|
Yu Biały Smok |
| Autor |
Wiadomość |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-07-29, 15:17 Yu Biały Smok
|
|
|
Miryoku mnie prosiła o przesłanie tego dzieła. Mam nadzieję, że wam sie spodoba.
Stworzona jeszcze przed maturą i pisana z przerwami powieść fantasy osadzona w naszych realiach. Opowiada o młodym smoku Yu, który pracuje w Gwardii - organizacji zajmującej się ochroną morfów (potworów w ludzkiej skórze) - i jest znany ze swojego przywiązania do zasad. W sumie mało oryginalna i widać tu lepiej niż w "Miłości van Hoovena", że główni bohaterowie u mnie są do bólu szlachetni. Mimo to mam nadzieję, że spodoba sie wam. Jak opowiadałam o niej jednemu znajomemu, podobał mu sie pomysł z Gwardią i jej organizacja.
Rozdział 1
W Chinatown zapadł już zmrok. Po ulicach błąkał się dziwny osobnik – szczupły czternastolatek z uciętymi na pazia czarnymi włosami i ciemnymi oczami, o trójkątnej twarzy. Ubrany był w jakieś stare dżinsy i wytarty płaszcz. Młodzieniec trzymał ręce w kieszeniach płaszcza i szedł powoli i z opuszczoną głową. Co jakiś czas potrącali go ramieniem przechodnie, ci zaś albo go ganili, albo przepraszali, albo po prostu ignorowali. On sam zdawał się nie interesować tym, co jest wokół. Po prostu szedł przed siebie i myślał.
„I co teraz? – mówił sam do siebie. Poczuł nagły przypływ zmęczenia. – Warto by się już położyć. Oby przy moście nikogo nie było…” Przyśpieszył kroku, bo do mostu było już tylko kilka metrów. Zaraz jednak zwolnił, aby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Niebawem opuścił chińską dzielnicę i znalazł się przy moście, po którym już od wielu lat nie jeździł żaden samochód, za to sam pomost obrósł już rdzą i glonami. Po drugiej stronie znajdowała się wielka metropolia – Chicago.
Zszedł w dół, pod most i jeszcze rozejrzał się dookoła, czy czasem ktoś go nie śledził. Upewniwszy się, że jest sam, rozebrał się do majtek, ukrył ubranie – płaszcz, buty, skarpetki i koszulkę – w zardzewiałym samochodzie opodal i wszedł powoli do wody. W końcu zniknął całkiem w tafli wody i dopiero wtedy mógł przyjąć swoją naturalną postać. Jego ludzkie ciało stało się wężowate, twarz wydłużyła się i zaczęła przypominać pysk krokodyla z uszami i rogami, jego nogi zmieniły się w tygrysie łapy, a ręce – w szpony orła. Cały pokryty był śnieżnobiałą łuską. Jego oczy ze zwykłych, szarych, przybrały kształt i barwę czerwonych, gadzich ślepi.
Młodzieniec zamknął oczy i zasnął. W uszach nie słyszał już zupełnie nic. Zawsze miał twardy sen i chyba tylko jakiś straszliwy huk albo uderzenie w głowę mogły go teraz zbudzić. Był świadom tego, że kiedy nastanie kolejny dzień, będzie musiał złożyć Gwardii raport.
Od kiedy ludzkość zaczęła polować na smoki, a potem stopniowo nie wierzyć w ich istnienie, one, albo wycofywały się do miejsc niedostępnych, albo w ludzkiej powłoce żyły na ziemi. Jednakże musiały starać się, aby nie zdradzić swojego pochodzenia. Nie mogły przybierać swoich prawdziwych postaci, musiały panować nad swoimi emocjami, gdyż w gniewie ich oczy zmieniały się z ludzkich w smocze, i nie wolno im było nikomu z ludzi mówić o tym, kim są. Tylko małżonkowie-ludzie mogli znać prawdę o tym, że ich drugie połowy nie są ludźmi, ale i tak rzadko kiedy wierzyli i byli zobowiązani do milczenia.
Nie tylko smoki, ale też inne istoty, o których mówiło wiele mitów i legend, żyły na ziemi w ludzkiej postaci. Wszystkie takie stworzenia nosiły wspólną nazwę morfów. Jedne starały się żyć spokojnie, lecz zawsze coś mogło się wydać i wtedy mogło powstać zamieszanie, poza tym wciąż żyli jeszcze liczni łowcy, którzy polowali na niezwykłe stworzenia, głównie, aby je zabić albo schwytać; inne używały swoich przyrodzonych zdolności, aby szkodzić morfom i ludziom. Pomoc pierwszym i okiełznanie drugich były zadaniami tak zwanej Gwardii, skupiającej przede wszystkim smoki, między innymi dlatego, że rodziły się ze znajomością wszystkich języków świata – starych i nowych.
Niektórzy członkowie Gwardii zajmowali się miejscami, w których mieszkali, inni byli wysyłani na misję przez dowództwo, które rezydowało w Australii. Nasz bohater – Yu – był z tych drugich. Cieszył się opinią wzorowego członka Gwardii, bo wykonywał swoje zadania sumiennie i trzymał się mocno zasad. Yu nie śmiał łamać żadnego prawa – ani smoczego, ani ludzkiego. Uważał, że bez tych odwiecznych reguł światem rządziłby niewyobrażalny chaos i dlatego Yu wolał im się podporządkować. Wiedział jednak, że nie zawsze łatwo ich przestrzegać. Wiele razy słyszał o tym, jak jakiś morf, a czasem nawet zwykły człowiek, złamał prawo, aby przeżyć lub uratować kogoś bliskiego. Obawa, że kiedyś on – Yu – mógłby być zmuszony do sprzeniewierzenia się zasadom, wiele razy nachodziła go o różnych porach dnia i nocy.
Ponieważ nawet Yu nie znał swojego nazwiska, mówiono do niego, albo po imieniu, albo Biały Smok. Po wielu tysiącach lat smoki i inne morfy mieli ludzkie imiona i nazwiska. Jednakże w Gwardii (a także w przestępczym półświatku) niektóre z nich dorobiły się pseudonimów już na samym początku kariery albo po jakimś czasie. W ludzkiej szkole, do której chodził, Yu nosił dla niepoznaki nazwisko He, od swojej współlokatorki i przybranej matki Hsi He.
Dotąd też Yu pracował z innymi, teraz nadszedł czas na jego pierwszą samodzielną misję. Do dowództwa w Australii dochodziły plotki z Chicago na temat trzech tamtejszych gwardzistów, a zwłaszcza ich dowódcy majora Francisa Beana, który podobno prowadził jakieś nieczyste interesy, a od morfów tam żyjących wymuszał spory haracz. Yu miał za zadanie sprawdzić, czy te pogłoski są prawdziwe. Spotkał się z Beanem – był podejrzanie miły. Nawet próbował przekupić Yu w zamian za milczenie w sprawie pewnego zdarzenia, którego Biały Smok był świadkiem, a mianowicie jak dwóch pozostałych podejrzanych handlowało z dilerem narkotyków. Yu – jak się można było tego po nim domyślać – łapówki nie przyjął. Teraz musiał już tylko wrócić do Australii i złożyć osobiście raport o tym przekroczeniu oraz o wielu innych, które zauważył.
Niebawem nad mostem pojawił się świt. Refleksy wschodzącego słońca padły na twarz śpiącego Yu. Szybko, acz nie gwałtownie otworzył oczy, po czym przyjął swoją ludzką postać, wstał i zaczął wychodzić z wody. Jego mokre majtki lepiły się, a całe jego ciało ociekało, było mu też zimno. Nareszcie znalazł się na lądzie. Jeszcze zanim zbliżył się do gruchota, gdzie były jego rzeczy, wyżymał dwa razy włosy. Potem ruszył ku samochodowi. Im dalej szedł, tym ziemia była twardsza, mniej piaszczysta, i tym bardziej obawiał się, że poprzedniej nocy jego ubranie mogło zostać skradzione.
Wreszcie stanął przed samochodem. Przez moment rozglądał się po gruchocie i natychmiast dostrzegł zawiniątko swoich ubrań. Zaczął się ubierać – najpierw spodnie, skarpetki i buty, potem koszulka i płaszcz. Yu sprawdził też kieszenie, czy wszystko ma. Poczuł ulgę, kiedy w prawej ręce poczuł chłód monet i chropowatość banknotów, które dostał kilka dni temu od przełożonych, oraz kiedy dojrzał, że w drugiej kieszeni nadal była jego biała chusteczka z wyhaftowanym słońcem o promieniach w kształcie kosmyków włosów. Był to oficjalny znak Gwardii.
„Czas iść coś zjeść, a potem poszukać telefonu, zdać raport i do Australii” – pomyślał Yu i zwrócił się ku górze, z której zszedł tu poprzedniego wieczoru. Powoli i spokojnie powrócił do Chinatown. Zaczął rozglądać się za jakąś małą knajpką, gdzie mógłby zjeść śniadanie. Niestety, wstał zbyt wcześnie, aby jakakolwiek była otwarta, ale mimo to szukał dalej. Nawet wyszedł poza Chinatown. Otaczały go ze wszystkich stron wielkie wieżowce, do których jednak już się przyzwyczaił. Im dalej się zapuszczał i im więcej knajp znajdował zamkniętych, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest o wiele za wcześnie.
Zatrzymał się w końcu koło jakiejś kamienicy, aby pomyśleć. Naprzeciw niego stała budka telefoniczna, kilka metrów od niej hydrant. Za nią rozciągała się jezdnia, a jeszcze dalej kamienice i sklepy, ale żaden z nich nie był otwarty. Brzuch, jak to przy głodzie, bolał Yu niedokuczliwie, acz nieprzyjemnie. Co Yu powinien robić przez ten czas, kiedy wszystkie bary i restauracje były zamknięte?
Nagle z budki doszedł go odgłos telefonicznego dzwonka. Yu domyślił się, że to musi być dowództwo, które dzwoni, aby się dowiedzieć, jak mu poszło. Ze spokojem wszedł do budki i podniósł słuchawkę.
- Yu przy telefonie – powiedział po angielsku (od chwili, kiedy postanowiono o ostatecznej lokalizacji siedziby, tym językiem posługiwano się powszechnie w Gwardii).
- Tu pułkownik Donovan – oświadczył spokojny głos w słuchawce. – Proszę o raport, Yu.
- Oczywiście. A więc…
Nagle poczuł, że ktoś albo coś jest za nim i chce go zaatakować. Poprosił pułkownika o cierpliwość, rozejrzał się wokół. Nie było żadnego człowieka. Yu pstryknął palcami i z hydrantu wybuchł potężny strumień wody, który dzięki sporej sile uderzenia przybił niedoszłego napastnika o mur w zaułku. Potem strumień opadł. Nakrętka od hydrantu leżała na chodniku, a ten, który chciał tak haniebnie napaść na gwardzistę składającego raport wpadł do śmietnika w zaułku.
Nie poddawał się jednak. Wygramolił się ze śmietnika i znów zaczął się skradać do Yu, który tylko na to czekał.
- Wybacz, pułkowniku – szepnął i odłożył słuchawkę.
Następnie odwrócił się, aby zobaczyć, kto go nachodzi, kiedy on prowadzi tak ważną rozmowę. Najwyraźniej jakiś głupek, bo gdy tylko Biały Smok się odwrócił, jego napastnik nawet się nie schował, tylko zamarł w miejscu i przyglądał się ze zdziwieniem swojej niedoszłej ofierze. Był to jakiś okrągły zbir z małymi oczkami i czarnymi włosami, ubrany w szary sweter. W ręce trzymał nóż kuchenny.
Yu popatrzył na niego z lekceważącym półuśmiechem i znów pstryknął palcami. Tym razem strumień wody z hydrantu owinął się wokół napastnika i uwięził go, formując się w zaciśniętą pięść.
- Czego ty się spodziewałeś, porywając się z motyką na słońce? – zapytał po chwili Yu i podszedł do uwiezionego. – Myślałeś, że uda ci się coś mi zrobić? Nic z tego. Musiałbyś być inteligentniejszy.
- Ja nie chciałem! – krzyknął rozpaczliwie uwięziony. – On mnie zmusił! Zagroził, że jeśli pana nie zabiję, to spalą mój dom!
- Major Bean? – zapytał Yu.
- Tak – odpowiedział nieco spokojniej zbir.
Yu pstryknął po raz trzeci uwalniając zbira.
- Nie martw się, kiedy tylko złożę raport, Bean wyleci stąd szybciej, niż zdążysz wrócić do domu. Niestety będę musiał też donieść o tym, że chciałeś mnie zaatakować, więc zostań tutaj grzecznie.
- Nie, proszę o mnie nie mówić! Nigdy wcześniej nie złamałem prawa!
- Ale powiem im, że cię zmuszono. Jeżeli ja, jako ofiara, zaświadczę o tym ze spokojem i bez strachu, uwierzą mi. Jak się nazywasz, obywatelu, i jakim stworzeniem jesteś?
- Gordon James. Jestem smokiem górskim.
Yu aż się zdziwił. Smoki górskie, jak wskazuje nazwa, przeważnie mieszkają w górach albo blisko nich, gdyż tylko góry dają im kryjówkę. Smoki górskie nie nadają się do walki, są zbyt pokojowo nastawione. Pragną tylko, w razie czego, schronić się na szczytach gór. Dlatego też dziwne było to, że ten smok górski znajdował się tutaj – w wielkim Chicago, gdzie wysokie i pełne ludzi wieżowce nie przypominają nijak górskich wierzchołków. Jeszcze dziwniejsze było dla Yu, że Bean wybrał tego typu stworzenie do zlikwidowania członka Gwardii. Czyżby Gordon ukrył przed nim to, że jest smokiem górskim?
- Nie marnujmy już czasu – odparł po chwili Yu.
Podniósł słuchawkę bez wystukiwania numeru i czekał. Po kilku sekundach usłyszał w niej dźwięk świadczący o tym, że z drugiej strony ktoś odebrał. System identyfikacji członków Gwardii działał bardzo dobrze. Gdyby słuchawkę podniósł człowiek, nie byłoby reakcji Gwardii.
- Dlaczego przerwałeś składanie raportu? – odezwał się bez zbędnego przywitania pułkownik Donovan.
- Próbowano mnie zaatakować, ale wszystko jest pod kontrolą. Mam dla pana ciekawe wieści. Potwierdzam, że gwardziści: major Francis Bean, porucznik Quincy Weber i porucznik Vernon Garson, odpowiedzialni za Chicago, prowadzą nielegalne interesy i terroryzują mieszkające tam morfy. Major Bean proponował mi nawet łapówkę, której nie przyjąłem. Więcej – dodam, że jest ze mną górski smok Gordon James, który pod groźbą spalenia domu został wysłany, aby mnie unieszkodliwić.
- Górski smok, powiadasz? – zainteresował się nagle pułkownik. – To niemożliwe, żeby Bean był aż tak głupi, aby zlecać coś takiego górskiemu smokowi. W każdym razie znasz procedury. Jeśli cię zaatakował, musisz go wziąć ze sobą do kwatery w Australii.
- Rozumiem. Yu Biały Smok odmeldowuje się.
Gordon zamarł na dźwięk imienia i pseudonimu młodego smoka przed sobą.
Yu odłożył słuchawkę.
- Jak się tam dostaniemy? – zapytał zaraz potem Gordon. – Daleko z Chicago do Australii.
- Nie martw się o to.
Nagle znów dał o sobie znać głód. Brzuch Yu zaburczał głośno. Biały Smok dotknął go jedną ręką i westchnął.
- Niech pan ze mną pójdzie – powiedział Gordon. – Coś pan zje.
Dom Gordona był małym mieszkaniem z jednym pokojem – czymś na kształt salonu, kuchni i sypialni. Znajdowała się tam mała, hotelowa lodówka, a na niej jakaś stara mikrofalówka. Przy przeciwległej ścianie była kanapa, na którym górski smok posadził Yu. Obok kanapy stał mały telewizor. Ściany się rozpadały.
Gordon wyjął z lodówki pudełko pizzy. Włożył je do mikrofalówki i po minucie położył na kolanach gościa. Sam niczego nie jadł, tylko oparł się o blat i w ciszy rozglądał się po kuchni, najwyraźniej nie wiedząc, na co ma patrzeć.
Również Yu nie patrzył na swojego gospodarza. Widząc warunki, w jakich żyje Gordon, Yu pomyślał, że mógł przybyć tutaj – do Chicago – za chlebem. Zaraz potem pomyślał, że ten prosty smok postąpił bardzo szlachetnie, dając Yu tę pizzę, kiedy ten był głodny. To nie był zły smok, pragnął tylko, aby oszczędzono jego mały, ale jedyny dom.
- Nie lubię tej rudery, ale nie mam innego schronienia – odezwał się nagle Gordon. – Jestem z zawodu magazynierem w pewnej hurtowni, chociaż uważam, że mógłbym być kimś ważniejszym. Zawsze chciałem być w Gwardii.
- Dlaczego więc nie jesteś?
- Bo w moich rodzinnych stronach – czyli w pewnym małym miasteczku w Oregonie – nie przeszedłem pomyślnie badań lekarskich. Poza tym, jako górski smok, mam zbyt pokojową naturę. Nie sprawdziłbym się, gdyby zaszła potrzeba walki.
- Rozumiem. Ale możesz być cywilnym gwardzistą. Nasza Gwardia różni się przecież od zwyczajnych gwardii tym, że aby do niej należeć nie musisz być żołnierzem. Kto wie – może masz umiejętności, które nam się przydadzą. Więc, Gordonie, co umiesz robić?
- Och, różne rzeczy…
- Zobaczymy, co da się zrobić.
Kiedy Yu skończył jeść, wstał ostrożnie i stanąwszy przed Gordonem, ścisną jego rękę i powiedział:
- Wielkie dzięki za twoją dobroć. Postaram ci się odwdzięczyć w najbliższym czasie.
Obaj wyszli z mieszkania. Gordon zamknął drzwi na klucz, po czym wraz z Białym Smokiem zeszli na dół. Po chwili znaleźli się na ulicy. Już wszystkie sklepy, bary i kawiarnie były pootwierane, a po jezdni sunęły do pracy samochody.
Yu zaczął się rozglądać za pewnym osobnikiem – niskim włóczęgą z bielmem na lewym oku i gęstą, brudną brodą. Według dowództwa to on był strażnikiem śmietnika w Chicago. Yu natychmiast znalazł go w pobliskim zaułku, i wraz z Gordonem ruszył w jego stronę. Włóczęga uśmiechnął się na widok Yu, który wskoczył tam, a zdziwiony nieco Gordon dołączył do niego po chwili. Włóczęga przykrył pokrywą śmietnik i odszedł.
Najciekawsze dla Gordona było to, że nawet niczego nie poczuł, a już po kilku sekundach, kiedy Yu podniósł pokrywę śmietnika, znajdowali się w Australii. Byli na jakichś przedmieściach, w jakimś wspólnotowym śmietniku. Jednopiętrowe domki stały w równych szeregach, a za nimi rozciągały się wzgórza pokryte czerwonym piaskiem i rosnącymi gdzie niegdzie krzewami – przynajmniej tak by wyglądały za dnia. Teraz czyste, granatowe niebo usiane gwiazdami sprawiało, że wzgórza były czarne.
Yu zaczął iść właśnie ku tym wzgórzom, a Gordon za nim. Szli przez ulice przedmieścia, potem wspinali się po czerwonych wzniesieniach.
Nagle Yu stanął przy jakimś krzaczku, po czym kucnął przy nim i coś do niego szepnął. Następnie krzak razem z wielką okrągłą pokrywą przypominającą studzienkę kanalizacyjną sam się odsunął na bok, odsłaniając przejście jakby do kanału. Yu natychmiast zszedł tam, a Gordon i tak był zmuszony iść za nim.
Kiedy tylko znaleźli się na dole, słychać było odgłos ciężkiej studzienki, wracającej na swoje miejsce. Sam dół oświetlony był żarówkami w równych odstępach rozmieszczonymi na suficie. Yu i Gordon znajdowali się w korytarzu, z którego końca dochodziło mocne światło i odgłosy rozmów. Właśnie tam Yu zaprowadził Gordona.
Niebawem znaleźli się na miejscu, gdzie były setki stanowisk różnych morfów w ludzkich postaciach ze słuchawkami, siedzących przy biurkach z komputerami. Panował gwar, gdyż co chwila jakieś stworzenie przy komputerze mówiło coś do słuchawek.
- Co to jest? – zapytał Gordon. Najwyraźniej był pod wrażeniem tego wszystkiego.
- Tutaj przyjmujemy wiadomości od gwardzistów z innych krajów, na wypadek pewnych problemów – wyjaśnił Yu. – Wszyscy ci pracownicy to gwardziści cywilni. Jeżeli się dostaniesz do Gwardii, to możliwe, że tu trafisz.
- Nareszcie jesteś – usłyszeli czyjś męski głos.
Yu dobrze wiedział, kto to, więc z uśmiechem zwrócił wzrok na drugi koniec z sali, gdzie koło drzwi stał także uśmiechnięty pułkownik Thomas Donovan. Natychmiast obaj sobie nawzajem zasalutowali.
Był to osobnik o potężnej szczęce, posiwiałych włosach i głębokich zmarszczkach mimicznych. Miał na sobie szary garnitur i czapkę, na której widniał znak Gwardii. Z tego, co wiedział Yu, pułkownik Donovan był gryfem, miał żonę i dwoje dorosłych dzieci. To on wprowadził Yu do Gwardii, a potem go osobiście szkolił. Był z natury wesoły i przywiązany do tradycyjnych wartości. Miał też dobrą pamięć i doskonały instynkt.
Pułkownik podszedł do Yu i Gordona, który wyprostował się i stanął na baczność, po czym Donovan spojrzał na niego i lekkim uśmiechem dał do zrozumienia, że Gordon może spocząć.
- Zwykle jesteś tutaj już po kilku sekundach od złożenia raportu – odezwał się pułkownik z uśmiechem. Zaraz potem spojrzał na nieco zdenerwowanego Gordona i dodał: – To musi być ten górski smok, o którym mówiłeś, Yu.
- Tak jest, panie pułkowniku. To jest Gordon James, którego Bean wysłał, aby mnie unieszkodliwił.
- To było wymuszenie. On groził, że spali mi dom…
- Yu o tym wspomniał w raporcie – odparł pułkownik. – Powiedz mi, Gordonie James, czy mówiłeś Beanowi o tym, że jesteś górskim smokiem?
- Nie, on właściwie o to nie pytał – odpowiedział Gordon i spojrzał w podłogę. – Po prostu kazał mi zająć się gwardzistą. Nie zarabiam dużo, więc prawdopodobnie, gdybym stracił ten dom, który teraz mam, zostałbym bez dachu nad głową.
- Tak, więc widzi pan, pułkowniku, że właściwie go zmuszono – dodał Yu.
- W takim razie, zgodnie z prawem, nie ma sprawy – oświadczył pułkownik. – Chyba, że masz coś jeszcze dla mnie, Yu.
- Właściwie, to pan James ma – odparł Yu i popchnął Gordona bardziej ku pułkownikowi.
Przez moment górski smok nic nie mówił, tylko patrzył w dół. Najwyraźniej był bardzo speszony, być może nawet myślał, że nie jest to odpowiedni moment, aby poprosić o posadę. Pułkownik cierpliwie czekał jeszcze minutę, a potem spojrzał na Yu z uśmiechem i zapytał:
- Możliwe, że się nie doczekam, więc może ty mi wyjaśnisz o co chodzi?
- Pan James chciałby zostać gwardzista cywilnym – wytłumaczył Yu.
- To w takim razie – powiedział pułkownik Donovan, kładąc rękę na ramieniu Gordona i prowadząc go do drzwi, o które się wcześniej opierał. – musimy porozmawiać na osobności.
Biały Smok zasalutował i z uśmiechem podążył wzrokiem za Gordonem i pułkownikiem, dopóki nie zniknęli za drzwiami.
Yu stanął spokojnie na ganku jednego z pobliskich domów z szarym dachem, żółtymi ścianami i kilkoma grządkami przy betonowej ścieżce do drzwi. Biały Smok zapukał i poczekał chwilkę, dopóki drzwi się nie otworzyły i nie stanęła w nich niska staruszka. Była bardzo stara, sądząc po głębokich i licznych zmarszczkach, oraz zmęczonych, skośnych oczach. Białe, puszyste włosy były krótko przycięte.
Yu – nauczony szacunku dla starszych i przestrzegający tej zasady – przywitał ją starym, pozdrowieniem smoków wodnych:
- Póki woda daje życie, niech twoje trwa w harmonii.
- Nawzajem. Już skończyłeś misję, Yu? – zapytała.
- Tak jest, pani generał – oświadczył Yu, po czym staruszka odsunęła się na bok, aby mógł wejść do środka.
Oto był dom, w którym mieszkał Yu – z kuchnią połączoną z przedpokojem. Za kuchnią było widać przejście do jadalni. Dwa metry bliżej drzwi frontowych znajdował się salon, a po drugiej stronie od nich – korytarz z trzema sypialniami i dwiema łazienkami. Naprzeciw drzwi frontowych było wejście do ogrodu. Wszędzie były normalne sprzęty – w kuchni lodówka, kredensy, kran, kuchenka… W jadalni staromodny, elipsowaty stół z sześcioma krzesłami; w salonie telewizor, dwa fotele, stolik do kawy i kanapa; w łazienkach krany i sedesy (prysznic znajdował się tylko w jednej, druga służyła za ubikację); w sypialniach szafki, komody, łóżka i, ewentualnie, jakieś drobiazgi należące do ludzi, który w danym pokoju spali. Jednak większość mebli, jak i sam dom, należało do generał Hsi He.
Zaraz z korytarza wybiegła rówieśniczka Yu z gęstymi, rudymi włosami, o jasnej cerze i wąskich ustach. Ona i Hsi były jego współlokatorkami. Były także gwardzistkami. Dowództwo Gwardii umieściło ich w jednym domu i przez długi czas kazało działać Yu i dziewczynie jako drużyna (Hsi była gwardzistką w stanie spoczynku i właściwie służyła im tylko radą, oni zaś zobowiązani byli się nią opiekować). Po dwóch miesiącach od wprowadzenia się dziewczyna – Ann – mogła już pracować sama. Yu musiał czekać na takie zadanie aż rok i dziesięć miesięcy.
Hsi He była starą wodną smoczycą, która właściwe znała Yu od jego najmłodszych lat, bo się nim zajmowała od chwili, kiedy jego jajo zostało jej przez kogoś podrzucone. Przez jakiś czas mieszkali w chińskiej dzielnicy Moulburn, potem, kiedy Yu wstąpił do Gwardii w wieku lat dwunastu, przenieśli się na polecenie dowództwa na przedmieścia Canberry, gdzie nikt ich nie znał. Pani generał sprzeciwiała się wstąpieniu Yu do Gwardii. Dopiero po licznych zapewnieniach pułkownika Donovana, że dołoży wszelkich starań, aby Biały Smok dostawał misje w miarę bezpieczne, dopóki nie będzie w stanie sam się bronić, Hsi ustąpiła.
Zawsze między nią a Białym Smokiem była dziwna więź, mocniejsza niż między nim a pułkownikiem Donovanem, czy nawet Ann. Być może fakt, że oboje należeli do tej samej rasy był powodem, że Hsi zawsze rozumiała Yu, a on z kolei nie dziwił się jej z pozoru niezwykłemu zachowaniu. Zawsze była spokojna w momentach kryzysowych, aby potem podać jakieś rozwiązanie, bowiem smoki wodne wyróżniały się tym, ze potrafiły być bardzo spokojnie, ale wszystko ma swoje granice i po jakimś czasie musiały dać upust złości.
W przeciwieństwie do nich, smoki ogniste był z natury nadpobudliwe, a do tego żywiły niezrozumiałą niechęć do smoków wodnych. Ann była właśnie smokiem ognistym i dlatego życie z nią nie było łatwe. Często coś ją denerwowało samo z siebie (na przykład Yu, Ann zawsze zarzucała mu, że się wymądrza), zawsze starała się robić wszystko sama, nie pytając nikogo o pomoc. W szkole, do której razem chodzili, Yu obawiał się, że jej niebieskie oczy zamienią się nagle w żółte ślepia i ludzie odkryją, że obydwoje są smokami. Na wszelki wypadek Ann nosiła ciemne okulary, ale tylko w szkole.
Był jeszcze czwarty lokator – przebywający ciągle na misjach poza Australią generał Anthony Mitchell. Równie stary jak Hsi, był jednak wyższy i mniej pomarszczony, a przede wszystkim – był smokiem ognistym jak Ann. Na twarzy miał krótko przystrzyżoną brodę. Prawe oko miał szklane a na lewej ręce znajdowała się blizna po kuli – pamiątki z czasów, kiedy walczył w II wojnie światowej (do dziś nie wiadomo jak udawało mu się pogodzić obowiązki w Gwardii i wojsku australijskim). Tak jak Yu używał w szkole nazwiska Hsi, tak Ann, która była wnuczką generała, znana była jako Ann Mitchell.
Ludziom wszyscy czworo mówili zawsze, że pani generał jest drugą żoną generała, tak jak on jest jej drugim mężem. Zarówno Yu, jak i Ann są dziećmi ich pociech z poprzednich małżeństw. Ich rodziny były zagranicą, więc Hsi i Anthony musieli zająć się wnukami. Jakoś ludzie w to wszystko wierzyli.
Ann skrzyżowała ręce na ramionach i spojrzała na Yu z pewnym siebie uśmiechem.
- Wyglądasz jak bezdomny – powiedziała po chwili.
- A co? Miałem chodzić po Chicago w garniturze?
- Udało ci się chociaż?
- Tak, myślę, że misja poszła szybko i sprawnie.
- Szybko i sprawnie? To zabrało ci dwa dni. Przedwczoraj, czyli w piątek, z rana wyruszyłeś, a wróciłeś przed chwilą. Dzisiaj jest niedziela.
- Takie misje właśnie tyle trwają. Pamiętaj, że miałem sprawdzić czy wszystko dobrze, a potem zdać z tego raport. Poza tym tobie też to nie szło szybciej.
- To teraz się połóż – odparła niespodziewanie miło Ann i wyprostowała luźno ręce. – Musisz być zmęczony.
- Spałem tam w wodzie pod mostem. Teraz chcę się tylko przebrać w coś lżejszego.
Pokój Yu był mały i skromny. Niebieskie ściany i stonowane światło sprawiały, że tonął w błękicie. Yu włożył do szafy płaszcz, po czym otworzył górną szufladę stojącej obok komody i zaczął szukać jakichś świeżych ubrań. Nagle jego wzrok zatrzymał się na stojącej na komodzie drewnianej figurce słonia i przyszedł mu na myśl Gordon.
„Mam nadzieję, że mu się uda” – pomyślał Yu. Pewnie teraz pisał test na gwardzistę cywilnego. Testy te można było pisać o każdej porze dnia i nocy. Po prostu nie było określonego terminu. Test mógł wykazać, czy pretendent nadaje się na to, aby stać się gwardzistą cywilnym i do jakiej pracy konkretnie. Oprócz kontaktowania się z gwardzistami w innych krajach, Gordon mógł być księgowym, lekarzem lub pielęgniarzem; posłańcem, mechanikiem, urzędnikiem, sekretarzem, archiwistą albo – jeśli miał jakieś wyższe wykształcenie w zakresie nauk ścisłych – naukowcem w laboratoriach Gwardii. Pozostawała też mało lubiana, gdyż nudna, mało opłacalna i wymagająca kamuflażu bezdomnego, profesja strażnika śmietnika.
Oczywiście wojskowi gwardziści także mogli być lekarzami, naukowcami i urzędnikami, ale generalnie, kiedy przeszło się pomyślnie badania i szkolenie, miało się zupełnie inne zadania. Gwardziści wojskowi byli informatorami, szpiegami, namiestnikami i – oczywiście – służbami porządkowymi, gdyby jakieś stworzenie złamało prawo. Gwardzistą wojskowym mogło być każdy morf od 12 do 65 roku życia i o odpowiednich predyspozycjach. Młodzież taka jak Yu, chociaż ćwiczono ją w walce, przez pierwsze kilka lat mogła jedynie wykonywać takie zadania jak inspekcje pewnych rejonów (a i do tego typu zadań brano tylko gwardzistów z centrum, o dobrych wynikach w walce i ze sprawowania), pilnowanie morfów, które chodziły do ludzkich szkół, prowadzenie zajęć profilaktycznych dla dzieci i piastowanie jaj aż do ich wyklucia, gdyż zawsze mógł trafić się łowca, który stanowiłby zagrożenie dla jaja; a jeśli nie mieszkali w Australii, musieli także czasem dostarczać do centrali dokumenty od swoich przełożonych. Do osiemnastego roku życia także młodzi gwardziści nie mogli zdobywać stopni wojskowych (zwracano się do nich po imieniu albo po nazwisku).
Yu pragnął, aby jego nowy znajomy jednak został gwardzistą cywilnym. Jego dom był taki ubogi… Do tego dobrze by było, gdyby przenieśli Gordona w inne miejsce, bo w Chicago nie ma gór.
„Chyba go polubiłem. To bardzo miły, przyjacielski smok. Niech zostanie tym gwardzistą jak tak bardzo chce”. |
_________________
 |
| Ostatnio zmieniony przez RedHatMeg 2010-08-01, 22:50, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Miryoku
pisarz


Wiek: 19 Dołączyła: 18 Mar 2010 Posty: 115 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2010-08-01, 20:59
|
|
|
Cieszę się bardzo, że to wrzuciłaś. Jeśli chodzi o sam pomysł, to wiesz już, że mi się podoba. Gwardia i jej organizacja są bardzo interesujące. Bardzo dobrze wszystko tu wyjaśniłaś. Widać, że cały ten swój świat masz opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Na przykład świetne jest to powitanie wodnych smoków :)
Mam jednak trochę zastrzeżeń do samej formy opowiadania. Jest trochę zdań, które kiepsko brzmią pod względem stylistycznym lub stwarzają nieco chaotyczne wrażenie. Uważam również, że powinnaś zrezygnować z używania nawiasów. Wtrącone w ten sposób zdania wyglądają jakoś tak nieestetycznie i źle się przez nie czyta, zwłaszcza że jest ich bardzo dużo. Poza tym w większości wypadków, jak np. tu: | RedHatMeg napisał/a: | | Upewniwszy się, że jest sam, rozebrał się do majtek, ukrył ubranie (oprócz płaszcza, butów i spodni, była to też koszulka z krótkim rękawem) w zardzewiałym samochodzie opodal i wszedł powoli do wody. | informacja podana w nawiasie jest doskonale zbędna. Czytelnikowi wcale nie jest do szczęścia potrzebna dokładna wiedza jak Yu jest ubrany. Jego ogólny wygląd, który podałaś wcześniej, w zupełności wystarczy. No a jeśli chcesz koniecznie dodać jakąś informację, to zamiast ujmować ją w nawias, wpleć lepiej normalnie w narrację.
Chcę jeszcze zwrócić uwagę na dwa zdania, które bardzo rzuciły mi się w oczy: | RedHatMeg napisał/a: | | Powoli zanurzył się, najpierw do kostek, potem do pasa, później do szyi, aż w końcu zniknął całkiem w tafli wody. |
| RedHatMeg napisał/a: | | Zaczął się ubierać – najpierw spodnie, skarpetki i buty, potem koszulka i płaszcz. | Piszesz o rzeczach oczywistych. Po co? Myślę, że czytelnik domyśli się, że gdy Yu wchodził do wody, jego części ciała zanurzały się po kolei, a ubierając się, nie założył koszulki na płaszcz.
Radzę Ci też unikać używania zaimków w tego typu zdaniach:
| RedHatMeg napisał/a: | | Od kiedy ludzkość zaczęła polować na smoki, a potem stopniowo nie wierzyć w ich istnienie, one, albo wycofywały się do miejsc niedostępnych, albo w ludzkiej powłoce żyły na ziemi. |
Nie uważam, że to opowiadanie jest źle napisane. Tylko że parę rzeczy można poprawić :) W każdym razie czekam na kolejny rozdział, niech fabuła się troszkę rozwinie.
PS: To, że Yu śpi w wodzie, jest słodkie :3 A strażnicy śmietnika rządzą :D |
_________________ I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes |
|
|
|
 |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-08-02, 15:39
|
|
|
Rozdział 2
Zaraz po napisaniu wszystkich potrzebnych testów (głównie predyspozycyjnych), Gordon James został wysłany z powrotem do Chicago, gdzie miał czekać na wiadomość o wynikach. Miał także, razem z Yu, zeznawać w procesie przeciwko Beanowi, który miał się odbyć w sobotę.
Tymczasem życie Yu toczyło się dalej. Następnego dnia po jego powrocie klasa Białego Smoka i Ann miała zaplanowaną wycieczkę do War Memorial – muzeum poświęconego obu wojnom światowym. Autokar wyjeżdżał spod szkoły o w pół do dziewiątej. Oboje – Yu i Ann – mieli więc dość czasu, aby coś zjeść, przebrać się w mundurki i przygotować wszystko, co trzeba.
W szkole jedni traktowali Yu z rezerwą, inni z niechęcią. Zawsze mówił nauczycielom, jeśli zauważył, że ktoś łamie szkolne przepisy a przy okazji zawsze bronił tych, którzy zostali zmuszeni do ich łamania albo zrobili to, bo chcieli komuś zaimponować. Poza tym jego dziwaczna fryzura i zwyczaj picia na przerwach zielonej herbaty sprawiały, że wielu się z niego śmiało. Byli też tacy, którzy mu współczuli i mówili, że gdyby nie traktował zasad tak poważnie i zmienił fryzurę, może więcej by z nim rozmawiano. W każdym razie Yu nie lubił szkoły, i – w przeciwieństwie do Ann, która miała swoich szkolnych przyjaciół i z nimi wolała spędzać czas – zaraz po lekcjach wracał do domu i starał się skupić na sprawach Gwardii, gdzie było o wiele więcej osób mu przychylnych.
Yu nie przepadał zbytnio za wycieczkami ze swoją klasą, jednak myśl o tym, że będzie mógł na własne oczy zobaczyć te wszystkie rzeczy – czołgi, samoloty, mundury, broń… – sprawiały, iż po raz pierwszy od jakiegoś czasu chciał spędzić czas na czymś innym, niż misja wyznaczona przez Gwardię.
Oto więc wyszli oboje z domu o ósmej dziesięć (dochodzili do szkoły w ciągu pięciu minut, ale Ann bardzo zależało, aby wyszli wcześnie). Kiedy Yu i Ann spokojnie i w ciszy ruszyli w prawo, ujrzeli już ich szkołę – wielki, trzypiętrowy budynek ogrodzony płotem i z płaskim dachem. Przed płotem znajdował się parking, na którym już stało kilka samochodów nauczycielskich, a tuż obok znajdował się budynek przedszkola z placem zabaw. Przez duże, szkolne okna na dole można było ujrzeć kuchnię, stołówkę i kilka klas. Okna na górze były ułożone pod takim kątem, że można było zobaczyć tylko tablicę i neonowe lampy. Za budynkiem szkoły znajdowało się boisko do piłki nożnej.
Autokar już stał, a parę metrów od niego, przed głównym wejściem na teren szkoły zgrupowani byli już uczniowie i ich wychowawczyni – wysoka i chuda kobieta o krótkich, kręconych blond włosach. Miała rzymski nos i ciepłe spojrzenie. Nazywała się Mary Doyle i była powietrzną smoczycą.
Smoki powietrzne miały niezwykłą zdolność – obojętne jak duże były, potrafiły stać się niewidzialne, kiedy wzlatywały w powietrze. W naturze ich leżała zmienność nastrojów, toteż pani Doyle była raz roztargniona, raz wesoła; raz miła, raz porywcza. Często wydawała się nie wierzyć w siebie, ale w rzeczywistości była bardzo inteligentna.
Pani Doyle nie należała do Gwardii, była po prostu smoczycą pracującą w szkolnictwie. Bardzo poważała Yu za to, że jest wierny swoim zasadom i tak broni tych, którzy tego potrzebują.
Na widok Yu i Ann natychmiast do nich pomachała. Oni z kolei szybko dołączyli do grupy.
- No, nareszcie jesteście – powiedziała, kiedy podeszli.
- Przecież mamy jeszcze – zaczął Yu i spojrzał na zegarek. – dwanaście minut.
Pani Doyle zmieszała się. Widocznie uznała, że „No, nareszcie jesteście” za objaw głupoty albo roztargnienia ze swej strony. Tymczasem Ann rozejrzała się dookoła. Kiedy dojrzała swoich przyjaciół natychmiast do nich podeszła, zostawiając Yu z panią Doyle.
Przez chwilę wzrok nauczycielki błądził po podłożu. Najwyraźniej chciała nawiązać z Białym Smokiem rozmowę, ale nie wiedziała, jaki temat poruszyć. W końcu spojrzała na Yu i spytała:
- Jak tam w pracy?
Yu musiał przyznać, że było to dość sprytne określenie: praca. Chociaż jego żołd był niewielki (o połowę mniejszy, niż gwardzistów pełnoletnich), to jednak dało się za to wyżyć, jeśli dodać żołd Ann i pensje pana i pani generał. Można więc śmiało powiedzieć, że misje w Gwardii były pracą Yu. Aby zaś to wszystko wyglądało legalnie dla ludzi, mówili, że to zyski z zagranicznych transakcji przeprowadzanych przez generała Mitchella, który sprzedaje papier. Przy okazji mieli wyjaśnienie, dlaczego generała ciągle nie ma.
Teraz, aby odpowiedzieć na pytanie nauczycielki, musiał określić to równie zgrabnie jak ona. Pomyślał przez moment i po chwili już miał odpowiedź.
- Bardzo dobrze. Ostatnio wykonałem sam zlecenie.
- Oh, naprawdę? – wydała się mile zaskoczona. – Cieszę się, że ci się powodzi, Yu.
Potem poruszyli inne tematy – szkołę, pogodę… Nagle pani Doyle mimochodem spojrzała na zegarek i ze spokojem zaczęła wołać wszystkich do autokaru. Yu jeszcze nie wchodził. Zaczekał, aż wszyscy inni zajmą miejsca i na to, aż któreś zostanie wolne. Kiedy postacie w oknach autokaru przestały się krzątać i wiercić, wszedł spokojnie po stopniach i znalazł się wewnątrz autokaru. Rozejrzał się i natychmiast wpadło mu w oko wolne miejsce na prawie samym początku, obok Mony Uccello – drobnej dziewczyny o ciemnej skórze, czarnych lokach i jasnoniebieskich oczach.
Yu usiadł i postawił swój plecak na podłodze. Pani Doyle szepnęła coś do kierowcy i ruszyli w drogę. Przez całą podróż do War Memorial Mona ani razu nie spojrzała na Yu. Po prostu patrzyła na zmieniający się krajobraz za oknem, przy którym siedziała.
Kilka minut zajęło kierowcy wyjechanie z przedmieść i niebawem autokar jechał przez Canberrę (stolicę Australii wbrew przeświadczeniu wielu ludzi o tym, że jest nią Sydney). Jak każde duże miasto, miała ona liczne wielkie budynki – biurowce, supermarkety, centra rozrywkowe… Co jakiś czas uczniowie w autokarze mogli jednak ujrzeć zieleń w postaci nie tylko trawy, ale także drzew.
Niebawem autokar wjechał na plac defiladowy. Z obu boków posadzone były drzewa o czerwono-zielonych liściach. Na końcu wyłaniał się budynek War Memorial. Przypominał świątynię z tymi swoimi murami z jasnej, gładkiej cegły i umieszczoną z tyłu kopułą. Między głównym wejściem były dwa małe okna i dwie ściany jak dwa obeliski. Przed wejściem znajdowały się cztery maszty z flagami Australii.
Kiedy autokar zaparkował na parkingu przed muzeum, cała klasa zgromadziła się wokół pani Doyle. Nauczycielka przekazywała uczniom ostatnie instrukcje związane z tym jak się mają zachowywać – tak jak na każdej wycieczce mieli być cicho i trzymać się razem. Yu dobrze o tym wiedział i zamierzał – jak zawsze – zastosować się do tych poleceń.
Mimowolnie jego wzrok powędrował po parkingu i zatrzymał się na schodach. Stał tam bardzo młody mężczyzna, na jego orlim nosie siedziały okulary z prostokątną oprawką, a kasztanowe włosy były ułożone w małe szpice.
Zimne oczy spoglądały na Yu ustawicznie, aż w końcu młody mężczyzna uśmiechnął się złowrogo i wolnym krokiem wszedł po schodach, a potem do środka War Memorial. Było w nim coś, co Yu niepokoiło i co sprawiało, że Biały Smok nie chciał się z nim spotkać.
- Zrozumieliście? – zakończyła pani Doyle, a kiedy odpowiedziały jej potakujące pomruki, powiedziała: – W takim razie idziemy.
Cała klasa wspięła się po schodach do głównych drzwi i przekroczyli próg muzeum. Naprzeciw głównego wejścia znajdowało się przejście do Basenu Refleksji, a po lewej – kasa, do której podeszła pani Doyle i zaczęła coś załatwiać. Bilety zostały wcześniej zarezerwowane, więc pewnie chodziło o przewodnika.
Otóż i się pojawił, a raczej pojawiła – szczupła kobieta o miłych oczach i równie miłym głosie. Uczniowie jeszcze raz usłyszeli, że mają być cicho, bo będzie czas na zadawanie pytań, a poza tym nie wolno im niczego dotykać. Następnie ruszyli.
Powoli przechodzili od sali do sali. Nagle przewodniczka zatrzymała się przed gipsową figurą żołnierza z I wojny światowej, który siedział ze skulonymi nogami i zakrywał oczy rękoma. Za nim znajdowało się tło przedstawiające błoto, a w tym błocie ugrzązł bardzo głęboko koń. Przewodniczka zaczęła coś mówić, a tymczasem Yu, który stał z tyłu, zauważył na gablocie z medalami jakąś zgiętą dwukrotnie kartkę. Napisane było na niej: „Do Białego Smoka”. Yu zdziwił się, ale od razu skojarzył, że musiał to zostawić mężczyzna w okularach.
Dyskretnie podniósł kartkę i włożył do kieszeni. Wolał ją przeczytać, kiedy będzie sam.
Tymczasem jego klasa poszła dalej. Mijali wiele sal z wieloma interesującymi eksponatami, które Yu jeszcze do niedawna bardzo chciał zobaczyć. Teraz jednak ciekawość związana z kartką w jego kieszeni nie dała mu się skupić na tym, co mówiła przewodniczka. Obmyślił szybko jak odłączyć się od grupy i gdzie pójść, aby móc spokojnie przeczytać to, co napisał mu tajemniczy mężczyzna w okularach. W dodatku nie miałby wyrzutów sumienia, gdyż nagle natura domagała się zaspokojenia fizjologicznej potrzeby.
Podszedł nieco bliżej do przewodniczki, po czym podniósł do góry rękę i trzymał ją, dopóki pracowniczka muzeum nie przerwała swojego wywodu i nie spytała o co chodzi.
- Przepraszam, ale gdzie jest toaleta? – zapytał najuprzejmiej jak umiał Yu.
Przewodniczka szybko powiedziała jak dostać się do toalety.
- Tylko pośpiesz się – dodała. – Zaraz przejdziemy dalej.
- Rozumiem.
Podziękował i ruszył do toalety. Tam wszedł do kabiny, szybko załatwił swoją potrzebę, umył ręce, a potem, oparłszy się o ścianę, rozwinął kartkę i przeczytał ją:
Walczyliśmy w ich wojnach. I ginęliśmy za ich cele.
„Dziwne” – pomyślał Yu. Uznał, że tę kartkę musiał zostawić jakiś weteran z II wojny światowej, nie zaś – jak Yu myślał na początku – ów tajemniczy okularnik.
„Najwidoczniej dałem się ponieść podejrzliwości”. Zaraz jednak odrzucił tę myśl. „Przecież ta wiadomość była adresowana do mnie. Ten facet patrzył na mnie z dziwnym uśmieszkiem. To musi być jakiś morf.”
Spojrzał znów na słowa napisane na kartce i po chwili zrozumiał co autor miał na myśli. Znów powróciła do niego myśl, że to jednak nie okularnik to napisał, tylko jakiś weteran, ale tym razem pomyślał, że to może być morf. Ktokolwiek to był, po co napisał te dwa zdania i zaadresował je do Yu?
Biały Smok postanowił pomyśleć nad tym potem. Włożył kartkę do kieszeni i skierował się do drzwi, aby poszukać swojej klasy.
Wieczorem, siedząc na łóżku w swoim pokoju, Yu jeszcze przyglądał się słowom napisanym na kartce i wciąż zastanawiał się po co ktoś miałby adresować je do niego.
Walczyliśmy w ich wojnach. I ginęliśmy za ich cele.
„Czyżby ten ktoś chciał mi się poskarżyć? Walczył w wojnie i nie potrafił ogarnąć jej okrucieństwa, a teraz ma żal do tych, którzy kierowali narodami? A może do ludzi? Przecież żaden morf nie był dowódcą, ani w czasie pierwszej, ani w czasie drugiej wojny światowej.
A może jakiś stary morf chciał powiedzieć młodemu pokoleniu jak naprawdę było. W takim razie, czemu napisał tak mało i czemu adresował to tylko do mnie? To jest naprawdę dziwna sprawa…”
Być może myślałby nad tym dłużej, gdyby do jego pokoju nagle nie wtargnęła Ann. Mimo licznych napomnień Yu, jego współlokatorka nie wyrobiła w sobie nawyku pukania.
Usiadła obok niego z dziwnym uśmiechem, zerknęła na kartkę w jego rękach, po czym szybkim ruchem mu ją wyrwała. Yu próbował ją odebrać, ale nim to zrobił, ognista smoczyca zdążyła przeczytać te dwa zdania zapisane na kartce. Zaraz jednak jej twarz przyjęła wyraz rozczarowania i Ann oddała kartkę Yu.
- Myślałam, że to liścik od wielbicielki. To byłoby ciekawe, gdyby jakaś dziewczyna się w tobie kochała.
- Rozumiem, co masz na myśli. A teraz idź sobie.
- Chwila, nie wyrzucaj mnie. Chcę ci pomóc.
Yu spojrzał na nią z uśmiechem.
- I to jest ciekawe – dorzucił po chwili i skrzyżował ręce na ramionach. – Słucham. W czym chcesz mi pomóc, Ann?
- Czas już wreszcie nauczyć cię jak się postępuje z dziewczynami.
Yu na chwilę znieruchomiał, po czym spoważniał.
- Doceniam twoją inicjatywę, ale na razie nie jest mi to potrzebne.
- Żartujesz? Chyba nie powiesz mi, że nie interesują cię dziewczyny?
- A może jednak? – zapytał pewnym siebie głosem Yu. – A może jednak jeszcze mnie nie interesują?
- Niemożliwe! Jesteś w takim wieku, że musisz się nimi interesować!
Yu milczał. Spojrzał ze smutkiem na podłogę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Są ważniejsze sprawy.
- Na przykład sprawy Gwardii?! – nagle uniosła się Ann. Jej oczy zmieniły się w żółte ślepia, które wyrażały coś na kształt rozpaczy. – Pamiętaj, że Gwardia nie wymaga od ciebie wyrzeczenia się własnego życia! Jeśli nadal będziesz przedkładał sprawy zawodowe nad osobiste…!
- Ann, wcale tego nie robię.
Mówił spokojnie, wciąż patrząc na swoją współlokatorkę, której oczy ze zdziwienia zmieniły się w ludzkie. Ciągnął dalej:
- Ja po prostu uważam, że na wszystko jest czas. Na Gwardię, na szkołę i na dziewczyny też. Teraz muszę pomyśleć nad czymś innym, niż te trzy rzeczy. Muszę rozwikłać zagadkę tej kartki, którą znalazłem w War Memrial. Muszę dowiedzieć się kto i po co mi ją zostawił. To nie pozwala mi myśleć o niczym innym. Więc idź już sobie albo mi pomóż.
Ann znów wyrwała mu z ręki kartkę i znów przeczytała dwa napisane na niej zdania. Następnie spojrzała na Yu i po chwili powiedziała:
- Nie wiem, czy to coś da, ale może powinieneś to pokazać pani generał.
Yu popatrzył na nią, zastanawiając się przez chwilę, czy mogłaby mieć rację. „Nie zaszkodzi spróbować” – pomyślał.
Natychmiast wstał i wraz z Ann ruszyli do salonu, gdzie o tej porze zwykle siedziała Hsi i oglądała wiadomości. Kiedy wkroczyli do pokoju, spojrzała na nich obojętnie i zaraz wróciła do informacji. Przez chwilę nic nie mówili, wiedząc jak ważne dla pani generał jest być na bieżąco. Usiedli na kanapie i sami zaczęli słuchać wieści ze świata.
Yu nie wiedział, co przez ten czas czuła Ann, ale on myślał nad tym, czy spytanie o tę kartkę Hsi coś mu da. Czy może w jakiś sposób pani generał będzie w stanie odpowiedzieć na jego pytania?
Po kilku minutach, kiedy już nastąpił koniec programu, Yu jeszcze przez chwilę wahał się, czy podejść i pokazać kartkę Hsi. Czy staruszka będzie umiała mu pomóc?
W końcu, ponaglony przez spojrzenie Ann, wziął się w garść i kucnął tuż przy fotelu, na którym siedziała generał He.
- Jest pewna sprawa, pani generał. Dzisiaj w War Memorial znalazłem tę kartkę – Położył ją na kolanach Hsi, a pani generał obejrzała ją dokładnie. – Leżała na jednej z gablot. Cały czas się zastanawiam kto i po co to zostawił. Ann zaproponowała, abym pokazał to pani generał.
Hsi przeczytała najpierw słowa: „Do Białego Smoka”, a potem rozwinęła kartkę i ujrzała tam dwa pozostałe zdania. Następnie złożyła kartkę, oddała ją Yu i zamknęła oczy w zamyśleniu. Yu i Ann w napięciu czekali na jej odpowiedź. Generał He myślała coraz intensywniej – widać to było po coraz bardziej marszczonym czole. W końcu otworzyła oczy i położyła starą rękę na dłoni Yu, który od razu zaczął spodziewać się jakichś niepokojących wieści.
- Niestety, chłopcze – zaczęła Hsi. – Ja też nie jestem pewna kto i po co zostawił ci tę kartkę. Czy w War Memrial znalazłeś jeszcze jakieś wiadomości tego typu?
- Nie – odparł bez namysłu Yu.
- W takim razie, musimy poczekać, aż pojawią się nowe. Tam może być więcej informacji.
- Rozumiem. Dziękuję, pani generał.
Podniósł się i poszedł do kuchni coś zjeść. Przez resztę dnia starał się o tym nie myśleć.
Następny dzień wydawał się w miarę normalny. Yu wstał, zjadł śniadanie, przyszykował się i ruszył do szkoły. Tam zajmował się tym, co zwykle, starając się nie myśleć już dłużej o kartce. Po dwóch pierwszych lekcjach udało mu się o tym całkowicie zapomnieć. O tym, o co Ann zrobiła mu poprzedniego dnia awanturę, też starał się nie myśleć. Uważał, że jeszcze nie jest gotów zająć się dziewczynami.
Po zakończeniu lekcji Yu, jak zwykle, kierował się prosto do domu. Pogrążony we własnych myślach, szedł przez znajomą drogę koło szkoły. Jego koledzy z klasy biegiem go ominęli, zmierzając na jakiś wspólną wypad. Czuł dziwne znużenie. Marzył, aby wrócić do domu, odpocząć, niewiadomo po czym, a potem ewentualnie zająć się sprawami Gwardii.
Nagle zatrzymał się gwałtownie, będąc zaledwie o trzy metry od swojej szkoły. Nie mógł uwierzyć własnym oczom – tuż przed nim stał ten sam okularnik, który tak się na niego dziwnie patrzył w War Memorial. Yu spróbował go ominąć, ale on tylko stanął mu na drodze. Jeszcze kilka razy Yu ponowił próbę i za każdym razem nieznajomy mu nie pozwolił. Biały Smok wiedział, że użycie wody, aby zmieść okularnika z drogi, było wbrew przepisom. Yu mógł użyć naturalnych zdolności tylko wtedy, gdy musiał się bronić albo gdy trzeba było przenieść wodę do innego zbiornika. Poza tym, Yu musiał wiedzieć gdzie dokładnie znajdowało się źródło, z którego miał wziąć wodę i którędy ją wyciągnąć. Nie było w pobliżu żadnych studzienek ściekowych ani hydrantów.
W końcu Yu poddał się i spojrzał na nieznajomego chłodno. Już miał zapytać, kim jest ten, który przed nim stoi, kiedy okularnik się odezwał:
- Chciałbym z tobą porozmawiać, Biały Smoku.
Nagle ze szkoły zabrzmiał dzwonek na lekcję, a to oznaczało, że raczej nikt więcej nie wyjdzie przez jakąś godzinę. Przechodnie także jakoś się nie pojawiali.
- Teraz nikt nam nie przeszkodzi.
- Jak się nazywasz? – spytał Yu, a zaraz potem posypały się kolejne pytania: – To ty zostawiłeś mi tę dziwną kartkę w War Memorial? Czego ode mnie chcesz?
- Jestem kimś, kto zrobi wszystko dla dobra morfów. Powiedzmy, że jestem rewolucjonistą. Tak, to ja zostawiłem ci tę kartkę w War Memorial.
Nachylił się jeszcze bardziej ku Yu, po czym dodał ciszej:
- Nie sądzisz, że to dziwne, Biały Smoku? Braliśmy udział w ludzkich wojnach, a musimy się przed nimi chować jak szczury.
Te słowa zaskoczyły Yu. Nigdy dotąd nie słyszał, aby ktoś krytykował to prawo, które dawało gwarancję jako takiego zabezpieczenia przed łowcami.
Już miał coś powiedzieć, kiedy okularnik, włożywszy ręce do kieszeni, skierował się w przeciwną stronę od tej, którą podążał Yu. Jeszcze, będąc odwróconym do chłopca tyłem, rzekł:
- Przemyśl to, Yu Biały Smoku.
- Czekaj!
Yu natychmiast poszedł za nim. Rewolucjonista szedł coraz szybciej w stronę przystanku, do którego z daleka właśnie nadjeżdżał jakiś autobus. „Nie możesz mi uciec – powiedział w myślach Yu. – Nie możesz tak po prostu uciec.” Już Biały Smok zaczął biec, kiedy nagle nieznajomy odwrócił się do niego, stając, co zmusiło Yu do zatrzymania się. Znajdowali się na już na przystanku. Byli sami.
- Morfy mogą zmienić swój los – powiedział pewnym siebie głosem okularnik. – Mogą wyjść z ukrycia. Liczę na twoją pomoc, Biały Smoku. Możemy być przyjaciółmi albo wrogami. Zastanów się dobrze, po czyjej stronie powinieneś stać.
Rewolucjonista wszedł do autobusu, który właśnie się zatrzymał. Yu chciał za nim ruszyć dalej, ale nie wiedział jak daleko okularnik jedzie i czy Yu będzie w stanie potem wrócić do domu. Tak więc autobus odjechał, a on – Biały Smok – został. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Miryoku
pisarz


Wiek: 19 Dołączyła: 18 Mar 2010 Posty: 115 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2010-08-08, 20:26
|
|
|
| RedHatMeg napisał/a: | | Zawsze mówił nauczycielom, jeśli zauważył, że ktoś łamie szkolne przepisy | Łeee, co za konfident. Udusiłabym go normalnie. Ogólnie Yu mnie coraz bardziej wkurza. Za bardzo przepisowy i jakiś taki... ciapowaty. Co nie zmienia faktu, że jest bardzo wyrazistą postacią. Nie muszę jej lubić, żeby to docenić :)
| RedHatMeg napisał/a: | | Oto więc wyszli oboje z domu o ósmej dziesięć (dochodzili do szkoły w ciągu pięciu minut, ale Ann bardzo zależało, aby wyszli wcześnie). | Strasznie mnie denerwują te określenia czasu. Po co ta precyzja? Taka drobiazgowość po prostu nudzi. Unikaj czegoś takiego na przyszłość.
Fabuła powoli zaczyna się rozkręcać. Zaintrygowała mnie ta sprawa z morfami, może być ciekawie.
Stylistycznie lepiej niż poprzednio, ale nadal trochę rzeczy mnie razi. |
_________________ I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes |
|
|
|
 |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-08-08, 21:17
|
|
|
| Miryoku napisał/a: | | Łeee, co za konfident. Udusiłabym go normalnie. Ogólnie Yu mnie coraz bardziej wkurza. Za bardzo przepisowy i jakiś taki... ciapowaty. |
No, mówiłam ci, że ja chciałam dla odmiany stworzyć bohatera, który nie łamie zasad, tylko ich przestrzega. Ale to niedobrze, że czytelnik go nie lubi. Może powinnam na tę jego zasadniczość położyć mniejszy nacisk?
Zresztą kto wie - może w następnych rozdziałach nie będzie taki zły?
A jak ci sie podobał opis War Memorial i tajemniczy okularnik? |
_________________
 |
| Ostatnio zmieniony przez RedHatMeg 2010-08-09, 00:04, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Miryoku
pisarz


Wiek: 19 Dołączyła: 18 Mar 2010 Posty: 115 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2010-08-08, 21:59
|
|
|
| RedHatMeg napisał/a: | | Ale to niedobrze, że czytelnik go nie lubi. Może powinnam na tę jego zasadniczość położyć mniejszy nacisk? | Oj, to nie Twoja wina, że jestem mendą, która uważa, że trzeba umieć kombinować, a większość zasad jest po to, żeby je łamać :P Yu nie jest złym bohaterem, tylko z takim postrzeganiem świata daleko nie zajdzie. Wychodzę z założenia, że osoby widzące wszystko tylko w bieli i czerni prędzej czy później muszą stanąć w obliczu sytuacji, która zmienia ich światopogląd. Podobałoby mi się, gdyby Yu był postacią dynamiczną i wraz z rozwojem akcji trochę zmienił swój stosunek do otoczenia. Nie chcę, żeby przestał być dobry i szlachetny, lecz stał się bardziej... elastyczny? Coś takiego. Oczywiście niczego Ci nie narzucam. Ja bym to po prostu tak widziała.
| RedHatMeg napisał/a: |
A jak ci sie podobał opis War Memorial i tajemniczy okularnik? |
Opis War Memorial bardzo mi się podobał. Dobrze, że umieściłaś akcję w Australii i opisujesz miejsca, które znasz. A tajemniczy okularnik jest bardzo tajemniczy, a ja lubię tajemniczość :D Lubię też buntowników. I podoba mi się to, co powiedział Yu: | RedHatMeg napisał/a: | | - Morfy mogą zmienić swój los – powiedział pewnym siebie głosem okularnik. – Mogą wyjść z ukrycia. Liczę na twoją pomoc, Biały Smoku. Możemy być przyjaciółmi albo wrogami. Zastanów się dobrze, po czyjej stronie powinieneś stać. | Może te słowa skłonią Yu do rozmyśleń na temat tego, czy wszystkie przepisy są naprawdę tak cudowne, że trzeba w nie ślepo wierzyć i ich przestrzegać. |
_________________ I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes |
|
|
|
 |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-08-08, 22:09
|
|
|
Znaczy - jak tworzyłam tę postać, nie chciałam, aby był taki schematyczny. Nie miał być sztywniakiem, który myśli: "On złamał zasadę, więc jest niemoralną łajzą." Zaznaczyłam, że broni tych, którzy złamali w szkole przepisy, bo zostali do tego zmuszeni. Zauważ jak potraktował Gordona Jamesa.
Czy mam od razu wrzucać nowy rozdział? |
_________________
 |
| Ostatnio zmieniony przez RedHatMeg 2010-08-09, 00:05, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-08-08, 23:07
|
|
|
Komentuj, kiedy chcesz, byle do końca tygodnia .
Rozdział 3
Pierwszą osobą, której Yu powiedział o całym zajściu, był pułkownik Donovan, gdyż zaraz po spotkaniu z okularnikiem, Biały Smok zdecydował, że to Gwardia powinna o nim wiedzieć pierwsza.
Gabinet Donovana znajdował się w jego domu – było to pomieszczenie z wszystkimi potrzebnymi sprzętami: biurkiem, regałem na książki i dokumenty, oraz komputerem. Sam pułkownik, po uważnym wysłuchaniu całej historii Białego Smoka, wstał ze swojego czarnego fotela i stanął przed oknem wychodzącym na busz. Przez chwilę jeszcze milczał w zamyśleniu, po czym spytał:
- A więc powiedział ci tylko, że jest rewolucjonistą i zrobi wszystko dla dobra morfów, tak?
- Tak jest, pułkowniku – odparł Yu, który sam siedział na eleganckim krześle po drugiej stronie biurka.
- Okularnik, z włosami ułożonymi w małe szpice, bardzo młody. Tak, Yu? – Przy tym pytaniu, pułkownik spojrzał na niego raz a potem znowu w okno.
- Tak jest, pułkowniku.
- Jest tylko jeden rewolucjonista, który odpowiada podanemu przez ciebie opisowi.
Pułkownik Donovan odwrócił się i zasiadł z powrotem w fotelu. Oparł głowę na rękach, których łokcie z kolei opierały się o blat biurka. Yu robił się niecierpliwy, pragnął jak najszybciej poznać nazwisko morfa, który proponował mu współpracę, używając gróźb.
- To Klaus Rothoffer, były gwardzista, obecnie zacięty przeciwnik zasady nieujawniania się morfów. Uważa, że to tchórzostwo i że wszystkie morfy powinny wyznać światu kim są. Gdyby to były tylko te argumenty, ale nie – o wszelkie cierpienia spadające na morfy oskarża ludzi. Nie wiem, co mógł chcieć osiągnąć poprzez zwerbowanie cię do swojej bojówki, biorąc pod uwagę twoją reputację.
- Być może myśli, że jeśli się zgodzę to udowodni w ten sposób, że może namówić każdego.
- Albo chce mieć szpiega w Gwardii, kogoś młodego, kto nie wzbudzałby podejrzeń. Musisz być ostrożny, Yu. Rothoffer to bardzo niebezpieczny typ, a ty jeszcze masz za jakiś czas zeznawać w sprawie Beana.
- Wiem, pułkowniku.
Yu, podniósł się z krzesła, zasalutował i już kierował się do drzwi, kiedy nagle przypomniał sobie, że musi zapytać o coś jeszcze.
- Pułkowniku? – zaczął, odwracając się, bo nie wypadało rozmawiać z wyższym stopniem, stojąc do niego tyłem.
- Tak, Yu?
- Jakim stworzeniem dokładnie jest Rothoffer?
- Jest bazyliszkiem.
- Niedobrze – stwierdził Yu. – Zabił już kogoś wzrokiem?
- Zauważyłeś, że ma okulary, prawda? – odparł z lekkim uśmiechem pułkownik Donovan. – Kiedy bazyliszek ma osłabione oczy, jego zdolność do zabijania wzrokiem jest ograniczona. Rothoffer jest krótkowidzem, co oznacza, że może zabijać tylko tych, którzy znajdują się metr przed nim. Jednak choćby nie wiem jak dobrzy okuliści próbowali mu naprawiać wzrok, nie sprawią, że będzie w stanie zabić kogoś, kto stanie dalej. To trwały, nieuleczalny defekt.
„Teraz już będę wiedział” – pomyślał Yu, jeszcze raz zasalutował i wyszedł.
Jego dom znajdował się kilka przecznic dalej, więc powoli zaczął iść w tę stronę. Zaczął się zastanawiać nad tym, czy Rothoffer ma rację. Może rzeczywiście morfy powinny ujawnić swoje istnienie i przestać się chować. Jakże byłoby pięknie nie musieć już hamować swoich emocji, nie rozglądać się za ludźmi, kiedy trzeba użyć wrodzonych zdolności albo przemieniać się w prawdziwą postać. Jak długo jeszcze morfy będą musiały czekać, aby móc czuć się swobodnie?
Zaraz jednak Yu przyszły na myśl możliwe skutki ujawnienia się. Gdyby ludzie uwierzyli i zrozumieli, że niezwykłe stworzenia z ich legend i mitów istnieją pod ludzką postacią, zareagowaliby przede wszystkim strachem i podejrzliwością. Dotychczasowi przyjaciele-ludzie mogliby odwrócić się od morfów, którzy zwierzyliby im się kim są. Prawdopodobnie morfy byłyby traktowane jak nowe gatunki zwierząt albo kosmici – byłyby badane przez ludzkich naukowców, ich zwłoki nie byłyby chowane w grobie, tylko poddawane sekcji, może nawet morfy byłyby odizolowywane od ludzi. Nie, morfy nie mogą się ujawnić.
Przez dłuższy czas Yu rozpatrzał argumenty za i przeciw, i wciąż wychodziło mu, że obie postawy mają swoje racje. Sam Biały Smok opowiadał się za nieujawnianiem się ludziom, ale wiedział, że kiedyś to nastąpi i morfy będą musiały stawić im czoła. Natomiast sposób w jaki Rothoffer próbował go pozyskać, świadczył o jednym: bazyliszek nie uznaje żadnej innej racji niż jego własna i dlatego chociażby Yu nie chciał mieć z nim nic wspólnego.
- Hej, panie Biały Smoku! – zawołał ktoś z tyłu.
Yu znał ten głos, ale przez kilka pierwszych sekund nie wiedział skąd. Potem sobie przypomniał i z uśmiechem odwrócił się do zbliżającego się do niego Gordona. Górski smok stanął tuż przed nim i przez dłuższy czas przyglądał mu się w milczeniu. Przygryzł nerwowo dolną wargę, po czym wyprostował się i powiedział trochę nerwowo:
- Póki trwają skały, ty trwaj w zdrowiu.
Yu uśmiechnął się. „Pozdrowienie górskich smoków. Mimo, że to on jest ode mnie starszy, traktuje mnie jak mędrca. Niech poczuje, że jesteśmy sobie równi…”.
- Póki woda daje życie, niech twoje trwa w harmonii – odpowiedział Yu, po czym zapytał: – Co tutaj robisz?
- Pułkownik Donovan panu nie mówił? Od wczoraj jestem gwardzistą cywilnym.
- No to gratuluję! – rozpromienił się Biały Smok i razem z Gordonem ruszyli w stronę jego domu. – Gdzie dokładnie będziesz pracował?
- Na razie jestem archiwistą. Okazało się, że mam umiejętności selekcjonowania informacji, a w archiwum nie ma zbyt dużo pracowników. Przeniesiono mnie do centrali.
- Będziesz mieszkał w Australii? To wspaniale! – Yu znów się ucieszył.
Gordon spojrzał na niego ze zdziwieniem i się zatrzymał. Yu też to zrobił, a radość nagle go opuściła. „Czyżbym powiedział coś nie tak?”
- Dlaczego pan się tak cieszy? – spytał Gordon. – Nie znamy się zbyt dobrze.
- Ja cię lubię – odpowiedział Yu i znowu się uśmiechnął. – Jesteś dobrym smokiem i dlatego bardzo chciałem, aby ci się udało. Poza tym – Yu położył ramię na jego ramieniu. – dałeś mi jeść, kiedy byłem głodny.
- Tyle przysług w zamian za jedną pizzę? To dzięki panu spełniło się moje marzenie o pracy w Gwardii. Będę mieszkał blisko gór. Australijskie skały są takie piękne i już się nie mogę doczekać aż zobaczę Górę Kościuszki… Niech mi pan nie mówi, że zrobił pan to wszystko, bo dałem panu jedzenie.
- Przede wszystkim nie mów do mnie per „pan”. Nie jestem, ani starszy od ciebie, ani nie stoję wyżej w Gwardii.
- Ale jest pan Białym Smokiem. Tym Białym Smokiem, który przestrzega zasad bardziej niż ktokolwiek inny.
- Jestem jeszcze młody – powiedział cicho i poważnie Yu. – Zawsze coś może sprawić, że złamię jakąś zasadę. Bardzo się tego boję.
Gordon spojrzał na Yu ze zdziwieniem. Ten od razu się uśmiechnął i ciągnął dalej nieco weselej:
- W każdym razie mów mi Yu, dobrze, Gordon? – mówiąc te słowa wyciągnął do niego rękę.
Gordon przez moment jakby nie był pewien, ale w końcu także się uśmiechnął i uścisnął rękę Białego Smoka.
- Dobrze, Yu.
Rozstali się, kiedy znaleźli się blisko wzgórza, gdzie było przejście do siedziby Gwardii. Z tego, co mówił Gordon, już były załatwione wszystkie formalności związane z wyjazdem za granicę i kupnem w Australii mieszkania. Jego dom znajdował się koło wzgórza, a właściwie miał je tuż przy ogródku, co jemu – jako górskiemu smokowi – odpowiadało. Yu jednak nie zwrócił uwagi na to, gdzie wchodzi okrągła sylwetka Gordona, gdyż postanowił szybko wrócić do domu.
Po powrocie o siedemnastej, zastał Hsi i Ann siedziały w salonie. Ujrzawszy Białego Smoka, obie spojrzały na niego: Ann – tak jakby zrobił coś złego; pani generał – ze zmartwieniem. Domyślił się, że zaniepokoiły się jego spóźnieniem ze szkoły.
- Gdzieś ty był?! – krzyknęła Ann, a jej oczy po raz kolejny zmieniły się z ludzkich w smocze.
- Nie było cię przez trzy godziny – odezwała się nieco spokojniej Hsi. – Zważywszy, że zawsze we wtorek kończysz o czternastej i zawsze idziesz prosto do domu, zaczęłyśmy się z Ann o ciebie niepokoić.
- Rozumiem. Zaraz wam wszystko wyjaśnię.
I tak oto generał He i Ann były kolejnymi osobami, które dowiedziały się o Rothofferze i o tym, że Biały Smok widział go już wcześniej w War Memorial, lecz nie uznał go wtedy za niebezpiecznego. Obie były bardzo zaskoczone, Ann nawet na początku nie wierzyła Yu, ale na jego propozycję, aby spytała o to pułkownika, od razu poddała się.
- Teraz dopiero widzę jak wiele ci zagraża, Yu – powiedziała z zatroskaniem na twarzy Hsi. – Masz szczęście, że dotąd nikt nie próbował cię zabić.
- No, nie do końca nikt – odparł Yu, przypominając sobie o Gordonie.
Ann i generał He zaśmiały się, gdyż Yu opowiedział im o owym górskim smoku zaraz po powrocie ze swojej pierwszej misji. Teraz Yu szybko zrelacjonował obu paniom spotkanie z Gordonem i o tym co górski smok mu powiedział o testach i swojej nowej pracy.
- Bardzo się ucieszyłem, kiedy mi o tym powiedział. Szczerze mówiąc bałem się, że testy mogłyby mu pójść źle.
- Wydaje mi się, że go lubisz, Yu – powiedziała po chwili Hsi. – Może nawet zostaniecie przyjaciółmi. Jest, co prawda, między wami różnica wieku, ale zważywszy na to, że to górski smok, nie niepokoję się. A on ci jeszcze dużo zawdzięcza.
- Ja od niego niczego nie chcę.– odparł Yu.
W sobotę sala sądowa była pełna morfów z Chicago (wszyscy w ludzkich postaciach, aby zaoszczędzić miejsca), którzy mieli zeznawać w sprawie Beana i jego ludzi. Przy wielkich drzwiach stali dwaj gwardziści, czterech innych pilnowało Beana i dwóch jego wiernych podwładnych – wychudłego Webera o niepokojących, wyłupiastych oczach i rzadkich blond włosach; i masywnego Murzyna z ufarbowanymi na jasną zieleń włosami. Ich przywódca – siedzący po lewej Francis Bean – był opalonym, lekko siwiejącym przy skroniach mężczyzną z kwadratowymi okularami. Wraz z oskarżonymi siedział ich adwokat, który był jakiś zdenerwowany.
Bean patrzył na pustą ławę przysięgłych po swojej prawej stronie, na fotel sędziego i na miejsce, gdzie mieli zasiadać świadkowie. Morfy siedzące z tyłu obrzucały jego, Webera i Garsona wyzwiskami – po raz pierwszy mogły śmiało powiedzieć, co o nim myślą, bez strachu o własne bezpieczeństwo.
Po chwili na twarzy Beana ukazał się upiorny uśmiech.
- Nie ma ich – odezwał się. Weber i Garson spojrzeli na niego.
- Kogo? – zapytał Weber.
- Białego Smoka i Gordona Jamesa – wyjaśnił Bean i zwrócił wzrok na obu swoich podwładnych.
- Na pewno zaraz się pojawią – odparł Garson.
Drzwi się otworzyły i weszli przez nie Yu, generał He, Ann i Gordon. Przez dłuższy czas szukali wolnego miejsca, w końcu usiedli gdzieś w trzeciej ławce z przodu.
- Są – stwierdził Bean i spojrzał chłodno w ich stronę.
Yu na razie nie patrzył na Beana. Był bardzo podenerwowany. Nigdy wcześniej nie zeznawał w procesie. Dobrze wiedział, że to nie to samo, co mówienie nauczycielom o szkolnych wykroczeniach. Kto wie jakich chwytów użyje adwokat, aby Bean wywinął się prawu. Może będzie próbował zastraszyć Yu i Gordona, może będzie coś insynuował, może jeszcze coś innego. Ale Yu obiecał sobie, że będzie nieugięty.
Weszli przysięgli. Usiedli spokojnie na swoich miejscach. Rozmawiali między sobą, jeden nawet wskazał drugiemu Beana. Nasilenie hałasu i napięcie związane z oczekiwaniem na początek procesu, stawało się dla Yu nie do zniesienia. Przez moment chciał nawet wstać i uciszyć wszystkich, ale uznał, że to nie jego powinność.
W końcu pojawiła drobna gwardzistka i donośnym głosem nakazała ciszę. W jednej chwili wszyscy zamilkli.
- Sprawie majora Francisa Beana, porucznika Quincy’ego Webera i porucznika Vernona Garsona przewodniczy sędzia Marta Huston – ogłosiła gwardzistka. – Proszę wstać.
Wszyscy wstali, kiedy do sali weszła szczupła, młoda kobieta w todze i peruce. Zasiadła na należnym jej miejscu, wzięła kartkę i przeczytała na głos oskarżenie głoszące, że podsądni Francis Bean, Quincy Weber i Vernon Garson oskarżeni są o wymuszenia, oszustwa, sprzedaż narkotyków i próbę zabicia gwardzisty Yu Białego Smoka. Kiedy sędzia Huston skończyła, wszyscy spoczęli i nareszcie rozpoczął się proces.
Przez pierwszą godzinę zeznawali liczni pokrzywdzeni przez Beana i jego ludzi. Wychodziło na to, że morfy w Chicago były przez wiele miesięcy zmuszane do płacenia majorowi wysokich haraczy. Kiedy nie miały z czego je spłacić lub odmawiały, były bite, a czasem nawet zostawały bez dachu nad głową, bo Bean, który był ognistym smokiem, palił ich domy. Co zaś dotyczyło misji Yu, Bean kazał im milczeć pod różnymi groźbami. Im dłużej Yu słuchał ich historii, tym bardziej chciał, aby wyrok dla Beana, Webera i Garsona był jak najsurowszy.
Adwokat starał się wykazywać nieprawidłowości w zeznaniach albo sugerował, że z jakiegoś powodu wszyscy świadkowie sprzymierzyli się przeciwko Beanowi i dwóm jego podwładnym. Uczepił się tych dwóch argumentów jakby nic więcej nie mogło uratować jego klientów. Yu zastanawiał się też, czy obrońca po prostu nie wie jak to rozegrać czy raczej nie wierzył w niewinność klientów.
Przyszła kolej Gordona. Górski smok powstał i ruszył w stronę miejsca dla świadków. Widać było po wyrazie jego twarzy, że jest bardzo zdenerwowany. Kiedy usiadł i spojrzał mimochodem na Beana, jego twarz przybrała wyraz głębokiego przerażenia. Wzdrygnął się i przełknął ślinę, a potem odwrócił wzrok.
„Spokojnie, Gordon – zwrócił się do niego w myślach Yu. – Tutaj on nie może tobie nic zrobić”. Nagle Yu dopadły obawy, że Gordon ze strachu nie zezna tego, co trzeba.
Gordon spojrzał w podłogę, po czym, kiedy podszedł do niego prokurator, wyprostował się. Wyglądało na to, że już trochę opanował strach. Jeszcze tylko złożył standardową przysięgę, że będzie mówił prawdę i tylko prawdę, i już mógł mówić, co miał do powiedzenia.
- Przybyłem do Chicago w poszukiwaniu lepszego życia. Przez dłuższy czas żyłem skromnie, ale spokojnie, dopóki major Bean i podporucznicy Weber i Garson nie zostali wyznaczeni na gwardzistów odpowiedzialnych za to miasto. Tak jak mówiono już wcześniej, major Bean kazał sobie płacić haracz. Żyliśmy w strachu. Pewnego dnia po całym mieście rozeszła się wieść o mającym sprawdzić Beana gwardziście z centrali. Ja osobiście nie wiązałem z tą wizytą nadziei.
- Dlaczego? – zadał pytanie prokurator.
- Spodziewałem się, że Bean starannie wszystko zamaskuje albo spróbuje przekupić inspektora. Po pierwszym dniu wizyty gwardzisty Białego Smoka Bean, Weber i Garson wtargnęli do mojego domu i kazali mi go zabić. Grozili, że jeśli tego nie zrobię, spalą moje mieszkanie.
- Pan jest górskim smokiem? – zapytał domyślnie prokurator.
- Tak jest.
- Dlaczego więc akurat pana major Bean wybrał do tego zadania? Przecież mógł równie dobrze wybrać jakiegoś fachowca z Gwardii.
- Nie wiem dlaczego tego nie zrobił. Pewnie nie wiedział o tym, kim jestem. Zresztą wcale mnie o to nie pytał. Po prostu kazał mi zabić gwardzistę, a ja, mając na uwadze swój dom, musiałem to zrobić. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że to ten Biały Smok. Następnego dnia wyszedłem bardzo wcześnie z domu i ruszyłem na poszukiwanie gwardzisty. Wziąłem ze sobą nóż, nic lepszego nie posiadałem. Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie powinienem szukać Białego Smoka. Po jakimś czasie chciałem się poddać i usiadłem w pewnym zaułku, żeby odpocząć. Nagle znalazłem swój cel idący po ulicy.
- Skąd pan wiedział, ze to on?
- Zauważyłem wystającą mu z kieszeni chustę Gwardii – odpowiedział Gordon i uśmiechnął się lekko. Po chwili wskazał placem swoją źrenicę. – Wie pan, oczy górskiego smoka.
- Ach, prawda – przytaknął prokurator, również się uśmiechając.
- W pewnym momencie zatrzymał się przy kamienicy tuż koło zaułka, gdzie byłem. Wyczuwając okazję, wstałem. Zadzwonił telefon z pobliskiej budki telefonicznej i Biały Smok go odebrał. Wtedy zacząłem się do niego skradać, ale on natychmiast wyczuł moją obecność i, uwalniając strumień wody z hydrantu, sprawił, że trafiłem do śmietnika w zaułku. Spróbowałem jeszcze raz i tym razem Biały Smok się do mnie odwrócił. Zamarłem z przerażenia. On skorzystał z okazji i obezwładnił mnie. Wtedy wyjaśniłem, że zostałem zmuszony, więc Biały Smok mnie uwolnił. Złożył raport i razem wyruszyliśmy do Australii. Tam Biały Smok zaświadczył, że chciałem go zabić tylko z powodu gróźb majora Beana.
- Nie mam więcej pytań. Świadek jest pański – zwrócił się do obrońcy.
Adwokat wstał i stanął tuż przed Gordonem. Przez moment milczał, a na twarzy górskiego smoka znów zaczął się malować strach. „Gordon, nie bój się – pomyślał Yu. – Cokolwiek, tylko nie strach. On tylko na to czeka…”
- Panie James – zaczął adwokat. – Czy to prawda, że gwardzista Yu Biały Smok załatwił panu lepszą pracę?
Obaj – Yu i Gordon – zamarli na te słowa. Wszyscy spojrzeli w stronę Yu ze zdziwieniem. Gordon z kolei przez moment jakby nie mógł złapać powietrza. Popatrzył na Yu, jakby chciał otrzymać przyzwolenie, czy ma powiedzieć, czy nie. Yu przez chwilę sam się wahał, ale w ostateczności przytaknął głową.
- Proszę odpowiedzieć – nakazał stanowczo adwokat. – Czy Yu Biały Smok sprawił, że ma pan teraz lepszą posadę?
- Tak – powiedział, wypuszczając nerwowo powietrze. – To prawda.
- Czy więc nie ma pan długu wdzięczności wobec Yu Białego Smoka?
- Jestem mu bardzo wdzięczny, ale on twierdzi, że to dlatego tyle dla mnie zrobił, bo dałem mu zjeść, kiedy był głodny.
- A to ciekawe. Kiedy to było?
- Po złożeniu raportu do centrali, nagle zaburczało mu w brzuchu. Było bardzo wcześnie, wszystkie bary i sklepy były pozamykane, więc zaproponowałem Białemu Smokowi, aby poszedł do mnie. Tam odgrzałem mu pizzę.
- A może było tak, że Biały Smok, w zamian za lepszą pracę, kazał panu składać fałszywe zeznania? Może major Bean wcale nie chciał zabić Yu Białego Smoka, tylko Biały Smok chciał skompromitować majora Beana, porucznika Webera i porucznika Garsona? Czy nie tak było?!
Każde zdanie wypowiadał coraz głośniej i coraz agresywniej, aż w końcu ostatnie odbiło się echem po całej sali i przyprawiło Yu o dreszcze. Gordon jednak powstał z miejsca, a jego twarz wyrażała coś na kształt oburzenia.
- Niby po co miałby to robić? – spytał cicho, ale jego słowa doszły do ostatnich rzędów. – Co mógłby z tego mieć?
- Wie pan jak to wygląda w aktach, panie James? „W wieku czternastu lat wykrył nadużycia w Chicago…” Zdarzało się już, że gwardziści preparowali dowody dla awansu.
Yu aż zacisnął pięści. „Kto by pomyślał, że dobry uczynek może zostać tak odebrany?” – pomyślał.
- Nasze cierpienie było prawdziwe! – odezwał się nagle któryś chicagowski morf.
- Proszę się uspokoić – przywołała wszystkich do porządku sędzia Huston. – A pan, mecenasie, czy ma pan dowody na poparcie tej tezy?
- To tylko pewna wersja wydarzeń.
- A więc mam rozumieć, że nie?
- Na to wygląda, wysoki sądzie.
- Rozumiem. Proszę pytać dalej, a pan, panie James, niech pan usiądzie.
Gordon wykonał polecenie. „Robi się gorąco – pomyślał Yu. – Facet chyba znalazł swoją strategię. Nie ma dowodów, ale będzie starał się wykazać, że jednak próbowałem wrobić Beana.”
- Nie mam więcej pytań – odpowiedział adwokat.
- Świadek jest wolny – ogłosiła sędzia Huston i Gordon powoli i nerwowo powrócił na swoje miejsce.
- Wzywam na świadka gwardzistę Yu Białego Smoka – oświadczył prokurator.
Yu wstał, a kiedy skierował się w stronę miejsca dla świadków, poczuł jak jego nogi robią się słabe. Na sercu poczuł dziwny ciężar. Szedł jednak dalej, wiedząc, że jego zeznania są zbyt ważne, aby je przemilczeć. Dziwnie mu ulżyło, kiedy po złożeniu przysięgi mógł spokojnie usiąść. Spojrzał jeszcze w stronę Beana. Ognisty smok najwyraźniej spodziewał się jakiejś gafy ze strony Yu, bo uśmiechnął się do niego drwiąco.
- Proszę nam opowiedzieć o tym jak przebiegła pańska misja, panie Biały Smoku – powiedział prokurator i tym samym odwrócił uwagę Yu od Beana.
Yu pokrótce opowiedział o nieprawidłowościach, jakie udało mu się zauważyć – o tym, że z dotacji Gwardii nie dałoby się sfinansować luksusowych gabinetów Beana i jego dwóch ludzi. Dotacje pochodziły z dochodów różnych firm i organizacji prowadzonych przez gwardzistów w Australii, Chinach i kilku innych wysoko uprzemysłowionych miejscach, tylko nie w Chicago. Wspomniał o tym, że jakieś dziwne paczki z białym proszkiem, który rzekomo był mąką, znajdowały się koło biurka Beana, a nie w kuchni jak można by się było spodziewać; w końcu o tym, że wiele morfów, które postanowił odwiedzić Yu, zachowywało się w obecności Beana ostrożnie, a niektóre domy wyglądały na niezamieszkałe (nie było tam żadnych rzeczy osobistych, jedynie podstawowe meble), co świadczyło o tym, że domy tych właśnie morfów zostały spalone i przeniesiono ich na czas wizytacji do nowych.
- Potem major Bean zabrał mnie na obiad. Trochę to wyglądało głupio, bo byłem dla kamuflażu przebrany za włóczęgę. W pewnym momencie poczułem potrzebę wyjścia do ubikacji. Kiedy korzystałem z toalety, usłyszałem nagle głos gwardzisty Webera i jeszcze jakiejś kobiety. Porucznik Weber zapytał: „Masz to?”, a ona odpowiedziała: „Całe 300 gramów koki. A gdzie forsa?”, „Tutaj.” Gdy upewniłem się, że wyszli, sam wróciłem do majora Beana. Zapewne domyślił się, że mogłem to słyszeć, bo spytał, czy wydarzyło się coś ciekawego. Samo pytanie, czy coś ciekawego wydarzyło się w toalecie, było podejrzane, więc odpowiedziałem, że tak i powiadomiłem o tym, że wszystko, co trzeba, znajdzie się w moim raporcie. Nagle zrobił się nerwowy i dziwnie miły. Proponował mi coraz wyższe sumy za milczenie, a ja odmawiałem, aż w końcu jego próby przekupstwa zaczęły działać mi na nerwy, więc pożegnałem się i wyszedłem.
Yu przeszedł do opisywania zajścia z Gordonem, zaznaczając przy tym, że załatwił górskiemu smokowi zdawanie testu na gwardzistę cywilnego tylko dlatego, że poczuł do niego sympatię. Prokurator zadał Yu jeszcze kilka mało znaczących pytań, a potem przyszła kolej na adwokata. Biały Smok poczuł dziwny ciężar na sercu, kiedy adwokat stanął tuż przed nim i przez moment przyglądał mu się w milczeniu. „Ciekawe o co najpierw zapyta?” – przeszło mu przez myśl. Yu wyprostował się i przygotował psychicznie na atak ze strony mecenasa.
- Panie Biały Smoku, słyszałem, że była to pańska pierwsza samodzielna misja.
- Tak jest – odpowiedział Yu, który w głębi serca zaczął mieć złe przeczucia.
- Rozumiem, że starał się pan wypaść jak najlepiej?
- Starałem się wykonać swój obowiązek.
- Czy jest możliwe, że mógł pan się pomylić? Może rzeczywiście te paczki w biurze majora Beana były mąką?
- Niby dlaczego mąka miałaby być przechowywane w biurze, a nie kuchni?
- Może w kuchni nie było miejsca, więc pan major wspaniałomyślnie zaoferował, że sam je przechowa? Czy to nie jest prawdopodobne?
- Jest, ale badania w laboratorium Gwardii i transakcja, której byłem świadkiem w toalecie, raczej to podważają.
- Kto wie, może nie było żadnej transakcji.
Yu zaśmiał się cicho na te słowa i spojrzał na adwokata.
- Nadal twierdzi pan, mecenasie, że wrobiłem majora Beana i jego ludzi?
- Tak właśnie twierdzę.
- W takim razie dlaczego te wszystkie morfy zeznają, że były terroryzowane, a niektórym nawet palono domy?
- Myślę, ze pan im zapłacił.
- Niby z czego? Moje dochody i dochody tych, którzy ze mną mieszkają, nie są dość wysokie, aby zapłacić tylu morfom. Myśli pan, że za jednego dolara zgodziliby się zeznawać, że major Bean, porucznik Weber i porucznik Garson robili takie rzeczy? Proszę się nie wygłupiać, mecenasie.
- Mogły zrobić to też z czystej zawiści. Może pan major, jak dla nich, zbyt bardzo strzegł prawa i dlatego morfy z Chicago postanowiły pozbyć się go.
- Więc jak pan wytłumaczy przepych, z jakim urządzone były biura pana klientów? Zbyt wielu widziało je na własne oczy, aby mógł pan stwierdzić, że to mój wymysł. Skąd major Bean i porucznicy Weber i Garson mogliby wziąć na to wszystko fundusze, skoro od wielu miesięcy nie prosili centrali o dofinansowanie?
Adwokat nagle się zmieszał, Yu z kolei mówił dalej:
- W Chicago nie ma firmy ani fundacji, które należałyby do Gwardii, więc skąd? Odpowiedź: z haraczy i narkotyków.
Adwokat milczał, ale jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, tylko się wahał. W końcu spojrzał na Yu chłodno i oświadczył:
- Nie mam więcej pytań.
Yu z ulgą wrócił na miejsce.
Teraz przyszła kolej podsądnych. Wszyscy trzej utrzymywali, że starali się spełniać swoje obowiązki i że wszyscy sprzymierzyli się przeciwko nim. Sąd nie dowiedział się dlaczego właśnie Gordon miał zabić Yu, bo wszyscy trzej odpowiadali na to pytanie: „Nie było zamachu.” Narkotyki w biurze Beana tłumaczyli tym, że ktoś im je podrzucił, ale prokurator natychmiast to podważył, gdyż dostęp do biura mieli tylko Bean, Weber, Garson i woźny. Zresztą, czemu nie powiedzieli od razu, że „mąka” została podrzucona, zamiast kłamać? Wszyscy trzej nie mogli odpowiedzieć na to pytanie. Najwidoczniej ich adwokat nie spodziewał się, że zostanie ono w ogóle zadane. Jedno trzeba było przyznać: nie był najlepszy w swoim fachu.
Potem rada przysięgłych poszła ustalić werdykt. Nie było więcej dowodów ani świadków, więc ciągnięcie tego wszystkiego albo przeniesienie procesu na inny dzień nie miało sensu. Przez półgodziny, kiedy przysięgli obradowali, atmosfera była bardzo nerwowa, szczególnie dla oskarżonych. Większość chicagowskich morfów rzucała w ich stronę urągania w stylu: „I co teraz zrobisz, Bean?”, „Masz za swoje!” albo: „Teraz zapłacisz za wszystko, co nam zrobiłeś.”
Yu miał złe przeczucia. Dla niego wina Beana, Garsona i Webera była oczywista, ale kto wie, czy insynuacje adwokata, że Yu dla awansu wszystko spreparował, mogłyby jakoś wpłynąć na przysięgłych. Jego raport oraz zeznania świadków, były głównymi dowodami przeciwko Beanowi i jego ludziom.
Yu spojrzał za siebie, gdyż nie wiedział, gdzie powinien usadowić wzrok, i nagle ujrzał to. Wielkie drzwi były lekko uchylone, nieśmiało wyglądała przez nie jakaś dziwna postać, o której jednak mógł powiedzieć tylko tyle, że była wzrostu nastolatka. Kiedy po chwili ich oczy się spotkały, natychmiast się cofnęła i, zniknąwszy na zewnątrz, domknęła drzwi.
„Czyżbym miał przywidzenia? Kto to był?”.
W tym momencie wyszli przysięgli. Zapadła cisza. W sercu Yu znów pojawił się niepokój. Jeden z przysięgłych wstał i odczytał werdykt:
- Ława przysięgłych uznała oskarżonych majora Francisa Beana, porucznika Quincy’ego Webera i porucznika Vernona Garsona winnymi.
Wszyscy świadkowie zawyli ze szczęścia. Niektórzy nawet ściskali siebie nawzajem. Bean i jego ludzie zostali w kajdankach odprowadzeni do drzwi. Adwokat szedł za nimi i coś do nich mówił, ale oni nic nie odpowiedzieli. Kiedy przechodzili obok ławki Yu, Bean spojrzał na niego i Gordona chłodno, nadal milcząc. „Gdyby nie mój raport, prawdopodobnie Bean nigdy nie trafiłby za kratki. To mnie oskarża o swoje położenie. Ale, ale, czym ja się martwię? Co on może mi teraz zrobić?”.
Wychodząc z sali sądowej, Yu zaczął rozglądać się uważnie za tajemniczą postacią, jednka bez skutku. Nie wiedział jak naprawdę wyglądała, wiec próżno byłoby jej szukać po wypełnionym ludźmi sądzie. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Miryoku
pisarz


Wiek: 19 Dołączyła: 18 Mar 2010 Posty: 115 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2010-08-19, 10:26
|
|
|
Komentuję! Wreszcie... ^^'
Fajnie, że Rothoffer jest bazyliszkiem :) Bardzo ciekawie pomyślane z tą jego wadą wzroku. Jakoś interesuje mnie ta postać, mam nadzieję, że będzie jej później dużo.
Rozprawa sądowa była ciekawa. Gordon nieźle się spisał. Zaczynam go lubić, choć dalej uważam, że Yu przydałby się bardziej charyzmatyczny i mniej tchórzliwy przyjaciel.
A przywitania smoków rządzą! |
_________________ I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes |
|
|
|
 |
RedHatMeg
pisarz


Wiek: 22 Dołączyła: 30 Gru 2009 Posty: 222 Skąd: Warszawa Rembertów
|
Wysłany: 2010-08-26, 13:25
|
|
|
Dobra, chciałam to zredagować tak, aby wrzucić nową postać, ale jednak zostawiam tak jak jest. ewentualnie potem mi powiesz, Miryoku, czy chcesz tam tę naszą wspólną OC.
Rozdział 4
Gordon otworzył drzwi do archiwum i Yu ujrzał przestronne pomieszczenie z licznymi regałami, ułożonymi w rzędy, i teczkami na akta. Nad każdym rzędem były wypisane litery łacińskiego alfabetu, (łącznie z literami specyficznymi dla innych języków niż angielski). Kilka metrów przed regałami stały długie biurka, gdzie można było spokojnie usiąść i przejrzeć daną teczkę.
Gordon odwrócił się do Yu i przepuścił go, kiedy ten ostrożnie wszedł do środka.
- Jeszcze raz powtórz nazwisko tego faceta – powiedział Gordon, kiedy Yu mijał go wchodząc.
- Rothoffer. Klaus Rothoffer.
- No to chodźmy do litery R.
Gordon poprowadził Yu do odpowiedniego rzędu. Następnie przez około pięć minut szukali teczki Rothoffera w szufladzie z opisem: „Ro”. Kiedy nareszcie znaleźli odpowiednie akta, Gordon pożegnał Yu i wrócił do pracy, a Yu usiadł przy biurku i zaczął przeglądać dokumenty.
W archiwum były wiadomości o każdym morfie, który urodził się po założeniu archiwum (czyli od 1733). Aby przejrzeć czyjeś akta, potrzebne było odpowiednie pozwolenie, które można było dostać w trzech przypadkach: 1 – kiedy prowadzone było przeciwko danemu morfowi śledztwo; 2 – kiedy było się krewnym danego morfa; i 3 – kiedy dany morf proponował komuś współpracę w niejasnym przedsięwzięciu. Yu dostał pozwolenie z powodu trzeciego przypadku.
Pierwszym z brzegu dokumentem była kopia aktu urodzenia, a właściwie aktu stwierdzającego typ stworzenia, jakim był noworodek, a także stan zdrowia zaraz po narodzinach, imiona rodziców i wszystkie inne dane, które spotyka się w aktach urodzenia. Pewne morfy składają jaja (np. smoki) i w akcie urodzenia morfa zawsze dołączony jest kawałek skorupy w specjalnym plastikowym woreczku.
W akcie urodzenia Rothoffera – bądź co bądź, bazyliszka – znajdowała się skorupka jego jaja, ale ona nie była ważna dla Yu. On przyglądał się uważnie informacjom obok. Dowiedział się, że rodzicami Klausa Rothoffera byli Georg i Gertrude Rothoffer; że wykluł się w Salzburgu; że jego wada wzroku była wrodzona. W sumie nic nadzwyczajnego.
Yu przeszedł do następnego dokumentu, którym były wyniki z testów na gwardzistę wojskowego. Z teorii był najwyraźniej nieźle obryty, gdyż z tego testu miał najwięcej punktów. Z praktyką też było nie najgorzej. Test ten polegał na tym, że symulowało się sytuację kryzysową. Zdającego obserwowało dwóch egzaminatorów, którzy oceniali szybkość reakcji, zasadność podejmowanych decyzji, zdolność analizy sytuacji i, ewentualnie, biegłość posługiwania się wrodzonymi umiejętnościami. Z zapisków egzaminatorów wynika, że Rothoffer miał za zadanie wyprowadzić morfy, które naruszyli kilka zasad i musiały być przeniesione do centrali. Jeden z nich był ognistym smokiem i, aby uciec, zaprószył ogień. Tak więc Rothoffer musiał wraz z aresztowanymi wydostać się z płonącego budynku. Podjął kilka nieprzemyślanych decyzji, za to robił wszystko dość szybko, aby on i jego aresztanci jakoś wyszli cało.
Następne dokumenty – sprawozdania dowódców na temat misji, treningów i zachowania – wykazywały, że radził sobie całkiem nieźle. Robił postępy w walce, nie używając swojej wrodzonej umiejętności do zabijania wzrokiem (i tak, gdyby jej jednak użył przeciwko żywej istocie, musiałby odpowiadać przed sądem). Ogólnie miał opinię trochę zwariowanego, ale skutecznego.
Nagle Yu natknął się na coś, co świadczyło o czymś w rodzaju przełomu w życiu Rothoffera, a mianowicie podanie o zwolnienie ze służby w Gwardii. Zarówno gwardziści wojskowi, jak i cywilni, musieli pisać takie podania, jeśli chcieli przed emeryturą opuścić Gwardię. Rothoffer stwierdzał w tym dokumencie, że nie chce „służyć organizacji, która twierdzi, że działa dla dobra morfów, gdy tak naprawdę zniewala je i podporządkowuje ich odwiecznemu wrogowi – ludziom”. Sądząc po pieczęci, podanie zostało zatwierdzone.
Dalej były doniesienia o udowodnionych akcjach Rothoffera przeciwko Gwardii. Poza sabotażami, mającymi na celu uniemożliwić jej sprawne działanie, było też zabicie jednego gwardzisty, który został wysłany za Rothofferem, i kilkorga ludzi. Motywy nie były znane.
„Pułkownik Donovan miał rację. To niebezpieczny typ.” Yu wstał od stolika i wziął ze sobą akta Rothoffera, aby je odnieść na miejsce. Zaraz pojawił się Gordon i pomógł mu znaleźć odpowiednią szufladę.
Potem obaj wyszli na powierzchnię i poszli do kawiarenki „Spokój”, która należała do morfa i była odwiedzana przede wszystkim przez szukających wytchnienia gwardzistów. Można tam było więc swobodnie rozmawiać o sprawach Gwardii, gdyż praktycznie nie było tam ludzi. Kawiarenka ta była urządzona w stylu orientalnym – na czerwonych ścianach wisiały liczne malowidła z Dalekiego Wschodu, a na suficie – liczne lampiony. Herbata, kawa i ciastka były serwowane w naczyniach z chińskiej porcelany, a przynajmniej na takie wyglądały.
Yu i Gordon lubili tę kawiarnię, toteż chodzili tam często razem. W ogóle bardzo szybko stali się przyjaciółmi. Ilekroć nadarzała się okazja, wychodzili gdzieś razem w trakcie przerwy w archiwum albo kiedy Yu wracał do domu. Gordon nawet czasami wpadał do Yu. Biały Smok lubił jego towarzystwo i chętnie mu się zwierzał. Gordon tak samo.
Yu zamówił zieloną herbatę, a Gordon kawę. Dopiero kiedy je dostali, zaczęli rozmawiać.
- Niektórzy gwardziści nie wiedzą jak się zachować w archiwum – odezwał się Gordon. – Hałasują, mądrzą się, a czasem nawet wpychają się do środka bez pozwolenia z góry.
- To jeszcze nic – odparł Yu. – W trakcie misji niektórzy potrafią wywołać istną katastrofę. Miałem już przyjemność pracować z paroma takimi. Myślą, że skoro są gwardzistami, mogą się z tym afiszować, kiedy już znajdujemy morfy, którym trzeba pomóc. To jest naprawdę żenujące, kiedy słyszysz od nich: „Jesteśmy z Gwardii i musicie robić, co wam każemy.” – Yu westchnął, po czym kontynuował: – Poza tym często nie wiedzą co robić. Szczególnie ci młodsi w chwilach kryzysowych wpadają w panikę. Najgorsi są jednak dowódcy, którzy czasem wpadają na głupie pomysły.
- Fakt, to może zabić – przyznał Gordon. – Słyszałem o paru przypadkach.
- Yu! – krzyknął nagle jakiś głos za nimi.
Odwrócili się i zobaczyli w drzwiach Ann. Wyglądała na szczęśliwą z jakiegoś powodu. Natychmiast weszła do środka i usiadła obok współlokatora, który próbował odgadnąć dlaczego ona jest tu, a nie z przyjaciółmi.
- Wiesz czego się dzisiaj dowiedziałam? – spytała, ale zaraz odpowiedziała sama: – Jutro mamy misję z Martinem Smallem. Czyż to nie cudownie?
- To gwardzista jak każdy inny – odrzekł bez entuzjazmu Yu i pociągnął kolejny łyk herbaty.
- Wcale nie – zaprzeczyła gwałtownie Ann, po czym zaczęła z rozmarzonym uśmiechem wymieniać jego zalety: – Jest przystojny, wesoły, inteligentny…
- Sądząc po ostatniej wpadce, raczej nie – stwierdził Yu. – Podobno pomylił numer ulicy i trafił do nie tych morfów, co trzeba. Przez godzinę mu tłumaczyli, że nie mają żadnego jaja, a on upierał się, że musi je piastować.
- Każdemu się zdarza – powiedziała Ann i znów się uśmiechnęła. – Za to jest taki odważny…
- Dobij mnie, Gordon – westchnął Yu.
- A ja słyszałem, że jest zarozumiały – wtrącił Gordon.
- Po prostu mu zazdrościcie – odparła Ann i wstała. – W każdym razie, Yu, zapłać za herbatę, pożegnaj się ze swoim wyrośnięty kumplem i wracaj do domu.
Yu spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Czwarta piętnaście. Było rzeczywiście późno. Yu dopił herbatę i zapłacił za nią.
- Pa, Gordon – pożegnał się.
- Do jutra, Yu – powiedział Gordon z uśmiechem.
Przez kilka sekund, kiedy oddalali się od „Spokoju”, nic do siebie nie mówili. Yu jednak był bardzo ciekaw jaką to misję musiał wykonać we współpracy z Martinem Smallem. Dlatego też przerwał ciszę:
- Jakie jest nasze zadanie?
- Mamy odwiedzić pewne przedszkole dla morfów i przeprowadzić lekcję dotyczącą bezpieczeństwa dla pięciolatków. Wiesz, czego mają nie robić przy ludziach, gdzie się nie zapuszczać, jak się mogą skontaktować z Gwardią w razie nagłych wypadków… Takie tam. Co roku wysyła się młodych gwardzistów, aby uświadamiali dzieci.
- Czy to jest to przedszkole koło naszej szkoły?
- To właśnie.
- Ale jutro mamy lekcje. Jak pogodzimy to z misją?
- Spokojnie, mamy już zwolnienia. Zrobimy tak: o dziesiątej pięć spotkamy się z Martinem przy szkole. Będzie już wtedy dawno po dzwonku, więc nikt nas nie zobaczy. Potem szybko wszyscy troje pójdziemy do tego przedszkola.
- Rozumiem.
Wrócili do domu i poszli do swoich pokojów. Ann zamknęła się i przez dłuższy czas siedziała cicho. Yu tymczasem usiadł na łóżku i pogrążył się we własnych myślach.
Martin Small chodził do ich szkoły, ale był o rok starszy. Krążyły też legendy o tym, że Smallowie byli przy założeniu Gwardii i dlatego od zawsze do niej wstępowali. Czasem Yu widywał go na przerwie albo na boisku. Był to wysoki, gładki chłopak z burzą czarnych włosów i głębokimi, błękitnymi oczami. Nosił modne ciuchy i zawsze, kiedy się uśmiechał, dziewczyny wzdychały na jego widok. Oceny miał średnie, święcił triumfy głównie na WF-ie, grając w siatkówkę. Lubił robić głupie żarty, na przykład ubierać szkielet w sali od biologii w damską bieliznę.
„Mam wrażenie, że ta misja będzie wybitnie trudna” – pomyślał Yu. Obawiał się, że może wystąpić brak porozumienia między nim a Martinem i że zapatrzona w Smalla Ann będzie stawać raczej po jego stronie. Yu postanowił, że ograniczy rozmowy z nim do minimum i zajmie się misją. Już zaczął myśleć nad tym, o czym będzie mówił następnego dnia w przedszkolu. Potem uzgodnił to z Ann. Nie mieli telefonu ani adresu do Martina, więc nie mogli mu powiedzieć, co ustalili.
Na parkingu przed szkołą było cicho. Już od dziesięciu minut trwała lekcja, a od pięciu Yu i Ann czekali na Martina. Oboje mieli przy sobie specjalne nadajniki w kształcie walkie-talkie ale wielkości małego telefonu komórkowego. W końcu Martin się pojawił, z rękami w kieszeniach wyszedł od strony przedszkola. Kiedy stanął, uśmiechnął się pewnym siebie uśmiechem, a Ann westchnęła.
- Wy musicie być Ann Mitchell i Yu Biały Smok – stwierdził. – No to może ustalmy plan. Wy wszystko mówicie tym smarkaczom. Ja nie mam podejścia do dzieci, będę więc dbał o bezpieczeństwo.
- Cóż za dobry plan – powiedziała Ann.
Yu pomyślał: „Na szczęście nie pcha się, gdzie nie trzeba.”
- No to chodźmy – rozkazał Martin.
Poprowadził ich przez drogę, którą przyszedł, do dwupiętrowego budynku przedszkola. Od strony szkoły znajdował się plac zabaw z dwiema huśtawkami, licznymi drabinkami i lianami, konikami na sprężynie, karuzelą i zjeżdżalnią. Martin, Yu i Ann weszli przez furtkę, a potem przez duże drzwi do środka. Dalej, przez długi korytarz, na którego końcu znajdowały się toalety, jeśli wierzyć zamieszczonym na nich obrazkom. Po prawej mijali schody, a światło dochodzące z okien na półpiętrze było jedynym w tym korytarzu.
Yu nie bardzo wiedział, gdzie mają iść. W której sali znajdują się te pięciolatki? Martin zatrzymał się tuż przed drzwiami z napisem „Dyrektor”. Zapukał, a potem, już nie czekając na pozwolenie, wszedł. A Yu i Ann za nim. W środku, przy biurku, na którym rzucał się w oczy mikrofon, siedziała poważna kobieta w średnim wieku, która spojrzała na trójkę gwardzistów z lekkim uśmiechem.
- Szybko jesteście. Przedstawcie się, dzieci.
- Martin Small – powiedział Martin. Yu już chciał odezwać się drugi, kiedy Martin dodał: – A to są moi asystenci: Yu Biały Smok i Ann Mitchell.
- Ach, ten Biały Smok – nagle ożywiła się dyrektorka. Wstała i podeszła do gwardzistów. – Miło wiedzieć, że nasze maluchy są w dobrych rękach. Pamiętajcie tylko, że to dzieci i nie mówcie do nich zbyt zawiłym językiem.
- Oczywiście, postaramy się, aby wszystko zrozumiały – oświadczyła Ann.
- Do której sali powinniśmy się udać? – zapytał Yu.
- Numer trzy, drzwi po lewej – wyjaśniła dyrektorka.
- Dziękujemy, do widzenia – odparł Martin.
Sala ta wyglądała jak każda inna w przedszkolu. Przy oknie znajdowały się ławki z krzesłami, przy ścianie – tablica na rzepy, a dalej dywanik z różnymi zabawkami, obok było wyjście na zewnątrz i tylko to było inaczej niż w ludzkich przedszkolach. Na dywaniku właśnie przebywała większość dzieci (w ludzkich postaciach, aby zachować pozory), które, zajęte zabawą, nie zauważyły, że ktoś obcy wszedł do środka. Dopiero, kiedy przedszkolanka zawołała: „Dzieci, mamy gości!”, wszystkie zwróciły małe oczka na trójkę gwardzistów, która podeszła bliżej do dywanika.
- Dzieci, to są gwardziści, którzy mają wam dzisiaj dużo do powiedzenia, więc grzecznie usiądźcie w kółeczku i ich posłuchajcie – oświadczyła przedszkolanka i odeszła na bok.
Dzieci wstały, zaczęły podchodzić do stolików i brać krzesełka. Po chwili Yu, Martin i Ann byli otoczeni przez siedzące na krzesłach maluchy. Martin, tak jak wcześniej mówił, odłączył się. Stanął przy drzwiach, chcąc jakby ich pilnować. Ann i Yu popatrzyli po sobie. Poprzedniego dnia ustalili, że on zacznie.
Yu wyciągnął z kieszeni swoją chusteczkę gwardzisty i zaczął ją po kolei pokazywać wszystkim dzieciom.
- Wiecie, co to jest? – zapytał.
- Gwardia – powiedziały chórem.
- Właśnie – odpowiedziała Ann. – Takie chusteczki mają tylko gwardziści. Pamiętajcie o tym, bo czasem ktoś się pod nas podszywa. Jeśli chcecie się skontaktować z Gwardią, musicie zadzwonić pod numer, który każdy morf zna na pamięć, czyli 904. Powtórzcie.
- 904 – wykonały polecenie dzieci.
- Kiedy już zadzwonicie, powinniście powiedzieć co się stało i gdzie jesteście – mówiła dalej Ann.
- Na pewno wiecie, że nie wolno nam, morfom, mówić ludziom o tym, kim jesteśmy…
Yu przypomniał sobie nagle o Rothofferze. Natychmiast jednak odegnał tę myśl i kontynuował:
- Jedni nam po prostu nie uwierzą, inni mogą zechcieć zrobić nam i naszym bliskim krzywdę.
- Przepraszam – odezwał się jakiś chłopczyk, podniósłszy przy tym rękę. – A moja mama jest człowiekiem i wie o tym, że ja jestem morfem.
- To właśnie jest wyjątek od reguły – wyjaśniła Ann. – Twoja mama, kiedy poślubiła twojego tatę, miała prawo się dowiedzieć o tym, kim on jest, a on, zgodnie z naszym prawem, mógł jej powiedzieć. Jednak ona także musi zachować to w tajemnicy, abyście ty i twój tata nie mieli problemów.
- Musicie też być ostrożni, kiedy się złościcie. Zawsze miejcie przy sobie ciemne okulary.
- Przepraszam. – Inny chłopiec podniósł rękę.
- Tak, o co chodzi? – zapytała Ann.
- Muszę do toalety – odparł chłopiec.
- No dobrze, Patrick. Jak musisz, to musisz – odparła przedszkolanka i już wstała, kiedy chłopiec powiedział:
- Ja sam. Wiem, gdzie jest toaleta.
- Skoro tak mówisz… – odrzekła na to i usiadła.
Patrick wstał i wyszedł. Przez chwilę słychać było jego kroki w korytarzu, ale Ann zagłuszyła je, dalej nauczając dzieci. Yu zdziwił się nieco, że pozwala się pięciolatkowi na samodzielne wyprawy do toalety, ale przecież nie była ona bardzo daleko i Biały Smok nie znalazł tam nic, co można by uznać za niebezpieczne.
Yu powrócił do wykładu, kiedy nagle z głośnika na górze, który dopiero teraz zauważyli Yu, Ann i Martin, odezwał się głos dyrektorki:
- Uwaga, uwaga! Mówi dyrektor! Właśnie się dowiedziałam, że w przedszkolu znajduje się łowca!
Na to słowo wszyscy w sali zamarli z przerażenia. Dyrektorka jednak mówiła dalej:
- Proszę ewakuować wszystkie dzieci do wyznaczonego miejsca! Koniec komunikatu!
- Pani niech ewakuuje dzieci – zwrócił się do przedszkolanki Yu. Następnie powiedział do Martina: – A ty poszukaj tego chłopca, który wyszedł do toalety.
- Wykluczone, nie będę ganiał za jakimś dzieciakiem – zaprotestował Martin, a wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem.
„Co za niesubordynowany głupiec!” – pomyślał Yu, ale wiedział, że nie ma zbyt dużo czasu, aby marnować go na kłótnie z Martinem Smallem.
- Dobrze, to ja pójdę, a ty i Ann czuwajcie nad tymi dziećmi tu.
Przedszkolanka otworzyła drzwi na zewnątrz i zaczęła ewakuację.
Yu wyszedł na korytarz. Był bardzo czujny, gdyż wszędzie mógł czaić się łowca. Kierował się do toalety, gdzie powinien być Patrick. Miał nadzieję, że chłopiec nie padł jeszcze ofiarą łowcy.
W pewnym momencie Yu zauważył, że drzwi od schowka na szczotki są lekko uchylone. Nagle go olśniło. Po usłyszeniu komunikatu, Patrick musiał się schować w nadziei, że łowca go nie znajdzie i sobie pójdzie. Yu otworzył ostrożnie drzwi schowka i ujrzał skulonego Patricka, który w pierwszej chwili ze strachu zamknął oczy, ale zaraz otworzył jedno i zdał sobie sprawę, że nie łowca, tylko gwardzista przed nim stoi.
Po chwili Yu zobaczył, że z lewego kolana chłopca płynęła długa i szeroka struga krwi. Natychmiast kucnął i zaczął szukać po kieszeniach czegoś, co mogłoby posłużyć do zatamowania krwi. Zorientował się, że nie ma żadnych chusteczek higienicznych, nigdy nie nosił też przy sobie plastrów ani bandaży. Jedyne, co mógł użyć, to chusteczka gwardzisty. „Ostatecznie, nie jest nigdzie napisane, że nie można zastosować jej do opatrzenia czyjejś rany… Trzeba czasem improwizować.”
Wyciągnął ją i opatrzył nią kolano Patricka. Gdyby to było kolano dorosłego, pewnie chusteczka okazałaby się za krótka, a tak, kiedy Patrick był dzieckiem, wszystko było dobrze.
- Posłuchaj, Patrick: ta chusteczka jest mi potrzebna, więc kiedy tylko to będzie możliwe, zmienimy opatrunek.
- Jakiś pan rzucił we mnie nożem i skaleczył mnie – powiedział Patrick, a Yu spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Kiedy to było? – zapytał, przy okazji kończąc opatrunek.
- Kiedy wracałem z ubikacji. Potem ten pan poszedł na górę.
Yu zdał sobie sprawę z tego, że musi jak najszybciej wydostać Patricka z przedszkola. Nie wiedział tylko jak. Najszybciej byłoby przez frontowe drzwi, ale łowca na pewno od razu o nich pomyśli. Nie da rady, musieli wyjść przez tylne drzwi, na przykład w stołówce. Albo mogli jeszcze użyć wejścia na plac zabaw.
- Patrick, powiedz mi taką rzecz: jak się idzie na wasz plac zabaw?
Chłopczyk już wstał i prowadził Yu przez korytarz aż do schodów, kiedy nagle coś przed nimi przeleciało i uderzyło w ścianę. Sądząc po odgłosie, był to pocisk z pistoletu. Patrick schował się za Yu, który spojrzał na schody i ujrzał siwego, acz nie pomarszczonego zbytnio, mężczyznę o zimnym spojrzeniu. Mężczyzna trzymał oburącz wiatrówkę, a na pasku miał noże różnych kształtów i rozmiarów. Ubrany był zwyczajnie, jakby nie na polowanie – w opiętą na grubym brzuchu białą koszulę, krótkie spodenki i sandały na nogach. Jedynie wiatrówka zdradzała jego zamiary.
Spojrzał na Yu z uśmiechem. Sam Biały Smok przez moment nie mógł nawet drgnąć. Po raz pierwszy widział łowcę i widok ten sprawił, że nie wiedział, co ma robić.
Jednak ten bezruch trwał jedynie przez kilka sekund, bo potem Yu dostrzegł oddaloną o parę metrów toaletę i odzyskał zimną krew. W chwili kiedy łowca znów podniósł broń, Yu szybko wziął na ręce Patricka i pobiegł w stronę łazienki. Wszedł tam i postawił chłopca na ziemi, bo ciążył mu coraz bardziej. Z prawej strony stał rząd kranów, a z lewej – klozetów.
- Schowaj się za mną – powiedział Yu do chłopca.
Z korytarza dochodził odgłos ciężkich butów łowcy. Był coraz bliżej. W końcu drzwi od ubikacji otworzyły się na oścież i łowca wszedł do środka. Stanął tuż naprzeciw Yu, który poczuł jak Patrick ze strachu przyczepił się rękoma jego nogawek.
- Po co tu jesteś? – spytał Yu. – Dlaczego polujesz na dzieci?
- Nie na dzieci, na ciebie – odpowiedział łowca. – Chcę twojej białej jak śnieg skóry.
Yu znów zamarł. Nie dość, że to był pierwszy łowca, którego w ogóle widział na własne oczy, to jeszcze chciał go obedrzeć ze skóry. Yu wiedział dobrze, że kiedyś może się znaleźć w takiej sytuacji. Smok o białej łusce rodził się raz na miliard, tak samo jak smok czerwony albo czarny. Dotąd jednak myślał, że stanie się to o wiele później, kiedy już będzie dorosłym, pełnoprawnym członkiem Gwardii; kiedy jego umiejętności bojowe będą przekraczały znacznie jego obecne.
Yu jednak nie zamierzał się poddać. Natychmiast, kiedy łowca podniósł broń, Biały Smok pstryknął palcami i w jednej chwili uwolnił strumienie wody z wszystkich toalet i kranów. Potem skierował je w stronę łowcy, który aż się zdziwił, gdy zmasowany atak wody przyparł go do ściany. Broń opadła na podłogę, a sam łowca jeszcze był przytrzymywany przez wielką, wodną rękę. Yu wiedział jednak, że nie miał dość sił, aby na długo utrzymać tyle strumieni.
- Hej, łowco – zwrócił się do uwięzionego. – Ilu was tu jeszcze jest?
- Miałbym dzielić się z kimś sławą za zabicie cię? – prychnął śmiechem łowca. – Wielki Rodney Talbot nie potrzebuje wspólników!
„Czy mu wierzyć? Może tak mówić, aby uśpić moją czujność.” Nagle Yu poczuł jak ze zmęczenia jego nogi się trzęsą, chociaż do utrzymania strumieni używał tylko swojej woli. „Długo tak nie wytrzymam. Trzeba coś zrobić. Jeżeli rzeczywiście nie ma więcej łowców, to nie jest źle. Jeżeli są…”.
Yu wyciągnął z kieszeni nadajnik. Wciąż jednak trzymał łowcę w uścisku.
- Ann, Martin, odbiór – powiedział do nadajnika. Przez chwilę trwała cisza, ale zaraz usłyszał głos Ann:
- Yu, wszystko dobrze?
- Możecie sprawdzić, czy nie ma więcej łowców?
- Już sprawdzałam – odezwała się Ann. – Jest tylko ten jeden.
- Poza tym, już jedzie wsparcie – dodał Martin.
- Dzięki. Właśnie udało mi się złapać łowcę. Jestem w łazience na dole. Postaram się go utrzymać. Tymczasem posyłam wam Patricka.
- Jesteśmy na placu zabaw – poinformował Martin.
- Rozumiem, odbiór – odparł Yu i rozłączył się, po czym zwrócił się do Patricka: – Skieruj się na plac zabaw i wróć do swojej pani. Byle szybko.
- Dobrze – powiedział Patrick.
Migiem wybiegł z łazienki. Teraz już byli tylko oni dwaj – łowca i Yu, który powoli czuł się coraz bardziej zmęczony. Musiał tak go przytrzymać do przybycia wsparcia. Zapanowała straszna cisza. Słychać było tylko szum wody. Łowca patrzył na Yu z dziwnym uśmiechem. Wiedział, że Biały Smok nie ma dość siły. Yu jednak ani na chwilę nie zmniejszał mocy strumieni.
- Patrzcie no tylko – urągał łowca. – Rycerzyk chce walczyć do ostatnich sił. Myślisz, że ci się uda utrzymać mnie dopóki nie przyjdą twoi kumple?
Yu już zaczęło się kręcić w głowie. Nagle wszystko wydawało mu się zamazane. Łowca coś mówił, ale Yu nie za bardzo rozumiał co. Czuł, że z każdą sekundą jest coraz słabszy. Trzymał jednak dalej. Łowca stanowił zbyt wielkie zagrożenie dla dzieci… i, przede wszystkim, dla niego. Ann mówiła, że już jedzie wsparcie, może nawet już jest.
Tymczasem jego siły wciąż malały. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, więc ukląkł na oba kolana. Oddychał coraz głębiej, zdał sobie sprawę z tego, że jego serce łopocze coraz mocniej. W końcu stracił już resztki sił i upadł na podłogę. Usłyszał jeden wielki plusk o podłogę i stracił przytomność w wielkiej kałuży wody.
- Długo śpi, pani generał. Może powinniśmy jednak wezwać znów lekarza?
- Słyszałeś, Donovan, co mówił doktor Galvani. Yu potrzebuje tylko odpoczynku. Co nie zmienia faktu, że złamałeś daną mi obietnicę.
- Ależ, generał He…
- Miałeś go chronić, Donovan. Obiecałeś mi to, kiedy wstępował do Gwardii.
- Obiecałem go chronić, dopóki nie będzie w stanie się bronić. Sama pani wie jakie miał wyniki. Poza tym skąd mogłem wiedzieć, pani generał, że w trakcie rutynowej misji w przedszkolu, zdarzy się coś takiego?
Ten krótki dialog, dochodzący z korytarza, obudził Yu. Zorientował się, że leży w swoim własnym łóżku. Dobrze pamiętał, co działo się przed tym, jak zemdlał. Dziwił się jednak, że jest cały i zdrowy. Nieprzytomny był dość łatwym łupem dla uwolnionego z jego uścisku łowcy. Nasuwała się jedna możliwość – zaraz po omdleniu Yu, przyszło wsparcie i unieszkodliwiło łowcę. Yu wykonał swoje zadanie i wszystko się dobrze skończyło. Teraz trzeba było odebrać od Patricka chusteczkę.
- Nareszcie wstałeś, chłopcze – odezwał się nagle głos, którego Yu nie słyszał od bardzo dawna.
Spojrzał w stronę drzwi. Stał w nich generał Mitchell ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Yu przysiągłby, że kiedy się obudził, generała jeszcze tam nie było. Generał wszedł do pokoju i wymierzył Yu policzek. Przez moment jego oczy przybrały kształt zielonych, gadzich ślepi.
- Postąpiłeś wysoce lekkomyślnie. Nadużyłeś swojej mocy.
- Wiem – odpowiedział Yu, unikając wzroku generała i masując obolały policzek. – Teraz wiem.
- I bez tej brawury mogłeś go pokonać. Z tego, co wiem wystarczył tylko jeden strumień, aby go usidlić. Mam nadzieję, że nauczyłeś się mierzyć siły na zamiary, chłopcze. Rozumiem, że nie byłeś w stanie walczyć z nim wręcz z powodu broni palnej, ale powinieneś znać też granice swoich możliwości, jeśli chodzi o twoje przyrodzone umiejętności. Kiedy cię znaleźli nieprzytomnego w tej łazience, byłeś bardzo blady. Lekarz powiedział, że potrzebny ci jest solidny wypoczynek i że za kilka dni się obudzisz.
- Jak długo spałem? – spytał Yu, a potem nasunęło mu się kolejne, jeszcze ważniejsze pytanie: – Co z łowcą?
- Spałeś niecałe cztery dni – odparł generał ze smutkiem w oczach. – Przez ten czas pewien młody człowiek imieniem Patrick i jego rodzice próbowali się z tobą spotkać. Raz nawet pani generał zaprosiła ich na kawę. Są ci bardzo wdzięczni za to, że poszedłeś wtedy po tego małego i że go broniłeś. Z tego, co słyszałem, z różnych opowieści, zachowałeś się tak jak prawdziwy gwardzista. Jesteśmy z ciebie dumni, chociaż mogłeś bardziej stanowczo nakazać Martinowi Smallowi, aby on poszedł.
- Zapewne nie ugiąłby się, a nie mieliśmy zbyt wiele czasu.
- Co zaś się tyczy łowcy – zaczął generał, a Yu nachylił się bardziej, aby dobrze usłyszeć. – to kiedy cię znaleźli, byłeś sam. On prawdopodobnie uciekł, wiedząc o tym, że nadchodzi wsparcie. W każdym razie teraz trwa przenoszenie przedszkola w inne, bezpieczniejsze miejsce. Nie możemy ryzykować, że inni łowcy spróbują zrobić obławę na te biedne dzieci.
- On chciał mnie zabić – oświadczył Yu, a generał Mitchell podniósł ze zdziwienia brwi. – Powiedział, że chce mojej skóry.
- No tak. Kiedyś to musiało się stać. Nic, co jest białe i nie mieszka na biegunie, nie może żyć spokojnie. Coś jest w tym kolorze, co kusi ludzi, aby polować na białe nosorożce, tygrysy, kangury… Generał He dobrze znała ryzyko, przygarniając cię. Nie wiem, co wtedy sprawiło, że je podjęła, ale teraz i ja bym to zrobił. Jesteś dobrym, rozsądnym, odpowiedzialnym smokiem. Szkoda by było, gdyby ktoś cię upolował.
Mówiąc te słowa, uśmiechnął się lekko. Yu poczuł się bardzo podbudowany, słysząc to.
- Dziękuję, generale.
- Ale to dziwne. Nawet jeśli musiał uciekać, mógł cię przecież wziąć ze sobą. Coś albo ktoś musiało mu przeszkodzić. No nic. Czas powiedzieć innym, że już się obudziłeś.
Wyszedł. Dało się słyszeć jego chód w korytarzu. Nagle ucichł i generał Mitchell oznajmił głośno i wyraźnie, że Yu już jest przytomny. Natychmiast zadudniły szybkie kroki, były coraz głośniejsze. Drzwi do pokoju Białego Smoka się otworzyły i weszli: Hsi, pułkownik Donovan, Ann.
Najpierw podeszła Hsi. Przytuliła mocno Yu. Potem to samo zrobiła Ann. Pułkownik Donovan stał z boku i wszystkiemu się przyglądał. W jego twarzy Yu dostrzegł radość, a zarazem jakiś smutek. Yu mógł tylko zgadywać, co czuli wszyscy troje.
- Chociaż mówili mi, że to tylko zmęczenie, bardzo się martwiłam – wyznała generał He. – Dobrze, że już po wszystkim.
- Wiem, że to było dla ciebie spore przeżycie, więc przez jakiś czas jesteś zwolniony z misji – oświadczył pułkownik Donovan. – Musisz dojść do siebie.
- Nie trzeba, pułkowniku. Myślę, że śmiało mogę się jakiejś podjąć w najbliższym czasie.
Powiedział to przez wzgląd na Ann. Mogła pomyśleć, że traktują go w jakiś specjalny sposób.
- Nie, Yu, wszystko jest już załatwione.
- A poza tym, przyda ci się trochę odpoczynku od Gwardii – odparła Ann.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Ann poszła sprawdzić, kto to. Yu się jednak domyślał.
- Proszę wejść, mały. Właśnie się obudził – powiedziała Ann do przybysza.
Po jakimś czasie do pokoju Yu wszedł Patrick wraz z tatą. Usiadł na rogu łóżka i wyciągnął z kieszeni czystą i pachnącą chusteczkę Yu.
- Mama to wyprała przedwczoraj. Kilka razy próbowałem się z panem spotkać, ale pan ciągle spał.
- Chcemy ci podziękować – odezwał się ojciec chłopca. – Dzięki tobie, Biały Smoku, mój mały Patrick przeżył. Żona przeprasza, że nie mogła przyjść, ale musiała załatwić pewne rzeczy na mieście.
- Nie ma sprawy – odparł z uśmiechem Yu i zwrócił się do Patricka: – Powiedz mamie, że bardzo dziękuję za wypranie chusteczki. Naprawdę bardzo miło z jej strony.
- Dobrze – odparł Patrick i wstał. – Niech pan wraca do zdrowia.
Ann odprowadziła gości do drzwi. Słychać było, jak się za nim zamykają. Kiedy ognista smoczyca wróciła, Yu popatrzył na tę trójkę, która siedziała teraz w jego pokoju. W jego głowie zahuczały dwa słowa.
- Rodney Talbot – szepnął.
- Co? – spytała Ann.
- Łowca tak się przedstawił.
Spojrzał przy tym na wszystkich poważnie. Jeszcze przez moment nic nie mówił. Zwrócił swój wzrok na podłogę i oświadczył cicho, ale wyraźnie:
- Jest jeszcze coś.
- Co takiego, chłopcze? – tym razem zadała pytanie generał Hsi.
- On polował na mnie.
Ann to zaskoczyło. Z kolei pułkownik spojrzał na Hsi, która przytaknęła porozumiewawczo głową.
- Spokojnie, chłopcze – powiedział i położył rękę na ramieniu Yu. – Jako gwardzista możesz stawić mu czoło. Następnym razem będziesz pamiętał, że nie musisz wykorzystywać tak dużej siły przeciwko niemu.
- Tak – przyznał Yu.
Wiedział, że do końca życia zapamięta tę lekcję. |
_________________
 |
|
|
|
 |
|
|
| Strona wygenerowana w 0.88 sekundy. Zapytań do SQL: 10 |
|
|
|