Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2150
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: RedHatMeg » 18 lip 2021, 01:07

Postanowiłam pokazać Wam moje opowiadanie, które zaczęłam pisać już w zeszłym roku, a ostatnio do niego wróciłam. Już wcześniej pokazałam to dwóch osobom i bardzo im się spodobało. W sumie wreszcie wielu z Was dowie się o co chodzi z tymi Sępami, o których mówiłam.

Tytuł: Sępy i Gołębica
Rating: 16+
Gatunek: Science-Fiction/Fantasy, w realiach przypominających pierwszą wojnę światową.
Ostrzeżenia: Wojna, przemoc, przeklinanie, może w przyszłości będzie coś więcej.
Opis: Dwa mocarstwa - Królestwo Lejdlandii i Cesarstwo Belaterry - toczą z sobą walkę. Sępy - oddziały lotnictwa zajmujące się zbieraniem złomu na polu bitwy do ponownej naprawy - stoją najniżej w hierarchii lotniczej. Podczas jednego z obchodów na polu bitwy mały oddział Sępów składający się z nerwowego Lewego, szalonego Śwista i hardej pani kapitan Amelie Laroche spotyka rannego Gołębia - posłańca, który został zestrzelony podczas bitwy i jest zdeterminowany dostarczyć ważną wiadomość generałowi Pinsardowi. Na początku Sępy nie chcą o tym nic słyszeć, ale wkrótce pewne wydarzenia każą im podjąć się szalonej misji.

Gołąbeczka
Pole bitwy po nalocie Kukułek wyglądało okropnie, a na domiar złego zaczął padać deszcz. Nikt o zdrowych zmysłach nie krzątałby się w taką pogodę po polu walki, pośród porozbijanych i podziurawionych samolotów, niemniej jednak ktoś musiał to zrobić. Ktoś musiał przejść się po pobojowisku i przyjrzeć się każdemu samolotowi z osobna. Ktoś musiał sprawdzić, czy ostała się tam przynajmniej jedna część, którą można by wykorzystać ponownie. Ktoś musiał potem zebrać najbardziej cenne na tym pustkowiu rzeczy i zabrać je do bazy. Samoloty były chlubą i oczkiem w głowie wielu dowódców, ale z dala od warsztatów i fabryk trudno było liczyć na części zamienne, zwłaszcza kiedy niemal co dnia odbywały się bitwy powietrzne takie jak ta. Dlatego powołano do tej roboty specjalne oddziały, które nazywano SęAmeliei.
Ten konkretny oddział składał się z trzech Sępów, a dowódcą tej grupki straceńców była Amelia Laroche. Obojętnie jak na to spojrzeć, była to kobieta, po której trudno byłoby szukać kobiecości – barczysta, z krzaczastymi brwiami i wąsikiem pod wargą, wydawała się górować nad swoimi dwoma męskimi podwładnymi nie tylko stopniem, ale i posturą. Nie omieszkała też rzucić w ich stronę groźnego spojrzenia i zbesztać ich, kiedy uważała to za stosowne.
- Lewy, gdzie ty leziesz?! Kazałam ci sprawdzić tamte wraki na północy!
- Tak jest, pani kapitan!
Lewy opatulił się jeszcze bardziej w przydługi płaszcz i, idąc w wyznaczonym kierunku, zaczął prowadzić za sobą wózek. Lewy lubił swój płaszcz – w takie dni jak dzisiaj, jego wychudzone i skłonne do dreszczy ciało potrzebowało dodatkowej ochrony. Poza tym wstydził się trochę swoich kurzych nóżek i ledwo widocznych muskułów (ktoś mógłby pomyśleć, że ciągnięcie przez cały dzień wózka z toną złomu zdziała cuda z jego bicepsami, ale Lewy ciągle miał wrażenie, że jest chudzielcem).
Ledwo przeszedł kilka kroków, a już natrafił na coś ciekawego. Sprawdził jeszcze czy wszystko działa, obracając lekko metalowe skrzydła, i przekonawszy się, że wszystko jest dobrze, natychmiast przystąpił do odkręcania rękoma śruby z przodu samolotu. Robota poszła mu bardzo sprawnie i po prawie minucie obwieścił:
- Zdobyłem śmigło, pani kapitan!
- To teraz sprawdź czy inne śmigła też są w dobrym stanie! – zawołała za nim, po czym zwróciła się do swojego drugiego podwładnego: – A ciebie mam na oku, Świst! Żadnego majsterkowania zanim nie wrócimy do bazy!
Świst właśnie pochylał się nad rozbitym silnikiem wyjątkowo podziurawionego od kul samolotu, i już miał zacząć nad nim pracę, kiedy nagle usłyszał wołanie przywódczyni. Westchnął ze zrezygnowaniem i przeniósł co lepsze części silnika na wózek. Wiedział, że szefowa miała rację, zwłaszcza, że w bazie znajdowały się jego narzędzia i mógł tam spokojnie pracować, ale mimo wszystko ręce świerzbiły go, aby już coś zbudować z dostępnych na pobojowisku materiałów. Gdyby mógł, zostałby tutaj cały dzień i wykorzystał wszystkie te skarby do zbudowania maszyny jakiej świat nigdy wcześniej nie widział.
Świst zdawał się być przeciwieństwem Lewego – był mały i krępy, a do tego miał bardziej ziemistą twarz, która kontrastowała z woskową bladością jego kolegi z oddziału. Ponadto o ile Lewy wstydził się różnych swoich niedoskonałości, Świst wydawał się nie mieć przed nikim tajemnic i o ile pozwalała na to pogoda, chodził po bazie bez koszuli. Mimo tych znaczących różnic, on i Lewy świetnie się dogadywali.
Po przetrząśnięciu samolotu w poszukiwaniu jeszcze jakichś dobrych części i nie znalezieniu niczego wartego uwagi, Świst ruszył dalej. Już podszedł do następnego wraku; już przyjrzał mu się od stóp do głów; już wspiął się na drzwiczki, aby zajrzeć do kadłuba, kiedy nagle uwagę Sępa zwrócił dziwny widok. Wewnątrz samolotu siedziała drobna postać o pyzatej twarzy i krótko obciętych blond włosach, które wychodziły spod czapki-pilotki. Na czole widać było strużkę krwi, która wydawała się płynąć z jakiejś niewidocznej rany na głowie. Świst widział już w swoim życiu wiele trupów lotników, ale od kiedy wprowadzono zasadę, że przed Sępami na pole bitwy przychodzą oddziały szpitalne, które zbierają rannych i poległych (również w celach przyszłego przesłuchania jeńców wojennych), on, Lewy i pani kapitan przyzwyczaili się, że zastają samoloty puste. Czyżby oddział szpitalny przeoczył jedną osobę?
Świst ostrożnie dotknął palcem twarzy swojego znaleziska, aby przekonać się, czy ma przed sobą trupa. Słabe, ale jednak odczuwalne ciepło uświadomiło mu, że osobnik w samolocie jest tylko nieprzytomny. Oczy Śwista natychmiast spoczęły na kurtce, na której prawej piersi znajdowała się przypinka z ptakiem niosącym w łapkach kopertę; a potem wzrok Śwista zszedł na spoczywającą pod siedzeniem torbę. A to mogło oznaczać tylko jedno…
Świst odwrócił się w stronę pani kapitan i zakrzyknął:
- Kapitani! Taubina! Taubina znaleźli ja! Ranne este!
Amelie zwróciła się do niego:
- Mówiłam ci, Świst! Mów po naszemu albo wcale!
Ale Świst nie zrażał się wcale tym stwierdzeniem, bo wiedział, że Lewy też go usłyszał i zrozumiał, co powiedział właśnie jego kolega z oddziału. I też treść dziwnego komunikatu sprawiła, że Lewy porzucił to, co robił i natychmiast podbiegł do szefowej.
- Pani kapitan, Świst znalazł rannego Gołębia.
Ta wiadomość wywołała u Amelie szczere zdziwienie, ale chwilę potem jej twarz przybrała bardziej wściekły wyraz i kapitan Sępów zaczęła iść szybkim krokiem w stronę Śwista.
- Lewy, zapytaj go, czy to nasz, czy ich Gołąb – poleciła, nawet nie spoglądając na podwładnego, on zaś natychmiast wykonał rozkaz:
- Hej, Świst! Nasaja eto ichnia?!
- Nasaja! – oświadczył Świst, co Lewy natychmiast przetłumaczył:
- Nasz, pani kapitan.
- No pięknie – stwierdziła zirytowana Amelie i zatrzymała się kilka kroków od Śwista. – Gdyby był ich, przynajmniej można by przejąć jego pocztę i sprawdzić, co planuje wróg. A tak mamy przed sobą łamagę, która dała się zestrzelić, zamiast doręczyć wiadomość.
Wkrótce Amelie i Lewy wspięli się na samolot i zajrzeli do środka. Wreszcie mogli przyjrzeć się Gołębiowi lepiej. Jedna z pierwszych rzeczy, które rzuciły im się w oczy, to to, że Gołąb był dziewczyną.
- Strasznie mała. Ledwie ją widać spod kadłuba – stwierdziła Amelie. – Oddział szpitalny musiał ją przegapić. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: są tak zawaleni robotą, że w końcu musiało do tego dojść.
- Co robimy, pani kapitan? – zapytał Lewy i spojrzał na przywódczynię.
Amelie zastanowiła się nad odpowiedzią. Sprawa była dość zagmatwana: Gołąb musiał tu leżeć nieprzytomny już od jakiegoś czasu i do tej pory nie tylko nie doręczył wiadomości, ale też jego rany nie zostały opatrzone. Teoretycznie przynoszenie rannych nie leżało w obowiązkach Sępów – Sępy były tylko od zbierania złomu do ponownego użycia – ale z drugiej strony jeżeli wiadomości, które miał ze sobą Gołąb, były ważne, to trzeba je było chociaż przenieść do bazy i poinformować o całej sytuacji dowództwo. Inaczej czekała ich bura. Ale gdyby dowództwo dowiedziało się, że oddział szpitalny przegapił rannego Gołębia z ważnymi wiadomościami; i gdyby potem z tego powodu wynikły dla całej jednostki jakieś nieprzyjemności, Sępy byłyby jeszcze bardziej znienawidzone niż były do tej pory.
Amelie spojrzała jeszcze raz na Gołębia i zdała sobie sprawę z tego, że ta dziewczyna była całkiem młodziutka. Tak po prawdzie to nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat, a kto wie czy nie skłamała na temat swojego wieku podczas poboru. Wielu młodych ludzi za bardzo paliło się do tej wojny…
- Świst – powiedziała w końcu Amelie – sprawdź jej torbę.
- Aje, aje, kapitani – oznajmił, salutując, i natychmiast wziął się do roboty.
- Poszukaj jakichś pieczęci, które mogłyby świadczyć o tym, że te wiadomości są ważne dla tych na górze.
Świst już chwycił za torbę pod siedzeniem, kiedy nagle najpierw usłyszał pomruk, po którym nastąpiło syknięcie bólu; a potem noga Gołębia nadepnęła na jego rękę i po chwili został wypchnięty z kadłuba, spadając twardo na ziemię. Następnie Gołąb rozejrzał się po swoim otoczeniu, prawdopodobnie próbując zrozumieć, gdzie jest i co się stało. Jak tylko jednak dziewczyna poruszyła głową, wydała z siebie kolejny syk bólu i dotknęła ręką czoła. Kiedy spojrzała na swoją zakrwawioną rękę, a potem zdała sobie sprawę z tego, że siedzi w rozbitym samolocie, jej oczy rozszerzyły się w panice.
- O, nie – powiedziała do siebie, ale zaraz potem zaczęła głośniej: – Nie, nie, nie, nie! Tylko nie to! To się nie dzieje naprawdę!
Przez chwilę wydawało się, że zacznie płakać, ale zaraz spojrzała na trzech przyglądających się jej członków przyjacielskiej armii i nagle jakby wstąpiły w nią nowe siły.
- Posłuchajcie mnie, przydzielono mi bardzo ważną misję. Muszę jak najszybciej dostać się do generała Pinsarda.
- Ach, tak? – spytała nieufnie Amelie, krzyżując ramiona. – Masz na to jakiś dowód, mała?
Dziewczyna z trudem schyliła się i wyciągnęła z torby kopertę z pieczęcią. Amelie bez pośpiechu wzięła od niej kopertę, aby się jej lepiej przyjrzeć. Odcisk orła oraz napis: „Naczelne Dowództwo Lotnictwa Królewskiego Lajdlandii” wyglądały na prawdziwe, a do tego wiadomość rzeczywiście zaadresowana była do generała Simona Pinsarda. A to oznaczało, że pewne rzeczy się rozjaśniły, ale sama sprawa nieco się skomplikowała.
- No, pięknie – westchnęła z irytacją Amelie i oddała dziewczynie kopertę. – To zupełnie nie należy do naszych kompetencji…
- Proszę, pomóżcie mi! – powiedziała dziewczyna. – Potrzebuję samolotu. Może być mały, ale najważniejsze, żeby był sprawny. Jeśli nie dostarczę tej wiadomości…
- Przystopuj, Gołąbeczko – przerwała jej Amelie. – Po pierwsze, jesteś ranna i przynajmniej przez kilka dni nie powinnaś siadać za sterami samolotu. Po drugie, powinniśmy skontaktować się z dowództwem i dowiedzieć się jakie są wytyczne. Tak czy inaczej, to nie będzie już twoje zadanie.
- Nie, wy nie rozumiecie! – krzyknęła dziewczyna, a w jej oczach pojawiły się łzy. – To muszę być ja! Jeśli zawiodę, to czeka mnie coś naprawdę strasznego!
- Jak nas wszystkich – odparła beznamiętnie Amelie.
- To muszę być ja – powtórzyła dziewczyna. – To moja ostatnia szansa. Jeśli jej nie wykorzystam, czeka mnie straszny los. To będzie koniec wszystkiego!
- Niech zgadnę – zaczęła Amelie – zostaniesz Sępem?
- Tak, właśnie tak! – odparła „Gołąbeczka” i rozpromieniła się, zapewne w nadziei, że nieznajomi ją zrozumieją.
Ale zaraz potem dostrzegła oddalony nieco wózek ze złomem i najwyraźniej zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała i do kogo, bo na jej twarzy odmalowało się zakłopotanie.
- Przepraszam, nie chciałam… Nie wiedziałam, że…
- Ach, nie martw się – odezwał się nagle Lewy i machnął lekceważąco ręką. – Słyszeliśmy to tyle razy, że już dawno przestało nam przeszkadzać.
- Mów za siebie, Lewy – oznajmiła Amelie i zwróciła się znów do dziewczyny: – Tak czy inaczej, Gołąbeczko, najpierw musi ci się przyjrzeć lekarz. Musimy też skontaktować się z dowództwem, aby nam powiedzieli co robić dalej, bo inaczej wszyscy czworo narobimy sobie kłopotów.
- Nie, nic im nie mówcie! Póki nie wiedzą, mogę to jeszcze naprawić!
„Gołąbeczka” wstała z trudem, wyciągnęła jedną z nóg na zewnątrz i spróbowała wyjść z samolotu, ale zaraz potem zachwiała się, zapewne od zawrotów głowy, i wypadła. Na szczęście Świst złapał ją w ramiona i pomógł stanąć na nogi. Dziewczyna oparła się o swój samolot, aby złapać równowagę.
Nagle na jej twarzy pojawiła się determinacja.
- Skoro nikt mi nie da samolotu, sama go sobie wezmę. Muszę tylko poszukać odpowiednich części…
Amelie westchnęła i natychmiast powiedziała:
- Lewy, Świst, bierzcie ją.
- Robi się, pani kapitan – odparł Lewy i wraz z kolegą złapali Gołębia za ramiona.
Oczywiście dziewczyna się wyrywała, ale nie było szans, aby mogła uwolnić się z ich uścisku. Amelie zbliżyła swoją twarz do twarzy Gołębia i powiedziała:
- Dobra, skoro nie przekonują cię racjonalne argumenty, mała pluskwo, zrobimy inaczej: walnę cię kamieniem i zawlokę do bazy nieprzytomną. I tak lekarz musi sprawdzić twoją głowę, więc jeden guz więcej nie zrobi mu różnicy, a my przynajmniej nie będziemy musieli się z tobą użerać.
Gołąb od razu przestał wierzgać i spojrzał na Amelie z wyrazem szczerego przerażenia. Na pewno wierzył w to, że kapitan Sępów to zrobi.
- Eja, kapitani! Szto este tu micho – odezwał się nagle Świst.
Amelie westchnęła.
- Co on mówi? – zwróciła się do Lewego.
- Że pani przesadza, pani kapitan.
- No to mu powiedz, że jak będzie dalej kwestionował swoją przełożoną, to jego też walnę kamieniem.
Odczekała chwilę w milczeniu i popatrzyła na twarze zgromadzonych. Widząc, że żadne z nich nie jest skłonne się sprzeciwiać, powiedziała:
- Świetnie, że się rozumiemy. A teraz idziemy do bazy – dodała, machnąwszy ręką.
Rozkazała posadzić Gołębia na wózku Śwista i natychmiast wyruszyli w stronę bazy. Trochę irytujące było to, że musieli tak szybko wracać i do tego z tak małym łupem, ale pewnie i tak jeszcze następnego dnia dowództwo wyśle ich znowu na pobojowisko. Pytanie tylko, czy Sępy wroga nie ogołocą pola bitwy z co lepszych części.
Tak czy inaczej, czekał ich w bazie niezły cyrk i Amelie już zastanawiała się nad tym, co powie dowództwu.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 36
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Tytus » 18 lip 2021, 06:03

Umieszczę tutaj moje uwagi. Propozycję zmian będą wytłuszczone. Oczywiście, jeśli nie będziesz zgadzać się z moimi sugestiami, proszę je całkowicie zignorować. Żadnym autorytetem nie jestem. (Zwłaszcza jeśli moje uwagi uznane zostaną za czepialstwo — czasami mam do tego tendencje) Nie zamierzam oczywiście wytykać wszystkich problemów w tekście, tylko te, które osobiście uważam za poważniejsze usterki. Zwłaszcza że wiele rzeczy można zostawić w spokoju jako, że nie umniejsza przyjemności czytania. No to zaczynamy.

0.

Tę uwagę piszę jaką jedną z ostatnich po przeczytaniu większości tekstu, ale daję ją na początek, bo tyczy się prowadzenia narracji. Bardzo często w tekście mieszana jest narracja trzecioosobowa typu kamery stojącej z boku, która jest obiektywna i zwraca uwagę tylko na fakty z narracją trzeci osobową typu punktu widzenia postaci. Ta druga przekuje subiektywne odczucia postaci. Co więcej, używasz tego drugiego typu narracji bardzo liberalnie, przez co punkt widzenia często skacze między postaciami, wprowadzając niemały chaos w tekście.

1.

Pole bitwy po nalocie Kukułek wyglądało okropnie, a na domiar złego zaczął padać deszcz.


Problemem takiego otwierającego zdania jest brak przekazywanej informacji. To, że pole bitwy po nalocie wyglądało okropnie, jest pewnego rodzaju truizmem. Ciężko, aby pobojowisko po bombardowaniu wyglądało dobrze. Oprócz tego taka konstrukcja zdania nie pozwala na zbudowanie żadnego konkretnego obrazu mentalnego w głowie czytelnika. Nie zawiera dość informacji, aby mogło na to pozwolić. Dobrze byłoby to troszeczkę rozbudować. Nie musi to być wcale duże. Dwa czy trzy zdania by wystarczyły.


2.


Nikt o zdrowych zmysłach nie krzątałby się w taką pogodę po polu walki, pośród porozbijanych i podziurawionych samolotów, niemniej jednak ktoś musiał to zrobić.


Primo: mamy tutaj powtórzenie z "polem walki".
Secundo: Oprócz tego zaistniała aliteracja "pogodę po polu walki"
Tertio: Zdanie w pewnej mierze sugeruję, że ci, którzy zbierają resztki, nie są o zdrowych zmysłach. No, chyba że takie było zamierzenie.

3.

Ktoś musiał przejść się po pobojowisku i przyjrzeć się każdemu samolotowi z osobna. Ktoś musiał sprawdzić, czy ostała się tam przynajmniej jedna część, którą można by wykorzystać ponownie. Ktoś musiał potem zebrać najbardziej cenne na tym pustkowiu rzeczy i zabrać je do bazy.


Anafory — czyli powtarzanie zdań od tego samego wyrazu — są niesamowicie kuszące. Wyglądają na łatwy sposób, aby dodać tekstowi trochę stylu i metaforycznego pazura. Jednakże lepiej ich używać, aby wzmocnić emocjonalnie ważną scenę, moment czy wydarzenie. Używanie ich tak szybko w tekście po pierwsze osłabia ich późniejszy efekt, a po drugie wygląda trochę amatorsko. (Oczywiście moim zdaniem).

Warto tutaj też zwrócić uwagę na powtórzenie z zaimkiem zwrotnym - "się". "Się" przeważnie aż ciśnie się pod palce przy pisaniu. Niemniej jednak powinno się unikać tej maniery w prozie, gdyż powoduję, że tekst odbierany jest gorzej. Często nawet sam czytelnik nie potrafi stwierdzić, dlaczego jeden tekst był "lepszy", a inny "gorszy", bo, pomimo że czytelnik nawet tego nie zauważył to jego mózg już tak.

4.

Samoloty były chlubą i oczkiem w głowie wielu dowódców, ale z dala od warsztatów i fabryk trudno było liczyć na części zamienne, zwłaszcza kiedy niemal co dnia odbywały się bitwy powietrzne takie jak ta.


a). Bitwa powietrzna pojawiła się tutaj całkowicie znikąd. Wcześniej w tekście jest jedynie mowa o nalocie, co nie jest równoznaczne z podniebnym starciem. Samoloty mogło zostać strącone przez ogień z poziomu gruntu albo leżeć już pewien czas. Warto tutaj dopisać coś na ten temat.

b). Oprócz tego to idealny przykład budowania zdań, które można by spokojnie rozbić na co najmniej dwa, aby poprawić płynność czytania.

Budowanie zdań wielokrotnie złożonych z reguły sprawia, że tekst staje się mniej dynamiczny i czyta się go wolniej.

Propozycja zmiany:

Samoloty były chlubą i oczkiem w głowie wielu dowódców, ale z dala od warsztatów i fabryk trudno liczyć na części zamienne. Zwłaszcza kiedy niemal co dnia odbywały się bitwy powietrzne takie jak ta.

5.

Ten konkretny oddział składał się z trzech Sępów, a dowódcą tej grupki straceńców była Amelia Laroche. Obojętnie jak na to spojrzeć, była to kobieta, po której trudno byłoby szukać kobiecości – barczysta, z krzaczastymi brwiami i wąsikiem pod wargą, wydawała się górować nad swoimi dwoma męskimi podwładnymi nie tylko stopniem, ale i posturą.


a). Bardzo częstymi słowami pułapkami są czasowniki "był, było, byli, być" itp.
Raz, że prowadzi do bardzo wieloniezamierzonych powtórzeń, a dwa ich często występowanie obniża jakość tekstu. Głównie dlatego, iż może sugerować braki w zasobie słownictwa autora. Nawet gdy jest to całkowicie mylne wrażenie. Ten problem występuję też w uwadze numer 4.

b). I podobnie jak w mojej poprzedniej uwadze tutaj też tekst zyskałby na płynności, gdyby rozbić kawałek na więcej zdań.

c). Oprócz tego są też tutaj błąd logiczny. Jak choćby [...]"wydawała się górować nad swoimi dwoma męskimi podwładnymi nie tylko stopniem"[..]. Ten kawałek niestety nie ma zbyt dużo sensu. W instytucji tak zhierarchizowanej, jak wojsko można kogo przewyższać (górować nad kimś) stopniem lub nie. Ten problem zaistniał tutaj, ponieważ sens i treść została poświęcona na rzecz formy.

d). Kolejny zgrzyt to - [...]"po której trudno byłoby szukać kobiecości"[...]. Ten fragment wcale nie sugeruję, że brak jej kobiecości. Dopiero następna część zdania wyjaśnia sytuację, ale ten konkretny kawałek brzmi trochę "po polskiemu".

Propozycja zmiany:

Ten konkretny oddział składał się z trzech Sępów. Dowódcą tej grupki straceńców była Amelia Laroche. Obojętnie jak na to spojrzeć, pani kapitan to kobieta, w której trudno znaleźć choćby odrobinę kobiecości. Barczysta, z krzaczastymi brwiami i wąsikiem pod wargą, górowała nad swoimi dwoma męskimi podwładnymi nie tylko stopniem, ale i posturą.

6.

Nie omieszkała też rzucić w ich stronę groźnego spojrzenia i zbesztać ich, kiedy uważała to za stosowne.


Czasami są sytuację, że występuje w zdaniu pewien nadmiar słów, które można zastąpić jednym wyrazem i nie utracić przy tym nic z przekazywanej informacji. Kiedy taki nadmiar występuję, jest odczuciem całkowicie subiektywnym. Mimo to w tym moim własnym prywatnym odczuciu tutaj ten efekt zaistniał. Zwłaszcza gdy powoduje zbędne powtórzenie z "ich".

Propozycja zmiany:

Nie omieszkała też ich zbesztać lub obrzucić groźnym spojrzeniem, kiedy uważała to za stosowne.

Nie tylko dzięki temu zdanie brzmi lepiej (moim zdaniem) i zwięźlej, ale też eliminuje problem powtórzenia, a także unikamy dwuznaczności. Rzucić w kogoś w groźnym spojrzeniem w czyjąś stronie niekoniecznie oznacza bycie złym na daną osobę.


7.

Lewy opatulił się jeszcze bardziej w przydługi płaszcz i, idąc w wyznaczonym kierunku, zaczął prowadzić za sobą wózek. Lewy lubił swój płaszcz – w takie dni jak dzisiaj, jego wychudzone i skłonne do dreszczy ciało potrzebowało dodatkowej ochrony. Poza tym wstydził się trochę swoich kurzych nóżek i ledwo widocznych muskułów (ktoś mógłby pomyśleć, że ciągnięcie przez cały dzień wózka z toną złomu zdziała cuda z jego bicepsami, ale Lewy ciągle miał wrażenie, że jest chudzielcem).


a). Mam wrażenie, że tutaj mamy do czynienia powtórzeniem celowym, jednakże jest to też zmarnowana okazja, aby opisać trochę postać. W wypadkach, gdy wprowadzany do tekstu nową osobę zawsze jest dobrze rzucić kilka słów na jej temat. I nie tylko po to, aby czytelnik mógł sobie zbudować obraz w mentalnym projektorze, ale też dlatego, że daje nam to pewien bank synonimów, którym można operować później. Nawet mamy jakby zalążek tego przy opisie jego ciała, ale mimo dalej znów mamy "Lewy".

b). Kolejny problem to ta obrzydliwa kalka z języka angielskiego "złomu zdziała cuda z jego bicepsami — will do wonders for his biceps".

c). Mamy też klasyczne niepoprawne użycie zaimka dzierżawczego. Słowa "swój", "swoje", "swoich" mają taką manierę, bo same się nam pchają na usta, ponieważ używamy ich w mowie potocznej bardzo często, jednakże mają one dość sprecyzowane zastosowanie.

"Poza tym wstydził się trochę swoich kurzych nóżek i ledwo widocznych muskułów"

A czy mógł w tej sytuacji wstydzić się czyichś kurzych nóżek? No nie bardzo. Zwłaszcza że w poprzednim zdaniu mamy już informację o tym, że jego ciało jest wychudzone.

8.

Ledwo przeszedł kilka kroków, a już natrafił na coś ciekawego. Sprawdził jeszcze czy wszystko działa, obracając lekko metalowe skrzydła, i przekonawszy się, że wszystko jest dobrze, natychmiast przystąpił do odkręcania rękoma śruby z przodu samolotu. Robota poszła mu bardzo sprawnie i po prawie minucie obwieścił


a). Na co natrafił? W tym fragmencie brakuje tutaj zdania opisowego po pierwszym zdaniu, a przed następnym. Bez niego czytelnik ma wrażenie, że czytając, coś przegapił. Zwłaszcza że kolejne zdanie nie informuję go od razu, na co dokładnie Lewy natrafił.

Propozycją dodatkowego zdania:


Opatulony chudzielec stanął przed niedawno zestrzelonym dwupłatowcem.

b). Cała scena ma też problem braku naturalności. Nie mamy żadnego punktu odniesienia, co Lewy widzi, a czego nie. Ani konkretnego opisu jak wygląda pobojowisko. Natomiast samolot zwłaszcza z taki z okresu Pierwszej Wojny Światowej do najmniejszych nie należy. Powoduję to, że cały fragment jest dość komiczny, gdy Lewy zaledwie po przejściu kilku kroków dopiero zauważa rozbitą maszynę. Czyżby miał tak niesamowite problemy ze wzrokiem, że nie widział samolotu z większej odległości? To wygląda jak element sztuki teatralnej. To, czego w tym momencie nie ma scenie, nie istnieje.

c). Interpunkcja — brakujący przecinek w "Sprawdził jeszcze czy" - "Sprawdził jeszcze, czy"

9.

- To teraz sprawdź czy inne śmigła też są w dobrym stanie! – zawołała za nim, po czym zwróciła się do swojego drugiego podwładnego: – A ciebie mam na oku, Świst! Żadnego majsterkowania zanim nie wrócimy do bazy!


a). Zaimek dzierżawczy powraca. A mogła w tej sytuacji zwrócić się do czyjegoś podwładnego? Słowo do wycięcia.

b). Interpunkcja - "Sprawdź czy" (dodać przecinek przed "czy) oraz "Żadnego majsterkowania zanim" przed tym spójnikiem (zanim) stawiamy przecinek.

10.

Świst właśnie pochylał się nad rozbitym silnikiem wyjątkowo podziurawionego od kul samolotu, i już miał zacząć nad nim pracę, kiedy nagle usłyszał wołanie przywódczyni.


Spokojnie można rozbić to na dwa zdania dla lepszego komfortu czytania.

Propozycja zmiany:

Świst właśnie pochylał się nad rozbitym silnikiem wyjątkowo podziurawionego od kul samolotu. Miał już zacząć nad nim pracę, kiedy nagle usłyszał wołanie przywódczyni.


11.

Wiedział, że szefowa miała rację, zwłaszcza, że w bazie znajdowały się jego narzędzia i mógł tam spokojnie pracować, ale mimo wszystko ręce świerzbiły go, aby już coś zbudować z dostępnych na pobojowisku materiałów.


a). Że, że.

Nadużywanie takiego spójnika jak "że" też bardzo szybko męczy odbiorcę. Można stosować synonim w postaci "iż", ale tutaj rozwiązanie wydaje się by dużo łatwiejsze.

b). Zdanie jest niepotrzebnie długie. W tym wypadku stanowczo za długie.

c). Trudności z szykiem:
- [...]"mimo wszystko ręce świerzbiły go"[...] - "mimo wszystko świerzbiły go ręce"
- [...]"aby już coś zbudować[...] - "aby zbudować już coś"

Propozycja zmiany:

Szefowa miała racje. Jego narzędzia znajdowały się w bazie i mógł tam spokojnie pracować. Mimo wszystko świerzbiły go ręce, aby już zbudować już coś z dostępnych na pobojowisku materiałów.

12.

Gdyby mógł, zostałby tutaj cały dzień i wykorzystał wszystkie te skarby do zbudowania maszyny jakiej świat nigdy wcześniej nie widział.


a). Powtórzenie wynikające z użycia w poprzednim zdaniu słowa "zbudować".
b). Interpunkcja — brak przecinka przed "jakiej".

Propozycja zmiany:

Gdyby mógł, zostałby tutaj cały dzień i wykorzystał wszystkie te skarby do skonstruowania maszyny, jakiej świat nigdy wcześniej nie widział.

13.

Świst zdawał się być przeciwieństwem Lewego – był mały i krępy, a do tego miał bardziej ziemistą twarz, która kontrastowała z woskową bladością jego kolegi z oddziału.


a). Zmieniony został temat. Z opisu części maszyn na polu bitwy i przemyśleń Śwista na ich temat, na wygląd samego Śwista. A to oznacza, że powinno się tutaj postawić nowy akapit. Są takie momenty w tekście, które proszą o większa ilość akapitów, ale przykład ze Świstem jest najbardziej widoczny.

b). [...]zdawał się być[...] jest to forma niepoprawna. Cytując Mirosława Bańko z PWN "W wydawnictwach normatywnych czytamy jednak, że konstrukcja zdaje się być jest w ogóle niepoprawna." Wystarczy usunąć "być" i zdanie będzie naprawione.


14.

Ponadto o ile Lewy wstydził się różnych swoich niedoskonałości, Świst wydawał się nie mieć przed nikim tajemnic i o ile pozwalała na to pogoda, chodził po bazie bez koszuli.


A mógł w tym wypadki wstydzić się czyichś niedoskonałości? ;)


15.

Już podszedł do następnego wraku; już przyjrzał mu się od stóp do głów; już wspiął się na drzwiczki, aby zajrzeć do kadłuba, kiedy nagle uwagę Sępa zwrócił dziwny widok.


a). Już wchodził do ogródka, już witał się z gąską...

Forma stylistyczna tutaj byłaby uzasadniona, gdyby to było zdanie wieńczące wysiłku bohatera, któremu czytelnik dopinguję z całego serca. Powiedzmy, protagonista biegnie z magicznym kamieniem, który uratuje świat i życie bliskiej mu osoby. Czytelnik chcę, aby się mu powiodło i zaciska zęby w nadziei, że dobiegnie, a tutaj pisarz uderza go zdaniem "Już był na schodach, już widział wejście do izby, już czuł woń perfum ukochanej". Wtedy taka forma stylistyczna buduję grozę w czytelniku, bo wie, że obecna czynność bohatera zostanie zaraz czymś przerwana.

Tutaj nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego mamy opis rutynowego zadania postaci, która ledwo jeszcze znamy i nadużycie takiej formy stylistycznej wygląda jak literacki onanizm. Niczego nie wnosi, spowalnia czytanie, tworzy zbędne powtórzenia, a "styl" jaki dodaje zdaniu, nie jest tego wart.

b). [...]kiedy nagle uwagę Sępa zwrócił dziwny widok. - fragment, który nie przekazuję żadnej informacji i nie spełnia żadnej funkcji, a do tego jest niepoprawny.

Albo przykuł jego uwagę widok czegoś, z czegoś, za czymś. Typu "dziwny widok za oknem."
Albo jego uwagę przykuło coś konkretnego — cień, postać itp.


16.

Na czole widać było strużkę krwi, która wydawała się płynąć z jakiejś niewidocznej rany na głowie.


a). Sugeruję unikać konstrukcji "widać było" niezgrabna, a lepszy efekt można osiągnąć, pisząc bardziej opisowo.

b). [...]wydawała się płynąć z jakiejś niewidocznej rany na głowie.
- Wydawała się płynąć? Więc Świst nie wierzył zmysłom? Mimo że widzi, jak krew spływa, to uważa, że to tylko złudzenie?
- A czy rana mogła być na pośladku, a krew z niej spływać po głowie? Brzydki truizm.

Propozycja zmiany:
Po czole spływała strużka krwi, która musiała wydobywać się z jakiejś niewidocznej, ukrytej pod czapką, rany.


17.

Świst widział już w swoim życiu wiele trupów lotników, ale od kiedy wprowadzono zasadę, że przed Sępami na pole bitwy przychodzą oddziały szpitalne, które zbierają rannych i poległych (również w celach przyszłego przesłuchania jeńców wojennych), on, Lewy i pani kapitan przyzwyczaili się, że zastają samoloty puste.


A cóż to za gargantuiczne zdanie? I jeszcze te olbrzymie wtrącenie pośrodku.

Propozycja zmiany:

Świst widział już w życiu wiele trupów lotników. Tego tutaj się nie spodziewał. Od kiedy wprowadzaną zasadę, że przed Sępami wchodzą oddziały szpitalne, które zbierają rannych i poległych (również w celu pozyskania jeńców), on, Lewy i pani kapitan przyzwyczaili się do pustych samolotów.


18.

Świst ostrożnie dotknął palcem twarzy swojego znaleziska, aby przekonać się, czy ma przed sobą trupa.


A czy dziewczynę odnalazł ktoś inny w tej sytuacji? Nie, to znaczy, że oczywiste jest to, że było to jego znalezisko, a nie czyjeś.

19.

Oczy Śwista natychmiast spoczęły na kurtce, na której prawej piersi znajdowała się przypinka z ptakiem niosącym w łapkach kopertę; a potem wzrok Śwista zszedł na spoczywającą pod siedzeniem torbę. A to mogło oznaczać tylko jedno…


Słowo "natychmiast" sugeruję pewną dozę szybkości czy raptowności, ale konstrukcja zdania temu przeczy. Gdy oczy świata mozolnie na czymś spoczywają, a później równie ociężale przy wykorzystaniu całego wachlarza słów przenoszą się na torbę. To jest typ zdania, który (zwłaszcza jeśli ich więcej) usypia czytelnika.

Propozycja zmiany:

Świst nagle, na piersi rannego, zauważył przypinkę z ptakiem niosącym kopertę w łapkach. Natychmiast sięgnął głębiej i znalazł pod siedzeniem torbę pocztową. To mogła oznaczać tylko jedno...


20.

Ale Świst nie zrażał się wcale tym stwierdzeniem, bo wiedział, że Lewy też go usłyszał i zrozumiał, co powiedział właśnie jego kolega z oddziału. I też treść dziwnego komunikatu sprawiła, że Lewy porzucił to, co robił i natychmiast podbiegł do szefowej.


Brak mi słów. To już się ociera o grafomanię.

Propozycja zmiany:

Świst zignorował rozkaz. Krzyk poskutkował. Lewy, który go usłyszał, i co ważniejsze zrozumiał, podbiegł do szefowej.


21.

Ta wiadomość wywołała u Amelie szczere zdziwienie, ale chwilę potem jej twarz przybrała bardziej wściekły wyraz i kapitan Sępów zaczęła iść szybkim krokiem w stronę Śwista.


Radzę unikać zwrotów typu "zaczął robić placki". Takie ciągle zaczynanie sprawia, że odbiór tego, co się dzieje, jest jakby w zwolnionym tempie. Zamiast tego sugeruję korzystanie z krótkich opisów czynności.

Zamiast "zaczęła iść szybkim krokiem", które ma sugerować pilność i dynamikę sceny, a jest jak oglądanie schnącej farby lepiej dać "ruszyła szybkim krokiem", "puściła się truchtem", "wystartowała raptownie".


22.

- Lewy, zapytaj go, czy to nasz, czy ich Gołąb – poleciła, nawet nie spoglądając na podwładnego, on zaś natychmiast wykonał rozkaz:
- Hej, Świst! Nasaja eto ichnia?!


Nadopis. [...]"on zaś natychmiast wykonał rozkaz:"[...] jest całkowicie zbędne, bo dosłownie linijkę niżej mamy dialog, który ilustruje dokładnie to samo. To tylko niszczy płynność rozmowy.

23.

- Nasaja! – oświadczył Świst, co Lewy natychmiast przetłumaczył:
- Nasz, pani kapitan.


Dokładnie ten sam problem.


- No pięknie – stwierdziła zirytowana Amelie i zatrzymała się kilka kroków od Śwista. – Gdyby był ich, przynajmniej można by przejąć jego pocztę i sprawdzić, co planuje wróg. A tak mamy przed sobą łamagę, która dała się zestrzelić, zamiast doręczyć wiadomość.


Błąd interpunkcyjny w didaskaliach. Kropkę dajemy tylko na koniec w takiej sytuacji. Dlatego też znak przystankowy po "Śwista" jest błędny.

24.

Wreszcie mogli przyjrzeć się Gołębiowi lepiej.


Szyk zdania tutaj kuleje.


25.

Jedna z pierwszych rzeczy, które rzuciły im się w oczy, to to, że Gołąb był dziewczyną.


To akurat było dość oczywiste już od wielu zdań. Robienie z tego formy zwrotu akcji jest mało efektywne. Byłoby znacznie lepiej, gdyby Świst ustalił to znacznie wcześniej już samodzielnie. Inaczej wychodzi na głuptasa, a sam czytelnik jest lekko sfrustrowany, bo już dawno się domyślił i teraz tylko czeka, aż postacie go podgonią.

26.

Gołąb musiał tu leżeć nieprzytomny już od jakiegoś czasu i do tej pory nie tylko nie doręczył wiadomości, ale też jego rany nie zostały opatrzone.


Więcej nic niewnoszących truizmów. Te są wyjątkowo brzydkie, bo wyglądają, jakby czytelnik był traktowany jak idiota, który nie rozumie tego, co właśnie przeczytał.

27.

Teoretycznie przynoszenie rannych nie leżało w obowiązkach Sępów – Sępy były tylko od zbierania złomu do ponownego użycia – ale z drugiej strony jeżeli wiadomości, które miał ze sobą Gołąb, były ważne, to trzeba je było chociaż przenieść do bazy i poinformować o całej sytuacji dowództwo. Inaczej czekała ich bura.


a). Kogo czekała bura? Wiadomości? Podmiot domyślny w poprzednim zdaniu został przeniesiony na wiadomości, przez co następne zdanie nie bardzo ma sens.

b). Interpunkcja - "strony, jeżeli" oraz "było, chociaż".

28.

Świst już chwycił za torbę pod siedzeniem, kiedy nagle najpierw usłyszał pomruk, po którym nastąpiło syknięcie bólu; a potem noga Gołębia nadepnęła na jego rękę i po chwili został wypchnięty z kadłuba, spadając twardo na ziemię.


O Jezu. :P

Wstał z łóżka, po czym usiadł, kiedy nagle usłyszał pukanie do drzwi, a potem wstał oraz podrapał się po ramieniu i skierował kroki na przedpokój, po których nastąpił wylew do mózgu czytelnika. :-P

29.

Kiedy spojrzała na swoją zakrwawioną rękę, a potem zdała sobie sprawę z tego, że siedzi w rozbitym samolocie, jej oczy rozszerzyły się w panice.


A mogła spojrzeć na czyjąś... ok, ok na tym etapie chyba już rozumiesz, o co mi chodzi.

30.

Dziewczyna z trudem schyliła się i wyciągnęła z torby kopertę z pieczęcią. Amelie bez pośpiechu wzięła od niej kopertę, aby się jej lepiej przyjrzeć.


Koperta, koperta.

31.

- No, pięknie – westchnęła z irytacją Amelie i oddała dziewczynie kopertę. – To zupełnie nie należy do naszych kompetencji…
- Proszę, pomóżcie mi! – powiedziała dziewczyna. – Potrzebuję samolotu. Może być mały, ale najważniejsze, żeby był sprawny. Jeśli nie dostarczę tej wiadomości…
- Przystopuj, Gołąbeczko – przerwała jej Amelie. – Po pierwsze, jesteś ranna i przynajmniej przez kilka dni nie powinnaś siadać za sterami samolotu. Po drugie, powinniśmy skontaktować się z dowództwem i dowiedzieć się jakie są wytyczne. Tak czy inaczej, to nie będzie już twoje zadanie.


Ten sam błąd interpunkcyjny w didaskaliach co w uwadze numer 23. Więcej nie będę już o nim wspominał. Łatwo to samemu znaleźć.

Na szczęście Świst złapał ją w ramiona i pomógł stanąć na nogi.


A mógł ją złapać w nogi? W pośladki? Chyba że chodziło, że złapał ją za (jej) ramiona?

32.

Dziewczyna oparła się o swój samolot, aby złapać równowagę.


Nadopis — to oczywiste, że oparła się, aby złapać równowagę. Gdyby nie chciała złapać równowagi, to by się nie opierała.




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Podsumowanie:


Po przeczytaniu tekstu mogę tylko powiedzieć, że rozdział ma bardzo dużo problemów od strony technicznej. Aż prosi się, aby go przepisać. Nie oznacza to jednak, że tekst całkowicie mnie się nie podobał. Główne założenie fabularne jest intrygujące. Opowieść o ludziach zajmujących najniżej cenioną funkcję w wojsku, którzy zostają wepchnięci przez zrządzenie losu w większą kabałę, osobiście mnie przekonuję. A i sam same realia, czyli fantastyczna wersja Pierwsze Wojny Światowej jest na tyle rzadka, że tylko zwiększa atrakcyjność tekstu. Takie pomysły jak postacie mówiące innymi językami też są fajowe. Jeśli zamierzasz pisać to opowiadanie dalej to chętnie będę je dalej czytał ;-)

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2635
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 18 lip 2021, 22:54

Obojętnie jak na to spojrzeć, była to kobieta, po której trudno byłoby szukać kobiecości – barczysta, z krzaczastymi brwiami i wąsikiem pod wargą, wydawała się górować nad swoimi dwoma męskimi podwładnymi nie tylko stopniem, ale i posturą. Nie omieszkała też rzucić w ich stronę groźnego spojrzenia i zbesztać ich, kiedy uważała to za stosowne.

Już ją lubię :mrgreen: A tak poza tym, nie licząc sporej ilości powtórzeń, tekst się bardzo fajnie czyta. Mamy zalążek fabuły, która może się okazać intrygująca, więc trochę szkoda, że wrzuciłaś taki krótki fragment. Ale liczę na to, że pojawi się tego więcej.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2150
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: RedHatMeg » 20 lip 2021, 21:01

Chcieliście to macie - drugi odcinek Sępów i Gołębia. Teraz dowiecie się tego i owego o bohaterach.

Trzydziesty Pułk Powietrzny wita!
Siedząc na wózku Sępów, Róża z jednej strony czuła potworną senność spowodowaną prawdopodobnie przez uraz głowy i zmęczenie, a z drugiej nie mogła się nawet na chwilę zdrzemnąć z powodu nierównego terenu, po którym jechał wózek, oraz ledwo opanowywanego poczucia niepokoju o swoją przyszłość. Sama nawet nie wiedziała jak doszło do tego, że była teraz tutaj, a nie leciała z wiadomością do generała Pinsarda. Pamiętała tylko, że w jednym momencie przedzierała się przez usiane samolotami przyjaciół i wrogów niebo, a w następnym budziła się pośrodku pobojowiska, witana przez trzy Sępy.
Nie do końca wiedziała, co o nich myśleć. Ten chudy, nazywany Lewym, wydawał się całkiem sympatyczny, ten nazywany Świstem też, chociaż był też trochę dziwny. Za to ich przywódczyni… Róża znała takie kobiety aż za dobrze. Rzecz w tym, że do Sępów trafiało się za karę – jeśli ktoś okazał się tchórzem, idiotą albo kimś bezużytecznym nawet w najprostszych zadaniach, trafiał do Sępów. Skoro nie mógł przysłużyć się ojczyźnie w żaden inny sposób, musiał zbierać złom z pola bitwy. Krążyły też słuchy, że w Sępach służyły charaktery co najmniej niepokojące. Róża zastanawiała się więc, czy czasem ludzie, którzy ją znaleźli, nie kryli pod miłą powierzchownością jakichś mrocznych sekretów.
Bała się tego, co będzie, kiedy dojdą do bazy. Bała się tego, co będzie jak dowództwo dowie się o tym, że dała się zestrzelić. Nie wiedziała, co jest we wiadomości, ale pułkownik Marvingt dobitnie dała jej do zrozumienia, że od tego zadania zależy jej kariera – że jeśli tym razem nie podoła, to nie ma co liczyć na awans; że tym razem ma ostatnią szansę, aby do czegoś dojść; i że jeśli wiadomość nie dotrze do generała, to konsekwencje tak dla niej, jak i dla jej pułku będą opłakane. Najgorsze było to, że rzeczywiście była w kiepskim stanie – zmęczona, głodna i ranna. Najpewniej nie poleciałaby za daleko, gdyby zasiadła znów za drążkiem. Na razie potrzebowała planu; potrzebowała sposobu na to, aby przekonać dowódców, że może lecieć dalej.
Ale zaraz przyszło jej do głowy, że jest głupia i samolubna. Najważniejsze było, aby generał dostał wiadomość. Kto ją ostatecznie dostarczy, to nie było aż tak istotne. Być może właściwym było oddanie wiadomości Gołębiowi w bazie i zakończenie na tym swojej roli. Przy odrobinie szczęścia, nie wyrzucą jej z eskadry.
Droga do bazy wydawała się trwać wieczność i biegła przez zniszczone od kukułczych bomb pola uprawne i martwe drzewa. Wszystko wyglądało szaro i smutno, i sprawiało, że człowiek zastanawiał się jak dużo czasu będzie musiało minąć, zanim przyroda na nowo się odrodzi; a także zanim rolnicy będą w stanie znowu coś zasiać. Najgorsze było to, że nie zapowiadało się, aby wojna miała się skończyć.
- No, Gołąbeczko – odezwała się nagle „pani kapitan”. – Witamy w bazie Trzydziestego Pułku Powietrznego!
Róża spojrzała przed siebie i ujrzała ogrodzenie składające się z wysokiego muru i dużej bramy, przed którą stali dwaj strażnicy. Na widok Sępów skrzywili się nieco, ale jak tylko ich oczy spoczęły na Gołębiu, zdziwili się.
- Mamy sprawę, chłopaki – zaczęła przywódczyni Sępów, po czym wskazała otwartą dłonią na Róża: – Ten tu Gołąbek musi zostać opatrzony, a my musimy spotkać się z pułkownikiem Cardonem.
- A skąd mamy wiedzieć, że to rzeczywiście Gołąb, a nie jakiś szpieg? – zapytał jeden ze strażników.
Róża natychmiast wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki swoją legitymację i pokazała mu ją. Strażnik obejrzał ją ze wszystkich stron, przeczytał zawarte na niej informacje, a w końcu oddał ją właścicielce.
- Poinformuję adiutantkę pułkownika, że chcesz z nim gadać, ale nie sądzę, aby była chętna cię wpuścić.
Sępy zostały wpuszczone do środka i niebawem oczom Róża ukazało się lotnisko z kilkoma masywnymi hangarami i krzątającymi się wszędzie żołnierzami. Spory kawałek przestrzeni przed hangarami został przeznaczony na lądowisko, ale Róża zdała sobie sprawę, że to część większego kompleksu. Udało jej się dostrzec budynek administracji po prawej, a tuż obok niego znajdował się szpital.
Sępy rozdzieliły się: Lewy zabrał Gołębia do lazaretu, Świst przeniósł zawartość wózków do warsztatu, a Amelie skierowała się do siedziby administracji, aby przekazać pułkownikowi jak wygląda sytuacja.

Lekarz zbadał Gołębia, najpierw obejrzawszy jego obrażenia, a potem świecąc mu w oczy latarką.
- Hmm… – powiedział po chwili, chowając latarkę do kieszeni. – Nie wygląda, aby doszło do urazu czaszki.
Zawołał pielęgniarkę i kazał jej opatrzyć ranę na głowie pacjentki. Podczas gdy pielęgniarka przemyła czoło dziewczyny i owinęła je bandażem, lekarz ciągnął dalej badanie.
- Powiedz mi, moja droga – zwrócił się do dziewczyny – czy pamiętasz jak masz na imię?
- Róża Pequet – odparł Gołąb.
- A potrafisz podać swój przydział?
- Dwunasty Pułk Powietrzny, eskadra Gołębi – oznajmiła Róża i dodała z lekką irytacją: – Czy możemy się streszczać? Mam wiadomość do przekazania.
- Jeszcze chwila – odpowiedział lekarz. – Czy pamiętasz jaki dziś dzień?
- Nie jestem pewna, bo nie wiem jak długo byłam nieprzytomna.
- Rozumiem – stwierdził lekarz. – Jak się teraz czujesz?
- Zmęczona, ale to nie jest ważne. Mam misję do wykonania.
- No dobrze – stwierdził lekarz. – Wygląda na to, że to tylko lekki uraz mózgu. Przez najbliższy tydzień powinnaś dużo odpoczywać. W żadnym razie też nie powinnaś latać samolotem ani prowadzić żadnych innych pojazdów. Jeśli przez ten czas twój stan się nie pogorszy, podejmiemy dalsze kroki.
Róża nie wydawała się zadowolona z tego stanu rzeczy. Na jej twarzy widać było irytację, która następnie zmieniła się w zrezygnowanie i smutek. Kiedy dziewczynie dano koszulę nocną i zabrano ją do przydzielonego jej szpitalnego łóżka, Lewy poczekał, aż Gołąb się przebierze i dopiero wtedy poszedł się z nią spotkać. Zastał ją siedzącą na łóżku ze skuloną głową i trzymającą na kolanach swoją torbę. Lewy usiadł na pobliskim taborecie i spojrzał na dziewczynę. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, że on jej się przygląda.
- A więc masz na imię Róża? – zaczął i uśmiechnął się przyjaźnie. – Bardzo ładnie.
- Nie jestem zainteresowana – powiedziała od razu.
- Ja też nie. Wolę kobiety, które nie przypominają mojej dziesięcioletniej siostry – odparł. – Chciałem być tylko miły.
Róża naburmuszyła się i odwróciła wzrok.
- Nie jestem aż tak mała.
- Źle do tego podchodzisz. Ty nie jesteś mała, tylko urocza – odparł Lewy. – Wzbudzasz instynkty opiekuńcze i to sprawia, że inni nie chcą ci zrobić krzywdy. To jest właściwie naukowo potwierdzone.
Spojrzała na niego i jej wzrok stał się jakby łagodniejszy. Nagle znów posmutniała.
- Ktoś inny będzie musiał dostarczyć wiadomość… – Przycisnęła torbę do piersi. – Co za porażka…
- Starałaś się – próbował ją pocieszyć Lewy. – Zresztą lepiej, że przeżyłaś i możesz przekazać komuś wiadomość, niż gdyby wróg zabrał twojemu trupowi torbę.
- Pewnie masz rację – powiedziała i wetchnęła ze zrezygnowaniem. – Tylko że myślałam, że tym razem mi się uda nie być kompletną łamagą.
Lewy nie wiedział, co na to odpowiedzieć, tak więc odparł tylko:
- Na razie odpocznij sobie. Pani kapitan wszystko wyjaśni, a jutro zobaczymy, co da się zrobić.
Popatrzyła na niego jeden ostatni raz, po czym odłożyła torbę na podłogę i położyła się do łóżka.
- Masz rację. Dzisiaj już pewnie nic nie będę w stanie zrobić.

Świst skończył przenosić wszystkie znalezione przez Sępy części i posegregował je według systemu, który dawno temu wprowadziła pani kapitan: małe elementy w specjalnej skrzynce, w innej – wszystkie większe elementy, które jednak wymagały ostrożności przy przenoszeniu, w następnej – metal do ponownego wyklepania, a w ostatniej wreszcie – wszystko pozostałe, na co nie trzeba było specjalnie uważać.
Rzecz w tym, że kiedy tak segregował różne części samolotów, umysł Śwista błądził myślami gdzieindziej, głównie po wydarzeniach z mijającego dnia. Obraz samolotu Gołębia wyrył mu się w pamięci, a im dłużej Świst myślał o tym samolocie, tym bardziej miał wrażenie, że było tam coś, co niekoniecznie pasowało do reszty.
Dlatego kiedy skończył swoją pracę, podszedł do biurka przy którym trzymali wszystkie schematy samolotów i poszukał tego, który odpowiadał aeroplanowi Gołębia. Przejrzał go uważnie i w przeciągu kilku sekund znalazł to, czego szukał.
Musiał jak najszybciej powiedzieć o tym pani kapitan.

- Jeanette, ty nic nie rozumiesz. Muszę porozmawiać z pułkownikiem Cardonem.
- A ja muszę pójść na zasłużoną przepustkę, ale najwyraźniej obie nie możemy mieć tego, czego chcemy. A teraz idź do swojego chlewu i zostaw mnie w spokoju.
Amelie stała przed adiutantką pułkownika Henri Cardona, która właśnie zajmowała się archiwizacją jakiejś dokumentacji. Jeanette prezentowała się zarówno bardzo kobieco, jak i bardzo profesjonalnie – jej czarne włosy były spięte w kok, jej będąca częścią uniformu spódnica była schludna i nienaganna, a paznokcie miały przepisową długość. Na nosie miała okrągłe okulary, które nadawały jej twarzy wyglądu zahukanej bibliotekarki, jednak to były tylko pozory – Jeanette była nadzwyczaj temperamentna.
Z Amelie znały się od kilku lat i nie przepadały za sobą. Od Jeanette biło przekonanie, że jako podoficer i adiutant była lepsza od dowodzącej Sępami Amelie, a Amelie nie omieszkała od czasu do czasu rzucić jakiejś uwagi o obrosłych w piórka biurokratach.
W tej chwili cisnęło jej się na usta kilka nieprzyjemnych zdań, ale nie było na nie teraz czasu.
- Posłuchaj, to ważne. Znaleźliśmy rannego Gołębia. Niósł ważną wiadomość. Pułkownik musi o tym wiedzieć.
Jeanette wydawała się nie być zbyt przekonana.
- Możesz złożyć raport. Pułkownik ma ważniejsze sprawy na głowie, niż jakiś tam Gołąb.
Czując, że ta rozmowa prowadzi donikąd, Amelie doszła do wniosku, ze nie ma wyboru. Nie chciała tego robić, ale wiedziała, że to była jej jedyna szansa. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza kopertę i pokazała Jeanette pieczęć. Adiutantce od razu zrzedła mina i przez chwilę kobieta przyglądała się kopercie uważnie. W końcu zmrużyła oczy i spojrzała na Amelie wrogo.
- No dobrze. Tym razem wygrałaś.
Podeszła do drzwi do biura pułkownika, zapukała w nie i nie czekając na odpowiedź, weszła do środka.
- O co chodzi, kapral Dubois? – doszedł do Amelie głos pułkownika.
- Dowódczyni Sępów chce z panem mówić. Ma ze sobą wiadomość od Naczelnego Dowództwa.
Chwila ciszy i…
- Dawaj ją tu. Jeśli kłamie, ona i ci jej dwaj idioci będą co rano zapieprzać przez tor przeszkód przez następny miesiąc.
Amelie poczuła wzbierającą w niej panikę. Trafiła w zły moment – pułkownik miał najwyraźniej zły dzień. Prawdopodobnie właśnie dostał wytyczne ze sztabu, które przysparzały mu dodatkowych problemów. Amelie wiedziała, że jeśli źle to rozegra, rzeczywiście Sępy będzie czekać poranny trening.
Wchodząc do biura pułkownika, Amelie przybrała swój najprzyjemniejszy uśmiech. Pułkownik Henri Cardon siedział przy swoim mahoniowym biurku, postawny jak zawsze. Dla przeciętnego człowieka mógłby się wydawać tłusty jak pączek w maśle, ale w zaokrąglonej głowie krył się umysł stratega, a zanim jego ciało przybrało kształt oponki, spędziło dwadzieścia lat w okopach. Ten człowiek wiele widział i wiele przeżył, a teraz miał władzę ostateczną w tym pułku.
Teraz spojrzał na Amelie z wyraźną niechęcią. Amelie powiedziała najbardziej przymilnym tonem, na jaki było ją stać:
- Przepraszam, pułkowniku, że zawracam głowę…
- Mówcie o co chodzi, Laroche – przerwał jej ostro pułkownik.
- No więc jest taka sprawa…
Amelie opowiedziała po krótce całą historię o tym jak Świst znalazł nieprzytomnego Gołębia, a potem pokazała pułkownikowi Cardonowi kopertę od Naczelnego Dowództwa. Pułkownik przejrzał ją od strony pieczęci, a następnie położył na swoim biurku. Przez chwilę wydawał się nad czymś zastanawiać. Wreszcie spojrzał znów na Amelie i oświadczył:
- Dziękuję, że przyszliście z tym do mnie. Co się stało z Gołębiem?
- Zabraliśmy ją do lazaretu, aby została opatrzona – odpowiedziała Amelie.
- Aha – odparł beznamiętnie pułkownik i jego wzrok ponownie przeszedł na kopertę.
Widać było, że nad czymś intensywnie myślał. Amelie domyślała się, że prawdopodobnie zastanawiał się, co jest w środku. Mogła niemalże zobaczyć w jego oczach ciekawość.
- Pan wybaczy, pułkowniku – zaczęła nieśmiało przywódczyni Sępów – ale będziemy musieli jak najszybciej wysłać naszego Gołębia z tą wiadomością.
Rzucił jej poirytowane spojrzenie i podniósł się z fotela.
- Kto jest dowódcą w tej jednostce?! Ja czy wy, Laroche?!
- Oczywiście, że pan, pułkowniku… – zaczęła z uprzejmym uśmiechem, ale przełożony jej przerwał:
- Wiem dobrze co mam robić, ale muszę się zastanowić, kogo wysłać. To w końcu nie jest zwykłe zadanie. To zadanie dla elity. A teraz zejdźcie mi z oczu, Laroche.
Amelie zmusiła się do kolejnego uśmiechu, zasalutowała i wyszła. Na korytarzu minęła Jeanette i zniknęła za rogiem, ale nie poszła jeszcze do warsztatu, tylko schowała się w pobliskim pomieszczeniu z aktami. Coś jej nie pasowało i zamierzała odkryć o co chodzi. Po chwili usłyszała z korytarza czyjeś ciężkie buty, a następnie ledwo słyszalne szepty.
- Jeanette, dowiedz się czegoś o tym Gołębiu.
- Tak jest, panie pułkowniku. Myśli pan, że…?
- Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Musimy działać szybko. Ta wiadomość nie może dotrzeć do Pinsarda.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2635
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 20 lip 2021, 22:22

I znowu mam niedosyt. Czemu musisz kończyć w takim momencie :-P ? Muszę przyznać, że jak na razie to chyba jeden z twoich najbardziej wciągających tekstów. Oby dalej było coraz ciekawiej. Fajnie też, że nie brakuje postaci żeńskich. Ogólnie jestem ciekawa tego świata. Na ten moment nie zdradzasz zbyt dużo, ale to dobrze. Nie lubię, gdy czytelnik zostaje zawalony całą masą informacji już na wstępie. Lepiej jak jest to dawkowane i z rozdziału na rozdział odkrywasz coraz więcej. Tak trzymaj.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 36
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Tytus » 21 lip 2021, 10:50

Zostawiając twoje uwagi, od razu zaznaczam, że nie atakuję Cię osobiście. Krytyka skupia się na samym tekście, a nie twojej osobie. Nawet jeśli jedna czy druga uwaga mogę być trochę bardziej wredne niż inne ;-)

1.

Siedząc na wózku Sępów, Róża z jednej strony czuła potworną senność spowodowaną prawdopodobnie przez uraz głowy i zmęczenie, a z drugiej nie mogła się nawet na chwilę zdrzemnąć z powodu nierównego terenu, po którym jechał wózek, oraz ledwo opanowywanego poczucia niepokoju o swoją przyszłość.


To zdanie wielokrotnie złożone ma 44 słowa. 44! Do tego składa się zarówno ze zdań współrzędnych, jak i podrzędnych. Przez takie coś niesamowicie ciężko jest się przebić czytelnikowi. Natomiast spamiętanie sensu zdania, gdy musi na jednym mentalnym wydechu przebić się przez 44 słowa, jest jeszcze trudniejsze. (żeby nie powiedzieć, jest na granicy zrozumienia)

Spróbujmy to trochę ogarnąć. Propozycja zmiany:

Siedząc na wózku Sępów, Róża czuła potworną senność. Mimo zmęczenia, prawdopodobnie wywołanego urazem głowy, nie mogła zdrzemnąć się nawet na chwilę. Teren, po którym jechał wózek, był zbyt nierówny. Dodatkowo poczucie niepokoju o swoją przyszłość ledwo dawało się opanować.

2.

Sama nawet nie wiedziała jak doszło do tego, że była teraz tutaj, a nie leciała z wiadomością do generała Pinsarda.


a). Minusem tak ogromnych zdań, jak te poprzednie jest to, że trudniej uniknąć powtórzeń. Tutaj mamy powtórzenie z "nawet, nawet". Jeśli poprzednia konstrukcja zostanie zachowana.

b). Problemy interpunkcyjne — nie rozdzieliłaś dwóch czasowników przecinkiem. Czasowniki zawsze rozdzielamy przecinkami.

3.

Ten chudy, nazywany Lewym, wydawał się całkiem sympatyczny, ten nazywany Świstem też, chociaż był też trochę dziwny.


Tutaj powtórzenie można łatwo wyeliminować, rozbijając zdanie na mniejsze.

Propozycja zmiany:


Ten chudy, nazywany Lewym, wydawał się całkiem sympatyczny. Świst też, chociaż był trochę dziwny.


Jeśli w pierwszym zdaniu wspominasz, że ona już wie, że są to przydomki, to w drugim tej informacji powtarzać nie musisz.

4.

Za to ich przywódczyni… Róża znała takie kobiety aż za dobrze. Rzecz w tym, że do Sępów trafiało się za karę – jeśli ktoś okazał się tchórzem, idiotą albo kimś bezużytecznym nawet w najprostszych zadaniach, trafiał do Sępów. Skoro nie mógł przysłużyć się ojczyźnie w żaden inny sposób, musiał zbierać złom z pola bitwy.


Nie znam jeszcze świata, więc dużo się może jeszcze wyjaśnić, ale to sugeruję, że Sępów jest dość sporo. (Skoro ich reputacja jednostki karnej jest tak powszechna) Jednocześnie to oznacza, że tych latających maszyn muszą być w powietrzu dziesiątki tysięcy. Do tego muszą mieć regularne niemal codzienne starcia nad polem bitwy, jeśli Sępy wychodzą po złom tak często. Trudno sobie wyobrazić społeczeństwo, które byłoby w stanie utrzymać tak ogromną podniebną flotę i szkolić tak dużą armię pilotów.

5.

Bała się tego, co będzie, kiedy dojdą do bazy. Bała się tego, co będzie jak dowództwo dowie się o tym, że dała się zestrzelić. Nie wiedziała, co jest we wiadomości, ale pułkownik Marvingt dobitnie dała jej do zrozumienia, że od tego zadania zależy jej kariera – że jeśli tym razem nie podoła, to nie ma co liczyć na awans; że tym razem ma ostatnią szansę, aby do czegoś dojść; i że jeśli wiadomość nie dotrze do generała, to konsekwencje tak dla niej, jak i dla jej pułku będą opłakane. Najgorsze było to, że rzeczywiście była w kiepskim stanie – zmęczona, głodna i ranna. Najpewniej nie poleciałaby za daleko, gdyby zasiadła znów za drążkiem.



Ilość powtórzeń jest tutaj zatrważająca (co, co, co, - że, że, oraz inne).

Propozycja zmiany:

Bała się obrotu spraw, gdy dojdą do bazy. Co będzie, jak dowództwo dowie, że dała się zestrzelić? Nie znała treści wiadomości, ale pułkownik Marvingt dobitnie dała jej do zrozumienia — jeśli tym razem nie podoła, to może zapomnieć o na awansie. Od tego zadania zależała jej kariera. Przełożona wyraziła się wystarczająco jasno, to była ostatnia szansa Róży. Jeśli wiadomość nie dotrze do generała, konsekwencje dla niej, jak i dla całego pułku będą opłakane. Jej obecny stan; zmęczona, głodna i ranna, nie pozostawiał złudzeń. Nawet gdyby zasiadła za drążkiem nie poleciałaby za daleko.


6.

Na razie potrzebowała planu; potrzebowała sposobu na to, aby przekonać dowódców, że może lecieć dalej.


Propozycja zmiany:

Na razie potrzebowała planu. Sposobu na przekonanie dowództwa, aby zezwolili jej na dalszy lot.

7.

Wszystko wyglądało szaro i smutno, i sprawiało, że człowiek zastanawiał się jak dużo czasu będzie musiało minąć, zanim przyroda na nowo się odrodzi; a także zanim rolnicy będą w stanie znowu coś zasiać.


a). To "sprawiało, że" niczego nie wnosi, a tylko niepotrzebnie tworzy super długie zdanie.
b). Problemy z interpunkcją. Brak oddzielenia czasowników przecinkami.
c). Trochę problemów z szykiem zdania.


Propozycja zmiany:

Wszystko wyglądało szaro i smutno. Człowiek zastanawiał się jak, dużo czasu będzie musiało minąć, zanim przyroda odrodzi się na nowo; a także, zanim rolnicy będą w stanie znowu coś zasiać.


8.

- No, Gołąbeczko – odezwała się nagle „pani kapitan”. – Witamy w bazie Trzydziestego Pułku Powietrznego!


Interpunkcja w didaskaliach do naprawy — może wyjaśnię szerzej, o co mi chodzi. To nie wygląda jak dwa oddzielne zdania. Kontekst wypowiedzi sprawia, że wypowiedź wygląda tak "No Gołąbeczko, witamy w bazie Trzydziestego Pułku Powietrznego." To, co tutaj prezentujesz (stawiając kropkę), sprawia, że jej wypowiedź wygląda w ten sposób. "No Gołąbeczko. Witamy w bazie Trzydziestego Pułku Powietrznego." Trochę to nienaturalnie wygląda. Zwłaszcza że użyłaś słowa "nagle". Ale to akurat szczegół, więc można zwalić na moje czepialstwo.

- Mamy sprawę, chłopaki – zaczęła przywódczyni Sępów, po czym wskazała otwartą dłonią na Róża: – Ten tu Gołąbek musi zostać opatrzony, a my musimy spotkać się z pułkownikiem Cardonem.


Literówką - "Rożę"

9.

Róża natychmiast wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki swoją legitymację i pokazała mu ją.


A mogła w tym wypadku wyciągnąć czyjąś legitymacje?



10.

- Poinformuję adiutantkę pułkownika, że chcesz z nim gadać, ale nie sądzę, aby była chętna cię wpuścić.
Sępy zostały wpuszczone do środka i niebawem oczom Róża ukazało się lotnisko z kilkoma masywnymi hangarami i krzątającymi się wszędzie żołnierzami. Spory kawałek przestrzeni przed hangarami został przeznaczony na lądowisko, ale Róża zdała sobie sprawę, że to część większego kompleksu.


a). Powtórzenia — wpuścić, wpuszczone oraz hangar, hangarami no i Róża, Róża. Poważnie musisz zacząć dbać o synonimy.

b). Istnieje zasada do opisywania kolejności czegoś, co bohater zobaczył. Zgodnie z nią widzimy światło-ruch-kształt-kolor-szczegóły.
c). Literówka - "Róży"

Propozycja zmiany:

Sępom pozwolono wejść do środka i niebawem oczom Róży ukazali się krzątający, po lotnisku, żołnierze. Spory kawałek przestrzeni przed masywnymi hangarami został przeznaczony na lądowisko, ale Gołąb zdał sobie sprawę, że to część większego kompleksu.

W ten sposób eliminujemy wszystkie powtórzenia oraz podążamy za zasadą kolejności widzenia.



11.

- Powiedz mi, moja droga – zwrócił się do dziewczyny – czy pamiętasz jak masz na imię?


Nic niewnoszący nadopis. "zwrócił się do dziewczyny" do wycięcia. W jego poprzedniej wypowiedzi wynika już, że się do niej zwrócił. Niepotrzebnie to spowalnia dialog.

12.

- Rozumiem – stwierdził lekarz. – Jak się teraz czujesz?


Dziękuje, że sprecyzowałaś tutaj, że lekarz "stwierdził" inaczej bym się tego nigdy nie domyślił. Do wycięcia. Ewentualnie zastąpienie czymś sensownym.

13.

- No dobrze – stwierdził lekarz. –


:lol:

W takim momentach mam wrażenie, że nie czytałaś tego tekstu sama przed publikacją ;-)


14.

Róża nie wydawała się zadowolona z tego stanu rzeczy. Na jej twarzy widać było irytację, która następnie zmieniła się w zrezygnowanie i smutek. Kiedy dziewczynie dano koszulę nocną i zabrano ją do przydzielonego jej szpitalnego łóżka, Lewy poczekał, aż Gołąb się przebierze i dopiero wtedy poszedł się z nią spotkać. Zastał ją siedzącą na łóżku ze skuloną głową i trzymającą na kolanach swoją torbę. Lewy usiadł na pobliskim taborecie i spojrzał na dziewczynę. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, że on jej się przygląda.


Co do chaosu w narracji to jest właśnie jeden z dobrych tego przykładów.

Najpierw masz narrację trzecioosobową subiektywną z punktu widzenia... kogo? Tylko ktoś obserwujący mógł stwierdzić, że Róża "nie wydawała się zadowolona" W pierwszej chwili można pomyśleć, że to z punktu widzenia lekarza, ale on został już usunięty "ze sceny". Zaraz po tym zmienia się narrację trzecioosobową obiektywną z punktu widzenia kamery. Róża nie widzi własnej twarzy, a nie ma nikogo, kto mógłby ja obserwować, a narrator stwierdza obiektywny fakt. Dalej przeskakujemy znowu narrację trzecioosobową subiektywna z punktu widzenia bohatera (Lewego), a jeszcze moment po tym narrację trzecioosobową z punktu widzenia innego bohatera (Róży). Mówisz, że to jest ok pod warunkiem, że przejście między nimi jest naturalne. Nawet gdybyś miała racje (a może masz, nieomylny nie jestem) to tutaj naturalne to nie jest. I nie chodzi o to, że ja osobiście tego nie lubię. Tutaj występuję problem, że wepchnęłaś cztery różne narracje tak blisko siebie w tak małym akapicie i nie ma tutaj żadnej konsekwencji. Mówisz, że widziałaś coś takiego w innych utworach. Chyba masz na myśli inne teksty internetowe, gdzie ludzie nie bardzo wiedzieli, co robią. Bo stanę na głowie, jeśli taki fragment jak ten tutaj pojawił się w jakiejś prawdziwej wydanej książce.


15.

Świst skończył przenosić wszystkie znalezione przez Sępy części i posegregował je według systemu, który dawno temu wprowadziła pani kapitan: małe elementy w specjalnej skrzynce, w innej – wszystkie większe elementy, które jednak wymagały ostrożności przy przenoszeniu, w następnej – metal do ponownego wyklepania, a w ostatniej wreszcie – wszystko pozostałe, na co nie trzeba było specjalnie uważać.


To zdanie ma 57 słów. Ale chyba zrozumiałem już, o co chodzi. Próbujesz sprawdzić, ile razy można złożyć zdanie, zanim zmieni się w osobliwość i zapadnie w czarną dziurę.

Propozycja poprawy:

Świst skończył przenosić wszystkie znalezione przez Sępy części. Posegregował je według systemu, który dawno temu wprowadziła pani kapitan. Małe elementy w specjalnej skrzynce, w innej — większe, które jednak wymagały ostrożności przy przenoszeniu. Następna zawierała metal do ponownego wyklepania, a wreszcie ostatnia — wszystko pozostałe, na co nie trzeba było specjalnie uważać.

16.

Śwista błądził myślami gdzie indziej, głównie po wydarzeniach z mijającego dnia. Obraz samolotu Gołębia wyrył mu się w pamięci, a im dłużej Świst myślał o tym samolocie


Synonyms motherforker, do you know them?! (Tutaj wyobrazić sobie zdjęcie Julesa z Pulp Fiction)

A na poważnie — samolot, samolot. Świst, Świst. Strasznie to utrudnia czytanie. Proponuje używać synonimów jak maszyna, aeroplan, dwupłatowiec itp.

17.

Dlatego kiedy skończył swoją pracę, podszedł do biurka przy którym trzymali wszystkie schematy samolotów i poszukał tego, który odpowiadał aeroplanowi Gołębia.


a). A mógł w tym wypadki skończyć czyjąś prace? Unikaj tych zaimków dzierżawczych jak ognia.
b). A czyli znasz synonimy, tylko nie bardzo lubisz ich używać. Lenistwo, czy może brak czytania własnych tekstów?
c). Interpunkcja - "Dlatego, kiedy" oraz "biurka, przy którym".

18.

Pułkownik przejrzał ją od strony pieczęci, a następnie położył na swoim biurku.


Ciężko, żeby mógł połączyć ja na czyimś biurku, jeśli byli w jego gabinecie ;)

19.

- Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Musimy działać szybko. Ta wiadomość nie może dotrzeć do Pinsarda.


Intryga. To silne zakończenie rozdziału. Taki (używając kalki z angielskiego) haczyk fabularny, który zachęca do dalszego czytania. 8-)



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podsumowanie odcinka. Podobnie jak poprzedni ten też kuleje od strony technicznej, ale podoba mnie się, w jakim kierunku zmierza fabuła. Postacie są na tyle ciekawe, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika i podobnie jak Vampircia czuje lekki niedosyt ;)

Dlatego, wiec, jeśli zamierzasz pokazywać dalsze odcinki, to chętnie rzucę na nie okiem.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2150
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: RedHatMeg » 23 lip 2021, 18:53

No to pękłam i przesyłam Wam przedostatni dokończony rozdział. Po następnym będę musiała zacząć już pisać "na bieżąco" kolejne rozdziały tej powieści w odcinkach.

Zadanie dla elity
Amelie wiedziała, że musi dyskretnie odebrać wiadomość, zanim pułkownik i Jeanette ją zniszczą. Odczekała więc jeszcze trochę, aż jej cele postanowiły udać się do swoich kwater na odpoczynek, i dopiero wtedy ruszyła do akcji. Ponieważ mundur pułkownika nie posiadał na tyle dużych kieszeni, aby można było w nich schować kopertę, Amelie założyła, że dowódca zostawił ją w swoim biurku. Toteż kiedy Cardon i jego adiutantka oddalili się, podeszła do drzwi biura i zaczęła pracować przy zamku.
Głos z tyłu jej głowy krzyczał do niej, aby przestała; aby zapomniała o wiadomości i po prostu sobie poszła. Niemniej jednak inny głos mówił jej, że coś się tutaj święci; że nie powinna zostawiać tego tak jak jest, dopóki nie dowie się, o co chodzi. Dlaczego pułkownikowi Cardonowi zależało na tym, aby wiadomość nie dotarła do Pinsarda? Coś niewątpliwie tu śmierdziało.
Wreszcie udało jej się wejść do środka. Od razu podeszła do biurka i zaczęła przeglądać jego szuflady. W większości z nich znajdowały się zwykłe narzędzia biurowe i bibeloty, ale jedna z szuflad była zamknięta na klucz. Amelie zgadła, że w niej musiała znajdować się koperta, dlatego zaczęła majstrować również przy tym zamku. Po niecałej minucie osiągnęła sukces. Amelie zajrzała do środka i od razu oniemiała. W środku – tak jak myślała – znajdowała się wiadomość od Naczelnego Dowództwa, ale było też coś jeszcze: nieoznaczona koperta. Amelie wzięła ją i sprawdziła zawartość…
Nagle pewne rzeczy stały się dla niej jasne. Zaskakująco, kryształowo jasne… A ona stała przed dylematem…
Wciąż nie mogła uwierzyć, w to, czego się dowiedziała. Nie wiedziała, co zrobić z tą wiedzą. Wiedziała tylko, że nie mogła zostać w biurze zbyt długo.
Amelie szybko chwyciła oba listy i schowała je w wewnętrznej kieszeni kurtki. Następnie zamknęła zamek szuflady w ten sam sposób, w jakim ją otworzyła, a potem zrobiła to samo z drzwiami do biura pułkownika. W końcu, nonszalancko, opuściła budynek administracji. Szła, jakby nigdy nic; jakby zamierzała pójść do warsztatu i położyć się spać, niemniej jednak znajdujące się w jej kieszeni koperty wydawały się ją parzyć. Niemądrze byłoby trzymać je zbyt długo przy sobie, ale na razie nie miała za bardzo innego wyjścia.
Kilka metrów od warsztatu, natrafiła na Śwista, który na jej widok szybko do niej podbiegł. Wyraźnie czymś zaaferowany, oświadczył:
- Kapitani! Este eto szto ja musze szaf tu!
- Mów po naszemu, Świst – syknęła do niego Amelie. Razem weszli do warsztatu, po czym dodała: – O co chodzi?
Świst westchnął ze zrezygnowaniem, ale podjął ponowną próbę komunikacji:
- Ja… musie… pokazać cię… kapitani
Szukanie właściwych słów sprawiło mu wyraźną trudność. Amelie była zdania, że Świst dawno powinien nauczyć się posługiwać językiem jednostki, w której służył, ale fakt, że Lewy rozumiał jego liberolską gadaninę, sprawił, że najwyraźniej Świst nie czuł potrzeby szlifować języka. Wystarczyło mu, że rozumiał najprostsze komendy.
- Ech… drattaja… – powiedział, w końcu tracąc cierpliwość i zamiast kontynuować męki swoje i swojej kapitan, po prostu pokazał, o co mu chodzi.

Lewy postanowił spędzić noc przy łóżku Róży, bo i tak nie miał nic do roboty i z dwojga złego wolał siedzieć w lazarecie, niż iść do warsztatu, czując na sobie wzrok innych żołnierzy. Zawsze miał wrażenie, że wszyscy się na niego gapią i że go oceniają. Nie było żadną tajemnicą, dlaczego trafił do Sępów, tak więc często czuł się, jakby był napiętnowany. Tymczasem większość ludzi w lazarecie była nieprzytomna, ledwo przytomna, lub po prostu zbyt zajęta własnymi kłopotami (jak amputowana ręka czy nadchodząca śmierć; ludzie są w takich sytuacjach jakoś bardziej skoncentrowany na sobie…), aby zwracać na niego uwagę. Poza tym było coś kojącego w ciszy lazaretu, a większość pielęgniarek była zaskakująco miła i przyjazna. Dlatego lubił nawet czasem tu przychodzić i rozmawiać z nimi, zwłaszcza że czasem służył im nawet za tłumacza.
W końcu Lewego też zmorzyło zmęczenie, toteż zasnął na krześle kilka metrów od Róży. Właśnie śnił piękny sen o byciu otoczonym przez czekoladowe babeczki swojej babci, które zamierzał zjeść, jedna po drugiej, kiedy nagle do jego uszu doszedł odgłos czyichś kroków. W pierwszej chwili chciał powrócić do swojego miłego snu, bo najpewniej kroki należały do pielęgniarki robiącej obchód… ale jego umysł nie był w stanie wrócić do spania, mimo usilnych starań Lewego.
Gdy otworzył oczy, ujrzał pochylającą się nad Różą pielęgniarkę… a przynajmniej kogoś ubranego w strój pielęgniarki. Być może była to kwestia kiepskiego światła i resztek snu, ale z jakiegoś powodu ta kobieta wydawała się Lewemu być nie na miejscu.
Na jego widok zaś dziwna pielęgniarka przerwała to, co robiła i wyprostowała się, chowając ręce w głębokich kieszeniach fartucha.
- Siostra jest tutaj nowa? – zapytał szeptem i uśmiechnął się uprzejmie.
- Tak, przyjechałam dzisiaj – odparła nonszalancko i odwzajemniła uśmiech.
Ale na pierwszy rzut oka widać było, że był on wymuszony. Lewy odniósł wrażenie, że w czymś jej przeszkodził.
- Nocny obchód, eh? – spytał domyślnie.
- Niestety – odpowiedziała i westchnęła ze zrezygnowaniem. – Ale ktoś to musi robić.
Lewy zauważył, że kobieta wciąż trzymała ręce w kieszeniach.
- Czy coś nie tak? Pochylała się siostra nad Różą i…
- Ach, sprawdzałam tylko, czy trzeba zmienić opatrunek – powiedziała i znów się uśmiechnęła. – Wygląda na to, że wszystko jest dobrze, tak więc idę do kolejnego pacjenta. Dobrej nocy – dodała i zaczęła się oddalać.
Lewy wodził jeszcze za nią wzrokiem, patrząc jak podchodzi do każdego z łóżek, przygląda się każdemu z pacjentów, bierze ich karty i przegląda je pobieżnie, a potem idzie dalej. I tak aż do ostatniego łóżka. Sam Lewy nie mógł oprzeć się wrażeniu, że z ta pielęgniarką jest coś nie tak.
Kiedy w końcu wyszła, spojrzał na wciąż śpiącą Różę. Wydawała się pogrążona w spokojnym śnie i nie miał serca jej budzić. Sam wiedział, że tej nocy mógł już się pożegnać ze snem.

- No już, mała, obudź się – zasyczał czyjś głos.
Różę wyrwała ze snu czyjaś ręka, która aż nazbyt gorliwie potrząsnęła jej ramieniem.
- Pani kapitan, nie tak ostro – również zasyczał głos Lewego.
Dziewczyna niechętnie otworzyła oczy i ujrzała wszystkie trzy Sępy wokół swojego szpitalnego łóżka. Był nadal środek nocy i reszta pacjentów spała. Świst miał pod pachą coś, co wyglądało jak zwinięte plany.
- No wreszcie się obudziłaś – powiedziała „pani kapitan”. – Szybko, ubieraj się i idziemy na stronę. Musimy pogadać.
- Co takiego? – zapytała Róża.
- Pospiesz się. Nie mamy zbyt wiele czasu – odparła przywódczyni Sępów, ciągle szepcząc. – A ściany mają oczy.
- Ale o co chodzi? – dopytywała się Róża, nadal nie rozumiejąc do końca co się dzieje.
„Pani kapitan” westchnęła ze zrezygnowaniem, przybliżyła się do twarzy dziewczyny i, patrząc jej w oczy, wyjaśniła:
- Ja i Świst wpadliśmy na pewne niepokojące tropy. Mamy prawo sądzić, że coś jest nie tak i musimy to omówić.
- My?
- Ja, Świst, Lewy i ty, Gołąbeczko – odparła kobieta. – To ciebie też dotyczy, więc chodźże wreszcie i nie rób problemów.
Róża bez słowa wzięła swój płaszcz i nałożyła go na szpitalną piżamę. Torbę z listami zawiesiła sobie przez ramię, następnie założyła buty i biorąc resztę swoich rzeczy pod pachę, pozwoliła się zabrać trzem Sępom do składziku na szczotki. Tam rozpoczęli naradę.
Zaczęła „pani kapitan”. Opowiedziała o swoim spotkaniu z pułkownikiem Cardonem i o tym, że wydawał się być bardzo zainteresowany wiadomością do generała; o tym, że udało jej się podsłuchać jak mówił swojej adiutantce, że generał Pinsard nie może tej wiadomości otrzymać i o tym jak przywódczyni Sępów odczekała aż oboje opuścili budynek, zanim nie wślizgnęła się do biura pułkownika i nie udało jej się znaleźć dziwnej koperty. Następnie wyciągnęła rzeczoną kopertę zza pazuchy i podała ją Lewemu, który rozłożył będącą wewnątrz kartkę i zaczął czytać po cichu. Świst i Róża spojrzeli mu przez ramię i również przyjrzeli się temu, co było tam napisane.
Od razu pierwsze, co rzuciło się Róża w oczy, to to, że list z dziwnej koperty napisany był po belaterrańsku – w języku wroga. Nie rozumiała w pełni treści, jednak widząc coraz bardziej pochmurniejącego Lewego, wiedziała, że on rozumiał wszystko i że cokolwiek tam było, nie oznaczało niczego dobrego. Róża miała podejrzenia, co do tego, co to mogło być, a kiedy po chwili mężczyzna spojrzał na przywódczynię i oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenia, wszystko stało się jasne.
- Pułkownik Cardon jest zdrajcą. – Lewy wypowiedział na głos podejrzenia wszystkich.
„Pani kapitan” przytaknęła.
- Wiesz, zastanawiałam się dlaczego ostatnio Belaterranie byli gotowi na nasze ataki i za każdym razem wiedzieli dokładnie, co zamierzamy zrobić… Zupełnie jakby zostali o wszystkim zawczasu poinformowani…
- Mimo wszystko – dodał z wyraźnym niesmakiem na twarzy Lewy – wciąż nie mogę w to uwierzyć. Zawsze wydawał się, mimo wszystko, być człowiekiem honoru, a to…
- Gdyby nie dzisiejsze dziwne zachowanie Cardona, nie wpadłabym na to, że nasz dowódca jest zdrajcą. I to takim, który sprzedaje informacje taktyczne za 400 frankonów.
- Skoro jednak przesyłają mu pieniądze – wtrąciła się nagle Róża – jak to jest, że dotąd nie zaatakowali waszego pułku? Skoro wiedzą, gdzie jest, co stoi im na przeszkodzie, aby ich Kukułki zrobiły nalot?
- Przede wszystkim, młoda, pułkownik nie jest głupi – zaczęła przywódczyni Sępów. – Na pewno umówił się z wrogiem, że będzie odbierał pieniądze w wyznaczonym miejscu i powziął wszelkie środki ostrożności, aby nikt, kto by go śledził, do nas nie dotarł. Zna się na tym, przez pięć lat pracował w wywiadzie.
- Poza tym z tego, co tu napisano – ciągnął dalej Lewy, wskazując kartkę – nie tylko cenią sobie informacje, jakie im przynosi, ale też szykują coś większego, do czego jest im potrzebny. Nawet jeśli wiedzą, gdzie stacjonuje Trzydziesty Pułk, zaatakowanie nas, kiedy nasz dowódca jest ważną częścią ich planu, nie byłoby zbyt mądre.
- Tak czy inaczej, to nie koniec rewelacji – powiedziała przywódczyni Sępów i zwróciła się do jednego ze swoich podwładnych: – Świst, pokaż co odkryłeś.
Świst rozłożył plan przed Róża i Lewym i ich oczom ukazał się schemat standardowego samolotu Gołębi. Wskazał miejsce, gdzie znajduje się drążek i rozpoczął wyjaśnienia:
- Ja widaje am eropli de Taubini este dziwnije. Leweri wedaj turinaja tu micho am priwije. Eto mine onej tu luzinaja.
Lewy od razu wziął się za tłumaczenie kolegi:
- Mówi, że zauważył coś dziwnego w twoim samolocie. Twój drążek był za bardzo przechylony w prawo, co mogło znaczyć tylko jedno: był obluzowany.
- Sabataża – oznajmił Świst. I Róża nie potrzebowała tłumacza, aby wiedzieć, co miał na myśli.
- Sabotaż – powiedziała bezwiednie do siebie.
Złapała się za głowę. Przebłyski wspomnień przeleciały jej przed oczami. Znów siedziała w swoim samolocie, lecąc przez powietrzne pole bitwy, aby dostarczyć wiadomość do generała Pinsarda. Ale nagle drążek wydawał się być dziwnie luźny i coraz trudniej było nim sterować. A w końcu…
- Jasna cholera… – powiedziała do siebie.
Spojrzała na Sępy, które przyglądały jej się uważnie.
- Coś sobie przypomniałam. W pewnym momencie straciłam panowanie nad drążkiem i zaczęłam spadać w dół. Na domiar złego mnie zestrzelili i tak właśnie doszło do tego, że się rozbiłam.
- Ktoś chciał cię zabić, Gołąbeczko. I to zanim weszłaś do samolotu – stwierdziła oczywistość „pani kapitan”.
Przez chwilę jeszcze Róża niedowierzała w to, co usłyszała, ale nie miała za bardzo czasu nad tym myśleć, gdyż na twarzy Lewego nagle pojawiło się olśnienie.
- Ależ tak… Teraz już wiem skąd ją znam. Tak… to nie była pielęgniarka.
I opowiedział im o tym, jak po obudzeniu się zobaczył dziwną kobietę pochylającą się nad śpiącą Różą.
- Kiedy ze mną rozmawiała, trzymała ręce w kieszeniach. Założę się, że miała tam strzykawkę z trucizną, którą zamierzała wstrzyknąć Róży.
- Ale nie spodziewała się, że przy Gołąbeczce będzie gość – skwitowała to przywódczyni Sępów i uśmiechnęła się triumfalnie.
Róża poczuła jak ogarnia ją paraliżujący strach. Jako Gołębiowi, nie było jej obce wrażenie czającej się na polu walki śmierci, ale świadomość, że dwa razy prawie została zamordowana i to z ręki swoich, sprawiła, że przeżyła szok. Myślała, że tylko jej kariera wisiała na włosku z powodu tego zadania, a tutaj się okazało, że również jej życie. Najgorsze było to, że nie wiedziała komu może zaufać. Była przerażająco świadoma tego, że każdy w Trzydziestym – a nawet Dwunastym! – Pułku mógł w każdej chwili zaatakować ją z zaskoczenia. Co ona jedna mogła zrobić przeciwko dwóm pułkom?
Przytłoczona poczuciem beznadziei i bezradności, Róża rozpłakała się, czym znów zwróciła na siebie uwagę wszystkich trzech Sępów.
- Cicho bądź – syknęła „pani kapitan”. – Chcesz, aby nas znaleźli?
Dziewczyna spojrzała na nią, ale nic nie powiedziała.
- W ogóle, czego ryczysz? Jeszcze nie wszystko stracone. – Przywódczyni Sępów zwróciła się do swoich ludzi: – Jak tam nasz mały projekt, chłopcy?
Lewy i Świst spojrzeli po sobie, po czym uśmiechnęli się.
- My bezonaja one una finge ute miks-masz eton – oświadczył dziarsko Świst, a Lewy od razu przełożył:
- Musimy tylko znaleźć jedną rzecz i złożyć wszystko do kupy.
- To to jest jeszcze w kawałkach?! – prawie krzyknęła ich szefowa, ale zanim jej odpowiedzieli, dodała: – Dobra, nieważne. Ile wam to zajmie, tak na oko?
- Kambine my robinii eto? – zapytał kolegę Lewy.
- Ino jadni dien.
Lewy spojrzał na przywódczynię i oznajmił:
- Jeden dzień, pani kapitan.
- Zajmijcie się tym – powiedziała krótko. – I pospieszcie się. Czas nagli, a zmarnowaliśmy już go dość.
Róża zdziwiła się jej słowami i nie była do końca pewna, co kobieta miała na myśli. Sądząc po twarzach Lewego i Śwista, oni też nie byli pewni.
- Co zamierza pani zrobić, pani kapitan? – zapytał Lewy.
- Czy to nie oczywiste, chłopcy? – odparła i na jej twarzy pokazał się szeroki, nie wróżący niczego dobrego uśmiech. – To my czworo dostarczymy generałowi Pinsardowi wiadomość.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 36
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Tytus » 24 lip 2021, 11:57

Następny odcinek to i następny komentarz. ;-)

1.

Amelie wiedziała, że musi dyskretnie odebrać wiadomość, zanim pułkownik i Jeanette ją zniszczą. Odczekała więc jeszcze trochę, aż jej cele postanowiły udać się do swoich kwater na odpoczynek, i dopiero wtedy ruszyła do akcji. Ponieważ mundur pułkownika nie posiadał na tyle dużych kieszeni, aby można było w nich schować kopertę, Amelie założyła, że dowódca zostawił ją w swoim biurku. Toteż kiedy Cardon i jego adiutantka oddalili się, podeszła do drzwi biura i zaczęła pracować przy zamku.


a). Trochę problemów logicznych tutaj jest jak choćby to, że jej założenie nie bardzo ma sens. Czemu uważa, że jeśli Cardon i Jeanette chcą zniszczyć wiadomość, to odłożą to na później? Pułkownik mógłby wyjąć zapalniczkę czy pudełko zapałek spalić ją na miejscu a resztę kazać wyrzucić. To raz. Dwa wielkość kieszeni nie wydaję się aż tak wielkim problemem. Mógłby schować kopertę pod marynarkę, wrzucić do torby czy nawet kazać Jeanette ją zabrać. Trzy czemu akurat w biurku? Nawet gdyby zostawił w gabinecie, mógłby ja schować w wielu miejscach. Do tego dochodzi fakt, że jeśli chcieli ukryć fakt dostarczenia wiadomości, to raczej martwiliby się też o osoby, które już o tej wiadomości wiedzą. Zwłaszcza że mogą dalej o niej rozpowiadać. To i zniszczenie jej, a później zajęcie się ludźmi, którzy znają prawdę, powinno być dla nich priorytetem. To wygląda jakby Amelie miała wgląd do scenariusza ;-)

Potrzebne jest tutaj większe uzasadnienie. Dobrze byłoby pokazać tok myślowy dzięki, któremu wyciągnęła takie, a nie inne, wnioski.

b). Jeśli zamierza włamać się do gabinetu po list to pułkownik i Jeanette nie są jej celami. Koperta nim jest, przez co zdanie trochę dziwnie brzmi.

c). Powtórzenie, ze spójnikiem "i".

d). Ciężko, żeby zostawiał kopertę w czyimś biurku, jeśli jest we własnym gabinecie ;)


2.

Głos z tyłu jej głowy krzyczał do niej, aby przestała; aby zapomniała o wiadomości i po prostu sobie poszła. Niemniej jednak inny głos mówił jej, że coś się tutaj święci; że nie powinna zostawiać tego tak jak jest, dopóki nie dowie się, o co chodzi.


a). "Voice in the back of my head". Obrzydliwa kalka językowa z angielskiego. Wstyd i sromota.

b). Niepotrzebne powtórzenia z "głosem", "aby", "że" i "się". Część z nich z tego, co widzę, mają budować styl. Zamiast tego wyglądają bardzo amatorsko.

c). Brak przecinków oddzielające czasowniki "powinna" i "jest".

Propozycja zmiany:

Wewnętrzny głos krzyczał do niej, aby przestała. Zapomniała o wiadomości i po prostu sobie poszła. Inny jednak mówił, że coś się tutaj święci. Nalegał by nie zostawiała tego tak jak jest, dopóki nie pozna prawdy.


3.

Amelie zgadła, że w niej musiała znajdować się koperta, dlatego zaczęła majstrować również przy tym zamku. Po niecałej minucie osiągnęła sukces. Amelie zajrzała do środka i od razu oniemiała. W środku – tak jak myślała – znajdowała się wiadomość od Naczelnego Dowództwa


Masz manierę do pisania takich "oczywistych oczywistości". To wygląda trochę, jakbyś traktowała czytelnika jak osobę z porażeniem mózgowym. Do tego sama sobie tutaj przeczysz. Jeśli spodziewałaby się koperty, to by nie oniemiała.

4.

Nagle pewne rzeczy stały się dla niej jasne. Zaskakująco, kryształowo jasne… A ona stała przed dylematem…
Wciąż nie mogła uwierzyć, w to, czego się dowiedziała. Nie wiedziała, co zrobić z tą wiedzą. Wiedziała tylko, że nie mogła zostać w biurze zbyt długo.
Amelie szybko chwyciła oba listy i schowała je w wewnętrznej kieszeni kurtki. Następnie zamknęła zamek szuflady w ten sam sposób, w jakim ją otworzyła, a potem zrobiła to samo z drzwiami do biura pułkownika. W końcu, nonszalancko, opuściła budynek administracji. Szła, jakby nigdy nic; jakby zamierzała pójść do warsztatu i położyć się spać, niemniej jednak znajdujące się w jej kieszeni koperty wydawały się ją parzyć. Niemądrze byłoby trzymać je zbyt długo przy sobie, ale na razie nie miała za bardzo innego wyjścia.


a). Ja rozumiem chęć pozostawienia tajemnicy, aby trochę podroczyć się z czytelnikiem i ujawnić informację później. Ale ten fragment te 124 słowa - 10 zdań, które nie przekazują żadnej informacji (oprócz tego, że zabrała koperty i wyszła). Gdy wspominałem wcześniej o zbliżaniu się do granicy grafomanii to tutaj mamy znacznie silniejszy przykład. Do tego wiele razy powtarzasz to, co już napisałaś tylko w trochę inny sposób, rozwlekając całość w niemiłosierną torturę.

b). Tej wrażeniu grafomanii wcale nie pomagają takie fragmenty jak "Wciąż nie mogła uwierzyć, w to, czego się dowiedziała. Nie wiedziała, co zrobić z tą wiedzą. Wiedziała tylko, że nie mogła zostać w biurze zbyt długo."

Dowiedziała, wiedziała, wiedza, wiedziała. Stanisławie Lemie, ratuj!

Propozycja ratunku:

Nagle pewne rzeczy stały się dla niej zaskakująco, kryształowo jasne. To, czego się dowiedziała, stawiało ją przed dylematem, którego nie mogła rozwiązać, zostając w biurze. Nonszalancko opuściła budynek administracji, zacierając za sobą ślady. Skierowała się do warsztatu, a koperty w wewnętrznej kieszeni kurtki wydawały się parzyć. Niemądrze byłoby je trzymać zbyt długo przy sobie, ale nie miała innego wyjścia.

5.

Amelie była zdania, że Świst dawno powinien nauczyć się posługiwać językiem jednostki, w której służył, ale fakt, że Lewy rozumiał jego liberolską gadaninę, sprawił, że najwyraźniej Świst nie czuł potrzeby szlifować języka. Wystarczyło mu, że rozumiał najprostsze komendy.


a). Że, że, że, że.

b). A po co miałby się uczyć języka jednostki, w której nie służył? Nadopis.


6.

- Ech… drattaja… – powiedział, w końcu tracąc cierpliwość i zamiast kontynuować męki swoje i swojej kapitan, po prostu pokazał, o co mu chodzi.


A nie prościej:

[...]powiedział, w końcu tracąc cierpliwość i zamiast kontynuować ich wspólne męki, po prostu pokazał, o co mu chodzi.


7.

Lewy postanowił spędzić noc przy łóżku Róży, bo i tak nie miał nic do roboty i z dwojga złego wolał siedzieć w lazarecie, niż iść do warsztatu, czując na sobie wzrok innych żołnierzy.


Zdanie kolos do pocięcia:

Lewy postanowił spędzić noc przy łóżku Róży. Nic innego i tak nie miał roboty, a z dwojga złego wolał siedzieć w lazarecie. Wracając do warsztatu, nieprzyjemnie czułby na sobie wzrok innych żołnierzy.

8.

Tymczasem większość ludzi w lazarecie była nieprzytomna, ledwo przytomna, lub po prostu zbyt zajęta własnymi kłopotami (jak amputowana ręka czy nadchodząca śmierć; ludzie są w takich sytuacjach jakoś bardziej skoncentrowany na sobie…), aby zwracać na niego uwagę.



a). To wtrącenie w postaci nawiasu fatalnie tutaj wygląda, zwłaszcza że tak totalnie psuje ciągłość zdania. Wystarczy przesunąć je do następnego zdania, aby naprawić ten fragment.

b). Powtórzenie - "nieprzytomna, przytomna".

c). [...] ludzie są w takich sytuacjach jakoś bardziej skoncentrowany na sobie [...] - że co? Miało być "skoncentrowani"?

Propozycja zmiany:

Tymczasem większość ludzi w lazarecie była nieprzytomna, ledwo świadoma, lub po prostu zbyt zajęta własnymi kłopotami, aby zwracać na niego uwagę. Amputowana kończyna czy nadchodząca śmierć sprawiały, że ludzie w takich sytuacjach jakoś bardziej koncentrowali się na sobie.

9.

W końcu Lewego też zmorzyło zmęczenie, toteż zasnął na krześle kilka metrów od Róży.


Tak dziękuje za sprecyzowanie, że zmęczenie prowadzi do snu. Nigdy bym się nie domyślił bez tego. Takie wyrazy jak "toteż" są całkowicie zbędne, gdy mamy do czynienia z rzeczami oczywistymi.


W końcu Lewego też zmorzyło zmęczenie. Zasnął na krześle kilka metrów od Róży.

10.

Właśnie śnił piękny sen o byciu otoczonym przez czekoladowe babeczki swojej babci, które zamierzał zjeść, jedna po drugiej, kiedy nagle do jego uszu doszedł odgłos czyichś kroków. W pierwszej chwili chciał powrócić do swojego miłego snu, bo najpewniej kroki należały do pielęgniarki robiącej obchód… ale jego umysł nie był w stanie wrócić do spania, mimo usilnych starań Lewego.


Emotikona uderzenia głową o biurko.gif

Tniemy powtórzenia:

Piękny sen o otaczających go czekoladowych babeczkach babci, które zamierzał zjeść, jedna po drugiej, został przerwany, gdy do jego uszu doszedł odgłos czyichś kroków. Zapewne należały do pielęgniarki robiącej obchód, więc próbował powrócić do słodkiego marzenia. Jednak, mimo usilnych starań, umysł nie potrafił już znaleźć drogi do babeczkowej krainy.

11.

Gdy otworzył oczy, ujrzał pochylającą się nad Różą pielęgniarkę… a przynajmniej kogoś ubranego w strój pielęgniarki. Być może była to kwestia kiepskiego światła i resztek snu, ale z jakiegoś powodu ta kobieta wydawała się Lewemu być nie na miejscu.


a) Resztek snu? Co resztki snu mają tu do rzeczy? Może chodziło Ci o wyrwanie ze snu? To jest też częsty problem. Trzeba się domyślać co "autor miał na myśli", bo nie operujesz językiem zbyt precyzyjnie.

b). Zbędne powtórzenie z "pielęgniarką", a szkoda, bo to była dobra okazja, żeby lepiej budować mentalny obraz, precyzując, co Lewy widzi. W ten sposób stwarzasz wrażenie, że brakuje Ci słów.

Propozycja zmiany:

Gdy otworzył oczy, ujrzał pochylającą się nad Różą pielęgniarkę... a przynajmniej kogoś ubranego w fartuch i kitel. Być może była to kwestia kiepskiego oświetlenia i tego, że został wyrwany ze snu, ale z jakiegoś powodu ta kobieta wydawała się Lewemu być nie na miejscu.



12.

Sam Lewy nie mógł oprzeć się wrażeniu, że z ta pielęgniarką jest coś nie tak.


a). Słowo "sam" do wycięcia. Sugeruje, że ktoś jeszcze miał takie wrażenie, a tylko on mógł.

b). Literówka - "tą"


13.

Kiedy w końcu wyszła, spojrzał na wciąż śpiącą Różę. Wydawała się pogrążona w spokojnym śnie i nie miał serca jej budzić. Sam wiedział, że tej nocy mógł już się pożegnać ze snem.


a).To samo co wyżej. Wyciąć "sam".

b). śnie, snem.



14.

Róża bez słowa wzięła swój płaszcz i nałożyła go na szpitalną piżamę. Torbę z listami zawiesiła sobie przez ramię, następnie założyła buty i biorąc resztę swoich rzeczy pod pachę


a). Nie musisz pisać całego sprawozdania z jej ubierania się. Proponuję to skrócić.

b). "założyła buty" jest niepoprawnie. To przykład użycia błędnego czasownika. O ile kolokwialnie tak mówimy, to poprawnie jest: włożyła buty.

Cytując poradnie językowa:

"Nie powinniśmy więc mówić/pisać: założyć ubranie, założyć płaszcz, założyć sukienkę, założyć sweter, założyć garsonkę, założyć marynarkę, założyć buty. Niepoprawne jest także ubieranie płaszcza, czapki czy butów (wskazywałoby bowiem na ubieranie wskazanych części garderoby w kolejne). Tego typu konstrukcje są południowopolskimi regionalizmami, niedopuszczalnymi w polszczyźnie ogólnej.
Poprawne są natomiast konstrukcje typu: założyć krawat, założyć okulary, założyć plecak, założyć torbę, bowiem wskazują na przedmioty, które umieszcza na sobie człowiek.

Słowniki poprawnościowe wskazują, by do określania czynności ubierania się w różne części garderoby używać czasownika ‚włożyć’, np. włożyć ubranie, włożyć beret, włożyć kozaki.

Pozdrawiam
Agnieszka Wierzbicka"


15.

Opowiedziała o swoim spotkaniu z pułkownikiem Cardonem i o tym, że wydawał się być bardzo zainteresowany wiadomością do generała; o tym, że udało jej się podsłuchać jak mówił swojej adiutantce, że generał Pinsard nie może tej wiadomości otrzymać i o tym jak przywódczyni Sępów odczekała aż oboje opuścili budynek, zanim nie wślizgnęła się do biura pułkownika i nie udało jej się znaleźć dziwnej koperty.


a). Wyrażenie „wydawał się być” jest modne i nadużywane, lecz niepoprawne. Poprawna jest forma "wydawał się".

b). Stanowczo za długie zdanie do pocięcia.

c). A czemu w tym wypadku miałaby opowiadać o czyimś spotkaniu z Cardonem? Lub czemu pułkownik miałby mówić to czyjejś adiutantce? Do tego oba słowa powodują powtórzenie.

d). Brakująca interpunkcja oddzielająca czasowniki "udało" i mówił", a także "odczekała" i "opuścili".

e). Kolejne grafomańskie sprawozdanie. Czytelnik to wszystko już wie. Czytał o tym zaledwie moment temu. Musisz nauczyć się być bardziej zwięzła.

16.

Następnie wyciągnęła rzeczoną kopertę zza pazuchy i podała ją Lewemu, który rozłożył będącą wewnątrz kartkę i zaczął czytać po cichu. Świst i Róża spojrzeli mu przez ramię i również przyjrzeli się temu, co było tam napisane.


Nie, kurła, spoglądali tam, żeby docenić jakość papieru. Wszystko, co jest po słowie "ramię" do wycięcia.


17.

Od razu pierwsze, co rzuciło się Róża w oczy, to to, że list z dziwnej koperty napisany był po belaterrańsku – w języku wroga.


a). To to? Toto to taki piesek, który miał przygody w Krainie Oz.

b). List z dziwnej koperty? Dziękuje Ci, że mi przypominasz. Mógłbym zapomnieć jaki list czytają. Idę się zastrzelić.

Propozycja zmiany:

Róży momentalnie rzuciło się w oczy, że list napisany był po belaterrańsku – w języku wroga.

18.

Nie rozumiała w pełni treści, jednak widząc coraz bardziej pochmurniejącego Lewego, wiedziała, że on rozumiał wszystko i że cokolwiek tam było, nie oznaczało niczego dobrego. Róża miała podejrzenia, co do tego, co to mogło być, a kiedy po chwili mężczyzna spojrzał na przywódczynię i oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenia, wszystko stało się jasne.


Pierwsze zdanie informuje nas, że Róża, mimo że nie rozumie do końca wiadomości, widzi, że to nic dobrego. Drugie zdanie informuję nas drugi raz dokładnie o tym samym. Zdecyduj się, które zdanie Ci bardziej pasuje i jedno wywal. Ewentualnie połącz je w jedno. Inaczej masz pisarski "filler".

19.

- Mimo wszystko – dodał z wyraźnym niesmakiem na twarzy Lewy – wciąż nie mogę w to uwierzyć. Zawsze wydawał się, mimo wszystko, być człowiekiem honoru, a to…


Wiem, że to dialog, a powtórzenia w dialogach można przeoczyć, ale tutaj to te drugie "mimo wszystko" jest trochę nienaturalne.

20.

Złapała się za głowę. Przebłyski wspomnień przeleciały jej przed oczami.


Tak mocno Hollywoodzko i kiczowato ;-)


Przez chwilę jeszcze Róża niedowierzała w to, co usłyszała, ale nie miała za bardzo czasu nad tym myśleć, gdyż na twarzy Lewego nagle pojawiło się olśnienie.


Chętnie się dowiem jak to wygląda :-P

21.

Róża poczuła jak ogarnia ją paraliżujący strach. Jako Gołębiowi, nie było jej obce wrażenie czającej się na polu walki śmierci, ale świadomość, że dwa razy prawie została zamordowana i to z ręki swoich, sprawiła, że przeżyła szok.


Róże ogarnął paraliżujący strach. Jako Gołębiowi, nie była jej obca czająca się na polu walki śmierci, ale fakt, że dwa razy prawie została zamordowana i to z ręki swoich, sprawił, że przeżyła szok.

22.

Myślała, że tylko jej kariera wisiała na włosku z powodu tego zadania, a tutaj się okazało, że również jej życie.


Myślała, że tylko jej kariera wisiała na włosku, a na szali spoczywało też jej życie.

23.

Przytłoczona poczuciem beznadziei i bezradności, Róża rozpłakała się, czym znów zwróciła na siebie uwagę wszystkich trzech Sępów.


No ciężko, żeby nie zwrócili na to uwagę, a poza tym to, że zwrócili na nią uwagę, przekazujesz naturalnie dialogiem linijkę niżej. Wszystko po "rozpłakała się" do wycięcia.


- To to jest jeszcze w kawałkach?! – prawie krzyknęła ich szefowa, ale zanim jej odpowiedzieli, dodała: – Dobra, nieważne. Ile wam to zajmie, tak na oko?


No to krzyknęła czy nie? Wykrzyknik sugeruje jedno, a tekst temu przeczy. Taka trochę schizofrenia.



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Ten odcinek zdecydowanie był najsłabszy, z tych trzech co wrzuciłaś. Raz, że wydarzyły się tu praktycznie tylko dwie rzeczy, które zostały niemiłosiernie rozwleczone, a dwa jakość samego tekstu względem poprzednich też spadła. Czytało się go najgorzej i najwolniej. Tymczasem z dobrych stron podoba mnie się zwrot akcji, że pułkownik jest zdrajcą oraz to, że Sępy są takie proaktywne i zamierzają same dostarczyć list. Ale sam odcinek mocno odchudzony mógłby być po prostu początkiem czwartego.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2635
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 24 lip 2021, 12:08

RedHatMeg pisze:No to pękłam i przesyłam Wam przedostatni dokończony rozdział. Po następnym będę musiała zacząć już pisać "na bieżąco" kolejne rozdziały tej powieści w odcinkach.

To dobrze. Będziesz mieć większą motywację wiedząc, że ktoś czeka na dalszy ciąg. A jeśli chodzi o nowy rozdział, to uważam, że jest najlepiej napisany z tych, które do tej pory się pojawiły. Najważniejsze, że umiesz wciągnąć czytelnika, bo jest suspense i i kończysz rozdział tak, że chce się sięgnąć po następny. Jedyne, czego mi wciąż brakuje, to więcej informacji, na temat świata, w którym rozgrywa się fabuła. Ale liczę na to, że z czasem będziesz odkrywać coraz więcej kart.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
RedHatMeg
szekspir
Posty: 2150
Rejestracja: 30 gru 2009, 12:20
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: RedHatMeg » 29 lip 2021, 06:30

No to dochodzimy do ostatniego rozdziału, który był już gotowy. Od teraz każdy następny rozdział będzie dodawany na bieżąco.

Czyste szaleństwo
Róża, Lewy i Świst wydawali się nie do końca wierzyć w to, co przed chwilą usłyszeli. Przez chwilę przyglądali się Amelie tak jakby właśnie oszalała. W sumie prawdopodobnie tak właśnie o niej teraz myśleli. Nie dziwiła im się. Sama miała wrażenie, że to, co zamierzała zrobić było czystym szaleństwem… ale z drugiej strony czuła też, że to jedyne sensowne wyjście.
- My?! – wykrztusiła z siebie Róża. – Jeden Gołąb i trzy Sępy mają samowolnie dostarczyć wiadomość aż na samą górę?!
- Aha – przytaknęła Amelie. – Skoro nie wiemy komu ufać w Trzydziestym Pułku, a i twój pułk, Gołąbeczko, próbował sabotować doręczenie wiadomości, musimy wziąć sprawy w swoje ręce.
- Ależ, pani kapitan – odezwał się Lewy – jeśli teraz, tak po prostu, odlecimy z jednostki, to będzie wyglądało jak dezercja. Tak też pułkownik Cardon to przedstawi i wyśle za nami pościg. Nie lepiej przekazać list od wroga dowództwu i pozwolić, aby zajęły się tym oficjalne organy?
- Uwierzcie mi, długo nad tym myślałam…
- No chyba niezbyt długo, skoro to jedyne, co przyszło ci do głowy – wtrąciła Róża.
- Po pierwsze, Gołąbeczko, nie przerywa się starszym stopniom, kiedy mówią – zaczęła Amelie – a po drugie, wzięłam pod uwagę wszystkie możliwe opcje. Również to, że pułkownik użyje swoich wpływów do tego, aby się nas dyskretnie pozbyć, im dłużej jesteśmy w posiadaniu obu wiadomości i wiemy, że jakiś list do generała Pinsarda istnieje. Poza tym nie wiemy jak daleko sięga ta konspiracja, a czas ucieka. Wychodzi więc na to, że tak, jeden Gołąb i trzy Sępy mają samowolnie dostarczyć wiadomość aż na samą górę. Bo to nasz obowiązek. Mogę to zrobić sama, ale wolałabym jednak mieć przy sobie ludzi, którym ufam. To jak będzie?
Spojrzała na Lewego i Śwista. O ile wyższy z mężczyzn wydawał się wahać, o tyle na twarzy mniejszego od razu pojawił się szeroki uśmiech. Świst zaraz zasalutował, wypinając dumnie pierś.
- Ja za tiebiu w agni idem.
Amelie nie potrzebowała tłumacza, aby wiedzieć, że Świst jest za planem swojej przywódczyni. Tymczasem na twarzy Lewego wciąż widać było wahanie. Amelie rozumiała to w pełni – wszak dla niego dezercja niosłaby za sobą podwójnie ryzyko…
On jednak zacisnął pięści i spojrzał na Amelie z wyrazem determinacji na twarzy.
- Ma pani rację, pani kapitan. Jeśli już mamy mieszać się w ten szalony plan, to wszyscy razem.
Amelie uśmiechnęła się triumfalnie.
- Wybornie – odparła. – To w takim razie wy zajmijcie się składaniem naszego projektu do kupy, a ja zadbam o to, aby nikt inny nie zabił naszego Gołąbka.
Obaj zasalutowali i wyszli ze składziku.
Amelie i Róża zostały same. Przez chwilę Róża wyglądała na oszołomioną. Spoglądała w ziemię, zapewne próbując ogarnąć umysłem wszystko, czego się do tej pory dowiedziała i co się właśnie stało. Amelie poniekąd rozumiała ją. Sama ledwo była w stanie uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. A przecież to nie na jej życie nastawały dwa pułki.
W końcu jednak Róża wyprostowała się i z godnością oświadczyła:
- To nawet się dobrze składa. Może jednak uda mi się wypełnić tę misję.
- Zuch dziewczyna! – powiedziała Amelie i klepnęła Gołębia w plecy. – My cię zawieziemy w jednym kawałku na miejsce, a ty dostarczysz generałowi wiadomość.
Nagle Róża spojrzała na nią chłodno. Teraz, kiedy były sam na sam, Amelie wyczuwała od szesnastoletniego blond chuchra wrogość, która nie robiła na niej zbytniego wrażenia. Zaraz jednak Gołąb odwrócił wzrok i znów się wyprostował.
- Tak, właśnie tak będzie. Z jednym zastrzeżeniem – spojrzała po raz kolejny na Amelie i oświadczyła: – To ja tutaj dowodzę. Wiem gdzie mamy lecieć i zbadałam zawczasu całą trasę.
- Jeszcze czego! – Amelie prychnęła śmiechem. – Zachciało się maleństwu dowództwa.
- Nie obraź się, ale to moje zadanie – ciągnęła dalej Róża. – Mam o wiele większe doświadczenie w locie przez piekło pola walki.
Amelie miała już dość tej dziewuchy. Złapała ją za kołnierz jej koszuli nocnej i przybiła ją do ściany. Od razu na twarzy Gołębia pojawił się lęk.
- Nic o nas nie wiesz ponad to, że jesteśmy Sępami – zasyczała Amelie. – A ja dobrze wiem, co sobie o nas myślisz. Myślisz, że jesteśmy zgrają wyrzutków, która nadaje się tylko do zbierania złomu. Myślisz, że przegraliśmy życie i nigdy niczego nie osiągniemy. Myślisz, że skoro jesteś Gołębiem, w porównaniu z nami jesteś nie wiadomo kim, i możesz spoglądać na nas z góry. Ale faktem jest, że ja, Lewy i Świst jesteśmy od ciebie dużo starsi i dużo bardziej doświadczeni. Ty jesteś tylko małą dziewczynką, która skłamała o swoim wieku, bo zachciało jej się przygody. A może chciałaś zostać bohaterką, hę? Wymarzyła ci się długa kariera i walka w obronie ojczyzny, pełna śmiałych dokonań i zapierających dech w piersiach akcji? Ale prawdziwe wojsko nie jest aż tak kolorowe ani aż tak chwalebne, jak to przedstawiają plakaty i filmy.
Twarz Róży przybrała bardziej zdeterminowany wyraz. Zaraz potem Gołąb chwycił oburącz dłoń Amelie i z całej siły odepchnął od siebie przywódczynię Sępów. Amelie aż zachwiała się, zdumiona, że to małe coś ma tyle siły, ale udało jej się odzyskać równowagę. Tymczasem Róża zrobiła krok do przodu i powiedziała:
- Ty też nic o mnie nie wiesz. Takie kobiety jak ty zawsze widzą tylko to, co chcą widzieć. Tak, dobrze was wszystkie znam. Stare, wredne babska, którym sprawia przyjemność znęcanie się nad młodszymi dziewczętami; które myślą, że wiedzą wszystko jak najlepiej. Mówisz, że patrzę na was z góry? Ty patrzysz z góry na mnie tylko dlatego, że jestem młodsza.
Stare, wredne babska, hę? – pomyślała Amelie. Czyżby kryło się za tym coś więcej?
Nieważne. Teraz ważne było co innego.
- Posłuchaj no, Gołąbeczko. Możemy kłócić się w tym składziku przez cały dzień, a możemy też wyjść i coś zrobić, dopóki chłopaki nie skończą. W każdym razie jesteś na mnie i na nas wszystkich skazana.
Jeszcze przez chwilę Róża spoglądała na starszą od niej kobietę chłodnym wzrokiem, aż w końcu otrzepała się, wyprostowała i powiedziała:
- Najwyraźniej jestem.
Po czym wzięła pakunek ze swoimi ubraniami i rozwinęła go. Zanim się jednak zaczęła przebierać, zachwiała się tak bardzo, że prawie upadła, ale Amelie ją złapała. Najwyraźniej dziewczyna nadal była osłabiona.
- Może lepiej prześpij się jeszcze trochę. Będziesz potrzebować dużo siły – odparła Amelie.
Sama nie wierzyła, że to mówi, ale skoro Lewy i Świst twierdzili, że potrzebują jednego dnia, aby złożyć swój projekt do kupy, one mogły spożytkować ten czas na cenny odpoczynek.
Ale Róża natychmiast wyrwała się z ramion Amelie i wyprostowała się.
- Nic mi nie jest. Poradzę sobie.
Po czym zaczęła się przebierać. Jak tylko Amelie zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, opuściła składzik i poczekała na to, aż Róża skończy. Po jakichś trzech minutach Gołąb wyszedł, zwarty i gotowy do akcji. Akurat tak się złożyło, że właśnie nastał świt.

Kiedy słońce wzeszło, oznaczając, że jest już piąta nad ranem, Lewy i Świst byli w lesie kilka kilometrów od bazy pułku i pracowali. Pani kapitan miała rację, musieli wyruszyć jak najszybciej, ale biorąc pod uwagę szaleństwo, którego zamierzali się podjąć, musieli też działać z głową. Było tysiące powodów, dla których ten plan mógł się skończyć źle, a ich czworo mogło umrzeć straszną śmiercią, ale była też w nim pewnego rodzaju obietnica – bliżej nieokreślona obietnica czegoś lepszego. Co to dokładnie było, Lewy nie był pewien.
Lewy spojrzał na swojego kolegę z oddziału, montującego kolejną część swojej maszyny. Zawsze był pod wrażeniem Śwista przy pracy. Chłopak może i był dziwny przez większość czasu, ale jak tylko jego umysł zajęty był jakimś projektem, Świst poświęcał nań całą swoją energię i cały swój talent, aby wprowadzić pomysł w życie.
A ten konkretny projekt był czymś, czym Świst zajmował się już od dłuższego czasu. Przez wiele miesięcy starannie dobierał części, starannie chował je przed większością jednostki, starannie łączył je w większe elementy, aby teraz, wraz z Lewym mógł wreszcie złożyć wszystko w jedną, zapierającą dech w piersiach całość. To było wręcz niesamowite, co ten zwariowany mózg i co te zwinne ręce były w stanie zrobić…
Ale zawsze kiedy Lewy rozwodził się w myślach nad niesamowitością Śwista, zaraz dopadała go pewna smutna myśl. Świst mógłby zostać inżynierem, być może nawet jego maszyny przyczyniłyby się do wygrania wojny… ale nikt w pułku tego nie widział. Było to spowodowane, zarówno tym, że Świst był Sępem, jak i tym, że nikt – poza dwoma pozostałymi Sępami w jednostce – Śwista nie rozumiał. (No i była jeszcze kwestia tego, że pochodził z Liberolii. Ani w Królestwie Lejdlandii, ani w Cesarstwie Belaterry nie przepadano specjalnie za Liberolami.)
To była zaiste wielka tragedia i Lewy nieraz zastanawiał się, na ile jego kompan zdawał sobie sprawę ze swojego położenia.
- Lefti – głos Śwista wyrwał Lewego z rozmyślań – molotoke.
Niższy z mężczyzn trzymał wyprostowaną rękę, czekając aż wyższy poda mu narzędzie. Lewy otrząsnął się i natychmiast włożył do ręki Śwista młotek.

- No więc oto nasza trasa – zaczęła Róża, wyciągając z torby mapę i rozkładając ją na biurku w hangarze.
Mapa przedstawiała Góry Wartkie (nazywane tak dlatego, że pomiędzy nimi przebiegała jakby slalomem rzeka Frigia) na wschodzie, po stronie wroga. Dalej była granica pomiędzy Królestwem Lejdlandii a ziemiami Cesarstwa Belaterry, otoczona lasami i ciągnąca się wzdłuż Frigii, która oddzielała oba państwa niczym wijąca się linia. Im bardziej na zachód, tym bardziej dało się dostrzec ślady cywilizacji – najpierw pola uprawne i wioskę Mała Krawędź, a w końcu, za kolejnym lasem, wielkie miasto otoczoną obronnymi murami – Sandrinę, stolicę Lejdlandii. Od granicy, poprzez północną część pola i wioskę, aż do Sandriny wiła się linia zrobiona ołówkiem.
- Jeżeli tak właśnie leciałaś, to nie dziwota, że cię zestrzelili, Gołąbeczko – stwierdziła Amelie. – Jakbyś jeszcze nie zauważyła, ten obszar – okrążyła palcem pola najbliżej granicy – to pole bitwy, w pobliżu którego się właśnie znajdujemy.
- Tak, ale w tym miejscu – Róża wskazała punkt, w którym linia zaczęła skręcać bardziej na północ – walki są jakby mniejsze. Pomyślałam, że jeśli będę się trzymać na uboczu, to mnie nie zauważą. A jeśli do tego będę się poruszać nocą…
- To prawda, że musimy trzymać się raczej na uboczu – przerwała jej Amelie – ale to nam wyjdzie lepiej, jeśli użyjemy podstępu. Potrzebujemy cywilnych ubrań i dokumentów. Papiery akurat da się zdobyć. Znam jednego gościa, który umie je fałszować. Jakieś ciuchy też się znajdą, ale musimy jeszcze wymyśleć jakiś powód, dla którego czwórka ludzi idzie do stolicy. I to taki powód, który nie wzbudzi podejrzeń i nie sprawi, że wywalą nas z kwitkiem.
Podeszła do szafek i zaczęła wyciągać z nich ubrania – pięć koszul, trzy pary spodni, jedna spódnica, z dwanaście par skarpet, jakiejś stare, dziurawe rajstopy… Nie było ich znowu tak dużo, a każde z nich nosiło ślady wieloletniego użytku i zszycia rozprutych miejsc. Po wyselekcjonowaniu ubrań, które uznała za odpowiednie, wsadziła je na wózek Sępów i zakryła płachtą.
- Ja nic cywilnego nie mam – oświadczyła Róża.
- Coś ci pożyczę. Zresztą, jesteś tak mała, że jak ci dam moją koszulę i zepniesz w pasie, będzie to wyglądało jak porządna sukienka. I to taka skromna, za kostkę!
Róża z trudem puściła to mimo uszu.
- Potrzebujemy też żywności…
- Podwędzimy z jadłodajni. Zresztą trasa, którą ci wyznaczyłam, będzie trwać tylko pięć dni.
- Potrzebujemy paliwa…
- To też da się zdobyć.
- No i jeszcze broń…
- Na pewno coś się wala w magazynie.
Im dłużej Róża myślała o tym, co chcieli zrobić, tym bardziej nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Złapała się za głowę.
- To czyste szaleństwo! Okradniemy wojsko.
- Pamiętaj, że my też jesteśmy w wojsku. Wyruszamy na ważną misję i potrzebujemy zaopatrzenia.
- Ale z zewnątrz to będzie wyglądało tym bardziej podejrzanie. Zresztą jak zamierzasz wynieść cały ten sprzęt bez zwracania na siebie uwagi?
Amelie uśmiechnęła się triumfalnie.
- Widzisz, Gołąbeczko, są pewne zalety zbierania złomu dla wojska. Na przykład, nikt specjalnie nie zwraca na ciebie uwagi, gdy wychodzisz poza jednostkę z wózkiem.
Róża zaczęła rozumieć. Jakaś jej część chciała się wycofać z tego szaleństwa. Jeśli ich przyłapią, cała czwórka zostanie oskarżona o dezercję i kradzież… będzie ich czekał sąd, który w najlepszym razie uzna to, czego się powzięli, za śmieszne, w najgorszym…
Ale zaraz Róża przypomniała sobie o tym, że pułkownik Cardon jest zdrajcą i że ktoś tak bardzo nie chciał, aby generał Pinsard otrzymał swój list, że dwa razy próbował ją zabić. Przypomniała sobie również jak wiele zależało od tego zadania. Tak, musieli kontynuować misję. A co za tym idzie, musieli być gotowi na wszystko.
Tak więc przez następne cztery godziny wprowadzały swój plan w życie. Najpierw zakradły się do jadłodajni i zabrały z niej racje na pięć dni dla czterech osób (przy okazji Róża przekonała się, że „pani kapitan” całkiem nieźle radzi sobie z wytrychami). Następnie podeszły do działu zaopatrzenia i tym razem Róża zajęła się zagadywaniem strażników, podczas gdy Amelie przez tylne okno weszła do magazynu i zabrała dwa kanistry paliwa oraz cztery pistolety i amunicję. Kiedy wydostała się tą samą drogą, którą weszła, dała Róży znak i osobno obie oddaliły się od budynku, aby spotkać się potem znów w hangarze. Wszystkie swoje łupy schowały pod płachtą, razem z ubraniami.
Pozostała im tylko jedna rzecz do zrobienia.
- No, a teraz, Gołąbeczko – zaczęła Amelie, podnosząc płachtę do góry – wskakuj.
- Ale…
- Żadnego „ale”. Strażnicy nawet się drugi raz nie obejrzą, jeśli wyjdę z wózkiem na zewnątrz, ale mogą od razu nabrać podejrzeń, jeśli zobaczą, że jesteś ze mną.
To miało sens, dlatego Róża weszła na wózek, skuliła się i schowała pod płachtą. Niebawem poczuła jak wózek rusza. Przez pierwsze kilka metrów dało się odczuć, że podłoże było w miarę równe (znać, że jechali przez powierzchnię wyłożoną asfaltem), ale wkrótce zaczęły się pierwsze nierówności – małe wyboje, które sprawiały, że przejażdżka była bardziej niewygodna.
Nagle wózek się zatrzymał.
- Ach, witajcie, Laroche – odezwał się jakiś męski głos.
- Och, witam, pułkowniku – powiedziała „pani kapitan”, a w jej głosie dało się wyczuć pewną wymuszoną uniżoność.
Róża nie musiała się domyślać, z kim rozmawiała przywódczyni Sępów. Nagle zaczęła się modlić o to, żeby Cardonowi nie zachciało się zajrzeć pod płachtę.
- Idziecie gdzieś, widzę – stwierdził po chwili Cardon.
- Tak, pułkowniku. Przejrzeliśmy z chłopcami cały złom i pozbywamy się teraz wszystkiego, co jest do niczego. Wie pan, zawsze znajdzie się jakaś część, która przy bliższych oględzinach okaże się być zupełnie bezużyteczna.
- Ach, rozumiem – odparł pułkownik – ale powiedzcie mi jedną rzecz, Laroche: Gdzie są teraz wasi chłopcy?
Róża poczuła uderzenie gorąca, a zaraz potem usłyszała przyspieszone bicie swego serca. Niedobrze.
- W istocie – ciągnął dalej pułkownik – nie widziałem ich dzisiaj. Czyżby postanowili uciec?
- No właśnie szukam ich – odrzekła Amelie. Nagle jej ton zmienił się na ostrzejszy. – Niech no ja tylko dopadnę tych dwóch łachudrów… Serio, nie wiem, jak pan to robi, pułkowniku – dodała po chwili, wracając do uniżonego tonu. – Potrafi pan tak łatwo utrzymać cały pułk w ryzach, a ja mam problemy z dwoma idiotami.
- To proste, Laroche – tymczasem ton Cardona był spokojny, ale w jakiś sposób zdawał się ociekać jadem. – Nigdy nie pozwalam swoim ludziom zapomnieć o tym, że ode mnie zależy, czy będą żyć, czy nie.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. I w tej niezręcznej, przerażającej ciszy, która zdawała się trwać w nieskończoność, Róża bała się, że już zaraz ich wysiłki zostaną zniweczone; że ich misja skończy się, zanim się na dobre zaczęła. Dziewczyna zastanawiała się, czy Cadron wiedział, co zamierzali zrobić… albo czy chociaż miał jakieś podejrzenia. Jeśli tak, to powinien lada chwila podnieść płachtę…
- Powiedzcie mi jeszcze jedną rzecz, Laroche: czy widziałyście może tego Gołębia, którego wczoraj przywieźliście?
- Nie, pułkowniku – odparła bez wahania Amelie. – Od razu kiedy odstawiliśmy ją do lazaretu, nie chciałam już mieć z tą małolatą nic wspólnego. Nie wiem gdzie jest i nie obchodzi mnie to.
- Jaka szkoda – oznajmił pułkownik. – Mam do niej jeszcze kilka pytań. Nie mówiąc już o tym, że lekarze się o nią martwią… No nic – dodał po chwili. – Nie zatrzymuję was. Miłego dnia, Laroche.
- Panu również, pułkowniku – odparła Amelie i Róża wręcz widziała oczami wyobraźni, jak „pani kapitan” rzuca swojemu przełożonemu wymuszony uśmiech.
W każdym razie dało się usłyszeć odgłos oddalających się kroków. Chwilę potem wózek ruszył dalej. Kiedy zatrzymał się po raz drugi, było to tuż przed głównym wejściem do jednostki. Tak jak powiedziała Amelie, strażnicy nie zwrócili na nią większej uwagi. Po prostu wypuścili ją i pozwolili wyjść, przyjmując do wiadomości, że wiezie wyrzucić niepotrzebny złom.
Potem jeszcze przez kilka metrów Róża była wieziona wózkiem, ale kiedy tylko ona i Amelie oddaliły się od bazy na tyle, aby nie zostać zauważone, „pani kapitan” podniosła płachtę i kazała dziewczynie wyjść.
- Koniec dowozu, Gołąbeczko. Od teraz masz nóżki.
Tak więc od teraz wiozły wózek we dwie. Amelie prowadziła Różę w głąb lasu, aż dotarły do polany otoczonej drzewami, których korony zakrywały niebo tak bardzo, że prawie nie przebijało się przez nie światło słoneczne. Niemniej jednak Róża była w stanie dojrzeć stojący pośrodku tej polany pojazd.
Nigdy w życiu nie widziała takiego samolotu. Zamiast standardowych dwóch miejsc siedzących, miał cztery, a jego ogromne, acz cienkie, nietoperze skrzydła wyrastały z boków. U dołu znajdowały się dwie pary kół, a z przodu – wielkie śmigło. Lewy i Świst właśnie kończyli zamalowywać karoserię złożoną z wielu różnych samolotów – tak przyjacielskich jak i wrogich – na zielono, co sprawiało, że aeroplan wydawał się bardziej jednolity. Ponadto na samolocie napisane było jeszcze wielkimi, czerwonymi literami: „Wspaniali Manzini!” Co jednak najbardziej było niesamowite w tym samolocie, to to, że był dwa razy większy od zwykłego samolotu.
- To na tym będziemy lecieć?! – wykrzyknęła Róża. – Przecież oni nas od razu zestrzelą!
- Oj, nie bądź taka pesymistyczna, Gołąbeczko – odparła Amelie. – To cudeńko kryje w sobie mnóstwo niespodzianek. – Nagle spoważniała i rzuciła ponuro: – O ile dobrze działa. Testowaliście to już? – spytała Lewego i Śwista.
- Nie było czasu – odpowiedział Lewy.
- A no tak – przyznała Amelie. – Trudno, to coś przejdzie wkrótce chrzest bojowy. Swoją drogą, dobry pomysł z tymi Wspaniałymi Manzinimi, ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli robić żadnych akrobacji w powietrzu.
- Toż to czyste szaleństwo! – powiedziała po raz kolejny Róża. – To się nie może udać! Prędzej zginiemy, niż to coś poleci!
- Moja droga, jakimś cudem wszystkie samoloty Śwista latają – odrzekła przywódczyni Sępów. – Nie wiem jak, ale już dawno przestałam się dziwić.
- Eto eropli ma aussi emergenca systemi – dodał Świst.
- Tak, właśnie. Ten samolot ma również system awaryjny na wypadek, gdybyśmy musieli się ewakuować albo awaryjnie lądować – wyjaśnił Lewy.
To było nieco bardziej pocieszające. Niemniej jednak Róża nadal bała się tam wejść.
- Poza tym nie będziemy tylko na tym latać. Ten samolot może się przekształcić w samochód, a nawet łódkę!
- Serio? – zdumiała się Róża.
To rzeczywiście było imponujące… o ile to była prawda.
Kiedy przebierali się w cywilne ciuchy, zbroili się i tankowali benzynę do baku tego potwora, Róża zastanawiała się czy dobrze robi. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że porywają się z motyką na słońce. Mieli tym czymś polecieć do generała Pinsarda? Te Sępy były szaleńcami! Prędzej cała ich czwórka zginie, niż osiągnie swój cel.
Ale z drugiej strony, jakie jeszcze mieli wyjście? Jakie mieli szanse, że bardziej standardową drogą uda im się wykonać misję? Róża naprawdę miała pustkę w głowie, zwłaszcza że zaszli już tak daleko. Do tej pory szła za Sępami – z pewnymi oporami, ale jednak szła – bo gdzieś tam podskórnie wierzyła, że ich szalony plan może się powieźć. Poza tym miała wrażenie, że teraz mogła liczyć tylko na nich.
Tak więc ostatecznie – z lekkim wahaniem, ale jednak! – weszła do samolotu Śwista.
Zapraszam na mój blog: https://planetakapeluszy.com/

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2635
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Vampircia » 30 lip 2021, 20:10

- Tak, ale w tym miejscu – Róża wskazała punkt, w którym linia zaczęła skręcać bardziej na północ – walki są jakby mniejsze

No ja się nie dziwię, że ją zestrzelili :roll: W ogóle wydaje mi się osobliwe, że tak młoda osoba była pilotem i do tego z doświadczeniem. To raczej wymagający zawód. Ale może kiedyś bardziej rozwiniesz ten wątek. Fajnie, że w tym rozdziale było coś więcej na temat świata. Ogólnie kroi się niezła przygoda.
- Poza tym nie będziemy tylko na tym latać. Ten samolot może się przekształcić w samochód, a nawet łódkę!
- Serio? – zdumiała się Róża.
To rzeczywiście było imponujące… o ile to była prawda.

To było dobre. Uśmiechnęłam się :lol:
Ogólnie rozdział spoko. Mam jeszcze takie pytanko. Czym jest zainspirowany język, którym posługuje się Świst?
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 36
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Sępy i Gołębica (tytuł roboczy)

Postautor: Tytus » 31 lip 2021, 14:44

Było tysiące powodów, dla których ten plan mógł się skończyć źle, a ich czworo mogło umrzeć straszną śmiercią, ale była też w nim pewnego rodzaju obietnica – bliżej nieokreślona obietnica czegoś lepszego. Co to dokładnie było, Lewy nie był pewien.
Lewy spojrzał na swojego kolegę z oddziału, montującego kolejną część swojej maszyny. Zawsze był pod wrażeniem Śwista przy pracy. Chłopak może i był dziwny przez większość czasu, ale jak tylko jego umysł zajęty był jakimś projektem, Świst poświęcał nań całą swoją energię i cały swój talent, aby wprowadzić pomysł w życie.
A ten konkretny projekt był czymś, czym Świst zajmował się już od dłuższego czasu. Przez wiele miesięcy starannie dobierał części, starannie chował je przed większością jednostki, starannie łączył je w większe elementy, aby teraz, wraz z Lewym mógł wreszcie złożyć wszystko w jedną, zapierającą dech w piersiach całość. To było wręcz niesamowite, co ten zwariowany mózg i co te zwinne ręce były w stanie zrobić…
Ale zawsze kiedy Lewy rozwodził się w myślach nad niesamowitością Śwista, zaraz dopadała go pewna smutna myśl. Świst mógłby zostać inżynierem, być może nawet jego maszyny przyczyniłyby się do wygrania wojny… ale nikt w pułku tego nie widział. Było to spowodowane, zarówno tym, że Świst był Sępem, jak i tym, że nikt – poza dwoma pozostałymi Sępami w jednostce – Śwista nie rozumiał. (No i była jeszcze kwestia tego, że pochodził z Liberolii. Ani w Królestwie Lejdlandii, ani w Cesarstwie Belaterry nie przepadano specjalnie za Liberolami.)
To była zaiste wielka tragedia i Lewy nieraz zastanawiał się, na ile jego kompan zdawał sobie sprawę ze swojego położenia.


a).Było, było, było, był, był, swojego, swój, było, było, były, była. ;-)
Do tego jeszcze wszystkie celowe powtórzenia. Ten fragment jest ledwo czytelny.

b). "Na ile" - Słowniki poprawnej polszczyzny określają tę zbitkę jako niepoprawną. Poprawnie: 1. "po ile" (=w jakiej cenie), 2. "jak dalece", "w jakim stopniu", "jak bardzo", "o ile".

Co jednak najbardziej było niesamowite w tym samolocie, to to, że był dwa razy większy od zwykłego samolotu.


Było, był.

Oprócz tego taka konstrukcja zdania pasuje do luźniej opowieści przy ognisku. To zdanie wygląda pokracznie i jak wiele innych zdań zbudowanych w ten sposób w tekście, zmienia całą powieść momentami w taki pół-bełkot. Ciężko się skupić na czytaniu, gdy czytelnik jest walony po głowie takimi rozwleczonymi potocznie brzmiącymi i niepoprawnymi zdaniami.


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Odcinek podobał mnie się znacznie bardziej niż poprzedni. Widać też w nim bardzo silnie inspiracje materiałem źródłowym. Niesamowity samolot o dziwnych kształtach to praktycznie kwintesencja kreskówki. Spotkanie z pułkownikiem było chyba najlepszą częścią odcinka, szkoda, że nie było trochę dłuższe. Dobra okazja do zbudowania trochę "suspensu". Dialogi w większości też się fajnie i szybko czyta. To chyba twoja najsilniejsza strona, jeśli chodzi o pisanie jako takie. Doszliśmy też do momentu, gdzie praktycznie zakończyłaś prolog i teraz zacznie się akcja właściwa powieści. Z tego chyba jestem najbardziej zadowolony. Chętnie przeczytam dalszy ciąg, jeśli zdecydujesz się pisać to dalej ;-)

Tym razem komentarz był mniejszy w zgodzie z sugestiami użytkowników forum. Gdybyś chciała większy komentarz podobny do poprzednich, daj znać.


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość