Pokutnicy

Moderatorzy: Miryoku, kociara81, Preity

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Pokutnicy

Postautor: Tytus » 25 lip 2021, 19:45

Kilka osób pytało, czy coś swojego wrzucę, no to wrzucam. Pierwszy rozdział powieści, której piszę pod tytułem Pokutnicy.
Jeśli wystąpią tutaj błędy typu literówki, to przepraszam, je zawsze mi na własną rękę najciężej wyłapać. W każdym razie zapraszam do lektury.

autor: Tytus Zieliński
tytuł: Pokutnicy
opis: Historia Pokutników — wyjątkowych ludzi, o wyjątkowych zdolnościach, za które musieli zapłacić w najróżniejsze paskudne sposoby.
gatunek: Fantasy, Social-Fantasy.
ostrzeżenia: przemoc, ascetyzm.

Tytus Zieliński
Pokutnicy: Całunożerca

Rozdział 1


Podróż ze szkółki klasztornej do Bierdii, osady rolniczej nieopodal grodu stołecznego Schrotesberga, ciągnęła się w nieskończoność. Odprowadzane przez Miłoradkę dzieci mitrężyły, marudziły i ogólnie wyglądały na smętne. Mortyfikantki wcale to nie dziwiło. Szła zima, a to oznaczało stresujący okres w Dwudziestogrodzie. Nawet na towarzyszące jej siedmio- i ośmiolatki po powrocie czekało mrowie wiejskich obowiązków. Życie chłopstwa nie było łatwe. Wszystkich zaprzęgano do pracy, zwłaszcza zimą. Podopieczni Miłoradki będą doić bydło, sprzątać chlewy i stodoły, chować zboże przed zimowym szabrem czy ostrzyć kije do prowizorycznych ostrokołów.
Schowane pod ubraniami włosiennice z szorstkich włókien drażniły młode ciała, dodatkowo pogarszając samopoczucie maluchów. Miłoradka w ich wieku również nie rozumiała jeszcze potrzeby tego dyskomfortu.
- Strasznie gryzie w tylec ja już nie mogę! - zakrzyknął jeden z chłopców, mały, zawsze rezolutny, Przybor i podbiegł do drzewa. Zanim Mortyfikantka zdołała go powstrzymać, zaczął szorować plecami o chropowatą korę. Zawiść zapłonęła w oczach pozostałych dzieci, więc trzeba było szybko interweniować. Kobieta zatrzymała pochód i podeszła do rozrabiaki łapiąc go za przedramię.
- Przyborku! Tak nie wolno. Zniszczysz ubranie i włosiennice, za którą twoi rodzice tak dużo zapłacili, a plecki będą cię później szczypać od tego tarcia, nawet jak już ją zdejmiesz.
- No to ja zdejmę ją już teraz! Nic niepodarte i tylec uratowany.
Chłopiec szykował się już do demonstracyjnego obnażenia, ale kobieta pogroziła mu sygnetem, który na tarczy miał złowrogo wystająca igłę.
- Przybor, zachowuj się albo będę musiała cię znowu ukarać - zagroziła, a na twarzy Przybora zagościł się strach.
- Ale czemu! Ja chcę, tylko żeby nie swędziało. Przecież będę żył długo i obiecuję, że wypiorę ducha.
Miłoradka skrzywiła się, spuściła z tonu i poklepała chłopca po głowie. Nie pierwszy raz dzieci kwestionowały nauki Kościoła. Im zawsze najtrudniej było zrozumieć.
- Bez włosiennicy twoja dusza byłaby kocmołuchem jakby mieszkała pod najczarniejszym z czarnych pieców. Ja wiem, że chciałoby się ją spalić, ale dzięki temu twoi bracia i siostry będą zdrowi. Twoi rodzice będą zdrowi. Świat będzie zdrowy. Twoja mama urodziła ci siostrzyczkę rok temu, chyba chcesz, żeby była zdrowa, prawda?
- Tak - odparł naburmuszony chłopiec.
- Ja też. A gdy im więcej czystych dusz trafia do Wszechgnozy, tym świat jest czystszy. A czysty świat oznacza brak chorób, wojen, powodzi, susz i bijatyk pod szkołą o dokładkę gulaszu!
Wykrzyknęła Miłoradka i połaskotała Przybora po szyi. Zaskoczony chłopiec zachichotał i mało się nie przewracając. Kryzys najwyraźniej został zażegnany. Mortyfikantka kupiła sobie co najmniej pół godziny dobrych manier. Podprowadziła chłopca do reszty gromadki, ale cały incydent nie poprawił humorów dzieci. Wydawało się, że wprost przeciwnie.
Zakonnica Kościoła Nadświadomości pociągnęła za usztywnienie białego gorsetu, który uniemożliwiał prawdziwie swobodne oddychanie. Przymknęła na chwilę oczy, czując powiew chłodnego powietrza. Delektując się nim, pozwoliła, aby opłynął jej wysokie, skrupulatnie wydepilowane czoło wynurzające się spod sztywnego i uciskającego, jasnego czepca. Po krótkiej błogiej chwili wznowiła pochód.
Umęczenie ciała niestety było konieczne, nawet wśród dzieci. Przynosiło czystość duszy, wyzwalało szlachetność, budowało siłę woli. Ludzkie wnętrze dawało się zbrukać na wiele sposobów. Przyjemności codziennego życia nanosiły na ducha zanieczyszczenia tak jak dół, jej długiej, czarnej sukni pokrywał się właśnie późnojesiennym błotem.
Zakonnica dbała, aby duszyczki jej podopiecznych mogły w czystości w każdym momencie dołączyć do Wszechgnozy. Z tego też powodu dzieci niespecjalnie ją lubiły, a nawet trochę się jej bały. Zwłaszcza gdy w odpowiedzi na złe zachowanie zmuszona była do traktowania ich pup rózgami z okolicznych krzewów oraz polewania powstałych skaleczeń roztworem z wody, soli i alkoholu.
Ten połączony ze strachem szacunek, który malował się na ich twarzach, gdy wydawała polecenia, zawsze łamał jej serce. Zapewne tak też musiała czuć się Mortualistka Dietlind. Przełożona klasztoru i jej mentorka, gdy Miłoradka była wciąż małą dziewczynką na wychowaniu przez zakon Mortyfikantek. Dopiero po wielu latach kobieta znalazła w sobie zrozumienie i siłę, aby podziękować wychowawczyni za wszystkie bolesne lekcje, kary i piętna. Nauczycielka nie miała jednak złudzeń, że z tymi dziećmi będzie podobnie. One wrócą do swojej wsi, dorosną i szybko zapomną o wszystkim, co próbowała im wpoić. Kształcenie chłopstwa zawsze przypominało jej mozolny marsz pod górę, na boso i pośród ostrych skał. Zwłaszcza tutaj, w Dwudziestogrodzie, gdzie wpływy i granica władzy Kościoła była niejasne. Mimo tego taka powinność została na nią nałożona; nieść oświecenie na temat Wszechgnozy. Nadświadomości. Jej wpływu na losy świata. Bez Mortyfikantek i innych im podobnych, ludzie żyliby w ciemności, całkowitej Nieświadomości. Zanieczyszczaliby swoje dusze każdego dnia, skazując świat, a co gorsza przyszłe pokolenia, na powolny rozkład i próchnienie. Na zatracenie i upadek.
- Czy możemy się zatrzymać? - usłyszała głos jednej z dziewczynek, chyba Pężyrki - Nogi mnie już bolą. Mortyfikantka mogła się tego spodziewać. Uprzedni postój wywołany wybrykiem Przybora pociągnie teraz za sobą mrowie innych skarg.
- Już niedaleko - odpowiedział jej męski tembr Wielosława, wysokiego zbrojnego w granatowej przeszywanicy, który zwyczajowo towarzyszył im podczas takich wypraw.
- Dobrodziej Wielosław ma rację - potwierdziła Mortyfikantka zachęcająco. - Nie ma potrzeby się teraz zatrzymywać. Poza tym na zimę wracacie do domu. A tam przerwa od szkoły, czeka was tyle wolności.
- Ja nie chcę do domu. Boje się - wypalił jeden z chłopców, wysoki jak na swój wiek, Pełka.
- A czego to się tak boisz? - zapytała Miłoradka starając się zabrzmieć najłagodniej jak potrafiła. Chłopiec jednak się speszył, spuścił głowę i nie zamierzał udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. Z pomocą przyszła mu piegowata Pężyrka.
- On się boi Czarnych. Ja też się ich boje. Są straszni.
Wśród dzieci rozniosły się szepty i pomrukiwania. Kobieta pomimo wcześniejszych protestów zezwoliła pochodowi ponownie się zatrzymać. Podzielała część obaw dzieci, ale nie mogła im tego powiedzieć. Większość najazdów barbarzyńskich plemion z zachodu kończyła się na prostym pobieraniu haraczy, ale od czasu do czasu słyszało się o bardziej brutalnym przebiegu takich wizyt. Względy polityczne i finansowe nie pozwalały na przezimowanie dzieci w znacznie bezpieczniejszym klasztorze. Co więcej, sami rodzice i tak już byli niechętni oddawać pociech do szkoły na całe sześć miesięcy z roku. Także jej przełożeni uznali, że nie życzą sobie, aby chłopstwo się od nich uzależniło aż w takim stopniu. Nie chcieli też się narażać lokalnej szlachcie.
- Ktoś jeszcze się boi Czarnych? - dociekała dalej Mortyfikantka.
Bytomir, chłopiec o słomkowych włosach ośmielony zachowaniem Pężyrki wyszedł przed szereg.
- Mama mówiła, że jak będę niegrzeczny, to Czarni przyjdą i mnie zabiorą za rzekę. A tam się dzieci zjada i robi z nich onuce!
- Nawet jeśli to prawda byłeś przecież grzeczny w tym roku prawda? - zapytała, klękając boleśnie zakonnica. Gorset nie ułatwiał tak skomplikowanych ruchów.
- Nie bardzo - Bytomir spuścił ze wstydem głowę.
- Spędziliśmy ze sobą dużo czasu w tym roku - zaczęła przysuwając się bliżej dzieci - i mogę każdemu poręczyć z ręką na sercu, że byliście najlepiej zachowującymi się dziećmi, jakie kiedykolwiek uczyłam. Dlatego nie ma się czego bać. Czarni ominą wasze domy ogrooomnym łukiem. Na nic im takie śliczne i grzeczne szkraby. No, a podobno dobre dzieci smakują paskudnie. O fe. O fuj.
Mortyfikatnka znienacka złapała dłoń Pężyrki i udając, że zamierzą ją zjeść, delikatnie musnęła zębami jej przedramię, po czym natychmiastowo odsunęła się z wyraźną odrazą na twarzy.
- O nie, jakie grzeczne dziecko! Smakuje okropnie! Miałam racje! Czarni muszą poszukać kogoś smaczniejszego, bo w Bierdiach nikogo smacznego nie znajdą!
Dzieci gromko wybuchły śmiechem przekonane argumentacją nauczycielki, a sama ugryziona dziewczynka polizała wierzch własnych palców. Najwyraźniej próbując zweryfikować czy faktycznie nie jest ani trochę smakowita. Miłoradka uśmiechnęła się do niej, po czym wstała, przezwyciężając sztywność gorsetu. Mortyfikantka była szczęśliwa. Pomimo srogiego wizerunku, jaki wyrobiła sobie wśród dzieci, wciąż potrafiła je rozbawić. Spojrzała na Wielomira, ale ten wydawał się czymś zaniepokojony. Głaskał rękojeść szabli, patrzył groźnie na linie drzew i co chwila nerwowo oglądał się za siebie. Rozbawienie opuściło ją niemal natychmiast. Coś faktycznie było nie tak. Dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę. Normalny harmider, jaki tworzyła wokół siebie fauna, zanikł. Wszystkie odgłosy natury zamarły. Nie słyszała ptaków, owadów, szumu drzew, niczego. Brzmiało to, jakby cały świat nagle wstrzymał oddech.
- Też to czuję - powiedział Wielomir, podchodząc do kobiety, a jego dłoń spoczęła na rękojeści, wiszącej u boku, szabli. - Nie podoba mnie się to ani trochę, powinniśmy ruszać.
Klasztorna nauczycielka, rozglądając się po okolicy, musiała przyznać ochroniarzowi rację. Czuła jakby ktoś ją obserwował. W tej części lasu nie powinny się pojawiać duże i niebezpieczne zwierzęta, ale lepiej nie kusić losu. Całe zjawisko przyprawiało ją o gęsią skórę, a dzieci zauważając niepokój dorosłych, również stały się niespokojne.
- Dobrze, dzieci dobierzcie się znowu w pary i... Gdzie jest Ludomir? - maluchy rozejrzały się za rówieśnikiem, ale chłopiec wyparował. Miłoradka już chciała zacząć go wołać, ale nagle z linii drzew usłyszała wysoki, dziecięcy pisk. Krzyk, który się oddalał!
- Czarni tu są! Czarni! - zapłakały dzieci, starając się schować za nauczycielką.
- Wielomir!


Miłoradka krzyknęła rozpaczliwie, ale mężczyzna i bez tego puścił się biegiem. Pędził przed siebie w kierunku niknącego chłopięcego głosu. Nieważne co porwało chłopca. Zwierzę, Czarny czy jakiś zwyrodnialec. Dopadnie to coś, kogoś i odzyska Ludomira. Jednak pokrzykiwania dziecka były coraz rzadsze i bardziej odległe. Czymkolwiek miał okazać się porywacz, był szybki, za szybki. Musiał być też duży. Zostawił za sobą szlak ułamanych gałęzi i rozdeptanych krzewów. A sądząc po wysokości, na jakiej wyrządził szkody, prawdopodobnie był to człowiek.
Zbrojny biegł głębiej w las. Minął kilka kolejnych ułamanych konarów, aż trop niespodziewanie się urwał mimo większej gęstwiny. Wielomir stanął w miejscu. Dziwna, nienaturalna cisza wciąż go otaczała.
- Ludomir! - wrzasnął ochroniarz w nadziei, że odpowiedź chłopca znów naprowadzi go na porywacza. Nic. Cisza. Żadnego odzewu. - Ludomir!
Smród jaki nagle dotarł do nozdrzy Wielomira był niesamowity. Fetor przypominał mieszaninę potu, gnijących śmieci, kału i rozkładu. Mężczyzna zakrył dłonią usta. Sam nie wiedział, skąd znalazł w sobie siłę, by powstrzymać torsje. Włosy na karku zjeżyły mu się niczym u osaczonego zwierza. Był obserwowany. Zlustrował otoczenie, ale nigdzie nie dostrzegł zagrożenia. Cokolwiek się na niego gapiło, musiało czekać na odpowiedni moment do ataku. Wielomir ostrożnie położył dłoń na rękojeści szabli. Nie chciał sprowokować tego, z czym miał do czynienia. Nie, gdy nie wiedział skąd może nadejść.
- Ludomir! - krzyknął dla niepoznaki, starając się utrzymać nerwy na wodzy.
Zrobił kilka kroków naprzód, udając, że powrócił do szukania śladów. Tymczasem palce owinięte na rękojeści szabli zdążyły mu prawie całkowicie zbieleć. "No chodź. Jestem odsłonięty, niczego się nie spodziewam. Zaatakuj mnie. Albo zacznij znów uciekać. Zrób coś!" myślał Wielomir ostrożnie i powoli wyciągnął szable z pochwy. Chciał podejść do jednego z drzew, ale w gęstwinie nie zauważył perfidnie ukrytego korzenia. Niekontrolowanie przykucnął na jedno kolano, a podparcie się szablą uratowało go przed całkowitym upadkiem. “Zgorzel!” zaklął w myślach.
Runo leśne chrupnęło głośno, gdy coś ciężkiego wylądowało za nim. Sądząc po odgłosie, znajdowało się kilka kroków za nim. Zbyt daleko, żeby ciąć je szablą, za blisko, aby można się skutecznie bronić. Nie atakowało. Może nie zdawało sobie sprawy, że Wielomir wiedział, że ma ja za plecami.
- Ludomir! - huknął jeszcze raz dla niepoznaki i ostrożnie się podniósł. Najbliższe drzewo było prawie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilka stóp, a będzie mógł wskoczyć za pień i osłonić się przed napastnikiem. Byleby go nie sprowokować
Trzaskająca pod ciężarem istoty ściółka ostrzegła, że przeciwnik ruszył do ataku. Ochroniarz włożył w obrót i jednoczesne uderzenie wszystkie siły. Wykorzystując impet obrotu, ciął na odlew. Raz, a dobrze.
Był za wolny. Nienaturalnie szybki napastnik mignął niczym rozmyta smuga i rąbnął go w potylicę z siłą rozjuszonego wołu. Wielomir zwalił się, uderzając skronią o coś twardego. Cały świat wirował. Zbrojnemu ciekła krew, a przed oczami zatańczyły ciemne plamy. Ostatkiem sił zdołał dostrzec uciekającego, w głąb lasu, dużego, jakby pokrytego przedziwnymi bliznami i deformacjami, czy naroślami, mężczyznę. Potwór uciekał w głąb lasu z przewieszonym przez bark bezwładnym chłopcem.
Zanim stracił przytomność Wielomir zdołał jedynie wyciągnąć ich stronę ramię bezgłośnie wypowiadając "stój".



Kościana dłoń najchłodniejszej z pór roku delikatne przesunęła po koronach drzew Lasu Grodzkiego. Paliczek Białej Pani zdołał raptem przyprószyć śniegiem igliwie i pokryć gałęzie szadzią. Ściółka częściowo zniknęła pod mroźną perzyną i upodobniła się do pokrytego wysepkami pleśni wielodniowego chleba. Albert w obecnej sytuacji nie pogardziłby nawet omszałą kromką. Ruszając w drogę na północ Dwudziestogrodu, nie docenił gęstości Lasu Grodzkiego, a może po prostu przecenił własne możliwości orientacji w terenie. Niezależnie od tego, który z tych błędów popełnił, końcowy efekt był taki sam.
Zgubił się i to paskudnie.
Oczywiście oczekiwał ciężkiej przeprawy, porzucając brukowaną nawierzchnię Lustrzanki, ale pakował się w pośpiechu.
Główna droga rozciągała się przez Dwudziestogród od bogatych miast wybrzeża na południu, aż do północnych twierdz rozsianych pomiędzy wzgórzami i torfowiskami. Każdy, kto nie korzystał z ruchu rzecznego, lądował właśnie na Lustrzance.
Schodząc z tej ważnej arterii i zapuszczając się w głąb Lasu Grodzkiego, nie podejrzewał, że szum boru w rzeczywistości był uśmiechem politowania. Każda część składowa gęstej kniei z makabrycznym rozbawieniem próbowała go ostrzec. "Ten przewieszony na plecach chlebak nie pomieści dość prowiantu" szumiały, kołysząc się drzewa. "Ta zgniłozielona tunika i ciemnobrązowy bezrękawnik to za mało, aby Cię ogrzać, jeżeli mrozy nadejdą szybciej niż zwykle" świergotały złowróżbnie ptaki. "Chcesz w nocy okrywać tym starym zmatowiałym, wytartym płaszczem i stąpać między nami w tych miejskich butach?" naigrawały się retorycznie owady, wyglądając na Alberta spomiędzy ściółki. "Wziąłeś, ze sobą buzdygan jako gwarant bezpieczeństwa, a gdzie toporek, tasak, cokolwiek czym można by wyrąbać sobie drogę?" dociekały blokujące drogę chaszcze i krzewy. Albert wyrzucał sobie, że dopiero teraz widział tylko problemy, utrudnienia i przeszkody, które jak lustro odbijały ludzką głupotę prosto w jego pociągła, pokrytą kilkudniowym zarostem twarz.
- Wielkie dzięki. Mogłeś się bardziej starać, żeby mnie ostrzec. Może wtedy nie byłbym takim skończonym głupcem - sarknął orzechowy szatyn zachrypniętym głosem w stronę boru. Gaj pozostał niewzruszony i tym razem milczący. Za obecną sytuację Albert winić mógł tylko siebie.
Zmarznięty i wygłodniały, w normalnych okolicznościach spróbowałby się cofnąć, ponownie odnaleźć Lustrzankę i użyć jej jako punktu orientacyjnego. Niestety ściągające go kłopoty, zmusiły go zejścia z głównej drogi i szukania bocznych traktów, duktów, ścieżek i powstałych po krudowaniu łąk. Lustrzanka zbudowana przed wiekami niemal równolegle do koryta rzeki Lustiwii była zbyt ruchliwa i uczęszczana. Albert był zbiegiem i dezerterem, i to na tyle ważnym, że gdyby poruszał się po Lustrzance lub bezpośrednio wzdłuż niej pogoń już dawno by go dopadła. Na samą myśl, że będzie musiał wrócić na służbę i ponownie stanąć na skarpie jego zielone oczy stawały się rozbiegane, wypatrując zasadzki za każdym kolejnym drzewem.
Plan był prosty - zanim największe śniegi uniemożliwią komunikację, udać się do Grunden, najdalszego miasta na północy. Tam zaczepić się u lokalnego margrabiego i przeczekać mrozy w relatywnym spokoju. W górniczym grodzie rzadko kiedy coś się działo. Idealne miejsce dla takiego zaprzańca jak on.
Początkowo odrzucał możliwość porzucenia obowiązków, gotowy zostać i wypełnić powinność, wobec Marchii Dwudziestogrodu, państwa, które go przygarnęło pomimo jego przeszłości. Jednak wystarczył widok pierwszego śniegu, niespodziewanie wcześnie w tym roku, by przed oczami stanęły mu obrazy szkarłatnej posoki na białym puchu, stężałych na lodzie ciał, a także dogorywających ludzi. Poparzonych, dymiących.
Całe jego jestestwo krzyknęło "dość!". Miał dosyć corocznej walki. Corocznego zabijania, corocznego poczucia winy. Emocje wzięły górę, przestał racjonalnie myśleć i zbiegł. Zwyczajowo odbiegaczy w wojsku wieszało się na pierwszym nadającym się do tego pohyblu. A w Dwudziestogrodzie był ich dostatek. Ciała zaprzańców, banitów, łupieżców i łotrów wisiały wzdłuż Lustrzanki na przydrożnych szubienicach. Jeżeli okazałeś się bezużytecznym odpadkiem za życia, to miałeś się do czegoś przydać po śmierci. Ostatecznie, odgrywanie roli przestrogi dla innych też było formą służby. A przynajmniej taki zamysł władzy podejrzewał Albert. Dla niego raczej został przewidziany inny angaż. W końcu był Pokutnikiem. I choćby tylko dlatego czekałoby na niego coś znacznie gorszego. Pióropłony. Inkwizycja. Albert nie chciał o tym nawet myśleć.
Snucie fatalistycznych wizji przerwał mu kolejny podmuch lodowatego wiatru, który uparcie dostawał się pod wszystkie źle przylegające części garderoby. Albert zadrżał, a jego porastająca ciemną szczeciną brodą zaklekotała niczym grzechotka. Mężczyzna przyłożył dłonie do piersi. Schowane w czarnych, skórzanych rękawicach palce były niemal gorące. Ich temperatura zawsze znacząco przewyższała temperaturę reszty jego ciała. Pamiątka po błędach z młodości, przez które skończył jako Pokutnik, najemnik na usługach margrabiów Dwudziestogrodu i dezerter, teraz ratowała go z opresji. Nienaturalnie ciepłe dłonie zapewniły mu relatywny komfort w nocy, gdy bał się, w obawie przed pogonią, rozpalać ogniska lub musiał spać pod strzechą paśnika.
Brnął ze skrzyżowanymi ramionami na piersiach i spuszczoną, ukrytą pod wypłowiałym kapturem, głową. Spostrzegł, gdzie jest, dopiero gdy pod nogami pojawiły mu się pierwsze pozostałe po wyrębie pnie.
- Dukt! - niemal podskoczył Albert, a jego kasztanowa czupryna przysłoniła mu zieloną oczy. Odgarnął włosy z ekscytacją, odchylając jednocześnie kaptur i zaczął wręcz chłonąć okolicę.
- W Dwudziestogrodzie dukty karczuje się prostopadle do Lustrzanki. A to znaczy, że wzdłuż niego trafię albo z powrotem na główną drogę z jednego końca, albo na obecny obóz drwali z drugiego - podsumował na głos Pokutnik. Od dłuższego czasu nie było do kogo otworzyć ust, a wokalizowanie myśli poprawiały mu sparszywiały dniami wędrówki humor.
- Co oznacza też, że idąc na przestrzał, idę na dalej na północ, albo...południe? Zgorzel! - Zaklął siarczyście skołowany wędrowiec, zdając sobie sprawę, że gubiąc się w lesie, zatracił też rozeznanie stron świata. Natychmiast spojrzał w niebo, ale tak jak dzień wcześniej, gruba warstwa mleczno-szarych chmur utrudniała mu ustalenie położenia słońca.
- Oeesie poratuj. A co jeśli zacząłem się cofać i nawet tego nie zauważyłem?
Albert stał przez chwilę pełen wątpliwości. Niemniej jednak musiał w końcu podjąć konkretną decyzję. Zwłaszcza że pozbawiona drzew przestrzeń duktu sprzyjała hulankom lodowatego posłańca Białej Pani.
- Dobra, na Lustrzankę wrócić nie mogę. Ale muszę uzupełnić prowiant, zdobyć lepsze ubranie, może nawet przenocować gdzieś, aby odzyskać siły. Osada drwali to zawsze jakieś wyjście. Zostało mi trochę Łbów... - Szatyn sięgnął pod ciemnobrązowy bezrękawnik, aby upewnić się, czy monety w szerokiej, wewnętrznej kieszeni wciąż są na swoim miejscu.
- Może będzie to trochę podejrzane, to i dociekliwi będą. Garść monet w kieszeniach powinno zaspokoić ich ciekawość.
Łapówkarskie zamiary nagle przypomniały mu maksymę z czasów nauk na Nadświadomego, "Łbami łgarstwo przysypiesz, ale prawdy nie zakopiesz nigdy”. Mistrzowie z Lilechen zapewne zganiliby go za takie pomysły.
- A kto tu mówi o zakopywaniu czegokolwiek? Zwłaszcza że jak się uda, to oni wezmą w łapę, a ja w zamian dostanę od nich to, czego potrzebuję. Więcej mnie nie zobaczą i szukaj wiatru w polu... No w lesie. Później niech sobie za tą prawdą kopie do woli kto chce.
Pokutnik ruszył wzdłuż duktu w stronę, która wydawała mu się właściwa. Nie znał się jakoś przesadnie na wyrębie drzew, ale pnie ze strony lewej ręki były bardzo obrośnięte mchem, grzybami, a pęknięcia na słojach wyglądały na większe. Dedukował więc, że te pniaki musiały zostać odsłonięte wcześniej. Wilgoć, którą wchłonęły, zmieniając stan skupienia, zaczęła je rozsadzać od środka i sprzyjać poroście grzybów. Przyglądając się kikutom drzew, przypomniał sobie, że przecież mech rośnie od północnej strony.
- Spaczeń! - rzucił wulgaryzm na lodowaty wiatr. - Jednak się cofałem. Dobra, spokój. Bierzesz zapasy od drwali, zaspakajasz ich ciekawość łbami i idziesz na północ. To jest twój plan i się go trzymasz.
Aby ukoić rozdygotane, deprymującym faktem utraty co najmniej dnia wędrówki, nerwy i jednocześnie się rozgrzać Albert ruszył truchtem wzdłuż duktu, wymijając pozostałości drzew. Starał się też nie zwracać uwagi na, szydzące z jego niepamięci, leśne porosty. Przebieżka i jasny cel, sprawiły, że poczuł się trochę lepiej. Dopełni transakcji i będzie mógł ruszać w dalszą drogę. Poza tym, jeżeli sprzyjało mu szczęście może nieplanowany zwrot na południe, zmylił idąca za nim pogoń. Oees może jeszcze się do niego uśmiechnie i uchroni od złego.

Nie musiało minąć wiele nim, usłyszał radosne pokrzykiwania, a na horyzoncie, zamajaczyła ustawiona z wozów i namiotów prowizoryczna osada. Pośród niej krzątało się kilku wysokich ludzi z długimi toporami. Na twarzy Alberta zagościła wyraźna ulga. Wybrał dobry kierunek. Będąc trochę bliżej, stwierdził, że rębacze musieli być właśnie na przerwie, bo całkiem duża grupa odpoczywała, wylegując się na ściółce pośród pniaków i kłód świeżo wykarczowanych drzew. Pokutnik najpierw zwolnił, po czym zamarł. Coś mu się nie zgadzało. Nikt przecież nie leżałby na takim mrozie. Gdyby mieli przerwę, to siedzieliby na wozach lub w namiotach. Starając się ogrzać, coś zjeść, ożywić członki samogonem.
Mężczyzna zrobił kilka kroków i wytężył wzrok. Mimo że jego zielone oczy nie należały najlepszych w Dwudziestogrodzie to szybko pojął co właściwie widzi. Leżący byli martwi lub ranni, a topory stojących nad nimi nie służyły do wgryzania się w korę i pień. Wyraźnie się różniły. Siekiery drwali miały grube i masywne głowice. Te ostrza były za to szerokie i cienkie. Zaprojektowane do walki, idealne do wżerania się w ciało i kość.
Czarni Lustwianie! Albert zamarł. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Poczuł się jak maluch bawiący się w Gały Ghomona, gdzie bezruch ratował przed oczami złego. Czarni jednak najwyraźniej zbyt zajęci grabieniem zwłok drwali, nie dostrzegli go jeszcze. Odzyskując kontrolę nad członkami Albert, runął w stronę linii drzew, chowając za najbliższe z nich.
Umysł eksplodował gejzerem pytań. Co Czarni robią tak wcześnie po tej stronie Lustiwii? Dlaczego tak głęboko w głąb Marchii? Zwyczajowo przecież rabują od chłopstwa. Jak się tutaj w ogóle znaleźli? Rzeka nie zdążyła jeszcze zamarznąć. Czemu to akurat ja musiałem na nich wpaść? Gonitwa kolejnych pytań nie przynosiła zadowalających odpowiedzi. Mógł jedynie snuć niepoparte niczym przypuszczenia. Ukoronowaniem chaosu w głowie była doprowadzająca go do szału pojedyncza myśl. Jego dezercja zakończyła się całkowitą porażką. To właśnie przed nimi, Czarnymi, Albert uciekał na północ. W skład zbiorczego nazewnictwa wchodził cały wachlarz plemion. Najpowszechniej znani byli Czarni Lustwianie, to właśnie od nich pochodził ten umowny termin. Czarnymi nazywano jednak także wiele innych szczepów jak Gotunów, Kajtunów, Chutyzan, Dalemników czy Sotilan. Pokutnik z tej odległości nie był w stanie stwierdzić, którzy z nich przekroczyli w tym roku Lustiwię.
Najszersza rzeka na kontynencie miała nieprzyjemną manierę pokrywania się w zimie twardą, lodowatą skorupą. Grubość pokrywy umożliwiała przeprowadzenie po niej całych kompanii wojska, wielkich, liczących i po kilkaset sani, nieznających końca kuligów, a nawet zaprzęgniętych w zwierzynę pociągową, ciężkich wozów. Niestety tafla służyła też jako pomost dla dzikusów z drugiego, nieujarzmionego dotąd brzegu Lustiwii. Most ten wykorzystywali do grabienia żywności, kosztowności, broni, narzędzi, ubrań, a nierzadko cnót kobiet, które przegrały grę w kości z losem. To właśnie do walki z bandyckim pomiotem margrabiowie Dwudziestogrodu wysyłali żołnierzy, najemników, a także takich jak on, Pokutników. Albert uznał, że jeśli Wielka Wszechgnoza naprawdę istnieje, tak jak wpajali mu to rodzice, Kościół i wykładowcy to musi mieć niezłe poczucie humoru, skoro to akurat tutaj go poprowadziła.
Albert ostrożnie wyjrzał zza drzewa i policzył pokrzykujących coś do siebie Czarnych. Czterech barczystych Barbarzyńców imponowało rozmiarem, ale sami nigdy nie daliby rady całemu obozowi. Pokutnik, chowając się z powrotem za pień, zanotował, że przy wozach nie zauważył ani jednego wierzchowca czy bydła pociągowego. Zganił się w myślach, że nie zauważył tego wcześniej. Wniosek nasuwał się sam. Znacznie większa grupa Czarnych zaatakowała obóz. Reszta musiała już odjechać ze zwierzętami i wszystkim, czym uznali za wartościowe, a ci tutaj zostali by... no właśnie, po co? Zabezpieczyć tyły? Sprawdzić, czy czegoś nie przegapili? Ukryć zwłoki? Nie bardzo to trzymało się kupy. Zabezpieczać nie było tutaj czego, zwłokami mieszkańców Dwudziestogrodu nigdy do tej pory się nie przejmowali. Wręcz przeciwnie. Lubili zostawiać tego typu "wiadomości" dla cywilizowanego brzegu Lustiwii. Nie zdawali się też szukać niczego konkretnego.
Wędrowiec miał wyjrzeć jeszcze raz, ale krew w żyłach zmroził mu nieludzki, przepełniony cierpieniem wrzask. Wycie wywołało w nim większe ciarki niż jakikolwiek, napotkany do tej, pory podmuch mrozu w Lesie Grodzkim. Wszystko stało się jasne. Zostawili kogoś przy życiu i zostali, aby go torturować. Prawdopodobnie spodziewali się znaleźć coś więcej, niż znaleźli. Teraz próbowali się dowiedzieć, gdzie ukryto resztę łupów. Albo była to po prostu jakaś forma kary. W końcu czemu nie mogliby go zabrać ze sobą i wydobyć z niego informacje w bezpieczniejszych warunkach? Może ten konkretny drwal wyjątkowo im się naraził, obalając toporem nie tylko drzewa, ale też kilku z ich pobratymców. Nie sposób było rozstrzygnąć tego, chowając się za drzewem.
Kolejny krzyk przeszył okolicę. Dezerter nie mógł dłużej tego słuchać.
- Musisz odejść, musisz. Właśnie od tego uciekałeś. Zignoruj jego wrzaski. I tak już mu nie pomożesz. Po prostu zawróć i po cichu się oddal. Nie zauważyli cię, możesz uniknąć konfrontacji. Zwyczajnie odejdź - przekonywał sam siebie szepcząc pod nosem tchórz.
- Tak jesteś tchórzem, ale za to będziesz żywym tchórzem. Nic tutaj nie pomożesz - uspakajał kłujące go sumienie, które wbijając oskarżycielski palec w splot słoneczny, podsuwało mu żołądek pod samo gardło.
Zaprzaniec westchnął ciężko. Wolno rozwiewający się kłąb pary z ust umocnił go w przekonaniu, że tak, chce zobaczyć więcej takich obłoków. Czas zrejterować. Wycofać w głąb lasu i przeczekać całą sprawę. Niestety, pierwszy krok okazał się zdradziecki. Nieprzystosowany do leśnych wędrówek but w końcu sprzeniewierzył. Napotkał namokłą ściółkę i pozbawił właściciela równowagi. Stopa Alberta uciekła niespodziewanie do przodu, a on całym ciałem runął za siebie. Koziołkując z lekkiego wzniesienia, wylądował tuż obok kikuta drzewa, bezpośrednio na widoku każdej postronnej osoby.
Zaalarmowani trzaskiem łamanych gałęzi Czarni Lustwianie spojrzeli wprost na gramolącego się mężczyznę. Przez chwilę, jakby zaciekawieni, patrzyli na rozwój sytuacji. Najwyraźniej spodziewali się najwyżej dzikiej zwierzyny lub powracającego członka ich plemienia. Jednak gdy mężczyzna, odgarniając wypłowiały kaptur i orzechową grzywkę, spojrzał im bezpośrednio w oczy, czar zaskoczenia połączenia z ciekawością prysł. Jeden z barbarzyńców, obleczony imponującym, brunatnym futrem z Miodożera, groźnej leśnej bestii, wyszczekał kilka krótkich rozkazów. Jego podwładni ruszyli wprost na nieproszonego świadka. Przywódca szajki zostając z tyłu, najwyraźniej nie zamierzał zostawiać torturowanego bez "opieki".
Albert poderwał się i desperacko wygrzebał spod płaszcza żelazny buzdygan. Trzonek broni obuchowej Pokutnika, mimo że i tak dłuższy niż u typowego oręża tego rodzaju nie mógł jednak mierzyć się zasięgiem w starciu z dwuręcznym toporem. Takim, jaki właśnie dzierżył sunący na niego pierwszy z napastników. Jedynym ratunkiem mogły być drzewa. Oby tylko dobiec. Czarni nie mieli przy sobie żadnej broni miotającej, istniała więc szansa. Barbarzyńca dysponował jednak większą szybkością niż, wskazywałby na to jego rozmiar. Zamach toporem zahaczył o płaszcz niedoszłej ofiary, gdy ta mijała pierwsze drzewo, o włos mijając zgniłozieloną tunikę i ramię pod nią. Pokutnik przebiegł jeszcze kilka kroków. Odwrócił się i zasłonił buzdyganem, powoli cofając.
- Spróbuj teraz tak machać tą swoją siekierką - rzucił na wiatr Albert nie oczekując, że napastnik go zrozumie. Mimo lat doświadczenia wynikającego z walki z różnymi plemionami nie rozpoznawał, z którego z nich może pochodzić dzikus. Ani styl noszenia ochronnych skór, ani kształt tatuaży na twarzy, ani ozdobne żłobienia na drzewcu topora nic mu nie mówiły. Członek niezidentyfikowanego szczepu jedynie uśmiechnął się drwiąco. Skrócił chwyt na drzewcu i dźgnął szczytem głowicy, celując w podbrzusze szatyna. Pokutnik zbił uderzenie buzdyganem na lewo. Dwuręczny topór Czarnego nie posiadał iglicy przeznaczonej do zadawania ran kłutych, ale sama siła uderzenia obaliłaby ofiarę na ściółkę.
Zbieg spróbował wykorzystać przewagę wynikająca z otoczenia. Pośród drzew dwuręczna broń była zawadą. Wyprowadził trzy szybkie ciosy, dwa z góry, jeden z prawej. Próbował trafić Lustwianina w nadgarstek lub przedramię. Uderzenie jednego z trójkątnych piór głowicy mogły bez problemu złamać kość. Zostały jednak zablokowane długim drzewcem topora. Najeźdźca ku rozpaczy dezertera szybko dostosował do warunków starcia. Zaczął używać drzewca broni jak kija. Odpierał kolejne uderzenia bez większego problemu, spychając Pokutnika coraz głębiej w las. Barbarzyńca musiał dostrzec przerażenie w zielonych oczach, ponieważ zaśmiał się i rzucił jakieś hasło w swoim języku w kierunku towarzyszy stojących w linii drzew. Tamci, równie rozbawieni, odkrzyknęli mu coś, oglądając zmagania towarzysza. Kibicowali. "Nie uważają mnie za godnego przeciwnika. Za zagrożenie” pomyślał Albert". “To dobrze. Potykając się tylko z jednym, mogę popróbować szczęścia”
Kolejne uderzenie. Ponowna blokada drzewcem. Czarny się nim bawił. Albert zmienił taktykę. Złapał za uchwyt buzdyganu oburącz i wkładając w cios całą siłę mięśni, sprowadził głowicę na czerep przeciwnika. Miał pełną świadomość, że atak zostanie zablokowany. Liczył jednak, że impet wyrwie topór z dłoni najeźdźcy. Równie dobrze mógłby kuć miotłą skałę. Węzłowate ramiona dzikusa chyba nawet nie zadrżały. Wykorzystując okazję Lustwianin naparł na Pokutnika popychając go na najbliższe drzewo. Przerzucił ciężar broni do lewej ręki i wyprowadził płytki cios od dołu. Albert wiedział, że nie zdoła zbić tego ataku. Ześlizgnął się z drzewa, uskakując w bok. Ostrze jednak przejechało po jego udzie. Nie dość mocno, aby wyrządzić poważne szkody, ale na tyle, żeby rozciąć spodnie i naruszyć skórę. Pokutnik poczuł typowe ciepło występującej przy krwawieniu. Nogawka spodni zaczęła ciemnieć. Krwi nie było spektakularnie dużo, ale wystarczyło. Obrażenia odgoniły rodzącą się panikę. Mięśnie mężczyzny napięły się, oczekując kolejnego ataku. Oprócz zwieracza, który najwyraźniej był bliski całkowitego rozluźnienia. Barbarzyńca, rozbawiony prostotą starcia, prowokował ofiarę, co rusz markując ruch naprzód. Z dziecinną łatwością unikał kolejnych zamachów coraz bardziej zmęczonego przeciwnika. Głowica co chwila przelatywała niegroźnie przed jego twarzą. Towarzysze Lustwianina po każdym chybieniu pokrzykiwali z chorym rozbawieniem.
Coś musiało się zmienić albo Pokutnika czekał nędzny koniec. Szatyn sapał jak wierzchowiec kurierski po całodniowym rajdzie. Czarny, sądząc po minie, wciąż był zainteresowany przedłużaniem tej farsy. "Trzeba to wykorzystać" pomyślał zaprzaniec. Lodowate powietrze kłuło go w płucach niczym setka owadzich żądeł. Nadszedł czas, aby podzielić się bólem. Podzielić się żądłem.
Barbarzyńca zamarkował kolejny wypad w przód. Albert wyprowadził poziomy atak głownią, celując w twarz przeciwnika. Jednocześnie wcisnął guzik w trzonku buzdyganu, zwalniając spust. Dzikus zgodnie z przewidywaniami odchylił głowę do tyłu. Tym razem jednak nie uratowało go to. Połączony z wewnętrznym trzpieniem sprężynowy mechanizm pchnął do przodu osadzony na wąskiej, wyżłobionej szynie guzik. Z otworu na guzie głowicy, niczym z owadziego odwłoku wysunęło się stalowe żądło, które rozorało gardło barczystego mężczyzny.
Ściółka oblała się karmazynem. Lustwianin desperacko próbował zatamować uciekające z niego życie, upuszczając topór i chwytając się za szyje. Albert nie czekał na reakcje oszołomionych rozwojem wypadków towarzyszy Czarnego. Należało definitywnie wyłączyć go z gry. Mimo że najeźdźca wydawał się zneutralizowany, nie należało zbędne ryzykować.
Pokutnik rozpędził się i wpadł na dzikusa. Najwidoczniej stalowe żądło nie lubiło przebywać na mrozie równie mocno co jego właściciel, bo niemal natychmiast znalazło schronienie - w piersi walczącego z upływem krwi Lustwianina. Staranowany wpadł plecami na drzewo, a jego dłonie opadły na boki. Albert wyrwał broń z torsu przeciwnika i jednym ruchem przekręcił nakrętkę ozdobną buzdyganu. Po mechanicznym stuknięciu i zwolnieniu kolejnej sprężyny część trzonka oddzieliła się od broni. W dłoni dezertera pojawił się szpikulec. Barczysty mężczyzna zdołał jedynie zagulgotać, zanim upadł na składające się z listowia i igliwia runo. Pokutnik przestał odczuwać chłód. Był w pełni rozgrzany, a jego tunikę plamiła ciepła, karminowa ciecz zabitego.
- I co? - rzucił w stronę dwóch następnych napastników mężczyzna. Z zimna oraz wysiłku łzawiły mu oczy i był prawie przekonany, że za chwilę wypluję płuca albo żołądek. Mimo to zebrało mu się świętowanie.
- Już… przestaliście… śmieszkować? - wypowiadał słowa pomiędzy oddechami - głupio tak… zobaczyć... jak kamrat ginie z rąk dezertera... tchórza i chuderlawca... co? Jest was dwóch… ale ja mam teraz dwa ostrza… Idealnie… No chodźcie... one nie mogą się doczekać… waszych serc.
Był prawie pewien, że go nie rozumieją. Mówił to głównie, aby dodać sobie odwagi, albo tego czegoś, co mogło za nią uchodzić w jego wypadku. Chwycił porządniej zakończony żądłem buzdygan oraz zakrwawiony szpikulec i przyjął pozycję obronną. Musiał zachęcić ich do jednoczesnego natarcia. Realistycznie miał żadnej szansy w walce z dwoma naraz, zwłaszcza teraz, gdy ujawnił swój fortel. Jednak jeśli chciał przeżyć, zostało mu już tylko jedno wyjście. Na samą myśl zrobiło mu się niedobrze, ale wyczerpał inne opcje. Problemem czwartego Lustwianina, tego, który został z drwalem, zajmie się w przyszłości. O ile jej doczeka.
Udało się. Rozjuszeni śmiercią towarzysza lub samozadowoleniem Alberta, Czarni ruszyli wściekle naprzód. Od razu spróbowali oskrzydlić Pokutnika i zaatakować z obu stron jednocześnie. Albert widział, że tym razem nie zamierzają chędożyć się z nim w tańcu. To miała być szybka i precyzyjna egzekucja. Pokutnik miał tylko krótką chwilę. Skupiał myśli, uwagę i siłę woli na jednym. Na świetle. Na nienaturalnie bladej łunie. Zaświetle.
Gdy zbliżyli się na zaledwie kilka kroków, upuścił buzdygan oraz szpikulec. Upadł na kolana i wysunął przed siebie dłonie, sugerując, że błaga o litość. Zatrzymali się i zawahali. O to chodziło. Każda dodatkowa sekunda była cenna. Widok wijącego się, korzącego i skamlącego przeciwnika wymieszał wściekłość na ich twarzach z wyraźnym obrzydzeniem. Unieśli topory i ryknęli, a wtedy przed ich twarzami, w dłoniach Pokutnika, pojawiły się dwa rozbłyski dziwnego, bladego światła. Nie oślepiało, nie drażniło nawet oczu, ale zanim barbarzyńcy zdali sobie sprawę, z kim mają do czynienia, było już za późno. Dwie świetliste sfery zmieniły się w kule płynnego ognia. Okrągłe płomienie plunęły żarem prosto ciała Czarnych. Białe płomienie przepalały wszystko. Okrycia, skóry, ciało, kość Zatrzymały się, dopiero gdy zwęgliły korę ponad tuzina drzew na swojej drodze. Żar był niesamowity. Drzewa w promieniu kilkunastu kroków zajęły się ogniem. Barbarzyńcy leżeli martwi, a strugi płynnej, białej śmierci zanikły.
Albert usłyszał krzyk. Dopiero po kilku uderzeniach serca zdał sobie sprawę, że należy on do niego. Nienaturalny ogień strawił płuca jego ofiar zbyt szybko, aby ci mogli wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Albert wył z bólu, jaki emanował z jego dłoni. Mimo że, skóra wewnętrznej strony rękawic przestała istnieć to nie odniósł żadnych ran czy poparzeń. Cierpienie wywoływała obecność resztek garderoby. A dokładniej czegokolwiek co bezpośrednio dotykało jego dłoni. Mężczyzna miał wrażenie, jakby ktoś włożył mu dłonie w imadło i nie zamierzał przestawać dokręcać śruby. Pokutnik zdarł z rąk resztki czarnych rękawic. Pomimo pozbycia się ich szczęki ślusarskie nie odpuszczały. Albert w rozpaczy wbił dłonie w wysepkę śniegu w nadziei, że niska temperatura i tym razem ukoi jego dłonie. Podziałało. Imadło stopniowo luzowało, a zastępował je tylko znajomy świąd, do którego mężczyzna zdołał się już przyzwyczaić.
Gdy wyciągnął dłonie ze śniegu czekała na niego popękana brunatna skorupa. Wysuszona i łuszcząca się tkanka na rękach towarzyszyła mu od wielu lat. Pomiędzy jej pęknięciami zbierał się łój, martwy naskórek i złogi brudu, których nigdy nie sposób było do końca wyszorować.
Kolejna pamiątka po błędach młodości. Poparzenia od przywołanego przez Zaświatło ognia nigdy do końca się nie zagoiły. Po wyciągnięciu palców ze śniegu poczuł intensywny, ale też znajomy smród. Swąd przypominający niedomyte części ciała, w których pot i kurz zbierał się latami. Parsknął. Zawsze po użyciu Zaświatła zapach dłoni był bardziej intensywny. Przypominał ten zaraz po wypadku, gdy śmierdziały niczym stos śmieci lub gnijące mięso. Do ich zwyczajnego zapachu zdołał się już przyzwyczaić, chociaż nigdy nie przestał się go wstydzić.
Pokutnik cicho zapłakał. To, czego najbardziej chciał uniknąć i tak się wydarzyło. Po raz kolejny musiał użyć ognia, znów zginęli przez niego ludzie. A jego dłonie po tym wysiłku, jak zawsze, będą po tym wszystkim mozolnie dochodzić do siebie przez następne dni. Pomimo że nie odniosły żadnych obrażeń, będą pobolewać, swędzieć i kłuć. Taki był koszt tego "talentu", który zresztą Albert oddałby bez zastanowienia, gdyby tylko mógł. Nadświadomy na usługach Kościoła czy Pióropłonów, aby przemienić Zaświatło w ogień o takiej sile i temperaturze potrzebowałby wielu godzin przygotowań. On potrzebował zaledwie chwili, ale nie bez długotrwałych konsekwencji. Skorupa na jego dłoniach znów się rozszerzy. Już teraz minęła nadgarstki i powoli wspinała się na przedramiona. Nie chciał nawet myśleć, dokąd może dotrzeć.
Otarł łzy w rękaw i sięgnął po leżący między nogami buzdygan. Dotyk metalu spowodował następny paroksyzm bólu, ale na szczęście tylko chwilowy. Wyciągnął szpikulec spomiędzy butwiejących liści. Oparł się o zwłoki pierwszej ofiary, starając się podnieść i zamarł. W odległości kilkunastu kroków przed nim stał przywódca szajki Czarnych Lustwian. Najwyraźniej zwabiony dziwnym rozwojem wypadków. Emocję i wysiłek sprawiły, że Albert całkowicie o nim zapomniał.
Barbarzyński wojownik popatrzył z przerażeniem na pobojowisko. Na ciało, nad którym stał mężczyzna. Na zwęglone szczątki z wypalonymi dziurami w klatkach piersiowych. Na tlącą się ściółkę i dymiące drzewa. Na obrzydliwie, okaleczone dłonie sprawcy. Wreszcie na jego wykręconą wachlarzem odczuć oraz bólu twarz. Lustwianin najpierw zrobił jeden krok w tył, ostrożnie nie spuszczając Alberta z oczu, potem następny aż niespodziewanie rzucił się do ucieczki. Albert jedynie upadł na kolana, starając się nie zwymiotować.
Wychodząc z powrotem na dukt, odzyskał już jasność umysłu. Wmawiał sobie, że powinien zawrócić już teraz, ale jednocześnie nie mógł nie sprawdzić, co stało się z ofiarą Czarnych. Zwłaszcza po tym ile musiał przez biedaka przejść. Zbliżając się, dostrzegł to, czego nie widział wcześniej. Mężczyzna o przyprószonych siwizną włosach leżał przygnieciony świeżo ściętym drzewem. Albert nie miał pojęcia czy to sami Lustwianie go tak urządzili, czy może był to wypadek, do którego doszło zaraz przed atakiem. A może drzewo upadło na niego podczas najazdu? Ciężko Pokutnikowi było to ocenić. Może to właśnie dlatego nie zabrali go ze sobą? Nie pałali chęcią siłowania się z kłodą? Najważniejszy w tym momencie okazał się fakt, że mężczyzna wciąż żył. Patrzył na niego przez chwilę, chcąc coś powiedzieć, ale najwyraźniej zdarł sobie struny głosowe podczas tortur. Szatyn nachylił się bliżej.
- Proszę, pomó... nie zostawia...pro... - silił się na słowa przygnieciony. Wysiłek fizyczny, jak i emocjonalny musiał go jednak przerastać, bo po chwili stracił przytomność.
Spodnie rębacza były rozdarte, a na udach i łydkach czerwienią mieniły się paskudne rany. Według oceny Pokutnika torturowali go, nacinając i zrywający paski skóry z nóg. Nawet gdyby się zdołał uwolnić, raczej daleko by nie zaszedł.
- Powinienem cię zostawić, wiesz? - zapytał retorycznie nieprzytomnego. - Żeby cię uratować, musiałbym wrócić na Lustrzankę i znaleźć jakąś gospodę albo karczmę. Może jakiś przejeżdżający wóz, chociaż. A są duże szanse, że i tak nie przeżyjesz. Drzewo pewnie połamało ci żebra, jesteś wyziębiony i straciłeś dużo krwi. Jak nic doniosę im trupa. A dla trupa nie ma co ryzykować, więc…
Chciał powiedzieć "żegnaj". Uciec równie szybko co przywódca Lustwian. Zostawić rzecz naturalnym kolejom. Tak powinien właśnie postąpić.
- A niech Cię spaczy! - przeklął leżącego pod drzewem mężczyznę i przyłożył dłonie do kory. Wzywając Zaświatło i ponownie transformując je w ogień, przepalił kłodę w dwóch, miejscach nie wyrządzając uwięzionemu krzywdy. Znacznie krótszy i lżejszy odcinek zwalonego drzewa dało się już przesunąć bez większych problemów. Chociaż początkowo jego dłonie nie protestowały. Po uwolnieniu ognia wywierające na nie nacisk imadło wróciło. Na szczęście nie z taką siłą jak poprzednio.
Ciało nieprzytomnego spoczęło na barkach Pokutnika. Był ciężki. Czemu bezwładne ciała są zawsze takie ciężkie?
- Obyś był tego wart zgorzelcu - rzucił z kwaśna miną Albert, ruszając w stronę Lustrzanki.


Drzwi gospody Wygłodniałej Szelwy zaskrzypiały z protestem, ustępując pod naporem opancerzonej dłoni. Do głównej izby wtargnęło pięciu wysokich, wąsatych mężczyzn. Jednakże ich bujny, woskowany zarost nie mógł odciągnąć uwagi gości od połyskujących karacen i ciężkich wojskowych buciorów. Ani od bogato zdobionych karabel i koncerzy wiszących im u boków. Cały obrazek kompletowały szyszaki ze stalowymi daszkami i wizerunkami ogniogonów, skrzydlatych gadów, na dzwonach.
Lestek Alkowicz rotmistrz Raciążników, sił szybkiego reagowania Dwudziestogrodu, dowódca osobistej gwardii Margrabiego Schrotesberga i pogromca Zachodnich Plemion ocenił wnętrze z dezaprobatą. Pod sufitem, w kłębach pary i dymu pochodzącego z fajek i paleniska wisiały wypchane Szelwy. Drapieżne ptaki rzeczne straszyły kurzem, łysymi placami skąd powypadały im pióra oraz żółciejącymi przebarwieniami. Plamy najpewniej były wynikiem wieloletniego zbierania tłuszczu z powietrza. Reszta karczmy też nie stwarzała najlepszego pierwszego wrażenia. Podłoga jęczała pod butami, stare wypaczone deski błagały o litość. Stoły zapewne też miałyby gotową listę skarg, gdyby się im uważniej przyjrzeć. Wżarte w drewno plamy i obdrapane nogi od razu rzucały się w oczy. W całej gospodzie panował zaduch. Odpowiedzialne za niego były kłęby dymu fajkowego, para z gotujących się potraw i stęchlizną zbierającej się w kątach izby pleśni. A ze względu na niską temperaturę na zewnątrz nikt nie zdecydował się pomieszczenia przewietrzyć.
Opasły gospodarz, zauważając poruszenie wśród lokalnej gawiedzi, która pobudzona wizytą Raciązników szykowała się do ewakuacji, wybiegł zza lady i przyjmując pochyloną, służalczą postawę zaczął witać groźnie wyglądających gości.
- Gdzie on jest? - przerwał litanię uprzejmości Lestek. Poprawiając karabelę i zerkając znad złotego wąsa, spojrzał na gospodarza złowieszczo. Podziałało. Grubas przeszedł do meritum. - W mniejszej izbie wasza miłość. Jak patrzyłem ostatnio, jeszcze drzemał. Kazałem mu nie przeszkadzać i robiłem wszystko, aby został. Nawet jadło i stawę oferowałem po kosztach. Za pokój opłaty nie pobrałem - żalił się mężczyzna przy tuszy - A i…
- Wszystko zostanie ci zrekompensowane - uniósł pancerną dłoń żołnierz ucinając wywód - I to z nawiązką. Dobrze zrobiłeś, że wysłałeś posłańca z wiadomością od razu, jak go rozpoznałeś.
Gospodarz uśmiechnął się szczerze, ukłonił na tyle na ile pozwalał mu na to jego brzuch i przepuścił żołnierzy kierujących się w stronę drugiego pomieszczenia.
- To był mój obowiązek - korzył się właściciel gospody patrząc z niezadowoleniem jak ponad połowa gości zawinęła nogi pod siebie i kierowała się właśnie do wyjścia. Może i Raciążnicy nie przyjechali tutaj po nich, ale nigdy nie wiadomo, co może zrobić przedstawiciel lokalnej władzy, nie mając tego dnia humoru. Zwłaszcza taki delegat, który z powodu zimowych najazdów miał dyspensę od przestrzegania wielu praw. Na swoich miejscach pozostały głównie osoby, które nie zorientowały się jeszcze, że ucieczka byłaby dobrym pomysłem. Przestali jednak rozmawiać i po prostu się gapili. Na ich szczęście rotmistrz i jego ludzie całkowicie ich zignorowali.
- Tyle dziennego utargu przepadło - szepnął do siebie smutno gospodarz, odprowadzając wzrokiem znikających w przejściu żołnierzy i jednocześnie widząc coraz bardziej pustoszejącą salę.

Lestek przepuścił kilku uciekających z mniejszej izby gości, po czym skierował się bezpośrednio do stołu, przy którym siedział Albert Zejmach. Nadświadomy, Pokutnik, najemnik, zaprzaniec i zdrajca. Sadząc po zamkniętych oczach chyba faktycznie spał i niczego nie oczekiwał lub pogodził się z własnym losem. Może coś szykował? Mało prawdopodobne. Zejmach taki nie był. “Raczej śpi albo czeka na mnie” pomyślał oficer. Obie możliwości całkowicie pasowały Lestkowi. Cmoknął z wyraźnym grymasem, po czym usiadł naprzeciwko poszukiwanego. Jego ludzie otoczyli stolik, a gdy ich dowódca upewnił się, że Pokutnik niczego nie knuje, uderzył ciężka, okutą pięścią w blat. Szatyn zaskoczony otworzył i wlepił zielone oczy centralnie w Rotmistrza. Otworzył usta najwyraźniej, szukając jakichkolwiek słów na tę okazję, ale ostatecznie je zamknął, nie znajdując żadnych.
- Zdajesz sobie sprawę, że znacznie ważniejsze obowiązki ciąża na moich barkach niż ściganie zgorzeliny takiej jak ty po bezdrożach? - zaczął wąsacz, sięgając po szarówkę spoczywająca na drewnianym talerzu przed Albertem. Zagryzł i wyraźnie się wzdrygnął. Kiełbasa, zwyczajowo produkowana z mięsnych resztek, nigdy nie była specjalnie dobra, ale ta smakowała wyjątkowo paskudnie. Gospodarz widać, że nie tylko nie potrafił zadbać o gospodę, gotować dobrze też się nie nauczył. Raciążnik wypluł kęs na podłogę i rzucił resztą kiełbasy za siebie. Chociaż momentalnie dopadły go wyrzuty sumienia. Jeśli jakiś tutejszy sierściuch ją zje, to jeszcze się otruje.
- Parszywa, jak cała ta knajpa - skwitował mężczyzna, przejeżdżając językiem po zębach. - Czemu wybrałeś akurat tę tutaj?
- Urzekła mnie swoją prostotą i rustykalnością, a także uroczą wonią brudnej pościeli, wzorem grzyba na suficie, który układa się w obiekt samopodobny i nieskazitelnym wręcz charakterem właściciela - Pokutnik zdecydował się w końcu przemówić, po czym położył owinięte tkaniną dłonie na stole. - Napotykając taki zestaw, powiedzmy, że po prostu nie miałem wyboru. Musiałem się tu zatrzymać.
- Aaa, no widzisz, no to jesteśmy w podobnej sytuacji, bo ja też jestem go pozbawiony. Po tym, jak znieważyłeś całą Marchię swoją dezercją, mogę zrobić teraz z tobą tylko jedno.
Pokutnik na te słowa sięgnął ręką pod płaszcz. Pozostali Raciążnicy złapali za rękojeści koncerzy oraz karabel w pełni gotowi ich użyć. Natomiast siedzący przed otoczonym rotmistrz pogładził tylko ostrzegawczo chwyt swojej broni i groźnie zastrzygł złotym wąsem. Pozłacana rękojeść w kształcie głowy ogniogona - ziejącego ogniem gada, pozostała jednak niewzruszona, podobnie zresztą jak sam Albert.
- Sięgnij tylko po broń, albo choć pomyśl o przywoływaniu Zaświatła, a moi chłopcy Cię zakłują jak ścierwo - zagroził dowódca.
- To ścierwo się teraz kłuje? Nie słyszałem, musi być jakaś nowa świecka tradycja - odparł Szatyn, wyciągając kilka monet z kieszeni wewnętrznej, rzucił je na blat. Złote Łby, wbrew nazwie miedziane monety z wizerunkiem grzywuna, majestatycznej bestii o bujnej, gęstej grzywie, potoczyły się w stronę Raciążnika.
- Proszę, to za Szarówkę. Miałem w sumie ją zwrócić do kuchni, ale skoro już raczyłeś się poczęstować, to wypada zapłacić. A jak chcesz mnie wieszać. To radzę poczekać do jutra. Dzisiaj strasznie zimno. Rzyci, sobie odmrozicie. Poza tym, jeśli mam służyć Marchii jako przestroga, morał czy inna lekcja poglądowa dla przyszłych dezerterów to chyba lepiej będę straszył przejezdnych, konając na ich oczach. Teraz mało kto nosa wyściubia. W południe powinno być cieplej to i ruch będzie większy.
Oficer dał znać podwładnym, aby odstąpili. A gdy sytuacją stała się mniej napięta, popatrzył w oczy rozmówcy, szukając w nich... czegoś. Strachu, zwątpienia, zdenerwowania. Nie udało mu się ich znaleźć. Pokutnik chyba faktycznie pogodził się losem. Albo próbował coś ugrać. Ale jeśli tak było to obrana przez niego taktyka nie trzymała się dla Lestka kupy.
- Dlaczego nie próbujesz się bronić? Tłumaczyć? Usprawiedliwiać? W końcu uratowałeś tego drwala. Akurat o tym posłaniec opowiedział nam wszystko ze szczegółami. A zwiad muszę przyznać, potwierdził twoją wersję. No i co ważniejsze, czemu nie próbowałeś uciekać dalej? - dociekał oficer.
- Po pierwsze nie zrobiłem tego dla ciebie, ani żeby używać tego jako karty przetargowej.
- To po co?
- Bo tak było trzeba.
- O proszę cię, nie wciskaj mi tutaj bajeczek o poczuciu powinności. Gdybyś jakieś miał nie siedzielibyśmy teraz tutaj - oburzył się dowódca.
- Ratowanie ludzi, a posyłanie ich prosto do Wszechgnozy, to dwie różne rzeczy.
- Czasami to jedno i to samo. Zwłaszcza podczas wojny. Czasami uratować jednych można, tylko wdeptując innych w glebę.
- To kogo uratujesz, wdeptując mnie w glebę? - zakpił Albert. Starając się ukryć dłonie. Chyba nawet w takiej chwili się ich wstydził - Poza tym jesteśmy w stanie wojny? Od kiedy? Międzymorze znów forsuję Bramę Grodzką? Kimbryści obudzili staruszka Ogniogona i zdecydowali się podbić cały kontynent?
- Jesteśmy w stanie wojny każdej zimy! - krzyknął Lestek uderzając ponownie w blat, chociaż miał wielką ochotę uderzyć samego rozmówcę. Gdy po chwili się uspokoi przełamał powstałą jego wybuchem ciszę - Lścimir przynieś nam tutaj trzy kieliszki i coś mocniejszego. Każdemu, nawet jemu, należy się ostatni napitek.
- Tajest! - podkomendny zniknął w przejściu.
- Łapanie bandytów na drogach też nazywasz wojną? Oni tu przychodzą głównie kraść, a nie nas podbijać - drążył temat Pokutnik - Lepiej byłoby, gdybyśmy się dogadali. Mniej wdeptywania by było. Podeszew szkoda. Z samych oszczędności na butach byście nawet ładny most przez Lustiwię opłacili.
- A moje drugie pytanie? - wrócił do przepytywania oficer całkowicie ignorując podjęty przez przesłuchiwanego temat - Czemu nie uciekałeś?
- Nie było już trochę sensu. Ten drwal był paskudnie ciężki. Cięższy niż się spodziewałem. Poza tym wtedy od kilku dni porządnie nie jadłem, a i byłem zaraz po walce z Czarnymi. No i byłem zmuszony użyć Zaświatła, a konkretniej transfigurację w ognień - odparł Albert demonstracyjnie unosząc dłoń - Według gospodarza, gdy go tutaj przyniosłem i opowiedziałem moją przygodę z Czarnymi to praktycznie padłem na pysk. Spałem prawie trzy dni. Jak się obudziłem, było już w sumie za późno na cokolwiek. Wasza pogoń musiała być tuż tuż. Przynajmniej jego odratowali. Zawsze coś. Jakaś pociecha przed końcem.
- Pogoń? - chrząknął rozbawiony wąsacz - Nie było żadnej pogoni, nie jesteś aż tak ważny.
- No to, jak znaleźliście mnie tak szybko? Musieliście…
- Zejmach. Ile w razy w ciągu tych kilku lat, od kiedy jesteś w Dwudziestogrodzie musiałem za tobą jeździć? No ile?
- Trzy - odparł ostrożnie Pokutnik.
- Dokładnie całe trzy chędożone razy. Ten jest czwarty. Do tej pory zawsze miałeś przygotowaną wymówkę. A to wynająłeś się, aby ochraniać transport żywności, a to miałeś jechać, wypalać las. Do tej pory miłościwie nam panujący i twój darczyńca oraz wybawiciel margrabia Amstuz przymykał na to oko - Lestek specjalnie zaakcentował koniec swojej wypowiedzi, aby przypomnieć otoczonemu, jak wiele zawdzięcza arystokracie. Oficer ponad wszystko cenił lojalność, a spaczony tchórz nie posiadał jej za grosz - Ale teraz siedzisz tu bez żadnego usprawiedliwienia, bez najmniejszych pozorów, że nie chodziło o dezercję.
Wysłany żołnierz wrócił drewnianymi kieliszkami oraz kamionkową butelką i postawił je przed przełożonym.
- Wyjaśnij mi, jaki miałeś plan tym razem? Naprawdę chcę wiedzieć.
- A czy w obecnych okolicznościach to ważne? I tak nie wypalił.
- Chcę wiedzieć - warknął Lestek rozstawiając kieliszki w szpaler.
- Jak sobie tam chcesz. Miałem dotrzeć do Grunden. Tam się w zimie rzadko co dzieje. No i zamierzałem przekonać margrabiego Oldenta, żeby mnie zatrudnił. Napisałby mi list żelazny. Margrabiowie by się już jakoś dogadali między sobą, a w Grunden dałoby się spokojnie przeczekać mrozy - wyjaśnił szczerze Nadświadomy. Raciążnik widział to na jego twarzy. Nie kręcił, nie zmyślał ani nie chachmęcił.
- A w jaki to też cudowny sposób chciałeś jaśnie oświeconego Oldenta przekonać? Przetapiałbyś rudę żelaza z jego kopalń? Balie pod moczenie czyraków podgrzewał? Może chleb dzieciom opiekał? Kopał torf?
- No... tak daleko w planowaniu nie zaszedłem - lekko zawstydził się Pokutnik. - Cała wyprawa była dość spontaniczna. Ale pytam poważnie, przynajmniej spełnij tę jedną moją prośbę i mi odpowiedz. Jak mnie znaleźliście, skoro nie było pogoni? Mimo wszystko trochę oddaliłem się od Schrotesberga.
- Zejmach. Jak mówiłem, nie pierwszy raz się w to bawimy, więc tym razem przed zimą rozesłałem gońców do większości okolicznych gospód, karczm i tawern przy Lustrzance i Lustiwii. Właściciele tych przybytków dowiedzieli się, że jeśli spadnie śnieg i zobaczą cię, niegodziwego parszywca, lub kogoś z równie nieprzyjemną facjatą u siebie to czeka ich nagroda. Ale tylko jeśli doniosą i zdołają cię zatrzymać - Lestek rozłożył ręce, aby zaakcentować prostotę rozwiązania, a karacena na jego barkach poparła jego opinie, klekocząc nachodzącymi na siebie połyskującymi, stalowymi łuskami.
- I to wszystko dla mnie? A myślałem, że nie jestem aż tak ważny - zakpił Albert, próbując rozmasować owiniętą tkaniną dłoń. - Poza tym, według ciebie, jestem aż tak rozpoznawalny? Chyba powinienem zostać rybałtem. Zarobki większe i ryzyko zawodowe mniejsze. Może głosu i słuchu nie mam, ale szczęścia w wierszoklectwie mógłbym popróbować.
- Nie, nie jesteś ważny. Ci gońcy robili to przy okazji, bo i tak rozwozili normalny nakład wiadomości. No i tak. Jesteś rozpoznawalny. I to bardzo. Nawet gdy nie nosisz wyróżników Pokutniczych, które wymaga od ciebie prawo - przypomniał krytycznie oficer. - Gdzie twoja opaska? Gdzie naszywki? Gdzie pas? Gdzie Płaszcz?
- Oj, totalnie o nich zapomniałem. Musiały zostać w praniu. Pewnie gdzieś pomiędzy bielizną, brakiem wolności, a przymusem do przemocy - żachnął się w odpowiedzi Pokutnik. - A co, to piętno, które wypaliliście mi na ramieniu, już nie wystarczy?
- Jeśli chowasz je pod ubraniem to nie. Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Zresztą tak jak mówiłem nawet bez wyróżników i tak nie da się przegapić mężczyzny, który nigdy nie zdejmuję rękawic i zalatuję od niego brudną, znoszoną onucą. Zwłaszcza że... - podsumował oficer, ignorując pyskówkę rozmówcy i wskazując gestem głowy na owinięte w szmaty dłonie rozmówcy.
- A tak, rękawice spłonęły podczas potyczki z Lustwianami. To szmaty z sypialni. Jakoś nie widziałem za bardzo sensu w szukaniu nowych, biorąc pod uwagę moją sytuację. W każdym razie...co teraz? - zdecydował się zakończyć pogawędkę Pokutnik. - Przejdźmy do rzeczy. Ta przepychanka słowna do niczego nie prowadzi. Zapewne już podjąłeś decyzję w mojej sprawie. Przestań mnie dręczyć i po prostu powiedz.
Rotmistrz Raciążników przez chwilę milczał. Dopiero po kilku uderzeniach serca spojrzał na otoczonego i chwycił za jeden z drewnianych kieliszków
- Ja widzę to tak, Zejmach. Masz trzy opcje. Opcja numer jeden - wąsacz postawił małe naczynie do góry denkiem przed szatynem. - Wywleczemy twoją rzyć z tego chlewu, ty zaczniesz się stawiać i zatłuczemy cię na śmierć. Nie zakłujemy, nie posieczemy. Zatłuczemy. Tak byś czuł każde uderzenie. Tym razem żadnego wieszania. Kościół z Międzymorza będzie z nas dumny. Oczyścimy twoją duszę bólem i poślemy ją, aby dołączyła do Wszechgnozy, Jedności czy jak oni to nazywają. Osobiście nie jestem religijny, ale nasz miłościwy Margrabia, będzie mógł za to złapać kilka punktów u klech.
Albert przełknął ślinę i wyraźnie się spiął. Chyba pierwszy raz podczas całej rozmowy. "Zaczynasz się martwić co?" pomyślał oficer "Dobrze przynajmniej będziesz uważał na to, co się do ciebie mówi".
- Opcja numer dwa - kolejny odwrócony kieliszek wylądował przed Pokutnikiem. - Poddasz się i zabijemy cię tutaj. Na miejscu. Bezboleśnie. No, relatywnie. Postaramy się zrobić to szybko. Mój problem zniknie, a ciebie nikt już nie będzie ciągał na akcje przeciwko Czarnym. Wszyscy mają spokój.
- A...a trzecia opcja? - zapytał już wyraźnie zdenerwowany mężczyzna. Widać wcześniejsze zrezygnowanie i ta wisielcza odwaga jakoś z niego uleciały. Zwłaszcza gdy perspektywa śmierci, takiej tu i teraz, bez zwłoki, ociągania, czy pieszczenia się zajrzała Pokutnikowi głęboko w te zielone oczy. Lestek sięgnął po ostatnie naczynie i ustawił je w taki sam sposób jak dwa poprzednie.
- Opcja numer trzy. Wywleczemy cię stąd, wsadzimy na wierzchowca, a Ty potulnie, cichutko pojedziesz z nami do Schrotesberga i zrobisz wszystko, od czego będzie wymagał Margrabia.
Pokutnik spojrzał na Lestka z niepewnością. Wyglądało na to, że próbuje ocenić szczerość oferty i czy nie kryję się za nią przypadkiem pułapka. Oficer spodziewał się takiej reakcji, na taką właśnie liczył.
- Mówisz poważnie? Darujesz mi? - zapytał przepełniony nadzieją w głosie szatyn i miał już sięgać po trzeci kieliszek, gdy Lestek zakrył go, chronioną przez łuskową rękawicę, dłonią.
- Nie. Niczego Ci nie daruję - zaprzeczył Raciążnik. - Po prostu policzę ci tych zabitych Czarnych i uratowanego drwala jako część twojej corocznej służby. Ale! Jeśli nie wykonasz choć jednego mojego rozkazu albo, co gorsza, rozkazu Margrabiego cofnę moją wspaniałomyślną dyspensę. Utnę ci tę spaczone Zaświatłem cuchnące łapy i przed powieszeniem każę Ci je zjeść. A resztę twojego truchła wrzucę w ogień. Rozumiemy się?
- T-tak.
- To dobrze! - Oficer odkorkował butelkę, napełnił trzeci i pierwszy kieliszek pędzonym lokalnie bimbrem. - No to strzemiennego i w drogę!
Smak wódki był wręcz odrażający. Idealnie więc wpasowała się w otoczenie. Lestek w sumie dochodziłby jak przybytek tej klasy, zdołał się w ogóle utrzymać, gdyby nie fakt, że była to jedyna gospoda w okolicy. Zamierzał kiedyś dopytać, czemu nigdy nie pobudowała się tutaj żadna konkurencja.
Gdy Lestek i Albert wstawali, Pokutnikowi nagle przypomniało się coś ważnego.
- Czekaj. Co Czarni robili tutaj? Tak daleko od Lustiwii, i to w lesie? W osadzie drwali. To daleko od wszystkiego, od wsi do grabienia, od szlaków handlowych, no i do ciężkiego spaczenia, dlaczego tak wcześnie? No i do tego jakieś dziwne plemię. To wszystko było dziwne.
- Jakbyś nie był tchórzem i stawiał się na wezwania naszego Pana, to byś już wszystko wiedział. A tak dowiesz się dopiero na miejscu. Potraktuj to jako dodatkową karę za dezercję.
- Dodatkową?
- Przecież mówiłem, że ci nie darowałem. A teraz w drogę!
Ostatnio zmieniony 28 lip 2021, 01:07 przez Tytus, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Vampircia
administrator
Posty: 2665
Rejestracja: 28 gru 2009, 10:40
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Vampircia » 27 lip 2021, 22:22

- On się boi Czarnych. Ja też się ich boje. Są straszni.

No to żeś pojechał z grubej rury :lol:

Motyw dezercji jest bliski memu sercu, więc to było miłe zaskoczenie. A Albert to ładne imię. Styl raczej nie pod mój gust. Widać, że się pod tym względem mocno różnimy. Ale muszę cię pochwalić za kreatywność w wymyślaniu nazw.
Shoot first. Think never.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1342
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Miryoku » 13 wrz 2021, 15:36

Postanowiłam przeczytać całość bardzo uważnie i chyba dawno nie miałam tak mieszanych uczuć względem jakiegoś tekstu. Nie wiem, czy zgodzisz się z moimi uwagami, postanowiłam być szczera i napisać bardziej szczegółowo niż ostatnio mam w zwyczaju. Jeśli chcesz, żebym rozwinęła którąś z moich uwag, daj znać. Zacznę od pozytywów.

Przede wszystkim zachwycają mnie Twoje zdolności światotwórcze. Widać, że włożyłeś dużo wysiłku w przemyślenie geografii terenów, które opisujesz, religię i kulturę wymyślonych przez Ciebie ludów, słowotwórstwo (bardzo podobają mi się nazwy, które wymyśliłeś). Fabularnie, choć obecnie nie ciągnie mnie do naturalizmu i tak brutalnych światów przedstawionych, też mi się podobało i przyznam, że jestem ciekawa, co dalej stanie się z bohaterami i do czego zmierza ta cała historia. Jestem też pod wrażeniem Twojego bogatego słownictwa (dzięki za nauczenie mnie słów "zaprzaniec" i "krudowanie"), a i bardziej poetyckie fragmenty doceniam za całkiem trafne metafory. W większości podobały mi się też dialogi, które momentami bardzo mnie rozbawiły.

Przejdę do negatywów. Tekst ogólnie czytało mi się bardzo ciężko, niektóre fragmenty mnie strasznie zmęczyły. Myślałam najpierw, że to przez staropolską stylizację w narracji, ale nie, bo nie ma jej wcale tak dużo i pojawia się głównie w dialogach na początku. Zmęczyło mnie coś innego. Gdybym miała to krótko podsumować, to wszystkiego jest po prostu za dużo. Jako lejwoda, która też musi ograniczać rozpisywanie się, trochę Cię rozumiem. Ale mam wrażenie, że im bardziej się silisz się na wyszukany styl, tym wychodzi gorzej. Tak jakbyś tak bardzo chciał popisać się erudycją i elokwencją, że robisz to kosztem płynności tekstu. Momentami nagromadzenie porównań czy metafor jest tak wielkie, że trudno się połapać w wydarzeniach. A Twoje próby uniknięcia powtórzeń na rzecz bardziej wyszukanych synonimów miejscami tworzą bełkot, np. tu:
"Był w pełni rozgrzany, a jego tunikę plamiła ciepła, karminowa ciecz zabitego."
Ogólnie najgorzej czytało mi się, o dziwo, scenę akcji, czyli fragment, w którym Albert potyka się z pierwszym Lustwianinem. A najlepiej i najszybciej weszła mi pełna dialogów i pisana z mniejszym zadęciem końcówka.

O ile dobrze pamiętam, wspominałeś, że tekst był betowany. Nie wiem, czy Twoja beta sprawdzała go pod tym względem, ale jak na betowany tekst jest tu bardzo dużo literówek. Proponuję też zdobycie pomocy osoby, która ogarnia interpunkcję, bo przecinki są wstawiane dość przypadkowo, co dodatkowo utrudniało mi zrozumienie długich, pełnych wtrąceń i dopowiedzeń zdań. Zdaje mi się, że im bardziej rozbudowany styl, tym bardziej trzeba uważać na tę interpunkcję, żeby nie wprowadzać dodatkowego chaosu.

Niemniej jednak tekst moim zdaniem ma duży potencjał i przy dobrej redakcji (i porządnym okrojeniu tekstu o niepotrzebne zdania) miałby spore szanse na wydanie, np. w formie opowiadania w jakimś czasopiśmie fantastycznym. I chyba się skuszę na przeczytanie dalszego ciągu, bo postać Alberta nawet mnie zaintrygowała.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Tytus » 25 wrz 2021, 10:02

Hej, Miryoku. Od razu chce Ci podziękować, że postanowiłaś poświecić więcej czasu tekstowi.

Co do zarzutów:

Nie wiem, czy Twoja beta sprawdzała go pod tym względem, ale jak na betowany tekst jest tu bardzo dużo literówek.


Beta była bardziej ogólna i na aż takie szczegóły nie zwracała uwagi. Ale muszę Ci się przyznać, że wydaje mnie się momentami, że mam niezdiagnozowaną dysleksję. Te literówki, mimo że czytam tekst kilka razy, zawsze mi jakoś zostają.

Proponuję też zdobycie pomocy osoby, która ogarnia interpunkcję, bo przecinki są wstawiane dość przypadkowo, co dodatkowo utrudniało mi zrozumienie długich, pełnych wtrąceń i dopowiedzeń zdań. Zdaje mi się, że im bardziej rozbudowany styl, tym bardziej trzeba uważać na tę interpunkcję, żeby nie wprowadzać dodatkowego chaosu.


Interpunkcją zawsze u mnie leżała, ale pisząc ten tekst, posiłkowałem się trochę takimi narzędziami jak "language tool" czy poradnia językową, Jeśli interpunkcja wciąż leży, to niestety obecnie nie mam nikogo kto mógłby mi w tym pomóc.
Może kiedyś spojrzy na to prawdziwy redaktor.

Zmęczyło mnie coś innego. Gdybym miała to krótko podsumować, to wszystkiego jest po prostu za dużo. Jako lejwoda, która też musi ograniczać rozpisywanie się, trochę Cię rozumiem. Ale mam wrażenie, że im bardziej się silisz się na wyszukany styl, tym wychodzi gorzej. Tak jakbyś tak bardzo chciał popisać się erudycją i elokwencją, że robisz to kosztem płynności tekstu.


Tutaj nie chodzi o popisywanie się czymkolwiek. Głównie chodzi o to, że świat, w którym się dzieje tekst jest obecnie bardzo rozbudowany i próbuje budować jego klimat nie tylko dialogami, ale też narracja trzeci osobową z punktu widzenia konkretnych postaci. W tym wypadku byli to Miłoradka, Albert i Lestek. Fragment Alberta jest znacznie bardziej ubarwiony takimi zagnieżdżonymi metaforami niż Miłoradki czy Lestka, bo to jest właśnie sposób, jaki on myśli. Jako taki odpowiednik ich intelektualisty. To przejawia się też w jego dialogach, gdy wspomina maksymy, używa bardziej skomplikowanych terminów niż Lestek itp. To jest część budowania klimatu i samej postaci zwłaszcza, że narracja obiektywna tutaj nie występuje. Jeśli tekst na tym cierpi jeśli chodzi o płynność to postaram się jeszcze to podejście przemyśleć. Dziękuje za zwrócenie uwagi.

Co najśmieszniejsze moja beta twierdziła, że płynność tekstu cierpi przez to, za co mnie wyżej pochwaliłaś. Moja beta uznała, że takie słowa jak zaprzaniec, krudowanie czy paliczek to są za mało popularne słowa i zatrzymują go w czytaniu.

A Twoje próby uniknięcia powtórzeń na rzecz bardziej wyszukanych synonimów miejscami tworzą bełkot, np. tu:
"Był w pełni rozgrzany, a jego tunikę plamiła ciepła, karminowa ciecz zabitego."


Mogłabyś rozwinąć co tutaj jest nieczytelne? Chyba nie do końca rozumiem zarzut.


Przede wszystkim zachwycają mnie Twoje zdolności światotwórcze. Widać, że włożyłeś dużo wysiłku w przemyślenie geografii terenów, które opisujesz, religię i kulturę wymyślonych przez Ciebie ludów, słowotwórstwo (bardzo podobają mi się nazwy, które wymyśliłeś). Fabularnie, choć obecnie nie ciągnie mnie do naturalizmu i tak brutalnych światów przedstawionych, też mi się podobało i przyznam, że jestem ciekawa, co dalej stanie się z bohaterami i do czego zmierza ta cała historia. Jestem też pod wrażeniem Twojego bogatego słownictwa (dzięki za nauczenie mnie słów "zaprzaniec" i "krudowanie"), a i bardziej poetyckie fragmenty doceniam za całkiem trafne metafory. W większości podobały mi się też dialogi, które momentami bardzo mnie rozbawiły.


Dzięki za opinie. Osobiście zawsze cenie w książkach to gdy używają słów, których nie znam. Dlatego nie chciałem też iść w najprostsze słownictwo. Neologizmy, słowotwórstwo i światotwórstwozawsze były moim konikiem, dlatego fajnie jak komuś innemu też się podobają. Sam świat jednak będzie atmosferą bardzo podobny do tego, co tutaj widziałaś. Zawsze mnie ciągnęło do bardziej fatalistycznych "settingów".

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Tytus » 25 wrz 2021, 10:09

Vampircia pisze:
- On się boi Czarnych. Ja też się ich boje. Są straszni.

No to żeś pojechał z grubej rury :lol:

Motyw dezercji jest bliski memu sercu, więc to było miłe zaskoczenie. A Albert to ładne imię. Styl raczej nie pod mój gust. Widać, że się pod tym względem mocno różnimy. Ale muszę cię pochwalić za kreatywność w wymyślaniu nazw.



Dziękuje, że przeczytałaś tekst. Nawet jeśli tekst niekoniecznie Ci siadł.

Awatar użytkownika
Miryoku
junior admin
Posty: 1342
Rejestracja: 18 mar 2010, 14:04
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Miryoku » 25 wrz 2021, 13:57

Tytus pisze:Beta była bardziej ogólna i na aż takie szczegóły nie zwracała uwagi. Ale muszę Ci się przyznać, że wydaje mnie się momentami, że mam niezdiagnozowaną dysleksję. Te literówki, mimo że czytam tekst kilka razy, zawsze mi jakoś zostają.

Jasne, rozumiem, w takim razie nie będę się tego czepiać przy czytaniu kolejnych rozdziałów, bo rozumiem, jak działają dysfunkcje, a skoro beta jest od czegoś innego, to literówki mogą się zdarzać. Tak samo z interpunkcją - to jest skomplikowana rzecz i nawet z pomocą poradni językowej można się czasem zamotać. Co najwyżej będę zwracać uwagę bardziej konkretnie na jakieś wyjątkowo rażące błędy, żebyś mógł sobie od razu poprawić, jeśli nie masz nic przeciwko.

Tutaj nie chodzi o popisywanie się czymkolwiek. Głównie chodzi o to, że świat, w którym się dzieje tekst jest obecnie bardzo rozbudowany i próbuje budować jego klimat nie tylko dialogami, ale też narracja trzeci osobową z punktu widzenia konkretnych postaci. W tym wypadku byli to Miłoradka, Albert i Lestek. Fragment Alberta jest znacznie bardziej ubarwiony takimi zagnieżdżonymi metaforami niż Miłoradki czy Lestka, bo to jest właśnie sposób, jaki on myśli. Jako taki odpowiednik ich intelektualisty. To przejawia się też w jego dialogach, gdy wspomina maksymy, używa bardziej skomplikowanych terminów niż Lestek itp. To jest część budowania klimatu i samej postaci zwłaszcza, że narracja obiektywna tutaj nie występuje. Jeśli tekst na tym cierpi jeśli chodzi o płynność to postaram się jeszcze to podejście przemyśleć. Dziękuje za zwrócenie uwagi.

Rozumiem i moim zdaniem bardzo fajnie, że starasz się tak rozróżniać perspektywy w narracji, ale właśnie - tekst na tym cierpi. Zastanawiam się, jak to rozwiązać, jak znaleźć jakąś równowagę, i tak sobie myślę, że przecież perspektywa narracji nie musi równać się stylowi wypowiedzi postaci. Może spróbuj pisać narrację bardziej "neutralnie", a przeplataj ją momentami, w których stosujesz mowę pozornie zależną - to tutaj możesz pozwolić na to, żeby styl myślenia/mówienia postaci przesłonił Twój własny. I jednocześnie będziesz mógł tę postać pokazać, a jednocześnie nie zanudzisz czytelnika nadmiarem tego wszystkiego. To tylko taka myśl, oczywiście decyzja należy do Ciebie.


Co najśmieszniejsze moja beta twierdziła, że płynność tekstu cierpi przez to, za co mnie wyżej pochwaliłaś. Moja beta uznała, że takie słowa jak zaprzaniec, krudowanie czy paliczek to są za mało popularne słowa i zatrzymują go w czytaniu.

No widzisz, a ja je uwielbiam. Sama się zatrzymuję w takich momentach, bo lubię sprawdzać słowa, których nie znam, ale gdybym nie miała takiej możliwości, to przecież mogłabym spokojnie czytać dalej, znajomość tych słów nie jest niezbędna do zrozumienia tekstu. Ale to jest właśnie fajne, gdy tekst czyta więcej osób - każdy zwraca uwagę na coś innego. Ile czytelników, tyle gustów.

A Twoje próby uniknięcia powtórzeń na rzecz bardziej wyszukanych synonimów miejscami tworzą bełkot, np. tu:
"Był w pełni rozgrzany, a jego tunikę plamiła ciepła, karminowa ciecz zabitego."


Mogłabyś rozwinąć co tutaj jest nieczytelne? Chyba nie do końca rozumiem zarzut.

Tu akurat nie tyle chodziło mi o to, że zdanie jest niezrozumiałe (bo nie jest, wiadomo, co się dzieje), po prostu momentami stanęła mi przed oczami scena z serialu Friends, w której Joey używa tezaurusa i zamiast napisać They're warm, nice people with big hearts." pisze "They're humid, prepossessing Homo sapiens with full-sized aortic pumps.". Synonimy są fajne, ale nie można przesadzać i czasem lepiej napisać po prostu krew. To zdanie dałam na przykład, bo ta ciecz po prostu strasznie mi tu zazgrzytała. Ale może to tylko moje subiektywne odczucie, nie mówię, że tak nie jest.

Dzięki za opinie. Osobiście zawsze cenie w książkach to gdy używają słów, których nie znam. Dlatego nie chciałem też iść w najprostsze słownictwo. Neologizmy, słowotwórstwo i światotwórstwozawsze były moim konikiem, dlatego fajnie jak komuś innemu też się podobają. Sam świat jednak będzie atmosferą bardzo podobny do tego, co tutaj widziałaś. Zawsze mnie ciągnęło do bardziej fatalistycznych "settingów".

To jeszcze mi zdradź, kiedy możemy się spodziewać kolejnego rozdziału.
Hyuu~!

Awatar użytkownika
Tytus
uczeń
Posty: 44
Rejestracja: 06 gru 2011, 09:02
Lokalizacja: Zoo
Kontaktowanie:

Re: Pokutnicy

Postautor: Tytus » 25 wrz 2021, 23:08

Mir:

Jasne, rozumiem, w takim razie nie będę się tego czepiać przy czytaniu kolejnych rozdziałów, bo rozumiem, jak działają dysfunkcje, a skoro beta jest od czegoś innego, to literówki mogą się zdarzać.


Zawsze może to też być sytuacja gdzie sprawdzając po prostu wiem co tam miało być i mój mozg sam naprawia mi wyraz. Ale do czepiania się nic nie mam. Wręcz nawet jestem wdzięczny, gdy ktoś się czepia, bo tylko tak można się rozwinąć ;-)

Co najwyżej będę zwracać uwagę bardziej konkretnie na jakieś wyjątkowo rażące błędy, żebyś mógł sobie od razu poprawić, jeśli nie masz nic przeciwko.


Będę niesamowicie wdzięczny za wszelkie uwagi.

Zastanawiam się, jak to rozwiązać, jak znaleźć jakąś równowagę, i tak sobie myślę, że przecież perspektywa narracji nie musi równać się stylowi wypowiedzi postaci.


Sęk w tym, że właśnie chce, aby się równała. Zainspirowała mnie tym Czarna Kompania, która czytałem już jakiś czas temu. Tam historia opierała się na czytaniu zapisków różnych osób po fakcie i w zależności to je pisał styl narracji był trochę inny. Bardzo mnie się to podobało im chciałbym ten koncept rozwinąć. Bardziej neutralny styl narracji mnie aż tak nie interesuje. Będę próbował to jakoś poprawić, a jeśli mi nie wyjdzie wtedy pomyśle nad alternatywnym podejściem. Jednakże dzięki jeszcze raz za zwrócenie uwagi.


No widzisz, a ja je uwielbiam. Sama się zatrzymuję w takich momentach, bo lubię sprawdzać słowa, których nie znam, ale gdybym nie miała takiej możliwości, to przecież mogłabym spokojnie czytać dalej, znajomość tych słów nie jest niezbędna do zrozumienia tekstu.


Sam to też uwielbiam :mrgreen:

Synonimy są fajne, ale nie można przesadzać i czasem lepiej napisać po prostu krew. To zdanie dałam na przykład, bo ta ciecz po prostu strasznie mi tu zazgrzytała. Ale może to tylko moje subiektywne odczucie, nie mówię, że tak nie jest.


Jasne. Osobiście nie poczuwam się jak Joey, a przynajmniej jeszcze nie. ;-)
Osobiście uważam taki zwrot ciekawszy niż pisanie po prostu krew czy jucha (co często jest używane przez polskich autorów fantasy zarówno amatorskich, jak i zawodowych). Plus imho oddaje też podejście samej postaci do tego, co się dzieje. On cały czas przeżywa, że nie chce kogoś zabić. Nienazywanie tego, co widzi tak dosadne, po imieniu w jego myślach to jakby mechanizm obronny. Zwłaszcza nie w sytuacji gdzie może mu zabraknąć odwagi. Gdyby walka była pisana z perspektywy Lestka choćby to opisy byłyby bardziej dosadne. Może nie jest to jeszcze widoczne (a mam nadzieję, że będzie przy większej dawce tekstu), ale jest to zabieg, którego przynajmniej na razie próbuje się trzymać. Jeśli okaże się, że to na dłuższą metę nie działa najwyżej porzucę.


To jeszcze mi zdradź, kiedy możemy się spodziewać kolejnego rozdziału.


Przeprowadzka i choroba ostatnio mnie poważne spowolniły, ale postaram się wkrótce wrócić do pisania i mam nadzieję, że będę mógł dostarczyć drugi rozdział w miarę szybko.


Wróć do „Fantastyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości