[Gotham] Trzy przypadki, kiedy Bruce miał zły sen o Alfredzie

Tutaj wrzucamy fanfiki do filmów, seriali telewizyjnych, kreskówek itp.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2077
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

[Gotham] Trzy przypadki, kiedy Bruce miał zły sen o Alfredzie

Postautor: RedHatMeg » 29 mar 2019, 19:12

Ten fik zrodził się z pewnej sceny w odcinku Arkham. Tam Bruce Wayne ma koszmar o zabójstwie swoich rodziców, a kiedy się budzi, Alfred pyta żartobliwie, czy był w tym śnie. Bruce z kolei się uśmiecha i odpowiada: "Nie tym razem." I ja się tak zaczęłam zastanawiać nad tym, jakie złe sny o swoim wiernym lokaju mógłby mieć Bruce i stąd właśnie ten one-shot.

Warto też zaznaczyć, że ten fik jest stary i pewne rzeczy na jego temat są już nieaktualne (np. to, że Alfred pracował u Wayne'ów od kiedy Bruce miał cztery latka; od trzeciego sezonu Gotham wiadomo, że Alfred zajmował się Bruce'm, kiedy ten był noworodkiem.)

Tytuł: Trzy przypadki, kiedy Bruce miał zły sen o Alfredzie
Rating: 12+
Ostrzeżenie: Nawiązanie do odcinka Lovecraft.
Opis: Trzy przypadki, kiedy Bruce miał zły sen o Alfredzie... i jeden przypadek, kiedy Alfred miał zły sen o Brucie.

Pierwszy przypadek
Bruce miał wtedy cztery lata. Jego rodzice zatrudnili nowego lokaja, bo stary poszedł wcześniej na emeryturę. Ten nowy lokaj był dużym, cichym człowiekiem po czterdziestce i, według rodziców Bruce’a, pracował wcześniej dla jakiegoś brytyjskiego diuka. W dniu, w którym przybył do Wayne Manor, Martha i Thomas Wayne przyprowadzili małego Bruce’a do salonu i przedstawili go nowemu lokajowi. W chwili, kiedy chłopiec go zobaczył, nie potrafił nie czuć lęku przed nim. Twarz lokaja była chłodna, jakby się o coś gniewał.
Później Bruce zdał sobie sprawę z tego, że jego twarz wyglądała tak dlatego, że Alfred chciał być profesjonalny. Profesjonalni lokaje starają się nie okazywać emocji (przynajmniej nie na zewnątrz). I tak po prawdzie to kiedy chłopiec powracał potem do tego dnia, mógłby przysiąc, że w zachowaniu jego wiernego lokaja była jakaś ukryta nerwowość (prawdopodobnie nie spodziewał się, że jego nowi pracodawcy mają potomka, i to był pierwszy raz, kiedy pracował dla kogoś, kto ma dzieci). Może to też była wina Bruce’a, bo bał się obcych w swoich młodszych latach.
Tak czy inaczej, pierwsze wrażenie, jakie mężczyzna zrobił na swoim przyszłym podopiecznym było takie, że Alfred Pennyworth był strasznym człowiekiem.
- No dalej, kochanie – zaczęła Martha Wayne i popchnęła chłopca w stronę lokaja. – Pan Pennyworth zostanie tutaj na bardzo długo. Bądź dobrym chłopcem i przywitaj się.
Bruce nieśmiało wyciągnął rękę w stronę Alfreda, który wydawał się być jeszcze większy i chłodniejszy niż przedtem.
- Miło pana poznać, panie Pennyworth.
Alfred uścisnął jego rękę, trochę zbyt mocno jak dla Bruce’a.
- Proszę, paniczu Bruce, mów mi Alfred – powiedział i przestał ściskać rękę dziecka. Jego głos był zachrypnięty i nieprzyjemny.
- A teraz – Thomas Wayne zwrócił się do nowego lokaja – pokażę ci jak wszystko działa.
- Będę wdzięczny, panie Wayne.
Po tym niezręcznym pierwszym spotkaniu z najmłodszym członkiem rodziny Wayne’ów, Alfred głównie skupiał się na pracy. Przygotował Wayne’om kolację, potem zmył naczynia i zaczął wycierać kurze w pewnych częściach domu, cicho, bez słowa i z wyrazem twarzy świadczącym o koncentracji na stojących przed nim zadaniach. Bruce starał się go unikać. Za każdym razem, kiedy widział Alfreda robiącego coś w korytarzu albo w salonie, chłopiec przenosił się gdzieindziej, tylko po to, aby nie zostać dostrzeżonym przez nowego lokaja. Raz zauważył kątem oka Alfreda spoglądającego na niego i to wystarczyło, aby chłopca przeszły dreszcze.
Bruce wyobrażał sobie okropne rzeczy na temat Alfreda. Rezerwa lokaja i fakt, że wydawał się taki wielki i przerażający, przywodziły na myśl służącego rodziny Addamsów, aczkolwiek Alfred nie był nawet w połowie tak wielki czy kościsty jak Large. Opowieści ojca o Alfredzie jako zdolnym żołnierzu, umiejącym używać różnych przedmiotów do odparcia przeciwników również nie pomagały. Mimo że jakaś część chłopca uważała wojskowe umiejętności Alfreda za całkiem fajne, było coś przerażającego w obcym w jego domu, po cichu wykonującym swoje obowiązki i od czasu do czasu spoglądającym na chłopca z (jak wydawało się wtedy Bruce’owi) chłodnym wzrokiem.
Tak więc do końca dnia nowy sługa robił, co do niego należało, podczas gdy jedyny syn jego pracodawców starał się trzymać od niego z dala. Kiedy wreszcie Bruce znalazł się w łóżku, wiedząc, że Alfred był daleko i zajmował się czymś innym, westchnął z ulgą i szybko poszedł spać.
Ale wkrótce miał zły sen. W tym śnie stał w hollu. Było cicho, niemalże upiornie cicho. Chłopiec zaczął wołać swoich rodziców, kierując się w stronę salonu. Idąc przez korytarze, Bruce coraz bardziej się bał, rozumiejąc, że jest całkiem sam w pustym domu. Mimo wszystko nie przestał wołać mamy i taty, chociaż był przerażony.
Nagle Bruce zobaczył w swoim śnie Alfreda. Lokaj czyścił coś w korytarzu i przez pierwsze kilka chwil nawet nie spojrzał na swojego młodego panicza. Bruce stał za nim, zbierając odwagę, aby zapytać mężczyznę o miejsce pobytu rodziców. W końcu podszedł do Alfreda i delikatnie pociągnął za jego spodnie, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Alfred natychmiast odwrócił się do chłopca i zmienił w szarawego, smukłego potwora z wielkimi kłami. Miotełka, którą wcześniej ścierał kurze, zmieniła się w parasol.
- Czego chcesz? – zasyczał na chłopca.
- Ja… ja… – zaczął Bruce, jąkając się. – Ja chciałem wiedzieć, gdzie jest mamusia i tatuś.
Alfred nic na to nie odpowiedział, on tylko zawarczał, obnażając swoje zęby. Bruce zdecydował się wziąć nogi za pas. Straszny lokaj z kolei zdecydował się go gonić. Chłopiec skierował się do swojej sypialni. Kiedy wreszcie się tam znalazł, szybko schował się w szafie, mając nadzieję, że Alfred go nie znajdzie. Ale wkrótce mężczyzna wszedł do pokoju i zaczął po nim chodzić, rozglądając się za swoją ofiarą. Bruce mógł usłyszeć jego ciężki oddech. Jednym, szybkim ruchem lokaj otworzył drzwi szafy i pokazał chłopcu szeroki uśmiech, świadczący o złych zamiarach…
To był moment, w którym Bruce się obudził, krzykiem wzywając rodziców. I tak oto mama i tata przyszli do jego sypialni, aby dowiedzieć się, co zaszło. Mama przytuliła go mocno i przez chwilę chłopiec pomyślał, że wszystko jest dobrze (wszak miał tylko zły sen i teraz jego mamusia i tatuś byli tutaj, cali i zdrowi, to było prawdziwe)… ale wtedy zauważył Alfreda stojącego w drzwiach.
- Miałeś zły sen, kochanie? – spytała Martha Wayne, uwalniając syna z uścisku i spoglądając na niego ze zmartwieniem.
Bruce jedynie przytaknął. Jego oczy spoczęły na lokaju, zanim szybko powróciły do łagodnej twarzy matki. Tak bardzo chciał, aby Alfred sobie poszedł… ale bał się powiedzieć to na głos.
- O czym był twój sen? – zapytał ojciec chłopca, uśmiechając się do niego łagodnie. – No dalej, możesz mi wszystko powiedzieć.
Bruce znów popatrzył na Alfreda. Mimo że dziecko wciąż pamiętało mężczyznę ze swojego koszmaru, ten przyglądał się chłopcu z zakłopotaniem i… smutkiem. Miał też na sobie piżamę i szlafrok, co tak jakby sprawiało, że było mniej straszny.
Lokaj zwrócił się do swoich pracodawców i powiedział:
- Proszę wybaczyć impertynencję, sir, ale czy mógłby porozmawiać z paniczem Bruce’m?
Thomas Wayne milczał przez chwilę, prawdopodobnie zastanawiając się czy powinien spełnić to życzenie, czy powiedzieć lokajowi: „Nie, dziękuję. Poradzimy sobie.” Bruce czekał w napięciu na decyzję swojego ojca. Miał nadzieję, że Thomas odmówi. Głowa rodziny Wayne’ów i jej nowy lokaj spojrzeli na siebie nawzajem znacząco, zanim Thomas nie odsunął się na bok i nie powiedział:
- No cóż, chyba to nam nie zaszkodzi.
Bruce patrzył jak Alfred zbliżył się do niego, a potem – ku zdziwieniu Bruce’a – kucnął przed nim. Nagle lokaj nie wydawał się taki wielki, a kiedy spojrzał na chłopca, w jego oczach było ciepło. Z każdą minutą Alfred tracił na straszności.
- Powiedz mi, paniczu Bruce – zaczął – czy byłem w twoim śnie?
- T-tak – wydukał chłopiec.
- Czy próbowałem cię skrzywdzić? – pytał dalej Alfred. Jego głos był spokojny.
- Tak, goniłeś mnie.
Alfred uśmiechnął się łagodnie.
- To zabawne, bo ja też miałem o paniczu zły sen.
Bruce zamrugał ze zdziwienia.
- Naprawdę?
- Naprawdę – przytaknął lokaj. – Byłeś dwa razy większy od swojego domu i chciałeś mnie zgnieść! – Wstał i zaczął chodzić w miejscu, machając rękami i robiąc powolne ruchy. – Chodziłeś, paniczu, w taki sposób i mówiłeś: „Stanę na tobie! Zgniotę cię!” – powiedział te dwa zdania niskim głosem, który, o dziwo, sprawił, że Bruce się zaśmiał.
Później, dużo, dużo później Bruce dowiedział się, że Alfred zmyślił tę historię. Mimo wszystko jednak to wystarczyło, aby chłopiec przestał bać się lokaja. Następnego dnia obaj spotkali się na korytarzu i mężczyzna przywitał się z paniczem, machając do niego. Bruce zrobił to samo i odtąd żyli ze sobą w pokoju.
Drugi przypadek
Kiedy Bruce miął siedem lat, jego ojciec doszedł do wniosku, że chłopcu przyda się trochę świeżego powietrza i towarzystwa rówieśników, więc wysłał go na letni obóz. Bruce’owi się tam nie podobało. No dobrze, nie wszystko mu się nie podobało. Ale i tak wolał siedzieć w kącie i czytać jakąś interesującą książkę, niż bawić się z innymi dziećmi. Jakoś sporty i długie wycieczki przyrodnicze mu nie pasowały.
Jednakże lubił słuchać strasznych historii opowiadanych przez inne dzieciaki w domku albo przy ognisku. W ten sposób Bruce odkrył różne legendy miejskie – od tajemniczego ducha autostopowicza po Hakorękiego – i wkrótce zaczął łaknąć więcej. Uwielbiał dreszczyk emocji przychodzący z każdą historią, ten zastrzyk adrenaliny, kiedy w swojej głowie powoływał do życia fabułę strasznych opowieści. Te historie wydawały się niesamowicie interesujące i Bruce żałował, że nie zna żadnej dostatecznie dobrej do wystraszenia swoich kolegów.
Jednakże wkrótce chłopcy musieli położyć się spać i Bruce zdał sobie sprawę z tego, że zbyt wiele horrorów w porze nocnej nie było dobrym pomysłem.
Tej nocy Bruce śnił o tym, że wędrował po lesie. Było ciemno i upiornie, i chłopiec nie wiedział czy jest w pobliżu obozu czy gdzieś daleko. Nie rozpoznawał otoczenia, mimo to próbował znaleźć coś, cokolwiek, co pomogłoby mu ustalić gdzie jest albo czy znajduje się daleko od cywilizacji. Ale zanim zdążył to zrobić, usłyszał ciężki odgłos czyichś kroków. Ktoś do niego szedł.
Bruce szybko się odwrócił i zobaczył kształt masywnego mężczyzny ubranego w brudny płaszcz. W ciemności lasu Bruce nie mógł zobaczyć twarzy mężczyzny, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że obcy miał hak zamiast ręki. Hakoręki szedł ku chłopcu, powoli, ale sukcesywnie. Bruce odwrócił się i zaczął biec tak szybko jak mógł, nie dbając o to, w którą stronę się kieruje.
Kiedy już wydawało mu się, że zgubił Hakorękiego, Bruce zderzył się z kobietą w białej sukni. Jej oczy były całkiem czarne, twarz zakrywała maska chirurgiczna, a jej wzrok zdawał się wwiercać w duszę chłopca. Wyciągnęła nożyczki i Bruce postanowił się wycofać, ale zdał sobie sprawę z tego, że Hakoręki zbliżał się do niego coraz bardziej i bardziej. Chłopiec desperacko szukał jakiegokolwiek sposobu na ucieczkę, ale nagle zaczęły się pojawiać kolejne potwory, osaczając go ze wszystkich stron.
I wtedy… pojawiło się światło. Czy też raczej – latarka trzymana przez znajomą postać. Światło wydawało się przerażać potwory, bo nagle zaczęły uciekać, podczas gdy mężczyzna z latarką zbliżał się do nich i do Bruce’a. I wkrótce nie było nikogo, poza Bruce’m i Alfredem. Chłopiec uśmiechnął się do lokaja, który z kolei odwzajemnił uśmiech i wyciągnął do Bruce’a rękę.
- No dalej, paniczu Bruce. Idziemy do domu.
Z radością chłopiec wziął go za rękę i pozwolił zaprowadzić się do Wayne Manor. Ale zanim tam doszli, Bruce obudził się.
Następnego dnia, kiedy Bruce miał czas dla siebie, zadzwonił do domu. Ucieszył się nawet, że tym, który podniósł słuchawkę, był Alfred.
- Hej, Alfredzie! Miałem zły sen i ty w nim byłeś!
- Naprawdę, paniczu Bruce? Czy byłem bardzo straszny?
- Nie, zupełnie nie!
I chłopiec opowiedział mu wszystko o swoim śnie. Pod koniec Alfred powiedział mu, żeby następnym razem nie słuchał strasznych historii, i życzył mu dobrego dnia.
Gdy nadszedł czas i Bruce wracał z letniego obozu, Alfred był tym, który przywitał go na stacji kolejowej i zawiózł do domu.
Trzeci przypadek
Kiedy Bruce miał dwanaście lat, zmyślone potwory zostały zastąpione przez jednego, szczególnego potwora z uliczki. Potwora w czarnej masce, błyszczących butach i z pistoletem w ręce. Za każdym razem, kiedy chłopcu udawało się zasnąć, to straszne wydarzenie powracało do niego w formie koszmaru. Mężczyzna w uliczce zabijał mu rodziców wciąż i wciąż, odtwarzając przed Bruce’m najgorszą noc w jego życiu. Dlatego chłopiec bał się zasypiać.
I tym razem wydawało się, że wszystko potoczy się tak jak zawsze. Szedł wraz z rodzicami, dzieląc się wrażeniami z filmu, który właśnie zobaczyli. Weszli w tę fatalną uliczkę i spotkali swojego przyszłego zabójcę. Perły Marthy spadły na ziemię, a mężczyzna w masce wycelował pistolet w Thomasa i zażądał jego portfela. Ojciec Bruce’a spokojnie oddał mu portfel i wtedy… zbój zastrzelił jego i jego żonę.
Zwykle to był moment, w którym Bruce budził się z koszmaru, jednakże tym razem koszmar trwał nadal. Napastnik skierował broń na chłopca, ale nie pociągnąć za spust. Bruce wiedział, że nie pociągnie za spust, wszak prawdziwy morderca nie zrobił tego, kiedy miał szansę. Mimo to dziecko i tak bało się, że to się właśnie stanie. Po raz kolejny czuło ten paraliżujący strach, ten sam, co wtedy, w uliczce.
- Paniczu Bruce! – Zmartwiony głos Alfreda dotarł do chłopca.
To było coś nowego. To się nigdy nie wydarzyło. Ale jak…?
Bruce poczuł kolejny przypływ strachu, gdy powoli się odwrócił i zobaczył idącego w ich stronę lokaja. Chłopiec próbował ostrzec swojego opiekuna, ale nie był w stanie mówić. Tak więc przyglądał się ze zgrozą temu, jak mężczyzna w masce celuje z pistoletu w Alfreda i strzela mu w pierś, odbierając chłopcu kolejną ważną osobę w jego życiu…
Oczywiście to był moment, w którym Bruce obudził się z imieniem Alfreda na ustach. Wizja z koszmaru wciąż była żywa w głowie chłopca. Wytarł łzy, które pojawiły się w kącikach jego oczu i przez kilka sekund po prostu siedział po ciemku, zastanawiając się nad swoim najnowszym snem.
Wkrótce w drzwiach pojawił się Alfred i podszedł do chłopca. Widok lokaja żywego podbudował nieco ducha Bruce’a, przypominając mu, że tamta wizja była tylko sennym koszmarem. Mimo wszystko, w momencie, kiedy Alfred do niego podszedł, chłopiec go przytulił. Alfred przez chwilę odwzajemniał uścisk, ale potem go przerwał i spojrzał podopiecznemu w oczy.
- Miałeś kolejny zły sen, paniczu Bruce?
Bruce tylko przytaknął głową.
- Rozumiem. – Lokaj usiadł obok niego.
Alfred naprawdę starał się go pocieszyć za każdym razem, kiedy chłopiec miał sen o śmierci rodziców… ale po tylu okropnych nocach od tamtego fatalnego momentu lokaj nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Każde słowa pocieszenia wydawały się tracić znaczenie za każdym razem, kiedy je powtarzał. Tak więc tym razem Alfred postanowił milczeć i po prostu być, pokazując Bruce’owi, że był cały i zdrowy w swoim własnym domu.
- Ale tym razem – zaczął cicho Bruce i spojrzał na lokaja – ty też tam byłeś.
- Tak? – Alfred podniósł brwi. – I co tam robiłem?
- Zostałeś zastrzelony. Przez niego.
Alfred nie musiał nawet pytać o to, kogo panicz Bruce rozumiał przez „niego”.
Bruce spojrzał na Alfreda smutno i ciągnął dalej:
- Zastrzelił moją mamę i tatę, a potem zastrzelił ciebie.
- Jak przypuszczam, byłem tam, bo cię szukałem, paniczu Bruce.
- Prawdopodobnie tak.
- W takim przypadku miałbym swoją własną broń. – Alfred się uśmiechnął. – Jeśli miałbym cię szukać na ulicach Gotham, wziąłbym ze sobą coś, aby bronić siebie i ciebie. A skoro to byłby człowiek celujący do ciebie z pistoletu, zastrzeliłbym drania pierwszy. Przepraszam za moją łacinę – dodał.
Bruce zachichotał. To był widok tak rzadki w ostatnich dniach, że Alfred uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- No cóż. – Wstał. – Co ty na gorącą czekoladę przed snem, paniczu Bruce?
- Bardzo dobry pomysł. Dziękuję, Alfredzie.
I ten jeden przypadek, kiedy Alfred miał zły sen o Brucie
Kilka dni po tym, jak zabójcy wdarli się do domostwa Wayne’ów, Alfred miał koszmar.
W tym koszmarze biegał po magazynie, szukając panicza Bruce’a. Gdzieś z tyłu jego głowy wiedział, że Bruce jest w niebezpieczeństwie i potrzebuje pomocy. Tak więc Alfred biegał nerwowo po magazynie, przeszukując każdy kąt. Wreszcie zdając sobie sprawę z tego, że jego podopiecznego tam nie było, lokaj opuścił budynek… i wtedy dostrzegł panicza Bruce’a stojącego na dachu magazynu z zabójczynią, która celowała z pistoletu w skroń chłopca. Bruce wydawał się być taki przerażony… Ale w momencie, kiedy zobaczył swojego lokaja, jego twarz rozpromieniła się w nadziei na ratunek.
Jednakże zanim Alfred zdążył cokolwiek powiedzieć czy zrobić, kobieta wystrzeliła i lokaj ze zgrozą obserwował jak chłopiec dostaje kulkę i jak jego sztywne ciało spada na ziemię…
Alfred obudził się i natychmiast usiadł. Kiedy jego ręka dotknęła czoła, zdał sobie sprawę z tego, że się poci. Kilka sekund później udało mu się przekonać samego siebie, że był w salonie Wayne Manor, gdzie znów spędził kolejny wieczór na pomaganiu paniczowi Bruce’owi w jego śledztwie. Sam chłopiec siedział na kanapie, prawdopodobnie obudzony przez wybuch Alfreda, a teraz przyglądał się mężczyźnie ze zmartwieniem.
- Miałeś zły sen, Alfredzie. – Nie pytał, stwierdzał fakt.
Ale mimo to Alfred odpowiedział:
- Tak, miałem.
- Czy ja tam byłem? – Bruce uśmiechnął się.
Alfred również uśmiechnął się z powodu tego małego żartu, ale zaraz posmutniał. Nie chciał mówić Bruce’owi o tym, co widział w swoim śnie. Chłopiec miał swoje własne koszmary, nie potrzebował nowych.
- Nie ważne, paniczu Bruce. To był tylko sen.
- Jednak byłem w nim, prawda? – dopytywał się chłopiec.
Jego twarz była smutna, tak smutna, że lokaj nie mógł się oprzeć i przyznał:
- Tak, byłeś. A ja cię zawiodłem.
Bruce znów się do niego lekko uśmiechnął i odparł:
- Masz rację, Alfredzie, to był tylko sen. Tylko w snach możesz mnie zawieść.
Alfred chciałby, żeby tak było. Ponieważ wiele razy czuł się bezsilny wobec problemów chłopca i bał się dnia, w którym nie byłby w stanie uratować go od niebezpieczeństwa.
Mimo wszystko jednak, Alfred spojrzał na Bruce’a i uśmiechnął się do niego.
- Dziękuję, paniczu Bruce.

Wróć do „Filmy/TV”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości