[Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Tutaj zamieszczamy fanfiki do wszelkich japońskich komiksów i animacji.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 11
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

[Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 06 lis 2019, 20:12

Tytuł: "Tylko jeden człowiek"
Fandom: Attack on Titan
Opis: Historia znajomości Leviego i Erwina, rozpoczynająca się od momentu zakończenia mangi/anime "Bez żalu". Między bohaterami powoli tworzy się niezwykła więź, uczą się ufać sobie nawzajem. Levi, początkowo niechętny, zaczyna przekonywać się do kapitana. Tylko jeden człowiek jest w stanie przebić się przez mur obojętności, jaki Levi wokół siebie wybudował po tym, gdy utracił Isabel i Farlana. Minie trochę czasu zanim obaj będą umieli nazwać uczucie, które ich połączy.
Ostrzegam, że akcja rozkręca się bardzo powoli, ale obiecuję, że kto czeka, ten dostaje nagrodę:)
Ostrzeżenia: slash (naprawdę dużo gejozy), trochę krwi i flaków (w końcu walczą z Tytanami, ale nie będę tym epatować).
Znajomość fandomu: wydaje mi się, że wskazana, choć staram się wyjaśniać na bieżąco wiele kwestii.
Status: niezakończony, planowane ok. 15 rozdziałów.
(Miałam się jeszcze wstrzymać, ale jestem ciekawa, czy w ogóle kogoś historia zainteresuje i czy są tu w ogóle fani SNK).

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Będę podążał za nim,
aż do grobowej deski.


Levi wsłuchiwał się w stukot kopyt, który rozlegał się dookoła. Znajdował się praktycznie na samym końcu formacji, miał stąd dobry widok na całą przestrzeń. Jego towarzysze milczeli, każdy z nich jechał w zupełnej ciszy. Atmosfera była zupełnie inna niż kilka tygodni temu, kiedy to Levi wyruszył poza mury po raz pierwszy. Wtedy dookoła słychać było wesołe śmiechy, przechwałki, pogodne rozmowy.

Levi pamiętał uśmiech Isabel, jadącej obok niego na koniu. Pamiętał zachwycone spojrzenie Farlana, gdy ten ujrzał prawdziwy las po raz pierwszy w życiu. Wiele zmieniło się od tamtego czasu…

Levi podniósł głowę, zauważył bowiem jakiś ruch. Wpatrywał się w dwa ptaki, które wznosiły się w niebo tuż nad ich głowami. Przywiodły mu wspomnienie z przeszłości, kiedy mieszkali jeszcze w ciemnościach pod miastem, gdy udało im się wypuścić na wolność zbłąkanego ptaka. Wspomnienie to wydawało mu się teraz pochodzić z innej rzeczywistości, innego życia.

Powiódł wzrokiem na przód formacji.

Wbił wzrok w plecy wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna.

Choć znał go dopiero kilka tygodni, dobrze wiedział, jak w tym momencie wygląda twarz Erwina. Zdecydowane spojrzenie, pozbawione lęku, za to pełne determinacji i niezłomnej wiary w sukces.

Levi nie podzielał podobnych przekonań.

Nie wiedział czasem, co tak naprawdę tutaj robił – jak to się stało, że wylądował w takim miejscu. Odkąd utracił swoich przyjaciół, nie mógł znaleźć dalszej drogi, żadnego sensu. To czysty przypadek, że akurat znalazł się wśród zwiadowców, że dołączył do ich sprawy, choć do końca w nią nie wierzył.

Potrzebował jednak jakiejś idei, jakiegoś sposobu na życie, a walka z tytanami była dla niego idealnym sposobem. Gdy przemieszczał się ponad drzewami za pomocą trójwymiarowego manewru, czuł pulsującą w żyłach adrenalinę, świst powietrza we włosach, czuł, że przynajmniej w danej chwili to jest jego miejsce. Na dodatek był w tym naprawdę dobry.

Z zamyślenia wyrwał go głos dowódcy, Keitha Shadisa:

- Dwójka dziesięciometrowych tuż przed nami! Tym razem nie unikniemy walki! Przygotować się do ataku!

Zwiadowcy rozproszyli się na boki, układając się w formacje zgodne z ich przynależnością do oddziału. Po śmierci Isabel, Farlana i ich dowódcy, Flagona, Levi znalazł się w oddziale Erwina, razem z Hanji, Moblitem, Michem i Biancą. Nie znał ich wszystkich jeszcze na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak sprawdzą się w walce z tytanami. Hange była dziwna i dużo mówiła, choć wydawała mu się raczej niegroźna. Nie rozumiał jej fascynacji tytanami. Moblit był w miarę normalny (jeśli nie liczyć jego uwielbienia do alkoholu) i jako jedyny z niewielu zwiadowców zyskał szacunek Leviego tym, że w kwaterach również dbał o porządek. Miche był skupiony i inteligentny, ale miał kilka dziwnych zwyczajów, jednym z nich było wąchanie wszystkich i wszystkiego dookoła. Bianca była spokojna i w miarę cicha, ale nie wydawała się zbyt silna. A Erwin… wciąż był dla Leviego zagadką.

Grupa przed nimi podniosła się z koni i zdecydowała rozpocząć atak na najbliższego tytana. Jedna osoba pozostała na miejscu, aby poprowadzić pozostawione konie. Levi widział, jak jedna osoba z grupy celuje w kark olbrzyma. Jeśli dobrze pamiętał, zwiadowca ten miał na imię Fergus. Atak okazał się jednak niecelny. Zwiadowca otarł swoje ostrze o szyję tytana. Monstrum złapało go w powietrzu i zanim ktokolwiek zdołał wykonać jakiś ruch, tytan odgryzł zwiadowcy głowę. Uszy Leviego wypełnił krzyk jadącej z końmi dziewczyny. Podniosła się błyskawicznie i uruchomiła sprzęt do trójwymiarowego manewru.

- Frida, zatrzymaj się! – Zawołała Hanji, jadąca obok Leviego. Dziewczyna jednak jej nie słuchała. Rzuciła się na tytana, wyciągając przed siebie ostrze. Tytan obejrzał się na nią i machnął ręką w jej stronę, zahaczając ręką o linkę do trójwymiarowego manewru, na którym wisiała Frida. Dziewczyna została siłą zepchnięta w bok, uderzyła plecami o najbliższe drzewo i spadła na ziemię z wysokości trzech metrów.

- Przygotować się do ataku… - odezwał się Erwin, urwał jednak, dostrzegając jakiś ruch w powietrzu. Levi błyskawicznie znalazł się za tytanem, wyciągając ostrze w jego stronę i głęboko rozcinając mu kark. Krew rozprysła na trawę przed nimi. Ackerman opadł na ziemię, tuż przy nieruchomym ciele Fridy. Usłyszał za sobą huk padającego na ziemię cielska tytana.

- Co z nią? – Zapytała Hanji, podjeżdżając i zeskakując z konia. Przetarła rękawem swoje okulary, brudne od krwi tytana. Po chwili zatrzymali się obok niej pozostali członkowie oddziału.

- Żyje, jest trochę potłuczona. – Odpadł Levi, podnosząc się z kolan. – Zajmijcie się nią.

- Już… Zaraz, a ty co zamierzasz zrobić? – Spytała Hanji, jednak Levi nie tracił czasu na odpowiedź. Wzniósł się w górę i skierował do kolejnego tytana.

- On zupełnie nie współpracuje! – Zawołał Miche, podjeżdżając do Hanji.

Erwin wpatrywał się w Leviego bez słowa, lecz z błyskiem w oku.

Levi przemieścił się do kolejnej grupy, która bezskutecznie atakowała kolejnego tytana. Ciemnowłosy śmignął tuż obok jednego ze zwiadowców, przeleciał obok tytana, pozbawiając go fragmentu karku. Nie czekał, aż ciało upadnie, zahaczył sprzęt o drzewo, by przemieścić się w stronę kolejnego olbrzyma, który właśnie pojawił się na widoku. Tym razem był to odmieniec. Z przerażającym uśmiechem pożerał jednego z ich towarzyszy, Levi nie umiał ocenić po samych butach, kto to był.

Zakręcił się wokół głowy tytana i z całej siły zatopił ostrze w jego karku. Siła jego uderzenia sprawiła, że tytan poleciał do przodu, wypluwając z ust nieprzytomnego zwiadowcę. Ciało tytana upadło na ziemię, nieruchome i dymiące.
Levi oddychał szybko, czując pulsujące z wysiłku mięśnie. Grupa, której członka właśnie uratował, wpatrywała się w niego w milczeniu. Odwrócił od nich wzrok i rozejrzał się po okolicy. Wszystkie tytany leżały nieruchomo, pokonane. Było ich w sumie sześć. Sam zabił trzech.

*

Godzinę później razem z Hanji rozstawiał namiot. Zwiadowcy wjechali na polanę w samym środku lasu, robiło się ciemno. O tej porze aktywność tytanów była raczej zerowa, jeśli nie liczyć odmieńców. Tych wypatrywały osoby stojące na straży, zmieniały się co parę godzin.

Levi wykonywał swój obowiązek w ciszy, reszta zwiadowców zaczęła rozmawiać między sobą. Poczuli się trochę bezpieczniej, jeśli w ogóle można użyć tego sformułowania, będąc poza murami. Pośrodku obozu rozpalono duże ognisko, siedział tam dowódca Shadis, a także Erwin i dwie inne osoby. Uzupełniali mapy.

- Tego terenu nie odnotowaliśmy wcześniej. Znajduje się on między strefą ze zwiększoną ilością tytanów, tutaj jednak ich nie zauważyliśmy. Przynajmniej na razie. – Mówił jeden z rysowników mapy.

- Jeśli taki stan się utrzyma, będzie to mogło być nasze stałe miejsce na rozbijanie obozu w trakcie wyprawy za mury w tych rejonach. – Powiedział drugi rysownik.

Levi przestał słuchać, gdyż podeszła do niego dziewczyna z głową owiniętą bandażem. Rozpoznał w niej Fridę.

- Dziękuję ci za pomoc. – Powiedziała słabym głosem. W jej oczach dostrzegał pustkę, którą znał zbyt dobrze. – Gdyby nie ty, zginęłabym dzisiaj.

Levi miał wrażenie, że w jej głosie nie ma zbyt wiele wdzięczności. Był to obojętny ton, równie dobrze mogła czuć do niego pretensje, zawód, że uratował ją, zamiast… Pozwolić jej umrzeć.

- To nic takiego. – Odparł chłodno, przebijając ostatni kołek do ziemi.

Dziewczyna patrzyła na niego chwilę, a potem odeszła do swojego namiotu.

Hanji patrzyła za nią, a potem usiadła na trawie przed namiotem i poprawiła okulary.

- Odwaliłeś dziś kawał dobrej roboty, Levi. Uratowałeś dwóch naszych. Frida już czuje się lepiej, a Artem też się z tego wyliże. Tytan go nawet nie ugryzł, trzymał go po prostu w gębie.

Levi usiadł obok niej i podłożył drewna do ich małego ogniska, nad którym powoli zaczynała gotować się woda.

- Miał szczęście. Z kolei Fergus go nie miał.

- Ty też miałeś szczęście. – Powiedział Miche, wychodząc zza namiotu i rzucając Hanji, a następnie Leviemu po zawiniątku. – Następnym razem powinieneś zostać w swojej grupie i słuchać rozkazów. Widziałem, jak prawie zderzyłeś się w powietrzu ze zwiadowcą z innej grupy.

- Oj, Miche, misiaku, nie narzekaj… Levi załatwił dziś trzech Tytanów praktycznie po kolei, przed nim nikt tego nie dokonał! – Hanji uśmiechnęła się szeroko do Leviego, a potem rozwinęła swój pakunek. W środku była manierka z wodą, suszona wołowina i suchary. – O, widzę, że znów dostaliśmy pyszności!

- Może i tak, ale jeśli oznacza to ryzykowanie zdrowia i życia własnych towarzyszy… To nie wiem, czy jest się czym chwalić.

Levi zdjął rondelek znad ogniska i zalał sobie herbatę, a potem spojrzał na Miche’a.

- Skończ gadać, odbierasz mi apetyt.

Miche rozszerzył oczy, oburzony takim komentarzem. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przybiegła do nich Bianca, w rękach niosąc swoją rację żywnościową oraz jeszcze jedno małe opakowanie. Tuż za nią szedł Moblit.

- Udało mi się dostać kilka ciastek! Mam po jednym dla każdego z nas.

Dziewczyna usiadła obok Leviego i poczęstowała go ciastkiem, ten jednak pokręcił głową. Bianca opuściła dłonie z opakowaniem, a wtedy Levi zauważył jak jej blady uśmiech zamienia się w wyraz smutku i zwątpienia. Jak gdyby tak zwykła rzecz jak dzielenie się jedzeniem utrzymywała jej już i tak słabą psychikę. Przypomniał sobie teraz, że musiała dobrze znać Fergusa.

Bez słowa sięgnął po ciastko i wpakował sobie do ust.

Żując suchy poczęstunek, czuł na sobie spojrzenie uradowanej Bianki. Po chwili wdała się w cichą rozmowę z Moblitem i Hanji. Słuchając ich, Levi napił się herbaty, która smakowała wspaniale.

*

Godzinę później, gdy zmrok zapadł już zupełnie, Hanji zasnęła na trawie, Bianca w jednym z namiotów, a Moblit w drugim. Miche zasnął oparty o pień drzewa. Levi sięgnął po swój zielony płaszcz i przykrył nim Hanji, która odezwała się jeszcze przez sen:

- Tylko pożyczę sobie jego głowę, zbadam ją i ci oddam…

Ackerman uśmiechnął się lekko do siebie, a potem skierował w stronę dyżurujących strażników. Ten, do którego podszedł, drzemał w najlepsze. Był jednym z nowicjuszy, miał młodą, gładką twarz, brązowe włosy, kilka piegów na nosie i delikatnie odstające uszy.

- Tytani na dwunastej. – Szepnął mu do ucha Levi, na co ten poderwał się na równe nogi, przerażony. Rozejrzał się, lecz gdy nie zobaczył wrogów, uspokoił się. Jednak na widok Leviego zaczerwienił się po same uszy. Był chudy i wyższy od Leviego o głowę.

- Ja… Nie spałem… Oczy mi tylko odpoczywały!

- Przejmuję twoją wartę. Następnym razem zgłoszę cię do twojego kapitana.

Levi zabrał chłopakowi flarę i zajął miejsce na jego posterunku. Chłopak podrapał się w głowę, a potem odszedł bez słowa, ziewając. Ackerman spojrzał w ciemne niebo, pełne chmur. Myślał, że ujrzy gwiazdy, ta noc była jednak bardzo ciemna. Na szczęście nie padało.

Usłyszał nagle czyjeś kroki, które zbliżały się w jego stronę.

Nie obejrzał się, gdyż znał już te kroki.

- Odesłałeś Zacka z warty? – Spytał Erwin, zatrzymując się obok siedzącego na trawie Leviego. – Z tego co wiem, nie masz dziś dyżuru.

- Nie mogłem spać. A ten idiota i tak chrapał głośno kiedy się tu zjawiłem.

Erwin uniósł delikatnie kąciki ust. Był to rzadki widok, Levi patrzył przez to na swojego kapitana trochę dłużej.

- Dobra robota dzisiaj. Uratowałeś dwójkę naszych. Byłeś niesamowity. Wszyscy są ci bardzo wdzięczni.

- Nie robię tego dla podziękowań. – Levi przewrócił oczami. – Poza tym kilka osób zginęło.

- Nie da się uratować wszystkich. Zawsze trzeba coś utracić.

Erwin usiadł na trawie obok Leviego. Ciemnowłosy spojrzał na blondyna kątem oka.

- To twoja druga wyprawa. Chciałbym wiedzieć, jak podchodzisz do sprawy. Jeśli masz jakieś przemyślenia, chętnie ich wysłucham.

Levi przekładał w dłoniach pistolecik do wystrzelania alarmowej flary. Całe życie, spędzone w podziemiach, nauczyło go, że musiał radzić sobie sam, a jego relacja z władzą i żandarmerią nie należała do najlepszych. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego, że Erwin, jako jeden z kapitanów, naprawdę zdaje się mu ufać. Zwłaszcza po tym, jak jeszcze niedawno Levi próbował go zabić…

- Dymne sygnały ograniczają straty w ludziach. Formacja dzięki temu porusza się sprawniej i bezpieczniej. Jedna osoba z oddziału, która pozostaje z końmi, jest niezbędna do tego, aby cała formacja posuwała się do przodu. Niepokoi mnie oczywiście to, że podczas każdej wyprawy ginie tylu nowicjuszy.

Erwin patrzył w niebo, a Levi domyślał się, że również wrócił myślami do ich poprzedniej wyprawy, podczas której zginęła dwójka przyjaciół Leviego.

- To prawda. Przez brak doświadczenia są najbardziej narażeni na atak tytanów. Podejmują też nieprzemyślane decyzje. Jednak nie umiemy jeszcze tego unikać.

- Jestem tego świadom. Cóż, przystąpili do zwiadowców z własnej woli, więc podejrzewam, że muszą wiedzieć, na co się piszą. – Mówiąc to, Levi położył się na trawie i splótł ręce za głową. Przed oczami miał ciemne, nocne niebo, pokryte chmurami. – Nikt ich przecież nie zmuszał. Muszą wiedzieć, że stawką jest ich życie. Na pewno znają historię o powracających zza muru zwiadowcach, rannych i w okrojonym składzie. Tak między nami, dziwię się, że wciąż znajdują się na to chętni.

Na moment zapadła cisza. Levi zerknął na Erwina. Ten odezwał się po chwili:

- Czasem, gdy wracamy zrezygnowani z wypraw za mur, w tłumie zawsze znajdą się jacyś ludzie, którzy są nam wdzięczni. Porusza mnie też widok dzieciaków, które spoglądają na nas z podziwem i dumą. Wydaje mi się, Levi, że nawet w najczarniejszych chwilach znajdą się tacy, którzy będą chcieli podążać z nami naprzód. Może mamy szczęście, ale udaje nam się werbować właśnie takich ludzi. Jest Hanji. Moblit, Bianca, Moses, Artem. Jest Miche, może wydawać się trochę nieprzystępny, zwłaszcza po tym jak się poznaliście, ale to świetny towarzysz… No i jesteś ty. – Erwin w tym momencie odwzajemnił spojrzenie Leviego. – Potrzebujemy cię.

Wpatrywali się w siebie przez moment. Levi nie wiedział, co powiedzieć, a zirytowało go to, gdyż zawsze miał gotową sarkastyczną odpowiedź na wszystko…

Nagle zmrużył lekko oczy i spojrzał w górę. Chmury rozstąpiły się, ukazując kilka samotnych gwiazd i cienki sierp księżyca. Czekał na ten moment cały wieczór. Erwin podążył za jego spojrzeniem, po czym podniósł się powoli.

- Jeśli jednak zdecydujesz się iść spać, zbudź Moblita, rankiem to on miał przejąć dyżur. Ja muszę choć na chwilę przyłożyć głowę do materaca… Dobrej nocy.

Levi skinął głową i popatrzył za oddalającym się kapitanem.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2549
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 09 lis 2019, 11:16

Na razie jest tego trochę za mało, żebym mogła się wypowiedzieć konstruktywnie. Ale sama przyznałaś, że akcja rozkręca się powoli, więc uzbroję się w cierpliwość i będę czytać dalej, bo czuję się zachęcona. ErwinxLevi to mój ulubiony pairing z SnK, więc wyczekuję nagrody:P
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 11
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 10 lis 2019, 00:43

Cieszę się bardzo, że nie jestem tu sama, jeśli chodzi o uwielbienie do tego pairingu!:) I obiecuję, że nagroda będzie.

ROZDZIAŁ DRUGI

- Otworzyć bramę!

Zwiadowcy wjechali za mur przez bramę Shinganshiny. Levi jadąc na swoim koniu tuż obok Hanji, przyglądał się w milczeniu tłumom ludzi, zgromadzonych po obu stronach przejeżdżającego orszaku. Mieszkańcy wydawali się być w dobrych humorach. Sporo osób wiwatowało na ich widok. Nie sposób było nie zauważyć, że tym razem z wyprawy powróciła znaczna większość zwiadowców. Jedynie parę osób zginęło, a kilka było rannych. Choć nawet minimalna strata w ludziach zawsze jest krzywdząca, był to niebywały sukces.

Aby dostać się szybciej do Trostu, tym razem oddział Zwiadowców otrzymał możliwość przepłynięcia rzeką za pomocą statków. Gdy zarówno konie, sprzęt jak i wszyscy uczestnicy wyprawy zostali załadowani, ruszyli wolno w stronę dystryktu Trost.

- Chyba coraz lepiej nam się powodzi. – Hanji klasnęła dłońmi, po czym usiadła obok Leviego, który wpatrywał się w wodę. Znajdowali się z tyłu, na rufie. – Witają nas jak bohaterów, wysyłają statki… Jeśli czeka nas wystawna kolacja, niech mnie ktoś uszczypnie, bo nie uwierzę.

- Aż tak bym się nie rozpędzał. – Westchnął Miche, siadając z drugiej strony Leviego. – Po przypłynięciu do Trostu, mamy zdać sprzęt i rozejść się każdy do siebie. Władze muszą się cieszyć, że nie było wielu ofiar, ale pewnie najbardziej pasowałoby im, gdybyśmy w ogóle zrezygnowali z ekspedycji.

- Taa, bo nie ma jak to gnić za tymi murami przez całe życie. – Mruknął Levi. Skrzyżował ręce na piersiach i wspólnie z towarzyszami zapatrzył się w rzekę.

* * *

- Mam dla was propozycję, ciamajdy. - Odezwał się Miche, kiedy opuścili statki i znaleźli się na terenie Trostu. Mijali ich zwiadowcy z innych oddziałów, żegnając się ze sobą, udając się do swoich kwater. Miche zarzucił jedno ramię na szyję Erwina, a drugim objął Hanji. - Od dawna nie wróciliśmy z ekspedycji w takim składzie. Uzupełniliśmy mapy o nowe tereny, a Hanji i Moblitowi udało się zbadać kilka nietypowych zachowań tytanów. Moim zdaniem musimy to uczcić.

- Zgodzę się z pierwszą częścią twojej wypowiedzi. - Powiedział Erwin, delikatnie zdejmując dłoń wyższego od siebie Miche’a ze swojego ramienia. - Jednak wziąwszy pod uwagę zebrane przez ciebie wnioski, ktoś musi napisać raport z ekspedycji. Tym kimś jestem między innymi właśnie ja.

- Raport, sraport, nie ucieknie! - Zawołała Hanji, również obejmując Miche'a i podnosząc drugą dłoń w geście zwycięstwa. – Ja też muszę sporządzić raport, ale aż tak mi do tego nie śpieszno. Miche ma rację, jakby nie patrząc, to pewien sukces. A sukcesy trzeba opijać!

- W sumie, chętnie się z wami wybiorę. - Odparła Bianca, drapiąc się po głowie z lekkim uśmiechem. Zarumieniła się, kiedy Hanji objęła także ją, wydając przy tym wesoły okrzyk.

- Hurra, więc idziemy wszyscy!

- Co za dzikusy... - Mruknął Levi i odwrócił się od towarzyszy. – Miłego wieczoru.

- Levi, musisz iść z nami! - Moblit zagrodził mu drogę, uśmiechając się promiennie. - Jesteś wciąż nowicjuszem, musimy się bardziej poznać. - Po czym dodał ściszonym tonem: - Kwaterę zawsze możemy posprzątać jutro.

- Dziś wieczorem spotykamy się w pokoju kapitanów. Mają tam schomikowany najlepszy alkohol. W nadmiarze. - Zarządziła Hanji, a następnie zarzuciła na ramię swój plecak. - Nikogo tam nie będzie, wszyscy raczej udają się od razu w odwiedziny do swoich rodzin. Ale nie my, takie społeczne wyrzutki...

Erwin westchnął, również podnosząc ekwipunek.

- Jeśli nie potrwa to długo... Naprawdę muszę napisać dziś ten raport. Ale zgoda, to bardzo dobry pomysł. Zatem wieczorem spotykamy się na krótkim, kulturalnym posiedzeniu.

- Czy ja wiem, czy takim kulturalnym. – Hanji puściła oko do Leviego.

*

Levi westchnął, zastanawiając się co on właściwie tutaj robi. Miał jednak do wyboru albo pozostać w swojej kwaterze i spoglądać na puste łóżka Isabel i Farlana, albo przyjść tutaj. Nie znał nikogo ani w Troście, ani poza nim. Nie miał też żadnej rodziny.

Od porannego powrotu z ekspedycji zdążył zarówno posprzątać swój kąt we wspólnym pokoju, jak i rozpakować swój ekwipunek, a także wypić dwie herbaty.

Stał teraz przed drzwiami, za którymi słyszał wesołą rozmowę i czyjeś śmiechy. Głos Hanji wybijał się spośród reszty. Levi zmrużył lekko oczy. Gdyby nie był głupcem tych parę tygodni temu, może Isabel i Farlan byliby tu z nim...

Zdecydowanie nacisnął klamkę i wszedł do środka.

- A oto i on, o wilku mowa. - Skwitował Miche, sięgając po pustą szklankę.

- Tak, Miche wywąchał cię już minutę temu. – Wyjaśnił Moblit, uśmiechając się do Leviego.

Pomieszczenie nie było duże, nadawało się jednak na zebrania do kilkunastu osób. Pośrodku znajdował się niski stolik, natomiast wokół niego ustawione były wygodnie wyglądające kanapy i fotele. Pod szerokim oknem stały szafki, z jednej z nich Hanji właśnie wyjmowała butelki z brązowym płynem. Na widok Leviego uśmiechnęła się radośnie.

- Levi! Tylko ciebie brakowało.

Miche siedział na samym środku kanapy, po jego lewej stronie siedział Erwin, natomiast po prawej znajdowała się Bianca. Na kanapie naprzeciwko siedział Moblit, obok którego zajęła właśnie miejsce Hanji. Levi wybrał ostatnie wolne miejsce, obok Hanji, a naprzeciwko Erwina. Rzucił blondynowi krótkie spojrzenie. Erwin miał na sobie białą, starannie wyprasowaną koszulę. Erwin dostrzegł jego wzrok i uśmiechnął się delikatnie.

- Trzymaj. - Hanji wcisnęła mu w dłoń szklankę z whisky - Skoro jesteśmy w komplecie, proponuję wziąć toast za więcej takich wypraw. Aby podczas kolejnej ekspedycji wszystko nam się udało i abyśmy wrócili w pełnym składzie. - Hanji wzniosła szklankę do góry. - Za sukces!

Wszyscy również podnieśli swoje szklanki, stukając się nimi.

Levi wziął łyk alkoholu, który sprawił, że zrobiło mu się ciepło w środku.

- Skąd tyle go tu macie? - Zapytał Moblit, spoglądając w kierunku barku. - Spotkania kapitanów i kapralów muszą być chyba bardzo intensywne.

- Myślisz, że skąd biorą te wszystkie nowe pomysły na kolejne ekspedycje? – Odpowiedział pytaniem na pytanie Miche, śmiejąc się do Erwina. – Hej, Erwin, zdradź nam, w jaki sposób wpadłeś na pomysł z ustawieniem formacji unikającej tytanów? Czyżby nie przypadkiem po kilku kolejkach whisky?

- Tak się składa, że najlepiej myśli mi się na trzeźwo. Jeśli chcesz, abym ze szczegółami ci opowiedział, jak obmyśliłem formację, bardzo chętnie mogę to zrobić teraz. – Odpowiedział Erwin, niby na poważnie, jednak można było dostrzec w jego oczach drwiącą nutę. Levi uniósł delikatnie kącik ust. Kapitan nawet w takiej sytuacji nie tracił jednak ani trochę swojego animuszu.

Hanji, Miche, Moblit i Bianca wybuchnęli śmiechem.

- Nie, proszę, zostawmy to może na kiedy indziej. – Miche przestał się śmiać i westchnął. – Czy myślicie, że kiedyś naprawdę uda nam się wrócić z ekspedycji bez żadnych ofiar?

Cały oddział Erwina, włączając w to kapitana, zamyślił się nad tym pytaniem. Levi zamieszał od niechcenia płynem w szklance, mając w pamięci widok powalonych tytanów, a wokół nich leżące szczątki jego przyjaciół. Scena ta jeszcze długo będzie go nawiedzała, zarówno w snach, jak i na jawie.

- Formacja Erwina naprawdę się sprawdza. – Odezwała się Bianca, powoli sącząc swój alkohol. Na jej policzki jednak już wstąpił rumieniec. – Bardzo ogranicza straty.

- Wiemy, że w nocy tytani są mniej aktywni. – Dodał Moblit, na co Hanji pokiwała głową. – Mamy też kilka nowo odkrytych rejonów, gdzie jest ich mniej nawet w ciągu dnia. Dzięki temu możemy wyruszać coraz dalej.

- No i mamy z sobą kogoś, komu podczas dwóch ekspedycji udało się zabić więcej tytanów, niż komukolwiek innemu przed nim w całym swoim życiu. – Hanji położyła wolną dłoń na ramieniu Leviego. Drugą rękę wzniosła w geście kolejnego toastu. – Za Leviego, chyba obecnie naszego najsilniejszego żołnierza!

- Za Leviego! – Zawtórowali jej Bianca i Moblit, również wznosząc szklanki. Erwin wzniósł swój trunek wraz z nimi, patrząc na Leviego z podziwem i szacunkiem, jakiego Levi nie widział jeszcze u nikogo, nie wobec własnej osoby. Widok ten odebrał mu na moment mowę, nie mógł wymyślić żadnego przesiąkniętego sarkazmem stwierdzenia, którym mógłby skwitować tę niezręczną chwilę.

Nawet Miche podniósł swój drink i stuknął nim o resztę szklanek.

- Na początku nie chciałem tego przyznać, ale Erwin miał co do ciebie rację. – Odparł Miche, przełykając alkohol. – Bez ciebie na pewno radzilibyśmy sobie o wiele gorzej.

- Co za głupota. Po prostu robię, to co do mnie należy. – Levi wzruszył ramionami, pod maską obojętności ukrywając poruszenie, jakie wywołały w nim słowa towarzyszy.

Oraz wzrok kapitana.

- Poza tym, nie oczekujcie zbyt wiele. – Dodał po chwili. – Każdy z nas może skończyć w żołądku tytana. Wystarczy jedna sekunda nieuwagi, chwila zawahania, albo zwykły pech.

- Ech, masz rację… - Moblit zgarbił się lekko, zamyślając się na moment, potem jednak wyprostował się i uśmiechnął nieśmiało. – Może zmienimy temat? Od teraz mamy zakaz rozmawiania o naszej pracy!

- Dobry pomysł! – Podchwyciła Hanji, celując palcem w Miche’a. – Lepiej mów, kiedy oświadczysz się tej rudej dziewczynie z Żandarmerii.

Miche zakrztusił się swoim drinkiem.

- O czym ty mówisz, szalona kobieto?? Ja wcale nie… - Próbował wymruczeć Miche, podczas gdy Bianca klepała go po plecach. – Tylko z sobą rozmawiamy, poza tym… Kto normalny chciałby wyjść za zwiadowcę? Ta robota to prawie jak misja samobójcza. Bez urazy dla nikogo.

- Bum! Pijesz karniaka, mieliśmy nie rozmawiać o naszej pracy. – Moblit sięgnął po butelkę i nalał Miche’owi kolejną porcję trunku. – Do dna!

Miche nie protestował, wypił cały alkohol ze szklanki, po czym poprosił Moblita o kolejną porcję.

- Zawsze możesz chociaż spróbować. – Doradziła Bianca, uśmiechając się lekko. – Zobaczyć, jakie ona ma do tego podejście. Miłość jest piękna, warto dla niej zaryzykować.

- Och, mam kolejny pomysł. – Wypaliła Hanji, opierając się wygodnie plecami o oparcie kanapy. Leviemu przeszło przez myśl jedynie „O nie…”. – Zagramy w alkoholowe „Ja nigdy”. Idziemy po kolei, ja zaczynam, każdy z nas wymyśla jakieś stwierdzenie, i jeśli kogoś z nas ono dotyczy, ten bierze łyk alkoholu. Zobaczymy, kto najszybciej się ulula.

- Co? To bez sensu, skąd będziemy wiedzieć, czy ktoś rzeczywiście mówi prawdę? – Zapytał Erwin.

- Właśnie, przecież ktoś może kompletnie oszukiwać. – Miche zgodził się z Erwinem i oparł rękę o ramię blondyna.

- Dlatego musimy sobie obiecać, że będziemy mówić prawdę. – Hanji przymknęła oczy i uniosła wskazujący palec. – Nie akceptujemy kłamców w naszym gronie.

- Ale nigdy nie dowiemy się, czy ten ktoś kłamał, czy nie… - Moblit spojrzał na Hanji z uśmiechem pełnym politowania, ale i sympatii.

- Berner, już cicho! – Hanji przymknęła mu usta dłonią, na co chłopak zarumienił się lekko. – Musimy sobie ufać, ja na pewno nie będę ściemniać. Okej, zacznijmy od czegoś prostego… Nigdy nie zabiłam tytana.

- W sumie racja, jeszcze ani razu nie miałaś okazji… – Przyznał Moblit. – Cóż, mi też jeszcze się to nie udało.

- Mnie też nie. – Odparła Bianca.

Levi, Miche i Erwin wymienili się spojrzeniami, po czym oboje zgodnie wzięli po łyku.

- Nasi dzielni wojownicy… Okej! Teraz Moblit! – Zadecydowała Hanji.

- Eee… Więc… Nigdy nie straciłem przytomności po alkoholu.

- Ooo, serio? No cóż, muszę być z wami szczera. Dobrze, że nie muszę pić za każdy raz. – Hanji napiła się whisky, po czym w jej ślady poszedł Miche, a także Bianca.

- Serio? – Moblit uniósł brwi, patrząc na dziewczynę. – Nigdy bym nie przypuszczał…

- No co, trzeba było się wyszaleć, zanim przystąpiło się do zwiadowców. – Bianca wyszczerzyła się w uśmiechu.

- Levi? Erwin? – Zapytał Miche, unosząc kącik ust.

Erwin pokręcił głową.

- Aż tak dobrze się nie bawiłem, nawet po wstąpieniu do zwiadowców. Ktoś musiał pisać te raporty, nie? – Następnie blondyn przeniósł spojrzenie na Leviego. – Ale ty? Nie mów, że w podziemnym mieście nie uciekałeś od czasu do czasu do alkoholu…

- Kto mówi, że nie uciekałem? Po prostu mam mocną głowę. – Levi odwzajemnił spojrzenie. Wpatrywali się w siebie trochę dłużej, po czym Erwin pierwszy odwrócił wzrok, by zapytać:

- Teraz chyba Bianca?

- Okej… W takim razie: nigdy nie całowałam się z nowo poznaną osobą.

- Uuu, wiesz, możemy to zaraz zmienić… – Miche przysunął się bliżej dziewczyny, a ta odepchnęła go ze śmiechem.

- Hanji, chyba wiesz, że musisz się napić? – Erwin wskazał na okularnicę.

- Coo? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? – Spytał Moblit, a w jego głosie można było zauważyć ledwo wyczuwalną zazdrość.

Hanji zarumieniła się aż po same uszy.

- O ty diable, jak możesz mi to przypominać… To się nie liczy, byłam młoda i pijana!

- Pij! Napiję się razem z tobą. – Miche wzniósł szklankę w geście toastu i rzeczywiście wziął łyka.

Hanji westchnęła, po czym poszła w jego ślady. Następnie rozejrzała się po towarzyszach.

- Jak to? Nikt więcej? Levi, nie miałeś nigdy żadnej jednonocnej przygody?

- Nie takie było pytanie. – Jego słowa wywołały śmiech Miche’a i Moblita. – Poza tym, aby już pójść z kimś do łóżka, dobrze byłoby najpierw dowiedzieć się, czy druga osoba ma chociaż minimalne poczucie estetyki i czy nie mieszka w syfie.

Te słowa wywołały z kolei salwę śmiechu całego oddziału.

Levi znowu poczuł ukłucie żalu, że nie ma z nim dwójki przyjaciół, z którymi przeżył tak wiele lat. Farlan z pewnością dodałby do tego jakiś komentarz od siebie, natomiast Isabel wypomniałaby mu jakiś przelotny i nieistotny romans sprzed kilku lat. On rozczochrałby jej włosy i powiedziałby, że jest tylko dzieciakiem i nie powinna zajmować się sprawami dorosłych, na co Farlan…

- Teraz moja kolej. – Z zamyślenia wyrwał go głos Miche’a. Levi przeniósł więc swoje spojrzenie na wąsatego blondyna. – No to pomyślmy… Coś, co mnie nie dotyczy… Już wiem. Nigdy nie cierpiałem na bezsenność.

Towarzysze popatrzyli po sobie. Levi zawahał się przez moment, ale potem podniósł szklankę do ust i napił się.

- Chyba dość często miewasz ten problem, co Levi? – Spytała Hanji, a w jej głosie dało się wyczuć zmartwienie.

- Już się do tego przyzwyczaiłem. – Chłopak wzruszył ramionami. – Może też po prostu nie potrzebuję takiej ilości snu jak inni.

- Zawsze dzięki temu możesz przejąć czyjąś nocną wartę. – Zauważył Erwin, spoglądając na Leviego z lekkim uśmiechem. Ciemnowłosy odwzajemnił spojrzenie, wracając pamięcią do ich niedawnej nocnej rozmowy podczas wyprawy za mur.

- Co? – Hanji nie zrozumiała, ale Erwin nie śpieszył z wyjaśnieniami.

- Moja kolej. Nigdy nie korzystałem ze ściąg, będąc w szkole.

- Cholera, tak właśnie wyglądają gry z Erwinem. – Mruknął Miche, biorąc łyk ze swojej szklanki. Erwin odpowiedział mu jedynie promiennym uśmiechem kujona.

W ślady Miche’a poszli Hanji, Moblit i Bianca. Popatrzyli na Leviego ze zdziwieniem.

- Nigdy nie byłem w szkole. – Powiedział Levi i oparł się wygodnie o oparcie kanapy. – A teraz wszyscy pijecie. Wygrałem?

- Cholera! – Zaklął ponownie Miche. Wszyscy oprócz Leviego napili się alkoholu.

- Druga kolejka! – Zawołała Hanji ze śmiechem.

* * *

Wybiła północ, kiedy Hanji i Moblit chrapali, oparci o siebie nawzajem. Głowa Miche’a wylądowała na ramieniu Erwina, gdzie wąsaty blondyn smacznie sobie spał. Natomiast Bianca spała zwinięta w kłębek tuż obok Miche’a.

Levi nalał kolejną porcję alkoholu i popatrzył wyzywająco na Erwina. Po ciemnowłosym nie było widać nawet śladu tego, że wlał już w siebie sporo wysokoprocentowego płynu. Z kolei Erwin uśmiechał się delikatnie, a jego policzki lekko poróżowiały. Wciąż jednak promieniał eleganckością i tym swoim przedziwnym majestatem.

Wciąż był tak samo przystojny.

Levi pokręcił głową i odchrząknął.

- Nie pękasz? Teraz moja kolej. – Głos Leviego był ostry jak miecz zwiadowcy tuż przed pierwszą wyprawą. – Możesz tego nie przeżyć.

- Nie boję się dziesięciometrowych tytanów, więc nie będę też bał się tego, co zaraz powiesz. – Erwin zmrużył oczy. Delikatnie odepchnął od siebie Miche’a, tak, że ten teraz opierał się głową o kanapę. – Jestem gotów. Grajmy dalej.

Levi zamyślił się. Co mógłby powiedzieć, co skłoniłoby Erwina do wzięcia kolejnego łyku? Pijany kapitan… Gdyby rzeczywiście udałoby mu się upić Erwina, chyba nigdy nie przestałby z niego żartować. Zapatrzył się na twarz mężczyzny. Co jeszcze o nim wiedział? Gładko ogolona broda, grube brwi, błękitne oczy. Nieskazitelnie ułożone włosy…

Już wiedział.

- Nigdy nie byłem u fryzjera.

Erwin wytrzeszczył na niego oczy, po czym roześmiał się głośno.

- Żartujesz? Przecież cały czas masz tą samą fryzurę. Do tego idealnie ściętą. Jak…

- Sam się strzyżę. Poza tym, w podziemnym mieście raczej nie ma ich zbyt wielu. Polecam, oszczędność pieniędzy. Ale rozumiem, że u ciebie to musi być jakiś rytuał, żeby mieć perfekcyjnie ułożone włosy, kapitanie. Teraz pij.

Erwin po chwili pokiwał głową z uznaniem i napił się drinka.

- Rzeczywiście, imponujące. W takim razie, skoro grasz nieczysto, ja powiem tak… Nie mam obsesji na punkcie sprzątania.

Levi zmrużył oczy. Ałć. A więc wyciągnął na wierzch tę kartę. Ciemnowłosy napił się alkoholu, starając się nie uśmiechać i w myślach przygotowując już kontratak.

- Nie mam obsesji na punkcie pisania raportów.

- Hej! – Erwin zaśmiał się, co sprawiło, że Levi poczuł przyjemne ciepło w brzuchu. Inne niż te, które czuł, pijąc alkohol.– Przecież zostałem dzisiaj z wami… Ale niech będzie.

Blondyn napił się, po czym nawet się nie zastanawiając, powiedział:

- Nie jestem uzależniony od herbaty.

Levi westchnął i przytknął szklankę do ust. Napił się drinka, nie dając po sobie poznać, że zdziwiło go, ile rzeczy Erwin już o nim wiedział.

- Wciąż nie mogę się nadziwić, że nie dodajesz do niej ani cukru, ani mleka. Naprawdę ci taka smakuje? – Zapytał Erwin, spoglądając na Leviego spod swoich charakterystycznych brwi.

- Kolejna oszczędność. – Skwitował Levi. Zastanowił się nad kolejnym stwierdzeniem. Chciał uderzyć z innej strony. – Nigdy nie byłem zakochany.

Erwin przeniósł wzrok z Leviego na swój kieliszek i skosztował drinka. Levi nie był zdziwiony. Erwin był zbyt atrakcyjny na to, aby w swoim życiu być zupełnie sam. Jednakże miał ochotę zapytać go o szczegóły… Choć wiedział, że to nie jego sprawa.

- Nigdy nie miałem przygody na jedną noc. – Erwin widocznie chciał zostać przy temacie. Leviemu spodobało się to. Choć oczywiście nic takiego po sobie nie okazał.

- Czy wystarczy, jak napiję się tylko raz, czy mam pić za wszystkie razy? – Słowami wywołał uśmiech na twarzy Erwina. Napił się, przyglądając się blondynowi ukradkiem a także zastanawiając nad kolejnym pytaniem. – Nigdy nie spałem więcej niż 8 godzin, przynajmniej odkąd pamiętam.

Erwin wpatrywał się w niego chwilę, po czym posłusznie wziął łyk trunku. Ich uśmiechy już przygasły, obaj czuli, że gra zbliża się do końca.

- Nigdy nie brałem udziału w sprawie, w którą nie wierzyłem. – Powiedział w końcu Erwin, nie odrywając spojrzenia od Leviego. Jego wzrok był poważny i zamyślony. Levi nie silił się na żadne uniki. Napił się drinka, po czym odwzajemnił wzrok Erwina.

- Czyli to żadna tajemnica. – Mruknął cicho Levi.

- Widocznie nie dla mnie. Twoja kolej.

Levi zebrał myśli, spoglądając w złoty płyn w swoim kieliszku. Obojgu kończył się już drink i Levi domyślał się, że jest to ten ostatni.

- Nigdy nie zabiłem człowieka.

Erwin delikatnie uniósł brwi, by następnie lekko zmrużyć oczy. Spojrzał na Leviego spokojnie, po czym przysunął swoją szklankę do ust, dopijając alkohol do końca. Levi dopiero po chwili zrozumiał, co to oznaczało, i miał tym razem o wiele więcej pytań niż przy temacie zakochania.

Zamiast jednak zadawać jakiekolwiek z nich, również dopił alkohol ze swojego kieliszka. Erwin nie wydawał się tym zbyt zdziwiony. Domyślał się, że Levi, żyjąc przez całe swoje życie pod ziemią, musiał uciekać się do przemocy.

Wpatrywali się w siebie jeszcze przez chwilę. Levi czuł się przy Erwinie trochę inaczej niż parę godzin temu. Zdawał sobie sprawę, że zaszło między nimi coś nowego, innego, trudnego do nazwania. Wątpił, aby umiał się otworzyć w ten sposób przed kimś innym. Czuł, że Erwin ma to samo i z jakiegoś powodu obaj zdecydowali się zaufać sobie tego wieczoru i podzielić się z sobą wiedzą na temat swojej przeszłości.

Nie doszło do niczego fizycznego między nimi, jednak Levi miał wrażenie, jakby mimo to nawiązała się między nimi pewnego rodzaju intymna zażyłość… Nie umiał tego nazwać i nie umiał wyczytać w oczach Erwina, czy ten myśli tak samo.

- Kto wygrał? – Wymruczała nagle Hanji, podnosząc się i przecierając oczy.

- Moim zdaniem jest remis. – Zarządził Erwin, rzucając Leviemu ostatnie tego wieczoru spojrzenie, po czym podniósł się i uśmiechnął do zaspanej Hanji. – Jako wasz kapitan nakazuję wam udać się na spoczynek, a ja, jak obiecałem, wracam do raportu. Dobrej nocy.

Levi skinął głową Erwinowi i popatrzył za oddalającym się blondynem. Pomógł Hanji dotrzeć do swojej kwatery, pozostali również udali się do swoich pokoi. Gdy Levi położył się w końcu w swoim łóżku, długo jeszcze nie mógł zasnąć.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 11
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 10 lis 2019, 16:41

ROZDZIAŁ TRZECI

Levi powoli otworzył oczy.

Spojrzał za okno. Świt jeszcze nie nadszedł, jednak ponad dachami dystryktu Trost ujrzał jak ciemne niebo powoli ustępuje miejsca bladej jasności. Spał jakieś trzy, cztery godziny. Dla niego była to wystarczająca ilość snu.

Podniósł się, starając się być cicho, aby nie obudzić towarzyszy, śpiących w tym samym pomieszczeniu. Spojrzał na Moblita i Miche’a. Zajmowali jedno łóżko piętrowe, Miche spał na dole, a Moblit u góry. Obaj chrapali w najlepsze. Tak jak i pozostali zwiadowcy, znajdujący się w pokoju.

Erwin znajdował się w innym pomieszczeniu, będąc kapitanem miał swoje przywileje, a jednym z nich było posiadanie własnej sypialni.

Levi zapatrzył się w widok za oknem.

Zdał sobie sprawę, że jego myśli zaraz po przebudzeniu biegły w kierunku kapitana.

Od kilku dni nie widział go zbyt często. Erwin zajęty był zebraniami oraz zdawaniem raportów, dotyczących jego formacji. Był najaktywniejszym z kapitanów, co równało się z tym, że posiadał niewiele wolnego czasu. Levi przez te dni trenował z pozostałymi zwiadowcami, Hanji, Miche i Moblit pokazali mu również te rejony Trostu, których nie poznał wcześniej. Nie powiedziałby tego na głos, ale przyzwyczaił się do nich, lubił spędzać z nimi czas. Powoli uświadamiał sobie, że zaczyna im ufać. Czuł jednak, że czegoś mu brakuje. A bardziej: kogoś.

Nie musiał się przebierać, gdyż zwykle spał w swoich codziennych ubraniach. Zrobił kilka przysiadów oraz pompek, by odgonić resztki snu. Następnie wyszedł przed budynek, aby odetchnąć świeżym powietrzem.

Trost powoli budził się do życia. Na ulicy przed kwaterą zwiadowców pojawiali się pierwsi przechodnie. Ludzie otwierający swoje sklepy, żołnierze żandarmerii, patrolujący okolicę, zwykli mieszkańcy, załatwiający swoje sprawy. Zaspani rodzice, biegające dzieci.

Levi patrzył na ten obrazek i wciąż nie mógł uwierzyć, że po tylu latach życia pod ziemią naprawdę udało mu się stamtąd wyrwać.

Pod budynek zajechała właśnie bryczka. Ciemnowłosy patrzył, jak drzwiczki otwierają się i z powozu wysiadł Erwin. Ubrany był w szarą koszulę, na którą zarzucił brązową marynarkę, a w podobnym odcieniu brązu miał starannie wyprasowane spodnie.

Zszedł po małych schodkach i spojrzał na Leviego. Zdziwił się lekko na jego widok, jednak po chwili na jego twarzy zagościł nieznaczny uśmiech.

Levi od razu poczuł, że dzień robi się odrobinę lepszy.

Oczywiście nie dał tego po sobie poznać.

- Koniec pisania raportów? – Zapytał z charakterystyczną dla siebie ironią, podchodząc w stronę Erwina i ruszając razem z nim w stronę wejścia do kwatery.

- Nie wiem czy to kiedykolwiek będzie można uznać za zakończone. Znowu nieprzespana noc?

- Cztery godziny, to całkiem dużo jak na zdrowy sen. – Levi wzruszył ramionami, po czym otworzył drzwi przed blondynem.

Smith skinął mu głową w podziękowaniu i wszedł do środka. Levi wsunął się do budynku tuż za nim. Idąc po schodach, niby od niechcenia spojrzał na tyłek Erwina. Nie potrafił nic poradzić na to, że zainteresował go ten widok, a zwłaszcza sposób, w jaki materiał spodni opinał się na nogach i pośladkach blondyna. Erwin był atrakcyjny, musiał to przyznać. To znaczy… Dbał o siebie, a to godne podziwu, prawda?

- Mam do ciebie sprawę. – Odparł Erwin, kiedy znaleźli się w głównym holu. Pomieszczenie wypełniło się już ludźmi, część zwiadowców kierowała się w stronę jadalni, gdzie podano śniadanie, pozostała reszta (głównie świeży rekruci) w pośpiechu udawała się na plac ćwiczebny. W tłumie ujrzał Zacka, którego odesłał z warty podczas ostatniej ekspedycji. Tak jak wtedy, również w tym momencie wydawał się zaspany. Nie miał jednak czasu podejść do chłopaka i zażartować z niego, gdyż był zbyt zajęty rozmową z Erwinem.

Levi spojrzał na twarz blondyna udając obojętność.

- O co chodzi?

- Tuż po śniadaniu mam spotkanie z dowódcą, pułkownikami i pozostałymi kapitanami. Chciałbym, abyś wziął w nim udział. Moim zdaniem jesteś jednym z najlepszych żołnierzy, a na pewno najlepszym w moim oddziale. Chciałbym abyś powiedział kilka słów o zabijaniu tytanów. Zwłaszcza o swojej technice i szybkości.

Levi syknął cicho, opierając się o ścianę obok Erwina.

- Mam próbować przekonać do siebie bandę tępaków? Wątpię, aby interesowało ich cokolwiek, co mam do powiedzenia.

- Może i tak. Ale jest tylko jeden sposób, żeby ich do siebie przekonać. Spróbować.

Levi westchnął i skrzyżował ręce na piersiach, udając, że się zastanawia. Tak naprawdę chętnie spędzi czas z kapitanem. Zwłaszcza, jeśli przy okazji może zirytować kilka obcych mu twarzy.

- Co będę z tego miał? – Spytał, nie starając się niczego sugerować, jednak nie omieszkał spojrzeć na Erwina spod przymrużonych powiek. Zdawało mu się, że w pierwszym odruchu blondyn lekko uniósł kącik ust a w jego oczach ujrzał dziwny błysk. Musiało mu się to jednak wydawać, gdyż Erwin jedynie zaśmiał się krótko.

- Moją dozgonną wdzięczność. Jeśli dasz się zaprosić, mogę też postawić ci obiad. Pasuje? – Spytał, spoglądając pogodnie na Leviego.

- Obiad i herbata.

- Zgoda.

* * *

Pomieszczenie, w którym odbyło się zebranie, przypominało to, gdzie spotkali się ostatnio na wieczorze integracyjnym. Tutaj jednak na samym środku znajdował się wielki stół, a wokół niego ustawiono wygodne krzesła. Na stole stała karafka z wodą oraz szklanki dla zgromadzonych. Wszystko wyglądało ładnie, jednak co do czystości tego miejsca można by mieć zastrzeżenia, Levi dostrzegł cienką warstwę kurzu na regałach, które znajdowały się pod ścianami.

Ackerman usiadł obok Erwina. Miał wokół siebie samych nieznanych mu ludzi. Nie był jednak spięty, oparł się wygodnie i postanowił słuchać przebiegu spotkania z umiarkowanym zainteresowaniem.

Na początek omówiona została ostatnia ekspedycja, odkrycia, których dokonano oraz nowe tereny, które zbadano. Generał Shadis nie był tak zadowolony jak reszta pułkowników i kapitanów, gdyż to on odpowiadał przed górą za każdą poniesioną ofiarę wśród żołnierzy.

Levi nie wdawał się w dyskusję. Kątem oka obserwował jednak swojego kapitana, który aktywnie uczestniczył w rozmowach, dodając w odpowiednich momentach coś od siebie, oprócz tego słuchając uważnie innych.

Obecnie głos zabrał pułkownik Vogl. Miał ciemnorude włosy i młodą, ale niezbyt przyjemną twarz.

- Jeśli chodzi o tytanów, zaskoczyli nas tylko na samym początku. Zgładzonych zostało sześć osobników. Kapitanowie, Maria Tross, Finn Zacher oraz Leon Platz zabili po jednym. Natomiast pozostała trójka, w tym jeden odmieniec, została zabita przez… Leviego Ackermana? Kto to u diabła jest?

Levi syknął, jednak ujrzał lekko uniesioną dłoń Erwina, co powstrzymało go przed wrednym komentarzem.

- To mój najlepszy żołnierz. – Erwin spojrzał na Leviego, na co ten jedynie skrzyżował ręce na piersiach. – Jest dzisiaj tu obecny, gdyż jego technika z pewnością jest czymś zupełnie nowym. Musimy bardziej skupić się na szkoleniu kadetów pod kątem walki z ruchomym celem. Myślę, że Levi może pomóc opracować na to sposób. Ponadto, zupełnie sam nauczył się trójwymiarowego manewru, dlatego…

- Zaraz, zaraz, czy to ten sam człowiek, który wcześniej tak naprzykrzał się żandarmerii? – Spytał Vogl, marszcząc brwi i odkładając raport na stertę pozostałych dokumentów. – Jeszcze niedawno tułał się w podziemiach, a teraz wprasza się na nasze zebrania?

Levi prychnął.

- Uwierz mi, mam o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, niż siedzieć w pełnej kurzu sali z takimi…

- Sam go tu zaprosiłem. – Przerwał mu szybko Erwin, kładąc na moment dłoń na jego ramieniu. Levi miał wrażenie, jakby przeszedł go prąd. Było to jednocześnie dziwne jak i niezwykle przyjemne uczucie. Którego nie czuł już dawno. – Nie ma znaczenia, skąd pochodzi, tylko to, co jest w stanie wnieść do naszego oddziału.

- W jaki sposób zgładziłeś odmieńca? – Zapytał kapitan, który siedział obok Erwina. Utkwił w Levim zaciekawiony wzrok. – Nie znam nikogo, komu się to udało.

Levi nie wyczuł w jego głosie ani szyderstwa, ani niechęci, dlatego odparł:

- Ważna jest szybkość. Dlatego czasem warto zużyć trochę więcej gazu. I szybko wyciągnąć wnioski, w czym tytan wyróżnia się od reszty, ważna jest obserwacja.

- Trzeba też umiejętnie celować w słabe punkty tytanów. – Dodał Erwin, gestykulując przy tym. – Nie można pozwolić sobie na niecelny atak. Myślę, że trzeba zwiększyć ilość treningów i przede wszystkim zmienić ich system. Levi może nam z tym pomóc.

- I naprawdę sam nauczyłeś się trójwymiarowego manewru? – Nie chciała wierzyć jedna z kapitanów, siedząca naprzeciwko Leviego.

- Do którego sprzęt najpierw ukradł… - Wtrącił Vogl, na co Levi zmarszczył brwi.

- Dobrze, skorzystamy z twojej pomocy, Ackerman, skoro Erwin ręczy za ciebie. – Odezwał się dowódca Shadis. – Teraz przejdźmy do kolejnej kwestii…

Erwin zerknął na Leviego i posłał mu ciepły uśmiech. Levi przewrócił oczami i sięgnął po szklankę wody.

* * *

Gdy zebranie dobiegło końca, Levi i Erwin wyszli z pomieszczenia razem z resztą zwiadowców. Levi spojrzał na wyższego od siebie blondyna i trącił go ramieniem.

- Te bezsensowne gadanie spowodowało, że jestem głodny. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o swojej przysiędze, Panie Wielkie Brwi?

Erwin zaśmiał się, słysząc tę ksywkę, a potem zarzucił na siebie swoją marynarkę.

- Oczywiście, że nie. Znam nawet odpowiednie miejsce.

Gdy już opuścili kwaterę, spacer zajął im kilka minut. Levi dziwnie się czuł, idąc tuż obok Erwina, wcześniej blondyn wydawał mu się niedostępny i wiecznie zajęty. Tym razem był tu nie z Hanji, Moblitem i Miche’m, ale z nim, szli ramię w ramię. Zamiast otaczających ich innych zwiadowców bądź czyhających na ich życie tytanów, otaczali ich zwykli ludzie, którzy nie zwracali na nich uwagi. Mogli robić, co tylko chcieli.

- To tutaj. – Odezwał się Erwin, zatrzymując się przed przytulnie wyglądającym budynkiem. Levi ujrzał, że jest to niewielka restauracja. Weszli do środka i zajęli miejsca przy wolnym stoliku. Już po chwili podszedł do nich właściciel.

- Smith, co za niespodzianka. – Średniego wzrostu mężczyzna poklepał Erwina po ramieniu. Miał przerzedzone włosy na skroniach i dość okazały brzuch. Uśmiechał się jednak sympatycznie. Levi nie poczuł do niego natychmiastowej irytacji, a to dość dużo jak na niego.

- Franz, poznaj Leviego Ackermana, jest… nowy w naszym oddziale.

Mężczyzna, nazwany Franzem, uścisnął Leviemu dłoń.

- Przyjaciele Smitha są moimi przyjaciółmi. – Powiedział, po czym zaśmiał się rubasznie. – Smith, podać to co zawsze?

- Na pewno poprosimy dwie herbaty. Jedna z mlekiem i cukrem, druga bez żadnych dodatków. I… Tak, jeśli twoje steki dalej są tak samo dobre, to bardzo chętnie.

- Musiałeś już o nich zapomnieć, tak dawno cię u mnie nie było! Najczęściej wpadaliście do mnie razem z Marie, czyż nie? Ale kiedy to było!

Franz zaśmiał się, po czym obrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni, przygotowywać potrawy.

Erwin popatrzył za Franzem, lekko zaskoczony, a potem przeniósł swój wzrok na Leviego, napotykając jego pytające spojrzenie.

- Marie? – Zapytał ciemnowłosy zawadiacko, unosząc kącik ust. Oparł łokcie o blat stołu, który ich dzielił. – Kim jest Marie?

Erwin uśmiechnął się łagodnie, po czym pokręcił głową.

- Stare dzieje. Kiedyś spędzaliśmy z sobą sporo czasu. To wszystko.

Levi nie był wścibski jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, jednak tym razem trudno było mu powstrzymać się przed tym, aby zadać więcej pytań. Mimo to zrezygnował z tego zamiaru. Powiódł wzrokiem za spojrzeniem Erwina, który zapatrzył się w widok za oknem.

- W ciągu najbliższych dni udamy się na trening kadetów, aby zweryfikować ich sprzęt do trójwymiarowego manewru. – Powiedział Erwin. – Przyjrzymy się też ich systemowi treningowemu. Na pewno możemy zmienić wiele rzeczy na lepsze.

- Może… A tak w ogóle, Panie Wielkie Brwi, nie musisz bronić mnie podczas takich spotkań. – Levi spojrzał na blondyna i oparł się wygodnie na krześle. – Nie obchodzi mnie, co mówią ci kretyni na ciepłych stołkach. Podejrzewam, że większość z nich nie przetrwała by dnia tam na dole.

- Może i tak, ale mimo różnic, musimy się jakoś znosić. Choć zachowanie niektórych jest nieodpowiednie, wiem o tym. Nie mogą cię oceniać, nie znając cię.

- Wiedzą o tym, że chciałem cię zabić?

Akurat podszedł do nich Franz, niosąc dwie herbaty. Postawił przed mężczyznami filiżanki i oddalił się pośpiesznie, udając, że nic nie usłyszał.

- Cóż, nie dzielę się tą informacją z każdym, kogo spotkam. – Odparł ostrożnie Erwin, sięgając po cukier. – Więc podejrzewam, że oprócz dowódcy, kilku poruczników, kilku osób z naszego oddziału i teraz Franza, nikt nie wie.

- To dopiero przysporzyłoby mi wrogów… Zwłaszcza, że wydajesz się niezwykle lubiany, Panie Wielkie Brwi.

- Uwierz mi, to tylko pozory. Czy teraz będziesz mnie tak nazywał? – Spytał Erwin, biorąc łyk herbaty.

- Być może. – Levi odwzajemnił wzrok. Zamiast złapać za ucho, objął kubek od góry wszystkimi palcami, charakterystycznym dla siebie gestem i również podniósł go do ust. Rozszerzył oczy, po czym dodał: – Rzadko to mówię, ale znakomita herbata.

- Zgadzam się, Panie Bez Cukru i Bez Mleka. – Odparł Erwin, na co Levi niebezpiecznie zmrużył oczy. Wywołał tym rozbawienie u blondyna.

Piętnaście minut później każdy z nich otrzymał już swoje danie. Jedli w milczeniu, które jednak nie powodowało napięcia ani prób rozpaczliwego wyszukiwania tematów do rozmowy. Levi czuł się coraz bardziej swobodnie przy Erwinie. Wciąż tęsknił za Isabel i Farlanem, jednak z lekkim wstydem musiał przyznać, że jego nowi towarzysze powoli wypełniali te luki w jego wnętrzu, które pojawiły się po śmierci długoletnich przyjaciół.

Miche często go irytował, jednak podczas treningów już wiedział, że mógłby powierzyć mu swoje życie. Był bystry, szybki i bezbłędnie orientował się w terenie. Oprócz tego posiadał coś, co Levi mógłby nazwać szóstym zmysłem, wiedział o niebezpieczeństwie dużo szybciej niż ktokolwiek inny. Często ścierali się z sobą i nie zgadzali w wielu kwestiach, jednak ostatecznie dochodzili do porozumienia.

Moblit był bardzo inteligentny, już na początku zdobył punkt u Leviego tym, że podobnie jak on lubił porządek. Był pogodny, sympatyczny i bardzo przykładał się do obowiązków.

Hanji, mimo swojego chaotycznego stylu bycia i często zwariowanym pomysłom, zdawała się często czytać mu w myślach. Nie rozumiał do końca więzi, która go z nią połączyła. Czuł jednak, że jest to coś wyjątkowego. Miał wrażenie, że cokolwiek zrobi i jakiekolwiek decyzje podejmie w przyszłości, ona będzie go wspierać. Była oddana sprawie a także swoim towarzyszom.

A jeśli chodzi o Erwina…

Levi podniósł wzrok na mężczyznę, który siedział przed nim. Był na wyciągnięcie ręki. Blondyn zajęty był akurat przeżuwaniem ziemniaków i krojeniem fragmentu steku, który znajdował się na jego talerzu. Jego fryzura, jak zwykle bez skazy, koszula zaś starannie wyprasowana i czysta… Erwin był uosobieniem atrakcyjności i schludności.

Zarówno podczas ekspedycji jak i treningów był skupiony i uważny. Jego towarzysze mogli liczyć na jego kreatywność, rozwiązywanie konfliktów, wynajdywanie wyjścia z najgorszej sytuacji. Zawsze gotów był udzielić dobrej rady. Oprócz tego był też oczywiście wymagający i gotowy do wyrzeczeń, nie tylko swoich.

Levi zastanawiał się, co on właściwie robi tu z tym człowiekiem. Erwin był przystojny, lubiany, z coraz to większą listą dokonań jako kapitan. I prawdopodobnie niedługo jako porucznik. Kto wie, może i dowódca… Nawet tu, w barze, w którym siedzieli, kobiety oglądały się na niego. Jeśli tylko nie da się pożreć tytanom, czeka go świetlana przyszłość.

Czuł, że on sam nie pasuje do tej sceny. Pochodził z podziemnego miasta, jego matka była prostytutką, a ojca nie poznał. Wychował go jeden z najpodlejszych bydlaków jacy stąpali po ziemi, po czym spędził swoje życie na kradzieży i walce o życie. Przyjaciele, jakich zobowiązał się chronić, zginęli przez jego głupotę. A on sam dał się wkręcić w idiotyczny akt, w wyniku którego chciał zabić osobę tak głęboko zaangażowaną w swoją misję.

Nie powinno go tu być. Ale jakimś cudem się tu znalazł. Przyglądał się Erwinowi, zastanawiając nad tym, co mężczyzna tak naprawdę myślał na jego temat.

Gdy zjedli, Erwin zgodnie z obietnicą zapłacił za ich posiłek.

- Możemy wrócić okrężną drogą. – Zaproponował Smith, wskazując ścieżkę, jaka prowadziła w kierunku rzeki. Levi skinął głową. Skierowali się w tamtą stronę i już po chwili szli wybrukowaną drogą, wiodącą wzdłuż rzeki, którą zwykle przepływały statki przeznaczone do transportu ludności.

- Czy dużo czeka cię dziś jeszcze kapitańskich obowiązków? – Zapytał Levi, kopiąc przypadkowy kamyk.

- Jeszcze kilka spotkań, potem krótki odpoczynek. Aż dziwnie mi z tą świadomością.

- Zwolnij trochę, jeszcze przepracujesz się na śmierć.

Erwin uśmiechnął się łagodnie.

- To chyba dobry pomysł, żeby zwolnić. Kolejna ekspedycja dopiero za miesiąc. Mamy czas, aby się dobrze do niej przygotować. A to również oznacza, aby odpocząć.

- Wybierasz się gdzieś dalej, żeby odwiedzić rodzinę? Przyjaciół? – Spytał ciemnowłosy. Nie chciał być ciekawski, ale przez fakt, że sam nie miał nikogo, interesowało go, w jakiej sytuacji jest Erwin. Zwłaszcza, że nigdy o tym nie mówił. – Marie, czy jakąś inną damulkę?

Erwin roześmiał się krótko i wymienił spojrzenie z Levim.

- Mówiłem ci, że Marie to stare dzieje. Nie, nie wyjeżdżam nigdzie. Moja rodzina to… dalecy krewni… I są daleko. Rzadko mam z nimi kontakt.

Levi przeniósł wzrok na płynącą obok rzekę. Nie zwrócił uwagi na to, że Erwin się w niego wpatruje.

- Dziwne, nie wiem czemu, ale coś jakby mówiło mi, że masz bliską rodzinę. No cóż, intuicja czasem zawodzi. Zatem spędzisz ten miesiąc jedynie na treningach, czyli równie żałośnie jak reszta naszej bandy.

- Nie zapominaj o naszym zadaniu. Obiecałeś mi pomóc w udoskonaleniu treningu kadetów.

Levi westchnął i schował dłonie w kieszenie swojego płaszcza.

- No tak, jakżebym mógł zapomnieć… Coś jednak czuję, że to doskonalenie również mnie zmęczy i znowu będę potrzebował jakiegoś obiadu.

- I herbaty bez żadnych dodatków? – Erwin spojrzał na Leviego i uśmiechnął się. Jego błękitne oczy śmiały się wesoło, wiatr delikatnie rozwiewał jego blond włosy.

Levi poczuł przyjemne ciepło w sercu. Miał przeczucie, że to będzie dobry miesiąc.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave


Wróć do „Anime/Manga”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości