczym.

Był taki punkt, w którym mógł się wycofać. Z bastować, udać, że to głupi i niesmaczny żart, zapomnieć, ale wtedy tego nie zrobił. Był zbyt zawzięty, rozgoryczony, wściekły. Potem przyszły refleksje. Czy powinienem się w to mieszać? Powiedzieć policji? Wtedy tego nie zrobił, a potem wydarzyła się sprawa z Julią Kołacz, pojawił się Kapturnik i wszystko wokoło zwariowało.
- Zgoda, wchodzę w to – oznajmił z pełnym przekonaniem Adrian.
Leszek, Paweł i Konrad przez moment wpatrywali się w niego, jakby oczekując dalszych wyjaśnień. Zrozumiał i dodał niezbyt chętnie:
- Nie pytajcie mnie o powód, bo wy także go nie macie.
- Mamy – odparł nieco kąśliwie Leszek. - Bawimy się w detektywów dla hecy, a ty?
- Dla takiej samej hecy.
- Dlaczego ci nie ufam, ziomek? - zaśmiał się w odpowiedzi.
- Masz jakiś trop? - spytał chytrze Paweł. - Też mi się nie chce wierzyć, że po prostu zmieniłeś zdanie.
Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym odparł bardzo ostrożnie:
- W dniu, w którym doszło do ataku na Marysię, widziałem Kapturnika. On naprawdę istnieje i czuję, że dopiero rozpoczął.
Zamilkł.
- A powiesz nam, gdzie byłeś w tej niby wypożyczalni? - spytał zachęcająco Konrad.
- Nie, bo to nie wasz interes. W czasie morderstwa byłem u Natalii. Kapturnikiem nie jestem i tyle wam wystarczy wiedzieć – odparł gniewnie.
Konrad nieco się wzdrygnął.
- Być może - zmienił ton na delikatniejszy – za kilka dni dowiem się i wtedy pogadamy, teraz muszę już iść – zaczął się zbierać do wyjścia. - A, byłbym zapomniał, w przyszły piątek Natalia organizuje osiemnastkę, zapraszam was.
- A to nie kłopot? - strapił się Paweł.
- Nie, dlaczego?
- No, bo ona chyba niespecjalnie za nami przepada – wydukał Konrad. - Zwłaszcza po tej całej aferze z trupem w nawiedzonym domu.
- Dodatkowi goście to jednak kłopot – przerwał mu Paweł.
- E tam – machnął ręką, prawie zapominając w jakiej sprawie przyszedł. - Znając ją, zaprosiła połowę szkoły, także trzy osoby więcej nie zrobią żadnej różnicy.

Kapturnik przechadzał się ciemnymi korytarzami szkoły i tylko od czasu do czasu nieco znudzony stukał trzonkiem siekiery o ścianę. Wchodząc do głównego holu nieco przyśpieszył, przeszedł na lewe skrzydło budynku i schodami skierował się do piwnicy. Woźny kończył sprzątać szatnie, gdy zauważył zmierzającego ku sobie Kapturnika. Nie wydawał się ani zaskoczony, ani przestraszony.
- A, to ty! - zawołał, nie kryjąc radości.
Kapturnik zatrzymał się. Najwidoczniej zgłupiał przez tak serdeczne przywitanie.
- Nieźle sobie poczynasz – mówił dalej woźny nie przerywając pracy. - Byłem wielkim fanem twoich wcześniejszych zbrodni.
Morderca najwyraźniej zaintrygowany oparł się o ścianę, gotowy wysłuchać wywodu ciecia.
- Te zaginięcia ludzi przed dwiema dekadami to twoja sprawka, czy może jesteś jego następcą? Musisz bardziej uważać. Twój mistrz ukrywał ciała w taki sposób, że do dzisiaj ich nie znaleziono.
Kapturnik trochę się rozdrażnił. Mistrz? Dobre sobie! Nikomu nieznany kretyn, któremu nie przypisano żadnej śmierci. Każda z tych dziesięciu osób została uznana za zaginioną z adnotacją w policyjnych dokumentach o możliwości utonięcia na bagnach. Kapturnik miał napisać nową legendę.
- Bądź ostrożniejszy, naśladowco - poradził mu woźny.
To było już chamskie. Jak byle konserwator powierzchni płaskich może udzielać mu porad? Nazywać go naśladowcą? Tego było za wiele! Kapturnik ścisnął trzonek siekiery w dłoniach i zamachnął się. Ostrze uderzyło woźnego w kark. Mężczyzna bezgłośnie upadł na ziemię.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Vampircia » 27 lis 2016, 12:12

Zaczynam dostrzegać w tym coraz więcej humor. Na początku myślałam, że wyjdzie z tego zwykły pastisz horroru, ale jest dużo lepiej. Tylko ta stereotypowa nauczycielka mnie wkurza, ale pewnie tak miało być. A oglądasz może serial "Ash vs Evil Dead"?
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 28 lis 2016, 14:38

Dzięki, cieszę się. Staram się sporo nawiązywać do horrorów, ale mimo wszystko mam nadzieję, że historia (pomimo absurdu) interesuje, a tożsamość mordercy zaskoczy. Nauczycielka miała wkurzać i dużo cech "odziedziczyła" po siostrach Joy z mojego poprzedniego fika - spoglądanie na innych z góry, złośliwość. O Ash vs Evil Dead słyszałem już kilka razy, ale nie miałem okazji obczaić. To jest kontynuacja filmu czy remake?
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Vampircia » 28 lis 2016, 15:10

To jest kontynuacja. I mnie się osobiście bardziej podoba od filmu. Choć uważam, że pierwszy odcinek jest trochę nudnawy.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 28 lis 2016, 16:46

Martynka - wróżka, dwadzieścia lat temu uciekła facetowi z siekierą.
Tomek Prusakiewicz - zastępca Burskiego.
Profesor Jędrus - surowa nauczycielka matematyki.
Wojtek i Liwia Ostrowscy - ojciec i macocha Pawła.
Woźny - ofiara Kapturnika.
Julia Kołacz - rywalka Natalii, pierwsza ofiara Kapturnika.
Kapturnik - jeszcze nie mogę zdradzić jego lub jej tożsamości.

Rozdział 4
Wszystkiego najlepszego!


Zadzwonił do drzwi. Melodyjny dźwięk dzwonka przypominał świergotanie jakiegoś ptactwa. Pomyślał o kanarku i uśmiechnął się pod nosem. Nikt nie otwierał. Zadzwonił ponownie.
- Kanarek jak żywy – szepnął pociesznie do samego siebie.
Odczekał jeszcze chwilę i ostrożnie nacisnął na klamkę. Drzwi nie był zamknięte. Zważywszy na ostatnie wydarzenia w Lipkach, była to pewnego rodzaju lekkomyślność ze strony właścicieli domu. Mógł być Kapturnikiem i w ten sposób niepostrzeżenie wślizgnąć się, a potem wybić niczego nie podejrzewających mieszkańców. Zresztą, nie jego brocha, nie miał zamiaru stać pod drzwiami w nieskończoność.
Od wejścia ciągnął się długi, wąski korytarz. Wytapetowane ściany zdobiły fotografie rodziców Natalii. Sprawiali wrażenie sympatycznych ludzi, uśmiechnięci i ładni jak z jakiegoś folderu reklamowego.
Znienacka wyłoniły się siostry Kubińskie. Odziane w identyczne niebieskie sukienki, białe rajstopy i ciemne pantofle. Ich twarze były blade i zrezygnowane, a włosy przykurzone i skołtunione. Stały nieruchomo przypatrując się Leszkowi z chłodnym wyczekiwaniem.
- Siema... - wydusił z siebie. - Jest Natalia?
- Cześć, Leszek – wyszeptały równie zmordowanymi głosami. - Pomóż nam...
- Co robicie? - spytał ostrożnie.
Ich wygląd sugerował, że ostatnie kilka dni spędziły w dziczy.
- Sprzątamy bez końca... Bez końca... Dołącz do nas...
I wtem z drugiego pokoju wyłoniła się Natalia.
- Nie przesadzajcie! - skarciła je od razu. - Musimy doprowadzić działkę do stanu używalności! Poza tym dałam wam uniformy do sprzątania.
Marysia spojrzała na swoją sukienkę z niesmakiem.
- Są identyczne!
Natalia głośno westchnęła. Nie miała ani ochoty, ani czasu na kłótnie z Kubińskimi na temat marysiowej potrzeby indywidualności. Do urodzin zostało bardzo mało czasu, a przygotowań cała masa.
- Dobrze, że już jesteś – zwróciła się do Leszka. - Na fejsie pisałeś, że zajmujesz się didżejką na imprezach.
Chłopak przytaknął ostrożnie.
- Doskonale! W takim razie chcę cię wynająć na moją osiemnastkę. Tylko od razu wyjaśnijmy, żadnego Rysia Pei, czy mu podobnych.
- Mało wiesz o rapie, co? - zapytał z urazą.
- Oglądałam Ósmą milę, jeśli do tego pijesz – rzuciła niedbale. - Nieważne, o północy masz zapodać Beyoncé, reszta według twojego, mam nadzieję, dobrego gustu muzycznego – zarządziła.
Matuszewski zgodził się bez obiekcji. Natalia płaciła od ręki i to całkiem sporo, a obsługa zwykłego odtwarzacza nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Konrad przeżywał imprezę już od kilku dni, Paweł zaprosił Adę jako osobę towarzyszącą, a on oraz więcej myślał o Kapturniku. Może przesadzał? Nie licząc zniknięcia woźnego, tydzień upływał spokojnie. Woźny kilka razy w swojej karierze zawodowej znikał, a więc nie było w tym nic przesadnie niepokojącego.

Burski poważnie rozważał rezygnację ze stanowiska komendanta policji w Lipkach. Ostatnie tygodnie dały mu nieźle w kość, a w kalendarzu zapowiadał się już piątek trzynastego. Święto wszystkich pechowców! Rosło w nim niepokojące przekonanie, że w najbliższy piątek spotka go kolejne nieszczęście. Może Kapturnik zlituje się, rąbnie go w łeb i skróci te męki?
O, nie! Niech dostanę tego gnoja w swoje łapy. Uduszę – pomyślał wściekle.
Dzień rozpoczął się od wizyty wrzeszczącej baby, a precyzyjniej, nauczycielki z technikum hotelarskiego, do którego Burski zaczynał pałać czystą nienawiścią. Wszystkie problemy zaczęły się od tej cholernej szkoły. Tam zamordowano Julię Kołacz, tam usiłowano pozbawić życia Marysię Kubińską i to uczniowie stamtąd cały czas pałętali się po marginesie dochodzenia.
Beata Jędrus wpadła na komisariat niczym huragan. Najpierw oberwało się Tomkowi. Matematyczka oskarżyła go o brak kompetencji i nieznajomość twierdzenia Pitagorasa, bo jak się okazało miała przyjemność ów znajomość twierdzenia prawa matematycznego sprawdzać u policjanta za czasów szkolnych. Potem zawezwała Burskiego i złożyła zawiadomienie o zaginięciu pracownika szkoły.
- Woźnego nie ma go od tygodnia – mówiła. - Znikał wcześniej, ale po wypłacie, a teraz przepadł przed dziesiątym! Żądam znalezienia i doprowadzenia go na miejsce pracy, bo ja w syfie uczyć nie mam zamiaru.
Kwadrans później na posterunek przyszła Liwia Ostrowska. Na całe szczęście bez męża u boku. Paweł sprawiał wrażenie sympatycznego, Liwia życzliwej, ale Wojtek miał w sobie coś odpychającego, czego Burski nie potrafił zdefiniować. Pierwszy raz spotkali się tamtej nocy, gdy przyjechał na komisariat po syna. Sytuacja, owszem, nieprzyjemna, ale nie do tego stopnia, aby poczuć do niego żywą niechęć, a taką odczuwał od samego początku.
Liwia przybyła do komendanta oficjalnie z polecenia burmistrza. Ich rozmowa była krótka i polegała na przekazaniu krytyki urzędniczej. Dlaczego dochodzenie stoi w miejscu? Czy są już podejrzani? Kiedy ujęty zostanie Kapturnik? Czy miasto jest bezpieczne?
Andrzej nawet nie protestował. Wigor odzyskał dopiero przed przybyciem Martynki. Kobieta wydawała się znacznie spokojniejsza od ich ostatniej wizyty w jej domu, a co ważniejsze nie była uzbrojona w garnki.
- Czego? - ryknął na nią.
- Mam ważne informacje – wyjawiła konspiracyjnie. - Była u mnie Ada Lenart.
Burski nieco złagodniał w nadziei, że zaraz dowie się czegoś interesującego. Martynka z satysfakcją zaczęła cytować rozmówczynię.
- W piątek idę na osiemnastkę Natalii – mówiła zaniepokojona czarownica. - Zaprosił mnie Paweł, ale niezobowiązująco, jako przyjaciółkę. Zgodziłam się, ale czy w ten sposób nie przekreślam swoich szans na spotkanie tej miłości życia? I kiedy dokładnie ma się napatoczyć mój książę z bajki? Bo obiecała pani, że nastąpi to w tym roku.
- I co jej poradziłaś? - do rozmowy włączył się wyraźnie zaintrygowany Tomek.
- Żeby poszła.
- Poważnie ktoś płaci ci za takie porady?- zdziwił się Burski, kobieta nie odpowiedziała, a on nie pojmując wagi przekazanej wiadomości, zapytał:
- Gdzie ta ważna informacja?
- Na takim spędzie nastolatków może pojawić się morderca - odparła Martyna.
- Gdyby był idiotą, owszem, przyszedłby w oficjalnym umundurowaniu i dał się złapać - przyznał złośliwie.
- To jest myśl! - zawołał Tomek.- Wtopimy się w tłum i tak złapiemy mordercę.
Andrzej jęknął.
- Potrzebny nam kod, panie komendancie - mówił dalej.
- Jaki kod?
Młody policjant westchnął. Czasami zastanawiał się, co Burski zrobiłby bez niego?
- Kod, którym porozumiemy się z młodzieżą na ich gruncie. Jak zaakceptują nas jako swoich to szybciej się otworzą i wyznają swoje sekrety. W żargonie policyjnym to się nazywa praca pod przykrywką.
- No nie wiem... - wyraził się sceptycznie komendant.
- Przebierzemy się za nastolatki - postanowił Tomek.
Andrzej zaniemówił. Udawanie nastolatków miało poziom niedorzeczności zbliżony do budowy mostu wzdłuż rzeki. Nikt nie mógł zaprzeczyć, Tomek bez munduru wyglądał młodo, ale co za różnica, skoro wszyscy w Lipkach wiedzieli, że jest policjantem?
Burski podziękował Martynce i nawet odprowadził ją do wyjścia. Wszystko było lepsze od towarzystwa zidiociałego zastępcy.

Cóż to był za burzliwy romans? Epopeja pełna nieszczęść, namiętności oraz drobnych uśmiechów losu sprzyjających młodziutkiej bohaterce. Był ten zły, który zawsze stał na drodze zakochanych, wystawne przyjęcia i świat daleki od szarej rzeczywistości roku 1989. Zakochana w powieściach Jane Austen i Emily Bowen, Martynka miała własny obraz miłości romantycznej, wielkiej i silnej. Kochała Andrzeja Burskiego, a on kochał ją. Spotykali się już od trzech tygodni i przyszedł czas, aby podejść do spraw bardziej dojrzale. Powinien prosić ją o rękę! Utwierdzona w głębokim przekonaniu o prawdziwości ich uczuć napisała list z żądaniem pierścionka zaręczynowego. W drugim akapicie uspokoiła Andrzeja, miała świadomość, że jest za młoda na ślub, zaczekają, aż skończy szkołę, ale zaręczyć mogą się już teraz. Termin i miejsce zaręczyn ustaliła na przyszłą sobotę na łące pod lasem.
Andrzej przeczytał pasywno-agresywną notatkę od Martynki dwa razy i podrapał się po głowie, nie będąc pewnym jak ma się zachować. Czego chce od niego to dziecko? Poznali się na domówce u jego kuzynki. Rozmawiali, było miło, alkohol szumiał w głowie, ale nic poza tym. Na drugi dzień Martynka przyleciała do niego z wizytą. Procenty wyparowały tak samo jak jakiekolwiek zainteresowanie dziewczyną. Grzecznie ją powitał, a potem odprawił do domu. Ta jednak zbyć się nie dawała. Przychodziła do niego codziennie i żadne prośby oraz groźby nie działały. Szlag jasny trafił go, gdy przysłała mu list z żądaniem pierścionka zaręczynowego.
- A niech ją komary zeżrą na tej łące! - grzmiał ze złości. - Doczeka się i mnie i pierścionka!
Tamtej nocy zamiast ukochanego z pierścionkiem na łąkę przybył facet z siekierą. W historię Martynki nikt nie uwierzył, ale nie od razu zignorowano jej słowa. Przygoda dziewczyny nałożyła się w czasie z zaginięciem kolejnej osoby w Lipkach, Aldony Korby, cioci Adriana. Poszukiwania zaginionej oraz faceta z siekierą nie przyniosły żadnego efektu. Ostatecznie uznano, że ucieczka Martyny przed zboczeńcem była jedynie wymysłem jej bujnej wyobraźni. Kilka dni później Andrzej wyjechał do szkoły policyjnej, a jego kontakt z Martynką urwał się zupełnie.

Porządki na działce trwały w najlepsze. Zuza myła okna, Marysia pastowała podłogi, Leszek przeglądał płyty z muzyką, a Natalia zarządzała czasem pracy. Nie, nie leniła się, po prostu posiadała talent do wydawania poleceń innym i z przyjemnością korzystała z ów umiejętności. Organizacja imprezy urodzinowej wymagała wielkiego wysiłku, a przy tym generowała ogromny stres. Catering, muzyka, wystrój, porządki, goście – musiała dopilnować wszystkiego osobiście.
- Co mam zrobić z tymi babochami? - spytała Zuza wymachując w powietrzu splątanymi gałęziami.
- Czym? - zdenerwowała się Natalia. - To nie są żadne babochy! Co to w ogóle są babochy?
- No takie tam... Poskręcane i posklejane – spróbowała nazwać obiekt.
- To są suszone gałęzie – wyjaśniła. - Moja matka robi z tego ozdoby świąteczne. Odłóż to tam gdzie znalazłaś.
Zuza wzruszyła ramionami i wyrzuciła babochy za okno.
Niedługo potem zjawił się Adrian, oferując swoją pomoc. Natalia przyjęła go serdecznie. Porzucając pomocników na placu boju, poszła porozmawiać z chłopakiem do swojego pokoju.
Korba przytulił dziewczynę, szepcząc jej do ucha:
- Wszystkiego najlepszego.
Prezent od ukochanego ucieszył Natalię do tego stopnia, że przed na moment zapomniała o całym organizacyjnym chaosie. Chłopak siedział w milczeniu i cierpliwie wysłuchiwał jej szczebiotania na temat imprezy. Mówiła coś o przystawkach w kształcie półksiężyców, zaproszeniu klasy maturalnej oraz młodszych roczników, które z pewnością w przyszłym roku odwdzięczą się jej zaproszeniami na własne osiemnastki. Potem temat zszedł na garderobę, a dokładnie na sukienkę, w którą przebierze się przed północą.
- Słuchaj... - przerwał jej wreszcie. - Zaprosiłem chłopaków z mojej grupy, chyba nie masz nic przeciwko?
Natalia na moment się zawahała. Tamtych chłopaków kojarzyła przede wszystkim z nieszczęsnym nawiedzonym domem, trupem i referatem, którego do dzisiaj nie przygotowali na zajęcia. Poważnie obawiała się o zaliczenie przedmiotu Adriana.
- Nie... - wymamrotała. - A... Jak idzie wam pisanie tego referatu? Syn wariatki wydaje się być w miarę rozgarnięty.
Chodziło jej o Pawła. Już wcześniej słyszał o pierwszej pani Ostrowskiej i psychiatryku, ale wtedy niespecjalnie się tym zainteresował.
- Co się stało z matką Pawła?
- Myślałam, że wszyscy znają tę historię - odparła zdziwiona. - Sama znam ją z plotek,ale ponoć jego matka miała poważne załamanie nerwowe.
- Jak poważne?
- Bardzo poważne - podkreśliła ponuro. - Ponoć próbowała utopić Pawła i zabrali ją do wariatkowa, gdzie usiłowała popełnić samobójstwo, a przynajmniej tak mówią ludzie. Ja tam nie wiem.
- Kiedy to było?
Natalia zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć.
- Liwia prowadzała Pawła do zerówki, pamiętam - wycedziła przez zęby. - Chyba była już po ślubie z jego ojcem, a więc już dwanaście lat temu matka Pawła musiała siedzieć już w wariatkowie.
Adrian milczał. Faktycznie, Liwię zawsze uważał za matkę, a nie macochę kolegi, bo o pierwszej pani Ostrowskiej nikt nie mówił. Gdzieś w głowie pojawiła mu się wizja kobiety próbującej utopić noworodka w wannie. Włosy zjeżyły mu się na głowie.
- Wydaje mi się, że za tym stoi jego ojciec - dodała.
- Co? Za czym?
- Na Lipkach ciąży jakaś klątwa - ogłosiła niedorzecznie. - Każda fajna laska dostaje z garem na punkcie faceta. Myślę, że matka Pawła trafiła do czubków przez swojego męża. On niby wydaje się miły, ale wcale taki nie jest. Źle mu z oczu patrzy. Dwa, może trzy razy w życiu z nim rozmawiałam, jak nam drewno przywoził, bo to drwal jest - tłumaczyła z przejęciem. - I za każdym razem odczuwałam przed nim strach.

Spęd ludzi rozpoczął się chwilę przed dwudziestą pierwszą. Ada, Paweł i Konrad dotarli na imprezę około wpół do dziesiątej, gdy już w zasadzie było głośno i tłoczno. Z Konradem rozdzielili się niemal po przekroczeniu progu. Sercem przyjęcia był pokój gościnny, z którego wcześniej usunięto większość mebli, tak, aby zapewnić większą swobodę ruchu gościom. W pierwszej kolejności podeszli do Lecha.
- Siema - zawołał na przywitanie Paweł.
- O, wiedźma - wypalił na widok dziewczyny, nim zdążył się zastanowić.
- O, dres - nie pozostała mu dłużna.
Tak jakoś wyszło, że ci dwoje nie pałali do siebie sympatią. Jedyne wrażenie jakie posiadali na swój temat było wrażeniem wizualnym. Leszek jawił jej się jako kłopotliwy kretyn szukający zaczepki. Ada z kolei w jego poglądzie była ładną, ale rozchwianą emocjonalnie dziwaczką, a w dodatku podejrzaną o bycie Kapturnikiem, co przeważało szalę niechęci.
Dalsze uprzejmości pomiędzy nimi przerwał Paweł.
- Włączysz La Roux?
- Może jak towarzystwo bardziej się spije.
- A teraz nie możesz?
- Nie - pokręcił głową. - Dostałem od Natalii całą listę piosenek i artystów zbanowanych, ale luzik, o północy będzie Beyoncé - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
Menażeria bawiła się doskonale. Natalia w roli gospodyni wypadała wzorowo. Co chwila witała nowych gości, rozmawiała z każdym, upewniając się, że nikomu niczego nie brakuje
Ada i Paweł poszli tańczyć. Humory dopisywały, a istnienie Kapturnika zeszło na dalszy plan, a może przestało mieć jakiekolwiek znaczenie?
- Chodzimy do jednej klasy trzy lata, a ja prawie nic o tobie nie wiem - rzucił Paweł.
- To znaczy?
- Co lubisz robić, co cię denerwuje - spróbował sprecyzować.
- Interesuję się magią, lubię wróżby, a denerwuje mnie szeroko pojęta głupota ludzka.
- I te wróżby doprowadziły cię do Martynki?
Przytaknęła, a po chwili ciszy dodała:
- Jestem romantyczką jak ona. Dlatego rozumiem jej złość na Burskiego.
Paweł nie odpowiedział w obawie, że zaraz palnie coś głupiego.

Konrad usiadł na kanapie obok Zuzy Kubińskiej. Dziewczyna, podobnie jak on, sprawiała wrażenie znudzonej imprezą. W stosunku do płci przeciwnej, Konrad był wyjątkowo nieśmiały i zwykle zaczynało się na wymamrotaniu przywitania, a kończyło na bardzo szybkim wycofaniu się ze spuszczoną głową. Jednak wypity alkohol zaczynał dodawać mu odwagi i w końcu zdecydował się zagaić do dziewczyny.
- Cześć - bąknął pod nosem.
- Cześć.
Cisza.
- Podoba ci się impreza? - spytał, czując, że za moment wybiegnie z salonu z wrzaskiem.
- Taka sobie.
- To nie to samo co w Nocy demonów - powołał się na horror. - Dzisiaj wiele osób raczej krytykuje ten klasyk, ale scena ze szminką jest jedną z moich ulubionych.
W tamtym momencie Zuza stwierdziła, że musi iść gdzieś albo po coś. W każdym razie nie może tutaj siedzieć i kontynuować tej interesującej dyskusji. Konrad został sam na kanapie.
Tego wieczoru Kubińska nie mogła liczyć na brak adoratorów. Kolejnym amantem, który się przypałętał był Szczepan. Dziewczyna wydała mu się dużo ładniejsza od Natalii. Z pewnością sympatyczniejsza i na pewno czytała lektury szkolne, a on głupi lokował uczucia w osobie z tróją na semestr z fizyki. Czas było to zmienić i na poważnie rozpocząć zaloty w stronę Zuzanny. Najpierw pochwalił jej sweterek oraz esej z polskiego, za który otrzymała cztery plus. Potem stał się wylewniejszy i niczym dzika bestia pogłaskał jej dłoń. Zawstydził się swego czynu, ale na dziewczynie nie zrobiło to większego wrażenia i w końcu sama zaproponowała:
- Chodźmy na spacer.
Chwilę później podążali wąską ścieżką na niewielki wzgórek za domem. Trochę wypili, zrobiło się wesoło, a stłumiona czujność zignorowała idącego za nimi Kapturnika. Tym razem morderca miał bardzo łatwe zadanie. Szybkim ruchem pachnął Zuzę na ziemię i od razu rzucił się na Szczepana. Chłopak kwiknął przeraźliwie i padł na ziemię, zagradzając swojej towarzyszce drogę ucieczki. Dziewczyna zaczęła umykać po czworakach, gdy morderca przydusił ją nogą do ziemi. Zamach siekiery zwieńczył jej długi i donośny wrzask.

Na parterze wybuchło ogromne poruszenie, ale Konrad nie od razu zwrócił na nie uwagę, gdyż w pełni zaabsorbowała go scenka rozgrywająca się za domem, którą obserwował z balkonu. W spektaklu udział brały trzy osoby: Zuzanna, Szczepan oraz Kapturnik wyposażony w siekierę. Widząc, jak morderca uderza narzędziem zbrodni kolegę z klasy odzyskał sprawność umysłową i ruchową. Nie było czasu! Trzeba ratować Zuzę! W dzikim szale chwycił pierwszą rzecz, jaka wpadła mu do ręki, a była to parasolka Natalii i w takim orężu rzucił się na odsiecz. Jego zamiary zastopował korek tworzący się na korytarzu. Większość gości tłoczyła się w dzwiach i przy oknach.
- Ludzie! Z drogi! Morderca! Kapturnik! - krzyczał, próbując się przecisnąć.
- Wiemy!
Konrad zamilkł i spróbował się docisnąć do okna. Na jabłonce wisiały zwłoki woźnego. Chłopak poczuł, że miękną mu nogi w kolanach.

Kilka minut później nadjechał radiowóz na sygnale. Od razu zabronił komukolwiek ruszać się z miejsca na czas przeszukiwania działki. Bilans wyglądał następująco:
Odnaleziono zwłoki zaginionego przed tygodniem Dariusza Woźnego pracującego w szkole na stanowisku konserwatora powierzchni płaskich w technikum hotelarskim. Ofiara otrzymała cios w kark ostrym narzędziem. Zbrodnia miała miejsce kilka dni temu. Dzisiaj sprawca zawiesił trupa na drzewie na działce należącej do Kozłowskich. Po uczynieniu tego, sprawca udał się na łąkę za domem, gdzie zaatakował dwójkę nastolatków. Chłopak zginął na miejscu, dziewczyna zniknęła. W trawie odnaleziono dwa palce - serdeczny i mały - należące do Zuzy Kubińskiej.
Przesłuchania okazały się katorgą. Ponad czterdziestu świadków i żadnych konkretnych ustaleń. Im dłużej trwało przepytywanie, tym mniej składne okazywały się odpowiedzi, a wisienką na torcie okazały się zeznania Natalii, które w pewnym momencie zmieniły się w niekontrolowany atak spazmów.
- To niesprawiedliwe! Zeszły mi pryszcze, chodzę z najfajniejszym chłopakiem w szkole, organizuję wypasioną osiemnastkę i dzieje się coś takiego! Ktoś próbuje zniszczyć moje życie towarzyskie!
- Cholerne dzieciaki - złościł się Andrzej. - Niech rodzice się dowiedzą! Jak to możliwe, że nikt nie zauważył trupa dyndającego na drzewie? Prościej, dlaczego nikt nie zauważył momentu zawieszania trupa na drzewie? - analizował sytuację. - Ciemno było. Gdyby nie jakiś żartowniś, który z braku wolnej łazienki poszedł sikać pod to drzewo możliwe, że trup wisiałby tam i do rana.
Burski ciężko westchnął. Miał już trzy trupy i zaginioną dziewczynę. Miał wrażenie, że morderca śmieje się z niego.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2567
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Vampircia » 11 gru 2016, 15:32

Rozdział zapowiadał się spokojnie, ale fajnie, że na koniec dałeś taki motyw. Robi się coraz bardziej tajemniczo. Ciekawe czym nas jeszcze zaskoczysz.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 11 gru 2016, 16:14

Mam nadzieję, że ten rozdział będzie zaskakujący. I chyba powoli klaruje się jakiś sensowny ślad ;) Półmetek. 3 rozdziały do końca.

Rozdział 5
Dziewczyny z filmu noir


Ada już nawet nie zastanawiała się, w jaki sposób wpakowała się w ten cały absurd. Miała na sobie ładną, chociaż trochę śmierdzącą papierosami, sukienkę stylem nawiązującą do lat dwudziestych, blond perukę i przekonanie, że któraś z nich zwariowała. Nie potrafiła tylko rozstrzygnąć, która? Czy ona, bo zgodziła się na tę szopkę, czy może Natalia jako pomysłodawczyni idiotycznego przedsięwzięcia?
- Wkurza mnie to! - tymi słowami przywitała ją Natalia. - Ten wariat wymorduje wszystkie ładne dziewczyny i pora go powstrzymać!
Dalszy wywód zakłóciło nadejście Marysi Kubińskiej. Dziewczyna wyglądała olśniewająco. Od zaginięcia Zuzy nie uważała się już za jedną z sióstr. Przestała czuć potrzebę bycia w opozycji do siostry i od teraz mogła porażać własną urodą, którą do tej pory skrzętnie ukrywała.
- Co chcesz z tym zrobić? - wróciła do tematu Ada.
- Wynajmiemy prywatnego detektywa i on wykryje mordercę dla nas - ogłosiła, wymachując im przed nosem wizytówką.
- A po co nam te stroje? - spytała bez przekonania Marysia.
- Czuję się jak Rita Hayworth.
- I oto chodzi! - zawołała tryumfalnie Natalia. - Mamy być jak femme fatale z czarnego kina.
- Po co?
- Bo żaden skretyniały zabójca nie będzie ze mnie robił horrorowej ździry!
Na potrzeby biura detektywistycznego został zaadaptowany kantor świętej pamięci Woźnego. Ada czuła, że pogłębiają się w coraz większym zidioceniu. Jaki detektyw wynajmuje pomieszczenie w szkolnym kantorku? Czy to żart? Mimo wszystko, pchana ciekawością i chęcią wyjaśnienia sprawy Kapturnika, zdecydowała się na dalszy udział w farsie. W małym, przyciemnionym pokoiku urzędował Konrad Brzęcki.
- Ty jesteś detektywem? - wypaliła na powitanie Marysia.
- Muszę sobie dorobić do kieszonkowego - wzruszył ramionami. - Co was sprowadza?
Natalia zajęła miejsce przy biurku i bez zbędnych ceregieli wyjaśniła cel ich wizyty.
- Kapturnik zabił moją ukochaną - westchnął ciężko detektyw.
- Ukochaną? Moja siostra ledwo cię znała - przypomniała Kubińska.
Konrad zignorował niegrzeczną uwagę i mówił dalej:
- Przyjmę to zlecenie, ale najpierw chciałbym wykluczyć was z grona podejrzanych. Po pierwsze - zwrócił się do Ady. - Czy cały piątkowy wieczór spędziłaś z Pawłem?
- Tak.
- Co do sekundy? - w jego oczach pojawił się blask.
- Jasne, że nie! - zdenerwowała się. - Przecież za rękę się nie prowadzałam z nim.
- Czyli jesteś podejrzana, bo ja także cię nie widziałem od przyjścia na imprezę - stwierdził.
- Doprawdy? - zdziwiła się fałszywie. - Dla mnie to wasza trójka jest mocno podejrzana.
Pewność siebie zniknęła z twarzy Konrada ustępując zdenerwowaniu:
- My? Ja? A niby z jakiej paki?
Ada spojrzała na Natalię i zaczęła mówić:
- Nie lubiłyście się z Julią i o waszej niechęci krążyły już legendy - następnie zwróciła się do Kubińskiej. - Ty z kolei nigdy nie chciałaś mieć siostry bliźniaczki, a od jej zaginięcia wreszcie możesz być sobą, a nie czyjąś kopią - na sam koniec zostawiła sobie Konrada. - Byłeś zły na Zuzę, że poszła ze Szczepanem na spacer, co?
- Ale ja ich widziałem na tej łące! - zawołał urażony.
- Może widziałeś, a może nie. Nie masz świadków. Tak samo jak ja nie mam świadków na to, że poszłam się wysrać do kibla.
Konrad opanował swoje niezadowolenie i dyplomatycznie uznał, że nikt z obecnej w biurze czwórki nie jest mordercą.
Zapadła cisza. Sprawa była poważna, a zabójca wyjątkowo wredny, bo inaczej nie dało się określić człowieka, który goni innych z siekierą.
- Sądzę, że mamy więcej niż jednego sprawcę - podjął nowy wątek. - Wielkich zbrodni zawsze dokonywały przestępcze duety jak...
- Bonnie i Clyde - podpowiedziała Natalia.
- Raymond Fernandez i Martha Beck - dodała Ada.
- Miś Yogi i Boo Boo - wymamrotała niepewnie Marysia.
Ktoś jęknął rażony błyskotliwością Kubińskiej.

Narada wojenna nastąpiła zaraz po lekcjach, u Pawła. Chłopcy postanowili zakasać rękawy i zająć się poszukiwaniem zabójcy na poważnie. Po pierwsze, trzeba było ustalić jakieś szczegóły, co oznaczało maglowanie Konrada.
- Gruby? Chudy? Wysoki? Niski? - rzucał epitetami Paweł
Konrad kręcił głową. Dopiero teraz dochodziło do niego, jak idiotycznie musiał brzmieć na policji, pytany o te same rzeczy. Scenę morderstwa widział, ale nie potrafił przywołać w pamięci Kapturnika. Morderca miał siekierę, ubrany był w płaszcz. Nic więcej.
- Ja ważę osiemdziesiąt - zaczął dla ułatwienia Leszek. - Był mojej postury?
- Było ciemno - tłumaczył, czując, że robi z siebie kretyna.
- Ja też go widziałem i nie potrafię określić - przyznał z zakłopotaniem Paweł.
Adrian tylko przytaknął.
- Wniosek taki, że tylko ja nie miałem przyjemności spotkać Kapturnika - podsumował Leszek i zapalił papierosa.
Po drugie, należało przygotować listę podejrzanych. Dobre chęci szybko przemieniły się w mozolną katorgę wymagającą dopisywania kolejnych, potencjalnych Kapturników. Ktoś krzywo spoglądał na woźnego, inna darła koty z Zuzą, temu Julia złamała serce. Wniosek był taki, że morderstw dokonuje na przemian połowa Lipek. Innego wyjścia nie było. W końcu uznali, że najprościej będzie wykluczyć samych siebie i tu również napotkali upór, bo między jedenastą, a północą praktycznie każdy miał w czubie i pałętał się bez alibi. Dokładność była nie do ustalenia i prawie doszło do kłótni, gdy Adrian wyszedł z nowym tropem:
- Wydaje mi się, że zbrodnie dokonywane dzisiaj łączą się z zaginięciami ludzi sprzed osiemnastu laty.
- Nie! - uciął Konrad. - W latach 1982 do 1991 zaginęło dziesięć osób. Jedna osoba rocznie i zawsze w tym samym okresie, pomiędzy majem, a czerwcem. Nigdy nie odnaleziono żadnego trupa, a więc nie ma mowy o morderstwach.
- Prawda - poparł go Leszek. - Mówi się, że ci wszyscy ludzie potopili się na bagnach.
- Moja ciocia zaginęła w 1989 roku - Adrian pokręcił głową. - Nigdy jej nie poznałem i mało mnie obchodziła całe życie, ale... - tłumaczył ze spokojem. - Dwa miesiące temu dostałem anonimowy list - sięgnął do kieszeni spodni po kopertę, z której wysunął fotografię. - Wewnątrz było jej zdjęcie, jak zgaduję, wykonane pośmiertnie.
Pozostali trzej chłopcy zaczęli wyrywać sobie z rąk fotografię Aldony Korby. Skóra na jej policzkach była sina, oczy pozbawione życia, włosy zmierzwione i brudne. Pod zdjęciem znajdowała się data 12.06.89
- Upiorne, nie? Policji nie powiadamiałem, uznając to za głupi żart, ale w końcu... - zrobił krótką pauzę, aby złapać oddech. - Tak zwyczajnie, po ludzku, zacząłem interesować się sprawami tych zaginięć i w tym samym czasie doszło do pierwszego ataku Kapturnika. Ktokolwiek jest mordercą, ma powiązanie z tym, co działo się dwadzieścia lat temu w Lipkach i to on mnie wkręcił w tę imprezę.
- Dobra - Leszek zgasił papierosa. - Załóżmy motyw zbrodni. Ktoś z rodziny zaginionego odkrył zbrodnię i teraz mści się pod postacią Kapturnika.
- Głupi motyw - skrytykował Brzęcki.
- To wymyśl lepszy!
- Rozumiesz, że to stawia cię w gronie podejrzanych? - Paweł zwrócił się do Adriana.
Kroba wzruszył ramionami.
- Wiem i nic mi nie szkodzi, bo mordercą nie jestem.
- A my na słowo ci wierzymy, ziom - przytaknął złośliwie Leszek.
- Mam gdzieś, czy mi wierzycie. Szukam mordercy, bo ten najwyraźniej ma do mnie jakąś sprawę i nie jestem bezpieczny.
- Dobra - przerwał im Paweł. - Będziemy musieli porozmawiać z rodzinami zaginionych osób. Możliwe, że oni także dostali podobne anonimy.
- Sprawdziłem już roczniki '82, '83 i nic. Zaginiony z '84 nie miał rodziny, ciotkę wykluczyłem, a więc do sprawdzenia pozostały tylko roczniki od '85 do '88 oraz '90 i '91. Zostaje sześć osób.
- Podzielimy się robotą i pójdzie koncertowo - w Konrada wstąpiły nowe siły.
Rodzina zaginionego w 1985 roku mężczyzny mieszkała za granicą. Informację tę wydębił Paweł od Tomka Prusakiewicza, który nieświadomy prowadzonego przez nastolatków dochodzenia wypaplał wszystko o co został zapytany. Kolejne roczniki nic nie wiedziały albo nie chciały mówić. Ciekawostką okazała się zaginiona z roku 1990, niejaka Łucja Jędrus, siostra nauczycielki matematyki.
- I ją warto sprawdzić - stwierdził Leszek.
Poparcie niby było, ale małe i jakieś niepewne. Adrian od razu zastrzegł, że nie wierzy w powiązania matematyczki z Kapturnikiem, poparł go Paweł. Konrad z kolei uważał, że skoro już przyczepili się do rodzin zaginionych to należałoby sprawę wyjaśnić do końca. Pozostali musieli przyznać mu rację.

Adres Jędrusowej nie był żadną tajemnicą. Jej dom był celem licznych pielgrzymek desperatów, którzy nachodzili ją z błaganiami o pozytywną ocenę na zakończenie roku. Mieszkała w bloku na Miodowej, dosłownie, rzut beretem od Konrada. Dlatego też początkowo planowano posłanie go w pojedynkę. Jednak Brzęcki nie chciał się zgodzić w obawie o własne bezpieczeństwo i ostatecznie wybrali się we czwórkę.
Kobieta otworzyła dziwi energicznie. Na widok uczniów nieufna i rozgniewana twarz rozpromieniła się. Nim zdążyli o cokolwiek zapytać, szli za nią do niewielkiego salonu. Konrad usiadł na niskiej pufie, Adrian, Leszek i Paweł wcisnęli się na sofie, która dla nich trzech okazała się zdecydowanie za wąska. Ostatecznie Matuszewicz wstał i oparł się o piec kaflowy. Naprzeciw niego znajdowała się komoda z fotografiami. Większość była stara, część przedstawiała małą Beatkę w towarzystwie starszej Łucji.
- Wasi koledzy i koleżanki przyjdą do mnie w czerwcu albo na komis w sierpniu - zaczęła. - Nie chcemy zagrożeń na koniec roku, co? Ułamki! - podniosła głos i natychmiast ściszyła go:
- Pan Brzęcki oblał wszystkie kartkówki z działań na ułamkach.
Konrad poczerwieniał na twarzy. Na lekcjach potrafił zachowywać idealną obojętność, ale tutaj, w jej mieszkaniu? Czuł się jak w domu Leatherface. Wybujała wyobraźnia podsunęła mu obraz matematyczki ganiającej ich po pokoju z piłą mechaniczną. Już tylko sekundy dzieliły go od ucieczki z wrzaskiem.
- Ej, ziom, w porządku? - spytał Leszek.
Konrad bezgłośnie przytaknął.
- A pan Korba? Sportowiec myśli, że nie musi się uczyć, bo ma status ładnego półgłówka?
Tego było za wiele. Leszek postanowił natychmiastowo zmienić tor rozmowy.
- Jesteśmy tu w sprawie "dekady zaginięć".
- Czego?
- Tak nazywają okres, w którym w Lipkach doszło do zaginięć ludzi.
- Pani siostra była zaginioną z roku 1990 - wsparł go Paweł.
Beata wstała z miejsca i wolnym krokiem przeszła do okna. Konrad z niewiadomych przyczyn pisnął.
- Łucja była szalenie inteligentna - odezwała się wreszcie. - Miała ogromny talent matematyczny i wielki dar tyranizowania innych. Mogła zostać świetną nauczycielką... - w tym momencie głos kobiety zaczął się łamać.
- Czy pani siostra z kimś się spotykała? - spróbował Adrian.
- Ta... Miała jakiegoś gacha. Tłumaczyłam jej, Łucja, faceci nie są ci potrzebni, możesz być starą panną, ale nie! Myślę, że po prostu uciekła z nim i tyle!
- Jak on się nazywał? - spytał Leszek. - Pochodził z Lipek?
- Nie wiem, trzymała go w tajemnicy - odparła nieżyczliwie. - Wtedy poprzysięgłam sobie, że to ja zostanę świetną matematyczką! - w głosie kobiety ponownie dało się wyczuć wigor i diaboliczność. - Możecie być pewni! - zwróciła się do nastolatków. - Na najbliższych zajęciach zorganizuję wam lipczańską masakrę z funkcjami liniowymi jakiej świat nie widział.
Rozsądek ustąpił wyobraźni. Konrad wybiegł z mieszkania z krzykiem. Adrian, Paweł i Leszek zgłupieli na tyle, aby rzucić się w pościg za przerażonym kolegą. Matematyczka odgrażała się jeszcze jakąś funkcją potęgową, ale tym już nikt się tym nie przejmował.

Zuzia Kubińska siedziała na materacu i przyglądała się zabandażowanej dłoni. W piwnicy nawiedzonego domu mieszkała już od ponad tygodnia. Zastanawiała się, czy ktoś jej jeszcze szuka, czy raczej uznano ją za martwą? Z góry dobiegł ją jakiś rumor. Na chwilę wstrzymała oddech. Kapturnik? Ekipa ratunkowa? Do piwnicy zszedł porywacz w pełnym umundurowaniu.
- Długo nie wracałeś... - zaczęła. - To był dobry pomysł - przyznała, podnosząc okaleczoną rękę. - Dwa palce to niska cena za wyprowadzenie wszystkich w pole.
Zgodził się.
- Doskonały z nas duet, kochanie - przyznała, śmiejąc się.
Morderca usiadł na materacu obok niej i głośno westchnął, a ona mówiła dalej:
- Najważniejsze to nie śpieszyć się. Zabij jeszcze jedną, dwie osoby, a potem zajmij się naszym głównym celem.
Nadal miał wiele pracy, a plan, który miał zrealizować wymagał sporo nakładu i żadnych pomyłek.
Obrazek

Gamerz31w
amator
Posty: 3
Rejestracja: 06 maja 2016, 16:06

Re: Slasher

Postautor: Gamerz31w » 13 gru 2016, 21:45

Będzie szósty rozdział tej historii?Czyżby zainspirowały cię historyjki z wikipedii dla creepypast,czyli creeypasta.wikia.com?

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 13 gru 2016, 22:07

Będzie szósty. I siódmy i ósmy. Mogę dać nawet za chwilę, jeśli są chętni.
Nie inspiruję się creepypastami. Ja po prostu kocham horrory. Od zawsze miałem ochotę stworzyć historię z tajemniczym mordercą kolejno eliminującym bohaterów i wreszcie udało mi się ogarnąć temat. Ponadto w każdym rozdziale staram się dodawać jakieś elementy, czy nawiązania do różnych filmów grozy.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 617
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher

Postautor: Skorpion » 16 gru 2016, 20:41

Nie wiem, czy jutro i niedzielę będę obecny na forume, a więc wrzucam rozdział dzisiaj. To ten, który musiałem napisać od nowa, eh. Plan jest taki, aby zakończyć historię jeszcze w tym roku (rozdział 7 jest spisany nie edytowany, 8 we fragmentach). Miłej lektury. I ciekaw jestem, czy ktoś wytypował już mordercę? Okazało się, że moja mama jest świetnym wyłapywaczem literówek, także niedługo będę poprawiał rozdziały.

Rozdział 6
Miłość wszystko ci przebaczy


Rozdarcie jego duszy rozmiarem i kształtem przypominało sosnę doktora Judyma, a niemożność podjęcia natychmiastowej decyzji przyprawiała go o irytację. Wszystko zaczęło się rano.
Ring-ring – rozległ się bezosobowy dzwonek telefonu.
Paweł uwielbiał dźwięki monofoniczne, które swój okres świetności przeżywały razem z grą w węża i prostymi ikonkami na żółtym wyświetlaczu wielkich cegło-fonów. Wszelaka polifonia i mp3 napawały go przesadnym obrzydzeniem i pogardą.
Odebrał. W słuchawce odezwał się kobiecy głos:
- Siedem dni.
- Co?
- Masz siedem dni – powtórzyła. - Został ci tydzień na odebranie biletów na koncert Radio Bagdad. Gratulacje! Wygrałeś w konkursie radiowym!
I tu pojawiało się rozdarcie, bo bilety były dwa i za żadne skarby świata nie chciały się rozmnożyć. Pierwszy, rzecz jasna, był dla niego jako zwycięzcy konkursu, ale komu podarować drugą wejściówkę? Pomyślał o Lechu, ale zaraz pojawiła się kontrpropozycja w postaci Ady. Najlepszy kumpel czy fajna dziewczyna? Sprawę rozsądził następny telefon, tym razem od Tomka Prusakiewicza.
- Sprawdziłem to, o co prosiłeś – powiedział konspiracyjnie.
Paweł nie odpowiedział tylko dlatego, że nie pamiętał, jakim łgarstwem uraczył policjanta. Z dalszej części rozmowy wynikało, że informacji potrzebował do przygotowania drzewa genealogicznego rodziny, czy czegoś podobnego, mniejsza o to.
- Twoja mama nadal znajduje się w Szpitalu Psychiatrycznym w Kowalikach – mówił dalej. - Wizyty można składać raz w tygodniu, ale wcześniej należy je uzgodnić z ordynatorem lub oddziałową. Chcesz numer telefonu?
Tomek był do tego stopnia uprzejmy, że nawet zaproponował podwózkę do Kowalików. Paweł podziękował uprzejmie i odłożył słuchawkę.
Nie miał zamiaru tarabanić się z wizytą do psychiatryka w asyście policji. Mętne przeczucie kazało mu wierzyć w związek Dekady zaginięć z szaleństwem matki, a żeby to udowodnić, musiał z nią porozmawiać. Nie miał tylko pewności o stopniu pokrewieństwa obu tych spraw. Na razie jedynym pewnikiem był rok 1991. Ostatnie zaginięcie i ubezwłasnowolnienie matki.
Na plan pierwszy wysunął się kolejny problem. Jak zorganizować ekspedycję do szpitala? Przede wszystkim należało wyłączyć z tej imprezy ojca. Edyta w ich domu była tematem tabu i miał tego świadomość od najmłodszych lat. Wojtek o niej nie mówił, a Paweł nie pytał i wszyscy byli szczęśliwi. Oczywiście, jako mały chłopiec interesował się mamą, czy raczej kobietą, która była przed Liwią, ale jego ciekawość zaspokoiła informacja, że ta próbowała skrzywdzić najpierw jego, a potem siebie. Po latach słyszał różne plotki o tym, jak zaraz po narodzinach próbowała go utopić. To był definitywny koniec tematu.
Musiał się spotkać z Edytą, ale za nic nie chciał tego robić w pojedynkę. Zaczął rozważać ewentualnych towarzyszy podróży. Przede wszystkim chciał mieć kogoś zorientowanego w temacie, aby nie tracić czasu na zbędne wyjaśnienia. Zresztą, nie miał pojęcia, jak miałby komukolwiek tłumaczyć szaleństwo obcej kobiety.
Konrad odpadł w przedbiegach. Wolał nie ryzykować, że znowu coś sobie ubzdura i wywinie koncertowy idiotyzm, po którym albo ich wyrzucą, albo zatrzymają na dłużej. Pomyślał o Leszku. Prawdopodobnie nikt nie był zorientowany w jego sprawach rodzinnych od najlepszego przyjaciela. Znali się całe życie. Do dzisiaj z rozbawieniem wspominał jak w podstawówce Leszek wdał się w bójkę z jakimś żartownisiem komentującym sytuację rodzinną Ostrowskich. Był jak starszy brat, który chroni, a jak trzeba to ochrzani. Nie miał wątpliwości, że Lechu pojechałby z nim, ale wcześniej z pewnością dostałby opieprz za durne pomysły. Pozostał mu Adrian Kroba i szczerze powiedziawszy od początku chciał się tam z nim wybrać. Adrian otrzymał fotografię od Kapturnika, to on połączył dekadę zaginięć z Kapturnikiem. Nie miał wątpliwości, że Korba jest częścią zagadki i tylko on będzie potrafił skojarzyć fakty.
Zadzwonił i wyjaśnił pokrótce cel wizyty. Adrian zgodził się od razu. Również zależało mu na rozmowie z matką Pawła w przekonaniu, że to rozwieje wiele wątpliwości.


Nie! W życiu nie dopuściłby się zbrodni, której później nie potrafiłby ukryć. Na całe szczęście położenie geograficzne Lipek dawało mu spore możliwości. Lasy, łąki i bagna otaczające miasteczko doskonale tuszowały każde morderstwo.
Pierwszej ofierze odebrał życie w 1982 roku i był to zwyczajny wypadek. Późnym wieczorem potrącił babę idącą środkiem szosy. Jakie emocje wtedy mu towarzyszyły? Chyba był spanikowany, każdy na jego miejscu byłyby. Zawlókł nieboszczkę na bagno i tam ją zostawił. I jak na ironię ten właśnie przypadek stał się prologiem do wielkiego wydarzenia nazywanego później Dekadą zaginięć. Minął mniej więcej rok, gdy zaczął wspominać o babie z szosy. Długo nie czekał i w czerwcu 1983 roku porwał i zabił pierwszą osobę z pełną świadomością. Dlaczego? Ktoś powie, że socjopata, wariat, zwyrodnialec, ale to tylko idiotyczne wyjaśnienia, a wystarczy przyjąć, że zła się tłumaczy. Ono istnieje i trzeba się z tym pogodzić. Odczekał kolejny rok i znowu porwał i zabił. Dzisiaj nie pamiętał personaliów swoich ofiar, ale w '85 albo '86 zaczął uwieczniać swoje zbrodnie na fotografiach. Nic nadzwyczajnego. Kiedyś ludzie robili zdjęcia zmarłym. Zwyczaj fajny i szkoda, że już nie praktykowany.
Trup zdarzył się także w 1989 roku. Nazywała się Aldona Korba. Swoim zwyczajem zawlókł ją na bagna, gdzie z pomocą siekiery miał ją pociąć i upłynnić, gdy usłyszał czyiś głos. Kilka metrów od niego stała jakaś dziewczyna i odganiała się od komarów. Zdenerwował się okropnie, bo o żadnych świadkach mowy być nie było.
Kurwa! Widziała? - pomyślał. - Nie widziała?
Patrzy się w jego stronę i coś gada. Potrzebna była szybka reakcja z jego strony. Zaciągnął na głowę kaptur, chwycił siekierę i rzucił się na dziewczynę. Martynka w panice rzuciła się w pokrzywy, a potem z dzikim wrzaskiem na szosę i galopem aż do domu. Może i by ją złapał, gdyby nie dostał bolesnej kolki. O dalszym pościgu nie było mowy. Cofnął się za drzewa i zajął się trupem. Był to wyjątkowo nietrafiony wieczór i potem klął się w duchu, że nie urządził sobie zabawy dzień wcześniej lub później. Na całe szczęście Martynce, znanej z wybujałej wyobraźni, nikt nie uwierzył w faceta z siekierą. Ktoś kazał jej się popukać w głowę i tyle zamieszania z tego wynikło.
Kim był Kapturnik działający współcześnie? Nie miał pojęcia i nie widział w nim swojego naśladowcy. Za bardzo paprał się z pracą i zabijał zdecydowanie za często. Cztery osoby w sześć tygodni? Przesada! Mimo wszystko życzył mu sukcesów, bo nie był zawistny. Jeśli ktoś miał ochotę stworzyć kolejną legendę, proszę bardzo.
Wojtek Ostrowski kończył przeglądać swój pamiątkowy album. Głośnym westchnieniem uczcił dawne czasy. Och, jak bardzo mu ich brakowało.


Szpital Psychiatryczny w Kowalikach zlokalizowali niemal od razu. Znajdował się on na ulicy Wiązowej. Rzeczona ulica zaczynała się zaraz za przejazdem kolejowym, aby dotrzeć na miejsce wystarczyło jechać cały czas wzdłuż torów od stacji w Lipkach. Korba popełnił błąd i skręcił przed torami, wjeżdżając w ślepy zaułek. Po szybkim skorygowaniu trasy dojechali na miejsce w przeciągu chwili.
Placówka z zewnątrz straszyła tężyzną i szarością. Wielkie drzwi, puste lub okratowane okna, bladozielony trawnik przed wejściem, a na tyłach wysoki płot oddzielający plac szpitala od ulicy. Wewnątrz sprawiał przyjemniejsze wrażenie. Poczekalnia, recepcja, a nawet siedząca w niej pielęgniarka, ignorująca przybywających interesantów były bardzo podobne do tych z Ośrodka Zdrowia w Lipkach. Co dalej? Schody na wyższe piętra, gabinety, sklepik. Miejsce wręcz wołało, "nie ma czego się obawiać". Paweł nic nie mówił, a Adrian szanując jego milczenie nie próbował go zagadywać bzdurami.
- Jak się ma? - spytał nieśmiało Adrian.
Cały czas próbował wyobrazić rozmowę z Edytą, ale czepiła go się myśl niekontaktowej rośliny żyjącej w zamknięciu od wielu lat. Powoli szykował się na rozczarowanie. W głowie tkwiło wyobrażenie pacjenta-rośliny.
- Rzadko, kto ją odwiedza – odparła z wdzięcznością oddziałowa, prowadząc ich przez długi korytarz. - Dobrze, że przyjechaliście. Wsparcie bliskich jest ważne w procesie leczenia.
Pomieszczenie było czymś w rodzaju świetlicy, rozmiarem zbliżonym do sali gimnastycznej. Ściany ozdabiała nijaka tapeta, w dużych oknach wisiały kremowe firanki odwracające uwagę od zakratowanych okien, parapety zdobiła doniczkowa roślinność, stoły i krzesła przecinały salę na pół, a pod ścianami ciągnęły się długie wzorzyste kanapy. Na jednej z takich kanap siedziała Edyta. Paweł ruszył w jej kierunku instynktownie. Adrian nie zdziwił się. Chociaż nie znał pierwszej pani Ostrowskiej to rozpoznałby ją bez trudu. Paweł był bardzo podobny do matki. Te same oczy, usta, rysy twarzy. Usiedli obok niej. Kobieta obdarzyła ich bezosobowym spojrzeniem.
Adrian szturchnął kolegę łokciem.
- Dzień dobry – Paweł odezwał się po raz pierwszy od chwili przyjazdu. - Pewnie pani nie wie, kim jestem...
Dał jej chwilę na odpowiedź. Cisza.
- Nazywam się Paweł Ostrowski i jestem pani synem – przedstawił się z niekrytym trudem.
- Mój syn?
- Tak, Paweł – wsparł go Korba.
- Ach, Pawełek.
- Proszę nam powiedzieć...
- Dlaczego chciałaś mnie utopić? - zapytał z pretensją
To był moment, w którym cała próba dyplomatyczna poszła w las. Ostrowski starał się trzymać nerwy na wodzy i zapytać o ojca i dekadę zaginięć, ale nie mógł się powstrzymać. Gryzło go to strasznie. Odpowiedź go nie interesowała, bo nie istniało wyjaśnienie, które mogło go zadowolić, ale chciał jej to wykrzyczeć. Nie mógł jednak przewidzieć reakcji matki. Kobieta ożywiła się w jednej chwili. Złapała go za nadgarstek i przysunęła się bliżej.
- Nie powinieneś żyć! Wystarczy potworów na tym świecie! Będziesz diabłem jak twój ojciec! Niewierne bydle!
Energiczność z jaką zaczęła się zachowywać ściągnęła uwagę personelu szpitala. Po chwili pielęgniarka zabrała Edytę ze sobą, a chłopców poproszono o opuszczenie szpitala.
- Mój ojciec jest diabłem? - tyle zapamiętał Paweł, gdy już wrócili do samochodu. - Zdradzał ją? Dlatego zwariowała?
Adrian nie odzywał się. Miał własną teorię i wychodziła ona znacznie dalej niż zdrada małżeńska. Paweł albo tej opcji nie dopuszczał, albo nie potrafił zebrać na tyle myśli. Dla Adriana wszystko stało się oczywiste. Człowiekiem odpowiedzialnym za Dekadę zaginięć i Kapturnikiem był Wojtek Ostrowskich. Postanowił na razie nic z tym nie robić i poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.


Wypad na koncert w towarzystwie wiedźmy przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Nie był jakoś przeciwny, ale nie widział w niej pokrewnej duszy, z którą chętnie spędzałby wolny czas, ale nie było o co, robić dramatu. Na koncert pójdzie, posłucha muzyki, będzie uprzejmy, ale udawać nikogo innego przed nią nie będzie. Jeśli się polubią to dobrze, a jeśli nie to trudno. Ewentualnemu związkowi Pawła i Ady będzie życzyć jak najlepiej.
Podobnego zdania była Ada Lenart. Zgodziła się z obawą, o czym będą rozmawiać? Nie pokłócą się? Lubić się nie musieli, ale jakiś kompromis należało wypracować. Jeżeli Paweł miał się okazać wywróżonym księciem na białym koniu, Lech jako jego przyjaciel wpisywał się do całego inwentarza. Postanowiła być serdeczna i przymykać oko na wszelkie objawy prostactwa.
Na miejsce dotarli osobno, ale w tej samej chwili. Przywitali się, wymienili kilkoma grzecznościami, aby skończyć na generalnej rozmowie o koncercie. Czas upłynął bardzo szybko. Bawili się dobrze, ale bardziej ze względów muzycznych niż własnego i zdystansowanego do granic możliwości towarzystwa. Po koncercie Leszek wysunął propozycję zahaczenia o jakiś pub. Zgodziła się. Co jej szkodziło? Znaleźli cichą i prawie pustą knajpę. Usiedli w rogu sali. Matuszewski zamówił wodę dla siebie, jako że prowadził, Ada wzięła sok.
- Przepraszam za tę wiedźmę – zaczął ze skruchą. - Byłem po drinku i powiedziałem pierwszą z brzegu durnotę.
Zaskoczył ją, bo o tej wcześniejszej życzliwości z jego strony, sama zdążyła zapomnieć. Ludzie różnie reagowali na wiccanizm i była przyzwyczajona do wszelakich durnych określeń. Zobligowana do pociągnięcia tematu odparła:
- A ja przepraszam za dresa. Nie byłam po drinku.
- Tak się najczęściej ubieram – przyznał, chociaż dzisiaj wyglądał zupełnie inaczej, doroślej.
- Potraktowałem to jako komplement – dodał.
Zaśmiała się.
Po chwili sztywna atmosfera zniknęła zupełnie. Ada zaczęła opowiadać o magii, którą interesowała się od maleńkości, wierze w przeznaczenie i wielu idiotycznych sytuacjach łączących się z zabobonami. Słuchał uważnie i z zainteresowaniem dopytywał o szczegóły. Potem on mówił o muzyce, tworzeniu i nagrywaniu utworów, a w przyszłości, złożeniu z nich albumu. Szalenie zafascynowani sobą wesoło rozmawiali i tylko od czasu do czasu milkli spoglądając w oczy drugiemu.
Knajpę opuścili dopiero z jej zamknięciem, a i wtedy nie mieli jeszcze ochoty kończyć wieczoru. Poszli na długi spacer, a gdy było już bardzo późno położyli się na blaszanym dachu altanki Lenartów. Już nie rozmawiali, po prostu leżeli obok siebie i wpatrywali się w nocne niebo.
Na drugi dzień Leszek zaprosił Adę na spacer i wspólnie zleciał im cały dzień.
Od tamtej chwili stali się niemal nierozłączni. Matuszewski co rano wychodził po nią do szkoły, a po lekcjach odprowadzał pod sam dom. Na przerwach na przemian szeptali albo głośno śmiali się. Nieoficjalna para stała się obiektem zainteresowania całej szkoły. A co na to Paweł? Ano nic. Od czasu wizyty w zakładzie psychiatrycznym nie pojawiał się w szkole, telefonów nie odbierał, wizyt nie przyjmował, tłumacząc się grypą. Adrian znał powód jego nieobecności, a Leszek znał z kolei Pawła na tyle dobrze, aby o powód nie pytać.


Był bardzo ciepły poranek. Zbyt przyjemny, aby oczekiwać na pierwszy dzwonek w dusznym budynku. Grupka trzecioklasistów rozsiadła się na ławkach przed wejściem do technikum. Natalia rozprawiała o nowej szafie wnękowej rodziców, ale temat szybko zszedł na szkołę i nieszczęsne zadanie z turystyki. Leszek i Adrian spojrzeli po sobie niemrawo. Termin na oddanie pracy upłynął jakiś czas temu, ale nauczycielka milczała, a odwagi, aby ją zagaić o losy osób, które nie przygotowały referatu, brakowało.
- Wydaje mi się, że możecie dać sobie spokój z tym zadaniem – stwierdziła Ada. - Przez Kapturnika nauczyciele zaczęli nam odpuszczać.
Było w tym trochę racji. Od pierwszej do czwartej ofiary, czas zaczęto odmierzać wedle działań seryjnego mordercy. Był pomysł z wprowadzeniem godziny policyjnej, ale jeden Burski w asyście Prusakiewicza nie potrafił tego zorganizować. Tak, od stycznia, dzięki cięciom budżetowym, Lipki liczyły czterech funkcjonariuszy z czego dwóch było odpowiednio, jeden znajdował się na zwolnieniu lekarskim z łapą w gipsie, a drugi na macierzyńskim. Na nieobecności w szkole nikt nie zwracał większej uwagi. Poza tym był czerwiec. Klasa maturalna opuściła mury szkoły w nienaruszonym stanie i przynajmniej to należało uznać za sukces.
- Ten gnój wybił mądrzejszą połowę mojej grupy – stwierdziła z żalem Natalia. - Wy chociaż macie komplet.
- A co z Pawłem?
- Oficjalnie jest chory – odparł Leszek. - Nieoficjalnie nie chce gadać.
- Może powinniśmy go odwiedzić? - Ada wysunęła propozycję.
- I tak ci nic nie powie. Jak minie mu podły nastrój to wróci do szkoły z mordą wyszczerzoną od ucha do ucha.
Paweł miał w sobie coś z kota. Miał chwile towarzyskie, gdy jak kot przymilał się i mruczał, a zaraz po tym prychał, drapał i wymachiwał kocim ogonem, demonstrując w ten sposób niezadowolenie. Powodem niezadowolenia była wizyta u Edyty, ale o tym nikt poza Adrianem nie miał prawa wiedzieć.
Mimo wszystko Lechu trochę się niepokoił. Nastroje nastrojami, ale pogadać trzeba było. Jeśli nie o śledztwie, to o Adzie i to jak najszybciej.


Drzwi otworzyła mu Liwia. Wymienili między sobą kilka grzeczności, zręcznie pomijając temat wagarów, po czym Leszek udał się do pokoju Pawła. Chłopak siedział przed monitorem komputera i nawet nie zwrócił uwagi na wejście gościa.
- Co jest, brachu? - zagaił wesoło.
- Gram w Candy Crush – odparł, nie odrywając wzroku od monitora. - Doszedłem do osiemdziesiątego piątego poziomu.
- Dlaczego nie przychodzisz do szkoły – spytał, nie tracąc energii.
Ostrowski tylko wzruszył ramionami.
- Jest sprawa... Byłem odwiedzić moją matkę.
- Matkę? - odruchowo pomyślał o Liwii siedzącej w pokoju obok.
- U Edyty.
Lech usiadł z wrażenia na łóżku. Od razu zrozumiał, o kim rozmawiają.
- Oszalałeś? - podniósł nieznacznie głos, aby zaraz zacząć szeptać: - A stary? Wie o tym?
- Co ty? Pewnie, że nie. Byłem w psychiatryku z Adrianem.
Lech chciał ponownie zapytać, czy oszalał, ale szybko się zreflektował:
- Nie powinieneś jechać tam z nim.
- Ty ciągle masz coś do niego?
- Jako kolega jest całkiem spoko – przyznał. - Problem w tym, że należy do grona podejrzanych.
- To go wykreśl z tego grona – mruknął nieżyczliwie Paweł.
Na monitorze komputera wyświetliła się informacja o ukończeniu kolejnego poziomu gry.
- A ty co się do niego nagle taki wyrozumiały zrobiłeś?
- Jestem ostrożny w osądzaniu innych.
- Ta, bo jeszcze Adrian się obrazi – zakpił.
Ostrowski poraz pierwszy oderwał się od monitora.
- Nie będę rzucał oskarżeniami na prawo i lewo jak ty! - rozzłościł się. - A przy okazji, słyszałem, że spodobał ci się wieczór z Adą.
- Tak, było fajnie – odparł mu równie nieserdecznym tonem.
- Palant z ciebie – westchnął wracając do gry.
- Kurde, co ja mogę? Polubiliśmy się.
- Już nie uważasz jej za Kapturnika?
Puścił uwagę mimo uszu. Nie przyszedł się kłócić, ale nie spodziewał się, że Paweł będzie cieszył się z sytuacji pomiędzy nim, a Adą. Dziewczyna podobała się im obydwu i jedynie ona mogła rozsądzić gmatwaninę.
- Sęk w tym, że ją lubię, bardzo – powiedział spokojnie. - Wiem, że tobie też się podoba i to znacznie dłużej niż mnie.
Paweł wyłączy grę i pierwszy raz w pełni skupił się na rozmówcy.
- Zrobimy to w ten sposób – ciągnął dalej Matuszewski. - Umówiłem się z Adą o siedemnastej na mostku. Chcę ją zapytać, czy zostanie moją dziewczyną. Pójdziesz tam wcześniej i wyznasz jej swoje uczucia. Jeśli cię wybierze to w porządku. Kłoda nie jestem, żeby stać komuś na drodze - mówił z przekonaniem, ale gdzieś w głębi miał nadzieję, że Ada woli jego.
- A ty? Nie będziesz wkurzony?
- Najwyżej zdissuję was w następnym kawałku – zażartował.


Ada opierała się o balustradę i na przemian spoglądała, a to na rzekę, a to na drogę. Na umówione spotkanie z chłopakiem przyszła nieco wcześniej.
Właściwie to, czy on był jej chłopakiem? - zamyśliła się. Ostatnio dni spędzała czas wyłącznie z Leszkiem. Czuła, że jest dla niej ważny i miała ogromną nadzieję, że i ona nie jest mu obojętna. W przyszłym roku mogliby iść razem na bal maturalny, a teraz? Zbliżały się wakacje. Może jakiś wspólny wyjazd?
Wtedy zauważyła Pawła. Chłopak podbiegł do niej z uśmiechem, a ona w odpowiedzi zakrztusiła się krwią. W oczach pełnych strachu kotłował się ból. Tuż za nią stał Kapturnik i usiłował wydobyć siekierę z jej pleców. Gdy wreszcie mu się udało, dziewczyna upadła na ziemię. Paweł stał zdębiały, aż do momentu, gdy Kapturnik oddalił się.
Miłość do końca życia... – pomyślała, umierając.
Ostatnio zmieniony 10 lip 2020, 19:35 przez Skorpion, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość