[Przygody Merlina] Wyzwanie

Tutaj wrzucamy fanfiki do filmów, seriali telewizyjnych, kreskówek itp.

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

[Przygody Merlina] Wyzwanie

Postautor: RedHatMeg » 08 lip 2010, 19:51

I tak oto zaczęłam pisać do "Merlina" kolejnego multi-chapa. Zaczęło się od pewnego pomysłu, ale to, czego dotyczył, zdarzy sie dopero później. Potem, kiedy byłam w Krakowie, wpadłam na to, co jest treścią tego rozdziału i doszłąm do wniosku, że to może być początek jednego z dwóch obmyślanych przeze mnie fików. W końcu, po konsultacji z Miryoku, ostatecznie zdecydowałam sie na wariant z tytułowym wyzwaniem.

Tytuł: Wyzwanie
Rating: 12+
Opis: Życie Merlina po raz kolejny wywraca się do góry nogami, kiedy najpierw widzi w lesie tajemniczą, szlochającą kobietę, a potem ktoś rzuca mu rękawicę.

Część 1
Wszystko zaczęło się pewnego letniego popołudnia. Merlin chodził po lesie i zbierał zioła dla Gajusza. Koszyk w jego ręku był już wypełniony różnymi roślinami, z których medyk niebawem miał zrobić potrzebne ludziom w Camelocie lekarstwa, więc chłopak poważnie rozważał powrót do zamku, zważywszy na to, że czekało go tam sporo pracy. Spojrzał jeszcze na swoje zbiory, aby sprawdzić, czy o niczym nie zapomniał. Po dwóch godzinach spędzonych na łące nie chciał usłyszeć od Gajusza, że nie przyniósł mięty albo ruty. Ale nie – wyglądało na to, że z każdego zioła zebrał dość, aby leczyć wielodzietną rodzinę przez miesiąc.
Dlatego Merlin skierował się w stronę zamku. Błękitne niebo pokryte było delikatnymi smugami białych chmur. Po lesie rozchodziły się odgłosy ptaków, kiedy stopy służącego powoli kroczyły po porośniętej trawą ziemi. Ponieważ znajdował się bardzo daleko od domu (kiedy zbierasz zioła, nie zawsze wiesz, gdzie kierują cię nogi), postanowił obrać drogę na skróty, wiodącą przez tę cześć lasu, w której znajdowało się znajome jezioro. I pewnie gdyby postąpił inaczej, nie zobaczyłby tego, co zobaczył.
Zbliżając się do jeziora, najpierw usłyszał czyjś szloch, który z jakiegoś niezrozumiałego powodu przyprawiał go o dreszcze. Zaintrygowany ruszył szybciej w tę stronę. Gdy wreszcie dotarł na miejsce, ujrzał odzianą na biało kobietę o białych włosach, która prała w wodzie jakieś ubrania. Kiedy Merlin przyjrzał im się bardziej, zdał sobie sprawę z tego, że były one zakrwawione, co zrazu go zaskoczyło, ale potem wszystko stało się dla niego jasne – ona płakała za tym, do kogo należało to odzienie. Kobieta pochylała się nad ubraniami i szlochała, najwyraźniej nieświadoma tego, że oprócz niej był nad jeziorem ktoś jeszcze. Merlin nie widział jej twarzy, lecz był pewien, że to niewiasta w średnim wieku, prawdopodobnie nawet rówieśniczka jego matki.
Nagle praczka odwróciła się do niego i Merlin mógł ujrzeć jej przekrwione i szkliste od łez oczy. Jej twarz była zwyczajna, choć długi płacz sprawił, że jej policzki były rumiane i pokryte strugami słonych strumieni. Jednym sprawnym ruchem wyciągnęła z wody ubrania i położyła je obok siebie, tak że Merlin ich nie widział, ale skojarzył, że musiały należeć do mężczyzny, co więcej – odnosił wrażenie, że miał podobną, czerwoną koszulę. Kobieta milczała, toteż chłopak odezwał się pierwszy:
- Czy to był twój syn?
- Nie – odpowiedziała cicho i posłała mu smutny uśmiech. Potem zakryła twarz rękami i znów zaczęła płakać. – Biedny, biedny chłopiec. Zginąć tak młodo…
Chłopak przyglądał się jej przez dłuższy czas. Miał wrażenie, ze powinien coś zrobić albo chociaż powiedzieć, jednakże nie wiedział co. Spojrzał w stronę ścieżki, która prowadziła w stronę zamku.
- Przepraszam. Chyba muszę już iść.
Merlin cofnął się o kilka kroków i skierował w stronę zamku. Nie wiedział dlaczego, ale jego nogi przyśpieszyły nieco kroku, jakby chciały za wszelką cenę uciec jak najdalej od praczki. Poskutkowało to tym, że w Camelocie był w jakieś pięć minut i nawet od razu po pozostawieniu ziół w pracowni Gajusza, natknął się na Artura. Książę zaś wyznaczył mu kolejną listę obowiązków.
Potem jeszcze kilka razy Merlin myślał o zajściu w lesie. W końcu nie co dzień spotyka się nad jeziorem białowłose kobiety piorące zakrwawione ubrania. Po jakimś czasie zaczął żałować, że nie próbował jej pocieszyć albo dopytać się bardziej o to, co zaszło. Tamta praczka wydawała się być bardzo zrozpaczona. Musiała płakać nieprzerywanie przez wiele godzin. A Merlin był z natury współczujący. Wspomnienie tego zdarzenia nie dawało mu spokoju. A że do tego nie spotkał tego dnia Gwen, nie mógł się z nią tym podzielić.
Wszyscy w Camelocie krzątali się po korytarzach i dopieszczali ostatnie szczegóły, bowiem następnego dnia miał się odbyć wielki bankiet z okazji urodzin Morgany. Udział Merlina w przygotowaniach polegał na praniu stroju, w którym Artur miał wystąpić na uroczystości; i na pomocy w wybraniu prezentu dla Morgany. Prawdę mówiąc, Merlin – tak jak większość ludzi na zamku – był bardzo przejęty bankietem i nie mógł się go doczekać.
Wieczorem, kiedy Merlin siedział przy stole i jadł zupę, a Gajusz krzątał się jeszcze po pracowni i porządkował na półkach różne mikstury, chłopak postanowił opowiedzieć swojemu opiekunami o tym, co zaszło w lesie. Kładąc łyżkę obok talerza z zupą, podniósł wzrok na medyka i zaczął:
- Wiesz, Gajuszu, dzisiaj przydarzyło mi się coś dziwnego.
Gajusz odwrócił się tylko do niego, ale zaraz wrócił do pracy.
- Tak? Cóż takiego?
- Kiedy skończyłem zbierać dla ciebie zioła w lesie, zauważyłem pewną kobietę. Była ubrana na biało i do tego jeszcze miała białe włosy. Prała w jeziorze zakrwawione ubrania i cały czas płakała.
Gajusz zamarł. Przez chwilę nie ruszył się nawet o milimetr, ale potem powoli odwrócił się do swojego podopiecznego i Merlin mógł się teraz przyjrzeć wyrazowi głębokiego przerażenia na jego starej twarzy. Jednocześnie Gajusz spoglądał na niego jakby z niedowierzaniem. Czarownik czekał na to, co powie.
- Błagam – odezwał się w końcu Gajusz, tak cicho, jakby się bał, że ktoś ich podsłucha. – Powiedz mi, że to tylko żart.
- Nie, ja naprawdę ją widziałem – odparł Merlin, wzruszając ramionami. Zachowanie jego wuja niepokoiło go coraz bardziej.
- Niedobrze – wyszeptał Gajusz, spuszczając wzrok i siadając przy stole. – Bardzo niedobrze. – powtórzył i spojrzał znów na Merlina. – Wiesz, co oznacza to, że ją zobaczyłeś? To była banshee.
- Banshee? – spytał Merlin.
- To zjawa, która zwiastuje śmierć – wyjaśnił starzec. – Ma czerwone od płaczu oczy. Często można też usłyszeć jej zawodzenie. Jeśli je słyszysz, oznacza to rychły zgon twój albo kogoś z twojej rodziny. Jeśli ją zobaczysz, z całą pewnością umrzesz właśnie ty.
Oczy Merlina się rozszerzyły. Po chwili oparł łokcie na stole i złapał się za głowę. Poczuł uderzenie chłodu, jakby właśnie usłyszał wyrok śmierci. Gajusz jednak mówił dalej.
- Zdarza się, że wojownicy przed bitwą widzą ją, piorącą w jeziorze albo rzece zakrwawione ubrania tych, których przeznaczeniem jest zginąć. Powiedz mi, chłopcze, czy rozpoznałeś któreś z pranych przez nią rzeczy?
Merlin podniósł wzrok na swojego opiekuna, potem jednak spojrzał w dół i pogrążył się w zadumie. Zamknął oczy, aby przywołać obraz banshee, opłukującej w jeziorze pokrytą czerwonymi plamami odzież. Przez chwilę milczał, aż w końcu otworzył oczy i, podnosząc się z krzesła, popatrzył na Gajusza wzrokiem pełnym rozpaczy i lęku.
- Ona prała moją koszulę – powiedział drżącym głosem.
Gajusz wytrzeszczył oczy. A potem wstał, podszedł do chłopaka i przytulił go mocno. Gładził plecy podopiecznego, z trudem powstrzymując łzy.
- Ale nie rozumiem – zaczął Merlin. – Przecież smok powiedział, że moim przeznaczeniem jest doprowadzić Artura do wielkości. A teraz słyszę, że mam niebawem umrzeć. To nie trzyma się kupy.
Gajusz przestał obejmować siostrzeńca i popatrzył mu w oczy.
- Rzeczywiście dziwne. Sam nie rozumiem, jak coś takiego jest możliwe.
- Może jest jakiś sposób na umknięcie banshee – powiedział Merlin.
- Jedyne co na ten temat słyszałem to to, że jeśli zabroni jej się lamentować, to można opóźnić zgon, ale nie znam przypadku, w którym ktoś, komu się ukazała, uniknął swego losu. Jednak poszukam jeszcze w źródłach. Jeśli nic nie znajdę, będziemy musieli pójść do smoka.
Merlin przełknął ślinę. Od kiedy dowiedział się, że smok pomagał mu tylko po to, aby zostać uwolnionym, chodził do gada tylko w wyjątkowych okolicznościach, kiedy już wszystkie inne sposoby zawiodły. Za każdym razem, kiedy mag schodził do jego jamy, czuł się niedobrze. Z drugiej strony myśl o tym, że niebawem zginie i to najprawdopodobniej w walce, napawała go niepokojem. Nie chciał umierać. Miał tyle do zrobienia, chciał jeszcze tyle dokonać… Przecież nie mógł tak po prostu umrzeć. Przeznaczenie jego i Artura jeszcze się nie wypełniło.
- Musimy działać ostrożnie, chłopcze – odezwał się znów Gajusz. – Na razie uważaj na siebie. Staraj się trzymać z dala od miejsc i zajęć, które mogłyby przynieść ci śmierć, nawet jeśli prawdopodobieństwo jest bardzo małe.
- Ma się rozumieć.
- Dobrze by było też, aby ktoś jeszcze wiedział o tym, co zaszło. Może powiedz Arturowi.
- A on uzna to za głupią wymówkę, aby wymigać się od pracy – odrzekł Merlin. – Zwłaszcza, że jutro jest ten bankiet, na który wszyscy czekali. On mi rzadko wierzy, a już w takich okolicznościach…
- Rzeczywiście, niezbyt mądry pomysł. To może Gwen?
- Już lepiej, aczkolwiek ona też może mi nie uwierzyć.
- Wiesz, Merlinie, jest już i tak bardzo późno. Połóż się i przemyśl to jeszcze dokładnie.
Merlin tylko pożegnał się z Gajuszem i poszedł do swojego pokoju. Jednak ściągając z siebie ubranie i szykując się do snu, wiedział, że go tej nocy nie zazna; że to będzie długa noc, wypełniona myślami o śmierci. Ale nie wiedział, że jego spotkanie z banshee było dopiero początkiem serii dziwnych wypadków, które miały nadejść.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2011, 21:00 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 4 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 09 lip 2010, 19:53

Jeśli chodzi o sam pomysł, to już wiesz, że mi się podoba. Merlin zbierający zioła, ekhem... :P Rozdział jest stanowczo za krótki, mam nadzieję, że następne będą dłuższe. Na razie za mało tego było, żeby napisać dłuższy komentarz, więc czekam na więcej :) Stylistycznie ogólnie mi się podoba, ale kilka zdań mi zazgrzytało. Mogę Ci je wypisać, jeśli chcesz.

RedHatMeg pisze:chłopak postanowił opowiedzieć swojemu opiekunami o tym, co zaszło w lesie.
Literówka.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 10 lip 2010, 18:08

Rzeczywiście krótki rozdzialik :(
No cóż, zobaczymy, co to za seria dziwnych wypadków będzie^^
OC-holic

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 25 lip 2010, 13:38

Część 2
Kiedy Merlin obudził się następnego ranka, leżał przez dłuższy czas w swoim łóżku, gorąco pragnąc, aby zdarzenia poprzedniego dnia były tylko snem. Jednak wiedział, że to niemożliwe, że rzeczywiście spotkał wczoraj banshee, która prała w jeziorze jego zakrwawioną koszulę. Jak mógł wstać z łóżka i wypełniać swoje obowiązku, będąc jednocześnie świadomym tego, że jego koniec jest już bliski? Czy ktokolwiek na świecie byłby do tego zdolny?
Ale zaraz pomyślał, że przecież nie jest aż tak źle. W końcu co jest silniejsze: starożytne proroctwa, które przepowiedziały mu wspaniałą przyszłość u boku króla Artura, czy też byle zjawa z lasu? A z tego, co Merlin wiedział, Artur jeszcze nie zasiadł na tronie i nie zjednoczył całego Albionu. Jest jeszcze nadzieja. Merlin nie powinien upadać na duchu. Dopóki nie upewni się, że nie da się nic zrobić, nie zamierzał się poddawać.
Tak więc wziął się w garść, wstał z łóżka, przebrał się i wyszedł do Gajusza. Przy śniadaniu nie rozmawiali o tym, co się wczoraj stało, ale to wcale nie znaczyło, że rozmowa im się kleiła. Wymienili tylko kilka słów, co pewien czas jeden z nich chciał rozpocząć konwersację na jakiś lekki, niezobowiązujący temat, ale byli zbyt zdenerwowani i zajęci własnymi, ponurymi myślami, aby pociągnąć rozmowę dalej. W końcu Merlin skończył jeść, podziękował i poszedł do pracy, zostawiając Gajusza samego.
Przechodząc korytarzem do komnaty Artura, natknął się na Gwen, która niosła w rękach wielki wazon białych róż.
- To na bankiet? – zapytał, jakby nigdy nic. Gwen zatrzymała się i wysunęła głowę zza wazonu, aby na niego spojrzeć.
- Tak – odparła i uśmiechnęła się. – Sala bankietowa będzie gotowa po południu. Będziesz na przyjęciu?
- No jasne. Ktoś musi przecież obsługiwać Artura – oświadczył. Uśmiechnął się nawet w swoim stylu, ale temu uśmiechowi czegoś brakowało. – A ty?
- Ma się rozumieć, że będę. Lady Morgana mnie potrzebuje. Ale wracajmy do pracy. Ten wazon się sam nie zaniesie, a Artur znów cię okrzyczy za spóźnianie się.
- Racja. Do widzenia, Gwen.
Pomachał jej na do widzenia i ruszył w swoją stronę. Od razu kiedy wszedł do komnaty Artura, książę rzucił w niego butami, które Merlinowi udało się złapać. Pierwszym zadaniem Merlina tego dnia było wyczyścić obuwie Artura na nadchodzący bankiet. Tak więc chłopak usiadł na podłodze i zabrał się do roboty, podczas gdy Artur otworzył swoją szafę i zaczął się głośno zastanawiać nad tym, co powinien na siebie włożyć. Co chwila wyciągał z szafy jakąś szatę i przyglądał się jej uważnie, po czym odkładał ją na miejsce.
Merlin w ciszy zajmował się butami Artura, jednak jego myśli wciąż oscylowały wokół banshee. W gruncie rzeczy trudno było o tym nie myśleć. A jeśli banshee mówiła prawdę? Ile w takim razie czasu mu pozostało? Miesiąc? Tydzień? A może miał zginąć dzisiaj? Ta niepewność była równie przerażająca jak perspektywa śmierci.
Dopiero krzyk Artura wyrwał go z rozmyślań.
- Merlinie? Merlinie. MERLINIE!
Merlin podniósł wzrok.
- Tak, panie?
- Pytałem cię, co sądzisz o tym stroju – powiedział Artur i wystawił przed siebie odświętną, błękitną szatę.
- Ładny – odpowiedział krótko Merlin, uśmiechając się lekko, i powrócił do pracy.
- A więc odpada – oznajmił Artur i zaczął szukać dalej. Po chwili wyciągnął kolejną szatę. – A ten?
Merlin jednak nie dosłyszał, pochłonięty znów myślami nad przeznaczeniem. Artur westchnął głęboko, podszedł do swojego sługi i pstryknął mu palcami przed nosem. Merlin mrugnął oczami, po czym spojrzał na Artura ze zdziwieniem.
- Nie wiem, czy jesteś tak upośledzony, że musisz skupiać całą uwagę na jednym zadaniu, czy też może myślisz o jakichś głupotach, ale jak twój pan zadaje ci pytanie masz na nie odpowiadać.
- Przepraszam – odparł Merlin. – Jestem trochę rozkojarzony.
- To lepiej weź się w garść, zanim rozpocznie się bankiet. Jeśli z powodu rozkojarzenia wylejesz wino na Morganę, spędzisz całą noc w dybach. Zrozumiano?
- Tak, panie.
- To teraz wracaj do pracy i powiedz mi, co sądzisz o tym ubraniu.
- Myślę, że twój uroczysty, czerwony strój powinien pasować, panie – oświadczył Merlin, nawet nie ściągając wzroku z butów.
Artur tylko kiwną głową ze zrozumieniem, dochodząc do wniosku, że Merlin ma rację.

Bankiet rozpoczął się bardzo dobrze. Na urodziny Morgany zostali zaproszeni przedstawiciele najznamienitszych rodów królestwa oraz najdzielniejsi rycerze. Sama solenizantka była tego dnia ubrana w przepiękną atłasową suknię o szafirowym kolorze, wyszywaną złotymi nićmi, i witała swoich gości szerokim uśmiechem. Reszta uczestników również wyglądała imponująco w swoich uroczystych szatach, a Merlin cieszył się, że tym razem Artur nie kazał mu ubrać oficjalnego stroju służących Camelotu, bo jeśli Merlin miał zginąć tego dnia, to lepiej nie w głupawym kapeluszu z piórkiem.
Co nie znaczyło, że chłopak był tego wieczora spokojny. Starał się skupić na pracy – nalewał gościom wino, wskazywał miejsca i przynosił różne rzeczy, jeśli czegoś potrzebowali. Jednak kiedy na chwilę przystawał, czekając na kolejny rozkaz, jego myśli znów wracały do banshee. Gajusz chyba to zauważył i czekał na odpowiedni moment, aby odejść od stołu i powiedzieć coś siostrzeńcowi. Na razie obaj nie mogli pójść na stronę, dopóki nie pojawi się reszta gości a Uther nie wygłosił mowy, rozpoczynając bankiet. Na oko brakowało jeszcze trzech-czterech osób, więc Merlin czekał.
Obok niego stanęła Gwen, uśmiechnięta jak zawsze. Pochyliła głowę w jego stronę i szepnęła:
- Coś taki ponury dzisiaj? Rozchmurz się!
Dźgnęła go delikatnie łokciem, wyrywając przyjaciela z rozmyślań o śmierci. Spojrzał na nią ze zmieszaniem, co sprawiło, że twarz dziewczyny przybrała zatroskany wyraz.
- Ach, Gwen… – odpowiedział po chwili, zakłopotany. Zaraz potem westchnął głęboko. – Przepraszam. Od wczoraj jestem trochę zdenerwowany.
- Dlaczego? – Popatrzyła na niego z jeszcze większym niepokojem.
- To… skomplikowane – odparł, uśmiechając się nerwowo.
Choć wcześniej Gajusz stwierdził, że dobrze byłoby powiedzieć Gwen o banshee, Merlin nie był pewien, czy to właściwe posunięcie.
Ale zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, usłyszał nagle coś dziwnego. Mimo że sala tętniła życiem, do jego uszu doszedł odgłos cichego szlochu, trochę podobnego do tego, który usłyszał poprzedniego dnia. Dochodził jakby z korytarza. Był przeciągły, przypominał zawodzenie wilka, ale był bardziej przepełniony rozpaczą i melodyjny. Merlin poczuł jak jego całym ciałem owładnął emanujący z wnętrza chłód i paraliż. Nagle chłopak stał się głuchy na wrzawę w sali bankietowej i słyszał jedynie ten potworny szloch i nadzwyczaj głośne bicie własnego serca.
Tymczasem stojąca obok niego Gwen przyglądała mu się z niepokojem. Oddychał głęboko, niespokojnie, spoglądał przed siebie szeroko otwartymi oczyma, pełnymi potwornego przerażenia.
- Merlinie? – zaczęła, odwracając się do niego całym ciałem. – Merlinie, co się stało?
Nie odpowiedział. Oparł się tylko o ścianę i dalej łapał głębokie hausty powietrza. Melodyjny szloch nadal rozbrzmiewał w jego uszach, wywołując w nim dreszcze. Nie miał wątpliwości – to była banshee. Ale czy to oznaczało, że ona tu gdzieś jest? A jeśli tak – to czy w takim razie nadeszła jego godzina?
- Merlinie? – Gwen spróbowała jeszcze raz. – Co ci jest?
Niepewnie położyła rękę na jego ramieniu. Jej dotyk przywrócił chłopakowi zmysły, mimo że wciąż słyszał w uszach płacz banshee. Powoli odwrócił głowę w stronę Gwen i przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, zanim się nie odezwał:
- Słyszysz to co ja?
- Czyli co? – zapytała, wciąż patrząc na niego z niepokojem.
- Ten płacz – wyjaśnił.
- Płacz? – zdziwiła się.
Ale zanim zdążyła powiedzieć, że nie, nie słyszała żadnego płaczu (co i tak było dla Merlina jasne), Uther podniósł się z miejsca z kielichem w dłoni i z szerokim uśmiechem na twarzy. Rzucił siedzącej po jego prawej stronie Morganie życzliwe spojrzenie, po czym objął wzrokiem salę bankietową. Merlin zdał sobie sprawę z tego, że płacz ustał.
- Wydaje mi się, że przybyli już wszyscy, tak więc mogę rozpocząć uroczystość. Serdecznie witam was, przyjaciele, na tej wyjątkowej uroczystości. Obchodzimy dzisiaj dwudzieste trzecie urodziny mojej drogiej wychowanicy, Morgany.
Na sali rozległy się gromkie brawa, a kiedy ucichły, król mówił dalej:
- Morgana jest osobą niezwykłą. Z biegiem lat stała się dla mnie kimś w rodzaju córki, której nigdy nie miałem, toteż świętuję jej urodziny jak każdy ojciec: ciesząc się każdym spędzonym z nią rokiem. Dlatego też pozwolę sobie wznieść pierwszy toast. – Podniósł kielich wyżej, reszta gości wstała i zrobiła to samo. Po czym król oświadczył: – Za Morganę. Oby jej życie zawsze obfitowało w szczęśliwe wydarzenia.
Goście potrząsnęli lekko kielichami i upili łyk, aby zaraz wrócić na swoje miejsca. Jedynie król spoczął na swoim krześle dopiero po tym, jak oznajmił:
- Bankiet uznaję za rozpoczęty.
Goście zaczęli nakładać sobie różne rzeczy na talerze i rozmawiali ze sobą przy posiłku. Gwen została wezwana przez swoją panią do stołu, a Gajusz nachylił się w stronę Artura i coś mu powiedział. Książę tylko przytaknął głową i powrócił do jedzenia, a nadworny medyk pomaszerował do Merlina, który na widok opiekuna, przestał opierać plecy o ścianę. Gajusz szybko stanął tuż przy siostrzeńcu, wziął go za ramię i szepnął:
- Przed chwilą pobladłeś. Coś się stało?
Wzrok Merlina był bardzo poważny, kiedy chłopak oznajmił:
- Słyszałem płacz.
- Płacz banshee? – spytał Gajusz, spoglądając na niego z szeroko otwartymi oczami. Merlin przytaknął powoli głową.
- Tak. Był taki… smutny, a jednocześnie przerażający. Gajuszu, czy ja dziś umrę?
- Niekoniecznie – odparł medyk. – To tylko ostrzeżenie. Mam jednak dla ciebie złe wieści, chłopcze. Przeszukałem każdą książkę o duchach i stworzeniach nadprzyrodzonych w mojej bibliotece. Poszedłem nawet do Geoffreya, aby sprawdzić w jego kronikach, jednak nic nie znalazłem. Wygląda na to, że będziesz musiał porozmawiać ze smokiem.
- Pójdę do niego, kiedy bankiet się skończy – zapewnił wuja Merlin.
- Dobrze. Poradzisz sobie sam, czy mam tu z tobą zostać?
- Nie, wracaj na swoje miejsce. Jakoś dam sobie radę do końca uroczystości.
- Trzymaj się, chłopcze.
Gajusz rzucił mu zatroskane spojrzenie i odszedł.
Chwilę potem Artur machnął ręką, aby Merlin do niego przyszedł. Chłopak natychmiast ruszył służyć swemu panu. Niebawem stał już u jego boku, gotowy przyjąć rozkazy. Siedzący po prawej stronie Morgana i Uther zajęci byli swoimi talerzami, jednak solenizantka posłała Merlinowi przyjazny uśmiech. Merlin odpowiedział również lekko się rozpromieniając, ale zaraz spoważniał, słuchając tego, co mówił do niego Artur.
- Nalej mi wina. Migiem.
- Tak jest, panie.
Ale kiedy tylko Merlin rozejrzał się za butelką, nie mógł jej znaleźć. Na stole królewskim nie było wina. Merlin już chciał to powiedzieć Arturowi, kiedy książę oświadczył ostrym tonem:
- Skoro się skończyło, idź do kuchni, idioto.
- Aha…
Merlin poszedł więc gdzie mu kazano. Po dwóch minutach powrócił z nowym dzbankiem wina, które nalał do kielicha księcia. Artur polecił mu jeszcze zatroszczyć się o innych gości, tak więc Merlin zaczął krążyć po sali i nalewać wino tym, których kielichy były już prawie puste.
Gdy był już na samym końcu stolika, nagle przez cienkie szczeliny zamkniętych drzwi do sali bankietowej zaczęły wyłaniać się ciemnofioletowe opary, które jednak nie opanowały całego pomieszczenia, tylko – ku przerażeniu wszystkich obecnych – osiadły tuż przed drzwiami i uformowały długi, acz gruby słup dymu. Powoli dym rozwiał się sam i oczom ludzi zgromadzonych w sali bankietowej ukazał się blady jak ściana, ubrany w czarny płacz z kapturem, wychudły człowiek.
Powolnym krokiem zaczął iść w stronę królewskiego stołu. Uther natychmiast zareagował i podniósł się z krzesła.
- Kim jesteś, aby zakłócać naszą uroczystość?
Dziwny mężczyzna zatrzymał się jakiś metr przed stołem i pochylił głowę w geście szacunku. Twarz Uthera wyrażała jednak niezadowolenie, a nawet niepokój. W całej sali bankietowej zrobiło się nagle zimno, choć był środek lata. Wszyscy goście i służący zamarli w swoich miejsca i przyglądali się uważnie przybyszowi, który podniósł głowę i spojrzał na króla. Uther, Artur i Morgana mogli teraz zobaczyć jego wielkie, białe oczy, w których ziała pustka.
- Jestem trzynastym z dwunastu, Utherze Pendragonie – odezwał się w końcu spokojnym tonem mężczyzna. Jego głos był głęboki i przyprawiał o dreszcze.
- Nie mów zagadkami – warknął król. – Jeśli przybyłeś tutaj, aby mnie zabić, czarowniku…
- Cóż za pomysł? – Nieznajomy prychnął śmiechem. – Nie jestem czarownikiem.
- Przecież widzę, że jesteś – odparł król. – Użyłeś magii, aby się tu dostać.
- Nie jestem czarownikiem – powtórzył przybysz, tym razem poważniej. – Jestem kimś o wiele potężniejszym. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze czarownika ani rycerza, który mógłby mnie pokonać.
- Straż! – wrzasnął Uther. – STRAŻ!
- To nic nie da, Utherze Pendragonie – oświadczył mężczyzna w czerni, uśmiechając się złośliwie. – Twoje straże właśnie ucięły sobie drzemkę i trudno ich teraz będzie obudzić.
- Po co tutaj przyszedłeś? – tym razem odezwał się Artur.
Nieznajomy zrobił dwa kroki wstecz, obrócił się dookoła z podniesionymi do góry ramionami (wtedy wszyscy zauważyli w końcu, że ma na rękach czarne rękawiczki), aż w końcu stanął znów naprzeciw króla i powiedział donośnym głosem:
- Przyszedłem tutaj wyzwać na pojedynek jednego z obywateli Camelotu! – Zrobił krótką pauzę, a potem mówił dalej: – Chwała waszego królestwa dotarła również do mnie! Jak już wspomniałem, nie znalazł się jeszcze nikt, kto mógłby mnie pokonać, toteż postanowiłem poszukać godnego siebie przeciwnika spośród was! – Znów przerwał i opuścił ręce. W izbie rozległ się cichy szmer ludzkich szeptów. A potem nieznajomy podjął znów swoja mowę: – Wybiorę spośród osób tu się znajdujących tego, który przybędzie za trzy dni do lasu i się ze mną zmierzy! Konkurencję wyznaczę mu sam. Jeśli mój przeciwnik przegra, zabiję go! Jeśli wygra… cóż… ochroni honor Camelotu i będzie mógł prosić o co zechce!
- Po co czekać? – spytał Artur, podnosząc się z miejsca, i wyciągnął miecz. – Jestem gotów zmierzyć się z tobą teraz.
Wielu rycerzy na sali również podniosło się z krzeseł i wyraziło gotowość do walki. Nieznajomy tylko się uśmiechnął.
- Nie do was należy ta decyzja. Aczkolwiek dobrze wiedzieć, że przy tym stole zasiada tylu samozwańców.
- Dlaczego mamy się zgodzić na twoją propozycję?! – spytał Uther. – Wchodzisz tutaj, psujesz urodziny mojej podopiecznej i śmiesz stawiać nam warunki?!
Na twarzy przybysza znów zajaśniał uśmiech.
- Czyżbyś aż tak nie ufał swoim ludziom, Utherze Pendragonie? Czyżbyś, mimo wszystko, uważał, że nie są godni, aby się ze mną zmierzyć? W takim razie honor Camelotu nie jest ci specjalnie bliski, panie.
- Moi ludzie mogą cię pokonać – oświadczył król. – I zrobią to, obojętnie kogo wybierzesz.
- A więc pozwól, panie, że wybiorę swojego przeciwnika.
Mężczyzna powoli zdjął z prawej dłoni rękawiczkę, a następnie odwrócił się w stronę drzwi i zaczął przechadzać się przez środek sali, przyglądając się siedzącym po obu stronach rycerzom. Napięcie narastało. Na czołach wielu wojowników, a także ich dam serca, króla, obecnych członków rodziny i osób pobocznych pojawił się pot. Merlin stał nieruchomo, wciąż trzymając w ręku dzban z winem. Wodził wzrokiem za przybyszem, który jak dotąd nie rzucił jeszcze nikomu rękawicy. Cieszył się jednak, że nieznajomy nie wyzwał Artura. Merlin wiedział, że przeciwko komuś takiemu, książę maił raczej marne szanse przeżycia.
I wtedy to się stało. Nieznajomy zatrzymał się przy samym końcu stołu, tuż przed Merlinem. Podniósł przed siebie swoją rękawicę i po chwili opadła ona pod nogi osłupiałego służącego. Chłopak spojrzał na nią, oniemiały, a potem podniósł wzrok na przybysza. Niebawem poczuł na sobie oczy reszty osób obecnych w sali. Kątem oka dostrzegł Gajusza, na którego twarzy malowała się nieopisana groza. Usta starca wypowiedziały tylko bezdźwięcznie słowo: „Nie”. Gwen i Morgana również patrzyły na młodzieńca z przerażeniem. Artur z kolei spoglądał na swojego sługę z szeroko rozwartymi oczyma. Reakcja reszty ludzi nie za bardzo Merlina interesowała, ale domyślał się, że muszą być bardzo zaskoczeni tym, co właśnie się stało.
Merlin po raz drugi tego dnia usłyszał głośne bicie własnego serca. Człowiek, który przed nim stał, przyglądał mu się tymi białymi oczami i Merlin nie potrafił określić, co on myśli albo czuje. Oczywiście domyślał się, że przybysz oczekiwał od niego podniesienia rękawicy, ale Merlin tego nie robił. Był zbyt sparaliżowany, aby się ruszyć. Jedyne na co jego odrętwiałe ciało mogło się zdobyć, to nerwowy uśmiech i wypowiedziane drżącym głosem słowa:
- Pomyliłeś się, panie. Ja nie jestem rycerzem.
- Właśnie. Merlin jest tylko sługą – wtrącił się Artur.
- Wiem – odparł krótko nieznajomy. – Ale ja nie chciałem walczyć z rycerzem, książę.
- A więc jesteś tchórzem – oznajmił książę. – Wybrałeś sługę, bo nie chcesz mierzyć się z wyszkolonym wojownikiem.
- Nie, książę – odparł mężczyzna i odwrócił się w jego stronę. – Powiedziałem wszak, że chcę wyzwać na pojedynek obywatela Camelotu. Nie sprecyzowałem, jakiego stanu ten obywatel ma być. – Odwrócił się w stronę Merlina i spojrzał na niego z pode łba. – Poza tym uważam, że nie tylko rycerzom powinno zależeć na ochronie królestwa i jego honoru.
- Mówiłeś, panie, że szukasz godnego ciebie przeciwnika – odpowiedział Merlin, dygocząc z nerwów. – Naprawdę uważasz, że pachołek, taki jak ja, zadowoli twoje ambicje?
- O, tak – stwierdził z uśmiechem nieznajomy. Przybliżył się do ucha Merlina i szepnął: – Wiem kim jesteś. Czekałem właśnie na kogoś takiego, jak ty. – Po chwili cofnął się o krok, aby spojrzeć chłopakowi w twarz. Rzucił mu chłodne spojrzenie i syknął: – No dalej, Merlinie. Podnieś rękawicę.
Merlin wciąż ani drgnął. Trzymał tylko kurczowo dzbanek, jakby to było jego ukochane dziecko, i przyglądał się przybyszowi, który nadal nie spuszczał z niego swoich białych oczu. Ten tajemniczy mężczyzna, który pojawił się znikąd na zamku, w jakiś niewyjaśniony sposób wiedział o tym, że Merlin ma magię. Teraz już wszystko było jasne. Ten człowiek od początku zamierzał wyzwać właśnie jego – Merlina. Chłopak nie wiedział, co robić. Nigdy w życiu nie wyzwano go na pojedynek. Dotąd widział tylko jak Artur albo któryś z jego rycerzy podnosił z ziemi rzuconą rękawicę, gotowy zaraz stanąć na placu boju. Ale on sam – Merlin – nigdy w życiu nie wyobrażał sobie nawet tego, że przyjdzie dzień, w którym ktoś wyzwie właśnie jego. I pewnie dlatego nie chciał podjąć wyzwania. Przynajmniej nie bez pełnej jasności, w co właściwie się pakuje.
- Merlinie, podnieś rękawicę – powtórzył nieznajomy.
Oczy Merlina przebiegły się po sali. Kiedy spoczęły na Gajuszu, starzec potrząsnął stanowczo głową, aby jego siostrzeniec nie podnosił rękawicy. Wzrok chłopaka powędrował dalej, na twarz Artura. Książę wydawał się czekać w napięciu na ruch swego sługi. Merlin bardzo chciał wiedzieć, czego właściwie oczekiwał od niego jego pan, jednak twarz Artura wyrażała tylko niepokój i napięcie. Toteż Merlin spojrzał znów na przybysza i – aby zagrać na zwłokę – powiedział głośno i wyraźnie:
- Na czym miałoby polegać wyzwanie? Walczylibyśmy na miecze? Na broń obuchową? A może na pięści?
- Zobaczysz za trzy dni. O ile honor twój i Camelotu jest ci na tyle drogi, abyś podniósł wreszcie rzuconą ci rękawicę.
- Człowiek honorowy nie podejmuje się wyzwania, nie będąc pewnym swoich szans w nim! – zawołał Artur i natychmiast ruszył w ich stronę. – Ja podejmę to wyzwanie!
Na dźwięk tych słów oczy Merlina rozszerzyły się. Książę szedł chyżym krokiem i dzieliło go od sługi zaledwie kilka metrów, które pokonywał bardzo szybko. Z każdą chwilą Merlin miał coraz mniej czasu.
- Nie rób głupstw, synu! – krzyknął za Arturem Uther, ale książę szedł mimo wszystko.
Merlin ostrożnie spojrzał w stronę nieznajomego, który uśmiechnął się do niego lekko, jakby chciał powiedzieć: „Wiesz, co się stanie, jeśli on ją podniesie. Chcesz narazić swojego pana na niebezpieczeństwo?” Nie, nie, w żadnym razie! Merlin wiedział, że nie powinien pozwolić Arturowi podnieś tej rękawicy. To by się równało z posłaniem go na śmierć. Mając przed sobą wybór między sobą samym a przyjacielem, którego miał obowiązek chronić, Merlin wiedział, że jest dla niego tylko jedna opcja.
Artur już stanął przed nieznajomym i schylił się, aby podnieść rękawicę, ale czyjaś blada ręka zrobiła to przed nim i po chwili Merlin staną na równe nogi, trzymając ją w dłoni. Artur także powstał, przyglądając się swojemu słudze z niedowierzaniem, ale Merlin skupił teraz całą swoją uwagę na bladolicym mężczyźnie przed sobą, który po raz kolejny tego dnia rozpromienił się.
- Przybądź za trzy dni do lasu. Idź przed siebie, dopóki się nie spotkamy. Wtedy rozpocznie się nasz pojedynek. Do tego czasu, żegnaj, Merlinie.
Jednym, sprawnym ruchem odebrał od młodzieńca swoją własność. Fioletowy dym, jak ogień, pochłonął go w mgnieniu oka, a kiedy równie szybko wyparował, tajemniczego intruza także nie było. Wszyscy dokoła zaczęli szeptać między sobą, Uther rozkazał otworzyć drzwi i dwóch rycerzy to zrobiło, aby goście mogli ujrzeć na korytarzu leżące na podłodze bezwładne ciała dwóch strażników. Kilka osób poderwało się z miejsca, w tym Gajusz, Uther i Morgana, jednak Merlin nie zwracał większej uwagi ani na to, co się wokół niego działo, ani na to, że wciąż trzyma w rękach dzbanek. Jedyne o czym teraz był w stanie myśleć, było to, że właśnie przyjął wyzwanie i to dzień po tym, jak zobaczył banshee.
- Merlinie – odezwał się nagle głos Artura. Merlin spojrzał na swojego pana, a ten dodał: – Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego nie dałeś mi jej podnieść?
- Nie mogłem – wyszeptał Merlin.
- Dlaczego? – dopytywał się książę.
- To było moje wezwanie.
- Panie – odezwał się nagle do Uthera Gajusz, który pochylał się nad strażnikami. Wszyscy, łącznie z Arturem i Merlinem spojrzeli w tamtą stronę, a wtedy medyk oznajmił: – Oni nie żyją.
- W taki sposób? – spytał król.
- Rzecz w tym, panie, że nie wiem. Nie ma żadnych śladów walki.
Ostatnio zmieniony 18 wrz 2010, 21:33 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 25 lip 2010, 19:59

Bardzo lubię, jak Ci dopisuje wena :D Impreza zaczyna się rozkręcać na dobre!

Przez ten cały rozdział panowała atmosfera niepewności. Dobrze można się było wczuć w emocje Merlina. Dobry pomysł z tym, że usłyszał płacz na przyjęciu. A samo wyzwanie wyszło Ci genialnie. Tajemnicza postać jest bardzo... tajemnicza :D I mroczna. I wygląda na groźną. W każdy razie wychodzi na to, że Merlin ma ostro przekichane. I naprawdę nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

RedHatMeg pisze:Reszta uczestników również wyglądała imponująco w swoich uroczystych szatach, a Merlin cieszył się, że tym razem Artur nie kazał mu ubrać oficjalnego stroju służących Camelotu, bo jeśli Merlin miał zginąć tego dnia, to lepiej nie w głupawym kapeluszu z piórkiem.
Strasznie spodobał mi się ten fragment :)

Mam tylko zastrzeżenia, dotyczące powtórzeń. Jest ich za dużo. Na przykład we fragmencie, w którym Merlin miał przynieść wino, jest pełno powtórzeń słów "wino" i "kielich". Staraj się częściej używać synonimów.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Natka
pomocnik
Posty: 605
Rejestracja: 07 sty 2010, 19:56
Lokalizacja: Chmurny Kukułczyn

Postautor: Natka » 30 lip 2010, 14:47

Narobiłaś mi apetytu na następny rozdział :) Ale dobrze (zapewne) wiesz, że ja się (prawie) zawsze do czegoś doczepię.
RedHatMeg pisze:Goście potrząsnęli lekko kielichami i upili łyk, aby zaraz wrócić na swoje miejsca. Jedynie król spoczął na swoim krześle dopiero po tym, jak oznajmił:

Nikt nie ma prawa siedzieć, gdy król stoi. To obraza majestatu, za to można było stracić głowę. Za wyjątkiem wyjątków, ale to raczej sprawa szacunku, ewentualnie wieku i decyzja władcy.
RedHatMeg pisze:Nieznajomy zrobił dwa kroki wstecz, obrócił się dookoła z podniesionymi do góry ramionami (wtedy wszyscy zauważyli w końcu, że ma na rękach czarne rękawiczki)

Trochę mnie to wtrącenie z rękawiczkami razi.
RedHatMeg pisze:- Człowiek honorowy nie podejmuje się wyzwania, nie będąc pewnym swoich szans w nim! – zawołał Artur i natychmiast ruszył w ich stronę. – Ja podejmę to wyzwanie!

Arturze, trochę chyba się zaplątałeś w tym rozumowaniu.
OC-holic

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 01 sie 2010, 18:45

Część 3
Smok oparł się bardziej na skale, na której siedział, i przyjrzał się bliżej stojącemu przed nim chłopakowi z pochodnią w ręku. Wyglądało na to, że zastanawiał się nad tym, co Merlin właśnie mu opowiedział. Sam czarownik nie był pewien, co właściwie smok teraz myślał i czy wieść o tym, że Merlin zobaczył banshee, a potem został wezwany na pojedynek, zaniepokoiła gada. Chłopak miał jednak nadzieję, że kiedy stwór się wreszcie odezwie, poda mu jakieś rozwiązanie całej zaistniałej sytuacji. Po dwóch minutach, które dla Merlina trwały niemal wieczność, Wielki Smok nareszcie przemówił:
- Wszystko, co mi powiedziałeś, jest bardzo intrygujące, młody czarowniku. Wygląda na to, że twoje przeznaczenie zostało wystawione na próbę.
Merlin stwierdził w myślach, że ostatnia wypowiedź smoka nie ma w ogóle sensu, ale chłopak zdążył się już do tego przyzwyczaić. Podniósł wzrok na Wielkiego Smoka i zapytał:
- Czy ja zginę?
- Gdybyś to nie był ty, powiedziałbym, że tak, Merlinie. Jeszcze nikt nie umknął banshee, a tym bardziej temu, z którym będziesz musiał się niebawem zmierzyć.
- Kim on właściwie jest, smoku?
- Trzynastym z dwunastu.
- To już wiem. Ale co to znaczy?
- Jeszcze się nie domyśliłeś, młody czarowniku?
- Nie. Mógłbyś łaskawie mi to wyjaśnić?
- Niestety, Merlinie, będziesz musiał to odgadnąć sam. Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to to, że nie jest on człowiekiem. To siła wyższa. Trudno będzie z nią wygrać. Nie jestem pewien, czy to czasem niemożliwe. To, że zobaczyłeś, a potem usłyszałeś banshee, jest ściśle związane z twoim pojedynkiem. Tylko od ciebie zależy, które przeznaczenie okaże się silniejsze: twojej chwały, czy twojej klęski.
- A więc muszę stanąć do tego pojedynku i albo zginę, albo przeżyję?
- Dobrze mnie zrozumiałeś. Udzieliłem ci wystarczających odpowiedzi. Reszta zależy od ciebie, Merlinie.
Zanim Merlin zdążył cokolwiek powiedzieć, smok wzniósł się w powietrze i zniknął w przepastnych skałach kamiennego sklepienia. Merlin wiedział, że wołanie go z nadzieją na więcej informacji, nie ma żadnego znaczenia, toteż chłopak po prostu zawrócił i skierował się na powierzchnię. Przez całą drogę do domu, myślał o tej rozmowie, idąc przez ciemne i ciche ulice Camelotu. Było bardzo późno, jego zmęczone ciało dawało mu do zrozumienia poprzez ból w mięśniach, że już dawno powinien się położyć. Jednak on był zbyt niespokojny, zbyt wiele pytań krążyło w jego umyśle, aby mógł tak po prostu wejść do łóżka, zamknąć oczy i spać.
Powróciwszy do kwatery Gajusza, od razu został zapytany przez starca o swoją rozmowę ze smokiem. Obaj usiedli przy stole i Merlin pokrótce streścił wujowi, co powiedział mu smok. Gajusz zamyślił się przez chwilę, a potem oparł się wygodnie na krześle i powiedział:
- Trzynasty z dwunastu… Coś mi świta, ale w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło. To chyba było coś związanego z wojskiem.
- Czy wiesz może, co to za „siła wyższa”, o której mówił Wielki Smok? – spytał Merlin.
- Nie jestem pewien – odparł Gajusz i westchnął głęboko. – Ten nieznajomy jest jedną wielką zagadką. Jako dym przedostaje się do sali bankietowej, aby rzucić wyzwanie służącemu. A do tego jeszcze zabija strażników w trudny do określenia sposób.
- Czyli nadal nie wiesz, co im się stało? – zmienił temat Merlin, spoglądając na Gajusza z niepokojem.
- Niestety, chłopcze. Na ich ciele nie ma żadnych śladów walki. Żadnych sińców, zadrapań i skaleczeń. Ba! Nawet żadnych oparzeń i znaków, świadczących o otruciu albo uduszeniu. Jakby padli od razu bez żadnego powodu. Zrobię im jutro sekcję, ale nie wiem, czy to coś da. – Nagle podniósł wzrok na Merlina i spojrzał mu głęboko w oczy. Coś go martwiło, i Merlin dobrze wiedział co. Po chwili milczenia Gajusz powiedział cicho: – Boję się o ciebie, chłopcze. Wszystko wydaje się świadczyć o tym, że jeśli staniesz do tego pojedynku, będziesz zgubiony.
Merlin oparł łokcie na stole i złapał się za głowę.
- Ja też się boję – wyszeptał, a potem jego oczy powędrowały na Gajusza. – Smok powiedział, że to ode mnie zależy, czy zginę, czy przeżyję, ale… – Nagle urwał i jego głowa opadła na stół. – Boję się tego pojedynku. Nie chcę umierać.
Gajusz położył rękę na ramieniu siostrzeńca. Merlin podniósł na niego wzrok. Starzec uśmiechnął się do niego życzliwie, jednak w tym uśmiechu krył się jakiś smutek. Po chwili Gajusz spoważniał i powiedział:
- Spróbuj się przespać. Jest już bardzo późno.
W jego głosie kryła się rozpacz, jakby Gajusz miał zaraz się załamać. Merlin podniósł się ze swojego miejsca. Gajusz zrobił to samo. Młodzieniec przytulił mocno do siebie wuja, szepcząc mu do ucha: „dobranoc”, po czym odszedł do swojego pokoju, aby rzeczywiście się położyć. Kiedy zamknął za sobą drzwi, Gajusz opadł na krzesło i zaczął płakać.
W jego głowie krążył wciąż jedno pytanie: Dlaczego? Dlaczego los chciał mu odebrać Merlina? Dlaczego to właśnie jemu ten tajemniczy mężczyzna rzucił rękawicę? Przecież na sali było tyle innych, gotowych do walki rycerzy. Ta przerażająca istota z innego świata wybrała spośród wszystkich ludzi obecnych na uroczystości niepozornego służącego. Merlin nie jest rycerzem! W ogóle nie powinien przyjmować tego wyzwania!
Ale przyjął. Musiał je przyjąć. Choć Gajusz bardzo chciał, aby było inaczej, wiedział, że Merlin ze swoją lojalnością wobec Artura, musiał podnieść tę rękawicę przed księciem. Jeśli po trzech dniach stanie do tego pojedynku, będzie miał marne szanse na przeżycie. Teraz Gajusz nie miał już wątpliwości – banshee myła koszulę Merlina w związku z tą walką. Po raz pierwszy od dnia, w którym Merlin ofiarował bogom Starej Religii własne życie w zamian za Artura, Gajusz poczuł, jak nad jego siostrzeńcem wisi widmo śmierci. Serce starca łamało się na myśl o tym, że osobie, którą kochał najbardziej na świecie, było przeznaczone umrzeć. Gajusz zrobiłby wszystko, byle tylko ocalić Merlina. Ale nie wiedział jak. W tym momencie jedyne, co mógł zrobić, to płakać.
Ściągając koszulę, Merlin usłyszał dochodzący zza drzwi płacz wuja i zamarł. Mniej więcej domyślał się, co mogło teraz chodzić po głowie Gajusza, a odgłos jego szlochu sprawiał, że sam chłopak upadał na duchu.

Kiedy następnego ranka szedł zamkowym dziedzińcem, wszyscy patrzyli na niego dziwnie i szeptali coś między sobą. Spotykał się z tym również na korytarzu i w kuchni, kiedy wstąpił wziąć śniadanie dla Artura. Merlin czuł się nieswojo co najmniej jakby zrobił coś nieodpowiedniego i wszyscy dookoła go obmawiali. Kiedy się z nimi witał, odpowiadali nerwowym i zdawkowym pozdrowieniem.
Dotarłszy do komnaty Artura i otworzywszy energicznie drzwi, zastał księcia już ubranego i stojącego przy oknie. Słysząc odgłos zamykanych drzwi, Artur odwrócił się do swojego sługi, który tylko się uśmiechnął i postawił śniadanie na stole. Przez chwilę książę się nie ruszał, tylko spoglądał na Merlina, który zabrał się za robienie łóżka. Obaj milczeli przez dłuższy moment, Merlin był zajęty swoją pracą, a Artur obserwowaniem go uważnie. To bardzo Merlinowi przeszkadzało. Czekał ze zniecierpliwieniem aż książę się odezwie. W końcu to zrobił.
- Ty naprawdę zamierzasz stanąć do tego pojedynku?
Merlin zamarł pochylony nad łóżkiem. Po chwili podniósł wzrok na Artura i z nerwowym uśmiechem na ustach odpowiedział:
- Raczej tak.
I wrócił do pracy. Teraz zajął się poprawianiem poduszki. Nie minęło jednak pół minuty, a już usłyszał od Artura kolejne zdanie:
- Nie boisz się, że zginiesz?
Merlin znów zamarł, a potem ścisnął mocno trzymaną w rękach poduszkę. Czy się bał? Ależ to było oczywiste. Bał się nawet bardziej, niż Artur był w stanie sobie wyobrazić. Bo Artur nie wiedział nic o banshee, która myła w jeziorze koszulę jego sługi. Nie wiedział o tym, co wyjawił Merlinowi smok. Książę wiedział natomiast, że człowiek, który wyzwał Merlina na pojedynek nie jest nikim zwyczajnym. Dotąd Merlin starał się nie myśleć o pojedynku, mając nadzieję, że dzięki skupieniu się na pracy jakoś sobie poradzi. Teraz jednak musiał stawić czoła prawdzie.
Popatrzył na Artura, który wciąż cierpliwie czekał na odpowiedź. W oczach służącego tliła się powaga i smutek.
- Czy się boję, czy nie, mam w ogóle jakiś wybór? – oznajmił cicho Merlin.
- To po co podniosłeś tą rękawicę, idioto? – odparł ostro Artur. – Ja miałbym jakieś szanse, aby go pokonać, ale ty…
- Nie miałbyś – przerwał mu Merlin i spuścił wzrok. – Gajusz powiedział, że nie wie, jak zginęli strażnicy. Ten nieznajomy zabija w dziwny sposób i z całą pewnością zna magię.
- A na jakiej podstawie sądzisz, że ty możesz z nim walczyć? – zapytał Artur, tym samym tonem, co wcześniej. – Dlaczego myślisz, że ty jesteś w stanie stawić mu czoła?
Bo ja też mam magię – taka odpowiedź kołatała mu się po głowie, jednak nie zamierzał jej wymówić. Raz, że nie wiedział, co Artur mógłby zrobić z jego sekretem, a dwa, że nie był pewien, czy jego własna magia jest dość silna, aby pokonać tajemniczego Trzynastego z dwunastu. Merlin musiał więc odpowiedzieć na to pytanie nie tylko księciu, ale i sobie.
- Skoro wybrał mnie – zaczął i znów spojrzał na Artura. – musiał uznać, że umiem coś, w czym może się ze mną zmierzyć.
- A jeśli wybrał cię przypadkowo? Jeśli wybrał cię tylko dlatego, że byłeś zwykłym kmiotkiem, który napatoczył mu się pod oczy? – spytał Artur. – Co wtedy?
Merlin przez chwilę milczał, a jego wzrok spoczął na podłodze.
- Nie wiem – odparł w końcu, nie spoglądając na księcia.
Poprawił jeszcze raz poduszkę i położył ją na łóżku. Następnie stanął przy stole z jedzeniem, gotów przyjmować rozkazy. Artur rzucił mu chłodne spojrzenie niezadowolenia i zasiadł do śniadania. Posiłek przebiegł w całkowitej ciszy. Żaden z mężczyzn nie zamierzał się odezwać. Kiedy zaś Artur skończył jeść, Merlin wziął jego talerz z resztkami jedzenia i wyszedł, aby zabrać go do kuchni. Książę znów został sam w swojej komnacie.
Nie na długo jednak. Nim zdążył bez reszty pogrążyć się we własnych myślach, drzwi do jego komnaty znów się otworzyły i weszła Morgana. Artur podniósł wzrok i spojrzał na nią beznamiętnie. Wydawała się być czymś bardzo wzburzona. Zamknęła za sobą drzwi, nawet się do nich nie odwracając, i po chwili ciszy odezwała się do przybranego brata, siedzącego wciąż przy stole:
- Chyba nie zamierzasz do tego dopuścić.
- Do czego? – spytał.
- Do tego pojedynku! – odparła nieco głośniej. – Toż to nie do pomyślenia!
- Spokojnie – oświadczył książę. Był naprawdę opanowany i to właśnie było dziwne. – Służący nie będzie bronił honoru Camelotu.
- Nie o to mi chodzi! – krzyknęła. – Merlin nie ma szans z tym człowiekiem i dobrze o tym wiesz! Z całą pewnością zginie! Jeśli ci choć trochę na nim zależy, za wszelką cenę nie dopuścisz do tej walki!
Artur milczał, spojrzał tylko na Morganę spode łba. Czekała na jego odpowiedź z niepokojem wymalowanym na twarzy, ale książę przedłużaj ciszę, wzmagając tym samym panujące w pokoju napięcie. Morgana powoli zaczęła tracić cierpliwość, aż w końcu wykrzyknęła:
- Na bogów, powiedz coś wreszcie!
Artur podniósł się z krzesła. Z wyrazem obojętności minął ją i zatrzymał się dopiero przy drzwiach, kładąc rękę na klamce. W tym momencie znów usłyszał głos Morgany:
- Wiesz co powiedziała mi Gwen?
Odwrócił tylko głowę. Morgana dodała nerwowo:
- Gwen mówiła mi, że na uczcie Merlin wydawał się czymś przerażony, a kiedy spytała go, o co chodzi, on zapytał ją, czy słyszy płacz.
Przez krótką chwilę widać było na twarzy Artura błysk zdziwienia. Powoli odwrócił wzrok na swoją spoczywającą na klamce rękę. Wydawał się nad czymś dumać. Zaraz jednak powrócił do Morgany i odparł sceptycznie:
- Daj spokój! Chyba nie wierzysz w te banialuki! – Po czym dodał bardziej służbowo: – A teraz wybacz, ale mam obowiązki do spełnienia, więc wyjdź z mojego pokoju, abym mógł go zamknąć.
Oboje wyszli na korytarz i Artur zamknął na klucz swoją komnatę. Zanim jednak on i Morgana się rozstali na korytarzu, ona stanęła przy nim i oświadczyła chłodnym tonem:
- Jesteś nieczułym potworem, Arturze Pendragonie.
- Tak, wiem – odpowiedział znudzonym tonem, nawet na nią nie spoglądając.
Po czym ruszył przed siebie, aby przebrać się w zbroję i rozpocząć trening.
Ostatnio zmieniony 23 paź 2010, 19:51 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 01 sie 2010, 22:16

Wielki Smok tym razem przeszedł samego siebie :D Jeśli można było tą całą sytuację jeszcze bardziej zamotać, to udało mu się.

Mroczna atmosfera wciąż obecna. Podoba mi się, że wszyscy tak się troszczą o Merlina, a on całkiem nieźle gra spokojnego. No i wciąż się zastanawiam, kim jest tajemniczy Trzynasty z dwunastu. Nawiasem mówiąc, miałam bardzo inteligentne skojarzenie z złą, ósmą wróżką ze Śpiącej Królewny O.o

RedHatMeg pisze:Jednak on był zbyt niespokojny, zbyt wiele pytań krążyło w jego umyśle, aby mógł tak po prostu wejść do łóżka, zamknąć oczy i spać.
Zupełnie niepotrzebny zaimek. Wywal go najlepiej.

RedHatMeg pisze:Zrobię im jutro sekcję, ale nie wiem, czy to coś da.
W tych czasach nie robiono jeszcze sekcji zwłok. Nawet w późniejszych wiekach krzywo na to patrzono, a często surowo karano za robienie czegokolwiek ze zwłokami.

Żal mi Gajusza :< Tak bardzo się martwi...
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 01 sie 2010, 23:25

Miryoku pisze:No i wciąż się zastanawiam, kim jest tajemniczy Trzynasty z dwunastu.

Mogłabym dać jakąś podpowiedź, ale to zepsułoby zabawę. :mrgreen:
Miryoku pisze:W tych czasach nie robiono jeszcze sekcji zwłok. Nawet w późniejszych wiekach krzywo na to patrzono, a często surowo karano za robienie czegokolwiek ze zwłokami.

Buuuuu! A miałam obmyśloną taką fajną scenę z Merlinem wchodzącym do domu, akurat kiedy Gajusz robi sekcję. I co teraz?
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 01 sie 2010, 23:46

RedHatMeg pisze:Buuuuu! A miałam obmyśloną taką fajną scenę z Merlinem wchodzącym do domu, akurat kiedy Gajusz robi sekcję. I co teraz?
Aaaa, olej to, że nie było sekcji, i napisz tę swoją scenę :P Masz moje oficjalne pozwolenie. Zresztą, pamiętajmy o tym, że Gwen jest czarna i niektórzy rycerze również, więc w "Merlinie" wszystko jest możliwe :P
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 27 sie 2010, 00:16

Oh, yeah. Czwarta część "Wyzwania". Scena z Utherem jest na poły role-playem z Miryoku, ale parę rzeczy musiałam zmienić, a poza tym dalszy ciąg rozdziału to mój własny pomysł. Przy okazji możecie mi dać jakieś sugestie, bo zamierzam dać jeszcze jedną część, zanim nastąpi wielki finał.

Część 4
- Gajuszu, przyszedłem, aby… O w mordę!
Oczom Merlina ukazał się widok, który nieomal przyprawił go o mdłości. W świetle świec jego wuj, stojący nad półnagim, pobladłym ciałem jednego ze strażników, trzymał w umazanej we krwi dłoni jego serce, przyglądając mu się uważnie, ale beznamiętnie. Zaraz jednak zauważył siostrzeńca i na moment oniemiał. Merlin miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje, więc zakrył ręką usta. Gajusz szybko odłożył serce na stół, ukrywając je przed podopiecznym. Zapadła niezręczna cisza.
- Wybacz, nie myślałem, że tak wcześnie wrócisz – oznajmił po chwili.
- Nic nie szkodzi – odparł pojednawczo Merlin i zaśmiał się nerwowo. – Jesteś medykiem. Kiedyś w końcu musiał przyjść dzień, w którym zobaczę, jak trzymasz w ręku czyjeś flaki… – Podrapał się z tyłu głowy i odchrząknął, aby zmienić temat. – I co? Dowiedziałeś się czegoś?
- Niczego – odpowiedział Gajusz i oparł ręce na blacie. – Zarówno on, jak i ten drugi – mówiąc to, wskazał skinięciem głowy na zwłoki drugiego ze strażników, już zszytego. – wydają się być w doskonałym stanie.
- Zaraz, czy on leży na stole, przy którym jemy? – spytał Merlin, wskazując palcem drugiego strażnika.
- Skup się, Merlinie – powiedział ostrzej Gajusz. Merlin stanął jak na baczność i spojrzał na wuja. – Spędziłem nad tymi zwłokami cały dzień i nadal nie umiem określić jak zabija ten, z którym masz walczyć. Nie wiemy, czego możesz się spodziewać.
- Przerażające – stwierdził Merlin i usiadł na krześle, które teraz znajdowało się przy ścianie.
- Musisz odwołać ten pojedynek – oświadczył starzec i włożył serce z powrotem do piersi strażnika. Merlin skrzywił się tylko i odwrócił wzrok. Tymczasem Gajusz mówił dalej: – Słyszysz mnie, Merlinie? Nie możesz walczyć z tym potworem, bo zginiesz.
- Nie jestem pewien, czy rezygnacja jest możliwa – odpowiedział posępnie młodzieniec. Dopiero wtedy spojrzał na medyka. – Rzucono mi rękawicę, podniosłem ją i tak oto przyjąłem wyzwanie. Będę bronić honoru całego królestwa. Czy mam w ogóle prawo się wycofać?
Gajusz nawlókł igłę na nić i zaczął zszywać leżące przed nim zwłoki.
- Dziś już nie, ale jutro złożę królowi raport o stanie strażników i przy okazji poproszę go, aby cię zwolnił z tego obowiązku. Niech ktoś wyszkolony w walce broni honoru Camelotu.
- Pewnie masz rację – odparł Merlin i uśmiechnął się smutno. Po czym zaoferował: – Pomóc ci w przenoszeniu ciał na cmentarz?
- Nie, zaraz po nie przyjdą – odrzekł Gajusz, kończąc zszywanie. Uciął nitkę nożem i popatrzył na siostrzeńca. – Pewnie jesteś wykończony. Połóż się.
Rzeczywiście Merlin był zmęczony. Postanowił nie kłócić się z Gajuszem i natychmiast poszedł do swojego pokoju. Kiedy się rozbierał, usłyszał za drzwiami odgłos wchodzących strażników, którzy wzięli ciała swoich kolegów i zapytali Gajusza, co odkrył. Odpowiedział, że powie to dopiero królowi, więc tylko podziękowali i wyszli.
Merlin wszedł do łóżka i zaczął przyglądać się sufitowi. Myślał. Z jednej strony bał się konfrontacji z Trzynastym z dwunastu i bardzo chciał, aby wstawiennictwo Gajusza u Uthera coś dało. Ale z drugiej strony miał wrażenie, że ten pojedynek był jego obowiązkiem. Wiedział, że gdyby Trzynasty rzucił rękawicę Arturowi, książę na pewno nie wahałby się z nim stanąć do pojedynku, choć wszyscy dookoła mówiliby mu, że to szaleństwo. Stwierdziłby po prostu, że odwrót jest tchórzostwem, a on – jako koronowany książę Camelotu – musi walczyć o swój honor.
Czy tak było i w tym przypadku? Merlin nie był rycerzem, ale został wyzwany jak rycerz. Czy w takim razie dotyczyły go te same zasady?

Następnego ranka w drodze do pracy zastała Merlina lekka mżawka. Chłopak nie zrażał się jednak kropiącymi na niego drobinkami deszczu, tylko przeszedł przez dziedziniec na drugą stronę. Ale kiedy znalazł się na pustym, zamkowym korytarzu i ruszył w stronę komnaty Artura, nagle do jego uszu doszła znajoma już melancholijna melodia. Rozejrzał się w obie strony. Spojrzał w lewo. Nic. Spojrzał w prawo. Nic. Nikogo nie dojrzał, choć dźwięk szlochu wydawał się rozchodzić po korytarzu, jakby banshee siedziała tuż za rogiem i płakała.
Merlina znów ogarnęły dreszcze, a jego serce zabiło mocniej. Zaczął gorączkowo szukać wzrokiem zjawy. Słyszał ją głośno i wyraźnie, ale nie widział. Wytężał słuch, aby określić kierunek, z którego dochodził płacz, jednak on zdawał się osaczać go zewsząd. Odwracał się więc gwałtownie i skupiał całą swoją uwagę na tym, aby zlokalizować fatalną płaczkę. Bez skutku. Nie widział nawet cienia banshee.
Nagle poczuł na ramieniu czyjąś zimną dłoń. Aż podskoczył z przerażenia, wydając z siebie krótki, niekontrolowany krzyk zaskoczenia. Jednym sprawnym ruchem odwrócił się, aby stanąć twarzą twarz ze zmartwioną Gwen. Lament w jego uszach ustał równie nagle, jak się pojawił. Merlin odetchnął z ulgą, a jego rysy złagodniały. Mimo to jego przyjaciółka nie przestawała przyglądać mu się z niepokojem.
- Co się stało, Merlinie? – spytała cicho.
- Ni-nic – odpowiedział ze zdenerwowaniem.
Gwen nie była jednak przekonana.
- Znowu słyszałeś ten płacz?
Spojrzał na nią. Cały czas patrzyła na niego tymi swoimi ciemnymi oczami, wypełnionymi troską. I w jednej chwili zahipnotyzowały go, sprawiając, że jego głowa jednym, powolnym ruchem przytaknęła. Nie zastanawiał się zbytnio, jakie mogą być tego konsekwencje. Tym oczom nikt się nie mógł oprzeć.
- Czy to był płacz… banshee? – spytała po chwili ciszy, kładąc znów rękę na jego ramieniu.
- Być może – odparł. Po chwili zapytał poważnym tonem: – Skąd w ogóle wiesz o banshee?
- Mój ojciec mi o nich opowiadał – wyjaśniła i uśmiechnęła się łagodnie. – Akurat w Camelocie powszechne są różne przesądy na temat złego losu.
Na horyzoncie pojawił się jakiś przypadkowy przechodzień. Merlin nie chciał przeprowadzać rozmowy na temat banshee pośrodku korytarza, gdzie wszyscy go mogli usłyszeć i zobaczyć, jak bardzo się denerwuje, toteż szepnął jeszcze do Gwen:
- Porozmawiajmy o tym później. Teraz oboje mamy pracę do wykonania.
I skierował się w stronę, którą pierwotnie zmierzał do komnaty Artura.

Artur stał przy oknie i przyglądał się dziedzińcowi. Po chwili maleńka postać jego sługi przemknęła przez deptak na drugą stronę i zniknęła księciu z oczu. Artur westchnął, ale nie ruszył się z miejsca ani o milimetr. Niebawem Merlin tutaj przyjdzie, niosąc w rękach tacę ze śniadaniem i uśmiechając się w ten swój głupawy sposób. Być może nawet się potknie o równą podłogę i jedzenie wyląduje na ziemi. Artur zaśmiał się na tę myśl, ale zaraz spoważniał.
Nie było szans, aby ten fajtłapa przeżył pojedynek z tym dziwnym człowiekiem, który przedostał się do sali bankietowej jako dym. Przecież Merlin nie potrafił nawet poprawnie trzymać w ręku miecza i nie dawał rady przeciętnemu bandycie. Jak mógłby przeżyć pojedynek z kimś takim jak Trzynasty z dwunastu?
Trzynasty z dwunastu…
Kim on był? Na pewno kimś, kto robił przerażające wrażenie i chciał je spotęgować, mówiąc zagadkami. Każdy żołnierz łatwo rozszyfrowałby określenie „trzynasty z dwunastu”, zwłaszcza jeśli był przesądny. To był na pewno jakiś czarownik. Sposób w jaki się pojawił w sali bankietowej i w jak zabił pilnujących ją strażników świadczył jednoznacznie o jego magicznych zdolnościach. Ale czego właściwie chciał od Merlina? Artur rozumiał zabicie króla albo zrównanie Camelotu z ziemią, ale wyzwanie na pojedynek służącego nie mieściło mu się w głowie.
Po jakimś czasie drzwi do komnaty zaskrzypiały. Artur odwrócił się i ujrzał Merlina, który wkroczył do pomieszczenia i położył na stole tacę z jedzeniem. Jednak książę nie zasiadał do śniadania, tylko przyglądał się słudze z zainteresowaniem. Po chwili podszedł do Merlina i rzucając mu poważne, acz spokojne spojrzenie, oświadczył:
- Gajusz ma po śniadaniu zdać mojemu ojcu raport z sekcji zwłok. My też tam będziemy, więc się stąd nie ruszaj.
- Tak jest, panie – wyszeptał tylko Merlin i spuścił wzrok.

Merlin i Artur stanęli przed bramą do sali tronowej. Artur odwrócił się do sługi i powiedział:
- Zostań tutaj. Nie chcę, abyś mi wyskoczył z jakąś głupotą.
- Głupotą? – obraził się Merlin.
- Ty już wiesz o co mi chodzi, Merlinie. Po prostu tu zostań. Możesz podsłuchiwać, ale nie jestem pewien jak zareaguje ojciec, jeśli cię zobaczy, a ja będę go akurat przekonywał o nie wystawianiu cię w tym pojedynku.
- Czyżbyś chciał…? Ale…
- O, błagam, Merlinie! – wykrzyknął Artur. – Jeśli staniesz do walki z tym człowiekiem, zginiesz! Ciesz się, że nie będziesz musiał się stąd ruszać.
Merlin chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien, czy miały być to słowa podziękowania, czy sprzeciwu. Dlatego zamilkł i posłusznie pozostał na zewnątrz, podczas gdy Artur kazał strażnikom otworzyć drzwi. Zaraz jak tylko wejście do sali tronowej zostało otwarte, z korytarza wyszedł Gajusz. Pośpiesznym, acz pokracznym krokiem dołączył do Artura. Wuj i siostrzeniec wymienili porozumiewawcze spojrzenie i wraz z księciem Gajusz wszedł do środka. Drzwi się zamknęły i Merlina uderzyła nagle przygnębiająca cisza. Obaj strażnicy rzucili chłopakowi krzywe spojrzenia, ale nic nie powiedzieli. Merlin miał wrażenie, że mają mu za złe to, że książę chciał się za nim wstawić. Chłód ich oczu sprawiał, że młodzieniec chciał się jakoś wytłumaczyć, ale jak tylko otworzył usta, usłyszał za bramą początek rozmowy.
- I co odkryłeś, Gajuszu? W jaki sposób zginęli strażnicy?
- Po wnikliwych badaniach, Wasza Wysokość, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie wiem – odpowiedział medyk.
- Co ty mówisz, Gajuszu?! – krzyknęła Morgana. Jej obecność wcale Merlina nie zdziwiła.
- Jesteś pewien, że nic nie znalazłeś? – spytał nieco spokojniej król. – Jesteś najlepszym medykiem w królestwie.
- Ich narządy wewnętrzne były w doskonałym stanie, panie – odpowiedział Gajusz. – Nie zostali spaleni, utopieni ani uduszeni. Nie porażono ich też piorunem. Tak jakby zginęli od tak, po prostu. Wybacz mi, ale nie umiem stwierdzić, co było przyczyną ich śmierci.
Artur wytrzeszczył oczy i powoli odwrócił głowę w stronę Gajusza.
- Jak to możliwe? Przecież.…
Gajusz zamknął oczy i westchnął ciężko. Po chwili znów je otworzył i zwrócił się do księcia:
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. – Zrobił krótką pauzę. – Gdybym chociaż zobaczył jak on to robi, może byłbym w stanie to pojąć, ale z sekcji nic nie wynika. – Spojrzał na Uthera. – Ten demon dysponuje nieznaną nam mocą. Panie, musimy być ostrożni. Posyłanie kogokolwiek do tego człowieka to szaleństwo!
Uther w zamyśleniu drapał się po policzku kciukiem dłoni, którą podtrzymywał sobie podbródek.
- Masz rację Gajuszu. Ale nie mogę pozostawić tej sprawy samej sobie, muszę coś z tym zrobić. Najlepiej by było, żeby jakiś oddział doborowych rycerzy się nim zajął. Jednak skoro już Merlin oświadczył, że stawi się na pojedynek...
Merlin pomyślał, że jest to dobry moment, aby Artur albo Gajusz wkroczyli do akcji. Z drugiej strony już się pogodził z tym, że będzie walczył z Trzynastym z dwunastu, więc nie był całkowicie pewien, czy chce, aby oni stanęli w jego obronie.
Artur zrobił krok w przód i zmarszczył brwi.
- Ojcze, chyba nie mówisz poważnie! Nie możemy wysłać na tak poważną wyprawę chłystka, który nie wie nawet jak dobrze trzymać w ręku miecz! Jeśli już, poślijmy kogoś, kto ma jakieś doświadczenie w walce z magicznymi istotami.
Stary dobry Artur. Wiedział jak dobrać słowa, aby jego sługa poczuł się dowartościowany.
Wyraz niezadowolenia na twarzy Uthera pogłębił się nieco.
- Ten głupi chłopak sam przyjął wyzwanie. Powinien nauczyć się wreszcie ponosić konsekwencje swoich czynów. Ale masz rację, jego pójście tam raczej nic nie da. W końcu i tak nie ma szans pokonać tego rycerza. – Uther zamyślił się głęboko. – Gdyby jednak wysłać za nim w tajemnicy rycerzy, Merlin mógłby posłużyć za przynętę. Trzynasty z dwunastu zajmie się nim, a nasi ludzie będą mogli zaatakować go z zaskoczenia.
A to już na pewno się Merlinowi nie podobało. Za nic nie zamierzał być jakąś przynętą.
- Panie, skoro nie wiemy jak ten… – Gajusz zrobił kolejną pauzę. Przełknął ślinę i mówił dalej: – człowiek zabija, to nie ma sensu. Wiemy już, że jest czarownikiem, ale nie znamy jego mocy. Skoro jest w stanie pozbawić kogoś życia bez żadnego śladu, kto wie, co potrafi jeszcze. Może wyczuje obecność rycerzy i ich zabije, nim zdążą do niego podejść.
- Poza tym – wtrącił Artur. – Trzynasty z dwunastu rzucił wyzwanie zgodnie z procedurami kodeksu rycerskiego – Spojrzał w górę i ciągnął dalej: – pomijając oczywiście to, że rzucił je kompletnemu idiocie, a nie rycerzowi. – Jego oczy znów spoczęły na Utherze. – Niemniej jednak zmasowany atak rycerzy nie świadczyłby o nas zbyt pochlebnie. A przypominam ci, ojcze, że tu chodzi o nasz honor.
Uther zacisnął pięść.
- Więc co mam zrobić?! – Jego głos był lekko podniesiony i zniecierpliwiony. – Mam nie robić nic i czekać, aż przyjdzie tu znowu, zepsuje kolejną uroczystość i zabije następnych ludzi?! Gajuszu, czy naprawdę nie możesz znaleźć żadnego sposobu, by go zabić?
Gajusz westchnął.
- Mogę spróbować przeszukać moje księgi. Może coś znajdę, ale szczerze mówiąc, pewności nie mam.
Milczał przez chwilę z oczami skierowanymi na podłogę, a potem znów spojrzał na króla i powiedział:
- Jest pewna rzecz, o którą twój pokorny sługa pragnie prosić, panie.
Brwi Uthera drgnęły ledwo zauważalnie.
- O co chodzi, Gajuszu?
Serce Merlina zabiło mocniej. Już czas. Teraz wszystko zależało od jego wuja. Gajusz wiedział jak rozmawiać z królem. Na pewno przekona Uthera. Merlin powtarzał to sobie w myślach, ale mimo to był zdenerwowany.
- Wybacz mi moją impertynencję, ale, mój panie, proszę, abyś zwolnił Merlina z obowiązku uczestniczenia w tym pojedynku. Niech lepszy wojownik walczy o honor królestwa.
Chłopak wstrzymał oddech, oczekując na odpowiedź króla. Oto chwila prawdy. Oto moment, który, być może, zadecyduje o jego życiu i śmierci.
Uther milczał przez chwilę, zastanawiając się, po czym kiwnął głową.
- Dobrze. Skoro, i tak twierdzicie, że Merlin sobie nie poradzi, trzeba wyznaczyć kogoś innego. Tylko który z rycerzy jest na tyle silny i dobrze wyszkolony, żeby stanąć z nim w szranki?
- Ja to zrobię.
Zapadła cisza. Morgana, Gajusz i Uther spojrzeli ze zdziwieniem w stronę Artura. Stojący za drzwiami Merlin zamarł, wytrzeszczając oczy z niedowierzaniem. Książę nawet przez chwilę się nie wahał.
- Skoro chodzi o honor całego królestwa, jako przyszły władca Camelotu, powinienem podjąć się tego wyzwania.
Nie, nie, nie! – krzyczało do Merlina całe jego jestestwo. Podniósł tę rękawicę tylko po to, aby Artur nie musiał walczyć z tym dziwnym typkiem, a ten idiota znowu się w to pakuje? Merlin musiał go powstrzymać. Musiał coś zrobić, musiał… Już wiedział, co musiał zrobić.
- Nie pozwolę ci na to! – oświadczył Uther nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Jesteś moim synem, księciem Camelotu i przyszłym królem i...
Nagle w sali tronowej rozległ się głośny trzask, a przez nagle otwarte drzwi wpadł Merlin. Chłopak zatrzymał się w połowie sali i bez namysłu oznajmił:
- Ja pójdę, panie.
Morgana podniosła się z tronu. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę Merlina, który spoglądał na króla zdeterminowanym wzrokiem. Na zewnątrz chłopak był spokojny, ale wewnątrz czuł chłód i napięcie, spowodowane przez nagłą uwagę wszystkich, skupioną na jego osobie.
- Ty kretynie! – wrzasnął Artur.
Uther znów zmarszczył brwi, wyraźnie poruszony.
- Jak śmiesz wbiegać tu tak bez pozwolenia! To królewska narada, znaj swoje miejsce – oświadczył, sprawiając, że Merlin spuścił wzrok, aby okazać pokorę.
- Bardzo... Bardzo przepraszam...
Uther trochę złagodniał.
- Nie boisz się, chłopcze? Widziałeś tego czarownika i na pewno jesteś świadom tego, że w jakiś dziwny sposób zabił strażników. Jesteś pewien, że chcesz z nim walczyć?
- Nie powiem, że się nie boję, i nie powiem, że chcę się z nim mierzyć. Ale, mój panie, nie mam wyjścia. To nie sprawa wyboru. To sprawa honoru. Nie mogę pozwolić, aby książę Artur mnie zastąpił.
- Ojcze, chyba nie myślisz poważnie?! – wtrącił Artur. – Ten bałwan nie może nas reprezentować!
- On zginie! – powiedziała Morgana. – Panie, nie możesz na to pozwolić!
Król milczał w zamyśleniu. Wszyscy oczekiwali na jego odpowiedź. Merlin spojrzał najpierw na Gajusza, który popatrzył na niego z niezadowoleniem, a potem na Artura, który zaczął do niego coś szeptać, ewidentnie wściekły na Merlina za jego wybryk. Merlin wiedział, że obaj byli na niego źli. W końcu obaj na swój sposób próbowali go ochronić przed koniecznością zmierzenia się z tajemniczym czarownikiem. Przez chwilę Merlin zastanawiał się, czy robi dobrze. Przed oczami stanął mu obraz banshee piorącej w jeziorze jego zakrwawioną koszulę. A potem chłopak podniósł wzrok z podłogi na swojego króla, który chyba właśnie podjął decyzję.
- Jesteś bardzo odważny, chłopcze. Nie ukrywam, jestem pod wrażeniem. Mój syn nie może udać się na to spotkanie, ale ma rację. Nie umiesz walczyć, a Trzynasty z dwunastu wydaje się być bardzo silnym czarownikiem. Ty jesteś tylko sługą, w dodatku – Uśmiechnął się lekko. – niezbyt rozgarniętym, jeśli wierzyć mojemu synowi. Nie jestem pewien, czy powinieneś reprezentować Camelot.
Tylko sługą… Sługa nie jest rycerzem… – odbiło się w głowie Merlina. Nie wiedział, co o tym myśleć. Nigdy nie chciał być rycerzem, i tak by nim nie został. Ale dlaczego czuł tę dziwną gorycz, kiedy usłyszał, że jest tylko sługą? Dlaczego wydawało mu się to… obelgą?
- Dlatego też – ciągnął dalej król. – posłuchaj mnie uważnie, Merlinie: ponieważ masz wyruszyć do Trzynastego z dwunastu pojutrze, do tego czasu masz jeszcze czas się namyślić. Jeśli dziś albo jutro zdecydujesz, że chcesz się wycofać, powiedz to mojemu synowi, a wyznaczy kogoś ze swoich ludzi.
- Dlaczego w ogóle dajesz mu wolny wybór?! – zapytał Artur. – Przecież sprawa jest prosta! Nie idzie i już. Koniec dyskusji!
- Podejdź tu, synu – rozkazał Uther.
Artur bez słowa zbliżył się do ojca, który ręką kazał mu pochylić się nieco, aby móc mu coś powiedzieć do ucha. Artur to zrobił. Uther dyskretnie szepnął mu kilka zdań, sprawiając, że brwi Artura podniosły się, a potem książę rzucił ojcu zdumione spojrzenie i wyprostował się.
- Macie jeszcze jakieś sprawy, które chcecie ze mną przedyskutować? – zapytał Uther.
- Nie, ojcze – odpowiedział Artur.
- Żadnych, panie – odparł Gajusz.
Morgana milczała, na jej twarzy widać było wyraz zmieszania. Merlin tylko potrząsnął głową i spojrzał w dół.
- W takim razie – zaczął Uther. – zostawcie mnie samego. Mam mnóstwo spraw do załatwienia.
Wszyscy czworo pokłonili się królowi i skierowali się do wyjścia. Kiedy znaleźli się na korytarzu, Merlin przez chwilę się zamyślił. Nie wiedział, co powinien zrobić. W razie czego mógł się wycofać i ktoś inny, bardziej zaprawiony w boju zajmie jego miejsce. Ale dlaczego tak dziwnie się czuł, kiedy o tym myślał?
- Merlinie, chodź tu! – Ostre zawołanie Artura wyrwało go z rozmyślań. Merlin spojrzał na swojego pana, który oświadczył: – Czas na trening rycerzy! Musisz mnie przygotować!
- Tak jest, panie – odparł niepewnie Merlin.
Jego oczy spoczęły jeszcze na Gajuszu. Starzec wciąż był niezadowolony, ale Merlin mógł wyczuć w jego zachowaniu również jakieś dziwne zmieszanie. Chłopak nie miał czasu się temu bliżej przyjrzeć, bo obaj musieli wracać do pracy. Niemniej jednak wizyta u króla dała mu powód do głębszych rozmyślań podczas treningów Artura z rycerzami.
Ostatnio zmieniony 27 sie 2010, 23:40 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 27 sie 2010, 22:17

Naprawdę warto było czekać na ten rozdział. Przede wszystkim widać, że jest bardzo dopracowany. Praktycznie żadnych literówek ani powtórzeń (tak, na nieobecność powtórzeń zwróciłam szczególną uwagę, jak chcesz, to potrafisz :3 ), bardzo nieliczne błędy interpunkcyjne, stylistycznie też cacy. Co potwierdza, że bywam dla Ciebie zbyt łagodna. Od teraz jak zejdziesz poniżej tego poziomu, będę Cię w komentarzach besztać jeszcze bardziej.

Najpierw wypiszę te nieliczne rzeczy, które mi się z różnych powodów nie spodobały:
RedHatMeg pisze:Chłopak nie zrażał się jednak kropiącymi na niego małymi drobinkami niepogody
Nie podoba mi się sformułowanie "drobinki niepogody". Zastąpiłabym to na "drobinki deszczu", a "deszcz" z poprzedniego zdania na "mżawkę". I jeszcze jedno, ale to już tak bardzo czepialsko: drobinki z założenia są niewielkie, toteż przymiotnik "małe" jest niepotrzebny :)

RedHatMeg pisze:…i skierował się w stronę, którą pierwotnie zmierzał do komnaty Artura.
Tu powinnaś jednak zrezygnować z wielokropka i zacząć od nowego zdania.

RedHatMeg pisze:Jego oczy znów spoczywają na Utherze.

Wkradł Ci się tu czas teraźniejszy, zamień go na przeszły.

RedHatMeg pisze:Po chwili w sali tronowej rozległ się głośny trzask, a przez nagle otwarte drzwi wpadł Merlin.

Nie pasuje mi tu wyrażenie "po chwili". Merlin raczej swoim wejściem przerwał wypowiedź Uthera, toteż powinno tu być jakieś "nagle" bądź "w tym momencie".

RedHatMeg pisze:Ty jesteś tylko sługą, w dodatku – Uśmiechnął się lekko. – niezbyt rozgarniętym, jeśli wierzyć mojemu synowi.

- Dlatego też – ciągnął dalej król. – posłuchaj mnie uważnie

Kilka razy zdarzył Ci się tego typu błąd. Jeśli te zdania między myślnikami to wtrącenia w wypowiedzi, nie należy ich pisać wielką literą i stawiać po nich kropkę, jeśli jednak się to robi, to koniecznie trzeba dalszą wypowiedź zacząć wielką literą jako nowe zdanie. Nie wiem, czy wyraziłam się jasno, jeśli nie, to spróbuję dokładniej wytłumaczyć, o co mi chodzi :P

Poza tym zauważyłam, że najczęstszym błędem interpunkcyjnym, jaki Ci się zdarza, jest niekonsekwencja w stawianiu przecinka przed "jak". Pamiętaj, że jeśli w zdaniu wprowadzanym przez "jak" jest czasownik, to przecinek stawiamy zawsze. Jeśli go nie ma, nie stawiamy. Nie można tego robić intuicyjnie.

Trochę się podoczepiałam, ale reszta była idealna, więc skoncentrowałam się na szczegółach.

Bardzo mi się podobała scena z sekcją zwłok :D Biedny Merlin. Mogłaś jeszcze napisać, że w pracowni cuchnęło, byłby jeszcze lepszy efekt. Ale i tak było super.

Nie wiem czemu, ale bardzo mi przypadła do gustu scena z czekającym na Merlina Arturem. Miała w sobie "to coś", czego nawet nie potrafię określić ^^

Widzę, że to nasze małe rpg przyniosło dobry efekt, szkoda, że byłam wtedy zbyt śpiąca, żeby kontynuować. W każdym razie scena z naradą też wyszła świetnie. Powiem to po raz setny: kocham Twoje dialogi. I uwielbiam, jak Artur jedzie po Merlinie :D Przy tym padłam:
RedHatMeg pisze:Stary dobry Artur. Wiedział jak dobrać słowa, aby jego sługa poczuł się dowartościowany.


Bardzo, bardzo, bardzo mi się podobało i błagam, napisz szybko dalszy ciąg!

PS: Oczy Gwen są przerażające...
Hyuu~!

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 27 sie 2010, 23:06

Miryoku pisze:Wkradł Ci się tu czas teraźniejszy, zamień go na przeszły.

Tego akurat fragmentu nie udało mi się dokładniej zlokalizować.
Miryoku pisze:Nie wiem czemu, ale bardzo mi przypadła do gustu scena z czekającym na Merlina Arturem. Miała w sobie "to coś", czego nawet nie potrafię określić ^^

Wiesz, chciałam ją wrzucić już w poprzednim rozdziale, ale z jakiegoś powodu jej nie zamieściłam, więc postanowiłam, że byłaby to dobra scena w tym właśnie momencie pomiędzy Merlinem w deszczu a naradą królewską.
Miryoku pisze:Widzę, że to nasze małe rpg przyniosło dobry efekt, szkoda, że byłam wtedy zbyt śpiąca, żeby kontynuować. W każdym razie scena z naradą też wyszła świetnie. Powiem to po raz setny: kocham Twoje dialogi. I uwielbiam, jak Artur jedzie po Merlinie :D

Muszę ci podziękować, bo pomogłaś mi przez nią przebrnąć. Jeśli kiedyś będę miałą problem, to się do ciebie zwrócę :-P .
Miryoku pisze:PS: Oczy Gwen są przerażające...

Aż tak to odczułaś? Musiał jej w końcu powiedzieć, a ja musiałam mu znaleźć sensowną wymówkę.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 04 wrz 2010, 16:16

Sorry za post pod postem, ale Miryoku niepotrzebnie dała wcześniej OPZ.

Część 5
Po przebraniu Artura w zbroję pan i sługa wyszli na polanę, gdzie zwykle odbywały się treningi z rycerzami. Wszyscy wojownicy Camelotu stali w rzędzie, czekając na rozkazy, a służący przywieźli właśnie powozy bojowe. Artur polecił Merlinowi, aby został z boku i był gotów na wezwanie księcia. Sam zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, zwrócony twarzą do rycerzy.
- Dzisiaj zamierzam poćwiczyć z wami walkę w powozie. Wiem, że rzadko zdarza się okazja, aby walczyć w zaprzęgu, ale nigdy nie wiadomo, z kim przyjdzie nam się zmierzyć, więc od czasu do czasu dobrze by było się przygotować i na taką ewentualność. Sir Agravain, sir Bedivere i sir Gaheris! – powiedział głośniej i od razu wszyscy trzej rycerze podnieśli głowy. – Wy zajmiecie pozycje przede mną! Sir Girflet, sir Lavaine i sir Colgrevance zajmą pozycje za mną! – wymienieni rycerze przytaknęli na znak zrozumienia. – Sir Kayu i sir Malagancie, wy staniecie po mojej lewej, a wy, sir Tristanie i sir Hektorze po mojej prawej stronie. – Wszyscy czterej przytaknęli, a Artur w zamyśleniu złapał się za brodę i ciągnął dalej: – Teraz potrzebny mi ktoś, kto będzie moim woźnicą.
Artur rozejrzał się po polanie. Na chwilę jego wzrok spoczął na Merlinie, ale zaraz przeniósł się na służącego, który stał obok. Artur podszedł do niego.
- Molberick, prawda? – spytał domyślnie. Służący przytaknął, a wtedy Artur ciągnął dalej: – Słyszałem, że całkiem dobrze radzisz sobie w powozie.
- Tak jest, panie. Tak mówią – odpowiedział Molberick ze wzrokiem utkwionym w niebo.
- Czy to prawda?
- Tak jest, panie.
- W takim razie zostaniesz moim woźnicą na czas ćwiczeń.
- Dziękuję, panie – Pokłonił się.
Artur zrobił dwa kroki w tył, powiedział coś jeszcze do swoich ludzi i rozkazał swoim rycerzom zająć pozycje. Sam wraz z Molberickiem wsiadł do powozu zaprzężonego w książęcego konia. Powozy innych rycerzy z formacji były zaprzężone w zwykłe konie ze stajni. Ustawili się tak jak wcześniej ustalił Artur: Agrabsin, Bedivere i Gaheris znajdowali się przed księciem, Girflet, Lavaine i Colgrevance za nim, Kay i Malagant z lewej, a Tristan i Hektor po prawej. Po drugiej stronie ustawił się podobny szyk wokół innego rycerza, którego najwyraźniej książę wyznaczył wcześniej na swojego oponenta. Merlin stał przy płocie i wszystkiemu się przyglądał, ale jego umysł był zajęty czymś innym. Chłopak miał mętlik w głowie. Król dał mu możliwość wyboru i Merlin wiedział, że to doskonała okazja, aby ochronić skórę, ale jakaś jego część protestowała przeciwko temu.
Jesteś tylko sługą. Sługa nie jest rycerzem – szeptał jeden głos w jego głowie, a drugi odpowiadał: Musisz przyjąć to wyzwanie. Tu chodzi o twój honor.
A Merlin nie wiedział, którego z nich ma posłuchać. Która z tych dwóch możliwości jest właściwa?
- Merlinie? – Głos Gwen, która nagle pojawiła się obok niego, wyrwał go z rozmyślań. Merlin spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem. Zanim jednak zdążył coś jej odpowiedzieć, ona dodała z lekkim uśmiechem: – Słyszałam, co król postanowił w twojej sprawie i kamień spadł mi z serca.
- Gwen? – spojrzał na nią. – Co według ciebie powinienem zrobić? Iść do tego człowieka, czy zostać tutaj?
Nagle się zmieszała. Najpierw spuściła wzrok, ale zaraz potem zaczęła oglądać się na wszystkie strony, byle nie na Merlina. Przez chwilę milczała, jakby szukała właściwych słów. W końcu odchrząknęła, wyprostowała się i oparła ramiona na płocie, spoglądając na ćwiczących na polanie rycerzy.
- Pamiętasz jak powiedziałam ci dziś rano, że w Camelocie przesądy są dosyć powszechne? – odezwała się. Jej wzrok powędrował z rycerzy na Merlina, który przytaknął. – Jeden z nich jest szczególnie popularny wśród wojowników.
- Tak? I czego dotyczy? – spytał Merlin.
- Policz rycerzy, którzy są po stronie księcia Artura.
Merlin spojrzał w stronę powozu bojowego swojego pana i zrobił, co mu kazała Gwen. Agravain, Bedivere i Gaheris na przedzie – trzech; Girflet, Lavaine i Colgrevance z tyłu – też trzech, razem sześciu. Kay, Malagant, Tristan i Hektor po bokach – to już…
- Dziesięciu – odpowiedział na głos.
- A wliczając samego Artura i jego woźnicę?
Merlin wytrzeszczył oczy, kiedy nagle coś zrozumiał. Musiał to jeszcze raz sprawdzić. Podniósł do góry rękę i zaczął przeskakiwać palcem z jednego człowieka, na drugiego, licząc ich. Trzech z przodu i trzech z tyłu – sześć. Dwóch z lewej i dwóch z prawej – czterech. Cztery dodać sześć to dziesięć. Razem z woźnicą i Arturem – dwunastu.
Dwunastu…
Kim jesteś, aby zakłócać naszą uroczystość?
Jestem trzynastym z dwunastu, Utherze Pendragonie…

Merlin spojrzał z zaskoczeniem na Gwen, która jednak pozostała spokojna. Odwróciła znów wzrok w stronę rycerzy.
- Ojciec opowiadał mi, że dawniej tak wódz plemienia wyruszał do bitwy. Siedział w powozie bojowym wraz z woźnicą i był otoczony dziesięcioma wojownikami. Podobno czasem jeszcze stosuje się tę formację. Ale wojskowi wierzą wciąż, że zawsze towarzyszy im ktoś jeszcze, owa trzynasta osoba. Ktoś, kto pojawia się podczas każdej bitwy. – Popatrzyła na niego. – Wiesz o kogo chodzi?
- O boginię wojny Machę? – spytał domyślnie. Ta odpowiedź pierwsza przyszła mu do głowy.
Gwen uśmiechnęła się do niego.
- Nie, ale jesteś blisko. – Nagle spoważniała. – Chodzi o…
- Merlinie! – rozległ się ostry głos księcia. – Gwen nie ma czasu na pogaduszki z tobą! Zostaw ją w spokoju!
- Ale panie…! – zawołał Merlin, jednak Artur od razu mu przerwał:
- Nie dyskutuj!
- Tak jest, panie – odpowiedział Merlin i zwrócił się do Gwen. – Powiedz mi tylko o kogo chodzi.
- Trzynastą osobą jest…
- Gwen!
Tym razem to Morgana była tą, która im przerwała. Pojawiła się nagle na polanie i, zauważywszy swoją służkę, szybko do niej podeszła. Wydawała się być czymś zmartwiona. Kiedy jej oczy spoczęły na Merlinie, uśmiechnęła się lekko, ale chłopak mógł od razu spostrzec, że była zdenerwowana. Zwróciła się do Gwen:
- Wszędzie cię szukałam. Co się stało?
- Wybacz, pani – odparła służąca i pochyliła głowę w geście szacunku. – Zauważyłam Merlina i chciałam zamienić z nim parę słów.
- Wybaczam ci, ale musisz posprzątać moją komnatę i pomóc mi z kilkoma rzeczami.
- Już idę, pani – oświadczyła Gwen.
Morgana zaczęła się oddalać. Gwen odwróciła się ostatni raz do Merlina i wyszeptała coś, a właściwie poruszyła bezdźwięcznie ustami. Następnie szybko ruszyła za swoją panią, zostawiając Merlina samego bez odpowiedzi.
Przez resztę dnia zastanawiał się nad tym, co usłyszał, a także nad tym, co powinien zrobić. Tak bardzo go to nurtowało, że zasnął dopiero o drugiej nad ranem i ostatniego dnia przed podjęciem decyzji poszedł do pracy niewyspany. To jednak było nic w porównaniu z wnioskami, do jakich doszedł. Były one bardzo logiczne i teoretycznie powinny ostatecznie rozwiać jego wątpliwości, jednak tylko pogorszyły jego sytuację. Dwa sprzeczne ze sobą głosy w jego głowie jeszcze bardziej optowały za swoimi rozwiązaniami. Merlinowi został tylko jeden dzień do namysłu, ale wydawało mu się do czasem zbyt krótkim na podjęcie tak ważnej decyzji. Miał walczyć czy się wycofać? Miał stanąć do tego pojedynku, mimo jawnych znaków złego losu? Czy też może powinien zostać w domu i się nie narażać? Co byłoby mądrzejszym posunięciem? Co byłoby właściwszym posunięciem? Nie potrafił tego orzec.
Ostatnio zmieniony 23 paź 2010, 20:08 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 2 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1241
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Postautor: Miryoku » 06 wrz 2010, 15:09

Czemu ten rozdział taki krótki? :< Ja chcę jeszcze! Ale jak Ci wygodniej wrzucać mniejsze, to w porządku.

Dalej budujesz napięcie i już nie mogę się doczekać właściwej akcji. Ja chcę wiedzieć, co powiedziała Gwen... Dalej mnie nurtuje, kim jest Trzynasty z dwunastu.

Dodam jeszcze, że rozdział był równie dopracowany jak poprzedni i oczywiście mi się podobał. Pisz szybko kolejny :)
Hyuu~!


Wróć do „Filmy/TV”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości