Slasher X-slash. Krwawe święta

Tutaj zamieszczamy własne opowiadania i powieści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 574
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: Skorpion » 24 gru 2019, 10:42

tytuł: Slasher X-slash. Krwawe święta
opis: Tomáš wraz z narzeczoną ma spędzić święta z dawno niewidzianą krewną. Tymczasem z zakładu dla obłąkanych ucieka groźna wariatka.
gatunek: horror, komedia i co tam jeszcze
status: zakończone; całość liczy jedną część, ale wydaje mi się nieco długie, dlatego rozbijam na dwie.

Bohaterowie
Tomas Holomek - narrator, a także główny bohater, rudy i z zawodu stolarz.
Ewa - miłość życia Tomasa.
Bianka Holomek – cioteczna babcia Tomasa, za życia nie dosalała potraw.
Emina Holomek – cioteczna babcia Tomasa, nadal przesala potrawy.
Marika Wojcieszek - koleżanka Tomasa ze szkoły.
Pijany dziad – tu chyba nie trzeba tłumaczyć.
Królik - seryjny morderca. Wzorowany na tym kostiumie.
Ksenia Wojcieszek - teściowa Mariki.
Janka Holomek - babcia Tomasa.
Nieprzyjemna baba z wypożyczalni kostiumów – nieprzyjemna baba z wypożyczalni kostiumów.


Rozdział 1
Od 22.12 do 24.12


22 grudnia, 1989

Wszystko, co zdarzyło się potem miało być wynikiem uczuć jakie nią miotały. Była wściekła. Była smutna. Była rozczarowana. Mnie wypełniało jedynie poczucie bezradności.
Moje dłonie kurczowo ściskały metalową poręcz. Spoglądałem w dół i czekałem, aż dadzą mi spokój. Kolejne szturchnięcie sprawiło, że puściłem barierkę. Upadłem. Niczym magiczne zaklęcie nie byłem już dłużej odporny na ich słowa i kolejne kuksańce. Było mi zimno.
- Gówniarze! – zawołała ciotka Bianka.
Oni uciekli, a ja zostałem na mostku spoglądając w dół. Pode mną płynął wartki strumień rzeczki jako jedyny nie dający się okiełznać niskim temperaturom.
- Nic ci nie zrobili?
Bianka pomogła mi wstać. Otrzepała moje kolana ze śniegu i uśmiechnęła się serdecznie.
- Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić – zapewniła.

***


22 grudnia, 2015

Od Eminy, mojej ciotecznej babki, przyszedł list. Była to zapisana gęsto strona formatu A2 wyrwana niechlujnie z zeszytu w kratkę. Gryzmoły nachodziły na siebie, a niekiedy łączyły w jakieś dziwaczne i niezrozumiałe neologizmy, przy których mógł schować się sam Leśmian. List utrzymany był w charakterze przyjemnej, wywnioskowałem to po części rozczytanej, zimowej kartki świątecznej z życzeniami od dawno niewidzianej krewniaczki. Za namową Ewy wykonałem telefon do ciotecznej babki. Emina podziękowała mi za pamięć, pomarudziła nieco i zaprosiła nas na wspólne święta. Obiecałem oddzwonić i potwierdzić naszą obecność na Wigilii.
Sam nie do końca byłem przekonany do przedświątecznej podróży. Z Łodzi do Witkowa było około stu kilometrów i telepanie się tam i z powrotem samochodem wywoływało u mnie nieprzyjemne uczucie mierżenia. Zwłaszcza, że przed sylwestrem mieliśmy zameldować się u rodziców Ewy. Jednak moja narzeczona bardzo chciała poznać cioteczną babcię, u której się wychowywałem.
- Nie wychowywałem się w Witkowie – sprostowałem. – Spędziłem tam ze dwa lata jako szczeniak i nie tyle u Eminy, co u Bianki.
Postanowiłem wytłumaczyć Ewie dziwaczne powiązania w mojej rodzinie. Ciocio-babcie (tak nazwałem siostry babki) były dwie; Emina oraz Bianka. Najmłodsza z trzech sióstr, moja babka, Janka wyjechała z Witkowa za miłością swojego życia. Co trzeba było przyznać kobiety w mojej rodzinie traciły rozum pod wpływem facetów – zwykle idiotów i kretynów – za co potem przeklinały ich głośno i długo. Podobnie było między moimi rodzicami. Książę z bajki w postaci mojego tatusia ulotnił się na krótko przed żyli długo i szczęśliwie. Jakieś późniejsze zgrzyty pomiędzy nimi sprawiły, iż na jakiś czas zostałem oddany pod opiekę Bianki jako przedostatniej żyjącej krewnej od Holomków. Wtedy dopiero uderzyło mnie podobieństwo obu ciotek. Jako głupi dzieciak nie miałem pojęcia, że są one bliźniaczkami.
- Nie potrafiłam dogadać się z nimi – opowiadała mi kiedyś babcia. – Dzieliła nas przepaść wiekowa i… one zawsze rozmawiały między sobą. Zawsze miały jakiś temat. Jakie były denerwujące z tym swoim „tęskniłaś za mną” i jeszcze ten chichot.
Rodzina Holomków nigdy nie należała do najbardziej zżytych ze sobą. Przystałem na wyjazd ze względu na Ewę, bo jeśli planowaliśmy wspólne życie to musiała wiedzieć w jakie wariactwo się pakuje, a lepszego przykładu od babć ciotecznych nie było, a zwłaszcza Eminy. Wiedziałem, że zagwarantuję mojej przyszłej żonie wielkie wrażenia, ale trupy, morderca, zabójstwo za pomocą karpia… tego to nawet ja się nie spodziewałem.

***


Uzasadnionym była chęć napisania skargi na nieprzyjemną babę z wypożyczalni, ale na tamten moment moje myśli krążyły wokół szykującego się wigilijnego fiaska. Dlaczego akurat na Święta Bożego Narodzenia ludzie muszą wypożyczać kostiumy Mikołajów? Oczywiście, krwista czerwień kubraczka doskonale koresponduje z białym śniegiem, a srebrna broda tworzy piękny kontrast do sinego denata, ale mimo wszystko… Czy ludzie nie mogliby z taką zachłannością rzucać się na stroje z okazji dnia świętego Patryka albo kiecki tej głupiej z zespołu Spice Girls? Ostatnim dostępnym kostiumem było przebranie królika wielkanocnego. Puszysty, różowy strój z wielkimi niebieskimi oczami, puchatymi uszami i wyszczerzoną mordką z pewnością był ciepły i idealnie chronił przed chłodem, ale jak się w takim przebraniu pokazać ludziom na ulicy? Żaden szanujący się, slasherowy morderca nie wypełznie na łowy w takim czymś, a na pewno nie w okresie wigilijnym.
Należało schować godność w buty albo zrezygnować z krwawych planów. No, kurwa, jakieś jaja, zapewne wielkanocne. Z niechęcią musiałam przyznać, że kostium leżał idealnie.
- To co ma być? – ponagliła nieprzyjemna baba z wypożyczalni.
Powróciła do mnie chęć napisania skargi na obsługę.
- Tak…
- Strój należy zwrócić…
Baba nie zdążyła dokończyć zdania, gdy zamachnęłam się na nią pogrzebaczem do tej pory skrywanym pod kurtką. Ofiara złapała się za głowę, zrobiła krok do tyłu i zawisła na metalowym wieszaku między kostiumami karnawałowymi. Tym samym stała się pierwszą ofiarą Wigilijnego Króliczka Wielkanocnego, w skrócie WKW. Trzeba było popracować nad lepszą nazwą. Do Wigilii pozostały niecałe dwa dni.

***


23 grudnia, 2015

Ostatni postój zrobiliśmy jakieś pięć kilometrów przed Witkowem, aby zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze rzeczy. W moim przypadku był to paracetamol oraz papierosy, a dla Ewy jakaś ładna bombonierka dla cioci-babci oraz butelka wina.
- A co ona właściwie lubi? – spytała.
- Nie wiem – przyznałem się z zabójczą szczerością.
Z jakiegoś powodu nie chciałem rozmawiać o moich ciotkach. Sam nie wiem, dlaczego, ale za zanim zaczniecie szukać jakichś uzasadnień dla morderstwa dokonanego za pomocą wigilijnej potrawy czy mrocznych sekretów mojej rodziny nadmienię, iż nie kryła się za tym jakaś głębsza filozofia. Miałem trzydzieści cztery lata, zaś moje krewniaczki, jeśli dobrze liczyłem, kończyły w tym roku siedemdziesiąt lat. To było inne pokolenie, dalekie i nieznane, które z tajemniczych powodów zachciało kontaktu akurat teraz.
- Wystarczą czekoladki i wino – odparłem po namyśle. – To ja powinienem bardziej się stresować.
- Wiesz… - wzruszyła ramionami. - Możliwe, że spotkasz się z nią… z nimi… już po raz ostatni w życiu i chyba dobrze, gdybyście zapamiętali te święta z jak najlepszej strony.
Byłem ciekawy, jak wygląda sytuacja rodzinna ciotek. Bianka i Emina w mojej pamięci utarły się jako ekscentryczne, stare panny. Mieszkały osobno i chyba dobrze, bo każdorazowa wizyta Eminy wyprowadzała Biankę z równowagi. Miały te swoje dziwaczne rozmowy, z których najlepiej zapamiętałem tą wigilijną:
- Tęskniłaś?
- Nie! Wracaj do domu!
- Mam pozwolić, abyś truła dziecko naszej siostry?
- Zostaw tę solniczkę!
- Kobieto, nieposolone i niepieprzone! Cała twoja kuchnia! – wyzywały się. – Bez wyrazu!
Do dzisiaj miałem niesmak po sałatce Bianki – niedopieprzonej i przesolonej.
Już miałem coś odpowiedzieć, ale mój głos wyprzedził komunikat radiowy:
- Incyd…ent w zakła… psychiatryczny… Kowalikach. Wczoraj w… porannych z oddziału… uciekła... Pacjentka… dzialna… masa… krę sprzed… miesięcy. To już dru… w ciągu ostatnich… lat. Przypominamy, że wcześniej z… w Kow…kach ucie… jako Kapturnik.
Spiker radiowy zamilkł. Z głośnika rozbrzmiała przerwana wcześniej kolęda.
- Szaleńcy są wśród nas – westchnęła melancholijnie kasjerka.
- Napędzanie popularności – odparłem. – Ci wszyscy mordercy są tak samo prawdziwi jak święty Mikołaj.
- Dla mnie to straszne – wtrąciła Ewa podając kasjerce koszyk. – Wyobraźcie sobie, że ludzie nie mogą czuć się bezpiecznie, bo po ulicach biega szaleniec w kostiumie. Kapturnik nie został złapany do dzisiaj.
- Pewnie kiepsko - zgadywałem kąśliwie.
Kasjerka spojrzała na mnie badawczo, a potem na Ewę.
- Głupio mi pytać, ale czy ja pana skądś mogę znać? Jesteś z Witkowa?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nigdy nie uważałem siebie za osobę z tych stron, a i kasjerka wydawała mi się zupełnie obca. Na szczęście nie dała mi dojść do słowa:
- Nie mieszałeś czasem u tej starszej pani?
- U Bianki?
- No jasne! – zawołała z nową energią. - Tomas, prawda? Chodziłeś przez jakiś czas do mojej klasy, a potem wyprowadziłeś się.
Przywołałem wszystkie siły umysłowe, aby z pamięci wygrzebać lata mojej podstawówki, a potem i dziewczynę, z którą, o rany, siedziałem w jednej ławce! Marika Bienek, a od kilku lat Wojcieszek.
- Marika! Co za spotkanie! – zawołałem podekscytowany.
- Co was sprowadza do Witkowa?
- Odwiedzimy ciotkę. Zaprosiła nas na święta i jesteśmy.
- A na długo zostajecie? – pociągnęła rozmowę. – Bo jeśli zostajecie na kilka dni to musicie koniecznie wpaść do nas z wizytą świąteczną. Obrażę się, jeśli odmówicie.
Okazało się, że Marika dalej mieszka w Witkowie, ale co ważniejsze pokierowała nas prosto do domu ciotki Eminy, do którego drogę pamiętałem jeszcze gorzej, niż wszelkie znajomości zawarte w szkole podstawowej.

***


Dom ciotki przypominał surrealistyczną, wiejską chatkę porzuconą pomiędzy polami, a szosą ciągnącą w nieokreślonym kierunku. Spadzisty dach przykrywała gruba warstwa śniegu, małe okna zasłaniały białe firanki, a drzwi, do których prowadziły krzywe schodki posiadały niesamowite zdobienia. Na pustym, nieodśnieżonym podwórzu znajdowała się stara studzienka, z którą wiązało się wspomnienie noszenia wody do podlewania ogródka. Ogródek był za rozpadającą się szopą. Poza tym nie było nic.
- Jakbyśmy byli na końcu świata – zauważyła Ewa.
- Jesteśmy u Bianki – mruknąłem. – Czyli one mieszkają razem? – zapytałem sam siebie.
- Nie wiesz?
- U Eminy byłem tylko raz – przyznałem się bez bicia. – Ona mieszkała z drugiej strony, a tu – wskazałem na zdobione drzwi – powinna mieszkać Bianka.
- Mieszkała – w drzwiach stanęła starsza pani. – Nie przywitasz mnie, Tomáš?
Podszedłem do ciotki, a ta chciwie mnie objęła, wyściskała i wycałowała za wszystkie czasy, a potem tak samo przywitała Ewę komplementując jej urodę.
- Przepraszamy, że tak na ostatnią chwilę.
- Najważniejsze, że wróciłeś do domu – odparła z czułością.

***


Wieczorem zasiedliśmy do kolacji w niewielkiej kuchni połączonej z jadalnią, co było nowością. Pamiętałem ścianę dzielącą dwa pomieszczenia i zajadłą dyskusję o solniczce pomiędzy siostrami.
- Bianka zmarła kilka lat temu – tłumaczyła. – Wiesz jak to jest… Zajmujesz się przygotowaniem ceremonii, a wiadomość o pogrzebie posyłasz dwóm, trzem najbliższym w nadziei, że pocztą pantoflową powiadomisz wszystkich krewnych. Kilka lat ta część domu była nieużywana, ale w końcu postanowiłam połączyć swoją i jej część. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
- Ja? Niby dlaczego?
- To był też dom twojej mamy, ale ani ja, ani Bianka nie miałyśmy dzieci, a więc kiedyś to wszystko przejdzie w twoje ręce.
- I teraz ciocia mieszka sama? – spytałem.
- Tak mi wygodniej – odczułem, że się zdenerwowała.
- Jutro odśnieżę podwórko – powiedziałem mechanicznie.
Nie wiem, czy chciałem zrobić dla tej starowinki coś dobrego, czy po prostu irytował mnie piętrzący się na podwórzu śnieg.
- Przestań! – głos Eminy był bardziej stanowczy. – Przyjechaliście tutaj na święta, a nie do pracy. A tak właściwie to, czym się zajmujesz? – złagodniała. – Mówiłeś przez telefon, ale nie zrozumiałam.
- Prowadzę zakład stolarski i projektuję meble – byłem gotowy rozgadać się o swojej pasji, ale cioteczna babcia najwyraźniej znużona ucięła temat:
- A wiesz… – zwróciła się do Ewy. – Tomáš jest jedynym chłopcem w naszej rodzinie. Mówię to, bo kobiety miały u nas zawsze wyjątkowego pecha do lokowania uczuć w niewłaściwych mężczyznach. Mam nadzieję, że to przekleństwo nie przenosi się na chłopców. Nasz dziadzio marzył o synu. Niestety w naszej rodzinie zawsze rodziły się dziewczynki.
Poczułem się jak podczas spotkania Angeli Baker z jej szaloną ciotką Marthą, ale w tym wypadku mocno zastanawiałem się, które z nas jest bardziej szajbnięte i czy Ewa po tych świętach nie stwierdzi, że moja rodzina to trochę za dużo jak na nią.
Z Ewą mieszkaliśmy razem od dwóch lat. Na kocią łapę, bo na kocią łapę, co niekoniecznie spotykało się z aprobatą jej konserwatywnej rodziny. Ojciec był dyrektorem katolickiej szkoły, w której uczyła Ewa. Informacja o tym, że jego najdroższa córka ma zamiar zamieszkać z jakimś gachem, jak sobie wyobrażałem, musiała wywołać u niego przerażenie. Oczywiście, mogłem sobie to wszystko wmawiać, bo mimo jakiegoś wyczuwalnego dystansu między nami, ojciec Ewy szanował jej wybór. Chciałem, aby i moja babka cioteczna potrafiła przyjąć moją dziewczynę do naszej rodziny. Nie chodziło mi wcale o jakąś obopólną akceptację, bo kochaliśmy się i to było najważniejsze, ale poczucie, że nie odcinamy się od naszych korzeni, a nasi rodzice oraz dziadkowie wspierają nasze decyzje.
Ciotka kontynuowała wywód na temat Holomków.
- W radiu mówili… - oświeciło mnie – z psychiatryka uciekła jakaś morderczyni.
- Słyszałam – powiedziała ponuro Emina. – Na szczęście to wydarzyło się setki kilometrów stąd.

***


24 grudnia, 2015

Było trochę po północy, gdy pijany dziad zataczając się wpadł na ogrodzenie. Niewielki płotek przesunął się pod ciężarem, ale wytrwał na posterunku. Pijaczek odbił, zrobił krok do tyłu, a potem szybkim marszem przewędrował do furtki. Otworzenie bramy sprawiło mu nieco kłopotów, ale ostatecznie wszedł na podwórze. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałam się kolejnym ruchom tego człowieka, który zamiast do domu powędrował do niewielkiej studzienki w podwórzu. Zdjął gacie i zaczął sikać mamrocząc coś pod nosem.
Strategicznie postanowiłam odczekać, aż skończy i podciągnie gacie do góry. Jako moja druga ofiara wydawał się zupełnie nieatrakcyjny, ale w tej chwili martwił mnie mój niski kill count.
- Dobra, dasz radę – dodałam sobie otuchy.
Świńskim truchtem przebiegłam przez podwórko. Gdzieś w połowie dystansu zamachnęłam się pogrzebaczem. Gdy nagle dziad odwrócił się i beknął. Na moment otumanił mnie słodki odór wińska i czegoś jeszcze, co wywołało u mnie odruch wymiotny. Powstrzymałam się, ale musiałam zrobić krok do tyłu i wtedy wpadłam w zaspę.
- Kró… lik? – wymamrotał.
Ja tymczasem usiłowałam wstać, ale każda, kolejna próba podciągnięcia się sprawiała, że mój różowy tyłek coraz bardziej grzązł w śniegu. Wstrętny dziad podszedł, aby mi się przyjrzeć.
- Ale mam wychlane – stwierdził, wypuszczając z ust biały dymek chłodnego powietrza.
Tym razem odór był jeszcze silniejszy. Czułam jak nasiąka nim mój kostium. Wpadłam w panikę. Złapałam za króliczy łeb i byłam moment od ściągnięcia, ale wtedy przyszedł mi do głowy desperacki plan ratunku. Podwinęłam nogi pod brodę, a następnie z całej siły wyrzuciłam je do przodu. Śmierdziel oberwał w klatkę piersiową. Straciwszy równowagę poleciał do tyłu i wpadł z głuchym łoskotem do studni. Zapadła cisza.
Jeszcze przez chwilę leżałam, usiłując wychwycić jakikolwiek dźwięk. Wreszcie ze spokojem wydostałam się z zaspy i ostrożnie zajrzałam do studni. Po pijanym dziadzie nie było śladu.

***


Kolacja wigilijna u Eminy upłynęła w spokoju. Zaraz po niej przenieśliśmy do saloniku. Emina i Ewa usiadły w dwóch fotelach obok choinki. Cioteczka rozpoczęła rozmowę wspominkową. Początkowo usiłowałem nadążyć za jej wycieczkami w przeszłość Holomków, ale znużony dałem sobie spokój.
- Nasz dziadziuś, em… to będzie twój pra pra dziadek zawsze chciał mieć syna – powtarzała jak zdarta płyta. – Jak byłyśmy młodsze to z twoją babcią chodziłyśmy na tańce i wtedy poznała tego potwora, twojego dziadka.
- A potem wyjechała za nim do Łodzi – dokończyłem zniecierpliwiony.
Miałem dość wysłuchiwania historii o tym, jak kobiety w naszej rodzinie były przez lata unieszczęśliwiane przez gachów. Najsmutniejszym było to, że w przekonaniu o istnieniu jakiejś klątwy Emina spędzała samotnie kolejne święta. Nie wierzyła w miłość oraz czułość. Dla niej mężczyźni byli źli, wszyscy poza mną.
- Idę zapalić – oznajmiłem.
Lodowate powietrze było przyjemnie rześkie i inne od dusznej atmosfery w domu ciotki. Moja ostatnia krewniaczka wywoływała u mnie nieuzasadnione uczucie niechęci, które wzrastało z każdą kolejną godziną pobytu w Witkowie. Ewa nie widziała w niej nic złego, ot co, starsza pani, ale ja coraz głębiej sięgający pamięcią do przeszłości czułem, że jest coś jeszcze.
Na zdobionych drzwiach dostrzegłem niewielkie rysy wydłubane za pomocą nożyka. Proste, nieco toporne kreski układały się w litery, które spróbowałem odczytać:

EMINA BIANKA JANKA


Pierwsze z imion było przekreślone dwiema poziomymi kreskami.
Ostatnio zmieniony 25 gru 2019, 11:49 przez Skorpion, łącznie zmieniany 2 razy.
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: Lisbeth77 » 24 gru 2019, 23:34

Nieprzyjemna baba z wypożyczalni kostiumów – nieprzyjemna baba z wypożyczalni kostiumów.


Cudowne:D

Podoba mi się klimat świąteczno-thrillerowy, bardzo bawi mnie kostium slashera, a może powinnam powiedzieć „slasherki”...? Żeby nikogo nie urazić. Ciekawi bohaterowie. Zastanawia mnie rożny sposób zapisywania imienia głównego bohatera. Czy ma to jakieś znaczenie ? Czekam na dalszą część:)
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2101
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: RedHatMeg » 25 gru 2019, 08:32

Napisałeś w jednym miejscu "żi" zamiast "iż". No i "Emiry" zamiast "Eminy".

Ale generalnie zapowiada się ciekawie i już mam pewne podejrzenia, co do tożsamości naszej morderczyni.

W ogóle, wpadłam na pomysł, że mógłbyś przemianować tę serię na "Polski Slasher", aby się nie mylił z serialem (poza tym oddałby to ironiczny wydźwięk serii).
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 574
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: Skorpion » 25 gru 2019, 12:10

Dzięki za komentarze.
Kostium miał być idiotyczny, bo zwykle świąteczne slashery (Opowieści z krypty, AHS, All Through the House) łączą się z dziadami w przebraniach mikołajów, a nie króliczkiem wielkanocnym, no ale skąd wziąć przed świętami kostium skoro jest na nie taki popyt w grudniu?
Jeśli chodzi o zapis imienia narratora to ciotka mówi do niego "Tomáš", zaś cała reszta spolszcza i chodziło mi o to, aby nakreślić pochodzenie rodziny bez wskazywania palcem.
Błędy poprawione, a nawet bonusowo znalazłem jeszcze jeden.
Zmiana tytułu... Ała... ale na pewno nie na "Polski slasher" wolałbym zmienić tytuł na całkowicie inny.

Po południu dodam finał.
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 574
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: Skorpion » 25 gru 2019, 15:33

Rozdział 2
Od 25.12 do 06.01


25 grudnia, 2015

Tematem przewodnim na spotkaniu rodziny Wojcieszków, na które zostaliśmy zaproszeni była aura. Do istnienia zjawiska uparcie przekonywała nas teściowa Mariki, a co z kolei próbował zanegować jej syn. Pani Ksenia od razu określiła aurę Ewy jako niebieską.
- Rzeczywiście posiada pani dar – przyznała z powagą. – Większość ludzi zauważa mój kolor niebieski dopiero przy drugim lub trzecim spotkaniu.
- Martwi mnie pańska aura – zwróciła się do mnie. – Jest czarna i wyjątkowo gęsta. Jest pan w wielkim niebezpieczeństwie.
- Mamo! – upomniała ją Marika. – Nie strasz gości.
Z niechęcią spojrzałem na rybę zajmującą główne miejsce na stole. Jeśli moja aura była tak samo czarna jak spalony karp to mogłem zacząć się obawiać.
Po kolacji Wojcieszkowie rozpierzchli się po całym domu. Sam będąc po lampce wina usiadłem wygodnie w fotelu podziwiając choinkę przystrojoną w kolorowe lampki.
- Że też żadna nie ma koloru mojej aury – powiedziałem sam do siebie.
Jak to jest, że na choince nie spotyka się czarnych lampek, a w najgorszym wypadku granatowe? Moje filozoficzne rozmyślania na temat estetyki świątecznych lampek przerwała Marika. Kobieta usiadła na ramieniu fotela bez słowa podając mi gruby album. Otworzyłem na pierwszej stronie.
- To my – powiedziała, wskazując klasową fotografię. – Pamiętasz kogokolwiek ze zdjęcia?
- Siebie i ciebie. Rudy i blondynka.
Marika spoważniała. Przejęła album, przewertowała kilka stron i zamknęła go. Widziałem, jak zbiera się w sobie, aby coś powiedzieć. Nie miałem zamiaru jej tego ułatwiać, bo od początku tej kolacji, telefonicznego ponaglania, spotkania w sklepie – czułem, że ukrywa się za tym jakiś głębszy sens.
- Pogniewasz się, jeśli o coś cię zapytam?
- Nie.
- Chodzi o twoją ciocię – zaczęła ostrożnie. – Nie mieszkasz tutaj i możesz nie mieć pełnego obrazu jej… - zawahała się – nas samych. Wiedziałeś, że dzieciaki z okolicy wołały na nią czarownica?
Nie odpowiedziałem.
- Potem doszło do tych porwań dzieci i niektórzy uważali, że ona stoi za ich zniknięciem – zauważyłem, jak drobne dłonie Mariki ściskają album coraz mocniej. – To było pod koniec twojego pobytu tutaj. Chciałam cię przeprosić, bo to co wtedy opowiadali o twojej rodzinie było okropne. Wiem, że minęło wiele lat, a wszystko poszło w zapomnienie, ale ja źle się z tym czuję.
Luka w mojej pamięci wypełniła się gwałtownie. Przed świętami zaginęło trzech chłopców. Jeden chodził z nami do klasy.
Dłoń Mariki powędrowała z albumu na moje ramię.
- Tomas! – usłyszałem z holu głos Ewy. – Zbierajmy się!

***


Byłam mniej więcej w połowie drogi pomiędzy kompostownikiem, a drewutnią, gdy nad drzwiami domu zapaliło się ciepłe światło. Ostrożnie przeszłam za szopkę stanowiącą doskonały punkt obserwacyjny.
- Kici, kici – rozległo się wołanie gospodyni.
Pani Ksenia z talerzem, na którym leżała przypalona, ale nadal godnie prezentująca się ryba, zeszła po oblodzonych schodach na podwórko.
- Kici, kici, Feluś!
Kot nie odpowiedział.
Postanowiłam przejąć inicjatywę. Wyskoczyłam zza szopy łapiąc kobietę za szyję. Zaskoczona Ksenia nie siłowała się, ale upuściła za to talerz z karpiem i jak Boga kocham, w tamtej chwili zaczęłam wierzyć, że prześladuje mnie jakiś paskudny pech. Poślizgnęłam się na rybie i razem z ofiarą runęłyśmy na ziemię. Gdy szukałam pogrzebacza przypiętego do paska, pani Ksenia zaczęła uciekać po czworakach w stronę domu. Złapałam za ogon zdeptanej ryby i uderzyłam nią w twarz kobiety.
- A…! – wrzasnęła.
Sama o mało nie krzyknęłam. Ości z karpia tkwiły w policzku pani Wojcieszek przeobrażając ją w nie do końca udanego sobowtóra Pinheada. Nie mogłam pozwolić sobie na kolejną wpadkę. Następne ciosy zadałam pogrzebaczem. Po raz pierwszy od dawna odczułam satysfakcję z zabijania.

***


Diaboliczne szepty przypominały mi o świętach spędzonych w Witkowie przeszło dwadzieścia lat temu. Przezwyciężając własną tępotę umysłową doszedłem do kilku wniosków, niekoniecznie powiązanych ze sobą. Primo, trzej chłopcy zaginęli w okolicy świąt, a właściwie przed świętami, dzień, lub dwa przed Wigilią, dokładniej nie potrafiłem określić. Secundo, był to rok 1989, a więc w razie nagłej potrzeby mogłem poszukać dokładniejszych informacji o sprawie w Internecie. Tertio, matka przyjechała po mnie w drugi dzień świąt.
Wpisałem w wyszukiwarkę hasło „Witkowo zaginieni chłopcy”. Pojawił się krótki artykuł. Niestety w żaden sposób nie rozjaśnił sytuacji.
Wyszedłem przed dom zapalić.
- Ty jeszcze nie śpisz? – usłyszałem głos z głębi podwórza.
Po chwili z ciemności wyłoniła się ciotka. Miała na sobie nocny szlafrok, kapcie i czapkę z pomponem. Usiadła na progu obok mnie, poczęstowałem ją papierosem.
- Impreza się udała? - spytała.
- Tak – nie chciałem rozmawiać o wizycie u Wojcieszków. – Co ciocia tam robiła? – zmieniłem temat.
- Wczorajszej nocy słyszałam hałasy – rzuciła od niechcenia. – Pewnie lis próbował dostać się do kurnika. Chciałam sprawdzić, czy dziś wszystko jest w porządku.
- Marika wspomniała mi o porwanych dzieciakach.
- O kim?
- No… jak byłem gówniarzem to ponoć zaginęło trzech chłopców – wyjaśniłem, w moim głosie pojawiło się delikatne rozdrażnienie. – Pamiętasz tę sprawę?
- Lata po zaczęto żartować – pozwoliła sobie na dygresję – świetny temat na anegdotki, iż niegrzecznych chłopców porwał zły Mikołaj albo czarownica.
- Na Biankę wołali czarownica – przypomniałem.
- Wiesz, że jeden z tych chłopców to był młody Bieniek?
- Chwila! Brat Mariki?
Informacja ogłuszyła mnie niczym obuch. Czyżby stąd pojawiło się zainteresowanie Mariki moją rodziną?
Ciotka zgasiła papierosa.
- Należało im się – odparła chłodno. – Głupi, szwędający się po okolicy chłopcy dostali nauczkę. Ich już nikt nie szuka – oznajmiła, wchodząc do domu. – Dobrej nocy.
Zmroziło mnie na moment. Siedziałem jeszcze długo na progu wpatrując się w imiona ciotek i babci wyskrobane na drzwiach.

***


26 grudnia, 2015

O świcie obudził mnie histeryczny telefon od Mariki. W spazmatycznym słowotoku pojawiły się wzmianki o teściowej oraz policji przeplatane z dławiącym płaczem.
W kilka godzin szokująca sprawa nabrała rozgłosu, a ja, Ewa, Marika i jej mąż spędziliśmy wspólnie, kolejne, świąteczne popołudnie. Niestety tym razem na komendzie policji, składając zeznania.
Wczorajszego wieczora, zaraz po naszym wyjściu, pani Ksenia poszła nakarmić kota lub wyrzucić śmieci. Status spalonej ryby nie pozwalał jednoznacznie przesądzić o jej ostatecznym losie, a więc i powód wyjścia kobiety został owiany tajemnicą. Na podwórku została zaatakowana najpierw karpiem. Następnie napastnik zadał jej kilka ciosów tępym narzędziem, prawdopodobnie prętem lub metalową rurką. Kilka dni wcześniej nieznany sprawca zamordował w ten sam sposób właścicielkę wypożyczalni kostiumów.
Wiadomość o dwóch brutalnych zbrodniach popełnionych w niewielkim odstępie czasu wywołała panikę wśród miejscowych. Nagle zniknęły kolorowe ozdoby i przyjemna świąteczna atmosfera. Posępny cień mordercy przykrył święta w Witkowie.
Po przesłuchaniu zaoferowałem swoje usługi szoferskie Wojcieszkom. Najpierw odwiozłem Ewę, a potem Marikę i jej męża.
- Chciałam zamienić z tobą dwa słowa – powiedziała Marika, gdy parkowałem auto pod ich domem.
Pan Wojcieszek nie oponował. Odniosłem wrażenie, że jest mu wszystko jedno, czy żona zostanie w samochodzie ze mną, czy wysiądzie razem z nim. Niczym bezwładna materia powlókł się przez niewielkie podwórko do domu. Wcale mu się nie dziwiłem. Przeżył ogromny wstrząs.
- Nie powiedziałam wszystkiego na przesłuchaniu – wypaliła nagle Marika. – Wczoraj, kiedy już pojechaliście widziałam z okna łazienki królika. To znaczy człowieka w przebraniu królika – sprostowała.
Dotąd utkwiony w przedniej szybie samochodu wzrok przeniosłem na rozmówczynię.
- Sądzisz, że twoją teściową zabił jakiś przebieraniec?
Chciałem parsknąć śmiechem, ale sytuacja była poważna. Ktoś zabił dwie osoby, a to mógł być dopiero początek. Królik widziany przez Marikę istniał lub nie. Nad sensem wolałem nie myśleć w tamtej chwili.
- Wiesz, że byłeś dla mnie kimś wyjątkowym.
To powiedziawszy dotknęła mojej dłoni, a nim jakkolwiek zareagowałem pocałowała mnie. Poczułem zdenerwowanie, a zaraz za nim natychmiastową próbę wyjaśnienia.
- Masz męża, a ja dziewczynę. Poza tym to nie jest dobra chwila na takie wyznania.
- Moje małżeństwo to żart, a ty i Ewa… - zawahała się. – Pozwól mi… Nie… Przepraszam, masz rację, nie powinnam.
Oboje zamilkliśmy.
- Słyszałam kiedyś historyjkę o facecie-króliku, który mieszkał pod mostem – podjęła nowy wątek.
Wypełniło mnie znajome poczucie bezradności.
Wątpiłem w racjonalność swoich kolejnych działań. Nie wierzyłem w cudowny splot wszystkich wątków w logiczną całość. Nie byłem przekonany, że cokolwiek co dręczy moją rodzinę odpuści, jeśli nie rozwiążę sprawy lub nie wyjadę z Witkowa na kolejne dwadzieścia lat.
- Muszę wracać – powiedziałem gwałtownie wypraszając kobietę z auta.

***


Do domu wracałem drogą okrężną z co najmniej dwóch powodów. Primo, usiłowałem znaleźć związek pomiędzy historią o króliku, zaginionymi chłopcami i morderstwami. Secudno, chciałem odwlec powrót. Ze wstydem muszę przyznać, że pocałunek Mariki sprawił mi przyjemność i wcale nie czułem się z tego powodu źle. Podejrzewałem, że Ewa widziała jakimi uczuciami darzy mnie Marika. Prawdopodobnie zauważyła je znacznie wcześniej niż ja, ale mimo tego nic nie mówiła. Beztrosko odwracała wzrok wierząc w prawdziwość naszej miłości, której nie mogła zniszczyć inna kobieta. Marika nie zagrażała niczemu, to ja, przyznając, że podoba mi się ten flirt mogłem wszystko rozpieprzyć. Debil.
Odrzuciłem połączenie od Ewy. Oddzwoniłem natychmiast.
- Gdzie jesteś? – usłyszałem w słuchawce.
- Już wracam – odparłem krótko.
Chciałem wspomnieć o rozmowie z Mariką i tak usprawiedliwić zwłokę, ale ostatecznie wstrzymałem się z usprawiedliwieniem. O koleżance ze szkolnej ławy należało zapomnieć.
Zaparkowałem przed mostem.
W moich mglistych wspomnieniach konstrukcja łączyła ze sobą dwa wzgórza, u stóp których płynęła wartka rzeczka.
Wzgórza były niewielkimi wzgórkami łączącymi stare osiedle z centrum miasteczka, zaś po rzece zostało wyschnięte koryto.
- Czego ja właściwie szukam?
Lata temu ta droga była świetnym skrótem do domu ciotki. Za mostem wystarczyło zejść z szosy i iść około kilometra wzdłuż rzeki. Kiedyś, to tutaj, zaczepili mnie chłopcy ze starszej klasy. Nie pamiętam o co poszło, ale musiało być warte próby przerzucenia mnie przez barierkę. W ostatniej chwili z pomocą przybiegła ciotka Bianka.
- Nie pozwoliłabyś mnie skrzywdzić – powiedziałem do siebie.
Nie potrafiłam dogadać się z Bianką – wspominałem słowa babci. – Dzieliła nas przepaść wiekowa i… ona zawsze mówiła do siebie. Jak mnie denerwowała z tym swoim „tęskniłaś za mną”.
Raz jeszcze ujrzałem przed oczyma siostry kłócące się o solniczkę. Teraz widziałem wyraźnie Biankę stojącą nad półmiskiem sałatki.
- Tęskniłaś? – mówiła sama do siebie intonując głos w taki sposób, aby brzmiał inaczej: - Nie! Wynoś się! Nie będziesz truła jedynego chłopca w naszej rodzinie! Mam go chronić jak dziadzio chciał! Zostaw tę solniczkę!
- Nie ma jej - wyszeptałem.
Emina nigdy nie istniała. Była za to Bianka. I był morderca. W jednej chwili poczułem ogromny niepokój. A co jeśli za zniknięcie tamtych trzech odpowiadała moja ciotka? Uznawszy, że mi zagrażają w jakiś sposób pozbyła się ich raz na zawsze. Podobnie jak Ksenii. Mogła ją pomylić z Mariką i zabić niewłaściwą osobę.
Targany niepokojącymi przeczuciami postanowiłem wracać do domu. Ewa mogła być w wielkim niebezpieczeństwie.

***


Kolorowe lampki błyszczały w oknie, chociaż reszta domu była spowita w mrokach. Wymacałem pstryczek na ścianie, nie chcąc postępować jak pierwszy lepszy idiota z horroru, który wbrew zdrowemu rozsądkowi pcha się do ciemnego pokoju zaraz za psychopatą, włączyłem światło. Ścienna lampa zaiskrzyła, a potem zgasła, jakby wydając z siebie ostatni oddech. Podchodząc do niej zauważyłem stłuczoną żarówkę.
Wypełniony coraz gorszymi przeczuciami podążyłem do salonu. Nic jednak nie przygotowało mnie na widok, który miałem ujrzeć za moment. Pod oknem stała ogromna choinka przyozdobiona w kolorowe bombki, złote łańcuchy i lampki świąteczne, których niemrawy blask dawał jedyne światło. Pod choinką leżał przedmiot wielkości człowieka owinięty w czerwony papier, niechlujnie przewiązany srebrną wstążką.
Zdębiałem na myśl o tym, że ów prezent przypomina człowieka. Ostrożnie podszedłem do pakunku, który rytmicznie unosił się i opadał. On oddychał. Zdarłem papier, aby zobaczyć twarz Ewy.
- Podoba ci się prezent? – spytała ciotka.
Aż podskoczyłem.
- Nic jej nie zrobiłam. Zasnęła po tabletkach uspokajających.
Zza choinki wyłoniła się postać ciotki.
- Masz na imię Bianka – wyszeptałem. – Emina nigdy nie istniała.
- Bzdura. Zawsze istniałam. Przychodziłam ilekroć Bianka zatęskniła za mną.
- Zabiłaś tych chłopców, a teraz te kobiety – mówiłem, rozdzierając prezentowy papier, cały czas spoglądając na ciotkę.
- Nikogo nie zabiłam – odpowiedziała.
Z gracją wyminęła choinkę i mnie, aby zająć miejsce przy stoliku kawowym.
- To prawda. Wiedziałam o śmierci tych gnojków – nie byłem pewny, czy mówi do siebie czy drugiej siebie. – Ha, pomogłam ich pochować w naszej studni, ale tego życzyłby sobie dziadziuś. Gdybyś mógł go poznać… - westchnęła melancholijnie. – Skąd możesz wiedzieć? Mogli go zabić na tym moście, prawda? – rzuciła zapytanie w głąb korytarza.
Wtedy z ciemności wyłonił się królik. Natychmiast zerwałem się na równe nogi.
- O co tu chodzi?! Kim on jest?!
Królik ściągnął głowę ujawniając przede mną swoją prawdziwą tożsamość. Nie było w nim szaleństwa, czy złości, ale zwyczajny smutek, u którego podstawy tliła się nadzieja, że wszystko jeszcze potoczy się właściwymi torami. Mordercą była Marika.
- Mój brat i jego koledzy byli do ciebie tacy okropni i należało z nimi coś zrobić.
- Niby co? Zabić ich?
- To przez nich musiałeś wyjechać!
- Nieprawda – pokręciłem głową. – Mama i tak odebrałaby mnie od ciotki i całe szczęście, bo jak widać już wtedy była nieźle pierdolnięta!
- Uważaj na słowa! – syknęła Bianka.
Nie kontrolowałem złości. Było mi wszystko jedno. Na tamten moment chciałem tylko zabrać z tego piekła Ewę.
- Kilka dni temu twoja ciocia odwiedziła mnie w sklepie – mówiła dalej. – Powiedziała mi o twoim powrocie z… - nie kryła obrzydzenia.
- I po to znowu zamordowałyście niewinnych ludzi?
- Nie wiedziałam, że Marika znowu zacznie zabijać – usprawiedliwiła się ciotka.
- Wybacz – głos kobiety łamał się. – Po prostu byłam zła, że wróciłeś z nią. Naprawdę wierzyłam, że kiedy tutaj przyjedziesz będziemy razem.
Musiałem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Najlepiej byłoby zadzwonić na policję, ale w obecnej chwili miałem pewność, że kobiety do tego nie dopuszczą. Jedyną racjonalną odpowiedzią z ich strony mógłby być atak, a ja nie miałem ochoty na przepychanki. Pozostała ucieczka, ale nie mogłem zostawić z nimi Ewy. Postanowiłem to rozegrać na spokojnie, a późniejsze, nie do końca racjonalne zdarzenia zwalam na karb chwilowej paniki.
- Dałaś się wykorzystać mojej ciotce – odparłem beznadziejnie. – Użyła cię do zabicia niewinnych dzieci wmawiając, że to przez nich jakiś chłopak wyjechał. Nie potrafię sobie wyobrazić jak paskudnie musiałaś się czuć przez te wszystkie lata.
- Nie... Nie. Nie! Nie! Nie!
- Ledwo pamiętałem twojego brata i ciebie. Myślisz, że miało to dla mnie jakieś znaczenie?
- Ty głupcze! – zawrzała Bianka. – Żadna kobieta nie poświęciłaby dla ciebie tyle co Marika! Powinieneś jej dziękować na kolanach! Jednak wszyscy jesteście tacy sami!
- Zamknijcie się oboje! – wrzasnęła Marika.
Najprawdopodobniej chwilowo nie kontrolując własnego szaleństwa Marika wbiła pogrzebacz w oko Bianki. Ciotka wstała, po czym usiadła już jako trup.
To dało mi czas na reakcję. Rzuciłem się na morderczynię usiłując wyrwać jej z rąk pogrzebacz. Szamotanina trwała zaledwie kilka sekund, po których uczułem piekący ból pod żebrem. Był tak mocny, że zmusił mnie do puszczenia przeciwniczki i gwałtownego wycofania się. Mimo zadanego ciosu zdołałem odebrać, w pewnym sensie, broń Królika. Pogrzebacz wystawał spod mojego żebra.
W tamtej chwili miałem ochotę na wiele rzeczy – zwymiotować, krzyknąć, zemdleć, usunąć pręt sterczący z brzucha, zabrać Ewę do domu, cokolwiek. Ostatecznie nie wykonałem żadnej z tych czynności. Wolnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia cały czas spoglądając na Marikę. Morderczyni szła za mną w milczeniu. Opierając się o ściany zerwałem z nich lampki świąteczne. Zapadła ciemność. Resztę drogi dodrzwi pokonałem po omacku.

***


Dorwała mnie za domem. Złapała za pogrzebacz i jednym energicznym ruchem wyszarpnęła narzędzie z mojego ciała. Do oczu napłynęły mi łzy, a krzyk rozpaczy, którego nikt nie miał prawa usłyszeć rozszedł się po okolicy. Marika złapała mnie w pasie mocno przyciskając głowę do mojej piersi.
- Wiesz, że byłeś pierwszym chłopakiem w jakim się zakochałam – przyznała ze smutkiem. – Jasne, co ośmiolatka może wiedzieć o miłości, ale całe lata o tobie myślałam. Niedawno znalazłam twój profil na fejsie. Wyobrażałam sobie jaki jesteś jako dorosły człowiek i wiesz, że wcale się nie pomyliłam? Jesteś łagodny, czuły, dobry. Nigdy nikogo nie kochałam mocniej od ciebie. Dla ciebie zabiłam.
Czułem jak jej uścisk nieco się rozluźnia.
- I zrobiłabym to raz jeszcze.
Nie mogłem jej na to pozwolić. Nie mogłem zaakceptować strasznej zbrodni. Zebrałem w sobie resztę siły i odepchnąłem dziewczynę. Marika straciła równowagę i wpadła do studni.

***




***


6 stycznia, 2016

Z Witkowa do Łodzi oficjalnie wróciliśmy wczoraj. Mój stan zdrowia nie pozwolił mi na wcześniejszą podróż. Cudem wbity w we mnie pręt ominął wszystkie ograny, dzięki czemu mogliśmy mówić o świątecznym cudzie. Potem jeszcze czepiały nas się gliny.
Sprawa wyglądała następująco: moja babka posiadająca osobowość wieloraką pomogła w ukryciu zwłok trójki chłopców, których zabiła siostra jednego z nich. Ponad dwadzieścia lat później dziewczynka zmieniła się w kobietę, a dawna zbrodnia zaczęła o sobie przypominać. Marika zabiła kolejne osoby, chociaż i tutaj było trudno rozszyfrować motyw jej działania. Wspólnie z Ewą uznaliśmy, że dla uniknięcia niepotrzebnego galimatiasu pominiemy wątek miłosny. Bianka, Emina i Marika nie żyły, a Witkowo na powrót stało się bezpieczne.
- Dlaczego wolała ją? – spytała mnie wyraźnie przejęta Ewa.
- Może przypominała Biance kobiety z mojej rodziny? Nieszczęśliwie zakochana, gotowa na największe poświęcenie dla mężczyzny, który okazuje się być niewartym jej łotrem. Tak bardzo wmawiała sobie ten scenariusz, że Marika stała się dla niej jedyną godną wstąpnienia do naszej rodziny kobietą.
Mogłem jedyne zgadywać.
Teraz chciałem spoglądać jedynie w przyszłość. Na walentynki mam zamiar oświadczyć się Ewie. Kupiłem już nawet pierścionek, ale to już historia na inną okazję. I z tego miejsca pozostaje mi życzyć wszystkim zdrowych, wesołych świąt. Najlepiej pozbawionych ludzi ze zbrodniczymi zapędami. No i cześć!

Ps. A tej wariatki co uciekła z psychiatryka to jeszcze nie znaleźli!
Wyobraź sbie, że w tym miejscu jest najfajniejsza sygnaturka świata. Ok, wyobraziłeś sobie? Super. A teraz powiedz, kto ma najfajniejszą sygnaturkę świata.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2101
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: RedHatMeg » 25 gru 2019, 17:00

Zakończenie wcale niezłe, chociaż trochę żal, że tą osobowość wieloraką wykorzystałeś jako plot twist. Zwłaszcza że jest to bardziej hollywoodzkie rozumienie tej choroby psychicznej.

Widzę też, że szykujesz special walentynkowy :mrgreen:
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Lisbeth77
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: Slasher X-slash. Krwawe święta

Postautor: Lisbeth77 » 27 gru 2019, 11:01

No i zgrabne zakończenie;) podejrzewałam trochę Marikę, w momencie, gdy pocałowała głównego bohatera, coś już zaczęło mi śmierdzieć. Na końcu bałam się, że nasz bohater zginie i będzie złe zakończenie, ale na szczęście studnia wszystko uratowała <3 Zdarzały się powtórzenia, ale oprócz tego czytało się bardzo w porządku. Przydałoby się może trochę więcej komediowych wstawek. Ale z drugiej strony bez tego było trochę bardziej poważnie i czuło się większe napięcie, więc w sumie plus.
O, chętnie przeczytam special walentynkowy;) ciekawe czy będą w nim jakieś nowe newsy na temat ucieczki tej wariatki ze szpitala psychiatrycznego...
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave


Wróć do „Proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości