[Last Oasis] Znów jestem sam

Tutaj wrzucamy fanfiki do gier wszelkiej maści.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
MSM44
amator
Posty: 16
Rejestracja: 07 sie 2019, 20:16
Lokalizacja: Warszawa

[Last Oasis] Znów jestem sam

Postautor: MSM44 » 04 kwie 2020, 11:49

Fanfic Last Oasis(gra PC)
Studio/wydawca: Donkey Crew

W dniu premiery udało mi się pograć około 30 minut zanim serwery padły. Jednak już przed premierą myślałem o napisaniu tego fanfic'a. Szkoda, że serwer uległ przeciążeniu. Niestety tak bywa. Zachowałem angielskie nazwy walkerów, bo nie udało mi się zapamiętać nazw polskich. Właściwie to nie zdążyłem zwrócić na nie uwagi. Mam nadzieje, że wam się spodoba. Proszę o opinie w komentarzach. To nie boli, a mnie pomoga.




"Znów jestem sam"

Piasek gdzieniegdzie nie spojrzysz piasek. Na niebie zaś bezkresny błękit. Na wschodzie zaś świeciło słońce. Nie był jednak to jednak symbol początku i Nadziej, lecz śmierci. Bezlitosne promienie wysuszały i paliły wszystko i wszystkich, którzy nie zdążyli uciec na zachód.

Nie było żadnego nowego dnia. Był tylko jeden dzień w roku. Na wschodzie była spalona przez słońce ziemia ognia, gdzie wszystko obracało się w popiół. Ma zachodzie zaś gdzie nie docierało słońce była ziemia mrozu, gdzie wszystko zamarza na śmierć. Pomiędzy spaloną ziemią a lodowatym pustkowiem jest umiarkowana strefa, gdzie można żyć.

Tak wygląda świat, od kiedy nastąpiła ta kosmiczna katastrofa. Księżyc uległ zniszczeniu, a ziemia przestała się obracać wokół swej własnej osi. Nie było już wielkich lasów, nie było oceanów. Były tylko dwie krainy śmierci o przeciwstawnym sobie klimacie i bezpieczna strefa między nimi. Ziemia nadal poruszała się wokół słońca. Dlatego też bezpieczna strefa bez przerwy się przemieszczała, aby przetrwać, wszelkie życie musiało się przemieszczać wraz z nią.

By przetrwać, ludzie budowali machiny kroczące, które zwali Walkerami. Dzięki nim mogli wyprzedzić słońce i żyć w nieustannej nomadycznej podróży.

Jednak świat nie składał się z samego tylko piasku. Po świecie były porozrzucane oazy. Byłą w nich woda i zasoby, których wszyscy pożądali. Dlatego też nomadzi mogli się w nich zatrzymać i nabrać sił przed dalszą wędrówką.

Jednak bez znaczenia czy to pojedynczy nomad, czy potężny klan, każdy w końcu musiał ruszyć na zachód, by uciec przed palącym słońcem.

Taka też konieczność stanęła przed niewielką flotyllą złożoną z trzech Walkerów. Byli oni niewielkim klanem, podróżowali po świecie i przeszukiwali starożytne ruiny, zbierali różne zasoby i próbowali jakoś przeżyć. Nie było im lekko, ale jak dotąd udało im się wychodzić z kłopotów obronną ręką. Po części dlatego, że unikali mieszania się w wojny klanowe i udało im się znaleźć swoją niszę i sposób na przetrwanie.

Przez pewien czas żyli w oazie, w której panował potężny klan. Musieli płacić podatki za ochronę, jednak to działało. Żadni piraci nie pojawiali się w zamieszkanej przez nich oazie. Omijali ją szerokim łukiem. Było to rzadkie i cenne bezpieczeństwo w tym na wpół spalonym świecie.

Mimo to kraina ognia już zanadto zbliżyła się do ich oazy. Do tego klan rządzący oazą zaczął już ją opuszczać. Przywódca ich klanu zdecydował, że oni też powinni już odejść w poszukiwaniu nowego domu.

Teraz zbliżali się do kolejnej oazy. Zieleń zaczynała już majaczyć na horyzoncie.

Walkery ustawiły się w trójkąt. Na przedzie kroczył największy z nich Buffallo, po lewej zaś Stilletto, a po prawej niewielki Dinghy.

Na pokładzie tego ostatniego Walkera były dwie osoby. Przy sterze stał stary wyga, a na dziobie przy baliście stał młodzik.

Młody patrzył na prowadzącego Walkera, aż nagle z zamyślenia wyrwał go głos wygi.

-Hej młody, nad czy się tak głowisz?

-Właściwie czemu walkery takie jak ten nasz główny nazywa się Buffallo? Zupełnie tego nie rozumiem.

-W starożytnych czasach istniały takie bestie. Nazywały się Buffallo. Podróżowały w wielkich stadach po równinach pokrytych trawą. Były ich całe setki.

-Masz, na myśli czasy przed wielką wędrówką.

-Tak. Co nie wierzysz?

-Wielkie bestie podróżujące setkami. Wielkie wody większe niż jakakolwiek oaza. Niemożliwe…

-Cóż, nie w obecnych czasach. W każdym razie niedługo dotrzemy do oazy. Szef chce iść bardziej na zachód, więc pewnie tylko uzupełnimy zapasy i ruszymy dalej. Nie martw się, gdy dotrzemy na miejsce, otworzymy beczkę sfermentowanego kaktusa.

-Sfermentowany kaktus… po czymś takim uwierzę we wszystko. Nawet w wielką wodę i stada buffallo.

-Na razie skup się!

-Dobra.

Stary wyga był dla niego jak ojciec. Tak było, od kiedy dołączył do klanu. Stary wyga uczył go i przekazywał swoją wiedzę. Razem też wykonywali misje. Pewnie też ich to czeka po dotarciu do pierwszej obiecującej oazy. Wezmą swojego Dinghy i pójdą na zwiad w poszukiwaniu dobrego miejsca.

Już nie długo dotrą na miejsce. Tak przynajmniej wszyscy myśleli…

Wszystko zaczęło się nagle. Nikt się tego nie spodziewał ani nie był w stanie zareagować.

Każdy, kto mógł, patrzył ze strachem, jak wielki garb wynurza się z piasku i zmierza ku ich buffallo.

Każdy słyszał o tych istotach. Nigdy żadnej nie widzieli na oczy, jednak niemożliwe było pomylenie jej z jakąkolwiek inną.

Ten Długi. Czerw pustynny.

Potwory o których opowiadano legendy. Właściwie każda opowieść o nich była tak nieprawdopodobna, że uchodziła za legendę. Nikt nie był wstanie odróżnić prawdy od wymysłów, zwłaszcza gdy chodziło o polowania na długie.

Względem tych bestii istniały tylko dwa niepodważalne fakty.

Po pierwsze. Jeśli jakiejś grupie udało się upolować długiego, to weszli w posiadania niezwykle rzadkich materiałów. Tak pożądanych i cennych, że każdy człowiek polowania stawał się bogaty.

Po drugie. Jeśli wkroczysz na terytorium długiego, nie będąc odpowiednio przygotowanym najpewniej… zginiesz.

Oni nie tylko byli nieprzygotowani, ale dali też się zaskoczyć.

Mogli tylko patrzeć jak ich, buffallo walker zmienia się w stertę rozbitych kawałków drewna.

Młody mógł tylko patrzeć z szeroko otwartymi oczami, jak czerw bez najmniejszego trudu niszczy ich największego Walkera. To było wręcz nie do pomyślenia. Ten Walker wytrzymywał ataki piratów i rupu. Kiedyś przetrwał nawet bezpośrednie trafienie z katapulty. Zaczął już myśleć, że przetrwa wszystko, a zastał zniszczony w ciągu mgnienia oka. To było wręcz śmieszne.

Zrobił jedyną rzecze, jaką mógł. Chwycił za uchwyt balisty i zaczął strzelać w potwora, który ruszył w stronę stilletto.

Zarówno on, jak i załoga drugiego Walkera strzelała, czym tylko mogła. Jednak czerw zdawał nie zważać na ich wysiłki. Pruł na przód wprost na swój cel. Nie mieli szans. Robak bez trudu rozbił ich drugiego walkera .

Teraz zaś skręcał w ich stronę.

Co mogli zrobić? Mieli tylko małego walkera z balistą. Jak niby mieli pokonać takiego potwora?

-Młody chodź tu!

Nie wiedzieć czemu.

-Kupię ci trochę czasu, a ty pędź do oazy. Tam się spotkamy.

-Ale…

-Biegiem!

W tym momencie chwycił go za ubranie i jednym szybkim ruchem… zrzucił z walkera.

-Biegnij młody!!! Widzimy się w oazie!!!

W tym samym momencie Walker skręcił ostro w lewo. Młody nie mógł już wrócić na walkera. Staruszek był już poza zasięgiem jego haka wspinaczkowego.

-Nie daj się zabić staruszku.

Młody zaczął biec po gorącym piasku. Jego celem była wielka zielona łuna na horyzoncie. Tylko raz spojrzał się za siebie… W tym właśnie momencie długi zniszczył walker staruszka.

Sługi wyprostował swe długie ciało, zupełnie jak wąż. Otworzył swą przeogromną kwadratową paszczę i wydał dudniący ryk tryumfu.

Młody mógł tylko pędzić naprzód. W końcu dotarł do oazy.

Na skraju był kamienny klif. Wokół zaś walały się gałęzie i kamienie. Rosły krzewy i kaktusy. Zbiornika czystej wody nie widział, ale kaktusy na razie wystarczały.

Pamiętał kołyskę. Flotylla wysyłała do takich miejsc młodzików, by zobaczyć czy są, wstanie samodzielnie przetrwać. Jeśli ktoś nie był umiał przetrwać w kołysce, nie miał wielkich szans na przeżycie.

Już dawno opuścił kołyskę, ale i tak doskonale pamiętał wszystko, czego się nauczył podczas całego swego życia na pustkowiu.

Prowizoryczny obóz założył na klifie. Piaskowe łóżko i ognisko. Podstawa podstaw, ale wierzył, że przynajmniej kilku przetrwało atak robaka. Dinghy nie był wysoki, więc dziadek mógł przetrwać upadek. W każdym razie dym powinien im pokazać, dokąd mają się udać.

Pozostawił ognisko zapalone, a sam udał się zebrać okoliczne kaktusy. Miąższ mógł zjeść… nawet jeśli smakował jak brudna szmata. Do tego nad ogniskiem mógł go wygotować z niego sok. Będą potrzebowali wody, gdy wrócą…

Od kilku godzin patrzył w dal, ale mimo tego nikt nie nadchodził.

-Kogo ja oszukuje? Znów jestem sam.

Wszyscy zginęli i tylko on jeden ocalał. Cały klan, który przetrwał nie jedno został zniszczony w jednej chwili. Nie mógł… nie chciał w to uwierzyć…

Jednak nie mógł się załamywać. Co by powiedział staruszek. Pewnie byłoby to coś w stylu.

-Nie martw się młody. Jak się będziesz zbyt zamartwiać, to przyjdą rupu i będą z ciebie szydzić. Teraz nawet chciałby przyszły rupu. Chciał zbić jakiegoś małpiszona. Zatłuc go swoją maczugą, a potem obedrzeć z futra.

Nagle poczuł, jak żal ustępuje. Powoli wypierała go pogarda względem własnej słabości. W sercu zaś zaczęło się wypalacz uczucie. Równie palące jak słońce daleko na wschodzie. Gniew. Nienawidził długiego. Był świadomy, że te istoty znają tylko głód. W końcu nawet sama Flotylla, która dyktowała warunki na całym świecie i miała władzę nad wszystkimi klanami, uważała je za wcielenie plagi. W końcu jeden długi mógł zniszczyć całą oazę, po prostu ją pożerając.

Jednak wiedział, co chce zrobić. Zostanie łowcą robaków. Dołączy do jakiegoś Klanu albo założy własny. Najpierw jednak musiał udać się na zachód, by uciec przed słońcem.

Nie miał ani odrobiny proszku wizji, ale nie był to zbyt duży problem. Potrzebowałby proszku, by zbudować coś większego, ale coś małego to nie problem.

Jeszcze trochę odpocznę, a potem zbuduje firefly walker. Tak sobie pomyślał, zanim położył się na łóżku.

Po odpoczynku od razu wziął się do pracy. Dla nomadów praca w drewnie to niemal codzienność. Dlatego każdy zna się na stolarce.

Szybko zbudował walkera, zgromadził zapasy i był gotów do drogi. Pozostało już tylko jedno do zrobienia. Udał się na skraj oazy i spojrzał na wschód. Patrzył na miejsce, gdzie zginęli jego towarzysze. I zaczął śpiewać.

Śpiewał tę samą pieść, którą śpiewał razem z towarzyszami podczas postojów. Składał w ten sposób hołd poległym przyjaciołom.

Gdy skończył, poczuł się jakby mu ulżyło.

Teraz podszedł do swoje nowego walkera. Nie wiedzieć czemu nagle poczuł obecność staruszka. Pouczał go jak zwykle.

-Pamiętałeś o wszystkim? Broń masz? Zbiorniki wody pełne? Walker sprawny?

-Pewnie staruszku. Zawszę, będziesz mnie pouczał?

-To już ostatni raz. Ja odchodzę, na zawsze. Teraz jesteś zdany na siebie młody.

W jego głosie słychać było smutek.

-Wiem. Nie mów w ten sposób to do ciebie niepodobne.

-Nie znasz się młody, a teraz… ruszaj dalej, ten świat umiera.

Wtedy obecność staruszka zniknęła. On sam wsiadł do swojego Walkera i ruszył na przód na zachód.

Jego podróż dopiero się zaczęła, ale to już inna historia.
Zapraszam na bloga NSFW.
https://msmhentai.blogspot.com/

Zapraszam na fanpage.
https://www.facebook.com/MSM44-2813368278692801/

Zapraszam na blog z novelkami
https://msm-novel.blogspot.com/

Zapraszam nao discord'a
https://discord.gg/qVSapQd

Wróć do „Gry”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości