[One Piece] Wielkie Spotkanie

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

[One Piece] Wielkie Spotkanie

Postautor: RedHatMeg » 28 kwie 2013, 20:05

Już kiedyś rozważałam przesłanie tutaj tego fanfika, gdyż chciałam was zapoznać z moim monumentalnym dziełem Przygody Rudowłosego Shanksa, a nie mogę go przesłać, bez przesłania Wielkiego Spotkania. W ogóle to miało być tak, że to miała być trylogia - Wielkie Spotkanie, Przygody Rudowłosego Shanksa i Stypa. Niestety, choć napisałam pierwszy rozdział Stypy, moja faza na One Piece wygasła.

Tytuł: Wielkie Spotkanie
Rating: 12+
Ostrzeżenia: Zarówno ten fik, jak i Przygody rudowłosego Shanksa pisane były w czasie, kiedy w One Piece Słomiani znajdowali się na tej wyspie niewolników i spotkali Railegha, toteż mogą pojawić się nieścisłości z fandomem zwłaszcza, jeśli chodzi o sagę Impel Down.
Opis: Zaintrygowany postępami swojego starego przyjaciela Rudowłosy Shanks postanawia spotkać się z Luffy'm. Przy okazji przywozi ze sobą znajomych pozostałych Słomianych.

Obiad w Beratie
Shanks siedział w kajucie kapitańskiej i przeglądał z pozoru zwyczajną stertę papierów. Każdy członek jego załogi wiedział jednak, że te papiery to nic innego jak listy gończe. Mało tego – listy gończe wysłane za jednym człowiekiem, zbierane pieczołowicie przez Rudowłosego od momentu, w którym na pewnej wyspie przyniesiono mu pierwszy z nich. Wszystkie zawierały bowiem twarz jego starego przyjaciela – Mankey D. Luffy’ego, obecnie znanego jako Słomiany Kapelusz Luffy. Na każdym liście tak samo beztroski i wesoły, jakby uśmiechał się do normalnego zdjęcia robionego przez bliskich.
Shanks wciąż pamiętał jego słowa przed opuszczeniem rodzinnego miasta chłopca: Zbiorę własną załogę, która pokona twoją, i odnajdę największy skarb świata! Zostanę Królem Piratów, choćby nie wiem co! Sądząc po tych wszystkich wysokich nagrodach za jego głowę, Luffy powoli dążył do spełnienia tych słów. Po ostatnich dokonaniach swojego młodego przyjaciela, Rudowłosy nie potrafił przestać myśleć o tym, że ten dzieciak, którego kilka lat temu uratował przed wężem morskim, zniszczył Ennies Loby. Shanks był jednak pewien, że stać go na więcej, że Luffy jeszcze nie osiągnął szczytu swoich możliwości.
Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich Beckmann.
- Kapitanie – odezwał się – melduję, że właśnie dostrzegliśmy na horyzoncie Beratie.
Momentalnie Shanks rozpromienił się i powstał spokojnie z krzesła.
- Doskonale. Cała naprzód i powiedz chłopakom, aby się ogarnęli, bo idziemy na obiad.
- Tak jest, kapitanie.
Obaj wyszli na zewnątrz. Beckmann przekazał szybko rozkaz kapitana, po czym przejął ster. Tymczasem Shanks zaczął się przechadzać po pokładzie. Zatrzymał się przy Yasoppie, który właśnie celował do czegoś małego na głowie Żarłoka, który jakby nigdy nic, stał pod ścianą i coś jadł. Yasopp wycelował i w końcu wystrzelił. Najpewniej trafił, bo Żarłok jak stał, tak stał, tymczasem w ścianie pojawiła się czarna od śrutu plama.
- No, Yasopp – odezwał się wreszcie Shanks. – Kończ tę zabawę i ubierz się w coś lepszego, zanim dotrzemy do Beratie.
- To moja jedyna koszula – odpowiedział celując w niebo. Wystrzelił i po chwili na pokładzie leżał martwy albatros. Yasopp spojrzał na kapitana z chytrym uśmiechem i dodał: – Poza tym możemy zjeść to.
- Wiesz, że nie idziemy tam tylko po to, żeby się najeść, więc rusz się.
- Jak sobie życzysz, kapitanie.
Od paru miesięcy Yasopp miał jeden cel, który był wręcz jego obsesją. Od chwili, kiedy w jakimś porcie usłyszał, jak ludzie mówią, że nie ma lepszego strzelca niż Sogeking, Yasopp żył nadzieją, że kiedyś się z nim zmierzy i pokaże, kto tu naprawdę jest królem snajperów. Całe dnie spędzał na strzelaniu do różnych rzeczy i wciąż gadał o Sogekingu, co zaczęło już działać reszcie załogi Rudowłosego na nerwy.
Shanks podszedł do prawej burty i przyglądał się rosnącemu z każdą chwilą statkowi-restauracji. Od tego obiadu zależał jego cały misterny plan. Jeśli nie uda mu się, może się pożegnać ze swoim pomysłem, więc on i jego załoga musieli pokazać się z jak najlepszej strony.

Kuchnia Beratie parowała, bulgotała i skwierczała od smażonych, gotowanych, duszonych, pieczonych i grillowanych potraw. Zeff przechadzał się po kuchni, doglądając każdego przygotowywanego dania. Zatrzymał się przy Patty’m, który mieszał jakąś zupę. Zeff wziął łyżkę i spróbował zupy. Przez chwilę trwała oczekująca cisza, a potem Zeff zdzielił Patty’ego po łbie drewnianą nogą.
- Za słona, idioto – wyjaśnił. – Rozcieńcz ją trochę.
- Tak jest, szefie – powiedział tylko Patty.
Nagle do kuchni wbiegł zdyszany kelner.
- Panie Zeff, panie Zeff…
- Wyduś to wreszcie – pogonił go szef kuchni.
- Panie Zeff, nie uwierzy pan, kto właśnie zasiadł do stołu. Rudowłosy Shanks i jego załoga.
Brew Zeffa podniosła się nieznacznie. Uśmiechnął się.
- I co z tego? To klienci. Obsłużcie ich.
- Tak jest, panie Zeff.

Shanks skończył jeść ostatni. Kelner z rachunkiem wszedł akurat, kiedy Rudowłosy przełknął dosłownie ostatni kęs śledzia w majonezie.
- Czy jest możliwe, chłopcze, abym mógł pomówić z szefem kuchni?
- Zapytam – odpowiedział kelner, unikając wzroku pirata.
Szybko cofnął się do kuchni, a tymczasem Shanks wziął się za regulację rachunku (musiał przy tym poprosić o pożyczkę Beckmanna). Na Zeffa nie musieli czekać zbyt długo. Wyszedł spokojnie z kuchni i zatrzymał się metr przed stolikiem Czerwonych. Zanim jednak cokolwiek powiedział, Shanks, a wraz z nim jego załoga, powstali i uklękli, czym wywołali zdziwienie na twarzy gości i samego szefa kuchni.
- Składamy hołd Zeffowi Czerwonej Nodze – powiedział cicho Shanks. – Wielkiemu kucharzowi, odważnemu piratowi i człowiekowi, który wydał na świat tak wspaniałą jednostkę jak Czarnonogi Sanji.
- Nie rób scen, Rudowłosy – odparł Zeff z lekką irytacją w głosie.
Pomógł wstać Shanksowi i posadził go z powrotem przy stole. Załoga Rudowłosego również podniosła się, ale usiadł tylko Beckmann i Yasopp, bo tak wcześniej ustalił kapitan.
- Poczekajcie na zewnątrz, chłopcy – rozkazał Shanks załodze i w mgnieniu oka byli tylko on, Zeff, Beckmann i Yasopp.
- Domyślam się, że nie wyciągnąłeś mnie z kuchni tylko po to, aby oddać mi cześć – odezwał się po chwili milczenia Zeff. – Zresztą, jeśli chodzi o Słomiane Kapelusze, masz o wiele większe zasługi niż ja.
- Musimy poczekać jeszcze na parę osób, zanim wyjaśnię ci z czym przychodzę.
Nim skończył mówić, przez drzwi weszli kolejno: doktor Kureha, Nojiko i Iceburg.
- Tutaj, proszę państwa – zawołał do nich Shanks.
Przysiedli się do stołu. Rudowłosy przetoczył wzrokiem po twarzach zebranych, po czym wyprostował się i zaczął:
- Myślę, że to wszyscy. Niestety jedna osoba nie zgodziła się przyjść, co mnie smuci, ale musimy się bez niej obejść.
- Przejdź wreszcie do rzeczy – powiedział Zeff.
- Beckmann – zwrócił się do bosmana Shanks.
Jego człowiek położył na stole listy gończe Słomianych. Na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy zadowolenia, kiedy ujrzeli swoich bliskich i znajomych. Zeff nawet zachichotał (choć od ponad trzech miesięcy trzymał list gończy Sanjiego u siebie w kajucie, i tak nie przestał być dla niego zabawny). Jedynie twarz Yasoppa przedstawiała ponury grymas, kiedy wpatrywał się w zdjęcie Sogekinga. Shanks dobrze wiedział, co chodzi mu po głowie, więc mówił dalej:
- Jestem pewien, że znacie przynajmniej po jednej osobie na tych listach gończych. Bardzo się napracowałem, aby dowiedzieć się najpierw czegoś o ich pochodzeniu, a potem o waszym istnieniu. Ja i moi ludzie szukaliśmy informacji we wszystkich portach, do jakich zawinęliśmy. Później przybywaliśmy na miejsca, gdzie przebywaliście, aby tam zweryfikować dane nam informacje. Żałuję, że nie udało mi się zebrać tu kogoś, kto zna Nico Robin i Brooka, a mistrz Łowcy Piratów Zoro odmówił mi, ale zdaję sobie sprawę, że i tak jest dobrze.
- Do rzeczy – pogoniła go Kureha. – Po co nas tu ściągnąłeś?
- I szybko, bo muszę wrócić do kuchni – dodał Zeff.
- Zebrałem was tutaj, gdyż kapitan tej „uroczej gromadki” jest moim starym znajomym.
- Ależ mi nowina – zakpiła Nojiko. – Wszyscy o tym wiedzą.
- To już od dawna nie jest tajemnicą, skąd Luffy ma swój słomiany kapelusz – wtrącił Iceburg.
- W każdym razie, ostatni raz widziałem go jak był małym dzieckiem i nie wiem co z niego wyrosło. Toteż postanowiłem go odwiedzić i się tego dowiedzieć…
- Nadal nie rozumiem, po co ci my – przerwała mu Nojiko. Shanks uśmiechnął się przyjaźnie.
- Pomyślałem, że wy też bylibyście zainteresowani małym spotkaniem po latach. Beckmann – odezwał się znów do bosmana, a ten rozłożył na stole mapę. Shanks postawił palec na porcie jakiegoś wielkiego archipelagu i oświadczył: – Według moich obliczeń tu właśnie niebawem się zatrzymają. Tam też dojdzie do naszego Wielkiego Spotkania.
- Ciekawe… – powiedziała jakby do siebie Kureha.
- To co? Jesteście zainteresowani?
Przez chwilę milczeli w zastanowieniu. Pierwsza odezwała się Kureha:
- Właściwie mam dużo wolnego czasu. Mogę się spotkać z moim małym reniferem.
- Ja też się zgadzam – oświadczyła Nojiko. – Dawno nie widziałam siostry. Ciekawe, co u niej słychać?
- Chętnie się spotkam z tym głupim cyborgiem, aby skopać mu tyłek – wyrzucił z entuzjazmem Iceburg.
- Mam restaurację na głowie – wtrącił Zeff. – Nie mogę tak po prostu sobie pojechać.
- Rozumiem – odparł ze smutkiem Shanks i wstał od stołu. – Nie oczekiwałem, że to zrobisz, Zeff.
- Ale z drugiej strony – zaczął Zeff, uśmiechając się chytrze – zawsze mogę wyznaczyć zastępcę na czas nieobecności.
Shanks rozpromienił się i znów usiadł przy stole.
- Jest jeszcze jedna przysługa, o którą chciałbym was poprosić…

W ciemności nocy na Red Force, kiedy wszyscy już spali, aby następnego dnia skierować się w stronę królestwa, w którym przebywały Słomiane Kapelusze, jedna osoba, jak na złość, nie spała. Strzelała do rzędu puszek postawionych na stole, przy którym za dnia chłopaki grali w karty. Osobą tą był oczywiście Yasopp. Odstrzelił po kolei wszystkie puszki, aż została mu tylko jedna. Już celował w jej stronę, kiedy nagle wyszedł na pokład zdenerwowany Shanks. Ręka Yasoppa zatrzymała się w powietrzu.
- Co ty robisz, idioto? – szepnął jego kapitan. – Słychać cię po całym statku.
- Czyżby? To gdzie reszta? – zadrwił Yasopp.
Faktem było, że reszta załogi była przekonana, że tylko Shanks mógł przerwać tę strzelaninę, dlatego wysłała kapitana samego. Ale Shanks nie chciał o tym wspominać, więc powiedział tylko:
- Po prostu przestań, Yasopp. Musimy się wyspać, a ty nam nie pomagasz.
Twarz Yasoppa spoważniała.
- Jeszcze tylko ta jedna puszka, kapitanie.
- Niech będzie, ale potem spać!
Yasopp znów wycelował do puszki. W jego głowię pojawiła się pewna myśl, ale starał się skupić na celu. W końcu pociągnął za spust.
To, co się stało potem, sprawiło, że Shanks aż oniemiał. Również sam snajper nie mógł uwierzyć własnym oczom. Kula po prostu przemknęła tuż obok puszki i wbiła się w drewnianą balustradę. Chybił. Yasopp, który nigdy nie chybiał, chybił. W dodatku tak duży cel jak puszka. Shanks nie był w stanie określić, co się stało, ale Yasopp wiedział dobrze.
Spróbował poprawić. Shanks spojrzał na rękę, w której trzymał pistolet. Drżała. Po chwili Yasopp wystrzelił. I tym razem, ku swemu i kapitana zaskoczeniu, jego kula ominęła cel. Jeszcze dwa razy strzelał do tej głupiej puszki, ale nie był w stanie w nią trafić. W końcu rzucił pistolet na podłogę i odwrócił się w stronę kapitana. Shanks wnioskował z jego twarzy, że jest coś, co go martwi.
- Kapitanie – odezwał się Yasopp. – A jeśli on mnie nienawidzi? A jeśli nie będzie chciał ze mną rozmawiać?
- Usopp? – zapytał domyślnie Shanks. – Trudno. Jestem rad, że przystąpiłeś do mojej załogi, ale musisz wreszcie załatwić sprawy ze swoim synem. To nie będzie łatwe, ale myślę, że jak szczerze ze sobą pogadacie, będziecie w stanie zacząć wszystko od początku.
- A jeśli to właśnie Usopp jest Sogekingiem?! – krzyknął Yasopp. Zaraz uspokoił się i szepnął: – Co wtedy, kapitanie?
- To możliwe, Yasopp – odparł jedynie Shanks.
- Chcę się zmierzyć z tym człowiekiem. Chcę go pokonać. Ile razy słyszę nazwę „Król Snajperów”, gotuje się we mnie krew. Ale jeśli Sogekingiem jest Usopp… Rozumiesz, kapitanie. Nie chcę go zabić. Tylko ostatnia łajza zabija swoje własne dziecko.
Shanks uśmiechnął się.
- A kto powiedział, że to ma być pojedynek na śmierć i życie? Przecież możecie się zmierzyć w strzelaniu na tyle różnych sposobów… Możecie strzelać do tarczy, do ptaków albo czegoś jeszcze innego.
- Prawda – stwierdził z lekkim uśmiechem Yasopp, ale znów spoważniał. – Mimo to boję się tego, że Usopp może okazać się Sogekingiem.
- Idź już spać, Yasopp. Jutro wyruszamy w dalszą drogę.

- Ziemia! Nareszcie! – wrzasnął na całe gardło Luffy.
- Cicho, idioto – zdenerwował się obudzony z drzemki Zoro.
Po tygodniu dryfowania po morzu, statek Słomianych znów zawinął do portu. Był to półwysep, część jakiegoś większego królestwa, który miał dostęp do morza. W oddali dało się zobaczyć wysokie pokryte kosodrzewiną góry, pod którymi kłębiło się tętniące życiem miasto portowe. Nosiło nazwę Gull i – wedle tego, co mówiła Nami – był to najważniejszy port Królestwa Złotego Archipelagu. Słomiani zamierzali tu uzupełnić parę rzeczy i się trochę zabawić.
Z ostrożności Słomkowi postawili kotwicę na plaży, oddalonej o kilka kilometrów od głównego portu. Na tym jednak ich ostrożność się skończyła, bowiem nawet się nie przebrali, aby podczas tułaczki po mieście nikt ich nie rozpoznał. Widocznie uważali, że tutaj akurat nie ma listów gończych albo nawet jak trafi się jakiś Marines i ich rozpozna, dadzą mu radę.
Jeszcze zanim opuścili Thausend Sunny, Nami zebrała wszystkich w jedną kupę, aby omówić strategię:
- Zrobimy jak zawsze – Sanji załatwi żywność, Luffy pójdzie się nachapać, Zoro będzie go pilnował, a reszta zajmie się swoimi sprawami.
- Yohoho! Będzie zabawa!
- Tylko bez głupich pomysłów – dodała Nami.
- Ma się rozumieć – odparł Zoro. – Nie ufasz nam?
- Ufam podczas walki. W trakcie spokoju, jesteście nieobliczalni.
Tak więc rozeszli się w różne strony. Luffy oczywiście wstąpił do pierwszego lepszego baru, aby się najeść mięsa. Zoro wraz z Brookiem zatrzymali się w barze sąsiednim, bo chcieli mieć na niego oko. Sanji zabrał się za zapasy, Usopp rozglądał się po okolicy za częściami do nowego wynalazku. Robin i Nami poszły na zakupy, a Chopper im towarzyszył, aby być ewentualnym tragarzem. Franky po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że jednak zostanie i popilnuje statku.
Nikt z nich nie domyślał się, że kilka minut wcześniej, na tej samej plaży (jednak z bardziej zalesionej strony) przycumował Red Force. Kiedy tylko Shanks dostrzegł czubek Thausend Sunny i uśmiechnął się pod nosem, podszedł do niego Iceburg. Na jego twarzy również jaśniał uśmiech, a był to uśmiech dumy.
- Prawda, że monumentalny? Ja i moi ludzie ciężko pracowaliśmy, aby zrobić wszystko według projektu Franky’ego.
- Rzeczywiście imponujący, chociaż ten lew jako ornament… W każdym razie kiedy wychodzili na miasto, nie widziałem tam Franky’ego, więc prawdopodobnie jest teraz na statku.
Iceburg bez słowa zeskoczył na ląd i poszedł w stronę Thausend Sunny. Reszta załogi i gości Shanksa również zeszła i rozeszła się. Każdy poszedł w swoją stronę.
Jedynie Shanks stał samotnie na pokładzie swojego statku i wpatrywał się w dal. Westchnął głęboko. Dobrze wiedział, gdzie Słomiany Kapelusz się znajduje, ale wolał być teraz właśnie tutaj. Zanim bowiem spotka się z samym Luffy’m i odkryje, kim się stał, chciał jeszcze poczekać na wieści o tym, co myśli o swoim kapitanie jego załoga. Teraz wszystko zależało od Nojiko, Kurehy, Iceburga, Zeffa, Yasoppa i Beckmanna (bosman miał się zająć Zoro i Brookiem). Pośród wielu pytań osobistych mieli zadać jedno szczególne. Odpowiedź na nie dałaby Shanksowi szersze pojęcie na temat tego, co wyrosło z Luffy’ego Kotwicy.
Ostatnio zmieniony 29 kwie 2013, 22:10 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 3 razy.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 29 kwie 2013, 17:01

Przeczytałem i muszę przyznać, że wciągnęło mnie. Czytało się przyjemnie i jakbym miał określić je jednym słowem to powiedziałbym, że opowiadanie jest "lekkie". Przede wszystkim spodobał mi się klimat. Plus za naturalne dialogi i postaci. Wyszło bardzo zgrabnie.
Kelner z rachunkiem wyszedł akurat, kiedy Rudowłosy przełknął dosłownie ostatni kęs śledzia w majonezie.
Wszedł?
- Usopp? – zapytał domyślnie Shanks. – Trudno. Jestem rad, że przystąpiłeś to mojej załogi, ale musisz wreszcie załatwić sprawy ze swoim synem.
Do mojej czy to mojej?
#ZostańwDomuCzytajOpowie

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 30 kwie 2013, 06:25

Ze względu na regulamin i nie dość długi pierwszy rozdział, przesyłam dwa.

Bitwa kucharzy
Sanji znalazł się na targu. Bez entuzjazmu rozglądał się po stoiskach z wszelkiej maści żywnością. Wiedział, że będzie musiał kupić od cholery mięsa dla Luffy’ego, ale wiedział też, że nie musiał kupować nic z ryb czy owoców morza. Zaczął oczywiście od mięsa, potem pokręcił się wśród warzyw, owoców, pieczywa, przypraw… Zakupy zajęły mu jakieś trzy godziny. Jego stopy bolały go niemiłosiernie, bo choć wiele mil przeszedł w życiu, torba z zapasami była strasznie ciężka. Poza tym był bardzo ciepły dzień.
Dlatego też, kiedy tylko Sanji dojrzał jakiś bar, wszedł tam, aby odpocząć i się ochłodzić. Wszystkie stoliki były zajęte, oprócz jednego, stojącego koło drzwi i naprzeciw drzwi. Sanji podszedł tam, położył worek z zapasami obok i opadł z ulgą na krzesło.
- O, jak dobrze… – powiedział sam do siebie.
Mógłby tak siedzieć przez cały czas, ale wiedział, że niebawem będzie musiał wrócić na statek.
Nagle w otwartych na oścież drzwiach do baru pojawił się Zeff. Sanji podniósł głowę nie wierząc własnym oczom. W pierwszej chwili był zdziwiony, a potem wściekły. Co ten wredny staruch robił właśnie tutaj? Czyżby gdzieś była przycumowana Beratie?
Zeff uśmiechnął się w sposób, który się Sanjiemu nie podobał, po czym wszedł do baru i po prostu przysiadł się do stolika byłego kuchcika. Jeszcze przez pół minuty milczeli. Sanji patrzył na Zeffa chłodno, a Zeff na niego – z pewnością siebie, która jeszcze bardziej działała Sanjiemu na nerwy. Pierwszy odezwał się młodzieniec:
- Dobra, może mi wyjaśnisz, co tu robisz, starcze?
- A nie pytasz, jak się miewam?
- Raczej dobrze, jak widzę. No, co tu robisz?
- Zwiedzam to urocze miasteczko. Ty pewnie się znów obijasz. Aż dziw bierze, że nie ma tu żadnej kobiety, do której mógłbyś się mizdrzyć.
- Posłano mnie po zapasy. Oto one. – Sanji wskazał wór z jedzeniem. – Nie wiem jak ty, starcze, ale ja wywiązuję się ze swoich obowiązków należycie.
Zeff uśmiechnął się, ale tym razem z czystą sympatią.
- A All-Blue? Już je znalazłeś?
Sanjiego to pytanie zaskoczyło. Nie wiedział co powiedzieć. Gdyby powiedział, że znalazł All-Blue, Zeff pewnie zapytałby o szczegóły; a jeśli powiedziałby prawdę – że jeszcze go nie znalazł – pewnie starzec znów by na nim usiadł. Jednak Sanji zbyt długo się zastanawiał, aby Zeff sam nie domyślił się odpowiedzi.
- Nie znalazłeś – stwierdził i dodał: – Nie martw się, mały. Wszystko przed tobą.
Sanji milczał. Znów nie wiedział, co powiedzieć.
- Czy twoje jedzenie wciąż smakuje jak pomyje?
Twarz Sanjiego stężała. Podniósł się z krzesła i powiedział:
- Wstawaj, starcze. Nie pozwolę ci obrażać mojego jedzenia. Załatwmy to jak mężczyźni.
Zeff sposępniał. Podniósł się z krzesła. Po chwili zaczęli walkę, która polegała właściwie na tym, że obaj kucharze kopali się na różne sposoby. Zgromadzeni wokół nich goście zaczęli im dopingować. Zrobili im nawet więcej miejsca do bitki.
- Ostry jesteś, dzieciaku, ale pobyt na Grand Line nie sprawił, że jesteś silniejszy – zakpił Zeff, muskając drewnianą nogą bok Sanjiego, który w ostatniej chwili się uchylił.
- Nie jestem już dzieckiem, staruchu! Pamiętaj o tym!
To była naprawdę długa walka, która mogłaby trwać bez końca, gdyby Zeff i Sanji mieli nieograniczoną ilość energii.
- Twoje kopy, mały, są tak samo mizerne, jak żarcie, które serwujesz.
Sanji był wściekły na tego irytującego i złośliwego starucha, dlatego atakował z niezwykłą zaciętością. Drwiny Zeffa tylko podsycały w nim złość i żądzę odegrania się na mentorze.
- Pewnie twoi towarzysze wyrzucają za burtę każdy posiłek jaki przygotujesz.
- Zamknij się, staruchu!
Powróciły do niego wspomnienia tych wszystkich lat spędzonych na Beratie – tych wszystkich bolesnych słów, które Zeff wypowiedział na temat jego kulinarnych umiejętności. A przecież był dobrym kucharzem! Nikt, kto kiedykolwiek posmakował jego potraw, nie śmiał wątpić w jego umiejętności.
Nagle Zeff stanął. Sanji próbował kopnąć go w twarz od lewej strony, ale Zeff zatrzymał jego nogę ręką. Obaj ze zmęczenia oddychali ciężko. Sanji opuścił nogę, ale żaden z nich nie próbował ponowić ataku. Patrzyli tylko na siebie nawzajem – Sanji chłodno, Zeff przyjaźnie.
- A teraz na poważnie: dobrze walczysz – odezwał się w końcu Zeff. Sanji zdziwił się. – Zmachałem się ostro. Nigdy wcześniej chyba nie walczyliśmy, co mały?
- Wydaje mi się – zastanowił się głośno Sanji, siadając przy stole – że nie.
Zeff również usiadł, a zawiedzeni goście powrócili do swoich stolików.
- Ostatni raz mnie zaatakowałeś, Sanji, jakieś dziesięć lat temu. Pamiętasz?
Sanji zrozumiał wnet o co chodziło Zeffowi. To było podczas ich pierwszego spotkania. Sanji wtedy ugryzł nogę Zeffa, co się i tak na nic nie zdało.
- Od tamtej pory tylko szczekałeś, ale nigdy nawet nie próbowałeś mnie uderzyć.
- Bo byłeś moim szefem. To zbrodnia podnieść rękę na szefa. A co dopiero nogę. Poza tym – dodał zapalając papierosa – nigdy nie zapomniałem, że uratowałeś mi życie. Ale przed twoimi odzywkami musiałem się bronić.
- Rozumiem. Jak ci na statku Słomianego Kapelusza?
- Hm? – Sanji zdumiał się tą nagłą zmianą tematu, ale zaraz spokojnie odpowiedział: – A jak ma być? Płyniemy przez morze, od czasu do czasu z kimś walczymy. Często ze sobą, ale w gruncie rzeczy jest sympatycznie. Rabin-chan i Nami-san rekompensują mi towarzystwo tego głupiego, zielonowłosego morimo. No i – dodał, spoglądając na Zeffa z uśmiechem zabarwionym lekką pewnością siebie – uwielbiają moją kuchnię.
- Rozumiem – powiedział Zeff. Podrapał się po tyłku i spytał: – A jaki jest twój kapitan?

Cud na wzgórzu
- Pani nawigator – zawołała za przyjaciółką Robin. – Ja i pan doktor idziemy do innego sklepu.
- Dobra. Spotkamy się na statku – odparła Nami.
A więc szli po mieście – Chopper w Walk Poincie, a Robin obok, z dwiema torbami zakupów w dłoniach. Beznamiętnie rozglądali się po okolicy. Wyglądało na to, że mieszkańcy szykowali się do jakiegoś święta, bo zawieszali różne ozdoby na domach i murach, czyścili ulice, a nawet w centrum miasta odbywała się na wielkim placu próba orkiestry folkowej.
Nagle Chopper stanął jak wryty. Przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w jeden punkt, po czym przyjął swoją mniejszą wersję i schował się za towarzyszką. Lekko zdumiona Robin spojrzała w stronę, w którą wcześniej spojrzał renifer, i ujrzała tylko długowłosą staruszkę ubraną w biodrówki, bluzkę z napisem: „I Love Drugs” i sandały.
- To Doctorine – szepnął Chopper za plecami Robin.
- To wspaniale. Tak długo się nie widzieliście… – ucieszyła się kobieta.
- Nie rozumiesz, Robin. Niby rozstaliśmy się w zgodzie, ale nie jestem pewien, czy się ucieszy na mój widok.
- Chopper! – zawołała nagle staruszka.
Renifer schował się jeszcze bardziej za Robin, a tymczasem Doctorine Kureha zaczęła kierować się w ich stronę. Kiedy stanęła przed panią archeolog, spojrzała na zdenerwowanego Choppera z uśmiechem. W końcu powiedziała:
- Nie chowaj się. Przecież cię nie zjem.
Te słowa najwyraźniej uspokoiły Choppera, bo odetchnął z ulgą, stanął tuż przed Kurehą i już całkiem rozluźniony powiedział:
- Miło cię widzieć, Doctorine. Ile to już czasu?
- A nie wiem – odparła. – Ale stęskniłam się za tobą, Chopper.
- Ja za tobą też, Doctorine. To jest Nico Robin.
- Tak, słyszałam o niej. Miło mi – pokłoniła się Kureha.
- Mnie również, pani doktor – odrzekła Robin z uśmiechem.
- Co robisz tak daleko od Królestwa Drum? – zmienił temat Chopper.
- Odkąd powrócili Issi-20, prawie nie mam pracy, więc postanowiłam zrobić sobie pierwsze od pięćdziesięciu lat wakacje. Wybrałam się w to miasto, bo chciałam odwiedzić pewne ciekawe miejsce. Chcecie pójść ze mną, dzieci?
- Chętnie – powiedział bez namysłu Chopper.
- Ja też się wybiorę – powiedziała Robin, ale zaraz zapytała: – A co to za miejsce?
- Zobaczycie jak dojdziemy. Teraz chodźcie ze mną.
Najpierw wyprowadziła ich z miasta, a następnie pokierowała wydeptaną ścieżką przez las w stronę gór. Na szczyt jednej z nich – na szczęście dla Chopera i Robin niezbyt wysokiej – prowadziły stare, kamienne schody, po których oboje Słomianych i lekarka natychmiast się wspięli. Na szczycie góry stało kilka ogromnych drzew wiśni, które jeszcze nie zakwitły, ale widać było, że już niebawem miała przyjść na to pora.
Robin spojrzała mimowolnie w stronę Choppera. Renifer momentalnie zaczął cicho płakać. Z kolei twarz Kurehy wyrażała smutną zadumę. To było coś, co dotyczyło ich obojga i było w jakiś sposób związane z kwiatem wiśni, może nawet z tym wzgórzem.
Chopper podniósł wzrok na doktor Kurehę, ocierając łzy.
- Doctorine, czy to jest właśnie to miejsce, gdzie…?
- Tak, Chopper – odparła z gorzkim uśmiechem. – To tu twój ojciec został cudownie uzdrowiony.
- To naprawdę tu? – niedowierzał Chopper.
Aż ściągnął cylinder, jakby znajdował się w jakimś świętym miejscu, i podszedł do jednego z drzew. A więc o tym miejscu mówił doktor. Tu właśnie zmienił się ze złodzieja w tak kochanego przez Choppera doktora Hiruluka. Tu przekonał się, że nie ma takiej choroby, której nie da się uleczyć. To było takie dziwne uczucie być tutaj. Wszystko, co Hiruluk opowiadał o tym wydarzeniu, nagle przypomniało się reniferowi i wywołało zrozumiały smutek w jego sercu. Zobaczył go znów w jego własnym domu. Wesoły i pełen energii opowiadał swoją historię, choć jakby nie swoją:
Lata temu, w kraju daleko na zachód, żył wielki złodziej. Cierpiał z powodu ciężkiej choroby serca. Leczył się u największych lekarzy w kraju, ale nikt nie umiał mu pomóc. W końcu wściekły po zrozumieniu, że niebawem umrze, człowiek ten przechodził obok pobliskiej góry. A wtedy… Ujrzał scenę, której nie widział nigdy wcześniej! Kwiat wiśni! Cała góra była pokryta najpiękniejszym kwiatem wiśni, jaki kiedykolwiek widział. A kiedy następnego dnia powrócił do lekarza, ten był zaskoczony. Powiedziano mu tak: „Wydajesz się być w bardzo dobrym zdrowiu!” Był uleczony! To był cud!
Chopper nie wiedział, że kwiat wiśni działał na Doctorine o wiele bardziej melancholijnie, niż to okazywała. Chopper nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że Kureha przeżyła śmierć Hiruluka równie mocno, co jego przybrany syn, tylko potrafiła to lepiej ukryć pod maską obojętności i drwiny. Bardzo żałowała, że nie potrafiła wyleczyć jego choroby; że nie była w stanie zrobić nic innego jak tylko powiedzieć: „Umrzesz za 10 dni”. Chociaż nie miał kwalifikacji, podziwiała jego postawę. Naprawdę chciałaby, żeby ci tchórze, Issi-20, mieli takie poczucie misji jak ten konował. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak on… Ale zbyt długo żyła na tym świecie, aby uwierzyć, że jeden człowiek potrafi uleczyć całą chorą od zła ludzkość. A tym bardziej – aby uwierzyć, że istnieje remedium na wszystkie choroby i że tym remedium jest kwitnąca wiśnia.

Kureha siedziała wygodnie w swoim małym domu i czytała gazetę, rozkoszując się przy okazji gorącą czekoladą. Za oknem szalała śnieżyca, a jej było dobrze tak siedzieć w domu. Miała jednak nieodparte wrażenie, że coś się zdarzy i zepsuje jej ten miły wieczór. Może ktoś zapuka i oznajmi, że trzeba dokonać nagłej operacji; może pomagierzy Wapola przypomną nagle sobie, że tu mieszka albo jeszcze co innego, ale była pewna, że coś się stanie. Instynkt jej nigdy nie zawiódł.
Nie zawiódł i tym razem. W momencie, gdy już zaczęła zagłębiać się w ciekawą lekturę, ktoś zapukał energicznie w jej drzwi.
- Pomocy! Pomocy! – krzyczał za drzwiami nieznany jej męski głos.
Westchnęła głęboko i podniosła się z fotela. Wiedziała, że jeśli nie otworzy od razu, nie zazna spokoju, a poza tym – mimo wszystko nie godziło się nie otworzyć temu komuś. Kto wie czy to nie ranny człowiek?
Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi na oścież. Do jej domu wszedł starszy mężczyzna w poszarpanym płaszczu, zielonej kamizelce, różowych, przykrótkich spodniach i cylindrze. W ręce trzymał torbę lekarską (a przynajmniej na taką wyglądała). Kureha nigdy wcześniej nie widziała tego typa, ale miała złe przeczucia.
Odruchowo zamknęła drzwi. Obdartus uśmiechnął się do niej chytrze, po czym ściągnął grzecznie cylinder i ukłonił się.
- Uszanowanie, koleżanko.
- Ty nie spouchwalaj się zbytnio – powiedziała obrażona. – Pierwszy raz cie widzę na oczy, a ty mnie nazywasz koleżanką?
- Przepraszam bardzo. Jestem doktor Hiruluk.
- Kureha – przedstawiła się, a zaraz dodała ze zdumieniem: – Doktor? Uciekałeś przed ludźmi Wapola?
- Nie – odparł uśmiechając się szeroko. – Przed ludźmi z wioski, ale chyba zgubiłem ich w lesie. Moje lekarstwo nie zadziałało tak jak chciałem – dodał poważnie.
- Naprawdę? A co dolegało pacjentowi?
- Miał gorączkę i kaszlał.
- Typowe przeziębienie. I co zaaplikowałeś?
- Wywar z czosnku, pokrzywy i mleka. Kiedy mu to podałem, zwymiotował.
Pierwszą reakcją Kurehy było największe zdziwienie od stu lat. Zaraz potem zaśmiała się na cały głos. Śmiała się długo i serdecznie, aż łzy napłynęły jej do oczu. Tymczasem na twarzy Hiruluka pojawił się grymas złości i niezadowolenia.
- Co w tym śmiesznego?
- Ty chyba nie jesteś prawdziwym lekarzem, co? – spytała, tłumiąc śmiech.
- Takim po studiach nie, ale… – urwał, bo śmiech Kurehy nie dał mu dokończyć.
- Ile wziąłeś za tę „kurację”? – spytała, wciąż chichocząc.
Hiruluk wyprostował się dumnie i z pewnym siebie uśmiechem oświadczył:
- Nic. Nigdy nie biorę pieniędzy od pacjentów.
Ta odpowiedź uciszyła śmiech Kurehy. Spojrzała ze zdziwieniem na Hiruluka, który wciąż się uśmiechał. Założył cylinder na głowę i ruszył do wyjścia.
- No, wielkie dzięki za pomoc, koleżanko, ale ja muszę już iść. Muszę wrócić do domu i sprawdzić, co z pewnym doświadczeniem…


To było ich pierwsze spotkanie. Wtedy odniosła wrażenie, że odwiedził ją dość dziwny idiota, ale potem, w miarę jak go poznawała, nawet go polubiła. Dopiero kiedy zginął, zrozumiała jak bardzo jej na nim zależało. Nie kochała go, ale był jej przyjacielem, chociaż niewątpliwie była to dziwna przyjaźń. Jedynie on nie przychodził do niej tylko po to, bo się leczyć, ale żeby po prostu pogadać. Zwierzał się jej, opowiadał o swoim życiu przed „uzdrowieniem”, pocieszał ją, gdy trzeba było, przynosił sake, które razem wypijali. Czasem musiała mu coś opatrywać, ale nigdy mu nie odmawiała pomocy, choć nie miał czym zapłacić.
Ostatnio czuła, że dobrze byłoby wreszcie odejść z tego świata. Ponieważ nie miała już pacjentów i była całe dnie sama, bez Choppera, czuła się stara, zmęczona i niepotrzebna. Wiele razy myślała o tym jak to miło byłby zasnąć, obudzić się na tamtym świecie i spotkać tam Hiruluka.
Nagle Chopper odwrócił się i powoli podszedł do stojących za nim kobiet. Podniósł głowę, aby móc spojrzeć na Kurehę.
- Myślisz, Doctorine… że doktor mógłby być ze mnie dumny?
- Doktor Chopper dobrze się wywiązuje ze swoich obowiązków – wtrąciła się Robin. – Jako pirat też daje sobie wspaniale radę.
- Ależ, moja droga, ja to dobrze wiem – odparła Kureha. – Jestem pewna, że za każdym razem, kiedy ojciec Choppera, doktor Hiruluk, widzi go z góry, jest z niego dumny.
- Doctorine… – zaczął, ale nie dokończył, gdyż wybuchł płaczem.
- No, nie becz, mały. W końcu jesteś już mężczyzną. Chodźmy stąd.
Zaczęli schodzić po schodach na dół.
- W ogóle wiesz, Chopper, że w Drum jesteś bohaterem?
- Naprawdę, Doctorine? Ale moja nagroda jest taka mała…
- Ci ludzie cieszą się, że ktoś z Drum jest piratem i to w dodatku na tak słynnym statku. Z lubością słuchają o twoim kapitanie i jego szalonych wyczynach. Powiedzcie mi, kochani – zaczęła nagle, wkładając ręce do kieszeni – jak wam się żyje z tym szaleńcem?

Kureha weszła spokojnie na – wydawałoby się – pusty Red Force. Chciała pójść do swojej tymczasowej kajuty i odpocząć. Jednak kiedy tylko chwyciła za klamkę, znikąd pojawił się oparty o ścianę tuż obok Shanks. W ręce trzymał fajkę, z której wydobywał się cienki dym. Kapitan uśmiechnął się przyjaźnie, po czym zaczął:
- Mam dla pani pewną propozycje, pani doktor. Czy nie miałaby pani ochoty posmakować trochę pirackiego życia?
- Dlaczego miałabym mieć na to ochotę? – spytała Kureha.
- Bo jest fajne – odpowiedział wciąż uśmiechnięty, ale zaraz spoważniał. – A tak na serio: Niedawno straciliśmy lekarza pokładowego. Długo nie przetrwamy bez tak ważnej osoby, gdyż jak pani wie, piraci są narażeni na różne choroby i urazy. W Beratie powiedziała pani, że ma dużo czasu, więc pomyślałem, że może…
Nie dokończył, bo Kureha zaśmiała się szyderczo na głos.
- Nie ma takiej siły, która mogłaby mnie przekonać, abym została piratem. Jestem już stanowczo za stara na podróże, na lądzie jest mi bardzo dobrze, a poza tym nie chcę być ścigana listem gończym. Będzie pan musiał poszukać innego frajera, kapitanie Shanks.
- Nie to nie. Trudno – odparł, odchodząc od ściany i kierując się w stronę wyjścia na zewnątrz.
Po chwili już go nie było.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 06 maja 2013, 17:24

Wydawało mi się, że przed rozdziałem był jeszcze jeden post. whatever
Przeczytałem nieco wcześniej, ale dopiero teraz mam czas na odpowiedź. Pierwszy rozdział z Zeffem i Sanjim podobał mi się ze względu na luz i humor. Krótki, ale syty.
- Czy twoje jedzenie wciąż smakuje jak pomyje?
Mnie chyba by zatkało w takim momencie. :mrgreen:
Jeśli miałbym jednak wybierać, który z tych dwóch rozdziałów podoba mi się bardziej wybrałbym jednak ten drugi "melancholijny" - świetnie się czytało, głównie ze względu na Kurehe, która na ten moment jest moją ulubioną postacią. A, i bardzo się cieszę, że odmówiła Shanksowi.
Jego stopy bolały go niemiłosiernie, bo choć wiele mil przeszedł w życiu, torba z zapasami była strasznie ciężka.
Stopy bolały go, wystarczy.
- Tak, Chopper – odparła z gorzkim uśmiechem. – To tu twój ojciec został cudownie uzdrowiony.
- To naprawdę tu? – niedowierzał Chopper.
nie dowierzał
#ZostańwDomuCzytajOpowie

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 06 maja 2013, 22:55

Miałam ci coś odpowiedzieć, Skorpion, ale boję się, że mogłabym ci zafundować spoiler. Tak czy inaczej, cieszę się, że "melancholijny" rozdział ci się podobał, bo będzie ich jeszcze kilka. Na przykład ten...

Ojciec marnotrawny
Zmęczony Yasopp opadł na łóżko w swoim domu. Chodził cały dzień po lesie, aby upolować coś na obiad. Miał jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale na razie nie chciało mu się nic. Teraz chciał tylko leżeć i odpocząć.
- Tato! Tato!
Do pokoju wbiegł uradowany jego pięcioletni syn Usopp. Zatrzymał się przed łóżkiem ojca. Yasopp usiadł i wtedy zorientował się, że mały trzyma w rękach jakiś czarny materiał. Tymczasem z kuchni odezwała się ich żona i matka:
- Usopp, nie przeszkadzaj tacie.
- Ale ja chciałem coś tatusiowi pokazać – zawołał do matki chłopiec, po czym odwrócił się do ojca: – Tylko popatrz, tatusiu, co dzisiaj zrobiłem!
Wziął czarny materiał za dwa rogi i go rozwinął. Ku zdumieniu Yasoppa jego oczom ukazał się dosyć dziwaczny Wesoły Roger. Nie wyglądał strasznie – zamiast złowieszczego, szerokiego uśmiechu, jego wyraz twarzy przedstawiał zdziwienie. Usta miały kształt cienkiej, pionowej elipsy. Flaga nie posiadała również żadnych dodatków.
- Co sądzisz, tato? – zapytał podekscytowany Usopp, podnosząc głowę ponad flagą i spoglądając na ojca. – Fajna, prawda?
- Uważam, że to całkiem dobra flaga – odpowiedział, właściwie zgodnie z prawdą, Yasopp. – Może trochę nietypowa, ale wygląda nieźle.
- Naprawdę tak myślisz? – spytał uradowany Usopp. Yasopp uśmiechnął się i pogłaskał go po głowie.
- Zachowaj ją i dbaj o nią. Kiedyś zawiesisz ją na swoim własnym statku.


- Usopp…!
Usopp właśnie przechadzał się po nabrzeżu, kiedy usłyszał, że ktoś go zawołał. Drgnął ze zdziwienia, a nawet lekkiego przerażenia, gdyż nie poznawał głosu, który wypowiedział jego imię. Kiedy się odwrócił, aż zamarł z wrażenia. Mimo że minęło tyle lat, od razu rozpoznał w mężczyźnie przed sobą swojego ojca. Yasopp miał bardzo smutny wyraz twarzy i unikał przez chwilę wzroku syna. W końcu jednak podniósł głowę i spojrzał Usoppowi w twarz.
Podszedł bliżej do syna. Spodziewał się z jego strony tylko potępienia, bo jak inaczej miał się zachować porzucony w młodości syn, widząc wyrodnego ojca? Skakać z radości? Nie, Yasopp nie miał złudzeń, że Usopp nie chowa do niego urazy. Może jeśli opowie chłopakowi, że przez te wszystkie lata o nim myślał i za nim tęsknił, Usopp po jakimś czasie może mu wybaczy…
Jejku, jak on wyrósł! Yasopp pamiętał syna jako paroletniego dzieciaka, małego, z krótkimi kędzierzawymi włoskami, okrągłą twarzą i o wiele krótszym nosem. Teraz był młodym mężczyzną. A on – Yasopp, jego własny ojciec – nie widział, jak jego mały chłopiec dorasta i mężnieje. Nie było go, aby przeprowadzić syna przez okres dojrzewania i poradzić mu w sprawach płci pięknej. Nie było go, aby zrobić te wszystkie rzeczy, które zwykle ojcowie robią z dziećmi. Yasoppowi chciało się płakać ze wstydu i poczucia winy, ale jedynie zacisnął po kryjomu pięści.
- Wal, chłopcze – powiedział po chwili milczenia, rozwierając szeroko ramiona. – Pewnie już od bardzo dawna o tym marzysz, więc nie będę się stawiał. Zasłużyłem.
- O czym ty mówisz, tato? – spytał Usopp i uśmiechnął się. – Cieszę się, że cię widzę.
- Ale… przecież jestem draniem, który zostawił ciebie i twoją matkę. Zwykle dzieci są wściekłe na swoich ojców za takie coś.
- To były dla mnie bardzo ciężkie chwile, przyznaję, ale nigdy nie pomyślałem o tobie jak o draniu, który porzucił swoją rodzinę.
Yasopp zbaraniał. Usopp znów się uśmiechnął, odwróciwszy się w stronę, którą wcześniej szedł.
- Chodź, tato. Usiądziemy gdzieś i pogadamy.
Znaleźli sobie miejsce na plaży, kilka metrów od Thausend Sunny. Usiedli na miękkim piasku i przyglądali się błękitnemu morzu przed sobą, w którym odbijały się białe refleksy światła słonecznego. Słońce wisiało już wysoko, na niebie nie było ani jednej chmurki.
- Cudowny widok – stwierdził Usopp. Siedział po lewej stronie od ojca.
- Prawda – przyznał Yasopp. – To najpiękniejszy widok na świecie, choćby nie wiem, gdzie się w życiu bywało i co widziało.
- Wiesz, kiedy byłem zdenerwowany albo smutny, przychodziłem na wybrzeże i patrzyłem na morze. Wiedziałem, że jesteś gdzieś tam i że na pewno jesteś odważnym wojownikiem morza. Kłamałem na temat różnych rzeczy. Że mam 80 milionów ludzi, że zabiłem wielką złotą rybkę, którą potem nakarmiłem wioskę krasnoludków, albo że jestem Luffy’m – zaśmiał się przy wspomnieniu Daddy’ego, ale zaraz spoważniał. – Ale nigdy nie kłamałem, że mój ojciec nie jest piratem. Mama również nie i nie miała ci za złe, że nas opuściłeś. Zanim umarła powiedziała: „Jestem dumna z tego, że poślubiłam twojego ojca. Stań się dzielnym mężczyzną tak jak on.”
- Zaraz. Mama nie żyje?
- Tak. Rozchorowała się zaraz po tym jak odszedłeś.
Yasopp milczał przez chwilę. Ścisnął ręce złożone na ramionach i przygryzł dolną wargę. Usopp również się nie odzywał, tylko położył rękę na ramieniu ojca, dając mu do zrozumienia, że nie obwinia go za śmierć matki. Siedzieli tak razem przez dłuższą chwilę i przyglądali się morskiej dali.

Yasopp szedł z żoną brzegiem plaży. Jego połowica była już w ósmym miesiącu ciąży, a wykonane dokładnie przed godziną badanie USG wykazało, że mają się spodziewać całkiem zdrowego chłopca. Yasopp cieszył się z tego, tak jak każdy mężczyzna, który dowiedział się, że będzie miał męskiego potomka. Pokój dziecięcy był już gotowy, teraz musieli tylko wybrać chłopcu imię, z czym Yasopp się ociągał.
Obejmował jednym ramieniem ukochaną i w zamyśleniu spoglądał na morze przed sobą. Jego żona nagle się zatrzymała. Popatrzył na nią ze zdziwieniem. Uśmiechnęła się do niego, dotykając brzemiennego brzucha.
- Kopnął mnie – szepnęła. – Chodź! Zaraz pewnie znów to zrobi.
Yasopp ochoczo podszedł do żony i położył rękę na jej łonie. Oczekiwał ze zniecierpliwieniem i podekscytowaniem na kopniak swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Trwał w tym stanie przez dwie minuty, będąc pewnym, że już zaraz syn da o sobie znać, jednak potem zaczął się już niecierpliwić. Popatrzył na żonę tak, jakby chciał powiedzieć: „Jesteś pewna, że to zrobi?”.
- Poczekaj, zaraz znów kopnie – odpowiedziała spokojnie.
Yasopp potrzymał rękę jeszcze przez minutę. Kiedy nie doszło do żadnej reakcji ze strony malucha, znów podniósł swój wzrok na ukochaną, która uśmiechnęła się do męża. On również się rozchmurzył, po czym kucnął przy brzuchu i powiedział niezbyt poważnie:
- Hej, mały. Nie kłam, że cię tam nie ma. Ja wiem, że tam jesteś, więc kopnij jeszcze raz.
Kobieta zachichotała, ale zaraz przestała. Przyszła jej do głowy pewna myśl.
- Usopp – powiedziała. Mąż spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Uśmiechnęła się i wyjaśniła: – „Uso”, czyli „kłamać”. To cenna umiejętność: dobrze skłamać. Oczywiście nauczymy go, żeby był uczciwy, ale jeśli będzie umiał wykorzystać kłamstwo do dobrych celów albo żeby się obronić, da mu to wiele korzyści. Wiem, że to dziwne imię, ale…
- Niech będzie Usopp – odparł Yasopp z uśmiechem.

Pocałował żonę i ruszyli do domu.

Yasopp kochał żonę tak samo jak syna. Na statku Shanksa nie było dnia, w którym nie myślałby o swojej rodzinie, nie zastanawiał się, jak się miewali, albo za nimi nie tęsknił. Decyzja o wypłynięciu na morze wcale nie była łatwa. Zawsze miał wrażenie, że wyrządził żonie i synowi straszna krzywdę. Wszystkie swoje „działki” ze znalezionych skarbów przesyłał im jak alimenty i miał nadzieję, że wystarczy im to na godne życie. Miał też nadzieję, że kiedyś jego kapitan zdecyduje się przycumować do brzegu jego rodzinnej wyspy, i Yasopp znów ich zobaczy, znów weźmie w ramiona żonę i znów przytuli ją do serca. Wyobrażał sobie tę scenę wielokrotnie i pragnął, by stała się rzeczywistością. Teraz, kiedy dowiedział się o wszystkim, wiedział, że jego pragnienie już nigdy się nie spełni. Już nigdy jego żona nie dowie się, jak bardzo mu jej brakowało przez te wszystkie lata spędzone na morzu.
- Myślisz, że mógłbym być odważniejszy? – podjął nowy wątek Usopp, wyrywając ojca z rozmyślań. – Być tak dzielnym piratem jak ty? To moje wielkie marzenie.
- Powiem ci coś, chłopcze – odpowiedział Yasopp, kładąc rękę na ramieniu syna. – Ja też się na początku swojej pirackiej drogi bałem.
- Ty się bałeś?
- Tak. Trząsłem portkami, kiedy zaczynała się jakaś większa akcja. Nawet wiedząc, że strzelam nie najgorzej, i tak większość przeciwników, z którymi się mierzyliśmy, była jakaś dziwna. Jednak mój kapitan stał tam i się ich nie bał, a moi kamraci walczyli z nimi i też się nie bali. Widząc to, nie mogłem stać z boku. Bo odwaga, synu, nie jest czymś, z czym się rodzisz, lecz czymś, co nabywasz.
- Dzięki, tato.
Yasopp uśmiechnął się szczerze do syna, ale zaraz przypomniał sobie o pytaniu, które miał mu zadać. Położył coś na piasku po swojej prawej stronie i spojrzał na Usoppa poważnie.
- Jest jeszcze jedna rzecz, której chciałbym się od ciebie dowiedzieć. Dawno temu nasz statek zawinął do portu, gdzie spotkaliśmy twojego kapitana.
- Wiem. Luffy mi o was opowiadał.
- Był z niego naprawdę pocieszny malec. Chciał z nami wypłynąć w morze, ale nasz kapitan się nie zgadzał. Luffy był wtedy jeszcze za mały. W każdym razie chciałem cię zapytać: Jaki jest teraz? Jak się czujesz jako członek jego załogi?

- I co, Yasopp? – zapytał swojego człowieka Shanks, kiedy ten wchodził na pokład Red Force. – Usopp jest Sogekingiem czy nie?
- Wiesz, kapitanie, nadal nie jestem pewien – odpowiedział Yasopp i oparł się o balustradę. – W pierwszej chwili wydawał się być niezbyt pewny siebie. Twierdził, że nie jest zbyt odważny.
- Skąd ja to znam? – zaśmiał się Shanks, spoglądając na Yasoppa ironicznie.
- Ale potem, kiedy zadałem pytanie, które kazałeś mi zadać… Mówił o sobie w zupełnie inny sposób. Ostatecznej pewności nabiorę chyba tylko wtedy, gdy zobaczę jak strzela.
Shanks uśmiechnął się. Tak, to będzie ciekawe zobaczyć syna Yasoppa w akcji.
- A, i jeszcze coś, kapitanie – odezwał się Yasopp. Jego twarz była bardzo poważna. – Wielkie dzięki, że dałeś mi możliwość spotkania z Usoppem. Ten czas spędzony z synem był dla mnie bardzo cenny. To naprawdę miło z twojej strony.
- Dla załogi wszystko – odrzekł dziarsko Shanks, ale zaraz dodał poważniej: – Cieszę się, że udało ci się znaleźć z nim wspólny język.
Yasopp odszedł od balustrady i skierował się do swojej kajuty.
Ostatnio zmieniony 12 maja 2013, 21:18 przez RedHatMeg, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 12 maja 2013, 19:31

Ok... Zacznę od plusów - naprawdę udane retrospekcje. Lubię opowiadania, które przeskakują między przeszłością i teraźniejszością, tym bardziej, że pomagają w budowaniu postaci ojca. Wyszło całkiem nieźle. Trochę mniej podoba mi się syn, ale pewnie z racji, że w tym duecie mimo wszystko został przysłoniony przez ojca i nie miał szansy "wykazać się". No, ale w sumie nie padła jeszcze odpowiedź na najważniejsze pytanie, a więc wszystko jeszcze może się stać. I pewnie stanie XD
Mimo, że minęło tyle lat, od razu rozpoznał w mężczyźnie przed sobą swojego ojca.
bez przecinka
- Tak. Trząsłem portkami, kiedy zaczynała się jakaś większa akcja. Nawet wiedząc, że strzelam nienajgorzej, i tak większość przeciwników,
nie najgorzej

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 15 maja 2013, 08:19

W tym rozdziale jest mały błąd merytoryczny, który dostrzegłam z czasem, kiedy dowiedziałam się więcej o załodze Shanksa. Chodzi o broń Beckmana - tutaj jest to szabla, a w oryginale bosman Shanksa używa strzelby jak broni obuchowej. Nie mogłam jednak tego zmienić w samym rozdziale, bo był to jednak element całego fika, a poza tym jest to przecież walka między Beckamanem a Zoro.

Bosmani
Zoro i Brook siedzieli w pustym barze i pili – Zoro piwo, a Brook herbatę. Właściwie nic do siebie nie mówili, bo nie mieli o czym rozmawiać. Byli zajęci swoimi myślami. Nawet nie zareagowali, kiedy obok nich stanął jakiś postawny człowiek w kapturze i zapalił papierosa. Puścił wielkiego dyma, po czym się odezwał:
- To wy jesteście kamratami Słomianego Kapelusza?
- A kto pyta? – spytał Roronoa.
- Ciekawski – odparł bezczelnie zakapturzony.
- No, więc jesteśmy kamratami Słomianego Kapelusza. I co w związku z tym? – oświadczył Zoro.
- W barze po drugiej stronie ulicy ten oblech żre jak świnia mięso.
- No, żre. To twoje mięso, że się wtrącasz do jego obiadu?
- Nie, ale głupio wygląda, siedząc na tyłku i tylko pochłaniając tę górę jedzenia.
Przybysz najwyraźniej chciał zdenerwować Zoro, ale szermierz siedział i pił piwo ze stoickim spokojem. Wydawało się, że nie da się go urazić, kpiąc z jego kapitana. Beckman wiedział, że to nie był ze strony szermierza brak szacunku do Luffy’ego i był pewien, że jeśli uderzy od odpowiedniej strony, Zoro zareaguje tak jak bosman Rudowłosego chciał. Musi być jakiś czuły punkt – obelga, której Łowca Piratów nigdy by nie darował.
- I do tego ten idiota rozpowiada wszystkim, że zostanie Królem Piratów. Co za nonsens!
Twarz Zoro nieco stężała. Spojrzał chłodno na zakapturzonego Beckmana, Brook z kolei nadal pił w spokoju herbatę.
- Mały, wiejski idiota – ciągnął dalej Beckman. – Założę się, że te wszystkie rzeczy, które o nim mówią, to bujdy. Ten słabeusz nie może być aż tak silny.
Zoro milczał, ale gdyby wzrok mógł zabijać, pewnie zakapturzony dawno leżałby martwy. Krew gotowała się w zielonowłosym, im dłużej słuchał drwin z Luffy’ego. Zoro mógł zignorować uwagi na temat kiepskich manier swojego kapitana przy stole (sam wiele razy czuł obrzydzenie podczas wspólnego posiłku), ale kpienie z jego marzenia, to coś całkiem innego. Jeżeli ta łajza powie coś jeszcze na ten temat, Zoro będzie musiał zainterweniować.
Wściekłość Zoro była doskonale widoczna. Beckman wiedział, że jest bliski osiągnięcia celu. Z kolei Brook wolał stać z boku. Już dawno się przekonał, że Zoro nie lubi, kiedy ktoś się wtrąca do jego walki.
- On Królem Piratów? – drwił dalej Beckman. – Nie rozśmieszajcie mnie. Jeszcze będzie trząsł portkami, kiedy nadejdzie prawdziwe niebezpieczeństwo.
W końcu Zoro nie wytrzymał. Uderzył w blat pięścią i podniósł się z krzesła.
- Doigrałeś się, ćwoku. Walczmy tu i teraz.
- Nareszcie… – szepnął do siebie Beckman i również powstał.
Stanęli pośrodku baru i wyciągnęli broń – Zoro dwa miecze, a Beckman szablę. Bosman Rudowłosego rozpoczął natarcie, ale kiedy tylko zbliżył się dość blisko Zoro, ten jednym mieczem go zablokował, a drugim spróbował przeciąć bok przeciwnika, jednak Beckman natychmiast zorientował się, co zielonowłosy zamierza, i szybko odskoczył. Zoro włożył w usta swój trzeci miecz i ruszył znów na Beckmana. Teraz bosman właściwie się tylko bronił przed Roronoą.
Gwałtowny ruch głową do tyłu sprawił, że kaptur spadł, odsłaniając jego twarz. Zoro aż przystanął ze zdumienia, jednak nie chował mieczy. Jako łowca piratów widział już wiele listów gończych i niektóre twarze pamiętał z nich bardzo dobrze.
- Benn Beckman – powiedział, trzymając w zębach miecz. – Bosman Rudowłosego Shanksa. To znaczy, że…
- Co tu się dzieje? – wtrącił się wreszcie Brook, który dotąd tylko siedział i przyglądał się wszystkiemu w spokoju. – Czego chcecie?
- Zanim wyjaśnię, lepiej dokończmy walkę, Roronoa Zoro. W końcu obraziłem twojego kapitana.
- Dobrze powiedziałeś – odpowiedział Zoro, mierząc go chłodnym wzrokiem.
Dalsza walka trwała bardzo krótko. Przyglądający się wszystkiemu z daleka Brook popijał herbatę. Nie zdziwił się wcale, kiedy przeciwnik jego towarzysza padł na ziemię. Zoro wbił dwa miecze w podłogę, pomiędzy głową Beckmana, pochylił się nad nim i coś szepnął tak cicho, że Brook nie usłyszał. Następnie Zoro schował wszystkie trzy miecze i pomógł wstać Beckmanowi. Bosman pokłonił się nisko i oświadczył:
- Przepraszam za wszystko, co powiedziałem o Słomianym Kapeluszu. Tak naprawdę nie miałem tego na myśli, ale musiałem coś sprawdzić. Pokornie proszę o wybaczenie.
Zoro przez chwilę milczał, aż w końcu usiadł na swoje stare miejsce.
- Siadaj. Wyjaśnisz nam wszystko przy szklance.
A więc Beckman usiadł i zamówił whisky. Zoro i Brook patrzyli w jego stronę w oczekiwaniu. W końcu się odezwał:
- Nasz kapitan zna Luffy’ego z czasów, kiedy ten jedynie marzył o piractwie. Jeszcze pamiętam tego zuchwałego malca. A jaka była chryja, kiedy zjadł Gumowy Owoc… Naprawdę szalony dzieciak był z tego chłopca.
- Wiem, że rozpiera cię nostalgia, ale przejdź już do rzeczy – ponaglił go Zoro. – Po co tu przyszedłeś i co chciałeś osiągnąć, obrażając przy mnie Luffy’ego?
- Widzicie, nasz kapitan od dawna zastanawia się, jakim człowiekiem stał się Luffy. Dlatego posłał mnie, abym się tego dowiedział od was obu.
- I dlatego nazwałeś go przy mnie idiotą? – zapytał Zoro.
- I dzięki temu dowiedziałem się, że lepiej go przy was nie obrażać, a przy okazji zobaczyłem jak walczy jeden z członków jego załogi. To daje mi pewne pojęcie o Luffy’m, ale to za mało, aby usatysfakcjonować mojego kapitana. Zapytam więc was wprost: Jakim człowiekiem jest Słomiany Kapelusz Luffy?
Zoro i Brook spojrzeli najpierw po sobie, po czym zwrócili swój wzrok w stronę Beckmana, aby odpowiedzieć…

Beckman wyszedł z baru, zakładając w progu kaptur. Lekko się zdziwił, gdy w drzwiach baru naprzeciw zobaczył stojącego Shanksa, który dla niepoznaki nosił na głowie czarny kapelusz z dużym rondem i z piórkiem. Bosman natychmiast podszedł do kapitana i zorientował się, że Shanks patrzy z lekkim uśmiechem na siedzącego przy barze i pałaszującego jakąś wielką gicz Luffy’ego.
- Nie wejdziesz, kapitanie? – spytał Beckman.
Shanks spojrzał na niego smutno.
- Nie, Beckman. Poczekam jeszcze na relacje reszty – spojrzał znów w stronę Luffy’ego i dodał: – Ale to co przed chwilą widziałem było całkiem interesujące.
- Skoro tak mówisz, kapitanie…
- Wracajmy na statek, Beckman.
Obaj odeszli w stronę Red Force.
- Co sądzisz o Roronoa Zoro? – zapytał nagle Shanks.
- To dobry szermierz, kapitanie. Pokonał mnie bardzo szybko.
- Oh… – zdumiał się Shanks, ale zaraz dodał z uśmiechem: – W takim razie Luffy potrafi dobrze dobierać sobie kompanów… albo starzejesz się, Beckman – zachichotał.
- Poza tym bardzo honorowy. Ma dystans do kapitana, ale nie pozwala śmiać się z jego marzenia. Kiedy tylko usłyszysz, kapitanie, co Roronoa mówi o Luffy’m, zobaczysz o co mi chodzi.
- Skoro tak twierdzisz, Beckman…
Shanks się zamyślił. Jego twarz przyjęła smutny wyraz, jednak Beckman był pewien, że po jego głowie chodzą raczej całkiem normalne myśli. Jego kapitan dosyć często tak dumał, a Beckman zbyt długo pływał pod jego komendą, aby nie wiedzieć o tym, co kryje się za tą ponurą twarzą – może obmyślał nowy kurs na przyszłość, może przypomniało mu się jakieś wspomnienie, a może po prostu to coś, co Shanks widział w barze, gdzie przebywał Luffy, teraz go nurtowało.
Ponieważ ta cisza była dla bosmana potwornie monotonna, postanowił podjąć nowy wątek.
- Wiesz, kapitanie…
Shanks przerwał rozmyślania i spojrzał na niego. Beckman się uśmiechnął i ciągnął dalej:
- Spotkanie z Roronoą przypomniało mi stare, dobre czasy…

Beckman siedział na beczce przed barem, paląc w milczeniu papierosa. Z lokalu dochodziły odgłosy wesołych biesiadników, którzy zapewne niebawem zaczną jakąś bijatykę. Tymczasem tu – na powietrzu – zapowiadał się cichy, monotonny i samotny wieczór. Od kiedy wyrzucili go z załogi, Beckman nie chciał przebywać w żadnym zatłoczonym miejscu, choćby podawali tam naprawdę dobre sake i całkiem niezłe jedzenie. Po prostu wesołe rozmowy i śpiewy piratów, przypominały mu, że jego własna załoga nie chciała go już więcej w swoim gronie. Może to i lepiej? Beckman miał wrażenie, że byli jak dla niego trochę zbyt lekkomyślni, brutalni i nadpobudliwi. Ciągle tylko walki i rozboje… Nie potrafili nic załatwić bez wszczynania bójki, bez użycia bezsensownej przemocy. Zresztą, skoro tak po prostu go wydalili z załogi, świadczyło to tylko o tym, że nie był im szczególnie drogim kompanem.
Ale ta myśl wcale mu nie pomagała, nie koiła poczucia strasznego osamotnienia, kiedy wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z baru. Był młodym, zaledwie siedemnastoletnim człowiekiem, który wiązał swe plany z morzem. Pragnął podróżować po świecie, ale marzyli mu się też prawdziwi nakama – tacy, z którymi czułby silną więź. Nigdy wcześniej (po części też przez swoją introwertyczną naturę) nie miał nawet jednego takiego przyjaciela. Myślał, że chłopaki z jego poprzedniej załogi będą dla niego kimś takim, ale on ich nie obchodził.
Co teraz powinien zrobić? Może należałyby się rozejrzeć za nowym statkiem? Beckman posiadał liczne talenty, szczególnie w materii nawigacji i walki. Na poprzednim stanowisku, musiał raczej korzystać z drugiej umiejętności, niż z pierwszej. Przez swoją masywną posturę, wszyscy upatrywali w nim bardziej wojownika, niż nawigatora, a przecież jego IQ było o wiele wyższe niż u wielu przeciętnych zabijaków na okrętach pirackich.
Beckman podniósł mimowolnie oczy na drogę. Z ciemności nocy wyłoniła się postać siedemnastoletniego rudzielca w słomianym kapeluszu, pasiastej koszuli z krótkim rękawem i dżinsach. Na jego twarzy jaśniał lekki uśmiech.
Rudy podszedł do drzwi baru i już chciał nacisnąć klamkę, kiedy nagle zauważył siedzącego i kopcącego szluga Beckmana. Uśmiechnął się do niego, wywołując w wielkoludzie zdziwienie, a następnie podszedł do niego i spytał:
- Hej, wiesz może gdzie mógłbym znaleźć ludzi do mojej pirackiej załogi?
Beckman na chwilę zamarł. To był naprawdę dziwny zbieg okoliczności. On szukał nowej nakamy, a tu nagle pojawił się ten dziwny gość.
- Ja szukam załogi, do której mógłbym się przyłączyć – jego usta same wypowiedziały te i następnie słowa: – Niedawno mnie wyrzucili z mojej starej.
- A dlaczegóż to? – zainteresował się rudy.
- Bo nie lubię bezsensownej przemocy – wyjaśnił.
Zaraz jednak zorientował się, że postąpił nierozważnie, wspominając o tym. Rudy może nie chcieć na pokładzie pacyfisty.
- Co to za nakama! – oburzył się rudzielec. Uśmiech na jego twarzy zmienił się w wyraz najprawdziwszego wzburzenia. Beckman spojrzał na niego z zaskoczeniem, po czym rudy dodał: – Prawdziwi nakama nie wyrzucają kogoś z tak błahego powodu. Prawdziwi nakama wykluczają kogoś ze swojego grona tylko wtedy, gdy ten ktoś zrobi coś niewybaczalnego. Coś, co równa się zdradzie albo zabiciu przyjaciela.
- Pewnie masz rację – stwierdził, uśmiechając się po raz pierwszy tego dnia Beckman.
- Jak się nazywasz? – spytał rudy i usiadł po turecku na ziemi tuż przed beczką, na której siedział Beckman.
- Ben Beckman – przedstawił się wielkolud. Zaraz jak tylko powiedział swoje imię, rudzielec wyciągnął do niego rękę i wyjawił swoje:
- Shanks.
Beckman niepewnie uścisnął rękę Shanksa, po czym rudzielec spytał:
- Co umiesz, Beckman?
- Znam się na nawigacji i całkiem nieźle walczę.
- To dobrze. Potrzebuję nawigatora. To drugi powód, abym cię przyjął.
- A jaki jest pierwszy?
- Widzisz, Beckman, ja też nie lubię używać siły bez ważnego powodu. Moje pojęcie piractwa jest trochę inne, niż u co poniektórych piratów. Dla mnie ważna jest przygoda, a nie rabowanie statków; podróże, a nie plądrowanie. Jeśli już miałbym walczyć, to dla większych celów, niż dla samego niszczenia czy forsy. Chciałbym zebrać nakamę, która myśli podobnie. Na razie jestem sam – Shanks spojrzał na Beckmana znacząco – ale może być nas dwóch. Co ty na to?
Beckman milczał. Podobał mu się ten wesoły rudzielec i jego filozofia. Był inny – rozważny, spokojny i całkiem przyjemny. Beckman pomyślał, że właśnie pod takim człowiekiem chciałby służyć, ale… Właśnie, pozostawało jedno „ale”. Nie można podejmować tak ważnej decyzji, jak przyłączenie się do czyjejś załogi, szybko i bez większego namysłu. W końcu pierwszy raz widział tego faceta.
- Rozumiem, że potrzebujesz czasu, aby się namyśleć – odezwał się nagle Shanks, podnosząc się z ziemi. – W takim razie nie będę cię popędzał. Ile czasu ci potrzeba? Dzień? Dwa?
- Zastanowię się do jutra rana – oznajmił Beckman.
- Więc do jutra – odparł Shanks i już miał iść w stronę, z której przyszedł, kiedy nagle zatrzymał go głos Beckmana:
- Zaczekaj, Shanks!
Rudy odwrócił się do wielkoluda. Ten zaczął nieśmiało, unikając wzroku nowopoznanego kompana:
- Nudno tak samemu siedzieć na dworze. No, wiesz… od bardzo dawna nie miałem z kim się napić.
- Rozumiem. Już idę po sake – odrzekł Shanks, uśmiechając się i podszedł do drzwi baru.


- Piliśmy i gadaliśmy całą noc – mówił z rozrzewnieniem Beckman.
- Prawda – przyznał Shanks. – Zadawaliśmy sobie zagadki, żartowaliśmy, gadaliśmy o głupotach… Nawet nie zauważyliśmy jak nastał świt.
- Po tym wszystkim, jak mogłem mieć wątpliwości? – odparł bosman, spoglądając na swojego kapitana poważnie. – Musiałem do ciebie przystać, kapitanie. Teraz już wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu.
- Ja również cieszę się, że się do mnie przyłączyłeś, Beckman – odrzekł Shanks. Zatrzymał się i spojrzał na niego smutno. – No bo co ja bym bez ciebie zrobił?
Shanks dobrze wiedział, że nie miał w swojej załodze bardziej zaufanego człowieka, niż jego własny bosman. Beckman był pierwszym członkiem jego załogi, jego prawą ręką i najlepszym przyjacielem. Pierwszy oddałby za kapitana życie… i na odwrót – Shanks poświęciłby się, aby ratować Beckmana. Rozumieli się bez słów, wspierali się i mogli na siebie nawzajem liczyć. Byli prawdziwą nakamą.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 18 maja 2013, 19:50

Kolejny rozdział, z którym zwlekałem, bo w sumie nie wiem co napisać. Ogólnie rozdział dobry, błędów nie zauważyłem, ale dla mnie nadal numerem jeden jest "Cud na wzgórzu". Fajnie, że pojawiła się jakaś szybsza akcja. Plusem znowu są lekkie opisy i retrospekcje chociaż muszę przyznać, że pan Beckman nie należy z pewnością do moich ulubionych postaci. I co najważniejsze jestem ciekaw jak to się zakończy. Po wstępie domyślam się, że zakończenie będzie otwarte, tylko jak bardzo? :)
#ZostańwDomuCzytajOpowie

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 19 maja 2013, 21:39

Jeszcze te dwa rozdziały i przejdziemy do samego Wielkiego Spotkania. Wybaczcie też pierwszy z nich (chyba nie potrafię pisać Nami :oops: ).

Zakupy
Nami przeglądała z wielkim entuzjazmem ubrania w butiku. Szukała jakiejś super wytwornej sukienki na specjalne okazje oraz paru zwykłych, codziennych strojów. Na ramieniu miała już zawieszone dwie bluzki i dżinsy, które zamierzała potem przymierzyć.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na zielonej sukience w stylu orientalnym, która wydawała się w sam raz na nią. Nami wyciągnęła po nią rękę, ale zaraz znikąd pojawiła się inna kobieca dłoń i obie ręce spotkały się w tym samym momencie. Nami spojrzała w stronę osoby, do której ręka należała, i aż zamarła na widok swojej siostry, która uśmiechnęła się szeroko.
- Nojiko! – prawie wykrzyknęła Nami, wpadając w jej ramiona. Zaraz przestała ją ściskać i spytała: – Co ty tu robisz tak daleko od Kokoyashi?
- A postanowiłam pozwiedzać świat. Słyszałam, że ostatnio trochę narozrabialiście –spojrzała na siostrę poważnie.
- Chodź do przymierzalni – powiedziała Nami, biorąc ze sobą sukienkę. – Pogadamy, a przy okazji przymierzę te wszystkie ciuchy.
Przymierzalnia była wielkim pokojem, w którym znajdowały się trzy kabiny do zmiany ubrania i parę foteli. Tak więc Nojiko usiadła na jednym z nich, a Nami za kotarą przebierała się w ciuchy, które chciała kupić.
- Jak się czujesz na statku pirackim, Nami?
- Normalnie, a jak mam się czuć? Czasem mam wrażenie, że otaczają mnie idioci, ale ogólnie lubię ich towarzystwo.
- Dobrze wiedzieć.
Nami wyszła z kabiny, ubrana w nowe spodnie i białą bluzkę bez ramiączek.
- I jak wyglądam?
- Doskonale – stwierdziła Nojiko.
- W takim razie te spodnie i bluzkę biorę na pewno.
Nami powróciła do kabiny.
- Nadal okradasz piratów, Nami?
- Jak się trafią… – powiedziała, po czym wyszła ubrana w te same spodnie i lekką, różową koszulę z falbankami.
- Zbyt fikuśna – oceniła Nojiko.
- Też tak myślę.
Nami znów znalazła się w kabinie.
- Ale generalnie jestem nawigatorem. I hej! Udało mi się zrobić całkiem sporo map.
- To wspaniale!
- Żebyś widziała to co ja, Nojiko… Świat jest naprawdę niezwykły… i niebezpieczny.
Nami znów wyszła, tym razem miała na sobie zieloną sukienkę, którą sobie przedtem upatrzyła.
- Wyglądasz cudownie – odparła Nojiko. – Musisz wziąć tę sukienkę.
- A bądź pewna, że wezmę.
Nami wzięła wszystkie ubrania, które zdecydowała się kupić, i wraz z siostrą poszły do kasy, aby za nie zapłacić. Następnie wyszły ze sklepu i skierowały się do pobliskiej kawiarni. Usiadły przy stoliku i zamówiły to samo – kawę z mlekiem. W oczekiwaniu na nią, przez chwilę milczały. Nojiko spojrzała na siostrę smutno. Pytanie, o zadanie którego prosił ich Rudowłosy Shanks, nurtowało również ją. Bardzo chciała wiedzieć, z kim pływa Nami. Nojiko pamiętała, że Luffy uratował ich wioskę i walczył za jej siostrę, ale ostatnie wydarzenia związane z Ennies Loby kazały jej się zastanowić nad tym, czy Nami nie wpadła w złe towarzystwo.
Nojiko czuła się odpowiedzialna za Nami. Tak było zawsze. Mimo, że czasem jej młodsza siostra działała jej na nerwy swoim lekkomyślnym zachowaniem, marudzeniem i złośliwością, Nojiko nie potrafiła się o nią nie martwić, zwłaszcza kiedy wyruszała na morze, najpierw aby okradać piratów, a potem – aby się do jednego przyłączyć. Podczas gdy życie w Kokoyashi płynęło bardzo spokojnie (dzięki Luffy’emu i reszcie), Nojiko zastanawiała się często nad tym, co się działo z Nami, kiedy tak wędrowała po morzach i oceanach ze Słomianym Kapeluszem. Nojiko niepokoiła się za każdym razem, kiedy dochodziły do niej wiadomości o tym, co zrobił on i jego załoga. Wszystkie te walki, które stoczyli… Nami musiała brać w nich udział. Inaczej nie wysłałoby za nią listu gończego. Prawda, całkiem nieźle władała tym swoim długim kijaszkiem, ale cóż to miało za znaczenie, kiedy jej nakama miała o wiele lepsze zdolności bojowe? Poza tym docierały też do Kokoyashi wiadomości o słynnym Clima Takcie.
- Coś się stało, Nojiko? – spytała Nami, zmartwiona tym, że jej siostra nic nie mówiła.
- Nami – zaczęła Nojiko. – Jest coś o co chciałabym cię zapytać.
- Pytaj. Co ci szkodzi?
Nojiko wyprostowała się, wzięła głęboki oddech i spojrzała na siostrę poważnie. Nami zaczęła mieć złe przeczucia.
- Twój kapitan… Słomiany Kapelusz… Jakim on jest człowiekiem?

Dusza statku
Franky napluł na ornament i zaczął go polerować ścierką, nucąc przy tym „Sake Binksa”. Słońce delikatnie grzało, a do tego Franky wisiał na linie z takiej strony, że Thausend Sunny rzucała na niego cień.
- Dobrze, że dbasz o ten statek! – zawołał za nim Iceburg. – Przynajmniej się nie rozleci!
Franky odwrócił się gwałtownie i zamrugał kilka razy. Nie wierzył własnym oczom. Nie wierzył, że tak daleko od Water7, właśnie tu – w Porcie Gull – stał Iceburg i do tego uśmiechał się do niego szeroko.
- Co ty tu, do jasnej cholery, robisz, Bakaburg?!
- A zwiedzam sobie Gull.
- A Galley-La i Water7? Człowieku, ty masz obowiązki!
- Mam zastępców, a właściwie chciałem cię zobaczyć. Poza tym – Iceburg nagle spoważniał – pewien człowiek poprosił mnie o przysługę i nie wypadało odmówić. W każdym razie – znów się rozchmurzył – co u ciebie, Catty? Czy też powinienem powiedzieć: Franky.
Franky odwrócił się z powrotem do ornamentu i zaczął znów go czyścić, przy okazji odpowiadając na pytanie krótko, jakby od niechcenia:
- Nienajgorzej.
- Ciekawe… A jak ci się podoba życie pirata?
- Wiesz, życie pirata jest jak każde inne. Wstaje rano, jem śniadanie i zajmuję się swoimi sprawami. No, od czasu do czasu musimy skopać parę tyłków, ale ogólnie, kiedy tak płyniemy sobie po spokojnym morzu, jest cholernie nudno.
- Ach, rozumiem.
Bez jednego słowa więcej, Iceburg wszedł na pokład Thausend Sunny i – ku zaskoczeniu Franky’ego – zawisł na linie tuż obok cyborga, wyjął skądś ścierkę i zaczął polerować statek razem z Franky’m.
- Twoja „rodzina” cię pozdrawia – podjął znów rozmowę. – Od czasu jak wyruszyłeś ze Słomianym Kapeluszem, bardzo za tobą tęsknią.
- Jak oni się mają? – spytał Franky.
- Spokojnie, ułożyli sobie życie. Otworzyli kawiarnię, która ma zaskakująco wielkie wzięcie.
- To wspaniale! – wykrzyknął Franky. – Martwiłem się, że beze mnie znowu zejdą na złą drogę.
Iceburg chciał powiedzieć, że również pod przewodnictwem Franky’ego byli przestępcami, ale powstrzymał się.
- Ja też za tobą tęskniłem, Catty – powiedział nagle, wywołując na twarzy cyborga zdziwienie. – Naprawdę – dodał z uśmiechem.
- Przestań, Bakaburg. Zawstydzasz mnie.
- Wszyscy za tobą tęsknią, ale wiedzą, że nie ma innego wyjścia. Mamy tylko nadzieję, że dobrze ci się żyje jako piratowi Słomianego Kapelusza.
Nagle spoważniał i złapał się za kołnierz. Odkaszlnął i po chwili milczenia zapytał:
- Jaki on jest?
- Hem? – zdziwił się Franky.
- No, Luffy Słomiany Kapelusz. Jaki jest?

- Mam niejasne wrażenie, że się wtedy spotkaliśmy – powiedział do Iceburga Shanks, kiedy cieśla wchodził na pokład Red Force.
Iceburg się lekko zdziwił. Twarz Rudowłosego rozpromieniła się w półuśmiechu.
- Twój i Franky’ego mistrz zbudował kiedyś statek dla Gold Rogera. Ja byłem wtedy jednym z jego ludzi.
- Oh, no tak… – stwierdził Iceburg. Przecież i o tym, że Shanks pływał pod Rogerem, też było powszechnie wiadomo. Zaraz jednak cieśla dodał: – Ale chyba raczej nie było dane nam się spotkać.
- Pamięć potrafi być zawodna. Ja pamiętam dobrze ciebie i Franky’ego.
Iceburg spojrzał w sposób świadczący o tym, że nadal sobie nie przypomina. Shanks westchnął i nieco poważniej powiedział:
- No cóż. To było dawno i wyglądałem wtedy zupełnie inaczej…

Shanks i Buggy włóczyli się razem bez celu po Water7. Było tylko kwestią czasu aż się o coś pokłócą. Potrzebowali tylko dobrego powodu do sprzeczki. Na razie w milczeniu podziwiali miasto. Nawet nie zorientowali się, kiedy znaleźli się znów w porcie, gdzie cieśle pracowali w pocie czoła nad statkiem ich kapitana. Dziesiątki, może nawet setki mężczyzn cięło drewno, wbijało gwoździe, umieszczało deski w odpowiednim miejscu na monumentalnym szkielecie statku i robiło mnóstwo innych rzeczy, których sensu niewtajemniczeni Shanks i Buggy nie pojmowali. To jednak nie zmieniało faktu, że ci wszyscy ludzie budowali ich statek. Jeszcze parę dni temu nie było tu nic, oprócz sterty desek, a teraz stał całkiem spory, w połowie okryty drewnianą obudową szkielet.
- Będzie cudowny – odezwał się w końcu Shanks.
- No, pewnie! – odparł ze złośliwym uśmieszkiem Buggy. – To w końcu statek Króla Piratów.
- Bakaburg, buchnąłeś mi młotek! – rozległ się nagły krzyk.
- To mój młotek, idioto!
Buggy i Shanks spojrzeli w tamtą stronę. Dwóch młodych cieśli – Catty Flam i Iceburg – kłóciło się, nie przerywając pracy. Shanks spokojnie poszedł w tamtą stronę, a po chwili Buggy ruszył za nim. Zatrzymali się kilka metrów od cieśli, którzy na razie nie zauważyli obu piratów.
- Dobrze ci radzę, Bakaburg. Nie ruszaj moich rzeczy, bo nie dożyjesz następnego dnia.
- Jakbyś mógł mi coś zrobić, Catty…
- Po prostu zajmij się swoimi sprawami. Ale najpierw oddaj mi mój młotek.
- To mój młotek!
- A to czasem nie własność firmy? – odezwał się nagle Shanks. Obaj cieśle go zauważyli. Zanim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, Buggy zwrócił się do kompana:
- Idioto, pracownicy mają własne narzędzia!
I zaczęła się kolejna kłótnia. Shanks i Buggy zapomnieli o Catty’m i Iceburgu.
- Nieprawda! – zaprzeczył Shanks. – Oni je tylko dzierżawią i muszą uważać, aby ich nie zgubić ani nie uszkodzić! W innym wypadku będą musieli odkupywać!
- Wcale nie! – krzyknął klaun, ale zaraz dodał spokojniej: – Mówię ci: cieśle sami kupują sobie narzędzia.
- Właściwie… – wtrącił nieśmiało Iceburg. Obaj piraci przerwali kłótnię i spojrzeli w jego stronę. – Właściwie to według naszego prawa cechowego, przez pierwsze trzy lata nie mamy własnych narzędzi, tylko używamy tych, które należą do firmy.
- Mówiłem! – odparł triumfalnie Shanks.
- Ale potem – dodał Franky – kiedy zdamy egzamin, dostajemy własne narzędzia.
- Ha! – Buggy nie krył zadowolenia. – Łyso ci, co? Wygrałem.
- Wcale nie. To ja wygrałem – odparł spokojnie i z uśmiechem Shanks.
- Chciałbyś!
- Pa, chłopaki. Nie przeszkadzamy wam dłużej – zawołał Shanks i odwrócił się w przeciwną stronę.
- Hej! Nie ignoruj mnie!
On i Buggy odeszli, nadal się kłócąc. Catty i Iceburg przez chwilę jeszcze wodzili za nimi wzorkiem, po czym powrócili do pracy.


- Teraz sobie przypominam! – zaśmiał się Iceburg. – Ale rzeczywiście wyglądałeś wtedy zupełnie inaczej, kapitanie. Byłeś młodszy, nie miałeś zarostu i tych blizn na oku. Poza tym to wydarzenie całkiem wyszło mi z pamięci.
Jego twarz przybrała bardzo smutny wyraz.
- Okres, w którym budowaliśmy statek Gold Rogera, wspominam zawsze bardzo źle. Utraciliśmy naszego ukochanego mistrza Toma. Codziennie przeklinam dzień, w którym Król Piratów poprosił go o zbudowanie statku, mimo, że sam mistrz Tom nie żałował nigdy, że zaprojektował i zbudował statek, który potem przyniósł mu zgubę.
- Kiedy Roger się dowiedział o tym, co się z nim stało – zaczął poważnie Shanks – przez pewien czas nie wychodził z kajuty i zakazał komukolwiek wchodzić. Wiem, że to niczego nie zmieni, ale wolę, abyś o tym wiedział.
Iceburg przez chwilę milczał, spoglądając w bok. Potem odezwał się cicho:
- Czy chociaż ten statek…? – W tym momencie przerwał i spojrzał na Shanksa poważnie, po czym powtórzył: – Czy chociaż ten statek, z którego mistrz Tom był tak dumny, dobrze służył Gold Rogerowi?
Shanks uśmiechnął się do niego z sympatią i odpowiedział:
- Niektórzy piraci traktują swoje statki jak zwykłe przedmioty i nie odczuwają żalu, kiedy trzeba je zmienić na lepszy model; inni zaś wyznają przekonanie, że w statku zamknięta jest dusza. Dusza statku myśli i czuje jak ludzka, a co za tym idzie: statek może kochać albo nienawidzić tych, których wozi po szerokich wodach. Pytasz mnie czy ten statek dobrze służył Gold Rogerowi. Wiedz, że Roger polegał na nim jak na każdym innym członku nakamy. I nigdy się nie zawiódł.
Uśmiechnęli się do siebie. Iceburg poszedł do wyznaczonej mu kajuty, a Shanks spojrzał w stronę Thausend Sunny. Ten statek też miał duszę i na pewno kochał tych, którzy nim płynęli.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 31 maja 2013, 14:16

Coś czego wcześniej nie wspomniałem, a wypada pochwalić to otoczenie. Nie chodzi mi o opisy, ale o same miejsca spotkań. Za każdym razem jest inne i jakby odzwierciedlające nastrój spotykających się. Knajpa, butik, plaża - nie wiem, czy wybierasz miejsca przypadkowo, czy to zamierzone. W każdym razie miejsce akcji każdego epizodu jest świetnie dobrane do charakteru bohaterów. Taki fajny element budowy nastroju ;-) .
- A postanowiłam pozwiedzać świat. Słyszałam, że ostatnio trochę narozrabialiście –spojrzała na siostrę poważnie.
zaginiona spacja
Mimo, że czasem jej młodsza siostra działała jej na nerwy swoim lekkomyślnym zachowaniem,
zbędny przecinek
Franky odwrócił się z powrotem do ornamentu i zaczął znów go czyścić, przy okazji odpowiadając na pytanie krótko, jakby od niechcenia:
- Nienajgorzej.

nie najgorzej
Codziennie przeklinam dzień, w którym Król Piratów poprosił go o zbudowanie statku, mimo, że sam mistrz Tom nie żałował nigdy, że zaprojektował i zbudował statek, który potem przyniósł mu zgubę.
zbędny przecinek

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2105
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Postautor: RedHatMeg » 02 cze 2013, 20:56

I oto nadszedł - Wielki Finał, który później stał się zaczynem do stworzenia Przygód Rudowłosego Shanksa. Na razie delektujcie się ostatnią częścią Wielkiego Spotkania i powiedzcie mi, czy chcecie czytać kontynuację.

Wielkie Spotkanie
Shanks siedział w swojej kajucie, a na jego biurku leżało sześć dyktafonów, każdy z opisem osoby, która nagrała nim odpowiedź któregoś ze Słomianych Kapeluszy na pytanie: „Co uważasz o swoim kapitanie?”. Wraz z Shanksem obecna była w jego kajucie ta garstka jego towarzyszy, która pamiętała jeszcze tego Luffy’ego sprzed dziesięciu laty.
- Zacznijmy od jego kuka – powiedział Shanks i włączył dyktafon z imieniem Zeffa.
Wpierw dało się słyszeć szum, a potem odezwał się głos Zeffa zadającego pytanie:
- A jaki jest twój kapitan?
- Luffy? – zdumiał się Sanji. – Przecież sam wiesz. To ty przecież powiedziałeś mi, że on jest z tych, co nie myślą o śmierci, bo ich „przekonanie zakłada odmowę śmierci”. Jest, co prawda, trochę nierozgarnięty i lekkomyślny, a do tego pochłania niewyobrażalne ilości mięsa, ale ostatecznie można na niego liczyć. Prawdę mówiąc, nie chciałbym innego kapitana.
Nagranie się skończyło. Shanks się uśmiechnął i włączył dyktafon użyty przez Nojiko.
- Twój kapitan… Słomiany Kapelusz… Jakim on jest człowiekiem?
- Ach, czasami jego nieodpowiedzialność mnie przerasta. Często jak osiądziemy na suchy ląd, biegnie gdzieś bez opamiętania i trzeba go szukać. Jego orientacja w terenie pozostawia wiele do życzenia. Ale – tu nagle ton Nami się zmienił, mówiła teraz jakby z rozmarzeniem – choć czasem wydaje się być idiotą, to ma wielkie serce. Każdy, kto potrzebuje pomocy z brutalnymi piratami, takimi jak Arlong, od niego ją otrzyma. Tyle ci powiem. A teraz chodźmy na zakupy!
W tym momencie Nojiko z oczywistych względów przestała już nagrywać. Shanks zastanawiał się, które nagranie ma być następne, ale po chwili Yasopp zawołał:
- Teraz mój! Teraz mój, kapitanie!
- Dobra. W takim razie zobaczmy, co o Luffy’m mówi Usopp – powiedział Shanks i włączył dyktafon Yasoppa. Najpierw usłyszeli krótki dialog między nim a jego synem:
- Jest jeszcze jedna rzecz, której chciałbym się od ciebie dowiedzieć. Dawno temu nasz statek zawinął do portu, gdzie spotkaliśmy twojego kapitana.
- Wiem. Luffy mi o was opowiadał.
- Był z niego naprawdę pocieszny malec. Chciał z nami wypłynąć w morze, ale nasz kapitan się nie zgadzał. Luffy był wtedy jeszcze za mały. W każdym razie chciałem cię zapytać: Jaki jest teraz? Jak się czujesz jako członek jego załogi?
- Ach, Luffy? On jest wielki! – wykrzyknął nagle Usopp, ale zaraz dodał spokojniej: – Może czasem nieco lekkomyślny, ale on zostanie Królem Piratów. – W tym momencie głos Usoppa stał się poważniejszy. – Nie wiem już ile razy padał pod ciosem przeciwnika, ale zawsze potem podnosił się, aby walczyć dalej. Tato, to jest człowiek, którego widok każe ci dać z siebie wszystko. On walczy aż do końca, a ja, jako jego kamrat, też muszę tak walczyć. Przy nim mam wrażenie, że mogę zrobić wszystko…
W tym momencie nagranie się urwało. Shanks spojrzał na Yasoppa.
- Przepraszam. Chyba nieopatrznie nacisnąłem „stop” – wyjaśnił snajper, śmiejąc się nerwowo. – Ale powiem wam, co mój chłopak powiedział na koniec: „Wiem, że przy nim zostanę odważnym wojownikiem mórz, tak jak zawsze marzyłem”.
- Hm, kto teraz? – zastanowił się głośno Shanks.
Jego wzrok stanął na dyktafonie z opisem: „Doktor Kureha”. Bez słowa włączył nagranie lekarki:
- Powiedzcie mi, kochani, jak wam się żyje z tym szaleńcem?
- Dobrze to określiłaś, Doctorine – zaśmiał się Chopper. – Luffy potrafi być szalony. Naprawdę, jako lekarz, mam na tym statku sporo roboty. Zawsze po jakiejś wielkiej walce jesteśmy wyczerpani i poranieni, a Luffy to już najbardziej. On się nie martwi o rany, nawet nie myśli o tym, że może zginąć w walce.
- Ale niech doktor pamięta – wtrąciła się Robin – że pan kapitan nie jest zwykłym człowiekiem. Jego Diabelski Owoc sprawił, że jest człowiekiem-gumą, a co za tym idzie, jest odporniejszy na wiele urazów.
- Prawda – stwierdził Chopper. Nagle zmienił ton na bardziej poważny. Mówił też o wiele ciszej. – Doctorine, wciąż pamiętam go, stojącego na szczycie wieży Wapola i trzymającego flagę Doktora. Pamiętam też jego wyraz twarzy. Są rzeczy, które Luffy uważa za święte i nie pozwala ich bezcześcić ani się z nich śmiać. Kiedy ktoś popełni tę zbrodnię, Luffy robi się poważny, a wtedy biada temu komuś.
- Najświętszą zaś rzeczą dla kapitana są przyjaciele – dodała Robin, równie poważnie. – Jestem tego żywym przykładem.
Nagranie się skończyło.
- No, no – powiedział Shanks z lekkim uśmiechem i nacisnął dyktafon Iceburga, którego głos zabrzmiał pierwszy:
- Jaki on jest?
- Hem? – zdziwił się Franky.
- No, Luffy Słomiany Kapelusz. Jaki jest?
- A jaki ma być? – prychnął cyborg. – Muszę przyznać, że spodziewałem się po kimś, kto ma wyznaczoną nagrodę 300,000 beli większej ostrożności, ale on jest jak dzieciak. Mnie właściwie to nie przeszkadza. Najbardziej w nim lubię to, że jest taki nieprzewidywalny. Co ty robisz?
- Czyszczę kadłub – odpowiedział Iceburg.
- Ty się lepiej zajmij swoją papierkową robotą, dobra? Pewnie już zapomniałeś jak się trzyma młotek, co?
- Odszczekaj to!
Shanks, będąc pewnym, że dalej był tylko zapis kłótni, która z Luffy’m nie miała nic wspólnego, zatrzymał nagranie. Teraz pozostało tylko jedno nagranie, dokonane przez Beckmana.
- Aż się nie mogę doczekać, aby usłyszeć, co Roronoa Zoro ma do powiedzenia o Luffy’m – powiedział Shanks, włączając dyktafon z nazwiskiem swojego bosmana.
Przez chwilę trwała cisza, przerywana jedynie przez szum z nagrania, a potem Shanks i jego załoga usłyszała wreszcie głos Zoro:
- Ja byłem pierwszy. Pamiętam dokładnie jak głodny i ogorzały od słońca wisiałem przywiązany do pala w bazie Morgana, a Luffy stanął tuż przede mną. Był bardzo wesoły i nawet zaproponował mi pomoc w ucieczce. Ja jednak nie mogłem przyjąć jego pomocy. Mniejsza o to. Wiesz, co on mi powiedział jak oświadczyłem, że zamierzam zostać największym szermierzem na świecie?
- Co takiego? – spytał z zainteresowaniem Beckman.
- „Największy szermierz na świecie? Nieźle. Od kamrata Króla Piratów nie powinienem wymagać nic mniejszego od tego…” Wszyscy mamy marzenia, jakieś wielkie cele, które zamierzamy wypełnić. On w nie wierzy i pragnie, aby się spełniły, a my, jego załoga, wierzymy w to, że jego szalone marzenie o zostaniu Królem Piratów się spełni. Bo jego wola i siła ducha są tak wielkie, że to się prędzej czy później stanie. A kiedy się stanie, również i nasze marzenia się spełnią.
- A co ty powiesz, Brook? – zwrócił się do kościotrupa Beckman.
- To, co do tej pory zdążyłem zobaczyć wystarczy mi, abym zgodził się z Zoro. Słomiany Kapelusz jest naprawdę niezwykłym człowiekiem. Wybiera swoich kamratów według dziwnych kryteriów, jest dziecinny i nadpobudliwy, jednak kiedy tylko stanie się poważny… W gruncie rzeczy ma dobrze ułożony system wartości i trzyma się go bardzo mocno.
- Gdyby zaszła taka potrzeba, oddałbym za niego życie – wtrącił szermierz. – To samo tyczy się reszty. Myślę, że dowiedziałeś się tego, czego chciałeś – powiedział tonem wręcz wyganiającym.
- O, tak – odparł Beckman i w tym momencie nagranie się skończyło.
Shanks podniósł się z krzesła. Wszystko, co usłyszał, teraz połączył w jedną całość, tak jak reszta obecnych w jego kajucie ludzi. Do tego Shanks wciąż miał w pamięci scenę, której był świadkiem dziś rano…

Shanks szedł po ulicach Gull, mając szczerą nadzieję, że nikt go nie rozpozna. Zatrzymał się dopiero przy barze, do którego wcześniej wszedł Luffy. Bez trudu rozpoznał który z obecnych w barze mężczyzn to Luffy, bo od razu rzucił mu się w oczy szczupły chłopak w słomianym kapeluszu. Jednak zamiast wejść do środka, Rudowłosy stanął w drzwiach. Chciał podejść do niego i powiedzieć: „Cześć! Kope lat, Luffy”; chciał pogadać o starych, dobrych czasach; chciał zapytać Luffy’ego o to, jak mu się powodzi; ale czegoś się obawiał. Może tego, że jego wyobrażenie o Luffy’m było zbyt przesiąknięte wspomnieniem chłopaka z jego młodych lat, a może po prostu chciał najpierw dowiedzieć się jak widzi go jego własna załoga. Albo też widok jedzącego z takim apetytem i bez żadnych manier Luffy’ego, wywołał podświadomie w Shanksie obrzydzenie.
Nagle podniósł się jakiś mężczyzna o zakazanej gębie, który siedział tuż obok Luffy’ego. Wycelował pistolet prosto w zajętego obiadem chłopaka i wystrzelił. Luffy nawet na niego nie spojrzał, tylko wystawił rękę i złapał kulę w locie. Zdumionemu strzelcowi (który wydał się Shanksowi jakiś mało rozgarnięty) opadła szczęka. Luffy uśmiechnął się do niego.
Na twarzy faceta powróciło zdecydowanie. Rzucił się na Luffy’ego. Słomiany Kapelusz spokojnie podniósł się z miejsca i stanął, aby zmierzyć się z przeciwnikiem. I wtedy Shanks to zobaczył. Luffy wydłużył obie swoje ręce, krzycząc: „Gomu Gomu no Pistol”, i po chwili napastnik leżał na ziemi. Shanks zamarł na ten widok. Pistol? Pistolet? Jego pamięć błyskawicznie przywołała wspomnienie małego chłopca, który uderza pięściami w powietrzu, mówiąc: „Moje ciosy są jak pistolet”. To było takie dziwne, zobaczyć jak jego dziecięce przechwałki się urzeczywistniają.
Tymczasem Luffy powrócił do mięsa. Zanim jednak zabrał się za nie, spojrzał w stronę swojego napastnika, który podniósł się z ziemi.
- Jesteś łowcą nagród, tak? – spytał Luffy, uśmiechając się szeroko.
- Nie, skąd! – zarzekał się mężczyzna.
- To co to tam robi? – zaśmiał się Luffy, wskazując swój list gończy pod pachą łowcy nagród.
Na twarzy rzezimieszka pojawił się strach.
- Przepraszam – zapłakał. – Po prostu od paru dni nie mam pracy i muszę skądś wziąć pieniądze na chleb.
Słysząc to, Shanks zastanawiał się, dlaczego ten amator rzucił się od razu na pirata, którego już po samej nagrodzie 300, 000,000 beli można było określić jako niełatwego przeciwnika. Ale cóż – ludzie w desperacji robią różne głupoty, a tak forsa piechota nie chodzi.
- Nie mam pieniędzy, ale możesz wziąć to – powiedział z szerokim uśmiechem Luffy i podał łowcy duży kawałek mięsa.
Shanks uśmiechnął się na ten widok, a Luffy, jakby nigdy nic, powrócił do jedzenia. W tym właśnie momencie pojawił się Beckman.


Teraz, w swojej kajucie, Shanks uśmiechnął się na myśl o tym wspomnieniu. O, tak. Przez te wszystkie lata Luffy bardzo wydoroślał. Shanks nabrał ochoty na spotkanie z nim i to jak najszybciej. Ciekawe jak młody zareaguje na jego widok? Pora się przekonać.
- Panowie – zwrócił się do swoich ludzi Shanks. – Idziemy na spotkanie z naszym starym znajomym.

Luffy ziewnął przeciągle, po czym zorientował się, że jest nadal w barze. Najwyraźniej zasnął po napełnieniu żołądka. Za oknem słońce świeciło jasno, a więc Luffy nie spał zbyt długo.
- Ile płacę? – spytał barmana.
- Nie trzeba. Pański kościsty przyjaciel z afro zapłacił.
- Oh? – zdumiał się Słomiany Kapelusz, po czym uśmiechnął się szeroko. – W takim razie, miłego dnia!
Wybiegł dziarsko na zewnątrz i ruszył w stronę plaży, gdzie stała przycumowana Thasuend Sunny.
Od razu, kiedy postawił nogę na statku, coś wydało mu się inne. Wszyscy rozmawiali o czymś z zapałem, a kiedy tylko ujrzeli Luffy’ego, zamilkli.
- Coś się stało? – spytał Luffy.
Spojrzeli po sobie. Zoro przytaknął głową i wyszedł naprzeciw kapitana.
- Jest coś o czym powinieneś wiedzieć, Luffy.
Opowiedzieli mu pokrótce o spotkaniach, które miały dziś miejsce. Luffy na początku miał wrażenie, że to wszystko zwykły zbieg okoliczności, ale Nami kilkoma silnymi argumentami prosto w łeb, obaliła te tezę. Wtedy Luffy zdał sobie sprawę z tego, że…
- Zaraz, zaraz. Skoro Beckman i Yasopp są tutaj, to znaczy, że Shanks też tu jest. Super! – zawołał z radości.
- Jego refleks w łączeniu faktów w jedną całość mnie dobija – westchnęła ze zrezygnowaniem Nami.
- Zaprosiliśmy ich wszystkich na imprezę – wtrącił Sanji. – Niebawem zaczną się zbierać.
- Super! – znów wykrzyknął Luffy. – Zobaczę Shanksa!
Zaraz jednak posmutniał ku zdziwieniu własnej załogi.
- Co się stało, kapitanie? – zapytała Robin.
- A jeśli on przyszedł tylko po swój kapelusz? Przecież jeszcze nie zostałem Królem Piratów.
- Luffy! – krzyknął Chopper, który nagle stał przy balustradzie, przyglądając się plaży. – Idą tu!
Wszyscy podeszli do balustrady i spojrzeli w tę samą stronę, co renifer. Od strony lasu szła spora grupa osób, ale na przód wysuwali się Kureha, Zeff, Iceburg, Nojiko, Yasopp,
Beckman i Shanks. Mimo wcześniejszych wątpliwości, na widok Rudowłosego Luffy nie potrafił powstrzymać wzruszenia. Miliony uczuć i wspomnień, jak morskie fale podczas sztormu, kłębiły się i szalały w jego głowie, kiedy Shanks zbliżał się do Thausend Sunny. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu też po policzku Luffy’ego poleciały łzy.
Shanks również czuł wielkie wzruszenie. Chociaż widział nastoletniego Luffy’ego już wcześniej, teraz miał stanąć z nim twarzą w twarz. Było tyle rzeczy, które chciał mu powiedzieć; tyle rzeczy, które chciał z nim zrobić…
Zatrzymał się przed statkiem, a wraz z nim zatrzymała się reszta. Shanks podniósł wzrok i oczy obu mężczyzn się spotkały. Rudowłosy się uśmiechnął. Luffy przetarł ramieniem łzy i na jego twarzy również pojawił się szeroki uśmiech. Pierwszy odezwał się Shanks:
- Kope lat, Luffy.
- Shanks! – zawołał głośno Słomiany Kapelusz. Radość wręcz się z niego wylewała.
- Możemy wejść? – zapytał Shanks, nadal się uśmiechając.
- Jasne – odparł Luffy. Zwrócił się twarzą do Franky’ego, ale zanim cokolwiek powiedział, cyborg odrzekł:
- Już ich wpuszczam.
Kiedy goście stanęli już na pokładzie, Shanks rozejrzał się dookoła. Luffy wiedział, że ocenia teraz jego statek. Thausend Sunny był na szczęście dość duży, aby pomieścić naprawdę sporą załogę Shanksa.
- Duża łajba – stwierdził po chwili milczenia Rudowłosy.
- Prawda? Franky ją zbudował – powiedział z dumą Luffy, klepiąc cyborga rubasznie po plecach.
- No, najwyższy czas zacząć imprezę – odrzekł Shanks.
Sanji ruszył do kuchni, a Zeff poszedł za nim. Brook wziął w ręce skrzypce i zaczął coś grać. Reszta piratów i nie-piratów podzieliła się na małe grupki (Nojiko z Nami, Iceburg z Franky’m, Kureha z Chopperem, Yasopp z Usoppem, a także załoga Shanksa miedzy sobą), które w swoim gronie rozmawiały o swoich sprawach. Shanks i Luffy również utworzyli taką grupę. Usiedli przy stole na powietrzu i przyglądali się wszystkim. Ich wzrok zatrzymał się na Beckmanie, który próbował zagadać do Robin. Po chwili dosiadł się do nich Zoro.
- A więc, kapitanie Shanks – zaczął do rudego – to ty dałeś Luffy’emu słomiany kapelusz?
- Tak, to ja. Miło wiedzieć, że Kotwica o mnie wspominał.
- Jak mnie nazwałeś?! – zdenerwował się Luffy.
- Przepraszam, ale nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności – zaśmiał się Shanks.
- Kotwica? – zdziwił się Zoro.
- Nazywaliśmy tak Luffy’ego, kiedy był mały.
- Dlaczego „Kotwica”? – dopytywał się Zoro.
- Bo nie umiałem pływać – wyjaśnił Luffy z kwaśną miną. – Nawet przed zjedzeniem Diabelskiego Owocu. Niech mnie! Nienawidziłem tego przezwiska.
- Oh, naprawdę? – spytał retorycznie Zoro, a na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek.
- Ale zanim coś powiesz – zaczął Shanks, wiedząc, co Zoro zamierza zrobić – wyjaśnijmy jedną rzecz: Ja i moja załoga możemy tak nazywać twojego kapitana, ale ty, jako jego człowiek, musisz okazywać mu szacunek.
- Możesz być pewien, że go szanuję – odparł już poważnie Zoro. – Spytaj swojego bosmana.
- Czasem się kłócimy, ale nakama to nakama – wtrącił Luffy, znów się uśmiechając. – Moja załoga mnie nigdy nie zawiodła.
- No, ja myślę – odrzekł Shanks i znów dodał złośliwie: – Kotwico.
- Nie nazywaj mnie tak! – Luffy znów się zdenerwował, ale po jego twarzy widać było, że raczej nie na tyle, aby doszło do rękoczynów.
Shanks i Zoro wybuchli śmiechem.
Tymczasem w kuchni pod nimi Sanji próbował zrobić obiad, jednocześnie ignorując krzątającego się po kuchni i wtrącającego do jego pracy Zeffa.
- Więcej soli! Co ty robisz z tym estragonem?! Tnij na jeszcze drobniejsze kawałki tę pietruszkę!
Głos starego pirata był dla Sanjiego naprawdę irytujący. Znów się poczuł jak uczniak w Beratie. Ale to było jeszcze bardziej frustrujące, że Zeff krytykował go w JEGO kuchni! W tym pomieszczeniu on – Czarnonogi Sanji – był panem i władcą. W tym pomieszczeniu, on był szefem kuchni. On decydował o tym, co ma podać, jak pokroić, jak przyprawić… Nikt inny nie miał prawa się wtrącać do jego pracy. A już na pewno nie Zeff Czerwona Noga, który sam chciał się Sanjiego pozbyć.
Sanji w końcu nie wytrzymał. Odłożył nóż na bok i odwrócił się twarzą do Zeffa. Drżącym ze złości głosem wycedził:
- Wynocha.
Zeff uśmiechnął się, krzyżując ręce na ramionach. Było jasne, że nie zamierzał ruszać się z miejsca. Krew gotowała się w Sanjim na widok tego bezczelnego starucha.
- Posłuchaj, starcze – zaczął, patrząc na Zeffa chłodno. Jego głos nadal drżał. – Przez te wszystkie lata znosiłem twoją krytykę. Słuchałem z goryczą jakie to moje potrawy są ohydne i niezdatne do jedzenia. Przez dziesięć lat nie usłyszałem od ciebie ani słowa pochwały. Nawet jednego małego słowa z twojej strony, które świadczyłoby o tym, że moje zdolności kulinarne, choć trochę się poprawiły. Wiesz jak się wtedy czułem? Nie wiesz. Przyszedłeś tu, aby mnie dręczyć?
- Nie. Chcę tylko nie dopuścić do tego, abyś coś zepsuł.
- To nie Beratie! – wrzasnął Sanji. – Nie jesteś tutaj szefem! Wynocha z mojej kuchni!
Jednym, sprawnym kopem wyrzucił Zeffa na zewnątrz, ale ten szybko powrócił. Podszedł do zajętego swoja pracą Sanjiego i popatrzył na chłopaka poważnie, gdy ten nie zwracał na niego uwagi, tylko siekał czosnek.
- Najwyższy czas dowiedzieć się, który z nas jest lepszy – oświadczył, a Sanji zatrzymał nóż nad główką czosnku.
- Mów dalej, starcze.
- Podamy im dwie zupy. Ja przygotuję jedną i ty jedną. Niech sami zdecydują, kto jest lepszym kucharzem.
Sanji uśmiechnął się chytrze.
- Zgoda.

Wszyscy, oprócz Sanjiego i Zeffa, siedzieli przy wielkim stole na środku pokładu i czekali na obiad. Słomiani umilali gościom czas, opowiadając (na prośbę Shanksa) o swojej ostatniej przygodzie. Przy tym nie potrafili usiedzieć na miejscu – ciągle wstawali z krzykiem i gestykulowali, a czasem nawet pokazywali ciosy jakie zadawali przeciwnikom.
- I wtedy wybiegł ich kapitan – ciągnął opowieść Luffy.
- Był wielki jak góra i miał takie zęby – dodał Chopper, robiąc rękami w powietrzu wielki okrąg.
- A my jeszcze nie skończyliśmy załatwiać reszty – westchnęła Nami.
- Więc postanowiliśmy, że Luffy zajmie się nim, a my skończymy z jego załogą – odparł Zoro. – Ja wziąłem na siebie tego szermierza z czterema rękami. Mimo, że moje zranione ramię bolało jak cholera – wstał z krzesła – wyciągnąłem miecze i załatwiłem go swoimi…
- A ja zabrałam się za tego wielkoluda z młotkiem – przerwała mu Nami po czym wstała. – Użyłam „Weather is Cyclon” i po chwili facet zniknął za horyzontem.
- A to wszystko, dzięki mojemu wynalazkowi – wtrącił z dumą Usopp.
- Cudownie – powiedział z tą samą dumą Yasopp i poklepał syna po plecach, mówiąc: – To mój chłopak.
- No więc ja, mimo rany, stanąłem naprzeciw tego gościa i… – zaczął znów Zoro, ustawiając się do ataku, ale bez mieczy w rękach i ustach. Jednak zanim dokończył, odezwał się Chopper:
- A ja, Doctorine, rozgryzłem Rumble Ball i w Horn Poincie załatwiłem tamtego goryla.
- Bo widzisz, Shanks – wtrącił się do opowieści swojego lekarza Luffy. – To najsilniejsza forma Choppera.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłeś potem nic głupiego, co? – powiedziała z poważną miną Kureha.
- Nie, Doctorine – odparł Chopper.
- A więc – wręcz warknął ze zniecierpliwienia Zoro – mimo rany, wycisnąłem miecze, powiedziałem jeszcze: „Przeliczyłeś się, stary. Nie zadziera się z Roronoa Zoro” i przeciąłem gościa.
Zoro wykonał ruch, który zwykle wykonywał podczas walki. Akurat wtedy wyszedł z kuchni Sanji, niosąc w rękach wielki, czerwony garnek z zupą. Zoro prawie wytrącił mu go z ręki, ale w ostatniej chwili, kiedy już prawie garnek spadł na podłogę, Sanji złapał go opuszkami palców i ostrożnie położył na ziemi.
- Głupi morimo! – wrzasnął, znowu chwytając garnek i kładąc go na stole.
- To ty patrz jak leziesz! – odszczeknął Zoro.
Zaczęli walczyć jak to mieli w zwyczaju. To był ciekawy popis ich stylów walki.
- Em, Luffy – zagadnął chłopaka Shanks. Luffy się odwrócił. – Nie powinieneś zainterweniować? Jesteś kapitanem.
- Oni sami przestaną, jak się zmęczą – odparł z uśmiechem Słomiany Kapelusz.
- Poza tym, Zoro i Sanji często się biją – wyjaśniła Nami – ale jeszcze nigdy się nawzajem nie zranili.
Jednak tym razem Zoro i Sanji nie skończyli walczyć sami, tylko dostali obaj po kopie od Zeffa. Czerwona Noga postawił swój niebieski garnek z zupą tuż obok czerwonego garnka Sanjiego i oświadczył:
- Proszę o uwagę. Ja i ten smarkacz – wskazał ręką Sanjiego, który właśnie wstał, pocierając obolałą potylicę – postanowiliśmy raz na zawsze rozstrzygnąć który z nas jest lepszym kucharzem. Toteż damy wam do posmakowania dwie zupy, a wy nam powiecie, która smakuje lepiej.
- Ok. – zgodził się Luffy. –To dawajcie te zupy.
- Najpierw moja – odparł Zeff. – Bo jestem starszy.
Wziął chochlę i zaczął wszystkim nalewać na łyżki po kropelce. Każdy szybko ją wypił, po czym Sanji nalał po kropelce swojej zupy. Obserwował w napięciu jak wszyscy –goście i jego nakama – wypijają jego zupę. Teraz wraz z Zeffem czekali już tylko na werdykt. Shanks uśmiechnął się lekko i podniósł się z miejsca, mówiąc:
- Trudno określić po jednej kropli smak zupy. Dajcie nam więcej, to wam powiemy.
Tym razem pierwszy nalał swoja zupę Sanji. Kiedy ostatnia osoba już opróżniła swój talerz, do dzieła przystąpił Zeff. I znów czekali w napięciu na to, co powiedzą. Tym razem pierwszy odezwał się Luffy:
- Twoja zupa, Sanji, jest najlepsza na świecie. Pobiłeś Zeffa na głowę.
Jednak Sanji nie wydawał się zachwycony tą recenzją. Brew drżała mu, kiedy podniósł się. W końcu krzyknął:
- Nie kłam, Luffy! To, że jesteś moim kapitanem, nie znaczy, że musisz kłamać, abym poczuł się lepiej! Zeff gotuje lepiej, prawda?!
Luffy lekko się zdziwił, po czym na jego twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Właściwie, obie są tak samo dobre.
Na twarzach obu kucharzy pojawiło się zdumienie.
- Prawda – stwierdził Shanks. – Tak samo dobre.
- Niemożliwe – powiedział Zeff. – Ja i ten smarkacz nie możemy być sobie równi.
- A jednak – odrzekł Shanks, po czym zwrócił się do swojej załogi: – Prawda, chłopcy?
Wszyscy jego ludzie zaczęli przytakiwać.
- A wy? – zapytał swoja nakamę Luffy. – Co powiecie o tych zupach?
- Fajnie byłoby cię dobić, głupi kuku, mówiąc, że twoja zupa to lura, ale w sprawach honorowych się nie kłamie – oświadczył poważnie Zoro. – Rzeczywiście nie ma różnicy między twoją a jego zupą.
Podobnie stwierdziła reszta Słomianych. Następnie wszyscy zaczęli sobie nalewać obie zupy. Potem nadeszło drugie danie i wszyscy znów podzielili się na kółka zainteresowań.
- Hej, Luffy – zagadnął go po obiedzie Shanks. – Ta zabawa w konkurs kulinarny przypomniała mi, co powiedziałeś, jak opuszczaliśmy twoja wioskę: „Zbiorę własną załogę, która pokona twoją…”. Może teraz sprawdzimy, jak się wywiązałeś z tego zadania?
- Nie – odparł stanowczo Luffy. – Nie chcę, aby moja i twoja załoga się pozabijały.
- Ależ ja nie chcę, aby ze sobą walczyły. Zmierzą się po prostu na ręce.
- Na to mogę przystać – stwierdził Luffy i zwrócił się do swoich przyjaciół: – Co wy na to?
- Może być – odparli chórem.
- Od kogo zaczynamy? – spytał Shanks Luffy’ego, ale zaraz zaproponował: – Może od Usoppa i Yasoppa? Podobno Usopp jest dobrym strzelcem.
- No, prawda. Jest – stwierdził Luffy.
- To oni się zmierzą w strzelaniu – świadczył Shanks.
Yasopp spojrzał z lekką trwogą na syna, który również wydawał się nieco skonsternowany tym, że będzie musiał się z nim mierzyć. Co prawda Usopp myślał, że kiedyś do tego dojdzie, ale teraz, kiedy już miało do tego dojść, miał pietra. Jego ojciec był wielkim wojownikiem mórz i doskonałym strzelcem. Co sobie pomyśli, kiedy zobaczy jaką bronią posługuje się jego syn?
Po krótkiej naradzie miedzy sobą Shanks i Luffy ustalili na czym będzie polegać konkurencja, w której zmierzą się Yasopp i Usopp. Luffy powiedział coś do Sanjiego, ten przytaknął i poszedł na chwilę do kuchni. Wrócił trzymając w ręce trzy całkiem spore jabłka.
- Phi – prychnął z lekceważeniem Yasopp. – Taki duży cel to nie wezwanie.
Shanks odebrał jedno z jabłek i położył je na stole. Sanji wyjął skądś nóż kuchenny i przeciął je na pół. Następnie Rudowłosy podniósł obydwie połówki i pokazał obu strzelcom.
- Nie będziecie celować w jabłka, tylko w pestki. Luffy wyrzuci dwa całe jabłka w powietrze, a wy będzie musieli je tak przestrzelić, aby trafić w pestkę – wyjaśnił. Yasopp zaśmiał się pod nosem, po czym powiedział:
- Lubię twoje pomysły, kapitanie.
Usopp przełknął ślinę.
Zaczęły się przygotowania. Wszyscy obserwatorzy stanęli z tyłu, podczas gdy obaj zawodnicy wyjęli broń. Yasopp na widok procy i pachinek Usoppa uśmiechnął się z drwiną.
- To jest twoja broń? – spytał syna, chichocząc.
Luffy podszedł, położył rękę na ramieniu przyjaciela i wtrącił z szerokim uśmiechem:
- Usopp strzela z procy lepiej niż z pistoletu. Poza tym może zrobić z pachinkami wiele ciekawych rzeczy.
- Zobaczymy – odparł Yasopp.
Usopp poczuł się lepiej, kiedy Luffy okazał mu wsparcie. Yasopp, chociaż tego nie okazywał, również cieszył się, że kapitan jego syna w niego wierzy.
Luffy stanął tuż za nimi, trzymając w rękach oba jabłka. Rozciągnął ręce i zatrzymał je tuż nad burtą, podczas gdy obaj strzelcy, nie spuszczając jabłek z oczu, wzięli je na cel. Usopp naprężył gumkę procy, a Yasopp odbezpieczył pistolet. Zapadła cisza. Wszyscy oczekiwali w napięciu na to, co się stanie. Kiedy Luffy puścił jabłka, obaj – Yasopp i Usopp – strzelili do spadających w powietrzu jabłek, po czym z głośnym westchnieniem odeszli od balustrady. Luffy szybko podbiegł do burty i wyłowił jabłka. Podał je Sanjiemu, który przekroił owoce na pół.
- To jest, zdaje się, ślad po kuli Yasoppa – oświadczył Shanks pokazując wszystkim jabłko z okrągłym wgłębieniem, które przechodziło dokładnie w miejscu, gdzie znajdowała się pestka.
Pośród ludzi Shanksa rozległ się głośny okrzyk: „Hura! Yasopp rządzi!”. Luffy nic nie odpowiedział, ale podszedł do stołu i podniósł do góry jabłko Usoppa. Po obu pestkach pozostały jedynie osobne dziury od pachinek.
- Trafił obie? – zdziwił się Shanks.
- Użyłem dwóch mniejszych pachinek i ułożyłem tak, aby trafiły w miejsca, gdzie powinny być pestki – wyjaśnił z uśmiechem dumy Usopp. – Po co celować w jedną, kiedy można załatwić obie?
- Mówiłem, że z pachinkami można zrobić wiele ciekawych rzeczy – przypomniał Luffy, klepiąc Usoppa po plecach.
- Jestem pod wrażeniem – stwierdził Shanks.
- Ja również – dodał Yasopp i uśmiechnął się do syna.
Teraz już był pewien, że Usopp to Sogeking, ale skoro już się z nim zmierzył, pozostało mu tylko uznać swoją przegraną. Być może, gdyby Sogekingiem nie był jego syn, chciałby rewanżu, ale w takim wypadku wręcz przeciwnie – był szczęśliwy, że jego własne dziecko go pokonało.
- No to zaczynamy siłowanie się na ręce – ogłosił uroczyście Shanks.
Wielki stół zniknął z pokładu, a zastąpiła go beczka i dwa taborety. Słomiani i Czerwoni zaczęli się po kolei ustawiać do pojedynku. Wszyscy ludzie Luffy’ego, oprócz Usoppa, Sanjiego (którego filozofia, jak wiadomo, odrzucała walkę rękami), Nami (która sama zrezygnowała) i Zoro (na wieść o tym, że Beckman został już wcześniej pokonany przez Roronoę, Luffy uśmiechnął się od ucha do ucha), siadali naprzeciwko ludzi Shanksa i starali się nie zawieść swojego kapitana. Chopper przyjął Heavy Point, czym zaskoczył niebywale swojego przeciwnika. Wygrał. Brook powiedział swojemu oponentowi, że chętnie sprawdziłby siłę swoich mięśni, gdyby je miał, ale również wygrał z łatwością. Franky, dzięki swojej mechanicznej dłoni, niezbyt się namęczył przy pokonywaniu rywala. Robin nawet nie siadała, tylko użyła mocy swojego Diabelskiego Owocu i jedną, wystającą z beczki ręką również wygrała.
- No, Luffy – odezwał się nagle Shanks, siadając przy beczce i stawiając swoja rękę. – Nasza kolej.
- Shanks, ale…
- Żadnych „ale”. Kapitan musi się mierzyć z kapitanem.
- Ale… – powtórzył Luffy, jednak nie dokończył.
Na jego twarzy pojawił się smutny grymas. Zacisnął dolną wargę na wspomnienie tamtego dnia, kiedy Shanks uratował mu życie, tracąc przy tym ramię. Mało brakowało, aby się przy wszystkich rozpłakał. Tymczasem jego załoga obserwowała go w skupieniu. Dobrze wiedzieli o co chodzi.
- Luffy? – zmartwił się Shanks, który nadal siedział przy beczce.
- To nie fair – szepnął Luffy. – To nie jest fair.
- Boisz się mnie? – spytał Shanks z lekkim uśmiechem.
- Nie. Ja po prostu – odpowiedział, wyciągając obie ręce przed siebie – mam oba ramiona, a ty tylko jedno. To nie będzie fair i dobrze o tym wiesz. Jak możesz proponować mi coś takiego, Shanks?
- Ależ ja chce się z tobą zmierzyć od bardzo dawna, Luffy Kotwico.
Shanks miał nadzieję, że przezwanie Luffy’ego zmotywuje chłopaka do walki, ale tak się nie stało. Jednak stało się coś jeszcze innego. Niespodziewanie Zoro posadził siłą Luffy’ego na taborecie i szepnął mu do ucha:
- Siedź tu. Mam pomysł.
Zszedł do dolnej części statku i po chwili wrócił z liną. Kucnął przy Luffy’m i zaczął związywać jego lewą rękę. Jego kapitan bardzo się wiercił, umyślnie utrudniając Zoro zadanie.
- Przestań, bo węzeł będzie za słaby – syknął Zoro.
- Nie chcę tego robić – szepnął do niego Luffy. – Nie rozumiesz tego, Zoro?
- A myślisz, że Usopp chciał się pojedynkować z własnym ojcem? – odszepnął Zoro. Zawiązał mocno węzeł po czym dodał głośniej i z uśmiechem na ustach: – Nie narób nam wstydu, kapitanie.
Luffy popatrzył na niego ze zdumieniem. Potem odwrócił się w stronę Shanksa, który nadal trzymał rękę na beczce. Chłopak uśmiechnął się z pewnością siebie i postawił swoją. Ich pięści splotły się w uścisku i rozpoczął się pojedynek. Oczywiście obie załogi skandowały imiona swoich kapitanów, aby okazać im wsparcie. Jedynie Zeff, Kureha, Nojiko i Iceburg siedzieli cicho, bo nie wiedzieli komu kibicować. No, i Zoro z Sanjim byli jacyś markotni.
Pierwsze parę sekund upłynęło im normalnie. Obaj z całych sił starali się położyć na ziemi rękę przeciwnika, jednak to nie było łatwe. Naprężali mięśnie, zaciskali z niewyobrażalnego wysiłku zęby, ale ich splecione dłonie przechylały się w którąś ze stron tylko odrobinkę, a potem znów wracały na sam środek.
- Silny jesteś, Shanks – odezwał się Luffy.
- No, pewnie. Przez dziesięć lat miałem czas, aby moja prawa ręka wzrosła w siłę.
Luffy wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Poczuł w sercu ukłucie poczucia winy. Jego ręka nagle przechyliła się w jego lewą stronę, co znaczyło, że Shanks zdobył przewagę. Krzyki obu załóg nagle ustały.
- Luffy, skup się – nakazał stanowczo Rudowłosy. – Przestań wreszcie o tym myśleć.
- Kiedy nie mogę – odparł Luffy.
- To tylko jedno ramię – powtórzył zdanie sprzed dziesięciu laty Shanks. Na jego twarzy pojawił się ten sam uśmiech, co wtedy. – Wcale mi go nie żal.
- Wiem, ale teraz…
Sanji zapalił papierosa i spojrzał mimowolnie na Zeffa. Starzec również skupił swój wzrok na chłopaku. Przez chwilę myśleli dokładnie o tym samym.
- Kapitanie Shanks – odezwał się nagle Zoro. – A dlaczego nie nosisz protezy?
- Zamknij się, Zoro – zasyczał do niego Luffy, nie spuszczając wzroku z Shanksa.
- Głupi morimo – szepnął Sanji. Gdyby miał więcej miejsca, by go pewnie kopnął.
- Bo protezy są głupie. Nie da się ruszać palcami – odpowiedział na pytanie szermierza Shanks. – Poza tym lubię jak jest trudniej. Wiesz ile rzeczy można robić zębami, jak się dobrze potrenuje?
Luffy znów zaczął tracić na sile.
- Luffy, przestań o tym myśleć! – powtórzył jeszcze głośniej i bardziej stanowczo Shanks. Następnie uśmiechnął się i powiedział przyjaźniej: – Jak ja mam się dowiedzieć czy urosłeś w siłę, kiedy rozpraszasz się na wspomnienie tego głupiego incydentu?
Słowa Shanksa sprawiły, że w Luffy’ego wstąpiły nowe siły. Wziął się w garść i skupił na pokonaniu Rudowłosego. Ich oczy spotkały się. Na twarzach obu kapitanów pojawił się ten sam uśmiech, zdradzający żądze zwycięstwa i pewność siebie. Byli teraz tylko oni dwaj. Całą siłę mięśni przeznaczali na jeden cel – położenie ręki przeciwnika na beczce. To była zaciekła walka, jednak w końcu Luffy zaczął tracić siły, gdy tymczasem Shanksowi energii jak na złość nie ubywało. Powoli, powoli (choć z przerwami, gdyż Luffy nie zamierzał się poddać) ręka Luffy’ego chyliła się w lewą stronę. Zanim jednak opadła, wieszcząc ostateczne zwycięstwo Rudowłosego, Luffy stawiał opór tuż nad blatem beczki. Ręka Słomianego Kapelusza trwała w tym położeniu jeszcze przez jakieś pięć minut, aż w końcu Shanks przygwoździł ją.
Jego załoga znów zawyła z radości. Posępny Zoro podszedł do kapitana i zaczął go rozwiązywać.
- Muszę przyznać, że jesteś bardzo silny! – powiedział głośno i wyraźnie Shanks. Jego ludzie nagle umilkli. – To nie było łatwe zwycięstwo, choć na początku byłeś trochę rozproszony! Prawda, Beckman? – odwrócił się do bosmana, który stał tuż za nim.
- Święta prawda, kapitanie – przyznał Beckman.
- Luffy – Shanks znów spojrzał na chłopaka. – Nie ulega wątpliwości, że od naszego ostatniego spotkania urosłeś w siłę. Twoi ludzie mają jak najbardziej prawo być z ciebie dumni.
- I jesteśmy – oświadczył Zoro, a reszta wzniosła gromki okrzyk:
- Pewnie, że tak!
Shanks uśmiechnął się na ten widok. Powstał, ale nagle zachwiał się, opierając przy tym o beczkę. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
- Kapitanie! – krzyknął Beckman i podszedł do niego.
- Shanks… – szepnął ze zmartwieniem Luffy.
Beckman uchylił lekko pelerynę Shanksa i wszyscy ujrzeli z przerażeniem, że lewy bok Rudowłosego krwawi obficie. Kureha spojrzała na Choppera. Przytaknęli porozumiewawczo i zabrali kapitana Czerwonych piratów do gabinetu renifera.
Luffy chciał za nimi iść, jednak Żarłok zatrzymał go słowami:
- Kapitana bez koszuli mogą oglądać tylko lekarz i Beckman.
Luffy w pierwszej chwili nie słuchał, ale jego własna nakama przytrzymała go, a Zoro powiedziała nawet:
- Chyba nie chcesz wprawić go w zakłopotanie, prawda?
Luffy się uspokoił. Wodził więc za Shanksem, Beckmanem i obojgiem lekarzy zmartwionym wzrokiem, dopóki nie zniknęli. To, co przed chwilą widział, martwiło go jeszcze bardziej, niż utracone przez Shanksa ramię. Zanim jednak zdążył cokolwiek pomyśleć, odezwał się nagle Yasopp:
- Niech to! Myślałem, że już się zagoiła.
- Wszyscy tak myśleliśmy – stwierdził ktoś inny. – Wygląda jednak na to, że nie całkiem i ten pojedynek znów ją otworzył.
- A więc to stara rana – podsumował Sanji.
- Jak to się stało? – spytał rozpaczliwie Luffy.
- My sami nie wiemy – odpowiedział Yasopp, kręcąc głową. – W jednej chwili kapitan Shanks stał nad pokonanym wrogiem, a w następnej…

…Shanks złapał się za lewy bok, opadł na ziemię i zawył z bólu. Ból był potworny, Shanks miał tę pewność, że w jego ciele właśnie stało się coś złego. Wystawił rękę przed swoje oczy. Byłą pokryta krwią o bardzo ciemnym odcieniu. W tym momencie podbiegł do niego Beckman i pomógł wstać, po czym bezzwłocznie zaprowadził na Red Force. Przy każdym ruchu lewy bok Shanksa przeszywał ostry, niewyobrażalny ból, który sprawiał, że kapitan Czerwonych miał wrażenie, że zaraz wyzionie ducha.
Mimo tego udało mu się wejść na statek i dojść do gabinetu lekarskiego, aby tam położyć się na leżance. Lecz cóż to miało za znaczenie, skoro ich lekarz pokładowy zginął przed paroma minutami, a w pobliżu nie było nawet żadnej wioski? Shanks oddychał z trudem, a do tego tak kręciło mu się w głowie, że był pewien, iż niebawem straci przytomność. Omdlenie jednak nie przychodziło, chociaż zdawało się być blisko. Tymczasem Beckman i Yasopp kręcili się nerwowo po gabinecie, szukając czegoś co mogłoby pomóc ich rannemu kapitanowi.
Beckman w końcu się zatrzymał, aby pomyśleć. Yasopp też zaprzestał bezsensownych poszukiwań.
- Muszę najpierw obejrzeć tę ranę – podjął wreszcie decyzje bosman i zwrócił się do Yasoppa: – Wyjątkowo możesz zostać.
- Och, dzięki, łaskawco – odparł z sarkazmem Yasopp.
Beckman posadził Shanksa i go rozebrał do pasa. Rana była paskudna. Wyglądała jak od pistoletu, ale była cztery razy większa, a przez to odsłaniała trochę nieapetycznego mięsa. Do tego krew miała ciemnoczerwony, prawie czarny kolor, co niepokoiło obu niedoświadczonych medycznie piratów.
- Dobra, co teraz? – spytał Yasopp, spoglądając na bosmana.
- Chyba jedyne, co możemy zrobić, Yasopp, to zdezynfekować ją i zabandażować.
- No, to do roboty – oświadczył snajper i ruszył po spirytus.
Polali ranę obficie. Shanks aż szarpnął się z bólu, krzycząc przeraźliwie. Następnie Beckman zabandażował szybko tułów swojego kapitana, który wydawał się być potwornie wycieńczony i nawet nie całkiem świadomy tego, co się dzieje. Kiedy bosman skończył go opatrywać, położył Shanksa z powrotem na leżance. Wyglądał źle – wciąż oddychał ciężko, był cały mokry od potu, wzrok miał mętny.
- Kapitanie, słyszysz nas? – spytał Beckman.
- Tak – szepnął. Nie miał siły mówić głośniej, ale uśmiechnął się do obu przyjaźnie, dodając cicho: – Dobrze się spisaliście, chłopcy.
Beckman dotknął ręką jego czoła i zmartwił się jeszcze bardziej.
- Jest rozpalony – wyjaśnił Yasoppowi. – Lepiej przygotujmy okład.


- Ja i Beckman czuwaliśmy przy nim całą noc, i następną, i kolejne, które nadeszły. Stan, w jakim się znalazł, trwał przez równe dwa tygodnie. Co jakiś czas mieliśmy wrażenie, że kapitan Shanks już zaraz zejdzie z tego świata, bo zamykał oczy i oddychał coraz wolniej, ale zaraz potem otwierał je gwałtownie i łapał każdy haust powietrza. Pewnego dnia, po bardzo długim śnie, tak po prostu podniósł się z leżanki i spokojnie wyszedł na pokład. Przeszedł się po nim bez żadnych problemów, a kiedy Beckman rozwinął bandaż, po ranie pozostała tylko blizna. Nasz kapitan powrócił i miał się dobrze.
- Aż do teraz – podsumował smutno Zoro.
- Czy ty też masz dla mnie jakieś niespodzianki, starcze? – spytał Zeffa Sanji.
- Chciałbyś, co smarkaczu?
Wtem wyszedł im naprzeciw Chopper. Wyglądał na bardzo zmartwionego. Zatrzymał się i ściągnął z głowy cylinder.
- Mam dla was złe wieści – oświadczył smutno. – To, co zaatakowało Rudowłosego Shanksa, przebiło jego wątrobę. Od razu, kiedy doszło do urazu, wątroba powinna zostać przede wszystkim natychmiast zoperowana. Lanie spirytusu do jamy brzusznej też nie było najlepszym pomysłem. To cud, że mimo wszystko kapitan Shanks jeszcze żyje. Jednak Doctirine twierdzi, że to tylko kwestia czasu…
- Chcesz powiedzieć, że kapitan… – zaczął Yasopp, ale słowa, które chciał wypowiedzieć, nie przechodziły mu przez gardło.
Chopper przytaknął głową. Był, mimo wszystko, niedoświadczonym lekarzem i chyba po raz pierwszy w życiu musiał przekazać taką wieść. Napawało go to wielkim smutkiem, bo wiedział, że sprawi tym ból kilku osobom, ale musiał to zrobić, po to został wysłany. Dlatego westchnął głęboko, wziął się w garść, podniósł wzrok na słuchaczy i oznajmił:
- Rudowłosy Shanks niebawem umrze.
- Niemożliwe… – jęknął Luffy.
- Przykro mi, Luffy – zwrócił się do niego Chopper – ale to prawda. Nie możemy nic zrobić.

Nad Portem Gull zapadł zmrok. Luffy stał oparty o balustradę i przyglądał się smutno słomianemu kapeluszowi, który trzymał w ręce. Luffy wspominał w milczeniu wciąż i wciąż wszystkie chwile spędzone w dzieciństwie z Shanksem. Najpierw to, co zaszło pomiędzy nimi, kiedy bandyci opuścili bar Makino, rozlawszy wcześniej sake na Shanksa. Wtedy jeszcze było dla Luffy’ego niezrozumiałe, dlaczego Shanks śmiał się z tego, że Hugome (czy jak mu tam było) rozlał na niego sake, a potem go obraził.
Dlaczego się śmiejesz?! To nie było fajne! Dlaczego mu nie oddałeś?! Nieważne ilu ich jest ani na jak silnych wyglądają, jeśli nie oddasz, nie jesteś mężczyzną! Nie jesteś piratem!
To nie to, że nie rozumiem, co czujesz, ale oni tylko rozlali trochę sake. Nie ma o co się tak denerwować…

Jego twarz taka spokojna. Siedział na tej podłodze w barze, wesoły jakby nic się nie stało. Taki był wtedy i taki był w morzu, kiedy uratował Luffy’ego od morskiego potwora. Trzymał płaczącego chłopca przy sobie, zanurzony po pas w wodzie.
Hej, nie płacz. Jesteś mężczyzną.
Ale… Shanks… Twoje ramię!
Nie było wiele warte, to tylko jedno ramię. Cieszę się, że jesteś bezpieczny.

Zawsze pogodny, nawet w tak, wydawałoby się, smutnym momencie jak utrata lewego ramienia. Taki też był – przynajmniej na początku – kiedy Luffy wpadł w kłopoty. Na początku wydawało się, że chłopakowi nic nie pomoże, nawet błagania burmistrza. Przywódca bandytów deptał wielkim butem twarz chłopca.
Luffy! – krzyknęła Makino, a burmistrz dodał:
Proszę, wypuśćcie go!
Wtedy odezwał się Shanks, który stał za nimi: Zastanawiałem się, dlaczego nie było nikogo w barze, i doszedłem do wniosku, że to pewnie sprawka bandytów z poprzedniego razu.
Kapitan! – krzyknęła Makino.
Shanks… – szepnął równie zdumiony Luffy.
Stał tak otoczony przez załogę. Nie przejął się zbytnio, kiedy jeden z bandytów przystawił mu lufę do skroni. Zresztą Żarłok później tego faceta unieszkodliwił. Twarz Shanksa nagle stała się poważna i wypowiedział słowa, które na zawsze zapadły Luffy’emu w pamięć: Posłuchajcie, bandyci. Możecie zrzucać na mnie jedzenie, wylewać na mnie napoje, a nawet na mnie pluć i ja będę się z tego śmiał. Jednakże jeśli, obojętnie z jakiego powodu, skrzywdzicie mojego przyjaciela… nie wybaczę wam!
Do jednego wspomnienia Luffy powracał bardzo często i bardzo chętnie. Moment, w którym Shanks włożył mu na głowę swój kapelusz, był tym, który Luffy darzył szczególnym sentymentem. Zawsze uśmiechał się na to wspomnienie, a jego serce napełniało się miłą nostalgią i dumą. Od tego wszystko się zaczęło – od obietnicy danej zaprzyjaźnionemu piratowi.
Rudowłosy Shanks niebawem umrze… – słowa Choppera natrętnie przypominały się Luffy’emu, świdrowały jego świadomość i przyprawiały o czarną rozpacz. Luffy rozpłakał się męskimi łzami. Dlaczego to miało się tak skończyć? Ledwo zdążyli się znów spotkać, już los chciał Luffy’emu odebrać kogoś tak ważnego. To nie było fair. To nie było fair, aby zabierać mu właśnie Shanksa.
Z dala obserwowała Luffy’ego jego posępna załoga.
- Ej, spróbujmy go jeszcze raz pocieszyć – zaproponował Usopp, siedzący na balustradzie.
- Pocieszaliśmy go przez bite dwie godziny i nic to nie dało – powiedział oparty o ścianę kuchni Sanji, zapalając papierosa. – Masz mu jeszcze coś do powiedzenia?
- Może zagram mu „Sake Binksa”? – wyszedł z inicjatywą Brook.
- Wiesz, że Czerwoni śpiewali to, kiedy Luffy był mały. Tylko go zdołujesz – odpowiedział Franky.
- Żałuję, że mu o tym powiedziałem – odparł siedzący tuż obok kuka Chopper, kryjąc twarz w przednich kopytach.
- Wygląda jakby się poddał – stwierdziła Nami. – Zupełnie jak nie Luffy.
- Właśnie, i to jest najstraszniejsze – wtrącił Zoro. Po krótkiej chwili ciszy, odezwał się znów: – Swoją drogą żal samego Shanksa. Pomyślcie: Gdyby Luffy go nigdy nie spotkał, być może nie byłoby nas jako nakamy. Luffy nigdy nie ruszyłby się ze swojej wyspy, aby zostać Królem Piratów i nigdy byśmy go nie poznali.
- Obserwowałem tego faceta przez jakiś czas – dodał Sanji. Wszyscy spojrzeli na niego beznamiętnie. – On i Luffy są do siebie bardzo podobni, zauważyliście?
- Jakoś nie – odpowiedział bez namysłu Zoro.
- Naprawdę, morimo? Zastanów się: Shanks jest prawie cały czas wesoły, Luffy też. Między Shanksem a jego załogą jest mniej więcej tak samo jak między Luffy’m i nami wszystkimi. A pamiętasz odpowiedź Rudowłosego na twoje pytanie o protezę? „Lubię jak jest trudniej…”. Tak jak nasz Luffy, Shanks lubi wyzwania. Prawda, trochę ich też różni, ale dla mnie nie ulega wątpliwości, że kapitan Rudowłosy Shanks był wzorem do naśladowania dla naszego Luffy’ego.
- Jakby się nad tym głębiej zastanowić… – powiedziała Nami.
- Doktorze – odezwała się do Choppera Robin – o czym pan myśli?
Chopper właśnie przyglądał się ogarniętym mrokiem wzgórzom, trwając w zamyśleniu. Pytanie Robin oderwało go od tego zajęcia.
- Zastanawiałem się… – zaczął. – Z tak zniszczoną wątrobą kapitan Shanks nie dożyłby tygodnia, a co dopiero dłużej. Coś musiało się wtedy stać, że przeżył tak długo.
Nagle ku swojemu zdumieniu ujrzeli idącego bardzo szybkim krokiem przez korytarz Beckmana, który trzymał zawieszonego na ramieniu Shanksa. Przeszedł tylko koło nich, a kiedy dojrzeli obaj Luffy’ego, zatrzymał się. Kapitan powiedział do bosmana:
- Wielkie dzięki, Beckman. Teraz pójdę sam.
- Aye, kapitanie.
Beckman dołączył w milczeniu do załogi Słomianego Kapelusza. Tymczasem Shanks powoli podszedł do wciąż pogrążonego w smutku Luffy’ego i stanął tuż obok niego. Przez chwilę chłopak nie zdawał sobie sprawy z obecności Shanksa.
Tymczasem z tego samego korytarza, co wcześniej Beckman, wybiegła Kureha. Na widok Shanksa i Luffy’ego, zatrzymała się i tylko powiedziała:
- Co za lekkomyślny facet…
- Zwykle taki nie jest, ale musiał to zrobić – wyjaśnił Beckman.
- Wreszcie cię znalazłem, Kotwico! – odezwał się dziarsko do Luffy’ego Rudowłosy.
Luffy zorientował się, że Shanks tu jest i to równie wesoły jak zawsze. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, nadal się uśmiechał? To sprawiło, że Luffy’emu jeszcze bardziej zachciało się płakać.
- Ej, nie płacz, Luffy. Jesteś mężczyzną – odpowiedział z uśmiechem Shanks.
- Shanks, ja… Ja nie chcę, żebyś umierał – wyrzucił z siebie Luffy.
Shanks zaśmiał się pod nosem i powiedział:
- Spokojnie, Luffy. Ja nie umrę – nagle z powagą dodał: – bo jeszcze nie mogę.
Te słowa wywołały zdziwienie nie tylko na twarzy Luffy’ego, ale i stojących i słuchających wszystkiego z zainteresowaniem Słomianych. Jedynie Beckman uśmiechnął się pod nosem ironicznie.
- Ale Chopper powiedział… – zaczął Luffy.
- Nie rozumiesz, Luffy – odparł Shanks, znów się uśmiechając. – W tamtą noc…

…Shanks miał wrażenie, że jego koniec był coraz bliższy. Gorączka nie malała, potworny ból nie mijał, a oddech był coraz trudniejszy do utrzymania. Yasopp i Beckman robili, co mogli, ale to było na nic. Rudowłosy leżał w gabinecie i z każdą chwilą coraz bardziej godził się z tym, że nie dożyje następnego dnia.
Zaczął myśleć o swoim życiu. Od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa, poprzez okres młodości na statku Rogera, aż do wszystkich miłych chwil które spędził jako kapitan własnej załogi. Tak, to był zdecydowanie najpiękniejszy okres jego życia.
- Chłopcy… – wycedził cicho. Beckman i Yasopp natychmiast przy nim przycupnęli.
- Tak, kapitanie? – spytał bosman. – O co chodzi?
- Tyle razem przeżyliśmy. Smutki i radości, morskie podróże, walki i postoje w partach; wesołe piosenki śpiewane przy sake… Co to za Raj, gdy nie ma tam nakamy? Będę tęsknił za wami wszystkimi.
- Nie mów tak jakbyś umierał! – wrzasnął Yasopp. – Kapitanie…!
W tym momencie Shanks ze smutkiem pomyślał o Luffy’m. O tym, że nie będą mieli okazji się ponownie spotkać. O tym, że Shanks nigdy się nie dowie, na kogo wyrósł mały Kotwica. Wszystkie wspomnienia o Luffy’m sprzed dziesięciu lat krążyły niechronologicznie w jego ociężałej głowie, aż w końcu zatrzymał się myślą na ostatnim dniu, kiedy odpływali z jego wioski. Ten moment, kiedy mały Luffy odgrażał się, że zbierze własną załogę, odnajdzie One Piece i zostanie Królem Piratów. Wtedy on – Rudowłosy Shanks – niezbyt przestraszony tymi groźbami, ale urzeczony jego ikrą, zapytał: „Oh, zamierzasz nas pokonać…?”. I wtedy, pod wpływem impulsu, zrobił to – ściągnął swój ulubiony słomiany kapelusz i włożył na głowę wciąż wkurzonego Luffy’ego, mówiąc: „W takim razie dam ci do przechowania mój kapelusz. Jest dla mnie bardzo ważny. Dbaj o niego dobrze. Pewnego dnia zwrócisz mi go jako wspaniały pirat. To przysięga, Luffy.”
Teraz, w łożu boleści, jego serce zaczęło bić mocniej. Twarz Rudowłosego przyjęła wyraz silnego zdecydowania. Yasopp i Beckman spojrzeli na niego ze zdumieniem, a nawet – nadzieją.
- Nie mogę umrzeć – szepnął Shanks. Zaraz powtórzył głośniej i bardziej stanowczo: – Nie, nie mogę umrzeć. Mój kapelusz… Nie zdążyłem go odebrać od Króla Piratów…


- Widzisz więc, Luffy – odparł Shanks. – Myśl o tym pozwoliła mi wtedy przeżyć i tym razem też utrzyma mnie przy życiu. Nie mogę umrzeć przed dniem, w którym zostaniesz Królem Piratów i oddasz mi mój kapelusz. To by się równało ze złamaniem obietnicy, którą zawarliśmy.
- Jakbym słyszała pewnego znanego mi konowała – odrzekła Kureha i zaśmiała się.
- Ja też, Doctorine – dodał Chopper, rozpromieniając się.
- Przekonanie, które zakłada odmowę śmierci – szepnął Sanji. – Jeszcze jedno podobieństwo między nimi.
- Wiesz, przez te wszystkie lata zastanawiałem się kim się stałeś. Tego między innymi chciałem się dzisiaj dowiedzieć – powiedział do chłopaka Shanks. Uśmiechnął się znów do Luffy’ego i oświadczył: – Wyrosłeś na wspaniałego mężczyznę, Luffy. Silnego ciałem i duchem. Odważnego, wytrwałego i honorowego.
- Naprawdę tak myślisz, Shanks? – spytał Luffy, rozpromieniając się.
Rudowłosy przytaknął głową.
- Do tego zebrałeś bardzo dobrą załogę. Z taką nakamą można zdobyć świat. Zrobimy więc tak, Luffy: Ty zostaniesz Królem Piratów, a ja, choćby nie wiem co się działo z moją wątrobą, poczekam na dzień, w którym oddasz mi kapelusz. Zgoda?
Na twarzy Luffy’ego pojawił się jego szeroki uśmiech. Shanks od razu zrozumiał, że umowa stoi. Spoważniał i zrobił coś, co wprawiło chłopaka (i resztę gapiów) w zdumienie. Ostrożnie odebrał trzymany przez Luffy’ego słomiany kapelusz i, tak jak dziesięć lat temu, włożył mu go na głowę.
- Nie zawiedź mnie, Luffy Kotwico.
Odwrócił się, aby odejść, ale zaraz zatrzymał się na widok doktor Kurehy, która wyglądała na bardzo niezadowoloną – ręce miała skrzyżowane na ramionach, a jej twarz wyrażała powagę.
- Zgoda – powiedziała lekarka, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Shanks uśmiechnął się szeroko.
- Wiedziałem, że potrzebowała pani jedynie trochę czasu do namysłu.
- Na co się zgadzasz, Doctorine? – spytał lekko skonsternowany Chopper.
- Doktor Kureha zostanie moim lekarzem pokładowym – wyjaśnił Shanks.
- Nie martw się, Słomiany Kapeluszu! – zawołała w stronę Luffy’ego. – Już ja się postaram, aby dożył waszego następnego spotkania.

Następnego dnia, zaraz po wspólnym śniadaniu, nadszedł czas pożegnania. Tuż obok Thausend Sunny stał Red Force, gotowy w każdej chwili wyruszyć w drogę i zawieść wszystkich gości, gdzie ich miejsce. Shanks i Luffy opierali się o balustradę, koło kładki z poręczami, która – przeprowadzona przez oba statki – stanowiła między nimi pomost. Opierali się o balustradę i przyglądali wszystkim.
Yasopp ściskał mocno Usoppa. Obaj mieli łzy w oczach. Obaj żałowali, że to ich wspólne spotkanie po latach trwało tak krótko.
- Kocham cię, synu – szepnął mu do ucha Yasopp.
- Ja ciebie też, tato – odparł Usopp.
Przestali się ściskać. W tym samym momencie zrobili dokładnie to samo – otarli ramieniem łzy i spojrzeli na siebie z uśmiechem. Yasopp poklepał syna po ramieniu i powiedział:
- No, Usopp. Bądź odważny, ale odważny mądrze – spoważniał i dodał: – Chcę cię jeszcze zobaczyć, więc nie daj się zabić.
- Nie martw się, tato. Zawsze na siebie uważam – odpowiedział na to Usopp. Na jego twarzy pojawił się pewny siebie uśmiech.
Yasopp go odwzajemnił i znów wpadli sobie w ramiona.
Tak też żegnała się z Nojiko Nami. Dziewczyny właściwie nic do siebie nie mówiły, tylko trwały w tym milczącym uścisku przez jakiś czas. Widać było w ich twarzach i gestach, że rozstają się niechętnie i będą za sobą tęsknić.
Beckman i Zoro uścisnęli sobie ręce, a wtedy Zoro przybliżył się do twarzy bosmana i powiedział poważnie:
- Pamiętaj, co ci wtedy powiedziałem.
Beckman uśmiechnął się na wspomnienie siebie leżącego pomiędzy dwoma ostrzami mieczy w barze, i Zoro, który pochylał się nad nim, szepcząc: Nie wątp w mojego kapitana i nie śmiej się z jego marzenia już nigdy więcej, bo następnym razem nie będę taki łaskawy.
- Spokojnie. Będę pamiętać do końca życia.
Zeff i Sanji przez dłuższy czas po prostu stali naprzeciw siebie i unikali swoich oczu. Nie znosili się, ale mieli wrażenie, że powinni się odpowiednio pożegnać. Kto wie kiedy się znów spotkają? W końcu Sanji, nadal unikając wzroku Zeffa, odezwał się pierwszy:
- Trzymaj się, staruchu.
- Ty też, smarkaczu – odpowiedział, również nie patrząc na chłopaka Zeff. Ale zaraz spojrzał na niego i dodał z uśmiechem: – Jest coś o co chciałbym cię prosić.
- Co takiego? – spytał beznamiętnie Sanji.
- Kiedy znajdziesz All-Blue – zaczął, wywołując na twarzy Sanjiego zdziwienie – zrób parę zdjęć i mi prześlij wraz z dokładnym opisem.
- Dobra – odparł nadal zaskoczony Sanji. Nagle jego twarz się rozpromieniła w złośliwym uśmiechu. Dodał: – O ile wcześniej nie wykitujesz.
- Chciałbyś, co? – spytał Zeff. – Bądź pewny, że nie umrę, zanim nie ujrzę All-Blue, choćby tylko na zdjęciach.
- W takim razie ja je dla ciebie zrobię.
Uścisnęli sobie prawice.
Franky przez dłuższy czas nie odzywał się do stojącego przed nim Iceburga, ale jego twarz zdradzała, że był bliski płaczu. Ździebko zażenowany tym Iceburg westchnął i powiedział:
- No, już się tak nie rozklejaj, Catty. Chyba nie będziesz za mną płakał?
- Bakaburg, kto ci powiedział, że ja płaczę! – wybuchł rzewnym, męskim płaczem Franky. – Widzisz, że nie płaczę, idioto.
- Przestań, Catty – szepnął zażenowany Iceburg, klepiąc go po ramieniu. – Co sobie ludzie pomyślą?
- Przecież nie płaczę! – łkał dalej Franky.
Kureha nie tuliła na pożegnanie Choppera. Nie lubiła smutnych i ckliwych pożegnań, więc obydwoje lekarzy stało naprzeciw siebie i jedynie uścisnęło sobie ręce na pożegnanie.
- Uważaj na siebie, Doctorine – powiedział poważnie do mentorki Chopper, ściągając z głowy cylinder. – Życie na pirackim statku potrafi być niebezpieczne.
- Ty się lepiej o siebie bój, mały – odparła z lekkim uśmiechem i potargała reniferowi włosy. – Masz jako nakamę zgraję dziwaków, więc musi cię to kosztować mnóstwo stresów.
- Ale ja też jestem dziwny, więc się nie dam, Doctorine – oświadczył dziarsko Chopper.
Kureha znów się uśmiechnęła.
- Do widzenia, mały.
- Do widzenia, Doctirne.
Odwróciła się, aby podejść do Shanksa. Zaraz jednak zatrzymał ją krzyk Choppera:
- Doctorine, patrz! Na wzgórzu!
Wszyscy spojrzeli na stojące w oddali wzgórze, które tak niedawno Kureha odwiedziła z Chopperem i Robin. Nawet z tak daleka widać było dokładnie biało-różowe korony drzew, którymi usiane był szczyt wzgórza. Był to piękny widok, zapierający dech w piersiach wszystkich, którzy na niego patrzyli, a Chopper pomyślał, że nic dziwnego, iż wzruszony tym widokiem doktor zmienił swój sposób życia, a potem zapragnął sprawić, aby wiśnia zakwitła również w Królestwie Drum. Zapewne widok kwitnącej wiśni byłby dla Słomianych i reszty piękniejszy, gdyby poszli teraz na wzgórze i podziwiali kwitnącą wiśnię z bliska.
- Przepiękne! – zawył, wybuchając ponownie płaczem Franky.
- Cudowne – powiedział Shanks.
Spojrzał smutno na Luffy’ego obok siebie. Chłopak też zwrócił na niego swój wzrok. Teraz nadszedł czas, aby i oni się ze sobą pożegnali. Odeszli od balustrady i stanęli naprzeciw siebie. Shanks wystawił rękę, którą Luffy ścisnął, i zaraz potem przyciągnął rękę chłopaka bliżej siebie i przystawił ją do piersi. Uśmiechnęli się do siebie, Shanks – przyjaźnie, Luffy – z pewnością siebie.
- Pamiętaj, co mi obiecałeś – powiedział Luffy. – Masz na mnie czekać.
- A ty nie zapomnij o swojej obietnicy, Kotwico – odparł Shanks. – Chcę dostać z powrotem swój kapelusz od Króla Piratów.
- Miło było cię znów zobaczyć, Shanks – oświadczył ni stąd ni z owąd Luffy, uśmiechając się beztrosko.
- Ciebie również, Luffy – odpowiedział Shanks. – Do rychłego zobaczenia… Słomiany Kapeluszu.
- Nawzajem, Rudowłosy.
Tymi słowami pożegnał Shanksa Luffy. Rudowłosy i reszta gości przeszli po kładce na Red Force. Chłopaki Shanksa podnieśli kotwicę i statek zaczął się powoli oddalać od Thausend Sunny. Jeszcze Słomiani podbiegli do balustrady, aby im pomachać. Luffy (ale nie tylko on) nie potrafił powstrzymać łez wzruszenia na widok odpływającego Shanksa. Płacząc, ściągnął kapelusz i wodził wzrokiem za Shanksem, który również się mu przyglądał. Przez chwilę przed Rudowłosym stanął widok sprzed dziesięciu lat – widok małego Luffy’ego, który ze łzami w oczach i jego kapeluszem w rękach przyglądał się odpływającemu z jego wyspy kapitanowi Red Force. I tak jak wtedy Shanks pomyślał, że Luffy jest tak bardzo podobny do niego – Shanksa – z czasów kiedy był w jego wieku… Że tak jak niegdyś przed Shanksem, tak teraz przed Luffy’m świat stoi otworem. I jeśli chłopak tylko zechce, może go zdobyć.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Skorpion
noblista
Posty: 584
Rejestracja: 02 kwie 2013, 13:34
Lokalizacja: mój pokój
Kontaktowanie:

Postautor: Skorpion » 06 lip 2013, 19:37

No i koniec. Mimo że ff był raczej spokojny to ostatni rozdział był dość emocjonujący. Zacznę od plusów. Zdecydowanie najlepszy rozdział, bardzo dużo się dzieje. W momencie, gdy czytelnik myśli, że to już najważniejszy, kulminacyjny moment pojawia się coś jeszcze i jeszcze. Najlepszy moment to zdecydowanie pojedynek Shanksa z Luffym (ogólnie pojedynki były interesujące). Solidnie zbudowany rozdział. Co mi się nie podobało to jego długość. Po krótkich partach ze "spotkaniami", ten zaskoczył mnie długością. Mogłaś spokojnie podzielić go na dwa mniejsze, bo w tej długiej formie trochę męczył.
Błędy:
Bez trudu rozpoznał który z obecnych w barze mężczyzn to Luffy, bo od razu rzucił mu się w oczy szczupły chłopak w słomianym kapeluszu.
rozpoznał, który
Chciał podejść do niego i powiedzieć: „Cześć! Kope lat, Luffy”;
kopę
Ale cóż – ludzie w desperacji robią różne głupoty, a tak forsa piechota nie chodzi.
piechotą
Mimo, że moje zranione ramię bolało jak cholera – wstał z krzesła – wyciągnąłem miecze i załatwiłem go swoimi…
Mimo że bez przecinka
Obserwował w napięciu jak wszyscy –goście i jego nakama – wypijają jego zupę. Teraz wraz z Zeffem czekali już tylko na werdykt.
brakująca spacja
- Phi – prychnął z lekceważeniem Yasopp. – Taki duży cel to nie wezwanie.
wyzwanie?
Shanks i Luffy opierali się o balustradę, koło kładki z poręczami, która – przeprowadzona przez oba statki – stanowiła między nimi pomost. Opierali się o balustradę i przyglądali wszystkim.
powtórzenie
- Miło było cię znów zobaczyć, Shanks – oświadczył ni stąd ni z owąd Luffy, uśmiechając się beztrosko.
ni stąd ni zowąd
#ZostańwDomuCzytajOpowie


Wróć do „One Piece”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości