[Dragon Ball] Saiyan Princess

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

[Dragon Ball] Saiyan Princess

Postautor: Killall » 29 maja 2014, 10:32

Witam serdecznie.
Zamieszczam tu swoje opowiadanie. Na początku jest krótkie i oklepanie. Na pewno słabe i mało interesujące, jednak zapewniam, że w miarę "druku" staję się coraz lepszy. Niestety nie mam czasu bawić się w poprawianie kiepskiego pisma początkujących :( Nic tylko prosić o wytrwałość po lepsze odcinki.
Ps. Z racji, że krótkie wrzucam 7 odcinków na raz.

Tytuł: "Saiyan Princess"
Fandom: Dragon Ball
Kategoria: 13+
Gatunek: fantastyka
Opis: Jeśli kiedykolwiek marzyłaś o byciu księżniczką, może czas zastanowić się czy warto?
Księżniczka Saiyanów zostaje brutalnie wrzucona do świata dorosłych jeszcze będąc małym dzieckiem. Musi stawić czoła niebezpieczeństwom, które zgotował jej los. W chwili gdy na jej oczach ginie lud przysięga sobie, że odpłaci się tyranowi i każdemu następnemu, który postanowi uprzykrzyć jej życie.
Ostrzeżenia: sporadyczne wulgaryzmy
Znajomość fandomu: mile widziana
Status:W trakcie


1. Planeta Vegeta
Tam gdzie mieszkam nazywają mnie buntowniczką.
Dlaczego?
Na mojej wspaniałej planecie kobiety są do tak zwanego rozrodu planety, a mężczyźni po to by walczyć, zdobywać planety, zbierać łupy i przyprowadzać jeńców. Życie kobiet jest nudne. Takie zwykłe i pospolite. Ale są wyjątki, wyjątki, z którymi trzeba walczyć. Wojownicy rzadko pozwalają kobiecie stanąć u swego boku.
Los chciał bym była ponad nimi, a w dodatku płci pięknej. O co mi chodzi? O to, że stałam się kimś, o kim nie myślano oraz kimś, kim wcale nie miałam być. Tak konkretnie jestem księżniczką planety Vegeta. Mam rodziców i brata. Ja sama byłam uczona, jak mam się zachowywać i kim być w przyszłości. Jednak tego nie chciałam. Chciałam być taka jak brat. On był uczony jak walczyć. Też chciałam! Ojciec, Król Vegeta obrał cel, że po jego śmierci władcą zostanie mój braciszek, noszący jego imię oraz imię planety, czyli Vegeta. W sumie od mojego urodzenia rodzice wiedzieli, że coś stanie się ponad plan. Urodziłam się inna niż reszta dziewczynek na Vegecie. Ojciec powtarzał, że to dlatego, bo jestem księżniczką. Wcale w to nie wierzyłam... Sam był zaskoczony tym, co się stało. Powiadano, że tylko wojowniczki miały ogon. A takie nie rodziły się często. Matka długi czas płakała, mówiąc, że urodziła mutanta, a ojciec był dumny. Nie dość, że narodziła mu się córka, to jeszcze wyjątkowa. Nigdy nie chciałam być jak reszta dziewczynek - uczyć się dobrych manier i jak podawać posiłek. Ojciec był jak najbardziej za rozbudową moich umiejętności saiyańskich, lecz matka zabraniała mi walk. Po kryjomu podglądałam jak młodzi chłopcy i mężczyźni ćwiczyli sztuki walk, jak koncentrowali swoją energię i wydalali ją, dając przy tym zniszczenie lub obronę przed wrogiem. Vegeta zawsze śmiał się, że mam głupie myśli, co do tego, bo moje miejsce jest w garach. Nam Saiyanom włosy rosną do pewnego momentu i długości i takie pozostają na zawsze. Kolor jest czarny, zupełnie jak oczy. Jedynie super wojownikom zmienia się kolor i oczu, i włosów. Tajna bronią narodu jest gigantyczna małpa. Jest czymś strasznym i powstaje tylko podczas pełni...
Koleżanki zawsze twierdzą, że się wywyższam, bo mam ogonek, a one nie. Tu nikt nie patrzył na to czy jestem córką króla, to moja inność sprawiała zamęt. My Saiyanie mamy wielu wrogów i toczymy mnóstwo bitew, nie tylko na pobliskich i odległych planetach, ale i w kosmosie. Niegdyś planetę Vegeta zamieszkiwały dwie rasy: Saiyanie i Tsufule, jednak nasz ród zniszczył ich całkowicie, zajmując całą planetę. Zawsze marzyłam o takiej wyprawie jaką mają wojownicy Vegety, lecz ojciec się nie zgadzał. Jak to mówił? Jestem jego oczkiem w głowie i nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Mówiąc o krzywdach... Jestem rozbójniczką i małą wredotą. Cokolwiek w królestwie się zepsuło albo zostało skradzione dało się słyszeć wrzaski mieszkańców „JA CIĘ ZABIJĘ!”. Zawsze uchodzi mi to na sucho. Mając tak kochanych rodziców mogłam wszystko, lecz jednego nie. Właśnie tego, co było mi najbardziej zabronione, chciałam! Nie mogłam się z tym pogodzić, lecz... Mój zapał odkrył jeden mieszkaniec - Gartu. Gartu jest jednym z mistrzów szkoleniowych na Vegecie. Ma 60 lat i bardzo wiele przeżył. On nie ma ogonka. Powiedział mi, że na jednej planecie zwanej Groton mieszkaniec imieniem Hotkoto urwał mu go podczas walki. Ogony odrastają, ale tylko do 18 roku życia, a on miał wtedy 20. Wchodząc ponownie na temat ogonów muszę wspomnieć, że one są brązowe i włochate. Wręcz milutkie w dotyku. Są to oczywiście małpie ogonki wyrastające w miejscu kości ogonowej. Rozszerzając ten temat wchodzę na nasz kultowy wymiar zagłady innych planet oraz tajną broń. Kiedy jest pełnia księżyców potrafią sprawić, że moc rośnie dwukrotnie, a postać wraz z rozmiarami zmienia się z ludzkiej w małpią. Małpa przybiera ogromne rozmiary! Niestety traci się panowanie nad sobą i niszczy wszystko, co na drodze stanie. Jedynie mając ogon można dokonać tej transformacji. Wracając do kultowego wymiaru zagłady... Polega na wysyłaniu dzieci po narodzinach na odległe planety i galaktyki by te opanowały te ziemie. Zamykane są w specjalnych kapsułach, dobrze opracowanych, zgodnie z wysoką kosmiczną technologią. Po paru latach zazwyczaj jeśli nie dostaje się znaku, że planeta jest opanowana wysyłamy zwiadowców. Do tego rodzaju wymiaru wysyłani są chłopcy o wyjątkowo miernej sile, badani przez najlepszych ludzi. Ogólnie my Saiyanie jesteśmy bardzo nielubiani we wszechświecie. Może też dlatego, że jesteśmy potężni? A może za barbarzyństwo z jaką traktowani są oblegani mieszkańcy innych planet?
Tak więc na imię mi Sara i mam 4 lata.

2.Klejnot Mandaru

Łapać złodzieja!- wrzasnął Thoy, właściciel zbrojowni.
Uciekałam ile sił w nogach mi pozwalało by mężczyzna i dwóch pomocników mnie nie dopadli! Cisnęłam mocniej na głowę duży czarny kaptur peleryny. Dostałam ją od Gartu. Pamiętam jakby to było wczoraj…
***
- Co to jest?- zapytałam
- Prezent- uśmiechnął się
Oczy miałam pełne blasku. Każda osoba mając 7 lat uwielbia dostawać prezenty, a mistrz wiedząc, że moja natura jest trudna do opanowania postanowił dać mi ten prezent.
- Otwórz- ponaglił mnie klepiąc po ramieniu.
- Co to?- zapytałam otwierając opakowanie.
W białym lennym worku owiniętym sznurkiem znajdowało się coś czarnego. Zawahałam się.
- No dalej- uśmiechnął się
Potaknęłam mu. Wyciągnęłam zawartość. To czarna szmatka.
- Ręcnik?!- zdziwiłam się.
- To płachta- powiedział Gartu.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Po co mi jakaś płachta?
- Uszyła Ci ją moja zona- dodał- przymierz ją
Założyłam ją i zaczepiłam u szyi. Na guziku było jakieś wgłębienie. Założyłam kaptur i podeszłam do lustra by zobaczy jak wyglądam. W sumie płachta była za duża i wiła się po podłodze, oraz nie była zakładana jak ubrania na ręce. Służyła jak peleryna, niczym koc. Przejrzałam się w lustrze.
- Nie widać twarzy- uśmiechnęłam się- I dobze.
Mężczyzna wyciągnął coś z kieszeni. Podszedł do mnie i wepchnął przedmiot w moją dłoń.
- I jeszcze coś ode mnie- zacisnął moja dłoń
- A to co?- zdjęłam kaptur
- Kamień lecz nie taki zwykły- dodał
- I?
- To Mandarkera- odpowiedział- Niezwykły kamień z Mandaru
Popatrzyłam na kamień z zaciekawieniem. Jego zielony kolor i smukły kształt emanowały nieznana mi moc. Co też potrafi taki kamyczek?
- Połączony z peleryną będzie Cię chronić
- Jak to?- byłam zaskoczona
- Kiedy go przypniesz do zapięcia peleryny ochroni Cię przed zimnem i słońcem albo także sprawi, że staniesz się niewidoczna dla żadnej istniejącej formy życia
Nie mogłam uwierzy w to co mówi. Jak to wszystko jest możliwe? Pospiesznie przypięłam Mandarkera do guzika. Nie poczułam nic specjalnego.
- To chyba nie działa mistsu Gartu- prychnęłam
- Mylisz się dziecko- oznajmił
- Jak to?
- Aby znikną włóż kaptur- odparł powoli- Ale pamiętaj, że to nie będzie takie proste
Spojrzałam na starca jak na durnia. Co może być śmieszniejsze i łatwiejsze od założenia głupiego kaptura!
- Gupi- roześmiałam się w głos.
Poczułam się upokorzona! Jak śmie mówić takie rzeczy! Co też może zdziałać głupi kamień i głupi płaszcz z kapturem!
- Zejdź mi z oczu- syknęłam.
Dumnym krokiem wyszłam z pomieszczenia wracając do swojej komnaty. Zrzuciłam z siebie szatę.
- A może?- spojrzałam na nią z intrygą
***
- Łapać złodzieja!- krzyczał Thoy coraz głośniej- Nie może uciec daleko!
Biegnąc dotarłam do zaułka. Schowałam się w nim mocno dysząc. Byłam zmęczona. Miałam zbyt mało treningu a moja kondycja równała się prawie, że zeru.
- Wypróbujmy ten kamień- zaczęłam szukać go po wewnętrznej kieszeni płaszcza
Znalazłam. Powoli wyciągnęłam go i zaczęłam się uważnie przyglądać.
- Co w tobie jest takiego potężnego przed czym ostrzegał mnie mistrz Gartu?
Przełknęłam ślinę i powoli i trzęsącymi się rękoma zapięłam go w odpowiednie miejsce. Nic się nie działo.
- Baldzo śmieszne- fuknęłam obrażona.
Nagle poczułam dziwny przepływ energii. Ciało zaczęło mi drętwieć. Opadłam na ziemię.
- Co to jest?- przeraziłam się.
Moje ciało drżało. Nie mogłam się podnieś. Czułam jakby coś mnie przygniotło. Uderzyłam głową w ziemię. Nie miałam siły jej podnieś! Byłam panicznie przerażona! Mistrz nie kłamał mówiąc, że mogę sobie z tym nie poradzić. Za wszelką cenę chciałam zwalczy ból jakiego doznawałam przez Mandarkerę. Chciałam pokonać ból, lęk i moc jaka mnie przytłaczała.
Walka z kamieniem nie była łatwa. Powoli zaczęłam się przesuwać do wyjścia z zaułka. Kiedy po ciężkich próbach udało mi się całkowicie opadłam z sił! Po prostu nie czułam już nic. Miałam wrażenie, że umieram. Przechodzący obok Saiyanie nie zauważali mnie. Jakbym nie istniała! Chciałam wołać o pomoc lecz nie miałam siły by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
Kaptur! Mistrz Gartu mówił o kapturze! Musiałam go zdjąć. Zebrałam wszystkie swoje moce jakie mi zostały, a były w minimalnej postaci. Wyciągnęłam rękę i powoli lecz najszybciej jak tylko dałam radę zdjęłam kaptur. Poczułam ulgę. Ulgę tak radosną jak nigdy w życiu. Poczułam, że żyję. Choć zmęczenie ciała miałam wielkie to nie byłam zmęczona jak przed zdjęciem kaptura. Ani ja ani tez moje ciało nie przeszło jeszcze żadnej takiej próby.
- Saro?- podeszła kobieta - Co ty tu robisz na ziemi?
- Bawię się- skłamałam- W wyginięcie Tsufuli.
Choć było mi ciężko się podnieś zrobiłam to pospiesznie by kobieta nic nie spostrzegła.
- Chyba wrócę do domu- zachichotałam resztkami sił.
Powoli i ociężale ruszyłam przed siebie. Kiedy uznałam, że jestem sama zdjęłam kamień z płaszcza. Przyjrzałam się jeszcze raz jego kształtom po czym schowałam go w kieszeń. Dokładne stąd skąd go wzięłam. Zrobiłam zaledwie dwa kroki do przodu.
- To wszystko jest ponad moje siły- wymamrotałam cicho- Nie podołam temu kamieniowi… Zachwiałam się po czym padłam na ziemię tracąc przytomność.

3. Chcę być wojownikiem

- Nie mam pojęcia, co się z Tobą dzieje, ale nie zachowujesz się normalnie- warknął Vegeta- To, co robisz przechodzi ludzkie pojęcie!
Spojrzałam na starszego brata niewinnym wzrokiem. Nie wiedziałam, o czym mówi i też nie spieszyło mi się o tym dowiadywać.
- Ale o co chodzi?- wymamrotałam podnosząc się z łóżka.
- Nie udawaj głupiej.
- Nie udaje i nie jestem- oburzyłam się.
Vegeta patrzył przez chwile gniewnie, lecz złagodniał i tym razem.Podszedł do mnie i połaskotał mnie swoim ogonem po nosie. Roześmiałam się. Nie uśmiechał się za często, był bardzo sztywny.
- Vegeta przestań- próbowałam powstrzymać jego ogonek
Chłopak nie przestawał. W końcu sam się roześmiał.
- Braciszku- uśmiechnęłam się szeroko.
Vegeta usiadł na łóżku tuż obok mnie. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Już się nie uśmiechał.
- Przyszedłem tak naprawdę się pożegnać.
- Jak to?- spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Jutro wraz z Nappą wyruszamy na podbój planety Ziemia.
W oczach miałam blask. W końcu i mój brat rusza w daleką drogę by sprawdzić czy Saiyanin, który został tam wysłany podbił planetę. Ale to oznaczało, że na jakiś czas mnie opuści.
- Mogę lecieć z Tobą?- zapytałam- Proszę…
- Oszalałaś?!
- Ale proszę!- mówiłam już przez łzy.
- To bardzo niebezpieczna wyprawa.
- Ja się nie boję- machnęłam lewą ręką.
- Nie wątpię w to- uśmiechnął się poklepując moją czuprynę.
- Popatrz, jaka jestem silna!
Wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam wykopywać nogą do niewidzialnego przeciwnika. Vegeta przyglądał mi się z uwaga. Uradowało mnie to, że był zaskoczony tym, co potrafię. Wszak to było prawie, że zero jednak wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
- Brawo- klasnął trzy razy w dłonie.
- To jeszcze nic, ale będę lepsza- pyszniłam się.
- Mam nadzieje, że jak wrócę pokażesz mi parę sztuczek- zaproponował
Potaknęłam uradowana. Taka ugoda mi pasowała.
- A nauczysz mnie wyzwalania energii?
- Co?- zdziwiło go to bardzo.
- No… To, co Ty robisz na treningach- poprawiłam się- Nie kłam, że nie, bo widziałam!
Vegeta wstał i popatrzyła na mnie zdumiony.
- Cwaniara.
- Yhy- potaknęłam mu- W końcu nie jestem byle kim, a księżniczką Saiyanów.
Oboje roześmialiśmy się w głos. Nasz śmiech był tak donośny, że było nas słychać chyba wszędzie.
- Obiecuję, że jak wrócę pokażę Ci parę uderzeń- pogłaskał mnie.
Skoczyłam na niego wspinając się na tors. Machnęłam ogonkiem wprawo, w lewo a następne w jego nos tak jak to uczynił poprzednio mnie.
- A dlaczego zachowuję się nienormalnie?- zapytałam- Co w tym nieludzkiego?
Chciałam powrócić do poprzedniego tematu. Musiałam się dowiedzieć czy to ma związek z płachtą i kamieniem Mandaru też włamaniu na zbrojownie.
- Znaleziono dwa skradzione miecze nieopodal zbrojowni- zaczął- Również w tym miejscu widziano Ciebie bawiąca się.
- To prawda- pośpieszyłam z odpowiedzią- Bawiłam się w wyginięcie tych wstrętnych Tsufuli
- Uważaj bo Ci uwierzę- burknął
- Owszem wzięłam te miecze lecz używałam je tylko do zabawy-ciągnęłam dalej- Kiedy ostatni T z planety Vegeta został unicestwiony zostawiłam je i
- I zamierzałaś wrócić do domu, lecz jeden z naszych wojowników przyprowadził cię do zamku.
- No właśnie- potaknęłam z uśmiechem.
- To jak wytłumaczysz brak życiowej energii?
Uśmiech znikł mi z twarzy. Nie maiłam kompletnie zielonego pojęcia co mam mu powiedzieć. Co wymyślić a co wytłumaczyć naprawdę. Dostałam zamętu!
- Jak na czteroletnią dziewczynkę jesteś dobra.
- Dobra w czym?
- Nie udawaj- spoważniał.
Nagle drzwi się otworzyły. To nie kto inny jak Verinia nasza matka.Uratowała mi skórę i tym razem. Co ja bym bez niej zrobiła? Nie mogłam przecież nikomu zdradzić, że posiadam kamień Mandaru- Mandarkera i po prostu starałam się wykorzystać jego moc do skradzenia dwóch głupich mieczy i wrócić do zamku jakby nigdy nic.
- A to Vegeta z Tobą jest- oznajmiła beztrosko.
- Witaj, matko- odparliśmy oboje.
- Słychać wasze śmiechy w całej posiadłości
- Przepraszamy mamo- odparłam niczym skruszona
- Ależ nic się nie stało- uśmiechnęła się- Wręcz przeciwnie jestem szczęśliwa z tego powodu moje dzieci.
- Matko- ponaglił Vegeta- Nie jestem już małym chłopcem tylko…
- Dorosłym mężczyzną- dokończyła przerywając mu.
Vegeta spojrzał na nią podejrzliwie.
- Jutro ruszasz na Ziemię z misją.
- Oczywiście- potaknął- Wrócę jako zdobywca.
- Miejmy nadzieję.
Pobiegłam do matki i wtuliłam się w jej suknię.
- Och Saro jak Ty wyglądasz?- szepnęła załamana- Taki strój nie przystoi księżniczce.
- I co z tego!- oburzyłam się- Nie będę damą tylko wojownikiem jak Vegeta.
Królowa Verinia pokręciła głową. Nie miała już żadnych pomysłów jak mnie odpędzić od męskich powinności.
- Nie zmusisz mnie- burknęłam.
Puściłam się sukni i wyszłam z komnaty. Nie wiedziałam jeszcze dokąd idę, lecz na pewno nie posiedzieć.
- Będę trenować jeszcze intensywniej- zacisnęłam pięści- Nikt mnie nie powstrzyma.

4. Płaszcz i Tyran

Długo nie mogłam zasnąć. Może to dlatego, że była pełnia? Pełnia na Vegecie jest co osiem lat. Nie wolno mi było patrzeć na księżyc. W sumie nie wolno tej nocy nikomu. Był ostatni dzień pełni, a mnie się wydawało jakby był pierwszy. Dlaczego? Dziwnie się czułam i miałam ochotę spojrzeć na tę pełnię! Nawet nie wiedziałam jak wygląda. Jedynie z obrazka, który pokazywał mi nauczyciel. Jeszcze nie miałam ewolucji w Oozaru i rodzice mówili, że raczej nie byliby w stanie powstrzymać… Miałam wybierać: wyrwać ogonek lub unikać pełni. Nie pozwolę nikomu urwać ogona! Może i jestem mała i głupia ale to coś co dostałam gratis od życia. Miałam ochotę potrenować trochę z kamieniem Mandaru jednak nie mogłam robić tego w posiadłości! Wstałam powoli z łóżka i podeszłam do stolika zapalając lampkę. Wyciągnęłam książkę i zeszyt. Mama kazała mi się dużo uczyć gdyż chce bym była wykształcona. Vegeta na przykład się nie musi uczyć bo w jego naturze i każdego faceta jest walka. Nie lubię tego, jednak co miałam innego do roboty w nocy i do tego podczas całego księżyca.
- Co my tu mamy- zaczęłam się przyglądać
Nie byłam najgorsza w nauce więc ćwiczenia nie zajęły mi dużo czasu przez co nie miałam już nic do roboty.
- Ciekawe co u Vegety- zamyśliłam się- minął miesiąc odkąd poleciał na Ziemię. Nie daje żadnych wieści
Spod piżamy wyciągnęłam łańcuszek na którym zawieszony miałam pierścień z wygrawerowanym imieniem Vegety. Mój brat ma taki sam tyle, że z moim imieniem. Dostałam go w dniu narodzin od niego. To bardzo słodkie. Choć często się kłócimy i awantur nie ma końca to bardzo go kocham. Vegeta nawet niedbały mnie żadnemu robalowi skrzywdzić.
- Muszę zabić tę nudę- mruknęłam
Schowałam książki i ruszyłam w stronę skrzyni gdzie schowaną miałam płachtę od Gartu. Zarzuciłam ja na siebie i wyciągnęłam Mandarkerę. Chwilę wpatrywałam się w jej zieleń aż w końcu zobaczyłam własne odbicie.
- Potrenujmy
Przypięłam kamień do guzika i wzięłam głęboki wdech. Powoli i stopniowo zaczęłam wypuszczać powietrze z płuc. Ciarki mnie przeszły na sama myśl. Przypomniało mi się jak pierwszy raz użyłam płaszcza i czym to się skończyło.
- Tym razem będzie lepiej- dodawałam sobie nadziei
Powoli włożyłam kaptur na głowę. Nagle zrobiło się zimno, a zaraz gorąco. Ponownie poczułam silny napływ energii, która wręcz przeszywała moje ciało. Tym razem była o wiele przyjemniejsza. Upadłam na posadzkę.
- Nie pokonasz mnie- syknęłam- Nie tym razem
Zaczęłam toczyć walkę z kamieniem. Z ledwością podniosłam się przybierając pozycję klęczącą.
- Jeszcze trochę! No dalej…
Wstałam. Udało się. Stałam na nogach choć nie mogłam się wyprostować. Nogi miałam zgięte w kolanach. W myśli powtarzałam sobie, że jestem silna i nic mnie nie powstrzyma w dążeniu do celu. Postanowiłam się przejść po pokoju. Obrałam sobie najdalszy punkt w pokoju czyli łóżko. Dlaczego łóżko? Ponieważ w razie co mogłam od razu się w nim położyć. Powoli zaczęłam przesuwać bose stopy po parkiecie. Praktycznie wcale ich nie unosiłam. Odpowiednie pojecie które by pasowało to pełzanie jednak nie jestem żadną formą, która się tak poruszała. Nie mogąc oprzeć się o ścianę starałam się unosić nogi coraz wyżej.
- No dalej Saro- dopingowałam się- I tak wytrzymałaś dłużej niż za pierwszym razem. Wytrzymaj
Zajęło mi to ok. 10 minut jednak dotarłam do upragnionego celu. Najszybciej jak mogłam zdjęłam kaptur. Odetchnęłam z ulgą. Dyszałam ze zmęczenia lecz nie tak bardzo. Serce powoli wracało do normalnego rytmu.
- Zobaczysz Vegeta jak bardzo się wzmocniłam ostatnimi czasy
Odpięłam Mandarkerę z płaszcza i schowałam w należne jej miejsce. Nie miałam siły by schować powrotem płachtę do skrzyni. Jednak po czasie się przemogłam. Im więcej wysiłku tym więcej treningu. Opadłam bezwładnie na łózko. Nie zdążyłam o niczym pomyśleć gdyż zapadłam w głęboki sen. Wraz z wschodem słońca ocknęłam się zupełnie przemęczona. Z zewnątrz dobiegały mnie krzyki i wybuchy.
- Co tu się dzieje?
Otworzyłam okiennice i wyjrzałam na zewnątrz. Budynki były w opłakanym stanie. Wszędzie się coś paliło.
- Ruszać się!- wrzasnął dziwny stwór- Znaleźć mi wszystkich mężczyzn i chłopców! Sprowadzić!
Nie wiedzieć czemu ogarnęła mnie panika. Ubrałam się w swoje ulubione ciuchy. Z resztą w innych nigdy nie miałam zamiaru chodzić. Założyłam także płaszcz i wybiegłam z komnaty prosto do rodziców. Nagle usłyszałam krzyki.
- Mama…- stanęłam jak wryta
Znałam ten głos, to była matka! Co się stało? Biegłam ile sił w nogach było mi dane w stronę z której dobiegł krzyk. Już miałam wbiec do środka jednak coś mnie powstrzymało.
- Zapłacisz mi za to Freezer- warknął ojciec
- Nie sądzę Vegeta- odpowiedział mu
- Panie wszystkie kobiety i dziewczyny zostały zlikwidowane- powiedział inny głos
- Znakomicie
Stanęłam jak wryta. Moja matka nie żyje? Wszystkie kobiety martwe? To znaczy, że ja zostałam jedna? Łzy zaczęły mi napływać do oczu. Musze uciekać! Muszę…
- A ty co tu robisz?- warknął głos
Obróciłam się a moim oczom ukazał się obrzydliwy potwór! Miałam ochotę płakać. Chciałam uciekać jednak ten stwór złapał mnie w pół i wprowadził do sali tronowej. W której leżała martwa matka a nad nią ubolewający ojciec. Zaczęłam krzyczeć jak oszalała.
- Mamy tu szpiega- powiedział ten co mnie trzymał
- Ja chcę mamę!!!- krzyczałam wniebogłosy
- Podejdź bliżej- odparł jego pan
W oczach ojca zobaczyłam cierpienie. Właśnie stracił żonę, a teraz miała zginać jego córka. Vegeta gdzie jesteś? Dlaczego nas nie chronisz? Zły potwór zauważył mój ogonek po czym odparł surowo żeby zabrać mnie do reszty małych chłopców. Poczułam wielką ulgę. Zamknęłam rozwydrzoną gębę. Ojciec także poczuł wielką ulgę. Widziałam w jego oczach, że wierzy w to, że dam sobie radę. Wszak zostałam jedną żyjącą kobietą, a raczej dziewczynką z rodu Saiyanów na świecie?. Udawanie chłopca to jedyna rzecz jaka mi została do utrzymania się przy życiu. Kiedy spałam w głębokim śnie po wyczerpującym treningu wojska tyranów zaatakowały Vegetę, zabili kobiety i dziewczęta oraz resztę Saiyanów która oparła się atakowi. Z każdą sekundą nienawidziłam tych ludzi. Nienawidziłam tak bardzo, że jedyną moja zemstą zostało wyszkolenie się i zemszczenie.
- Saro, Ty żyjesz?- uradował się Natto, syn Nappy, który wyruszył na Ziemie z Vegetą
- Tak dzięki ogonkowi- wskazałam na niego palcem
- To znaczy, że myślą że jesteś wojownikiem?
- Na to wygląda- spoważniałam
Wszyscy którzy przetrwali a było nas niewielu przyrzekli milczenie co do mojej osoby. Mieli tylko nadzieję, że nie wyda to się ani prędzej ani później. Moje marzenie się spełniło, ale jakom kosztem…
- Mamo… Tato…- załkałam
I pomyśleć, że ogon uratował mi skórę. Tego tragicznego dnia stałam się wojownikiem.

5. Koniec Vegety

To cud, że żyłam! Mogli potraktować mnie jak innych Saiyaninów lecz tego nie zrobili. Miałam zaledwie piec lat, które skończyć miałam za cztery miesiące a już doznałam smaku gorzkiej śmierci nie tylko rodziców, ale i większej połowy narodu.
- Rodzice…- wyszeptałam
Natto położył rękę na moim ramieniu. Chłopiec miał 15 lat. Tak jak ja stracił matkę a jedyną istotą żyjącą mógł być teraz ojciec, lecz nie mieliśmy żadnych wieści ani od niego ani też od Vegety. Siedzieliśmy na zimniej podłodze i zamartwialiśmy się o nasze dalsze losy. Naglę otworzyły się drzwi a do środka weszli dwaj wojownicy a zaraz po nich on. To ten jaszczur, który zamordował mi MATKĘ. Chciałam się zemścić. Gotowało się we mnie wszystko, a nie tylko ja przeżywałam to piekło. Byłam jedyną dziewczynką…
- Witajcie Saiyanie- przemówił- Jeśli tego jeszcze nie wiecie jestem Freezer i pozwolę wam zobaczyć jak ginie wasza planeta
- Jak to ginie?- zabrał głos jeden z naszych- Chcesz ja zniszczyć?
Freezer roześmiał się i podszedł bliżej. Ogarnęła mnie panika jednak jednocześnie czułam gniew.
- Oczywiście- uśmiechnął się szyderczo
Wyszedł. Nie minęła długa chwila, kiedy naszym oczom ukazała się eksplozja, zarazem śmierć reszty wojowników. Wybuch był wręcz potężny!
- TATO!!!!- wykrzyknęłam chcąc wybiec w stronę okna.
Światło oślepiło nasze oczy, lecz, patrzyłam dalej. Chciałam płakać i krzyczeć tak głośno by usłyszał mnie cały wszechświat. Moje serce pękało z bólu, a nienawiść rosła z każdą sekundą. Nienawidziłam jego tak bardzo! Lecz moja nienawiść była niczym w porównaniu z tym, co czynił. Ogromne i tez maleńkie odłamy planety i części, które po niej zostały rozbryzgały się niczym owoc uderzony o ścianę. Ręce drżały mi z przerażenia, a do oczu cisnęły się łzy.
- To koniec- odparł zmartwiony Natto
Spojrzałam na niego. Jego oczy… Równie piękne jak i wczoraj zalane morzem łez. Płakał. Płakało wiele przeżytych. To był koniec. Koniec naszego istnienia. Staliśmy się niczym.
- Nie mów tak- wyszeptałam- Błagam…
Ponownie do pomieszczenia wszedł Freezer.
- Mam nadzieję, że podobał się wam mały pokaz moich możliwości- uśmiechnął się upuszczając z dłoni maleńkie odłamki planety- Kto mi nie będzie wierny zginie
Nikt nie miał odwagi się odezwać. Nikt, kto chciał żyć. Nikt, kto bał się śmierci. Nikt poza jednym. Nikt inny jak Shelogon.
- Jeśli zginę to za Vegetę- warknął
Spojrzenia wszystkich obecnych na statku tyrana spoczęły na buntowniku.
- Jak śmiesz się sprzeciwiać!!- zawołał jeden z podwładnych
- Dajcie mu mówić- Freezer był stanowczy
Shelogon chwilę się wahał. Zacisnął mocno dłonie w pieść. Widziałam jego gniew i przerażenie na twarzy.
- Nienawidzę ciebie i tych twoich sługusów! Nienawidzę wszystkiego, co twoje!
- Shelogon…- szepnęłam do siebie
Jaszczur zaśmiał się kpiąco i uniósł rękę na wprost niego.
- Tak, więc giń- z jego twarzy nie schodził uśmiech
Z jego palca wskazującego wydobył się maleńki czerwony promień. W parę sekund dosięgnął serca buntownika. Mężczyzna padł na ziemię.
- Ktoś jeszcze?- zapytał tyran
Znalazło się i pięciu śmiałków stawiających opór, których spotkał nie inny los jak Shelogona. Padali jeden po drugim. Zostało nas sześciu. Pięciu chłopców i ja jedna. Tyran spojrzał na nas surowo. Natto polecił mi, co mam robić. Padliśmy wszyscy na kolana nie patrząc mu w oczy.
- Wybacz nam panie za sprzeciw- powiedział Natto jako najstarszy
- Wybacz panie nasz- powtórzyliśmy
Freezer był zadowolony. Zostaliśmy jego sługami. Nie mięliśmy wyboru. Żadne z nas nie chciało zginąć. Chcieliśmy ocalić nasz lud. Chcieliśmy się zemścić.
- A ty?- podszedł do mnie
Stanęłam jak wryta. Sparaliżowało mnie. Prawie płakałam, lecz Natto chwycił mnie za rękę.
- Ile masz lat?- zapytał
Milczałam. Ze strachu odebrało mi mowę. Jakbym straciła głos. Gardło mocno się zaciskało uniemożliwiając wydobycie jakiegokolwiek dźwięku.
- Cztery panie- oznajmił chłopiec trzymający mnie za rękę
- Niech no ci się przyjrzę
Byłam tak bardzo przerażona, że wtuliłam się Saiyaninowi w nogawkę cicho pochlipując.
- Ja się boję- wyjąkałam- Chcę do mamy
Po tych słowach uświadomiłam sobie, że przecież nie mam mamy. Przecież zginęła zanim zdążyłam dotrzeć do Sali tronowej.
- To jeszcze dzieciak- mruknął Freezer- Będą z niego ludzie
Jaszczur wychodząc z pomieszczenia wskazał coś dłonią do swoich ludzi. Pięciu z nich wyszło za nim, czterech zostało. Mieli na dłoniach umocowane a raczej włożone blastery. Vegeta zawsze mówił, że odporność wzmacnia się podczas bólu. Czy żeby nie bać się tego urządzenia mam się na nie nadziać? Rozpłakałam się niemiłosiernie. Natto przytulił mnie mocno, próbując uspokoić. Wciąż powtarzałam trzy słowa bez przerwy: mama, tata, Vegeta. Te trzy osoby były dla mnie wszystkim. W każdej sekundzie napływał ból oczu od łez i gardła od krzyków.
- Niech ten bachor zamknie ryj albo dostanie kulkę!- wrzasnął jeden.
Miał już obolałe uszy od moich jęków i ładne ciśnienie.
- Saro uspokój się- szepnął do uszu Natt- przecież nic ci nie jest
Pogłaskał mnie po głowie i wziął na kolana. Wtuliłam się w niego.
- Jeśli zginiesz to, kto przywróci nasz ród?- dodał- Musisz księżniczko.
Przyjaciel dodawał mi sił.
- Gdzie podziała się tamta dawna Sara?- zapytał- Ta zbójnica?
Przestałam płakać, a zabeczane oczy napuchnięte od płaczu zaczęły szczypać. Wstałam i podeszłam w miejsce gdzie stał Freezer. Kucnęłam by podnieść odłamek planety.
- Kiedyś Cię odtworzę- mruknęłam cicho- Przyrzekam.
Po paru godzinach na pokładzie statku dostaliśmy swoje pokoje, a ciała zmarłych wyrzucono w przestrzeń kosmiczną niczym śmieci. Ja byłam zbyt zmęczona żeby dojść do kajuty, a Natto mając swój obok mnie zaniósł mnie i położył na łóżko. Zdjął pelerynę ze mnie i okrył nią moje zziębnięte ciało. Zasnęłam. Jak na dziecko w wieku czterech lat tego pamiętnego dnia wiele wydarzeń było zbyt męczące.

6. Jak być wojownikiem?

Jak masz na imię?
- Ja?- przeraziłam się- Ja…
- Ja?- zdziwił się jeden z podwładnych
- To znaczy mam na imię Ratrazz
- Ratrazz?
- Tak proszę pana!- pośpieszyłam.
Nie chciałam by używano mojego imienia. A gdyby wiedzieli, że jestem córką króla?! Gdyby przez to mnie w jakiś sposób wykorzystano? Maltretowano? Nowe imię szybko weszło w obieg i już nawet Saiyanie mówili do mnie Ratrazz w miejscach gdzie nikt by nas nie usłyszał. Bardzo często trenowałam pod okiem armii specjalnej, z której składali się Kapitan Giniu, Gerudo, Recom, Jisu i Baata. Giniu Force bo taką nazwę noszą są z różnych planet i galaktyk. Z Natto także podniosłam swoje kwalifikacje sił. Stał się moim przyjacielem i oparciem. Mogłam nazwać go bratem, choć mój brat jest od niego starszy. Dokładnie w dzień piątych urodzin nauczyłam się kontrolować energię i wystrzeliwując pociski. Nie było to łatwe zadanie, ale udało się. Nawet latanie opanowałam. W końcu nauczyłam się kontrolować swoją moc. To zadanie było dość proste, a Vegeta nigdy nie chciał mnie tego nauczyć… Przez chwilę zapomniałam o gniewie i zemście. Radowałam się swoją rosnącą mocą z dnia na dzień. Tyle mam w sobie nieodkrytych pokładów energii! Tyle ciekawych walk do stoczenia! Ach, nie mogłam się ich doczekać!
- Tęsknię za rodzicami- westchnęłam wchodząc do kajuty Natto
- Witaj- pozdrowił mnie
- Jak myślisz- zapytałam- Czy mój brat i Twój ojciec żyją?
- Tego nie wie nikt- mruknął
- Mam nadzieję, że się kiedyś spotkamy
Wyciągnęłam zza kamizelki otrzymanej od wojska Freezera łańcuszek od brata. Usiadłam na oknie i zaczęłam spoglądać w niebo. Planeta na której się znajdowaliśmy była brunatna, a niebo zachodziło w kolor soczystej pomarańczy.
ODNAJDĘ CIĘ pomyślałam A JEŚLI NIE, PRZYWRÓCĘ NASZĄ DAWNĄ ŚWIETNOŚĆ! Zacisnęłam pierścień w pięści.
Dni mijały jeden po drugim, miesiąc za miesiącem, aż w końcu doleciały mnie słuchy, że statek kieruje się na planetę Nameck.
- Co to za planeta?- zapytałam Gerudo
- Zamieszkują ją nameck’aninie- odparł mały zielony Basjin
- A po co tam lecimy?- zadałam kolejne pytanie
- Po kryształowe kule
- Kryształowe kule?- zdziwiłam się- Opowiedz mi o nich!
Zaczęłam wariować bo Basjin nie chciał mi nic powiedzieć. Nie cierpię kiedy nie wiem nic do samego końca. W tym przypadku były tym niejakie kryształowe kule.
- Gerudo powiedz mi, co to są kryształowe kule!- tupnęłam w złości nogą
Nagle spostrzegłam, że mojej wielkości stwór znikł. Po prostu jakby się rozpłynął.
- No nie…- mruknęłam- Znowu uciekł
Basjinowie potrafią zatrzymać czas na tak długo ile potrafią wstrzymać powietrze. Ciekawa opcja, ale nieco beztlenowa… Ze smutną miną z powrotem wróciłam do swojej kajuty. Wkurzało mnie to, że nigdy nic nie wiem na temat walk z ludnością zaatakowanych planet oraz tym, że nigdy nie chcieli zabrać mnie na podbój. Natto wiele razy walczył u boku ludzi jaszczura. Raz nawet udało mi się uciec spod oka paru wartowników i wkroczyć na planetę. To było bardzo ciekawe przeżycie! Ludzie tyrana będąc gotowi do walki patrzyli jak ich słabi przeciwnicy padają jak robaki. Stojąc na wysokim wzniesieniu urządziłam sobie deszcz ognistych pocisków nie zwracając uwagi w co trafiam. Nawet i w „swoich” celowałam. Jeden zmarł… Niestety Przecież mówiłam, że wytępię wszystkich za planetę Vegetę! Dostałam po powrocie niezłą burę, jednak Freezer był zdumiony moim zaangażowaniem i mnie nie zabił. Jednak zostałam od tamtej pory pod okiem Ginyu Force. Sama czasem się sobie dziwię, że chcę walczyć dla Frezzera skoro zabił mój lud. Natto uważa, że to wszystko przez mój wiek i zamiłowanie do bójek. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na pelerynę od Gartu. Zaczęłam patrzeć w nią ślepo. Tak po prostu.
- Byłam dla Ciebie nie miła…- westchnęłam- a teraz nie żyjesz
Wyszukałam w niej kieszeni i sięgnęłam po Mandarkerę.
- Nie możesz tak sobie tu leżeć- powiedziałam- Jakbym cię zgubiła powiesiłabym się
Schowałam kamień Mandaru za kombinezon. Poklepując tors mruknęłam parę głupich słów pod nosem. Usiadłam z powrotem na łóżko i patrząc w oświetlony sufit położyłam się.
- Ciekawe co to za planeta- westchnęłam machając ogonkiem- Co to są kryształowe kule. Po co one Freezerowi?
Długo nie mogłam wyciągnąć nic ciekawego na temat kul z Nameck. Doprowadzało mnie to do szału. Dosłownie…Ach jaka niewiedza jest okrutna!
- Jisu powiedz mi wreszcie o co tu chodzi!
- No dobra tylko daj mi już święty spokój- wymamrotał czerwonoskóry- Ale to długa historia
- Nic mnie to nie obchodzi- uśmiechnęłam się- Mam dużo czasu
Nagle do kajuty Jisu wparował sam generał Giniu Force.
- Zgadza się- odparł stanowczo.
- Co się zgadza?- zapytaliśmy z Jisu równocześnie.
- Nigdzie nie lecisz więc masz dużo czasu na słuchanie historyjek.
- Kto ja?- zdziwiłam się
Giniu potaknął nie zmieniając wyrazu twarzy. To znaczyło, że nie lecę na Nameck? Że nie zobaczę kryształowych kul? Że jestem słaba?!
- Dlaczego kapitanie???- wybuchnęłam- Wytłumacz mi to!!!
- Na rozkaz mistrza- odparł krótko.
- Frezzer’a…- załamałam się- Dlaczego ja?
- Ponieważ masz dopiero 7 lat i nie umiesz dobrze walczyć- odpowiedział.
Zatkało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć przez jakieś pięć minut.
- To ja mu zaraz pokażę jak bardzo!- warknęłam zaciskając pięści.
Włączyłam przyspieszacz i wyleciałam z kajuty Jisu obierając kierunek Frezzer’a.
- Stój Ratrazz!- wrzasnął Giniu.
Jogo wrzaski nie skutkowały, leciałam dalej. Nagle poczułam silny odpływ energii. Padłam na ziemię.
- Puszczaj!- warknęłam.
Kapitan trzymał mnie za ogon co spowodowało spadek energii.
- Taka jest wola mistrza- powtórzył się- Później się jemu przydasz.
- Miejmy nadzieję, że się nie będę nudzić….- mruknęłam załamana.
- Freezer ma kłopoty dlatego nas wzywa- dodał szeptem- Ma problemy ze zdobyciem kul.

7. Kosmiczne treningi.

- Frezer ma kłopoty!- wrzasnął Recom
Nastała ni to panika ni to entuzjazm. Armia Frezera biegała jak oszalała po macierzystym statku władcy.
- Przygotować kapsuły!- rozkazał Ginyu
- Tak jest- odparł posłusznie jeden z podwładnych, maszynista bądź operator kapsuł kosmicznych. Z resztą czy to ważne?
- Jaki kurs kapitanie?- zapytał inny członek załogi, możliwe, że nawigator czy coś w tym rodzaju
- Na NAMECK
Czy to znaczy, że lecimy na Nameck? Że w końcu przekonam się, co to są kryształowe kule? Dowiem się wszystkiego, co mnie męczy już od dłuższego czasu nieobecności Frezera i reszty załogi? Pobiegłam do kapitana Ginyu Force tak szybko jak pozwalały mi nogi.
- Co się stało?
- Frezer ma kłopoty- odparł spokojnie.
- Kłopoty?!
Zdziwiłam się. Porządnie mną wstrząsnęło. Żeby tyran południowej galaktyki był w opałach? Ten, który zniszczy wszystko co stanie na jego drodze?
- Na Nameck powstały komplikacje- oświadczył lekko zdenerwowany- Istoty z innej galaktyki chcą posiąść kryształowe kule.
- Gadasz!- wybuchłam- Inni przybysze?
- Oczywiście.
- Ale jak to? Chcą odebrać nasze kryształowe kule?
Kapsuły zostały przygotowane w przeciągu trzydziestu minut. Wszystko było gotowe do lotu na Nameck. Zauważyłam, że jest tylko pięć kapsuł.
- Ginyu… gdzie moja kapsuła?
- Nie ma, maluchu.
- Dlaczego?! Ja chcę lecieć z wami! Chcę walczyć! Chcę zobaczyć tych ludzi!
- Nie ma mowy Ratrazz- zachichotał Jisu machając białym ogonem włosów.
- To nie fair!- fuknęłam.
- Nic nie jest fair- odparł kapitan- Dlatego będziesz tu siedzieć i czekać na nasz powrót
Oburzona siadłam na maszynownie z założonymi rękoma. Patrzyłam jak załoga Ginyu Force zasiada w kapsułach kosmicznych i szykuje się do wystrzału z kursem na planetę zamieszkaną przez Namecaninów. Miłego lotu pomyślałam pochmurnie i kliknęłam ogonem jeden z pobliskich przycisków na panelu. Nagle rozbrzmiał przeraźliwy dźwięk. Cała załoga zaczęła panikować! Zakryłam uszy. Miałam wrażenie, że mi pękną!
- Kto włączył komorę odpowietrzania?!- wrzeszczał jeden z sługusów
Spojrzałam w górę. Ogromna szklana kopuła unosiła się do góry w bardzo wolnym tempie.
- Jeśli tego nie zamkniemy zabraknie nam powietrza! Wessie nas!!!
Przeraziłam się. NIE CHCĘ UMIERAĆ pomyślałam w panice. Zaczęłam latać po statku i wyłapywać przedmioty, które chciał zabrać kosmiczny pył i przestrzeń.
- Zróbcie coś!- krzyczałam- Zróbcie coś z tym!
Parę osób z załogi odleciała bezpowrotnie. Straciła swoje życie dusząc się próżnością kosmosu. Przykucnęłam na ziemię najmocniej jak mogłam. Łzy spłynęły mi po policzkach. Nie byli moimi przyjaciółmi jednak widok, w jaki sposób ich zabiło wstrząsnął mną. To było potworne.
- Szukajcie po panelach guzika! Szukajcie go!
Guzik… Przecież bawiłam się ogonkiem.. Czy to możliwe? To ja zabiłam te osoby? To ja włączyłam odpowietrzanie? Puściłam się pędem w stronę paneli. Klikałam po kolei każdy guzik, który wydawał mi się odpowiedni.
- Musi gdzieś tu być!- łkałam- Musi!
„Miłego lotu…” Przed oczami miałam migawki. No tak! To był dziesiąty panel od prawej ze strony „C”! Poleciałam natychmiast do pulpitu i rozejrzałam się uważnie, który to przycisk. Jeden był innego koloru, kształtu…
- Znalazłam!- krzyknęłam naciskając guzik
Komora zaczęła się zamykać. Alarm się wyłączył. Alastr, dowódca na mostku w czasie nieobecności Frezera włączył dotleniacz. Odetchnęłam z ulgą osuwając się na ziemię. NIGDY WIĘCEJ… pomyślałam. Alastr wściekle usiłował dowiedzieć się, kto jest winowajcą tej a nie innej sprawy. Nie padło na mnie. Kto by się czepiał siedmioletniego, Saiyanina o coś podobnego? Z resztą byłam jedynym Saiyanem na pokładzie i jedyna dziewczynką. Nudziłam się jak mops. Dni mijały powoli i smętnie. Chodziłam do Sali treningowej i starałam się opanowywać swoje zdolności. Nic innego nie pozostało mi do czynienia. Nie było żadnych wieści o Freezerze i armii Ginyu Force. Nie było też wieści od Vegety. Nie istniał. Tak właśnie było. Nie miałam już rodziny. Moja rodziną stał się statek i jego załoga… Czy to nie jest jakaś paranoja?!
- Mamo gdybyś wiedziała, że tak się losy potoczą pozwoliłabyś zostać mi wojownikiem?- mruknęłam do siebie
Leżałam wycieńczona po treningu na mokrej posadzce kabiny. To był mój pot… Wpatrywałam się ślepo w światła na sklepieniu.
- Pozwoliłbyś mi ojcze jechać z bratem gdybyś wiedział, co się stanie?
Wymacałam pod pancerzem kombinezonu pierścień od Vegety. Wyciągnęłam go nad głowę by móc się przyjrzeć.
- A ty byś nauczył mnie walczyć? Zabrałbyś mnie ze sobą?
Kolejna łza chciała uciec… Płynąc z oka po ciepłym policzku kończąc bieg gdzieś w czarnych włosach bądź mokrym od potu kombinezonie. NIE TYM RAZEM pomyślałam ocierając kroplę smutku. NIE BĘDĘ WIĘCEJ PŁAKAĆ! ZNISZCZĘ WSZYSTKO ,CO ZNISZCZYŁO MI ŻYCIE I ODKUPIĘ DUSZĘ NARODU! Podniosłam się i zaczęłam trening od nowa. Po kolejnych godzinnych, męczących wysiłkach postanowiłam potrenować Mandarkerę. Dawno jej nie używałam. Wybiegłam z sali treningowej i ruszyłam w stronę kajuty. Potrzebowałam płaszczu by trenować. W końcu stanęliśmy twarzą w twarz. Tylko ja i kamień Mandaru. Powoli przypięłam kamień w należne mu miejsce. Peleryna była dość zakurzona, co spowodowało potrójne kichnięcie. Każda następna czynność była taka sama jak poprzednimi razy. Kolejny nawał silnej energii, mocniejsze ciążenie grawitacji, lek, ból, spowolnienie ruchu. Kroki stawiane nie były już tak trudne, lecz nie opanowane. Podeszłam do lustra. CIEKAWE CZY TAM JESTEM spojrzałam na taflę. Nie było nic poza otoczeniem. Wyciągnęłam rękę zza pazuchy. Nie było jej widać. Myślałam, że to działa tylko na zasłonięte ciało. Nawet lepiej. Postanowiłam się wznieść w powietrze parę cali by sprawdzić czy mogę latać. Niestety mój lot wyglądał jak wyskok w górę z szybkim upadkiem… Treningi były coraz czesterze i efektywniejsze. Nie miałam wyboru! Musiałam stać się walecznym kosmicznym wojownikiem!
Ostatnio zmieniony 03 cze 2014, 18:25 przez Killall, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
kociara81
moderator
Posty: 358
Rejestracja: 17 lut 2012, 22:32
Lokalizacja: Carrotus
Kontaktowanie:

Postautor: kociara81 » 29 maja 2014, 11:58

Nie jestem moderatorem, ale każdy by to napisał.

Jak widzę podejście drugie z tym samym fanfikiem

Jest pewna poprawa, że złamałaś tylko jeden punkt regulaminu umieszczania prac na forum, a nie dwa jak powszednio.

Pozwól że Ci zacytuję ten kawałek który złamałaś

5. Każdy tekst musi zawierać krótki opis na samym początku.


Jestem tak miła że od razu zapodam link do całego regulaminu umieszczania prac na forum:

http://forum.vampirciowo.pl/viewtopic.php?t=10

Mam nadzieję że szybko to naprawisz.

Fanfika nie czytałam. Nie znam fandomu. Oraz sama nie mogę sprawdzić spraw czysto gramatycznych i interpunkcyjnych, bo można zauważyć że sama mam z tym problem.

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 03 cze 2014, 09:19

ja mam zasadę, że skoro sama idealna nie jestem nie krytykuję błędów innych, bo po prostu nie znam się, ale pomijając je, to zapowiada się dobrze.

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

Rozdziały od 8 do 12

Postautor: Killall » 03 cze 2014, 18:48

Z góry przepraszam administrację, za popełnione błędy, oraz złamanie regulaminu... Wszystko poprawiłam i mam nadzieję, że więcej nie popełnię takich oczywistych gaf.

A teraz kolejne części :)

08. Misja Saiyanina na Ziemię

Minęło dość sporo czasu od odlotu Gyniu Force na Nameck. Przez ten okres nudziłam się jak mops. Tydzień temu doszły nas wieści, że Freezez ma nikłe szanse na przeżycie. Praktycznie nie żył. Załoga King Golden zaopiekowała się nim pod rozkazem samego króla większości galaktyk- Ojca Freezera. Jaszczur teraz był prawie automatyczny a jednostka specjalna została zlikwidowana… To nie do pomyślenia, że facet, który kiedyś zaatakował The Vegetę nie był w stanie pokonać jakiegoś jednego gościa, który także szukał kryształowych kul. Tego dnia miało odbyć się mianowanie ludzi na najlepszych żołnierzy, którzy wylecą wraz z Freezerem i jego ojcem w poszukiwaniu tego zuchwałego człowieka. Ten kto to zrobił postarał się o to by moja zemsta była zbyt delikatna… O to bym nie miała szans na jakąkolwiek zemstę za naród Saiyański! Byłam wściekła z tego powodu. Ruszyłam na mostek króla galaktyk by wziąć udział w wyborach. Bardzo chciałam spotkać tego zuchwalca. Pragnęłam spotkać istotę silniejszą od samego tyrana Freezera.
- Trzech z was zostanie głównodowodzącymi a stu pierwszych poleci jako armia- oznajmił król Kord- Podbijemy tę planetę.
Staliśmy jak te kołki czekające na wypowiedziane nazwisko. W głowie powtarzałam sobie tylko jedno zdanie: CHCĘ BYĆ WYBRANĄ. Zostałam wymieniona! Byłam jednym z najlepszych wojowników Freezera! Kto by pomyślał, że saiyańskie dziecko może należeć do wojsk Freezera i być zarazem jego największym wrogiem?
- To dziecko jest obiecujące, ma niesamowitą moc!- usłyszałam w tłumie
Jeszcze tego dnia nas trzech zostało wezwanych do króla po instrukcje. Trzęsłam się jak osika zastanawiając się dokąd tak naprawdę się wybieramy.
- Lecimy na odległą galaktykę- przeszedł przez mostek- Na niej nie ma silniejszych istot niż wy
Wszyscy się uśmiechnęliśmy. Nie będziemy musieli się wysilać w tej misji, choć trochę ogarnął mnie żal, że nie wykażę się swoją siłą. W końcu na coś wybierali najlepszych spośród miliona innych.

- Poza jednym Saiyaninem, który został wysłany by chronić lud który chciał zniweczyć nasze plany

Stanęłam jak wryta. Jakiś rodak o potężnej sile praktycznie zabił Freezera, mieszkał sobie na innej planecie chroniąc jakiś słaby lud. Niesprawiedliwe! Gdzie był kiedy zabili mi ojca i matkę?! Czemu nie pomógł nam w potrzebie? Po co były mu kryształowe kule?

- Panie a jak nazywa się ta planeta?- zapytałam pospiesznie
- ZIEMIA
- Ziemia…- pomyślałam głośno
Coś mi ta nazwa mówiła. Tylko nie mogłam sobie przypomnieć co.
- Za niecały rok będziemy na miejscu, a wtedy rozprawicie się ze wszystkimi żyjącymi istotami jakie napotkacie.
Wróciliśmy do swoich kajut. Polerując w ręku Mandarkerę zastanawiałam się nad tajemniczym Saiyaninem i planetą Ziemią, którą bronił. Tej nocy męczyły mnie dziwne sny…

- Saro nie możesz się tak nosić- mówiła mama- Jesteś księżniczką a nie wojownikiem
- Ale mamo- złościłam się- Chcę być taka jak Vegeta! On jakoś jest wojownikiem i księciem
Matka surowo spojrzała oddalając się do drzwi sypialni
- Powiedziałam nie!


[center] ***[/center]

- Kochanie jesteś bardzo dzielna, ale nie możesz tak się zachowywać- mówił ojciec głaszcząc mnie po głowie- Choć talentu Ci nie brak
- Tato kiedy chcę być jak Vegeta- buntowałam się- Silna, odważna, walczyć za nasz lud!


[center] ***[/center]

- Kiedy dorosnę będę taka jak Ty
- Tego nie wiemy- odparł Vegeta- Żeby mieć dobrą formę należy dużo trenować
- Tak zrobię- zawołałam uradowana


Obudziłam się. Ziemia ta planeta… Nie dawała mi spokoju. Czy…
- Oczywiście!- uradowałam się- Vegeta leciał z Nappą, ojcem Natto na ziemię!
Taka szczęśliwa biegałam po kajucie, że łzy szczęścia popłynęły mi po twarzy. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieję! Byłam pewna, że odnalazłam swojego brata.
- Może go odnajdę! Wrócimy do domu, znajdziemy nową planetę The Vegetę i odbudujemy nasz lud!- byłam szalenie podniecona
W pewnym momencie coś mnie tchnęło. A jeśli Vegeta jest tym którego poszukuje Freezer?A jeśli to jego lecę zabić? Wiedziałam co zrobić! Stanąć po jego stronie i zlikwidować te zło raz na zawsze.

09. Planeta Ziemia

- Za godzinę lądujemy panie!- oznajmił podwładny
Wszyscy ruszyli do szafek przygotować się do nalotu. Nie mogłam doczekać się zejścia na nowy ląd. Na radarze wskazywało, że Saiyanin, który zniszczył Freezera podążał w tym samym kierunku co nasz statek, tyle że o trzy godziny wolniej. Prawdopodobnie to kapsuła należąca do załogi Gyniu Force, a one nigdy nie były zbyt szybkie. No cóż…
- Ruszać się gamonie!- wydarł się jeden z kapitanów
Niżsi rangą uformowali szyk do wyjścia na zdobywaną planetę Ziemię. Widać było, że nie mogą się doczekać jatki jaka ich czekała.
- Kiedy już uporamy się z tym syfem będziemy mieli spokój- szepnął jeden
- Racja tylko ominie nas walka Saiyanina z Freezerem

- No racja…

- Mam nadzieję, że ktoś to dopatrzy i opowie jak to wyglądało

- No, przydało by się

- Zajmij się swoją robotą a on swoją- warknęłam znudzona

Fakt faktem, ale ja nie miałam zamiaru tego oglądać. Musiałam dowiedzieć się czy na tej planecie jest Vegeta! To właśnie była moja misja. Tylko po to tu przyleciałam z tak odległej galaktyki. To także będzie świetny moment na rozstanie się z Ratrazzem i Frezzerem raz na zawsze! Musiałam uwolnić się z przeklętej niewoli i partactwa, chorych kłamstw i głupich udawanek. Czas zemścić się za wszystkie poniżenia i za śmierć moich rodziców! Kto wie, może Vegeta wracał do domu wiele razy i nie mógł go znaleźć… Planeta, która niegdyś tryskała życiem zamieniła się w gwiezdny pył… I ten człowiek, który bronił Vegety - Bardock. Zginłą dzielnie… Gdybym mogła teraz stawiać pomniki to właśnie jemu za odwagę i honor, a także lojalność wobec ojczystej planety. I ci wszyscy inni zabici na moich oczach. Nawet Natto nie zdołał przeżyć…

***
- Idę walczyć o kryształowe kule- mruknął Natto

- Ja też chcę!- burzyłam się- Też chcę je zobaczyć!

- To nie będzie od tak sielanka- upomniał mnie

- To nie sprawiedliwe, że wszystkie najlepsze misje mnie omijają

Usiadłam urażona na łóżku i nerwowo poruszałam stopą. Nie mogłam znieść tej bezczynności.

- Tu będziesz bezpieczna- uśmiechnął się stojąc przy drzwiach

- Bezpieczna… bezpieczna- prychnęłam- Też mi coś!

Syn Nappy pokręcił głową. Nie wiedział jak dotrzeć do mnie.

- Księżniczko, jeśli zginę będziesz prawdopodobnie ostatnim żywym kosmicznym wojownikiem…- szepnął z przejęciem

Coś mnie zakuło w piersi. Poczułam dziwną pustkę. Kosmiczny wojownik na wyginięciu…

- Nie umrzesz Natto- wtrąciłam szybko- Ani ja ani Ty

Natto włożył na lewe oko detektor a na prawą dłoń blaster. Był gotowy by wyruszyć na Nameck gdzie mogła doczekać go śmierć. Uśmiechnął się po raz ostatni. Wyszedł.

- Powodzenia bracie…


***

Myliłam się… Przeżyłam, ale on już nie… Jednak nie byłam ostatnim kosmicznym wojownikiem we wszechświecie! Był ten z Ziemi! Czułam, że jeszcze nie wszystko stracone. Że jeszcze da się odwrócić to wszystko co się wydarzyło. Że na nowo Saiyanie zasmakują życia! Będą silniejsi i niezależni. Już nikt nie będzie rządzić ponad nami.

- Panie jesteśmy na miejscu- oznajmił jeden z nawigatorów
Staliśmy gotowi do wyjścia. Miałam na sobie pelerynę od Gartu oraz Mandarkerę w pogotowiu. Kiedy nadejdzie moment użyję jej i ruszę na poszukiwania brata. Drzwi statku powoli zaczęły się otwierać. Pierwsi wyszli pikinierzy. Ale co to?! Poczułam potężną energię.Była miażdżąca! Nagle padły pocięte na kawałki ciała poddanych jaszczurów. Kto to mógł zrobić? Saiyanin miał jeszcze trzy godziny na dolecenie na tę planetę. Freezer i Generał Kord wybiegli na zewnątrz by znaleźć winowajcę tych czynów. Gotowało się w nich. Chcieli znać przyczynę.
- Kto to zrobił?- zdziwił się Frezzer
- Ja- odpowiedział młody chłopak ubrany w dziwne ciuchy
Miał miecz w pochwie i emanowała z niego nie byle jaka moc. Wyglądał jak ja tyle, że kolor oczu miał niebieski a włosów fioletowo-szary. Nie miał też ogona. Więc tak wyglądają ziemianie? Całkiem normalnie jak na rasę mieszkającą miliardy lat świetlnych od Vegety i innych planet, którzy mieszkańcy przypominają nas.
- Kim jesteś zuchwalcze?- oburzył się ojciec Frezzer’a- Brać go!
To był ten moment. Pośpiesznie założyłam Mandarkerę i włożyłam kaptur. Napastnik mnie mógł mnie zobaczyć. Powoli odsunęłam się od statku. Nie mogłam pozwolić na to by mnie zabił! Nie teraz kiedy mam możliwość odnaleźć jedyną osobę z rodziny jaka mi została. Zajął się dwoma kapitanami, trzeci to ja i dezerterowałam. Padli jak kukły jeden po drugim. Chłopak nie oszczędził nikogo. Był świetny w tym co robił.
- Zabiłeś moich ludzi!- wkurzał się Frezzer- A także moich trzech najlepszych żołnierzy. Kim jesteś?
O PRZEPRASZAM JA ŻYJĘ pomyślałam w złości NIE DAM SIĘ BYLE ZIEMIANINOWI
- Jestem tu po to by nie pozwolić ci zniszczyć tej planety- odpowiedział dumnie- Więc zginiesz
Mogłam ruszać. Teraz nie był w stanie namierzyć mnie i mojej KI. Wzbiłam się w powietrze. Ruszyłam w drogę. Lecąc zauważyłam garstkę tubylców kryjących się za skałami. Czyżby szli do Frezzer’a? Nie miałam czasu musiałam odnaleźć brata. Powietrze na Ziemi było nieskazitelnie czyste a otoczenie piękne. Gdzie są domostwa? Spostrzegłam zwierzynę. Strzeliłam doń. Musiałam coś zjeść a jedzenie na statku było paskudne. Nieopodal usłyszałam szum rzeki.Wylądowałam. Spacerowym krokiem podążyłam za tym dźwiękiem. Napiłam się.
- Ta woda jest pyszna!- uradowałam się- Nigdy czegoś takiego nie piłam
Położyłam się na trawie. Patrzyłam jak na błękitnym niebie leniwie płynęły obłoki o pierzastym wyglądzie.
- Pięknie tu- szepnęłam- Gdyby tu stworzyć The Vegetę?
Nasza planeta też była piękna, ale nie tak jak ta, tu nie jest tak ponuro jak było u nas. Tu wszystko przypominało Eden. Freezer nie na darmo chciał zdobyć tę planetę. Sprzedając ją mógł na niej sporo zarobić. Zdjęłam detektor z oka i zaczęłam mu się uważnie przyglądać.

- Nie będziesz mi potrzebny- mruknęłam wrzucając go do wody.

10. Gdzie jest Vegeta?

Minęło sporo czasu od wylądowania na Ziemi. Przemierzyłam szmat drogi, ale Vegety nie znalazłam. Dlaczego?
- Ta planeta jest ogromna!!
Lecąc spostrzegłam miasto. Wylądowałam w samym centrum. Ziemianie z wielkim zaskoczeniem spoglądali na mnie. Co ich tak dziwiło? Tamtego młodzieńca jakoś nie dziwił nawet wygląd Frezzer’a a ich mój dziwił przecież jesteśmy podobni do siebie. Są małe wyjątki, ale nie od sterczałam od tłumu!
- Mamo to coś ma ogon!- wykrzyczała rudowłosa dziewczynka
- Nie podchodź skarbie- matka wzięła dziewczynkę na ręce- Jeszcze coś ci zrobi
Dochodziły mnie głosy, kim jestem lub, czym. Czy z kosmosu groźnym potworem? Najdziwniejsze było to, że najbardziej dziwiło ich moje lądowanie. NIE UMIEJĄ LATAĆ pomyślałam. Ruszyłam przed siebie spoglądając na otoczenie. Zaczęłam zastanawiać się, co stało się z tyranem. Gryzło mnie to trochę, choć czułam, że więcej go nie ujrzę. Jego energia nie była wyczuwalna. Wróciłam do miejsca gdzie wylądowaliśmy. Statek stał nienaruszony. Ciało króla Korda rozkładało się, zaś ciała Freezer’a nigdzie nie było. Znalazłam, a trudno bym nie zauważyła ogromny krater. Na dnie była kapsuła, należała do Ginyu Force.
- Ten Saiyanin musiał nią przylecieć. Muszę i jego odnaleźć by dowiedzieć się, po co mu były kryształowe kule i czy naprawdę jest taki silny!
Nie stałam ani chwili dłużej. Postanowiłam trenować na tej planecie.
- Muszę się wzmocnić!
Trenowałam ciężko. Nie pozwalałam sobie na odpoczynek jedynie, kiedy padałam na ziemie omdlewając z wycieńczenia. Chciałam być godna poznania Saiyanina, który chronił tę planetę.
- Muszę być silna!- powtarzałam sobie- Kiedy spotkam Vegetę udowodnię mu, że mylił się, co do mnie
Odpoczywałam sobie pod drzewem kiedy ujrzałam coś poruszającego się po niebie. Zerwałam się na równe nogi.

- Kto to?- zamyśliłam się
Posłałam w tamtym kierunku kulkę mocy. Przyodziałam płaszcz. Ponownie byłam niewidoczna. Uciążliwa dotychczas grawitacja Mandarkery nie przytłaczała mnie do ziemi. Wręcz przeciwnie czułam się lekka jak piórko! Byłam dużo silniejsza. Postać wylądowała nieopodal mnie szukając właściciela energii, czyli mnie. To chłopiec! Z wyglądu Saiyanin, a może ziemianin. Nie posiadał ogona. Miał nie małą moc, nie to, co ludzie w miastach. Miernoty…. MOŻE ZNA SAIYANINA, KTÓRY BYŁ NA, NAMECK? pomyślałam.
- Kim jesteś?- powiedziałam stojąc przed nim
- Kto to powiedział?- zaczął się rozglądać
- Ja- odparłam odpinając Mandarkerę
Trochę się przeraził widząc moją twarz tuż przed sobą. Nic dziwnego! Słychać głos nie widać nikogo a tu nagle BUM! I jest w dodatku przed samą twarzą. Cofnął się kawałek.
- A ty, kim jesteś?
- Jestem Sara, a ty?
- Son Gohan- przedstawił się- To ty wystrzeliłaś tę kulę energii w moją stronę?
- Tak
Przeszłam obok niego nie spoglądając i usiadłam na ziemi. Czułam, że mogę się od niego wiele dowiedzieć o tej planecie zwanej Ziemią.
- Co tu robisz na tym pustkowiu?- dopytywał
- Trenuję, a ty?- wciąż odpowiadałam pytaniem
- Lecę do domu
- Hmm…- zaczęłam się zastanawiać
- Stało się coś?- zapytał
- Czemu ty latasz, a ludzie w mieście nie latają? Są duzi
- Tato mnie nauczył i jego przyjaciele- oznajmił pośpiesznie
Zaczął się mnie uważnie przyglądać. Czyżby szukał jakieś odpowiedzi?
- Dziwna planeta… ale ładna
Wstałam i odeszłam kawałek. Próbowałam zgubić jego wzrok.
- A ty, w jaki sposób umiesz posługiwać się energią?- zadał kolejne pytanie
Wyprostowałam dłoń prosto w Son Gohana. Przesunęłam ją tak by trafić w drzewo. Wystrzeliłam bladożółty pocisk. Drzewo się zapaliło.
- Chodzi ci o to?- uśmiechnęłam się- Każdy kosmiczny wojownik to potrafi
- Powiedziałaś kosmiczny wojownik?!- rzucił niby głodny
Wzniosłam się w górę, włączyłam przyśpieszacz i zaczęłam uciekać przed kolejnymi pytaniami bardzo daleko. Chłopiec o dziwo nie ruszył za mną. Kim był? Kto jest jego ojcem? Tyle pytań mnie nurtowało, a jedno, które zadawałam sobie od czterech lat nadal był tajemnicą! Co takiego nie pozwalało poznać mi prawdy? Co nie pozwalało mi zaznać spokoju? Bogowie wysłuchajcie mnie… Muszę wiedzieć czy Vegeta mieszka na tej planecie! Czy dobrze zrobiłam uciekając przed Son Gohanem?

11. Syn Saiyanina

Myzyka do opowiadania

Minął kolejny rok od śmierci Freezera i mojego pobytu na Ziemi. Moje zdolności znacznie wzrosły. Mówiąc krótko przerosłam dotychczasowe oczekiwania.
- Ojcze był byś ze mnie dumny!- byłam szczęśliwa- Widzisz mamo jestem wojownikiem!
Maszerowałam przy brzegu jeziora z wysoko podniesioną głową. Spostrzegłam lśniące światełko tuż przy brzegu. Bardzo mnie zaintrygował złoty połysk. Zdjęłam płaszcz i wskoczyłam do wody. Na dnie leżała kula. Czy mi się śniło czy to te same, których poszukiwał Frezzer? Chwyciłam ją i wynurzyłam się z wody. Wzniosłam się w powietrze i wylądowałam na przyjaźnie zielonej trawie.
- Jaka piękna!- przejrzałam się w niej- Ma cztery czerwone gwiazdy. Ciekawe gdzie jest pozostałe sześć kul…
Schowałam kulę do kaptura peleryny. Nagle spostrzegłam coś na niebie. Czyżby to był ten chłopak, co wtedy? Wylądował nieopodal mnie.
- Witaj Saro- uśmiechnął się
Nie byłam omylna! To ten sam chłopiec. Nic się nie zmienił.
- Cześć- mruknęłam- Pamiętasz mnie?
- Oczywiście- odparł- Często Cię szukałem w tych okolicach i już myślałem, że zniknęłaś na dobre
Nie miał ani chytrego spojrzenia ani też złowrogiego głosu. Czego chciał? Po co byłam mu potrzebna?
- Stało się coś?
- Nie zupełnie…- zawstydził się- Chcę tylko o coś zapytać
To też nowina! Ziemskie dziecko szuka przez rok dziewczyny z odległej galaktyki tylko po to, że chce się jej o coś spytać?! Nie no… Dziwni ci mieszkańcy.
- O co?- pomachałam nerwowo ogonem.
- Wspomniałaś coś o… -nagle zamilkł
Jego głos był sparaliżowany, oczy utkwione w jednym punkcie. Patrzył na mój ogon.
- O czym niby?- dopytywałam
- Ty… Ty masz ogon!- przeraził się
Spojrzałam na ogonek. Nie robił na mnie takiego wrażenia. Znałam go dziewięć lat i uważałam, że jest milutki. To tu skupiała się cała moc kosmicznego wojownika i dzięki niemu mogliśmy stać się potężniejsi i to dziesięciokrotnie.
- No mam, a co w tym dziwnego?- zaczęłam się zastanawiać- Wy ziemianie nie macie?
- No tak, ale TYLKO saiyanie mają taki ogon!- wykrzyczał
Zbladłam. Znał moją rasę. Musiał, więc także znać imię tego, który obezwładnił jaszczura. Może i mojego brata…?
- A! Racja wspomniałaś o kosmicznych wojownikach. To wszystko…
- Czekaj, czekaj kolego- oburzyłam się- Czego ty właściwie ode mnie chcesz?
- Jesteś saiyanką?
- Zgadza się.
- Co tu robisz?
- Może przestaniesz zadawać mi tyle pytań?- warknęłam- Co to, przesłuchanie czy jak?
Chłopak zamilkł lekko chyląc głowę.
- Jak się nazywasz? Przypomnij mi…
- Son Gohan.
- No racja- palnęłam się w czoło- Słuchaj Son Gohan, niech Cię nie interesuje mój pobyt tutaj. Teraz to ja mam pytanie. Skąd mnie znasz?
- Znam saiyaninów.
- Masz coś z nimi wspólnego?
- To mój ojciec.
Więc to jego ojciec był po smocze kule. Po co?
- To on zgładził Freezera?
Chłopak zdębiał. Jakbym powiedziała coś niemożliwie nierealnego. Czyli musiał znać jaszczura.
- Tak, ale jak tu trafiłaś?!
- Przyleciałam z Freezerem.
Son Gohan odskoczył do tyłu.
- Jesteś z nim?! Chłopak z przyszłości przeoczył Cię?!
Jaki chłopak z przyszłości? Ten, co zabił jaszczura? Hmm… Dziwne rzeczy działy się na tej planecie. Przestało mi się tutaj podobać…
- Mam coś do załatwienia…- mruknęłam niemrawo
Podbiegłam do brzegu jeziora i wzbiłam się w powietrze. Musiałam uciec od tego. Nie dawał spokoju mi ten cały mętlik w głowie. Ja chciałam przylecieć tylko po brata!
- Pogadamy później!
Nie mogłam zostać dłużej w tym miejscu. On krzyżował mi plany. strasząc własnym ojcem! Musiałam znaleźć sobie nowe miejsce zamieszkania. Oddaliłam się bardzo daleko. Nie mogłam sobie pozwolić, aby jego cała rodzina oglądała mnie niczym zwierzę na wybiegu. Góry skaliste to był dobry teren na spoczynek. Były tu nawet jaskinie. Mogłam schronić się przed mrozem i deszczem. Było gdzie spokojnie wypoczywać oraz intensywnie trenować. Oby ojciec Son Gohana nie okazał się moim bratem… Nie bardzo jestem przygotowana na historię tego typu.

12. Tajemnicze osobniki bez KI

Muzyka do opowiadania

Czas szybko mijał. Zanim się spostrzegłam miałam jedenaście lat…
- Mam wystarczająco dużo mocy by spotkać ojca Son Gohana i nie zbłaźnić się przed rodem saiyańskim- powiedziałam do siebie- Muszę zakończyć misje pobytu na tej Ziemi.
Wzbiłam się w przestworza i ruszyłam w stronę statku Freezera. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że tak długo tu zagoszczę! Trzy lata to bardzo długi czas! Nagle poczułam niesamowicie silną moc. Była całkiem niedaleko…
- Tam toczy się walka!- zamarłam- Cóż za potężna energia!
Postanowiłam podążyć za nią. Co mogło mieć taką olbrzymią energię? Była większa niż ta, którą posiadał Freezer! Ktoś atakował Ziemię? Jakiś odwet za Freezera? To nie mogło być możliwe! Przecież sam król Kord był w świecie duchów. Więc kto? Kto mógł atakować tak piękną planetę? Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że ten Saiyanin może mieć tylu wrogów! Przecież sama leciałam z misją na Ziemię by zabić saiyanina. Zniszczyć planetę. Przyśpieszyłam. „MUSZE SIĘ SPOTKAĆ Z OJCEM SON GOHANA”. Walka musiała toczyć się na nieograniczonym terenie. Potężna siła przemieszczała się z niesamowitą prędkością. Leciałam tam najszybciej jak umiałam.
- Jestem na miejscu- odparłam pośpiesznie się zatrzymując- Trochę tu ludzi.
Jakaś postać walczyła z kimś, kto nie wydzielał żadnej energii. „CO SIĘ DZIEJE?” Złociste światło otaczało walczącego, a fenomenalna moc powoli zanikała. Nie ruszyłam się z miejsca. Ponownie zaczęli walkę. Akcja toczyła się szybko. Rozwalali wszystko, co się dało! Postać bez poświaty uderzała z taką siłą, że ta druga padła na ziemię z przeraźliwym wrzaskiem. Złamała mu rękę! Podleciałam bliżej. Tak by dostrzec postacie w miarę możliwości. Inny młodzieniec zmienił kolor oczu i powstała ta złocista aura. „CZY TO TEN SUPER WOJOWNIK?” Nie dowierzałam własnym oczom. „CZYLI.. TO MUSI BYĆ SAIYANIN! LEGENDA JEST PRAWDZIWA!!” Podeszłam bliżej, chciałam przyjrzeć się walce. Reszta kompanów tych dwóch postaci także ruszyła do ataku na dwie bliźniacze osoby. Jatka była nieziemska!
- Dlaczego nie mogę wyczuć ich energii?- zastanawiałam się- Powinna być fenomenalna! A jednak nie…
Dostrzegłam dwie osoby, które nie uczestniczyły w walce, nie drgnęły z miejsca. Aury złociste zanikły. Mężczyźni zemdleli. Po odczekaniu aż maszynki do zabijania odejdą podleciałam do stojącego niewysokiego faceta. Zdjęłam kamień.
- Co tu się stało?- zapytałam
Mężczyzna miała na czole wypalone dziury - było ich sześć. Jaskrawy kombinezon i spore muskuły.
- Co tu robisz dzieciaku?- odpowiedział pytaniem.
- Nie jestem dzieckiem- oburzyłam się- Odpowiesz mi, kto ich tak urządził i czemu nie wydalali z siebie żadnej energii?
Spojrzał na mnie z przerażeniem. Zamarł w bezruchu.
- Hallo!- pomachałam mu ręką.
- To cyborgi- odpowiedział i zeskoczył w wąwóz.
Także zeszłam na dół. Dał im coś do zjedzenia. Jakieś nasionka. Byli koszmarnie poturbowani jak mięso na bitki! Nagle podnieśli się jak gdyby nigdy nic. „CO TO ZA NASIENIE?!”
- Vegecie nie dam- wypowiedział łysy.
Jeden mężczyzna wciąż leżał nieprzytomny i połamany.
- Jak go nazwałeś?!- zdziwiłam się.
- Vegeta.
Ten podszedł do niego i nachylił się nad nim. Wystrzeliłam w niego pocisk. Szybko podleciałam do niego, chwyciłam ciało za ręce i wzniosłam się ponad nich.
- Nie pozwolę wam go tknąć!
- Słuchaj mała- krzyknął facet w zielonym kostiumie- Nie zrobimy mu krzywdy, postawimy na nogi.
- Skąd mam wiedzieć, że mówicie prawdę?!- warknęłam- Przed chwilą ten łysy nie chciał mu pomagać!
Niski mężczyzna poczerwieniał. Długo nie mogłam dać się przekonać. W końcu przemogłam się na słowa „Chcesz go zabić?”. Wylądowałam delikatnie kładąc ciało na kamienne podłoże. Spojrzałam na niego. Był umięśniony i przystojny. Zjadł fasolkę i w mgnieniu oka stanął na nogi o własnych siłach.
- Ale wy mężniałeś!!- byłam pod wrażeniem- Vegeta.
Spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem. Tym samym, jakim zwykle obarczał wrogów.
- Znamy się?
Wszyscy zebrani spojrzeli na mnie i na Vegetę z przerażeniem a zarazem pytająco.
- Kto to jest?
Wciąż uśmiechałam się do brata. Byłam taka szczęśliwa! Żył, znalazłam go! Był obok mnie, patrzył…
- Vegeta, to ja- wybełkotałam w łzach- Sara!
Przytuliłam się do niego mocno. Czekałam na tę chwilę tyle lat! Tyle musiałam znieść by teraz móc tego dokonać…
- Tyle lat Cię szukałam!- prawie rozpłakałam się- Nawet nie wiesz jak bardzo tęskniłam.
Vegeta odsunął mnie od siebie tak mocno, że upadłam. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Co tu robisz?!
- Przecież mówię, że Cię szukałam! Jak Ty w ogóle mnie słuchasz?!
Vegeta przyjrzał mi się uważnie. Jakby nie dowierzał własnym oczom, że tu jestem, z krwi i kości.
- Nie poznajesz mnie?
- Zmieniałaś się.
- Przecież miałam cztery lata.
- Myślałem, że nie żyjesz.
Spuściłam wzrok w ziemię. Przed oczami miałam twarz króla Vegety i Verinii - naszych rodziców.
- Freezer…- szepnęłam- Zaatakował nas… Nawet tata, pan Bardock i pan Gartu nie dali jemu rady!
Vegeta zacisnął pięść. Jego mina nie była przyjemna.
- Więc to nie był meteoryt…- warknął.
- Skądże!
- O czym wy mówicie?- oburzył się jeden.
Zaczęłam się jemu przyglądać. To przecież ten sam chłopak, co dwa lata temu zabił Feezera!
- Kim ty u diabła jesteś!?- wydarłam się podnosząc się z ziemi w przeciągu sekundy- To ty zabiłeś Feezera! Nie wydaje mi się!
Wszyscy stanęli dęba. Ich przerażenie w oczach… Nawet Vegeta miał ten sam wzrok. Nigdy nie widziałam go takiego. W sumie minęło siedem lat od naszego ostatniego spotkania. Wiele się zmieniło. On stał się doroślejszy, mężniejszy a ja? Ja nie byłam już dzieckiem, byłam wojownikiem!
- Tak, to ja go zabiłem- odpowiedział fioletowo włosy.
Odskoczyłam dość daleko w tył.
- Ty morderco!- wrzasnęłam- Chciałeś mnie zabić!
Wystrzeliłam pocisk w jego stronę. Nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło, ale czułam, że należy mu się! Chciałbym umarła! Bym nie odnalazła swojego brata, mojej jedynej rodziny.
- Nie wybaczę Ci tego!- rzuciłam kolejny- Przez takich jak ty nie mogłam odnaleźć brata!

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

Rozdziały od 13 do 19

Postautor: Killall » 29 sie 2014, 19:37

13. UPOKORZONY SAIYANIN

- Co to wszystko znaczy!?- Vegeta złapał mnie za rękę- Saro, wytłumacz się.
Wszyscy spoglądali na mnie z zaciekawieniem.
- Dwa lata temu przyleciałam na planetę Ziemię na statku Freezera- zaczęłam- Kiedy wylądowaliśmy- wskazałam na młodego chłopca- Zaatakował
Spojrzeli na chłopca tak jak ja.
- Nie przypominam sobie tam Ciebie.
- Bo nie musiałeś!- oburzyłam się.
Wzbiłam się w powietrze i odleciałam. Nie chciałam przebywać z kimś, kto jeszcze parę lat temu zrobiłby wszystko by moje życie zakończyło się jeszcze przed początkiem nowego. Vegeta ruszył za mną.
- Jak to możliwe, że Freezer Cię nie zabił?
- A jak myślisz- mruknęłam- Jestem księżniczką The Vegety i nikt nie ma prawa mnie sprzątnąć od tak sobie.
- To znaczy?
- Ogon.
Wylądowaliśmy w kamienistym krajobrazie. Usiadłam na kamieniu. Vegeta zaraz na przeciw.
- Pod okiem Ginyu Force trenowałam te wszystkie lata, ale przyrzekłam, że pomszczę śmierć rodziców!
Długo opowiadałam o przeszłości. Wszystkie wspomnienia wracały. Zbyt szybko wracały, a rany nie zdążyły się zabliźnić.
- Teraz powiedz mi, z kim Ty walczyłeś?- zmieniłam temat.
- To cyborgi, a chłopak, który was zaatakował przybył z przyszłości i ostrzegł nas o tym ataku cyborgów.
Historia Vegety była bardzo interesująca. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy jak na przykład to, że był na Nameck i walczył z armią specjalną Freezera. Nappa nieżywe i nie udało im się podbić Ziemi. Z resztą Natto także był martwy, zginął na tej planecie przez kryształowe kule. Zostałam sama.
- Pomogę wam!
- Jesteś przecież tylko dzieckiem.
- Znowu zaczyna…
Odeszłam kawałek dalej. Spoglądałam w niebo. Wiedziałam, że przyleciałam w dość dziwnych okolicznościach, że wszystko stawało do góry nogami.
- Co to za siła?!- obróciłam się.
Vegeta był bardzo zdenerwowany. Jego moc rosła z sekundy na sekundę.
- Już ja was znajdę przeklęte cyborgi!- wydarł się- Pożałujecie, że stanęłyście na mojej drodze!
Był niesamowicie wściekły, takiego jeszcze go nie znałam. Przerażał nie, to nie ten sam człowiek, którego znałam. Czy to był mój brat? Ta aura, która spowijała jego ciało i ten kolor włosów. Legenda, więc była prawdziwa na temat! Tacy wojownicy istnieli! Wojownicy kosmiczni o nieograniczonej mocy. Więc jakim cudem cyborg był silniejszy od takiego wojownika? Długo, rozmyślałam nad tą zagadką. Usiadłam na pobliskim kamieniu. Wyciągnęłam kulę smoka, która była dobrze ukryta w płaszczu. Mogłam się w niej przejrzeć. Piękna.
- Ciekawe, kto je stworzył jako pierwszy i dlaczego?- mówiłam sama do siebie- Kiedy będę mieć siedem to czy wszystkie moje pragnienia zostaną spełnione?
Dużo na ich temat nie miałam informacji, poza tym, co opowiadał mi Jisu i Ginyu. Tak naprawdę to nigdy nie sądziła, że naprawdę istnieją, ale jednak się zgadało wszystko. Mówiono, że ma gwiazdy i jest niewyobrażalnie piękna. Nie mylili się, co do tego.
- Jakie mogłabym mieć życzenie?- zastanawiałam się.
Minęło sporo czasu od rozmowy z Vegetą. Nie mogłam uwierzyć, że znowu jesteśmy razem! Zaczął padać rzęsisty deszcz. Dawno takiej pogody nie spotkałam. Tu, na Ziemi było wiele klimatów. Zupełnie inaczej niż The Vegecie. Na wielu planetach także. Może to właśnie dom tajemniczego Saiyanina sprawiał, że jest piękny! Czyste powietrze, woda, ta fauna! Wszytko miało cudowny zapach jak i wygląd. Czy tylko na pięknych planetach było dobre i dostatnie życie? Rozpadało się na dobre. Vegeta nadal nie przestawał niszczyć terenu pod stopami swoją energią. Co sprawiało te zachowanie? Ogromne i ciemne chmury spowiły niebo. Jedynie aura Vegety rozjaśniała tereny wokoło niewielkiej odległości. Deszcz spływał mi po czole wpadając pod pancerz kombinezonu armii Freezera.
- Vegeta…
Delikatnie uniosłam się na niewielką wysokość nad ziemią i podleciałam w stronę brata.
- Vegeta…
Jego gniew nie zauważał mojej obecności.
- Vegeta proszę…
Jak miałam zwrócić na siebie uwagę tak zdenerwowanego Saiyanina jak on? Wystrzeliłam kulę ognia w jego kierunku. Odwrócił się wściekły. Ponownie wystrzeliłam. Tym razem nie wytrzymał. Rzucił się na mnie jak lew! Broniłam się, lecz nie potrafiłam zaatakować TO JEST TWÓJ BRAT SARAH! NIE MOŻESZ NIC MU ZROBIĆ myślałam w duchu TO JEDYNA OSOBA, KTÓRĄ MASZ. Mocno uderzył mnie w twarz. Padłam na ziemię. Leżąc spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- To twoja wina- strzelił we mnie niebieską wiązką energii
W ostatniej chwili zrobiłam unik. W miejscu, w którym przed chwilą spoczywałam widniała głęboka dziura.
- Odbiło Ci, do cholery?!- oburzyłam się.
Wzleciałam na wysokość Vegety.
- Od kiedy podnosisz na mnie rękę?
Nie odpowiedział. Ruszył z zawrotną prędkością w moją stronę. Co miałam czynić?
- Wybacz, ale nie mam wyjścia- syknęłam.
Dwa pioruny uderzyły nieopodal. Niebo wyglądało na bardzo złe. Wyciągnęłam ręce przed siebie. Zaczęłam skupiać w dłoniach olbrzymią ilość energii. Nigdy nie używałam takiej mocy przeciw istocie żywej. Vegeta przyglądał się uważnie moim czynom. Byłam gotowa, wystrzeliłam wiązkę. Książę nie ruszył się z miejsca. CO ON ROBI? CHYBA TEGO NIE PRZYJMIE? Przeraziłam się. Pośpieszyłam ku niemu a oślepiający błysk nie dawał mi widoczności. NIE CHCĘ CIĘ ZABIĆ… Z całej siły odepchnęłam go poza trajektorię lotu pocisku. Niestety, sama nie zdążyłam się uratować. Poczułam na sobie niemożliwie wielką moc. Niewyobrażalny ból. Bez czucia z wysokości pięćdziesięciu stóp spadłam na ziemię. To było niesamowite a zarazem niewiarygodne! Złocisty kolor jego włosów zanikł. Znowu był sobą.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Bo jesteś moim bratem- wybełkotałam z ledwością.
Dłużej nie wytrzymałam. Zemdlałam. Vegeta wziął mnie na ręce i przeniósł kawałek dalej. Powoli położył na sporym kamieniu.
- Dałbym sobie radę- powiedział do siebie- Jesteś bardzo silna… Choć to wciąż za mało.

14. ZE WZGLĘDU NA STARE DZIEJE

Muzyka

Ocknęłam się o świcie słońca. Nade mną stał Vegeta i chłopiec od cyborgów.
- Co się stało?- zapytał.
Podniosłam się ociężale. Nie czułam żadnego bólu.
- Czy to te cudowne nasienie postawiło mnie na nogi?
- To czarodziejska fasolka- odpowiedział.
Vegeta spoglądał na mnie zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia po spotkaniu. Co takiego musiało się stać? Podniosłam pelerynę. Wymacałam dłonią czy kryształowa kula nadal była w moim posiadaniu.
- Skąd tu się wzięłaś?- zapytał młodzieniec.
- Siostra Vegety skąd może niby pochodzić?
- No, z The Vegety- odparł- Z kosmosu.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Czego tak naprawdę ode mnie chciał? Co chciał wiedzieć?
- Dlaczego z przyszłości, z której pochodzę nie wiem nic o tobie?
- A po co ci to wiedzieć?
- Ponieważ jestem synem twojego brata
Nie może być! Mój brat miał dziecko, które było z przyszłości? Poza tym nie ma pojęcia o moim istnieniu? Czy ktoś mi wytłumaczy, o co tu chodzi?! Trafiłam do jakiegoś chorego świata!
- Nie ma mnie w przyszłości?- zapytałam.
- Nie- odparł krótko.
- A Vegeta?- wskazałam na niego palcem.
- Dopiero tu poznałem ojca- przyznał cicho spuszczając głowę- Dwadzieścia lat w przeszłość zginął z rąk cyborgów, które widziałaś, tyle, że te „wasze” są dużo silniejsze.
Siedziałam chwilę w milczeniu. Musiałam sobie to wszystko poukładać.
- Czyli chcesz powiedzieć, że tam skąd pochodzisz nigdy nie spotkałam Vegety?!
Przerażona patrzyłam to na niego to na brata.
- Ale dlaczego?
Syn Vegety nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Jego także nurtowało pytanie jak to możliwe, że tak bardzo zmieniła się przeszłość. Czy to miało sens? Ja zaś myślałam nad tym, co ze mną mogło się stać w przyszłości, a zarazem w przeszłości tej pierwszej, której doświadczyła Sarah, lecz nie ja.
- Wydaje mi się, że mnie zabiłeś.
Vegeta i chłopak z przyszłości spojrzeli na mnie z zaskoczeniem i intrygą. Książe milczał nasłuchując rozmowy.
- Zabiłeś mnie wraz z Freezerem!- zacisnęłam pięść- Jak to możliwe? I to u jego boku…
Podniosłam się z łzami w oczach.
- Jak mogłeś jej to zrobić?!- krzyknęłam- On zabił jej rodziców na oczach! Cudem uszła z życiem, a ty zabiłeś dziecko, które chciało odnaleźć brata!
Zdenerwowałam się strasznie.
- Nie wybaczę…
Szybko przeszłam do czynów. W mgnieniu oka zaatakowałam chłopaka. Na początek okładałam go pięściami i nogami. Vegeta nie reagował.
- Zabiłeś mnie! Zabiłeś ją!
Mój szał zniszczył górzysty teren. Chłopak się bronił nie zadając ciosów. Czy żałował czynu? Czy też w pobliżu ojca nie chciał mnie dotknąć? Nie obchodziło mnie, co myślał, chciałam tylko by poczuł mój gniew, mój żal. Nikt mu na pewno nie mówił, że nie żyje! Kiedy przechodziłam do KI Vegeta zareagował. Uderzył mnie pięścią w brzuch, tak mocno, że złożyłam się na twardej ziemi.
- Wystarczy- warknął.
- Ojcze to twoja siostra!
- Nie wtrącaj się głupcze- syknęłam do niebieskookiego.
Wyplułam ślinę trzymając się z brzuch, podniosłam się. NIKT NIE BĘDZIE MNIE ZABIJAŁ!
- Vegeta zmieniłeś się- syknęłam.
Brat nie odpowiedział tylko tępo wpatrywał się w ziemię,
- Patrz na mnie jak mówię do Ciebie!- warknęłam, a on spojrzał dość dziwnie- Bijesz mnie!- miałam łzy w oczach- A pamiętam Twoje słowa…


***

- Nikt nie będzie bił mojej siostry!
Vegeta był niewyobrażalnie wściekły.
- Nie ważne, co zrobi, nikt nie ma prawa jej tknąć!
Wymierzył palcem naładowanym energią. Już miał wystrzelić w Saiyana, który mnie uderzył.
- Vegeta nie zabijaj…- chwyciłam go za nogę- Proszę…
- Masz szczęście, głupcze!



***

- Miałaś wtedy cztery lata.
- Teraz to nawet nie wiesz ile mam lat…- oczy mi zapłonęły
Saiyanin odwrócił się. Stanął tyłem do mnie.
- Braciszku… Jestem tu, bo Cię kocham i tylko Ty mi zostałeś…
Chciałam podejść i go przytulić jak przed laty, ale nie wiedziałam czy mogę. Wzięłam płaszcz i przyodziałam go.
- Jeśli tego nie akceptujesz…
Wzniosłam się sto stóp nad ziemią. Z żalem w sercu ruszyłam przed siebie. Ciężko było mi się przyzwyczaić, że mój brat nie był już moim bratem. Przyśpieszyłam. Oczy napełniały się słoną wodą i przesłoniły widoczność w dodatku leciałam bardzo szybko. Fakt, iż stał się istotą bez serca była dla mnie nie pojęta. Poczułam ból. Wleciałam na coś… Przez chwilę nie chciałam wiedzieć, w co, ale wiedziałam, że mnie trzyma. Podniosłam powoli głowę i zobaczyłam Vegetę.
- Ale…
Pogłaskał mnie po głowie lekko wykrzywiając kącik ust. Przypominało to w pewnym sensie grymas a nie uśmiech.
- I nikt więcej Cię nie uderzy- szepnął, choć nie bardzo umiał to wypowiedzieć.
Prawie się rozpłakałam, ale przypomniałam sobie, że obiecałam, iż więcej tego nie zrobię! Poczułam, że bogowie w końcu oddali mi mojego brata. Puścił mnie z uścisku.
- Żyjesz, i dobrze…- szepnął tak, że tylko ja mogłam to usłyszeć
Przytuliłam się do niego mocno, a on nie drgnął. Nawet nie objął mnie ramieniem. Jakbym znowu była mu obojętna.
- Nie mógł Cię zabić Saro- wypowiedział powoli- Jeszcze wtedy nie istniał.
No tak! Jak mogłam być tak głupia? Przecież mówił, że nie znał ojca! Co mnie znowu napadło? Czemu wciąż atakowałam wszystkich? Wróciliśmy do jego syna.
- Jak ci na imię?- zapytałam zmieszana.
- Trunks
- Sara- podałam mu dłoń.

15. CYBORG Z PRZYSZŁOŚCI

Muzyka

Siedziałam nieopodal Trunksa. Rysowałam ogonem na kurzu coś na kształt kryształowej kuli, którą miałam w posiadaniu. Nagle koło nas pojawiły się dwie postacie. Spojrzałam na nie z zainteresowaniem. Trunks wstał uśmiechając się do przybyszów. Jedną postać znałam, przynajmniej z widzenia.
- Witaj Son Goku- uradował się Trunks- Jak się czujesz?
- Już dobrze- odparł wesoło, po czym zniknął.
Wstałam i podeszłam do Son Gohana.
- To jest Twój ojciec?
Son Gohan potaknął, po czym wytłumaczył przyczynę ich wizyty. W mgnieniu oka znaleźliśmy się w rajskim pałacu.
- Skąd tu się wzięłaś?- zapytał czarnowłosy chłopak.
- Ja…- zamyśliłam się- Mieszkałam nieopodal miasta, w którym zaatakowały was cyborgi i rozpoznałam Vegetę.
- To wy się znacie?!
- To mój brat.
Son Gohan zdębiał. Jego źrenice zrobiły się ogromne a usta same otworzyły. Wyglądał dość komicznie, ale widać było, że szok opanował jego umysł.
- Co?!!!- wrzasnął ojciec Son Gohana- Vegeta ma siostrę?!
Zrobiło mi się trochę głupio. Wszyscy za wyjątkiem Trunksa i Vegety wpatrywali się we mnie jak na ducha. Owszem byłam istotą z kosmosu, całkiem logiczne! Przecież kosmicznym wojownikiem byłam jak Vegeta czy Son Goku, więc co takiego strasznie nienaturalnego było w tym, iż saiyański książę może mieć młodszą siostrę?!
- Skąd się tu wzięłaś?!- padło ponowne pytanie tym razem od „ziemskiego” Saiyana.
Usiadłam wygodnie na schodach, odchrząknęłam, po czym zaczęłam opowiadać jak straciłam rodzinę, jak znalazłam się na służbie u tyrana Freezera, a potem jak udało mi się zaciągnąć do załogi wyruszającej podbić ich planetę. Wspomniałam również, że poznałam Son Gohana.
- Son Gohanie, czemu nie powiedziałeś, że ją znasz?- oburzył się jego ojciec.
Chłopiec spuścił wzroki i wytłumaczył, że poprosiłam go o dyskrecję. Skłamał, ale w sumie dobrze. Bardzo dobrze. Nikt przecież nie musiał wiedzieć. Mogliby mnie zabić, przyleciałam z Changelingami.
- No dobrze, szkoda czasu- klasnął w dłonie Saiyanin z Ziemi- Vegeta możecie wchodzić do środka.
Kiedy byli już gotowi z Trunksem wejść do dziwnej komnaty postać mojego wzrostu o czarnej skórze i szpiczastymi uszami otworzyła im drzwi. Zniknęli za nimi.
- Co to za pomieszczenie?- zapytałam pośpiesznie wskazując na drzwi.
- To taka specjalna sala treningowa- odpowiedział Son Gohan.
Zaczęłam zastanawiać się, po co im ten trening, ale zapomniałam o cyborgach! W dodatku dowiedziałam się, że jest jeszcze czwarty cyborg. Ten już nie wygląda jak człowiek. Najdziwniejsze było to, że nasza teraźniejszość zupełnie różniła się od jego przeszłości. Wciąż nie mogłam dowiedzieć się, dlaczego!
- Co to za potwór?- zapytałam.
- To cyborg stworzony przez komputer Dr.Gero, który przeżył jako jedyny z Armii Czerwonej Wstęgi i chce się zemścić na Son Goku za ich zlikwidowanie.
- Nie bardzo rozumiem- zamyśliłam się- A z resztą nie ważne. Czy to silny przeciwnik?
- Tak i to bardzo- zdenerwował się Szatan.
Czyli od momentu, kiedy znalazłam się na tej planecie zaczęły dziać się dziwne rzeczy w dodatku te nieprzyjemne. Jak można to wszystko wytłumaczyć? Czy powinna byłabym pomóc? Jeśli Vegeta to robi…. Czyli musiałam być silniejsza niżeli aktualnie. Komórczak, bo tak nazywał się stwór pustoszył miasto po mieście wysysając ich energię życiową. Dziwne jak na cyborga. Son Goku i jego syn bardzo się denerwowali całym tym zajściem, ale musieli czekać, aż Trunks i Vegeta wyjdą z sali by móc kontynuować trening.
- To ty pokonałeś Freezera na Nameck?- zapytałam.
- Tak.
- Zazdroszczę ci!- machnęłam pięścią- Tak jak Trunksowi, bo to było moje marzenie.
Mężczyzna złapał mnie za ramię.
- Rozumiem cię…
W końcu nadszedł koniec treningu, Vegety. Kiedy wyszedł jego energia była znacznie większa. Obdarci i brudni- tak można było ich określić. Jacy silni!! Ich moc była fenomenalna! Nie dało się tego opisać słowami.
- Ale zmężnieliście- wyraziłam krzykiem swój entuzjazm.
-Ty Trunks to nawet z wyglądu się zmieniłeś- zaśmiał się Gon Gohan
Syn mojego brata poczerwieniał. Fakt, wyglądał inaczej niż rok temu dla niego, a dla nas to był w istocie tylko jeden dzień.
- A ty Vegeta, czemu się nie zmieniłeś?- zapytał ojciec Son Gohana.
- Bo my kretynie jesteśmy Saiyanami- odparł bez wzruszenia- Nam włosy rosną do pewnego momentu.
- A to, dlatego moje włosy już nie rosną!- zaśmiał się drapiąc po głowie.
Ten Saiyanin nie grzeszył rozumem… Może i potężny, ale w głowie nie wiele posiadał. Pojawił się jakiś pojazd. Zacharczał i wylądował. Wyszła z niej niebiesko-włosa kobieta z dzieckiem na rękach.
- Bulmo co tu robisz?- zapytał, Son Goku.
- Dałam, Kuririnowi zdalną skrzynkę do wyłączenia cyborgów
Wszyscy bardzo się ucieszyli. Więc nie będzie walki! I po co to wszystko?
- Po co tu jesteś?- zapytał, Vegeta.
- Była bym zapomnieć!- przeraziła się kobieta.
Wyciągnęła coś z kieszeni. Nacisnęła guzik i wyrzuciła za siebie. Kapsułka wybuchła a z kłębu dymu wyłoniła się skrzynia. Co to za czary? Oniemiałam z wrażenia.
- Przywiozłam wam nowe kostiumy.
Rozdała wszystkim. Szatan i Tenshin odmówili. Stroje zaczęły im się kojarzyć z Freezerem. O mnie, za mnie lubię ten strój, ale tylko ten, co noszę. Otrzymany odłożyłam na bok.
- Teraz to jest nasza druga skóra- poklepał się po torsie ojciec son Gohana.
- Nie będzie ci potrzebna, bo sam go załatwię- odparł dumnie Vegeta
Wymienili się spojrzeniami.
- Powodzenia.
- Dzięki.
Vegeta prychnął, po czym wzbił się w powietrze. Ruszył na ziemie z chęcią rozprawienia się z cyborgiem.
- Lecę za nim- pośpieszył Trunks.
- Miej oko na ojca- uśmiechnęła się do niego kobieta.
Chłopak ruszył za ojcem. Postanowiłam także dołączyć. Nie mogłam tu siedzieć bezczynnie poza tym mój brat miał walczyć z owym potworem! Pobiegłam do krawędzi. Już miałam skoczyć, gdy…
- Nie Saro- powiedział, Son Goku.
Spojrzałam na niego z intrygą. Chyba czegoś nie rozumiał. Musiałam lecieć z bratem!
- Zostaw go- dodał- Leci z nim Trunks.
Podeszłam do niego z obrażoną miną.
- No i co z tego?
- On mu pomoże.
Jednak zostałam. Udało mu się mnie przekonać. Nie miałam zamiaru, ale co miałam robić? Tu byłam bezpieczna poza tym Vegeta i tak by mi nie pozwolił.
- A co to za dziewczynka- zapytała kobieta z dzieckiem.
Chyba dopiero teraz zauważyła mnie wśród żywych.
- Nigdy nie uwierzysz- zaśmiał się Son Goku.
Niebieskooka spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Siostra Vegety- odpowiedział.
Co takiego nadzwyczajnego było w tym, że Vegeta posiada siostrę? Nie mogłam tego pojąć. Wciąż ktoś był zaskoczony i nie dowierzał.
- Nigdy nie wspominał o swojej rodzinie- zamyśliła się
Podeszłam do niej i zaczęłam się przyglądać jej także. Dziecko, które nosiła przypominało mi kogoś….
- A musiał?- zapytałam ironicznie.
- Nie.
Ona była chyba jedyną, która przyjęła rodzinne więzy w spokoju. Son Goku i jego syn Son Gohan ruszyli do pokoju ducha i czasu. Zostaliśmy w pałacu czekając na ich wyjście. Szatan stał na krawędzi rajskiego pałacu i obserwował Ziemię.
- Vegeta i Trunks są na miejscu- oznajmił.
Tenshin podbiegł od niego. Bulma wciąż wypytywała o przebieg zdarzeń oraz tok walki. Vegeta zwyciężał nad nim. Miał ogromną przewagę. Widać było, że trening w tej specjalnej sali miał jednak sens. Nie ukrywałam zadowolenia. To przecież logiczne!
- A co z Trunksem?- panikowała Bulma.
- Wszystko w porządku- odpowiedział Szatan Serduszko- Nic mu nie jest.
Kobieta odetchnęła z ulgą. Widać było, że się bardzo przejmuje losem chłopca z przyszłości. Ale dlaczego? Przecież był tylko z przyszłości.

16. TURNIEJ KOMÓRCZAKA

Muzyka

- Vegeta ty idioto!- warknął Szatan.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Czemu mu ubliżał? Miała jakieś podstawy ku temu? Może posiadał…
- Co się stało?!- zdziwiła się Bulma.
- Ten pyszałek pozwolił właśnie Komórczakowi połknąć C18.
Bulma podbiegła do przedmówcy z wielkimi wyrzutami. Kuririn dostał od niej zdalną skrzynkę do wyłączenia robotów. Miał ich dezaktywować by nie miał możliwości absorbowania ich energii. Stawał się coraz to słabszy, a jego przeciwnik miał niewyobrażalnie wielką moc. Po co chciałby cyborg z przyszłości wchłonął w siebie innego, który dawał mu tak potężną moc? Czy on wiedział, że rzuciła na nas zagładę?! Nikt nie był tak potężny jak ta kreatura!
- Ma niewyobrażalną moc- szepnęłam.
Tenshin spojrzał na mnie dziwnie, po czym powiedział:
- Dlaczego masz tak głupiego brata?
Zdenerwowałam się. Chyba nie wiedział, że wymawia nie te słowa, co trzeba.
- Sam jesteś głupi!- warknęłam z wyciągniętą pięścią.
Mógłby Son Gohan z ojcem wyjść z pokoju ducha i czasu, udowodnić swojej siły i zmierzyć się z Komórczakiem.
- Son Goku, proszę wyjdź…- mruknęła Bulma.
Obserwowaliśmy ze wściekłością jak Vegeta przegrywa. Gotowała się we mnie złość. NIE MOGĘ NA TO POZWOLIĆ! pomyślałam zaciskając pięści. Nie mogłam! Straciłabym brata po raz kolejny, a tym razem na wieki. Nie dopuściłam do siebie tej myśli. Włączyłam przyśpieszacz i ruszyłam w stronę malejącej energii Vegety zeskakując z wierzy w dół.
- Stój!- zagrodził mi drogę
To był Szatan Serduszko. Nie miał wesołej miny.
- Zostań tu gdzie jesteś bezpieczna.
Spojrzałam na niego z obrzydzeniem.
- Zabija mi brata i mam sobie na to patrzeć?!
Zielony nieco zmienił wyraz twarzy z złowrogiego na przerażony. Głupio się mu zrobiło.
- Ale Trunks z nim jest- odparł w końcu.
- I co z tego?!- warknęłam- Nawet nie wiemy, na co go stać!
Oczekiwanie na przekonanie się o mocy syna Vegety z przyszłości nie było długie. Nie wytrzymał męki ojca i ruszył do ataku. Moc miał dużo większą od mego brata. Wszystko było dobrze póki sam nie zaczął przegrywać… To wszystko nie miało sensu… Cyborg w końcu zapytał o ojca Son Gohana. To z nim przede wszystkim chciał walczyć, a nie miał okazji go spotkać.
- Co?!- wydaliśmy chórem okrzyk.
Bulma domagała się wyjaśnień.
- Komórczak chce zorganizować turniej.
- Turniej?- zdziwiła się- Taki, co odbywa się na Ziemi?
Nie zrozumiałam z tego ani jednego słowa, więc poprosiłam o wyjaśnienie wszystkiego. Nie pochodziłam z Ziemi, więc wiele rzeczy było mi obce. Komórczak zostawił Kuririn’a, Thrunksa i Vegetę w spokoju dając parę dni na przygotowanie się do zapowiedzianego turnieju o losy ziemian.
- Wracam do domu!- oznajmiła Bulma.
Zaczęłam się zastanawiać czy lecieć z nią gdzie na pewno będzie Vegeta. Czy może zostać i czekać na powrót Son Gohana i Son Goku’a. Jednak zostałam przy pierwszej opcji.
- Lecę z tobą…- mruknęłam.
Zapakowałam się do pojazdu. Droga trochę trwała. Kobieta wypytywała mnie o wiele rzeczy.
- Jak się znalazłaś tutaj?
- W rajskim pałacu?- zapytałam- Przez ojca Son Gohana
- Nie, nie! Pytam o Ziemię
Przez chwilę milczałam myśląc o Freezerze i niemiłym wspomnieniu śmierci rodziców. Znowu musiałam opowiedzieć tę samą historię…
- Dzięki Freezerowi jestem na tej planecie- zaczęłam cicho- Zaciągnęłam się w wysokie rangi w wojsku z myślą o zemście, ale Trunks z przyszłości mnie ubiegł. Prawie i mnie zabił
Kobieta przez chwilę się zastanawiała nad czymś.
- Ale to było lat temu- mruknęła- Nie spotkałam cię wcześniej
- Poza Son Gohanem to nikt mnie nie spotkał…
W końcu dotarłyśmy do domu Bulmy. Wyskoczyła z dzieckiem tak szybko, że ledwo za nią nadążyłam! Tak ogromnego domostwa to jeszcze nie widziałam. Na Vegecie wszyscy mieszkali praktycznie razem. Było kilka dużych domostw, ale większość mieszkała w pałacu.
- TRUNKS! Nic ci nie jest?!- wrzeszczała.
Obaliła trzy osoby na ziemię w tym Vegetę. Podeszłam doń.
- Witaj bracie.
- Witaj- uśmiechnął się lekko.
- Powiedz mi, bo tam na górze to widać inaczej- przysunęłam się bliżej- Komórczak jest potężny?
Vegeta potaknął mając nieprzyjemną minę. Nic dziwnego dostał mocno w kość.
- Muszę wznowić trening- oznajmił.
- Tam na górze?
- Tak.
- Ja też chcę walczyć!
Byłam tego pewna jak nigdy. Nie miałam jeszcze żadnego przeciwnika, z którym nie mogłam sobie poradzić. Chciałam w końcu jakiegoś wyzwania.
- Nie ma mowy, Saro.
- Jak to nie?
- Jest niebezpieczny- odparł surowo- Może coś ci się stać.
Stać?? Gdzie był, kiedy mogło mi się coś stać?! Freezer na moich oczach zabijał matkę i ojca, ledwo uszłam z życiem, a on mi mówi, że może coś mi się stać?! Teraz było mnie to wszystko jedno czy zginę teraz czy później… Odejdę za rodzinę!
- Nie bądź śmieszny, Vegeta- burknęłam- Jestem saiyańską księżniczką i nie straszna mi walka, tym właśnie żyję.
Nie mogłam go przekonać do tego. Wieczorem długo rozmawialiśmy i pozwolił mi trenować leć nie w specjalnej sali. Stwierdziłam, że i tak tam pójdę, jeśli tylko nadarzy się okazja ku temu.
- Musiałaś przez to wszystko przejść- dodał cicho- Całkiem sama.
- Ważne, że znów jesteśmy razem.
Szybko zasnęłam. Pierwszy raz w łóżku od paru lat… Od wylądowania na Ziemi. Z samego rana po obfitym śniadaniu w domu Bulmy wyruszyliśmy z Trunksem do rajskiego królestwa by przywitać Son Goku’a i Son Gohana. Na miejscu był Szatan i Tenshin. Podeszłam do krawędzi i spostrzegłam, że mieszkańcy Ziemi próbują schować się przed okrutnym Komórczakiem. Sam był zachwycony swoim występem w TV, który widzieliśmy u Bulmy.
- Niech, Son Goku wychodzi w końcu stamtąd! Muszę się wzmocnić!
- Ja jestem następny- oznajmił Serduszko.
- Tylko super wojownicy mają prawo tam trenować- Warknął Vegeta.
Szatan spojrzał na niego gniewnie.
- Tak dla twojej informacji w specjalnej sali mogą trenować góra dwie osoby i tylko dwie doby.
- Co się stanie jak dłużej ktoś tam zostanie?- zapytałam ciekawiąc się
Podeszłam bliżej tak by dokładnie usłyszeć, co ma Szatan mi do powiedzenia. Vegeta trząsł się ze złości.
- Drzwi znikną i nigdy nie wróci do świata realistycznego
Wytrzeszczyłam oczy zaskoczona możliwościami tej sali. Długo nie czekaliśmy na wyjście oczekiwanych Saiyanów. W końcu pojawili się na zewnątrz.
- Śniło mi się, że Komórczak nadal żyje- powiedział Son Goku schodząc ze stopni- Ciekawe, co się wydarzyło pod naszą nieobecność.
Obaj byli nie do poznania. Oboje byli w stadium super wojownika. Przeszli przez wrota nie wracając do formy podstawowej.
- Ale jestem głodny!- rozciągnął się Saiyanin.
Momo przygotował im ucztę. Jedli jak wariaci. Przecież mieli tam zapasły, na co najmniej trzy dni, czyli jak trzy lata tam…
- Jak na mój gust są zbyt rozluźnieni- mruknął Vegeta.
- Może czują się na siłach?- wzruszyłam ramionami.
Rozwinęła się rozmowa o przeciwniku i turnieju, który miał się odbyć za dziewięć dni, dokładnie w południe.
- Jak to zrobiłeś, że jesteś złotowłosy?- zapytałam oszołomiona.
- Dużo trenowałem- zaśmiał się Son Gohan.
- Obciąłeś włosy!- przyglądałam się mu- Fajnie wyglądasz.
Sam zauważył, że zmieniłam wstęgę z czerwonej na żółtą.
- Tam w sali jest dziwnie. Na początku nie mogłem oddychać! Pusta przestrzeń jest nieograniczona.
- Równa się wielkości Ziemi- poprawił go Momo.
Widać było, że Son Goku nie martwi się Komórczakiem. Wręcz nie mógł doczekać się tego turnieju!
- Koniec zabawy- przerwał książę- Zasadnicze pytanie. Czy zdołasz pokonać Komórczaka?
Wszyscy spojrzeli z zainteresowaniem na Saiyana. Ten się uśmiechnął.
- Polecę się mu przyjrzeć.
Przyłożył dwa palce do czoła, po czym znikł. Nie trwało to zbyt długo, ale dało się wyczuć ich napięcie energii. Niebo momentalnie pociemniało. To będzie dopiero turniej! Saiyanin ponownie był wśród nas. Wciąż się uśmiechał. Ale dlaczego?
- Walka z nim nie będzie bułką z masłem- odparł wesoło.

17. DECYZJA VEGETY

Muzyka

- Postępujesz źle! Wojownik musi się wciąż doskonalić!- Szatan był zaskoczony decyzją przyjaciela.
Son Goku nie zamierzał więcej trenować ani też wracać od sali ducha i czasu, za to w kolejce po Nameck’aninie stał Vegeta i Trunks.
- Spotkamy się za dziewięć dni na turnieju- oświadczył Son Goku- Lecimy synu
Kiedy oddalili się od nas usiadłam na marmurowych schodach.
- Nawet po przejściu wrót nie przestali być super wojownikami- zdumiał się Tenshin
- To praktyczne być super wojownikiem- odrzekł mój brat- Kiedy przyjdzie im walczyć będą gotowi, ale to kosztuje sporo energii
Poczułam ogromną moc! Ziemia się zatrzęsła. Spostrzegłam jak Vegete zanosi na gniew. Gniewem to może nie powinnam tego nazywać, a białą gorączką! Coś mi się zdawało, że nie potrafi pojąć tego, że wojownik niskiej klasy okazał się silniejszej postury. Posadzka zaczęła pękać. Z resztą jak i gzymsy, filary i ściany. Taka moc jest tysiąc razy potężniejsza od tej, którą posiadał Freezer kiedy zaatakował naszą planetę i również podbijał ojczystą planetę smoczych kul.
- Przecierz to Son Goku!- Tenshin wyraził swój zachwyt
Moc mężczyzny wróciła po chwili do normy jak i wszystko wokoło. Jedynie wygląd wierzy zmienił się…
- Myślisz, że pokona cyborga?- zapytałam
- Tego nie wiemy…- mrukną Thrunks
- W starciu z Komórczakiem nie będzie czasu na błędy- powiedziałam posępnie krzyżując ręce na piersi.
Spojrzałam w głąb pałacu gdzie ukrytą miałam kryształową kulę o czterech gwiazdach. Zastanawiałam się kiedy i jak odnajdę pozostałe sześć lśniących, magicznych przedmiotów. W końcu Szatan Serduszko poszedł do komnaty by trenować do turnieju. Nastała cisza. Nikt nie spoglądał na siebie. Wpatrywaliśmy się w korytarz, w którym znajdują się drzwi do pokoju ducha i czasu.
- Może jesteście głodni?- zapytał dżin
- Chętnie coś zjemy- ucieszył się Trunks
Przeszliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca przy ogromnym, okrągłym stole z mnóstwem pyszności.
- Trunks, ty też uważasz, że nie dam rady w sali?- zapytałam przełykając mięso
Chłopak spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- A kto ci tak powiedział?
- Mój brat- spojrzałam akurat na niego
Vegeta nie obrócił się nawet w moją stronę, a już zaczął mówić co myśli.
- To jeszcze dziecko i nie da sobie rady- oświadczył
- Vegeta, przestań!- wstałam złoszcząc się
- Przecież dziewczyna nie musi spędzać tam całego roku- wtrącił Tenshin
- Otóż to ojcze- skwitował syn Vegety- Nie będzie trenować całego roku, tyle ile wytrzyma poza tym będzie tam sama…
- Właśnie!- przerwał mu książe- Będzie sama
- Tyle lat była pod władzą Freezera- dodał jeszcze Tronks- Także SAMA
Zaczęła się mała sprzeczka. Tyle lat musiałam sobie radzić sama a teraz wszyscy chcą mną dyrygować! Po sytym obiedzie każde z nas powędrowało do innej komnaty by się zdrzemnąć. Białe komnaty z dużymi łożami o aksamitnych kapach wywieszonych na kolumienkach oraz kotary. Sen zmorzył mnie szybko. Miałam chore sny… Widziałam cyborgi, Freezera, Zarbona i inne złe istoty. Obudziłam się cała mokra. Przerażona wybiegłam na plac. Padłam na kolana, zaczęłam krzyczeć po czym opadłam na podłogę nie mogąc złapać tchu.
- Co się dzieję?!- wybiegł pierwszy Trunks
Za chwilę pojawiła się cała reszta. Wciąż klęczałam na posadzce podpierając się rękoma. Nie mogłam uwierzyć, że tak bardzo przeraził mnie głupi sen! Niebieskooki klęknął tuż obok chwytając mnie za ramię.
- Co się stało?- zapytał
Wstyd mi było przyznać, że tu chodziło o zwykły koszmar. Najzwyklejsze mary nocne!
- Miałam złe sny- wymamrotałam cicho
Nawet nie śniło mi się spojrzeć prosto w twarz bratu. Jedynie przez włosy spoglądałam na jego posturę.
- I o to tyle krzyku?- burknął zniesmaczony Vegeta
Otarłam łzę. Szybko się podniosłam. Uciekłam odtrącając Trunksa prosto nad krawędź pałacu. Zaczęłam się wyładowywać, krzyczeć. Maleńkie kamyczki zaczęły trzęś się na posadzce aż w końcu uniosły się w powietrze. Nic w tym momencie mnie nie interesowało. Goście pałacu Wszechmogącego wybiegli przyjrzeć się całemu zajściu.
- Masz moje pozwolenie na ten trening- krzyknął Vegeta
- Co?- zapytałam nie dowierzając, moja siła wyrównała się do poziomu podstawowego
- Masz wolną rękę- uśmiechnął się delikatnie, a raczej uniósł mu się delikatnie lewy kącik- Możliwe, że źle cię oceniłem
Uśmiech zagościł na mojej twarzy. Rzuciłabym się na brata z wielkim krzykiem, ale czułam, że to nie odpowiednia chwila. DZIĘKUJĘ CI BRACISZKU pomyślałam uradowana. Lekko uśmiechnęłam się do niego. Zaczęliśmy wpatrywać się w siebie. Wszyscy zebrani ze zdziwieniem przyglądali się jak dwoje saiyanów. Czyżby nikt nie znał dobrej strony mojego brata? Czy może tak się zmienił, nie potrafi okazywać uczuć?

18. TRENING Z TRUNKSEM

Muzyka

Staliśmy jak te kołki przyglądając się w głąb korytarza prowadzącego do komnaty, w której trenował Szatan Serduszko. Czas się bardzo dłuży kiedy trzeba na kogoś czekać… Cały dzień wyczekiwania na Vegetę, potem kolej Trunksa i ponownie Nameckanina. Czemu to ja byłam ostatnia? Strasznie zaczęło mi się nudzić. Nie wiedziałam co mam z sobą począć. Leżąc na brzuchu, podpierając głowę o dłonie płynnymi i delikatnymi ruchami machałam ogonem to w prawo, to w lewo.
- Saro, idziesz może ze mną na dół?- zapytał Trunks.
- Hęę?- pokręciłam głową- A po co?
- Możemy potrenować.
Wstałam po czym podeszłam do krawędzi. Nie było widać końca odchłani. Trunks ruszył na dół z zawrotną prędkością. Stałam jeszcze chwilkę i po chwili także skoczyłam. Nie leciałam a spadałam w pozycji pionowej. Nie spieszyło mi się na ziemię. Dopiero przy końcu zastopowałam lądując bardzo delikatnie obiema nogami.
- Nie spieszyło ci się- mruknął.
- A po co?- wzruszyłam ramionami- Turniej dopiero za pięć dni.
Zaczęliśmy trening. Na początek normalny i nie trudny, taka rozgrzewka. Nasze ciała spowiła biaława aura. Rozpoczęliśmy poważną walkę bez użycia energii na czas kompletnego przygotowania.
- Przerwa- niebieskooki zszedł na ziemię.
- Dlaczego?
- Nie możemy torturować swoich ciał- oznajmił.
Zeszłam do niego mając ponurą minę. Akurat zaczęło mnie się podobać. Miałam ochotę na więcej!
- Ale, nie jestem zmęczona.
- To dobrze, bo będziemy mogli znowu trenować.
Usiedliśmy w wysokiej trawie i położyliśmy się by oglądać obłoki. Zamknęłam oczy. Czułam jak promienie słoneczne ogrzewały mi twarz.
- Jak to się stało, że jesteś złotowłosy?- zapytałam- Nie jesteś w stu procentach saiyaninem.
- Wiem, Son Gohan także- dodał- To wszystko sprawia trening i uczucia, które się nosi w sobie.
- Nie bardzo rozumiem…
- To proste Saro- dodał szybko- Kiedy nosisz w sobie jakiś gniew i go wyrzucasz z siebie… Takie dziwne uczucie.
Otworzyłam oczy, spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Nie bardzo rozumiałam co chciał mi przekazać.
- Co takiego w tobie złego było, że uwolniłeś tę moc?
Trunks usiadł spoglądając smutnym wzrokiem w ziemię. Na jego twarzy malowało się bolesne wspomnienie.
- To wszystko spowodowała śmierć przyjaciela.
- Śmierć?- zdziwiłam się
- Tak… Cyborgi zabiły Son Gohana… Uratował mi życie, a ja byłem taki głupi!
- Wybacz, że pytałam…
- Nic się nie stało- uśmiechnął się delikatnie- On był ostatni, tylko ja i mama zostaliśmy przy życiu.
Przez chwilę milczałam. Nie mogłam wszystkiego przetrawić. Myślałam o jego świecie gdzie nie było już kosmicznych wojowników. Gdzie nie było mnie…
- Tylko co mogło stać się ze mną?- zaczęłam się głośno zastanawiać- Dlaczego Sary tam nie było… Czy zginęła z rąk cyborgów czy może… Freezer?
- Tego nie wiem, mała- powiedział posępnie- Może dowiem się kiedy wrócę do domu?
Usiadłam po turecku szybko wymachując ogonem w prawo i w lewo. Ocierałam nim delikatne ździebełka traw. Zajrzałam w błękitną toń oczu bratanka z przyszłości. Były bardzo smutne…
- Choć trenować!- krzyknęłam nie mając ochoty się dąsać.
Wybrałam bujne lasy, tam gdzie było trudniej się przemieszczać bez użycia energii.
- Tylko biegamy- zaśmiałam się.
- Ok. Zero mocy.
Przyjęliśmy pozycje obronne. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy, jak byśmy chcieli wyczytać z nich jakiś słaby punkt przeciwnika. Kiwnął mi głową, to był znak. Również wykonałam ten sam ruch. Zniknął. Zaczęłam biec przed siebie by odnaleźć przeciwnika i zadać pierwszy cios. W ostatniej sekundzie odskoczyłam w tył. Drzewo zwaliło się na ziemie z ogromnym trzaskiem.
- Mało brakowało- spojrzałam na obalone drzewo- Ufff.
Trunks ponownie zaatakował. Tym razem broniłam się raz wyrywając do przodu, a raz cofając się w tył. Chłopak zadawał to coraz mocniejsze ciosy. Trudniej było mi się z nich wykaraskać. Dobrze, że KI było zabronione, to bardzo silny przeciwnik, w końcu był w sali ducha i czasu. Kiedy przyjdzie pora także się stanę nie do poznania. Nagle dostałam mocno w policzek z pięści. Odleciałam z trzy metry uderzając z impetem w drzewo, które złamało się w pół. Poczułam krew w ustach. Podniosłam się i ją wyplułam. Włączyłam przyśpieszacz i ruszyłam na niebieskookiego. Naparzałam go z każdej strony nie dając możliwości ataku.
- Dobra jesteś jak na dziecko- oznajmił robiąc unik w bok.
- Nie jestem byle kim- kopnęłam go w piszczel.
- Nie zapominaj, że i w moich żyłach płynie ta sama krew!
Jeszcze długo mierzyliśmy swoje siły aż nastał moment by wrócić. Polecieliśmy z powrotem do rajskiego pałacu.
- Jesteśmy- zawołał Trunks.
- Nareszcie- ucieszył się Tenshin- Szatan zaraz powinien wyjść.
Vegeta stał na uboczu spoglądając gdzieś w dal. Podeszłam do niego tak by mnie dostrzegł.
- Zaraz ponownie zawitasz w sali treningowej.
- Będę na tyle silny, by tym razem pokonać tę kupę żelastwa.
- Miejmy nadzieję, że to wystarczy- zrobiłam poważną minę- Jeśli nie, pomogę ci bracie.
- Raczej sam się tym zajmę- klepnął mnie w ramię.
- Nie zapominaj, że to tylko dzięki tobie wciąż żyję…
Tymi słowami zirytowałam brata.
- Saiyanin nigdy nie boi się walczyć.

19. TWARZĄ W TWARZ

Drzwi się otworzyły a wśród nas pojawił się nie kto inny jak sam właściciel pałacu.
- Wyszedł!- uradował się Tenshin.
- Co za moc!- zdusił swój okrzyk Trunks.
Ja z Vegetą staliśmy nieco dalej. Uważnie obserwowaliśmy przybysza.
- Jest potężny- mruknęłam.
- Kwestia czasu- prychnął Vegeta.
OBYŚ SIĘ NIE PRZELICZYŁ pomyślałam ukradkiem spoglądając na brata. Podeszliśmy do reszty. Książę nie czekając ani chwili ruszył do komnaty, delikatnie zamykając za sobą wrota. POWODZENIA przeszło mi przez myśl. Usiadłam na schodach zastanawiając się co robić pod nieobecność Vegety. Po głowie chodziło mi wiele myśli na temat tajemniczego dla mnie jeszcze pokoju. Nagle pojawił się Son Goku w zwykłych, ziemskich ciuszkach. Zupełnie go odmieniły.
- Witaj Son Goku- powitał go przyjaźnie Trunks- Co cię do nas sprowadza?
- Pomyślałem, że przydałyby się nowy wszechmogący i kryształowe kule.
- Masz rację- ucieszył się Momo- Z miłą chęcią będę służył nowemu wszechmogącemu!
Spojrzałam na nich z zainteresowaniem. Rozmawiali o smoczych kulach, a jedną miałam przecież w swoim posiadaniu. Wstałam, powoli niby z nudów podeszłam do altany, w której były moje rzeczy. Wymacałam w płaszczu kulę. Owszem była, jednak zupełnie inna! Cała z kamienia! Złowrogo rozejrzałam się po otoczeniu. Stwierdziłam, że musiał mnie któryś okraść!
- Tamte rozpadły się na kawałki- zamyślił się szatan- Zamieniły w kamień.
A więc to tak… Kiedy traciły swoją moc zamieniały się w nic nie warty kawałek głazu. Były bezużyteczne. Zastanawiałam się czy podzielić się z nimi informacją, że posiadałam ową kryształową a raczej kamienną kulę.
- To poszukam nowej Nameck- uśmiechnął się saiyanin.
Syn Bardoca przyłożył do czoła dwa palce – wskazujący i środkowy – skupiając przy tym swoją energię KI. Spoglądaliśmy na niego w skupieniu i milczeniu.
- Niestety, nic nie wyczuwam- roześmiał się.
- Już wiem! Poszukam u wielkiego Kaito!
Ten facet to miał dopiero poczucie humoru! Po wypowiedzeniu tych słów zniknął. Rozejrzałam się wokoło. Podeszłam do Trunksa. Jakoś tylko jemu potrafiłam zaufać, cokolwiek powiedzieć. Czyżby to były więzy krwi?
- Co tu jest grane?- zapytałam.
Niebieskooki wyjaśnił mi, że chodzi tu o odnowę świata. Jeśli będziemy mieć kryształowe kule wskrzesimy całą ludzkość Ziemi- wszystkie ofiary cyborgów odzyskają życie. Powinnam się cieszyć?
- Czy jeśli poprosiłabym o odtworzenie ojczystej planety i wskrzeszenie ofiar Freezera?- zapytałam- Spełniłoby się to życzenie?
- Spełniłoby, ale pomyśl- zagaił- wszystkich zabitych przez Freezera…
- Znaczy się co?
- Wielu z nich zapewne była zła. Mógłby ponownie zapanować chaos.
- I co z tego!- naburmuszyłam się- Chcę mój dom! To wszystko.
- Poza tym kule spełnią tylko jedno życzenie- dodał- W tym przypadku odtworzyłabyś planete i czekała rok by spełnić następne życzenie.
Obrażona podeszłam do swoich rzeczy i je pozbierałam. Założyłam płaszcz po czym powędrowałam do skraju pałacu spoglądając w dół. Nie mogłam uwierzyć, że nie mogę, bo mi nie pozwalają, wrócić do domu, do rodziców! Skoczyłam. Postanowiłam, że przez ten czas, który Vegeta wykorzystuje na morderczy trening zaczerpnę świeżego powietrza, odetchnąć od wszystkich. Życie na Ziemi było dla mnie zbyt skomplikowane! Chyba nie dawałam sobie rady… Wylądowałam na dole. Rozejrzałam się wokoło. Nie miałam pojęcia, w którą stronę miałam się wybrać. Wzruszyłam ramionami i powędrowałam na wprost. Szłam tak może z godzinę. Wciąż rozmyślałam nad słowami Trunksa z przyszłości, dzwoniły mi w uszach. Stosunkowo głośno. Usiadłam na kamieniu, wyciągnęłam kamienną kulę. Po krótkiej chwili przyglądania się posmutniałam. Dziwnie czułam się na myśl o tym, że nie mogę odtworzyć domu! NIECH TYLKO VEGETA WRÓCI! JA MU POWIEM! PRZECIEŻ MUSI PRAGNĄĆ POWROTU DO DOMU! MUSI CHCIEĆ ODZYSKAĆ RODZINĘ! Westchnęłam upuszczając kamienną kulę w trawę.
- Chyba nie będzie mi potrzebna- mruknęłam- I nikt nie będzie wiedzieć, że ją posiadałam.
Pozostawiłam kamień o idealnych kształtach samemu sobie. Wzbiłam się w powietrze ruszając przed siebie. Musiałam czymś się zająć! Nie mogłam tak siedzieć bezczynnie i to w dodatku kiedy działy się tak dziwne rzeczy.

Muzyka

Dotarłam do dziwnego miejsca. Poczułam ogromną moc. Podleciałam bliżej, a zza gór dostrzegłam dość sporą szarą płaszczyznę na ziemi.
- Czy to jest ta mata?- zamyśliłam się- Może by tak…
Postanowiłam się zbliżyć na tyle ile pozwalało mi dostrzeżenie otoczenia gdzie miała odbyć się walka z Komórczakiem. Poczułam dreszcz emocji, podniecenie? Miałam za chwilę dostrzec własnymi oczyma tego co niszczył bez żadnych skrupułów tę piękną planetę. Cała drżałam nerwowo poruszając ogonem. Moc, którą czułam powodowała przerażenie. To niesamowite, że Vegata, ojciec Son Gohana czy Szatan chcieli się z nim zmierzyć. Ja, ta która nie bałam się silniejszych od siebie drętwiałam na jego widok. Otrzepałam się z drętwoty, postanowiłam poszukać czegoś innego a zarazem ciekawego do roboty. Może pozwiedzać? Wzniosłam się wysoko i ruszyłam na wschód. Po chwili zderzyłam się z czymś… Odskoczyłam w tył chcąc obejrzeć moją przeszkodę. Osłupiałam momentalnie! To był on! We własnej osobie. Od razu żałowałam swojej ciekawości…
- Czego tu szukasz?- zapytał spokojnie.
- Yyy… Ja?- bełkotałam- Ja? Nic…
Był odrażający! Zielone ciało, długi ogon i ten nieprzyjemny wręcz oburzający spoglądający na mnie uśmieszek! Tak pewny siebie, tak cwany.
- Kim jesteś?- zadał kolejne pytanie- Nie znam cię.
Przypomniała mi się opowieść Trunksa. Ten stwór przyleciał z przyszłości, jego przyszłości gdzie już pokonał cyborgi,a u nas jeszcze nie powstał. Nie mógł więc znać mnie skoro ponoć nie istniałam w tamtych czasach!
- No jasne, że nie znasz- prychnęłam pewniej- Bo tam skąd pochodzisz nie istnieję!
- Jak to?- zdziwił się- Cyborgi cię zabiły?
- Nie odpowiem bo nie wiem- wzruszyłam ramionami- Na pewno nie cyborgi.
Android przyglądał się mojej osobie chwilę po czym stwierdził, że nie mogę być ziemianinem. JA ZIEMIANIN?! WYPRASZAM SOBIE! Z CZYSTEJ KRWI KSIĘŻNICZKA POTĘŻNEGO LUDU! Fakt, że już nie istniał… Ale jednak!
- Jestem saiyanką- warknęłam- Nie byle jaką.
- Jesteś od Son Goku?
- Od Vegety- poprawiłam go ozięble.
Już nie byłam tak przerażona jak na początku. Jego pyszność mnie irytowała! Nic poza tym mi nie zrobił jak do tej pory. W dodatku miała dość oglądania jego potwornej egzystencji.
- Mam nadzieję, że spotkamy się na turnieju- syknęłam- Żegnaj!
Włączyłam przyśpieszacz i ruszyłam w tę stronę, w którą zamierzałam na początku się udać. Nie poleciał za mną. Odetchnęłam z ulgą. Vegeta by mnie zabił gdyby się dowiedział, że rozmawiałam z Komórczakiem. Mógł przecież mi coś zrobić, a ja nie brałam udziału w treningu w pokoju ducha i czasu! Nawet nie chce myśleć co by się potem działo… Uhuu to by była jatka!

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

od 20 do 25

Postautor: Killall » 08 wrz 2014, 12:37

20. BULMA

Postanowiłam zatrzymać się w dużym mieście. Może dlatego, że miałam pewność iż Komórczaka tam nie spotkam. Ulice były spustoszałe. Ludzie ciągle emigrowali z nadzieją, że uchronią się przed nikczemnością cyborga. Nie dziwiłam im się ani trochę! Gdybym była tak słaba jak ci mieszkańcy nigdy nie odważyłabym się podejść do tej kreatury. Zdeptał by mnie jak robaka… Spacerowałam po pustkowiu rozglądając się dookoła szukając czegoś interesującego. W oddali spostrzegłam wielki budynek przypominający kopułę. Czy to nie był czasem dom Bulmy? Wzbiłam się w górę i w przeciągu paru chwil znalazłam się przy budowli. Wcisnęłam guzik znajdujący się przy drzwiach.

- Dzień dobry- odezwał się głos- W czym mogę służyć?
- Jest może Bulma?
Drzwi się rozsunęły. Weszłam do środka szukając żywej duszy. Nic i nikogo nie dostrzegłam. Stałam w ogromnym holu przyozdobionego bujną roślinnością. Dokąd miałam się kierować? W górę czy w dół?
- Hallo!- pomachała mi kobieta w blond włosach mocno spiętych.
Stała na górze przy balustradzie. Weszłam po schodach do niej by dowiedzieć się gdzie jest Bulma.
- Jest Bulma?- zapytałam grzecznie.
- Tak- odrzekła uśmiechnięta- W laboratorium.
- A gdzie to jest?
- Zaprowadzę cię- uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Weszłyśmy przez drzwi, w których stała kobieta po czym przeszliśmy może z dwadzieścia metrów skąd skierowałyśmy się do schodów, które poprowadziły w dół. Kiedy znalazłyśmy się już w podziemiach, gdzie znajdowała się owa pracownia Bulmy z przeróżnymi wynalazkami i urządzeniami. Blondyna zapukała do drzwi po czym je otworzyła mówiąc:
- Skarbie, masz gościa.
Weszłam do środka zamykając drzwi za sobą. U nas na The Vegecie wszystkie drzwi otwierały się same kiedy wcisnęło się guzik. Coś w stylu drzwi prowadzących do ogrodu znajdującego się w domu.
- O, witaj- zdumiała się kobieta- Co cię sprowadza?
-Szczerze, to nie wiem- mruknęłam- Przechodziłam obok.
Matka mojego bratanka wskazała mi krzesło bym spoczęła.
- Widziałam Komórczaka- odparłam niezadowolona.
- Co?!- przeraziła się.
Bulma przysiadła się bliżej, prosiła bym wytłumaczyła jej ostatnie wydarzenia. Opowiedziałam o kryształowych kulach, treningach i androidzie, lecz nie wspomniałam o tym, że czterogwiezdna kula była niegdyś w moim posiadaniu. Bulma była zdumiona moją opowieścią.
- Jesteś niesamowicie odważna!- wyraziła swój entuzjazm wstając z krzesła, to upadło- Bardzo podobna do Vegety jesteś.
Rozległ się donośny płacz dziecka. Niebiesko włosa wstała i podeszła do miejsca gdzie spoczywał malec. Wzięła go na ręce uspokajając go. Spojrzałam na tego chłopca z zainteresowaniem. To niesamowite, że ten dzieciak może być tak silny mimo, że matką jego była zwykła ziemianką, nie posiadająca żadnych mocy.
- Będzie z niego wojownik- uśmiechnęłam się.
Bulma spojrzała na mnie z pytaniem lecz długo to nie trwało. Obróciła synka w swoją stronę, uśmiechnęła się.
- W dodatku przystojny- dodała- Nie sądzisz?
Potwierdziłam jej teorię. Dostałam malca w swoje ręce. O dziwo cieszył się będąc w moich ramionach. Nie miałam pojęcia jak się obchodzić trzeba z dziećmi. Po dłuższym czasie zaczęłam go nawet lubić. Machałam mu przed twarzą swoim ogonem. Bardzo go to rozbawiło.
- Masz ogon?- zdziwiła się kobieta.
- Każdy Saiyanin rodzi się z ogonem- odparłam dumnie- Nie każda dziewczyna.
Niebieskooka chwilę się zastanawiała wciąż przyglądając się mojemu ogonkowi.
- Vegeta nie ma.
- Po piętnastym roku życia nie odrasta- mruknęłam- A swojego nie mam zamiaru się pozbywać. Jest moją częścią, możliwe, że najważniejszą.- zaśmiałam się lekko- Zapewne nie wiesz jak to jest mieć ogon.
- No nie…- zastanowiła się chwilkę- Pamiętam jak poznałam Son Goku. Bardzo byłam zaskoczona jego ogonem.
- Dla nas jest to normalne, a dla was nie- skwitowałam.
Kobieta wstała i przeszła się po pomieszczeniu, a ja wciąż machałam ogonem przed małym Trunksem. Chłopiec wesoło machał swoimi małymi rączkami próbując złapać go.
- To nie kobiece- w końcu się odezwała.
- Może u was- warknęłam- To moja duma! Dzięki niemu żyję!
Bulma przestraszona odskoczyła w tył. Przeprosiła. Sięgnęła po pudełko i wyciągnęła z niego długi, biały ale mały przedmiot. Zapaliła go. W powietrzu uniósł się dym oraz nieprzyjemny zapach. Zakasłałam parę razy. Drapało mnie w gardle.
- Co to?
- Papierosy- odparła krótko.
- Papierowe włosy?- zdziwiłam się.
- Nie włosy- roześmiała się- Tytoń do palenia.
- Śmierdzi- machnęłam parę razy ręką przed twarzą.
- No tak- wzruszyła ramionami- Vegeta mówi to samo.
- Nie używamy takich świństw- oburzyłam się.
- Zapewne.
Nagle poczułam uścisk na ogonie. Był dość silny jak na paromiesięczne dziecko. Bulma zajęła się odczepianiem malca od mojej części ciała. Przypomniałam sobie, że Vegeta powinien niedługo wychodzić. Przyjdzie kolej na Trunksa a następnie na mnie. Nie zamierzałam odmówić sobie tej przyjemności, o nie!
- Muszę wracać- jęknęłam wstając z krzesła.
- Dokąd?- zapytała kobieta.
- Do rajskiego pałacu.
- A co się dzieje?
- Zaraz Vegeta wychodzi z sali treningowej, a jego miejsce zajmie Trunks- oświadczyłam bez namysłu- Pan Son Goku poszukuje wszechmogącego i kryształowych kul
- Nowy wszechmogący?- zdębiała- Kryształowe kule?!
Wzruszyłam ramionami nie wiedząc o co jej tak naprawdę chodzi. Pożegnałam się zmierzając do drzwi.
- Uściskaj ode mnie syna- uśmiechnęła się- Tego z przyszłości.
Nic nie mówiąc potaknęłam po czym zamknęłam za sobą drzwi. W drodze do rajskiego pałacu rozmyślałam nad Komórczakiem. Zastanawiało mnie to czy mogę komuś wspomnieć o tym, że go spotkałam, rozmawiałam i to na jego terytorium! Co ja właściwie tam robiłam? Przed oczami zobaczyłam jego twarz, przeszedł mnie dreszcz. Otrzepałam się po czym przyśpieszyłam. Chciałam być nieco wcześniej. W końcu dotarłam na miejsce. Wylądowałam. Powitał mnie Trunks.
- Gdzie byłaś?- zapytał.
- U Bulmy.
- Po co?
- Ja wiem?- wzruszyłam ramionami- Przelatywałam obok to zajrzałam do bratanka.
- Następnym razem informuj nas gdzie znikasz- ostrzegł mnie- Vegeta nas pozabija jak coś ci się stanie
- OK- wystawiłam język- Bulma kazała cię uściskać.
Chłopak uśmiechnął się, ruszył w głąb korytarzy. Podążyłam za nim. Dostrzegłam złotowłosego Son Goku ze wszystkimi smoczymi kulami oraz miniaturową wersję Szatana Serduszko.
- O, witaj- uśmiechnął się szeroko- Poznaj Dendie’ego. Nasz nowy wszechmogący.
Spojrzałam na niego bacznie obserwując. Jakbym widziała duchy. Ponoć Freezer zabił cały lud! Więc jak to było możliwe, że żył? Stał przede mną i patrzył na mnie tymi swoimi zielonymi oczyma!
- Nie powinieneś nie żyć?- zapytałam.
- Czemu tak uważasz?- zdziwił się.
- Freezer was zaatakował- odparłam pośpiesznie- Pokonał! Byliście słabi!
Zebrani spojrzeli na mnie w zaskoczeniu. Nie wiedziałam co w tym może nie być dziwnego. Przecież to było proste! Ludzie Freezera byli milion razy silniejsi (może przesadzam) ale Nameckanie nie mieli szans przeżyć tego najazdu!
- Zwróciliśmy im życie- skwitował moje wywody ojciec Son Gohana.
Przybył do nas Momo z wiadomością, że Vegeta niebawem wraca. Pośpieszyliśmy do drzwi w oczekiwaniu jego przybycia. Nie czekaliśmy długo. Przyszła i kolej na Trunksa. Książę bardzo się zmienił. Był znowu silniejszy niż poprzednio, ale czy silniejszy od androida? Czy to nam miało wystarczyć?
- Witaj bracie- uśmiechnęłam się lekko.

21. RAJSKI PAŁAC

Siedzieliśmy u podnóża wierzy Karina. Nie chciało się nam przebywać w towarzystwie tych wszystkich, co przyszli powitać nowego mieszkańca tej planety, Dendie’ego. Vegeta leżał pogwizdując pod nosem. Widać było, że był pewny siebie. W sumie, następnego dnia miała odbyć się walka na śmierć i życie z najgroźniejszym przeciwnikiem pod słońcem. Jeszcze tego popołudnia miałam zawitać w sali ducha i czasu. Pół roku mijało dokładnie pół godziny przed rozpoczęciem się turnieju. Było powiedziane: Tylko tyle mogłam spędzić w tej cudacznej sali. Dodatkową informacją był fakt, iż moje ciało nie wytrzyma tam zbyt długo. Tego nie wiedziałam, ale bardzo pragnęłam spędzić w tej sali rok. Wzmocnić się niesamowicie! Pokazać, że dziewczyny mogą walczyć! Nerwowo machnęłam ogonem, co spowodowało umilknięcie Vegety. Otworzył oczy i spojrzał na niego.
- Powinnaś się go pozbyć- mruknął.
- Dlaczego?- przeraziłam się.
- Będzie ci przeszkadzać w walce.
- Jeśli go „zwiąże” w wokół tułowia to nie- podniosłam się zbulwersowana z trawy.
- Jak sobie chcesz- wzruszył ramionami.
Wstał, po czym pokierował się w stronę przeciwną do mojej. Odwróciłam się do niego plecami. Rozmyślałam nad treningiem w specjalnej sali treningowej Wszechmogącego. Poza tym, że miałam tam spędzić pół roku sama to nie miałam pojęcia, co mnie tam czekało. Nagle poczułam się dziwnie. Poczułam jak moc ze mnie ucieka. Opadłam z sił. Zachwiałam się ledwo oddychając, po czym upadłam na twarz. Resztką sił odwróciłam się za siebie by sprawdzić, co się stało. Spostrzegłam brata, który mocno trzymał w swojej dłoni mój ogon.
- Widzisz? Jest ci zbędny- odrzekł po chwili.
Puścił mnie. Odetchnęłam z ulgą. Dawno tak słabo się nie poczułam. Czemuż to ogon od stuleci był naszym słabym punktem skoro był nieodzowny przy zwiększeniu swojej mocy aż, dziesięciokrotnie? Książe wzbił się w górę.
- Nie pozbędę się ogona- odrzekłam mu zaciskając pięść- Wytrenuję.
- Rób, co chcesz tylko nie narzekaj potem- rzekł nie zwracając więcej uwagi na mnie.
To było wszystko, co mi pozostało po The Vegecie. Jako jedyna z saiyańskiego rodu posiadałam ogon. Nie było już nikogo, kto by go posiadał. To jak bym stała się białym krukiem. Fakt, że prawdopodobnie odrósłby mi przed osiągnięciem piętnastego roku życia, ale kiedy by to nastąpiło? Ogony odrastały w różnym przedziale czasowym. Jakoś nie potrafiłam sobie siebie wyobrazić bez tej części ciała. Przeszedł mnie dreszcz po plecach. Momentalnie otrzepałam się z mrocznych myśli. Ruszyłam za Vegetą do pałacu. Dotarłszy na górę rozciągnęłam się głośno ziewając. Weszłam w głąb pałacu rozglądając się za sługą Wszechmogącego. Był w sali tronowej czy jakoś tak to się miejsce zwało.
- Jestem głodna- burknęłam
- Zaraz nakryję do stołu- uśmiechnął się.
Wyszedł z pomieszczenia, zniknął z moich oczu. Podążyłam jego śladem. Zajęłam miejsce przy stole. Nie musiałam czekać długo na posiłek. Wsuwałam tak jak bym nie widziała owoców, warzyw i mięsa przez parę dobrych lat. Ale co zrobić, kiedy głód doskwierał? Najedzona poszłam do reszty. Na schodach siedział Son Gohan, Dendie i Kuririn. Podeszłam do nich.
- Cześć Saro- uśmiechnął się Son Gohan.
- Co robicie?- zapytałam.
- Wraz z Son Gohanem odrabiamy prace domowe by nie mieć zaległości- wyjaśnił Dendie.
- Dla mnie to chińszczyzna- przyznał łysy.
Nachyliłam się nad ich zeszytami ćwiczeń. Uważnie się przyglądnęłam. Owszem było to tak zwana chińszczyzna jak to określił Kuririn, lecz dla mnie to było oczywiste! Tu na Ziemi czy na Nameck życie było inne i innego się uczyli. Tu inaczej wyglądało pismo jednak zapewne nie było to trudne do powiedzenia.
- Głupi- warknęłam- Jasne, że nie rozumiesz tego, czego uczy się Wszechmogący! To inna planeta i inny język!- pokręciłam głową- Też nie rozumiem jak i czego się uczy Son Gohan.
- Kuririn spojrzał na mnie oszołomiony. Chłopcy potaknęli.
- Nigdy nie chodziłem do szkoły- zawstydził się.
- Żartujesz- wytrzeszczyłam oczy- Nawet na The Vegecie mieliśmy szkoły!
Usiadłam na schodach obok chłopaków. Spoglądałam jak odrabiali zadania domowe. Nie uczyłam się odkąd skończyłam pięć lat! Nie rozumiałam zbytnio, co tu się ciekawego działo. Dwa lata nauki to zbyt mało, jednak czułam, że umiem znacznie więcej z życia niżeli z tego, czego mogłabym się nauczyć w szkole.
- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się uczyłam- westchnęłam
- To musiało być dawno- zainteresował się Dendie.
- Dzień przed atakiem Freezera na planetę.
Zielony spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Wyglądał jakby był smutny. Jeszcze chwilę temu tryskał radością! Mogłam poręczyć.
- Wszyscy mamy coś wspólnego z tym potworem- zmarkotniał.
- Yhy- mruknął saiyanin.
- To i ja wiem nie ucząc się- Kuririn próbował podtrzymać dobry nastrój zebranych.
Dendie miał rację. Świętą rację. Na świecie mogło nie być nikogo, kto by go dobrze nie wspominał, jednak był już przeszłością… Mieliśmy nowy wspólny problem a mianowicie cyborgi. Freezer był przy nich nikim! Każde z nas byłoby w stanie zniszczyć tę kreaturę z kosmosu. Staliśmy się dużo silniejsi.
- Szatan wychodzi- krzyknął Kuririn i pobiegł doń.
Wstaliśmy także zmierzając do nameck’anina. Oczywiście moja podróż w tamto miejsce miała inny cel. Mogłam w końcu zawitać w tej tajemniczej dla mnie jeszcze sali treningowej i spędzić tam pół roku, czyli tyle na ile pozwolił mi Vegeta. Byłam bardzo podekscytowana w tym wszystkim. Szczerze, to była jedna z najpiękniejszych chwil w moim nędznym dotychczas życiu. Odkąd wylądowałam na Ziemi moje doświadczenia w walkach znacznie wzrosły. Podeszłam do drzwi uważnie się im przyglądając. Nie wiedziałam, co mnie tam będzie czekać. Bałam się. Bałam się, że nie wytrzymam, że mój organizm nie przejdzie tego testu. Poczułam ciepło dłoni na swoim prawym ramieniu.
- Denerwujesz się?- zapytał.
Podniosłam wzrok w kierunku postaci. On stał tu, tuż obok i trzymał mnie za ramię. Takiego wsparcia właśnie było mi trzeba.
- Trochę- odpowiedziałam niepewnie.
- Nic ci tam nie grozi- oświadczył- Śmiało.
Jeszcze chwilę wpatrywałam się w księcia niczym w obrazek. Jego delikatny uśmiech na twarzy dodawał mi odwagi. Potaknęłam głową nie wypowiadając ani jednego zdania. Wzięłam płachtę w dłonie ciskając ją do piersi. Stanęłam centralnie przed drzwiami chwytając za klamkę. Powoli otworzyłam je a przy tym wydały dźwięk cichego skrzypnięcia.
- Powodzenia- uśmiechnął się Son Gohan.
- Do następnego- dodał Trunks.
Jeszcze moment wpatrywałam się w całą grupę lekko się uśmiechając.
- Do zobaczenia za pół roku- pożegnałam się.
Weszłam do środka zamykając za sobą wrota. W tym momencie zaczął się mój trening.

22. POKÓJ DUCHA I CZASU

Byłam otoczona przez niewielkie pomieszczenie. Po lewej stronie kotara, po prawej kotara, a za mną drzwi. To, co było przede mną miało być moim domem na pół roku. Zajrzałam w lewo. Znajdowało się tam sporo jedzenia. Uśmiechnęłam się w duchu. Pożywienia tyle, że nie musiałam się martwić o posiłek. Poszłam na prawo. Tam znajdowały się dwa łoża z baldachimem i kolumienkami. Wskoczyłam na te znajdujące się bliżej.
- Ale miękkie!- krzyknęłam z zachwytu.
Chwilę jeszcze na nim skakałam, w końcu opadłam na poduszkę. Westchnęłam.
- Pół roku w samotności- powiedziałam do siebie- Prawie jak przylot na Ziemię.
Postanowiłam zdrzemnąć się przed treningiem. W końcu miałam pół roku dla siebie. Vegeta mówił, że tu grawitacja jest nieco cięższa, a powietrze gęściejsze. Noce zimne, a dni gorętsze. Zapadłam w błogi sen. Byli w nim rodzice, wcale nie umarli. Przylecieli na Ziemię by zabrać nas do domu – The Vegetę. Obudziłam się, a moje ciało przeszedł dreszcz. Było ciemno. Wstałam, przyodziałam płaszcz i wyszłam z kamiennej budowli. Otoczyła mnie niekończąca się otchłań bieli. Momo wspominał, że była wielkości ich planety.
- Nie chciałabym się tu zgubić- przełknęłam głośno ślinę- Tu nie ma żywej duszy!
Odrzuciłam od siebie te myśli schodząc po dwóch stopniach prowadzących do pustki, z którą musiałam się zmierzyć. Rozluźniłam mięśnie i oczyściłam umysł. Zaczęłam w sobie skupiać całą moc. Wzbierała we mnie niczym burza. Włosy uniosły się ku górze falując przy wydobywającej się ze mnie KI. Płaszcz także uniósł się w powietrze. Zaczęłam krzyczeć. Trwało to może z parę minut. Przeszłam do kolejnego etapu – walka z niewidzialnym przeciwnikiem. To było to, co lubiłam najbardziej. Wystrzeliłam pięć blado żółtych pocisków w daleką biel po czy zdematerializowałam się parę metrów dalej tak by pociski zmierzały w moją stronę. Wszystkie odbiłam.
- To było łatwe- mruknęłam.
Skoncentrowałam więcej energii w dłoniach, po czym wystrzeliłam je przed siebie. Ponownie nadziałam się na swoją moc. Tym razem nie byłam w stanie jej odrzucić jak małe blasty. Zaczęłam wzmagać się z energią, która napierała we mnie. Po paro chwilowym wzmaganiu odrzuciłam ją. Upadłam na kolana.
- To było już coś- sapnęłam- Do roboty!
To już nie były przelewki. Nie mogłam sobie pozwolić na słabość i lenistwo! Miałam tylko i wyłącznie pół roku do wykorzystania. Znalazłam się tu tylko wyłącznie z powodu tego potwora Komórczaka, którego miałam okazję spotkać na własne oczy. Tego, który niszczył tę wspaniałą planetę! Przecież nie można mu było pozwolić od tak niszczyć wszystko, co tylko napotkał na swojej drodze. Obiecałam mu, przyrzekłam, ze spotkamy się na tym jego głupkowatym turnieju o losy tej planety. Z resztą nie tylko tej, ale i całego wszechświata. A niech go szlag! Mój gniew był już nieco większy, więc i moc wzrosła momentalnie. Poczułam w sobie ciut dumy i pychy. Trening działał! Choć minęło zaledwie parę naście godzin czułam jego efekty. Postanowiłam utrudnić sobie to wszystko kamieniem Mandaru, temu, któremu zawdzięczałam życie po przybyciu na tę planetę. Byłam dość zmęczona, więc ciążenie, jakie by na mnie padło mogło zamienić się w dobry i skuteczny trening. Wbiegłam po schodkach do pomieszczenia sypialnego, przyodziałam płachtę, przypięłam kamień w rowek klipsa. Jak zwykle pasował idealnie. Ledwo doszłam do schodów zawahałam się upadając na białe podłoże. Syknęłam z bólu. Nie sądziłam, że grawitacja Mandarkery aż tak mnie przygwoździ. Oczywiście to było nic w porównaniu z tym, co musiałam przeżyć za pierwszym razem i za kolejnymi próbami. Wróciły wspomnienia…


[center]***[/center]
Opadłam na ziemię.
- Co to jest- przeraziłam się.
Moje ciało drżało. Nie mogłam się podnieść. Byłam panicznie przerażona.

[center]***[/center]
Poczułam silny napływ energii, która wręcz przeszywała moje ciało. Tym razem była o wiele przyjemniejsza. Upadłam na posadzkę.
- Nie pokonasz mnie- syknęłam- Nie tym razem.

[center]***[/center]
- Nie poddam się tobie!- krzyknęłam wściekle- Już nie będziesz nade mną panował!
Wstałam z ziemi, powoli się wyprostowałam. Było to wciąż uciążliwe, jednak nie dawałam wciąż za wygraną. Za wszelką cenę musiałam opanować go.

[center]***[/center]
Włożyłam kaptur na głowę. Poczułam lekki dreszcz. Mandarkera nie była już głazem wbijającym mnie w ziemię. Wzleciałam ku górze. Unosiłam się z dobre dziesięć minut, po czym upadłam z łoskotem na kolana.
- Latanie…- mruknęłam- Tego jeszcze nie opanowałam.

[center]***[/center]
- Chodźmy potrenować- syknęłam uśmiechając się do siebie.
Podniosłam się z podłoża i zdematerializowałam się. Loty były nieco wolniejsze niż przed założeniem magicznego kamienia. Robiło się coraz goręcej. Spojrzałam wokoło. Było coraz jaśniej. Powoli nastawał ranek. No proszę, całą noc ćwiczyłam, a końca jeszcze nie widziałam. Wróciłam do kawałka rajskiego pałacu. Na zegarze była dwunasta w południe. Wzmagałam się dobre piętnaście godzin. Wycieńczona weszłam do pomieszczenia sypialnego. Dostrzegłam drzwi. Za nimi znajdowała się nieduża wanna. Poczułam momentalnie napływ niewielkiej ilości energii na jej widok. Musiałam wziąć solidną kąpiel przed wypoczynkiem. Kiedy przyłożyłam głowę do poduszki ogarnął mnie błogi sen.

23. NIE WSZYSTKO PRZYCHODZI ŁATWO

Muzyka

Minął tydzień odkąd weszłam do specjalnej sali treningowej. Miałam jeszcze dużo czasu na to by się dobrze wyszkolić. Trenowałam ostro. Nawet po śmierci Freezera i króla Korda mój trzy letni trening nie był tak morderczy. Tu miałam trudniejsze warunki oraz bezkresną biel, w której mogłam się przecież zgubić. Bardzo pragnęłam zrobić olbrzymie wrażenie na Vegecie. Chciałam mu pokazać, że potrafię! Że chcę, że będę silna. Wycieńczona wróciłam do „domu”, przeszukałam spiżarkę i wybrałam parę owoców oraz mięso. Podrzuciłam kawałek mięsa w górę podpiekając je trochę pociskiem. Ugryzłam kęs. Nie było to takie dobre jak podawał Momo, ale zawsze coś. Kucharką w końcu nie byłam. Nalałam soku do szklanki, usiadłam na krześle. To miejsce było niesamowite. Łóżka, wanna, spiżarka, miejsce na krótki odpoczynek oraz bezkresna sala treningowa. Westchnęłam, po czym upiłam spory łyk owocowego płynu.
- Gdybym tak mogła stać się super wojownikiem- marzyłam- Son Gohanowi się udało…
Zamilkłam. W głowie szumiały mi słowa Trunksa, kiedy opowiadał o swojej przemianie w złotowłosego wojownika. Tylko marzyłam by móc osiągnąć taki poziom. Ale czy mogłam go osiągnąć? Dopiłam sok i wróciłam do ćwiczeń. Musiałam się wzmocnić, musiałam.
- Jeszcze zobaczysz Vegeta, na co mnie stać- warknęłam- Jeszcze się zdziwisz!
Nagle zrobiło się bardzo gorąco. Powietrze niemal, że przyjęło czerwonawy kolor. Pojawił się po mojej lewej stronie płomienny gejzer. Uskoczyłam spanikowana.
- Co to było?!
Ponownie się pojawił, lecz tym razem po prawej stronie. Nie wiedziałam, co się tutaj dzieje. Nie wiedziałam jak mam się zachować. Buchnęło mi przed twarzą! Upadłam w tył. Przerażona zaczęłam dyszeć. Te płomienie pojawiały się coraz częściej. Z każdej strony, wszędzie! Zaczęłam dematerializować się z miejsca na miejsce by się nie usmażyć. Po półtorej godziny powietrze było nie do wdychania. Było niesamowicie gorące, parzyło mnie w płucach. Zaczęłam się dusić, zmęczenie sprawiało, że mgła zaszła mi na oczy. Poczułam, że spadam. Zderzenie nie było zbyt mocne, lecz mnie bolało tak tragicznie. Byłam cała poparzona. Gdyby nie fakt, że owinęłam ogon wokół tułowia mogłabym się z nim już dawno pożegnać. Przeczołgałam się do stopni, co zajęło mi dobre dwadzieścia pięć minut. Wymęczyłam się by dotrzeć do łazienki. Odkręciłam lodowatej wody, lecz nie zdołałam już wejść do wanny. Leżałam na kamiennej posadzce czekając z upragnieniem aż woda się przeleje i zamoczy, choć odrobinę przegrzane ciało. Kiedy strumień ochłodził niewielką część skóry podniosłam się i zanurzyłam w lodowatej wodzie. Poczułam niesamowitą ulgę, a w powietrzu rozniosła się para studzonej skóry i kombinezonu. Nigdy nic mnie tak nie usmażyło jak te płomienne gejzery. Najciekawsze było to, iż nie pozostawiały po sobie żadnych dziur. Widać było, że to magiczne miejsce. Wyszłam z kąpieli kierując się prosto do łóżka. Zasnęłam. Ocknęłam się trzy dni później. Na ciele miałam liczne oparzenia. Przeszukałam całe pomieszczenie nie by znaleźć coś na oparzenia. Na moje szczęście tak. Wysmarowałam rany i wróciłam do ćwiczeń. Trzy dni odpoczynku to zdecydowanie zbyt długi okres czasu. Musiałam nadrobić przespany czas. Przecież nie byłam tu na wakacjach! Na Ziemi czekał na mnie Komórczak! Rany na ciele nieco przeszkadzały w wysiłku fizycznym, ale co mogłam na to poradzić? Właściwie nic. Zaczęłam robić pompki by wzmocnić ręce. Nie zbyt lubiłam tę czynność. W walce przecież także ważnie były dłonie. Walka na gołe pięści także mogła się rozegrać, a moje były zdecydowanie bez siły. Po męczących, parogodzinnych pompkach położyłam się na plecy by odpocząć. Wymasowałam nadgarstki, co sprawiło mi ogromny ból. Pragnęłam podwyższyć swoje kwalifikacje do niewyobrażalnie wysokiego poziomu jednak wiedziałam, że pół roku to zdecydowanie zbyt krótki okres czasu by osiągnąć swój upragniony cel.

24.GIŃ TYRANIE

Obudziłam się z przerażeniem! Byłam cała mokra. Zerwałam się z łóżka na równe nogi. Nie mogłam tam przebywać ani chwili dłużej.
- Zaraz…
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Byłam w swoim pokoju. Panował mrok, książki leżały rozrzucone po biurku. Wyszukałam płaszczu od Gartu oraz magiczny kamień Mandaru. Mocno, go cisnęłam do piersi. Pognałam w stronę sali tronowej. Biegłam ile sił w nogach, a miałam jej sporo. Przebiegając koło lustra przemknęło moje ciało po tafli. Cofnęłam się by się sobie przyjrzeć. Miałam znowu CZTERY lata! TO NIE MOŻLIWE pomyślałam POWINNAM BYĆ W POKOJU DUCHA I CZASU! Pokręciłam głową nie dowierzając obecnej sytuacji, w której dane mi było się znajdować.
- Jeżeli jestem w domu- zamyśliłam się- I mam cztery lata…
Przez myśl przeszło mi tylko jedno wydarzenie. Nie mogłam dopuścić do kolejnej katastrofy! Nie tym razem. Musiałam działać.
- Może nadal umiem latać?- zastanawiałam się.
Skoncentrowałam swoją moc, po czym wzbiłam się w powietrze. Udało się! NIE STRACIŁAM MOCY, KTÓRĄ POSIADAM! TYLKO JESTEM ZNOWU MALEŃKĄ SARĄ. Leciałam korytarzem jak oszalała. Nikogo nigdzie nie było. Nie miałam, kogo ostrzegać przed nadejściem złego. Nawet strażnicy gdzieś znikli. Przemknęłam przez główny korytarz. Zahamowałam prawie na ścianie.
- Chyba kogoś widziałam…- odwróciłam głowę w głąb korytarza.
Zawróciłam. Na ziemi leżał saiyanin. Był ranny i okaleczony. Cierpiał!
- Proszę pana- szturchnęłam go- Wstań!
W końcu odzyskał przytomność, co mnie bardzo ucieszyło. Poznałam go. To był Bardock nasz naukowiec.
- Co się panu stało?- zapytałam pośpiesznie.
- Freezer…- wymamrotał.
Zamarłam. Czyli to była jednak prawda… Cofnęłam się do przeszłości jak Trunks ale nie miałam pojęcia jak to się stało! W dodatku odmłodniałam.
- Chce nas zabić- dodał przerywając moją zadumę- Widziałem to…
Wściekłam się. Czemu w mojej przeszłości nie było tego człowieka z tą wieścią? A może… A może umarł zanim dotarł do sali tronowej?
- Wiem o tym- warknęłam zaciskając pięść- Nie można do tego dopuścić!
Mężczyzna spojrzała n mnie. Był zdumiony.
- Ma pan wspaniałego syna- uśmiechnęłam się przypominając sobie o Son Goku- Son Goku to najsilniejszy saiyanin na świecie.
- O czym ty mówisz?- zdziwił się- Nie znam go.
- Jak nie?! Ten, którego wysłali na Ziemię!
Ojciec Son Goku’a był bardzo zaskoczony moją informacją. Nie wiedział do końca, o co mi chodziło.
- Kakarotto…
- Tak to on!- krzyknęłam- Na pewno on. Bądź z niego dumny! Jest lepszy od mojego brata.
Bardock żądał wyjaśnień, ale nie było na to czasu. Pomogłam mu wstać. Dużym plusem była moja umiejętność latania to też szybko dotarliśmy do moich rodziców.
- Mamo! Tato!- wrzeszczałam- Freezer nas zabije!
Doprowadziłam ojca Son Goku’a do królów.
- Co tu do licha się dzieje- oburzyła się Verinia.
- Matko, Freezer zaraz tu będzie i nas zabije- po wypowiedzeniu tych słów opuściłam głowę dodając cicho- Przeżyją tylko ci, których nie ma na planecie i ja…
- O czym ty mówisz dziecko?
- Nie kłamię- broniłam się- Za parę lat tylko trzech nas zostanie: Ja, Vegeta i syn tego człowieka- wskazałam, na Bardocka- Oraz dwoje dzieci, które będą w połowie ziemianami. Nie możemy dopuścić do tej zagłady.
Okaleczony saiyanin podniósł sie. Starał się stać w pozycji pionowej. Ledwo trzymał się na nogach.
- To sprawka Freezera- przełknął ciężko ślinę- Zaatakował nas od tyłu. Tomi i reszta nie żyją.
- Jeżeli zaraz saiyanie nie przestaną się bronić nic z tej planety nie zostanie- starałam się by mi uwierzyli.
Nagle otworzyły się drzwi. Ba! Wyleciały w powietrze.

Muzyka

W kłębach dymu stanął on. Nie, kto inny jak sam jaszczur. JESTEŚMY ZGUBIENI załkałam w myślach NIE SĄDZIŁAM, ŻE PRZYJDZIE ZNOWU MI GO OGLĄDAĆ.
- Witam serdecznie rodzinę królewską- zakpił Freezer- I ciebie młokosie.
- Znowu się spotykamy, tyranie- warknęłam nie zastanawiając się, co mu powiedzieć.
Dyktator galaktyk roześmiał się. Widać było, że miał świetny humor.
- Co takie małe dziecko ma tu do gadania?
- Więcej niż ci się wydaje, potworze.
- Uspokój się!- zbeształa mnie matka- Wybacz jej, to jeszcze dziecko.
- Mamo!- oburzyłam się.
Jaszczur uśmiechnął się chytrze. Bardock trząsł się z gniewu, a ja zastanawiałam się, co mam robić…
- Czym zawdzięczamy ci tę wizytę- zapytał ojciec.
- To moja ostatnia- roześmiał się- Przyszedłem się pożegnać.
- Oczywiście!- przerwałam mu- Bo tym razem zginiesz i ani Cooler ani też król Kord ci nie pomogą!
Ojcu nie podobała się moja postawa, nie wspominając już o matce. Nie rozumiał w końcu mojej postawy. Dla niego miałam cztery latka, a dla siebie już jedenaście.
- Jeśli nie mój ojciec i nie pan Bardock to ja cię zabiję- wycedziłam przez zęby.
Freezer potwornie się roześmiał. Ten śmiech przyprawiał mnie o mdłości. Nienawidziłam go. Wszyscy oniemieli. Zastanawiało ich, co taka mała dziewczynka wygaduje. Że zabije Freezera? Dobre sobie! Wybiegłam w jego stronę, ten nic nie mówiąc uderzył mnie ogonem. Upadłam uderzając o filar. Rozsypał się.
- Saro!- krzyknęła królowa, pobiegła w moją stronę.
Poczułam strach. To były jej ostatnie słowa. Na pewno tak miało się stać… Freezer wystrzelił pociski. Rzuciłam się na nie odbijając dłońmi w sufit. Gruz posypał się po posadzce. Trochę się zakurzyło. Odkaszlnęłam parę razy.
- Powiedziałam, że tym razem nie pozwolę ci zabić naszego ludu.
- Kim ty u diabła jesteś?- zbulwersował się- To nie możliwe by paro latek odparł mój atak!
- Jestem księżniczką rodu saiyańskiego i kosmicznym wojownikiem.
Jego pycha rozsadzała mu wnętrzności, nic z moich słów nie przyjął do serca. Ciężko było mi zebrać całą energię w tak małym ciele, ale się udało. Przed wszystkimi stałam się zupełnie nowym człowiekiem. Stałam się super kosmicznym wojownikiem. Blask złota rozpromienił całą salę. Dostrzegłam strach. Paraliżujący strach w jego ciele.
- Zapamiętaj sobie twarz osoby, która cię zabiła- pouczyłam go- Zapewne spotkamy się kiedyś w piekle.
Skupiłam w sobie całą moc i wystrzeliłam ogromną dawkę KI. Nie spodziewałam się tego tak szybko, ale unicestwiłam potwora! Zniszczyłam całe cierpienie mojego życia. To był koniec tyranii!
- Już nikogo nie skrzywdzi- mruknęłam, choć w duszy grało szczęście.
Spojrzałam w kierunku rodziców, którzy byli niczym sople. Matka leżała na ziemi osłupiała a ojciec niczym wbity w posadzkę rozdziawiał usta. Wróciłam do normalnego stanu.
- Mamo… Tato…- jęknęłam- Kocham was!
Rzuciłam się w ich kierunku. Nagle przeszedł mnie dreszcz. Obraz zaczął się rozmazywać. Upadłam. Nie… Ja spadałam. Dookoła otaczała mnie ciemność. Zaczęłam krzyczeć.
Otworzyłam oczy. Było jasno. Ten blask mnie oślepiał. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Ponownie byłam w pokoju ducha i czasu. Byłam cała mokra.
- To był tylko sen…- westchnęłam.
Opadłam z powrotem na poduszkę..

25. ZAGUBIONA

Muzyka

Upłynęły trzy miesiące od wejścia do sali ducha i czasu. I pomyśleć, że na Ziemi to zaledwie parę godzin, jak nie mniej. Ostro trenowałam po tym śnie. Zaparłam się. Głęboko wierzyłam, że jeśli we śnie potrafiłam stać się super wojownikiem, to, dlaczego nie w prawdziwym życiu? Po tym długo dochodziłam do siebie. Wciąż miałam obraz rodziców. Fakt, że w rzeczywistości nie żyli dobijał mnie doszczętnie. Przyrzekłam sobie pomścić rodzinę i ród, saiyański, lecz nie miałam, na kim. Ten fakt dobijał mnie chyba najmocniej ze wszystkich. Byłam wytrwała jak do tej pory w tym, co robiłam i nie chciałam by stało się inaczej. Każdego dnia i każdej nocy starałam się podnieść swój poziom diametralnie. Nie było mowy o żadnych sjestach! Gorące dni leczyłam maściami na oparzenia, a noce zaś leczyłam maściami na odmrożenia. Dobrze, że twórca tej „komnaty” pomyślał o czymś takim. Wszystko wydawało się być dopracowane na ostatni guzik. Dzień mijał za dniem, miesiąc za miesiącem… W końcu zostały mi dwa dni do powrotu na Ziemię. Stwierdziłam, że pierwszego dnia będę trenować, a drugiego odpoczywać. W końcu trzeciego dnia miała rozpocząć się walka gdzie mieliśmy się stawić na macie, na turniej u Komórczaka. Musiałam przecież mieć jakieś siły! Po lekkim śniadaniu ruszyłam do codziennej czynności. Kopałam, skakałam, strzelałam, latałam aż w końcu przypomniała mi się mój ogon.
- Zapomniałam go trenować!- uderzyłam się w głowę- Muszę to dziś nadrobić!
Ostro zabrałam się za uciskanie ogonka. Sprawiało mi to ból, lecz starałam się opanować uczucie bólu ciskając ogon jeszcze mocniej. Ledwo stałam na nogach. Wymyśliłam sobie, że dla utrudnienia będę spacerować. Wtedy mój mózg będzie skupiał się na czymś innym i tak szybko nie zasłabnę. Owszem, na początku nie było tak źle. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, upadłam. Wypuściłam ogon z uścisku. Mocno dyszałam jak po sporym maratonie.
- Kto to wymyślił by to był najsłabszy punkt?- jęknęłam resztkami sił- Muszę go wyeliminować…
Kiedy siły ponownie zawitały w moim ciele ponowiłam próbę. Wiadomo jak to się skończyło… Stwierdziłam, że to nie ma sensu. Musiałam mieć coś, co by mi go zaciskało, a ja w tym czasie zajęłabym się czymś innym. Rozejrzałam się za jedyną budowlą na tym pustkowiu. Nie mogłam jej dostrzec.
- N i e możliwe!- przeraziłam się biegając to w jedną, to w drugą stronę- Nie mogłam się zgubić!
Wzbiłam się może na trzynaście metrów by odnaleźć obiekt moich poszukiwań. Na próżno. Nic nie dostrzegłam poza bezgraniczną bielą. Wróciłam na ziemię.
- Kurczę- warknęłam- Muszę odnaleźć to przeklęte wyjście! Jeśli nie zdążę na walkę…
Przez głowę przeszło mi tylko „Vegeta mnie zabije”. Usiadłam bezradnie na podłożu. Nie mogłam uwierzyć, że od tak się tutaj zgubiłam. Przetarłam czoło czując wstęgę.
- Genialnie!- uradowałam się- W czasie poszukiwań będę trenować!
Rozwiązałam żółtą wstęgę z czoła, po czym przywiązałam ją do ogona, starannie i mocno. Pomachałam ogonkiem oglądając swoją twórczość.
- Nawet ładnie się prezentuje- zachichotałam.
Czułam, że opadam z sił jednak starałam się o tym nie myśleć. Kurczowo rozglądałam się po okolicy wpatrując wyjścia. Za tą małą posiadłością sali ducha i czasu. Minęło sporo czasu, a ja wciąż wędrowałam. Bez rezultatu. Odporność na ucisk stopniowo rosła, przyzwyczajałam się. Nastała noc. Jak zwykle temperatura spadła poniżej zera, a ja nie miałam przy sobie płaszczu by się nim opatulić. Położyłam się na zimnej ziemi. Zasnęłam szybko. Kiedy się ocknęłam było już gorąco. Upał doskwierał tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz upadnę. Podniosłam się ociężale ruszając przed siebie.
- Nie wiem nawet ile spałam- mruknęłam- Ile zostało mi drogi do wyjścia? Mam nadzieję, że zdążę dotrzeć do drzwi na czas.
Wzięłam do płuc dużą ilość gorącego powietrza. Nie miałam już ani chwili do stracenia. Nie mogłam się spóźnić na turniej! Po długich godzinach poszukiwań wpadłam w furię. Zaczęłam mieć miraże. Za każdym razem, kiedy widziałam wyjście z tej przeklętej sali okazywało się, że to było tylko przywidzenie… Zaczynałam mieć wrażenie, że utknę tu na zawsze. NIGDY NIE WRÓCIĆ? Przeraziłam się w myślach. NIE MOGĘ SIĘ PODDAĆ! Niespodziewanie wróciły mi siły. Skumulowałam w sobie taką dawkę by mieć jeszcze sporą rezerwę, po czym wzbiłam się w powietrze. Leciałam przed siebie tak szybko na ile pozwalała mi moja moc. W duszy powtarzałam sobie, że odnajdę drogę, że wyjdę i nigdy więcej tu nie wrócę!
- Czy to jest to, co myślę?!- stanęłam jak wryta- Znalazłam?!
W mgnieniu oka znalazłam się przy budowli. Lądując wbiegłam do środka chwytając płachtę. Spojrzałam na zegar.
- Świetnie- warknęłam wściekle- Spóźniłam się!
Pognałam do drzwi i je otworzyłam. Moim oczom ukazał się rajski pałac. Wbiegłam na środek dziedzińca pałacu krzycząc, że wróciłam. Nikt nie odpowiadał. Nikogo nie było widać. Przecież się spóźniłam!
- Już ich nie ma- mruknęłam załamana.
Znikąd pojawił się Dendie oświadczając, że walka toczy się już od paru dobrych godzin.
- Gdybym się nie zgubiła…
- Zgubiłaś się?- zapytał.
- Tak- odparłam z goryczą.
- To tłumaczy twoje opóźnienie.
- Nie mam czasu na pogawędki!- krzyknęłam dobiegając do skraju pałacu- Muszę do nich lecieć!
- Uważaj na siebie!- pomachał mi na pożegnanie.
Zeskoczyłam w dół. Na szczęście wiedziałam gdzie odbywał się turniej toteż nie miałam problemu obrać kursu. Musiałam jak najszybciej dostać się do reszty, a nie wyczuwałam żadnej walki.

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

odcinki od 26 do 30

Postautor: Killall » 18 lis 2014, 20:27

26.Son Goku rezygnuje

Muzyka

Leciałam z zawrotną prędkością na turniej gdzie zapewne tylko mnie brakowało. Czułam się podle z myślą, co o mnie pomyśleli.
- Vegeta się wkurzy- stwierdziłam posępnie- Myśli, że specjalnie nie wyszłam na czas.
Zacisnęłam pięść z myślą jak musi na mnie kląć. Nieposłuszna siostra, podstępna żmija? Zaczęłam się zastanawiać, czemu nie wyczuwałam żadnej potężnej energii.
- Chyba nie przyleciałam za późno?- lamentowałam- Nie wybaczę sobie jeśli jest po turnieju!
Napięcie coraz bardziej rosło. W oddali zobaczyłam matę. Doleciałam do reszty.
- Nie ma to jak się spóźnić- mruknęłam spoglądając na wojowników, którzy stali na wzniesieniu.
Wylądowałam obok Tenshina, ten się wzdrygnął, że aż jęknął.
- Wybaczcie, że musieliście czekać- podrapałam się po głowie- Zgubiłam się.
- Co?- warknął Vegeta.
- No…- mruknęłam wstydliwie- W sali treningowej…
- To wyjaśnia czemu nie wyszłaś z sali na czas- skwitował Trunks.
Zaśmiałam się delikatnie, a po chwili spoważniałam. Przecież nie byłam na wakacjach!
- Coś mnie ominęło?
- Jak do tej pory to nie wiele- oznajmił Son Gohan- Tato wciąż jest na macie.
Odwróciłam się w tamtą stronę by dostrzec, co się działo na dole.
- Co oni robią?- zapytałam.
- Chyba rozmawiają- odparł Son Gohan.
- A ci koło paty?- wskazałam palcem na parę postaci w dole.
- To banda debili! Myśleli, że pokonają cyborga- wyjaśnił Kuririn, po czym się roześmiał- Pokazali niezłe show!
- Na pewno…- wyobraziłam sobie tę scenkę, w której próbują zaatakować Komórczaka.
Zachichotałam.
- Zamknij się pacanie- warknął książę- Szkoda, że ich nie pozabijał.
Spojrzałam na brata. Widać było, że nie był tego dnia w dobrym nastroju. Miałam wrażenie, że coś mu przeszkadza. Ale co?
- Jak to zabić?- zaciekawiłam się.
- Weszli na matę by go pokonać- Son Gohan ponownie zabrał głos- Nawet telewizja przyjechałaby pokazać walkę całemu światu.
- Żartujesz!- wytrzeszczyłam oczy- A to czuby! Żaden ziemianin nie jest w stanie pokonać tego potwora.
Tenshin i Kuririn spojrzeli po sobie, a potem na mężczyznę o krótkich, czarnych włosach, który miał na sobie taki sam kombinezon jak ojciec Son Gohana. Vegeta lekko uśmiechnął się.
- Kto to?- zapytałam wskazując palcem na nieznajomego.
- O to samo chciałem zapytać- wtrącił.
- To jest siostra Vegety, Sara- przedstawił Trunks- A to Yamchua.
Skinęliśmy głowami. Odwróciłam się w stronę maty. Dobre miejsce znaleźli na obserwowanie walki. Wszystko było idealnie widać. Nagle saiyanin wzleciał w naszym kierunku.
- Moim następcą będzie Son Gohan- oznajmił.
Wszyscy osłupieliśmy. Co?! O co mu chodziło? Złotowłosy chłopak miał walczyć? Teleportował się do nas klękając przed synem.
- Wiem, że dasz radę, synu- oświadczył.
- Skąd wiesz, że podołam?
- Uwolnij swoją moc- uśmiechnął się Son Goku.
- Son Goku! Chyba upadłeś na głowę!- zbulwersował się Szatan Serduszko.
- Mylisz się Szatanie- Saiyanin wciąż miał zadowoloną minę.
- Przecież to jeszcze dzieciak!
- Nie martw się Son Gohanie- położył mu dłoń na ramieniu- Dasz sobie radę.
Oniemiałam. W prawdzie nie znałam siły jego ciosu, tak jak nie dane mi było wiedzieć, jaką mocą dysponuje jego ojciec. Jednak miałam wrażenie, że Vegeta mógłby walczyć z cyborgiem. Zakończyć cały ten cyrk. Wszyscy wrócilibyśmy do siebie i zapomnieli o całej tej sytuacji.
- Dlaczego Son Gohan?- zapytałam brata.
- A skąd mam to niby wiedzieć?- wzruszył ramionami- Jeśli chce niech posyła dzieciaka na tamten świat. To już jego sprawa.
- Czemu od razu na tamten?- mruknęłam kręcąc głową- Nie doceniasz go.
- To ty nie doceniasz Komórczaka- poprawił mnie książę.
- Co?
- Nie wiesz, jaką mocą dysponuje, do czego jest zdolny.
- Owszem- odparłam- Ale na co tego chłopca stać nie wie żadne z nas poza jego ojcem.
Vegeta zaczął się uważnie mu przyglądać. Czyżbym obudziła w nim jakieś śpiące instynkty?
- Nie zapominaj, że o mało, co cię nie zabił, kiedy przybyłeś na ziemię- odezwał się Yamchua.
- Milcz miernoto- syknął- Vegeta- Tyś za to poległ.
Oboje spojrzeli na siebie wrogo. Zerkałam to na jednego, to na drugiego. Na szczęście ich spór przerwał Komórczak ponaglając złotowłosego chłopca do walki. Saiyanin zdjął z siebie płaszcz, który otrzymał po wyjściu z sali treningowej od Szatana Serduszko, następnie wzbił się w powietrze i wylądował na macie. Spoglądałam na to z lekkim dreszczykiem. Najciekawsze dla mnie było to, że Son Goku ani trochę się nie przejmował, że posła swojego syna na śmierć. Przełknęłam głośno ślinę i podeszłam do krawędzi by wszystko dobrze widzieć, ewentualnie słyszeć. Oboje przyjęli pozycje gotowe do walki. Ruszyli na siebie, walka wyglądała wyrównanie, kiedy bili się na pięści, potem zaczęły się uniki między mocą KI. Robiło się coraz bardziej gorąco. W końcu Komórczak wzniósł się wysoko, po czym wymierzył sporą energią w Son Gohana, który stał na macie. Nastąpiła potężna eksplozja. Chłopak ustąpił w ostatnim momencie. Kiedy pył już opadł okazało się, że mata znikła.
- Nie możliwe!- krzyknęłam- Zniszczył matę!
Wszyscy podbiegli do krawędzi przyglądając się uważnie sporemu kraterowi, który pozostał po macie.
- Koniec zabawy chłopcze!- warknął cyborg- Lepiej się pilnuj.
Komórczak rzucił się na chłopca niczym wygłodzone zwierze. Ugodził go w twarz. Son Gohan upadł parę metrów dalej. NIE PODDAWAJ SIĘ myślałam z trzęsącymi się rękoma DOKOP MU! Złotowłosy podniósł się z ziemi. Wytarł twarz z krwi i wypluł, tę, którą miał w ustach.
- Jesteś okrutnym potworem!- oburzył się.

27. Ukryta moc

Muzyka

Przyglądałam się całej walce z wielkim zainteresowaniem. Starałam się nie ominąć ani jednego szczegółu. Komórczak coraz bardziej stawał się bezlitosny wobec Son Gohana.
- Ten turniej to była zmyłka- roześmiał się szyderczo- Znudził mi się.
- Czego ty chcesz?- próbował się dowiedzieć- Po co ta cała maskarada?
- Wy ludzie jesteście żałośni- kpił- Zniszczę tę planetę i każdą inną. Będę najsilniejszy we wszechświecie!
- Twoje niedoczekanie!- złotowłosy zacisnął pięść.
Potwór się roześmiał, następnie spoważniał i wycelował dłonią w chłopca.
- Na co czekasz?- warknął- Zdenerwuj się.
- Przecież jestem na ciebie wściekły- zadrżał.
- Niedostatecznie- wystrzelił pocisk.
Złotowłosy w ostatniej chwili uskoczył padając na ziemię. Był coraz bardziej wycieńczony. Chyba, Son Goku mylił się, co do jego mocy.
- Na co czekasz?- Komórczak coraz bardziej się denerwował- Chcę poznać twoją ukrytą moc!
Ponownie zaatakował Saiyanina.
- O co chodzi?- zapytałam- Jaka ukryta moc? Przecież on traci siły!
- Zgadza się- odrzekł jego ojciec.
- I to dla ciebie jest takie oczywiste?- przeraził się Kuririn.
- Przecież on zaraz zginie!- dodał Trunks.
- Niestety, Son Goku… Oni mają rację- dopowiedział gniewnie Szatan.
- Jeżeli mu nie pomożemy…- szepnął Tenshin- Zginie.
- Nie martwcie się o niego- odrzekł pewnie Saiyanin- Musimy tylko trochę poczekać.
- Poczekać?!- zbulwersowałam się- Na co? Aż może przez przypadek obudzi się w nim jakaś niespożyta energia?
Mężczyzna nic nie mówiąc skinął głową z wymownym „TAK, masz rację”. Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzania. Czy on kompletnie postradał zmysły? Fakt, że co się wydarzyło w pokoju ducha i czasu, jednak chłopak pokazał już wszystko, co potrafił. Nie było widać by ukrywał jakiegokolwiek asa.
- Jeśli zaraz się nie zezłościsz- syknął Komórczak- Będę zmuszony porozmawiać z tobą inaczej.
- O czym ty mówisz?- zdziwił się Son Gohan.
- W inny sposób cię rozgniewam.
Wzniósł się w powietrze, może z dwadzieścia metrów, po czym wycelował obie dłonie w chłopaka. Skumulował tam potężną energię. Wystrzelił…
- To koniec- szepnęłam.
Nastąpił potężny wybuch. Odrzuciło nas w tył. Otworzyłam oczy, po czym pośpiesznie się podniosłam by dostrzec, co się w dole wydarzyło. Podbiegłam do krawędzi. W dole widać było wielki krater i olbrzymi kłąb kurzu oraz opadające kamienie. Dołączyła reszta z niecierpliwością spoglądając na dalszy przebieg wydarzeń. Komórczak „stał” w tym samym miejscu głośno się śmiejąc.
- Nie żyje?- zapytałam trzęsącym się głosem.
- Wysil się trochę- mruknął posępnie Vegeta.
- Że jak?- zdziwiłam się.
- Wysil się trochę, a wyczujesz jego energię.
- Czyli żyje?
- Sama się przekonaj.
Zaczęłam skupiać swoją moc z myślach. Starałam się wyobrazić jego aurę i nagle poczułam jakąś energię, taką, której nie miał nikt inny. TAK! To była energia życiowa Son Gohana.
- Czuję…
- Czyli żyje- skwitował książę.
Spojrzałam na niego posępnie. Ten to zawsze musiał być nastawiony do wszystkiego tak samo - ignorancja i obojętność. Pył opadł, można było w końcu dostrzec, co się wydarzyło. Młody Saiyanin był nietknięty. Ktoś go zasłonił swoim ciałem, lecz nie wiedziałam, kim była ów osoba. Zaczęłam przyglądać się jej uważnie.
- C16 go uratował!- uradował się Tenshin.
- C16?- zdziwiłam się.
- Wiedziałem, że może się on na coś przydać!- wyraził swój entuzjazm Kuririn.
- Kto by pomyślał, że ten blaszany dziwak…- wtrącił Vegeta.
- Kto to jest C16?- próbowałam się dowiedzieć.
- Widać, że Bulma pieczołowicie nad nim pracowała- przyznał z podziwem Trunks.
- No…- przeciągnął Yamchua.
- HALLO!- wrzasnęłam- Odpowie mi ktoś?!
Wszyscy spojrzeli w moim kierunku. Jak bym urwała się z księżyca. Czyżbym była niedoinformowanym uczestnikiem turnieju?
- Kto to jest ten C16?- spróbowałam ponownie.
- To ty nie wiesz?- zszokował się Tenshin- Jak to możliwe?
- No właśnie?- zadałam sobie to samo pytanie.
- Bulma wzięła go na obserwację po tym jak Komórczak wypowiedział nam turniej- wyjaśnił Kuririn- Spisała się genialnie. Nawet usunęła bombę z jego ciała.
- Więc to jest cyborg, który chciał wszystkich pozabijać?
- Nie wszystkich, a Son Goku’a- poprawił mnie Kuririn- Tylko ludzkie androidy chciały nas zlikwidować.
Śmiech Komórczaka umilkł. Opadł delikatnie na ziemię by przyjrzeć się obecnej sytuacji. Widać było, że emanował drwiącym entuzjazmem do zaistniałej sytuacji. Nie przeraził go fakt, iż młodego chłopca uratował android stworzony z tej samej ręki co on.
- Zejdź mi z drogi kupo złomu- warknął kierując nogę w kark robota- Doktor powinien wstydzić się stworzeniem takiej miernoty.
Głowa nie wytrzymała tak potężnego uderzenia. Urwana odleciała na pół kilometra nieopodal grupki ludzi, którzy przyglądali się całej walce. Cud, że android miał tyle dobrej woli nie zabijając ich. Przynajmniej nie chciał zabić ich teraz.
- Rozwalił go!- przeraził się Yamchua.
- W drobny mak- skwitował książę.
Przestałam wierzyć, że cokolwiek z tego będzie. Android zniszczony, Son Gohan na skraju swoich możliwości, a sam Son Goku wciąż powtarzałby jego syn uwolnił z swojego ciała niezliczone pokłady energii. Już nic z tego nie rozumiałam.
- Jeśli w ten sposób nie mogę cię rozwścieczyć to przygotuje inny- zaśmiał się cyborg.
Zaczął skupiać w sobie ogromne pokłady energii. Miał jej niesamowicie dużo. Wyciągnął ogon do góry, a odwłok, który mieścił się na końcu rozszerzył się. Ten stwór miał w sobie jeszcze nie jedną zagadkę. Wyrzucił z siebie kilka niebieskich kulek. Po chwili przybrały kształt miniaturowych androidów.
- On oszalał?!- krzyknęłam- Co on wyprawia?!
- Zaraz się przekonamy- odpowiedział Vegeta.
Zajęliśmy pozycje obronne. Nie wiedzieliśmy, co mamy czynić. Na co się szykować. Gdzie szukać logiki?.. Jego odwłok przybrał normalny kształt, a sam się roześmiał.
- Może, kiedy twoi przyjaciele zginą zaczniesz swój pokaz- zakpił- Widzisz? Dla każdego mam po jednym.
Obrócił się w naszą stronę rozkazując swoim „dzieciom” zaatakować nas i zniszczyć.

28. Klony

Muzyka

Poczułam dziwne ukłucie w żołądku. Co się tutaj właściwie działo? Czy wszyscy postradali rozum? Dlaczego nic się nie działo jak dziać się powinno było? Miałam wrażenie, że świat nagle zwolnił. Wszystko widziałam w zwolnionym tempie. Jak by tylko po ty bym mogła dostrzec co dokładnie się działo, każdy ruch, gest… Stałam tyłem wobec aktualnego zdarzenia, przez które miałam urojenia. Spojrzałam na zebranych wojowników. Na każdego twarzy malował się wyraz obrzydzenia i nienawiści, a zarazem strachu. I wszystko to spowodowane zaskakującym wydarzeniem, które spowodował nie, kto inny jak sam Komórczak.
- Uważaj!- przeciągnął w krzyku Vegeta.
Powoli odwróciłam się w stronę swojego zagrożenia. Dostałam cios w lewe ramię. Silny ból przeszył moje ciało. Momentalnie odzyskałam władzę nad obrazem. Wszystko wróciło do normalności. Może nie do takiej wspaniałej, jednak nie czułam już mdłości. Reszta małych cyborgów ruszyła na wojowników z misją ich zlikwidowania. Byliśmy marionetkami, które miały posłużyć Son Gohanowi za element pełnej furii, która miała wyzwolić w nim niezliczone pokłady energii, które tak wyśmienicie skrywał. Odwróciłam się do mojego małego przeciwnika. Ten szelmowsko się uśmiechnął wskazując dłonią bym zaatakowała go pierwsza. Nie ze mną te numery!
- Nic z tego głąbie!- wycedziłam.
Wytrzeszczył oczy, po czym ponownie zachęcił mnie do ataku. Moje wargi przybrały krzywą, ogłupiałą minę.
- Sam mnie zaatakuj- zaproponowałam- Ty bezużyteczna kupo żelastwa.
Prawda była taka, że on nie był z metalu, jednak nazwa, jaką go określiłam przypadła mi do gustu. Nic innego z resztą nie przyszło mi na myśl. Nie mogło mnie nic lepszego spotkać niż walka z biologicznym cyborgiem. Westchnęłam przewracając oczami. Dostrzegłam, że wszyscy już walczyli ze swoimi androidami. Przyjęłam pozycję obronną.
- Na co czekasz buraku?!
Muzyka
Miniaturka Komórczaka pomknęła w moją stronę by zadać cios. Uniknęłam go w dość prosty sposób. Nie zrobił na mnie zbytnio wrażenia. Postanowiłam się z nim trochę podroczyć. Junior atakował mnie z każdą chwilą coraz zacieklej. Za wszelką cenę chciał trafić mnie mocnym uderzeniem. Na próżno. Trening w sali ducha i czasu sprawił, że stałam się szybsza. Sama byłam zaskoczona moją nadzwyczajną prędkością unikania ciosów. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Nie gadaj, że jesteś taki słaby- zadrwiłam- Ciućmoku jeden ty! Twój tatuś w takim razie też jest lewy!
Roześmiałam się na moment. Cyborg zdenerwowany ponownie zaczął na mnie napierać. Uderzył pięścią w kierunku mojej twarzy. Zasłoniłam ją swoimi pięściami krzyżując ręce koło nadgarstków. Przechyliłam głowę tak by dostrzec intruza. Na mojej buzi ponownie zawitał złowieszczy uśmieszek. Juniorowi powiększyły się oczy w obawie najgorszego. Pośpiesznie pochwyciłam go za jego małe rączki. Skuliłam nogi, po czym wyprostowałam je wykopując w jego stronę. Puszczając go oczywiście przy tym z uścisku. Przeciwnik uleciał w tył jakieś dziesięć metrów, po czym wbił się w pobliską skałę niczym w masło robiąc przy tym sporą dziurę. Po chwili wygramolił się stamtąd ponownie lecąc w moim kierunku. Podążyłam w jego stronę. Nasze pięści się zetknęły w mocnym uderzeniu. Zaczęła się walka na pięści i kopniaki. Był bardzo silny jednak mnie nie osłabiał. Oczywiście moje wcześniejsze słowa co do Komórczaka nie były prawdziwe. Śmiem wątpić by był słaby! Kopnęłam niebieskiego klona w kark. Ten pomknął w dół w ostatniej chwili lądując bez bezbolesnego zetknięcia się z ziemią. Podleciałam by zadać kolejny cios, niestety podciął mnie… Odsunęłam się w tył koślawo skacząc na jednej nodze. Zetknęłam się plecami z bratem.
- Jak sobie radzisz?- zapytałam.
- Świetnie- odparł dysząc.
- To tak jak ja- mrugnęłam do niego.
Ponownie ruszyłam na potworka. Z oddech Vegety wynikało, że osłabł. Cyborg był dla niego za silny. Czy to oznaczało, że byłam od niego silniejsza? Przynajmniej w tym momencie… Pokręciłam niedowierzająco głową. Przecież nie mogłam być silniejsza, kiedy jego całe życie polegało na ciągłych treningach. W dodatku w specjalnej komnacie był dwa razy. Zaczynałam mieć wrażenie, że dostawałam urojeń. Prawdopodobnie przez słońce. Dopiekało strasznie. Było niczym lampa xylowa*. Przez moje zamyślenie nie dostrzegłam, że klon chwycił mnie za płaszcz co spowodowało ucisk mojej szyi. Zakrztusiłam się. Zamachnął się silnie, po czym rzucił mną. Poleciałam z zawrotną prędkością w kamienną górę. Wbiłam się w nią jak w masło. Poczułam ból na plecach i głowie. Wygramolić się z wolna nie miałam zamiaru. Szczerze, to się wściekłam. Skumulowałam w sobie część energii rozsadzając kamienie. Zacisnęłam pięści, ściągnęłam brwi. Po policzku spłynęła ciecz. Otarłam ją spoglądając na dłoń - widniała na niej krew. Przetarłam dłonią płaszcz.
- Zapłacisz mi za to…- syknęłam.
„Komórczakowy wypłosz” ponownie pokazał swój uśmieszek, który wyprowadzał z równowagi. Wkurzyłam się nie na żarty. Ruszyłam na niego, włączyłam przyśpieszacz. Uderzyłam z całą skumulowaną mocą jaką przed momentem zebrałam. Zaczęła się ponownie bijatyka. Po wielu nic nie dających ciosach odsunął się na dość sporą odległość. Wystrzelił w moim kierunku cztery bladoniebieskie pociski. Oczywiście bez problemu je ominęłam. Sama wystrzeliłam w niego parę blastów. Trzy z nich ominął, czwarta drasnęła go w ramię, zaś piątą przyjął w twarz. Korzystając z okazji kopnęłam go w brzuch. Zleciał na dół wbijając się w ziemię. Pospiesznie przypięłam mandarkerę w należne jej miejsce. Przyodziałam kaptur, stałam się niewidzialna. Zbyt wiele walk toczyło się wokoło by mógł wyczuć moją energię. Miałam przewagę. Kiedy on się rozglądał także to uczyniłam. Chciałam zobaczyć jak sobie radzi reszta wojowników. Kuririn leżał przytłoczony do ziemi, Yamchua ledwo trzymał się na nogach, Son Goku wyglądał jakby miał za moment stracić przytomność. Nic dziwnego! Całą energię przeznaczył na walkę z androidem. Tenshin właśnie był przygniatany do ziemi serią „stalowych” pięści. Jedynie Trunks, Szatan Serduszko i Vegeta jako tako się trzymali. CZY ONI SĄ TAK SŁABI, CZY TO JA JESTEM TAKA SILNA? zastanawiałam się w duchu. A CO Z SON GOHANEM? Klęczał rękoma oparty o ziemię ze spuszczoną głową. O czym mogli rozmawiać? Zniżyłam się lekko w dół by dosłyszeć o czym rozmawiają. Klon, który miał się mną „zaopiekować” teraz znęcał się nad Yamchuą. Jednak musiałam powrócić do swego potwora i dać mu sowitą nauczkę. Wzniosłam się wysoko w górę i odpięłam kamień. Jakoś nie miałam ochoty dzielić się informacją o moim magicznym kamieniu. Zebrałam energię w obu dłoniach po czym je złączyłam ze sobą. Kula mocy powiększyła się. Z blado żółtych przerodziła się w lekką czerwień. Miałam ochotę pozbyć się tego robala w tym momencie. Zamachnąwszy się rzuciłam pocisk w kierunku klona, który brał się za maltretowanie Kuririna wraz z drugim, który był „towarzyszem” ziemianina.. Trafiłam idealnie. Rozwaliłam oba! Padły na ziemię. Zeszłam niżej by się temu przyjrzeć. Klony przez chwilę wiły się z bólu. Wybuchły. Ziemianin jak leżał, tak leżał z rozdziawioną miną nie dowierzając co właśnie zobaczył. Nagle… Rozszedł się po pustkowiu potworny wrzask. Dochodził z dołu. Podbiegłam do krawędzi by sprawdzić co się wydarzyło. To był Son Gohan…

*lampa xylowa - Sztuczne słońce umożliwiające uprawę roślin na planecie Vegeta dające wszystkie niezbędne składniki i minerały. Na planecie słońce lśniło zaledwie 12 godzin.

29. Drugi poziom super wojownika

Nie rozumiałam co się właściwie działo. Przed momentem pokonałam dwa klony i nagle rozległ się krzyk. Co się stało? Reszta niestety nie mogła podejść tak blisko ponieważ byli oblegani przez małe kreatury, które także spoglądały na krzyki młodego Saiyanina.
- Nareszcie- szepnął Son Goku- Pokaż co potrafisz, synu.
Ponownie skierowałam swój wzrok na na rówieśnika. Czy to była prawda, że stał się dużo silniejszy niż przedtem? Poczułam jego moc. Przeszyła moje ciało, aż zadrżałam. Co sprawiło, że tak się zmienił? Przecież jego poziom energii spadł tak nisko, że mogłabym go pokonać bez trudu. To już małe Komórczaki były silniejsze od niego. Biła od niego złocista poświata, gdzie nie gdzie wirowały małe błyski elektryczności. Czy to coś bardziej silniejszego od super wojownika napakowanego sporą dawką mięśni*? Widocznie tak było. Oto on, stał przed kreaturą, która niszczyła tę piękną planetę, on miał pokonać całe te zło.
Klony ponownie zaatakowały swoich przeciwników. Nie miałam swojego więc stałam przy urwisku przyglądając się super wojownikowi. Ten podszedł powoli do Komórczaka z dużą ilością odwagi i nienawiści. Zaczęłam drżeć nie mogąc się doczekać triumfalnego zwycięstwa. DALEJ SON GOHAN! ROZWAL GO! Poruszył się tak szybko, że nie zdążyłam się dokładnie przyjrzeć. Kopnął przeciwnika w brzuch wyrywając z ręki maleńki woreczek, który został odebrany jego ojcu kiedy poczęstował Komórczaka jedną fasolką by ten nie był zmęczony po walce z nim samym. Zacisnęłam pięść. Mimo, że przed oczami miałam tylko ten obraz doprowadzał mnie do szału. Złotowłosy wzbił się w powietrze, zniknął. Nie zdążyłam nawet się rozejrzeć kiedy stanął już przy ojcu. Rozwalił klona. Nie minęła sekunda kiedy stanął przed następnym potworkiem. Stałam osłupiała, z resztą jak każdy. Dwóch ostatnich zeszło się. Wystrzelili parę pocisków po czym czmychnęli. Nie dziwiłam się im ani trochę! Też zapewne bym zwiała, oczywiście będąc na ich miejscu. Son Gohan dogonił ich w ułamku sekundy, przecinając drogę ucieczki. Pozbawiając życia ostatnie dwa stworki wylądował koło ojca wyciągając do niego dłoń z fasolką.
- Weź to- wycedził- Mam coś do załatwienia.
Po tych słowach uniósł się i wylądował koło cyborga, który nadal stał tam w dole. Reszta wojowników przyłączyła się do mnie po uprzednim spożyciu magicznej fasoli by obserwować to co miało za chwilę się wydarzyć. Swoją fasolkę pozostawiłam w sakiewce. Nie czułam by była mi potrzebna. Rozległ się huczny wiatr. Był zimny jak na tak ciepłą pogodę. Przeszedł mnie dreszcz. Zrobiłam krok może dwa w przód. Wojownicy, którzy mieli się ze sobą zmierzyć wrogo spoglądali sobie w twarz. Żadne z nich nie miało zamiaru przegrać.
- Brawo chłopcze- zakpił cyborg- Teraz będziemy walczyć jak równy z równym.
- Nie sądzę- prychnął chłopiec.
- Sugerujesz, że jesteś na tyle…
- By cię pokonać- dokończył Son Gohan.
Stałam jak kołek. Nie mogłam doczekać się by walka się rozpoczęła. Nie, by się zakończyła naszym triumfem. Szczerze, nie sądziłam, że to on będzie tym, który pokona bestię. Nim Komórczak się obejrzał oberwał lądując dziesięć metrów dalej. Podniósł się pokracznie stawiając nogi. Dostał kolejny cios, i kolejny. Kiedy przyjął już sporą porcję ciosów upadł na kolana krztusząc się. Po chwili przy jego nogach leżała blond włosa postać. Wypluł ją!
- To C18!- krzyknął Kuririn- Wypluł ją!
- Super- klasnął w dłonie Yamchua.
- Dobra nasza!- cieszył się Trunks.
- Teraz nie ma szans z Son Gohanem- dopowiedział Tenshin- Miałeś rację Son Goku.
- To prawda- wtrącił Szatan.
Vegeta stał niczym słup soli wbity w ziemię. Miał zaciśnięte pięści jakby zazdrościł chłopcu jego siły. Podeszłam do niego ostrożnie. Usłyszałam zgrzyt jego zębów.
- Zazdrość cię zżera, bracie.
- Milcz- warknął.
- Miałeś swoją szansę- odrzekłam stanowczo.
Książę spojrzał na mnie pytająco. Jego mina żądała logicznych wyjaśnień.
- Kiedy ty byłeś niepokonany pokonałeś samego siebie- dodałam pospiesznie- Przez samego siebie przegrałeś z Komórczakiem.
- Co?- oburzył się- Jak śmiesz…
- Jesteś zakochany we własnej dumie- dodałam oschlej- Głupocie.
Jego złość skierowała się w moją stronę. Nie bałam się. Wymierzył mi cios pięścią, który zablokowałam jedną dłonią bez żadnych problemów. Spojrzał na to z niedowierzaniem. Jego dolna warga zadrżała.
- T-to nie możliwe- wyjąkał.
- Owszem, tak- byłam surowa.
- To ja jestem…
- Świetność naszej dynastii przestała istnieć wraz z wtargnięciem Frezeera w nasze życie- przerwałam mu- Książę… Nie ma już znaczenia czy nim jesteś. Nie musisz być najsilniejszym.
Odepchnęłam jego rękę odchodząc od niego. Uniosłam się delikatnie, przeniosłam w dół skąd mogłam bliżej dojrzeć Komórczaka i Son Gohana. Widziałam przerażonego cyborga, który zmienił wygląd. Ponoć tak wyglądał zanim zjadł androida o ludzkim wyglądzie. Chwilę potem dołączyli do mnie wojownicy by stąd także doglądać walki. Vegeta został na górze. Jak zawsze upokorzony… Młodzieniec ponownie natarł na potwora. Wygraną miał już w kieszeni, a jednak nadal android żył.
- Co robisz!- krzyknęłam- Zabij go!
Złotowłosy spojrzał w moim kierunku, lekko się uśmiechnął po czym wrócił do torturowania przeciwnika.
- Na co on czeka?!- spytałam oburzona jego ojca- Przecież ma szansę teraz go zniszczyć!
- Synu!- zawołał- To nie czas na zabawę!
Pomimo upomnień i próśb wciąż zabawiał się z Komórczakiem. Co on robił? Chwalił sie jaki był silny? Komu chciał udowodnić, że może wszystko?

30. Poświęcenie

Komórczak odskoczył w ostatniej chwili. Son Gohan prawie przyłożył mu w brzuch obiema nogami. Krzyknął by ten zaprzestał swoich ataków:
- Poczekaj- zawołał dysząc.
- Co chcesz?- warknął chłopak- Czy nie tego właśnie chciałeś? Mojej mocy? Widzę, że nie spodziewałeś się klęski. Nie będziesz nikogo więcej nękał!
Cyborg zaczął się trząść. Nie miał dość siły by zaatakować złotowłosego. To prawda, że nie przewidział skutków pożądania ukrytej mocy Saiyanina. Tak samo uczynił co niegdyś mój brat - pozwolił słabemu przeciwnikowi przejąć szalę i doprowadzić do jego zwycięstwa.
- Racja- przytaknął- Nie doceniłem cię chłopcze.
- Za późno już na to- Son Gohan był stanowczy- Pora pożegnać się ze światem.
- I tu masz rację- roześmiał się- Ty także pożegnaj się z życiem.
- Co?- zdziwił się złotowłosy.
- Jeśli nie mogę mieć tej planety to nikt już nie będzie jej miał!- wyjaśnił- Wysadzę ją w powietrze!
Son Gohan spojrzał na niego z przerażeniem. Nie wypowiedział słowa.
- Kiedy sobie tak gadaliśmy obmyśliłem ten plan- dodał- Zebrałem w sobie już dość energii.
A to drań! Zacisnęłam pięści. Zaczęłam nerwowo wymachiwać ogonem. Ta podła kreatura wystrychnęła nas na dudka! Zaczął się poszerzać, aż przybrał kształt nieforemnej kuli. Zamienił się w bombę!
- Jak śmiesz uciekać się do takich sztuczek!- warknął Vegeta- To wszystko twoja wina idioto!
Oczywiście ostatnie słowa były skierowane do Son Gohana. Szczerzę też tak sądziłam. Jak mógł dopuścić do tego? Pozwolić by doszło do tego momentu! Za chwilę miał przecież nastąpić wybuch. Każde z nas miało przejść do historii.
- Musimy coś zrobić!- załkał Kuririn.
- Ciekawe co?- Yamchua był bezradny.
- Wszyscy zginiemy- mruknął posępnie Tenshin.
Złość ogarniała mnie coraz bardziej. Jak mogli spisać wszystkich na straty? Przecież jeszcze nie umarliśmy!
- Na co czekasz?- krzyknęłam do złotowłosego- Atakuj go!
Syn Son Goku’a był już gotowy do ataku kiedy Komórczak powstrzymał go tymi słowami:
- Jeśli poczuję choć jeden maleńki wstrząs wszystko wyleci w powietrze.
- Nastąpi eksplozja…- Son Gohan wymamrotał niczym w transie.
- Przecież właśnie to powiedziałem- warknął.
Android się roześmiał. Mnie wcale nie było do śmiechu. Nie miałam pojęcia jak ratować nasze życia. Komórczak nadął się jeszcze bardziej.
- Zróbcie coś!- warknęłam do mężczyzn zebranych wokół mnie- Nie pozwólcie mu na to!
Wpatrywałam się na każdego po kolei. Nie mieli wspaniałych wyrazów twarzy. Nawet Trunks nie wyglądał na kogoś kto by miał chęci. Tylko Son Goku wyglądał inaczej. Tylko on się do mnie uśmiechnął. Zrobił dwa kroki w przód wciąż z uśmiechniętą twarzą.
- Zabiorę go stąd- powiedział.
- Co?!- krzyknęli jednocześnie wszyscy.
- Użyję błyskawicznej teleportacji- wyjaśnił- Eksplozja nie dosięgnie Ziemi.
Ucieszyły mnie te słowa. Z resztą jak każdego. Mogliśmy odetchnąć z ulgą.
- To wspaniały pomysł- poparłam go- Ale czy zdąży pan wrócić?
Ojciec Son Gohana pokręcił przecząco głową. Wciąż się uśmiechał.
- Mam nadzieję, że kiedy się spotkamy będziesz nie do poznania- położył mi dłoń na ramieniu- Widzę, że czeka cię świetlana przyszłość.
Co to miało znaczyć? Wpatrywałam się w niego niczym w obraz. Przeniósł się do Komórczaka. Delikatnie przyłożył dłoń do ciała „bomby”, pożegnał się po czym oboje zniknęli.
- Nie rób tego, tato!- krzyknął Son Gohan.
Zaczął wrzeszczeć i płakać na zmianę. Było już pewne, że jego ojciec odszedł. Odszedł na zawsze… Poświęcił się ponieważ jego syn uniósł się pychą w pojedynku i przegrał.
- Chciałem pokazać jaki jestem silny- łkał- Cie chciałem by tak to się skończyło.
Podeszłam do niego jako pierwsza. Nie wypowiedziałam ani jednego słowa. Położyłam dłoń na jego ramieniu, koło mnie stanął Trunks.
- Wracajmy do domu- podał mu dłoń.
Son Gohan podniósł się wciąż roniąc łzy. Zerwał się silny wiatr. Poczułam coś dziwnego… Coś… Energię? Padł strzał. Musnął mi policzek jednak to nie mnie trafił.
- Czyżbym trafił Trunksa?- odezwał się znajomy głos.
W kłębach kurzu stał on. Wyłonił się.
- Ty żyjesz??!- zszokowało nas.
- Jak to możliwe?- jęknął Tenshin.
- Przecież…- urwał Yamchua.
- Miałem umrzeć- zadrwił android- Też tak myślałem gdy mnie rozsadzało. Jednak stało się inaczej. Widzisz chłopcze- na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech- Twój tatuś poświęcił się na darmo, i jeszcze przed śmiercią nauczył mnie teleportacji. Cudownie- zaśmiał się- Teraz mnie nie pokonacie, niedołęgi!
Zagotowało się we mnie. Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę. Jak on mógł…
- Jak to jest możliwe?- wymamrotał Vegeta.
- To proste- oświadczył- Dopóki chip, który znajduje się w moim ciele będę odtwarzał się na okrągło.
- Jaki znowu cholerny chip?!
- Ten tutaj- wskazał palcem swoją skroń- Mimo, że jest niewielkich rozmiarów może odtwarzać mnie w nieskończoność.
- Niedoczekanie twoje!- krzyknęłam.
Podbiegłam bliżej zaciskając wściekle pięści. Vegeta dostrzegł, że jego syn z przyszłości umiera. Coś mu odwaliło… Zaczął się wściekać i krzyczeć. Przybrał formę super wojownika po czym ruszył na cyborga krzycząc, że go zabije.
- Vegeta…- jęknęłam- Jesteś na niego za słaby…
Komórczak nawet nie drgnął kiedy Saiyanin okładał go pięściami, ani chwilę później kiedy przyjmował na swoje ciało tysiące pocisków. W końcu jednak rzucił w niego swoim, który powalił Vegetę na obie łopatki. Mężczyzna ledwo dawał sobie radę z oddechem, a co dopiero z obroną! Wystrzelił potężną fale uderzeniową w kierunku Saiyana.
- Vegeta!- krzyknęłam przerażona.
Rzuciłam się w jego kierunku jednak Kuririn mnie powstrzymał zamykając uścisk na mojej klatce piersiowej.
- Nie masz szans z jego mocą- krzyknął.
- To mój brat!- szarpałam się- Nie może go zabić! Nie może!
Choć starałam się wyrwać wciąż krzyczałam, nawoływałam brata by uciekał. Nie mógł zginąć! Po policzku spłynęła łza. Nie sądziłam, że w przeciągu tak krótkiego czasu na Ziemi ujrzę śmierć swojego brata. Nastąpił wybuch. Ogromne głazy rzucały się wokoło. Dotarł do nas w przeciągu paru chwil silny wiatr, aż upadliśmy. Nie chciałam na to patrzeć. Leżałam na ziemi przygnieciona Kuririnem. Chciałam umrzeć. Życie bez Vegety było dla mnie niemożliwe. Nigdy sobie nie wyobrażałam takiego końca. Nie on! Najpierw Son Goku, potem Trunks i teraz on…
- To cud!- krzyknął Tenshin.
- Co?- szepnęłam do siebie.
Powoli otworzyłam oczy, choć bałam się spojrzeć. Podniosłam się wraz z Kuririnem by zobaczyć o jaki cud chodziło Tenshinowi. Na ziemi leżały dwie osoby.To był Son Gohan! Zasłonił Vegetę własnym ciałem! Wyczułam słabą aurę księcia. Żył. Żył dzięki młodemu pół saiyanowi.

Awatar użytkownika
Komatsu117
pisarz
Posty: 115
Rejestracja: 08 lut 2014, 17:32
Lokalizacja: Kraków(Giebułtów)
Kontaktowanie:

Postautor: Komatsu117 » 26 gru 2014, 11:28

Ojej, ale sobie narobiłam zaległości w twoim opowiadaniu :-D
Czas cię trochę poopierdzielać.
Jeśli chodzi o fabułę, to pomysł masz ciekawy i dosyć oryginalny, bo jeszcze nie widziałam żeby ktoś wpadł na pomysł siostry Vegety. Za to plus i to duży. Podoba mi się pomysł z przedstawieniem historii Sary od początku, ale miejscami miałam wrażenie, że zbyłaś część informacji. Akcja, nawet jak na Db, dzieje się za szybko. W zbyt krótkiej partii tekstu dzieje się za dużo. Może to wina za małej ilości opisów. Kiedy dałam swoje opowiadanie usłyszałam dokładnie to samo ;-) Nie lubię opisów, ale bez nich, trzeba to przyznać, nie da się pisać.
Sama Sarah mogłaby być troszkę mniej "narwana", jest młoda ale niektóre jej akcje są dla mnie kompletnie nielogiczne min. kiedy zaatakowała Trunksa, bo myślała, że zabił ją w przyszłości. Jej wściekłość, uzasadnioną z resztą, mogłaś przedstawić nieco inaczej np. w formie myśli, (tu rozwiązuje się problem braku opisów).
Nazwy. Jeżeli piszesz fanfik to powinnaś używać nazw oryginalnych, lub takich, które są najpoprawniejsze. "Nameck'ianin" nie jest dobrą formą Namecjanin brzmi lepiej. To samo z "The Vegetą", samo Vegeta, albo Planeta Vegeta wystarczy.
Dialogi są trochę niespójne. I przede wszystkim zbyt "sztywne". Nie odzwierciedlają naturalności i żywości języka mówionego.
W skrócie, zwróć większą uwagę na sposób w który piszesz.
Ale i tak będę czytać bo widać że sprawia ci to radochę :lol:
I pytanie, mogę narysować swoją wersję Sary?

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

Postautor: Killall » 09 sty 2015, 19:47

Komatsu117 pisze:Ojej, ale sobie narobiłam zaległości w twoim opowiadaniu :-D {...}
I pytanie, mogę narysować swoją wersję Sary?


Dziękuję za odpowiedź, nawet nie wiesz jak mnie to cieszy ;) Tutaj mam jeszcze dość stare odcinki. Ale masz rację, moje dialogi były naprawdę sztywne. Treść sama w sobie się poprawi obiecuję :3 Tylko proszę o cierpliwość xD Nie chce mi się tak dawnych tekstów przerabiać. Może kiedyś na emeryturze :D

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

Postautor: Killall » 09 sty 2015, 20:02

31. Śmierć cyborga

Muzyka

Nie wierzyłam własnym oczom. Z resztą nie tylko ja, Komórczak kipiał ze złości, a moje serce szalało ze szczęścia. Mój jedyny brat żył!
- Ten robak powinien umrzeć- warknął cyborg- Zasłużył na śmierć tak jak wy wszyscy!
- Nie będziesz decydować o losach naszych istnień- krzyknął Son Gohan- Nie pozwolę ci zabijać!
Potwór się roześmiał. Wiedział, że ma przewagę nad nami. Nic mu nie groziło. Nigdy nie wątpił w swoją moc. Los do niego był wciąż uśmiechnięty. Nawet kiedy przegrywał. Zawsze wyszedł z opresji cało, za każdym razem silniejszy.
- Tym razem pozbędę się was na zawsze!- zagroził cyborg- Będę najsilniejszą istotą we wszechświecie, tak jak planował doktor Gero.
- Wypchaj się- krzyknęłam oburzona- Ty i ten twój szalony doktorek!
Zdenerwowałam się ponownie. Miałam już serdecznie dosyć jego pogróżek. Jego postać przyprawiała mnie o mdłości i bóle głowy.
- Czas pokazać ci gdzie jest twoje miejsce.
Komórczak spojrzał w moim kierunku. W przeciągu chwili stał koło mnie. Mój gniew był na tyle silny, że się nie przestraszyłam.
- Mała, głupia dziewczynko…
- Może i mała- warknęłam- Ale głupi to ty jesteś!
Chwilę mi się przyglądał po czym uśmiechnął się szelmowsko. Jak ja tego nienawidziłam.
- Czy my się już nie spotkaliśmy?- zapytał- A tak, przed tym całym głupim turniejem. Odwiedziłaś mnie tutaj.
Cała drżałam. Nienawidziłam go za to co robił. Nienawidziłam go tak samo jak Freezera. Wstrętne kreatury chcące panować nad wszystkim i wszystkimi. Tylko by siali strach wokoło. Android uniósł lekko dłoń kumulując w niej energię, która po chwili przybrał bladożółty odcień.
- Twój czas nadszedł- wycedził przez zęby.
- Zostaw ją!- zawołał Son Gohan.
Właśnie zmierzał w naszym kierunku. Miał uszkodzoną prawą rękę, obdarte ubranie i pokrwawione ciało z licznymi ranami.
- Nie waż się jej tknąć- syknął- To ja jestem twoim przeciwnikiem.
- Co to za różnica?- zaśmiał się- Kiedy ciebie wykończę zajmę się każdym po kolei.
Komórczak odwrócił się w jego stronę, a pocisk, który był przygotowany dla mnie znikł. Syn Son Goku’a zaatakował androida po czym odskoczył daleko w tył. Zaczęła się walka. Chłopak nie był już tak dobry jak ostatnio. Teraz gdyby popełnił choćby jeden błąd mógłby zapłacić za to swoim życiem. Pobiegłam do Vegety, który wciąż leżał na ziemi.
- Vegeta- zawołałam zmartwiona- Jak się czujesz?
Książę otworzył oczy. Był cały poturbowany. Mimo, iż złotowłosy zasłonił go swoim ciałem – oberwał. Nic dziwnego, przecież klony go wycieńczyły.
- Możesz chodzić?- zapytałam pomagając mu wstać.
- Co z nim?- usłyszałam chrapliwy głos.
- Nie żyje…
Nie musiałam pytać o kogo chodziło. To było proste! Właśnie dla Trunksa ryzykował życie, a raczej za niego. Po raz pierwszy zobaczył śmierć osoby bliskiej i to go zgubiło. Chwyciłam brata mocno w pasie po czym wzbiłam się w powietrze by przenieść go do reszty. W tym momencie Komórczak wycelował potężną falą uderzeniową w Son Gohana. Była tak niewyobrażalnie silna, że musiał we własnej obronie utworzyć swoją. Ich siły się wzmagały. Raz jeden był górą, raz drugi. Ten, który by przegrał miał przed sobą tylko śmierć.
- Uciekajcie stąd!- zażądałam- Ja muszę mu pomóc, inaczej zginie.
- Oszalałaś?- przeraził się Yamchua.
- Nie dasz sobie z nim rady- poparł Yamchua’e Tenshin.
- Oni mają rację- dodał Szatan- Zabije cię. Jeśli ci życie miłe zostań tutaj.
Spojrzałam na nich z obrzydzeniem. Jak śmieli nazywać się wojownikami? Przyszli tu po to by obejrzeć fajerwerki? Przyszłam tu walczyć o swoje życie i całego świata.
- I wy śmiecie mówić o sobie wojownicy?- warknęłam zbulwersowana- Nie wstyd wam? Żyjecie po to by walczyć a nie się mazgaić! Drżycie przed jakimś cyborgiem bo boicie się o słane tyłki!- mój głos się podniósł- Nie chcecie pomóc, temu chłopcu? Jak możecie czekać na jego śmierć kiedy jego ojciec oddał za was życie!?
Wszyscy oniemieli. Spoglądali na mnie zupełnie inaczej niż przed momentem. Złość we mnie kipiała. Nie mogłam patrzeć jak oni „bronią” swojego domu. Nigdy nie stracili swojej planety, to nie wiedzieli jak to jest nie mieć gdzie się podziać.
- Wstyd mi za was- dodałam- Ja w przeciwieństwie do was mam duszę wojownika.
Zobaczyłam jak na twarzy Vegety maluje się uśmiech. Odwróciłam się w kierunku walczących. Zrobiłam dwa kroki po czym zdematerializowałam się za złotowłosego. Miałam ściągnięte brwi, a mięśnie były napięte. Ułożyłam dłonie tak by się stykały w nadgarstkach po czym skumulowałam w sobie moc. Wystrzeliłam.
- Razem go zniszczymy- odrzekłam kiedy zaskoczony spojrzał na mnie.
Son Gohan wyrzucił z siebie całą moc. Także wyrzuciłam z siebie olbrzymie pokłady energii. Komórczak znacznie osłabł. Nie miał z nami szans. Wiedziałam, że musiałam oddać całą duszę by oddać wolność ludzkości. NA TOBIE POMSZCZĘ ŚMIERĆ RODZICÓW pomyślałam gniewnie JESTEŚ TAKI SAM JAK ON.
- Przygotuj się na śmierć!- krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.
Wyrzuciłam z siebie kolejną dawkę KI. Wydalałam jej dużo więcej niż mój sprzymierzeniec. Nie był już tak silny.
- Nie mam już siły- zawołał do mnie złotowłosy
- Nie poddawaj się!- byłam stanowcza- Zniszczymy go. Pomścimy śmierć twojego ojca i całej ludzkości.
Wydaliłam ze swojego ciała kolejną porcję energii. Zwycięstwo było w kieszeni! Jednak… Przystopowałam na moment. by Komórczak myślał, że ma przewagę. Chciałam go zaskoczyć. Mieć pewność, że zlikwiduję ten jego zasrany chip, który pozwalał mu odradzać się . Zebrałam w sobie caluśką moc jaką tylko posiadałam, poczułam gorąco. Ciepło, które wychodziło z wnętrza. Zaczęło błyskać. Maleńkie iskry okalały moją aurę, a po chwili zamieniły się w niewielkie błyski prądu. Czułam, że moja moc rośnie. Było to niesamowite uczucie. Nigdy wcześniej się tak nie czułam! Rozbłysło się światło. Czułam jak ze mnie emanuje potężna energia. Son Gohan upadł na kolana głośno dysząc, po chwili opadł na ziemię. Jego włosy przybrały naturalny kolor. Czyżby pozbył się całej mocy? Nie było czasu na takie rozmyślania. Wymierzyłam prosto w cyborga. Nastąpiła eksplozja. Musiałam się spieszyć, nie było czasu na błędy. Wzbiłam się wysoko ponad androida. Wystrzeliłam sporą dawkę KI by nic nie pozostawić po tej kreaturze. Miałam pewność, że tym razem nie wróci. Wylądowałam spoglądając w niebo.
- To dla was…- szepnęłam.
Po paru minutach pojawili się wszyscy. Wołali ze szczęścia. Komórczaka już nie było pośród nas. Rozluźniłam się. Moja moc zanikła. Odwróciłam się w kierunku reszty.
- Zabiliśmy go- rzekłam z powagą.
- Ty to zrobiłaś - poprawił mnie Son Gohan.
- Nie żartuj… – uśmiechnęłam się- Gdyby nie ty… To nic takiego!
Vegeta podszedł do mnie z srogą miną i wysoko podniesioną głową. Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a następnie lekko się uśmiechnął.
- Brawo- oznajmił- Jesteś prawdziwym kosmicznym wojownikiem.
- Naprawdę?- ucieszyłam się.
Książę potaknął. Zaczęłam skakać z radości niczym małe dziecko. Nic lepszego nie mogłam już usłyszeć.
- To nie oznacza, że jesteś najlepsza- dodał- Przed tobą jeszcze długa droga.
Wszyscy się roześmieliśmy. To był kres bólu i cierpienia. Komórczak odszedł na zawsze. Zapanował pokój na Ziemi.
- To niesamowite jak bardzo zmieniła cię sala treningowa- wtrącił Szatan- Nie sądziłem, że w pół roku osiągniesz stadium super wojownika.
- Super wojownika?- zdziwiłam się a wraz ze mną wszyscy poza Son Gohanem.
- Przecież zamieniłaś się w niego podczas walki z Komórczakiem- wyjaśnił Nameckanin.
- Tak było- poparł go Saiyanin.
Przez moment wpatrywałam się w nich jak w obrazek. Nie wierzyłam własnym uszom. Ja? Super wojownik? Czułam tę ogromną moc ale nie sądziłam, że… Że osiągnęłam ten poziom. Niesamowite.
- Wracajmy do rajskiego pałacu- zaproponował Tenshin- Mamy jeszcze dużo pracy.


32. Trzy życzenia

Byliśmy gotowi do drogi. Tenshin pochwycił martwe ciało dwudziestojednoletniego przybysza z przyszłości, a Yamchua postanowił pomóc Son Gohanowi. Przestąpiłam może ze dwa kroki kiedy dostrzegłam leżące ciało nieopodal.
- Żyje?- zapytałam wskazując na ciało.
Kuririn podszedł niepewnie we wskazane miejsce sprawdzając w jakim jest stanie to ciało.
- Żyje- odetchnął- Musimy ją zabrać.
- Zwariowałeś??!- warknął Vegeta.
Łysy mężczyzna spojrzał gniewnie w kierunku mojego brata. Pochwycił kobietę i wzbił się w powietrze. Ruszyliśmy w drogę. Kiedy zmierzaliśmy w stronę pałacu rozmyślałam nad tym co się wydarzyło. Czy gdybym wcześniej zaatakowała Komórczaka ojciec Son Gohana by żył. Był dobrym człowiekiem i poświęcił się na darmo gdyż ten stwór wrócił do nas. Czy to było sprawiedliwe? Ten chłopak poświęcił się by ocalić życie mojego brata, który by także odszedł ode mnie. Nie miałabym nikogo, a tak mam jego. Dziwnie się czułam. Osiągnęłam poziom super wojownika, a mimo tego nie było tej wspaniałej radości we mnie. Jak by to był kolejny szary dzień w moim życiu. Odszedł ktoś, kto nie powinien… Nie lubiłam śmierci – zbyt dużo się jej naoglądałam w dzieciństwie. W milczeniu także pozostał Son Gohan. Nic dziwnego, stracił ojca. Vegeta i reszta wymieniali się różnymi uwagami dotyczących walki bądź wyczynu Kuririna, który wziął ze sobą naszego wroga. Co będzie kiedy zechce ponownie siać postrach i zniszczenie? Mimo tych uwag nie interesowałam się tym zbytnio. Jeśli miało by to nastąpić, trzeba będzie się z tym uporać posyłając androidkę na tamten świat. Komórczak był przecież dużo silniejszy od niej mimo, iż była silniejsza od C17, który mógł już teoretycznie nie istnieć. Przecież był pochłonięty. Dotarliśmy w końcu na miejsce gdzie ciepło choć ze smutkiem zostaliśmy powitani. Jedynie ci, którzy nie widzieli, nie mieli pojęcia o śmierci swojego przyjaciela…
- Cieszę się, że to już koniec- radował się Dendie- Ulepszyłem przez ten czas kryształowe kule.
- To znaczy?- zdziwił się Szatan Serduszko.
- Od teraz macie po trzy życzenia rocznie- oświadczył.
- Jesteś wielki!- ucieszył się Kuririn- Trzy życzenia w jeden dzień zamiast w trzy lata!
Owe kryształy leżały idealnie ułożone w koło gdzie jedno gwiezdna kula spoczywała w samym środku kręgu. Pierwszy raz ujrzałam je wszystkie. Były piękne. Obudziła się androidka. Była zaskoczona naszym widokiem. Przez chwilę miała zabawny wyraz twarzy. Miałam ochotę parsknąć śmiechem.
- Gdzie ja jestem i co tu robicie!?- krzyknęła wstając niczym oparzona.
- To jest rajski pałac- oświadczył Szatan- Tutaj nie masz żadnej władzy.
- Kuririn zabrał cię po walce z Komórczakiem- wyjaśnił Tenshin- Powinnaś mu podziękować, że nie pozwolił cię zniszczyć.
- Sama zadecyduję- prychnęła- Nie prosiłam się o współczucie.
Kuririn poczerwieniał po czym zmarkotniał. Może mi się zdawało, ale widziałam rumieńce na jego policzkach. CZYŻBY MU SIĘ PODOBAŁA? przeszło mi przez myśl NIE… TO ABSURD.
- Nie musisz mi dziękować- jęknął Kuririn- Możesz zacząć nowe życie.
- Co to niby znaczy?- zdziwiła się.
- To co powiedział- syknęłam- Komórczak nie istnieje.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że pokonaliście go?
Wszyscy potaknęliśmy w tym samym momencie. Blondynka rozejrzała się po naszych twarzach.
- Takie miernoty?- nie dowierzała.
- Właśnie takie- byłam tak samo nie uprzejma.
Kobieta nie miała ochoty więcej z nami rozmawiać. Odbiegła kawałek i zanim odleciała zakazała komukolwiek za nią podążać.
- Tylko nie narozrabiaj- krzyknął za nią Vegeta- Jeśli coś zrobisz zniszczę cie!
Yamchua i Tenshin roześmieli się. Nie wiedziałam co mogło ich tak rozbawić.
- Czas zająć się ważniejszymi rzeczami- zniecierpliwił się Szatan Serduszko.
- To prawda- potaknął Dendie.

Muzyka

Młody nameck’anin skierował swoje zielone dłonie w kierunku smoczych kul przywołując Boskiego Smoka. Nagle niebo zrobiło się czarne jak smoła, a z kul wyłoniła się błyskawica, która wystrzeliła wysoko ponad nas. Wędrowała po niebie rysując coś na kształt szlaczków. Złote światło przeistoczyło się w zielonego smoka. Był niesamowity. Niczego podobnego w życiu nie spotkałam! Był długi nieskończenie a jego postać wychodziła z blasku spowitego nad magicznymi kryształami.
- Witaj Boski Smoku- powitał go Dende.
- Mam niewiele czasu więc proszę o wybranie trzech życzeń w miarę szybkim czasie- odezwał się grubym i potężnym głosem.
- Nie ma sprawy- zawołał Kuririn- Czy możesz ożywić Trunksa?
Oczy zaiskrzyły mu niczym płomienne kule. Skinął lekko głową.
- Twoje życzenie zostało spełnione.
Spojrzałam na ciało Trunksa. Dostrzegłam, że poruszył palcem, a po chwili się podniósł z kamiennej posadzki rozglądając wokoło.
- Rany!- ztłumiłam okrzyk- On naprawdę żyje!
Aż podskoczyłam, w końcu nie codziennie widuje się takie zjawiska. Jeśli on żył to oznaczało, że ojciec Son Gohana także mógł otrzymać kolejne. Trunks spojrzał oniemiało w swoje oblicze. Miał dziurę w pancerzu lecz całą skórę i zero zadrapań. Był jak nowy. Spojrzał na Boskiego Smoka. Zapewne też widział go poraz pierwszy, w końcu tam skąd pochodził Szatan Serduszko nie istniał więc nie miał sposobu spojrzeć w blask kryształu smoczej kuli. A gdyby tak odnaleźli nową Nameck? Sprowadziłby nowego Wszechmogącego, który odbudował by ten chaotyczny świat bez wojowników. Mógłby ożywić wszystkich poległych w walce z Androidami. To była myśl!
- Mam pytanie smoku- odezwał się ponownie Kuririn- Czy mógłbyś przemienić cyborgi w ludzi?
- Prosisz mnie o coś co jest poza moją kontrolą- odpowiedział- Nie mam takiej mocy.
- Rozumiem- zmarkotniał- A czy możesz pozbawić ich bomb umieszczonych w ich ciałach?
- To mogę zrobić.
Jego oczy ponownie zaczęły błyszczeć. Jednak Boski Smok miał ograniczoną moc. Jak to było możliwe? Przecież ponoć był wszechmocny.
- A możesz ożywić pana Son Goku?- zadałam pytanie.
- Nie- odezwał się smok- Jego limit się wyczerpał.
- Jak to wyczerpał?- zdziwiłam się.
Szatan Serduszko wyjaśnił mi, że Ziemski smok może tylko trzy razy wskrzesić każdego, jednak nameckański smok potrafi wskrzeszać nieskończenie.
- Jakie jest ostatnie życzenie?- zagrzmiał głos smoka.
- Przywróć do życia wszystkich zabitych przez Komórczaka- odezwał się Son Gohan.
Jego życzenie zostało spełnione lecz Son Goku nie powrócił do życia. Mieliśmy więc go nie spotkać w tym życiu…

33. Nowy dom.


Muzyka

Zawiał lekko wiatr. Niebo ponownie przybrało błękitnego koloru a kryształowe kule rozeszły się po świecie zamieniając się w kamienie. Nastąpił pokój. Nie było już żadnego zagrożenia. Pożegnałam się ze wszystkimi. Każdy poleciał w swoją stronę, a ja Trunks i Vegeta do domu Bulmy.Kiedy usłyszała o śmierci Son Goku’a posmutniała, ale wiedziała, że to tak się mogło skończyć.
Wieczorem, kiedy zasiedliśmy do kolacji Bulma ostro rozmawiała o czymś z Vegetą. Choć byli głośno nie mogliśmy z Trunksem dojść to tego, o co mogło jej chodzić.
- Wracasz do domu?- zapytałam fioletowo-włosego- Do przyszłości?
- Myślę, że najpóźniej za dwa dni- oświadczył.
- A odwiedzisz nas jeszcze kiedyś?
- Myślę, że tak.
Uśmiechnęliśmy się do siebie. Choć różniło nas parę lat (osiem bez sali treningowej, a z nią dziewięć i pół) to czułam, że wiele nas łączyło. Nawet,jako chłopak był bardzo przystojny. Szkoda, że był moim bratankiem. Książę i córka pana domu wrócili zasiadając do stołu.
- Jeżeli chcesz tu mieszkać- zaczęła- Musisz zacząć się uczyć.
Oboje z Trunksem spojrzeliśmy po sobie a następnie na kobietę. O co jej chodziło?
- Chyba nie chcesz wiecznie mieszkać na dworze- dodała nakładając sobie mięso-Dom jest na tyle duży, że i dla ciebie znajdzie się pokój.
- Ale chyba nie do mnie to mówisz?- zapytał ostrożnie Trunks.
- Oczywiście, że nie- zaśmiała się- Mówię do twojej ciotki, że tak powiem.
Właśnie przełykałam ciepłego ziemniaka, który momentalnie stanął mi w gardle.
- Czo?- wykrztusiłam- Ja?
- Jesteś przecież siostrą Vegety- dopowiedziała wesoło- Jesteśmy jak rodzina.
- Rodzina?- zamyśliłam się.
Oczywiście się zgodziłam. Na początek dostałam pokój gościnny by mogli przygotować ten dla mnie. Naukę miałam rozpocząć po odlocie Trunksa do przyszłości. Wiedziałam, że czekało mnie nieznane, w końcu tu ludzie uczyli się,czego innego, a ja o ich świecie nie miałam pojęcia. Przypomniał mi się dzień,w którym Kuririn główkował nad zadaniami Son Gohana i Dende’go w rajskim pałacu. To było przed moim wejściem do pokoju ducha i czasu. Bulma obiecała mi najlepszego korepetytora. To była niesamowicie energiczna kobieta.
- Tyle pracy tylko po to by wysadzić wszystko w powietrze!- oburzyła się niebiesko włosa- Po prostu skandal.
- Przecież to był tylko robot- burknął Vegeta- Nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem.
- Ty się lepiej nie odzywaj- warknęła na niego.
Vegeta aż podskoczył na krześle. To była chyba jedyna istota, poza mną, która nie bała się go wcale. No, może jeszcze Son Goku…
- Nawet nie wiesz ile mnie to kosztowało zachodu- podniosła głos- Tyle nieprzespanych nocy i jeszcze dziecko…
Widać było, że dostarczała swojemu organizmowi mało snu. Zauważyłam to już wtedy,gdy ją odwiedziłam. Więc pracowała wtedy nad C16. Tego wieczoru położyliśmy się dość wcześnie. Nie musieliśmy się niczym martwić, w dodatku odpoczynek się nam należał. Po tym wszystkim, co musieliśmy przejść nasze ciała pragnęły porządnego odpoczynku i długiego snu. Miałam tej nocy sporo koszmarów.Widziałam Komórczaka i Freezera. Razem chcieli opanować Ziemię. Potem rodzice ina koniec nieżyjący już Saiyanin – syn Bardoca.
Obudziłam się. Była może trzecia nad ranem. Podeszłam do okna. Niebo było rozgwieżdżone. Księżyc był prawie w pełni. Musiałam pamiętać by nie spoglądać w jego kierunku. Gdybym rozwaliła tę budowlę zapewne Bulma urwałaby mi głowę.

Muzyka

Wyszłam na balkon by zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Co tu robisz?- usłyszałam.
- Nie mogę spać.
- Ja też- przyznał.
Nie mówiliśmy nic. Wpatrywaliśmy się w migoczące gwiazdy rozmyślając o wielu rzeczach. Zapewne tak jak ja myślami był w przeszłości.
- Jesteś teraz w stanie pokonać i takich dziesięciu- odparłam wesoło
- Nie przesadzajmy- zaśmiał się cicho.
- Pamiętaj o Komórczaku- pouczyłam go- Bo ponownie przyleci gdzieś by terroryzować świat.
Trunks nie mógł dopuścić do ponownego powtórzenia się tej historii gdzie zginął z rąk Komórczaka z powodu swojej nieostrożności.
- Kiedy przyjdzie cię zabić pozdrów go ode mnie- zachichotałam.
- Przecież nie będzie cię znał.
- Nie szkodzi.
Zaczęliśmy opowiadać sobie jak wyglądał mój świat, w którym żyłam oraz ten,który był w tragicznym stanie. Niebieskooki obiecał, że dowie się czy czase mnie było słychać tam czegoś na mój temat. Bardzo chciałam wiedzieć czy gdzieś mnie nie było. Zapewne nie, bo bym walczyła z cyborgami. Pożegnałam się i wróciłam do łóżka. Więcej nie śniłam o potworach.

SAGA: PODRÓŻE W CZASIE

34. Powrót do przeszłości

Muzyka

Obudziłam się wczesnym rankiem. Dużo myślałam o tym co mi niegdyś opowiadał Trunks. Skoro nie mogłam odtworzyć swojego świata, by wszystko wróciło do normy postanowiłam zmienić przeszłość, która byłaby alternatywną teraźniejszością i przyszłością Sary. Nie chciałam dopuścić do tego by zginęła, by przeszła to samo co ja lub co gorsza zginęła i nikt o niej by nie pamiętał tak jak w przyszłości Trunksa. Ubrałam się i na palcach powędrowałam do pokoju, w którym spał chłopak z przyszłości. Tylko pożyczam pomyślałam sięgając do kieszeni jeansowej kurtki. Wyciągnęłam maleńkie pudełeczko, kiedy je otworzyłam ujrzałam pięć małych kapsułek i dwie duże. Wszystkie ponumerowane. Wyciągnęłam tę dużą i zadbaną. Tamta zapewne „należała” do Komórczaka. Schowałam pudełeczko z powrotem w to samo miejsce, w którym było pozostawione. Zamykając za sobą drzwi westchnęłam głęboko. Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo mi poszło! W sumie to była najłatwiejsza część mojego planu. Wróciłam do swojego pokoju i otworzyłam okno. Wyleciałam na zewnątrz kierując się za miasto. Wylądowałam na pustkowiu gdzie otaczała mnie bujna roślinność. Ptaki cicho ćwierkały, a słońce lekko ogrzewało moją twarz. W oddali było słychać szum strumyka. Wyciągnęłam zza kombinezonu skradziony przedmiot. Zaczęłam się mu uważnie przyglądać. Wcisnęłam guzik i wyżuciłam przed siebie. Buchnęło a chwilę później moim oczom ukazał się statek do podróżowania w czasie.
- I pomyśleć, że Bulma to stworzyła- byłam pozytywnie zaskoczona- Ale cacko.
Weszłam do środka. Otoczyło mnie mnóstwo kolorowych guzików i dźwigni. Nie widziałam nawet tylu w kapsułach kosmicznych. Byłam w kropce. Skąd miałam wiedzieć do czego służył każdy z osobna? Opuściłam głowę głośno wzdychając. Ni stąd ni zowąd moim oczom ukazał się panel przy, którym było napisane AUTO. To chyba był mój szczęśliwy dzień. Wcisnęłam go pospiesznie. Zapaliły się światła, a kapsuła się zamknęła.
- Dokąd?- usłyszałam mechaniczny głos.
- Że co?- zdziwiłam się.
- Podaj współrzędne- odezwał się ponownie.
Chwilę się zastanawiałam co odpowiedzieć komputerowi, albo przynajmniej wyrazić się stosunkowo jasno.
- Siedem lat wstecz, planeta Vegeta- odrzekłam pewniej.
Coś zgrzytnęło, pisnęło, a statek uniósł się w górę. Zaczął się trząść i wirować. Otaczało mnie wiele przeróżnych świateł, błysków i wirów. Wszystko było zamazane. Zaczęło zbierać mi się na wymioty.
- Matko… Jak Trunksowi to nie przeszkadza to…- jęknęłam ledwo mogąc oddychać.
Nie wiedziałam ile trwała podróż ponieważ zemdlałam. Otworzyłam oczy i oszalałam niemal, że z radości. Byłam na Vegecie! Wszystko wyglądało tak jak zapamiętałam! Było to dla mnie czymś niesamowitym. Wysiadłam z pojazdu niczym wystrzelona z procy. Łzy napływały mi do oczu. Czułam się taka szczęśliwa. Wzbiłam się w przestworza. Zaczęłam oblatywać planetę śmiejąc się bardzo głośno, że straciłam poczucie czasu. Tu było dziesięć razy większe ciążenie niż na Ziemi. Jednak szybko się z tym oswoiłam. W końcu wylądowałam by schować statek z powrotem do kapsułki pach-bach . Po wykonaniu tej czynności postanowiłam przejść się po planecie, po królestwie, spotkać te wszystkie twarze… Uśmiechały się do mnie, pozdrawiały. Dzieci spoglądały z ogromnymi oczyma, a mężni wojownicy spode łba. Wyglądałam jak wojownik. Przecież to ja… To ja byłam wojownikiem! To ja przetrwałam całe zło. Pokazałam, że zasługuję na miano kosmicznego wojownika. Zrobiło mi się momentalnie smutniej, wróciły złe wspomnienia i obrazy z dnia, w którym moje zmieniło się w piekło. Nasza rasa wyginęła… Ruszyłam pędem w stronę pałacu. Musiałam ostrzec rodziców przed ich końcem! Przecież właśnie temu się tu znalazłam – by ich ocalić. Dobiegłam do olbrzymiej budowli, w której mieszkałam siedem lat temu. Weszłam do środka i skierowałam się do sali tronowej. Kiedy dotarłam do drzwi dostrzegłam dwóch strażników – Marca i Xairsa. Podeszłam do nic, a ci zagrodzili mi drogę włóczniami.
- Czego chcesz?- warknął Marc.
- Przepuśćcie mnie- odrzekłam stanowczo- Ja do króla.
Przecież nie mogłam im powiedzieć, że pochodzę z przyszłości i należę do rodziny królewskiej. Saiyanie nie zwykli wierzyć w takie opowieści.
- Od tak sobie nie możesz tam wejść- byli nieugięci.
- Muszę!- niecierpliwiłam się- To sprawa życia i śmierci.
Rozległ się wesoły śmiech obu strażników. Mogłam się domyśleć, że tak będzie. Co miałam robić? Pobić strażników? Czyżbym nie miała innego wyjścia?
- Jeśli mnie nie wpuścicie będę zmuszona wam przyłożyć- odparłam ironicznie.
Ich śmiech stał się jeszcze bardziej donośniejszy. Byłam nieziemsko poirytowana. Chyba jednak musiałam im dokopać. Moc zaczęła we mnie wzbierać. Mężczyznom włączyły się detektory mierząc moją siłę ciosu. Chciałam ich nastraszyć i tak się stało – stanęli dęba.
- To nie możliwe- pisnął Xairs.
- Nie możesz mieć takiej mocy- nie krył przerażenia także drugi strażnik.
- Owszem, mogę- wyprostowałam się pusząc się jak paw- I jeśli mnie nie wpuścicie poczujecie ją na sobie!
Zdenerwowani rzucili się w moim kierunku by bronić króla. To także było do przewidzenia.
- Jak małe dzieci- wzruszyłam ramionami.
Zrobiłam dwa zgrabne uniki po czym jednemu i drugiemu sprzedałam pięść. Możliwe, że zbyt dużej siły użyłam. Nie musiałam przecież ich maltretować.
- Dziękuję za audiencję- zachichotałam.
Weszłam w końcu do środka. Wszystko było dokładnie jak sprzed paru laty. Czerwone kotary, lśniące wazy- łupy po zdobytych planetach, które Freezer nam odstąpił i oczywiście dwa trony, na których przesiadywali władcy. Siedział tam we własnej osobie król Vegeta oraz jego prześliczna małżonka Verinia. Zadrżałam. Oni nic się nie zmienili. Podeszłam nqa tyle blisko by mnie dostrzeli.
- Witaj królu- ukłoniłam się- Musisz mnie wysłuchać, królu.
- O co chodzi?- zapytał niezainteresowany.
- Za niedługo zostaniemy zaatakowani przez Freezera- wyjaśniłam- Musicie być przygotowani do walki. Musisz mi uwierzyć! To nie są żarty…

Muzyka

W sali tronowej zapanowała cisza. Usłyszałam nierówny oddech królowej. Przyglądali się mi uważnie. Zapewne gdyby mnie to spotkało także była bym zaskoczona. Nie co dzień zjawia się nastoletnia dziewczyna z takimi wieściami.
- Co to za brednie!?- oburzył się ojciec.
- To prawda! Musisz mi uwierzyć!- zaczęłam bronić się w panice- Cały lud, planeta… Przestaną istnieć! Freezer wszystko…
- Straże!- krzyknął gniewnie.
Pojawili się w drzwiach boleli saiyańscy strażnicy. Mieli przerażone miny niczym zbite psy. Byłam pewna, że kuksańce, które przyjęli ode mnie były zbyt mocne. Nie zdążyli się jeszcze pozbierać.
- Kto te dziecko tu wpuścił?
- Zaatakowała nas- wyżalił się Macr.
- Nie mieliśmy szans- dodał Xairs.
- Chcecie mi wmówić, że to dziecko wam przylało?- nie dowierzał- Banda idiotów.
- To prawda królu- poparłam strażników- Nie chcieli mnie wpuścić to im przylałam. Wiem, zbyt mocno.
Vegeta się zdenerwował. Poczułam jego podniesioną moc. Ruszył w moim kierunku by mnie unieszkodliwić. Wciąż robiłam uniki, a ten machał pięściami niczym na oślep, które co parę chwil stykały się z betonowymi filarami. W końcu oddałam cios prosto w brzuch. Trafiony król odleciał w tył na drugi koniec komnaty. Automatycznie podbiegłam do niego z przestrachem w oczach. UDERZYŁAM OJCA!
- Wybacz…
- Kim jesteś?- syknął podnosząc się- Jak to możliwe, że taki dzieciak może mieć w sobie tyle siły?
- Nie bardzo mogę się przedstawić, mój panie- zmarkotniałam- Jednak mogę pokazać co się niebawem wydarzy. Wystarczy, że mnie dotkniesz.
Król niechętnie do mnie podszedł chwytając za lewe ramię. Poczułam dziwną pustkę. Tak dawno nie czułam tego dotyku. Dotyku, który sprawiał, że wszystkie troski znikały, pryskał strach niczym bańka mydlana, a dziś był obojętny. Pomimo tylu lat nie potrafiłam przyzwyczaić się do tego, iż ich nie ma i już nie będzie. Vegeta spojrzał na mnie badawczo. Przestałam rozmyślać i wróciłam do działania.
- I ty królowo- zachęciłam- Proszę.
Verinia także podeszła i położyła delikatnie dłoń na tym samym ramieniu co ojciec.
- Zamknijcie oczy- poleciłam- I oglądajcie.
Oboje zamknęli oczy mimo, że nie podobał się im ten pomysł. Również zamknęłam swoje. Przed naszymi oczyma z czarnej otchłani wyłoniła się ta sama droga, którą biegłam do komnaty królów.
Było słychać krzyki i eksplozje. Na ziemi leżało parę zgasłych ciał. Wszędzie unosił się pył i co jakiś czas dało się widzieć zniszczenia. Pojawił się jeden z podwładnych Freezera…

Powrócił do sali tronowej. Rozległ się krzyk matki…

Byliśmy w środku, naszym oczom ukazał się przykry widok…

Martwa kobieta w kałuży własnej krwi…

Przy niej zrozpaczony król…

I on…

Ten, który zabił…

Zniszczył wiele istnień…

FREZER.

Zabił mężczyznę…

Teraz byliśmy w statku…


Po policzku spłynęła łza. Ponownie przechodziłam to samo. Potworny ból nasilał się w okolicach serca. Nie miałam ochoty tego oglądać. Dla mnie to było zbyt wiele.
Nastąpił wybuch…
Eksplozja była potężna, że statek kosmiczny usunął się lekko w tył. Nastąpił kres saiyańskich istnień…
Verinia odskoczyła niczym oparzona. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Król także zdjął swoją dłoń i podszedł do małżonki.
- Właśnie ujrzeliście swoją śmierć- szepnęłam spuszczając głowę.
Król Vegeta poczerwieniał ze złości. Nie był w stanie pojąć tego co przed chwilą zobaczył. Zapewne sama bym nie uwierzyła. Zareagowałabym podobnie.
- Jak to jest możliwe?- zapytała niezręcznie królowa.
- Freezer zaatakował nas bo bał się, że któregoś dnia zbuntujemy się przeciwko jemu i pozbawimy go władzy- wyjaśniłam.
Właśnie do komnaty wbiegła mała dziewczynka z bardzo uśmiechniętą buzią. Podbiegła do królowej, uścisnęła ją z miłością. Ja… Bardzo za tym tęskniłam. Czy ktokolwiek by chciał spędzić całe dzieciństwo będąc pozbawionym jakiejkolwiek miłości. Nie mogłam dopuścić by ona musiała przez to przechodzić.
- Nie pozwólcie na to by wasza córka musiała przez to przechodzić- rzekłam zaciskając pięść- Nie może stracić rodziny, nie możecie wyginąć.
Władca planety chwycił mnie za nadgarstek odciągając na bok. Czym go tak zdenerwowałam? Był dostatecznie poruszony obrazem, którego był świadkiem, ale rozmowa o śmierci przy jego czteroletniej córce rozjuszyła w nim ogień. Możliwe, że źle zrobiłam wypowiadając te słowa przy niej lecz nie widziałam innego wyjścia by przekonać tych dwoje do działania. Ja musiałam przez to przechodzić! Nikt mnie przed tym nie uchronił.
- Jak śmiesz mówić o takich rzeczach przy dziecku!?- warknął- Kto ci dał takie prawo? Do opowiadania nam takich rzeczy?
- Nikt mi tego prawa nie nadał- odrzekłam spokojnie- Jestem tu z wyboru i z myślą o waszym losie. Przybywam z przyszłości, w której nie istnieje już ten świat- zrobiłam się lekko nerwowa- Pragnę wam tylko pomóc by ponownie to nie nastąpiło.
- Po co to robisz?
- Ponieważ moi rodzice nie żyją a jej nie- wskazałam na małą- Choć moi umarli to jej wciąż mogą istnieć, tu i teraz. Mimo, iż ich tym nie ożywię przynajmniej będę wiedzieć, że tu są- wzięłam głęboki oddech- Ci, którzy przeżyli musieli służyć mu aż do śmierci. Ja jako jedyna doczekałam jego śmierci. Jedyni Saiyanie jakich znam to wasz syn Vegeta i syn naukowca, który od dziecka mieszka na innej planecie.
- Kim ty jesteś?- usłyszałam ponownie.
- Jeżeli będę mogła to ci później wszystko wyjaśnię- byłam stanowcza- Teraz nie mogę nic powiedzieć.
Opowiedziałam o wszystkich podłościach Freezera i dobroci mieszkańców planety, na której mieszkałam obecnie. Chciałam poczuć uścisk ojca lecz nie pozwoliłam sobie na te myśli. Nie byłam już dzieckiem. Byłam sierotą, która by przeżyć musiała nauczyć się walczyć z przeciwnościami losu.
- Pozwól swojej córce być wojownikiem- dodałam jeszcze- Ona naprawdę tego bardzo pragnie. Będziesz z niej jeszcze dumny.
Wyobraziłam sobie maleńką saiyańską księżniczkę trenującą pod czujnym okiem ojca, brata i Gartu. Jak szczęśliwie dorasta.
- Królu, zostanę tu tak długo póki Freezer nie przybędzie i nie wyląduje na drugim świecie.
- A kiedy to nastąpi?- zapytał zaniepokojony.
- Według moich danych po skończeniu się pełni.
- Za cztery dni…- pomyślał głośno.
Ojciec odprowadził mnie do komnaty, w której miałam zamieszkać do czasu nalotu. Usiadłam na łoże tępo spoglądając swoje buty. Po tym wszystkim miałam wrócić do czasów obecnych, gdzie moi rodzice nie istnieli… Westchnęłam głęboko opadając na poduszki.

- To będzie męcząca przygoda…

[center]***[/center]

Pogoda jest piękna. Gdzie nie spojrzę widzę cudowne słońce. Wiosna. Tak, przyszła i do mnie i uśmiecha się.

Z moim psem jest różnie. Czasem wesoły, czasem szlocha w kontach. Biedny malec. Choć ma 13 lat wciąż wydaje się być pełen wigoru, jednak to oko… Tak, nie widzi na jedno. Łzawi, wciąż jest mokre i zamknięte. Nie sposób się do niego zbliżyć. Mój pies odchodzi? Jak długo będzie to trwać? Jest zemną jakby od zawsze, nie chcę by mnie zostawił, a jeśli straci drugie oko? Cóż wtedy się wydarzy? Z jednym można żyć, a bez żadnego? To nie jest człowiek, może nie sprostać prostym czynnościom, okaleczyć się… Przykre, a jednak prawdziwe…

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

Postautor: Killall » 10 sty 2015, 00:28

35. Wspomnienia


Muzyka

W sali tronowej zapanowała cisza. Usłyszałam nierówny oddech królowej. Przyglądali się mi uważnie. Zapewne gdyby mnie to spotkało także była bym zaskoczona. Nie co dzień zjawia się nastoletnia dziewczyna z takimi wieściami.
- Co to za brednie!?- oburzył się ojciec.
- To prawda! Musisz mi uwierzyć!- zaczęłam bronić się w panice- Cały lud, planeta… Przestaną istnieć! Freezer wszystko…
- Straże!- krzyknął gniewnie.
Pojawili się w drzwiach saiyańscy boleli strażnicy. Mieli przerażone miny niczym zbite psy. Byłam pewna, że kuksańce, które przyjęli ode mnie były zbyt mocne. Nie zdążyli się jeszcze pozbierać.
- Kto te dziecko tu wpuścił?
- Zaatakowała nas- wyżalił się Macr.
- Nie mieliśmy szans- dodał Xairs.
- Chcecie mi wmówić, że to dziecko wam przylało?- nie dowierzał- Banda idiotów.
- To prawda królu- poparłam strażników- Nie chcieli mnie wpuścić to im przylałam. Wiem, zbyt mocno.
Vegeta się zdenerwował. Poczułam jego podniesioną moc. Ruszył w moim kierunku by mnie unieszkodliwić. Wciąż robiłam uniki, a ten machał pięściami niczym na oślep, które co parę chwil stykały się z betonowymi filarami. W końcu oddałam cios prosto w brzuch. Trafiony król odleciał w tył na drugi koniec komnaty. Automatycznie podbiegłam do niego z przestrachem w oczach. UDERZYŁAM OJCA!
- Wybacz…
- Kim jesteś?- syknął podnosząc się- Jak to możliwe, że taki dzieciak może mieć w sobie tyle siły?
- Nie bardzo mogę się przedstawić, mój panie- zmarkotniałam- Jednak mogę pokazać co się niebawem wydarzy. Wystarczy, że mnie dotkniesz.
Król niechętnie do mnie podszedł chwytając za lewe ramię. Poczułam dziwną pustkę. Tak dawno nie czułam tego dotyku. Dotyku, który sprawiał, że wszystkie troski znikały, pryskał strach niczym bańka mydlana, a dziś był obojętny. Pomimo tylu lat nie potrafiłam przyzwyczaić się do tego, iż ich nie ma i już nie będzie. Vegeta spojrzał na mnie badawczo. Przestałam rozmyślać i wróciłam do działania.
- I ty królowo- zachęciłam- Proszę.
Verinia także podeszła i położyła delikatnie dłoń na tym samym ramieniu co ojciec.
- Zamknijcie oczy- poleciłam- I oglądajcie.
Oboje zamknęli oczy mimo, że nie podobał się im ten pomysł. Również zamknęłam swoje. Przed naszymi oczyma z czarnej otchłani wyłoniła się ta sama droga, którą biegłam do komnaty królów.
Było słychać krzyki i eksplozje. Na ziemi leżało parę zgasłych ciał. Wszędzie unosił się pył i co jakiś czas dało się widzieć zniszczenia. Pojawił się jeden z podwładnych Freezera…

Powrócił do sali tronowej. Rozległ się krzyk matki…

Byliśmy w środku, naszym oczom ukazał się przykry widok…

Martwa kobieta w kałuży własnej krwi…

Przy niej zrozpaczony król…

I on…

Ten, który zabił…

Zniszczył wiele istnień…

FREZER.

Zabił mężczyznę…

Teraz byliśmy w statku…

Po policzku spłynęła łza. Ponownie przechodziłam to samo. Potworny ból nasilał się w okolicach serca. Nie miałam ochoty tego oglądać. Dla mnie to było zbyt wiele.

Nastąpił wybuch…

Eksplozja była potężna, że statek kosmiczny usunął się lekko w tył. Nastąpił kres saiyańskich istnień…


Verinia odskoczyła niczym oparzona. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Król także zdjął swoją dłoń i podszedł do małżonki.
- Właśnie ujrzeliście swoją śmierć- szepnęłam spuszczając głowę.
Król Vegeta poczerwieniał ze złości. Nie był w stanie pojąć tego co przed chwilą zobaczył. Zapewne sama bym nie uwierzyła. Zareagowałabym podobnie.
- Jak to jest możliwe?- zapytała niezręcznie królowa.
- Freezer zaatakował nas bo bał się, że któregoś dnia zbuntujemy się przeciwko jemu i pozbawimy go władzy- wyjaśniłam.
Właśnie do komnaty wbiegła mała dziewczynka z bardzo uśmiechniętą buzią. Podbiegła do królowej, uścisnęła ją z miłością. Ja… Bardzo za tym tęskniłam. Czy ktokolwiek by chciał spędzić całe dzieciństwo będąc pozbawionym jakiejkolwiek miłości. Nie mogłam dopuścić by ona musiała przez to przechodzić.
- Nie pozwólcie na to by wasza córka musiała przez to przechodzić- rzekłam zaciskając pięść- Nie może stracić rodziny, nie możecie wyginąć.
Władca planety chwycił mnie za nadgarstek odciągając na bok. Czym go tak zdenerwowałam? Był dostatecznie poruszony obrazem, którego był świadkiem, ale rozmowa o śmierci przy jego czteroletniej córce rozjuszyła w nim ogień. Możliwe, że źle zrobiłam wypowiadając te słowa przy niej lecz nie widziałam innego wyjścia by przekonać tych dwoje do działania. Ja musiałam przez to przechodzić! Nikt mnie przed tym nie uchronił.
- Jak śmiesz mówić o takich rzeczach przy dziecku!?- warknął- Kto ci dał takie prawo? Do opowiadania nam takich rzeczy?
- Nikt mi tego prawa nie nadał- odrzekłam spokojnie- Jestem tu z wyboru i z myślą o waszym losie. Przybywam z przyszłości, w której nie istnieje już ten świat- zrobiłam się lekko nerwowa- Pragnę wam tylko pomóc by ponownie to nie nastąpiło.
- Po co to robisz?
- Ponieważ moi rodzice nie żyją a jej nie- wskazałam na małą- Choć moi umarli to jej wciąż mogą istnieć, tu i teraz. Mimo, iż ich tym nie ożywię przynajmniej będę wiedzieć, że tu są- wzięłam głęboki oddech- Ci, którzy przeżyli musieli służyć mu aż do śmierci. Ja jako jedyna doczekałam jego śmierci. Jedyni Saiyanie jakich znam to wasz syn Vegeta i syn naukowca, który od dziecka mieszka na innej planecie.
- Kim ty jesteś?- usłyszałam ponownie.
- Jeżeli będę mogła to ci później wszystko wyjaśnię- byłam stanowcza- Teraz nie mogę nic powiedzieć.
Opowiedziałam o wszystkich podłościach Freezera i dobroci mieszkańców planety, na której mieszkałam obecnie. Chciałam poczuć uścisk ojca lecz nie pozwoliłam sobie na te myśli. Nie byłam już dzieckiem. Byłam sierotą, która by przeżyć musiała nauczyć się walczyć z przeciwnościami losu.
- Pozwól swojej córce być wojownikiem- dodałam jeszcze- Ona naprawdę tego bardzo pragnie. Będziesz z niej jeszcze dumny.
Wyobraziłam sobie maleńką saiyańską księżniczkę trenującą pod czujnym okiem ojca, brata i Gartu. Jak szczęśliwie dorasta.
- Królu, zostanę tu tak długo póki Freezer nie przybędzie i nie wyląduje na drugim świecie.
- A kiedy to nastąpi?- zapytał zaniepokojony.
- Według moich danych po skończeniu się pełni.
- Za cztery dni…- pomyślał głośno.
Ojciec odprowadził mnie do komnaty, w której miałam zamieszkać do czasu nalotu. Usiadłam na łoże tępo spoglądając swoje buty. Po tym wszystkim miałam wrócić do czasów obecnych, gdzie moi rodzice nie istnieli… Westchnęłam głęboko opadając na poduszki.
- To będzie męcząca przygoda…

[center]***[/center]

Pogoda jest piękna. Gdzie nie spojrzę widzę cudowne słońce. Wiosna. Tak, przyszła i do mnie i uśmiecha się.
Z moim psem jest różnie. Czasem wesoły, czasem szlocha w kontach. Biedny malec. Choć ma 13 lat wciąż wydaje się być pełen wigoru, jednak to oko… Tak, nie widzi na jedno. Łzawi, wciąż jest mokre i zamknięte. Nie sposób się do niego zbliżyć. Mój pies odchodzi? Jak długo będzie to trwać? Jest zemną jakby od zawsze, nie chcę by mnie zostawił, a jeśli straci drugie oko? Cóż wtedy się wydarzy? Z jednym można żyć, a bez żadnego? To nie jest człowiek, może nie sprostać prostym czynnościom, okaleczyć się… Przykre, a jednak prawdziwe…

36. Atak Changelinga

Nastąpił wieczór, ten który miał zmienić całą przyszłość przeszłości. Byłam bardzo podenerwowana. Bałam się, że coś mogło nie wypalić, lub co gorsza, że przyszłość mojej przeszłości się nie zmieni. By ochłonąć wybrałam się na spacer. Gdzie okiem nie sięgnąć panoszyły się patrole saiyańskie. Miałam wrażenie, że gdybym tu nie została nic by się nie zmieniło. W pewnym stopniu czuć było, że nie do końca wierzą moim słowom i obrazom zagłady ludu saiyańskiego. Poziom energii jaki posiadali był zaskakująco niski. Nawet ziemianie tacy jak Tenshin czy Kuririn nie posiadali takiego. Nie byli w stanie pokonać tego potwora. A ja od dziecka myślałam, że Saiyanie są najsilniejsi. Oczywiście tak jest jeśli dużo i intensywnie trenują a nie podbijają słabe planetki! Odetchnęłam z ulgą kiedy sobie przypomniałam, że sama byłam w stanie go pokonać.
Nagle coś przykuło moją uwagę. To były drzwi. Najzwyklejsze w świecie drzwi wykonane z broocha*. Podeszłam doń opierając dłoń o ich delikatnie chłodną stal. Cicho westchnęłam po czym wcisnęłam guzik. Drzwi odsunęły się a moim oczom ukazała się sypialnia księżniczki. Weszłam do środka usadawiając się na łóżku. TAK DAWNO MNIE TU NIE BYŁO pomyślałam bez entuzjazmu. Zamknęłam oczy by oczyścić umysł. Ponownie otworzyły się drzwi, a w nich stała ona- ta mała, waleczna dziewczynka.
- Czo tu robiss?- zapytała- To mój pokój.
- Wspominam- oświadczyłam.
- Czo takiego?- zainteresowała się.
- Dzieciństwo- lekko się uśmiechnęłam do niej- Trochę się w nim działo.
- Jefteś dzieckiem.
- Odkąd nie mam rodziców już nie- mruknęłam posępnie- Straciłam ich w twoim wieku.
- A czo im się stalo?- zaczęła dopytywać.
- Freezer…- westchnęłam- To zła istota.
Przed nią było długie życie nieznanego. Może była szansa na to, że będzie silniejsza ode mnie. Może mogła osiągnąć coś więcej? A co z Vegetą? Co jego czekało? W momencie kiedy Freezer atakował naszą planetę był na Ziemi, a po przegranej walce wrócił na bazę Korda by wrócić do sił gdzie dowiedział się, że nastąpił wybuch planety spowodowany zderzeniem się z meteorami. Tym razem miał powrócić do domu. ZOSTAWIĘ MU WIADOMOŚĆ pomyślałam.
- Skąd mas taki kamień?- przerwała moje rozmyślania swoim pytaniem wskazując Mandarkerę przypiętą do peleryny.
Zapomniałam, że miała również taką.
- To ten sam, który ty masz- rzekłam bez namysłu.
- Skąd wies, źe mam?
- Wiem wiele rzeczy- zrobiłam minę, która zbytnio nie przypominała uśmiechu.
Wstałam by podejść do okna. Pełni już nie było więc nie groziło mi nic w zamienienie się w Oozuaru. Dostrzegłam błysk na niebie. To musiał być Freezer.
- Zostań tutaj!- krzyknęłam wybiegając z komnaty.
- Czo się stało?- zawołała dobiegając do drzwi.
Nie było czasu na opowieści, z drugiej strony nie powinna się mieszać do spraw dorosłych. Poza tym i tak by nie usłyszała bo w chwili kiedy do nich podbiegła zamknęły się. Obrałam kurs sali tronowej. Krzyczałam o nadejściu zagrożenia. Wszystkie jednostki w mgnieniu oka były gotowe do oblężenia. Spostrzegłam statek Freezera, który wisiał na niezbyt dużej wysokości od planety. Zacisnęłam wściekle pięści – nienawidziłam tego potwora. Oblężenie zapewne wyglądało zupełnie inaczej w moim życiu. Dostrzegłam jakieś poruszenie w sali tronowej. Pojawił się Freezer z Zarbonem i Dodorią.
- Niestety nie mam dla ciebie taryfy ulgowej- odezwałam się nie witając zgromadzonych- Czeka cię rychła śmierć, parszywy psie!
Freezer odwrócił się w moją stronę wytrzeszczając oczy. Po chwili zaszedł się śmiechem. Nie znosiłam tego. Robił to zawsze ilekroć mu grożono utratą życia. Tym razem miał być jego ostatnim.
- Wasze niedoczekanie!- syknął wciąż się uśmiechając.
Changeling skinął głową, a jego ludzie ruszyli na Saiyanów tym razem był rozkaz zabić wszystkich, nie brać jeńców. Ruszyłam na Zarbona. Był najsilniejszy zaraz po Freezerze.
- Stój kreaturo- warknęłam.
- Zapłacisz za te słowa bardzo słono- wycedził.
- Oczywiście, ale twoją głową!
To był jego słaby punkt. Był narcyzem, a jego lepsza forma wyglądała niczym żaba. Nie zdążył mnie dotknąć, a już wystrzeliłam dziesięć pocisków unicestwiając tę kreaturę. Nie mogłam wręcz się nadziwić, że był taki słaby! Kiedy byłam dzieckiem postałam nieraz od niego niezłe lanie. Uwielbiał się nade mną znęcać. Sprawiało mu to wiele satysfakcji. Następnie zaatakowałam Dodorię. On również nie popisał się swoimi umiejętnościami. Wciąż pamiętałam moment, w którym doniósł na mnie Freezerowi kiedy próbowałam ukradkiem dostać się na statek lecący na Memles. Za to, że mnie zdemaskował Changeling pozwolił wymierzyć mu osobiście karę. Byłam przez niego mocno poharatana. Te jego przeklęte kolce posiadały silne trucizny, które mogły prowadzić do śmierci. Po kolei zaczęłam wybijać każdego napotkanego wojownika „frezeerskiego”. Powoli zaczynałam się nudzić. Nic nadzwyczajnego nie było w walce z mega słabeuszami. Moje pięści wchodziły w ich ciała niczym w ciasto. Chciałam dosięgnąć tylko jednego, a mianowicie Freezera. Wymierzyć mu sprawiedliwość.
- Tym razem nie pozwolę ci pomiatać naszym ludem- syknęłam do siebie.
Wróciłam pospiesznie w kierunku sali tronowej. Zatrzymałam się przy dużym oknie, z którego król lubił obserwować trenujących Saiyan. Wiedziałam jaki był jego plan. Zapewne jeszcze chwila a dopadłby rodzinę królewską. Nie mógł mnie niczym zaskoczyć. Ruszyłam w jego stronę roztrzaskując szybę. Uderzyłam go mocno po czym wyleciałam z pomieszczenia na otwartą przestrzeń. Nie mogłam dopuścić do tego by komuś stała się krzywda. Po pozbieraniu się z ziemi i chwili namysłu ruszył za mną. Nie miałam problemu zetknąć się z nim twarzą w twarz. Nie był już taki straszny. Nie wprowadzał mojego ciała w drganie czy serca kołatanie. Był dla mnie nikim. Tu i teraz.
- Nie próbuj żadnych sztuczek, Freezer- ostrzegłam go.
- Nie rozśmieszaj mnie dzieciaku.
- Zaraz nie będzie ci do śmiechu.
Zebrałam w sobie sporo energii. Jedyną osobą, która mogła się śmiać to ja! Nikt tu z obecnych nie był w stanie nawet z nim rywalizować. Zbliżyłam się nieco kumulując KI w dłoniach. Zapragnęłam ujrzeć jego przerażona twarz. Chciałam by błagał mnie o litość. Oczywiście nie było mowy o żadnej litości, ale marzyć zawsze mógł. Wyskoczył ze swojego durnego pojazdu, w którym wylegiwał się i którego nigdy nie opuszczał. Machnął nerwowo ogonem.
- Giń miernoto- krzyknął.
Ruszył na mnie z zawrotną prędkością. Gdyby nie fakt, że naprawdę byłam silniejsza to pewno uciekałabym gdzie pieprz rośnie, albo modliła się o życie, nawet w męczarniach. Już raz musiałam je przechodzić. Stałam nieruchomo i czekałam. Czekałam na ten moment, w którym mogłam mu dokopać i to zdrowo!
- Miernota to ty- syknęłam robiąc zgrabny unik..
Nie zdążył nawet cofnąć ręki kiedy ją mocno ujęłam swoimi. Obróciłam go ze dwa razy po czym cisnęłam nim w pobliski budynek. Prawdopodobnie była to wieża strażnicza. Jaszczur wtopił się w budynek , ten usypał się w kupę gruzu. Ponownie ruszył w moim kierunku by zadać kolejny chybiony cios.
- Nudzę się- ziewnęłam unikając ciosu.
- Zamilcz!- jego złość sięgała zenitu.
- Bo co mi zrobisz?- zakpiłam- Doniesiesz tacie?
Wybuchłam śmiechem. Nie wyobrażałam sobie tego w taki sposób. Wszystko wydawało się tak nieosiągalne, a teraz? Miałam jego los we własnych dłoniach. Był na mojej łasce. Był nikim w porównaniu z Komórczakiem. Był tylko jednym małym epizodem.

*brooch- metal nie szlachetny wydobywany z wnętrza planety Vegeta. Bardzo dobrze się przetapia.


37. Zamiana ról

Śmiałam się. Echo szyderczego śmiechu szybko rozniosło się po królestwie. Nigdy nie widziałam się w takim stanie. Pycha rozsadzała moje ciało. To prawda, że w rodzinie nic nie jest inne. Vegeta także taki był. On był zawsze, a ja? Pierwszy raz doznałam takiego uczucia. Nawet przy zabijaniu Komórczaka nie czułam takiej ogromnej satysfakcji. Czułam się zupełnie inaczej. Jakbym stała się zupełnie inną istotą. Bycie niezwyciężoną doprowadzało mnie do niewyobrażalnie dużego zadufania w sobie. Potęga… Bycie panią strachu…
- Przygotuj się na śmierć- warknęłam unosząc się nad Freezerem.
- Kim ty u diabła jesteś?
- Super kosmicznym wojownikiem- przedstawiłam się dumnie.
- Jak to niby super wojownikiem?- był zdziwiony, a za razem przerażony- Nikt taki nie istnieje!
- Owszem, tak- zapewniałam- Zaraz ci pokażę.
Szelmowski uśmiech zawitał na mojej twarzy. Tak na prawdę to nie wiedziałam co zrobić by przeistoczyć się do tego stanu. Uczyniłam tak tylko jeden raz. Podczas walki z Komórczakiem żywiłam w sobie nienawiść do mordercy moich rodziców, ale teraz nie byli zagrożeni. Nie pałała we mnie złość. Nie miałam pomysłu jak obudzić w sobie super moce. Ten cwaniacki uśmieszek zniknął z mojej twarzy. Chyba powiedziałam „hop” zanim przeskoczyłam. Powiał lekki wiatr. Tu i ówdzie panowała walka między Saiyanami i wojskami Freezera, którzy byli różnej nacji. Jego władza nie miała żadnych granic.
- Jeśli jeszcze nie zauważyłeś to twoi podwładni już nie istnieją- zmieniłam temat chcąc zyskać na czasie.
- Co?
- No... Dodoria i Zarbon.
Changeling na moment umilkł wyszukując energii życiowej tych dwojga za pomocą detektora. Też mi wynalazek… Odkąd byłam na Ziemi nauczyłam się odczytywać takich rzeczy siłą woli i energia. Jakieś tam małe komputery nie były mi potrzebne. W okolicy szyi zaczęła pulsować mu żyłka. Czyżbym pociągnęła nie za ten sznurek? Czułam jak jego moc rośnie. METAMORFOZA… przeszło mi przez myśl. NIE MOGĘ DO TEGO DOPUŚCIĆ! Zaatakowałam go by nie mógł wykonać tego co zamierzał. Byłam górą i nie mogło ulec to zmianie. Nie miałam zamiaru popełniać błędów Vegety i Son Gohana. Ponownie rozpoczęła się walka. Miałam wrażenie, że był nieco silniejszy niż poprzednim razem, jednak moich myśli nie opuszczała potęga. Przecież byłam panią jego strachu! Tak miało pozostać. Nasze ciosy mierzyły się ze sobą, spojrzenia były zwierciadłem nienawiści, a w ciałach gotowała się moc. Uderzył mnie w twarz. Odleciałam nieco w tył. Pośpiesznie zatrzymałam się, wyplułam płyn z ust następnie przetarłam wargi zaciśniętą pięścią. Znajdowała się na nich ciemna krew. Warknęłam.
- No i gdzie ten super wojownik?- odezwał się w końcu.
- He he…- podrapałam się po głowie- Nie wiem jak go obudzić…
PO CHOLERĘ W OGÓLE TO MÓWIŁAM!? biłam się z myślami. ZWARIOWAŁAM CZY JAK?! Freezer wybuchł śmiechem. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Jego strach jakby gdzieś uleciał, nie bał się mnie. Rzucił się na mnie niczym głodne zwierze. Każdy cios zdawał się być coraz to silniejszy. Opanowując strach nabrał kontroli nad swoją energią. Choć udawało mi się unikać większości ciosów czułam, że jeśli tak dalej pójdzie mogę mieć spore kłopoty.
- Jednak cię podziwiam- oznajmił celując w mój brzuch- Pokonałaś moich najlepszych wojowników.
- To była pestka- w ostatniej chwili zasłoniłam się kolanem.
- Chylę czoła- odskoczył w tył.
- Cała przyjemność po mojej stronie- zaatakowałam go.
Uciekając przed moimi ciosami cofał się w tył. Zapewne wyglądało to żenująco, jakbym nie potrafiła dosięgnąć wroga. Freezer uskoczył w końcu w bok zadając przy tym cios. Zleciałam na ziemię. NIECH GO SZLAG! warknęłam w myślach wypluwając ślinę CHYBA GO NIE DOCENIŁAM… Uświadomiłam sobie, że to dopiero moja druga poważna walka. Pierwsza z Komórczakiem gdzie pomogłam Son Gohanowi pozbyć się cyborga i ta teraz Ni miałam chyba dobrego doświadczenia w walce. Widać było to przede wszystkim poprzez brak umiejętności przemiany w złotowłosego wojownika. Już chciałam się podnieść z ziemi dostałam parę pocisków w plecy. Wgniotły mnie z kamienną ziemię, która aż popękała. Zacisnęłam w złości pięści. Poleciałam wprost na niego. Trafiłam głową prosto w brzuch. Walka ta toczyła się coraz dłużej. Nie było widać kogo zwycięstwo nadchodzi…
- Koniec zabawy- krzyknął zbierając KI w dłoni.
- Też tak myślę.
Changeling utworzył czerwony dysk, który szalenie piłował powietrze. Wiedziałam, że jeśli mnie tym dotknie odetnie mi część ciała. Rzucił ją w moim kierunku. Gdzie się nie poruszyłam ta mnie doganiała. Jakby była zaprogramowana. Jeśli bym się zatrzymała mogłabym się zacząć modlić…
- Jak ci się podobają moje niszczycielskie tarcze?- zapytał z szelmowskim uśmieszkiem.
- Super!- krzyknęłam kręcąc się nieopodal niego.
Za nic nie mogłam się go pozbyć. Chwilę później otrzymałam nowe towarzystwo. Tak więc bawiłam się w berka z dwoma dyskami.
- To nie fair- mruknęłam do siebie- Czemu to ja muszę uciekać? A one co?
Po długich i żmudnych ucieczkach tarcze się rozpłynęły. Wpadłam na genialny pomysł! Uderzyłam w się pociskiem i tak eksplodowały.
- To nie w porządku- oburzyłam się- Ja to już gonić ich nie mogę!
Freezer się roześmiał. Odwróciłam się w jego kierunku by pokazać mu, że nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Musiałam ustabilizować grunt po, którym stąpałam. Kiedy dostrzegłam jego postać przeszedł mnie dreszcz. Wokoło emanowało światło. Biło od niego coraz większą energią. CZY… CZY ON SIĘ PRZEMIENIA? przeszło mi przez głowę. MUSZĘ COŚ ZROBIĆ! I TO SZYBKO! Rzuciłam się w jego stronę by nie mógł więcej koncentrować w sobie energii. Podstępny drań napuściła na mnie dyski by zyskać na czasie! Cóż za niesprawiedliwość! Jak mogłam tego nie przewidzieć? Gdybym była lepiej poinformowana na jego temat już dawno smażył by się w piekle. Prychnęłam niezadowolona. Zadałam pierwszy cios w potylicę, niestety nie zadziałało. Stał jak stał. Zadałam kolejny i kolejny. Był niczym głaz. Jakaś bariera nie pozwalała zadać mi bólu. Jego ciało zaczęło błyszczeć, zmieniać kolor. Odleciałam nieco w tył. Nie chciałam tego jednak nie mogłam nic uczynić by nie dopuścić do transformacji. Byłam bezradna. Jego ciało zaczęło zmieniać kształty. Jego rogi wydłużyły się, stał się masywniejszy i większy. Ogon się pogrubił i wydłużył. Wyglądał zupełnie jak jego ojciec z moich czasów! Zaczęłam drżeć z e złości. Jak mogłam do tego dopuścić?
- Nie sądziłem, że tak prędko przyjdzie mi się transformować- w jego głosie brzmiało niezadowolenie oraz pogarda- To wszystko przez ciebie, smarkaczu!
- Zamknij się!- oburzyłam się- I tak się ciebie pozbędę.
Changeling ponownie się roześmiał. Choć jego wygląd diametralnie się zmienił to charakter został ten sam. Uważał, że jego metamorfoza zrobiła na mnie wrażenie. Guzik! Mogłam go pokonać w każdej chwili tylko musiałam dojść do wyższego stadium. Tylko był jeden problem, nie wiedziałam jak się do tego zabrać.
- Kończmy tę parodię!- zawołał.
- Proszę bardzo- udałam pewną siebie.
Freezer ruszył na mnie ze zdwojoną prędkością. Chyba cudem udało mi się odskoczyć. Gdzie tylko się nie pojawiłam czułam jego oddech na swoich plecach. Powoli zaczęło mnie to irytować. Zamiast walczyć bawił się w ganianego! W końcu zadałam cios, a przynajmniej miałam taki zamiar. Odparował go w mgnieniu oka. Czułam jak słabnę, a jego duma rozpycha się po planecie. Marzyłam tylko o jednym – pozbyć się go raz na zawsze!
Uderzył mnie ponownie w brzuch. Skuliłam się z bólu. Nie zdążyłam nic zrobić, a już dostałam ponownie. Po dużej serii ciosów spadłam twardo na ziemie. Nie miałam siły. Czułam ból na całym ciele, krew w ustach… Obraz przed oczami zaczął się rozmywać. Widziałam zamazaną postać przeciwnika, który wylądował nieopodal. Podszedł do mnie wolnym oraz równym krokiem.
- Miernota- zaśmiał się kpiąco- To cię nauczy by się nie przeciwstawiać- pochylił się nade mną- I pomyśleć, że ta cała afera przez jedno Saiyańskie dziecko- chwycił mnie za pancerz przy gardle, uniósł ponad siebie- Wiedziałem, że będą z wami problemy. Prędzej czy później tak by się stało.
Ciężko oddychałam. Nie miałam nawet siły myśleć. Czy zaraz miałam umrzeć? Podzielić los planety? Nigdy nie wrócić do „domu”, na Ziemię? A co z Saiyanami? Czy oni mieli jakąkolwiek szansę pokonać potwora? VEGETA! CZEMU JESTEŚ WŁAŚNIE NA ZIEMII!?

38. W bezradności siła

Muzyka

Część planety wyglądało jak pogorzelisko. I tak już wcześniej zniszczony krajobraz był w opłakanym stanie. Będąc na Ziemi przekonałam się, że piękno planety zniknęło wraz z odejściem Tsufuri. Niegdyś zielona, teraz krwisto czerwona niczym splamiona krwią. Tak samo jak dłonie wojowników.
Saiyanie zbierali zwłoki do olbrzymiego śmietnika, który miał być wystrzelony w kosmos. Odór rozkładających się ciał mógłby być nie do zniesienia.
Nastał półmrok.
- Co zrobisz, kiedy mnie zabijesz?- jęknęłam bezsilnie.
- Jak to, co?- Freezer oburzył się- Zniszczę tę planetę i całą małpią rasę.
- Nie…- zabrakło mi tchu- Oszczędź ludzi. Zabij mnie, ale oszczędź ich,oszczędź dzieci. Oszczędź…
- Niby, dlaczego?
Wyprostował dłoń, co spowodowało mój upadek na ziemię, Changelingowi prosto pod nogi. Uparcie wpatrywał się w moją postać.
- Widzisz…- zaczęłam- Jest ktoś dużo potężniejszy od ciebie- próbowałam się zaśmiać, lecz to bardziej przypominało kaszel- Nawet, jeśli wszystkich zabijesz nie pozbędziesz się Saiyanów- przełknęłam ślinę- Są ci potrzebni, prawda? To jedyne najpotężniejsze istoty we wszechświecie, jakie znasz. Nawet, jeśli mnie nie będzie, kto inny się z tobą rozprawi.
- Co ty bredzisz?- nie dowierzał- Cóż to za śmiałek?
- Super kosmiczny wojownik- odparłam dumnie.
- Tacy nie istnieją!- kopnął mnie.
Skuliłam się na ziemi. Czułam jak trzeszczą mi kości przy każdym oddechu. Nie sądziłam, że mogłam wysłać siebie samą na pewną śmierć. Pragnęłam tylko zmienić bieg historii… Nic się nie zmieni… Na Ziemi jedynie w teraźniejszości zniknę. Nigdy nie dowiem się, co się stało z Sarą z przyszłości Trunksa. Czułam się bezsilna i ograniczona. Dotarło do mnie, że syn Vegety zmieniając bieg wydarzeń także oddał życie. Mnie też miało to spotkać? Czy to była pewnego rodzaju kara? Kto by mnie wskrzesił? Changeling wzleciał do góry. Stał się dla moich oczu całkowicie rozmyty. Spróbowałam się dźwignąć na dłoniach, lecz sprawiło mi to większy ból niż mogłam podejrzewać. Zatrzęsły się i ugięły.Uderzyłam twarzą w kamienie rozcinając sobie brodę.

TO NIEMOŻLIWE BY FREEZER BYŁ ODE MNIE SILNIEJSZY! łkałam w myślach. CO SIĘ STAŁO Z MOJĄ MOCĄ? ZABIŁAM KOMÓRCZAKA! TO JA JESTEM NAJSILNIEJSZA! JESTEM KSIĘŻNICZKĄ SAIYANÓW! NIE MOGĘ ZGINĄĆ! NIE MOGĘ!!

Poczułam, że zebrało się we mnie odrobinę KI, jednak to było za mało by stawić czoła jaszczurowi. Musiałam coś wymyślić, i to szybko.
- Gdzie się wybierasz?- krzyknęłam widząc odlatującego Freezera.
- Pokazać ci, że nic i nikt nie może mi się oprzeć.
Poczułam ukłucie w okolicy żołądka. Co on zamierzał zrobić? Jak chciał mi to udowodnić? Kogo chciał zabić? Rozsadził pół pałacu. Wszędzie rozeszły się spore płaty metali i innego budulca. Kamienie spadały na ziemie mocno wbijając się w nią. Ciała opadały niczym krople skażonego deszczu. Czy ponownie przyszło mi oglądać śmierć Saiyanów? Wrócił. Chwycił mnie w pasie obiema rękami. Uniósł wysoko, po czym rzucił w kierunku rozwalonego pałacu. Weszłam w nie jak w masło.Chyba złamałam rękę. Nie byłam w stanie nią poruszyć, a ból był piekielny. Nie krzyknęłam ani razu. Byłam zbyt zdenerwowana
gnałam do ataku,zostałam by ocaleć, a teraz…? Co reprezentuję sobą? NIC.

Muzyka

Czułam do siebie odrazę. Nawet nie potrafiłam zamienić się w super wojownika. Vegeta nie raczyłby na mnie spojrzeć. Wstyd… Wstyd i nic więcej. Nie umiałam spojrzeć nawet na władców.
- Jeśli chcecie żyć każcie temu bachorowi zamienić się w super wojownika-zakpił Freezer.
- Jakiego super wojownika?- zdziwił się król- Przecież to tylko stara legenda.
- Legenda, nie legenda…- oburzył się jaszczur- Obiecane mi było, ze takiego zobaczę.
Roześmiał się, a mnie zrobiło się niesamowicie gorąco. Płonęłam! Nikt mnie tak dawno nie rozwścieczył. Kpił sobie ze mnie! Saiyanie nie znali super kosmicznych wojowników, ponieważ żaden z nich tak intensywnie nie trenował. Ba!W ogóle nie trenowali. Nasz naród z góry wnioskował, że jest potężny.Teoretycznie tak było gdyż otaczały nas planety z słabymi mieszkańcami.
- Cóż, macie pecha- zachichotał- W takim razie nie mam wyboru. Od kogo by tu…
Czułam, że stanie się coś strasznego… Ciężko oddychałam, jakbym miała złamane żebra. W dodatku ten straszliwy ból! Nigdy wcześniej nie czułam się tak upokorzona. Syn Korda rozejrzał się po pomieszczeniu szukając ofiary. Podszedł do królów szyderczo się uśmiechając. Uderzył króla w twarz, aż ten upadł.Odepchnął od siebie kucającą królową, straciła przytomność. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Nie wiedziałam, jakie ma zamiary. Chciałam wstać i zabrać go stąd jak najdalej, by nikomu nie zagrażał. Pochwycił coś z ziemi.
- Córka królewska?- zdziwił się- Nie sądziłem, że macie córkę- odwrócił się w moim kierunku- Jak myślisz Saiyanko, czy to dziecko ma jakieś ze mną szansę?
- Zostaw ją!- wrzasnęłam.
- Może ona zamieni się dla mnie w super wojownika?- igrał ze mną.
- Nie waż się jej tknąć!- usiłowałam się pozbierać z ziemi- Jeżeli choćby jeden włos…
Freezer rzucił rozpłakana dziewczynką w moją stronę, ta upadła na posadzkę około pięciu metrów dalej. Płakała jeszcze głośniej, a jej ciało drżało ze strachu.
- Saro…- jęknęłam- Przybyłam by zmienić twoją przyszłość, a nie zabić-poczułam łzy- Nie potrafię ci pomóc…
W sercu poczułam ogromną pustkę, która przeszywała mnie na wylot. Jakby jakaś cząstka mnie wygasła. Myśl o nowym świecie Saiyanów stawała się dla mnie odległa. Może gdybym się bardziej przyłożyła do tego wszystkiego teraz triumfowałabym nad śmiercią Freezera. Vegeta ruszył na tyrana by nie dopuścić do śmierci córki. Niestety było to złe rozwiązanie. Wylądował nieopodal dziewczynki. Resztkami sił starał się do niej doczołgać. Przytulił ją mocno szepcząc coś do ucha. Po chwili Sara przestała płakać tylko wściekle wpatrywać się w ich oprawcę. To była ta cząstka, która pozwoliła mi przetrwać samotność przez te wszystkie lata. Nie bała się już śmierci. Był przy niej ojciec. Chcieli razem podzielić swój los. Jeśli nie miała być wojownikiem jak ja to mogła zginąć u boku kochającego ojca. Poczułam łzy na policzkach, były ciepłe. Freezer skumulował moc w lewej dłoni by wymierzyć sprawiedliwość po swojemu. Nadszedł czas śmierci…
NIE! obudził się we mnie wewnętrzny krzyk. NIE POZWOLĘ! Eksplodowała we mnie jakaś cząstka. Nie pozwalała leżeć mi bezczynnie i spoglądać na śmierć. Śmierć,których sama zabiłam zmieniając bieg historii. Unicestwiałam samą siebie, tak że tą czteroletnią. Było to dla mnie nie do przyjęcia! Zdobyłam nowe moce, które wprawiały mnie w większą furię. Podniosłam się z posadzki ściągając usta z krwi. Gotowało się we mnie wszystko. Stanęłam niczym tarcza by osłonić”rodzinę”. Wyrzuciłam z siebie energię w postaci światła, która przypominała barierę odbijając pocisk Freezera.
- Koniec- wycedziłam mając spuszczoną głowę- Twój czas się skończył.
Pocisk uderzył w zdezorientowanego jaszczura odsuwając go nieco w tył.
- Na odwagę ci się zebrało?- warknął.
Wyrzucił kolejne pociski w naszym kierunku. Odbiłam je tym razem jedną dłonią.Byłam zaskoczona wzrostem swojej energii, choć tego nie okazywałam. Byłam wielce wściekła.
- Masz to, o co się prosiłeś- dodałam.
Skumulowałam w sobie całą złość i moc, która we mnie pałała. Krzykiem wydobyłam to z siebie. Poczułam się ponownie tak jak podczas wali z Komórczakiem.Wiedziałam, że jeszcze chwila i Freezer pożałuje swoich czynów.
- T-to nie…- wydukał.
- Więc legenda jest prawdziwa!- zdumiał się jeden z poddanych.
- Istnieją niepokonani wojownicy!- pałał radością drugi.
Changeling wyszczerzył oczy ze zdumnienia jak i przerażenia. W końcu spotkał super kosmicznego wojownika. Rasa Saiyańska także mogła być silniejsza tyle, że w przeciwieństwie do Changelingów wracali do naturalnej formy. Złota aura rozpromieniła mroczną i wyburzoną salę tronową. Miałam ochotę zgnieść go wzrokiem, wypalić…
- Idźcie stąd- rzekłam spokojnie do Saiyanów nie spoglądając na żadnego.
Saiyanie nie drgnęli z miejsca. Wciąż wpatrywali się w moje oblicze. Mogłam zrozumieć, że byli zafascynowani jednak teraz ważniejsze było wyeliminowanie ich wroga by w przyszłości ponownie ich nie zaatakował.
Powtórzyłam swoje słowa nieco donośniej. Dwóch saiyańskich wojowników pomogło wstać królowi i jego córce, po czym odlecieli przez dziurę w ścianie by przeczekać walkę. Na niebie było mnóstwo gwiazd. Mieniły się bardzo radośnie,jakby chciały powiedzieć, że nowa era już nastąpiła. Miałam wrażenie, że stąd są lepiej widoczne niż z Ziemi. Odwróciłam się w kierunku przeciwnika chytrze się uśmiechając.
- Jak to jest możliwe?!- przeraził się.
- Widzisz, nas Saiyan trzeba zaskoczyć by zwyciężyć- wyjaśniłam z pychą-Wystarczy mi jedna ręka by cię pokonać.
- Przecież jest złamana!
- Faktycznie- uświadomiłam sobie- I żebro.
- Powinnaś składać się z bólu!
- Masz rację- ponownie mu potaknęłam- Moja nienawiść do ciebie jest dużo silniejsza od zwykłego bólu.

Awatar użytkownika
Killall
amator
Posty: 11
Rejestracja: 25 wrz 2013, 12:43
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Kontaktowanie:

odcinki od 39 do 43

Postautor: Killall » 12 sty 2015, 09:57

39. Kres zła

- Raz…
Złotowłosa zbiera w sobie moc by zadać wspaniały w jej mniemaniu cios. Ostateczny cios. Krzyk roznosi się po całej okolicy. Kamienie i gruz, które znajdują się dokładnie wszędzie odlatują w różne strony dzięki wydobywającej się mocy z ciała księżniczki.
- Dwa…
Startuje w kierunku Changelinga, który trzęsie się ze strachu. Nigdy nie podejrzewał, że siła saiyańskich wojowników może być tak olbrzymia, że mogliby przechodzić przez jakieś transformacje. Rasa, która przewyższa jego rasę? Dziewczyna dociera do niego zadając pierwszy cios. Nie jest on super mocny by mógł zostać zadany jeszcze jeden. Freezer upada na kolana ledwo dysząc. Wciąż nie może pogodzić się z tym co go otacza.
- Trzy…
Sara wypuszcza trzy pociski. Pierwszy po lewej stronie przeciwnika, drugi po prawej, zaś trzeci przelatuje nad jego głową. Mężczyzna zaczyna się śmiać. Ma wrażenie i kpi z tego, że super wojownicy choć są diabelnie silni nie umieją trafić. Księżniczka Vegety szelmowsko się uśmiecha po czym wypuszcza jeszcze jeden blast, który w mgnieniu oka dociera do jaszczura.
- Mówiłam…- odpowiada ciszy na wołanie.
Następuje potężna eksplozja. Konstrukcja pałacu nie wytrzymuje i zapada się tworząc sporą kupę gruzu. Saiyanka zostaje w tym samym miejscu osłaniając się barierą. Ciało młodszego syna króla wszelkich galaktyk zamienia się w popiół.
[center]***[/center]
Planeta była całkowicie zrujnowana. Saiyanie nie mieli nic poza gruntem pod stopami i własnym życiem. Mimo takich strat byli uśmiechnięci. Frezer oddał ostatnie tchnienie. Nikogo już nie będzie nękał.
- Masz złamaną rękę!- przeraziła się Verinia.
- To nic takiego- zaśmiałam się.
Poczułam paraliżujący ból. Miałam przecież złamane żebro! Saiyańscy poddani zaprowadzili mnie do sali, w której mieliśmy maszyny lecznicze. Tylko jedna była sprawna. Szkody jakie wyrządziliśmy z Freezerem były olbrzymie. Teoretycznie cała planeta ucierpiała. Zdjęłam płachtę i pancerz. Weszłam do maszyny. Bardock podpiął mnie do aparatury, założył maskę tlenową. Po zamknięciu automatycznie zaczął wlewać się leczniczy płyn. Zamknęłam oczy.
[center]***[/center]
- Obudź się- usłyszałam głos.
Podniosłam powieki. Jasne, sztuczne światło przyprawiło mnie o spiekotę. Kiedy już się przyzwyczaiłam mrugnęłam parę razy. Ociężale wyszłam z maszyny sprawdzając miejsce gdzie ostatni raz widziałam swoje obrażenia. Nie było ani jednego zadrapania. Czułam się jak nowo narodzona! Wzięłam prysznic.
- Macie jakieś sprawne kapsuły?- zapytałam.
- Tak- odpowiedział ojciec Son Goku.
- Przygotuj mi jedną- zażądałam.
Saiyanin bez pytania ruszył do podziemnej stacji gdzie pozostało parę sprawnych kapsuł kosmicznych. Do gotowej kapsuły zapakowałam się w przeciągu paru sekund.
- Dokąd lecisz?- zapytał Vegeta.
- Załatwić jeszcze parę spraw- oświadczyłam- Oczekujcie mojego powrotu.
Wcisnęłam guzik. Kapsuła się zamknęła. Król i Bardock spoglądali na nie z zaniepokojeniem i zaciekawieniem.
- Podaj współrzędne- odezwał się komputer.
- Planeta numer 78
- Przyjąłem.
[center]***[/center]

[center]Muzyka [/center]

Kapsuła twardo wylądowała na miękkim lądowniku. Otworzyłam ją, powoli wysiadłam. Z budynku kontrolnego wybiegł strażnik. DOKŁADNIE TEN SAM przeszło mi przez myśl. Ruszyłam w kierunku stacji.
- Dokąd?- krzyknął strażnik.
Spojrzałam na niego ukradkiem po czym ruszyłam w miejsce mojego celu.
- Stój!
Zatrzymałam się gwałtownie. Powoli i spokojnie odwróciłam się w jego kierunku. Zaczynał działać mi na nerwy. Wystrzeliłam pocisk unicestwiając natręta. Ruszyłam do bazy. W korytarzach mijałam te same twarze co parę lat temu. Nie sądziłam, że
po osadzeniu się na Ziemi wrócę w te strony. Nawet mi się to nie przyśniło. Czego właściwie tu chciałam? Zemsty? Weszłam do kabiny sterowniczej. Zazwyczaj tutaj przesiadywałam podczas służby u Freezera. Śmiesznie to zabrzmi, ale to był mój dom. Dokąd niby mogłam się udać nie znając kosmosu? Kiedy się rozejrzałam dostrzegłam małego Basjina.
- Gdzie reszta załogi?- zapytałam uprzejmie.
- Tam gdzie…- odezwał się zielono skóry- Kim t-ty jesteś?
- Saiyaninem- odrzekłam dumnie- Chcę widzieć całe Gyniu Force przed budynkiem!
- Czego chcesz?
- Waszej śmierci- syknęłam pogardliwie.
Gerudo powoli i niezgrabnie przesuwał się w tył. Cały się trząsł. Widok ten przyprawiał mnie o skurcze żołądka.
- Ruszaj te tłuste dupsko!
Zielony stworek rzucił się pędem do wyjścia. OSTATNI RAZ GADAŁAM Z NIM TUTAJ O KRYSZTAŁOWYCH KULACH przemknęło mi przez głowę. Powoli ruszyłam do wyjścia. Czułam, ze czeka mnie nudna potyczka. Dotarłam do drzwi frontowych, wcisnęłam guzik, a drzwi się rozstąpiły.
- Cóż za komitet powitalny- uśmiechnęłam się szyderczo widząc armię Freezera- Zanim jednak przejdziemy do walki mam pytanie. Gdzie obecnie znajduje się Kord?
- Sam król Kord?- zapytał Jisu.
- Podbija północno- zachodnie galaktyki- odpowiedział Baata.
- Konkretniej!
- Nie interesuj się tak- zabrał głos sam kapitan.
- Skoro nie teraz- wzruszyłam ramionami- Wyśpiewacie przed śmiercią.
- Nawet o tym nie marz kruszynko!
Standardowo przed moimi oczami odegrała się komiczna scena, w której załoga Gyniu Force odegrała swój taniec, który tak samo jak pięć lat temu odebrałam w sposób ubliżający. Wojownicy tej klasy nie powinni marnować czasu i energii na głupie figury taneczne! Klasnęłam parę razy z niezadowolenia, owinęłam ogonem pas.
- Na co czekacie?- burknęłam- Aż ja wam zatańczę?
Rzucili się w moją stronę niczym wygłodniałe kajsaby*. Zrobiłam parę zgrabnych uników po czym każdemu zadałam cios w brzuch. Padli na ziemię. Zebrałam w sobie KI by osiągnąć wyższe stadium. Chwilę mi to zajęło, jednak nic mi w tym nie przeszkodziło. Moi przeciwnicy byli poważnie znokautowani. Super wojownikiem byłam zaledwie od paru dni i nie posiadałam wysokich umiejętności i kwalifikacji by zamieniać się w niego kiedy najdzie mnie ochota.
- C-co to jest?!- przeraził się Recom.
- A co się tak interesujesz?- z mojej twarzy nie znikał chytry uśmieszek- Wy nie dzielicie się ze mną swoimi informacjami to ja nie podzielę się z wami moimi.
Rozprawiłam się z Gyniu Force bardzo szybko nie pozwalając Gerudo zatrzymywać czasu, a Gyniu zapanować nad moim ciałem. Jeśli chodziło o ich techniki walki nie mogli mnie niczym zaskoczyć. Znałam je doskonale, przecież wychowałam się wśród nich… Tak jak podejrzewałam wyśpiewali mi nazwę planety, na której aktualnie siał terror ojciec Freezera. Był jeszcze jeden problem… Cooler. Starszy brat Changelinga na pewno odegrałby się na Saiyanach za śmierć ojca i brata. Jego także musiała się pozbyć. Miałam nadzieję, że go w teraźniejszości nie spotkam, a co będzie? To się okaże. Wróciłam na pokład swojej kapsuły by obrać kurs na planetę Katar. Jak mi było wiadome mieszkańcy tej planetki nie byli specjalnie uzdolnieni w sztukach walk. Zapewne nie tolerowali wojen. Czas, który wyświetlił się na monitorze wskazywał, że podróż zajęłaby mi pół roku. Do tego czasu dawno by ich tam nie było! Albo… Podbijali by dalej, albo by wracali na 78. Nie miałam tyle czasu! Musiałam przecież wrócić na Ziemię do swoich czasów, gdzie zapewne Vegeta rwał włosy z głowy. Nawet nie chciałam wiedzieć o czym teraz mówił. A Trunks? Nie mógł przeze mnie wrócić do domu! Podróż starą kapsułą, którą przyleciał Komórczak nie była by dobrym pomysłem. Wróciłam do bazy by sprawdzić systemy. Potrzebowałam bardziej zaawansowanego sprzętu by się tam znaleźć. Statek Coolera i Korda były lepiej wyposażone od mojej kapsuły oraz od tych, które znajdowały się na tej planecie. Okazało się, że miałam do dyspozycyj statek, który zabrał by mnie na Katar w dwa miesiące jednak miałam ochotę załatwić do dużo szybciej, już teraz. Niestety nie posiadałam zdolności teleportowania się jak Son Goku, a bardzo by mi się przydała. Wcisnęłam duży, czerwony guzik. Usłyszałam kliknięcie za sobą.
- Czego?- odezwał się głos.
- Masz czas do pięciu dni by wrócić na 78- rzekłam sucho wciąż będąc tyłem do ekranu- Jestem zabójcą twojego syna.
- Co ty bredzisz?- warknął.
- Jestem super kosmicznym wojownikiem z planety Vegeta- uświadomiłam go- Freezer już smaży się w piekle- spojrzałam na niego surowo- Pamiętaj, pięć dni.
Rozłączyłam rozmowę. Nie miałam zamiaru więcej tu przebywać tak jak i w tej przeszłości. Ponownie wcisnęłam guzik. Tym razem miałam wiadomość dla braciszka mojego oprawcy z przeszłości. Był w pierwszym stadium czyli w tym samym, z którym przyszło mi się mierzyć. Ostatni raz kiedy go spotkałam był w trzecim, takim, który Freezer posiadał podczas walki z Son Goku. Jem także dałam pięć dni na przybycie. Wieczorem kiedy już byłam wypoczęta i najedzona zabrałam się za przygotowywanie niespodzianki. Musiałam ostro za to się zabrać. Wskoczyłam do kapsuły by wrócić na Vegetę. Potrzebowałam pomocy.

40. Rozterki

- Wiesz ile zajmą przygotowania?- zbulwersował się saiyański naukowiec.
- Mamy na to cztery dni- upomniałam go wesoło- Jeśli tak krótko nie potrafisz to zostanę tu jeszcze te cztery dni…
- Nie wiem czy tonie potrwa dłużej.
- Przecież jesteś mózgowcem!- naciskałam- W dodatku to nic trudnego.
- Masz w ogóle jakieś pojęcie o tym?- zapytał gniewnie.
- Nie jestem majsterkowiczem- oburzyłam się.
Bardock usiadł na krześle spoglądając w ziemię. Był głęboko zamyślony. Zaczęłam się rozglądać po laboratorium. W prawdzie było dużo mniejsze od tego, które posiadała, Bulma jednak były tu sprzęty wyższej technologii. Ciężko westchnęłam. Nie wiedziałam,co z sobą począć. Laboratorium wprawiało mnie w zakłopotanie. Czułam się tu całkiem obco.
- A technologia Tsufuli?- wypaliłam.
- Że co?!
- Przecież od nich wiesz dużo na temat techniki.
- Skąd wiesz o tej technologii?- zapytał z przerażeniem.
- Wiem więcej niż ci się zdaje- na mojej buzi pojawił się cwaniacki uśmieszek.
Mężczyzna zaczął szukać czegoś w szafkach i półkach. Przekopywał każdy zakamarek. Niestety nic nie znalazł, co by nadało się do mojego planu. Po długich rozmyśleniach zabrał mnie na drugi koniec starych granic królestwa, tam gdzie kiedyś zamieszkiwali Tsufule. Stała tam spora ruina. Ponoć było to laboratorium, jednak podczas walki zostało zniszczone przez Ozuaru. Nigdy tam nie chodziłam. Raz, że niewolno mi było, dwa, że nie interesowałam się taką dziedziną. Weszliśmy do środka ruin Nie miałam pojęcia, po co mnie przyprowadził do tych zgliszczy póki nie wskazał włazu pod moimi stopami. Zeskoczyłam pierwsza, Bardock zaraz za mną. Rozbłysło się światło, które na krótką chwilę paliło mi oczy.
- Podziemne laboratorium!- byłam zaskoczona- Jak to możliwe?!
- Widzisz…-krępował się chwilę- Wszystko, co posiadamy znajduje się na tych projektach-wskazał stos kartek pod ścianą- Ja je tylko udoskonalam i tworzę.
- Jesteś oszustem?
- Raczej realizatorem cudzych pomysłów.
- Czego tu szukamy?- niecierpliwiłam się.
- Czegoś, co ci się przyda do wysadzenia 78- odpowiedział pospiesznie.
Długo nie musieliśmy szukać. Był plan jak wysadzić nasze królestwo! Więc Tsufule pracowali nad naszą eksterminacją… Chcieli się nas pozbyć. Jednak to my ich wyprzedziliśmy. Chcieli mieć Plant tylko dla siebie. Uważali, że nasze barbarzyństwo nie jest godne miana tak pięknej planety, że istoty mogące zmienić się w małpy są wyklęte. Nienawidzili nas. Chcieli władzy absolutnej. To wszystko było zapisane w dzienniku jakiegoś naukowca. Pragnął stworzyć świat doskonały i wysokorozwinięty. Nie mogłam uwierzyć we wszystko, co tam było napisane. Zawsze myślałam, że byli dobrze nastawienie do innych ras, chyba, że on był taki… sceptyczny? Zabraliśmy plany do pracowni Bardocka by bliżej się im przyjrzeć. To znaczy ja nie miałam, na co patrzeć, bo to i tak dla mnie wielka niewiadoma, nic bym nie zrozumiała. Wróciłam do swojego niegdyś domu by sprawdzić jak przebiegają prace naprawcze. W ciągu tych dwóch dni zrobili dość sporo. Mała Sara, co chwilę przeszkadzała Saiyanom przy stawianiu metalowych ścian. Zaśmiałam się w duchu. Ta dziewczynka miała w sobie sporo energii. Kto by pomyślał, że ta mała istota przeistoczyła się we mnie. Usiadłam na pobliskim głazie przyglądając się jej z zainteresowaniem. Te beztroskie harce wprawiły mnie w zadumę. W tym czasie, kiedy ona biegała ja musiałam znosić śmierć rodziców i ludu oraz walczyć o przetrwanie…
- Któż cię do nas przysłał?-zabrzmiał głos.
Spojrzałam na Saiyanina z zaskoczeniem. To był przecież mój mistrz! Chciałam się do niego uśmiechnąć, jednak tego nie uczyniłam.
- Sama do was przyleciałam- bąknęłam.
- Czy to bogowie?
- Skądże- wstałam spoglądając na Gartu- Ludzie z Ziemi nauczyli mnie wielu rzeczy, ja chciałam wam to przekazać.
Mężczyzna spoglądał na mnie z zainteresowaniem. Miałam wrażenie, że próbuje mnie z kimś porównać. Czyżby domyślał się, kim jestem?
- Proszę przekazać żonie, że płaszcz dobrze się sprawuje, a twoja Mandarkera nie raz uratowała mi skórę.
Po tych słowach odeszłam zostawiając mistrza samemu sobie z własnymi myślami. Teraz na pewno wiedział,z kim miał do czynienia. Kto uratował jego życie, kto ocalił tysiące istnień? Tak,to była ta sama mała księżniczka Saiyanów, co sprzed paru laty. Wojownik spróbował mnie dogonić jednak zabroniłam mu za sobą podążać. Uszanował moją wolę sprawiając, że widziałam na jego twarzy lekki uśmiech. Wiedziałam, że wiedząc,kim jestem nic z tym nie zrobi. Wróciłam do laboratorium by sprawdzić jak się mają przygotowania do niespodzianki dla rodziny Freezera. Nie mogłam wprost się doczekać. Mimo iż bardzo mi było wrócić do swojego domu nie potrafiłam nie myśleć o Ziemi. Czułam, że tam jest moje miejsce. Co mogłam osiągnąć mieszkając w przeszłości? Na Ziemię w tym czasie także nie miałam, po co lecieć. Son Gohanmiał cztery lata, a cała reszta nie była tak silna jak ja obecnie. Za niedługo miał odbyć się lot na Nameck po kryształowe kule. Nie mogli spotkać tam Freezera i jego armii, Nameckanie nie zaznają cierpienia, a jedyna osoba, która będzie przeciwko ziemianinem nie pozna Bulmy. Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze postąpiłam. Co się zmieni na lepsze, a co ulegnie zatraceniu… Może popełniłam błąd? Może nie powinnam ingerować w coś, co miało miejsce? Biłam się z tą myślą tak długo, że aż rozbolała mnie głowa. Chwyciłam się za nią kucając.Ból wzrastał z każdą chwilą, gdy próbowałam o czymkolwiek rozprawiać.
- Idź się połóż-nakazał Bardock- Jesteś blada.
- Nic mi nie jest-wycedziłam w bólu.
- Przecież widzę-nie dawał za wygraną.
- To tylko ból…-dodałam- Ból głowy.
Podniosłam się by pokazać, że nic mi takiego nie dolega, jednak było gorzej. Nastąpiły zawroty głowy. Poczułam jak upadam mimo zamroczonego ciała. Kiedy otworzyłam oczy leżałam na łóżku. Wciąż byłam w laboratorium ojca Son Goku’a. Ból głowy ustał.Czarnowłosy mężczyzna siedział przy stole coś robiąc i od czasu do czasu zaglądając do sterty papierów i wzorców, które wzięliśmy z opuszczonego laboratorium Tsufuli. Po chichu podniosłam się i podeszłam do niego.
- Co się stało?-szepnęłam ocierając oczy.
- O, wstałaś- nie przerywał pracy- Musiałaś zemdleć od tego bólu.
- Długo spałam?
- Jakieś dwie,może trzy godziny- odpowiedział.
- Dużo ci jeszcze zostało?- zadałam kolejne pytanie.
Porobił coś jeszcze przez chwilę spoglądając do planów, po czym oznajmił, że praca jest skończona. Pole rażenia zostało zwiększone z 15q do 200q. Czy to miało wystarczyć? Zapewne musiało. Zebraliśmy sprzęt, po czym zapakowaliśmy go do kapsuły i obraliśmy kurs. Niestety kapsuły kosmiczne były małe, więc sprzęt musiał lecieć sam.
- Zastanawiam się czy dobrze robimy- odezwałam się nagle.
- Czemu tak uważasz?- zapytał Bardock.
Porozumiewaliśmy się przez radio, które było ustawione dzięki promieniowaniu pyłów magnetycznych.Każda kapsuła posiadała swoją unikalną częstotliwość.
- Powinniście umrzeć- wydukałam- Nie powinna byłam zmieniać przeszłości. To nie ja powinnam zabić Freezera tylko…
- Jak nie ty to,kto?
- Twój syn…-szepnęłam- Jestem z przyszłości…
- Jak to z przyszłości? Przecież…
- Na Ziemi gdzie mieszka twój syn- przerwałam mu- Tam dotarłam dzięki Freezerowi, a maszynę do podróżowania w czasie ukradłam synowi Vegety, który cofnął się do moich czasów by nas ostrzec przed niebezpieczeństwem- nagle stałam się wylewna- Jestem świadoma tego, co robię, ale mam pewne wyrzuty sumienia! Vegeta nie pozna kobiety, która da mu syna!
Nastała cisza. Jedynie,co było słychać to silnik kapsuły, która zmierzała w stronę planety numer 78.Czy moje rozterki były słuszne? Czy powinna byłam przemyśleć to wszystko zanim ruszyłam w podróż? Czy myślałam, że moja misja będzie taka sama jak Trunksa? Że nie spotka mnie tu smutek? Że będę radowała się każdą sekundą, w której pomyślałam o ratowaniu swojej przeszłości? Nie wiedziałam chyba jeszcze, czego tak naprawdę oczekiwałam od samej siebie.

41. Przeszłość to nie dom

Obie kapsuły miękko wylądowały na lądowisku. Kapsuła ze sprzętem już na nas czekała. Nie mieliśmy ani chwili do stracenia. Musieliśmy jak najszybciej uporać się z środkami wybuchowymi by godnie przywitać Changelingów. Odkąd wyjawiłam Bardockowi swoje pochodzenie nie wymieniliśmy ani jednego zdania. Od czasu do czasu wymawiał jedynie,co mam mu podać, co gdzie podłączyć bądź mówił sam do siebie. Trapiło mnie wciąż to samo, a mianowicie czy dobrze postąpiłam. Po długiej udręce z samą sobą poddałam się. Jeśli już to się stało musiałam zakończyć ten proces. Nie było już odwrotu.
- Gotowe- ucieszył się.
- Teraz tylko trzeba czekać- mruknęłam- Nie mam tyle czasu. W domu pewnie się martwią o mnie…
- Jeśli zadziała-zamyślił się- Według moich obliczeń powinno działać- odwrócił się w moim kierunku- Mogę to zrobić osobiście, księżniczko.
- Czyli?
- Wracaj do domu-oświadczył spokojnie- Wszystko jest tak skonstruowane, że rozszarpie ich na kawałeczki. Nikogo nie musi tu być. Zrobię to z Vegety.
- Myślisz?
- Nie martw się księżniczko- uśmiechnął się- Wszystko jest pod kontrolą. Widzisz- pokazał mi małą skrzyneczkę, którą miał przypiętą do zbroi w pasie- To urządzenie powie mi czy Changelingowie są na planecie.
- Czyli nie muszę się już martwić- odetchnęłam.
- Tak księżniczko.
- Mów mi Sara- bąknęłam-Proszę.
- Dlaczego?- zdziwił się-Jesteś przecież księżniczką Saiyanów?
- Tam skąd pochodzę niema już Vegety- prychnęłam oschle- Tam jestem zwykłą Saiyanką.

[center]***[/center]

- Nie wiem jak mamy ci dziękować- odezwała się królowa- Dzięki tobie możemy żyć dalej.
- To nic wielkiego-mruknęłam.
Nie czułam w sobie tego super szczęścia, o jakim myślałam przylatując tutaj po tym, czego dokonałam.Byłam jakby sprzeczna z samą sobą. Nie miałam nawet apetytu, który już zdążył ostygnąć. Kucharki ugotowały moje ulubione danie. Choć ja go nie tknęłam spoglądałam na małą księżniczkę, która pałaszowała ze smakiem. Co jakiś czas Verinia upominała ją by zachowywała się kulturalnie.
- Jesteś niesamowicie potężna jak na dziecko- wtrącił król.
- Tam skąd pochodzę są silniejsi ode mnie- wzruszyłam ramionami.
- Skąd czerpiecie taką moc?
- Z ciężkiego treningu-oświadczyłam- Leniąc się niczego nie można osiągnąć. Ja miałam dość trudne warunki by dojść do takiego stanu, w jakim się obecnie znajduję.
- Kiedy fracass do siepie?- zapytała mała Sara.
- Jutro z samego rana.
- Cemu tak sypko?- zmarkotniała.
- Muszę, może kiedyś was odwiedzę?
Całą noc leżałam na łóżku spoglądając w czarny sufit. Zastanawiałam się jak potoczą się losy Saiyanów z przeszłości. Czy będą inni niż przed atakiem Freezera i przede wszystkim czy kiedykolwiek będą żyć w zgodzie z Ziemianami? A może Vegeta nigdy tam miał nie powrócić? Uznałam, że dość mocno ingerowałam w ich życie, więc teraz musieli radzić sobie sami. Jeśli kiedykolwiek przyszło by im spotkać się Ziemianami nie będzie to na pewno to samo, co w moim świecie.
- Cokolwiek się wydarzy nie mam na to wpływu- westchnęłam cicho- Niech się dzieje, co chce.
W końcu zasnęłam, jednak pobudka nastąpiła zbyt szybko. Musiałam wracać do domu! Bardock zapewnił mnie, że zniszczy 78, a wraz z nią istnienie Korda i Coolera. W sumie, jeśli by tego nie zrobił mieli by poważny problem. Wiedzieli gdzie szukać Vegety, a zemścić się na Saiyanach nie mieliby problemu. Nie zamierzałam więcej mieszać się w ich problemy i tak dużo ryzykowałam i to własną skórą. Myśl o tym, że mogłam dać się pokonać Freezerowi przyprawiała mnie o dreszcz. Po śniadaniu byłam gotowa do drogi…
- Możesz mi dać plany maszyny uzdrawiającej?- zapytałam ojca Son Goku’a- Na Ziemi by się nam przydała.
- Nie wiem- mruknął- To dość skomplikowane urządzenie i wymaga specjalnych minerałów do stworzenia płynów.
- Znam pewną kobietę,która jest dobra w te klocki- puściłam mu oczko.
- Skąd wiesz?
- Dzięki niej podróżuję w czasie.
Dostałam plany. Wpadłam na ten pomysł ze względu na przyszłość. Jeśli przyjdzie nam walczyć będziemy gotowi do walki. Wystarczy, że zabierzemy do maszyny leczniczej i w przeciągu piętnastu godzin będzie zdrów i pełen sił. Oczywiście piętnaście godzin, gdy stan wojownika jest krytyczny. To nie to samo, co fasolka jednak daje ten sam efekt, a przecież nie zawsze będziemy ją posiadali.
- Weź jeszcze to- podał mi trzy maleńkie flakoniki.
- Co to?
- Niewielkie ilości minerałów, które są niezbędne do produkcji leczniczego płynu- mrugnął do mnie-Ta kobieta bez nich się nie obejdzie.
Na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Bulma była genialnym wynalazcą i na pewno uradowałaby by się tą nowiną. Będzie miała ogromnie dużo pracy. Byłam w końcu gotowa do drogi. Saiyanie zebrali się wokół wehikułu czekając na mój odlot. Mieli dość wesołe miny,choć niektórzy z nich stracili swoje rodziny. Dla mnie to nie miało znaczenia. Dla mnie było ważne, że planeta i wiele istnień zostały ocalone.
Wskoczyłam na pokład.Ostatni raz postanowiłam spojrzeć na zebranych. Dostrzegłam pewnego chłopca o bardzo smutnej twarzy, stał na uboczu. Zeskoczyłam z machiny bez zastanowienia podeszłam do niego.
- Przykro mi- szepnęłam.
- Za co?- burknął Saiyanin.
- Za rodziców.
- Skąd ty to…
- Twój ojciec, Nappa-jęknęłam- On nie wróci.
- Wróci!- krzyknął- Skąd możesz to wiedzieć?!
Spuściłam głowę. Był taki przygnębiony. Tyle lat go nie widziałam, on jeden był w stanie się mną opiekować w przestrzeni kosmicznej i także nie miał rodziny, a tutaj? Wyglądał jak beksa! Czy to sytuacja, w której się znalazł zmusiła go do tego by był mężny i waleczny? Czy może tylko w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa potrafił obudzić się w nim prawdziwy Saiyan, który nie zna strachu, nie wie, co to łzy?
- Żegnaj- mruknęłam i wróciłam.
Westchnęłam głęboko.Stałam tyłem do zebranych. Poczułam oddech króla. Stał tuż obok.
- Żegnaj ojcze…
Wskoczyłam w pojazd i dopiero teraz dostrzegłam sparaliżowany wzrok króla Vegety. Czyżby nie spodziewał się, że jego córka może być super wojownikiem czy może, że jest w stanie pokonać Freezera? Wcisnęłam „auto”. Chciałam jak najszybciej stąd zniknąć. Nie pasowałam do tego świata. To było jak wspomnienie i marzenie zarazem. Tutaj nie było miejsca dla uciekiniera czasu. Parę osób pomachało mi na pożegnanie. Dostrzegłam mistrza Gartu stojącego u boku Natto. Widziałam w jego oczach słowa. Były bardzo wymowne, wiedziałam, co oznaczały jak i kto był ich odbiorcą. Powiedział to tylko raz, a dziś ujrzałam te słowa w jego spojrzeniu.Miał rację, nie poddałam się przeznaczeniu. Po narodzinach mój los był przesądzony, stało się inaczej. Wszystko zależało ode mnie.
- Dokąd?- odezwał się mechaniczny głos wyrywając mnie z zamyśleń.
- Do domu- mruknęłam.
Komputer ustawił wszystko. Wystartowałam w przeciągu paru chwil.
- „Tylko, kiedy trzymasz swój los w rękach jesteś w stanie przeciwstawić się narzuconemu przeznaczeniu”- wspomniałam.

42. Zagubiona w czasie

Podróż wehikułem czasu była tak samo nieprzyjemna, co poprzednim razem. Musiałam się dowiedzieć jak Trunksowi to nie przeszkadzało w podróży. Mnie doprowadzało to trzęsienie do potwornej choroby. Kiedy wylądowałam na pustkowiu wyskoczyłam z pojazdu kładąc się na miękkiej trawie. Spojrzałam na leniwie płynące obłoki. Westchnęłam.Zastanawiało mnie, co właściwie zrobiłam. Zmieniłam przeszłość. Swoją przeszłość… Królowie nie umarli, Saiyanie dalej istnieli, Sara miała wolność,a Natto długie życie, a co z Bardockiem? On nie stracił swoich przyjaciół,wiedział, że ma wspaniałego syna. A Vegeta? Co mogło się z nim stać? Wrócił do domu i dowiedział się, że Freezer nie żyje. Zapewne wściekł się, że to była młoda Saiyanka z przyszłości, w dodatku super wojowniczka będąca w jego umyśle tylko legendą. Zapewne zapragnął być silniejszym, dorównać swojej siostrze z przyszłości. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmieszek.
- Vegeta, zazdrość-zachichotałam- Zabawne.
Zostawiłam mu wiadomość tak jak sobie obiecałam. Chciałam by poznał Bulmę. Wiem, bo jesteśmy rodziną,mamy e same korzenie, że ta kobieta mu się podobała. Jak czasem na nią patrzył,jak ona się o nim wyrażała. Wiedziałam, że zostawienie mu starej fotografii z jej wizerunkiem podpowie mu, co ma robić. Znalazłam to zdjęcie w wehikule.Zapewne dała Trunksowi je by odnalazł ją w przeszłości. Mogłam mieć tylko nadzieję, że Trunks mnie nie zabije, a Vegeta wróci na Ziemię. Zamknęłam oczy.

„…Mimo wszystko wierzę, że przylecisz tu i odnajdziesz tę kobietę, która Tobie jest przeznaczona. Tu odnajdziesz swój świat. Tu na Ziemi…”

Leniwie podniosłam się.Przeciągnęłam się głośno przy tym ziewając. Nadszedł czas wracać. Zamknęłam wehikuł czasu do kapsułki, po czym wzbiłam się w powietrze. Namierzyłam energię Vegety. Ruszyłam. W przeciągu piętnastu minut znalazłam się w mieście Zachodu.Wylądowałam w ogrodzie posiadłości rodziców Bulmy. Wzięłam oczyszczający wdech,powoli ruszyłam w stronę drzwi frontowych. Serce zaczęło bić mocniej.Zaczynałam się denerwować. Miałam przechlapane!
Czułam to. Niepewnie wcisnęłam dzwonek. Rozbrzmiał wesoło dźwięk, usłyszałam kroki. Przełknęłam ślinę. Kiedy drwi zaczęły się otwierać odskoczyłam kawałek w tył. W drzwiach stanęła Bulma, wyglądała na zaspaną.
- Cześć!- krzyknęłam głupio się uśmiechając.
Chciałam zyskać na czasie, albo po prostu ujarzmić atmosferę.
- Co tak wcześnie?-ziewnęła.
- Ym?- zdziwiłam się- Że co?
Byłam nastawiona na okropne krzyki zmieszane z paniczną histerią, że ukradłam maszynę czasu Trunksowi uniemożliwiając mu powrót do swoich czasów i zlikwidować cyborgi,które niszczyły wszystko i wszystkich. Zaczęłam się jej uważnie przyglądać.Wyglądała nieco inaczej niż poprzednim razem.
- Bulma?
- Chyba zwariowałaś-warknęła- Nie jestem taka stara!
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam,co tu może być grane. Bulma stara? Oniemiała rozejrzałam się wokoło. Nic nie wyglądało inaczej, tylko Bulma, która uważała, że nią nie jest w dodatku nieco młodsza. Przetarłam oczy, po czym weszłam do środka nie pytając o pozwolenie.”Bulma” zaczęła coś mruczeć, ale nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Musiałam znaleźć Vegetę by wytłumaczył mi, co tu jest grane. Jego kobieta mnie nie poznawała! Wzbiłam się w górę i pognałam w stronę sypialni Vegety.
- Vegeta!- krzyczałam-Vegeta!
Wparowałam do jego sypialni, ale nikogo tam nie było, miałam wrażenie, że była opustoszała, niezamieszkała. Co raz to bardziej zaczynałam się martwić czy dobrze trafiłam Tona pewno był rodzinny dom Bulmy! Przecież wyczuwałam jego energię lecąc w tę stronę. Musiał gdzieś tu być.
- Czego tu szukasz?-odezwał się męski głos.
Odwróciłam się mechanicznie by dostrzec nadawcę tego głosu. Moim oczom ukazał się nie, kto inny, a sam Trunks. Przeszły mnie ciarki momentalnie.
- Heh- zrobiło mi się głupio- Cześć Trunks.
- Czego chcesz?
- Jak to, czego?-zdziwiłam się- Wróciłam do domu i przyszłam oddać ci wehikuł.
- Jaki wehikuł?- był zaskoczony- To jakiś nowy projekt mojej matki?
- Nie, nie -machałam rękoma- Ten, który zbudowała w twojej rzeczywistości. Ten, co ukradłam.
- O czym ty mówisz?
Ręce mi opadły. Widziałam Trunksa, który był taki sam jak poprzednim razem tyle, że miał na sobie nieco inne ubranie, jakąś apaszkę, obcisłe spodnie i dziwną koszulkę w kolorze beżu.Czy wszyscy powariowali? Nikt mnie nie poznawał?
- Kim jesteś i czego chcesz?- żądał wyjaśnień.
Chwycił mnie za rękę i pociągnął w dół schodów. Wylądowaliśmy w kuchni gdzie kazał mi zająć miejsce przy stole. Miałam wrażenie, że głupio śnię. Coś w rodzaju walki z Freezerem! Chciałam bardzo go zabić i mi się przyśnił, a teraz śniło mi się, że byłam w domu. Zrobiło mi się momentalnie gorąco.
- Możesz otworzyć okno?-zapytałam poprawiając rozdarty kołnierzyk w kombinezonie i poluźniając nieco płaszcz.
Trunks nie spiesząc się otworzył okno, a po chwili wparowała do pomieszczenia młoda Bulma.
- Co tu jest grane?- zapytałam.
- To my się ciebie o to pytamy- warknęła dziewczyna.
- Wróciłam do domu-oświadczyłam spokojnie- Bulma powiedziała, że należy i do mnie.
- To bardzo ciekawe-zamyślił się fioletowo-włosy- Ale nie sądzę by moja matka zajmowała się adopcjami.
- Adopcję?- zdziwiłam się- Ona nie robi za moją matkę! To dziewczyna mojego brata.
- Co proszę?
- Vegeta jest Twoim ojcem?- wypaliłam.
- To nasz ojciec- poprawiła mnie dziewczyna- Kim jesteś?
Zaczęłam się im uważnie przyglądać. Zaczęłam dostrzegać, że Trunks także nie jest taki sam jak ten z przyszłości. Gdzie ja w ogóle trafiłam? Czy to moja przyszłość, w której mnie już nie było? Poleciałam za daleko i tu mnie już nikt nie znał? A Bulma? Ona na pewno by wiedziała! Książę także.
- Jestem siostrą twojego ojca- warknęłam- Wystarczy?
- Nic nam nie mówił, że ma siostrę.
- Widocznie nie musiał-odpowiedział niebieskooki.
Założyłam ręce na piersi krzyżując je. Starałam się opanować nerwy. Nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń,a tym bardziej, że mogłam zabłądzić.
- Nic tu po mnie-wzruszyłam ramionami.
Wstałam i skierowałam się w stronę wyjścia. Skoro, źle trafiłam musiałam ruszać w drogę by dostać nauczkę od Vegety, Bulmy i Trunksa. Wolałam to niż podróżować bez przerwy w przestrzeni czasu. To nie było dla mnie. Nie zwracałam uwagi na wołania dezorientowanego rodzeństwa. Nie miałam ani chwili do stracenia. Musiałam wracać i to szybko.
- Dokąd to- odezwał się znajomy mi głos.
- V-Vegeta?- byłam zaskoczona.
Mężczyzna wyrósł mi przed twarzą, że z wrażenia cofnęło mnie w tył, upadłam.
- Skąd znasz moje imię?
- Co ci się stało z Twarzą!- krzyknęłam przerażona.
Jego włosy były dużo krótsze, nad wargą widniał czarny wąs, a na ramieniu gigantyczna szrama. Miał na sobie ziemskie ciuchy, które w ogóle mu nie pasowały. Nie miał też ogona. Saiyanin się zbulwersował.
- JAK ŚMIESZ?!- wrzasnął-Wiesz, kim jestem?
Odetchnęłam z ulgą. Mimo,iż wyglądał jak kretyn wciąż był taki sam, wciąż uważał się za super księcia Saiyanów. To był on. Zawsze taki sam.
- O przepraszam książę-zachichotałam.
- Nie kpij ze mnie-jeszcze chwila i mógł eksplodować.
- Uspokój się głupi-spoważniałam- Nie tylko ty masz królewski tytuł.
- O czym ty mówisz Saiyanko?
- Ooo… Widzę, że rozpoznałeś mnie, choć w połowie!- droczyłam się z nim- Jestem twoją siostrą.
Książę się roześmiał.Dawno nie widziałam takiego Vegety. Rzadko, kiedy się uśmiechał. No cóż,przecież byłam dzieckiem przy nim, a jak wyglądała Sara tego nie wiedziałam. Byłam teraz pewna, że przybył na ziemię odnaleźć Bulmę.
- Saiyanie mają specyficzną moc- wyjaśnił śmiejąc się przy tym- Moja siostra już nie jest dzieckiem.
- Bardzo możliwe, bo ja nie jestem z tych czasów.
- To znaczy?
Musiałam sprawdzić czy to był ten Vegeta, którego nie spotkałam będąc na Vegecie.
- Czas to pojęcie względne- wyrecytowałam- Freezera już nie ma…
Mój „brat”zaczął mi się uważnie przyglądać. Dałam mu przecież do myślenia. Jedynie w ten sposób był w stanie uwierzyć, kim jestem, bez zbędnych opowieści.
- Gdzieś już to słyszałem- myślał na głos- Czy ty…?
- Tak- odpowiedziałam krótko zanim zdążył zadać pytanie.
Na podwórko weszły jego dzieci. Zaczęły wypytywać się, o co chodzi i dlaczego mówię o sobie siostra Vegety. To było proste, zgubiłam się w czasie. Ciekawe czy Trunksowi się to kiedyś przytrafiło?
- To ty jesteś tym dzieckiem, który zlikwidował Freezera- odgadł.
- To ja- zaśmiałam się- Właśnie wracałam do domu, ale jak widać tutaj trafiłam.
- Czyli ledwo go zabiłaś i już znalazłaś się tutaj?
- Tak- mruknęłam- A co z 78?
- To znaczy?- nie zrozumiał pytania.
- Czy Bardock wysadził tę planetę z Changelingami?
- Tak.

[center]***[/center]

Siedzieliśmy w przestronnym salonie popijając jeszcze ciepłą herbatę. Miałam wrażenie, że dom w ogóle się nie zmienił. Opowiadałam księciu jak to wszystko wyglądało. Cała ta walka z Freezerem, z armią specjalną i przygotowania do wysadzenia 78. To było zaledwie kilka dni temu, więc nie miałam problemu z odtworzeniem tej historii.Dzieci Vegety były bardzo zainteresowane tą opowieścią.
- Ile mam teraz lat?-zapytałam po skończeniu opowieści.
- Chyba dwadzieścia cztery.
- O rany!- zdumiałam się-A ja wciąż mam jedenaście.

[center]***[/center]

Książę Vegeto,

Świat się zmienia,zmienia się ku lepszemu. Czas to pojęcie względne. Freezera już nie ma, a życie płynie dalej. Podbijałeś dla innych, zdobądź coś dla siebie. Nie ważne jak to odbierzesz, mimo wszystko wierzę, że przylecisz tu i odnajdziesz tę kobietę,która Tobie jest przeznaczona. Tu odnajdziesz swój świat. Tu na Ziemi. Zupełnie inne życie, więcej warte niż cała przelana krew. Tu jest Twoje przeznaczenie…

Twoja jedyna

S


43. Super wojownicy

Słońce było już wysoko na niebie. W ogrodzie ćwierkały przeróżne ptaki. Było też słychać wiele różnych odgłosów żyjących tam zwierząt. Rodzice Bulmy uwielbiali te stworzenia. Teraz byli starzy i niczym innym się nie zajmowali. Ojciec zrezygnował z badań oraz wszelakich czynności laboratoryjnych. Firmą zajęła się Bulma. Miałam wrażenie, że życie tej rodziny nieco odbiegało od tej, którą miałam okazję spotkać, na przykład Trunks nie był tym samym chłopakiem, którego poznałam, może właśnie taki miał być ten mały brzdąc? Zastanawiałam się przede wszystkim co się wydarzyło po moim odlocie. Czy bardzo zmieniłam przyszłość przeszłości z powodu swojego kaprysu? Miałam teraz okazję dowiedzieć się wszystkiego!
- Powiedz mi- zawahałam się- Czy Son Goku żyje?
Książę spojrzał na mnie z dziwną miną. Sprawiał wrażenie zaskoczonego tym pytaniem. Zapewne zastanawiał się skąd znam to imię.
- Nie wiem- rzekł szorstko.
- Muszę wiedzieć- nie dawałam za wygraną- Żyje?
- Co to za przesłuchanie?
- Jesteś super wojownikiem?- zadałam kolejne pytanie nie czekając na odpowiedź.
- Jestem.
- Udowodnij- syknęłam.
Wybiegłam z ogrodu tak szybko, że wyglądało to jakbym zniknęła. Wydostałam się na zewnętrzny ogród zatrzymując się prawie przy drodze. Nie musiałam długo na niego czekać, stał przy drzwiach i wpatrywał się we mnie swoim obojętnym wzrokiem. Jakbym wcale nie robiła na nim żadnego wrażenia.
- Pokaż- rozkazałam.
Vegeta uśmiechnął się do mnie z kpiną. To oznaczało tylko jedno. Vegeta był super wojownikiem. Wiedziałam już, że to nie uległo zmianie, co wprawiało mnie w lepszy nastrój. Chcąc zmienić przeszłość nie zamierzałam tego zmieniać.
Zacisnął pięści unosząc je na wysokości pasa mając ugięte łokcie. Zaczął delikatnie koncentrować moc. Miałam wrażenie, że na tyle bym nie dostrzegła różnicy. Miał pecha, czułam jego minimalnie rosnącą moc, choć nie dałam tego po sobie poznać.
Jego siła ciosu stawała się coraz to większa toteż wyszedł z obrębu drzwi na trawnik. Wydawało się, że jest niemalże namacalna. Czy była większa od mocy mojego brata? Na to pytanie nie umiałam jeszcze odpowiedzieć. Poczułam dziwne ukłucie na twarzy, a chwilę po tym rozbłysło się złociste światło. Stanął przede mną nie kto inny jak super wojownik.
- Brawo- klasnęłam w dłonie- Teraz powiedz, czy Son Goku także jest super wojownikiem?
- Owszem- prychnął- Ten pajac nie dorasta mi do pięt.
Zaśmiałam się. On nawet tu się tak bardzo nie zmienił. Musiałam się spotkać z ojcem Son Gohana by dowiedzieć się jak udało mu się otrzymać ten poziom. Musiałam się tego dowiedzieć. Musiałam… Nie czekając ani chwili ruszyłam w stronę domku w górach gdzie mieszkała rodzina Saiyańska. Bardzo czułam się podekscytowana, a za razem zmieszana. Nie wiedziałam co było powodem jego przemiany. W moich czasach udało się mu to dzięki Freezerowi, którego mu zabrałam sprzed nosa z myślą o swoich zachciankach. Zastanawiałam się czy warto było pakować się w tę historię. Trunks zmienił swoją przeszłość bo Bulma go prosiła. Nie mogła znieść faktu, iż nie ma istoty na Ziemi, która by mogła ich chronić, a ja? Ja miałam tylko przeszłość… Myślałam tylko o sobie. Zmieniłam przyszłość…
- Kto to?- zamyśliłam się zerkając za siebie.
Poczułam znajomą energię. Nieco zwolniłam by ów osobnik mnie dogonił. Kidy był już blisko gwałtownie się zatrzymałam, ten mnie wyprzedził.
- Vegeta?
On również się zatrzymał i nie odwracając się powiedział, że musi to zobaczyć. Nie puści mnie samej, bo jestem tylko dzieckiem. Dzieckiem, które zagubiło się w czasie. Westchnęłam załamując ręce po czym ruszyliśmy bez słowa do domu Son Goku’a. Będąc na miejscu delikatnie wylądowałam. Podeszłam niepewnie do drzwi, czułam jak ciało mi drgało. Nie miałam pojęcia co mnie mogło czekać. Stałam na wprost drzwi i zastanawiałam się co właściwie miałam robić. Czego oczekiwać.
- Tu jestem- odezwał się głos.
Odwróciłam si mechanicznie szukając nadawcy. Siedział na dużym pniu spoglądając w dal.
- Czekałem.
Przez moje ciało przebiegł dziwny dreszcz. Nie umiałam określić jak właściwie się czułam. Tyle mnie zapewne tu czekało niewiadomych.
- Czekałeś?- prychnął Vegeta.
- Poczułem nie znaną mi energię- wyjaśnił spokojnie- Wiedziałem, że tu lecicie do mnie.
- Nie myśl sobie, że to jakieś towarzyskie spotkanie- syknął książę-
to nie czas na pogawędki.
- Jak zwykle nie w sosie- zaśmiał się Saiyanin- Ty, Vegeta nigdy się nie zmienisz.
Uśmiechnęłam się w duchu. Hasło „Ty, Vegeta nigdy się nie zmienisz” sprawiło, że zrobiło mi się cieplej na sercu. Dodawało mi to takiej otuchy. Vegeta, mój brat zawsze taki sam. Nie ważne co by się wydarzyło, Vegeta zawsze taki sam.
- To ja mam do Ciebie sprawę- zabrałam w końcu głos- Przyleciałam dowiedzieć się czy możesz zamienić się w super wojownika kiedy tylko zechcesz.
- Super wojownik- zamyślił się.
Ponownie skierował się w stronę przyrody tak jak i swoje myśli. Jakby szukał tam jakieś odpowiedzi… Może znaku?
- Odpowiedz!- zniecierpliwiłam się- Muszę to wiedzieć.
Mężczyzna powoli podniósł się spoglądając na swoje adidasy. Były brudne od trawy i błota. Nic dziwnego, tu w górach nie trudno o brudne buty. Mieszkali w pięknej okolicy i teraz, tyle że obok stał jeszcze jeden dom, dwa razy większy dom. Son Goku uśmiechnął się do mnie w dość specyficzny sposób. Tak jakby chciał udowodnić mi coś w co nie byłam w stanie uwierzyć. Ułożył się w pozycji gotowej do transformacji. Na ten moment właśnie czekałam. Poczułam w powietrzu silną energię. Jaką mocą dysponował? Czy była większa od tej, którą posiadał w moich czasach? Czy Vegeta był naprawdę silniejszy od niego? Czy może oboje byli silniejsi od mnie? Niewątpliwie moje rozmyślania miały za chwilę otrzymać odpowiedź. Jego moc nagle wzrosła, uderzyła mnie z dużą siłą, rozbłysło się złociste światło. Zobaczyłam dokładnie to co chciałam ujrzeć – super wojownika we własnej osobie.
- Teraz Twoja kolej- spojrzałam surowo na Vegetę- Stań się złotowłosym.
Książę prychnął wyrażając swoje oburzenie. Że ja, taka gówniara mam czelność coś mu kazać. Choć nie znałam go, wiedziałam że i tak to zrobi, jego ambicji nie można było podważać. Tak, w przeciągu paru paru chwil stałam przed złotowłosymi mężczyznami. Ich moc nie wskazywała by ją całkowicie odkryli, wiedziałam, że stać ich na dużo, dużo więcej. Jednak Vegeta miał rację, był silniejszy od Son Goku’a, a to wszystko dlatego, że nie spotkał Freezera. Nie wiedział nic o super wojownikach! Nie wiedział nawet, że ktoś taki istniał jak Changeling. Zmieniłam zbyt wiele w ich życiu… Choć spotkali się, Vegeta ożenił się z Bulmą…
Nie mówiąc ani słowa zaczęłam kumulować w sobie olbrzymie pokłady energii. Chciałam pokazać im całą swoją moc. Chciałam by Vegeta wiedział ile potrzeba mi było mocy by zlikwidować Freezera, a Son Goku’owi, że tam skąd przybywam moja potężna moc jest niczym, bo są silniejsi ode mnie. Obaj zerkali na mnie z niedowierzaniem, a czasem też i na siebie tym samym pytającym wzrokiem. No tak, kazałam im się zamienić, a następnie sama to robiłam bez uprzedniego oświadczenia Emanowała ze mnie potężna energia. Kamienie, które znajdowały się wokoło uniosły się ku górze, ziemia pod stopami kruszyła się, w ciało oplecione było elektrycznymi wyładowaniami. Czułam silny powiew mocy, czułam ją niczym wiatr.
- Przestań!- krzyknął Son Goku.
Nie usłuchałam. Dalej kumulowałam w sobie niezliczone pokłady energii. Sama byłam ciekawa ile jeszcze jej w sobie mam. Nigdy tyle nie osiągnęłam…
- Powiedziałem dość!
Mężczyzna nie wytrzymał. Nabrał w sobie więcej energii i ruszył na mnie. Ani drgnęłam. Widziałam w jego morskich oczach przerażenie…


Wróć do „Dragon Ball/Z/GT/Super”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości