[Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Tutaj zamieszczamy fanfiki do wszelkich japońskich komiksów i animacji.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

[Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 06 lis 2019, 20:12

Tytuł: "Tylko jeden człowiek"
Fandom: Attack on Titan
Opis: Historia znajomości Leviego i Erwina, rozpoczynająca się od momentu zakończenia mangi/anime "Bez żalu". Między bohaterami powoli tworzy się niezwykła więź, uczą się ufać sobie nawzajem. Levi, początkowo niechętny, zaczyna przekonywać się do kapitana. Tylko jeden człowiek jest w stanie przebić się przez mur obojętności, jaki Levi wokół siebie wybudował po tym, gdy utracił Isabel i Farlana. Minie trochę czasu zanim obaj będą umieli nazwać uczucie, które ich połączy.
Ostrzegam, że akcja rozkręca się bardzo powoli, ale obiecuję, że kto czeka, ten dostaje nagrodę:)
Ostrzeżenia: slash (naprawdę dużo gejozy), trochę krwi i flaków (w końcu walczą z Tytanami, ale nie będę tym epatować).
Znajomość fandomu: wydaje mi się, że wskazana, choć staram się wyjaśniać na bieżąco wiele kwestii.
Status: niezakończony, planowane ok. 15 rozdziałów.
(Miałam się jeszcze wstrzymać, ale jestem ciekawa, czy w ogóle kogoś historia zainteresuje i czy są tu w ogóle fani SNK).

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Będę podążał za nim,
aż do grobowej deski.


Levi wsłuchiwał się w stukot kopyt, który rozlegał się dookoła. Znajdował się praktycznie na samym końcu formacji, miał stąd dobry widok na całą przestrzeń. Jego towarzysze milczeli, każdy z nich jechał w zupełnej ciszy. Atmosfera była zupełnie inna niż kilka tygodni temu, kiedy to Levi wyruszył poza mury po raz pierwszy. Wtedy dookoła słychać było wesołe śmiechy, przechwałki, pogodne rozmowy.

Levi pamiętał uśmiech Isabel, jadącej obok niego na koniu. Pamiętał zachwycone spojrzenie Farlana, gdy ten ujrzał prawdziwy las po raz pierwszy w życiu. Wiele zmieniło się od tamtego czasu…

Levi podniósł głowę, zauważył bowiem jakiś ruch. Wpatrywał się w dwa ptaki, które wznosiły się w niebo tuż nad ich głowami. Przywiodły mu wspomnienie z przeszłości, kiedy mieszkali jeszcze w ciemnościach pod miastem, gdy udało im się wypuścić na wolność zbłąkanego ptaka. Wspomnienie to wydawało mu się teraz pochodzić z innej rzeczywistości, innego życia.

Powiódł wzrokiem na przód formacji.

Wbił wzrok w plecy wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna.

Choć znał go dopiero kilka tygodni, dobrze wiedział, jak w tym momencie wygląda twarz Erwina. Zdecydowane spojrzenie, pozbawione lęku, za to pełne determinacji i niezłomnej wiary w sukces.

Levi nie podzielał podobnych przekonań.

Nie wiedział czasem, co tak naprawdę tutaj robił – jak to się stało, że wylądował w takim miejscu. Odkąd utracił swoich przyjaciół, nie mógł znaleźć dalszej drogi, żadnego sensu. To czysty przypadek, że akurat znalazł się wśród zwiadowców, że dołączył do ich sprawy, choć do końca w nią nie wierzył.

Potrzebował jednak jakiejś idei, jakiegoś sposobu na życie, a walka z tytanami była dla niego idealnym sposobem. Gdy przemieszczał się ponad drzewami za pomocą trójwymiarowego manewru, czuł pulsującą w żyłach adrenalinę, świst powietrza we włosach, czuł, że przynajmniej w danej chwili to jest jego miejsce. Na dodatek był w tym naprawdę dobry.

Z zamyślenia wyrwał go głos dowódcy, Keitha Shadisa:

- Dwójka dziesięciometrowych tuż przed nami! Tym razem nie unikniemy walki! Przygotować się do ataku!

Zwiadowcy rozproszyli się na boki, układając się w formacje zgodne z ich przynależnością do oddziału. Po śmierci Isabel, Farlana i ich dowódcy, Flagona, Levi znalazł się w oddziale Erwina, razem z Hanji, Moblitem, Michem i Biancą. Nie znał ich wszystkich jeszcze na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak sprawdzą się w walce z tytanami. Hange była dziwna i dużo mówiła, choć wydawała mu się raczej niegroźna. Nie rozumiał jej fascynacji tytanami. Moblit był w miarę normalny (jeśli nie liczyć jego uwielbienia do alkoholu) i jako jedyny z niewielu zwiadowców zyskał szacunek Leviego tym, że w kwaterach również dbał o porządek. Miche był skupiony i inteligentny, ale miał kilka dziwnych zwyczajów, jednym z nich było wąchanie wszystkich i wszystkiego dookoła. Bianca była spokojna i w miarę cicha, ale nie wydawała się zbyt silna. A Erwin… wciąż był dla Leviego zagadką.

Grupa przed nimi podniosła się z koni i zdecydowała rozpocząć atak na najbliższego tytana. Jedna osoba pozostała na miejscu, aby poprowadzić pozostawione konie. Levi widział, jak jedna osoba z grupy celuje w kark olbrzyma. Jeśli dobrze pamiętał, zwiadowca ten miał na imię Fergus. Atak okazał się jednak niecelny. Zwiadowca otarł swoje ostrze o szyję tytana. Monstrum złapało go w powietrzu i zanim ktokolwiek zdołał wykonać jakiś ruch, tytan odgryzł zwiadowcy głowę. Uszy Leviego wypełnił krzyk jadącej z końmi dziewczyny. Podniosła się błyskawicznie i uruchomiła sprzęt do trójwymiarowego manewru.

- Frida, zatrzymaj się! – Zawołała Hanji, jadąca obok Leviego. Dziewczyna jednak jej nie słuchała. Rzuciła się na tytana, wyciągając przed siebie ostrze. Tytan obejrzał się na nią i machnął ręką w jej stronę, zahaczając ręką o linkę do trójwymiarowego manewru, na którym wisiała Frida. Dziewczyna została siłą zepchnięta w bok, uderzyła plecami o najbliższe drzewo i spadła na ziemię z wysokości trzech metrów.

- Przygotować się do ataku… - odezwał się Erwin, urwał jednak, dostrzegając jakiś ruch w powietrzu. Levi błyskawicznie znalazł się za tytanem, wyciągając ostrze w jego stronę i głęboko rozcinając mu kark. Krew rozprysła na trawę przed nimi. Ackerman opadł na ziemię, tuż przy nieruchomym ciele Fridy. Usłyszał za sobą huk padającego na ziemię cielska tytana.

- Co z nią? – Zapytała Hanji, podjeżdżając i zeskakując z konia. Przetarła rękawem swoje okulary, brudne od krwi tytana. Po chwili zatrzymali się obok niej pozostali członkowie oddziału.

- Żyje, jest trochę potłuczona. – Odpadł Levi, podnosząc się z kolan. – Zajmijcie się nią.

- Już… Zaraz, a ty co zamierzasz zrobić? – Spytała Hanji, jednak Levi nie tracił czasu na odpowiedź. Wzniósł się w górę i skierował do kolejnego tytana.

- On zupełnie nie współpracuje! – Zawołał Miche, podjeżdżając do Hanji.

Erwin wpatrywał się w Leviego bez słowa, lecz z błyskiem w oku.

Levi przemieścił się do kolejnej grupy, która bezskutecznie atakowała kolejnego tytana. Ciemnowłosy śmignął tuż obok jednego ze zwiadowców, przeleciał obok tytana, pozbawiając go fragmentu karku. Nie czekał, aż ciało upadnie, zahaczył sprzęt o drzewo, by przemieścić się w stronę kolejnego olbrzyma, który właśnie pojawił się na widoku. Tym razem był to odmieniec. Z przerażającym uśmiechem pożerał jednego z ich towarzyszy, Levi nie umiał ocenić po samych butach, kto to był.

Zakręcił się wokół głowy tytana i z całej siły zatopił ostrze w jego karku. Siła jego uderzenia sprawiła, że tytan poleciał do przodu, wypluwając z ust nieprzytomnego zwiadowcę. Ciało tytana upadło na ziemię, nieruchome i dymiące.
Levi oddychał szybko, czując pulsujące z wysiłku mięśnie. Grupa, której członka właśnie uratował, wpatrywała się w niego w milczeniu. Odwrócił od nich wzrok i rozejrzał się po okolicy. Wszystkie tytany leżały nieruchomo, pokonane. Było ich w sumie sześć. Sam zabił trzech.

*

Godzinę później razem z Hanji rozstawiał namiot. Zwiadowcy wjechali na polanę w samym środku lasu, robiło się ciemno. O tej porze aktywność tytanów była raczej zerowa, jeśli nie liczyć odmieńców. Tych wypatrywały osoby stojące na straży, zmieniały się co parę godzin.

Levi wykonywał swój obowiązek w ciszy, reszta zwiadowców zaczęła rozmawiać między sobą. Poczuli się trochę bezpieczniej, jeśli w ogóle można użyć tego sformułowania, będąc poza murami. Pośrodku obozu rozpalono duże ognisko, siedział tam dowódca Shadis, a także Erwin i dwie inne osoby. Uzupełniali mapy.

- Tego terenu nie odnotowaliśmy wcześniej. Znajduje się on między strefą ze zwiększoną ilością tytanów, tutaj jednak ich nie zauważyliśmy. Przynajmniej na razie. – Mówił jeden z rysowników mapy.

- Jeśli taki stan się utrzyma, będzie to mogło być nasze stałe miejsce na rozbijanie obozu w trakcie wyprawy za mury w tych rejonach. – Powiedział drugi rysownik.

Levi przestał słuchać, gdyż podeszła do niego dziewczyna z głową owiniętą bandażem. Rozpoznał w niej Fridę.

- Dziękuję ci za pomoc. – Powiedziała słabym głosem. W jej oczach dostrzegał pustkę, którą znał zbyt dobrze. – Gdyby nie ty, zginęłabym dzisiaj.

Levi miał wrażenie, że w jej głosie nie ma zbyt wiele wdzięczności. Był to obojętny ton, równie dobrze mogła czuć do niego pretensje, zawód, że uratował ją, zamiast… Pozwolić jej umrzeć.

- To nic takiego. – Odparł chłodno, przebijając ostatni kołek do ziemi.

Dziewczyna patrzyła na niego chwilę, a potem odeszła do swojego namiotu.

Hanji patrzyła za nią, a potem usiadła na trawie przed namiotem i poprawiła okulary.

- Odwaliłeś dziś kawał dobrej roboty, Levi. Uratowałeś dwóch naszych. Frida już czuje się lepiej, a Artem też się z tego wyliże. Tytan go nawet nie ugryzł, trzymał go po prostu w gębie.

Levi usiadł obok niej i podłożył drewna do ich małego ogniska, nad którym powoli zaczynała gotować się woda.

- Miał szczęście. Z kolei Fergus go nie miał.

- Ty też miałeś szczęście. – Powiedział Miche, wychodząc zza namiotu i rzucając Hanji, a następnie Leviemu po zawiniątku. – Następnym razem powinieneś zostać w swojej grupie i słuchać rozkazów. Widziałem, jak prawie zderzyłeś się w powietrzu ze zwiadowcą z innej grupy.

- Oj, Miche, misiaku, nie narzekaj… Levi załatwił dziś trzech Tytanów praktycznie po kolei, przed nim nikt tego nie dokonał! – Hanji uśmiechnęła się szeroko do Leviego, a potem rozwinęła swój pakunek. W środku była manierka z wodą, suszona wołowina i suchary. – O, widzę, że znów dostaliśmy pyszności!

- Może i tak, ale jeśli oznacza to ryzykowanie zdrowia i życia własnych towarzyszy… To nie wiem, czy jest się czym chwalić.

Levi zdjął rondelek znad ogniska i zalał sobie herbatę, a potem spojrzał na Miche’a.

- Skończ gadać, odbierasz mi apetyt.

Miche rozszerzył oczy, oburzony takim komentarzem. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przybiegła do nich Bianca, w rękach niosąc swoją rację żywnościową oraz jeszcze jedno małe opakowanie. Tuż za nią szedł Moblit.

- Udało mi się dostać kilka ciastek! Mam po jednym dla każdego z nas.

Dziewczyna usiadła obok Leviego i poczęstowała go ciastkiem, ten jednak pokręcił głową. Bianca opuściła dłonie z opakowaniem, a wtedy Levi zauważył jak jej blady uśmiech zamienia się w wyraz smutku i zwątpienia. Jak gdyby tak zwykła rzecz jak dzielenie się jedzeniem utrzymywała jej już i tak słabą psychikę. Przypomniał sobie teraz, że musiała dobrze znać Fergusa.

Bez słowa sięgnął po ciastko i wpakował sobie do ust.

Żując suchy poczęstunek, czuł na sobie spojrzenie uradowanej Bianki. Po chwili wdała się w cichą rozmowę z Moblitem i Hanji. Słuchając ich, Levi napił się herbaty, która smakowała wspaniale.

*

Godzinę później, gdy zmrok zapadł już zupełnie, Hanji zasnęła na trawie, Bianca w jednym z namiotów, a Moblit w drugim. Miche zasnął oparty o pień drzewa. Levi sięgnął po swój zielony płaszcz i przykrył nim Hanji, która odezwała się jeszcze przez sen:

- Tylko pożyczę sobie jego głowę, zbadam ją i ci oddam…

Ackerman uśmiechnął się lekko do siebie, a potem skierował w stronę dyżurujących strażników. Ten, do którego podszedł, drzemał w najlepsze. Był jednym z nowicjuszy, miał młodą, gładką twarz, brązowe włosy, kilka piegów na nosie i delikatnie odstające uszy.

- Tytani na dwunastej. – Szepnął mu do ucha Levi, na co ten poderwał się na równe nogi, przerażony. Rozejrzał się, lecz gdy nie zobaczył wrogów, uspokoił się. Jednak na widok Leviego zaczerwienił się po same uszy. Był chudy i wyższy od Leviego o głowę.

- Ja… Nie spałem… Oczy mi tylko odpoczywały!

- Przejmuję twoją wartę. Następnym razem zgłoszę cię do twojego kapitana.

Levi zabrał chłopakowi flarę i zajął miejsce na jego posterunku. Chłopak podrapał się w głowę, a potem odszedł bez słowa, ziewając. Ackerman spojrzał w ciemne niebo, pełne chmur. Myślał, że ujrzy gwiazdy, ta noc była jednak bardzo ciemna. Na szczęście nie padało.

Usłyszał nagle czyjeś kroki, które zbliżały się w jego stronę.

Nie obejrzał się, gdyż znał już te kroki.

- Odesłałeś Zacka z warty? – Spytał Erwin, zatrzymując się obok siedzącego na trawie Leviego. – Z tego co wiem, nie masz dziś dyżuru.

- Nie mogłem spać. A ten idiota i tak chrapał głośno kiedy się tu zjawiłem.

Erwin uniósł delikatnie kąciki ust. Był to rzadki widok, Levi patrzył przez to na swojego kapitana trochę dłużej.

- Dobra robota dzisiaj. Uratowałeś dwójkę naszych. Byłeś niesamowity. Wszyscy są ci bardzo wdzięczni.

- Nie robię tego dla podziękowań. – Levi przewrócił oczami. – Poza tym kilka osób zginęło.

- Nie da się uratować wszystkich. Zawsze trzeba coś utracić.

Erwin usiadł na trawie obok Leviego. Ciemnowłosy spojrzał na blondyna kątem oka.

- To twoja druga wyprawa. Chciałbym wiedzieć, jak podchodzisz do sprawy. Jeśli masz jakieś przemyślenia, chętnie ich wysłucham.

Levi przekładał w dłoniach pistolecik do wystrzelania alarmowej flary. Całe życie, spędzone w podziemiach, nauczyło go, że musiał radzić sobie sam, a jego relacja z władzą i żandarmerią nie należała do najlepszych. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego, że Erwin, jako jeden z kapitanów, naprawdę zdaje się mu ufać. Zwłaszcza po tym, jak jeszcze niedawno Levi próbował go zabić…

- Dymne sygnały ograniczają straty w ludziach. Formacja dzięki temu porusza się sprawniej i bezpieczniej. Jedna osoba z oddziału, która pozostaje z końmi, jest niezbędna do tego, aby cała formacja posuwała się do przodu. Niepokoi mnie oczywiście to, że podczas każdej wyprawy ginie tylu nowicjuszy.

Erwin patrzył w niebo, a Levi domyślał się, że również wrócił myślami do ich poprzedniej wyprawy, podczas której zginęła dwójka przyjaciół Leviego.

- To prawda. Przez brak doświadczenia są najbardziej narażeni na atak tytanów. Podejmują też nieprzemyślane decyzje. Jednak nie umiemy jeszcze tego unikać.

- Jestem tego świadom. Cóż, przystąpili do zwiadowców z własnej woli, więc podejrzewam, że muszą wiedzieć, na co się piszą. – Mówiąc to, Levi położył się na trawie i splótł ręce za głową. Przed oczami miał ciemne, nocne niebo, pokryte chmurami. – Nikt ich przecież nie zmuszał. Muszą wiedzieć, że stawką jest ich życie. Na pewno znają historię o powracających zza muru zwiadowcach, rannych i w okrojonym składzie. Tak między nami, dziwię się, że wciąż znajdują się na to chętni.

Na moment zapadła cisza. Levi zerknął na Erwina. Ten odezwał się po chwili:

- Czasem, gdy wracamy zrezygnowani z wypraw za mur, w tłumie zawsze znajdą się jacyś ludzie, którzy są nam wdzięczni. Porusza mnie też widok dzieciaków, które spoglądają na nas z podziwem i dumą. Wydaje mi się, Levi, że nawet w najczarniejszych chwilach znajdą się tacy, którzy będą chcieli podążać z nami naprzód. Może mamy szczęście, ale udaje nam się werbować właśnie takich ludzi. Jest Hanji. Moblit, Bianca, Moses, Artem. Jest Miche, może wydawać się trochę nieprzystępny, zwłaszcza po tym jak się poznaliście, ale to świetny towarzysz… No i jesteś ty. – Erwin w tym momencie odwzajemnił spojrzenie Leviego. – Potrzebujemy cię.

Wpatrywali się w siebie przez moment. Levi nie wiedział, co powiedzieć, a zirytowało go to, gdyż zawsze miał gotową sarkastyczną odpowiedź na wszystko…

Nagle zmrużył lekko oczy i spojrzał w górę. Chmury rozstąpiły się, ukazując kilka samotnych gwiazd i cienki sierp księżyca. Czekał na ten moment cały wieczór. Erwin podążył za jego spojrzeniem, po czym podniósł się powoli.

- Jeśli jednak zdecydujesz się iść spać, zbudź Moblita, rankiem to on miał przejąć dyżur. Ja muszę choć na chwilę przyłożyć głowę do materaca… Dobrej nocy.

Levi skinął głową i popatrzył za oddalającym się kapitanem.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2557
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 09 lis 2019, 11:16

Na razie jest tego trochę za mało, żebym mogła się wypowiedzieć konstruktywnie. Ale sama przyznałaś, że akcja rozkręca się powoli, więc uzbroję się w cierpliwość i będę czytać dalej, bo czuję się zachęcona. ErwinxLevi to mój ulubiony pairing z SnK, więc wyczekuję nagrody:P
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 10 lis 2019, 00:43

Cieszę się bardzo, że nie jestem tu sama, jeśli chodzi o uwielbienie do tego pairingu!:) I obiecuję, że nagroda będzie.

ROZDZIAŁ DRUGI

- Otworzyć bramę!

Zwiadowcy wjechali za mur przez bramę Shinganshiny. Levi jadąc na swoim koniu tuż obok Hanji, przyglądał się w milczeniu tłumom ludzi, zgromadzonych po obu stronach przejeżdżającego orszaku. Mieszkańcy wydawali się być w dobrych humorach. Sporo osób wiwatowało na ich widok. Nie sposób było nie zauważyć, że tym razem z wyprawy powróciła znaczna większość zwiadowców. Jedynie parę osób zginęło, a kilka było rannych. Choć nawet minimalna strata w ludziach zawsze jest krzywdząca, był to niebywały sukces.

Aby dostać się szybciej do Trostu, tym razem oddział Zwiadowców otrzymał możliwość przepłynięcia rzeką za pomocą statków. Gdy zarówno konie, sprzęt jak i wszyscy uczestnicy wyprawy zostali załadowani, ruszyli wolno w stronę dystryktu Trost.

- Chyba coraz lepiej nam się powodzi. – Hanji klasnęła dłońmi, po czym usiadła obok Leviego, który wpatrywał się w wodę. Znajdowali się z tyłu, na rufie. – Witają nas jak bohaterów, wysyłają statki… Jeśli czeka nas wystawna kolacja, niech mnie ktoś uszczypnie, bo nie uwierzę.

- Aż tak bym się nie rozpędzał. – Westchnął Miche, siadając z drugiej strony Leviego. – Po przypłynięciu do Trostu, mamy zdać sprzęt i rozejść się każdy do siebie. Władze muszą się cieszyć, że nie było wielu ofiar, ale pewnie najbardziej pasowałoby im, gdybyśmy w ogóle zrezygnowali z ekspedycji.

- Taa, bo nie ma jak to gnić za tymi murami przez całe życie. – Mruknął Levi. Skrzyżował ręce na piersiach i wspólnie z towarzyszami zapatrzył się w rzekę.

* * *

- Mam dla was propozycję, ciamajdy. - Odezwał się Miche, kiedy opuścili statki i znaleźli się na terenie Trostu. Mijali ich zwiadowcy z innych oddziałów, żegnając się ze sobą, udając się do swoich kwater. Miche zarzucił jedno ramię na szyję Erwina, a drugim objął Hanji. - Od dawna nie wróciliśmy z ekspedycji w takim składzie. Uzupełniliśmy mapy o nowe tereny, a Hanji i Moblitowi udało się zbadać kilka nietypowych zachowań tytanów. Moim zdaniem musimy to uczcić.

- Zgodzę się z pierwszą częścią twojej wypowiedzi. - Powiedział Erwin, delikatnie zdejmując dłoń wyższego od siebie Miche’a ze swojego ramienia. - Jednak wziąwszy pod uwagę zebrane przez ciebie wnioski, ktoś musi napisać raport z ekspedycji. Tym kimś jestem między innymi właśnie ja.

- Raport, sraport, nie ucieknie! - Zawołała Hanji, również obejmując Miche'a i podnosząc drugą dłoń w geście zwycięstwa. – Ja też muszę sporządzić raport, ale aż tak mi do tego nie śpieszno. Miche ma rację, jakby nie patrząc, to pewien sukces. A sukcesy trzeba opijać!

- W sumie, chętnie się z wami wybiorę. - Odparła Bianca, drapiąc się po głowie z lekkim uśmiechem. Zarumieniła się, kiedy Hanji objęła także ją, wydając przy tym wesoły okrzyk.

- Hurra, więc idziemy wszyscy!

- Co za dzikusy... - Mruknął Levi i odwrócił się od towarzyszy. – Miłego wieczoru.

- Levi, musisz iść z nami! - Moblit zagrodził mu drogę, uśmiechając się promiennie. - Jesteś wciąż nowicjuszem, musimy się bardziej poznać. - Po czym dodał ściszonym tonem: - Kwaterę zawsze możemy posprzątać jutro.

- Dziś wieczorem spotykamy się w pokoju kapitanów. Mają tam schomikowany najlepszy alkohol. W nadmiarze. - Zarządziła Hanji, a następnie zarzuciła na ramię swój plecak. - Nikogo tam nie będzie, wszyscy raczej udają się od razu w odwiedziny do swoich rodzin. Ale nie my, takie społeczne wyrzutki...

Erwin westchnął, również podnosząc ekwipunek.

- Jeśli nie potrwa to długo... Naprawdę muszę napisać dziś ten raport. Ale zgoda, to bardzo dobry pomysł. Zatem wieczorem spotykamy się na krótkim, kulturalnym posiedzeniu.

- Czy ja wiem, czy takim kulturalnym. – Hanji puściła oko do Leviego.

*

Levi westchnął, zastanawiając się co on właściwie tutaj robi. Miał jednak do wyboru albo pozostać w swojej kwaterze i spoglądać na puste łóżka Isabel i Farlana, albo przyjść tutaj. Nie znał nikogo ani w Troście, ani poza nim. Nie miał też żadnej rodziny.

Od porannego powrotu z ekspedycji zdążył zarówno posprzątać swój kąt we wspólnym pokoju, jak i rozpakować swój ekwipunek, a także wypić dwie herbaty.

Stał teraz przed drzwiami, za którymi słyszał wesołą rozmowę i czyjeś śmiechy. Głos Hanji wybijał się spośród reszty. Levi zmrużył lekko oczy. Gdyby nie był głupcem tych parę tygodni temu, może Isabel i Farlan byliby tu z nim...

Zdecydowanie nacisnął klamkę i wszedł do środka.

- A oto i on, o wilku mowa. - Skwitował Miche, sięgając po pustą szklankę.

- Tak, Miche wywąchał cię już minutę temu. – Wyjaśnił Moblit, uśmiechając się do Leviego.

Pomieszczenie nie było duże, nadawało się jednak na zebrania do kilkunastu osób. Pośrodku znajdował się niski stolik, natomiast wokół niego ustawione były wygodnie wyglądające kanapy i fotele. Pod szerokim oknem stały szafki, z jednej z nich Hanji właśnie wyjmowała butelki z brązowym płynem. Na widok Leviego uśmiechnęła się radośnie.

- Levi! Tylko ciebie brakowało.

Miche siedział na samym środku kanapy, po jego lewej stronie siedział Erwin, natomiast po prawej znajdowała się Bianca. Na kanapie naprzeciwko siedział Moblit, obok którego zajęła właśnie miejsce Hanji. Levi wybrał ostatnie wolne miejsce, obok Hanji, a naprzeciwko Erwina. Rzucił blondynowi krótkie spojrzenie. Erwin miał na sobie białą, starannie wyprasowaną koszulę. Erwin dostrzegł jego wzrok i uśmiechnął się delikatnie.

- Trzymaj. - Hanji wcisnęła mu w dłoń szklankę z whisky - Skoro jesteśmy w komplecie, proponuję wziąć toast za więcej takich wypraw. Aby podczas kolejnej ekspedycji wszystko nam się udało i abyśmy wrócili w pełnym składzie. - Hanji wzniosła szklankę do góry. - Za sukces!

Wszyscy również podnieśli swoje szklanki, stukając się nimi.

Levi wziął łyk alkoholu, który sprawił, że zrobiło mu się ciepło w środku.

- Skąd tyle go tu macie? - Zapytał Moblit, spoglądając w kierunku barku. - Spotkania kapitanów i kapralów muszą być chyba bardzo intensywne.

- Myślisz, że skąd biorą te wszystkie nowe pomysły na kolejne ekspedycje? – Odpowiedział pytaniem na pytanie Miche, śmiejąc się do Erwina. – Hej, Erwin, zdradź nam, w jaki sposób wpadłeś na pomysł z ustawieniem formacji unikającej tytanów? Czyżby nie przypadkiem po kilku kolejkach whisky?

- Tak się składa, że najlepiej myśli mi się na trzeźwo. Jeśli chcesz, abym ze szczegółami ci opowiedział, jak obmyśliłem formację, bardzo chętnie mogę to zrobić teraz. – Odpowiedział Erwin, niby na poważnie, jednak można było dostrzec w jego oczach drwiącą nutę. Levi uniósł delikatnie kącik ust. Kapitan nawet w takiej sytuacji nie tracił jednak ani trochę swojego animuszu.

Hanji, Miche, Moblit i Bianca wybuchnęli śmiechem.

- Nie, proszę, zostawmy to może na kiedy indziej. – Miche przestał się śmiać i westchnął. – Czy myślicie, że kiedyś naprawdę uda nam się wrócić z ekspedycji bez żadnych ofiar?

Cały oddział Erwina, włączając w to kapitana, zamyślił się nad tym pytaniem. Levi zamieszał od niechcenia płynem w szklance, mając w pamięci widok powalonych tytanów, a wokół nich leżące szczątki jego przyjaciół. Scena ta jeszcze długo będzie go nawiedzała, zarówno w snach, jak i na jawie.

- Formacja Erwina naprawdę się sprawdza. – Odezwała się Bianca, powoli sącząc swój alkohol. Na jej policzki jednak już wstąpił rumieniec. – Bardzo ogranicza straty.

- Wiemy, że w nocy tytani są mniej aktywni. – Dodał Moblit, na co Hanji pokiwała głową. – Mamy też kilka nowo odkrytych rejonów, gdzie jest ich mniej nawet w ciągu dnia. Dzięki temu możemy wyruszać coraz dalej.

- No i mamy z sobą kogoś, komu podczas dwóch ekspedycji udało się zabić więcej tytanów, niż komukolwiek innemu przed nim w całym swoim życiu. – Hanji położyła wolną dłoń na ramieniu Leviego. Drugą rękę wzniosła w geście kolejnego toastu. – Za Leviego, chyba obecnie naszego najsilniejszego żołnierza!

- Za Leviego! – Zawtórowali jej Bianca i Moblit, również wznosząc szklanki. Erwin wzniósł swój trunek wraz z nimi, patrząc na Leviego z podziwem i szacunkiem, jakiego Levi nie widział jeszcze u nikogo, nie wobec własnej osoby. Widok ten odebrał mu na moment mowę, nie mógł wymyślić żadnego przesiąkniętego sarkazmem stwierdzenia, którym mógłby skwitować tę niezręczną chwilę.

Nawet Miche podniósł swój drink i stuknął nim o resztę szklanek.

- Na początku nie chciałem tego przyznać, ale Erwin miał co do ciebie rację. – Odparł Miche, przełykając alkohol. – Bez ciebie na pewno radzilibyśmy sobie o wiele gorzej.

- Co za głupota. Po prostu robię, to co do mnie należy. – Levi wzruszył ramionami, pod maską obojętności ukrywając poruszenie, jakie wywołały w nim słowa towarzyszy.

Oraz wzrok kapitana.

- Poza tym, nie oczekujcie zbyt wiele. – Dodał po chwili. – Każdy z nas może skończyć w żołądku tytana. Wystarczy jedna sekunda nieuwagi, chwila zawahania, albo zwykły pech.

- Ech, masz rację… - Moblit zgarbił się lekko, zamyślając się na moment, potem jednak wyprostował się i uśmiechnął nieśmiało. – Może zmienimy temat? Od teraz mamy zakaz rozmawiania o naszej pracy!

- Dobry pomysł! – Podchwyciła Hanji, celując palcem w Miche’a. – Lepiej mów, kiedy oświadczysz się tej rudej dziewczynie z Żandarmerii.

Miche zakrztusił się swoim drinkiem.

- O czym ty mówisz, szalona kobieto?? Ja wcale nie… - Próbował wymruczeć Miche, podczas gdy Bianca klepała go po plecach. – Tylko z sobą rozmawiamy, poza tym… Kto normalny chciałby wyjść za zwiadowcę? Ta robota to prawie jak misja samobójcza. Bez urazy dla nikogo.

- Bum! Pijesz karniaka, mieliśmy nie rozmawiać o naszej pracy. – Moblit sięgnął po butelkę i nalał Miche’owi kolejną porcję trunku. – Do dna!

Miche nie protestował, wypił cały alkohol ze szklanki, po czym poprosił Moblita o kolejną porcję.

- Zawsze możesz chociaż spróbować. – Doradziła Bianca, uśmiechając się lekko. – Zobaczyć, jakie ona ma do tego podejście. Miłość jest piękna, warto dla niej zaryzykować.

- Och, mam kolejny pomysł. – Wypaliła Hanji, opierając się wygodnie plecami o oparcie kanapy. Leviemu przeszło przez myśl jedynie „O nie…”. – Zagramy w alkoholowe „Ja nigdy”. Idziemy po kolei, ja zaczynam, każdy z nas wymyśla jakieś stwierdzenie, i jeśli kogoś z nas ono dotyczy, ten bierze łyk alkoholu. Zobaczymy, kto najszybciej się ulula.

- Co? To bez sensu, skąd będziemy wiedzieć, czy ktoś rzeczywiście mówi prawdę? – Zapytał Erwin.

- Właśnie, przecież ktoś może kompletnie oszukiwać. – Miche zgodził się z Erwinem i oparł rękę o ramię blondyna.

- Dlatego musimy sobie obiecać, że będziemy mówić prawdę. – Hanji przymknęła oczy i uniosła wskazujący palec. – Nie akceptujemy kłamców w naszym gronie.

- Ale nigdy nie dowiemy się, czy ten ktoś kłamał, czy nie… - Moblit spojrzał na Hanji z uśmiechem pełnym politowania, ale i sympatii.

- Berner, już cicho! – Hanji przymknęła mu usta dłonią, na co chłopak zarumienił się lekko. – Musimy sobie ufać, ja na pewno nie będę ściemniać. Okej, zacznijmy od czegoś prostego… Nigdy nie zabiłam tytana.

- W sumie racja, jeszcze ani razu nie miałaś okazji… – Przyznał Moblit. – Cóż, mi też jeszcze się to nie udało.

- Mnie też nie. – Odparła Bianca.

Levi, Miche i Erwin wymienili się spojrzeniami, po czym oboje zgodnie wzięli po łyku.

- Nasi dzielni wojownicy… Okej! Teraz Moblit! – Zadecydowała Hanji.

- Eee… Więc… Nigdy nie straciłem przytomności po alkoholu.

- Ooo, serio? No cóż, muszę być z wami szczera. Dobrze, że nie muszę pić za każdy raz. – Hanji napiła się whisky, po czym w jej ślady poszedł Miche, a także Bianca.

- Serio? – Moblit uniósł brwi, patrząc na dziewczynę. – Nigdy bym nie przypuszczał…

- No co, trzeba było się wyszaleć, zanim przystąpiło się do zwiadowców. – Bianca wyszczerzyła się w uśmiechu.

- Levi? Erwin? – Zapytał Miche, unosząc kącik ust.

Erwin pokręcił głową.

- Aż tak dobrze się nie bawiłem, nawet po wstąpieniu do zwiadowców. Ktoś musiał pisać te raporty, nie? – Następnie blondyn przeniósł spojrzenie na Leviego. – Ale ty? Nie mów, że w podziemnym mieście nie uciekałeś od czasu do czasu do alkoholu…

- Kto mówi, że nie uciekałem? Po prostu mam mocną głowę. – Levi odwzajemnił spojrzenie. Wpatrywali się w siebie trochę dłużej, po czym Erwin pierwszy odwrócił wzrok, by zapytać:

- Teraz chyba Bianca?

- Okej… W takim razie: nigdy nie całowałam się z nowo poznaną osobą.

- Uuu, wiesz, możemy to zaraz zmienić… – Miche przysunął się bliżej dziewczyny, a ta odepchnęła go ze śmiechem.

- Hanji, chyba wiesz, że musisz się napić? – Erwin wskazał na okularnicę.

- Coo? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? – Spytał Moblit, a w jego głosie można było zauważyć ledwo wyczuwalną zazdrość.

Hanji zarumieniła się aż po same uszy.

- O ty diable, jak możesz mi to przypominać… To się nie liczy, byłam młoda i pijana!

- Pij! Napiję się razem z tobą. – Miche wzniósł szklankę w geście toastu i rzeczywiście wziął łyka.

Hanji westchnęła, po czym poszła w jego ślady. Następnie rozejrzała się po towarzyszach.

- Jak to? Nikt więcej? Levi, nie miałeś nigdy żadnej jednonocnej przygody?

- Nie takie było pytanie. – Jego słowa wywołały śmiech Miche’a i Moblita. – Poza tym, aby już pójść z kimś do łóżka, dobrze byłoby najpierw dowiedzieć się, czy druga osoba ma chociaż minimalne poczucie estetyki i czy nie mieszka w syfie.

Te słowa wywołały z kolei salwę śmiechu całego oddziału.

Levi znowu poczuł ukłucie żalu, że nie ma z nim dwójki przyjaciół, z którymi przeżył tak wiele lat. Farlan z pewnością dodałby do tego jakiś komentarz od siebie, natomiast Isabel wypomniałaby mu jakiś przelotny i nieistotny romans sprzed kilku lat. On rozczochrałby jej włosy i powiedziałby, że jest tylko dzieciakiem i nie powinna zajmować się sprawami dorosłych, na co Farlan…

- Teraz moja kolej. – Z zamyślenia wyrwał go głos Miche’a. Levi przeniósł więc swoje spojrzenie na wąsatego blondyna. – No to pomyślmy… Coś, co mnie nie dotyczy… Już wiem. Nigdy nie cierpiałem na bezsenność.

Towarzysze popatrzyli po sobie. Levi zawahał się przez moment, ale potem podniósł szklankę do ust i napił się.

- Chyba dość często miewasz ten problem, co Levi? – Spytała Hanji, a w jej głosie dało się wyczuć zmartwienie.

- Już się do tego przyzwyczaiłem. – Chłopak wzruszył ramionami. – Może też po prostu nie potrzebuję takiej ilości snu jak inni.

- Zawsze dzięki temu możesz przejąć czyjąś nocną wartę. – Zauważył Erwin, spoglądając na Leviego z lekkim uśmiechem. Ciemnowłosy odwzajemnił spojrzenie, wracając pamięcią do ich niedawnej nocnej rozmowy podczas wyprawy za mur.

- Co? – Hanji nie zrozumiała, ale Erwin nie śpieszył z wyjaśnieniami.

- Moja kolej. Nigdy nie korzystałem ze ściąg, będąc w szkole.

- Cholera, tak właśnie wyglądają gry z Erwinem. – Mruknął Miche, biorąc łyk ze swojej szklanki. Erwin odpowiedział mu jedynie promiennym uśmiechem kujona.

W ślady Miche’a poszli Hanji, Moblit i Bianca. Popatrzyli na Leviego ze zdziwieniem.

- Nigdy nie byłem w szkole. – Powiedział Levi i oparł się wygodnie o oparcie kanapy. – A teraz wszyscy pijecie. Wygrałem?

- Cholera! – Zaklął ponownie Miche. Wszyscy oprócz Leviego napili się alkoholu.

- Druga kolejka! – Zawołała Hanji ze śmiechem.

* * *

Wybiła północ, kiedy Hanji i Moblit chrapali, oparci o siebie nawzajem. Głowa Miche’a wylądowała na ramieniu Erwina, gdzie wąsaty blondyn smacznie sobie spał. Natomiast Bianca spała zwinięta w kłębek tuż obok Miche’a.

Levi nalał kolejną porcję alkoholu i popatrzył wyzywająco na Erwina. Po ciemnowłosym nie było widać nawet śladu tego, że wlał już w siebie sporo wysokoprocentowego płynu. Z kolei Erwin uśmiechał się delikatnie, a jego policzki lekko poróżowiały. Wciąż jednak promieniał eleganckością i tym swoim przedziwnym majestatem.

Wciąż był tak samo przystojny.

Levi pokręcił głową i odchrząknął.

- Nie pękasz? Teraz moja kolej. – Głos Leviego był ostry jak miecz zwiadowcy tuż przed pierwszą wyprawą. – Możesz tego nie przeżyć.

- Nie boję się dziesięciometrowych tytanów, więc nie będę też bał się tego, co zaraz powiesz. – Erwin zmrużył oczy. Delikatnie odepchnął od siebie Miche’a, tak, że ten teraz opierał się głową o kanapę. – Jestem gotów. Grajmy dalej.

Levi zamyślił się. Co mógłby powiedzieć, co skłoniłoby Erwina do wzięcia kolejnego łyku? Pijany kapitan… Gdyby rzeczywiście udałoby mu się upić Erwina, chyba nigdy nie przestałby z niego żartować. Zapatrzył się na twarz mężczyzny. Co jeszcze o nim wiedział? Gładko ogolona broda, grube brwi, błękitne oczy. Nieskazitelnie ułożone włosy…

Już wiedział.

- Nigdy nie byłem u fryzjera.

Erwin wytrzeszczył na niego oczy, po czym roześmiał się głośno.

- Żartujesz? Przecież cały czas masz tą samą fryzurę. Do tego idealnie ściętą. Jak…

- Sam się strzyżę. Poza tym, w podziemnym mieście raczej nie ma ich zbyt wielu. Polecam, oszczędność pieniędzy. Ale rozumiem, że u ciebie to musi być jakiś rytuał, żeby mieć perfekcyjnie ułożone włosy, kapitanie. Teraz pij.

Erwin po chwili pokiwał głową z uznaniem i napił się drinka.

- Rzeczywiście, imponujące. W takim razie, skoro grasz nieczysto, ja powiem tak… Nie mam obsesji na punkcie sprzątania.

Levi zmrużył oczy. Ałć. A więc wyciągnął na wierzch tę kartę. Ciemnowłosy napił się alkoholu, starając się nie uśmiechać i w myślach przygotowując już kontratak.

- Nie mam obsesji na punkcie pisania raportów.

- Hej! – Erwin zaśmiał się, co sprawiło, że Levi poczuł przyjemne ciepło w brzuchu. Inne niż te, które czuł, pijąc alkohol.– Przecież zostałem dzisiaj z wami… Ale niech będzie.

Blondyn napił się, po czym nawet się nie zastanawiając, powiedział:

- Nie jestem uzależniony od herbaty.

Levi westchnął i przytknął szklankę do ust. Napił się drinka, nie dając po sobie poznać, że zdziwiło go, ile rzeczy Erwin już o nim wiedział.

- Wciąż nie mogę się nadziwić, że nie dodajesz do niej ani cukru, ani mleka. Naprawdę ci taka smakuje? – Zapytał Erwin, spoglądając na Leviego spod swoich charakterystycznych brwi.

- Kolejna oszczędność. – Skwitował Levi. Zastanowił się nad kolejnym stwierdzeniem. Chciał uderzyć z innej strony. – Nigdy nie byłem zakochany.

Erwin przeniósł wzrok z Leviego na swój kieliszek i skosztował drinka. Levi nie był zdziwiony. Erwin był zbyt atrakcyjny na to, aby w swoim życiu być zupełnie sam. Jednakże miał ochotę zapytać go o szczegóły… Choć wiedział, że to nie jego sprawa.

- Nigdy nie miałem przygody na jedną noc. – Erwin widocznie chciał zostać przy temacie. Leviemu spodobało się to. Choć oczywiście nic takiego po sobie nie okazał.

- Czy wystarczy, jak napiję się tylko raz, czy mam pić za wszystkie razy? – Słowami wywołał uśmiech na twarzy Erwina. Napił się, przyglądając się blondynowi ukradkiem a także zastanawiając nad kolejnym pytaniem. – Nigdy nie spałem więcej niż 8 godzin, przynajmniej odkąd pamiętam.

Erwin wpatrywał się w niego chwilę, po czym posłusznie wziął łyk trunku. Ich uśmiechy już przygasły, obaj czuli, że gra zbliża się do końca.

- Nigdy nie brałem udziału w sprawie, w którą nie wierzyłem. – Powiedział w końcu Erwin, nie odrywając spojrzenia od Leviego. Jego wzrok był poważny i zamyślony. Levi nie silił się na żadne uniki. Napił się drinka, po czym odwzajemnił wzrok Erwina.

- Czyli to żadna tajemnica. – Mruknął cicho Levi.

- Widocznie nie dla mnie. Twoja kolej.

Levi zebrał myśli, spoglądając w złoty płyn w swoim kieliszku. Obojgu kończył się już drink i Levi domyślał się, że jest to ten ostatni.

- Nigdy nie zabiłem człowieka.

Erwin delikatnie uniósł brwi, by następnie lekko zmrużyć oczy. Spojrzał na Leviego spokojnie, po czym przysunął swoją szklankę do ust, dopijając alkohol do końca. Levi dopiero po chwili zrozumiał, co to oznaczało, i miał tym razem o wiele więcej pytań niż przy temacie zakochania.

Zamiast jednak zadawać jakiekolwiek z nich, również dopił alkohol ze swojego kieliszka. Erwin nie wydawał się tym zbyt zdziwiony. Domyślał się, że Levi, żyjąc przez całe swoje życie pod ziemią, musiał uciekać się do przemocy.

Wpatrywali się w siebie jeszcze przez chwilę. Levi czuł się przy Erwinie trochę inaczej niż parę godzin temu. Zdawał sobie sprawę, że zaszło między nimi coś nowego, innego, trudnego do nazwania. Wątpił, aby umiał się otworzyć w ten sposób przed kimś innym. Czuł, że Erwin ma to samo i z jakiegoś powodu obaj zdecydowali się zaufać sobie tego wieczoru i podzielić się z sobą wiedzą na temat swojej przeszłości.

Nie doszło do niczego fizycznego między nimi, jednak Levi miał wrażenie, jakby mimo to nawiązała się między nimi pewnego rodzaju intymna zażyłość… Nie umiał tego nazwać i nie umiał wyczytać w oczach Erwina, czy ten myśli tak samo.

- Kto wygrał? – Wymruczała nagle Hanji, podnosząc się i przecierając oczy.

- Moim zdaniem jest remis. – Zarządził Erwin, rzucając Leviemu ostatnie tego wieczoru spojrzenie, po czym podniósł się i uśmiechnął do zaspanej Hanji. – Jako wasz kapitan nakazuję wam udać się na spoczynek, a ja, jak obiecałem, wracam do raportu. Dobrej nocy.

Levi skinął głową Erwinowi i popatrzył za oddalającym się blondynem. Pomógł Hanji dotrzeć do swojej kwatery, pozostali również udali się do swoich pokoi. Gdy Levi położył się w końcu w swoim łóżku, długo jeszcze nie mógł zasnąć.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 10 lis 2019, 16:41

ROZDZIAŁ TRZECI

Levi powoli otworzył oczy.

Spojrzał za okno. Świt jeszcze nie nadszedł, jednak ponad dachami dystryktu Trost ujrzał jak ciemne niebo powoli ustępuje miejsca bladej jasności. Spał jakieś trzy, cztery godziny. Dla niego była to wystarczająca ilość snu.

Podniósł się, starając się być cicho, aby nie obudzić towarzyszy, śpiących w tym samym pomieszczeniu. Spojrzał na Moblita i Miche’a. Zajmowali jedno łóżko piętrowe, Miche spał na dole, a Moblit u góry. Obaj chrapali w najlepsze. Tak jak i pozostali zwiadowcy, znajdujący się w pokoju.

Erwin znajdował się w innym pomieszczeniu, będąc kapitanem miał swoje przywileje, a jednym z nich było posiadanie własnej sypialni.

Levi zapatrzył się w widok za oknem.

Zdał sobie sprawę, że jego myśli zaraz po przebudzeniu biegły w kierunku kapitana.

Od kilku dni nie widział go zbyt często. Erwin zajęty był zebraniami oraz zdawaniem raportów, dotyczących jego formacji. Był najaktywniejszym z kapitanów, co równało się z tym, że posiadał niewiele wolnego czasu. Levi przez te dni trenował z pozostałymi zwiadowcami, Hanji, Miche i Moblit pokazali mu również te rejony Trostu, których nie poznał wcześniej. Nie powiedziałby tego na głos, ale przyzwyczaił się do nich, lubił spędzać z nimi czas. Powoli uświadamiał sobie, że zaczyna im ufać. Czuł jednak, że czegoś mu brakuje. A bardziej: kogoś.

Nie musiał się przebierać, gdyż zwykle spał w swoich codziennych ubraniach. Zrobił kilka przysiadów oraz pompek, by odgonić resztki snu. Następnie wyszedł przed budynek, aby odetchnąć świeżym powietrzem.

Trost powoli budził się do życia. Na ulicy przed kwaterą zwiadowców pojawiali się pierwsi przechodnie. Ludzie otwierający swoje sklepy, żołnierze żandarmerii, patrolujący okolicę, zwykli mieszkańcy, załatwiający swoje sprawy. Zaspani rodzice, biegające dzieci.

Levi patrzył na ten obrazek i wciąż nie mógł uwierzyć, że po tylu latach życia pod ziemią naprawdę udało mu się stamtąd wyrwać.

Pod budynek zajechała właśnie bryczka. Ciemnowłosy patrzył, jak drzwiczki otwierają się i z powozu wysiadł Erwin. Ubrany był w szarą koszulę, na którą zarzucił brązową marynarkę, a w podobnym odcieniu brązu miał starannie wyprasowane spodnie.

Zszedł po małych schodkach i spojrzał na Leviego. Zdziwił się lekko na jego widok, jednak po chwili na jego twarzy zagościł nieznaczny uśmiech.

Levi od razu poczuł, że dzień robi się odrobinę lepszy.

Oczywiście nie dał tego po sobie poznać.

- Koniec pisania raportów? – Zapytał z charakterystyczną dla siebie ironią, podchodząc w stronę Erwina i ruszając razem z nim w stronę wejścia do kwatery.

- Nie wiem czy to kiedykolwiek będzie można uznać za zakończone. Znowu nieprzespana noc?

- Cztery godziny, to całkiem dużo jak na zdrowy sen. – Levi wzruszył ramionami, po czym otworzył drzwi przed blondynem.

Smith skinął mu głową w podziękowaniu i wszedł do środka. Levi wsunął się do budynku tuż za nim. Idąc po schodach, niby od niechcenia spojrzał na tyłek Erwina. Nie potrafił nic poradzić na to, że zainteresował go ten widok, a zwłaszcza sposób, w jaki materiał spodni opinał się na nogach i pośladkach blondyna. Erwin był atrakcyjny, musiał to przyznać. To znaczy… Dbał o siebie, a to godne podziwu, prawda?

- Mam do ciebie sprawę. – Odparł Erwin, kiedy znaleźli się w głównym holu. Pomieszczenie wypełniło się już ludźmi, część zwiadowców kierowała się w stronę jadalni, gdzie podano śniadanie, pozostała reszta (głównie świeży rekruci) w pośpiechu udawała się na plac ćwiczebny. W tłumie ujrzał Zacka, którego odesłał z warty podczas ostatniej ekspedycji. Tak jak wtedy, również w tym momencie wydawał się zaspany. Nie miał jednak czasu podejść do chłopaka i zażartować z niego, gdyż był zbyt zajęty rozmową z Erwinem.

Levi spojrzał na twarz blondyna udając obojętność.

- O co chodzi?

- Tuż po śniadaniu mam spotkanie z dowódcą, pułkownikami i pozostałymi kapitanami. Chciałbym, abyś wziął w nim udział. Moim zdaniem jesteś jednym z najlepszych żołnierzy, a na pewno najlepszym w moim oddziale. Chciałbym abyś powiedział kilka słów o zabijaniu tytanów. Zwłaszcza o swojej technice i szybkości.

Levi syknął cicho, opierając się o ścianę obok Erwina.

- Mam próbować przekonać do siebie bandę tępaków? Wątpię, aby interesowało ich cokolwiek, co mam do powiedzenia.

- Może i tak. Ale jest tylko jeden sposób, żeby ich do siebie przekonać. Spróbować.

Levi westchnął i skrzyżował ręce na piersiach, udając, że się zastanawia. Tak naprawdę chętnie spędzi czas z kapitanem. Zwłaszcza, jeśli przy okazji może zirytować kilka obcych mu twarzy.

- Co będę z tego miał? – Spytał, nie starając się niczego sugerować, jednak nie omieszkał spojrzeć na Erwina spod przymrużonych powiek. Zdawało mu się, że w pierwszym odruchu blondyn lekko uniósł kącik ust a w jego oczach ujrzał dziwny błysk. Musiało mu się to jednak wydawać, gdyż Erwin jedynie zaśmiał się krótko.

- Moją dozgonną wdzięczność. Jeśli dasz się zaprosić, mogę też postawić ci obiad. Pasuje? – Spytał, spoglądając pogodnie na Leviego.

- Obiad i herbata.

- Zgoda.

* * *

Pomieszczenie, w którym odbyło się zebranie, przypominało to, gdzie spotkali się ostatnio na wieczorze integracyjnym. Tutaj jednak na samym środku znajdował się wielki stół, a wokół niego ustawiono wygodne krzesła. Na stole stała karafka z wodą oraz szklanki dla zgromadzonych. Wszystko wyglądało ładnie, jednak co do czystości tego miejsca można by mieć zastrzeżenia, Levi dostrzegł cienką warstwę kurzu na regałach, które znajdowały się pod ścianami.

Ackerman usiadł obok Erwina. Miał wokół siebie samych nieznanych mu ludzi. Nie był jednak spięty, oparł się wygodnie i postanowił słuchać przebiegu spotkania z umiarkowanym zainteresowaniem.

Na początek omówiona została ostatnia ekspedycja, odkrycia, których dokonano oraz nowe tereny, które zbadano. Generał Shadis nie był tak zadowolony jak reszta pułkowników i kapitanów, gdyż to on odpowiadał przed górą za każdą poniesioną ofiarę wśród żołnierzy.

Levi nie wdawał się w dyskusję. Kątem oka obserwował jednak swojego kapitana, który aktywnie uczestniczył w rozmowach, dodając w odpowiednich momentach coś od siebie, oprócz tego słuchając uważnie innych.

Obecnie głos zabrał pułkownik Vogl. Miał ciemnorude włosy i młodą, ale niezbyt przyjemną twarz.

- Jeśli chodzi o tytanów, zaskoczyli nas tylko na samym początku. Zgładzonych zostało sześć osobników. Kapitanowie, Maria Tross, Finn Zacher oraz Leon Platz zabili po jednym. Natomiast pozostała trójka, w tym jeden odmieniec, została zabita przez… Leviego Ackermana? Kto to u diabła jest?

Levi syknął, jednak ujrzał lekko uniesioną dłoń Erwina, co powstrzymało go przed wrednym komentarzem.

- To mój najlepszy żołnierz. – Erwin spojrzał na Leviego, na co ten jedynie skrzyżował ręce na piersiach. – Jest dzisiaj tu obecny, gdyż jego technika z pewnością jest czymś zupełnie nowym. Musimy bardziej skupić się na szkoleniu kadetów pod kątem walki z ruchomym celem. Myślę, że Levi może pomóc opracować na to sposób. Ponadto, zupełnie sam nauczył się trójwymiarowego manewru, dlatego…

- Zaraz, zaraz, czy to ten sam człowiek, który wcześniej tak naprzykrzał się żandarmerii? – Spytał Vogl, marszcząc brwi i odkładając raport na stertę pozostałych dokumentów. – Jeszcze niedawno tułał się w podziemiach, a teraz wprasza się na nasze zebrania?

Levi prychnął.

- Uwierz mi, mam o wiele ciekawsze rzeczy do roboty, niż siedzieć w pełnej kurzu sali z takimi…

- Sam go tu zaprosiłem. – Przerwał mu szybko Erwin, kładąc na moment dłoń na jego ramieniu. Levi miał wrażenie, jakby przeszedł go prąd. Było to jednocześnie dziwne jak i niezwykle przyjemne uczucie. Którego nie czuł już dawno. – Nie ma znaczenia, skąd pochodzi, tylko to, co jest w stanie wnieść do naszego oddziału.

- W jaki sposób zgładziłeś odmieńca? – Zapytał kapitan, który siedział obok Erwina. Utkwił w Levim zaciekawiony wzrok. – Nie znam nikogo, komu się to udało.

Levi nie wyczuł w jego głosie ani szyderstwa, ani niechęci, dlatego odparł:

- Ważna jest szybkość. Dlatego czasem warto zużyć trochę więcej gazu. I szybko wyciągnąć wnioski, w czym tytan wyróżnia się od reszty, ważna jest obserwacja.

- Trzeba też umiejętnie celować w słabe punkty tytanów. – Dodał Erwin, gestykulując przy tym. – Nie można pozwolić sobie na niecelny atak. Myślę, że trzeba zwiększyć ilość treningów i przede wszystkim zmienić ich system. Levi może nam z tym pomóc.

- I naprawdę sam nauczyłeś się trójwymiarowego manewru? – Nie chciała wierzyć jedna z kapitanów, siedząca naprzeciwko Leviego.

- Do którego sprzęt najpierw ukradł… - Wtrącił Vogl, na co Levi zmarszczył brwi.

- Dobrze, skorzystamy z twojej pomocy, Ackerman, skoro Erwin ręczy za ciebie. – Odezwał się dowódca Shadis. – Teraz przejdźmy do kolejnej kwestii…

Erwin zerknął na Leviego i posłał mu ciepły uśmiech. Levi przewrócił oczami i sięgnął po szklankę wody.

* * *

Gdy zebranie dobiegło końca, Levi i Erwin wyszli z pomieszczenia razem z resztą zwiadowców. Levi spojrzał na wyższego od siebie blondyna i trącił go ramieniem.

- Te bezsensowne gadanie spowodowało, że jestem głodny. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o swojej przysiędze, Panie Wielkie Brwi?

Erwin zaśmiał się, słysząc tę ksywkę, a potem zarzucił na siebie swoją marynarkę.

- Oczywiście, że nie. Znam nawet odpowiednie miejsce.

Gdy już opuścili kwaterę, spacer zajął im kilka minut. Levi dziwnie się czuł, idąc tuż obok Erwina, wcześniej blondyn wydawał mu się niedostępny i wiecznie zajęty. Tym razem był tu nie z Hanji, Moblitem i Miche’m, ale z nim, szli ramię w ramię. Zamiast otaczających ich innych zwiadowców bądź czyhających na ich życie tytanów, otaczali ich zwykli ludzie, którzy nie zwracali na nich uwagi. Mogli robić, co tylko chcieli.

- To tutaj. – Odezwał się Erwin, zatrzymując się przed przytulnie wyglądającym budynkiem. Levi ujrzał, że jest to niewielka restauracja. Weszli do środka i zajęli miejsca przy wolnym stoliku. Już po chwili podszedł do nich właściciel.

- Smith, co za niespodzianka. – Średniego wzrostu mężczyzna poklepał Erwina po ramieniu. Miał przerzedzone włosy na skroniach i dość okazały brzuch. Uśmiechał się jednak sympatycznie. Levi nie poczuł do niego natychmiastowej irytacji, a to dość dużo jak na niego.

- Franz, poznaj Leviego Ackermana, jest… nowy w naszym oddziale.

Mężczyzna, nazwany Franzem, uścisnął Leviemu dłoń.

- Przyjaciele Smitha są moimi przyjaciółmi. – Powiedział, po czym zaśmiał się rubasznie. – Smith, podać to co zawsze?

- Na pewno poprosimy dwie herbaty. Jedna z mlekiem i cukrem, druga bez żadnych dodatków. I… Tak, jeśli twoje steki dalej są tak samo dobre, to bardzo chętnie.

- Musiałeś już o nich zapomnieć, tak dawno cię u mnie nie było! Najczęściej wpadaliście do mnie razem z Marie, czyż nie? Ale kiedy to było!

Franz zaśmiał się, po czym obrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni, przygotowywać potrawy.

Erwin popatrzył za Franzem, lekko zaskoczony, a potem przeniósł swój wzrok na Leviego, napotykając jego pytające spojrzenie.

- Marie? – Zapytał ciemnowłosy zawadiacko, unosząc kącik ust. Oparł łokcie o blat stołu, który ich dzielił. – Kim jest Marie?

Erwin uśmiechnął się łagodnie, po czym pokręcił głową.

- Stare dzieje. Kiedyś spędzaliśmy z sobą sporo czasu. To wszystko.

Levi nie był wścibski jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, jednak tym razem trudno było mu powstrzymać się przed tym, aby zadać więcej pytań. Mimo to zrezygnował z tego zamiaru. Powiódł wzrokiem za spojrzeniem Erwina, który zapatrzył się w widok za oknem.

- W ciągu najbliższych dni udamy się na trening kadetów, aby zweryfikować ich sprzęt do trójwymiarowego manewru. – Powiedział Erwin. – Przyjrzymy się też ich systemowi treningowemu. Na pewno możemy zmienić wiele rzeczy na lepsze.

- Może… A tak w ogóle, Panie Wielkie Brwi, nie musisz bronić mnie podczas takich spotkań. – Levi spojrzał na blondyna i oparł się wygodnie na krześle. – Nie obchodzi mnie, co mówią ci kretyni na ciepłych stołkach. Podejrzewam, że większość z nich nie przetrwała by dnia tam na dole.

- Może i tak, ale mimo różnic, musimy się jakoś znosić. Choć zachowanie niektórych jest nieodpowiednie, wiem o tym. Nie mogą cię oceniać, nie znając cię.

- Wiedzą o tym, że chciałem cię zabić?

Akurat podszedł do nich Franz, niosąc dwie herbaty. Postawił przed mężczyznami filiżanki i oddalił się pośpiesznie, udając, że nic nie usłyszał.

- Cóż, nie dzielę się tą informacją z każdym, kogo spotkam. – Odparł ostrożnie Erwin, sięgając po cukier. – Więc podejrzewam, że oprócz dowódcy, kilku poruczników, kilku osób z naszego oddziału i teraz Franza, nikt nie wie.

- To dopiero przysporzyłoby mi wrogów… Zwłaszcza, że wydajesz się niezwykle lubiany, Panie Wielkie Brwi.

- Uwierz mi, to tylko pozory. Czy teraz będziesz mnie tak nazywał? – Spytał Erwin, biorąc łyk herbaty.

- Być może. – Levi odwzajemnił wzrok. Zamiast złapać za ucho, objął kubek od góry wszystkimi palcami, charakterystycznym dla siebie gestem i również podniósł go do ust. Rozszerzył oczy, po czym dodał: – Rzadko to mówię, ale znakomita herbata.

- Zgadzam się, Panie Bez Cukru i Bez Mleka. – Odparł Erwin, na co Levi niebezpiecznie zmrużył oczy. Wywołał tym rozbawienie u blondyna.

Piętnaście minut później każdy z nich otrzymał już swoje danie. Jedli w milczeniu, które jednak nie powodowało napięcia ani prób rozpaczliwego wyszukiwania tematów do rozmowy. Levi czuł się coraz bardziej swobodnie przy Erwinie. Wciąż tęsknił za Isabel i Farlanem, jednak z lekkim wstydem musiał przyznać, że jego nowi towarzysze powoli wypełniali te luki w jego wnętrzu, które pojawiły się po śmierci długoletnich przyjaciół.

Miche często go irytował, jednak podczas treningów już wiedział, że mógłby powierzyć mu swoje życie. Był bystry, szybki i bezbłędnie orientował się w terenie. Oprócz tego posiadał coś, co Levi mógłby nazwać szóstym zmysłem, wiedział o niebezpieczeństwie dużo szybciej niż ktokolwiek inny. Często ścierali się z sobą i nie zgadzali w wielu kwestiach, jednak ostatecznie dochodzili do porozumienia.

Moblit był bardzo inteligentny, już na początku zdobył punkt u Leviego tym, że podobnie jak on lubił porządek. Był pogodny, sympatyczny i bardzo przykładał się do obowiązków.

Hanji, mimo swojego chaotycznego stylu bycia i często zwariowanym pomysłom, zdawała się często czytać mu w myślach. Nie rozumiał do końca więzi, która go z nią połączyła. Czuł jednak, że jest to coś wyjątkowego. Miał wrażenie, że cokolwiek zrobi i jakiekolwiek decyzje podejmie w przyszłości, ona będzie go wspierać. Była oddana sprawie a także swoim towarzyszom.

A jeśli chodzi o Erwina…

Levi podniósł wzrok na mężczyznę, który siedział przed nim. Był na wyciągnięcie ręki. Blondyn zajęty był akurat przeżuwaniem ziemniaków i krojeniem fragmentu steku, który znajdował się na jego talerzu. Jego fryzura, jak zwykle bez skazy, koszula zaś starannie wyprasowana i czysta… Erwin był uosobieniem atrakcyjności i schludności.

Zarówno podczas ekspedycji jak i treningów był skupiony i uważny. Jego towarzysze mogli liczyć na jego kreatywność, rozwiązywanie konfliktów, wynajdywanie wyjścia z najgorszej sytuacji. Zawsze gotów był udzielić dobrej rady. Oprócz tego był też oczywiście wymagający i gotowy do wyrzeczeń, nie tylko swoich.

Levi zastanawiał się, co on właściwie robi tu z tym człowiekiem. Erwin był przystojny, lubiany, z coraz to większą listą dokonań jako kapitan. I prawdopodobnie niedługo jako porucznik. Kto wie, może i dowódca… Nawet tu, w barze, w którym siedzieli, kobiety oglądały się na niego. Jeśli tylko nie da się pożreć tytanom, czeka go świetlana przyszłość.

Czuł, że on sam nie pasuje do tej sceny. Pochodził z podziemnego miasta, jego matka była prostytutką, a ojca nie poznał. Wychował go jeden z najpodlejszych bydlaków jacy stąpali po ziemi, po czym spędził swoje życie na kradzieży i walce o życie. Przyjaciele, jakich zobowiązał się chronić, zginęli przez jego głupotę. A on sam dał się wkręcić w idiotyczny akt, w wyniku którego chciał zabić osobę tak głęboko zaangażowaną w swoją misję.

Nie powinno go tu być. Ale jakimś cudem się tu znalazł. Przyglądał się Erwinowi, zastanawiając nad tym, co mężczyzna tak naprawdę myślał na jego temat.

Gdy zjedli, Erwin zgodnie z obietnicą zapłacił za ich posiłek.

- Możemy wrócić okrężną drogą. – Zaproponował Smith, wskazując ścieżkę, jaka prowadziła w kierunku rzeki. Levi skinął głową. Skierowali się w tamtą stronę i już po chwili szli wybrukowaną drogą, wiodącą wzdłuż rzeki, którą zwykle przepływały statki przeznaczone do transportu ludności.

- Czy dużo czeka cię dziś jeszcze kapitańskich obowiązków? – Zapytał Levi, kopiąc przypadkowy kamyk.

- Jeszcze kilka spotkań, potem krótki odpoczynek. Aż dziwnie mi z tą świadomością.

- Zwolnij trochę, jeszcze przepracujesz się na śmierć.

Erwin uśmiechnął się łagodnie.

- To chyba dobry pomysł, żeby zwolnić. Kolejna ekspedycja dopiero za miesiąc. Mamy czas, aby się dobrze do niej przygotować. A to również oznacza, aby odpocząć.

- Wybierasz się gdzieś dalej, żeby odwiedzić rodzinę? Przyjaciół? – Spytał ciemnowłosy. Nie chciał być ciekawski, ale przez fakt, że sam nie miał nikogo, interesowało go, w jakiej sytuacji jest Erwin. Zwłaszcza, że nigdy o tym nie mówił. – Marie, czy jakąś inną damulkę?

Erwin roześmiał się krótko i wymienił spojrzenie z Levim.

- Mówiłem ci, że Marie to stare dzieje. Nie, nie wyjeżdżam nigdzie. Moja rodzina to… dalecy krewni… I są daleko. Rzadko mam z nimi kontakt.

Levi przeniósł wzrok na płynącą obok rzekę. Nie zwrócił uwagi na to, że Erwin się w niego wpatruje.

- Dziwne, nie wiem czemu, ale coś jakby mówiło mi, że masz bliską rodzinę. No cóż, intuicja czasem zawodzi. Zatem spędzisz ten miesiąc jedynie na treningach, czyli równie żałośnie jak reszta naszej bandy.

- Nie zapominaj o naszym zadaniu. Obiecałeś mi pomóc w udoskonaleniu treningu kadetów.

Levi westchnął i schował dłonie w kieszenie swojego płaszcza.

- No tak, jakżebym mógł zapomnieć… Coś jednak czuję, że to doskonalenie również mnie zmęczy i znowu będę potrzebował jakiegoś obiadu.

- I herbaty bez żadnych dodatków? – Erwin spojrzał na Leviego i uśmiechnął się. Jego błękitne oczy śmiały się wesoło, wiatr delikatnie rozwiewał jego blond włosy.

Levi poczuł przyjemne ciepło w sercu. Miał przeczucie, że to będzie dobry miesiąc.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2557
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 16 lis 2019, 11:29

No cóż, jedyne co mi się ciśnie na usta to... Erwin i Levi, Erwin i Levi, Erwin i LeviXDDDDD Jest ich dużo w fanfiku, więc masz moją atencję:P Ciekawa jestem, czy rzeczywiście będą mieć dobry miesiąc. Rozczula mnie też, jakie wrażenie na Erwinie robi picie herbaty bez żadnych dodatków. Też piję bez dodatków, nie sądziłam, że wg. niego to aż takie łał, teraz będzie rozpierać mnie duma:P Albo powiedział to w mandze, a ja się właśnie wygłupiłam, że nie pamiętam... Oj tam, nie ważne. Czasem takie drobne smaczki są miłe, sprawiają, że postać ma swoją specyfikę, jest bardziej ludzka.
A jeśli chodzi o czepy, to czasami dialogi wydają mi się trochę zbyt suche. Można by częściej wplatać jakieś opisy emocji bohaterów.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 16 lis 2019, 18:00

Vampircia pisze:Albo powiedział to w mandze, a ja się właśnie wygłupiłam, że nie pamiętam...

Chyba nic takiego nie powiedział, jedyne tego typu ciekawostki o nich wyszukałam na wikipediach/SNKpediach. Musiałam wyposażyć Erwina w coś, czym mógłby odwzajemniać się Leviemu jeśli chodzi o wzajemne dogryzanie sobie. A że na SNKwiki znalazłam informację o tym, że Levi pije najwzyklejszą na świecie herbatę, musiałam tego użyć. Ogólnie sporo z tych oficjalnych ciekawostek przeniosłam do tego fika.

Nie na temat, ale kilka moich ulubionych tekstów z trivii:
"Isayama has said that Levi had once wanted to open a tea shop"
"Levi's liquor tolerance is not bad. More specifically, he does not get drunk"
I faworyt:
"In Isayama's interview he was asked about Levi's preferred type of woman and answered "A type of woman he likes? Since he’s short, small people tends to like tall people… I guess he might like tall people."

Tall PEOPLE... Isayama, I know what you did there:P

I tak mi się wydawało, że coś nie do końca mi się podoba, dzięki za czep:) postaram się nad tym popracować!
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 17 lis 2019, 14:19

ROZDZIAŁ CZWARTY

Levi zarzucił na ramiona ciemno-zielony płaszcz z białymi skrzydłami, wyszytymi na plecach. Zapiął go pod szyją i poprawił swój kaptur. Pozostali zwiadowcy wokół niego byli już prawie gotowi do drogi. Zaprzęgano ostatnie konie, sprawdzano zapasy, liczono ludzi. Levi popatrzył na swoich towarzyszy.

Hanji poprawiała szelki, siłując się z zapięciem. Erwin i Miche sprawdzali mapę, rozmawiając o czymś z przejęciem. Bianca i Moblit szykowali swoje konie. Ciemnowłosy poczuł lekki niepokój, podobny do tego, który odczuwał tuż przed wyprawą z Farlanem i Isabel. Zaczynał przywiązywać się do tych ludzi. Coraz częściej przyłapywał się na myśli, że gdyby im też coś się stało to…

Zauważył nagle znajomego zwiadowcę, którego ostatnio odesłał z nocnej warty. Zack stał przy jasno-brązowym rumaku, sprawdzając jego uzdę i głaszcząc zwierzę po pysku. Levi po chwili wahania podszedł do niego. Nie zauważył, że Erwin spogląda za nim, a na jego zwykle gładkim czole pojawiła się delikatna zmarszczka.

- Tym razem wyspany? – Spytał Levi, zachodząc chłopaka od tyłu. Zack podskoczył i na widok Leviego zarumienił się lekko.

- Tak! To znaczy… Na tyle, ile mogłem. Śnili mi się tytani, ale zwykle mam tak, że moje sny nigdy się nie sprawdzają, więc może żadnego nie spotkamy…

- To byłoby zbyt piękne. – Skwitował Levi, podchodząc do konia, na którym miał jechać Zack. Łagodnie pogłaskał zwierzę.

– Grunt to umiejętnie ich unikać.

Levi porozmawiał jeszcze chwilę z Zackiem, po czym wrócił do swoich towarzyszy. Zack patrzył za odchodzącym mężczyzną, jednak po chwili otrząsnął się i zajął sprawdzaniem swojego ekwipunku. Levi zatrzymał się przy Hanji, żeby jeszcze pozaczepiać ją przed odjazdem, gdy nagle usłyszał czyjś donośny głos.

- Nie mogę się doczekać, aż zabiję pierwszego tytana!

Levi spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał grupkę świeżych rekrutów. Jeden z nich, postawny i wysoki, o krótko ściętych i sterczących na wszystkie strony czarnych włosach, przyglądał się swoim dwóm zwiadowczym mieczom.

- Marcus, to nie jest takie łatwe jak myślisz. – Powiedziała dziewczyna z jego oddziału.

- Taa, wątpię. Jeszcze się zdziwisz. – Przez chłopaka przemawiała pewność siebie. – To nie może być aż tak trudne. Już niedługo będę bohaterem i wszystkie laski z Trostu będą się ustawiały do mnie w kolejce. Te stare pryki robią hałas wokół tych ekspedycji tylko po to, żeby udawać, że są potrzebni i zachować swoje stołki.

Levi zmarszczył brwi, wpatrując się w stojących nieopodal rekrutów. Wymienił spojrzenie z Hanji.

- Żeby ten młody nie zdziwił się zbyt szybko… - Westchnęła, uśmiechając się lekko do Leviego. Pokręciła głową. – Szkoda na niego czasu. Levi!

Ciemnowłosy nie wytrzymał jednak i podszedł do nowych rekrutów.

- Takie gadanie prędzej wpędzi cię do żołądka tytana. Skończ pieprzyć naokoło. - Powiedział Levi, patrząc młodemu w oczy. Marcus zdziwił się, jednak po chwili wybuchnął śmiechem.

- O co ci chodzi, kurduplu? Chcesz mieć wszystkich tytanów dla siebie, żeby potem chwalić się tym przed panienkami?

- Kurduplu...? - Levi zmrużył niebezpiecznie oczy i sięgał ręką do jednego ze swoich ostrzy, jednak wtedy tuż obok niego pojawili się Hanji i Moblit.

- Już wystarczy, Levi! Jeśli chce skończyć jako przysmak dla tytanów, to jego sprawa! - Hanji mówiąc to złapała Leviego za ramię i odciągnęła w stronę ich koni.

- Nic na to nie poradzimy, że niektórzy z rekrutów są trochę zbyt pewni siebie na początek. - Dodał Moblit. - Z jednej strony to dobrze i może się czasem przydać. Ale z drugiej...

- Co za udręka… - Mruknął Levi, oglądając się na młodszych zwiadowców. Marcus wpatrywał się w niego wrogo. – Ciekawe, czy kiedykolwiek w nasze szeregi wstąpią jacyś poważni młodzi ludzie, którym rzeczywiście będzie zależeć na czymś więcej niż na sławie… Szczerze w to wątpię.

Wrócił z towarzyszami do swojego miejsca w szeregu.

* * *

- Zwiadowcy, naprzód! – Zakrzyknął dowódca Shadis.

Levi poczuł znajomy przypływ adrenaliny. Wraz z innymi zwiadowcami, tak jak ostatnio, przejechał przez bramę Shinganshiny. Jego koń zdążył przyzwyczaić się już do niego. Zwierzę miało ciemną maść i błyszczące czarne oczy. Reagowało na każdy ruch Leviego. Umiał porozumiewać się z nim bez słów. W końcu była to ich trzecia ekspedycja poza mur.

Tym razem poruszali się w szyku bez żadnych zakłóceń. Oddział z prawej flanki zauważył tytanów, jednak byli oni w sporej odległości. Dzięki ustawieniu Erwina dali radę przemieścić się bez walki z tytanami aż do pierwszego przyczółku za murem, gdzie zrobiono odpoczynek. Był to jeden z występujących w tej okolicy lasów. Porozstawiano obozy w pewnej odległości od siebie, aby w razie najgorszego cała wyprawa nie została zaatakowana jednocześnie. Był to pomysł jednego z kapitanów, który widocznie podobnie jak Erwin próbował zrobić coś pożytecznego dla innych. Levi jednak sądził, że chodziło mu jedynie o szybki awans. Nie uważał też, że takie odległości między obozowiskami to dobry pomysł.
Wraz z Erwinem i Miche’m rozstawiali właśnie namiot, gdy nagle usłyszeli tętent kopyt. Z krzaków wyłonił się nagle koń o brązowej maści, a dosiadał go rekrut sąsiedniego obozu.

- Tytani! Zaatakowali obóz na południe od nas! – Krzyczał chłopak, wskazując w ciemność, z której przyjechał. – Potrzebujemy pomocy!

Grupa Erwina zerwała się z miejsc, bez słów przygotowując sprzęt i konie. Ruszyli razem ze zwiadowcą, który do nich przybył.

- Gdzie reszta twojego oddziału? – Zapytał Erwin, gdy dotarli do sąsiedniego obozu i ujrzeli pozostawione w pośpiechu przedmioty.

- Widocznie wszyscy ruszyli tamtym na pomoc… Nie rozumiem, mieli czekać na nas…

Erwin zostawił zdezorientowanego zwiadowcę z tyłu i wraz ze swoim oddziałem dotarł do kolejnego obozowiska, tego, które zostało zaatakowane. Ujrzeli pozostawione konie.

- Tutaj, Erwin! – Hanji podbiegła do namiotu, który był rozdarty od zewnątrz. W środku znaleźli dwóch rekrutów. Jeden z nich był ranny, drugi tylko oszołomiony.

- Zaraz wam pomogę. – Bianca sięgnęła do apteczki i zajęła się rannym.

- Jak dobrze, że jesteście. – Powiedział ten oszołomiony zwiadowca, siadając i rozglądając się z przestrachem. – To było straszne… Wyskoczyli z ciemności, zupełnie nagle…

- Co tu się działo? – Spytał Levi, jednak nie zdążył usłyszeć odpowiedzi. Ziemia zadrżała od kroków.

Jeden z tytanów wyłonił się zza drzew i błyskawicznie zacisnął swoją dłoń na stojącej najbliżej niego Hanji. Zamiast jednak od razu podnieść ją do ust, zaczął wymachiwać nią niczym zabawką. Mieli do czynienia z odmieńcem.

- Hanji! – Krzyknęli jednocześnie Miche i Levi i rzucili się na pomoc przyjaciółce.

Miche podciął bestii nogi, sprawiając, że tytan stracił równowagę. Levi rozciął palce, które obejmowały Hanji, jednocześnie uważając, żeby nie zranić przyjaciółki. Złapał ją w locie, pozwalając Miche’owi zająć się tytanem do końca. Blondyn za pomocą trójwymiarowego manewru rozciął tytanowi kark, sprawiając, że wielkie cielsko upadło na ziemię, dymiąc.

- Hanji, nic ci nie jest? – Moblit był już obok, a na jego twarzy można było ujrzeć prawdziwą troskę. Levi podał jej bezwładne ciało brunetowi, a potem spojrzał na rekrutów, których tu znaleźli.

- Marcus poszedł sam ratować resztę… Nie wiemy, gdzie są. – Powiedziała ranna dziewczyna, którą zajmowała się Bianca.
Levi zmarszczył brwi, po czym spojrzał na Erwina.

Blondyn jak gdyby czytając mu w myślach spiął swojego konia i zawołał:

- Pomóżcie Hanji i pilnujcie obozu, ja i Levi udamy się za tytanami!

- I znajdziemy tego idiotę… - Dodał Levi, uruchamiając sprzęt i wzbijając się w górę.

Wyruszyli razem, Erwin na koniu, Levi wznosząc się w powietrze za pomocą sprzętu do trójwymiarowego manewru.

- Gdy ich spotkamy, ja zajmę się tytanami, ty zajmij się tym debilem! Może coś odstawiać! – Krzyknął Levi, przemieszczając się wśród drzew.

- O ile jeszcze żyje! – Zawołał Erwin, przyśpieszając, gdyż zauważył, że Levi zaczął używać więcej gazu. Jego częsty błąd, pomyślał blondyn, ale już chyba nie da rady go tego oduczyć…

Po paru minutach wjechali na nieznaną im leśną polanę, gdzie zauważyli przedziwny widok. Pośrodku polany znajdował się Marcus, klęczący na ziemi i zalewający się łzami. Tuż przed nim wznosił się co najmniej ośmio-metrowy tytan, który wyciągał w stronę rekruta swoją wielką dłoń. Za nim znajdowały się jeszcze dwa tytany, cztero- i pięcio-metrowiec, lecz nie wiedzieć czemu, opierały się o drzewa, zamiast atakować.

Erwin na moment zamarł w bezruchu, widząc tak wielkie i przerażające stwory. Sądził, że po tylu latach nic już nie jest w stanie go przerazić, jednak podczas tych paru sekund poczuł się jak świeży rekrut, który widzi tytanów po raz pierwszy w życiu. Mimo wielogodzinnych treningów i symulacji, człowiek nigdy nie będzie przygotowany na ten moment. Zawsze nagłe zetknięcie się z potęgą tych bestii będzie wywoływać strach.

Smith w końcu jednak zreflektował się, ujrzał bowiem, jak Levi nie wahając się ani chwili, zaatakował pierwsze (i największe) monstrum. Erwin nie mógł się nadziwić, jak bardzo nieustraszony i odważny jest ten mężczyzna. Odkąd wstąpił do oddziału zwiadowców, nie poznał nikogo takiego jak on. Nie myślał, że kiedykolwiek będzie mu dane kogoś takiego spotkać, a co dopiero przekonać do tego, aby walczył u jego boku…

- Erwin! – Krzyknął Levi, po czym przemieścił się blisko największego tytana, zatapiając ostrza w jego karku. Idealny, mocny cios, który przyniósł właściwy efekt.

Levi odwrócił twarz w kierunku Erwina, który właśnie podjeżdżał do chwilowo bezpiecznego Marcusa. Taki właśnie był plan. Blondyn wyciągnął rękę w jego stronę, a Marcus szybko ją złapał. Jednak zamiast pozwolić mu wciągnąć się do góry, na konia obok niego, chłopak pociągnął Erwina w dół.

Smith był tak zaskoczony, że stracił równowagę i spadł na ziemię, uderzając głową o duży kamień. Marcus z twarzą wykrzywioną ze strachu, zajął miejsce blondyna, spiął konia i odjechał.

Levi oglądał tą kilkusekundową scenę z wysoka i nie mógł uwierzyć, w to co widział. Czy ten gnój naprawdę ukradł im konia i zostawił Erwina na pewną śmierć…?

Najbardziej przeraziło go jednak to, że dwa tytany, jeszcze chwilę temu nieruchome, teraz rzuciły się w stronę Erwina, który był zupełnie bezbronny.

Levi miał zaledwie kilka sekund na reakcję. Nie mógł się zastanawiać. Wystrzelił z miejsca w stronę leżącego na trawie nieruchomego ciała Erwina. Zaraz powinien skończyć mu się gaz w trójwymiarowym sprzęcie, nie dbał jednak o to; jego wszechświat skurczył się teraz do bezbronnej postaci, leżącej parę metrów pod nim, do której zbliżał się niewystarczająco szybko… Widział wyciągnięte w stronę Erwina łapska tytanów, gotowe by złapać go i bezmyślnie rozerwać na dwie części. Nie mógł na to pozwolić, choć jeszcze tak niedawno temu ten mężczyzna wydawał mu się obojętny. To za mało powiedziane – sam chciał jego śmierci, naiwnie sądząc, że zabicie go przyniesie mu upragnione obywatelstwo na powierzchni.

Teraz gotów był zrobić wszystko, aby ocalić Erwina.

Widział jak palce pierwszego tytana już prawie dosięgają nieruchomej twarzy kapitana, jednak w tym samym ułamku sekundy jego ostrze przecięło te palce na pół. Trysnęła krew. Levi czuł ją na swojej twarzy. Nie miał czasu na atak w stronę drugiego tytana, więc postanowił na razie tylko użyć jego twarzy niczym lądowiska; wiedział, że sporo ryzykuje, jednak musiał się od czegoś odbić, aby ponownie wznieść się w górę. Siła, z jaką wpadł na twarz tytana sprawiła, że bestia została pchnięta w tył. Drugi tytan zauważył go i chciał złapać zdrową dłonią. Levi okrążył jego głowę i z całej siły wbił ostrze w kark bestii, przy czym jeden z mieczy niestety się złamał.

Levi wyrzucił bezużyteczny przedmiot i skierował się w stronę ostatniego tytana, którego twarz chwilę temu wykorzystał jako lądowiska. Bestia pochylała się właśnie nad Erwinem, otwierając usta, aby go zjeść. Levi prześlizgnął się w powietrzu obok niego, przejeżdżając ocalałym ostrzem wzdłuż karku tytana. Potwór zwalił się na trawę tuż obok Erwina.
Także Levi wylądował w tamtym miejscu. Czuł zmęczenie i ból wszystkich mięśni, nie zdawał sobie sprawy z tego, że zupełnie sam powalił właśnie trzy wielkie monstra. Liczyło się dla niego w tej chwili coś zupełnie innego.
Lekko trzęsącymi się dłońmi wyczuł, że Erwin oddycha i to przepełniło jego ciało uczuciem ulgi. Odetchnął głęboko, po czym sięgnął do ekwipunku, który miał przy sobie, aby znaleźć kawałek bandaża. Obwiązał czoło mężczyzny skrawkiem materiału, gdyż ten krwawił mocno ze skroni. W trakcie tej czynności Erwin ocknął się.

- Levi…? – Spytał, unosząc się na łokciach i mrugając powoli. – Co się stało?

- Musimy stąd uciekać. Ten cholerny kutas zabrał ci konia. A ja nie mam już gazu. – Levi wskazał na swój sprzęt do trójwymiarowego manewru. Erwin skinął głową. Levi pomógł mu się podnieść. Erwin był jeszcze trochę otępiały, jednak Levi dostrzegł już w jego oczach znajomy błysk. Jego kapitan obmyślał dalszą taktykę, a to trochę go uspokoiło.

- Jest noc, tytani nie powinni nas niepokoić. A jednak zostaliśmy zaatakowani.

- Wiem, to dziwne. Poza tym nikt wciąż nie przyszedł nam z pomocą.

- Słyszysz? – Spytał nagle Erwin. Levi zmarszczył czoło.

Ziemia pod ich stopami znowu zaczęła drżeć. Kolejni tytani musieli się zbliżać.

- Musimy się ukryć, szybko!

Mając do dyspozycji tylko swoje nogi, Erwin i Levi zaczęli biec, zarzuciwszy kaptury na twarze, aby ciężej było ich dojrzeć z daleka. Wbiegli w gąszcz drzew, mając nadzieję, że potwory nie ruszą ich tropem, nie były przecież na tyle inteligentne. Jednakże ciężko było stwierdzać cokolwiek o tytanach, gdyż cały czas byli zaskakiwani jeśli chodzi o zwyczaje tych bestii.

Levi nagle poczuł, jak Erwin łapie go za ramię. Wskoczyli w niewielkie zagłębienie w ziemi i przycisnęli się do leżących w tym miejscu korzeni drzew, układając się między nimi.

Oddychali ciężko, nasłuchując kroków, które były coraz głośniejsze. Nagle zauważyli wielkie cielska tytanów, przesuwające się nad nimi. Jeden, drugi, trzeci tytan… Levi naliczył kilkanaście bestii. Kątem oka spojrzał na Erwina. Znajdował się tuż przy nim, widział z bliska jego twarz. Miał on zaciśnięte usta i ściągnięte brwi w wyrazie skupienia.
Powoli słyszeli, jak tytani się oddalają. Nie ruszali się jednak z miejsc, aby nie zostać zauważonymi przez ewentualnych odmieńców.

Gdy Levi miał wrażenie, że tytani są już daleko, rozluźnił się nieco. Czuł obok siebie ciało Erwina. Leżeli tuż obok siebie, w tym momencie słysząc jedynie swoje oddechy. Levi nie był nigdy tak blisko blondyna. Czuł zapach lasu, trawy i ziemi, ale też zapach mężczyzny. Zapach jego włosów, jego skóry, zapach mydła, którym zapewne mył się z samego rana, tuż przed ekspedycją. Ponownie zerknął na jego twarz. Wolał nie wyobrażać sobie, że gdyby nie był dość szybki, tego mężczyzny nie byłoby tu z nim.

W tym samym czasie Erwin odwzajemnił jego spojrzenie.

Levi szybko odwrócił wzrok i podniósł się z miejsca.

- Ekhm… Możemy ruszać. – Mruknął, podając dłoń Erwinowi i pomagając mu wstać. – Jak się czujesz? – Spytał, niby od niechcenia.

- To nic takiego. – Erwin delikatnie dotknął opatrunku. – Źle mi z tym, że nie mogłem pomóc. Jak udało ci się samemu pokonać tamtych tytanów? Jeden z nich był naprawdę wielki…

- Tak jak za każdym razem, robię to automatycznie. – Levi wzruszył ramionami, nie chcąc dać po sobie poznać, jak bardzo było to dla niego ważne, tym razem. Sama świadomość tego, że Erwin jest tu z nim, przytomny i żywy, że może patrzeć na niego i z nim rozmawiać sprawiała, że czuł nieopisaną ulgę.

- To musiało być niesamowite. – Erwin patrzył na Leviego z prawdziwym zachwytem w oczach. Levi w tym czasie był zajęty rozglądaniem się na boki.

- Musimy wrócić, a zupełnie nie wiem, gdzie jesteśmy. Mogę załatwić kilka tytanów pod rząd, ale odnaleźć się w tym leśnym pustkowiu to ponad moje możliwości…

- Kierujmy się na północ. – Erwin wskazał drogę i zaczął iść w tamtym kierunku, jakby to było oczywiste. Levi wzruszył ramionami i ruszył za nim, ukradkiem podziwiając jego tyłek.

Po paru minutach marszu blondyn nagle oparł się ręką o drzewo.

- Co jest? – Zapytał Levi, nie umiejąc tym razem ukryć troski w swoim głosie.

- To nic, tylko kręci mi się w głowie… - Blondyn mówiąc to zachwiał się na nogach. Levi szybko złapał go za ramię.

- Straciłeś dużo krwi, bandaż cały przesiąkł. Ech, wiesz co, usiądź, zmienimy go.

Erwin usiadł na pniu powalonego przez tytanów drzewa. Levi uklęknął przed nim i powoli zaczął odwiązywać krwawy bandaż z jego czoła. Czuł na sobie wzrok mężczyzny, jednak skupił się w całości na wykonywanej przez siebie czynności.

- Dziękuję ci za to, że mnie uratowałeś. – Powiedział cicho Erwin. Przyglądał się skupionej twarzy Leviego. Jego szarym oczom, brwiom, cienkim ustom. – To z pewnością nie było łatwe.

- Jak dla kogo. Gdyby jedno ostrze nie ułamało się w trakcie walki, poszłoby szybciej.

Levi odrzucił gdzieś w bok całkowicie mokry od krwi bandaż. Z małej torby, którą miał przy pasie, wyjął drugi skrawek materiału, ostatni, jaki miał przy sobie. Powoli zaczął obwiązywać go wokół głowy Erwina. Nie śpieszył się z tym. Gdyby był to ktoś inny, zapewne poszłoby mu to szybciej. Jednak z jakiegoś powodu chciał zrobić to dokładnie i powoli. Byli sami, tym razem w zupełnej ciszy, a on klęczał przed Erwinem.

- Mam wobec ciebie dług. – Powiedział Erwin, przerywając ciszę i wciąż wpatrując się w Leviego.

- Może po prostu zapomnij o tym, co chciałem zrobić parę tygodni temu. I będziemy kwita*. – Levi skończył bandażować swojego towarzysza i odwzajemnił jego spojrzenie.

- Levi, ja już zapomniałem. Ty też o tym zapomnij. Zdążyłeś zasłużyć na swoje miejsce w oddziale. Naprawdę cieszę się, że z nami jesteś. - Odparł cicho Erwin, wciąż jednak nie odwracał wzroku.

Levi patrzył w błękitne oczy Erwina, które z kolei wpatrywały się w niego. Jego myśli zupełnie wyłączyły się w tym momencie. Zjechał spojrzeniem trochę niżej, na wargi mężczyzny. Oparł dłoń o pień drzewa, na którym siedział Erwin, chcąc się podnieść i ruszać dalej, jednak znalazł się przez to jeszcze bliżej kapitana. Wydawało mu się, że Erwin też pochylił się lekko w jego stronę. Widział teraz z bliska, jak wargi mężczyzny rozchylają się delikatnie. Tak, jakby chciał coś powiedzieć. Lub tak, jakby chciał coś zrobić…

- Levi! Erwin! Nic wam nie jest!

Wołanie Hanji sprawiło, że Levi cały zesztywniał, a w następnej chwili podniósł się do pionu jak oparzony. Nie wiedział, co przed chwilą miało miejsce, nie zdążył jednak nawet się nad tym porządnie zastanowić, gdyż podbiegła do nich Hanji i zarzuciła mu ramiona wokół szyi.

- Levi, tak się martwiłam!!! – Towarzyszka uściskała go mocno, po czym przeniosła swoje czułości na Erwina. – Blondasie, co ci się stało!?

- To nic takiego, jest w porządku… Levi mnie uratował. – Erwin spojrzał na Leviego i uśmiechnął się lekko. Levi odwrócił wzrok, starając się uspokoić swoje serce.

To przed chwilą…

Ruszyli w powrotną drogę wraz ze swoją drużyną, która wyjechała po nich na koniach. Levi jechał przodem, tuż obok Miche’a, który wyglądał na bardzo zmartwionego, ale i bardzo zadowolonego z faktu, że nic im się nie stało. Grupa rozmawiała z sobą, wyrzucając z siebie wszystkie emocje, które towarzyszyły im tego wieczoru. Okazało się, że wszyscy zaginieni zwiadowcy powrócili szczęśliwie do obozu, a wszyscy czekali jedynie na nich.

Levi nie mógł przestać myśleć o tej dziwnej chwili między nim a Erwinem. Sam nie wiedział, co chciał zrobić w momencie, kiedy byli z sobą tak blisko. Czyżby naprawdę poczuł coś do Erwina? Jeśli tak, to co zamierzał z tym zrobić? I co myślał sobie ten cholerny blondas?

Zerknął ukradkiem na mężczyznę, który jechał za nim. Rozmawiał właśnie z Hanji, Moblitem i Biancą, uśmiechając się łagodnie do towarzyszy.

Levi spojrzał z powrotem przed siebie. Niemożliwe, aby Erwin czuł też coś do niego. Był miły i uprzejmy, to wszystko. Jest przecież kapitanem, zadaje się na co dzień z wyżej postawionymi żołnierzami, kobiety go uwielbiają, ma przed sobą świetlaną karierę. A on…? Niski, chudy wyrzutek, który tak naprawdę jest nikim i zawsze będzie nikim, wychowany się w najpodlejszym z miejsc przez najpodlejszego z ludzi… Co on też sobie myśli?

Zanim zdążył wysnuć jakikolwiek wniosek, wjechali z powrotem do obozu.

Levi zsiadł z konia i nagle ujrzał w tłumie tę twarz. Zacisnął pięści i niewiele myśląc, rzucił się w tamtym kierunku. Marcus siedział wśród podekscytowanych dziewczyn, którym najwidoczniej opowiadał o swoich przeżyciach i był zbyt zaskoczony, żeby się bronić. Wydał z siebie piskliwy okrzyk i wylądował plecami na ziemi. Levi opadł na niego i zaczął okładać go pięściami po twarzy.

- Levi! – Moblit i Miche wytrzeszczyli oczy, Bianca zakryła usta dłonią, natomiast Hanji wpatrywała się w tę scenę z lekkim uśmiechem.

- Levi, przestań! – Moblit złapał Leviego za ramiona, chcąc odciągnąć go od chłopaka.

- To przez tego kutasa zostaliśmy zaatakowani! – Levi wyrwał się z objęć Moblita i spojrzał na przerażonego Marcusa. – Zrzucił Erwina z konia i uciekł jak tchórz!

- Co takiego? – Miche zmarszczył brwi i sam zacisnął pięści. – W takim razie przylej mu mocniej!

- Natychmiast przestańcie. – Erwin stanął obok Leviego, rzucając mu krótkie spojrzenie. – Na dziś już wystarczy… Marcus, przyjechaliśmy po to, aby ci pomóc. Nie mam jednak do ciebie pretensji, czasem w obliczu zagrożenia zachowujemy się nieprzewidywalnie. Jednak mimo wszystko zajmie się tobą twój kapitan. Nie możesz więcej komplikować sytuacji, a tym bardziej ruszać samotnie na ratunek.

Levi dopiero po chwili puścił chłopaka i podniósł się do pionu. Marcus również się podniósł, otrzepując z kurzu.

- Tchórz. – Mruknął Levi, po czym odszedł w stronę swoich towarzyszy. Erwin podążył za nim, a uważny widz dostrzegłby, że jeden z jego kącików uniósł się delikatnie.

* * *

Dopiero gdy pół godziny później siedzieli w swoim własnym obozie, odświeżeni, najedzeni i popijający ciepłe herbaty, Levi odprężył się. Długo jeszcze rozmawiali, wszyscy razem, choć powoli ogarniało ich zmęczenie. Hanji paplała wciąż o tym, jak to złapał ją dzisiaj jeden z tytanów i według niej mimo wszystko był słodki, skoro od razu jej nie spałaszował. Moblit spoglądał na nią z uśmiechem, szczęśliwy, że mimo kilku zadrapań nic jej się nie stało. Miche narzekał na to, że po dzisiejszym dniu wszyscy w jego oddziale cuchną tytanami. Bianca zmieniała opatrunek na głowie Erwina, stwierdzając głośno, że będzie żył i do wesela się zagoi. Smith spoglądał na dziewczynę z pogodnym uśmiechem.

Levi zapatrzył się w ognisko.

Wciąż wracał myślami do stresującej sytuacji tego dnia, kiedy ledwo udało mu się ocalić Erwina. Cieszył się, że wszystko dobrze się skończyło.

Oczywiście wspominał też moment, gdy samodzielnie zakładał Erwinowi opatrunek. Co stałoby się, gdyby ich towarzysze pojawili się pięć minut później?

Leviemu nie chciało się więcej o tym rozmyślać. Podniósł się i przeciągnął. Miał już dość dzisiejszego dnia.

- Dobrej nocy. – Rzucił przyjaciołom i skierował do swojego namiotu.

- Wyśpij się! Należy ci się po dzisiaj. – Zawołała za nim Hanji. – Ja chyba też będę się kłaść…

Levi opadł na cienką karimatę w swoim namiocie i przymknął oczy. Próbował zasnąć, jednak nie było to takie łatwe. Jego umysł zamiast odpływać w krainę snu, podsyłał mu obrazy z dzisiejszego dnia. Wyciągnięte łapska tytanów, znienawidzona twarz Marcusa, maszerujące tytany tuż nad nim i Erwinem… Erwin.

Nieprzytomny Erwin. Erwin poszukujący powrotnej drogi. Erwin siedzący tuż przed nim. Erwin uśmiechający się do niego. Erwin nachylający się w jego stronę…

Levi otworzył nagle oczy, czując znajome i przyjemne uczucie w podbrzuszu. Do jasnej cholery. Czy on naprawdę zrobił się twardy, myśląc o Erwinie?

- Kurwa. – Zaklął cicho i przykrył twarz poduszką, starając się nie myśląc już o niczym.



___________________________________________________________________________
*Leviemu chodzi oczywiście o sytuację, która była przedstawiona w mandze „Bez żalu”, gdzie po wstąpieniu do zwiadowców planował zabić Erwina.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 22 lis 2019, 21:25

ROZDZIAŁ PIĄTY

Zapadł już wieczór, kiedy Levi dotarł do głównej kwatery po treningu.

Prawie cały dzień upłynął mu na pomaganiu Erwinowi w szkoleniu nowych rekrutów i musiał przyznać, że ich praca zaczęła przynosić efekty. Młodzi uczyli się nie tylko szybkości, zręczności i - na czym zależało Erwinowi - oszczędności gazu podczas używania trójwymiarowego manewru, ale także współpracy i podejmowania decyzji pod presją czasu. Levi mógł wykazywać się kreatywnością i wymyślać wszelakie scenariusze: co zrobisz, jeśli nagle skończy ci się gaz, co jeśli zgubiłeś pistolecik z flarą bądź co postanowisz w sytuacji, kiedy twój towarzysz zacznie panikować. Większość świeżaków zawalała każdy test, ale zdarzali się osobnicy, którzy przynajmniej starali się znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Po krótkim odpoczynku Levi udał się do kuchni, aby nagrodzić się za dzisiejszy wysiłek ulubioną herbatą (a to oznaczało oczywiście najzwyklejszą herbatę bez dodatków). Przygotował napój również w drugim kubku, dodając do niego trochę mleka i cukru. Z tak przygotowanymi kubkami w dwóch dłoniach udał się do kwatery Erwina.

Tak, to nie było typowe dla niego zachowanie.

Nie, Erwin nie prosił go o to.

Zapytał jedynie, czy Levi może wpaść do niego na chwilę po treningu, jak już odsapnie, aby mogli w spokoju przedyskutować dzisiejszy dzień. Jako że wieczorem w kuchni i jadalni robiło się głośno i tłoczno, Erwin zaproponował swój pokój, gdzie będą mogli porozmawiać w ciszy.

Levi przyjął tę informację ze spokojem, od niechcenia kiwając głową.

Teraz stał przed drzwiami kwatery Erwina, czując się trochę jak głupek. Ale przecież było to zwyczajne spotkanie dwóch zwiadowców, którzy mieli dyskutować na temat strategii. Nie było w tym nic dziwnego...

...może poza ostatnią sytuacją, która miała miejsce podczas zeszłej ekspedycji, kiedy Erwin i Levi byli sami. Ciemnowłosy nie poruszył tego tematu, gdyż tak naprawdę nic się nie wydarzyło, a i Erwin nie zachowywał się, jakby coś się między nimi zmieniło. Dalej był wiecznie zajęty i obrzydliwie uprzejmy. Mimo to Levi czuł, że owszem, coś się zmieniło, choć najwidoczniej były to tylko jego odczucia. I wolał zachować je dla siebie.

Nie miał jak zapukać, gdyż obie dłonie miał zajęte, dlatego po prostu kopnął w drzwi. Te po chwili otworzyły się, ukazując zdziwioną twarz kapitana. Jego błękitne oczy rozjaśnił uśmiech, kiedy dostrzegł Leviego i od razu zrobił mu przejście w progu.

- Dobrze, że nie kopnąłeś ich mocniej, nie są zbyt wytrzymałe... Cieszę się, że jesteś.

Levi wszedł do środka, ostrożnie trzymając oba kubki.

- W swoim życiu wyważyłem niejedne drzwi i pewnie jeszcze wiele przede mną*. Uwierz, że umiem dostosować siłę. Gdzie mogę to postawić?

Pomieszczenie nie było duże, miało kształt prostokąta. Naprzeciwko drzwi znajdowało się okno, pod którym piętrzyła się góra książek. Stało tu również biurko z krzesłem, które wyglądało na wygodne. Pod drugim oknem na przeciwległej ścianie znajdował się niewielki okrągły stolik. Erwin podszedł do niego i odgarnął na bok stos dokumentów. Przy stoliku stały dwa krzesła, jedno z nich Erwin wskazał Leviemu, a na drugim usiadł.

Levi zajął miejsce, spoglądając na dalszą cześć pokoju, gdzie znajdowała się niewielka szafa, regał z resztą książek oraz średniej wielkości łóżko.

Naprawdę był w sypialni Erwina. Na jego terenie.

Smith sięgnął po kubek z herbatą. Miał na sobie szare spodnie i białą koszulę, której dwa górne guziki były rozpięte. Był to normalny widok u zwyczajnego człowieka, jednak u Erwina oznaczało to absolutny luz i swobodę.

- Dziękuję – powiedział, uśmiechając się do Leviego. – Nie pamiętam, kiedy ktoś ostatnio zrobił mi herbatę.

- Nie przyzwyczajaj się za bardzo. – Levi objął kubek z góry, typowym dla siebie gestem i przysunął go do ust. – Stwierdziłem, że dziwnie byś się czuł siedząc tu ze mną o suchym pysku.

Erwin skinął głową i napił się herbaty.

- Taka jaką lubię. To co, przejdziemy do omówienia dzisiejszego treningu? – Spytał Erwin, a jego oczy rozbłysły się na samą myśl o wspomnianej czynności.

Levi westchnął. Miał już dość na dzisiaj nawet samego słowa „trening”, jednak musiał przyznać, że energia Erwina była zaskakująca. I na dodatek cholernie urocza. Blondyn sięgnął po notatki. Leviemu kojarzył się w tym momencie trochę z małym dzieckiem, przejętym i szczęśliwym z jakiegoś tylko dla niego znanego powodu.

- Najbardziej przydatne wydawało mi się, gdy na samym początku podzieliłeś ich na grupy. To pozwoliło na wymuszenie na nich nawiązania relacji, większość osób jeszcze się nie znała. Myślę, że powinniśmy tylko zmienić parę rzeczy…

* * *

- To chyba tyle, czy masz jakieś pytania? – Spytał Erwin, przeciągając się na krześle jakieś pół godziny później.

Levi, mimo że słuchał Erwina uważnie, w tym momencie nie mógł stłumić ziewnięcia.

- Możesz nie uwierzyć, ale nie mam. Wszystko jest jasne, nieźle nam idzie, choć miałem co do tego wątpliwości. Możemy już skończyć gadać o treningach? Rzygam nimi. – Levi oparł się wygodnie na krześle.

- Masz rację, na dzisiaj wystarczy. – Erwin starannie złożył dokumenty i rzucił je na stos reszty papierów. Levi patrzył na to z niedowierzaniem.

- Wiesz, w życiu nie widziałem tylu dokumentów w jednym miejscu i na dodatek tylu książek. Mógłbyś otworzyć jakieś miejsce, w którym mógłbyś je wypożyczać. Hm, w sumie, ciekawy pomysł na biznes.

Erwin zaśmiał się cicho i oparł łokciami o stół, patrząc na swojego gościa.

- Zastanowię się nad tym. Wiesz, że zbliża się coroczna Celebracja Murów? Święto, które obchodzimy raz w roku. Zwykle jest wtedy mnóstwo śniegu. A zwiadowcy mają wolne.

- Coś słyszałem. Ale tam, na dole, mieliśmy wyrąbane na jakiekolwiek święto. Święto było wtedy, jak człowiek nie musiał się napierdalać za jedzenie. – Levi spojrzał w okno.

- Większość zwiadowców opuszcza na ten czas kwatery. Mamy przerwę w treningach. Wiem, że nie masz rodziny ani znajomych i… chciałbym cię zaprosić na czas wolnych dni do siebie. To znaczy, do Mitras. To miejsce jest poniekąd związane z moją rodziną. Znajduje się za wewnętrznym murem, murem Sina. Hanji jeździ tam ze mną co roku. – Dodał szybko Erwin, tak, jakby istniał jakiś powód do tego, aby to dodawać. Jakby się tłumaczył. – Też nie ma gdzie pojechać w tym okresie , a w sumie czuje się już tam jak u siebie. Co ty na to?

Levi czuł się bardzo nierealnie, jakby to był sen, ale tradycyjnie zachował nieruchomą twarz.

- Mam jechać z tobą do Mitras, za mur Sina? Do rodziny, czy gdzie, do cholery? Masz w końcu jakąś rodzinę czy nie? Mówiłeś przecież, że jesteś sam.

- Nie byłem z tobą szczery… Przynajmniej nie do końca. Poza mną, nie ma innych Smithsów. Ale tak, posiadam rodzinę. Nie chwalę się tym, bo nie chcę, aby ktokolwiek miał na mnie haka. Polityka jest bardzo zdradliwa. Zresztą sam już o tym wiesz. Moja matka, po śmierci mojego ojca, wyszła ponownie za mąż, zmieniła nazwisko. Z nowym mężem miała jeszcze dwójkę dzieci. Na czas świąt zwykle ich odwiedzam. Tylko Hanji o tym wie. Co ty na to?

- Cóż, jeśli nie będzie tam żadnych rozkapryszonych bachorów i jeśli twoja rodzina w miarę dba o porządek… Być może się z wami wybiorę. Czy twoja matka robi dobrą herbatę? – Spytał Levi, niby od niechcenia. W środku nie mógł już się doczekać, aż pozna rodzinę Erwina i wypyta ich o jego najbardziej wstydliwe i zabawne wydarzenia z przyszłości.

- Najlepszą. – Odparł Erwin, uśmiechając się do Ackermana.

* * *

- Levi, obudź się! Zaraz będziemy na miejscu!

Levi mruknął coś niezrozumiałego, a potem otworzył oczy. Siedział w bryczce, która podskakiwała na nierównej drodze. Naprzeciwko niego siedzieli Hanji oraz Erwin, oboje ubrani w garnitury, Hanji w brązowy a Erwin w szary. Kobieta wyglądała właśnie przez okno, podziwiając widoki. Erwin spojrzał na Leviego.

- Już prawie jesteśmy. – Powiedział i również wyjrzał za okno.

Przygotowania do wyjazdu nie zajęły im długo. Levi spakował tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Cała trójka musiała jednak załatwić sobie wizy na czas wyjazdu do Mitras. Nie każdy mógł znaleźć się za murem Sina, a nawet jeśli tak było, mógł to zrobić tylko na określony w zezwoleniu czas. Tereny te były zarezerwowane tylko dla najszlachetniejszych rodzin lub takich, które miały dobre koneksje.

Część drogi pokonali na statku, który przewoził mieszkańców między dystryktami. Potem czekała na nich bryczka, która miała już zawieźć ich do samego celu, to znaczy do małego miasteczka w dystrykcie Mitras, w którym mieszkała obecnie rodzina Erwina.

Świat powoli pokrywał się zimnym, białym puchem, który z każdym dniem coraz częściej padał z nieba. Wioska, do której wjechali była o wiele bardziej zaśnieżona niż Trost. Przed domami Levi ujrzał świeczki, które chyba oznaczały coś, co było związane z tym całym świętem. Nie obchodziło go to zupełnie. Cieszył się na myśl o dobrym jedzeniu i o jeszcze lepszej herbacie, którą mu obiecano.

Gdy przybyli wreszcie na miejsce, został pochwycony w objęcia najbardziej sympatycznej starszej kobiety, jaką widział w życiu. Pani już nie Smith, a Kening, powitała go serdecznie, przytulając, jakby był maskotką. Miała rumiane policzki, złociste loki i błękitne oczy, takie same jak u Erwina. Była trochę przy kości, a na granatową sukienkę narzucony miała fartuch.

- Myślałam, że będziecie później, zwykle trwa dłużej w taką pogodę! Ale dobrze... dobrze, że dotarliście cali! – Trajkotała roześmiana i szczęśliwa, widząc gości. – Herbata już na stole! Erwin, wołaj braci, zaraz będziemy jeść! Levi, jak miło jest mi cię poznać, Erwin tyle mi o tobie opowiadał… Hanji, cieszę się, że znowu możemy cię u nas gościć! Opowiesz mi zaraz o swoich najnowszych odkryciach, dobrze, kochanieńka? No już, siadajcie, musicie być przeraźliwie głodni! Taka długa podróż!

Mimo iż Levi bardzo chciałby dowiedzieć się, co takiego Erwin naopowiadał o nim swojej matce, posłusznie usiadł wraz z dwójką swoich towarzyszy do stołu. Ten był już przygotowany dla gości.

Ackerman nie dał rady zapamiętać imion wszystkich braci, sióstr, kuzynów, ciotek… Pozwalał Hanji i Erwinowi na prowadzenie dysput z biesiadnikami, sam odpowiadał jedynie wtedy, gdy naprawdę musiał i gdy pytała go o coś matka Erwina. Musiał pochwalić w duchu tę kobietę nie tylko za panujący wszędzie ład i porządek, ale również za przepyszną herbatę. Jej mąż, spokojny i sympatyczny starszy człowiek z siwiejącymi już włosami i uśmiechający się spod krzaczastych wąsów, obejmował ją ramieniem i również rozmawiał z przybyłymi.

W trakcie kolacji Levi poznał też dwóch młodszych braci Erwina, z których jeden był żandarmem w dystrykcie Karanes, natomiast drugi stacjonował bliżej centrum, bo w samym dystrykcie Stohess. Byli trochę podobni do Erwina, równie wysocy, dobrze zbudowani i atrakcyjni fizycznie. Mieli jednak urodę po ich ojcu, ciemne włosy i brązowe oczy. Obaj pogratulowali Leviemu wstąpienia do zwiadowców i pytali, w jaki sposób udało mu się samodzielnie nauczyć trójwymiarowego manewru. Chcieli też wiedzieć, czy rzeczywiście jest tak nieustraszony i uzdolniony, jak wspominał Erwin. Levi rozmawiał z nimi normalnie, odpowiadając na pytania, jednak w duchu był zdumiony, że rodzina jego kapitana wiedziała cokolwiek na jego temat.

Miał tylko nadzieję, że Erwin nie wspominał im o tym, że zanim się zaprzyjaźnili, planował zamach na jego życie. Sądząc jednak po tym, jak sympatyczni byli dla niego wszyscy wokół, domyślił się, że nic nie wiedzieli.

Dopiero gdy wieczorem rzucił się na łóżko, poczuł, jak bardzo jest zmęczony i obolały, zarówno po wielogodzinnym biesiadowaniu jak i po podróży.

- Ja pierdolę, wszystko mnie boli… - Mruknął do Erwina, który położył się na łóżku obok. – Już naprawdę wolę kosić tytanów, niż jechać tyle godzin w tym małym dziadostwie, aż za cholerny Mur Sina. A potem siedzieć tyle godzin w jednej pozycji i jeść… Choć trzeba to przyznać, jedzenie jest naprawdę niesamowite. Nigdy nie jadłem takich rzeczy.

Erwin leżał na brzuchu, patrząc na Leviego i uśmiechnął się, słysząc taką pochwałę z ust przyjaciela.

- Nie mogło być inaczej. Moja matka gotuje najlepiej ze wszystkich kobiet, jakie poznałem.

Levi odwzajemnił jego wzrok.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem. W Mitras. Za ostatnim, wewnętrznym murem. W teoretycznie najbezpieczniejszym miejscu... Nieźle kryjesz swoją rodzinkę.

Erwin wzruszył ramionami.

- Zostałem kapitanem również po to, żeby móc im pomagać.

Znajdowali się w pokoju z dwoma łóżkami dla gości, Hanji dostała pokój z pojedynczym łóżkiem. Cieszyła się, że nikt nie będzie jej chrapał i będzie w spokoju mogła śnić swoje sny o tytanach.

- Co powiesz na wieczornego drinka? – Spytał Erwin, podnosząc się i podchodząc do biurka, na którym wcześniej postawił karafkę, a przy niej dwie szklanki.

- Czemu nie. Ale nie obraź się, jeśli zasnę w trakcie. – Levi uniósł się na łokciach i oparł o zagłówek łóżka. Erwin po chwili podał mu jedną ze szklanek, a następnie usiadł na swoim łóżku, jednak będąc zwrócony w stronę Leviego.

Przez chwilę pili w milczeniu.

- Mogę zadać ci pytanie? – Spytał po chwili Levi. Erwin zerknął na niego i skinął głową. – Może trochę popsuję nastrój tych świąt, ale… Co mi tam. - Wziął głęboki oddech po czym wypalił: - Kogo zabiłeś? Chodzi mi o naszą durną grę w pytania... I twoje wyznanie. Wynikało z niego, że zabiłeś człowieka. Jeśli chodzi o mnie, nie jest to nic dziwnego, w końcu wychowałem się w miejscu, gdzie przemoc była na porządku dziennym, ale ty? Wiem, że może nie jest to najlepszy moment, w końcu są jakieś durne święta i w ogóle, ale to pytanie nurtuje mnie od dłuższego czasu. Więc?

Erwin przeniósł ciężkie spojrzenie z Leviego na kieliszek, który trzymał w dłoni. Na moment zapadła cisza i kiedy Levi myślał już, że blondyn nie odpowie, ten odezwał się:

- Mojego ojca. – Powiedział cicho, obracając szklankę w dłoniach. – Był moim nauczycielem i zadałem o jedno pytanie za dużo. Chodziło o świat za murami. To, co wtedy mi wyjawił, o prawdopodobnym spisku, zatajaniu faktów i zmienianiu historii, zamiast zachować dla siebie, wygadałem innym dzieciakom. Żandarmeria się o tym dowiedziała. Ojciec nie wrócił do domu, dowiedziałem się później, że miał wypadek i… Cóż to tyle.

Erwin dopił drinka do końca. Spojrzał na Leviego, z którego twarzy jak zwykle nie można było nic wyczytać. Ciemnowłosy odstawił swój kieliszek na nocną szafkę i usiadł, żeby spojrzeć Erwinowi w oczy.

- To nie twoja wina. Nie mogłeś wiedzieć, co się stanie. – Odezwał się cicho Levi i jak na niego, bardzo łagodnie.

- Powinienem pomyśleć. Byłem tak podekscytowany... Chciałem wszystkim opowiedzieć o tym, że być może ludzkość za murami wcale nie wyginęła. Powinienem uważać, zachować to dla siebie…

Levi wyciągnął rękę i delikatnie dotknął nadgarstka Erwina. Mężczyzna zdziwił się na ten gest. Zdumiony, przeniósł wzrok na twarz Leviego. Była ona poważna, a umiejętny obserwator zauważyłby na niej nawet ślady wewnętrznej troski.

- Byłeś tylko durnym dzieciakiem. Nie możesz tak surowo się oceniać. Dziś postąpiłbyś inaczej, to pewne, ale wtedy nie miałeś własnego oddziału, nie byłeś kapitanem, nie mogłeś zorganizować ekspedycji… Jestem pewien, że twój ojciec też nie miał ci tego za złe. Nie mogłeś wiedzieć, co go spotka.

Erwin skinął powoli głową. Levi cofnął dłoń.

- Nie chciałbym, aby mojej rodzinie coś zagroziło. Dlatego nie mówię o nich nikomu.

- Jasne. – Levi położył się z powrotem na swoim łóżku. – Nie martw się, ja też nie powiem o tym nikomu. Niezbyt często w ogóle z kimkolwiek rozmawiam.

Smith uśmiechnął się z rozbawieniem i spojrzał na Leviego.

- Wiesz, Ackerman, nie spodziewałem się, że przyjmiesz moje zaproszenie. Wciąż nie mogę się nadziwić, że naprawdę tu jesteś.

- Blondasie, ale mam to samo. Nie przypuszczałbym, że kiedykolwiek wyląduję za murem Sina, a co dopiero na garnuszku u mamy swojego kapitana. Pomijając narażanie własnego życia, trafiła mi się najlepsza fucha na świecie.

Erwin zaśmiał się szczerze, a Levi dokończył swojego drinka. Smith uzupełnił po chwili ich szklanki i gdy skończył, uniósł swój kieliszek w stronę przyjaciela.

- Za kolejną ekspedycję. – Powiedział z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, ilekroć wypowiadał się o czymś z entuzjazmem. – Niech będzie najbardziej udana w historii.

- Za Erwina, żeby nie przepracował się na śmierć i czasem nacieszył się po prostu cholernym urlopem. – Dodał Levi i dopiero wtedy stuknął swoim szkłem o kieliszek Erwina. Napił się z szelmowskim uśmiechem, widząc zdziwiony wyraz twarzy kapitana.

- To nie tak, że się nie cieszę wypoczynkiem, po prostu…

- E tam, cały czas nawijasz o ekspedycji. Od teraz masz zakaz. – Levi dokończył swojego drinka jednym haustem i położył się z powrotem na swoim łóżku, na plecach. – Zmieniamy temat. Twoja matula nie próbuje cię zeswatać z żadną panną na wydaniu?

- Żartujesz? – Erwin zaśmiał się. – Praktycznie w każdym liście wymienia jakieś nowe żeńskie imię, aktualną ulubienicę, którą najchętniej widziałaby przy moim boku.

- I co, nie skusisz się? Mógłbyś zawsze załatwić sobie bezpieczniejsze stanowisko. I nawet osiąść się tutaj…

- Levi… Serio? – Erwin spojrzał i uniósł jedną brew. – Wyobrażasz sobie mnie, tu, na zawsze? Przecież straciłbym zmysły z nudów. Nie uszczęśliwię swojej matki, ustatkowując się, bo wolę uszczęśliwiać siebie, trzymając się kariery, jaką wybrałem.

- Nawet, jeśli twoje życie może być przez to krótsze?**

Erwin skinął głową, odwzajemniając zamyślone spojrzenie Leviego. Ten wzruszył po chwili ramionami.

- No to w porządku. Też uważam, że tak jest ciekawiej. Poza tym, bez ciebie mielibyśmy na pewno o wiele więcej trupów na koncie. Więc lepiej niech wszystkie dziewoje wybiją sobie z głowy ożenek, bo Zwiadowcy potrzebują cię o wiele bardziej.

Erwin zaśmiał się, tym razem trochę głośniej niż wcześniej.

- Powiedz to proszę mojej matce. Chciałbym zobaczyć jej minę. – Erwin spoważniał trochę i zerknął na Leviego. – Może i jestem potrzebny, ale zawsze mogę zostać zastąpiony. Ty z kolei nie.

- Co? Smith, nie przesadzaj. – Levi westchnął i przymknął oczy. – Co jest trudnego w zapierdalaniu po drzewach i koszeniu tytanów… Nie wiem, czemu tak wielu kadetów ma z tym problem. To debile.

- Nie mają takich umiejętności jak ty. Jesteś nie tylko potrzebny zwiadowcom, jesteś niezbędny do tego, żebyśmy osiągnęli nasz cel jako ludzkość. Zanim cię spotkałem, nie wierzyłem, że ktoś taki w ogóle może istnieć. Widziałem ludzi, którzy świetnie posługiwali się trójwymiarowym sprzętem, ale wciąż zdarzały im się wpadki. Ty posługujesz się nim bezbłędnie, jakbyście byli jednością. Naprawdę, bardzo doceniam to, że zostałeś z nami. Dzięki tobie nie martwię się tak bardzo o kolejny dzień, bo wierzę, że jakoś sobie poradzimy. Dziękuję, Levi. Chciałbym też, żebyś wiedział, że…

Erwin zamilkł, gdyż Levi zachrapał delikatnie. Blondyn uniósł wysoko swoje bujne brwi, w wyrazie najprawdziwszego zdziwienia. Już nie chodziło o to, że Levi zasnął w trakcie rozmowy, ale o to, że Levi w ogóle ZASNĄŁ. Erwin nigdy nie widział go śpiącego, już zaczynał sądzić, że ten mężczyzna naprawdę nigdy nie śpi.

Uśmiechnął się delikatnie. Sięgnął po koc i podniósł się, aby przykryć nim Leviego. Spojrzał na jego twarz, spokojną, gładką, niepoirytowaną, niewykrzywiającą się z sarkazmu. Levi wyglądał tak spokojnie i łagodnie. Gdyby nie widział na własne oczy, jak jego przyjaciel rozprawia się z wielkimi bestiami, uzbrojony w dwa wielkie ostrza, nigdy nie pomyślałby w tym momencie, że jest do tego zdolny.

Jak wyglądałoby jego życie, gdyby urodził się i wychował na powierzchni? Czy teraz wiódłby spokojny żywot, u boku swojej rodziny, czy może miałby już gromadkę własnych dzieci i uroczą żonkę? Levi był lojalny, szczery, miał co prawda niewyparzoną jadaczkę, ale gotów był zaryzykować własnym życiem, aby ochronić innych. Nie akceptował niesprawiedliwości, był dobrym człowiekiem. Nie zasługiwał na życie w ciągłym zagrożeniu. Ale czy ktokolwiek zasługiwał?

Erwin przyglądał się jego twarzy w milczeniu. Bez zastanowienia uniósł dłoń, aby odgarnąć kosmyk włosów, który opadał Leviemu na twarz. Zawahał się w trakcie wykonywania gestu. Co on wyprawiał?

Podniósł się szybko i po chwili położył na swoim łóżku. Levi był - chyba - jego przyjacielem i mimo tego, że bardzo go podziwiał i był wręcz zauroczony jego osobą, nie odczuwał wzajemności z jego strony. To chyba oznaczało, że nie powinien robić niczego, co mogłoby popsuć ich relację.

Choć czasem bardzo miał na to ochotę.

Patrzył jeszcze przez chwilę na śpiącego Ackermana, po czym sam przymknął oczy.

________________________________________________________________________________________
*Tak, to nawiązanie do sceny z mangi, teraz już też z anime. Levi tu oczywiście nie wie, co przyniesie przyszłość.
** Tutaj też Levi nie wie, co przyniesie przyszłość...
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2557
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 24 lis 2019, 12:19

W sumie cieszę się, że to wszystko rozwija się powoli. Dzięki temu postacie zdają się bardziej prawdziwe, ich zachowanie jest naturalne. Mam też wrażenie, że w tym ostatnim rozdziale jest więcej emocji. Jedyne, co mnie trochę denerwuje, to używanie określenia koloru włosów jako synonim do imienia postaci. Zawsze mi tłuczono do głowy, że tak się nie robi. Ale w sumie to drobiazg. Niech się wszystko dalej powoli rozwija. Tak jest dobrze.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 24 lis 2019, 21:35

Masz rację, staram się tego unikać, ale czasem gdzieś mi jednak się to prześlizgnie:( Postaram się bardziej zwracać na to uwagę przy edycji. Od razu zedytuję kolejne rozdziały, żeby nie zapomnieć o tym później. Fabuła jest powolna głównie dlatego, że mam dosyć fików, w których bohaterowie idą w pierwszym rozdziale do łóżka, zwłaszcza, jeśli ich orientacja nie jest określona jasno w mandze/anime. To takie spore odejście od ich charakteru i mi zgrzyta. Dzięki Ci bardzo za komentarze, są bardzo pomocne:)
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 27 lis 2019, 20:52

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Następnego dnia Levi spędził większość czasu z Hanji. Nie chcieli cały czas narzucać się rodzinie Erwina, zwłaszcza, że ta wybierała się w odwiedziny do swoich blisko mieszkających krewnych. Mieli wrócić na wspólną kolację, a Levi i Hanji w ciągu dnia mieli odpocząć, ewentualnie wybrać się na spacer oraz „koniecznie czuć się jak u siebie”.

Skończyło się na tym, że po dziesięciominutowym spacerze Hanji stwierdziła, że jest jej za zimno, dlatego wrócili do domu i grzali się we dwójkę na kanapie, tuż przed wesoło trzaskającym kominkiem. Aby razem się na niej zmieścić, usiedli po jej przeciwległych końcach, układając swoje nogi równolegle do siebie, dzięki czemu każde z nich leżało wygodnie. Na dywanie przed nimi ułożyły się trzy koty, należące do matki Erwina, które były jej ulubieńcami. Nie była wyznawczynią kościoła Murów, ale nazwała je Maria, Rose i Sina.

- Levi, tylko nie wąchaj moich skarpetek. – Powiedziała Hanji, po czym poprawiła okulary i zanurzyła się w książce, którą wybrała spośród tych ustawionych na regale.

- Łeee, chyba nie mam wyboru. – Odparł Levi z udawanym obrzydzeniem. Również trzymał w dłoni jedną z książek. Otworzył ją i zaczął czytać.

Podczas życia pod powierzchnią, bardzo rzadko miał w rękach książki, nie było to ogólnodostępne dobro. Wręcz przeciwnie, jeśli już ktoś wchodził w posiadanie takiego przedmiotu, bardzo szybko go sprzedawał, aby mieć pieniądze na jedzenie. Był jednak taki czas, kiedy jemu, Isabel i Farlanowi powodziło się całkiem dobrze. Akurat w tym okresie jedno z nich ukradło niewielki tom, który dotyczył uprawy jakichś roślin. Levi nie do końca rozumiał jego przesłanie, ale dzięki tej cienkiej książeczce nauczył się czytać.

Dlatego teraz mógł leżeć obok Hanji i kartkować ze zrozumieniem coś takiego jak „Służba za ostatnim murem”, czyli poradnik dla żandarmów, którym udało się dostać do służby za murem Sina. Treść była bardzo pompatyczna i mało wiarygodna, gdyż opisywała same obowiązki i jasne strony takiego życia. Autor zupełnie zignorował chociażby tęsknotę za rodziną, znoszenie całej amplitudy szlacheckich nastrojów czy też bezbrzeżną i wszechobecną tu nudę. Może i za zewnętrznym murem było niebezpiecznie, ale przynajmniej człowiek czuł, że żyje, że może coś zmienić i naprawdę poszerzyć wiedzę o całym świecie. Przynajmniej Levi tak na to patrzył.

Ostatnio przyłapał się na tym, że z coraz większym entuzjazmem podchodził do treningów i ekspedycji. Oczywiście nie okazywał tych uczuć na zewnątrz. Wciąż głośno narzekał na przedłużające się zebrania, na które zaciągał go Erwin, ziewał głośno, gdy pochylali się we dwójkę nad rozrysowanymi przez Smitha planami. W środku jednak czuł, że coraz bardziej angażuje się w sprawę.

Spojrzał na Hanji, która właśnie odłożyła czytaną przed siebie książkę i rozciągnęła się niczym kot.

- Miło tu i zacisznie, ale zaczyna mi brakować naszych towarzyszy… Miche mówił, że będzie zarywał do znajomych barmanek. Moblit z kolei miał odwiedzić swoją rodzinę, jego siostra chyba wychodzi za mąż.

- I co, nie zaprosił cię? Taka szansa na wspólną zabawę…

- Nie urządzają żadnej zabawy. – Hanji przewróciła oczami. – Levi, no coś ty, nie będę przecież się tak wpraszać.

Levi zauważył nagle srebrny wisiorek, którego wcześniej chyba nie widział u przyjaciółki, a którym właśnie bawiła się od niechcenia.

- Nowy naszyjnik? – Spytał, pokazując na jej szyję. Hanji zjechała na przedmiot swoim wzrokiem i zarumieniła się lekko.

- Eee… Można tak powiedzieć. Przed wyjazdem dostałam od Moblita. Chłop chyba wziął sobie do serca te całe święto, mówił, że jego rodzina wręcza sobie prezenty w tym czasie. Skoro mają taką tradycję, no to czemu nie, podziękowałam mu. Miło z jego strony.

Levi również odłożył swoją książkę i uśmiechnął się szeroko do okularnicy.

- Hanji… Co jest między tobą a Moblitem? Wiem, że się przyjaźnicie od dłuższego czasu, ale mam wrażenie, że to coś więcej.

- Słucham? – Hanji podniosła się do prostego siadu, a jej twarz zrobiła się cała czerwona. – Co masz na myśli? Tak jak mówisz, tylko się przyjaźnimy. Rozmawiamy o tytanach i tak dalej.

- Przecież widać, że ten chłopak coś do ciebie czuje. Do tej pory myślałem, że to nic takiego, ale ten prezent? Ty mu coś dałaś w zamian?

- Nie, dlaczego? Nic nie przygotowałam, zresztą to tylko mój przyjaciel. Co ty wygadujesz… - Hanji zgarbiła się lekko i na chwilę zamilkła, lecz po paru sekundach roześmiała się głośno. Następnie spojrzała na Leviego i wycelowała w niego palcem. – Lepiej ty powiedz, co jest między tobą a Erwinem!

Levi upuścił książkę, którą czytał. Opadła z cichym klapnięciem na dywan, przez co jedna z kotek, prawdopodobnie Sina, przestraszyła się i miauknęła głośno, wybiegając z pomieszczenia. Levi najchętniej poszedłby w jej ślady, jednak w tym momencie tylko siedział w bezruchu, wpatrując się tępo w twarz przyjaciółki.

- Haaa…? – Spytał, udając, że zupełnie nie wie, o co jej chodzi.

- Oj, nie chcę nic sugerować, ale chyba tylko ślepy nie dostrzegłby tego napięcia, jakie między wami jest. Myślałam, że wynika to z niechęci, pamiętam, że na początku nie do końca się lubiliście. Ale w pewnym momencie doszłam do wniosku, że chodzi o coś zupełnie przeciwnego. A przynajmniej widzę to po Erwinie. Znam gościa już jakiegoś czasu i... szczerze? Nie widziałam, żeby kogokolwiek traktował tak, jak traktuje ciebie.

- Co masz na myśli? – Wypalił Levi, zanim zdążył się powstrzymać. Od razu tego pożałował. Hanji ponownie się zaśmiała.

- Ha! Wiedziałam! A odpowiadając na twoje pytanie, mój drogi: Erwin zawsze wypatruje cię w tłumie, gdy znikasz, zawsze leci do ciebie z każdym głupim pytaniem o swoje kochane ekspedycje. Na nikogo tak nie patrzy, do nikogo nie uśmiecha się tak czule jak do ciebie. Gdy nie ma cię z nami, cały czas nawija o tobie, aż to się staje nudne… Nie zrozum mnie źle, ja też cię uwielbiam, ale ile do cholery można słuchać o tym, jaki Levi jest wspaniały i utalentowany, jakie to ostatnio świetne rady dawał nowym rekrutom podczas treningów i jak niesamowicie unikał tytanów… Naprawdę, powinniście chyba o tym pogadać. Myślałam, że skoro teraz śpicie w jednym pokoju, to… No wiesz, dogadacie się w tej kwestii…

- Nie wiem, o czym mówisz. – Levi wyciągnął rękę i podniósł książkę, którą upuścił. – Chyba za bardzo naczytałaś się jakichś chorych romansów. Szanuję Erwina jako kapitana, to wszystko. Zresztą, jest przecież KAPITANEM, widziałaś, jak wszyscy się nim jarają? Jak babki na ulicy się za nim oglądają? Jeśli myślisz, że przejąłby się takim wyrzutkiem jak ja, to chyba nie jesteś tak bystra jak myślałem. Albo musisz zmienić okulary.

Ramiona Hanji trochę opadły. Levi ukrył twarz w książce.

Kobieta przysunęła się bliżej w jego stronę. Brązowe oczy za jej okularami wyrażały w tym momencie szczerą troskę.

- Levi… Nie wygłupiaj się. Nie jest ważne, skąd pochodzisz. Jestem pewna, że Erwina to nie obchodzi. I na pewno nie dba o tych wszystkich ludzi, którzy mu się podlizują. Nie są dla niego ważni.

Levi spojrzał na nią znad okładki.

- A ty dalej o tym? Powiedziałem ci już, nie wyobrażaj sobie głupot.

Ponownie ukrył twarz za książką.

Za wszelką cenę chciał teraz ukryć to, jak bardzo poruszyły go słowa Hanji. Czyżby miała trochę racji?

Rzeczywiście, zdarzało się, że Erwin zabiegał o jego uwagę. Podczas drugiej ekspedycji przyszedł do niego, gdy Levi siedział sam na warcie. Gdy grali w tę głupią grę podczas alkoholowej integracji, udowodnił, jak wiele zapamiętał już szczegółów na jego temat. Potem zaprosił go na zebranie w sprawie ekspedycji i załatwił mu tam miejsce na stałe, przez co mieli powód do regularnego spotykania się. Zaprosił go na obiad… Za który sam zapłacił… Tłumaczył się wtedy tym, że spłaca przysługę, którą Levi mu wyświadczył, jednak tak naprawdę nie była to rzadka przysługa. Levi po prostu zgodził się wziąć udział w zebraniu. Zjedli wtedy w restauracji, do której przychodził wcześniej z jakąś kobietą, prawdopodobnie taką, na której mu bardzo zależało. Było to więc dla niego ważne miejsce. Później, podczas ich trzeciej ekspedycji, kiedy Levi opatrywał jego ranę i byli tak blisko… Czy to możliwe, że Erwin chciał go wtedy pocałować? Czy wszystko to było tylko złudzeniem?

No i oczywiście, całe to zaproszenie na czas święta do swojej rodziny. Znali się od paru miesięcy, jednak czy to wystarczyło, żeby otrzymał tak ważne zaproszenie?

Nie przypuszczałby, że Erwina mogą interesować mężczyźni. Jeśli chodzi o Leviego, to nie przykładał zbyt wielkiej wagi do płci. W ciągu całego swojego życia nie był w żadnym poważnym związku. Były to raczej przelotne znajomości, bardziej koncentrujące się na sferze fizycznej niż uczuciowej. Zdarzało się, że szedł do łóżka z mężczyzną. Nie potrafił nic poradzić na to, że w drugiej osobie najbardziej pociągał go wysoki wzrost, a ten częściej zdarzał się jednak u mężczyzn. Zresztą, nie wyglądał jak typowy uwodziciel kobiecych serc, w tłumie nie zwracał na siebie większej uwagi.

Z kolei Erwin przyciągał kobiece spojrzenia jak magnes. Ale jak teraz się na tym zastanowić, nic sobie z tego nie robił i ignorował ich wdzięki. Nawet gdy byli wtedy we dwójkę na obiedzie, a potem na spacerze, całą uwagę poświęcał jemu…

Levi nieznacznie rozszerzył oczy. Czy rzeczywiście Erwin coś do niego czuł?

* * *

Gdy wieczorem gospodarze powrócili do domu, najstarsi z nich od razu udali się na odpoczynek. Z kolei młodsi bracia Erwina zaprosili tego wieczoru swoich znajomych i zachęcili Hanji i Leviego, aby dołączyli do nich.

Ackerman i Zoe zeszli więc do salonu i ujrzeli zgromadzonych w nim ludzi, siedzących na kanapie i fotelach, sączących alkohol i rozmawiających wesoło. Z kuchni właśnie wyszedł Erwin i na widok Hanji i Leviego uśmiechnął się lekko. Podał każdemu z nich po kieliszku. Ruszyli w stronę ludzi siedzących w salonie.

- Erwin. – Wypalił nagle Levi, zatrzymując Erwina tuż przed wejściem do salonu, pozwalając Hanji odejść w stronę gości. Dziewczyna kątem oka zauważyła, co Levi zamierza, uśmiechnęła się lekko i zostawiła mężczyzn samych.

Erwin spojrzał na Ackermana z lekkim zdziwieniem, ale zatrzymał się.

- O co chodzi?

- Chciałbym porozmawiać z tobą o czymś… Na osobności.

Erwin wpatrywał się w twarz Leviego w milczeniu, a w jego oczach odbijały się tańczące płomienie z kominka. Levi musiał przyznać, że w takich warunkach wyglądał po prostu niesamowicie przystojnie. Zanim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, podszedł do nich jeden z braci Smitha i objął ramieniem Erwina.

- Co tak stoicie, chodźcie do nas! – Pociągnął obu mężczyzn w stronę gości. – Musicie poznać naszych znajomych.

- Porozmawiamy potem, dobrze? – Spytał Erwin, spoglądając na Leviego z przepraszającym uśmiechem. Ten skinął głową.

W pomieszczeniu oprócz nich znajdowali się więc dwaj bracia Erwina, Finn i Noah, ich dziewczyny oraz parę osób, których Levi jeszcze nie poznał.

On, Hanji i Erwin usiedli na długiej, narożnej kanapie, trzymając po kieliszku. Dosiadła się do nich młoda kobieta, która przedstawiła się jako Klara. Miała długie blond loki i zielone oczy, okalane grubymi rzęsami. Ubrana była w sukienkę w biało-niebieskie paski, z długimi rękawami. Zaczęła rozmawiać z trójką zwiadowców o ich pracy, z wielką ciekawością słuchając o trudach ekspedycji.

Levi szybko zauważył, jak kobieta spogląda na Erwina i nie spodobało mu się to. Erwin musiał też już wcześniej wypić trochę alkoholu, bo był obecnie w zadziwiająco dobrym humorze, gdyż był bardzo rozmowny. Rozmawiał z Klarą, opowiadając jej o życiu w Troście. Kobieta kiwała głową z ciekawością i pochylała się w stronę Erwina, eksponując swój biust. Oczywiście rozmawiała również z Hanji i Levim, choć ten ostatni najmniej się do owej rozmowy palił.

- Bardzo trudno było zostać kapitanem? – Spytała Klara, wpatrując się w Erwina i biorąc łyk alkoholu.

- Na pewno nie jest to droga dla każdego. – Odpowiedział Erwin z pełną powagą, nie dostrzegając kokieteryjnego wzroku kobiety. – Polega na wielu wyrzeczeniach, do których nie każdy jest przygotowany.

- Kochana, patrzysz właśnie na naturalny talent, niestety Erwin jest zbyt skromny, żeby się do tego przyznać. – Dodała Hanji, puszczając oko do Klary.

- A ty, Levi? Nie chciałbyś kiedyś awansować na kapitana? – Spytała Klara, przysuwając się bliżej w stronę Leviego, żeby lepiej go usłyszeć, jednak przez to, że Erwin siedział między nimi, oparła się o mężczyznę swoim ramieniem.

Levi poczuł, jak jego wnętrzności zaczynają płonąć. Odwzajemnił wzrok kobiety, czując wobec niej tylko i wyłącznie szczerą niechęć.

- Wolę wykonywać rozkazy i mieć spokój. Jeszcze tylko tego by mi brakowało, aby musieć więcej myśleć i być za kogoś odpowiedzialnym. – Prychnął krzyżując ramiona.

- A kiedy ty ostatnio wykonałeś jakiś rozkaz…? – Spytała Hanji, szczerząc się do przyjaciela i otrzymując od niego kuksańca w żebra.

- Jesteście tacy odważni… – Klara westchnęła, jednak nie odsunęła się od Erwina. Opierała się o niego swoim ciałem. Erwinowi albo to nie przeszkadzało, albo nie zwracał na to uwagi. – Dzięki wam możemy spać spokojnie. Tak wielu ludzi was nie docenia, uważam to za niesprawiedliwe.

- Grunt to żeby zostawili nas w spokoju, abyśmy mogli organizować kolejne ekspedycje. – Stwierdził Erwin, wpatrując się w swój kieliszek, by po chwili napić się z niego.

- Szkoda, że tak rzadko tu jesteście. – Stwierdziła Klara, również biorąc łyk alkoholu. – Zupełnie inaczej rozmawia się ze zwiadowcami niż z tymi nudnymi żandarmami… Bez urazy dla twoich braci, tylko że oni są już zajęci. Ale ty, Erwin… Chyba dalej nie masz narzeczonej, prawda?

Levi zakrztusił się swoim drinkiem, przez co spojrzenia rozmówców spoczęły na nim. Podniósł się, odchrząknął i odparł:

- Przeproszę was na moment.

Opuścił wesołe towarzystwo i ruszył na górę po schodach.

Przeskakiwał stopnie ze złością. Erwin nie był jego facetem, mógł robić, co tylko mu się podobało, nawet flirtować z zupełnie obcą osobą. Jednak ten widok był dla Leviego nie do zniesienia. Zwłaszcza, że tak bardzo zależało mu na tym, aby porozmawiać ze Smithem. Widocznie nie było mu to dane.

Wszedł do pomieszczenia, które prowadziło na taras i miało też podobne do niego przeznaczenie, jednak na tarasie było w tej chwili śnieżno i zimno, a tu Levi mógł usiąść w spokoju na ławce i spoglądać na kwiaty w doniczkach, które porozstawiane były po całym pokoju. Oprócz nich znajdowały się tu również najróżniejsze rzeźby. Przypomniał sobie, że matka Erwina wspominała o tym, że była kiedyś artystką. Levi przymknął oczy i odetchnął. Spokój i cisza, bez wkurzających ludzi.

Nagle usłyszał czyjeś kroki na schodach. Podniósł powieki i spojrzał w tamtą stronę.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła Klara.

Levi zacisnął usta w cienką linię.

- Tutaj jesteś… Tak szybko nas opuściłeś. Wszystko w porządku? – Zapytała zmartwiona dziewczyna, podchodząc do niego i siadając tuż obok. W nozdrza uderzyły go przeraźliwie słodkie perfumy.

- Niby co miałoby być nie w porządku? – Spytał chłodno Levi, odsuwając się trochę, gdyż nie podobała mu się ta nagła bliskość. Czego ona mogła od niego chcieć?

- Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic głupiego. Jeśli czymś cię uraziłam, to przepraszam.

Levi ujrzał smutek na jej twarzy i przygryzł wargę.

- Nie, nic się nie stało. Potrzebowałem po prostu chwili dla siebie. Nie lubię takich tłumnych spotkań.

- To podobnie jak ja. – Klara podniosła na niego swoje spojrzenie i uśmiechnęła się lekko. – Wolę rozmowy sam na sam.

Ackerman nie odpowiedział. Dziewczyna spoglądała na niego przez chwilę w milczeniu. Levi odwzajemniał jej wzrok, do końca nie rozumiejąc, po co tu przyszła. Już chciał ją o to zapytać, kiedy wypaliła:

- Widziałam, jak się na nas patrzyłeś, gdy rozmawiałam z Erwinem. Nie trudno zauważyć, że jesteś zazdrosny.

- Haaa? - Levi ściągnął brwi w wyrazie irytacji. Czuł jednak, jak delikatny rumieniec pojawia się na jego policzkach. Skąd ona mogła wiedzieć, że on…

- O czym ty mówisz, do cholery? – Zapytał, próbując przybrać obojętny wyraz twarzy.

- Oj, Levi, nie udawaj. Umiem rozpoznać zazdrosnego faceta. A u ciebie widać wszystko jak na dłoni.

Klara przysunęła się do niego jeszcze bardziej i zrobiła coś, czego kompletnie się nie spodziewał. Złapała go za ramiona i podniosła się, siadając na nim okrakiem. Zanim zdążył zareagować poczuł, jak usta dziewczyny wpijają się w jego wargi. Był w tak wielkim szoku, że nie mógł się poruszyć, jakby kompletnie stracił panowanie nad swoim ciałem i wszystko działo się poza nim. Zabawne, że podczas walk z tytanami umiał podejmować decyzje pod wpływem sekund, natomiast w tej chwili kompletnie zgłupiał.

Zanim zdążył odepchnąć dziewczynę, do jego uszu dobiegło skrzypnięcie otwieranych drzwi.

- Tu jesteście, zaraz będą podawać...

Bujne brwi Erwina uniosły się w wyrazie kompletnego zaskoczenia. Klara oderwała czerwone wargi od ust Leviego i zeszła z niego, szybko siadając na swoim poprzednim miejscu. Poprawiła włosy, uśmiechając się zadziornie.

- Taak, co będą podawać? – Spytała słabym głosem.

Erwin patrzył na nią przez chwilę, a potem jego błękitne spojrzenie zatrzymało się na Levim. Levi miał wrażenie, że pali się ze wstydu. Czuł w środku mieszankę różnych uczuć, których do końca nie rozumiał i nawet nie umiał nazwać. Zdawał sobie sprawę z tego, jak kretyńsko musiała wyglądać ta scena i żałował, że nie odepchnął dziewczyny od razu. W oczach Erwina oprócz zupełnego szoku dostrzegł też rozczarowanie. Albo mu się tylko wydawało.

- Wybaczcie, że przeszkodziłem. – Mruknął Smith i wyszedł z pokoju.

- Ojej, kolejny zazdrośnik… No nic, chyba zaraz na dole będzie coś do jedzenia, a ja zgłodniałam. – Klara uśmiechnęła się krótko do Leviego i wybiegła z pokoju.

Levi został sam, zaciskając pięści. Był wściekły na siebie, chciał, aby ten wieczór wyglądał zupełnie inaczej. Chociaż, może i dobrze, że wszystko właśnie tak się potoczyło. Erwin widocznie nie był obojętny na wdzięki kobiet, nie przeszkadzała mu flirtująca z nim wcześniej Klara. Gdyby zapytał dziś kapitana o to, czy coś do niego czuje, najprawdopodobniej by się zbłaźnił.

Podszedł do okna i zapatrzył się w śnieg, sypiący za oknem. Po chwili wydał groźne warknięcie, dostrzegł bowiem swoje odbicie. Szybkim ruchem starł szminkę natrętnej kobiety ze swoich warg.

* * *

Przysnął dopiero nad ranem.

W pewnym momencie poczuł, jak ktoś potrząsa jego ramieniem.

Otworzył oczy i ujrzał twarz Erwina nad sobą. Był poranek, leżał na niewygodnej ławie w tym samym pomieszczeniu, w którym znajdował się przed zaśnięciem, słyszał na dole krzątających się domowników, zapewne przygotowujących pożegnalne śniadanie. Erwin był przebrany w świeżą koszulę i spodnie, uczesany i zupełnie nie wyglądał, jakby wczoraj wypił kilka drinków.

- Spałeś tutaj? – Zapytał zdziwiony. – Zwariowałeś?

Levi zignorował jego pytanie. Podniósł się do siadu i przeciągnął. Przez to, że spał na twardej ławce, bolały go wszystkie mięśnie. W końcu odezwał się:

- Zamieniłem towarzystwo twoich znajomych na towarzystwo tych tutaj nieruchomych rzeźb. Nie są tak wkurzające i tyle nie gadają. Wolałem nie wracać do sypialni, na wypadek gdybyś chciał się tam udać z nową znajomą.

Erwin parsknął, czymś pomiędzy śmiechem a prychnięciem.

- Że niby ja miałbym wrócić? Wybacz, ale z tego co widziałem to ty bliżej się z nią zapoznawałeś. Naprawdę nie chciałem przeszkodzić wam w intymnej sytuacji.

- To nie była żadna intymna… Ech, zresztą, co cię to obchodzi. – Levi zaperzył się i szybko podniósł z miejsca. Spojrzał ze złością na wyższego o głowę mężczyznę. – To moje życie i mogę robić co chcę.

- To prawda, nic mi do tego. – Odparł Erwin, lodowatym tonem.

- Świetnie. – Rzucił Levi i zanim Erwin zdążył cokolwiek do niego powiedzieć, wyszedł z pomieszczenia szybkim krokiem.

* * *

Powrót do Trostu minął im w niezręcznej ciszy. Hanji próbowała zagadywać co jakiś czas to jednego, to drugiego, jednak ani Levi, ani Erwin nie byli chętni do rozmów. Gdy przybyli na miejsce, każdy z nich udał się do swojej kwatery.
Levi czuł, że nie tak to wszystko powinno się skończyć, jednak nie miał pojęcia, co zrobić. Nigdy nie był dobry w kontaktach międzyludzkich. Gdyby byli tu z nim Isabel i Farlan, najprawdopodobniej poprosiłby przyjaciół o radę. Fakt, mógł pójść do Hanji, która na pewno chętnie by mu pomogła, jednak była zbyt blisko Erwina. Nie chciał jej w to mieszać.

Pod wieczór, gdy skończył samotny trening i szedł pustym korytarzem, zmierzając do części mieszkalnej, usłyszał czyjeś głosy w dalszej części korytarza. Przystanął, kiedy uświadomił sobie, że jeden z głosów należy do Erwina. Przycisnął się plecami do ściany, nie chcąc być zauważonym.

- To bandyta. – Syknął nieprzyjemny głos. Levi rozpoznał go, był to pułkownik Vogl, który na każdym zebraniu rzucał mu wrogie spojrzenia. Widocznie wciąż nie mógł odżałować, że mają w swoich szeregach takiego wyrzutka jak on. – Całe życie mieszkał pod ziemią, nie zrobisz z niego żołnierza! Z tego co wiem, bardzo często ignoruje rozkazy i robi to, co mu się podoba.

Levi nie mógł dostrzec twarzy Erwina, wyczuwał jednak napięcie w powietrzu.

- Levi jest już jednym z nas, nic na to nie poradzisz. I będzie zwiadowcą tak długo jak sam zechce.

Vogl wydał z siebie ciężkie westchnięcie.

- Dobra, niech ten kryminalista będzie sobie członkiem oddziału, ale nie… Cholera, Erwin, chyba zupełnie odjęło ci rozum!

- Jeśli rzeczywiście awansuję na pułkownika, owszem, zrobię Leviego kapitanem. Mam już nawet pomysł na skompletowanie jego drużyny, to będzie coś zupełnie nowego. I zapewniam cię, że skutecznego. O ile oczywiście Levi się zgodzi.

- Oszalałeś. On nie nadaje się na kapitana. Wychował się w brudzie, jestem pewien, że jego kwatera wygląda tak samo jak miejsce, w którym dorastał. Skoro tak bardzo chciał zostać zwiadowcą, dobra, przy pierwszej lepszej okazji użyjmy go jako mięsa armatniego. Nie zgadzam się na to, żeby ten niski i bezczelny gnojek, syn jakiejś dziwki, pałętał mi się pod…

Levi zacisnął pięści i w tym samym momencie poczuł głuche uderzenie.

- Erwin, co ty… Puszczaj mnie, do cholery!

- Jeszcze raz zlekceważysz go w ten sposób, to nie będziesz zbyt długo pułkownikiem, uwierz mi. – Wrogi i niski w tym momencie głos Erwina wręcz mroził krew w żyłach. Levi był w szoku, nigdy nie słyszał takiego tonu u swojego kapitana.

- Ty mi grozisz…? Puszczaj, do cholery! Jesteś nikim, tak sam jak on! Myślisz, że zrobią cię pułkownikiem... mylisz się, jutro napiszę notatkę do odpowiedniej osoby i wyślą cię do łatania dziur w zewnętrznym murze!

- Tak, tak. - Erwin nie wydawał się przejęty. Levi oczami wyobraźni widział, jak poprawia swoją koszulę - Dobrego wieczoru. – Mruknął na odchodne i Levi usłyszał, jak jego kroki się oddalają.

Nie rozumiał, co miał o tym myśleć. Erwin naprawdę chciał zrobić go kapitanem? Jeśli tak, dlaczego nie porozmawiał o tym najpierw z nim?

* * *

Ackerman przez cały wieczór nie mógł sobie znaleźć miejsca, dlatego zdecydował się odwiedzić stajnie. Odnalazł w jednym z boksów swojego konia. Zwierzę rozpoznało go i ucieszyło się na jego widok. Levi nakarmił go i pogłaskał delikatnie. Po chwili oparł swoją głowę o łeb zwierzęcia i przymknął oczy.

Gdy wyszedł ze stajni, skierował się z powrotem w stronę kwater. Było późno, nikogo nie powinno już być w tym miejscu o tej godzinie. Levi zauważył jednak pojedynczą bryczkę, stojącą przed budynkiem. Zamyślił się i o mało co nie wpadł na osobę, która wyłoniła się zza zakrętu.

- Levi. – Erwin uniósł nieznacznie brwi na jego widok. W dłoni trzymał niewielką walizkę. Ubrany był w brązowy płaszcz, który miał narzucony na typowy dla siebie strój, czyli białą koszulę i szare, eleganckie spodnie. Był jak zwykle schludny i cholernie przystojny.

- Kapitanie. – Mruknął Levi, po czym skinął głową i ruszył dalej.

- Levi, poczekaj… Dlaczego tak oficjalnie? Śpieszysz się gdzieś?

- Nie, ale najwidoczniej ty dokądś się wybierasz. Nie chcę cię zatrzymywać.

- Jadę do dystryktu Ermiha, na zebranie kapitanów. Z samego rana mamy omawiać parę ważnych kwestii. Wszystko u ciebie w porządku?

- Taa. W takim razie szerokiej drogi.

Levi odwrócił się i chciał odejść, jednak Erwin położył rękę na jego ramieniu.

- Poczekaj, proszę. O czym chciałeś ze mną porozmawiać, wtedy, gdy byliśmy w Mitras?

Ackerman powoli odwrócił się w stronę swojego kapitana. Skrzyżował ramiona i uniósł jedną brew w wyrazie rozdrażnienia.

- To już nieistotne.

- Dla mnie istotne. Więc? – Erwin spojrzał na Leviego zachęcająco.

- Nieważne, blondasie, rozumiesz? – Levi nie mógł powstrzymać irytacji. – Cokolwiek miałem ci wtedy do powiedzenia, nie ma już znaczenia. Tak naprawdę zupełnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć, więc tym bardziej nie było to ważne. Nie wiem, czemu tak się tego uczepiłeś. Lepiej już jedź, bo jeszcze się spóźnisz i wszyscy ważni ludzie w stolicy będą zawiedzeni, a niewiasty zemdleją z rozpaczy.

Erwin uśmiechnął się z rozbawieniem i pokręcił głową. Levi stracił na moment swój animusz, tę bezczelną pewność siebie, gdyż uświadomił sobie właśnie, jak bardzo brakowało mu tego uśmiechu. Erwin musiał chyba dostrzec jakąś zmianę na jego twarzy, gdyż upuścił swoją walizkę na ziemię, zrobił krok do przodu i objął dłońmi twarz Leviego, zamykając jego usta pocałunkiem. Wiedział, że dużo ryzykuje, bał się, że Levi może go odepchnąć. Bał się, że tym gestem może zepsuć całą ich przyjaźń. Wielokrotnie miał ochotę to zrobić, powstrzymywał się jednak w ostatnim momencie. Jednak nie tym razem.

Levi poczuł miękkie usta mężczyzny, obejmujące jego wargi. Czuł ciało Erwina tuż przy sobie. Czuł również ciepłe dłonie na swojej twarzy i miał wrażenie, że cały wypełnił się tym ciepłem. W jego brzuchu szalały łaskoczące go iskierki. Doznanie to było nieporównywalne z niczym innym, co przeżył do tej pory. Bez zastanowienia objął Erwina wpół, przyciągając go bliżej siebie i oddając pocałunek. Erwin uniósł delikatnie kąciki ust, nie przerywając pocałunku, wręcz przeciwnie, pogłębiając go jeszcze bardziej. Po chwili jednak oderwał się od Leviego, aby spojrzeć mu w oczy.

- Cholernie dawno chciałem już to zrobić. – Wyszeptał, odgarniając na bok jeden z ciemnych kosmyków Leviego.

- Co ty wyprawiasz? – Spytał po chwili Ackerman, czując, że ma nogi jak z waty. Serce waliło mu tak szybko i głośno, że bał się, iż będzie je słychać po drugiej stronie najbliższego muru.

- Zamykam ci tę niewyparzoną jadaczkę. Brakowało mi cię. Nie chciałem, żeby tak skończył się twój pobyt w Mitras.

Levi milczał, nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Nie chciał przerywać tej chwili, zwłaszcza, że wiedział, iż Erwin wyjeżdża. Zacisnął dłonie na materiale jego płaszcza.

- Cóż, wydawało mi się, że chętnie flirtowałeś wtedy z tamtą blondyną, sądziłem, że właśnie w taki sposób chcesz spędzić swój czas.

- Chciałem spędzić go z tobą. Dlatego cię tam zaprosiłem. Nie byłem jednak pewny, czy… czy odwzajemnisz moje uczucia.

Levi rozszerzył oczy ze zdumienia. W tym momencie rozumiał, co oznacza powiedzenie „zapomnieć języka w gębie”. Erwin miał go w garści, naprawdę udało mu się zamknąć jego jadaczkę. Mężczyzna najwyraźniej zauważył to i uśmiechnął się czule, patrząc Leviemu w oczy.

- Porozmawiamy jak wrócę, dobrze? – Erwin sięgnął nagle do kieszeni płaszcza i podał Leviemu klucz. – Zrobisz coś dla mnie? To klucz do mojej kwatery. Udaj się tam i otwórz pierwszą szufladę w biurku. Znajdziesz tam małe pudełko. Chciałem ci to dać, jak byliśmy u mojej rodziny, ale stchórzyłem. Zrobisz to?

Levi wziął od Erwina klucz, delikatnie marszcząc czoło.

- Jeśli nie boisz się, że cię okradnę, to czemu nie... – Levi nawet w tym momencie próbował ratować się ironicznym komentarzem. – Lepiej wróć szybko, zanim zdążę wynieść stamtąd cały twój dobytek.

Erwin zaśmiał się cicho i schylił się, aby pocałować Leviego ponownie. Ackerman miał wrażenie, jakby przez całe jego ciało przeszedł przyjemny prąd. Po chwili Erwin odsunął się, z widocznym ociąganiem, i sięgnął po upuszczoną wcześniej walizkę.

- Pamiętaj, górna szuflada.

Skinął Leviemu głową i po chwili wsiadł do bryczki. Levi odwrócił się i zaczął iść w stronę kwater.

* * *

Wsunął klucz w zamek drzwi, prowadzących do sypialni Erwina, uprzednio rozglądając się po korytarzu. Było jednak zbyt późno, żeby ktoś urządzał sobie przechadzki po korytarzach. Oczywiście poza nim.

Wszedł do pomieszczenia i na sam początek zapalił dwie świece, stojące na biurku. Gdy już mógł cokolwiek zobaczyć, otworzył szufladę, o której mówił Erwin. Rzeczywiście, znajdowało się tam średniej wielkości pudełko, owinięte w ładny, zielony papier. Levi usiadł na krześle i powoli odpakował zawiniątko. Jego oczom ukazał się szary karton. Odpakował go, sam nie wiedząc, czego się spodziewać.

Otworzył usta w niemym zdziwieniu. Nie mógł uwierzyć w to, co ujrzał.

W środku znajdowała się najpiękniejsza filiżanka, jaką widział w życiu, a tuż obok niej idealnie wyprofilowany talerzyk. Były ozdobione ciemnoniebieskim ornamentem, przypominającym skrzydła. Levi delikatnie dotknął podarunku, jakby chciał się upewnić, że jest rzeczywisty. Materiał z jakiego zostały wykonane przedmioty był zimny i gładki, delikatnie pobłyskiwał w półmroku. Levi dopiero teraz dostrzegł, że w środku filiżanki znajdowało się kolejne zawiniątko. Podniósł je i powąchał. Tak jak się spodziewał, była to starannie zapakowana torebeczka z herbatą. Pachniała ona niesamowicie. Do herbaty dołączony był także niewielki liścik, który Levi teraz rozwinął.

Gdy tylko zobaczyłem ten zestaw, od razu pomyślałem o Tobie. Mam nadzieję, że herbata Ci posmakuje. Życzę Ci spełnienia wszystkiego, czego tylko zapragniesz.

Levi nigdy w życiu nie był tak bardzo poruszony jak w tej chwili. Nikt nigdy nie podarował mu tak pięknego prezentu. Starannie zapakował wszystko z powrotem do kartoniku i podniósł się, aby wyjść z pokoju Erwina. Po paru krokach zatrzymał się jednak.

Odłożył prezent na biurko i podszedł do szafy.

Otworzył ją i wyjął jedną z wiszących tam koszul. Przysunął ją do twarzy i zaciągnął się jej zapachem. Zapachem Erwina. Już wcześniej czuł się przyjemnie, będąc blisko mężczyzny i czując jego zapach. Jednak po dzisiejszych pocałunkach ten zapach sprawiał, że jego ciało odmawiało mu posłuszeństwa. A zwłaszcza pewna konkretna część jego ciała. Robił się coraz bardziej twardy i nie mógł już temu zaprzeczać. Był w pokoju zupełnie sam, bez Erwina, jednak teraz czując tylko zapach mężczyzny był już mocno pobudzony. Gdyby Erwin był tu teraz z nim, całkiem możliwe, że po prostu rzuciłby się na niego z pożądania.

Stwierdził, że nie ma nic do stracenia. Erwin dzisiaj nie wróci, a nikt inny nie będzie mu tutaj przeszkadzać. Zrobił parę kroków do tyłu i opadł plecami na łóżko mężczyzny. Przymknął oczy. Jedną dłonią wciąż ściskał materiał koszuli Erwina i przyciskał go do swojej twarzy. Zapach był oszałamiający. Drugą dłonią sięgnął do swoich spodni, rozpiął rozporek i objął palcami swojego nabrzmiałego już penisa. Zaczął szybko poruszać dłonią. Z jego ust wydobyło się ciche westchnienie.
Uświadomił sobie, że naprawdę leży w łóżku Erwina, w miejscu, w którym ten spędzał prawie każdą noc. Czy Erwin kiedykolwiek masturbował się, myśląc o nim?

Przyśpieszył, czując, że zaraz dojdzie. Zaciągał się zapachem Erwina, czuł na twarzy delikatny dotyk materiału. Oddychał coraz szybciej, wydając z siebie ciche westchnięcia. Nagle wyobraził sobie, że to nie jego ręka, ale ręka Erwina zaciska się na jego penisie. Jęknął głośno, dochodząc o wiele szybciej, niż się spodziewał.

Leżał jeszcze chwilę w nie swojej pościeli, uspokajając swoje serce. O cholera, właśnie sobie uświadomił, że chyba ma bardzo poważny problem. Czuł coś do Erwina Smitha.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2557
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 30 lis 2019, 14:43

Ten rozdział wziął mnie z zaskoczeniaXD Miałam kiepski nastrój, ale niespodziewanie banan pojawił się na mej twarzy. Początkowo chciałam powiedzieć, że urocze, ale to chyba niewłaściwe słowo. Sexy pasuje lepiej. Podobał mi się też motyw z odważną laską, która pozwoliła sobie na małe co nieco. Ja bym tak zrobiła:]
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Lisbeth77
amator
Posty: 23
Rejestracja: 04 lis 2019, 21:47

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Lisbeth77 » 02 gru 2019, 21:19

Dziękuję Ci za komcia;) ten rozdział miał brać z zaskoczenia.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Trzy dni, podczas których Erwin był poza Trostem, ciągnęły się Leviemu w nieskończoność. Spędzał czas na takich czynnościach jak zwykle – głównie były to treningi oraz szkolenie kadetów. Po południu spotykał się z Hanji, Moblitem, i Miche’m. Dbał też o porządek wspólnej kwatery, choć to akurat nie należało do jego obowiązków. Nie mógł jednak zaakceptować bałaganu, a niektórzy zwiadowcy zupełnie nie przejmowali się rzuconym byle gdzie papierkiem czy kurzem, zalegającym od paru dni na półkach. Dlatego w takich chwilach Levi zawiązywał szarą chustę wokół twarzy i rozpoczynał walkę ze swoim drugim, zaraz po tytanach, największym wrogiem – brudem.

Trzeciego dnia Levi nie mógł oprzeć się pokusie i ponownie odwiedził sypialnię Erwina. Tym razem jednak nie zajmował się macaniem koszul kapitana. Samo wspomnienie tej sytuacji, kiedy zrobił sobie dobrze w łóżku Erwina, powodowało u niego palące uczucie wstydu. Dlatego starał się wyrzucić to z pamięci, a najlepszym lekarstwem na niemyślenie była dla niego praca fizyczna. Wysprzątał każdy kąt sypialni kapitana, z rozdrażnieniem myśląc o sprzątaczach zatrudnianych przez korpus zwiadowczy. Jego zdaniem w ogóle nie przykładali się do swojej pracy. Oni też potrzebowaliby poważnego treningu.

Samodzielnie odkurzył półki, uporządkował leżące byle jak książki, zmienił pościel. Ułożył dokumenty, które leżały luzem na biurku. Nie przeglądał ich, nawet nie przeszło mu to przez myśl. Na co dzień miał dość gadaniny Erwina o ekspedycjach i treningach, więc kartkowanie jego zapisków było ostatnią rzeczą, na którą miałby ochotę w tym pomieszczeniu. Jednak traf chciał, że jedna z kartek wypadła mu z ręki i sfrunęła na podłogę. Levi podniósł ją i rozszerzył oczy. Zauważył na niej swoje imię, zanotowane pismem Erwina. To akurat przykuło jego uwagę.

1. Oddział Miche’a
2. Oddział Hanji (+ Moblit?)
3. Oddział Leviego (oddział specjalny? sam skompletuje zespół)
Nasz najlepszy żołnierz!
Zaprosić go na drugi obiad?


Levi nie mógł powstrzymać uśmiechu, który samoczynnie pojawił się na jego twarzy. Pomijając wspomnienie wspólnego obiadu, zapiski te przypomniały Leviemu również o podsłuchanej rozmowie między Erwinem a pułkownikiem Voglem. Czy Smith rzeczywiście chciał zaproponować ich kandydatury na stanowiska kapitanów? Przecież w jego przypadku byłoby to zupełnie niemożliwe. Nikt nie zaakceptowałby takiego wyrzutka jak on w roli kapitana, a nie miał ochoty na co dzień wysłuchiwać narzekań starych pierników na swój temat.

Z drugiej strony, posiadanie własnego oddziału… Jeśli Erwin rzeczywiście pozwoliłby wybrać mu skład własnego zespołu, wybrałby oczywiście najlepszych ludzi. Było kilka osób, których umiejętności na treningach przyciągały jego uwagę. Jednak czy potrafiliby mu zaufać? Czy on potrafiłby zaufać im? Jak zachowaliby się w terenie, gdy ujrzeliby tytanów na własne oczy? I w końcu: czy byłby dla nich dobrym liderem, za którym warto podążać?

Z własnego doświadczenia doskonale wiedział, że nie nadawał się na kapitana. Nie lubił współpracować. Praca zespołowa kompletnie mu nie wychodziła. Nienawidził wykonywania rozkazów tak samo jak wydawania rozkazów. Robił to, co w danej chwili uważał za słuszne i robił to zupełnie sam. Nie potrzebował niczyjej pomocy.

Jednak kto wie. Może powinien zmienić swoje przyzwyczajenia. Mógłby spróbować bardziej się otworzyć, zwłaszcza na ludzi w skompletowanym przez siebie oddziale. Może powinien korzystać czasem z pomocy innych i nie starać się wykonywać każdego zadania samodzielnie.

Własny oddział, zaufani i utalentowani zwiadowcy, wierzący w niego… Nie, to wydawało się zbyt mało realistyczne. I za bardzo bałby się porażki. Farlan i Isabel mu zaufali i nie skończyło się to dla nich dobrze.

Odłożył kartkę na miejsce.

* * *

Levi, Hanji, Moblit i Miche wracając z treningu, przysiedli na murku, który znajdował się za ich kwaterą. Dzień był pogodny, na niebie nie można było odnaleźć ani jednej chmury. Śnieg, który jeszcze do niedawna zalegał w okolicy, dziś już zupełnie stopniał. Levi spojrzał na skrawek zieleni, który mieli przed sobą i dostrzegł kilka budzących się do życia kwiatów. Miały złocistą barwę, ich płatki jeszcze nie do końca się rozwinęły, ale to pewnie kwestia kilku dni, zanim rozkwitną w pełni. Levi zapatrzył się w nie, a jego myśli zaczęły błądzić wokół osoby, której kolor włosów był równie intensywnie złocisty. Z zamyślenia wyrwał go nagle głos Miche’a:

- Hm, wiecie co? Cały dzień czuję dzisiaj zapach Erwina… Ale przecież to niemożliwe, bo go tu nie ma. Czyżby węch zaczął mnie zawodzić?

Levi zaklął w duchu. Spędził dziś sporo czasu w sypialni kapitana, nie pomyślał o tym, że może przesiąknąć unoszącym się tam zapachem Erwina. Oczywiście zwykły człowiek nigdy by tego nie wyczuł, ale Miche był dziwny. Levi mógł spokojnie nazywać go dzisiaj swoim przyjacielem, podczas treningów i ekspedycji porozumiewali się już bez słów. Poza tym, według Leviego, Miche był najbardziej utalentowanym zwiadowcą. Zaraz po nim, oczywiście. Wyróżniał się tym, że wyczuwał wszystko na kilometr. Gdy chodziło o tytanów, było to niezawodne i niezbędne. Gorzej, jeśli wyczuwał coś, co człowiek wolał zachować tylko dla siebie.

Hanji wybuchnęła śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.

- To pewnie dlatego, że podczas treningu pożyczyłam jego sprzęt do trójwymiarowego manewru. Mój się popsuł i musiałam oddać go do naprawy. – powiedziała Hanji, rzucając Leviemu krótkie spojrzenie. Mężczyzna poczuł, jak jego panika powoli ustępuje.

- Dobrze, że zaciął się teraz, a nie podczas ekspedycji. – zauważył Moblit. Siedział tuż obok Hanji, trzymając rękę tuż obok jej dłoni. Levi zauważył, że ich palce delikatnie się dotykają. Dostrzegł rumieniec, który pojawił się na twarzy okularnicy. Uniósł kącik ust.

Miche chyba niczego nie dostrzegł, bo jedynie przeciągnął się i po chwili zeskoczył z murku.

- Zaraz się ściemni, a ja zgłodniałem. Chodźmy, bo z obiadu zostaną dla nas same resztki!

* * *

Levi zjadł obiad wraz ze swoimi towarzyszami, a potem spędził z nimi czas we wspólnej kwaterze. Siedzieli przy stole i rozmawiali o dzisiejszym treningu, potem zmienili temat na bardziej przyziemne sprawy. Miche chwalił się, że udało mu się poderwać barmankę, którą adorował już od dłuższego czasu, z kolei siedząca obok niego Hanji opowiedziała im o niezwykłym śnie, jaki miała tej nocy, w którym główną rolę oczywiście odgrywali tytani. Moblit, siedzący naprzeciwko niej, słuchał jej opowieści z lekkim uśmiechem, pełnym rozczulenia, natomiast Levi, zajmujący krzesło obok Moblita, w trakcie owej historii zdążył pójść do kuchni i zrobić sobie herbatę. Gdy wrócił po chwili, Hanji wciąż opowiadała z przejęciem o tym samym. Chyba nic ważnego go nie ominęło.

- …i gdy udało mi się uciec z tego lasu, natrafiłam na kolejną grupkę tytanów, a ta z kolei wykonywała jakiś dziwny taniec. No to stwierdziłam, że powinnam robić to samo co oni, żeby mnie nie zauważyli i też zaczęłam tańczyć… O ja cię, jakie to śliczne!

Levi siedział na krześle, popijając herbatę, a nogi oparł wygodnie o parapet okna, które znajdowało się tuż obok. Dopiero po chwili zorientował się, że Hanji mówiła o nim. A konkretniej, o czymś, co trzymał obecnie w dłoniach.

- Masz nową filiżankę? – spytał Moblit, również spoglądając na Leviego. – W samą porę, poprzednia już chyba trochę się zużyła.

- Skąd ją masz? – chciał wiedzieć Miche. Wąsacz był na tyle ciekawski, że nachylił się w stronę siedzącego naprzeciw niego mężczyzny i głośno wciągnął powietrze nosem. – Wyczuwam też jakiś dziwny zapach. To nie jest zwyczajna herbata.

- Co cię to obchodzi? – spytał Levi, po czym wziął łyk gorącego napoju. Trzymał filiżankę w typowy dla siebie sposób, obejmując jej końce palcami. - Człowiek nie może już spokojnie się napić.

- To jakiś prezent? – spytał Moblit, przez co Levi zapragnął trzepnąć tego uroczego chłopaka prosto w jego zakuty łeb.

- Levi, masz jakąś adoratorkę? A może adoratora? – Miche poderwał się i oparł łokcie na stole. – Opowiedz nam wszystko, ze szczegółami!

- Zabieraj te łokcie... – warknął Levi, marszcząc czoło. – Sam sobie kupiłem, po ostatniej wyprawie chyba mi się należało, co?

- Ej, dobra, ale słuchajcie dalej, to nie jest koniec mojego snu! – Hanji zamachała rękami, próbując z powrotem ściągnąć na siebie uwagę towarzyszy. Levi był jej za to wdzięczny. – No więc… zaczęłam tańczyć, w taki sam sposób, jak ci wszyscy tytani wokół mnie. Małymi kroczkami próbowałam jednak dalej iść przed siebie i teraz dopiero zaczyna się najciekawsze…

* * *

Miche zdążył zasnąć na krześle w bardzo niewygodnej pozycji. Hanji i Moblit siedzieli na fotelach przy kominku i rozmawiali z sobą ściszonymi głosami. Levi nie chciał im przeszkadzać. Zajął więc miejsce na parapecie i patrzył na Trost, pogrążony w mroku. Gdy w końcu zauważył podjeżdżającą pod budynek bryczkę, jego serce zabiło szybciej. Ujrzał wysoką sylwetkę Erwina, który wysiadł z pojazdu i pożegnał się z dorożkarzem. Szybkim krokiem skierował się do drzwi wejściowych, żeby nie zmoknąć. Choć dzień był pogodny, wieczór okazał się być deszczowy.

Hanji nagle roześmiała się głośno, widocznie Moblit musiał powiedzieć jej coś zabawnego. Miche poruszył się niespokojnie. Podniósł się do prostego siadu i ziewnął, a potem otworzył oczy i zaczął wąchać przestrzeń wokół siebie. Levi westchnął, nie cierpiał, kiedy Zacharius to robił.

- Oho, chyba nasz kapitan wraca.

Po chwili drzwi do pokoju wspólnego rzeczywiście otworzyły się i ich oczom ukazał się Erwin we własnej osobie. Płaszcz musiał zostawić w swojej kwaterze, gdyż teraz miał na sobie szare spodnie i marynarkę, a także białą koszulę. Wyglądał na trochę zmęczonego, jego blond włosy znajdowały się w pewnym nieładzie i były trochę wilgotne od deszczu, a kołnierzyk koszuli mężczyzny wydawał się trochę pognieciony. Levi jednak na widok Erwina poczuł, jak coś skręca mu się w żołądku, oczywiście w przyjemny sposób. Pewnie coś w rodzaju tych cholernych motylków w brzuchu. Mimo tych widocznych oznak zmęczenia na twarzy, Erwin chyba nigdy nie wydawał się Leviemu tak bardzo przystojny jak w tej chwili.

- Witajcie – odezwał się Smith, uśmiechając się do swoich towarzyszy. – Jak wam minął dzień? Jak dzisiejszy trening?

Jego przyjaciele popatrzyli na siebie, po czym wybuchnęli śmiechem. Hanji i Moblit podnieśli się z miejsc i podeszli do stołu, przy którym siedział Miche. Hanji, zanim usiadła, uściskała Erwina z całej siły.

- Oj, Erwinciu, ty nasz służbisto, nigdy się nie zmieniaj! Cieszę się, że jesteś z nami z powrotem. Trening jak trening, wszyscy drewniani tytani zostali zgładzeni. Trost może spać bezpiecznie. Lepiej opowiadaj, co tam ustaliliście na spotkaniu! I czemu tyle to trwało.

- I czy były tam jakieś ładne kapitanki. – dodał Miche, jakby to było w tej chwili najważniejsze. Levi uśmiechnął się i przewrócił oczami. Podniósł się w końcu z parapetu i podszedł bliżej swoich towarzyszy. Nie zajął jednak miejsca przy stole, ale oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając na przyjaciół. Przeszło mu przez myśl, że w taki sposób choć przez chwilę jest od nich wszystkich wyższy.

Erwin usiadł obok Miche’a.

- Zebranie opóźniło się o jeden dzień, ponieważ dowódcy wszystkich trzech korpusów mieli jakieś nagłe spotkanie. Nie opłacało mi się wracać, więc zostałem na miejscu. Spotkałem paru starych znajomych. Pixisa, Nile’a… A reszta spotkań upłynęła tak jak się spodziewałem, głównie na rozmowach, nowych uzgodnieniach co do ulepszeń treningów i ekspedycji.

- Dobra, przejdź do najważniejszego. Czy możemy mówić ci już „pułkowniku”? – spytała Hanji, unosząc jedną brew. Jej okulary zalśniły w blasku świec, które stały na stole.

- Cóż, właściwie to tak… Mam też inne wieści, ale to może zostawmy na jutro…

- Juhuuu! – zawołała Hanji, a wraz z nią wesoły okrzyk wydali również Miche i Moblit. Kilku pozostałych zwiadowców, którzy też przebywali w pomieszczeniu, spojrzało w ich stronę ze zdegustowaniem.

- Ciiiii! – syknęła jakaś kobieta, która siedziała na fotelu na drugim końcu pokoju, czytając książkę.

- Oj tam, to nie biblioteka! – zawołała do niej Hanji, a potem spojrzała ponownie na Erwina, uśmiechając się do niego. – Gratulacje, pułkowniku. Coraz bliżej do dowódcy, co?

Erwin roześmiał się i pokręcił głową, ale Levi doskonale wiedział, że właśnie to było spełnieniem marzeń tego mężczyzny. Przynajmniej obecnie.

- Moim celem jest przede wszystkim udoskonalenie korpusu zwiadowczego. I tak jak mówiłem, mam dla was dobre wieści, ale to może poczekać do jutra.

- Nie, mów teraz! – Miche zabębnił zaciśniętymi pięściami o stół, przez co rozległo się ponowne „ciii!”.

- Miche, Erwin jest zmęczony, założę się, że jedyne, na co ma teraz ochotę, to iść spać. – powiedziała Hanji.

Erwin zerknął ukradkiem na filiżankę, która stała na stole w miejscu, przy którym jeszcze do niedawna siedział Levi. Zostały w niej jedynie fusy po herbacie.

Smith uniósł wzrok i napotkał spojrzenie Leviego. Wpatrywali się w siebie dłuższą chwilę.

Ciszę przerwało głośne ziewnięcie Miche’a.

- No dobra, mam tylko nadzieję, że to będą dobre wiadomości. Inaczej nie zasnę. Erwin, tylko nie mów, że nas przenoszą i będziemy w różnych dystryktach… Przyzwyczaiłem się już do waszych słodkich mordek.

- Nie, Miche, mogę ci obiecać, że to same dobre wiadomości. – Erwin przeniósł wzrok z Leviego na Miche’a.

- Przynajmniej dobrze was tam karmili? – chciała wiedzieć Hanji.

- Czy na pewno chcecie o tym słuchać? – Smith uśmiechnął się trochę łobuzersko. – Powiem tylko, że nie chodziłem głodny.

- Skoro spotkałeś Nile’a, to co tam u niego? – spytał Miche, ponownie tego wieczoru kładąc łokcie na stole. – Był razem z Marie, czy została w domu?

Levi drgnął lekko, słysząc to imię. Spojrzał szybko na Erwina, ten jednak wydawał się tak samo pogodny jak chwilę temu.

- Byli razem, ale trochę znudziły ją przeciągające się rozmowy, więc zajęła się zwiedzaniem dystryktu Ermiha. Zakupami i tak dalej.

- A co tam niby jest do zwiedzania? – zdziwił się Moblit.

- Stragany? Zakłady produkcyjne? Same atrakcje! – Hanji roześmiała się i objęła ramieniem Moblita, na co chłopak uśmiechnął się i zarumienił.

- Rozmawialiście z sobą? – zapytał Miche, poruszając brwiami w charakterystyczny sposób. – Może stwierdziła, że wybrała nie tego faceta? W końcu zacząłeś się teraz piąć po drabinie sukcesu. A mówi się przecież, że stara miłość nie rdzewieje…

- Rany, Miche, znajdź sobie w końcu jakąś babę, bo chyba potrzebujesz. – stwierdziła Hanji, uśmiechając się do wąsatego przyjaciela. – A ja potrzebuję się dziś wyspać…

- No co? – zaperzył się Miche. – Myślałem, że was obchodzi szczęście naszego kapit… to znaczy, pułkownika. To, że wy gołąbeczki gruchacie z sobą cały dzień nie oznacza, że inni też nie potrzebują szczęścia.

- Ooooj, zrobiło się naprawdę późno! – Hanji poderwała się na równe nogi, zarumieniając się aż po same uszy. – Dobrej nocy!

Moblit również się podniósł.

- Odprowadzę cię! – zawołał i ruszył szybkim krokiem za oddalającą się Hanji.

- Rany, zachowują się jak para nastolatków. No nic, ja też idę spać… dobranoc, chłopaczki. – Miche uśmiechnął się do Erwina, a potem wstał i spojrzał na Leviego. Podniósł rękę i potargał jego włosy, na co Ackerman skrzywił się z niezadowoleniem.

- Ej! Nie jestem twoim pieskiem!

Przez ten gest Levi zdał sobie sprawę, że oto wrócił z powrotem do świata, w którym wszyscy byli od niego wyżsi, z tym że Miche zdecydowanie górował nad resztą. Wąsaty mężczyzna wyszczerzył do niego zęby, po czym odmaszerował.

Levi przygładził swoją fryzurę i spojrzał na Erwina, który właśnie wstawał od stołu.

- Czy miałbyś teraz chwilę, żeby porozmawiać? – spytał Leviego, zachowując powagę. – Mam kilka dokumentów, z zasugerowanymi przez samego dowódcę zmianami w formacji. Chciałbym wiedzieć, co o nich myślisz.

- Jeśli to nie może poczekać… - Levi wzruszył ramionami.

- Wolisz porozmawiać tutaj czy u mnie?

Leviemu na moment zaschło w ustach. Czy on pytał na serio?

- U ciebie chyba będzie spokojniej. – zdołał wydusić z siebie dopiero po chwili.

Erwin skinął głową i razem z Levim wyszli z pomieszczenia. Zeszli po schodach i ruszyli w stronę pojedynczych kwater.

- Żałuję, że nie byłem dzisiaj obecny na waszym treningu, nie sądziłem, że tak się to przeciągnie. Powiedz, jak nasi nowi rekruci? Czy Hans nauczył się w końcu utrzymywać równowagę na placu?

- Powiedzmy.

Zbliżali się do sypialni Erwina. Levi nie umiał nic poradzić na to, że był coraz bardziej podniecony. Za chwilę będzie z Erwinem sam na sam, po prawie trzech dniach jego nieobecności. Ciężko było mu walczyć z tym uczuciem, ale musiał się przyznać do tego, że najzwyczajniej w świecie za nim tęsknił.

Erwin otworzył drzwi. Weszli do środka. Świece były już zapalone, gdyż Erwin był tutaj, zanim znalazł ich w wspólnym pokoju. Kontynuował dalej swój wątek.

- Powtarzałem Hansowi kilka razy, że najważniejsze jest wyczucie, a każdy uczy się tego w różnym czasie. Sam wiesz, że niektórzy, tak jak ty, od razu to opanowują, a innym zajmuje to trochę dłużej. Trzeba też sprawdzić sprzęt, czy przypadkiem się nie zaciął. - Erwin, mówiąc to, zamknął drzwi, po czym odwrócił się w stronę Leviego. – Dokumenty leżą na stole, możesz…

Erwin nie dokończył, gdyż Levi złapał go za kołnierz koszuli i popchnął na drzwi. Rozległ się cichy stuk, gdy Smith uderzył o nie plecami. Nie zdążył nic powiedzieć, gdyż Levi stanął na palcach i wpił się namiętnie w jego usta, przymykając oczy.
Levi poczuł zapach mężczyzny. Na żywo był o wiele bardziej oszałamiający.

- Naprawdę myślałeś, że przyszedłem tu, żeby słuchać o jakichś pieprzonych dokumentach? – spytał po chwili Levi, odrywając się od jego wargi i patrząc Erwinowi w oczy. Przyciskał swoje ciało do mężczyzny, a doznanie to było o wiele przyjemniejsze niż w jego wyobraźni.

- Sądziłem, że jesteś chociaż w minimalnym stopniu zainteresowany… - Erwin uśmiechnął się, a Levi dostrzegł delikatny rumieniec, wstępujący na jego policzki. Gdyby to było możliwe, kazałby oprawić ten widok w ramę i powiesić na ścianie, aby móc patrzeć na niego godzinami. Zwłaszcza mając tę świadomość, że to on był powodem tych rumieńców.

- Jestem zainteresowany czymś innym. – Levi położył jedną dłoń na torsie mężczyzny, aby następnie zjechać nią niżej. Poprzez materiał koszuli czuł umięśniony brzuch Erwina.

- Te dokumenty… są naprawdę bardzo ciekawe. – głos Smitha z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej słaby. - Zwłaszcza fragment o sygnałach dymnych, spodobałby ci się…

- Podoba mi się ten sygnał. – powiedział cicho Levi, po czym sięgnął dłonią jeszcze niżej, do spodni mężczyzny. Były gładkie i szorstkie w dotyku. Levi zacisnął palce i poczuł przez materiał spodni twardą już w tym momencie erekcję mężczyzny, który stał przed nim i oddychał coraz szybciej.

- Levi… - wyszeptał cicho Erwin, po czym schylił się, żeby dosięgnąć jego ust. Levi oddał pocałunek i objął Erwina za szyję.

Nie przestając się całować, pokuśtykali w stronę łóżka. Po drodze wpadli na kilka sprzętów, strącili książki z półki i przewrócili krzesło. Żaden z nich jednak się tym nie przejął.

Erwin opadł na łóżko, pociągając na siebie Leviego. Ackerman pochylił się nad mężczyzną i pocałował go namiętnie.

- Na pewno tego chcesz? – spytał nagle Smith, w przerwie między jednym pocałunkiem a drugim. Brwi Leviego zbiegły się na moment w niebezpieczną linię.

- Czy możesz się już na dzisiaj zamknąć? – spytał, zaczynając rozpinać guziki koszuli Erwina. – Cholera, może mi pomożesz z tym dziadostwem? Że też musisz zawsze wyglądać tak elegancko. Pan Przystojny, zawsze w zapinanej koszuli.

Erwin roześmiał się, a na ten dźwięk Levi poczuł rozczulenie. Gdy już uporali się z guzikami, Ackerman pochylił się i zaczął całować szyję i tors Erwina. Słyszał jego przyśpieszony oddech i ciche westchnięcia. Odgłosy te sprawiały, że czuł coraz większe pożądanie i najchętniej przeszedłby już do ostatniego etapu, jednak nie chciał przyśpieszać tej chwili. Chciał robić to powoli i zapamiętać ten wieczór ze szczegółami.

Rozpiął spodnie Erwina i ujrzał elegancką, ciemną bieliznę. Choć bardzo podobał mu się ten widok, wolał zobaczyć to, co kryło się za materiałem. Spojrzał na twarz Erwina i ujrzał, że mężczyzna spogląda na niego z lekkim zawstydzeniem. Levi spotulniał i zrozumiał, że pewnie minęło trochę czasu, odkąd uprawiał seks…

Albo…

- Robiłeś to kiedyś z mężczyzną? – spytał Levi i poczuł ukłucie wstydu, że nie zapytał o to Erwina wcześniej.

- Dlaczego pytasz? – spytał Smith. Był zwykle dyplomatyczny i pewny siebie, jednak w tej chwili Levi dostrzegł zawahanie w jego oczach.

- Nie musisz się wstydzić.

- Wiem, nie wstydzę się. Jeśli chcesz wiedzieć, to nie, nigdy nie byłem aż tak daleko w swoich relacjach z żadnym mężczyzną. Rozumiem, że ty masz w tym doświadczenie?

- Czy ja wiem? Mówiłem ci, że nigdy nie byłem w nikim zakochany. Zwykle było to jednorazowe spotkanie. Jeden wieczór i koniec.

- Czy teraz też to będzie tylko jeden wieczór? – spytał Erwin. Levi spojrzał mu w oczy i nie widząc w nich sprzeciwu, powoli zsunął z niego bieliznę.

- A chcesz, żeby tak było? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Erwin nie był już w stanie nic na to odrzec. Levi pochylił się i wziął do ust jego męskość, słysząc przeciągłe westchnienie mężczyzny. Starał się nie śpieszyć, być delikatny i przede wszystkim sprawiać Erwinowi przyjemność. Gdy widział jednak, że Smith był coraz bardziej odprężony i, przede wszystkim, coraz bardziej podniecony, ciężko było mu powstrzymać własne pożądanie. Pieścił, smakował i ssał jego penisa, ale czuł, że chce więcej. Szybko zrzucił z siebie własne ubrania i pociągnął na siebie mężczyznę.

W pewnym momencie towarzyszyło już to niesamowite wrażenie, że są jednym ciałem. Czuł dotyk, smak, zapach Erwina, czuł go obok i czuł go w sobie. Słyszał jego oddech i ciche pojękiwanie. Kilka razy usłyszał też swoje imię, wyszeptane przez mężczyznę. Doszli prawie jednocześnie. Levi czuł zalewającą go falę rozkoszy, nie mógł uwierzyć, że coś może być aż tak przyjemne. Pomyślał nagle, że seks smakował zupełnie inaczej z kimś, kogo koch… to znaczy, z kimś, na kim zaczęło mu zależeć.

Leżeli obok siebie, uspokajając swoje oddechy. Tym razem to Levi leżał na plecach, Erwin położył głowę na jego nagim torsie. Przez chwilę milczeli, wsłuchani w bicie swoich serc.

- Widziałem, że filiżanka ci się spodobała. – szepnął po chwili Erwin. Uniósł lekko głowę, żeby spojrzeć Leviemu w oczy. Kosmyki jego blond włosów tym razem znajdowały się w zupełnym nieładzie, roztrzepane i posklejane z sobą.

Levi uniósł kąciki ust na ten widok.

- No nie wiem, wciąż ją wypróbowuję. Jak na razie wszystkie testy przechodzi pozytywnie.

- Nikt się nie zdziwił, że pijesz z nowej filiżanki?

- Hanji. A potem reszta. Ale okularnica szybko ich zagadała. Tak na marginesie, chyba wie, że coś między nami jest. To głównie twoja zasługa. Podobno nie umiałeś przestać o mnie paplać w towarzystwie i ta mądra kobieta się wszystkiego domyśliła.

Erwin roześmiał się.

- Nic na to nie poradzę. Odkąd cię poznałem, nie mogłem przestać myśleć o tobie. Jesteś niesamowity. W wielu aspektach... Właśnie, dziękuję za wysprzątanie mojej sypialni. Domyśliłem się, że raczej to nie pani Rita zmiotła kurz z dosłownie każdej półki.

- Skoro miałem tu dzisiaj przyjść i cię przelecieć, to musiałem zadbać o porządek.

- Widzę, że miałeś wszystko przemyślane i przygotowane. Cały uknuty plan.

- Uczę się od najlepszego.

Erwin ponownie się zaśmiał. Levi pomyślał, że mógłby tak leżeć i słuchać tego śmiechu codziennie. Przymknął nagle oczy. Przez sekundę poczuł coś nieprzyjemnego, coś cholernie bolącego, wspomnienie pewnego uczucia, które starał się zepchnąć w najdalsze zakątki swojej jaźni. Nie mógł teraz o tym myśleć, był w tym momencie zbyt szczęśliwy.

- Levi? Wszystko w porządku? – spytał Erwin.

- Tak. – Levi otworzył oczy. Twarze, które widział przed chwilą w tym odległym, bolesnym wspomnieniu, zniknęły. Objął mężczyznę i przyciągnął go do siebie, aby go pocałować. Był teraz tu, z Erwinem i żaden z nich nigdzie się nie wybierał. Jakiekolwiek złe przeczucia, które odczuł, powinien usunąć na zawsze ze swojej głowy.

* * *

Levi obudził się nad ranem. W pierwszym momencie nie wiedział, gdzie się znajduje. Poczuł obok ciepłe ciało oraz silne ramię, obejmujące go od tyłu. Spojrzał na śpiącego obok Erwina. Wezbrała się w nim czułość do mężczyzny. Odwrócił się w jego stronę i dotknął policzka Smitha, a potem zaczął gładzić jego włosy.

Chciał, żeby tak wyglądał każdy poranek. Wiedział, że nie będzie to możliwe, gdyż ich życie było podporządkowane wielu nakazom i rozkazom, obowiązkom i regułom. Raczej nie będą ogłaszać wszem i wobec, że zaczęli się z sobą spotykać. Erwin był bardzo ostrożny i wolał, żeby nikt nie wiedział nic o najbliższych mu osobach. Zbyt łatwo mógłby stać się politycznym celem. Dlatego Levi podejrzewał, że z nimi będzie tak samo, ale nie przeszkadzało mu to. Gotów był zaakceptować każde warunki, byle tylko móc otrzymać chwile sam na sam z tym mężczyzną.

Levi wiedział też, że Erwin miał pewien cel. Akceptował jego ambicje, chociaż do końca ich nie rozumiał. Chciał jednak pomagać Smithowi w osiągnięciu tych celów. Zaczynał odczuwać to w taki sposób, że szczęście Erwina było też jego szczęściem. Oczywiście, nie wyznałby tego nikomu, jednak musiał przyznać się do tego przed samym sobą.

Po wspólnie spędzonej nocy wiedział, że będzie dalej robił wszystko, aby ochraniać tego mężczyznę za wszelką cenę. Zwłaszcza, że pomimo swojego niezawodnego instynktu i intelektu, Erwinowi czasem strzelały do głowy dziwne pomysły. Najczęściej związane z poświęcaniem się dla dobra ludzkości.

Levi stwierdził, że będzie przy nim także dlatego, aby mu te pomysły wybijać z głowy.
“That’s the power of words: twenty-six letters can paint the whole universe.”
— Jay Kristoff, “Godsgrave

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2557
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: [Attack on Titan] Tylko jeden człowiek +18 [WIP]

Postautor: Vampircia » 06 gru 2019, 18:06

Wiem, że ten rozdział pojawił się kilka dni temu, ale przeczytałam go dzisiaj, więc poczułam się tak, jakby to był dla mnie prezent mikołajowy:D Udało Ci się osiągnąć coś, co udaje się nielicznym: sprawiłaś, że identyfikuję się z postacią. Chyba jakoś dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. Mam wrażenie, jakby mnie sporo z Levim łączyło, co jest dziwne, bo przy mandze nie miałam takiego odczucia, a u Ciebie postacie są przecież in character. Pewnie to kwestia tego, że dużo piszesz z jego perspektywy i często wplatasz informacje, o których sobie myślę: "hehe, to chyba o mnie". Teraz bardziej przeżywam to, co wydarzyło się w mandze.
Shoot first. Think never.


Wróć do „Anime/Manga”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości