FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
[Dr Who/Torchwood] Echa Gallifrey
Autor Wiadomość
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-12, 12:53   [Dr Who/Torchwood] Echa Gallifrey

Moi kochani, oto nadszedł dzień premiery jakże wyczekiwanego fika (ach, ta skromność). Jest to sequel do "To nie koniec", ale bez znajomości tego pierwszego też można przeczytać i spokojnie się połapać. Nie spodziewajcie się słodkiej opowiastki familijnej, ta historia będzie jeszcze mroczniejsza od poprzedniej.

tytuł: "Echa Gallifrey"
fandom: Doctor Who / Torchwood crossover
kategoria: 16+
znajomość fandomu: w ogóle nie trzeba go znać
opis: Całe dotychczasowe życie Rose Harkness było kłamstwem, jednak gdy pojawia się wróg znacznie potężniejszy od Mistrza, już nic nie będzie takie jak dawniej.
ostrzeżenia: sceny przemocy i tortur, slash w późniejszych rozdziałach (Jack/10, Mistrz/10), wzmianki o mpregu
status: nieskończony


Prolog

Powstanie Pierwszego Aestańskiego Imperium można określić końcem starej, a rozpoczęciem nowej ery w dziejach galaktyki. I choć wydarzyło się to zaledwie dwa lata temu, poprzednia epoka zdołała popaść niemalże w zapomnienie. Nie było już parlamentu, nie było już starego porządku, teraz o losach tysięcy światów decydował Cesarz. To za jego sprawą podbijano coraz więcej planet, a te niezamieszkane i nieurodzajne przeobrażano w różnego rodzaju bazy szkoleniowe oraz wielkie poligony, na których testowano broń. Znajdująca się na peryferiach galaktyki Cubus stanowiła kolejną przeznaczoną do tego celu planetę.
Generał Kxgrk stał w oknie krążownika wpatrując się w rozpościerający się przed nim glob na tle czerni kosmosu. Cubus kojarzyła mu się z miejscem, które starał się wymazać ze swojej pamięci, podobnie jak wszystkie inne zapomniane przez Boga pustkowia, na których dane mu było marnować życie. Odwrócił się i odszedł od okna, mając najwyraźniej dość widoku jałowej, w całości pokrytej pustynią planety. Choć panowały na niej skrajne warunki, jej atmosfera umożliwiała Aestianom swobodne oddychanie. Działający bezpośrednio z ręki Cesarza, Kxgrk sam ją wypatrzył, choć nie zamierzał poświęcać jej zbyt wiele czasu. Jedynie tyle co niezbędne.
Ponieważ na powierzchni planety została wykryta dziwna anomalia, wysłano na nią dwóch żołnierzy, by zrobili rekonesans. Oczywiście można było zlecić zadanie bardziej wykwalifikowanym członkom załogi, ale żeby uniknąć zbędnego ryzyka zasadzki ze strony nowopowstałego ruchu oporu, postanowiono, że lepiej będzie w pierwszej kolejności posłać mięso armatnie.
Dwóch komandosów wysiadło ze statku i stanęło przed wielką skałą. Wyglądałaby całkiem normalnie, gdyby nie jeden szczegół. U podnóża znajdowało się coś przypominającego duże, kamienne drzwi. Żołnierze podeszli do nich zaintrygowani. Zastanawiali się, czy nie wysadzić ich strzałami, ale okazało się, że otworzyły się pod wpływem lekkiego pchnięcia. Ich oczom ukazała się komnata oświetlana jedynie przez promienie słońca, wpadające przez niewielkie otwory w sklepieniu. Całe pomieszczenie było puste, z wyjątkiem znajdującego się pośrodku obiektu, przypominającego kamienną trumnę. Żołnierze spojrzeli na siebie porozumiewawczo i jeden z nich odsunął wieko. Ze zdumieniem przyglądali się temu, co znaleźli w środku. W sarkofagu, okryta czarnym, nieco prześwitującym całunem, leżała postać. Choć przez tkaninę nie dało się dokładnie odczytać rysów twarzy, bez wątpienia była humanoidem, najprawdopodobniej płci żeńskiej.
- Pójdę wysłać ze statku wiadomość – odparł jeden z żołnierzy i opuścił mauzoleum.
Drugi usiadł na skraju sarkofagu, badając wzrokiem leżące w nim ciało. Zastanawiał się, do kogo ono należało i w jaki sposób ta osoba się tu dostała. Nie przypuszczał, że w znajdującej się przed nim sylwetce wciąż tli się słaba iskra życia.
- Zbliż się do mnie – usłyszał nagle głos. Nie wydobył się on jednak z niczyich ust. Zabrzmiał w umyśle żołnierza. – Dotknij mnie.
Poczuł, że nie jest w stanie się mu sprzeciwić. Musnął twarz postaci przez spowijający ją całun.


Po wysłaniu wiadomości drugi z żołnierzy wrócił do komnaty. Jakże wielkie było jego przerażenie, gdy zauważył, że jego towarzysz leży bez ruchu na podłodze. Podbiegł do niego, by sprawdzić puls, ale było już za późno. Zdezorientowany wojownik nachylił się nad trumną, jakby chciał znaleźć w niej winowajcę. Zdjął rękawicę, podświadomie łaknąc dotyku. Krzyk wydarł się z jego gardła, gdy poczuł zimną dłoń zaciskającą się na jego nadgarstku. Nie zdążył nawet się obronić. Energia życiowa uszła z niego jak woda z dziurawego wiadra i mężczyzna padł martwy na ziemię. Wtem postać wstała z trumny, nie fatygując się nawet, by zdjąć całun, który niczym długi welon okalał jej głowę. Stanęła obok sarkofagu, a falbany czarnej sukni opadły na podłoże.


Na monitorach zaobserwował nagły wzrost energii życiowej skupiony w jednym punkcie i wygaśnięcie dwóch pozostałych. Z czego, a może raczej z kogo, mogła emanować tak silna moc? Generał Kxgrk nie miał pojęcia, ale na pewno nie był to jeden z żołnierzy.
- Przygotować mój statek! – padło nagle polecenie. Istniał jeden sposób by poznać prawdę.
Wylądowawszy na powierzchni, Kxgrk skierował swe kroki w kierunku grobowca. Widok dwóch martwych żołnierzy nie zrobił na nim wielkiego wrażenia, w przeciwieństwie do widoku tajemniczej postaci stojącej przed nim. Nie był nawet wstanie odczytać wyrazu jej twarzy z powodu okalającego jej całunu. Zbliżył się do postaci, skrywając swoje emocje. Nie bał się, może dlatego, że i tak w życiu nie miał nic do stracenia.
- Emanujesz ogromną energią. Kim jesteś? – zadał pytanie.
- Kimś, kto czekał na tę chwilę bardzo długo – odpowiedział damski głos. – Wreszcie. Wreszcie mnie odnalazłeś. – Postać przestąpiła bosymi stopami parę kroków i uniosła całun znad swojej twarzy. Miała seledynowe oczy i bladą cerę. Kxgrk w żaden sposób nie umiał odgadnąć jej wieku. Mogła mieć równie dobrze dwadzieścia lat jak i dwa tysiące. – To obecność twoich sił witalnych mnie obudziła. Wybacz mi za tych dwóch żołnierzy, ale musiałam pobrać od kogoś energię.
Oficer w zdumieniu wpatrywał się w kobietę. Zastanawiał się, kim może być ta postać o twarzy gładkiej i łagodnej, a spojrzeniu tak przenikliwym i poważnym, że nawet on byłby w stanie się go przestraszyć.
- Chodźmy stąd. Zabierz mnie z tego pustkowia – powiedziała kobieta.
- Chcę wiedzieć, kim jesteś i jak się tu znalazłaś.
- Opowiem ci wszystko, tylko zabierz mnie stąd – rzekł łagodny głos.
- Zdradź chociaż swoje imię.
- Zwą mnie Królową.


Rozdział I

Na niepościelonym łóżku leżał starannie przygotowany mundurek szkolny, na który składała się biała koszula, granatowa plisowana spódnica, pulower w tym samym kolorze oraz krawat. Obok stała stara, drewniana toaletka z dużym lustrem. Ubrawszy się, Rose chwyciła znajdującą się na niej szczotkę i zaczęła czesać swe długie, kasztanowe włosy. Jak zwykle spięła je klamrą, pozwalając części swobodnie opaść na ramiona. Dokładnie przyjrzała się swemu odbiciu, stwierdzając, że wygląda jak sto nieszczęść. Była blada i miała zaczerwienione oczy. Nigdy jednak nie przejmowała się swoim wyglądem. Podczas gdy inne nastolatki interesowały się ciuchami i kosmetykami, ona wolała fizykę kwantową i cybernetykę. Nic dziwnego, że ciężko było jej się odnaleźć wśród rówieśników. Nie to jednak stanowiło największy problem. Cierpiała przede wszystkim dlatego, że oficjalnie stała się sierotą. Dzień wcześniej pochowała ojca, a matki nawet nie pamiętała. Trafiłaby do domu dziecka, gdyby ciocia Gwen i wujek Rhys nie zostali jej prawnymi opiekunami.
- Jesteś gotowa? - spytał Gwynedd, wchodząc do sypialni.
Był wyjątkowo wyrośnięty jak na czternastolatka, przez co koledzy często wysyłali go po papierosy. Już dawno przerósł Rose, która również do niskich nie należała. Jednak w przeciwieństwie do jej chudej sylwetki, on był całkiem dobrze zbudowany. Jak zwykle nie zapiął koszuli na ostatni guzik, a krawat nosił luźno, przez co narażał się nauczycielom. Nie wspominając już, że rzadko się czesał, przez co czarne włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach.
- Ja chyba na nic nie jestem gotowa – westchnęła Rose, odkładając szczotkę.
- Posłuchaj... może zostań w domu. Mama powiedziała, że nie musisz dziś iść do szkoły. - Choć młodszy o rok, Gwynedd troszczył się o przyjaciółkę jak rodzony brat.
- Nie, wolę iść. To odwróci moją uwagę od pewnych... rzeczy.
Rose obiecała sobie, że już nie będzie płakać, więc powstrzymała napływające łzy. Chwyciła plecak i podeszła do drzwi.
- Hej, zapomniałabyś insuliny. - Chłopak wskazał na podręczną apteczkę, która leżała na stole.
Jeszcze nigdy nie widział koleżanki tak rozkojarzonej. Nie okazała absolutnie żadnych emocji, po prostu spakowała lek i wyszła. Gdy zeszła na dół, mruknęła tylko ciche „dobry” do opiekunów i skierowała się do wyjścia, ignorując specjalnie przygotowane dla niej ciasteczka. Gwynedd wyręczył ją, zabierając paczkę, po czym dogonił koleżankę i razem opuścili dom.
Jedno spojrzenie na Rose wystarczyło, by wiedzieć, że przeżywa głęboką depresję.
- Powinniśmy jej powiedzieć – rzekł ze zdenerwowaniem Rhys, który zawsze gardził kłamstwem.
Całkowicie stracił apetyt, a rzadko mu się to zdarzało.
- Musimy uszanować wolę Jacka – wyjaśniła spokojnie Gwen, czując, że tak łatwo męża nie przekona.
- Szanować to można wolę nieboszczyka, a jak wiemy, Jack nim nie jest i nigdy nie będzie. Cholera, zawsze uważałem, że nie nadaje się na ojca. Całe życie okłamywał Rose i przymykałem na to oko, ale teraz przesadził.
- Ma szansę odnaleźć Doktora. Czy to nie jest tego warte?
- Doktor nie żyje.
- Nie ma na to żadnego dowodu.
Rhys rzucił serwetką, częściowo rozładowując wściekłość.
- Minęło trzynaście lat od jego zaginięcia! Naprawdę sądzisz, że może żyć?! - padło retoryczne pytanie.
Gwen postanowiła podejść od nieco innej strony.
- Jeśli jej powiemy, tylko pogorszymy sytuację. Jack wróci i sam jej wszystko wytłumaczy – powiedziała stanowczo, ale zachowując spokój. Po oczach męża widziała, że go przekonała. Przynajmniej tymczasowo.


Przerwy na lunch były najgorsze i Rose ich szczerze nienawidziła. Wszyscy uczniowie rozmawiali o głupotach, o piłce nożnej, o serialach, o randkach, prezerwatywach i o tym, jak nienawidzą swoich starych. Przynajmniej ich mają – myślała sobie wtedy Rose. Czuła się jak jedyna rozumna istota w stadzie pawianów, a przez to skazana była na samotność. Teraz jednak jej to nie przeszkadzało, nie miała wręcz ochoty na towarzystwo, nie miała ochoty na nic, nawet na jedzeniem, dłubała tylko w swoim lunchu, podpierając się niekulturalnie ręką.
- To minie, zobaczysz, znowu będziesz się uśmiechać. – Gwynedd jak zwykle starał się ją pocieszyć. - Pomyśl o plusach, jesteśmy teraz rodzeństwem. Fajnie, co?
Nie oczekiwał odpowiedzi i też jej nie otrzymał. Rose dalej wlepiała mętny wzrok w talerz, dopóki nie podeszły do niej trzy rówieśniczki.
- Chciałyśmy złożyć ci kondolencje – powiedziała niepewnie jedna z dziewcząt. - Bardzo nam przykro z powodu twojego taty.
- Tak, wyglądał na bardzo miłego – powiedziała druga.
- I był przys... - trzecia nie dokończyła, bo koleżanką szturchnęła ją łokciem.
- Głowa do góry – padło jeszcze i nastolatki się oddaliły.
Rose odprowadziła je wzrokiem, patrząc na nie z politowaniem.
- Dlaczego ludzie, którzy olewają cię całe życie, nagle robią się mili, gdy spotka cię coś strasznego? To takie żałosne – skomentowała.
- Nie przejmuj się, to idiotki. Zakładam, że nie będziesz tego jeść? - Gwynedd, dokończywszy swoją porcję, zabrał się za nienapoczęty posiłek Rose. Mógł zjeść wszystko. Fakt, że nie miał nadwagi, zawdzięczał tylko swemu wiekowi i aktywnemu trybowi życia.
- Czasem mam wrażenie, że cała nasza rasa to jedna wielka pomyłka – mruknęła pod nosem dziewczyna, ale Gwynedd jej nie usłyszał.
- Zaraz będzie dzwonek, trzeba lecieć do sali – powiedział, patrząc na zegarek. - Mam referat o Haroldzie Saxonie.
- Naprawdę nie mogłeś wybrać czegoś ciekawszego?
- Premier, który używał hipnozy i zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach – może być coś ciekawszego?
Rose stwierdziła, że niepotrzebnie spytała.


Na wszystko przychodzi swój czas i nadszedł też czas, by odwiedzić dawny dom Rose. Nie chodziło tu o kwestie sentymentalne, lecz praktyczne. Coś trzeba było zrobić z majątkiem po Jacku, część rzeczy zabrać, część sprzedać, część wyrzucić. Zgodnie z życzeniem „zmarłego”, pieniądze otrzymane za posiadłość miały trafić na prywatne konto Rose. Zdawała sobie sprawę, że będzie to ogromna suma, wystarczająca, by zapewnić jej życie w dobrobycie, ale chętnie oddałaby wszystko, co do grosza, byle tylko odzyskać tatę.
Dom znajdował się poza miastem, tuż na skraju lasu. Był piękny, acz trochę staromodny i zdecydowanie za duży na dwie osoby. Owszem, odwiedzało go sporo innych osób, ale nikt więcej w nim nie mieszkał. Nawet gospodyni i ogrodnik pracowali na przychodne. Jack miał też liczne partnerki i partnerów, ale nikt z nich nie zdołał zagrzać w domu miejsca, zmieniali się zbyt szybko i zdawało się wręcz, że Harkness żadnego związku nie traktował poważnie, jakby bał się angażować.
Rose wiedziała, że kiedyś żyli w mieszkaniu w centrum, ale była wtedy bardzo malutka i nie pamiętała tych czasów. Większość swojego dzieciństwa spędziła w przerażająco pustym domu oraz bawiąc się w wielkim, równie pustym ogrodzie.
- Nie spiesz się, nie musimy wszystkiego załatwić dzisiaj. Po prostu to, co będziesz chciała zatrzymać, przynieś tutaj – wyjaśniła Gwen, gdy całą rodziną weszli do salonu. - Gwynedd ci pomoże. Ja z wujkiem też się trochę rozejrzymy – to mówiąc, skinęła na Rhysa, którego mina świadczyła, że wolał nieco inaczej spędzić weekend.
Większość swoich rzeczy Rose zdążyła już zabrać. Dokładnie przejrzała swoją sypialnię, a jeśli chodzi o przedmioty należące do jej ojca, nie czuła się na siłach, by o nich decydować.
- Chodźmy na strych, może coś mi wpadnie w oko – zaproponowała, a Gwynedd przytaknął.
Rzadko zapuszczała się na samą górę, więc miała nadzieję na jakieś ciekawe odkrycia. Zgodnie z przypuszczeniem natknęli się przede wszystkim na grubą warstwę kurzu. Poza tym w oczy rzucała się spora kolekcja książek. Przejrzenie ich wszystkich zajęłoby cały dzień, więc zerkali tylko na niektóre.
- „Sztuki walki od A do Z”? Czadersko! Mogę pożyczyć? - Gwynedd od razu znalazł coś dla siebie.
- Możesz ją sobie wziąć. - Rose po raz pierwszy od tygodnia zdobyła się na uśmiech.
- Dzięki.
Z zadowolenia chłopak zaczął szukać jeszcze intensywniej i wkrótce natknął się na kolejną interesującą pozycję.
- „456 – zeznania świadków” - przeczytał napis na okładce. - Ciekawe co tutaj naopowiadali. Może jest coś o naszych rodzicach?
Można powiedzieć, że Gwynedd i Rose byli wtajemniczeni w wiele spraw, o których zwykły, szary człowiek nie miał zielonego pojęcia, ale ich wiedza i tak była zaledwie czubkiem góry lodowej. Rodzice nie mogli im zdradzić wszystkiego, choćby dla ich własnego bezpieczeństwa.
- Urodziłaś się wtedy, prawda? W dzień inwazji obcych – napomknął Gwynedd. - Czad.
- Przecież i tak nie mogę tego pamiętać. Zresztą, to nie do końca była inwazja.
- Tylko dzięki naszym starym. - Chłopaka rozpierała duma na samą myśl, że jest synem bohaterów.
Ponieważ przeglądanie książek szybko się im znudziło, zabrali się za inne rupiecie. Ku wielkim protestom Rose, Gwynedd zaczął grzebać w starych zdjęciach, śmiejąc się za każdym razem, gdy znalazł fotografie z czasów, kiedy wraz z koleżanką byli mali.
- Co to za facet? Przewija się na dość wielu zdjęciach, ale tylko na tych starszych – powiedział, wskazując na mężczyznę w brązowym, prążkowanym garniturze.
- Wiesz jaki był mój tata. To na pewno jeden z jego partnerów, pamiętam go jak przez mgłę, ale w bardzo pozytywny sposób.
- A nie krewny? Wiesz, jesteś do niego trochę podobna.
- Na pewno nie krewny. Mój tata nikogo nie miał, oprócz siostry Alice, która zmarła. W sumie szkoda, że nie związał się z nikim na stałe. Nigdy nie krytykowałam jego sposobu życia, ale mam wrażenie, że czegoś mu brakowało.
Ponieważ Rose ogarnęło uczucie melancholii, Gwynedd stwierdził, że może lepiej nie przywoływać wspomnień i odłożył zdjęcia z powrotem na swoje miejsce, skupiając uwagę na innych przedmiotach. Dziewczyna zrobiła podobnie i zaczęła grzebać w rupieciach. Znalazła sporo swoich zabawek, które już do niczego się nie nadawały, oraz równie bezużytecznych sprzętów. W pewnym momencie wpadło jej w ręce niewielkie pudełko. Otworzyła je, po czym rozdziawiła usta w zachwycie i zdumieniu, przyglądając się zawartości jak zahipnotyzowana. Po chwili zamknęła pudełko i schowała do torby. Jednak wizyta na strychu okazała się owocna.


Piętnaście lat temu, po wydarzeniach, które wstrząsnęły światem, po śmierci Ianto, po narodzinach Rose, zarówno Jack, jak i Gwen stwierdzili, że raz na zawsze kończą z Torchwood, choć wiedzieli, że ich życie już nigdy nie będzie w pełni normalne. Gdy Gwynedd nieco podrósł, Gwen wróciła do pracy w policji i do tej pory była jej wierna. Ona i Rhys nie zarabiali ogromnych pieniędzy, ale wystarczało na godziwe życie. Najważniejsze, że mieli poczucie bezpieczeństwa, choć nigdy nie opuszczała ich myśl, że los może jeszcze spłatać im figle.
Przed chwilą Rhys wyszedł do pracy, a dzieci do szkoły, ona zaś czyniła ostatnie przygotowania i ubierała się. Uczesała się, włożyła obrączkę i podeszła do okna by je zamknąć. Wtedy zamarła.
Możliwe, że zadziałały powracające wspomnienia sprzed piętnastu lat i instynkt, który zdążyła do tej pory w sobie wyrobić, ale gdy ujrzała przed domem wojskowy wóz i wysiadających z niego uzbrojonych mundurowych, pierwsza myśl jaka przyszła jej do głowy, to że jej rodzina jest zagrożona. Istniało wiele możliwości, ale życie nauczyło ją nie ufać nikomu, do tego miała naprawdę złe przeczucia, więc szybko chwyciła telefon i zadzwoniła do syna.


Gwynedd zaklął, gdy odezwała się jego komórka. Nie znosił grzebać w plecaku tylko po to, by wyjąć telefon, zwłaszcza że był w drodze do szkoły i musiał specjalnie przystanąć.
- Czego mama może chcieć? - mruknął, gdy zobaczył, kto dzwoni.
Odebrał i wraz z Rose ruszyli dalej przed siebie.
- Jesteś już w szkole? - spytała Gwen, wyraźnie zdenerwowanym głosem.
- Nie, ale już dochodzimy – odparł chłopak, zaniepokojony tonem, który usłyszał.
- Nie zauważyłeś kręcących się w okolicy mundurowych?
- Czekaj...
Przystanęli. W miejscu, w którym się znajdowali, wyraźnie widzieli budynek szkoły. Gdy się przyjrzeli, zauważyli, że rzeczywiście w pobliżu kręci się wojsko. Zaskoczyło to ich oboje.
- Pod szkołę przyjechali żołnierze... co się dzieje, mamo? - Gwynedd również zaczął się denerwować.
- Pamiętasz jak ci opowiadałam od dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży? Wiesz, co się wtedy wydarzyło. Pamiętasz, jak ci mówiłam, że to się może powtórzyć i musisz być przygotowany radzić sobie samemu? Mam nadzieję, że się mylę, Boże, żebym się myliła, ale jeśli nie.... jeśli to się właśnie teraz powtarza, musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać... - Teraz nie było to już tylko zdenerwowanie. Głos Gwen naprawdę drżał, jakby straszliwie się bała. Musiała mówić prawdę. - Uciekajcie! Dostańcie się do cioci Marthy, ona coś wymyśli. Wyrzuć telefon, żeby was nie namierzyli. Kocham cię, wiem, że dasz radę... - ostatnie słowa wypowiedziała tak, jakby płakała.
Gwynedd nie musiał wyrzucać komórki, bo sama wypadła mu z ręki. Nawet będąc dzieckiem bohaterów, nie mógł przygotować się na coś takiego. Matka wiele razy mówiła mu, że pewnego dnia może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Nie raz wpajała mu, jak wtedy postępować, a jednak potrzebował chwili, żeby się otrząsnąć.
- Co się stało? - Jego reakcja przeraziła Rose.
Wtedy chłopak się zreflektował.
- Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Musimy uciekać.
Chwycił koleżankę za rękę i pociągnął za sobą. Nie zamierzał nawet biec ulicą, bo mogli by zwrócić na siebie zbyt wiele uwagi. Przeszedł przez ogrodzenie na czyjąś posesję, pomagając przy tym zdezorientowanej Rose. W taki sposób pokonali kilka przecznic. Na szczęście o tej godzinie większość osób była w pracy. Potem wsiedli do pierwszego lepszego autobusu, przejechali przystanek, przesiedli się do kolejnego, znowu przejechali przystanek i biegli dalej, aż znaleźli bezpieczne miejsce w opuszczonym magazynie. Matka nauczyła go wszystkiego.
- Dobra, powiedz mi... co się do cholery dzieje... - wysapała Rose. Biegała całkiem nieźle, ale nie była aż tak wysportowana jak Gwynedd.
- Nie wiem dokładnie... mama mówiła, że przyjechało wojsko, że mamy uciekać... dostać się do cioci Marthy...
- Przecież to w Anglii! Kawał drogi! - przeraziła się Rose, nie wierząc, że to wszystko spotyka ją naprawdę.
- Damy radę, mama nauczyła mnie różnych sztuczek. Kiedyś dostała się z tatą do Anglii ukrywając się w ciężarówce pełnej ziemniaków.
Mimo pewności siebie, którą prezentował Gwynedd, Rose dalej miała problemy z pogodzeniem się z rzeczywistością.
- Czego wojsko miałoby od nas chcieć? Jesteśmy tylko dwójką nastolatków. Nigdy nawet nie zwinęłam perfum z supermarketu, w przeciwieństwie do koleżanek.
- Pomyśl tylko, nasi rodzice byli w Torchwood, do tego twój tata współpracował z UNIT. Można powiedzieć, że jesteśmy napiętnowani. Możemy być zamieszani w jakieś dziwne przekręty, nawet o tym nie wiedząc.
- Ale skąd wiesz, że od razu chodzi o coś złego? Może chcą tylko, żebyśmy im w czymś pomogli? - Rose broniła swego.
- Sama powiedziałaś, że jesteśmy tylko dwójką nastolatków. Niby w czym mielibyśmy im pomagać? Nie przyszło ci do głowy, że to może mieć coś wspólnego ze śmiercią twojego ojca?
Ostatnie słowa sprawiły, że powiało grozą, a dziewczyna momentalnie zamilkła. Przez chwilę Gwynedd żałował, że w ogóle się odezwał, bo mógł w ten sposób jeszcze bardziej przestraszyć Rose. Wyglądało jednak na to, że przekonał ją do ucieczki.
- Dobra, sprawdźmy, co mamy w plecakach i co się nam może przydać – zasugerował, zachowując zimną krew. - Drugie śniadanie, woda, podręczniki pewnie do niczego się nie przydadzą, ale nie wyrzucę ich, bo mogłyby służyć za trop...
Rose już miała sięgnąć po stare pudełko, które niedawno znalazła na strychu i tego dnia nie bez przyczyny zamierzała wziąć do szkoły, ale w pierwszej kolejności wyjęła insulinę.
- Nie ma tego zbyt wiele – skomentowała, a w zasadzie wymamrotała.
- Nie martw się, zdobędę więcej. Mówiłem ci, że mama nauczyła mnie wszystkich sztuczek.
Rose go jednak nie słuchała. Nagle ogarnęło ją przeraźliwe uczucie żalu i bólu, zdała sobie sprawę, że życie ciągle rzuca jej kłody pod nogi. Najpierw zginął jej ojciec, teraz z jakiegoś powodu ścigało ją wojsko. Czy takie życie w ogóle miało jakikolwiek sens?
Gwynedd odruchowo odskoczył, gdy Rose rzuciła lekarstwo na ziemię i zgniotła butem. Zszokowało go to jeszcze bardziej niż telefon od matki.
- Pieprzę to wszystko! Nie idź za mną! - wysyczała przez łzy dziewczyna i pobiegła przed siebie.
Tym razem Gwynedd również prędko się zreflektował. Chociaż był od niej szybszy, koleżanka tak usilnie próbowała go zgubić, że w końcu wbiegła w krzaki i tyle ją widział. Bardzo dobrze znał Rose, wiedział, że nigdy nie należała do wybitnie szczęśliwych, ale wiedział też, że nigdy nie miała myśli samobójczych. Była w stresie, była przerażona, zdruzgotana i nie myślała racjonalnie. Musiał ją odnaleźć bez względu na wszystko.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Miryoku 
pisarz



Wiek: 19
Dołączyła: 18 Mar 2010
Posty: 112
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-12, 15:21   

Zarówno prolog jak i rozdział I są bardzo intrygujące. Zaciekawiła mnie tajemnicza postać z sarkofagu. Lubię bohaterów, którzy nie mają normalnych imion, tylko każą tytułować się "Królowymi", "Mistrzami" itp :P To im dodaje mroczności. W rozdziale I z kolei jest mnóstwo rzeczy, co do których nie mogę się już doczekać, jak je wyjaśnisz. Czemu Doktor zostawił swoją córkę? Czemu do tej pory Jack nie powiedział Rose, kim tak naprawdę jest? Czemu był takim skurwysynem, że pozwolił jej myśleć, że jej ojciec nie żyje, zamiast wyjawić jej prawdę? I czego wojsko chce od Rose i Gwynedda? Skoro tak dużo pytam mnie nurtuje, to znaczy, że naprawdę ciekawie zaczęłaś :)

Mam jednak mieszane uczucia, jeśli chodzi o fabułę. Zaczyna się jak typowa powieść dla nastolatek, a ja akurat nigdy ich nie znosiłam. Sama postać Rose też mnie denerwuje, bo jak na razie też prezentuje się jak typowa bohaterka powieści dla nastolatek. Nie trafia to po prostu w mój gust. Ale może to kwestia tego, że nigdy nie lubiłam czytać rzeczy, w których główną bohaterką była nastoletnia dziewczyna. Staram się jednak nie nastawiać źle, bo znając Ciebie, ten fanfik i tak będzie mi się podobać, zresztą już mi się podoba, nawet mimo moich zastrzeżeń dotyczących Rose. Pewnie w końcu ją polubię.

A Gwynedd jest fajny :) Wyobrażam go sobie jak takiego troskliwego misia i od razu budzi moją sympatię. Podoba mi się to, że tak opiekuje się Rose i że w kryzysowych sytuacjach potrafi działać i w miarę trzeźwo myśleć.

Czekam na więcej. Mam nadzieję, że wena Ci szybko dopisze :3
_________________
I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-12, 15:26   

Wiem, że zrobiłam z niej angstujące emo, ale myślę, że jest to uzasadnione. Nie martw się, wyrobi się ;-)
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Lady Makbeth 
moderator


Wiek: 23
Dołączyła: 02 Sty 2010
Posty: 44
Skąd: Marcepanowo
Wysłany: 2010-07-13, 18:45   

Zaskoczyłaś mnie tym rozwojem fabuły, wiesz? Przyznam, oczekiwałam czegoś w stylu Doktor wychowujący córkę. Jakie są między nimi relacje, itd. Lubię takiego typu historie, bo mogę sobie wtedy poczytać jak to bohater radzi sobie w zupełnie nowych wyzwaniach. Fajnie by było poczytać, jak Doktor podróżuje z córką.
Jednak ta fabuła również mi się podoba. Czuć ciekawą historię już od samego początku :mrgreen:

Ni mniej nadal mnie to zaskakuje, bo wiesz z czym mi się to najbardziej kojarzy? Z Pratchettem. Przecież Rose to nikt inny, tylko Susan Sto Helit! Czytam to i nagle wypaliłam: "Przecież to Susan!" Tak samo, jak ona Rose straciła rodziców (choć w tym przypadku jedno z rodziców) i nie wie nic o swoim pochodzeniu. I nawet charakter mają podobny.

Poza tym zastanawia mnie gdzie jest Doktor i dlaczego opuścił rodzinę. Bo nie sądzę aby to było tylko i wyłącznie spowodowane chęcią przeżywania przygód. To czyniłoby z niego postać nieodpowiedzialną, która nie wie co począć z faktem, iż ma rodzinę.
Mam nadzieję, że wróci i jakoś się ta cała sprawa wyjaśni, a młoda Rose będzie z nim podróżować :mrgreen:
A potem spotkają Mistrza. No bo w końcu wypadałby aby dziewczę poznało obu swoich biologicznych rodziców :lol:
_________________
"What's wrong about wanting a man to hold another man's beads?"
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-15, 14:03   

Lady Makbeth napisał/a:
Zaskoczyłaś mnie tym rozwojem fabuły, wiesz? Przyznam, oczekiwałam czegoś w stylu Doktor wychowujący córkę.

No coś ty, po mnie się czegoś takiego spodziewałaś :shock: ? Przecież wiesz, że ja jestem angstman.

Rozdział II

Choć tym razem nikt nie próbował ich zabić, Gwen czuła się jak piętnaście lat temu, gdy rząd zamierzał wyeliminować wszystkich członków Torchwood. Żołnierze zaprowadzili ją i Rhysa do bazy UNIT, traktowali ich grzecznie, ale gdzie nie spojrzała, widziała uzbrojonych ludzi, gotowych pociągnąć za spust w odpowiedzi na każdą próbę ucieczki. Trudno było czuć się komfortowo w takiej sytuacji. Jednak wyraźnie próbowano zdobyć ich zaufanie, zostali przywitani przez samego pułkownika Arthura Lethbridge-Stewarta, który niegdyś współpracował z Doktorem. Gwen nie poczuła się ani trochę przekonana do dobrych intencji wojska.
- Masz tupet – wycedziła przez zaciśnięte zęby, gdy pozwolono jej usiąść przy stole.
- Tylko spokojnie, chcemy dobrze – zapewnił oficer.
- Sranie w banię! - wtrącił się Rhys. - Gdybyście chcieli dobrze, po prostu byście zadzwonili i wyjaśnili sprawę, ale skoro wysłaliście uzbrojone wojsko bez ostrzeżenia, żeby nas tu ściągnąć, musieliście wiedzieć, że cokolwiek knujecie, nam się to nie spodoba.
- Czego chcecie od naszych dzieci? - Gwen mówiła tym samym zdenerwowanym tonem co wcześniej.
- W zasadzie chodzi nam tylko o Rose i byłoby dobrze, gdybyście nam powiedzieli, gdzie przebywa. Podobno nie stawiła się dzisiaj do szkoły.
- Nie dostaniecie jej! Co w ogóle chcecie z nią zrobić? Poddać eksperymentom? - Tym razem w głosie Gwen słychać było także obrzydzenie.
- Nic z tych rzeczy.
Oficer westchnął i chwycił pilota. Spodziewał się takiej reakcji ze strony państwa Williamsów i jedyne, co mógł zrobić, to pokazać, o co dokładnie chodzi, licząc, że to wystarczy. Włączył znajdujący się za jego plecami duży monitor.
- Nad ranem nasze prywatne, ulepszone satelity wykryły pozaziemski obiekt znajdujący się na orbicie. Statek jest zamaskowany, ale jak już mówiłem, nasza technologia pozwoliła go dojrzeć. Otrzymaliśmy też przekaz.
Po chwili na ekranie pojawiła się postać kobiety o seledynowych oczach i bladej cerze, która kontrastowała z czernią jej włosów.
- Oddajcie mi Pana Czasu. Macie na to dwie ziemskie doby. Jeśli mi go nie oddacie, wasza planeta zostanie zniszczona - rzekła beznamiętnie postać, po czym pułkownik zatrzymał obraz.
- To w zasadzie wszystko. Nie wiemy, kim jest, poza tym, że nazywa siebie Królową, ani z jakiej rasy pochodzi. Próbowaliśmy nawiązać dialog, ale jedyne informacje, jakie udało się nam uzyskać, to że Pan Czasu jest jej „potrzebny”, nie mamy pojęcia do czego, ale wygląda na zdeterminowaną. Trochę się przypomina sytuacja sprzed piętnastu lat.
W oczach Gwen zaiskrzyła prawdziwa wściekłość.
- Rozumiem, że chcecie jej oddać Rose i szybko załatwić sprawę! - Kobieta wstała i uderzyła dłońmi w blat stołu.
- Traktujemy to jako ostateczność. Na razie staramy się grać na zwłokę i opracować jakiś plan. Musimy jednak liczyć się z możliwością, że...
- Nie sądzicie, że jej chodzi o Doktora? - Gwen weszła mężczyźnie w słowo.
- Ani razu nie sprecyzowała, o kogo jej dokładnie chodzi.
- Nie mogę uwierzyć, że zdecydowałeś się zrobić coś takiego! - wtrącił się Rhys. - Ciesz się, że Doktor zaginął, bo nawet on by ci tego nie wybaczył. - Dla większego efektu pogroził palcem.
- To nie jest mój pomysł. Od samego początku byłem temu przeciwny. Wykonuję tylko rozkazy – wyjaśnił pułkownik, zaczynając mieć dość całej rozmowy.
- Więc niech porozmawia z nami osoba, która je wydała – powiedziała z przekąsem Gwen. - Chyba że się boi?


Gdy Gwen postanowiła nauczyć syna sztuczek, które wyniosła z pracy w policji i Torchwood, Rhys był przeciwny. Uważał, że chłopiec wykorzysta te umiejętności w złym celu, że zacznie okradać sklepy i ludzi na ulicy oraz oszukiwać w szkole. Jednak Gwen się uparła i nie ustąpiła, tłumacząc, że robi to dla dobra dziecka, że kiedyś mu się to przyda. Okazało się, że miała rację. Dzięki niej Gwynedd zdołał wytropić Rose. Zajęło mu to sporo czasu, szukał aż do nocy, ale w końcu odniósł sukces.
Ponieważ padał rzęsisty deszcz, Rose schroniła się w starej drenie. Już dawno opuścili teren Cardiff, więc dookoła nie było żywej duszy. Mimo panujących ciemności, Gwynedd od razu zauważył, że jego koleżanka płacze. Niezwłocznie zasypał ją pytaniami.
- Co się stało? Źle się czujesz? Coś cię boli? Słabo ci? Mam twój plecak, tak na marginesie.
- Nie... - Rose pociągnęła nosem i otarła oczy rękawem. - Ale coś jest nie tak.
- Co takiego? - zaniepokoił się Gwynedd. Ponieważ dziewczyna długo nie przyjmowała insuliny, bał się, że może dojść do nieszczęścia.
Zrobił się czerwony jak burak, kiedy Rose chwyciła jego dłoń i przyłożyła do swojej prawej piersi. Czegoś takiego się nie spodziewał.
- Urosły ci cycki? - wypalił, nie za bardzo rozumiejąc intencje przyjaciółki.
- Nie, ptasi móżdżku! Mam dwa serca!
Gdyby nie to, że Rose wykazywała wszelkie oznaki paranoi, Gwynedd wybuchnąłby śmiechem.
- Bzdura, nie możesz mieć dwóch serc.
- No to posłuchaj.
Żeby uspokoić koleżankę, chłopak, po krótkim namyśle, postanowił spełnić jej prośbę. Kiedy przystawił ucho do jej klatki piersiowej, nie wyglądał już na tak pewnego siebie. A może sam zaczynał popadać w paranoję?
- To nie wszystko. Mój wzrok się wyostrzył, w ogóle nie czuję zmęczenia i nie jestem głodna – mówiła Rose z desperacją w głosie. - A do tego... podaj mi jakiś długi ciąg liczb.
Gwynedd westchnął i szybko, bez namysłu, wymienił:
- 12, 34, 35, 64, 3234, 1233, 4336, 87967, 123, 57, 12, 3, 67, 124, 78, 2, 57, 766, 123, 8.
- 12, 34, 35, 64, 3234, 1233, 4336, 87967, 123, 57, 12, 3, 67, 124, 78, 2, 57, 766, 123, 8 – powtórzyła Rose, ale nie zrobiło to na chłopaku żadnego wrażenia.
- Daj spokój, nawet nie pamiętam, co powiedziałem.
- Ale ja pamiętam!
Gwynedd westchnął po raz kolejny. Jego młody umysł nie był w stanie przeanalizować wszystkiego naraz .
- Czyli chcesz powiedzieć, że jak przestałaś brać insulinę, stałaś się mądrzejsza i masz w sobie więcej energii? - spytał z rozbawieniem i niedowierzaniem.
- Skąd wiesz, że to była insulina? To mogło być cokolwiek. Nigdy osobiście nie poszłam do apteki, zawsze mi to dawali.
Akurat tutaj Rose miała rację. Jakoś wcześniej Gwynedd nie wziął tego pod uwagę. Nerwowo przeczesał dłonią włosy.
- Nie mogło ci nagle wyrosnąć drugie serce. - Starał się we wszystkim znaleźć logikę, ale mu to nie wychodziło.
- Może zawsze tam było, tylko nie działało?
Odkrycie Rose zdawało się coraz bardziej niedorzeczne, przynajmniej dla Gwynedda, bo dziewczyna zdążyła sobie poukładać fakty.
- Długo się nad tym zastanawiałam i chyba mam teorię – wyznała, a po jej głosie słychać było, że wnioski, do których doszła, ją przerażają. - Jestem eksperymentem, który wymknął się spod kontroli.
- Eksperymentem?! - Gwynedd prawie zaśmiał jej się w twarz.
- To by wszystko wyjaśniało, nawet śmierć mojego taty. Pewnie mnie ukrywał i dlatego zginął. A teraz chcą mnie.
- Nie wierzę w to.
- Nigdy nie zastanawiałeś się, czemu nic nie wiadomo o mojej matce? Czemu nie mam nawet ani jednego jej zdjęcia?
- Jeju, przecież już to przerabialiśmy. Twoja matka była tajniakiem, pamiętasz? Twój tata ledwo ją znał, jedna przygoda, wpadli, ty się urodziłaś, matka zginęła, tata się tobą zaopiekował. Sam ci to opowiadał.
- No właśnie, a to brzmi jak idealna bajeczka, żeby zatuszować prawdę.
Teoria Rose zdecydowanie miała ręce i nogi, ale to nie wystarczało, żeby przekonać Gwynedda. On za to wiedział, że nie przekona koleżanki, by przestała spekulować.
- Słuchaj, nawet jeśli to miałaby być prawda, to co z tego? Nie dbam o to. - Chwycił ją za ręce, by dodać jej otuchy. - Wciąż jesteś tą samą Rose, dla mnie nic się nie zmieniło i tego się trzymajmy. Musisz być silna, twój tata by tego chciał.
Dziewczyna wzięła parę głębokich wdechów, by się uspokoić. Zaś Gwynedd kontynuował przemowę:
- Jestem Rose Harkness, córka Jacka Harknessa, i się nie poddam – powtórz!
- Jestem Rose Harkness, córka Jacka Harknessa, i się nie poddam – wyrecytowała dziewczyna z pewnym wahaniem i brakiem przekonania.
- Piąteczka! - Chłopak uśmiechnął się i uniósł dłoń, a jego przyjaciółka przybiła, czując się już trochę lepiej. - A teraz poszukajmy czegoś do jedzenia. Ty może jesteś super człowiekiem, ale ja umieram z głodu.
Rose nie była w stanie powstrzymać uśmiechu.


Stwierdzenie „zaprowadźcie mnie do swego przywódcy” poskutkowało, choć to przywódca przyszedł do nich.
- Generał Kowalski, kto by pomyślał? - rzekła z sarkazmem Gwen, gdy zobaczyła oficer. - I pomyśleć, że Doktor tak bardzo pani ufał.
- Robię to, co muszę. - Kobieta nie zamierzała dać się sprowokować. Usiadła przy stole i splotła dłonie. - Pani postawa w niczym nie pomoże. Wprost przeciwnie. Będzie bezpieczniej dla pani syna, jeśli wyjawi pani, gdzie on przebywa.
- Ona ma trochę racji. - Rhys niepewnie zwrócił się do żony.
- O Gwynedda jestem spokojna, poradzi sobie – rzekła Gwen, nie przerywając kontaktu wzrokowego z generał, choć nie była do końca pewna swoich słów. - Jeśli jest choćby w połowie tak waleczny jak mój mąż, a wiem, że jest, ochroni Rose i nie dopuści, żebyście dostali ją w swoje łapy.
- Co to za matka, która nie martwi się o dziecko pozostawione same sobie?
Generał próbowała trochę podkopać morale rodziców, ale jej się nie udało. Oczywiście, że Gwen martwiła się o syna, nie zamierzała jednak tego okazać. Chciała dać wojsku do zrozumienia, że przenigdy nie wyda im dzieci.
- Proszę mi powiedzieć, czy los jednej nastolatki jest aż tyle wart w porównaniu z życiem siedmiu miliardów ludzi? - Teresa Kowalski wcale nie zamierzała udawać świętej, a już tym bardziej się tłumaczyć. - Przypuszczam, że pani nigdy nie musiała podejmować tego typu decyzji i łatwo pani mnie osądzać, ale jednego jestem pewna: gdyby Jack Harkness znalazł się na moim miejscu, zrobiłby dokładnie to samo.
Gwen skrzywiła się na samo wspomnienie wydarzeń sprzed piętnastu lat, które generał tak mocno zasugerowała. Cieszyła się, że tym razem los świata nie spoczywa na barkach Jacka, bo prawdopodobnie nawet on by nie podołał takiej presji.
- Postaramy się rozwiązać problem bez narażania cywili. Muszę jednak wiedzieć, gdzie jest dziewczyna – kontynuowała oficer. Ponieważ odpowiedziało jej tylko milczenie, postanowiła użyć dedukcji. - Nie mogła pani pozostawić dzieci samych sobie. Musi być ktoś jeszcze. Przypuszczam, że jedyną odpowiednią do tego osobą jest dr Martha Jones-Smith, mam rację?
Ponieważ znowu zapadła cisza, Teresa Kowalski po prostu włączyła swój komunikator.
- Proszę niezwłocznie wysłać oddział do domu dr Marthy Jones-Smith. Nie używać przemocy, jeśli nie zajdzie taka konieczność – rozkazała. - Bez odbioru.
- Niech pani tego nie robi – powiedziała stanowczo Gwen.
- Pani koleżance nie stanie się żadna krzywda, jeśli będzie kooperować – zapewniła generał.
- Nie o nią się martwię, tylko o pani ludzi. Niech Bóg ma ich w swojej opiece. - Spojrzenie kobiety mówiło samo za siebie. Nie żartowała.
Na tym rozmowa się urwała.


Przenocowali w domku na drzewie, który znaleźli zupełnie przypadkowo. Nie mogli sobie pozwolić na zbyt wiele snu, ale okazało się, że było całkiem przyjemnie. Choć Rose wciąż miała mętlik w głowie, nie bała się już tak bardzo jak poprzedniego dnia, wręcz przyzwyczaiła się do nowej sytuacji. Z jednej strony chciała, by wszystko okazało się tylko złym snem, a z drugiej zaczynała rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak łakną adrenaliny. Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy naprawdę czuje, że żyje i gdzieś w głębi duszy marzy jej się więcej przygód.
Gwynedd postanowił użyć podobnego środka transportu, co jego matka piętnaście lat temu, z tym że zamiast na ciężarówkę pełną kartofli, trafili na ciężarówkę pełną jabłek.
- Tak to można podróżować – skomentował, wziął jeden z owoców, wytarł o koszulę i ugryzł.
- I to nas zawiezie prosto do Anglii? - spytała Rose.
- Powinno.
O dziwo, podróż wcale im się nie dłużyła. Uznali wręcz, że to fascynująca wyprawa. Gwynedd cieszył się, że Rose wróciła chęć do życia i nawet zaczęli opowiadać sobie kawały. Nie zapomnieli o niebezpieczeństwie, ale przynajmniej umieli do niego podejść z dumnie uniesioną głową. Czas tak szybko im płynął, że gdy się zatrzymali, zaczęli się zastanawiać, czy są już na miejscu, czy to tylko postój. Gwynedd dyskretnie wychylił się, by sprawdzić, co się dzieje. Natychmiast tego pożałował.
- Zrobili blokadę na drodze, żołnierze przeszukają wszystkie samochody – powiedział z przerażeniem.
- Widzieli cię?
- Nie wiem.
- Co zrobimy?
W odpowiedzi Gwynedd przyłożył palec do ust, dając do zrozumienia, że muszą być cicho jak mysz pod miotłą. Wdrapali się na najwyżej położone skrzynie i położyli na nich. Teraz mogli tylko czekać i mieć nadzieję, że żołnierzom nie będzie się chciało dokładnie przetrząsać wnętrza ciężarówki.
Tym razem szczęście ich opuściło.
- No dobra, koniec zabawy, dzieciaki – powiedział uzbrojony dowódca oddziału, stając nad poszukiwanymi. - Nie bójcie się, zabierzemy was do rodziców.
Gwynedd i Rose spojrzeli na siebie porozumiewawczo, dochodząc do wniosku, że opór nie ma sensu. Dali się zaprowadzić do samochodu, który przypominał nieco wóz więzienny, bo z tyłu posiadał pomieszczenie do transportu pojmanych ludzi. Zostali tam zamknięci na klucz, po czym auto ruszyło.
- Musimy się stąd jakoś wydostać. - Gwynedd od razu zaczął oglądać ściany, szukając sposobu na ucieczkę.
Gdyby nie był tą czynnością tak pochłonięty, zauważyłby, że Rose zachowuje zadziwiający spokój.
- Odsuń się, Gwyn – powiedziała dziewczyna z takim przekonaniem, jakby od samego początku miała plan.
Zmieszany nastolatek niepewnie wykonał polecenie, bacznie obserwując poczynania przyjaciółki. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Rose sięgnęła pod bluzkę i wyjęła dziwny, podłużny przyrząd. Wycelowała nim w drzwi, urządzenie zabrzęczało, a one się otworzyły. Gwynedd był tak oniemiały, że nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna chwyciła go pod ramię i pociągnęła za sobą. W tej chwili cieszył się, że trenował sztuki walki i znał pady, bo uniknął stłuczeń.
Zbiegli ze znajdującego się przy drodze stromego zbocza, a właściwie sturlali, i pobiegli przed siebie, prosto do lasu. Mimo niższej, dotychczas, sprawności fizycznej, Rose zdawała się nie doznać żadnego urazu, a właściwie była nawet odrobinę szybsza od kolegi.
- Myślisz, że się zorientowali? - spytał Gwynedd, gdy zatrzymali się na chwilę.
- Pewnie tak, nie możemy tu zostać.
- Co to jest? - chłopak wskazał na urządzenie.
- Nie wiem. - Rose wzruszyła ramionami. - Znalazłam na strychu. Było zepsute, więc naprawiłam.
- Dlatego tyle przesiadywałaś w garażu taty.
- Chciałam znieść do szkoły, jako projekt z fizyki – rzekła Rose z pewną dozą naiwności.
- Żartujesz? Za taki projekt od razu by cię wysłali do NASA. Gdzieś ty to ukryła?
- Za stanikiem.
- To ty nosisz stanik?
Za ostatnie pytanie Gwynedd został spoliczkowany, choć niezbyt mocno. Rose była przeczulona na punkcie swojego małego biustu, o czym on doskonale wiedział, więc często celowo się z nią przekomarzał.
- Ty lepiej zacznij szukać nowego środka transportu – powiedziała, odruchowo unoszą palec, jakby chciała nim pogrozić. - Mam przeczucie, że ciocia Martha zna wszystkie odpowiedzi.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Miryoku 
pisarz



Wiek: 19
Dołączyła: 18 Mar 2010
Posty: 112
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-15, 16:27   

Jak wyrazić mój zachwyt nad tym rozdziałem? Spodobał mi się jeszcze bardziej niż poprzedni. No to po kolei:

Zachowanie członków UNIT bardzo dobrze oddane. Oni mają swoje priorytety i myślą raczej o ogóle ludzkości niż o jednostkach. Podoba mi się bardzo postawa Gwen i Rhysa, zresztą doskonale pasująca do ich charakterów. No i faktycznie ta cała sprawa przypomina wydarzenia sprzed 15, więc jest mrocznie.

Uwielbiam fragmenty z Rose i Gwyneddem. Jeśli poprzedni rozdział kojarzył mi się z powieścią dla nastolatek, to ten mógłby być przygodówką dla młodzieży, a te z kolei zawsze bardzo lubiłam.

Zmieniam zdanie o Rose. Widocznie jak przestała brać to, co niby było insuliną, poziom jej zajebistości gwałtownie wzrósł ^^ Swoją drogą, dobry pomysł z tą "insuliną". W tym rozdziale wykazałaś, że Rose jest sprytna, opanowana i potrafi naprawić śrubokręt dźwiękowy, więc udało Ci się sprawić, że ją polubiłam. Poza tym potrafi logicznie myśleć, nawet jeśli wnioski są nieco dziwne.

Ale moim ulubionym bohaterem jest wciąż Gwynedd. Chciałabym mieć takiego przyjaciela. Jest tak uroczo pocieszny.
Vampircia napisał/a:
Zrobił się czerwony jak burak, kiedy Rose chwyciła jego dłoń i przyłożyła do swojej prawej piersi. Czegoś takiego się nie spodziewał.
- Urosły ci cycki? - wypalił, nie za bardzo rozumiejąc intencje przyjaciółki.
- Nie, ptasi móżdżku! Mam dwa serca!
Gdyby nie to, że Rose wykazywała wszelkie oznaki paranoi, Gwynedd wybuchnąłby śmiechem.
- Bzdura, nie możesz mieć dwóch serc.
Kocham ten fragment :D
Zresztą, gdybym miała wymienić wszystkie fragmenty, które bardzo mi się spodobały, musiałabym zacytować pół rozdziału.

Ciekawa jestem, co będzie się działo, gdy dotrą do Marthy. Może być niefajnie.
_________________
I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-25, 19:22   

Rozdział III

Nowy dom od razu przypał Doktorowi do gustu, a zwłaszcza znajdujący się na tyłach ogromny ogród - miejsce, w którym jego córeczka mogła wyszaleć się do woli i nigdy nie narzekać na nudę. Był trochę zapuszczony, ale zaniedbanie nie odbierało mu piękna. Nawet Doktor, który widział już tak wiele, wpadł w zachwyt, gdy ujrzał wszystkie odcienie zieleni w blasku słońca, bluszcz oplatający mury, stare krzewy oraz polne kwiaty. Rose, dość wyrośnięta jak na dwuletnią dziewczynkę, wybiegła na trawę i zaczęła zbierać stokrotki.
Doktor włożył ręce w kieszenie i zszedł po schodach prosto do ogrodu. Obserwował poczynania córki i napawał się pięknem okolicy. Pogoda była idealna, delikatny wiatr sprawiał, że gorąco nie doskwierało. Pan Czasu wciąż miał problemy z udomowieniem się, przebywanie tak długo w jednym miejscu nie leżało w jego naturze, ale zaczynał czerpać przyjemność z pewnych aspektów przyziemnego życia.
TARDIS stała przy murze, a gdy Rose znudziło się zrywanie kwiatków, zainteresowała się niebieską budką. Oglądnęła ją ze wszystkich stron, obeszła dookoła i zaczęła dotykać imitujących drewno ścian. Doktor uśmiechnął się podszedł do wehikułu i przykucnął naprzeciw Rose.
- Chciałabyś wejść do środka? - spytał, machając jej kluczem przed oczami.
- Tak. – Dziewczynka pokiwała głową.
W odpowiedzi Doktor wziął ją na ręce i otworzył drzwi. Podczas gdy Rose obserwowała wnętrze z zafascynowaniem, Pan Czasu poczuł się tak, jakby odwiedzał przyjaciela, z którym dawno się nie widział. Niby wciąż używał TARDIS w pracy, ale jednak to nie było to samo, co obcowanie z wehikułem tylko i wyłącznie dla czystej przyjemności. Aż przejechał dłonią po panelu sterowania, jakby starając się zacieśnić więź.
Kiedy wstępne zaciekawienie minęło, Rose poczuła się senna. Oparła głowę o ramię Doktora i ziewnęła, nie wypuściła jednak z dłoni stokrotek. Pan Czasu przytulił ją i popadł w zadumę. Myślał o podróżach, tych, które już odbył i tych, które go dopiero czekały.


- Postanowiłem, chcę znowu podróżować – oznajmił Doktor, gdy on i Jack mieli chwilę dla siebie
- Co takiego?! - Reakcja Harknessa była łatwa do przewidzenia. Wręcz się zbulwersował.
- Spokojnie, nie zamierzam uciec. Będziesz mnie widywał codziennie, praktycznie nic się nie zmieni. Pomyślałem, że skoro posiadam wehikuł czasu, czemu nie wykorzystać w pełni jego możliwości? Mogę pogodzić wszystko: pracę, dom i to, co lubię najbardziej.
- Chodzi mi o to, że to niebezpieczne. Nie wystarczy ci, że nadstawiasz karku w UNIT?
Doktor usiadł na wersalce obok Jacka, zamierzając mu wszystko na spokojnie wytłumaczyć.
- Sam wiesz, ile mam lat i sam wiesz, z jakich już sytuacji wychodziłem. Poradzę sobie. To taka część mojego życia, z której nie mogę zrezygnować. Obiecuję, że każdego dnia będę wracać na obiad – zaśmiał się.
Jack nawet nie próbował go powstrzymywać. Za dobrze znał Doktora, by starać się go na siłę zmienić.



Doktor nie raz myślał o tym, żeby cofnąć się w czasie do momentu, kiedy postanowił znowu podróżować i za wszelką cenę powstrzymać przed tym siebie samego, nawet z użyciem przemocy. Jednak nawet gdyby chciał, nie mógłby się targnąć na tak desperacki krok, bo TARDIS dawno mu odebrano. Podczas swego nienaturalnie długiego życia Doktor miał wiele imion, teraz był jedynie więźniem 3255, numerem, nikim, bez statku, bez rodziny, bez przyszłości. Pozostała mu jedynie nadzieja, choć i tej posiadał już niewiele.
Podczas swych podróży i rozlicznych prób rycerskości oraz obrony uciśnionych Doktor nie raz podpadł Proklamacji Cieni. Jedni go kochali, drudzy nienawidzili, jego czyny z jednej strony postrzegano jako akt dobra, z drugiej jako łamanie wszelkich panujących w kosmosie zasad. Prawdopodobnie uniknąłby konsekwencji, gdyby nie zdobył się na o jeden szalony czyn za dużo.
Zaczęło się dość klasycznie. Trafił na inną planetę, w przyszłości, zamieszkiwaną przez przyjazny, lecz dość prymitywny naród. Ów lud dręczyły częste ataki krwiożerczych bestii, niczym napadające wioskę wilkołaki w bajkach i baśniach, więc postanowił pomóc przyjaciołom. Ponieważ jedynym sposobem okazało się wyeliminowanie potworów, tak też uczynił, mimo swej niechęci wobec zabijania. Niestety nawet będąc Panem Czasu nie posiadł wiedzy absolutnej i nie miał pojęcia, że wytępił zagrożony gatunek, objęty ścisłą ochroną. Karą było dożywotnie więzienie, co w przypadku Doktora oznaczało bardzo, bardzo długo. Trafił do międzyplanetarnego zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, wybudowanego w miejscu starej stacji kosmicznej. Była to forteca, z której nie dało się uciec, co nie znaczy, że nie próbował.
Wydawałoby się, że osoba o sylwetce tak szczupłej, a rysach delikatnych zostanie zredukowana do niezbyt godnej roli w więziennej społeczności. Stało się jednak zupełnie inaczej. Jego inteligencja oraz spryt zwyciężyły z siłą więźniów i bardzo szybko zaskarbił sobie ich szacunek. Przez to życie w zakładzie karnym było dlań odrobinę lżejsze. Nie zmieniało to jednak faktu, że cierpienie, które wypełniało każdy dzień jego pustej egzystencji, nawet dla niego okazało się trudne do zniesienia. Potrafił wytrzymać wiele, potrafił radzić sobie z okrucieństwem strażników, ale myśl, że może już nigdy nie ujrzeć najdroższych mu osób, sprawiała, że potrafił całymi godzinami gapić się w jeden punkt niczym katatonik.
- Inspekcja! - usłyszał i ujrzał przed celą strażnika, z którym nie wiązały się żadne miłe wspomnienia.
Domyślił się, że nie jest to czas sprawdzania kwater, a jedynie szukanie pretekstu, by mu porządnie wtłuc. Przygotował się na najgorsze.
Energetyczne kraty na chwilę się rozsunęły, pozwalając mężczyźnie wejść do środka. Doktor siedział na pryczy i nic nie mówił, nawet jego twarz była pozbawiona emocji.
- Co to jest? - Strażnik pomachał mu przed nosem znalezionym urządzeniem.
- Radio. Lubię być na bieżąco – odparł spokojnie Pan Czasu.
- Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? Może to twoja kolejna próba ucieczki?
- Nawet debil umiałby rozpoznać zwykłe, niegroźne radio.
Za ostatni komentarz Doktor dostał pałką w twarz, po czym został rzucony na podłogę.
- Skąd wziąłeś części, żeby je zbudować? - spytał groźnie strażnik.
Pan Czasu nawet nie odpowiedział, wiedział, że nic nie zmieni jego losu. Dostał parę kopniaków w brzuch i okolice krocza. Nawet nie pisnął, zdążył przyzwyczaić się do bólu.
- Myślisz, że jesteś taki cwany? - Strażnik uniósł mu głowę wpychając pałkę pod jego podbródek. - Może udało ci się podlizać więźniom, ale ze mną tak łatwo nie pójdzie. Wiem, że coś knujesz, zawsze coś knujesz, wiem, do czego jesteś zdolny. Aż dziwię się, że do tej pory ci się nie znudziło. Ile to już lat? Dziesięć, dwanaście?! Sam straciłem rachubę. Wybiję ci raz na zawsze z głowy myśli o ucieczce, dosłownie wybiję!
Po chwili strażnik wyjął paralizator i potraktował nim bezbronnego Doktora, który tym razem stęknął i zacisnął zęby.
- Daj mu spokój, nie zasłużył sobie na to! - krzyknął więzień z celi naprzeciwko, stając w obronie kolegi.
- Chcesz być następny? - pogroził mężczyzna, co bardzo szybko zakończyło dyskusję.
Użył paralizatora jeszcze kilka razy, z zadowoleniem obserwując reakcję Doktora, którego ciało napinało się, gdy przeszywał je prąd, a twarz wykrzywiała w coraz większym bólu.
- Wiesz czemu tak cię lubię? Bo żaden człowiek by tego nie przeżył, a ty zawsze dostarczasz mi rozrywki – zaśmiał się strażnik.
Ponieważ Doktor nie zamierzał dać mu satysfakcji i starał się wszystko znosić w ciszy, mężczyzna w końcu się znudził i postanowił zastosować inną taktykę. Złapał jego rękę, boleśnie wykręcając, po czym chwycił jeden z palców i zgiął, aż dało się słyszeć chrupnięcie łamanej kości.
Tym razem Pan Czasu nie wytrzymał i krzyknął, po czym oparł głowę o posadzkę, modląc się, by tyle strażnikowi wystarczyło i zostawił go w spokoju.
Trzasnął kolejny palec, a Doktor krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio, z trudem powstrzymując się przed chęcią błagania o litość. Za trzecim razem poczuł, że łzy napływają mu do oczu.
Miał wrażenie, że przy czwartym da za wygraną, ale w ostatniej chwili uratował go dźwięk syreny.
- Czerwony alarm, czerwony alarm! - dało się słyszeć komunikat i w całym więzieniu zapanował chaos.


Trzech antyterrorystów schowało się w krzakach i obserwowało znajdujący się na odludziu dom Marthy.
- To żenujące, żeby w biały dzień, z pełnym uzbrojeniem napadać bezbronną kobietę – skomentował jeden, kończąc jeść batona.
- Podobno nie jest taka bezbronna. Słyszałem, że po śmierci męża trochę zdziwaczała. Wyjechała do Japonii i w ogóle, zgłębiała tajniki czegoś tam. No wiecie, jak na filmach.
Pozostali żołnierze popatrzyli na kolegę z politowaniem, a jeden ledwo powstrzymał śmiech.
- Sam jesteś jak na filmach, głupszy niż ustawa przewiduje. Wkraczamy!
Dowódca grupy naciągnął na twarz maskę i szybko wybiegł z krzaków, po czym przycisnął się do ściany domu, zaraz przy jej krawędzi. Dokładnie zbadał teren i gdy upewnił się, że droga jest wolna, dał kolegom znak, żeby do niego dołączyli. Cała trójka zaczęła skradać się pod oknami, zmierzając do wejścia.
Gdy przywódca odwrócił się na chwilę, by przekazać towarzyszom instrukcje, czekało go bardzo wielkie zaskoczenie: została ich tylko dwójka.
- Willis, gdzie ty do cholery jesteś? - próbował wywołać podwładnego przez komunikator, ale bezskutecznie.
Zaklął pod nosem i postanowił kontynuować akcję, zwiększając jednak czujność. W końcu weszli do środka, mając broń w gotowości. Zdążyli zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy Martha zeskoczyła z sufitu, ogłuszyła znajdującego się na tyłach żołnierza jednym ciosem, chwyciła jego broń i nim przywódca zdołał zareagować, trafiła go dwa razy: w bark i w łydkę. Mężczyzna upadł na podłogę, zwijając się z bólu.
- A teraz dokładnie opowiesz mi, co jest grane! - rozkazała.


Gwen nigdy nie traciła nadziei. Chociaż Doktor nie dawał znaku życia od wielu lat, wierzyła, że kiedyś wróci. Chwyciła komórkę i zaczęła pisać wiadomość. Wiedziała, że Rhys by ją za to wyśmiał, ale wyszła z założenia, że i tak nie ma nic do stracenia. Nawet jeśli szansa powodzenia wynosiła jeden na milion, warto było spróbować.


Nieśmiertelność nauczyła Jacka przede wszystkim cierpliwości. Potrzebował wielu lat podróży w czasie i przestrzeni, żeby odkryć co się stało z Doktorem i kolejnych lat, by zaplanować misję ratunkową. Międzyplanetarny zakład karny stanowił fortecę niemalże nie do zdobycia, ale nic nie było niemożliwe. Jack potrzebował przede wszystkim ludzi, a tych dało się łatwo pozyskać, jeśli wiedziało się, gdzie szukać. Nie był jedyną osobą, która marzyła, by uwolnić kogoś bliskiego z więzienia. Oprócz niego w kosmosie znajdowało się wielu podobnych desperatów. Niektórzy z nich byli spokojnymi ludźmi, niektórzy kryminalistami, ale nie miało to znaczenia, bo liczył się tylko wspólny cel. W ten sposób Jack Hakrness stworzył własną armię i zdołał dokonać zmasowanego ataku na więzienie.
Najtrudniej było przedrzeć się przez pierwszą linię obrony, ale gdy znaleźli się już wewnątrz zakładu, zdobyli przewagę, bo każdy uwolniony więzień stawał po ich stronie. Wkrótce dla strażników sytuacja stała się nie do opanowania, a nie mogli liczyć na szybkie wsparcie, bo więzienie znajdowało się w czeluściach kosmosu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.
Jack ustawił broń na ogłuszanie i polecił tak zrobić wszystkim pozostałym, choć wiedział, że nie zdoła każdego przypilnować. Uczynił tak, bo wiedział, że Doktor nigdy nie zaakceptowałby faktu, że zginęło wielu ludzi, tylko po to, by on mógł wyjść na wolność. W ten sposób Jack miał czyste sumienie.
Wszystkim napotkanym więźniom zadawał jedno pytanie: gdzie jest Doktor. Gdyby nie to, że Pan Czasu był w zakładzie dość popularny, nie uzyskałby szybko odpowiedzi. Kiedy Jack trafił do właściwego sektora, z przejęciem zaczął sprawdzać każdą celę.
- Doktorze, to ty? - Podbiegł do leżącej na podłodze postaci i z przerażeniem stwierdził, że to jego partner.
Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie. Pan Czasu był blady, półprzytomny i krwawił z nosa. Ktoś dotkliwie go pobił. Jacka ogarnęła wściekłość, gdy zobaczył, że jego partner został skrzywdzony. Delikatnie uniósł mu głowę i plecy.
- Słyszysz mnie, Doktorze? To ja, Jack.
Pan Czasu spojrzał na niego mętnym wzrokiem i delikatnie się uśmiechnął.
- To najprzyjemniejsza halucynacja w moim życiu – szepnął, co przyszło mu z niemałym trudem.
- Nie jestem halucynacją, to naprawdę ja – zapewnił Jack, ale uświadomił sobie, że nie ma teraz czasu na rozmowy i musi skoncentrować się na tym, jak bezpiecznie przetransportować partnera na statek.
Biorąc pod uwagę stan Doktora, nie było możliwości, by szedł o własnych siłach. Jack chwycił go więc jedną ręką pod nogę, drugą za ramię i wziął na barki. Ostatnio dużo trenował, a Pan Czasu zdawał się stracić na wadze, więc mógł go bez trudu udźwignąć. Osłaniany przez towarzyszy, udał się w drogę powrotną na statek.
Doktor był cały czas przytomny. Gdy Jack dotarł na miejsce, posadził go przy ścianie, tak żeby ten mógł się oprzeć.
- Już jesteś bezpieczny, zaraz zajmie się tobą sanitariuszka. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia – powiedział Harkness, patrząc partnerowi prosto w oczy.
Reakcja Pana Czasu kompletnie go zaskoczyła. Doktor po prostu się rozpłakał, tak jakby cierpienie, które kumulowało się w nim przez lata, dopiero teraz dało o sobie znać. Tak jakby nagle zrzucił maskę twardziela, bo nie miał już po co znosić cięgów z dumnie uniesioną głową. A może płakał ze szczęścia? Najprawdopodobniej nie było jednej przyczyny.
- Nie zostawiaj mnie, Jack – oznajmił z desperacją w głosie i zdrową ręką chwycił partnera za koszulę, przyciskając głowę do jego piersi.
- Zostawić cię? To ostatnia rzecz, jaką bym zrobił. Nie będzie mnie tylko przez chwilę – zapewnił Harkness i poklepał Doktora po plecach. To go jednak nie uspokoiło.
- Nie, błagam, zostań ze mną... - Pan Czasu dalej łkał i kurczowo trzymał się koszuli Jacka. W jego głosie było słychać przerażenie, prawdopodobnie spowodowane traumą pourazową.
Jack nigdy nie sądził, że ujrzy Doktora w takim stanie. Kiedy słyszał jego szloch, łamało mu się serce. Oparł brodę o jego głowę, przytulił i poczuł, że również zacznie płakać, jeśli szybko nie weźmie się w garść. Na szczęście sanitariuszka przyszła w samą porę.
- Podam mu tylko środek uspokajający wymieszany z przeciwbólowym – wyjaśniła i wstrzyknęła Doktorowi lek.
Z powodu ogólnego wyczerpania organizmu specyfik sprawił, że Pan Czasu niedługo później zasnął.

Kiedy Doktor się obudził, umiał już zapanować nad swymi emocjami. Przypomniał sobie, co stało się wcześniej, przeanalizował sytuację i odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę, że Jack jednak nie był halucynacją. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że musi znajdować się w ambulatorium na statku kosmicznym.
- Jak się czujesz? - spytała sanitariuszka, zauważywszy, że pacjent się obudził.
- Świetnie – na twarz Doktora powrócił uśmiech.
- Jesteś wciąż pod działaniem środków przeciwbólowych.
- Gdzie jest Jack? - spytał zdesperowany.
- Zaraz tu przyjdzie. Spokojnie.
Sanitariuszka wykonała rutynowe badanie, by stwierdzić, czy pacjent nie doznał żadnych urazów mózgu. Niedługo po tym jak skończyła, do ambulatorium wszedł Harkness, który od razu rozpromienił się na widok Doktora. Usiadł przy nim i ujął jego zdrową rękę w obie dłonie, patrząc na niego w taki sposób, jakby miał się zaraz rozpłakać ze szczęścia.
- Co z nim? - spytał sanitariuszkę.
- Ma obrażenia wewnętrzne, ale przy tak szybkiej regeneracji tkanek będzie zdrów lada dzień. Miał też połamane palce prawej ręki, ale je nastawiłam.
- A czy... no wiesz...
- Nie znalazłam śladów przemocy seksualnej, jeśli o to ci chodzi.
- Nie martw się, nie zbierałem mydeł – powiedział Doktor, pokazując, że wrócił mu humor, co Jacka bardzo cieszyło.
- Zakładam, że chcielibyście chwilę pobyć sami – domyśliła się kobieta i opuściła ambulatorium.
Przez chwilę Harkness wpatrywał się w Doktora wzrokiem pełnym czułości, jakby nie mogąc się nacieszyć faktem, że znowu są razem. Pocałował partnera najpierw w czoło, potem w usta, a na końcu znowu ujął jego dłoń.
- Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz. Nigdy nie straciłem nadziei – rzekł Pan Czasu łamiącym się głosem, czując, że znowu traci nad sobą kontrolę, ale szybko wziął się w garść.
- Chciałem to zrobić od razu, ale Rose mnie potrzebowała, nie mogłem jej zostawić, nie wiedząc nawet, w co się pakuję.
- Jaka ona jest?
- Wspaniała. Taka inteligentna i tak bardzo do ciebie podobna.
Jack uśmiechnął się i rozmarzył, podobnie jak Doktor. Nie było takiego dnia, by Pan Czasu nie myślał o swojej córce. Znowu poczuł, że się rozkleja i znowu próbował za wszelką cenę wziąć się w garść.
- Już niedługo się z nią spotkasz – zapewnił Jack, choć myśl o tym, co powie Rose, zaczynała go coraz bardziej przerażać.
Zastanawiał się, co dziewczyna przyjmie z większym trudem: fakt, że okłamał ją na temat własnej śmierci czy wyznanie, że nie jest jej biologicznym ojcem. Nie wspominając o znacznie bardziej szokujących nowinach dotyczących jej pochodzenia, które prędzej czy później będzie musiał jej przekazać.
- TARDIS... zabrali mi TARDIS – przypomniał sobie nagle Pan Czasu.
- Odzyskałem go dla ciebie – uspokoił go Jack. - To będzie twój wielki powrót.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Miryoku 
pisarz



Wiek: 19
Dołączyła: 18 Mar 2010
Posty: 112
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-25, 20:24   

Lubię czytać o torturowanym Doktorze. To chyba źle o mnie świadczy.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego, że Doktor wylądował w więzieniu. Myślałam raczej o jakichś wrednych kosmitach, a tu się okazuje, że po prostu złamał prawo :P Nieświadomie, ale zawsze. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Szkoda, że nie pokazałaś większej ilości epizodów z więziennego życia. Ciekawa jestem szczegółowych relacji Doktora z innymi więźniami i w ogóle jak sobie tam radził, szczególnie na początku pobytu. Ładnie przedstawiłaś zachowanie Doktora, zarówno gdy z honorem znosił znęcanie się nad nim przez strażnika, jak i wtedy, gdy rozkleił się na widok Jacka. Taki bezbronny i zapłakany Doktor jest chyba jeszcze bardziej uroczy niż zwykle :P Zastanawiam się tylko, czy ta akcja ratunkowa Jacka nie spowoduje międzygalaktycznych problemów. W końcu uwolnił pewnie pełno niebezpiecznych szumowin. Ale co tam, ważne, że uwolnił Doktora :P

Bardzo mi przypadł do gustu ten fragmencik z żołnierzami urządzającymi obławę na Marthę :D

A zakończenie było urocze :3
_________________
I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-28, 16:19   

Rozdział IV

Zbierało się na deszcz, ale pogoda była teraz najmniejszym zmartwieniem Rose i Gwynedda. To, że raz udało im się uciec wojsku, nie znaczyło, że mogą sobie pozwolić na utratę czujności. Już nigdzie nie czuli się bezpiecznie, ale nie zamierzali się poddać, skoro dobrnęli tak daleko.
Gdy wyszli z lasu i dotarli do drogi, dziewczyna uniosła rękę, by złapać stopa. Długie przebywanie w jednym miejscu było zbyt niebezpieczne.
- Rose, popatrz! - Gwynedd szarpnął koleżankę za rękaw i wskazał na nadjeżdżający z przeciwnej strony wóz wojskowy.
Sytuacja wyglądała na patową, mogli próbować ucieczki, ale obecnie byli niczym kaczki na strzelnicy. Zbiegli na pobocze, ale samochód zdążył już do nich dojechać. Tylko nagły łut szczęścia mógł ich uratować i tak właśnie się stało. Wóz został niespodziewanie potrącony przez nadjeżdżającego z ogromną prędkością tira. Przekoziołkował i wpadł do rowu, a uciekinierzy obserwowali zajście z rozdziawionymi ustami.
Nagle drzwi ciężarówki się otworzyły.
- Nie stójcie tak, tylko wsiadajcie! - Z miejsca kierowcy wychyliła się dr Jones-Smith we własnej osobie.
- Ciocia Martha! - Gwynedd wykrzyknął z takim zadowoleniem, jakby zobaczył świętego Mikołaja.
Dzieciaki szybko wskoczyły do ciężarówki.


Doktor zachowywał się tak, jakby widział TARDIS po raz pierwszy. Wszystkiego dotykał, wszystkiemu przyglądał się z zafascynowaniem. To zadziwiające, jak bardzo przywiązany był do swojego statku. Stanowił dla niego coś znacznie więcej niż tylko środek transportu. Jacka napełniała radość, gdy przypatrywał się poczynaniom partnera.
- Garderoba! - uświadomił sobie nagle Doktor. - Czas pozbyć się tego okropnego więziennego uniformu!
Pan Czasu dokładnie wiedział, czego szuka. Przejrzał wszystkie ubrania, aż znalazł granatowy garnitur i spodnie w tym samym odcieniu oraz pasujące do nich dodatki. Tak się stęsknił za dawnym strojem, że aż powąchał tkaninę. Zaczął przebierać się na miejscu, a Jack poczuł się odrobinę niezręcznie, bo podniecił się, jak tylko ujrzał skrawek nagiej skóry. Długa rozłąka zdecydowanie mu nie służyła.
- Pomogę ci. - Podszedł do Doktora i zaczął zapinać mu koszulę.
- Jack, potrafię się sam ubrać – zaśmiał się Pan Czasu.
- Wiem, po prostu... tak bardzo mi cię brakowało, że każda, najdurniejsza nawet czynność, jeśli ma jakikolwiek związek z tobą, jest dla mnie jak spełnienie marzeń.
Słowa Jacka poruszyły Doktora równie bardzo, co fakt, że Harkness był gotów postawić całą galaktykę na głowie, byle tylko go odzyskać. Dlatego nie zamierzał się z nim kłócić na temat, czy atak na więzienie był dobrym posunięciem. Stał w milczeniu, pozwalając, by partner zawiązał mu krawat. Jack wykonał tę czynność w skupieniu i z namaszczeniem, po czym położył dłoń na policzku Doktora, gładząc go delikatnie kciukiem. Mimo że Jack uchodził za twardziela, w głębi duszy był bardzo wrażliwy. Spoglądał na Pana Czasu ze wzruszeniem, jakby wciąż nie mógł nacieszyć się jego widokiem.
- Mój telefon! Kompletnie o nim zapomniałem! - Doktor dość gwałtownie przerwał ciszę. - Ciekawe, ile mi przyszło wiadomości.
Gdy wreszcie wpadła mu w ręce komórka, od raz zaczął kasować stare smsy. Nie chciał nawet ich czytać, większość z nich była od Jacka. Domyślał się, co w nich pisał. Wolał nie przypominać sobie bólu spowodowanego ich rozłąką.
- O, ten jest od Gwen – rzekł Doktor zaintrygowany. - Wezwanie pomocy? Rose w niebezpieczeństwie?! - przeczytał, zdezorientowany.
- Kiedy został wysłany? - Jack od razu się zaniepokoił.
- Niedługo po tym, jak wyruszyłeś mnie szukać – stwierdził Doktor z przerażeniem.


Dom Marthy nie zapewniał teraz bezpieczeństwa, ale kobieta była na tyle przebiegła, że miała własną kryjówkę. Wyglądała jak zwykły domek działkowy, tyle że znajdowała się w miejscu odciętym od cywilizacji i trudnym do znalezienia. W obecnej chwili była na wagę złota. Przyszedł najwyższy czas, by odpocząć i porozmawiać.
- Co tu się dzieje? Dlaczego nas ścigają? - Rose chciała jak najszybciej poznać prawdę.
- Niestety sama tego nie wiem – wyjaśniła Martha. - Nawet antyterroryści, których na mnie nasłali, nie byli wtajemniczeni.
- Sama załatwiłaś antyterrorystów? Ale czad – skomentował Gwynedd.
- To ma jakiś związek z moim pochodzeniem, prawda?
Pytanie Rose wprowadziło lekarkę w zakłopotanie. Bardzo obawiała się momentu, kiedy dziewczyna zacznie coś podejrzewać, a było to nieuniknione.
- Wiem, że to, co mi dawaliście, nie było insuliną. – Nastolatka nie ustępowała. - Chcę wiedzieć wszystko. Chcę wiedzieć, kim jestem. Błagam... - powiedziała z desperacją, sprawiając, że Marcie zrobiło się przykro.
Sprawy zaszły tak daleko, że dalsze ukrywanie prawdy mogło jedynie bardziej zranić dziewczynę. Lekarka zamierzała być szczera, nawet jeśli Jack tego by nie chciał. Rose już wystarczająco wycierpiała i miała prawo wszystkiego się dowiedzieć.
- Lepiej zaparzę herbaty, to będzie naprawdę długa historia – rzekła Martha z powagą i wstała.
Potrzebowała tych kilku minut, by przygotować się psychicznie na najtrudniejszą rozmowę w jej życiu, Rose zresztą też. Wyglądała na bardzo spiętą, a Gwynedd starał się dodać jej otuchy, zapewniając, że wszystko będzie dobrze.
Te minuty okazały się nie wystarczyć, ale nie wystarczyłyby też godziny, tygodnie, a pewnie nawet lata, więc równie dobrze można było zacząć teraz.
- Musisz wiedzieć, że to, co mam ci do powiedzenia, może wydać ci się bardzo szokujące i nieprawdopodobne, ale zapewniam cię, że każde moje słowo będzie prawdą. Teraz nie mam powodu kłamać. Musisz mi uwierzyć, nieważne jak szalone wydadzą ci się moje słowa – zaczęła Martha, poważnym tonem głosu dając do zrozumienia, że nie żartuje.
Rose przełknęła ślinę. Bała się i nie ukrywała tego. Nie zamierzała jednak uciekać.
- Czy ja jestem jakimś eksperymentem? - spytała, drżąc na samą myśl o odpowiedzi, którą może usłyszeć.
- Nie, nie jesteś – uspokoiła ją Martha.
- Więc czemu tak różnię się od innych?
- Bo nie jesteś człowiekiem.
Druga odpowiedź nie przyniosła tak pozytywnego efektu jak pierwsza, ale po tym wszystkim, co ostatnio przeszła, Rose była ją w stanie zaakceptować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, czym zajmował się jej ojciec.
- Czyli... moja matka była kosmitką? - wybełkotała. Choć z pozoru brzmiało to niedorzecznie, było w tym trochę sensu.
Martha westchnęła. Czuła, że każda kolejna odpowiedź będzie coraz trudniejsza.
- To znacznie bardziej skomplikowane, niż myślisz – powiedziała. - Obaj twoi rodzice nie byli ludźmi. Jack się tobą opiekował, ale... on nie jest twoim biologicznym ojcem – z trudem wydusiła z siebie lekarka. - Przykro mi.
Przez chwilę Rose wpatrywała się w nią w milczeniu. Potrzebowała czasu, żeby zaakceptować to, co przed chwilą usłyszała.
- Mój tata nie żyje... Jakie to ma teraz znaczenie? - powiedziała bliska płaczu.
- I tu się mylisz. On żyje. - Nagle Martha się uśmiechnęła, zdają sobie sprawę, że jednak ma coś dobrego do przekazania. Ponieważ Rose gapiła się na nią z rozdziawionymi ustami, postanowiła wyjaśnić. - Jack nie może umrzeć, jest nieśmiertelny... W zasadzie to kolejna długa historia. Chyba lepiej będzie zostawić ją na później i skoncentrować się na najważniejszym. Ukartował swoją śmierć, bo chciał odszukać twojego prawdziwego ojca, który zaginął lata temu.
- Ale dlaczego? Czy to znaczy, że nie zamierzał wracać? Po co te kłamstwa, czemu mi nie powiedział?! - Dziewczyna była tak zbulwersowana, że nie myślała nawet o radości.
- Nikt nie zna jego prawdziwych pobudek, ale nigdy, przenigdy celowo by cię nie skrzywdził.
Przez parę minut nikt się nie odzywał. Rose musiała mieć chwilę na oswojenie się z każdą nową informacją. Ponieważ zawsze starała się postępować logicznie, postanowiła nie histeryzować i powrócić do głównego tematu rozmowy.
- Więc skoro nie jestem człowiekiem, to kim? Czy może raczej czym?
Na początek Martha postanowiła ogólnie opowiedzieć o Panach Czasu. Rose musiała najpierw poznać tło, by zrozumieć konkrety. Dowiedzieć się czegoś na temat własnej rasy, nim pozna prawdę o swoich rodzicach.
- Doktor uważał się za ostatniego z Panów Czasu. Całkowicie odmienił moje życie. Na lepsze. Podróżowanie z nim było niesamowite. - Martha się rozmarzyła.
- Czyli był ktoś jeszcze? - domyśliła się Rose.
Lekarka przytaknęła.
- Lubił nazywać siebie Mistrzem, choć wy możecie go kojarzyć pod nazwiskiem Harold Saxon.
- Ten Harold Saxon? Polityk? - tym razem to Gwynedd się zbulwersował.
Wtedy lekarka opowiedziała o roku, którego nie było, o maszynie paradoksu i swych poczynaniach. Zbliżała się do najtrudniejszej części opowieści i nie wiedziała, jak dziewczyna zareaguje. Jak na razie radziła sobie całkiem nieźle, pewnie dlatego, że ostatnie przeżycia nieźle ją zahartowały. Prawdopodobnie odziedziczyła też po Doktorze silną psychikę, ale nawet to mogło nie wystarczyć przy kolejnej dawce informacji.
- Mistrz więził Doktora przez rok i pod koniec postanowił wprowadzić w życie najbardziej chory ze swoich planów – wydusiła z siebie Martha, czując obrzydzenie na samo wspomnienie. - Chciał potomka, chciał stworzyć nową Gallifrey, ale ludzka kobieta nie mogła mu tego dać. Jednak Panowie Czasu różnią się od nas pod względem anatomicznym, mogą rozmnażać się bez udziału samicy. - Martha musiała zrobić sobie chwilę przerwy, nie sądziła, że mówienie o tym będzie tak trudne.
- Chcesz powiedzieć, że Mistrz i Doktor są moimi prawdziwymi rodzicami? - Rose była domyślna.
Martha tylko pokiwała głową.
- I to był gwałt, prawda? Nazwijmy to, do cholery, po imieniu, to był gwałt?! - wzburzyła się dziewczyna.
Tym razem Martha tylko zamknęła oczy, choć nie powstrzymało to napływających łez. Nie musiała już nic więcej mówić, Rose dowiedziała się o sobie całej prawdy.
- Muszę chwilę pobyć sama.
Dziewczyna wyszła na zewnątrz, zaś Gwynedd siedział w całkowitej ciszy, również dochodząc do siebie. Gdy z grubsza wziął się w garść, udał się za koleżanką. Zastał ją siedzącą przed domem. Szlochała jeszcze bardziej niż w dniu pogrzebu swojego ojca. Fikcyjnego pogrzebu przybranego ojca.
- Wszystko w porządku? - odezwał się chłopak, czując, że głupio pyta.
- Chce mi się wymiotować – wykrztusiła z siebie Rose przez łzy.
- To nic złego mieć dwóch ojców – palnął Gwynedd, siadając obok koleżaki.
Gdyby nie to, że dziewczyna przeżywała największy kryzys w swoim życiu, parsknęłaby śmiechem.
- Nie dbam o to, nigdy mi nie przeszkadzało, że tata umawiał się facetami. Chodzi o to, że... ja nawet nigdzie nie pasuję... to nawet nie jest moja planeta. A do tego jestem córką psychopaty, przy którym nawet Hitler wypada blado.
- Popatrz na to od innej strony. Jesteś też córką bohatera, kogoś, kto może podróżować przez czas i przestrzeń i nie raz ocalił świat. To prawie tak, jakbyś była córką Supermena. Nawet ci trochę zazdroszczę, też chciałbym być wyjątkowy.
Po usłyszeniu słów otuchy Rose otarła łzy i nawet zdobyła się na uśmiech.
- Przecież jesteś wyjątkowy. - Poklepała kolegę po ramieniu.
- Wracajmy – zasugerował Gwynedd.
Udało mu się przekonać koleżankę. Z powrotem usiedli naprzeciwko Marthy, która również miała mokre policzki.
- Chcesz coś na uspokojenie? - zaproponowała.
- Nie trzeba, poradzę sobie – odparła Rose, powtarzając sobie, że musi być silna. - Ten lek, który dostawałam zamiast insuliny...
- Miał imitować ludzką fizjologię – dokończyła za nią Martha. - Panowie Czasu przez pierwsze lata życia rosną tak samo jak ludzie, ale później proces znacznie spowalnia. Musiałam opracować ten lek nie dlatego, że ty mogłabyś coś podejrzewać, tylko dlatego, że inni mogli coś podejrzewać. Chciałam cię chronić.
- Poprzez trucie mnie? - spytała Rose z oburzeniem.
- Gdyby dowiedzieli się o tobie rządowcy, wzięliby cię na eksperymenty, robiliby ci straszne rzeczy – broniła się kobieta. - Nie mogłam na to pozwolić. Przyjęłam cię na świat, czuję się za ciebie odpowiedzialna.
- Więc czemu od razu nie powiedziałaś mi prawdy?!
- Spokojnie. - Gwynedd położył koleżance rękę na ramieniu. - Nie miej pretensji do cioci Marthy, robiła to, co uważała za słuszne.
Jego słowa znowu podziałały, bo Rose zwiesiła głowę i więcej się nie odzywała.
- Jest jeszcze coś, co chciałabyś wiedzieć? - rzekła lekarka. - Odpowiem na wszystkie twoje pytania. Przynajmniej tyle mogę zrobić.


Bazę UNIT spotkało wiekopomne wydarzenie. Oto głównym korytarzem, ramię w ramię, kroczyli Doktor i Jack Harkness. Niektórzy pracownicy byli zbyt młodzi, by pamiętać tego pierwszego, ale pojawienie się tej dwójki i tak wywołało niemałe poruszenie. Ludzie zamierali i wpatrywali się w nich z otwartymi ustami. Parę osób upuściło papiery z wrażenia. Nie wszyscy byli na tyle wtajemniczeni, by wiedzieć, że śmierć Jacka była oszustwem, więc dosłownie wyglądali tak, jakby zobaczyli ducha.
- Dzień dobry – powiedział wesoło Doktor, gdy weszli do centrum dowodzenia.
Momentalnie w ich kierunku zwróciło się kilka par oczu, a po chwili ciszy wywołanej niesłychanym zdumieniem, Gwen rzuciła się Jackowi na szyję.
- Wiedziałam! Wiedziałam, że go odnajdziesz! - wykrzyknęła, niemalże płacząc ze szczęścia, po czym z równie wielkim entuzjazmem uściskała Doktora. - Wyglądasz dokładnie jak w dniu, kiedy widziałam cię po raz ostatni.
- Ty też. No... prawie. - Doktor nigdy nie był dobry w prawieniu komplementów. Choć poza paroma zmarszczkami Gwen bardzo się nie zmieniła.
- Mówiłam ci, że żyje! Wisisz mi piątkę! - Kobieta zwróciła się do swojego męża.
- Chyba po raz pierwszy cieszę się ze swojej pomyłki. - Rhys również przywitał się z kolegami.
- Ja również cieszę się z waszego powrotu, ale obawiam się, że nie ma teraz czasu na entuzjastyczne powitania. Sytuacja jest bardzo poważna – powiedziała generał, gdy pułkownik Arthur Lethbridge-Stewart wymieniał uściski.
- Zgadza się, co się stało? - Doktor momentalnie spoważniał.
Gdy wtajemniczono go w detale i pokazano nagranie, odruchowo ubrał okulary. Wpatrywał się w ekran z typowym dla niego zafascynowaniem. Wyraz jego twarzy wskazywał, że doskonale wie, z jakim rodzajem zagrożenia mają do czynienia.
- Piękne – wymamrotał, nie odrywając wzroku od monitora.
- Czy ja się przesłyszałam? - Nie takiej reakcji oczekiwała generał.
- Królowa jest praktycznie legendą. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę mam ją przed oczami.
- Kim ona jest? - spytał pułkownik.
- Panią Czasu – odparł Doktor tym samym tonem co poprzednio, dalej gapiąc się w monitor.
- Chcesz powiedzieć, że to żeński odpowiednik Mistrza? - zaniepokoiła się Gwen.
- O nie, ktoś znacznie od niego potężniejszy.
W takich chwilach podekscytowanie Doktora potrafiło być bardzo denerwujące.
- Ziemi grozi zagłada. Nie widzę w tym nic podniecającego – skomentowała generał.
- Nie rozumiecie, będąc w Akademii pisałem pracę o Królowej. Żadna inna osoba w historii Gallifrey tak mnie nie ciekawiła.
- Więc co o niej wiesz? - spytała Gwen.
- Jest stara, niewyobrażalnie stara, choć nie przeszła ani jednej regeneracji.
- Jak to możliwe? - zainteresował się pułkownik.
- Ona dosłownie wysysa życie z innych istot. Jest jak wampir energetyczny. Nic dziwnego, że za wszelką cenę próbuje odnaleźć Panów Czasu. Inne istoty nie zaspokoją w pełni jej głodu. Dla niej to tak, jakby jeść zgniłe jabłka zamiast łososia, bez urazy. Królowa była wynikiem eksperymentu, który miał zbliżyć moją rasę do ascendencji. Miała stać się istotą doskonałą. Ale tego typu eksperymenty mają tendencje do wymykania się spod kontroli. A co robi się z czymś, co wymknęło się spod kontroli? Próbuje wyeliminować. Problem w tym, że było już za późno, i to Królowa wyeliminowała swoich stwórców. Przejęła władzę nad planetą, ale w końcu udało się ją obalić. Legenda mówi, że zamknięto ją w sarkofagu na krańcu galaktyki. Ktoś musiał go odkryć.
- Cóż, to by wiele wyjaśniało – powiedziała generał, czy raczej wymamrotała.
- Zaraz... moja córka... wciąż na nią polujecie! - uświadomił sobie nagle Doktor z przerażeniem i oburzeniem jednocześnie.
- Ja się tym zajmę. Ty postaraj się opracować jakiś plan – ostatecznie zadecydował Jack i nikt nawet nie próbował zgłosić sprzeciwu.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Miryoku 
pisarz



Wiek: 19
Dołączyła: 18 Mar 2010
Posty: 112
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-28, 20:37   

Na początku muszę wyrazić oburzenie, że tylko ja to komentuję. Halo, gdzie się podziały wszystkie osoby, które czytały poprzednią część? Ten fik naprawdę zasługuje na to, żeby go przeczytać, a jeśli się czyta, to można napisać choć krótki komentarz.

Wielkie gratulacje! Udało Ci się przedstawić reakcję Rose tak, że wszystko mi pasowało :D Wyszło to bardzo naturalnie. Głęboko to przeżyła, co jest zrozumiałe, ale nie histeryzowała i szybko doszła do siebie - właśnie tego oczekiwałam. No i brawo dla Marthy za to, że stanęła na wysokości zadania i miała odwagę to wszystko wyjaśniać.

Znowu muszę napisać, że uwielbiam Gwynedda :D Ta postać genialnie Ci wyszła. Faktycznie jest takim połączeniem Rhysa i Gwen. Stworzyłaś bohatera z mocno zarysowanym, interesującym charakterem. A jego teksty miażdżą.
Vampircia napisał/a:
- To nic złego mieć dwóch ojców – palnął Gwynedd, siadając obok koleżaki.
Spadłam z krzesła, serio :D

Jeśli chodzi o Jacka i Doktora, to scena z ubieraniem była taka... namiętna :) Podoba mi się bardzo zachowanie Jacka. Taaaak, zakochany Jack jest świetny.

A że Królowa jest Panią Czasu... Tu mnie zaskoczyłaś. Wydaje się być groźna, coś czuję, że będzie ciężkim przeciwnikiem. Były o niej jakieś wzmianki w starych seriach czy jest to całkiem Twoja postać?
_________________
I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-07-28, 21:43   

Jest to całkowicie wymyślona przez mnie postać i mam nadzieję, że jej nie schrzanię, bo ten fanfik coraz bardziej zaczyna mnie przerażać, zwłaszcza od strony psychologicznej. Mam ochotę przytoczyć tego demota bo wyraża on mniej więcej to, co czuję przy pisaniu.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Lady Makbeth 
moderator


Wiek: 23
Dołączyła: 02 Sty 2010
Posty: 44
Skąd: Marcepanowo
Wysłany: 2010-07-29, 21:50   

A więc najpierw to ja może złożę życzenia urodzinowe kochanej jubilatce :mrgreen: Obyś dalej tworzyła Vampi, bo fiki piszesz piękne, tylko czytelnicy coś za leniwi. Odnoszę wrażenie, że powinno mnie się za nogi powiesić i wychłostać :mrgreen:

Zwykle nie bardzo gustuję w historiach z nastolatkami/dziećmi w roli głównej, chyba, że fabuła wyjątkowo wciąga i dorośli są ciekawie napisani. Tutaj, o dziwo, oba nastolatki mi się spodobały. Gwynedd nieco mi się kojarzy z Ronem Weasleyem, choć z pewnością jest bardziej inteligentny no i ta umiejętność zachowania spokoju. Jednak pewną "ronowatość" i tak niezmiennie w nim dostrzegam.
Co do Rose, to nadal za każdym razem, jak o niej czytam, przed oczami staje mi Susan Sto Helit. Obie mają naprawdę podobne charaktery. Wydają się być nad wiek dojrzałe, już o podobieństwach w historii rodzinnej nie wspominając.
Tym bardziej ciekawi mnie jak będzie wyglądało jej spotkanie z Doktorem (no i z Jackiem). Bo znając Doktora, to może niespecjalnie mieć pojęcie co jej powiedzieć. Mimo, iż dziewczyna zna już prawdę, Doktor nadal ma jej sporo do tłumaczenia. I czy się ze sobą dogadają, w końcu charaktery mają podobne, więc podejrzewam, że będzie ciekawie ;-)

Co do tego rozdziału, to jeszcze jedno muszę dodać; Akcja z ciężarówką była bezbłędna. Pięknie by to wyglądało w serialu :mrgreen: (chyba, że już było, to wybacz mi, proszę ;-) )
_________________
"What's wrong about wanting a man to hold another man's beads?"
 
 
     
Vampircia 
administrator


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Gru 2009
Posty: 351
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-08-08, 19:59   

Lady Makbeth napisał/a:
Pięknie by to wyglądało w serialu :mrgreen: (chyba, że już było, to wybacz mi, proszę ;-) )

To było w serialu.


Rozdział V

Pytań było wiele, ale Martha dotrzymała obietnicy i odpowiedziała na wszystkie. Dzięki niej Rose poznała całą prawdę o Jacku i jego nieśmiertelności. Dowiedziała się, w jaki sposób on i jej biologiczny ojciec zostali parą. Wzruszyła ją ta historia, oddanie i opiekuńczość tego, którego nazywała tatą, fakt, że był gotów zrobić dla Doktora wszystko, mimo że ten bardzo długo nie odpowiadał na jego zaloty. Nawet Gwynedd słuchał z zafascynowaniem.
Nagle rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Martha zerwała się na równe nogi. Wątpiła, żeby to byli żołnierze, oni po prostu by weszli bez pozwolenia, ale i tak przyczaiła się pod ścianą. Miała swoje sposoby, by sprawdzić, kto znajduje się po drugiej stronie, jak choćby rozmieszczone w różnych częściach domu lustra. Po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. Otworzyła drzwi i od razu rzuciła się na szyję znajdującemu się za nimi mężczyźnie.
- Jack! - wykrzyknęła wzruszona. - Powiedziałam jej wszystko. Nie miałam wyjścia.
Jako druga zerwała się na nogi Rose. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Człowiek, o którym myślała, że już go nigdy nie ujrzy, wrócił.
- Tato – wymamrotała, a gdy ten do niej podszedł, od razu się do niego przytuliła.
Powiedziała sobie, że już więcej nie będzie płakać, ale łzy same poleciały. Nawet nie wiedziała, ile czasu spędziła przyciśnięta do piersi ojca, ale w ogóle nie chciała puszczać. Jack zaczął ją głaskać po głowie i sam z trudem powstrzymał łzy.
- Jak mogłeś mnie tak okłamać?! - powiedziała, kiedy się od niego oderwała. - Czy to dlatego, że nie planowałeś nigdy wracać?
Jackowi serce się krajało, gdy słuchał Rose, ale postanowił zachować spokój.
- Wyjaśnię ci wszystko w drodze do bazy – obiecał.
- Jak to? Myślałem, że chcą nam zrobić krzywdę – przeraził się Gwynedd.
- Nic wam się nie stanie. Nad wszystkim panuję – zapewnił Jack. - Musimy jednak się spieszyć.
W aucie zaczęła się trudna rozmowa, możliwe, że dla Rose jeszcze trudniejsza niż poprzednia z Marthą.
- Jestem w stanie zrozumieć, że ukrywałeś przede mną moje prawdziwe pochodzenie, ale nie jestem w stanie pojąć, jak mogłeś upozorować własną śmierć i mnie nie wtajemniczyć - powiedziała dziewczyna, pociągając nosem.
- Kiedy Doktor zaginął, niepewność była najgorsza. Każdego dnia zastanawiałem się, gdzie jest, czy grozi mu niebezpieczeństwo, czy żyje. Nie widziałem, czy mam na niego czekać, czy założyć, że już nigdy go nie zobaczę. Wolałem wiedzieć, że zginął, niż żyć w wiecznej niepewności. To mnie zżerało od środka. To była najgorsza tortura, a przeżyłem już wiele. Nie chciałem, byś doświadczała tego samego. Mogłem utknąć na krańcu wszechświata bez możliwości powrotu – wytłumaczył Jack. - Uznałem, że lepiej będzie cię zaskoczyć, niż wystawiać na takie cierpienie.
- Nie wiem, czy mogłabym cierpieć jeszcze bardziej – wyznała dziewczyna.
- Nienawidzisz mnie? - spytał Jack ze strachem w głosie.
Rose popatrzyła na niego zszokowana.
- Jak mogłabym cię nienawidzić? Kocham cię.
Dwa proste słowa wystarczyły, by załagodzić atmosferę.


W drodze do bazy Jack nakreślił, jak wygląda sytuacja z Królową oraz wyjaśnił przyczynę zaginięcia Doktora, nie to jednak zaprzątało głowę Rose. Zdawała sobie sprawę, że czeka ją kolejne wyzwanie: konfrontacja z biologicznym ojcem. Nie wiedziała nawet, co powie, był przecież dla niej jak obcy. Bała się, że będzie się czuła niezręcznie w jego obecności, a tego nie chciała.
Gdy znaleźli się w bazie, Jack zaprowadził Rose do dawnego gabinetu Doktora.
- Dlaczego nie poszliśmy z innymi? - spytała zaskoczona dziewczyna.
- Pomyślałem, że wolałabyś najpierw spotkać się z nim na osobności – wyjaśnił mężczyzna. - Pójdę po niego.
Rose usiadła, czując, jak serca jej walą. Nie miała nawet czasu psychicznie się przygotować. Drżała z podekscytowania i niepewności.
Kiedy Doktor wszedł do środka, odruchowo wstała. Na chwilę znieruchomieli i zaczęli się na siebie gapić. Rose od razu rozpoznała znajdującego się przed nią mężczyznę, choć pamiętała go jak przez mgłę. Kojarzyła jego twarz, jego ubiór, jego fryzurę, ciepło, które w jakiś sposób z nim utożsamiała. Przed oczami stanęły jej przebłyski z wczesnego dzieciństwa. Zdała sobie sprawę, że osoba, która przed nią stoi, wcale nie jest jej obca.
- No proszę... ale wyrosłaś... - Doktor z trudem zdobył się na jakiekolwiek słowa. Wydawało się, że zaraz zacznie płakać.
Rose milczała, bo nie miała pojęcia co powiedzieć. Wpatrywała się w Pana Czasu jak zahipnotyzowana. Ten podszedł do niej i ujął w dłonie jej twarz. Uśmiechnął się, a potem pocałował ją w czubek głowy. Łza spłynęła mu po policzku i spadła jej na włosy. Dziewczyna dała się objąć, a gdy przycisnęła ucho do klatki piersiowej Doktora, usłyszała bicie dwóch serc.
- Pamiętam cię – powiedziała ze wzruszeniem. - Pamiętam dzień, w którym przeprowadziliśmy się do większego domu. Pamiętam, jak zabrałeś mnie do ogrodu. Stała tam niebieska budka. Wziąłeś mnie na ręce i weszliśmy do środka. Przez wiele lat myślałam, że to mi się przyśniło.
- To nie był sen – uśmiechnął się Doktor i poczuł, że znowu zaczyna się rozczulać.
- Właśnie... To chyba należało do ciebie. - Rose wyjęła zza bluzki śrubokręt dźwiękowy. - Znalazłam go na strychu. Był zepsuty, więc naprawiłam.
Pan Czasu z zafascynowaniem wziął do ręki przedmiot.
- Sama go naprawiłaś? Jesteś genialna! - ucieszył się. - Co za ironia, ty go zepsułaś i ty naprawiłaś.
- Ja go zepsułam? - zdziwiła się dziewczyna.
- Cóż, po tym incydencie nauczyłem się, żeby trzymać wszystko w miejscach niedostępnych dla dzieci, bo one mają tendencję brać wszystko do buzi. Nie naprawiałem go, bo dużo łatwiej załatwić nowy. Hehe, wygląda na to, że ten jest twój. - Z zadowoleniem oddał córce urządzenie.
Otoczył ją ramieniem i udali się do centrum dowodzenia. Niestety nie było czasu, by cieszyć się rodzinnym pojednaniem. Doktor od razu zaczął działać.
- Przesłałem z TARDIS wszystkie dane na temat aestańskiego statku. Nie posiadają technologii pozwalającej podróżować między galaktykami, więc Królowa musiała im pomóc się tu dostać. Zapewne zawarli sojusz. Nie posiadają też broni pozwalającej zniszczyć całą planetę, ale w tej sferze Królowa też mogła dokonać paru ulepszeń. Zresztą to nie ma znaczenia. Jeśli mogą wyrządzić jakiekolwiek szkody, trzeba ich powstrzymać. Znam ich słabe punkty i myślę, że przy odrobinie czasu bylibyście w stanie opracować broń, ale wolałbym to załatwić bez rozlewu krwi.
- Nie ma czasu na dyplomację – oznajmiła stanowczo generał.
Wtedy, jak na zawołanie, włączył się wielki monitor, ukazując postać Królowej. Wszyscy nagle umilkli, nawet Gwen i Rhys, którzy nie mogli się nacieszyć widokiem syna całego i zdrowego, nawet Jack, który właśnie tłumaczył Rose działanie manipulatora tunelowego.
- Wasz czas dobiega końca. Czy znaleźliście mi Pana Czasu? - Sam ton głosu Królowej potrafił przyprawić o gęsią skórkę, nie mówiąc już o jej chłodnym spojrzeniu.
- Ja jestem Panem Czasu. - Doktor wyszedł na środek, jak zwykle wyglądając na zdeterminowanego.
- Dobrze. – Kobieta uśmiechnęła się. - Oczekuję cię niezwłocznie na pokładzie, jeśli chcesz ocalić tę planetę.
- Przybędę – padła stanowcza odpowiedź.
Obraz z monitora znikł, a Jack wyglądał na wzburzonego.
- Jak to „przybędę”? Ona chce cię zabić! - zaprotestował.
- Spróbuję zyskać na czasie. Może uda mi się coś wymyślić, a jak nie, to chociaż wy będziecie w stanie opracować broń przy pomocy planów, które wam dałem – wyjaśnił Doktor.
- Idę z tobą. - Jack długo się nie zastanawiał.
- W porządku.
Przysłuchując się całej rozmowie, Rose znowu miała wrażenie, że jej życie wymyka się spod kontroli. Jej prawdziwy ojciec ledwo wrócił, zdążyła zamienić z nim tylko kilka słów, a już pakował się w kolejne, śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie zamierzała go stracić po raz kolejny.
- Proszę, nie... - Zaczęła nerwowo zaprzeczać ruchem głowy.
- Zamierzam wrócić. Mam po co. - Doktor posłał jej uśmiech.
Nikt nie był w stanie powstrzymać jego i Jacka, nawet ona. W milczeniu udali się do TARDIS, a Rose na chwilę zamarła. Wokół niej krzątali się ludzie, opracowywali strategie, analizowali dane, a ona stała niczym w transie. Spojrzała na manipulator tunelowy, który wciąż miała na nadgarstku. Jack założył go jej, gdy pokazywał, jak działa. Nie miała żadnego planu, ale nie umiała bezczynnie czekać z nadzieją, że tym razem wszystko się ułoży. Gwynedd obserwował jej poczynania i od razu zareagował, gdy ujrzał, co się święci.
- Rose! - krzyknął, starając się powstrzymać koleżankę, ale gdy ją złapał, ta zdążyła uruchomić urządzenie i nagle rozpłynęli się w powietrzu.


Miejsce, w które zostali zaprowadzeni, przypominało salę tronową. Za wielkimi oknami rozciągał się bezmiar kosmosu. W rzeczywistości był to specjalny mostek, przeznaczony dla najwyższych rangą. W fotelu siedziała Królowa, a przy niej stał generał Kxgrk. Aestańczycy byli dość podobni do ludzi, ale mieli niebieskawą skórę i z reguły srebrne włosy. Doktor od razu rozpoznał jego rangę po białym kolorze munduru, który zarezerwowany był dla oficerów tego stopnia.
- Kim jest ten mężczyzna? - spytał kosmita z oburzeniem na widok Jacka.
- To mój partner. Nie stanowi zagrożenia – wyjaśnił Doktor z godnym podziwu spokojem.
- Razem do samego końca – skomentowała kobieta. - Zezwolę wam na pożegnanie, a potem cię odeślę, bo nie jesteś mi do niczego potrzebny. A teraz uklęknijcie przed swoją Królową.
Podwładni pchnęli mężczyzn na kolana, zaś Pani Czasu wstała, przyglądając się swej zdobyczy.
- Więc ty jesteś Doktor, ostatni ze swojej rasy? Wiele pracy kosztowało mnie zdobycie informacji na twój temat. Dzięki tobie odzyskam dawne siły – oznajmiła.
- A potem co? Nie zostanie już nikt, kto mógłby zaspokoić twój głód. Czy nie lepiej spróbować nad nim zapanować? - W pierwszej kolejności Doktor próbował rozwiązać problem w ten sam sposób, co zawsze.
- Moja inteligencja znacznie przekracza twoją. Myślisz, że twoje rady na cokolwiek się zdadzą? A może próbujesz zyskać na czasie?
Jednak Doktor się nie zniechęcił i kontynuował.
- Jesteś najbardziej fascynującą osobą w całej historii Gallifrey. Byłbym zaszczycony, mogąc zostać twoim towarzyszem. Z doświadczenia wiem, że samotność jest najgorsza.
Jego słowa nie przypadły do gustu Jackowi, ale spodziewał się, że Doktor potraktuje Królową podobnie jak Mistrza. Zresztą, używając słowa „towarzysz”, na pewno nie miał na myśli opuszczenia rodziny. Na tyle zdążył go poznać.
- To dobrze, że darzysz mnie takim szacunkiem, bo już niedługo staniesz się częścią mnie. Wszystkie twoje wspomnienia, przeżycia i doświadczenia staną się również moje.
W momencie gdy Królowa zbliżyła się do Doktora, Jack popatrzył na nią takim wzrokiem, jakby miał zaraz rzucić się jej do gardła.
- Nie dotykaj go! - warknął, ale został zignorowany.
Kobieta podeszła do Pana Czasu i pogłaskała go po głowie niczym wiernego psa. Uśmiechnęła się i uniosła brodę Doktora.
- Musisz wiedzieć jedno, gdy zajrzę do twojego umysłu, całe twoje życie będzie dla mnie niczym otwarta księga. Będę mogła wybrać dowolny rozdział, dowolną stronę od momentu twoich narodzin do twojej śmierci. Będę mogła zobaczyć nie tylko przeszłość i teraźniejszość, ale także przyszłość. Mój mózg jest na tyle rozwinięty, że czas nie stanowi dla niego żadnej bariery.
Wystarczył najmniejszy kontakt fizyczny, by doszło do połączenia jaźni. Poczuwszy dłoń na swojej twarzy, Doktor przygotował się na walkę. Pod żadnym pozorem nie mógł ujawnić myśli dotyczących Rose, ale Królowa była silniejsza, więc liczyło się przede wszystkim szczęście. Nawet jego umysł nie był w stanie oprzeć się takiej potędze.


W jednej chwili Rose i Gwynedd pojawili się na statku, w dodatku w czyjejś prywatnej kwaterze, i do tego nie pustej. Zajmujący ją załogant wystraszył się bardziej niż nastolatek, który zaczynał się przyzwyczajać do dziwnych zjawisk.
- Jeszcze w pełni tego nie opanowałam – usprawiedliwiła się dziewczyna i znowu uruchomiła manipulator.
Tym razem pojawili się w pustym korytarzu i szczęśliwym trafem na jednej ze ścian znajdował się w plan statku. Rose próbowała znaleźć na nim miejsce, gdzie najprawdopodobniej trafili jej rodzice.
- Co ty w ogóle chcesz osiągnąć? - spytał z wyrzutem Gwynedd.
- Cokolwiek. Nie chcę ich stracić.
Za trzecim podejściem pojawili się na mostku, tuż obok załogantów pilnujących Jacka i Doktora. Chwila zamieszania wystarczyła, by Królowa przerwała połączenie jaźni, a Harkness wykorzystał ten moment, by uderzyć jednego ze strażników i odebrać mu broń. Wziął chwilowo drugiego za zakładnika i jego również rozbroił. Generał nie zaryzykował utraty człowieka, choć mógł strzelić.
Doktor nie miał czasu rozmawiać z córką na temat jej lekkomyślności, musiał jak najlepiej wykorzystać sytuację. Miał już pewien pomysł. Nakazał wszystkim się złapać i uruchomił manipulator. Wylądowali w maszynowni.
- Spróbuję dezaktywować ich uzbrojenie. Przynajmniej Ziemia będzie bezpieczna – z tymi słowy chwycił śrubokręt dźwiękowy i wziął się do pracy. - Jak wyjdziemy z tego cało, to dostaniesz szlaban – rzucił jeszcze do Rose, choć w głębi duszy jej odważny akt mu zaimponował. Wiedział już, że jest do niego podobna.
- Masz, możliwe, że będzie potrzebna. - Jack wręczył jedną broń Gwyneddowi, a sam upewniał się, czy są bezpieczni, sprawdzając każdy zakamarek maszynowni.
Nie obyło się bez problemów. Niedługo potem zostali odnalezieni przez członków załogi statku, ale Harkness zaczął dzielnie odpierać atak. Gwynedd również chciał się na coś przydać, więc wkrótce mu pomógł. Co prawda nie miał doświadczenie z tego typu bronią, ale matka udzielała mu kiedyś lekcji strzelania, więc szybko się nauczył nią posługiwać.
- Długo jeszcze? Jest ich coraz więcej! - krzyknął Jack.
- Już kończę!
Doktor przynajmniej nie był gołosłowny. Zdwoił wysiłki i wkróce wszystko było gotowe. Najlepszym rozwiązaniem zdawała się ucieczka przy pomocy manipulatora, ale okazało się to nie możliwe.
- Świetnie! Rozładowałaś go! - rzekł Harkness z wyrzutem, zdając sobie sprawę, że urządzenie przestało działać.
Nie było czasu na kłótnie. Pozostał odwrót w tradycyjny sposób, czyli spore wyzwanie, ale nic niemożliwego. Przynajmniej nie dla Jacka Harknessa. Pobiegli prosto do TARDIS, po drodze odpierając atak wroga, aż Gwynedd poczuł się jak na filmie science fiction.
- To się dopiero nazywa akcja „na pałę” - podekscytował się, gdy wpadli do wnętrza wehikułu Adrenalina wręcz go roznosiła.
Doktor pchnął pierwszą lepszą dźwignię i udali się w nieznane.
_________________

I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick".
 
     
Miryoku 
pisarz



Wiek: 19
Dołączyła: 18 Mar 2010
Posty: 112
Skąd: Kraków
Wysłany: 2010-08-08, 20:42   

Ech, wzruszyła mnie scena spotkania Rose i Doktora. Wyszło to bardzo naturalnie, choć wcześniej nie byłam pewna, czy Rose będzie w stanie tak szybko odnaleźć z nim wspólny język. Ale dobrze to rozegrałaś.
Vampircia napisał/a:
Pan Czasu z zafascynowaniem wziął do ręki przedmiot.
- Sama go naprawiłaś? Jesteś genialna! - ucieszył się. - Co za ironia, ty go zepsułaś i ty naprawiłaś.
Ten moment strasznie mi się spodobał :D

Królowa jest mroczna... Bardzo mi przypadło do gustu, w jaki sposób rozmawiała z Doktorem. Tak władczo. Fajna babka, szkoda, że zła. To znaczy w sumie dobrze, że zła, bo lubię złe postacie. No i podobała mi się scena, jak Doktor przed nią klęczał.

Hehe, to śmieszne, że Jack za każdym razem, kiedy jest z Doktorem, robi za ochroniarza, latając z bronią i osłaniając resztę :D Ale w sumie nadaje się do tego.

Mam wrażenie, że wszystko się bardzo szybko rozegrało... Myślałam, że z Królową będzie trochę więcej zamieszania. A może jednak będzie?
_________________
I'll be your master and I'll be your slave
Until the day that you will dance avidly on my grave
Seems like a lifetime we've been living this lie
But I can't help keep lying when you undress before my eyes
 
 
     
coolness 
amator



Wiek: 14
Dołączyła: 23 Lip 2010
Posty: 6
Wysłany: 2010-08-10, 11:01   

Ha, jest internet na komputerze, to ja nadrabiam komentowanie. Wybacz, że będzie krótko (znowu), ale jakoś wolę komentować oddzielnie każdy rozdział, niż parę na raz, jednak skoro już tych parę przeczytałam za jednym razem, to napiszę choć te parę słów, bo tekst zasługuje na komentarze.
Opowiadanie mi się podoba, choć na mój gust jest za mało angstowe/deathficowe (nie pytaj, dziwna jestem, dziecko angstu). W każdym razie do rzeczy. Polubiłam w sumie tę dwójkę (Rose i syna Gwen). Ogółem ciekawie przeprowadzona akcja, sporo się dzieje, to dobrze. I pojawiają się Jack, i Doktor, so... I'm happy. Poza tym ta Królowa, co ma się jeszcze pojawić, mnie intryguje. I tak, jestem dziwna, mam nadzieję, że się szybko Królowa znów pojawi.
Podsumowując, podoba mi się, jest wciągające, miło się czyta (czyli wszystko jest tak jak powinno).

Życzę weny i pozdrawiam,
ness
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
One Piece - Nakama

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 1.26 sekundy. Zapytań do SQL: 9