|
[One Piece] --------------------- |
| Autor |
Wiadomość |
Szogun
amator


Wiek: 19 Dołączył: 05 Lut 2010 Posty: 18 Skąd: z dalek
|
Wysłany: 2010-02-07, 06:07 [One Piece] ---------------------
|
|
|
tytuł: brak
fandom: One Piece
kategoria: brak
opis: własny koniec serii
ostrzeżenia: ocieka angstem jak diabli
status: skończony
Heh z tymi fikiem wiąże się ciekawa historia. Ogółem nigdy przed napisaniem tej historii jak i zarówno potem nie pisałem tego rodzajów fików. Wyobraźcie sobie kolesia, który jedyny sensowny fik w swoim życiu jaki napisał, skierował do tej weselszej i nie wymagającej publiki. Nagle jednego dnia złapał doła, zapragnął pobawić się w śmierć i pana Zły Los. Ot w przeciągu chwili powstał ten fik, który potem ku memu zdziwieniu został uznany za mój najlepszy i jeden z najlepszych na portalu gdzie go umieściłem. Szczerze po dziś dzień nie wiem co jest w nim takiego niezwykłego. Ale co mi tam oto i on. Nie ma nazwy, nigdy bowiem owa nie powstała, może dlatego że nie chciałem tworzyć jakiegoś typowego angstowego tytułu, który przyprawiał by o ziewnięcie i gest, to już czytałem.
PS. Ostrzegam mnóstwo flashbacków, teraźniejszość co jakiś czas się przeplata z przeszłością i nie którzy zarzucili mi chaotyczność, ja jednak jestem w pełni zadowolony z formy jaką ten fik przybrał.
Sanji oparł się plecami o mur. Jego prawa ręka sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła skręta. Zoro oparł się obok niego, gdy ten przypalał papierosa. Twarze obydwu członków słomianych wyglądały okropnie. Sanji miał zmasakrowany nos, a włosy pozlepiane własną krwią. Za to szermierz prawe oko miał przymknięte. Całe jego okolice były jedną wielką krwawą raną. Biała koszulka była przesiąknięta purpurowym płynem. Obydwaj oddychali głęboko i niespokojnie. Wpatrzeni w ścianę naprzeciw nie odzywali się ani słowem. W końcu kucharz po woli obsunął się na ziemię. Jego plecy zostawiły za sobą krwawy znak.
- Oj Sanji…
Wyszeptał Zoro przechylając się lekko w jego stronę. Jego twarz przy tym wygięła się w grymasie bólu. Spojrzał z przerażeniem na kucharza. Ten skrył twarz za dłonią. Cały się trząsł, jego palce ścisnęły kurczowo filtr.
- Nie mogę…
Wyszeptał powoli. Uniósł lekko głowę. Zoro kątem oka dostrzegł łzę rozbijającą się o schody na których się znajdowali. Wstrząśnięty tym widokiem, nie wiedząc co ma zrobić położył dłoń na ramieniu Sanji’ego.
- Jakoś to będzie…
- Gówno! – Wrzasnął kucharz. – Ich już nie ma kapujesz? Nikogo, jesteśmy ostatni! A i po nas przyjdą!
Zoro przyjrzał się swojemu odwiecznemu rywalowi. Nawet serce szermierza nigdy tak bardzo nie cierpiało. Wszystkie te lata bólu i cierpienia doznanych podczas starć były niczym. Zoro stracił wszystko co miał cennego. Przyjaciół, towarzyszy podróży, z którymi szedł przez życie. On i jego odwieczny rywal zostali sami. Czuł się tak podle. Nie mógł wybaczyć ostatniego rozkazu kapitanowi.
„Zoro masz żyć! Bez względu na wszystko żyj!”
Głos kapitana huczał mu w głowie. Nie mógł uwierzyć, że Luffy’ego już nie było. Tym razem nie zostali rozdzieleni od siebie tak jak to było w przypadku Kumy na jakiś czas, ale na zawsze. Znowu ujrzał piekło.
Dragon wyszedł z ruin budynku marynarki. Jej główna siedziba legła w gruzach. Ku rozpaczy szermierza niósł na rękach bezwładne ciało własnego syna. Luffy wyglądał tak potulnie i spokojnie. Wręcz mogło się wydawać, że śpi w objęciach ojca. Nami zapłakała. Przytuliła się do Sanji’ego jeszcze mocniej. Ostatnia batalia kosztowała ich życiem szóstki członków słomianych. Marines upadło, brzemię ciążące nad światem w końcu zostało zdjęte. Dragon minął ich bez słowa. Położył ciało swojego syna obok ciała Robin. Wyglądali pięknie, jakby tylko na chwilkę przymknęli oczy ciesząc się swoją obecności. Po chwili rebelianci przynieśli Usoppa, Choppera i Franky’ego. Ciało cyborga było w straszliwym stanie, dlatego postanowiono je przykryć białą płachtą. Brook leżał głęboko pod gruzami, dlatego z jego wydobyciem trzeba było poczekać. Nami płakała głośno. Sanji poczuł jak mocno zaciska pięści na jego koszuli. Ta przesiąkła mu jej łzami. Ból jakim przepełniała go ta chwila był niewyobrażalny. Poczuł łzy spływające mu po policzkach. Przytulił nawigator jeszcze mocniej.
Dragon w końcu wyprostował się z nad ciała własnego syna i zwrócił się do zgromadzonych wszędzie ludzi.
- Chcę, abyście zapamiętali tę chwilę, jako początek nowej ery!
Jego głos rozległ się echem wśród rebeliantów i złapanych żywcem marines. Sanji i reszta zwrócili swój wzrok ku niemu.
- Czas władzy tych ludzi dobiegł końca! Wolność i sprawiedliwość którą fałszywie okłamywali ludzi w końcu będzie mogła nastać! Cieszcie się tą chwilą, ale nie zapomnijcie o zmarłych! Ta radość bowiem drogo nas kosztowała!
Tak, słowa Dragon rozbrzmiewały Zoro w głowie jeszcze wyraźniej. Sanji wyszeptał powoli.
- Dlaczego oni musieli umrzeć? Dlaczego oni, a nie my?
- Nie wiem.
Zoro siadł obok kucharza. Jego myśli szalały nie dając mu spokoju. Gnębiły go ciągle wspomnienia.
- Masz na sobie jej krew.
Wyszeptał Sanji. Zoro nie chciał sobie tego przypominać. Z całej siły uderzył w schodek. Ten się pokruszył na drobne kawałeczki.
- Dlaczego, to wszystko się tak skończyło. Co to za zwycięstwo?
- Nie wiem. Chodź muszę cię zabrać do lekarza.
- Nie chcę. To tobie Luffy kazał żyć. Ja chcę do reszty.
Zoro szarpnął kucharz i zajrzał mu w oczy.
- Nie zachowuj się samolubnie. Nie po to umarli, abyś teraz ich zawiódł. Chodź z twoją raną coraz gorzej.
Sanji objął ramieniem szermierza. Ten podniósł go. Wymagało to mnóstwa cierpienia z jego stron. Roronoa jednak nie dał po sobie znać jakiegokolwiek uczucia dyskomfortu. Po woli zaczęli schodzić w dół schodami. Oczy Sanji’ego skierowały się w kierunku krwawej koszulki Zoro. Znowu ujrzał go razem z nią.
Noc na Sunnym dobiegała końca. Zoro stojąc na rufie przyglądał się sunącym obok nich statkom rebeliantów. Ostateczna konfrontacja już wkrótce miał się odbyć. Nie potrafił z tego powodu usnąć. Pierwszy raz od dawna czuł ogromny niepokój. Przyglądając się ciemnemu morzu usłyszał kroki zbliżające się do niego. Odwrócił się w tamtym kierunku. Robin zbliżała się z dwoma kubkami.
- Proszę. Gorąca czekolada.
Zoro wziął kubek i napił się słodkiego napoju. Znów odwrócił wzrok. Spojrzał na statek Dragona. W jego kajucie ciągle świeciła się lampa co oznaczało, że on wraz z Luffym wciąż nie śpią. Nagle poczuł jak Robin obejmuje jego ramię. Ta sytuacja wprowadziła go w straszną panikę. Od zawsze unikał takich sytuacji, a tym bardziej, fakt że doszło do niej wraz z Robin, tym bardziej go peszył. Ta jednak przytuliła się głową do jego ramienia i wyszeptała.
- Boję się. – Głos jej zadrżał. – Naprawdę, pierwszy raz przy was się boję. Mam złe przeczucia.
Zoro poczuł, że Robin drży. Po prostu nie mógł w to uwierzyć, kobieta, która świetnie potrafiła maskować własne uczucia nie wytrzymała, a co najgorsze przyszła do niego z problemami. Szermierz był przerażony. W ogóle nie wiedział co zrobić. Fakt, że nawet Nico odczuwała lęk przed wielką bitwą wprowadzał go w jeszcze większą nostalgię. W końcu objął ją i po woli spokojnie wyszeptał.
- Nie martw się Luffy nie posłałby nas na szafot. Czuję, że to już będzie koniec naszych kłopotów.
Zoro brzydził się kłamstwem. Tym bardziej żal do siebie miał, za to ,że nie był w stanie powiedzieć Robin prawdy o tym co czuł. Stali tak razem w ciszy objęci i nie pewni tego co mają zrobić. Nami przyglądała się im z zazdrością przez okno w kuchni. Jak się okazało wszyscy nie potrafili usnąć tej nocy. Usopp, Sanji i Chopper siedzieli wraz z nawigatorką przy stole w ciszy i półmroku. Niepokój rozprzestrzenił się już po wszystkich.
Minęli ostatni schodek i wyszli po woli do dzielnicy portowej. Powolnym krokiem potoczyli się razem z Zoro ku okrętowi. Sanji nie wytrzymał i upadł na deski. Zoro przysiadł obok niego i zmęczony wyszeptał.
- Jeszcze trochę, słyszysz?
Sanji znowu się rozpłakał. Zoro także już dłużej nie mógł powstrzymać łez.
- Nami. Robin.– Wyszeptał Sanji. – Chłopaki.
Zoro chwycił mocno dłoń kucharza i starał się go podnieść go. Poczuł jednak stanowczy opór.
- Ja nie chcę. Wybacz mi, ale resztę drogi musisz przebyć sam.
Zoro zacisnął powieki i zęby.
- Przestań pieprzyć kretynie. Razem mamy jeszcze wiele do zrobienia.
Ku swemu przerażeniu Zoro poczuł jak uścisk dłoni kucharza wiotczeje. Puścił ją po woli. Ta opadła lekko na ziemię. Szermierz z niepokojem potrząsnął Sanjim. Nie chciał w to wierzyć, nie mógł. Przecież było ich troje. On nie mógł.
- Sanji błagam cię. – Zoro zaczynał się cały trząść. – Nie wolno ci. Słyszysz nie wolno ci mnie zostawiać! Luffy błagam weź i mnie!
Ostatnie słowa przerodziły się w krzyk. Objął ciało kucharza, które już po woli zaczynało tracić ciepło. Jego krzyk obudził ludzi w porcie. Rebelianci wybiegli grupkami na molo. W blasku latarni dostrzegli skurczonego Zoro trzymającego Sanji’ego w ramionach.
Pogrzeb odbył się popołudniu. Wszystkich członków słomianych kapeluszy pochowano wraz z resztą zmarłych w bitwie rebeliantów. Tak sobie zażyczyli Zoro, Nami i Sanji. Nami i Sanji założyli czarne stroje. Zoro pozostał w zakrwawionych ciuchach. W ten sposób chciał oddać cześć poległym. Zostali już dawno sami przy mogile. Reszta Rebeliantów udała się zająć naprawami statków i rozliczaniem z więźniami. Po woli niebo przesłoniły ciemne chmury. Deszcz spadł na ziemię po woli delikatnie pieszcząc najpierw trawę, później dopiero docierając do gleby. Nami oparta o Sanji’ego spojrzała, na Zoro.
- Co teraz zamierzasz?
- Mam zamiar wrócić na East. Muszę tam kogoś odwiedzić.
Nastała cisza. Nami za wszelką cenę chciała rozpocząć jakiś temat, rozmowę byle by przerwać milczenie. Na szczęście zrobił to za nią Zoro.
- A wy?
Odpowiedział mu Sanji.
- Ja i Nami zamierzamy udać się do Alabasty. Liczymy na to, że Vivi jeszcze nas pamięta. Ty też powinieneś.
Zoro spojrzał chwilę po czym odpowiedział.
- Sunny został spalony, skąd weźmiecie statek?
- Dragon obiecał nam jeden.
Zoro wyraźnie się wahał. A jeśli nie będą już w stanie nawzajem żyć obok siebie? Jeśli każde ich spotkanie będzie im tylko przypominało załogę, mogą wykończyć się psychicznie. Deszcz wzmógł się jeszcze bardziej dlatego postanowili rozmowę przełożyć na później. Zeszli powoli ze wzgórza. Gdy się rozstali Nami wciąż przy boku Sanji’ego spytała się.
- On ją naprawdę kochał?
- Mam nadzieję kochanie, że tak.
Ciało kucharza trzeba było wyrwać ze stalowego uścisku Zoro. Rebelianci delikatnie zabrali je na pokład Clawa, reszta natomiast poinformowała o całym zajściu Dragona. Ten nakazał przenieść szermierza do szpitala polowego. Gdy opatrzono Roronoe, postanowił złożyć mu wizytę. Wszedł za kotarę, która zakrywała część namiotu z rannymi. Podszedł do niego główny lekarz z wynikami.
- Niestety wieści mam nie najlepsze. Zoro ma pęknięte prawe płuco, połamane ze cztery żebra oraz co najgorsze odklejoną siatkówkę na prawym oku. Ciężko mi stwierdzić cokolwiek, ale obawiam się, że już nigdy nic nie ujrzy na to oko.
Dragon zmarszczył brwi. Lekarz kontynuował.
- Sanji czarna noga zmarł już w dokach, nasz pomoc jednak i tak by na nic się nie zdała ponieważ rany jakich doznał wyniszczyły ponad połowę jego ciała. Za przyczynę śmierci można uznać krwiak, który powstał na wątrobie, do tego cały jego lewy bok był zmiażdżony.
- O czym ty ze mną w ogóle rozmawiasz.
Wyszeptał Dragon.
- Nie rozumiem.
- Co się stało do jasnej cholery, przecież wygraliśmy, kto im to zrobił? Kiedy i w jaki sposób?!
Lekarz przeraził się tonu swego dowódcy. Dragon jednak szybko się opanował.
- A nawigator?
Lekarz przecząco pokiwał głową.
- Znaleźliśmy ją na szczycie latarni. Już była martwa.
Dragon nie mógł w to uwierzyć. Czyżby jeden z jego śmiertelnych wrogów przeżył? I to po tym jak stracił syna.
- Muszę się zobaczyć z Zoro!
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę na to…
Przywódca rebeliantów obrzucił go dzikim spojrzeniem.
- Na końcu Sali, trzecie łóżko po lewej.
Deszcz cicho stukał w dach wieży morskiej. Ciemne chmury, w żaden sposób nie chciały ustąpić dniu. Niebo od pogrzebu wciąż opłakiwało zmarłych. Sanji wraz z Nami skryli się w tej latarni nie tylko przed pogodą, ale wydawało im się, że przed całym światem. Chcieli być w końcu razem, sami. Móc w końcu się nacieszyć sobą. Za nim i to stracą. Przytuleni razem, siedzieli na starym kocu. Żadne z nich się nie odzywało. Sanji ze smutkiem spojrzał na bladą twarz nawigatorki. Powoli pogładził jej piękne pomarańczowe włosy. Dziwne, ale mógł przysiąść, że poczuł zapach pomarańczy. Jeszcze nigdy nie łączyła go z nią tak silna więź. Teraz kiedy zostali sami, musieli o siebie dbać. Nami nie mogła za to zebrać myśli. Jeszcze nigdy nie była tak zagubiona. Co miała teraz zrobić? Sanji chciał wrócić do Alabsty, a ona nie chciała się z nim rozstawać. Teraz jednak, sama pragnęła ujrzeć znowu Cocoyashi, Nojiko i resztę. Delikatny pocałunek kucharza spadł na jej czoło. A wraz z nim, całe jej ciało ogarnęła niezwykle przyjemna fala ciepła. Odwróciła ku niemu twarz. Objęła go za szyję i przyciągnęła do siebie. Ich pocałunek był bardzo głęboki i namiętny. Nigdy jeszcze się tak nie zbliżyli. Obydwoje jednak żałowali, że aby mogło do tego dojść będą musieli tyle wycierpieć i stracić. Nie przerwali swego uścisku, każde z nich pragnęło przeciągnąć tą chwilę jak najdłużej. Los jednak sprawił im o wiele gorszą niespodziankę. Gdy tylko po woli zaczęli znów odnajdywać szczęście jaśniejący pocisk wszystko zakończył.
- Jak do tego doszło?
Zoro patrzył odkrytym okiem w sufit. Deszcz znowu padał.
- Po prostu poczułem to samo okropne uczucie, co przed bitwą. Tym razem nie pozwoliłem, aby moje zmysły znowu zostały przeze mnie zignorowane.
Roronoa zaczerpnął głęboko powietrze. Dragon cierpliwie czekał przy łóżku. Szermierz w końcu kontynuował.
- Ruszyłem pędem w kierunku, który uznałem za słuszny, niestety nie mogłem znaleźć miejsca, w którym rozstałem się z Sanjim i Nami.
- Dlaczego szukałeś właśnie ich?
Zoro spojrzał na Dragona zmęczonym wzrokiem.
- Bo to byli jedyni moi przyjaciele, których miałem na tym świecie. Więź która nas złączyła jest nie przerywalna i wiem, że nawet po śmierci doprowadzi mnie do nich.
Dragon w końcu ujrzał światło w ciemnej otchłani jaka spowiła ostatnio jego serce. A więc jednak, cała jego Załoga, dzięki racjom jakimi kierował się jego syn, nadal żyła w szermierzu.
- Usłyszałem dźwięk zbitego szkła. Szybko udałem się w tamtym kierunku i ujrzałem, że coś dzieje się w latarni. Pędziłem najszybciej jak mogłem.
Zoro znowu zamyślił się przez chwilę. Całym sobą czuł, że dalej nie podoła. On najtwardszy i najzimniejszy ze słomianych w końcu zaczął okazywać swoją słabość.
- Kto to był?
Spytał stanowczo Dragon. Zoro jednak kontynuował swoją opowieść.
- Zobaczyłem jak Sanji, płacze nad zakrwawioną Nami. Jak stara się do niej doczołgać. A ten drań bawił się jego bólem. Ten pieprzony dupek, przytrzymywał go nogą. Śmiał się gdy ten błagał go, żeby puścił go do niej.
- Kto to był!
Wrzasnął Dragon. Zoro spojrzał spokojnie na ojca Luffy’ego.
- Kizaru.
Buntownik nie mógł uwierzyć. Przecież sam własnoręcznie go zabił. To musiała być pomyłka.
- To nie możliwe. W takim razie gdzie jest?
Zoro zamknął oko i wyszeptał.
- Zabiłem go. Zniszczyłem światło, które dawało mrok. Człowieka, który pokazał, że nawet prawi ludzie są w stanie zejść na złą ścieżkę.
Zoro zachrapał cicho.
- Oj Robin!
Zoro podbiegł do archeolog opartej o ścianę. Ta siedziała skulona. Przed nią leżał trup Don Flamingo. Z ust ciekła jej strużka krwi. Zoro przykucnął naprzeciwko niej. Wtedy ujrzał przeciągłą ranę wzdłuż klatki piersiowej, aż do brzucha. Jego serce momentalnie przyśpieszyło i jak oszalałe próbowało wyrwać mu się z klatki piersiowej.
- Przepraszam cię.
Wyszeptała Robin po cichu. Odwróciła wzrok pragnąc, aby Zoro nie ujrzał jej łez. Ten ku jej zdumieniu przytulił ją mocno do siebie. Po woli ostrożnie podniósł ją i wziął na ręce. Ruszył ku wyjść z budynku. Gdzieś w oddali szalały płomienie, ale on nie przejmował się niczym. Jego ciało pragnęło tylko jednego, aby ona przeżyła.
- Mam nadzieję, że Luffy będzie ze mnie dumny.
Wyszeptała.
- Głupia. – Wydukał przez łzy Zoro. – Nie mów tak jakbyś miała umrzeć.
Zaczął się w duchu przeklinać. Gdzie było to cholerne wyjście? Czuł jak życie ulatuje z Robin wraz z każdą kroplą jej krwi.
- Cholera! Gdzie jest wyjście?!
Wrzasnął rozwścieczony. I wtedy poczuł jej pocałunek na swoim policzku. Ona nie mogła umrzeć. Nie w jego ramionach. Z dziką frustracją jednym kopnięciem zmiótł ścianę przed sobą. Od ziemi dzieliły ich jakieś trzy piętra, ale Zoro skoczył w dół. Z gracją, najdelikatniej jak potrafił wylądował na ziemi. Pobiegł prosto w kierunku szpitala polowego. Jego biała koszulka kapała krwią Nico. Biegł przed siebie panicznie szukając pomocy dla zmarłej Robin.
Półtorej roku później w maleńkiej wiosce na East Blue dało się słyszeć wieści o tajemniczym szermierzu, który przypłynął okrętem rebeliantów. Ludzie przyglądali mu się z szacunkiem. Rebelianci, zostali w końcu wynagrodzeni za trud i poświęcenie. Szermierz udał się do bogatego dworku umieszczonego na wzgórzach nieopodal wioski. Podszedł do bramy i przedstawił się dwóm ochroniarzom. Ci wpuścili go bez słowa. Zoro zastał Kayę podlewającą kwiaty w ogrodzie. Gdy go zauważyła konewka wypadła jej z dłoni. Zoro nie mógł znieść widoku kolejnej płaczącej twarzy. Wręczył jej bez słowa małe zawiniątko. Była w nim maska Soge Kinga. Króla strzelców i jednego z członków słomianych kapeluszy. |
_________________ Przyjaźń - najlepsze złoto świata -
nieśmiertelny "X" - Ecchicon 4
 |
| Ostatnio zmieniony przez Vampircia 2010-04-21, 18:40, w całości zmieniany 3 razy |
|
|
|
 |
Natka
pisarz

Wiek: 21 Dołączyła: 07 Sty 2010 Posty: 150
|
Wysłany: 2010-02-07, 17:31
|
|
|
Widziałam bardziej chaotyczne rzeczy ;P A fik rzeczywiście dołujący... Co do tego, dlaczego ludzie oceniają tak, a nie inaczej... Ogólnie jest tendencja do a)przedkładania literatury zdolnej wywołać w kimś emocje nad pozostałą, co jest oczywiste i b) dzieł smutnych nad wesołe, co w sumie zapewne dałoby się wytłumaczyć za pomocą psychologii, ale ja tego wytłumaczenia nie znam.
W każdym razie udało Ci się napisać dobrego angsta, więc się ciesz, a nie zastanawiaj. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Szogun
amator


Wiek: 19 Dołączył: 05 Lut 2010 Posty: 18 Skąd: z dalek
|
Wysłany: 2010-02-07, 18:32
|
|
|
| Kurdeee XD a już miałem nadzieje że to dzięki stylistyce i pomysłowi XD a to po prostu natura ludzka XD ale dziękuję za komentarz. |
_________________ Przyjaźń - najlepsze złoto świata -
nieśmiertelny "X" - Ecchicon 4
 |
|
|
|
 |
Natka
pisarz

Wiek: 21 Dołączyła: 07 Sty 2010 Posty: 150
|
Wysłany: 2010-02-07, 19:20
|
|
|
| Sorry, Winnetou ;P Poza tym powiedziałam, że dobrze napisane, w tym się stylistyka przecież zawiera ;P |
_________________
 |
|
|
|
 |
bassiunia
debiutant


Wiek: 27 Dołączyła: 11 Sty 2010 Posty: 57 Skąd: Ankh-Morpork
|
Wysłany: 2010-02-08, 17:10
|
|
|
Bardzo dobrze się czytało, mimo sporej ilości błędów. Nie obrażaj się, proszę. To moje zboczenie. ^^' I obiecuję betę, jeżeli przyślesz to do mnie. xD
Dołujące? Może trochę faktycznie. Ale mnie podniosło na duchu. Nie, nie jestem chora na głowę. Po prostu cieszy oko opowiadanie, w którym:
a) nie ma na dobrą sprawę wątku miłosnego
b) nie ma 'scenek'
c) jest przyjaźń
d) jest pomysł
e) jest PRZEKAZ
Great! ^^ Tylko tak dalej. |
|
|
|
 |
Jutsu
uczeń

Dołączył: 02 Sty 2010 Posty: 41
|
Wysłany: 2010-02-22, 23:41
|
|
|
Więc tak, na pewno wywołałeś we mnie emocje, a to się naprawdę chwali. Sam tekst do mnie już nie przemawia. No ale mało czytam rzeczy o tej tematyce wiec to też co innego.
Napisałeś to w fajny interesujący sposób. Chaos jest widoczny i raz się pogubiłem ale szybko wróciłem na właściwy tor. Nie będę się czepiał twojej wersji paringów. Dziełko jest krótkie, ale naprawdę niezłe. Co mnie nurtuje to wzianka o Kumie, fika tego napisałeś przecież będzie jak sabaody nie pojawiło się w anime. Inna sprawa że dopiero teraz to przeczytałem. Właściwie powinienem dostać za to po ryju^___^ Wiesz,w czasie gdy to pisałeś ja nie czytałem fików. Zacząłem czytać dużo po. i jakoś tak "iroiro ga atta" moim zdaniem nie da się tego przetłumaczyć. No ale uproszczając " wiele się wydarzyło".
Sam fik jest bardzo taki hmm taki atakujący w widza. Bombardujący go ze wszystkich stron różnymi opisami mającymi tylko i wyłącznie rozpierdzielić odbiorcę. Dla mnie wszystko układa się w logiczna całość, samo ułożenie (bo przecie nie chronologia) tych kawałków jest czymś wspaniałym. Te opisy, bohaterowie. Co prawda bym się przyczepił ale na co i poco. Fik bardzo mi się podobał, zadziałał tak jak powinien i to ci się chłopie chwali.
A teraz pytanie. Jak się pisze powoli czy po woli? No jest tak, że czytam sobie i jakbym co jakiś czas przeżywam porażenie prądem... no... Oczywiście nie chodzi tylko o to |
|
|
|
 |
Szogun
amator


Wiek: 19 Dołączył: 05 Lut 2010 Posty: 18 Skąd: z dalek
|
Wysłany: 2010-03-05, 23:14
|
|
|
| Szczerze jestem zdumiony twoim postem Jutsu, obawiałem się jakiejś surowej oceny, uchodzisz w końcu za wymagającego czytelnika. Dlatego jest mi niezmiernie miło, że tka stare wypociny, pisane ode ręki przypadły ci do gustu. Chaos był jak najbardziej zamierzony, tak aby dopiero pod sam koniec można było wszystko sobie logicznie poukładać. Co do powoli nie wiem, word mi sam go poprawiał na od dzielną pisownie XD |
_________________ Przyjaźń - najlepsze złoto świata -
nieśmiertelny "X" - Ecchicon 4
 |
|
|
|
 |
Vampircia
administrator

Wiek: 28 Dołączyła: 28 Gru 2009 Posty: 351 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2010-03-29, 20:53
|
|
|
| Ogłoszenie: Ten fanfik wygrał konkurs w kategorii najlepsza jednoczęściówka. |
_________________
I powiadam wam, nie ma takiego słowa jak "fanfick". |
|
|
|
 |
Szogun
amator


Wiek: 19 Dołączył: 05 Lut 2010 Posty: 18 Skąd: z dalek
|
Wysłany: 2010-05-04, 00:47
|
|
|
jeszcze raz ... że co zrobił ? oO
ja nie wierzę po prostu ... żeby człowiek stworzył coś dobrego musi zrobić to nagle, pod wpływem emocji (w tym przypadku negatywnych) i w nie swoim stylu... echhh
tak czy siak dziękuję XD pytanie kto na to głosował XD skoro komentów prawie nie ma XD ? |
_________________ Przyjaźń - najlepsze złoto świata -
nieśmiertelny "X" - Ecchicon 4
 |
|
|
|
 |
|
|
| Strona wygenerowana w 0.11 sekundy. Zapytań do SQL: 9 |
|
|
|