Slasher 3. Mordercze lato

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: Skorpion » 13 paź 2018, 14:55

tytuł: Slasher 3. Mordercze lato
opis: 134 lata po makabrycznej zbrodni dokonanej w Staraszewie, do miasta powraca siejący grozę Złowrogi. Za cel obiera sobie nastoletnią Jowitę Pawlicką. Kto kryje się za maską stracha na wróble? Dlaczego wrócił akurat teraz?
gatunek: horror, komedia, parodia, kryminał
status: w trakcie

Rozdział 1
Kuzynka


Początki tej historii były co najmniej trzy i przez każdy z nich przewinął się trup. Pierwszy historyczny, a nawet legendarny, drugi romantyczny z krwi i kości, a trzeci fałszywy ze słomy i starych szmat. Dla jakiegokolwiek porządku należy jednak rozpocząć od chaosu, a taki swoją osobą prezentowała siedemnastoletnia Jowita Pawlicka. Nie był to chaos męczący, czy też szczególnie odpychający. Raczej taki, który mimo swojego nasilenia przyjemnie jest mieć gdzieś w pobliżu. Przejawiał się głównie w energicznym charakterze i dobrych chęciach, a te czasem wychodziły na opak. Pozytywna energia oraz nadmiar zapału w dużej mierze stanowiły czynniki, dla których Jowitę mianowano kapitanką szkolnej drużyny siatkówki. Drużyna nie notowała sukcesów, ale nie miało to dla dziewczyny większego znaczenia. Uwielbiała ją za sprawą swojej drugiej, zaraz po sporcie, pasji, glonojadach. Te dość spokojne stworzonka akwariowe, zajadle stojące w opozycji do charakteru Pawlickiej, były jej ulubionymi zwierzątkami. Jowita kochała wszystko co z nimi związane, a w jej rodzinnym Staraszewie trochę tego było. Od herbu miasta, dumnego glonojada z tarczą i mieczem, aż po nazwę drużyny siatkarskiej.
- Do boju, Glonojadki! - zawołała entuzjastycznie.
Od zawsze chciała wykonać okrzyk bojowy, ale nie będąc kapitanem nie wypadało jej.
- Do boju, Glonojadki! - ponowiła okrzyk.
Koleżanki nie odwzajemniły się tym samym. Atmosfera w szatni zdawała się być chłodna i nerwowa. Siatkarki spoglądały na przemian, a to na podekscytowaną Jowitę, a to Paulinę, w której rosła złość. Niczym kłębowisko jadowitych żmij, zwarte, splątane i wściekłe, syczało w duszy Pauliny Wojtkowiak czując potrzebę pokąsania. To ona miała być kapitaną, a nie dziewucha chodząca do szkoły w koszulce z napisem "dajonolg" (czytane od tyłu glonojad). Dlaczego Dagmara przekazała prowadzenie drużyny komuś takiemu? Na litość boską! Pauliną zatrzęsło w środku.
- Wiem, że nasza drużyna ostatnio nie jest w formie – mówiła zatroskana Jowita. - Przegrywamy wszystko jak leci, ale możemy jeszcze odbić się od dna.
- Co proponujesz? - spytała zaciekawiona Lidka.
- Więcej treningów – ogłosiła z zadowoleniem nowa kapitanka. - Na koniec lata wygramy turniej gminny!
Rywalka zacisnęła wargi w złości. Albo ona się przymknie, albo wydrapie jej oczy. Niech tylko jeszcze raz usłyszy ten okrzyk.
- Glonojadki, do boju!
Wojtkowiak poczerniało przed oczyma. Dzika furia utrzymywana dotąd w głębi duszy wybuchła z ogromną siłą.
- Zwariowałaś! Treningi w niczym nam nie pomogą, bo poziom Glonojadek jest żenujący. Nie wystarczą głupie pogadanki motywacyjne. Potrzebne są radykalne zmiany, których ty nie potrafisz przeprowadzić – wzięła głęboki oddech i kontynuowała teraz już z udawanym przejęciem – nie zrozum mnie źle. Jesteś dobrą atakującą, ale Glonojadki powinna prowadzić osoba kompetentna, która ma jakiś plan.
- Mam plan na prowadzenie drużyny – odparła bez przekonania.
Paulina uśmiechnęła się nieznacznie. Miała ją! Teraz wystarczyło pokazać pozostałym niekompetencję Jowity, a jutro szybkie głosowanie i wybór nowej kapitanki.
- Możesz nam przedstawić plan treningów?
- Czepiasz się – wtrącił męski głos.
Szalejąca furia zamarła, wydając z siebie głuchy dźwięk.
- Powinnaś wspomóc koleżankę zamiast rzucać jej kłody pod nogi – teraz udzielił jej reprymendy, ale w taki sposób, jakby przekomarzał się z nią.
Właścicielem głosu był Mikołaj Gorazda. Trudno stwierdzić, jak długo przysłuchiwał się ich rozmowie, ale wnioskując z rozbawienia mógł tam stać przez większość spotkania.
Był także ostatnim z powodów, dla których Jowitę (chociaż nie przyznawała się do tego) ucieszyło zostanie kapitanem. Mikołaj prowadził Glonojady. Bycie na równorzędnym stanowisku u dziewczyn oznaczało współpracę. Być może nie tak wielką jak sobie wyobrażała, ale z pewnością dużą. Razem ustalaliby plany treningów i pilnowali grafików imprez sportowych.
Ciekawe, czy Mikołaj lubi glonojady, zwierzątka, a nie drużynę. Siatkówkę musiał kochać, tego była pewna, ale co myśli o niej? Do diabła z glonojadami! Czy on w ogóle ją lubi?
Z zamyślenia wyrwał ją trzask i ostatnia kąśliwa uwaga wychodzącej rywalki:
- Glonozjeb!
- Minie jej, a jeśli nie to zagrozisz jej karniakiem i od razu nabierze ogłady – powiedział beztrosko.
W beztrosce dało się odczuć spokój, który pozwolił jej wierzyć w jego słowa.
- A tak w ogóle to... - mówił dalej - w przyszłą sobotę jest ostatnia dyskoteka szkolna i pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się razem.
Pytanie ogłuszyło Jowitę. Czy on właśnie zaproponował jej wspólne wyjście? Takie wyjście koleżeńskie? Nie, na dyskotekę. Przez głowę przewinęły jej się wszystkie scenariusze, łącznie z tym, że tańczy jak kłoda. Od razu pomyślała o sukience, którą mogłaby włożyć, tej zielonej.
Lidka, Mela i obie Kasie spoglądały na nią w dzikiej euforii, zaś Mikołaj z lekką niepewnością. Dopiero po kolejnych kilku sekundach zdobyła się na odpowiedź:
- Tak.
Gdy Mikołaj wyszedł, w szatni wybuchły emocje ogromne i szalone.

***


Do domu wróciła około piętnastej. Przebiegła przez podwórze, ignorując szczekającego psa i już po chwili znajdowała się w niewielkim korytarzu bezpośrednio łączącym się z salonem, w którym pracowała matka.
- I jak pierwszy dzień, pani kapitan? - spytała, wstając od laptopa.
Jowita zaczęła opowiadać nie pomijając żadnego szczegółu.
- Pamiętasz córkę wuja Władzia? - przerwała jej w pewnym momencie matka.
Kuzynkę pamiętała z dzieciństwa. W zasadzie było to jedno odległe wspomnienie, a właściwie scenka z nią związana. Miała wtedy jakoś cztery, a może pięć lat. Córka wuja Władzia natomiast była starsza o jakieś dwie wiosny i różnicę wieku wykorzystywała bezwzględnie. Jako starsza z dziewczynek zarządzała ich czasem wolnym. Jowicie utkwiła w pamięci zabawa w zakład fryzjerski. Odgrywała rolę fryzjerki, zaś Natalka (tak miała na imię kuzynka) była niezadowoloną klientką.
- To nie jest upięcie, jakie sobie zażyczyłam – odparła wyniośle – już więcej nie przyjdę do tego salonu.
Potem Jowicie przyszła rola upierdliwej klientki, a Natalii fryzjerki.
- Tak, pamiętam ją – odparła nieufnie – a dlaczego pytasz?
- Bo właśnie dzwonił wuj Władzio i pytał, czy Natalia mogłaby u nas spędzić wakacje – wyjaśniła mama.
Ostatni raz z kuzynką widziała się, szybko policzyła, dwanaście lat temu. Wtedy też kuzynka ostatni raz spędzała wakacje w Staraszewie. Kontakt zerwał się ze względu na odległość geograficzną. Bo gdzie Staraszewo, a gdzie Lipki? Tu Katowice, a tam Poznań.
- To będzie wspaniałe lato – stwierdziła Jowita.
Nie mając pojęcia, że w pamięci mieszkańców miasteczka zapisze się ono jako mordercze lato.

***


Kuzynka przyjechała pociągiem, punktualnie. Wrażenie sprawiła piorunujące, bo mimo upału w rękach dzierżyła kurtkę, szalik i czapkę.
Jowita już jako dziecko ugruntowała w sobie pewne przekonanie. Cisza podczas rozmowy lub nagła pauza oznaczają, iż rozmówca źle się czuje w jej towarzystwie. Za punkt honoru obrała sobie odbudowanie dawnej więzi z kuzynką Natalią i żadna cisza nie mogła jej w tym przeszkodzić. Dlatego też paplała całą drogę do domu.
Opowiedziała o siatkówce i o swoim ulubionym zwierzątku, a tak w ogóle to drużyna nazywa się Glonojadki. Ma na ich punkcie hopla jak zresztą całe miasto. Jest w drugiej liceum, uczy się dobrze, no... poza fizą, bo facetka strasznie cięta. Potem ma zamiar wybrać się na agroturystykę i przejąć schedę po mamie.
Ogłuszona natłokiem idiotycznych informacji Natalia tylko kiwała głową. Sama zwykła dużo gadać, ale kuzynka pokonywała ją w tej dyscyplinie w przedbiegach. Zresztą potok słów wypluwany przez Jowitę mało ją obchodził w obecnej, katastrofalnej sytuacji życiowej. Najpierw marne praktyki zawodowe, potem marniejsza studniówka, a ukoronowaniem okazały się wyniki matur stanowiące marność nad marnościami.
- Wakacje będą inne – zarzekła się, planując wyjazd do Szwajcarii.
Niestety, tu wkroczył tata z postanowieniem o ratowaniu więzi rodzinnych. Co mu odbiło? Nie wiadomo.
- To moja jedyna siostra, a ty jej nawet nie znasz – ganił córkę. - Lato spędzisz u ciotki w Staraszewie. Postanowione!
- Po co ci szalik? - spytała ostrożnie Jowita.
- Bo w Alpach wieje – odparła ponuro.
Odpowiedź zaskoczyła Pawlicką, na tyle że wstrzymała się z kolejnym pytaniem.
Samochód zaparkował przed bramą prowadzącą na podwórze. Natalia weszła za ciotką cały czas beznamiętnie przytakując kuzynce na kolejne głupstwa, którymi ją raczyła. I wtedy to się stało...
Zza domu wyleciał ogromny bernardyn. Biegł wolno i lekko z majestatycznie wywieszonym jęzorem.
- Pusia nie! - zawołała Jowita, ale było za późno.
Stu kilowe bydle oparło się przednimi łapami na Natalii, która bezwładnie polecała w dół. Na twarzy czuła gorący oddech Pusi, gdzieś w oddali dobiegały ją krzyki ciotki i kuzynki. Trwało to kilka sekund, ale ona czuła jakby była to nieskończoność. Jowita odciągnęła Pusię siłą.
- Nasza wina – powiedziała ze skruchą. - Jak była szczeniaczkiem to pozwalałyśmy jej cieszyć się na widok gości.
Resztę mogła dopowiedzieć sobie sama. Pusia urosła i pocieszne skakanie szczeniaczka stało się zagrożeniem.
I tak rozpoczęło się najgorsze lato Natalii.

***


Farba schodziła, ale dało się jeszcze odczytać napis nad bramą wjazdową:

"OBÓZ GLONOJADÓW WITA"


Dominika przeczytała informację i delikatnie uśmiechnęła się. Nazwa brzmiała niecodziennie. Słyszała o koloniach nazywanych obozami wilka, niedźwiedzia, wszelakiej fauny i flory budzące szacunek i nieopisaną groźbę, ale glonojad w nazwie zdawał się być jakąś pomyłką.
Leszek zaparkował samochód przed wejściem do głównego domku, gdzie już czekała na nich właścicielka przybytku.
- Dominika i Leszek? - spytała i prawie natychmiast sama sobie odpowiedziała. - Nie mogłam was się dooczekać. Jestem Iwona – uśmiech z twarzy kobiety nie schodził ani na chwilę. - Pewnie macie za sobą bardzo długą podróż. Skąd jesteście?
- Z Sopotu – odparła dziewczyna. - To znaczy ja jestem, a Leszek z okolic Poznania.
- Ale we wrześniu sprowadzam się do Sopotu – dodał. - Będę studiował w Gdańsku.
Iwona okazała się nie być przesadnie wścibska. Ba, niespecjalnie ją to interesowało. Nie w tym celu sprowadziła tutaj parę. Grzecznościowo zapytała ich o dalsze plany i przystąpiła do sedna.
- Obóz Glonojadów był aktywny w latach 1991-2002 – mówiła niczym zawodowy pilot wycieczki. - Zamknięto go przez tamto wydarzenie – informację wygłosiła mechanicznie.
Natychmiast pożałowała, że nie ugryzła się w język. Przeszłość należało zostawić z tyłu – pomyślała.
- Jakie wydarzenie? - podchwyciła Dominika.
- Też kiedyś byłem na koloniach na tym obozie – powiedział melancholijnie Leszek.
- Tak? - podłapała, uznając pytanie dziewczyny za niebyłe. - Masz z pewnością cudowne wspomnienia! Dzieciaki kochały Obóz Glonojadów.
Leszek wzruszył ramionami. Nieco inaczej zapamiętał to miejsce. Miał wtedy osiem lat i nie rozumiał, czym są pomyłki w dokumentach. Przez jedną z takich pomyłek on, jego młodszy brat oraz Paweł Ostrowski znienawidzili wyjazdy na kolonie. W tamtym czasie Obóz Glonojadów organizował cztery tury kolonijne po dwa tygodnie każda. Pierwsze tygodnie miesiąca należały do uczniów szkół podstawowych, a kolejne do nastolatków. Przez idiotyczny błąd chłopcy zostali wysłani na wakacje w drugiej połowie lipca. Błąd urzeczywistnił się na miejscu, bo jak inaczej nazwać trójkę dzieci w grupie z dwukrotnie starszymi uczestnikami?
Teraz przyjechał tu w zupełnie innej roli. Wspólnie z Dominiką chcieli dorobić parę gorszy, a błogosławieństwem okazały się "sezonowe prace pomocnicze" jak opisała je w ogłoszeniu Iwona.
- Lipiec to przede wszystkim utrzymywanie porządku i odmalowanie szopy za domkiem A3 – mówiła. - W sierpniu przyjadą dzieci. Grupa niewielka, będę ja i jeszcze dwóch innych wychowawców, ale czasem może się przydać i wasza pomoc.
Dominika koniecznie chciała wrócić do tematu określonego jako "tamto wydarzenie", ale sposobności nie było. Była natomiast drewniana szopa za domkiem A3. Otwarta niedawno, bo metalowy skobel jeszcze się kołysał. Wiedziona ciekawością podeszła do drzwi, gdy ze środka wyskoczył starszy pan.
Dziewczyna wykazała zdrową reakcję i krzyknęła.
- To obóz skąpany we krwi – zawołał facet zanosząc się obłąkańczym śmiechem.
- A pan to kto? - spytała osłupiała.
W porę nadeszli Leszek i Iwona. On z pięściami, ona ze zdrowym rozsądkiem.
- Rafał! – zawołała.
- Umrzecie! On już zabił i będzie zabijał nadal – ciągnął dalej. - To miejsce jest przeklęte!
Nim zdążyli zareagować Rafał wskoczył na rower zaparkowany przed szopą i odjechał wykrzykując kalumnie na temat Obozu Glonojadów. W milczeniu przyglądali się jak znika za bramą wjazdową charcząc coś ochrypłym głosem.
- O czym mówił ten facet? - przerwał wreszcie ciszę Leszek.
- Nie przejmujcie się nim - wydusiła Iwona. - To miejscowy wariat, ale zupełnie niegroźny. Czasem zamknie się w którymś z domków i przepowie wam rychłą śmierć lub wyrecytuje formułkę o obozie skąpanym we krwi.
Dominika i Leszek nie przejmowali się. W końcu wariat to jeszcze nie bandyta, a głupota nie przestępstwo.

***


- Mnie się tu nie podoba – oznajmiła stanowczo Zosia Brzęcka.
- Co ci się nie podoba?
Zosia objęła niespokojnym wzrokiem pole biwakowe. Przypominało pustynię, na której nie było niczego poza przyczepą ciecia i ich namiotami. U ciecia akurat wizytował właściciel pustyni. Miała ochotę do niego pójść zwyzywać i pogryźć! Tak, dokładnie tak zrobi! Albo nie, bo co wtedy o niej pomyśli Adrian?
Od zielonej tafli jeziora Glonojadów odbijały się promienie słońca. Niewielki wiatr kołysał łódki przycumowane do drewnianego pomostu. Po drugiej stronie jeziora znajdowały się chatki. Dziewczyna pomyślała, że o wiele lepiej byłoby zamieszkać w domku niż pod namiotem. Ciekawe, czy były do wynajmu?
- Jest za blisko wody – wygłosiła pogląd.
- A co ci szkodzi woda? - spytał rozbawiony Adrian.
- W wodzie są raki!
- To dobrze. Znaczy, że woda jest czysta.
Zosia spojrzała na Emilię w nadziei na znalezienie poparcia, ale ta akurat rozwieszała ubrania na linkach i rakami się nie przejmowała.
- Mogłaś się z nami nie pchać - odparł z urazą Konrad.
Zosia zacisnęła zęby. Istotnie, mogła. Za starszym bratem nie przepadała, nie lubiła żadnego z czwórki rodzeństwa i spędzanie lata, z którymkolwiek z nich uważała za katorgę. Jednak Konrad w przeciwieństwie do pozostałych miał jeden przymiot szaleńczo ubóstwiany przez Zosię: przyjaźń z Adrianem Korbą, w którym to dziewczynka kochała się miłością prawdziwą i gimnazjalną. To co, że było między nimi pięć lat różnicy? Nie wierzyła w żadne bariery wiekowe. Więcej, poprzysięgła, iż w te wakacje rozkocha w sobie Adriana.
Uznawszy temat raków za zamknięty, Konrad zaczął rozważać możliwość wynajęcia łódki i popłynięcia nią do domków na drugim brzegu.
- Ciekawe, czy ktoś w nich mieszka?
Pytanie nie doczekało się odpowiedzi przez agresywną babę. Przyjechała, a właściwie wdarła się na obozowisko starym Renault Clio. Wjechała przez bramę główną z impetem podskakując na niewielkim wzgórku i wyhamowała obok przyczepy ciecia jak w amerykańskim filmie akcji.
Baba była po pięćdziesiątce. Skórę miała zniszczoną i ziemistą, a na szyi widoczne zmarszczki. Tłuste brązowe włos opadały jej na ramiona i plecy. Towarzyszył jej młody mężczyzna o ciemnej, spalonej słońcem, cerze. Może i byłby przystojny, gdyby nie ogromne sadło. Dopiero potem wyszło, że jest to syn agresywnej baby.
- Wojtkowiak! - wrzasnęła, wychodząc z auta.
Mogła spokojnie podejść do przyczepy ciecia i zapukać, ale widocznie nie leżało to w jej usposobieniu. Z przyczepy wyłonił się straszy pan w asyście ciecia.
- Co się stało, Basiu? - spytał z mieszaniną grozy i fascynacji.
Basię nazwanie "Basią" rozjuszyło niczym czerwona płachta byka. Zawrzała w środku i wrzasnęła:
- Znowu ukradłeś mi stracha na wróble!
- Może wiatr ci go przewrócił i leży gdzieś między rzędami kukurydzy – próbował zachować powagę.
- Śmiej się! - zabrzmiała jadowicie. - Pójdę na policję!
Po tej groźbie odjechała. Pan Wojtkowiak jedynie wykonał przepraszający gest w stronę osłupionych biwakowiczów.
Z wyjaśnieniami dopiero potem przyszedł cieć.
- Kiedyś – opowiadał konfidencjonalnie – ktoś ukradł z pola Basi Korczak wszystkie strachy na wróble. Strapiona postanowiła się zwierzyć przypadkowej osobie, czyli panu Wojtkowiakowi.
Krzysztof Wojtkowiak był człowiekiem grzecznym, ale oschłym i zapatrzonym w siebie. Problemy Barbary nic go nie obchodziły i zniecierpliwiony jej klekotem na temat strachów na wróble podsumował krótko:
- Nie jestem zainteresowany tymi końskimi zalotami.
Barbara zaniemówiła. Ona, że niby się zaleca do tego ohydnego dziada?! Szlag jasny trafił ją na miejscu. A zaraz za nim padło oskarżenie, że za znikającymi strachami stoi Wojtkowiak. Od tamtej pory, co jakiś czas znikały nowe strachy z pola Korczaków.
- Ładna historia – skomentowała Emilia.
- Mnie bardziej interesuje, kto i po co kradnie strachy na wróble – zagadnął Adrian.
- Po co? Dla rozrywki – odparł Konrad raz jeszcze spoglądając na łodzie. - Ktoś podłapał, że kobieta urządza każdorazowo aferę i bawi się jej kosztem.
Zosia zaproponowała kradzież stracha na wróble, ale nikt nie poparł jej propozycji.

***


Wieczorem usiedli przy ognisku. Było już bardzo późno, ale nikomu nie chciało się spać. Któryś z chłopaków dorzucił do paleniska drewno. Ogień buchnął do góry rozświetlając twarze zgromadzonych w kręgu. Wpatrzeni w płomienie słuchali historii o duchach. Bez wątpienia Konrad posiadał większą wiedzę o filmach grozy, ale Adrian potrafił snuć opowieści z niezwykłą atmosferą. W jego słowach duchy były realne, zamki mroczne i zimne, a uciekające przed monstrami dziewice piękne i dziewicze. Nic więc dziwnego, że to właśnie Korbie przypadła rola ogniskowego barda.
- Zbliża się północ – oznajmił upiornym głosem – mamy dość czasu na jeszcze jedną opowieść. Jeszcze jedną przed północą. Za pięć minut będziemy mieli piętnasty czerwca.
Ogień strzelił wesoło.
- Ponad sto lat temu w Staraszewie mieszkał hrabia Złowrogi, do którego należała większość tych terenów – wiedział, bo natknął się na tę uroczą makabreskę w internecie. - Hrabia miał też córkę – kontynuował - dziewczyna zakochała się w biednym chłopie, ale ojciec nie mógł zaakceptować tego związku. Postanowił pozbyć się amanta w możliwie najboleśniejszy sposób – tu zrobił pauzę, dając słuchaczom czas na wyobrażenie sobie "najboleśniejszego sposobu". - Rozpruł mu żołądek, wypełnił go słomą i zawiesił na palu w taki sposób, aby imitował stracha na wróble. Mawiają, że duch chłopaka jest uwięziony w staraszewskich strachach na wróble. Swoje więzienie opuszcza tylko raz w roku w okresie żniw, aby móc szukać...
- Czego szukać? - spytał zasłuchany bez reszty Konrad.
- Tego nikt nie wie, może zemsty na niedoszłym teściu, a może ukochanej.
- A co z tym całym Złowrogim? - spytała Zosia, dla której historia wydała się bzdurą wagi ciężkiej.
Adrian spojrzał na zegarek. Było już po północy. Oficjalnie zaczęły się żniwa.
- Ponoć po dokonaniu zbrodni oszalał i rzucił się do jeziora.
Emilia ziewnęła przeciągle. To był znak, że pora iść spać i dziękować, że żaden Złowrogi nie biega po Staraszewie mordując ludzi.

***


Mikołaj zjawił się punktualnie, o siódmej. Od razu wręczył Jowicie bukiecik żonkili. Natalia spoglądała na parę z zazdrością. Który chłopak do niej przyjechał z kwiatami na pierwszą randkę? Oczywiście, nie powiedziała tego głośno. Stanęła obok równie oczarowanej, jak kuzynka, ciotki. Czy im się dziwiła? Skądże! Mikołaj Gorazda prezentował wszystkie pożądane u chłopaka przymioty. Grzeczny, uśmiechnięty, obdarzony pewnością siebie emanującą z niego w każdym pomieszczeniu, a przy tym fizycznie spełniał wszystkie oczekiwania Jowity: wysoki, dobrze zbudowany blondyn o szarych oczach. To musiał być jej książę z bajki.
Na dyskotece szkolnej zjawili się przed ósmą. Trochę rozmawiali, potem tańczyli i znowu rozmawiali. Tego wieczora czuła się jak Kopciuszek, aby u jego kresu przeistoczyć się w Alice Hardy.
- Nie dajesz mi wyboru – powiedział, prosząc ją na parkiet. - W tańcu nie będziesz mówiła. Chcę, abyś zostawiła te opowieści na kolejne spotkanie.
Po tańcach zaproponował jej wycieczkę za miasto.

***


Samochód zaparkował na piaszczystej szosie za polem Korczaków pilnie strzeżonym przez, ostatniego nieskradzionego, stracha na wróble. Mikołaj wyłączył silnik. Przez chwilę siedzieli w bezruchu i ciszy. Jowita utkwiła wzrok w polu. Złote za dnia kolby po zmroku przybierały bladożółty kolor. Rośliny zlewały się w ocean, znad którego wypatrywał jedynie samotny strażnik ze słomy.
- Wiesz – zaczął chłopak. - Zawsze uważałem cię za wyjątkową.
Odwróciła wzrok od kukurydzy. Mikołaj rumienił się.
- Myślałam, że nie zwracasz na mnie uwagi – odparła trochę bezmyślnie.
- Bzdura! - zagniewał się. - Znamy się od szkoły podstawowej, ale w gimnazjum przestaliśmy mówić sobie cześć i nawet nie wiem, dlaczego.
Wtedy zaczął ją onieśmielać. Przestał być chłopcem z podstawówki, wystrzelił w górę, zmężniał, kochały się w nim wszystkie dziewczyny, a ona zaczęła chodzić w rozciągniętej bluzie z napisem "dajonolg".
- Uważam cię za najwartościowszą osobę w naszej szkole – kontynuował: - masz odwagę i niczego nie robisz na pokaz. I te glonojady – dodał z uznaniem. - Musisz być bardzo mądra, a ja ledwo zdałem materiał o pantofelkach.
Pocałował ją.
Strach na wróble wychylił się zza rzędu kukurydzy. Pierwszy raz zrobił to subtelnie, prawie niezauważalnie. Po chwili wyczyn ponowił już znacznie pewniej, ale dopiero trzecią próbę zakończył skokiem na ziemię. Teraz już nie było odwrotu. Mordercze lato dopiero miało rozkwitnąć najintensywniejszą z barw. Ścisnął w dłoni narzędzie zbrodni, metalową końcówkę wideł.
Kurwa – przeklął w duchu. - Dlaczego akurat widłami?
Wolnym, acz zdecydowanym krokiem wyłonił się z kukurydzy jak aktor zza teatralnej kurtyny oczekujący na wielki finał sztuki, a finałem tej sztuki miała być krwawa tragedia.
Stanął przed samochodem. Całująca się młodzież nie zwróciła na niego uwagi. Trzasnął łapą w maskę auta. Na odezwę nie musiał długo czekać. Ze środka wyskoczył Mikołaj.
Strach na wróble złapał go za koszulkę i przejechał ostrzami po klatce piersiowej. Zbyt delikatnie, aby zabić, ale wystarczająco mocno, aby przestraszyć. Gorazda pojął sytuację i spróbował wrócić do auta, ale napastnik obalił go i przydusił do ziemi. Kolejne ciosy zadawał w klatkę piersiową. Z początku był ostrożny i dokładny. W głowie liczył kolejne uderzenia.
W którymś momencie oberwał w łeb. Osunął się z ofiary. Przed nim stała Jowita z kijem, na którym wcześniej siedział. Rozwścieczony reakcją nastolatki (prawidłowo powinna uciekać), złapał ją za nogę. Dziewczyna straciła równowagę, lądując na masce samochodu. Łapa stracha na wróble zacisnęła się na gardle uniemożliwiając jej krzyk. Drugą umieścił nad biodrem. Zbliżył twarz do twarzy Jowity. Poczuła odpychający zapach brudu, słomy i krwi.
- Przekaż mieszkańcom Staraszewa – jego głos był pusty – że Złowrogi powrócił i rozpoczyna krwawe żniwa.
Nie kontrolując emocji palnęła w nerwach:
- Spoko... Coś jeszcze, czy... to wszy... stko?
Złowrogi rozluźnił uścisk.
- Uciekaj!

***


Przerażenie wyzwalało się stopniowo jak świadomość o wydarzeniu. Strach na wróble zabił Mikołaja i coś gadał. Żniwa? Jakie żniwa? Kiedy? W uszach zadźwięczał jej paskudny głos Złowrogiego. Mimowolnie spróbowała przypisać go do jakiejś znajomej twarzy. Nie pasował do nikogo.
Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Przez krótki czas biegła środkiem pola kukurydzy, potem skręciła na szosę i znowu przez las. Nie odczuwała wysiłku, ale była niemal pewna, że pogubiła pantofle i rozdarła sukienkę. Starała się trzymać emocje na wodzy, ale było coraz trudniej. Całą paletę emocji postanowiła wydobyć z siebie przed pierwszymi napotkanymi ludźmi. Trafiło na parę młodych ludzi. Relację zaczęła w miarę możliwości spokojnie:
- Zabił go.
Leszek i Dominika nic nie odpowiedzieli. W osłupieniu przyglądali się dziewczynie, która wyskoczyła na nich z krzaków.
- Zabili go i krwawo! - powtórzyła histerycznie.
Nie dało się już prościej i spokojniej.

_________________
Notka na koniec:
Mordercze lato nie miało być pełnoprawną kontynuacją. W moich nieśmiałych planach Slasher miał liczyć trzy opowiadania z czego ostatnie miało być oddalone od poprzedniczek o jakąś dekadę. Mordercze lato miało być krótką historią o wycieczce nad jezioro i stalkerze. Koncept szybko zaczął zmieniać się. Campowe slashery mają długą, choć niekoniecznie bogatą, tradycję i wstyd byłoby nie wykorzystać jej w pełnoprawnym opowiadaniu.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2077
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: RedHatMeg » 14 paź 2018, 08:27

Wreszcie to przeczytałam. całkiem nieźle się zapowiada, chociaż liczyłam, że może tym razem morderca będzie bardziej nadnaturalny.

Znalazłam jedno nawiązanie, ale pewnie gdybym nie szukała nazwiska dla "finałowej dziewczyny" w moim opowiadaniu, pewnie bym nie wiedziała, że to to.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: Skorpion » 15 paź 2018, 10:15

Jakiego nazwiska? W jakim twoim opowiadaniui?! Muszę wiedzieć, bo umrę ze wścibstwa.

Pojawiło się nawiązanie do Mgły Carpentera, a dokładniej scena z opowiadaniem strasznych historyjek.
Obrazek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2077
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: RedHatMeg » 15 paź 2018, 11:21

Skorpion pisze:Jakiego nazwiska? W jakim twoim opowiadaniui?! Muszę wiedzieć, bo umrę ze wścibstwa.

Ano planowałam, aby jeden z rozdziałów o psychoterapeucie zajmującym się specyficznymi przypadkami, dotyczył tak zwanej "finałowej dziewczyny". Dlatego szukałam dla niej nazwiska po którejś ze słynnych "finałowych dziewczyn" i m. in. dlatego wiem, o kogo ci chodziło w tym zdaniu:
Tego wieczora czuła się jak Kopciuszek, aby u jego kresu przeistoczyć się w Alice Hardy.


(BTW - nawet myślałam czy by ci tego rozdziału nie dać do przeczytania.)

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: Skorpion » 27 paź 2018, 17:02

Przedstawienie postaci, Obóz Glonojadów:
Jowita Pawlicka – miłośniczka glonojadów, nowa kapitanka drużyny siatkówki, 17 lat
Natalia – kuzynka Jowity, chciała spędzić wakacje w Szwecji, a trafiła do Staraszewa, 19 lat
Iwona – mama Jowity, właścicielka Obozu Glonojadów, 43 lata
Leszek – wraz z dziewczyną remontuje obóz, z którym to łączy go mroczny sekret, 19 lat
Dominika – dziewczyna Leszka, uwielbia kryminały, 18 lat
Szalony Rafał – ze złowieszczym śmiechem informuje turystów, iż obóz jest skąpany we krwi, 57 lat

Rozdział 2
Noc Złowrogiego Czynu


Komendant Piotr Czyż uważał się za szczęściarza. Sukcesy notował zarówno na polu prywatnym jak i zawodowym. Poślubił wspaniałą pod każdym względem kobietę, a ich dwójka dzieci, w wieku pięć i osiem, nie przysparzała żadnych trudności wychowawczych. Z kolei praca policjanta w Staraszewie nie generowała większych stresów. Raporty pisały się same, podwładni nie byli problematyczni, a przestępstw brakowało jak na lekarstwo. Niezmącona idylla trwała do owej feralnej nocy, później ochrzczonej Nocą Złowrogiego Czynu, gdy to zadzwonił telefon. Odebrała zastępczyni Czyża, aspirant Alicja Bielak.
- Ja więcej nie pamiętam, proszę pana – odparła Jowita.
Alicja zapowietrzyła się. Obdarowała dziewczynę lodowatym spojrzeniem i podeszła do Czyża. Ten prawie nie zwrócił uwagi na nią. Z niepokojem przyglądał się Jowicie oraz dwójce towarzyszących jej ludzi. Myśli kołatały się wokół niejasnej zbrodni. Kto dopuścił się tak ohydnego czynu, pytał i zaraz sam sobie udzielał odpowiedzi, w takich miejscach jak Staraszewo, nie dochodzi do morderstw.
- Co powiedziała? - spytał wreszcie.
- Wzięła mnie za faceta – oznajmiła obrażona Alicja. - Powiedziała, "proszę pana".
- Pytałem o zeznania.
- Jowita Pawlicka, lat siedemnaście i Mikołaj Gorazda, lat osiemnaście, po dyskotece szkolnej wybrali się za miasto – mówiła automatycznie. – Tam... - mechaniczny głos zawiesił się na chwilę – według zeznań dziewczyny, zaatakował ich strach na wróble.
- Przepraszam, co?
- Powiedziała, że napastnik miał na sobie kostium stracha na wróble i przedstawił się jako Złowrogi – sprecyzowała.
Piotr milczał. Na przebierańcu postanowił chwilowo się nie skupiać. Bardziej interesowała go para, która przywiozła młodą Pawlicką na posterunek.
- A ci dwoje?
- Dominika Rychlewska i Leszek Matuszewicz – przeczytała z notatek. - Odrestaurowują Obóz Glonojadów. Wyszli na wieczorny spacer i wpadli na Jowitę. O sprawie wiedzą tyle, co zdążyła wypaplać im niedoszła ofiara czyli... w sumie... tyle co my.
Czyż pokręcił głową. W Staraszewie doszło do zbrodni, a teraz w jego obowiązku było tę zbrodnię wyjaśnić.

***


Do Jowity świadomość o morderstwie docierała w różnorakim tempie. W drodze na posterunek zrelacjonowała zdarzenie z detalami nowo poznanej parze. Przy policjantach zacięła się chwilowo, ale w końcu opowiedziała historię od tyłu. Alicja nie maglowała jej zbyt długo, ale za to wyjątkowo starannie. Teraz nastolatka siedziała na prostym krzesełku i czekała na mamę. Już nic nie mówiła. Spoglądała na rozdartą sukienkę. Zniszczyła się w lesie. Pamiętała nawet moment, w którym materiał zaczepił o jakąś gałąź. Mikołaj, przypomniała sobie leżącego na ziemi chłopaka. Zrobiło jej się niedobrze. Powinna była zawrócić, a co jeśli Mikołaj jeszcze żył?
W tym samym momencie na komendę wpadły mama i kuzynka. Jowita rzuciła się w objęcia matki, a Leszek i Dominika zawołali z zaskoczeniem:
- Iwona?
- To wy znaleźliście moją córeczkę? Dziękuję za pomoc – odparła słabo.
- Leszek? Dominika? - zza pleców pani Pawlickiej wyłoniła się Natalia. - Co wy tutaj robicie?
- Pracujemy na Obozie Glonojadów – wyjaśnił chłopak i szybko zreflektował się zapytaniem: - Czy ty przypadkiem nie miałaś być w Sztokholmie?
Natalia zagryzła wargi. Swój wyjazd do Szwecji zdążyła roztrąbić wszem i wobec, gdy ojciec wypalił ze Staraszewem. Przyznawać się nie zamierzała, bo to wstyd. Udawać przejęzyczenie? Stokholm brzmiał prawie jak Staraszewo. Tu i tam daleko, ale nadal wstyd. Nie! Postanowiła nikogo nie wyprowadzać z błędu. Do ostatniego dnia zarzekała się, że wyjeżdża za granice. Dla lepszego kamuflażu wzięła nawet kurtkę, szalik i czapkę. Kto mógł przewidzieć, że Matuszewicz przyjedzie na wakacje akurat tam, gdzie ona?
- Jestem w drodze – odparła niechętnie.
- Zaraz... to wy się znacie? - zainteresowała się ciotka.
- Niech ciocia niczym się nie martwi – powiedziała z nową energią. - Leszek i Dominika to moi dobrzy przyjaciele i niejedną krwawą aferę razem wyjaśniliśmy. Tym razem też wytropimy tego gnoja – mówiąc to, uniosła się nieznacznie w złości, ale pierwszy raz od przyjazdu poczuła się znajomo.
Kiedy trupy i morderstwa stały się dla niej normalnością? Świadomość o kolorowym, a właściwie krwisto-czerwonym życiu jakie ostatnimi czasy wiedzie wprawiło ją w ponowne przygnębienie. Nie dała jednak tego po sobie poznać i przeszła do zasadniczego pytania:
- Kto to zrobił?
- Złowrogi.

***


- Złowrogi – przeczytała w notesiku Alicja Bielak. - Kto to ten Złowrogi?
- A - machnął ręką Piotr – tutejsza legenda. Był szalonym hrabią, który zamordował amanta córki.
- W takim razie może morderstwa dokonał ojciec tej dziewczyny?
- Wykluczone – mruknął z niezadowoleniem. - Pawlickiego znałem osobiście i osobiście byłem na jego pogrzebie.
- W takim razie matka.
- W życiu nie uwierzę.
- Kuzynka?
Kuzynka nawet mu pasowała, ale po chwili koncept wydał mu się idiotyczny. Chwilę wcześniej rozmawiał z Natalią Kozłowską. Dziewczyna paplała jakieś bzdury o fatum i kolejnym bydlaku, co mu się mordować zachciewa. Psychiczna, ale z pewnością nie morderczyni. Dzieciaki, które przywiozły na komisariat Jowitę wykluczył z miejsca. Obóz znajduje się cztery kilometry w linii prostej od pola kukurydzy. Młoda Pawlicka biegła przez las. Żeby na nią ponownie natrafić i odwieźć musieliby przewidzieć,w którą stronę biegnie, a następnie wyprzedzić ją. Wszystko to z użyciem samochodu, nocą, a oni nie są stąd. Całą czwórkę należało wykreślić z listy podejrzanych.
Miejsce zbrodni znaleźli bez problemów. Na styku szosy i pola kukurydzy stał zaparkowany samochód, a obok niego leżał trup. Wokoło rozciągały się ślady lichej walki. Alicja poświeciła latarką na denata. O Mikołaju można było powiedzieć tylko to, że został zamordowany w wyjątkowo brutalny sposób. Częściowo usunięte, prawdopodobnie przez mordercę, ślady prowadziły od tyczki wyrastającej ponad pole kukurydzy. Wydawało jakby strach na wróble faktycznie ożył, stoczył walkę z Gorazdą, a potem ruszył w stronę lasu, gdzie ślad się urywał.
- Czy ona nie zeznała, że go uderzyła tą tyczką? - spytała Bielak, spoglądając w notatki.
Komendant w milczeniu spoglądał na pole. Bywał tu często. Barbara Korczak zawiadamiała policję o zuchwałych kradzieżach strachów na wróble. Ostatnia ze szmacianych lalek najwidoczniej sama zdecydowała się uciec, a przy okazji zabić licealistę.
- Porozmawiaj z Korczakową – wydał polecenie. - Chcę wiedzieć, czy ktoś tutaj się kręcił. Jeśli tak, to kiedy i po co, swój, czy obcy. Bez różnicy.

***


Alicja porozmawiała z Basią jak kobieta z kobietą. Pani Korczak wyjaśniła, że nikogo podejrzanego na swoim polu nie widziała. Zresztą, nie siedzi po nocach i nie obserwuje jak kukurydza rośnie. Zniknięcie stracha na wróble mocno ją zdenerwowało, a oskarżenie go o morderstwo wprowadziło w szał. Od razu podzieliła się swoimi domysłami odnośnie zbrodni i to one poprowadziły Piotra na pole namiotowe. I mimo wszelakich próśb pana Wojciechowskiego, policjant miał zamiar przesłuchać biwakujących tam nastolatków. Miał szczęście złapać całą czwórkę. Młodsza z dziewczyn siedziała na kocyku i spoglądała na Obóz Glonojadów po drugiej stronie jeziora. Jej brat z widocznym znudzeniem wpatrywał się w telefon, a pozostała dwójka opalała się na molo. Czyż rozpoczął przyjacielsko i delikatnie.
- Nic nie słyszeliśmy – odparł zgodnie z prawdą Adrian Korba.
- Poszliśmy spać około północy, no... może chwilę po – dodał Konrad. - A kogo zamordowali?
Policjant poczerwieniał.
- Skąd wiecie, że kogoś zamordowano?
- Pan Krzysiu się wygadał – wyjaśnił Brzęcki. - Bał się, że uciekniemy, gdy tylko dowiemy się o morderstwie i wolał nas uprzedzić przed policją.
Komendant stłumił złość.
- To ktoś z Obozu Glonojadów, tak? - Zosia po raz pierwszy oderwała wzrok od domków po drugiej stronie jeziora.
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo przyjechał pan tu do nas. Szuka pan świadków, a tych, na logikę, zwykle szuka się blisko miejsca zbrodni.
Sposób myślenia dziewczyny spodobał mu się. Może w ten sposób upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu? Młodzi byli skorzy do pomocy, a on nie miał nic przeciwko. Jako podejrzanych wykluczył ich niemalże od razu, a teraz wyłącznie z ciekawości przysłuchiwał się ich opiniom.
Zaraz po odejściu policjanta wybuchła żywiołowa dyskusja na temat mordercy.
- Źle robimy siedząc tutaj – podsumował stanowczo Konrad. - Od dwóch dni jesteśmy nad jeziorem i w ogóle nie znamy Staraszewa.
- Co proponujesz? - zaciekawiła się Emilia.
- Wycieczkę. Poznamy miejscowych.

***


Artem Dotsenko miał trzydzieści jeden lat. Fizycznie prezentował się przeciętnie. Był średniego wzrostu, szczupły. Włosy miał jasne, gęste, zarost, oczy szare i tak naprawdę poza ukraińskim akcentem nie różnił się niczym od mieszkańców Staraszewa. Urodził się w Ługańsku i tam też spędził większość swojego życia. To była jego pierwsza wizyta w Polsce, w ogóle pierwsza zagraniczna podróż. Mimo to po polsku mówił znakomicie, co było zasługą babci z pochodzenia polki, która swój język ojczysty wbijała najpierw dzieciom, a potem wnukom. Uczył się, chociaż sensu większego w tej edukacji nie widział, bo do Polski nie zamierzał jechać. Angielski, niemiecki, rosyjski, zgoda, ale polski? Na co to mu potrzebne? Dopiero teraz docenił babcine nauki, które spłynęły na niego niczym pany anielskie.
Przed wejściem na posesje zgasił papierosa. Jeszcze chwilę wahał się. Wejść, nie wejść. Nie cierpiał bezczynności. Bardziej zdecydowanym krokiem przeszedł przez zaśmiecone podwórze i trafił do drzwi. Dzwonka nie było, a więc zapukał. Korczak otworzyła energicznie przekonana, że to policjantka czegoś zapomniała i znowu ją niepokoi.
- Słucham.
- Szukam roboty.
- Niby tutaj? - złość ustąpiła podejrzliwości.
- Tutaj – powtórzył. - Nazywam się Artem Dotsenko.
Podejrzliwość ustąpiła standardowemu niezadowoleniu.
- Może i mam pracę – oznajmiła, rozglądając się ostrożnie. - Niech pan wejdzie do środka – zaprosiła go usilnie starając się, aby nie brzmiało to jak rozkaz.
Usiedli przy stole kuchennym. Gospodyni zaparzyła herbatę, popatrzyła na zegarek i rozpoczęła rozmowę.
- Kolega ustawił mi pracę w Katowicach, ale zmył się – zaschło mu w gardle. - Zostałem bez niczego. Ktoś poradził mi, żeby spróbować zatrudnić się na wsi przy żniwach.
Na samą myśl o żniwach Barbara poczuła złość. Nigdy wcześniej nie potrzebowała pomocy przy zbiorach, ale przez morderstwo zdążyła złapała opóźnienie.
Zamieszała łyżeczką w filiżance i wyjrzała przez kuchenne okno. Podwórze wyglądało jak pobojowisko. Nic nowego.
- Pracował pan na wsi?
- Jestem z zawodu mechanikiem – odparł – ale nie boję się ciężkiej pracy.
Gospodyni odłożyła łyżeczkę.
- Wczoraj zamordowali człowieka – powiedziała obojętnie. - Stąd nawet widać to miejsce.
Artem spojrzał na pole zaczynające się za szosą. Nic nie odpowiedział.
- To nie najlepszy okres na wizyty w Staraszewie – ciągnęła – zatrudnię pana, jeśli się jeszcze nie rozmyślił.
Pani Korczak odstąpiła mu mały pokój przy kuchni, a właściwie, niewielki kąt z kanapą, który mógł oddzielić od reszty pomieszczenia parawanem. Nie był to luksus, ale wystarczył. Usiadł na kanapie. Twarz ukrył w dłoniach i głęboko westchnął. Po chwili sięgnął po portfel. Ze środka wyciągnął wymięte zdjęcie młodej kobiety.
- Jestem blisko – wyszeptał.

***


- Wojciechowski jak ta dziennikarka – stwierdził z przekonaniem Adrian.
- Wojtkowiak – obstawała przy swoim Emilia.
Konrad bardziej przychylał się do wersji koleżanki. Z kolei Zosi było wszystko jedno. Mógł być nawet Wojtek, jeśli tylko pole namiotowe będzie jej odpowiadało, a na razie nie odpowiadało. Już pierwszej nocy obudził ją krzyk jakiejś dziewuchy. Sąsiadów nie mieli żadnych, jeśli nie liczyć ciecia pilnującego pola. Z ciecia był jeszcze jeden pożytek – posiadał czajnik elektryczny i użyczał go biwakowiczom w potrzebie.
Inaczej sprawy miały się z tym całym "Wojtkowiczem"... Był wstrętny z charakteru i wyglądu. Wpadał na pole codziennie, niby to sprawdzić, czy goście mają się dobrze, ale niemal od razu przechodził do części informacyjnej.
- Pole na początku dzierżawiłem od Korczakowej – opowiadał.
Adrian kiwał głową, a Konrad leżał na kocu i nawet nie udawał, że słucha.
W rzeczywistości czuł się rozczarowany wakacjami. Od powrotu z praktyk czas mijał bardzo szybko. Nie wiedzieć kiedy, skończył szkołę, zdał prawo jazdy, Gustaw ogłosił zaręczyny z panną Olą, a on ma im świadkować na ślubie we wrześniu, a w październiku miał rozpocząć szkołę filmową. Na myśl o ślubie brata ścisnęło go w dołku. Cieszył się, ale z drugiej jego serce nadal wzdychało do wyzbytej z emocji Aleksandry. Pocieszeniem była heca związana ze zbrodnią w miasteczku. Może chociaż ujmą kolejnego sprawcę, jeśli tym razem nie zginą. Ostatnio był bardzo blisko śmierci.
- Potem sprzedała mi ten kawałek ziemi – ciągnął. - Interesu nie ma żadnego jak widzicie...
- To po co pan kupił – spytała zgryźliwie Zosia.
- Bo lubię kontakt z młodzieżą – w jego głosie falowało niezadowolenie.
Dziewczynka nie uwierzyła. Gdyby nie miał mamony, nie prowadziłby interesu. Mimo czternastu lat młodsza siostra Konrada głupia nie była. W sprawach finansowych nikt nie mógł jej oszukać, a już na pewno nie jakiś stary krętacz.
- Coś dużo jej nie ma – pociągnęła temat.
- Wy jesteście, a na dni młodzieży ksiądz sprowadza zwykle pielgrzymki i jest jak na Lednicy.
Straciła zainteresowanie tematem. Pan Krzysio sam się wygadał. Potem opowiedział jeszcze o drogim samochodzie i domu, też drogim, co go wnuczce zostawi.
- Tym morderstwem w ogóle się nie przejmujcie – uspokoił ich. - Znam ludzi w ratuszu i od policji wiedzą, że sprawca jest już znany. Złapią go do jutra.
- Wcale się tym nie przejmujemy – odparł w zamyśleniu Konrad. - Bardziej zastanawia mnie, kiedy i kto zginie następny.
Pan Wojtkowiak pobladł. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. W ogóle, co to znaczy, kto i kiedy? Przecież dopiero im powiedział... Nastolatki musiały być głupie. Zamordowano człowieka, a oni jak gdyby nigdy nic. Oczywiście nie miał pojęcia, że dzieciaki miały za sobą już pewne mordercze doświadczenia i kolejny trup przestał stanowić jakąkolwiek atrakcję. Za to wyrobił się pewien ogólny tok myślenia. Jeśli sprawca zadaje sobie trud, aby zabijać w przebraniu, to chce być widoczny. Pytanie, dlaczego, stanowiło zagadkę, którą należy rozwiązać jak najszybciej, bo kolejne krwawe zbrodnie są kwestią czasu.

***


Pogrzeb Mikołaja Gorazdy okazał się atrakcją niebanalną, a to za sprawą wuja Modesta. Człowiek ten znany był z drygu organizacyjnego i w tej materii żadna uroczystość w Staraszewie nie mogła odbyć się bez jego udziału. I tu zdecydował się na organizację marszu pogrzebowego. Żałobników poinstruował następująco:
- Rząd liczy cztery osoby. Rzędy idą w odstępach półmetrowych, zaczynając od prawej nogi. Rytm: prawa, raz, dwa. Lewa, trzy. Prawa, raz, dwa... Skręcacie przy brzózce – wskazał palcem lichą wiecheć.
Pochód ruszył. Natalia, Iwona, Jowita i Dominika szły w jednym rzędzie, a tuż za nimi, dokładnie w półmetrowym odstępie, Leszek i trzy inne osoby. Natalia w wysokich obcasach ledwie nadążała za swoją grupą. Dodatkowe problemy sprawiało piaszczyste podłoże. Przed zakrętem zwolniła i wtedy wlazł na nią Leszek. Zdenerwowana złapała się drzewa i z rozpędu wystrzeliła na przód procesji przed księdza. Zdarzenie to nie umknęło uwadze wuja Modesta.
- A pani to w ogóle nie potrafi chodzić – skomentował zgryźliwie na koniec pogrzebu.
- Ważne jak zapamiętam tego chłopaka, a nie jak szłam na jego pogrzebie – odparła w roztargnieniu.
Modest zapowietrzył się, ale nic nie odpowiedział.
- No, no... Kuzynka naszej Jowitki, moja krew – powiedział potem z zadowoleniem na stypie.
Od tamtej chwili Natalia stała się jego ulubioną bratanicą.
Czy łączyło ich jakiekolwiek powinowactwo? Trudno stwierdzić. Wuj Modest był bliskim krewnym wszystkich i nikogo. Niby nie było to żadną nowiną w miasteczku, gdzie więzy krwi łączą większość. Modest kazał na siebie wołać wujkiem lub kuzynem w zależności od wieku swojego rozmówcy. Sam był starym kawalerem. Mieszkał w centrum Staraszewa, żył z emerytury wojskowej. Świadomość bycia czyimś krewnym wprowadzała go w dobry nastrój.
- Wszyscy obwiniają mnie o śmierć Mikołaja – powiedziała podczas stypy Jowita.
Leszek pokiwał głową w zamyśleniu. Większość żałobników spoglądała na nich wrogo, co było dla niego niecodzienne. Za pierwszym razem znalazł się po prostu w złym miejscu i czasie, nikt z Lipczan nie obwiniał go i pozostałych o znalezienie zwłok. Kolejna zagadka miała miejsce w hotelu. Podejrzani byli wszyscy, a teraz? Na pierwszy plan wysunęła się Jowita. Czy faktycznie było tak jak mówiła? Mogła przecież być wariatką i zabić dla sztuki szaleństwa, a potem wymyślić całą historię o Złowrogim. Oni z kolei byli przyjezdni, a w dodatku znaleźli niedoszłą ofiarę mordercy. Teraz nie tylko morderca działał na ich niekorzyść, ale także nieufni mieszkańcy miasteczka.
- Pamiętasz coś jeszcze? - spytał Leszek.
- Może jak go zabijałaś? - zasugerował życzliwie kelner.
- Zamknij się, facet – warknęła Natalia.
Jowita westchnęła. To nie był taki zwykły strach na wróble, bo zwykły siłą rzeczy siedzi na polu i swojej roboty pilnuje, a ten zlazł z pala. No i tu pojawiły się pierwsze dwa wnioski. On miał nogi. Kukły Korczaków były zaś zbudowane do pasa, zaś nogę stanowił wbity w ziemię kij. Napastnik nie posiadał też kapelusza. Maską był brudno szary worek z otworami na oczy i usta. Koloru oczu nie potrafiła określić, bo było ciemno, a i jakoś niechętnie spoglądała na jego gębę. Miał widły, ale krótkie, praktycznie sam trzonek i niewielki kawałek patyka.
- Głos wydawał mi się znajomy na początku, ale potem sama nie wiem – mówiła zakłopotana.
- Może to głos w twojej głowie – skomentował ze sztuczną troską kelner.
Natalia rozważała zamordowanie dziada. Niby to zbierał naczynia, ale za każdym razem, gdy tylko usłyszał fragment rozmowy, wtrącał się.
- Czy on przypadkiem nie prowadził mszy? - spytała ostrożnie Dominika.
Natalia i Leszek spojrzeli na nią w zaskoczeniu. Natalia przypomniała sobie księdza, przed którego wybiegła na pogrzebie. Grubasek serwujący jedzenie wyglądał niemal identycznie.
- Bliźniacy? Nie może być – wymamrotała.
- Jestem ojciec Konstanty Karaś – przedstawił się, podchodząc do stolika.
- Dlaczego ksiądz sprząta ze stołu?
- Przez osiem miesięcy w trakcie seminarium dorabiałem sobie jako kelner – odparł lekko. - Uwielbiam tę pracę.
- Ale czy ksiądz nie pracuje jako... - Natalia chciała ostrożnie podjąć temat.
- Kapłaństwo to powołanie, a kelnerstwo to praca – wyjaśnił i na chwilę odszedł.
Dominika kontynuowała temat Złowrogiego, cały czas obserwując księdza-kelnera, czy przypadkiem nie podsłuchuje. Podsłuchiwał.
- Dobra – uciął krótko Leszek. - Ja i Dominika spróbujemy dowiedzieć się czegoś o tym całym hrabim. Może ma jakichś potomków, czy innych ludzi, którzy mogliby zabijać w jego imieniu, a wy tymczasem postarajcie się nie rozdzielać.
- A ja z ambony przeklnę tego zbrodniarza! - wtrącił ksiądz-kelner, który już nawet nie starał się udawać, że sprząta ze stołu.

***


To nie było zdenerwowanie ani też lęk. Czuł niezwykłą ekscytację. Jakby niemożność doczekania się tej chwili. Przygotowanie do wyjścia traktował jak magiczny rytuał, a przynajmniej tak postanowił podchodzić do swoich łowów.
- To będzie obrządek jak medytacja albo modlitwa.
W przeszłości zamordował już dwie osoby i obie zbrodnie uszły mu na sucho. Pierwszy raz zabił dość mimowolnie, nieco spazmatycznie, chociaż teraz, myśląc o tym, to było bardzo dobre morderstwo.
- Takie klasyczne - pomyślał.
Za drugim razem poszło rutynowo i chociaż zdawał się być podczas tej zbrodni pozbawiony emocji był wtedy bardzo przejęty. Dziś po raz pierwszy występował w roli Złowrogiego.
- Mój święty obowiązek.
Najpierw założył brudną koszulę i spodnie, a potem maskę (mimo początkowych obaw nie ograniczała widoczności). Kostium śmierdział, ale to nie była żadna przeszkoda. Mógł wyprać łachmany, ale obawiał się, że wtedy cała magia wypłucze się z zapachem krwi. Zarzucił płaszcz. Na samym końcu wziął do ręki krótkie widły.
Plan działania musieli ułożyć wcześniej. Kretyn nalegał, bo nie daj boże ktoś go zauważy, a na to za wcześnie.
- Na razie poszła fama, że młoda Pawlicka cię widziała – mówił kretyn. - Tyle wystarczy. Następne ofiary mają się po prostu znaleźć.
- To po co mi kostium?
- Na wszelki wypadek. Byłby problem, gdyby ktoś cię zauważył.
Kretyna słuchać nie chciał. Nie znosił go, ale musiał tolerować. Póki co...
Ofiarę wytypował wcześniej. Kretyn pozwolił mu samemu dokonać wyboru. Poszło gładko. W tamtej chwili Złowrogi poczuł ogromne rozczarowanie. Trup leżał i nawet nie wyglądał dramatycznie. Zakradł się od tyłu i zabił ją. Po krótkim namyśle przeniósł zwłoki za kantorek, gdzie nie od razu rzucą się w oczy. Pozostała jeszcze jedna rzecz, o której marzył przy każdej wcześniejszej zbrodni. Zostawić wiadomość...

___________________________
Krótka notka:
I się zaczęło. Morderca zaatakował i jak zwykle panuje zamęt. Po dwóch rozdziałach zaprezentowałem już prawie wszystkich bohaterów opowiadania. I tu mam problem, zastanawiam się, jak zrobić prezentację postaci. Zwykle daję po kilka osób przed rozdziałem z krótką charakterystyką, ale niekoniecznie jest to wygodne dla czytelnika. Dlatego moje zapytanie o formę, czy mam wrzucić spis wszystkich postaci w jeden post i darować sobie wrzucanie po kilka imion przed każdym rozdziałem?
Ostatnio zmieniony 20 cze 2019, 18:53 przez Skorpion, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: Skorpion » 26 gru 2018, 18:40

Przedstawienie postaci, pole namiotowe:
Adrian –
po rozstaniu z Natalią chce spokojnie spędzić wakacje, lat 19
Konrad – zdobył prawko i teraz chce wypocząć przed szkołą filmową, lat 19
Zosia – młodsza siostra Konrada, zwana też "Małą Mi", lat 14
Emilia – po ostatnich wydarzeniach chce wyłącznie spokoju, ale nie wiecznego, lat 17
Paulina - rywalka Jowity, "mean girl", lat 18
Krzysztof Wojtkowiak – właściciel pola namiotowego, tatuś Pauliny, lat 49
Cieć – strzeże pola namiotowego, posiada czajnik elektryczny i chętnie użycza go obozowiczom, lat 37

Rozdział 3
Bebechy



Primo, należało podzielić się na dwa zespoły zwiadowcze. Następne ustalenia poszły szybko. Zosia chciała być w parze z Adrianem, a więc siłą rzeczy drugą parę musieli stanowić Emilia i Konrad. Sekundo, przejść się po Staraszewie i popytać miejscowych od niechcenia. Istniała szansa, że ludzie z ludźmi chętniej pogadają niż z policją. W planach były dwa miejsca; boisko szkolne oraz Obóz Glonojadów. Pan Krzysiu trochę bezmyślnie pochwalił się wnusią siatkarką i tym, że ów wnusia przyjaźniła się z ofiarą, również związaną ze sportem. Złapawszy się na tym Wojtkowiak, Wojtkowiecz, mniejsza o to, szybko zmienił temat i do zamordowanej osoby nie chciał powrócić za nic. Drugim miejscem był Obóz Glonojada. Należało bezwzględnie rozejrzeć się i porozmawiać z kimś żywym, jeśli takowy żywy tam występuje. Przede wszystkim, czy to tam kogoś zamordowano? Policjant milczał w tej kwestii. Tu również przydział obowiązków poszedł szybko za sprawą Zosi. Na drugą stronę jeziora może się przejść, ale na dłuższą wycieczkę za żadne skarby. Tertio, dojść do wniosków.

***


Poczta w Staraszewie mieściła się w starym budynku będącym niegdyś częścią większej kamienicy Floriana Złowrogiego. Od północnej strony sąsiadowała z pawilonem oraz sklepem pamiętającym czasy PRL-u, a od południa z kilkoma mieszkaniami w trakcie remontu, a więc chwilowo niezamieszkiwanymi. Wnętrze poczty prezentowało się dość groteskowo, a przynajmniej takie wrażenie odniósł Leszek przychodząc tam po raz pierwszy. Do środka prowadziło wąskie przejście, w którym stała skrzynka na listy. Wymijając ją musiał przejść bokiem ocierając się o ścianę. Dopiero za "gardłem" znajdowało się szerokie pomieszczenie. Na ścianie wisiały skrytki pocztowe, niewielki stolik z druczkami oraz stojak z kartkami pocztowym stały pod oknem. Dalej trzeba było minąć kserokopiarkę oraz faks, za którymi schowana była oszklona kasa. Pomieszczenie wypełniał kujący nozdrza zapach kurzu. Przeszkadzał półmrok, który wypełzał z gardłowej części i kończył się dopiero w pobliżu stanowiska kasjerki. W okienku siedziała starsza pani. W jednej ręce dzierżyła długopis, a w drugiej słuchawkę telefonu, którą kurczowo przyciskała do ucha.
- Nie – odpowiedziała do słuchawki. - Oczekuję, że przyjdziesz jak najszybciej.
- Dzień dobry – powiedział wesoło uradowany brakiem kolejki Leszek.
Pocztowa łypnęła na chłopaka okiem chłodnym i podejrzliwym, co było zrozumiałe po ostatnich wydarzeniach w Staraszewie. W rzeczywistości kobieta miała słaby wzrok. Musiała go nie lada wysilić, aby przypasować twarz do odpowiedniego mieszkańca, a co za tym idzie, korespondencji. Ludzie mówili:
- Pani Grażynko, to taka mała miejscowość... Jesteśmy jak rodzina. Pani powinna znać wszystkich!
I co miała począć stara megiera? Minus pięć w okularach i skleroza nie z tej ziemi. Cztery lata temu przeniesiono ją z urzędu pocztowego w Katowicach do Staraszewa. Ona zaś kompletnie nie przygotowana do realiów wiejskich. W mieście petent Kowalski jest wyłącznie klientem, a nie Jarusiem, Zenusiem, czy innym słodkopierdzącym chłopem. Pozostawało jej wytężać wzrok i pamięć.
- Poproszę dwie koperty A4, cztery znaczki. I czy są jakieś listy na nazwisko Matuszewicz?
Grażynka odłożyła długopis. Słuchawkę nadal przyciskała do ucha słuchając bełkotu rozmówcy. Spod lady wyciągnęła dwie koperty oraz klaser ze znaczkami.
- Dzisiaj! - trzasnęła słuchawką.
Nadal zdenerwowana podała koperty oraz znaczki. Leszek przyglądał się jej ruchom z wielkim entuzjazmem. Miał wrażenie, że pocztowa najchętniej czymś by rzuciła, coś rozbiła, ale jego obecność hamowała wybuch gniewu. Z koszyka z korespondencją wyjęła trzy koperty. Wcisnąwszy mu listy poleciała na zaplecze.
Ciekawe co ją tak zdenerwowało? - pomyślał.
Listów na razie postanowił nie czytać.

***


Najpierw siedział na szczycie trybun. Stopniowo schodził niżej i niżej, aż w końcu znalazł się dwa miejsca od niej.
Chyba nawet nie zauważyła, może to i lepiej... Chciał coś powiedzieć odnośnie siatkówki, ale na całe szczęście zdążył ugryźć się w język. Usiłował śledzić grę, ale co po chwila zerkał na najpiękniejszą istotę w północnej galaktyce. Nabrawszy odwagi przemówił, choć mniej szumnie niż to sobie wyobrażał:
- Cześć.
- Cześć – odpowiedziała Natalia nie odrywając wzroku od dramatu na boisku.
- Jesteś nową Glonojadką?
- Jestem tu tylko na wakacjach – odparła z trwogą. - Moja kuzynka jest kapitanem tego bajzlu.
W rzeczywistości nie dowierzała w jakiekolwiek pokrewieństwo. Jowita nie przejawiała żadnych oznak przywódczych. I tu, niestety, sporo racji miała Paulina. Liderka musiała być wredna, a wchodząc na boisko czy do jakiegokolwiek pomieszczenia powinna emanować z niej niepodważalna aura alfy. A co robiła Jowita? Dziękowała za krytykę, grzecznie prosiła na zasadzie, "a czy możesz" i ględziła o jakiejś erystyce.
- Czy to jakaś zagrywka w siatkówce? - przebąkiwała pod nosem Kozłowska.
Należało zrobić porządek. Sprowadzić Paulinę do pionu, to po pierwsze. Po drugie ochrzanić Jowitę. I trzy, zacząć sensowne treningi. Natalia w koordynowaniu ludźmi miała spore doświadczenie i gotowa była je wykorzystać, aby pomóc krewnej. W końcu co innego miała do roboty? Domino i Leszek ścigają mordercę, a jej guzik do tego. Postanowiła spożytkować czas na doprowadzenie Glonojadek do ładu.
- Moja siostra jest obrończynią – usłyszała coś – a ja jestem Kamil, ale wołają na mnie Debezet.
Umknęły jej te informacje.
- Od anime Dragon Ball, bo jestem jego znawcą – mówił coraz śmielej. - Dzisiaj muszę odebrać z poczty figurkę Majin Boo z limitowanej edycji kolekcjonerskiej Dragon Ball Z.
Natalia pierwszy raz spojrzała na Kamila vel Debezeta. Chłopak mógł mieć około szesnastu lat. Był niski, ale przysadziście zbudowany. Włosy krótkie, czarne, twarz okrągłą i bladą, ot co, mały brzydal.
- Chcę cosplayować Vegetę na konwencie. Pojechałabyś ze mną jako Bulma?
Supozycja wysnuta przez małego brzydala ogłuszyła ją doszczętnie. Jako co? Dokąd? Z całego pytania zrozumiała wyłącznie słowa "chcę" i "pojechałabyś". Wstała z ławki na tyle energicznie, na ile pozwalał jej stan umysłowy. Z jednej strony osioł od Dragon Balla, a z drugiej ciamajdy na boisku. Co tu się wyprawia? Glonojadki kłóciły się.
- Hej, ty, żyrafo! - zawołała do Pauliny. - Jowita to kapitan – ciągnęła dalej: - kiepski z tego co widzę, ale jednak kapitan, a ciebie nikt tu nie trzyma siłą.
Żyrafa! - ucieszyła się Jowita - że też sama nie wpadła na to dużo wcześniej!
Paulina była chuda, miała smukłą twarz, długą szyję i jeszcze dłuższe łapska i kopyta. Jednak akcentem decydujący o jej żyrafowatości były drobne, mało widoczne, ale jednak istniejące piegi jak cętki żyrafy. Niby chłopcy uważali ją za ładną, ale to była bzdura i brak obiektywizmu. Poza tym jak komuś może podobać się ssak parzystokopytny? Nie mogła się doczekać, aż sama nazwie Wojtkowiak Żyrafą.
Paulina zapowietrzyła się. Kozłowska kontynuowała:
- Ty z kolei, zbierz się do kupy! Jako kapitan powinnaś mieć większy posłuch!
Trening mógł trwać. Natalia wróciła na ławkę. Przez chwilę starała się śledzić dalszy przebieg meczu, ale szybko straciła zainteresowanie na rzecz pary nastolatków. Para najpierw pokręciła się przed wejściem na teren szkoły. W końcu weszli i przez chwilę spacerowali wzdłuż budynku, aby wreszcie zdecydowanym krokiem przeciąć boisko do koszykówki i znaleźć się na trybunach, niewiele wyżej od Kozłowskiej i Debezeta. Natalia rozpoznała ich od razu. W pierwszym odruchu poczerwieniała. W głowie telepała jej Szwecja i milion różnych wymówek, dlaczego spędza wakacje tutaj, a nie górskim kurorcie. Pozostawało siedzieć w ciszy i mieć nadzieję, że jej nie rozpoznają. O, zgrozo, a jeśli przesiądą się bliżej? Musiała ich uprzedzić.
- Konrad? Emilka? - wydała z siebie okrzyk nieco przesadnego zdziwienia. - Co wy tu robicie?
- Rozwiązujemy zagadkę morderstwa – Brzęcki odpowiedział mechanicznie.
- Ach, słyszeliście o tej tragedii? - w dalszym ciągu nie dawała im dojść do słowa. - Zginął chłopak mojej kuzynki! Przyjechałam jej pomóc – zasugerowała swój natychmiastowy przylot z zagranicy.
- Ze Sztokholmu? - spytała zaskoczona Emilia.
- Samoloty są naprawdę szybkie!
Nie zwlekając wprowadziła przyjaciół w kulisy zbrodni. Wiele ich nie było, a więc zaczęła opowiadać o pogrzebie i drużynie Glonojadek. O Szwecji mówiła niechętnie i zdawkowo. Konrad wyłączył się z rozmowy nadspodziewanie szybko na rzecz wodzenia wzrokiem za piękną zawodniczką Glonojadek. Paulina Wojtkowiak swoją chłodną urodą przyćmiewała Zuzannę oraz pannę Olę.
- Czy nie powinno być ich sześć? - spytała Emilia.
Kozłowska milczała. O siatkówce nie miała bladego pojęcia.
- Brakuje Lidki – wtrącił Debezet.
Nieobecność lewej atakującej miała się za chwilę wyjaśnić i to w sposób szalenie interesujący, a zarazem kłopotliwy. Po kontrze Pauliny piłka wystrzeliła w niebo. Zawirowała na wysokości dachu szkoły po czym spadła w dół. Z nadal dużą siłą uderzyła o chodnik i potoczyła się w kierunku kanciapy za boiskiem. Po piłkę poszła biała Kasia. W jednej sekundzie wystrzeliła zza szopy na czworakach zanosząc się spazmatycznym płaczem. W jakimś intuicyjnym odruchu wszyscy zerwali się z boiska i trybun pędząc w stronę miejsca, z którego wyczołgała się ich koleżanka. Niemal tratując Kasię wpadli za kanciapę i ujrzeli przeraźliwy widok. O ścianę budynku, tuż za metalowym kontenerem na śmieci leżały zwłoki nieobecnej zawodniczki.
- To chyba Lidzia – jęknęła słabo Paulina.
- To temu spóźniła się – odpowiedziała mimowolnie Jowita.
- Nie spóźniła się. Była tutaj cały czas - skorygowała ją Emilia.
Trup był zimny i zesztywniały. Czas zgonu łatwo było policzyć. Skoro trenowała popołudniami to z dużym prawdopodobieństwem zginęła wczoraj – pierwszy wniosek zaświtał w głowie Natalii, a dopiero po chwili drugi Konradowi – jakby łapa Krugera. Istotnie, wzdłuż klatki piersiowej szły trzy linie po ostrzu zostawione w równych odstępach. Półszeptem wymienili się kilkoma uwagami ignorując pandemonium. Kozłowska przewróciła oczami. Miała ochotę powiedzieć dzieciakom, aby wzięły się w garść, ale to był ich pierwszy trup, a więc miały prawo do histerii. Emilia filozoficznie milczała.
- Policja – rzucił hasło Kamil.
- Kto dzwoni?
- Kto znalazł?
Wszyscy spojrzeli na podeptaną Kasię. Dziewczyna nie była zdolna do przeprowadzenia jakiejkolwiek rozmowy.
- Musimy dzwonić? - spytała Mela.
- Idiotko, przecież zamordowano człowieka – oburzyła się Paulina. - Co chcesz zrobić? Wywlec na ulicę i niech ktoś inny znajdzie?
- Nie – pokręcił głową Konrad. - Najpierw ustalmy kilka faktów, bo jak przyjadą gliny to będą problemy.
- Co chcesz ustalać?
- Nigdy nie widziałem trupa – oznajmił w filozoficznej zadumie Debezet.
- Przecież w Dragon Ball ciągle ktoś ginie – napomknęła czarna Kasia.
- Ale eksploduje i po ciele.
- Sugerujesz, że lepiej jest zdetonować zwłoki naszej przyjaciółki?
- Nie! Po prostu mówię, że nie widziałem zwłok na żywo. Tak wyglądają? - pytanie wyraźnie skierował do Jowity, która kilka dni temu oglądała morderstwo Mikołaja.
Pawlicka nie odpowiedziała. Wzrokiem uciekała nad głowę denatki, nad którą widniał czerwony napis. Teraz już wszyscy spoglądali na złowrogi zapis krwią.
- Ks... - przeczytał początek Kamil. Zatrwożony przerwał i odwrócił wzrok.
- Ksiądz Ali? - spróbował odczytać Konrad.
Nikt nie potwierdził.
- K S R D Z 4 1 1 – przeliterowała Natalia.
W rzeczywistości litery i cyfry (o ile rzeczywiście były one cyframi, a nie wyjątkowo krzywymi literami) nadawca zbił w jedno trudne do rozczytania słowo.
Od telefonu na policję do przyjazdu radiowozu minęło kilka minut. Zaraz za Piotrem i Alicją zjechała się połowa miasteczka. Na całe szczęście zwłoki były usytuowane w taki sposób, że zza bramy nie można było dostrzec żadnych szczegółów, chociaż w tłumie gapiów pojawiały się pierwsze przypuszczenia odnośnie wydarzenia. Najpierw pobłażliwie wspominano o włamaniu do budynku, potem jakimś wypadku którejś z Glonojadek, a w końcu zaczęto szeptać o tym najczarniejszym scenariuszu. Piotr słuchał zeznań łakomie i z przestrachem, co jakiś czas spoglądając na napis na ścianie.
- To sprawka tego cholernego glonozjeba i jej kuzyneczki! - histeryzowała Paulina. - Wiecie jak się odezwała do mnie na treningu?
Czyż kiwał głową. Zeznania Pauliny Wojtkowiak nie posiadały większej wartości merytorycznej. Od pozostałych różniły się tylko dużą liczą inwektyw rzucanych w Jowitę oraz jej kuzynkę. Najpierw zginął Mikołaj, a teraz Lidka. Dwie młode ofiary, połączone sportem, ale gdzie tu miejsce na Złowrogiego? I co znaczyły ten napis. Wtedy zadzwonił telefon.

***


Obóz Glonojadów wyglądał na częściowo rozbebeszony. Na niewielką piaszczystą plażę wywleczono trzy łódki oraz dwa kajaki w poprzek, których rzucono niedbale wiosła. Niewielką, kamienistą plażę od domków oddzielał niski płot. Ciągnął się konsekwentnie zamykając teren obozu w kształcie elipsy. Dwa domki miały świeżo odmalowane ściany. Tuż obok stały puszki z farbą i narzędzia, a dalej coś na kształt szopy lub komórki na śmieci, pod którą zresztą stała niewysoka komoda, dwa worki ze śmieciami oraz zapleśniały materac. Trzy domki nadal czekały na malowanie. Adrian podszedł do budynku A3 i pociągnął za klamkę.
- Zamknięte.
- Trzeba będzie się włamać – oświadczyła Zosia.
Nim zdążył zaprotestować dziewczyna wycelowała kamieniem rozmiarów cegły w okno. Tylko nieprawdopodobny łut szczęścia sprawił, że zza domu wyszła Dominika. Na widok gospodyni Zocha wpadła w popłoch. W nerwach cisnęła kamlot za siebie. Ten, będąc w ścisłej współpracy z grawitacją runął na stopę Adriana.
- Co tu robicie? - chciała spytać, ale rozdzierający krzyk chłopaka zmienił tor dyskusji. - Nic ci nie jest?
Pytanie wydało się nie na miejscu. Korba podskoczył z bólu łapiąc w powietrzu stopę. Chwiejnie podskakując na jednej nodze lęgnął pod domkiem. Energicznie masując stopę nie odpowiedział na pytanie. Zosia stała jak wryta. Z przestrachem spoglądała na kamień, a to na nogę miłości swojego życia. Rychlewska postanowiła powtórzyć pytanie za kilka chwil.
Po chwili przyszedł czas na wyjaśnienia. Adrian z miejsca wyłożył sprawę szczerze. Dominika, jak się okazało, posiadała większą wiedzę na temat kulis morderstwa. Również nie widziała powodów, aby cokolwiek zatajać.
- Czyli nie tutaj doszło do zabójstwa?
- Nie, ale Jowita uciekała przez lasy, a więc naturalnie szukają świadków w pobliżu.
- Musicie coś zobaczyć – oderwała ich od rozmowy Zosia.
- Co takiego? - spytał zniecierpliwiony Korba.
- Zobaczycie.
Mogła pokazać. Powiedzieć nie miała zamiaru. Jakaś jej część nie chciała wyjść na panikarę albo gorzej wariatkę. Dla Adriana musiała być odważna i silna, a nie wątła i płaczliwa. Ze stoickim spokojem zaprowadziła ich do znaleziska.
Za rzędem niewysokich świerków teren ostro schodził w dół. W rowie leżały częściowo przykryte gałęziami i igliwiem zwłoki. Z miejsca, w którym stali widać było ciemną twarz oraz nienaturalnie wygięte ramiona.
Adrian ostrożnie zszedł w dół obejrzeć delikwenta. Dotknął pleców trupa po czym wzdrygnął się. Dziewczyny obserwowały go w napięciu. Chłopak chwycił za kurtkę i podniósł dziwnie lekkie truchło. Z rozprutego brzucha ofiary wydobyły się słomiane bebechy. Dominika otworzyła usta. Na twarzy Zofii malował się uśmiech przeszyty poczuciem ulgi. Jak dobrze, że nie wszczęła alarmu, bo wyszłaby na idiotkę. Teraz z założonymi na piersiach dłońmi kiwała głową twierdząco jakby od razu poprawnie zidentyfikowała trupa.
- Czyli jedna zagadka została wyjaśniona – powiedział spokojnie Adrian. - Odnaleźliśmy stracha na wróble Korczakowej.

***


Do drugiego zgłoszenia Czyż nie miał głowy. Dlatego wysłał Bielak. Alicja jednak popełniła błąd i do odnalezionego stracha na wróble wezwała Iwonę jako właścicielkę miejsca oraz Barbarę jako właścicielkę zguby. Pawlicka zdążyła już odebrać córkę i bratanicę z komisariatu. Wiadomość o kolejnym wezwaniu wywołała u niej okropny ból głowy.
Barbara kipiała złością. Strachów na wróble ginęło jej co roku na potęgę, ale to był pierwszy raz, gdy udało się odnaleźć jakąkolwiek kukłę. Ich przyjazd zbiegł się w czasie z powrotem nieświadomego Leszka.
- Znaleźliśmy trupa - usłyszał na przywitanie.
- Siadaj! Będzie wesoło – dodała Zosia.
Widok Małej Mi zaskoczył go nieznacząco, Adriana przyjął z ulgą, chociaż pytania skąd i dlaczego tutaj się znalazł z siostrą Konrada wolał zostawić na później. Dobrze, że nie został w tym staraszewskim bagnie z Dominiką i Natalią.
Iwona przyjechała z córką i bratanicą. Ta pierwsza była otępiała po zbrodni, ta druga miała nastawienie bojowe. Panią Barbarę wspierali syn oraz Artem. Jowita rozpoznała otyłego Maciusia, na Artema nie zwróciła większej uwagi. Może raz obmiotła go wzrokiem.
Barbara zaczęła obrzucać wszystkich kolejno oskarżeniami o głupie psikusy. Maciuś niespecjalnie zainteresowany znaleziskiem podlazł do obserwatorów pod domkiem.
- Ale macie kłopoty, hehehe – zaśmiał się głupkowato. - Po coście kradli stracha mamusi?
- Nic nie kradliśmy – oburzył się Leszek.
I wtedy spojrzał na Maciusia z lekkim przestrachem. Szybko wrócił wzrokiem na ziemię. Zosia zanotowała ten fakt.
- Czy ja cię znam? - twarz Maciusia spoważniała pod wpływem silnego zastanowienia.
- Zaparzę herbaty – oznajmił Matuszewicz gotowy do zniknięcia w domku.
Filozoficzny wyraz twarzy Maciusia zniknął. Na nowo wgapiał się w przyjezdnych z tępym wyrazem twarzy. Morda wyraźnie mu poczerwieniała. Gówniarz go olał. Niegrzeczny prostak z miasta! On już go nauczy kultury. I w ten przypadkowy sposób Maciuś wyświadczył Iwonie i obozowi ogromną przysługę.
Rozjuszony rzucając się za Lechem depcząc Dominikę i Jowitę. Zosia odskoczyła przewracając się na ziemię, Adrian złapał Maciusia za ramię nie chcąc dopuścić do rozlewu krwi. Niestety między nimi znajdowała się Natalka. Chcąc, nie chcąc została przyduszona do Maciusia. Ciężar Adriana i Natalii przeważył napastnika znacząco. Przechylił się, ale dopiero rozwścieczona Zosia położyła go na glebie. Brzęcka złapała faceta za łydkę i ugryzła. Maciuś zaskomlał żałośnie i padł na ziemię. Nastąpił łomot. Trwało to zaledwie sekundę.
Leszek odwrócił się na pięcie. Jego oczom ukazał się obraz sześciu osób leżących plackiem przed budynkiem. Alicja pobiegła z interwencją. Poobijany Maciuś z pomocą Artema i mamusi wsiadł do samochodu. Strach na wróble z rozbebeszonym brzuchem pojechał w bagażniku. Na chwilę zapanowała cisza.
- To wszystko trzeba będzie wyjaśnić – zaopiniował Leszek.
- Zaczekamy na Konrada i Emilię i wtedy pogadamy – godził się Adrian.

***


Piotr od zawsze wykazywał się ufnością. Wiara w dobre intencje zwykłych ludzi opierała się o zdrowy rozsądek albo jeśli ktoś woli intuicję. Tym razem intuicja wskazała mu drogę do kościoła. Ojca Karasia zastał w parafialnej salce. Tęgi mężczyzna stał na biurku i omiatał z pajęczyn szafkę. Widząc policjanta pakującego się w brudnych buciorach pobladł.
- Podłoga pastowana! Wycierać kopyta!
Komendant wzdrygnął się. Wycierać w co kopyt nie było, a więc stanął w progu.
- Czy ksiądz nie ma jakiejś gosposi?
- A po co mi gosposia? - spytał szczerze zaskoczony. - Trzy lata byłem pracownikiem porządkowym.
Czyż nie kontynuował. Znał dobrze Konstantego jeszcze z czasów szkolnych i widział o jego zamiłowaniu do najróżniejszych zawodów.
Bez słowa podał proboszczowi zdjęcie bazgrołów ze ściany. Karaś rzucił okiem na tajemniczy szyfr. Nieśpiesznie wyjął z szafki pismo święte i z niekrytą wyższością przemówił:
- Księga Rodzaju, rozdział czwarty, wers jedenasty. "Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie"*.
Piotr nie odpowiedział. W szalonym galopie bezwładnych myśli tworzył listę podejrzanych. Na pierwszy plan wysuwała się drużyna Glonojadek, a zaraz po nich przyjezdni od Wojciechowskiego. W dalszej kolejności Rafał, jako że był miejscowym wariatem (świadomości istnienia Artema jeszcze nie posiadał). Sprawę stracha na wróble Korczaków zamknął niemal od razu z poczuciem ogromnej ulgi. Zupełnie jakby doszło do jakiegoś przełomu w ważnym śledztwie.
- Niech bierze tę kukłę i spada stąd! - powiedział.
- A może odciski palców... - zasugerowała grzecznie Ala.
- Nie! - uciął krótko – Skończmy chociaż ten raban.
Pożałował tej decyzji, bo mógł w taki sposób zdobyć jakieś ciekawe poszlaki, być może uparcie wiążące się z seryjnym mordercą, ale teraz przepadło. Seryjny morderca... Dopiero teraz słyszał w głowie to ohydne połączenie słów. W co się wpakował?
- Zgadzam się – usłyszał wyrwany z zamyślenia.
- Na co? - spytał ostrożnie.
- Zgadzam się zostać oficjalnym konsultantem policji ds. duchowych.
- Nie potrzebujemy.
- Bzdura! - obruszył się ksiądz Konstanty. - Głos duchowy jest zawsze rozsądniejszy i słuszniejszy od świeckiego!
Piotr wolał zamilknąć i puścić temat w niepamięć. Pożałował, gdy na drugi dzień Konstanty pojawił się na komisariacie żądając biurka.
- Na co proboszczowi biurko? - zapytała zakłopotana Alicja.
- A gdzie mam pracować? Na podłodze? Bezbożnie?
- Dlaczego bezbożnie?
- Bo po turecku! - ryknął zniecierpliwiony. - Zostałem oficjalnym konsultantem policji ds. duchowych. Są mi potrzebne biurko i laptop.
Policjantka wycofała się. W porę wkroczył komendant.
- Co Konstanty tutaj robi?
- Twój podwładny nie chce wskazać mi biurka – naskarżył.
- Podwładna!
- Preferowałbym miejsce pod oknem – kontynuował.
- To moje miejsce! - zawrzała Alicja, ale nikt jej nie słuchał.
- Niech ksiądz wraca na probostwo – powiedział surowo Czyż – nie mam czasu na takie głupoty.
- Wiem, co łączy ze sobą ofiary i wiem, gdzie zostanie dokonana kolejna zbrodnia – rzucił ksiądz.
Piotr otworzył usta, ale nic nie powiedział. Alicja zakwiliła żałośnie.
Konstanty nie miał zamiaru niczego zdradzać jako osoba niezwiązana ze sprawą, no, chyba że jako oficjalny konsultant policji ds. duchowych z biurkiem pod oknem. I tym oto sposobem ksiądz zaczął pracować na staraszewskim komisariacie.
Jednym nierozstrzygniętym problemem zostało biurko pod oknem, z którego Alicja za żadne skarby nie chciała zrezygnować. Dlatego ksiądz i policjantka siedzieli przy nim razem zajadle broniąc wytyczonych granic terytorialnych. Po stronie Bielak znajdował się telefon, czego Karaś nie mógł odżałować, zwłaszcza, że miał ochotę na ploteczki. Za to udało mu się przywłaszczyć artykuły papiernicze oraz dziurkacz. Komputer stał na połowie, opcjonalnie z klawiaturą na probostwie i myszką na policji.
- Niech mnie ksiądz nie szturcha – mruknęła Alicja przysuwając się bliżej biurka.
- To niech pan się nie pcha na moją stronę!
- No i? - ponaglił zniecierpliwiony Czyż. - Co łączy ze sobą ofiary?
- Miejsce akcji – odparł zadowolony. - Pole Korczaków i fragment boiska szkolnego należały niegdyś do Złowrogiego.
- Jak połowa miasteczka! - fuknęła Bielska.
- Gdzie przebiegała granica jego ziemi? - zapytał bez przekonania.
Konstanty rozpromienił się. Energicznie wstał od stołu i podszedł do mapki zawieszonej na drzwiach komendy.
- Dziewczyna zginęła tutaj - wskazał palcem. - Poza terenem Złowrogiego, ale sprawca zaciągnął ciało za kanciapę.
- Czyli na ziemię Złowrogiego... - dopowiedział ostrożnie policjant.
Alicja zabrała z probostwa dziurkacz. Nie posiadała się ze złości, iż przez tak bzdurną informację będzie musiała dzielić biurko z księdzem.
- To zwykły zbieg okoliczności - powiedziała szybko chowając dziurkacz do biurka.
- Może, ale to na razie nasz jedyny trop - komendant poparł teorię.
Alicja nie odzywała się. Tyle z tego dobrego, że odzyskała dziurkacz przed powrotem Konstantego na miejsce.
- Czyli gdzie... - zawahał się Czyż. - Seryjny morderca - określenie przeszło mu przez gardło z wielkim trudem - zaatakuje znowu?
- Obóz Glonojadów, probostwo i las.
To miało być długie lato.

* Cytat z Biblii Tysiąclecia, wydanie trzecie poprawione
________________________________

Notka na koniec:
Pisało się szybko. Przepisywało się mozolnie. Tak. Pomijając ostatnie kłopoty ze starym komputerem wyrobiłem sobie nawyk pisania na telefonie. To o tyle łatwe, że w autobusie, tramwaju, czy gdziekolwiek indziej mogę stworzyć krótki dialog, opis czy inny fragment do opowiadania. Stworzyłem ich całkiem sporo. Problem w tym, że przepisywanie ich na komputer jest o wiele mozolniejsze od przepisywania z zeszytu. Dlaczego? Może to mały ekran? Nie wiem. W każdym razie początkowe rozwiązanie "nieco" wydłużyło moją pracę.
Obrazek

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 523
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher 3. Mordercze lato

Postautor: Skorpion » 22 lip 2019, 00:00

Gospodarstwo Korczaków:
Barbara Korczak –
okradana ze strachów na wróble, w konflikcie z Wojtkowiakiem, lat 56
Maciuś – syn Barbary, niezbyt inteligentna persona, lat 27
Artem Dotsenko – Ukrainiec, zatrudnia się na okres żniw u Korczaków, lat 31


Rozdział 4
Krysia, rocznik 83


Wizytę na poczcie Piotr odsuwał w czasie jak tylko mógł. Na początku wykręcał się w bardzo prosty sposób; zamordowano człowieka, a on musiał koordynować pracę podwładnych. Dlatego też z początku nie odbierał telefonów od Grażynki. Gdy wreszcie przymusił się do krótkiej rozmowy telefonicznej, obiecał wpaść na pocztę pod koniec dnia. Wtedy miasteczkiem wstrząsnęła informacja o kolejnym morderstwie, a spotkanie musiało ponownie zostać przesunięte w czasie. Uparte babsko postanowiło nie dawać za wygraną i zadzwoniło na domowy, aby uprzejmie zagrozić, że jeśli nie przyjedzie na pocztę, to ona osobiście pofatyguje się do jego domu, gdzie porozmawiają już w obecności pani Czyż. Perspektywa wmieszania żony w ich sekrety nie zmartwiła go zanadto. Na chwilę obecną martwił go szaleniec mordujący ludzi.
Zaparkowawszy samochód przed urzędem pocztowym rozejrzał się wokoło. Było gorące popołudnie. Promienie słońca odbijały się od przykurzonych płyt chodnikowych. Brzydkie, kanciaste ławki otaczające ryneczek z oddali wyglądały jak nagrobki palące się w słońcu. Na myśl o grobach po plecach przeszedł go zimny dreszcz. Dwa ciała w kilka dni. Panika w mieście objawiała się poprzez jego martwotę. Ludzie siedzieli w domach wyczekując informacji o postępach w śledztwie.
Nie myśląc dłużej o pustej ulicy wszedł do budynku. Przecisnąwszy się przez wąski korytarz trafił do przyciemnionego pomieszczenia. Na jego widok Grażynka wyszła zza oszklonej kasy.
- Nareszcie jesteś - westchnęła.
- Dlaczego chciałaś mnie widzieć?
- Z ciekawości – wyszeptała konspiracyjnie. - Wiesz już coś w sprawie tego stracha na wróble?
Piotr wziął głęboki wdech i wydech.
Strach na wróble – pomyślał ze zgrozą. Po zeznaniach Jowity i jej opisie wyglądu napastnika miasteczko huczało od plotek. Mordował strach na wróble, duch Floriana Złowrogiego, uciekinier z zakładu dla obłąkanych. Teorie tworzyły się sama, a każda następna musiała zostać zbadana.
Idiotyzmy do potęgi entej, chciał powiedzieć, ale wstrzymał się.
- O co mu może chodzić? Kim jest? - pytała zachęcająco.
- Nic nie wiem – odparł ponuro i zgodnie z prawdą.
- Myślisz, że to ma coś wspólnego z nami?
- Niby co?
- No te strachy na wróble – poprawiła okulary. - Dlaczego zabił akurat Mikołaja?
- Wydaje mi się, że morderca działa wedle jakiegoś schematu, ale jeszcze nie wiem, jakiego.
Pocztowa usiadła przy stoliku ze wzorami blankietów. Wzięła jeden i zaczęła nerwowo zaginać jego rogi.
- A jak po tym morderczym strachu na wróble dojdą do nas?
Czyż pokręcił głową z powątpiewaniem.
- Nie dojdą i już ja się o to postaram. Poza tym to dwie różne sprawy. Teraz nikt na komisariacie nie ma głowy do tropienia kukiełek Korczakowej.
Pocztowa sięgnęła po kolejny blankiet.
- Wczoraj te dzieciaki z obozu Glonojada odnalazły ostatniego stracha na wróble, a tyle razy mówiłem.
- Ja go tam nie zostawiłam – mruknęła, kontynuując zagniatanie rogów. - Poza kto wiedział, że znowu otworzą obóz?
- Nikt nie wiedział.
Pocztowa okazała delikatne zawahanie.
- Nie chciałabym, aby wydało się, że ty i ja...
Mają romans! - pomyślał Debezet, ale odpowiedział:
- Dzień dobry! Mam do odebrania przesyłkę, nazwisko Sobek.
Brzmiał naturalnie i nienapastliwie. Zupełnie jakby spotkał dwójkę obcych ludzi i nic go nie obchodziło co robią, czy mówią. Było jednak inaczej – znał ich. Komendant Czyż miał żonę, a pocztowa była starą babą!
Grażyna bezmyślnie poderwała się z miejsca, po czym zrobiła krok do tyłu, a następnie poleciała do szafki z nieodebraną pocztą.
Debezet rozglądał się wokoło unikając kontaktu wzrokowego z Piotrem. Udawana obojętność nie działała na policjanta. Znał się na ludziach i miał świadomość, że chłopak podsłuchał część, a może, o zgrozo, całą rozmowę. W jednej sekundzie przed komendantem pojawiła się wizja wielkiego skandalu z nim i Grażynką w rolach głównych. Zacząć się tłumaczyć? Wyjaśnić pomyłkę? Oprzytomniał w tej samej chwili, gdy Debezet opuszczał urząd pocztowy z paczką.
Należało zachować zimną krew! Teraz, gdy wszyscy żyją Złowrogim, jakiekolwiek próby tłumaczeń oraz łgarstwa mogą bardziej im zaszkodzić.
- Myślisz, że słyszał naszą rozmowę?
- Nie wiem... Najwyżej przypiszą nam romans – odparł cierpko, dodając po chwili z większym optymizmem. - Lepsze to, niż powiązanie nas z mordercą.
Grażynę niepokoiło coś jeszcze. Czyż widział, że zbiera się w sobie, aby przekazać mu najczarniejszą nowinę.
- Jest jeszcze jedna sprawa... - wymamrotała ze skruchą.
I po tej informacji policjant wpadł w szał.
***


Tradycyjna burza mózgów była głośna i nader produktywna w oświadczenia oraz pomysły. W naradzie brały udział obóz Glonojadów, pole namiotowe oraz Natalia i Jowita. Adrian chodził po pokoju z małym katechizmem uparcie szukając sensu biblijnego cytatu. Odkrycia, iż napis ze ściany odnosi się do Księgi Rodzaju dokonał Konrad.
- Takie zagadki pojawiają się w co drugim horrorze z religijnymi motywami – odparł wzgardliwie, jakby zawiedziony brakiem oryginalności ze strony mordercy.
Drugi zespół pod dowództwem Dominiki szukał wszelakich odniesień do legendy Złowrogiego.
W napadzie twórczego szału morderca zyskiwał kolejne motywy, sekrety i twarze.
Jedynie Leszek adresował koperty w największym spokoju, nie zajmując się główną dyskusją i tylko od czasu do czasu wtrącał jakiś mało istotny szczegół.
- Nie! - sprzeciwił się Konrad. - Rypany Drań przyzwyczaił was do motywu działania, a przecież może chodzić o zwykłą ambicję i chęć mordu – mówił dalej – campowe slashery to morderca-mściciel z tragiczną przeszłością.
- Czyli jednak istnieje motyw? - zauważył ostrożnie Adrian.
- I tak i nie. Motyw jest wyłącznie pretekstem do dokonywania zbrodni – odparł i zwrócił się do Leszka – to może być ktoś z obozu, na którym byłeś przed laty... Pomyśl – dodał zachęcająco. - Gnoiłeś tam jakiegoś nerda, który teraz chce zapłaty?
- Mieliśmy po osiem lat i to raczej nas gnojono.
W jednej chwili przypomniał sobie dlaczego tak bardzo nie lubił obozu Glonojadów.
- Co za bzdury! - rozjuszyła się niespodziewanie Zosia. - Jak zobaczę tego stracha na wróble to osobiście zabiję!
- Czy raz nie moglibyśmy dać sobie spokoju? - spytał Leszek. - Są wakacje.
W całym rozgardiaszu na pytanie zareagował jedynie Konrad.
- Jak to?
- Trzeci raz kotłujemy się z morderstwami – zaczął niepewnie. - Mam już tego dość, że gdziekolwiek się ruszymy ktoś musi umrzeć w brutalny sposób.
Brzęcki spojrzał na Natalię próbującą wtrącić się w główną dyskusję, po potem znów na Leszka, kontynuującego myśl:
- Chciałbym iść na studia bez takich atrakcji.
- A ja właśnie dlatego – przyznał. - Cztery lata technikum i pysków do siebie nie otworzyliśmy, a potem trup w nawiedzonym domu i całe śledztwo. To ostatnia wspólna rozrywka.
- Rozrywka – westchnął Leszek. - Dziękuję bardzo za takie rozrywki.
- Źle to zabrzmiało – uświadomił sobie. - Chodzi o to, że po wakacjach każde z nas pójdzie w swoją stronę. Ty już mieszkasz w Sopocie z Dominiką, a ja jadę do szkoły filmowej. Nie będziemy się widywać i trochę tego szkoda.
- Mi szkoda, że nie możemy kolegować się w normalnych warunkach – odparł cierpko. - Te zbrodnie to słaby dodatek. Poza tym to miejsce... Ech, szkoda gadać.
- O co ci chodzi? - Brzęcki podchwycił nowy temat. - Dzisiaj jakoś dziwnie zareagowałeś na syna tej całej Korczakowej. Kojarzysz typa?
Matuszewicz machnął ręką. Nie chciał dłużej rozmawiać o obozie. Jedną, wolną ręką sięgnął po kolejną kopertę, do której wsunął pocztówkę pocztówkę do brata.
Ciężka ta koperta – pomyślał.
Wtem siedząca w milczeniu Emilia zabrała głos:
- Wracam do domu!
Dyskusja na chwilę ucichła.
- Dlaczego? - wymknęło się Adrianowi.
- Miały być namioty, a nie kolejne trupy! Nie życzę sobie znowu być ofiarą jakiegoś czubka!
- Nikt sobie nie życzy – przyznała Natalia.
- Ale jak znowu znajdę zwłoki – Emilia była bliska płaczu.
Dyskusja do późnych godzin nocnych zrodziła kilka ważnych postanowień. Primo, należało szukać sprawcy dwóch okropnych zbrodni. Secudno, nie dać się zabić. Tertio, Emilia wraca do Lipek z samego rana.

***


Był to pierwszy dzień od ich przyjazdu, gdy panujący upał nieco zelżał . Był to też ostatni dzień Emilii Piekarz pod namiotami. Jak postanowiła, tak zrobiła. O świcie spakowała rzeczy do plecaka, pożegnała przyjaciół i nie oglądając się za siebie ruszyła szosą w kierunku przystanku autobusowego.
Kilka godzin później zjawił się pan Krzysiu z córką. Przedwczesne zakończenie wakacji przez Emilię odczytał właściwie – jako strach przed mordercą. Pierwszą ofiarę mógł napiętnować jako obrzydliwy czyn i dramat za nim idący, ale znalezienie zwłok drugiej dziewczyny nie pozostawiało złudzeń – Złowrogi uderzy po raz kolejny. Przez myśli przeleciała mu wizja fatalnej reklamy pola namiotowego i przyszłych pustek.
"Staraszewo! Tu cię zabiją z zimną krwią", "My też mamy swoje Crystal Lake. Nazywa się jezioro Glonojadów".
Chcąc ratować sytuację zapakował do samochodu Paulinę oraz rowery. Oczywiście, córkę do środka, zaś rowery upchał na dach i do bagażnika.
- Dzień dobry! - zawołał na widok Małej Mi.
Zosia mruknęła coś pod nosem.
- Dzień dobry – odparł Adrian nadchodzący od strony jeziora. - Co pana sprowadza?
- To moja córka, Paulinka – przedstawił dziewczynę. - Otóż Paulinka chciała was zabrać na wycieczkę rowerami po Staraszewie, prawda?
- Jak cholera.
- Nie pyskuj, gówniaro – odwarknął jej półgębkiem.
- A czy takie szlajanie się po okolicy, teraz, gdy macie seryjnego mordercę, nie jest przypadkiem niebezpieczne? - spytała kąśliwie Zosia. - Drżymy ze strachu, a nasza koleżanka już wróciła do domu.
Wojtokowiak pobladł i nie wiadomo, jakby wyszedł z opresji, gdyby nie wybawił go Adrian Korba.
- Nie wiem jak wy, ale ja bardzo chętnie!
W rzeczywistości nie był tyle zainteresowany wycieczką, co towarzystwem Pauliny. Córka Wojtkowiaka, czy jak mu tam było, przyjaźniła się z ofiarami, a więc mogła posiadać jakieś ważne informacje na temat kulis zbrodni. Niestety życie na polu namiotowym oraz status gości w Staraszewie odcinał ich od potencjalnych źródeł informacji. Zbieraniem plotek, przypuszczeń i ewentualnych motywów miała zająć się Natalia, ale na ile mógł jej zaufać? Paulina stanowiła cenne źródło wiadomości. Wymuszone zaproszenie na wycieczkę rowerową było, jak dotąd, najlepszym, chociaż nieświadomym w skutki pomysłem pana Krzysia.
Brzęcki wygramolił się z namiotu i od razu stanął obok, uroczej, acz wyższej od niego o głowę, Pauliny.
- Jesteś z drużyny Glonojadek – zagaił. - Poznaliśmy się podczas treningu, gdy...
- Pamiętam – ucięła.
Wspomnienie dnia, w którym odnaleźli zwłoki na boisku przyprawiało ją o złość. Ktoś ewidentnie celował w jej paczkę i nie miała wątpliwości, że za wszystkim stoi Jowita albo przyjezdni. Spędzenie z nimi popołudnia mogło okazać się dramatyczne w skutkach dla niej, ale ojciec się uparł. Jeśli dzisiaj odkryje tożsamość mordercy, cóż, tanio skóry nie sprzeda.

***


- Byle zdążyć na autobus do miasta, a potem mogę nocować nawet na peronie – powiedziała do siebie zdeterminowana Emilia.
Jakoś tak się wszystko składało, że slasherowi mordercy ciągnęli do odludnych miejsc. W dużych miastach nikt za nikim nie latał w masce i z nożem w ręku. Mimo ciężkiego bagażu maszerowała szybko poboczem szosy mijając coraz większe skupiska drzew.
Do centrum miasta pozostawały jej jeszcze jakieś dwa kilometry, ale nawet na moment nie myślała o postoju. Pragnęła tak bardzo opuścić przeklęte miasteczko, że nie zwróciła uwagi na faceta z łachmanach, który wyłonił się zza drzew i teraz równie szybkim krokiem podążał za nią.
Wtedy coś ją tchnęło i spojrzała za siebie. Być może to wcześniejsze doświadczenia, a być może wygląd dziada; maska na twarzy, brudna kurtka i długie, zardzewiałe ostrze w łapie, sprawiło, że znacząco przyśpieszyła.
Dystans pomiędzy nią, a strachem na wróble malał. Doganiał ją! Jego kroki słyszała coraz wyraźniej. Mogła być pewna, że za chwilę złapie ją. W jakimś bezmyślnym odruchu postanowiła zejść z szosy. Zbiegła prosto do rowu, gdzie przewróciła się, upadając w wyschnięte koryto. Złowrogi stał tuż nad nią.
- Mogłam zostać pod namiotami – powiedziała, umierając.

***


Jowita wracała do domu okrężną drogą. Trening drużyny był równie przytłaczający, jak wszystkie inne wydarzenia od Nocy Złowrogiego Czynu. Część drużyny nie stawiła się wcale, a obecne Mela i czarna Kasia szybko wykręciły się od pracy. Tym samym pozostawiając kapitankę samą na placu boju. Drużyna Glonojadek mogła równie dobrze przestać istnieć.
Przechodząc piaszczystą szosą pomiędzy dwiema działkami Jowita stanęła na chwilę, aby raz jeszcze spojrzeć na pole Korczaków, gdzie zginął Mikołaj.
Ciekawe, czy tamta noc miałaby takie samo zakończenie, gdyby nie przyjechali tam wtedy?Może Złowrogi zabiłby kogoś innego albo w nieskończoność wisiał na palu i spoglądał na staraszewskie pola?
Z zamyślenia wyrwał ją głośny warkot piły mechanicznej. Jakiś mężczyzna wycinał gęste krzaki wchodzące na pole Korczaków od strony lasku. Na moment oczy Jowity i faceta od piły zetknęły się ze sobą. Dziewczyna szybko skojarzyła pracownika Korczakowej z zdarzeniem z obozu sprzed kilku dni.Wtedy przyjechał na obóz z Barbarą i Maciusiem po wybebeszonego stracha na wróble.
Piła ucichła. Artem pozbierał leżące wokół gałęzie i przerzucił je na taczkę. Pawlicka przyglądała mu się walcząc z przemożną chęcią zagadania do nieznajomego.
- Dzień dobry! - zawołała.
Artem otarł pot z czoła i odpowiedział grzecznie, choć bez wylewnej życzliwości.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na jego akcent. Pochodził ze wschodu, ciekawe skąd? Ukraina, Rosja, ale jak trafił do Staraszewa?
- Nie widziałam cię wcześniej w miasteczku. Przyjechałeś niedawno, prawda?
- Tak – odpowiedział wyraźnie zaskoczony pytaniem. - Kilka dni temu.
- Tak w ogóle to jestem Jowita – uśmiechnęła się, wyciągając rękę na przywitanie.
- Artem – odwzajemnił uścisk.
Jego dłoń była szorstka, a uścisk mocny. Chociaż nie miał atletycznej postury zdawał się być silnym człowiekiem. Tak, słowo "silny" było pierwszym skojarzeniem młodej Pawlickiej. W jednej chwili zatliła się w niej przemożna chęć poznania pracownika Korczakowej. Wtedy postanowiła, że nie da mu już spokoju. To znaczy dziś mu da odsapnąć, ale Staraszewo to niewielkie miasteczko. Prędzej czy później wpadną na siebie, a wtedy ona zagada do niego z pełnią swojej jowitowatości.
- Miło cię poznać – powiedziała, odchodząc. - Do zobaczenia!
- Do widzenia – odparł, wracając do pracy.
Było gorące lato. Jowita Pawlicka miała siedemnaście lat i zakochała się po raz pierwszy.

***


Wyprawa rowerowa ruszyła z pola namiotowego w dół wąskiej ścieżki prowadzącej przez las. Po kilku kilometrach niepozorna dróżka ostro skręcała, wychodząc na szosę, a dalej ciągnęły się pola. W końcu minęli ponure rzędy kukurydzy, a potem stary młyn oraz samotną, zaniedbaną chatkę.
Rodzeństwo Brzęckich wyszło na prowadzenie. Paulina wyraźnie zwolniła, ale nadal była nieco szybsza od ciągnącego się na końcu Adriana.
- Kto tam mieszka? - spytał Korba.
Wojtkowiak wyjęła słuchawkę z ucha, a chłopak powtórzył pytanie.
- Ernest, a co?
- Tak tylko pytam – odparł, próbując zrównać z dziewczyną.
Trafili na osiedle. Konrad wyhamował przed jednym z podwórek. Zeskoczył z roweru i ostrożnie podszedł do furtki. Pozostali mimowolnie zrobili postój, aby przyjrzeć się ogromnemu składowisku gratów.
- Czyje to?
- Wuja Modesta – odparła Paulina.
Podwórze wyglądało jak muzeum starych maszyn. Wyeksponowane na nim zabytki dumnie prezentowały kawał historii – jeśli nie własnej to przynajmniej właściciela. Brzęcki zachłannie spoglądał na starego fiata na kapciu. Z jakiegoś powodu dostrzegł w aucie ogromny potencjał. Niestety poza nim nie dostrzegał rdzy chciwie pochłaniającej karoserię.
- Ciekawe, czy jest na sprzedaż? - spytał, wskazując na samochód.
Adrian wzruszył ramionami.
Zapewne nie – pomyślał – bo kto kupiłby taki grat?
- Szalony Rafał opowiadał kiedyś o tym samochodzie – wtrąciła Paulina. - Podobno pierwszy właściciel wołał na ten samochód pieszczotliwie Krysia.
- Faceci lubią nadawać imiona swoim zabawkom – powiedziała Zosia, jakby posiadała na ten temat jakiś głębszy pogląd.
Paulina nie odpowiedziała.
- Na szrot – zaopiniował Adrian.
- Dam radę odrestaurować.
- Po co? - w głosie Zosi rozbrzmiał sceptycyzm.
- Żeby jeździć. Mam prawko od trzech miesięcy, a samochodu żadnego.
- I chcesz to?
- Na początek – przytaknął, po czym szybko dodał: - dla nabrania wprawy. Retro samochody są w modzie.
- Ale to jest retro złom – wymknęło się Korbie.
Brzęcki nie słuchał. Od razu poleciał do domu wuja Modesta, aby zapytać o ewentualną cenę fiata. Po chwili cała czwórka razem z właścicielem stała przed Krysią.
- Fiat 125p, rocznik 83 – powiedział właściciel. - Jej pierwszy właściciel, pan Arnold, nazywał ją pieszczotliwie Krysia.
- A jak trafiła do ciebie?
- Dziwna sprawa – przyznał Modest. - Arnold porzucił ją gdzieś po pijaku, ale nawet na łożu śmierci zarzekał się, że Krysia została mu skradziona. Jakieś pół roku temu znalazłem samochód porzucony w lesie.
- A szalony Rafał doklepał legendę o szatańskich zdolnościach samochodu.
- Niech zgadnę... - zaintonował Adrian. - To zły samochód, a wy zginiecie!
- Coś w ten deseń – zgodziła się Paulina.
- Muszę ją odkupić – powiedział zdecydowanie Konrad.

***


Leszek głęboko westchnął. Zapalił papierosa i prawie natychmiast zgasił. Dominika obeszła domek, a potem objęła chłopaka w pasie. Drzwi do domku, w którym mieszkali były otwarte na oścież. Zamek bezwładnie zwisał jak ząb mleczny na korzeniu. Wewnątrz zastali poprzesuwane meble i porozrzucane ubrania. Dominika usiadła na łóżku przeglądając swoją walizkę. Leszek przystanął w progu.
- Dzwoniłem do Iwony – powiedział. - Pytała, czy zaginęło coś cennego.
Dominika podniosła z ziemi bluzkę.
- Wezwała policję?
- Jeśli zaginęło coś cennego, kochanie – powtórzył.
- Nie widzę mojego notatnika.
- Chodzi o wartościowe rzeczy – przypomniał.
- Dla mnie miał ogromną wartość! - zdenerwowała się.
- Wiem, ale chodzi o pieniądze, telefon – wymienił dla przykładu.
- Mam to gdzieś! Tam miałam wszystko!
- Takie zapiski można odtworzyć – rzucił.
- Tak, można odtworzyć! Ty nic nie rozumiesz! Nie wiesz, ile to pracy!
Rychlewska usiadła na łóżku i schowała twarz w dłoniach. Po raz pierwszy poczuła, że śledztwo, ba, to, co do tej pory traktowała jak rozrywkę kryminalną dotknęło jej osobiście. Notatnik, w którym zapisywała wszystkie swoje spostrzeżenia był w łapach jakiegoś okrutnego człowieka. Teraz przewracał zapisane przez nią strony i śmiał się do rozpuku. Nie było dla pisarki gorszej rzeczy jak utrata słów.
Leszek wyszedł przed dom. Stąd miał doskonały widok na napis nad wjazdem. Obóz Glonojadów zdawał się żartować z nich w ponury sposób. Im dłużej tam przebywali, tym bardziej zasysał ich swojej w mroczną otchłań. Za żadne skarby świata nie mógł pozwolić, aby ta ciemność pochłonęła jego i Dominikę. Musiał się temu przeciwstawić, bo ktokolwiek stał za włamaniem miał z nim na pieńku.

***


Wuj Modest interesował się wszystkim i robił to przez szeroko pojętą grzeczność. Pytał sąsiadów, kiedy rozpoczynają żniwa, bo może pożyczyć sprzęt. Interesował się malowaniem ratusza ze względu na kilka litrów niepotrzebnej farby, w których posiadaniu był. Ślub w rodzinie dalekich kuzynów? Bez obawy, on zna w Katowicach faceta, który wynajmie im salę weselną. I podobnie było z Krysią. Samochód oddał Konradowi za bezcen, a do tego zaoferował pomoc w naprawie. Brzęcki i Korba wrócili na podwórze Modesta późnym popołudniem już bez dziewczyn, aby raz jeszcze obejrzeć auto.
Silnik zastartował wydając z siebie okropny odgłos, jakby trup odzyskał powietrze w płucach.
- Może nie będzie tak źle – przyznał Adrian.
Fiat prezentował się fatalnie, ale mogło to być związane z długim okresem po porzuceniu go w lesie, aniżeli faktycznymi brakami. Poprzedni właściciel musiał sporo inwestować w Krysię.
- No to od czego chcesz zacząć?
- Od sprzątania – stwierdził stanowczo.
Adrian podniósł maskę, aby popatrzeć na silnik. Konrad wsiadł od strony pasażera. Nogą wygarnął śmieci leżące wokół siedzenia – liście, papierki, reklamówkę oraz wymiętą fotografię pary młodych ludzi. Mogli mieć około dwudziestu lat. Nie znał ich.
- Wujku! - zawołał, wymachując zdjęciem. - Twoja rodzina.
Modest obejrzał zdjęcie, zagiął i schował do kieszeni. Potem zaczął biegać jak szalony, co chwilę znosząc jakieś narzędzia i instruując chłopców odnośnie zasad bezpieczeństwa higieny pracy. W końcu stwierdził, że ma coś ważnego do załatwienia w mieście i zniknął.
- Nie ma opcji – powiedział Adrian odbijając się od samochodu. - Mechanik zeżre cię w kosztach, ale sami tego nie zrobimy.

***


Pocztowa wychyliła się zza lady próbując dostrzec niewyraźną sylwetkę w głębi korytarza. Należała do wysokiego, dobrze zbudowanego człowieka. Postać stała w bezruchu i jedynie jej klatka piersiowa regularnie podnosiła się i opadała przy każdym oddechu.
- Strach na wróble! - wrzasnęła. - Ratunku!
Złowrogi wszedł do głównego pomieszczenia ostrożnie zamykając drzwi za sobą. Grażynka wyskoczyła zza lady. W akcie desperacji cisnęła w mordercę plikiem kopert. Te rozproszyły się po podłodze nim doleciały do okropnej workowatej gęby mordercy. Czuła smród brudnych szmat i słomę przesiąkniętą krwią poprzednich ofiar, a teraz także jej. Upadając na zimną podłogę wydała z siebie bulgoczący odgłos.
Złowrogi wyszedł z poczty tak jak wszedł, drzwiami dla personelu, a dalej przez podwórko i na przełaj na polanę, aby po jakimś czasie zniknąć wśród rzędów kukurydzy. Jak porządny morderca z nieukrywaną satysfakcją liczył rosnącą liczbę ofiar.
- Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta...
Mordercze lato trwało w najlepsze i miał nadzieję, że nigdy się nie skończy.
______________________
Notka na koniec:
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad stworzeniem jakiegoś rankingu moich ulubionych horrorów. Niejednokrotnie myślałem o stworzeniu przypisów w Slasherze, w których wyjaśniłbym jakie konkretnie scenki parodiuję/nawiązuję w opowiadaniu, ale ostatecznie pomysł upadł. Dlaczego? Bo to trochę jak z opowiedzeniem żartu, a potem tłumaczeniem go. Cały dowcip polega na tym, aby czytelnik sam odnajdywał różne smaczki. Kultowość przychodzi z czasem. Może i moje opowiadanie będzie kiedyś kultowe? Pomarzyć dobra rzecz.
Obrazek


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość